E-book
15.75
drukowana A5
67.48
MROCZNE PRZESILENIE

Bezpłatny fragment - MROCZNE PRZESILENIE


Objętość:
387 str.
ISBN:
978-83-8455-682-5
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 67.48

ZŁOWROGI SZEPT TOM II

MROCZNE PRZESILENIE

AKT I

Rozdział 1

Mokry ślad

Warszawa płakała.

To nie był zwykły deszcz. To była ulewa, która zdawała się nie mieć początku ani końca, wisząca nad miastem jak ciężka, ołowiana kurtyna. Krople nie spadały — one uderzały w asfalt z wściekłością, zmieniając ulice w rwące potoki, a światła neonów i latarni w rozmyte, akwarelowe plamy, które drażniły oczy.

Była druga czternaście w nocy. Godzina, w której miasto powinno spać, ale Warszawa nigdy nie spała naprawdę. Ona tylko czuwała, mrużąc swoje betonowe powieki, czekając na kolejny cios.

Komisarz Aleksandra Nowak siedziała na miejscu pasażera w nieoznakowanej skodzie, wpatrując się w wycieraczki. W lewo, w prawo. W lewo, w prawo. Dźwięk gumy trącej o mokrą szybę był hipnotyczny, jak metronom odliczający czas do czegoś, czego nie potrafiła jeszcze nazwać, ale co czuła w kościach od tygodni.

Samochód stał na czerwonym świetle przy skrzyżowaniu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Miasto za szybą wyglądało jak akwarium wypełnione brudną wodą. Pustka na ulicach była nienaturalna, przerywana jedynie przejazdem nocnego autobusu, który wzbijał w powietrze fontanny brudnej deszczówki.

Aleksandra poprawiła pas bezpieczeństwa, który wpijał się jej w ramię. Mimo chłodu panującego w samochodzie — klimatyzacja huczała cicho, próbując osuszyć zaparowane szyby — czuła parzące ciepło na mostku. Przez cienki materiał bawełnianej bluzki, tuż przy skórze, pulsował mały, drewniany przedmiot. Kawałek gałęzi. Dar od istoty, która według wszelkich praw logiki i nauki nie powinna istnieć.

Od wydarzeń w Kamiennym Kręgu minął miesiąc. Trzydzieści dni. Siedemset dwadzieścia godzin udawania, że świat jest taki sam jak dawniej. Że raporty policyjne, statystyki włamań, poranne odprawy i mandaty drogowe mają jakiekolwiek znaczenie w obliczu tego, co czaiło się w cieniu puszczy. Aleksandra wróciła do pracy, wróciła do swojego biurka zawalonego aktami, ale część niej została tam, w lesie.

Spojrzała na swoje dłonie. Były spokojne, nie drżały. Ale pod skórą czuła mrowienie, jakby prąd, który przepłynął przez nią podczas składania Przysięgi, nigdy w pełni nie wygasł.

— Śpisz? — Głos Mikołaja wyrwał ją z zamyślenia.

Siedział na miejscu kierowcy, bębniąc nerwowo palcami o kierownicę w rytm jakiejś niesłyszalnej melodii. W świetle ulicznej latarni, które wpadało do wnętrza auta, wyglądał starzej niż jeszcze kilka tygodni temu. Cienie pod jego oczami stały się głębsze, fioletowe, jak siniaki, które nie chcą się zagoić. W jego spojrzeniu zniknęła dawna, techniczna pewność siebie — ta arogancja analityka, który wierzył, że wszystko da się wyjaśnić tabelką w Excelu.

Widział rzeczy, których nie da się zapomnieć. Widział Leszego. Widział Cień. I to zmieniło go bardziej, niż chciał przyznać.

— Nie śpię — mruknęła Aleksandra, przecierając twarz dłonią. — Myślę.

— Niebezpieczne zajęcie o tej porze — odparł, wrzucając bieg, gdy światło zmieniło się na zielone. Skoda ruszyła z szarpnięciem. — Dyżurny mówił coś więcej?

— Tylko tyle, że patrol prewencji rzygał, jak to zobaczył. I że technicy nie wiedzą, co wpisać w protokół.

— Czyli standard w naszej nowej rzeczywistości — prychnął Mikołaj, ale w jego głosie nie było wesołości. Tylko zmęczenie. — Myślisz, że to… powiązane?

Nie musiał kończyć zdania. Oboje wiedzieli, o co pyta. O wydarzenia w Kampinosie. O Wolskiego, który gnił w areszcie. O demony, które podobno odeszły.

— Mam nadzieję, że nie — odpowiedziała, dotykając naszyjnika przez ubranie. Drewno było ciepłe, niemal gorące. — Ale nadzieja to kiepska strategia w naszej branży.

Skręcili w Nowy Świat. Mimo deszczu, pod wiatami przystanków i w bramach kłębiły się grupki niedobitków z weekendowych imprez. Ktoś krzyczał, ktoś próbował złapać taksówkę, ktoś inny sikał na mur zabytkowej kamienicy, nie zważając na ulewę. Życie toczyło się dalej, wulgarne i głośne, nieświadome tego, jak cienka jest granica oddzielająca je od mroku.

Mikołaj zwolnił i skręcił w ulicę Chmielną. Tutaj światła były rzadsze, a cienie dłuższe. Bruk lśnił czernią. Radiowóz zaparkował w poprzek chodnika, blokując wjazd w jeden z bocznych zaułków. Niebieskie światła kogutów odbijały się w mokrych fasadach kamienic, nadając całej scenie upiorny, stroboskopowy rytm.

— Jesteśmy — powiedział Mikołaj, gasząc silnik. — Gotowa?

— Jak zawsze — skłamała.

Otworzyła drzwi i uderzył w nią zapach. Mokry beton, spaliny, woń przepełnionych śmietników i taniego kebaba. Ale pod spodem, na granicy percepcji, czuła coś jeszcze. Coś, co sprawiło, że żołądek podszedł jej do gardła.

Zapach mułu. Zapach stojącej, martwej wody, w której gniją rzeczy zapomniane przez słońce.

Aleksandra postawiła kołnierz kurtki i wysiadła prosto w kałużę. Woda natychmiast przesiąkła przez buty, zimna i nieprzyjemna. Ruszyła w stronę policyjnej taśmy, która łopotała na wietrze jak wściekła, biało-niebieska flaga.

Przy taśmie stał młody sierżant. Wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia dwa lata. Jego mundur był przemoczony, a twarz w świetle latarki miała kolor starego pergaminu. Trząsł się, i to nie tylko z zimna.

— Komisarz Nowak — przedstawiła się, pokazując odznakę. — Co tu mamy, sierżancie?

Chłopak przełknął ślinę, jakby miał w gardle szkło.

— Pani komisarz… ja… ja nie wiem. Myśleliśmy, że to zwykły zgon. Jakiś pijak, albo zawał. Ale… — urwał i wskazał ręką w głąb zaułka. — Sami zobaczcie. Tylko uważajcie pod nogi. Ślisko.

Mikołaj dołączył do niej, wyciągając z kieszeni latarkę.

— Dzieciak wygląda, jakby zobaczył ducha — mruknął jej do ucha.

— Albo coś gorszego — odpowiedziała.

Przeszli pod taśmą. Zaułek był wąski, wciśnięty między tyły eleganckich kamienic a stary, odrapany mur. To było jedno z tych miejsc w centrum Warszawy, o których turyści nie wiedzą, a mieszkańcy starają się zapomnieć. Królestwo szczurów, gołębi i przypadkowych spotkań.

Na końcu ślepej uliczki, pod ścianą pokrytą wyblakłym graffiti, pracowała ekipa techników. Dwa halogeny ustawione na statywach rzucały ostre, białe światło, które w starciu z deszczem tworzyło mleczną poświatę.

W centrum tego kręgu światła leżało ciało.

Aleksandra podeszła bliżej, czując, jak naszyjnik na jej szyi pulsuje coraz mocniej. Rytm był szybki, ostrzegawczy. Zagrożenie. Zagrożenie. Zagrożenie.

— Cześć, Ola — przywitał ją Jacek, główny technik kryminalistyki. Znała go od lat. Był cynikiem, który widział wszystko — od poćwiartowanych zwłok po samobójstwa rozszerzone. Nic nie robiło na nim wrażenia.

Ale dziś Jacek nie żuł swojej ulubionej gumy. I nie rzucił żadnym niesmacznym żartem. Stał nad zwłokami z rękami w kieszeniach ochronnego kombinezonu i wyglądał na zagubionego.

— Co mi powiesz, Jacku? — zapytała, stając obok niego.

— Że powinienem był zostać piekarzem, jak chciała moja matka — mruknął, przecierając zaparowane okulary. — Denat to Paweł Różycki, lat czterdzieści. Mamy dokumenty przy nim. Pracownik banku, korposzczur. Znaleziony godzinę temu przez patrol straży miejskiej.

Aleksandra spojrzała na ciało. Mężczyzna leżał w nienaturalnej pozycji, wygięty w łuk, z rękami rozrzuconymi na boki, jakby został wyrzucony na brzeg przez niewidzialną, potężną falę. Miał na sobie drogi garnitur, teraz pociemniały od deszczu, i lakierki, z których jeden zsunął się z pięty.

— Przyczyna zgonu? — zapytał Mikołaj, oświetlając twarz ofiary.

— I tu zaczynają się schody — Jacek westchnął ciężko. — Nie ma ran kłutych. Nie ma śladów duszenia na szyi. Nie ma urazów głowy, poza lekkim otarciem, pewnie od upadku. Nie ma śladów walki. Wyglądał, jakby po prostu szedł i nagle padł.

— Zawał? Wylew? — sugerowała Aleksandra, choć intuicja podpowiadała jej co innego.

— Też tak myślałem. Ale spójrzcie na jego dłonie.

Aleksandra kucnęła przy ciele, ignorując wodę przesiąkającą przez kolana spodni. Wzięła dłoń denata w rękawiczce. Była zimna, co oczywiste, ale jej tekstura była… niewłaściwa.

Skóra na opuszkach palców była sina, pomarszczona, zbielona.

— Skóra praczek — powiedziała cicho. — Maceracja naskórka.

— Dokładnie — potwierdził Jacek. — Wygląda, jakby leżał w wodzie przez dobre kilka godzin. Może cztery, może pięć.

— Ale pada dopiero od godziny dwudziestej — zauważył przytomnie Mikołaj. — A on leży na betonie. Nawet w taką ulewę nie zrobiłyby mu się takie zmiany w tak krótkim czasie.

— To nie wszystko — głos technika stał się cichszy. — Kiedy spróbowaliśmy go obrócić, żeby sprawdzić plecy…

— Co?

— Z jego ust wylała się woda.

Aleksandra podniosła wzrok na Jacka.

— Woda? Wymiotował?

— Nie, Olu. To nie była treść żołądkowa. To była czysta, no… prawie czysta woda. Litry wody. Płuca są pełne. Żołądek jest pełny. Kiedy nacisnąłem klatkę piersiową, trysnęło jak z fontanny.

— Utonął? — Mikołaj brzmiał, jakby próbował dopasować puzzle z dwóch różnych zestawów. — Tutaj? Na środku chodnika w Śródmieściu? Najbliższy basen jest kilometr stąd, Wisła dwa kilometry.

— Na to wygląda — Jacek bezradnie rozłożył ręce. — Wtórne utonięcie jest możliwe, znacie teorię. Ktoś się topi, ratują go, idzie do domu, a potem płuca wypełniają się płynem obrzękowym. Ale to? To wygląda, jakby ktoś go trzymał pod wodą pięć minut temu.

— Może ktoś go utopił w wannie i tu przywiózł? — Aleksandra próbowała znaleźć racjonalny punkt zaczepienia.

— Też o tym myślałem — Jacek pokręcił głową. — Ale sprawdziliśmy ubranie. Podszewka marynarki jest wilgotna tylko z wierzchu. Koszula pod spodem jest sucha, nie licząc potu. Skarpetki suche. Bielizna sucha.

Cisza, która zapadła po tych słowach, była głośniejsza niż szum ulewy.

Suchy człowiek, który utonął. Ofiara wody, która nie dotknęła wody.

Aleksandra wróciła wzrokiem do twarzy denata. Jego oczy były otwarte. Przekrwione naczynka popękały, barwiąc białka na krwistoczerwono. Wpatrywały się w czarne, zachmurzone niebo z wyrazem pierwotnego, zwierzęcego przerażenia. Usta miał otwarte w niemym krzyku.

Pochyliła się niżej. Czuła ten zapach. Był teraz silniejszy. To nie był zapach chlorowanej wody z kranu, ani nawet deszczówki. To była woń rzeki — dzikiej, brudnej, pełnej mułu i gnijących roślin. Woń Wisły, ale tej głębokiej, przy dnie, gdzie światło nie dociera.

Nagle, bez ostrzeżenia, ciałem ofiary wstrząsnął spazm. To były gazy pośmiertne, wiedziała o tym, ale w tej scenerii wyglądało to, jakby Paweł Różycki próbował wziąć ostatni oddech.

Z kącika jego ust wypłynęła kolejna stróżka. Ciemna, gęsta ciecz.

— O kurwa — syknął Mikołaj, cofając się o krok.

To nie była tylko woda. W świetle halogenów Aleksandra zobaczyła coś zielonego, zaplątanego w zęby denata. Sięgnęła pęsetą, którą podał jej Jacek. Delikatnie wyciągnęła znalezisko.

Kawałek wodorostu. Moczarka kanadyjska. Roślina typowa dla wód stojących i wolno płynących.

— Mamy tu w pobliżu jakieś akwarium? — zapytał Jacek, choć w jego głosie nie było nadziei na twierdzącą odpowiedź.

— Nie — odpowiedziała Aleksandra, prostując się. Schowała roślinkę do dowodowej torebki. — To nie jest woda z akwarium.

Spojrzała na Mikołaja. W jego oczach widziała strach, który doskonale rozumiała.

To się zaczyna.

Wydarzenia sprzed miesiąca nie były końcem. Były tylko preludium. Zamknęli jedną bramę, ale ktoś — lub coś — właśnie wyważyło inną.

— Pobierzcie próbki tej wody z płuc. Każdą kroplę — rozkazała twardo, starając się zagłuszyć drżenie własnego głosu. — I zabezpieczcie telefon. Chcę wiedzieć, z kim rozmawiał, gdzie był, co jadł i o czym myślał przez ostatnie 24 godziny.

— Jasne — Jacek skinął głową, wyraźnie zadowolony, że dostał konkretne polecenia, które pozwalały mu wrócić do sfery rutyny.

Aleksandra odsunęła się od ciała. Musiała złapać oddech. Powietrze w zaułku wydawało się zbyt gęste, jakby sama atmosfera zamieniała się w wodę. Czuła ucisk w klatce piersiowej.

Podeszła do ściany kamienicy, kilka metrów od miejsca zbrodni, próbując schronić się przed zacinającym deszczem. Oparła dłoń o mokrą cegłę.

— Olu? — Mikołaj podszedł do niej. Zniżył głos, tak by technicy nie słyszeli. — Ten zapach… to to samo, co czułem w snach.

Aleksandra spojrzała na niego ostro.

— W snach o bracie?

— Tak. Ten sam smród mułu. I ta woda… ona jest zimna w sposób, w jaki woda nie powinna być zimna. Jakby wysysała ciepło z otoczenia.

— Myślisz, że to Wodnik? — zapytała szeptem.

— Wodnik pomagał nam przy Julii. Dlaczego miałby topić bankowca w centrum miasta?

— Może nie on. Może coś innego. Pamiętasz, co mówił mój ojciec? Że w wodzie żyją rzeczy starsze niż Leszy. Rzeczy, które nie mają imion.

Nagły podmuch wiatru uderzył w zaułek, gasząc na chwilę jeden z halogenów. Ciemność skoczyła naprzód, połykając scenę zbrodni. Przez ułamek sekundy, w tym mroku, Aleksandrze wydawało się, że słyszy dźwięk — bulgotanie, jakby ktoś wydychał powietrze pod wodą. Tuż przy jej uchu.

Odskoczyła od ściany, instynktownie sięgając do kabury.

— Co jest? — Mikołaj też drgnął, kładąc dłoń na broni.

Światło wróciło z brzęczeniem żarnika. Zaułek był pusty. Tylko technicy, ciało i deszcz.

Aleksandra oddychała ciężko. Jej serce waliło jak młot.

— Słyszałam coś — szepnęła. — Szept.

— Złowrogi szept? — zapytał Mikołaj, a w jego głosie była gorzka ironia.

— Nie. Inny. Mokry.

Odwróciła się z powrotem do ściany, o którą się opierała. Mikołaj skierował tam strumień swojej latarki.

— Cholera… Olu, spójrz.

Na wysokości oczu, na czerwonej, chropowatej cegle, widniała plama wilgoci. Ale to nie był przypadkowy zaciek od deszczu. Woda wsiąkła w mur, tworząc wyraźny, ciemny kształt.

Spirala.

A może wir? Albo oko, które płacze?

Linie były precyzyjne, jakby ktoś namalował je mokrym palcem chwilę temu. Woda lśniła w świetle latarki, ale nawet gdy patrzyli, brzegi znaku zaczynały wysychać, rozmywać się, znikać.

— To znak — powiedział Mikołaj, a jego głos był tak cichy, że ledwo przebił się przez szum ulewy. — Zostawili wiadomość.

Aleksandra poczuła, jak amulet na jej piersi parzy żywym ogniem. To nie była wiadomość dla policji. To była wiadomość dla niej. Dla Strażniczki.

Ktoś rzucił wyzwanie.

— To nie wiadomość, Mikołaj — powiedziała, czując, jak zimny dreszcz spływa jej wzdłuż kręgosłupa. — To zaproszenie.

— Zaproszenie? Dokąd?

— Na dno.

Znak na ścianie zniknął, wchłonięty przez cegłę i wszechobecną wilgoć. Ale Aleksandra wiedziała, że obraz ten zostanie w jej głowie na długo.

— Zbieramy się stąd — zdecydowała nagle, czując przytłaczającą potrzebę ucieczki. Czuła się obserwowana. Nie przez ludzi w oknach, nie przez kamery. Czuła wzrok wychodzący z kratek ściekowych, z rynien, z kałuż. — Nic tu po nas. Technicy skończą robotę.

— A co z raportem? Co wpiszemy?

— Prawdy nie możemy — odparła, ruszając szybkim krokiem w stronę radiowozu. — Wpisz „zgon z przyczyn nieznanych, podejrzenie zatrucia”. Niech patolog się martwi, jak to wyjaśnić w papierach.

Wsiedli do samochodu, zatrzaskując drzwi i odcinając się od szumu miasta. Cisza wewnątrz była dzwoniąca. Mikołaj odpalił silnik i włączył ogrzewanie na maksa.

— Co teraz? — zapytał, nie ruszając z miejsca. — Jeśli to wróciło… jeśli to coś nowego… potrzebujemy pomocy.

— Wiem — Aleksandra wyciągnęła telefon. Ekran rozświetlił mrok kabiny. Wybrała numer, którego nie zapisała w kontaktach, ale który znała na pamięć.

— Do kogo dzwonisz? Do ojca?

Aleksandra zawahała się. Przez chwilę chciała zadzwonić do Stanisława. Chciała usłyszeć jego głos, zapytać o radę, poczuć się znowu jak mała dziewczynka, którą tata uczy rozpoznawać tropy w lesie. Ale przypomniała sobie jego zmęczoną twarz, jego strach. Nie mogła go w to znowu wciągać. Jeszcze nie teraz.

— Nie — powiedziała. — Do Julii.

Sygnał łączenia był długi i monotonny.

— Jeśli woda jest bramą — powiedziała, patrząc w boczne lusterko — to potrzebujemy kogoś, kto potrafi pływać w mroku.

W lusterku, przez zalaną deszczem szybę, w cieniu bramy, którą właśnie opuścili, Aleksandra zobaczyła sylwetkę.

Postać nie miała rogów ani poroża. Nie była wysoka i majestatyczna jak Leszy. Była garbata, płynna, rozmyta, jakby utkana z brudnej mgły i oparów. Stała nieruchomo, wpatrując się w ich samochód.

Aleksandra zamrugała. Kiedy otworzyła oczy, brama była pusta. Tylko deszcz zacinał o bruk.

— Jedź, Mikołaj — powiedziała ostro. — Jedź, już.

— Coś się stało?

— Po prostu jedź.

Skoda ruszyła z piskiem opon na mokrym asfalcie. Warszawa płakała coraz mocniej, a woda w rynsztokach przybierała, niosąc ze sobą szept, którego nikt inny w tym mieście jeszcze nie słyszał, ale który wkrótce miał stać się krzykiem.

Płyń…

Aleksandra zacisnęła dłoń na telefonie. Julia w końcu odebrała.

— Halo? — głos dziewczyny był zaspany, ale czujny.

— Julia, to ja. Obudź się. Mamy problem.

— Jaki problem?

— Mokry — odpowiedziała Aleksandra, patrząc na wycieraczki walczące z nawałnicą. — Bardzo mokry

Rozdział 2

GŁOSY W GŁOWIE JULII

Julia Kowalczyk nienawidziła luster.

Kiedyś, jeszcze przed tym wszystkim, przed śmiercią babci i przed zejściem do piwnicy, w której powietrze pachniało ziemią i starą krwią, lustra były po prostu taflami szkła. Służyły do nakładania makijażu, poprawiania włosów, sprawdzania, czy nowa sukienka dobrze leży. Były niewinnymi przedmiotami codziennego użytku.

Teraz były bramami.

Siedziała na krawędzi wanny w swojej małej łazience na Pradze, wpatrując się w swoje bose stopy. Kafelki były zimne, ale ona tego nie czuła. Jej ciało wciąż płonęło dziwną, wewnętrzną gorączką, która nie miała nic wspólnego z wirusem czy grypą. To było gorąco pochodzące z trzewi, z miejsca, gdzie splot słoneczny spotyka się z duszą.

Kran przeciekał. Kap. Kap. Kap.

Dźwięk był rytmiczny, wwiercał się w czaszkę jak ciche uderzenia młoteczka. Powinna była to naprawić tydzień temu. Powinna była wezwać hydraulika. Ale myśl o wpuszczeniu obcego człowieka do jej sanktuarium, do mieszkania pełnego suszonych ziół, starych ksiąg i amuletów, paraliżowała ją.

Podniosła głowę. Nie chciała tego robić, ale wzrok sam powędrował w stronę lustra nad umywalką.

Jej odbicie patrzyło na nią. Blada skóra, podkrążone oczy, ciemne włosy w nieładzie opadające na ramiona. Wyglądała na zmęczoną studentkę etnologii, która zarywa noce nad pracą magisterską. Nic nadzwyczajnego.

A potem odbicie mrugnęło.

Julia zamarła. Ona sama nie mrugnęła. Jej powieki pozostały szeroko otwarte, piekące od braku snu. Ale dziewczyna w lustrze przymknęła oczy powoli, z leniwą gracją, a kąciki jej ust uniosły się w minimalnym, drwiącym uśmiechu.

— Jesteś słaba, dziecino — szepnął głos w jej głowie.

Nie był to jej własny myślowy monolog. Ten głos był głębszy, chrapliwy, brzmiący jak szelest suchych liści deptanych w lesie i jednocześnie jak bulgot gęstego błota. Głos, który nie należał do XXI wieku.

— Zostaw mnie — szepnęła Julia do pustej łazienki. Zacisnęła dłonie na krawędzi wanny tak mocno, że aż zbielały jej knykcie. — Proszę, po prostu bądź cicho.

— Cisza jest dla martwych. A my żyjemy. O, jak bardzo żyjemy…

Lustro zaparowało, mimo że w łazience było zimno. Na mlecznej powierzchni zaczęły pojawiać się znaki, jakby ktoś rysował je niewidzialnym palcem od drugiej strony.

Spiralne wzory. Symbole płodności i wilgoci. Znaki Mokoszy.

Julia zamknęła oczy i zaczęła recytować w myślach mantrę, której nauczyła ją babcia. Słowa ochronne, które miały budować mur wokół jej umysłu. Jesteś panią swojego domu. Jesteś strażniczką progu. Nic nie wejdzie bez zaproszenia.

Ale to kłamstwo, pomyślała z goryczą. Ona już weszła. Zaprosiłaś ją lata temu.

Dzwonek telefonu rozdarł ciszę jak wystrzał z pistoletu.

Julia podskoczyła, serce podeszło jej do gardła. Otworzyła oczy. Lustro było czyste. Żadnej pary. Żadnych znaków. Odbicie patrzyło na nią z przerażeniem, dokładnie naśladując jej ruchy.

Wybiegła z łazienki do salonu, potykając się o stos książek leżących na podłodze. Telefon wibrował na stole, świecąc w mroku pokoju. Na ekranie wyświetlało się imię: Aleksandra.

Odetchnęła z ulgą. Aleksandra. Rzeczywistość. Kotwica.

— Halo? — odebrała, starając się, by jej głos brzmiał normalnie, choć gardło miała ściśnięte.

— Julia, to ja. Obudź się. Mamy problem.

Głos komisarz Nowak był napięty, twardy. To był głos policjantki, która właśnie zobaczyła coś, czego żaden kodeks karny nie przewiduje.

— Jaki problem? — zapytała Julia, przecierając twarz. Czuła pod palcami zimny pot.

— Mokry — odpowiedziała Aleksandra. W tle słychać było szum ulewy i rytmiczne uderzenia wycieraczek. — Bardzo mokry. Jadę do ciebie. Będę za dziesięć minut. Masz zioła? Te mocniejsze?

— Mam. Co się stało?

— Znalazłam topielca, Julia. W środku miasta. Na suchym chodniku. I… on pachniał tak, jak to, co czułyśmy w lesie. Tylko gorzej.

Połączenie zostało przerwane.

Julia stała przez chwilę z telefonem w ręku, wpatrując się w ciemne okno, o które bębnił deszcz. Topielec na suchym lądzie.

— Wody nie zatrzymasz — zachichotał głos w jej głowie. Tym razem brzmiał niemal radośnie. — Ona zawsze znajdzie drogę. Szczeliny. Pęknięcia. Ustępy.

Julia rzuciła telefon na kanapę i ruszyła do kuchni. Musiała się przygotować. Musiała być przytomna. Musiała być Julią Kowalczyk, a nie naczyniem dla słowiańskiej bogini, która nudziła się w jej ciele.

Zaczęła parzyć kawę, jej ręce drżały. Rozsypała trochę ziaren na blat. Czarne kropki na białym laminacie wyglądały jak robaki. Albo jak oczy.

— Skup się — syknęła do siebie.

Dziesięć minut później domofon zadzwonił. Julia wpuściła ich na górę, a potem otworzyła drzwi mieszkania.

Aleksandra weszła do środka jak burza. Była przemoczona, z jej kurtki kapała woda, tworząc kałużę na drewnianym parkiecie. Za nią wszedł Mikołaj. Wyglądał fatalnie — blady, z podkrążonymi oczami, jakby nie spał od tygodnia. Ale w jego spojrzeniu była ta sama determinacja, którą Julia widziała u Aleksandry. Byli zespołem. Byli ocalonymi.

— Przepraszamy za najście o tej porze — powiedział Mikołaj, zamykając drzwi. — Ale to nie mogło czekać.

— Nie szkodzi. I tak nie spałam — Julia gestem zaprosiła ich do salonu.

Mieszkanie było zagracone. Wszędzie leżały notatki, kserokopie starych rycin, pęki suszonej szałwii i bylicy wiszące pod sufitem. To nie był bałagan leniwej osoby — to był chaos badacza, który szuka odpowiedzi na pytania, których nikt inny nie zadaje.

Aleksandra nie usiadła. Chodziła po pokoju, jakby nadmiar adrenaliny nie pozwalał jej zastygnąć w miejscu.

— Opowiedz mi wszystko — poprosiła Julia, stawiając na stole kubki z kawą. — Od początku.

Komisarz oparła się o regał z książkami.

— Paweł Różycki. Bankowiec. Znaleziony na Chmielnej. Wyglądał, jakby leżał w Wiśle od kilku godzin. Maceracja skóry, woda w płucach. Ale ubranie suche. Brak śladów przenoszenia ciała.

— I ten zapach — dodał Mikołaj, biorąc kubek w obie dłonie, jakby chciał się ogrzać. — Muł. Zgnilizna. Jak w tym śnie… o moim bracie.

Julia poczuła ukłucie współczucia. Wiedziała, jak bardzo Mikołaj cierpiał. Czuła jego aurę — poszarpaną, pełną dziur, przez które wlewał się mrok.

— Masz coś z miejsca zdarzenia? — zapytała, patrząc na Aleksandrę.

Policjantka sięgnęła do kieszeni kurtki i wyjęła plastikową torebkę dowodową. W środku znajdował się mały, zielony fragment rośliny.

— Moczarka kanadyjska — powiedziała Aleksandra, kładąc torebkę na stole. — Wyjęłam mu to z ust.

Julia pochyliła się nad stołem. Nie musiała dotykać rośliny, żeby to poczuć. Przez plastik bił chłód. Nie fizyczny, ale energetyczny. Zimno, które kojarzyło się z głębiną, w której nie ma światła, i z ciśnieniem, które miażdży żebra.

— To nie jest zwykła roślina — szepnęła Julia. — Ona rosła w miejscu, gdzie woda miesza się z krwią.

Wyciągnęła rękę. Chciała tylko przesunąć torebkę bliżej światła lampy.

W momencie, gdy jej opuszki palców musnęły plastik, świat zawirował.

Dźwięk deszczu za oknem zmienił się w ogłuszający ryk wodospadu. Ściany jej mieszkania rozpłynęły się, zastąpione przez ciemną, mulistą otchłań. Poczuła, jak woda wdziera się jej do gardła, do nosa, do uszu. Dusiła się.

A potem… coś w niej pękło. Jak tama, która nie wytrzymuje naporu rzeki.

Głowa Julii odskoczyła do tyłu, jakby ktoś uderzył ją w twarz. Jej kręgosłup wygiął się w nienaturalny łuk.

— Julia! — krzyk Aleksandry dobiegał z bardzo daleka.

Julia chciała odpowiedzieć: „Jestem tutaj, pomóż mi”, ale nie miała już ust. Jej usta należały do kogoś innego.

Oczy Julii otworzyły się gwałtownie. Tęczówki, zwykle ciepłe i brązowe, teraz zalała czerń, rozszerzając źrenice tak bardzo, że niemal zakryły białka.

Kiedy przemówiła, jej głos nie był głosem dwudziestokilkuletniej dziewczyny. Był niski, wibrujący, pełen starożytnej mocy i pogardy.

— Ścierwo… — warknęła, patrząc na torebkę z wodorostem.

Aleksandra i Mikołaj cofnęli się gwałtownie. Mikołaj upuścił kubek z kawą. Ciemny płyn rozlał się po dywanie, ale Julia — a raczej To, co w niej siedziało — nawet nie mrugnęła.

— Odważyły się wyjść na powierzchnię — kontynuował głos, a każde słowo brzmiało jak zgrzyt kamieni w rzece. — Pomioty Welesa. Mokre psy.

— Julia? — Aleksandra zrobiła krok w przód, wyciągając rękę, ale nie dotykając dziewczyny. — Słyszysz mnie?

Istota w ciele Julii obróciła głowę w stronę policjantki. Ruch był zbyt płynny, zbyt szybki, przypominający ruch węża.

— Twoja mała wiedźma śpi, Wojowniczko — powiedziała istota, a na twarzy Julii pojawił się grymas, który miał być uśmiechem. — Jest zmęczona. Zbyt słaba, by nosić koronę, którą jej dałam.

— Kim jesteś? — zapytał Mikołaj, sięgając instynktownie do kabury, choć wiedział, że broń na nic się tu nie zda.

Istota zaśmiała się. Dźwięk był przerażający — gardłowy, mokry.

— Jestem tą, która przędzie los. Jestem wilgotną ziemią. Jestem matką zbóż i kochanką deszczu. Jestem Mokosz.

Temperatura w pokoju spadła gwałtownie. Para z ust Mikołaja stała się widoczna. Książki na regałach zaczęły drżeć, jakby przejeżdżało obok metro, ale wibracje pochodziły od dziewczyny stojącej na środku salonu.

Mokosz podeszła do stołu. Jej ruchy były ciężkie, dostojne, zupełnie niepasujące do drobnej sylwetki Julii. Spojrzała na wodorost z obrzydzeniem.

— To tylko zwiadowca — powiedziała, wskazując na dowód rzeczowy długim, oskarżycielskim palcem. — Wysłali wodę, by zbadała grunt. Szukają pęknięć. Chcą zatopić Jawę, by połączyć ją z Nawią. Chcą zrobić z waszego miasta jedno wielkie bagnisko.

— Kto? — zapytała twardo Aleksandra, nie spuszczając wzroku z czarnych oczu Julii. — Kto to robi?

— Ci, którzy śpią w mule. Słudzy Rogatego Pana Podziemi. Myśleliście, że Leśny Dziad — wskazała z pogardą na naszyjnik Aleksandry — zatrzymał ich, zamykając jedną bramę? Głupcy. Woda nie potrzebuje bramy. Woda potrzebuje tylko szczeliny.

Nagle ciałem Julii wstrząsnął dreszcz. Bogini spojrzała na Aleksandrę z nagłą intensywnością.

— Uważaj na deszcz, Wojowniczko. On nie pada z nieba. On pada z dołu. A ten, którego szukacie… on już tu jest. Pływa w żyłach miasta.

Światło w pokoju zamigotało i zgasło na sekundę. Kiedy zapaliło się z powrotem, Julia zachwiała się. Czerń zniknęła z jej oczu, zastąpiona przez mgłę dezorientacji. Kolana ugięły się pod nią.

Mikołaj doskoczył do niej w ostatniej chwili, łapiąc ją, zanim uderzyła głową o podłogę.

— Mam cię — powiedział cicho, sadzając ją na kanapie.

Julia oddychała ciężko, chwytając powietrze, jakby właśnie wynurzyła się z głębokiej wody. Z jej nosa popłynęła cienka stróżka krwi, kapiąc na białą bluzkę.

— Co… co się stało? — wyszeptała, patrząc przerażonym wzrokiem na Aleksandrę. — Znowu to zrobiłam? Znowu odpłynęłam?

Aleksandra podeszła do niej i kucnęła, podając chusteczkę. Jej twarz była maską opanowania, ale Julia widziała w jej oczach strach.

— Była tu — powiedziała prosto Aleksandra. — Mokosz.

Julia ukryła twarz w dłoniach. Czuła się zgwałcona. Czuła się brudna. Obecność bogini zostawiała w jej umyśle ślad, jak tłusty osad na dnie szklanki.

— Przepraszam — szlochała cicho. — Nie panuję nad tym. Te luki w pamięci… są coraz dłuższe. Kiedyś to były sekundy. Teraz minuty. Ona staje się silniejsza, Olu. Ona chce wyjść.

— Dlaczego? — zapytał Mikołaj, patrząc na nią z mieszaniną lęku i fascynacji. — Dlaczego w ogóle w tobie jest?

Julia wytarła krew z nosa. Spojrzała na swoje ręce. Były takie drobne, takie ludzkie. A jednak mieściły w sobie coś tak potężnego.

— To była cena — powiedziała cicho, a jej głos drżał. — Dwa lata temu. Moja babcia umierała. Nie na raka, nie na serce. Umierała, bo coś ją zaatakowało. Demon choroby, nasłany przez kogoś z… drugiej strony.

Aleksandra usiadła obok niej na kanapie, kładąc dłoń na jej ramieniu. Ciepło jej dotyku było kojące.

— Babcia była Szeptuchą — kontynuowała Julia. — Wiedziała, jak się bronić, ale była za stara. Jedynym ratunkiem było wezwanie patronki. Mokoszy. Ale bogini potrzebuje naczynia. Młodego, silnego ciała, żeby móc działać w naszym świecie.

— I zgodziłaś się — domyśliła się Aleksandra.

— Nie miałam wyboru. Babcia to jedyna rodzina, jaką miałam. Zgodziłam się na symbiozę. Mokosz miała ją uzdrowić, a w zamian ja miałam dać jej schronienie.

— Uzdrowiła ją? — zapytał Mikołaj.

— Tak. Na kilka miesięcy. A potem babcia zmarła ze starości, we śnie. Ale Mokosz… ona nie odeszła. Umowa nie przewidywała klauzuli wyjścia. Została we mnie. Na początku była cicha. Szeptała tylko w snach. Uczyła mnie o ziołach, o znakach. Myślałam, że to dar.

Julia spojrzała na torebkę z wodorostem leżącą na stole.

— Ale teraz, kiedy bariery między światami pękają… kiedy Leszy się obudził, kiedy Cień atakuje… ona czuje zew. Chce walczyć. Chce dominować. I nienawidzi Biesa. Nienawidzi demonów wody.

— Powiedziała, że to „mokre psy” — przypomniała Aleksandra. — I że woda nie potrzebuje bramy, tylko szczeliny.

Julia pokiwała głową. Czuła, jak ból głowy narasta, pulsując w skroniach.

— Ona ma rację, Olu. Woda jest żywiołem chaosu. Przenika wszystko. Jeśli Bies i jego słudzy używają wody jako medium… to żaden beton, żadne zamki ich nie powstrzymają. Wyjdą z kranów. Z rur. Z deszczówki.

— Więc jak z tym walczyć? — zapytał Mikołaj. — Jak aresztować wodę?

— Nie aresztujesz jej — powiedziała Julia, patrząc mu prosto w oczy. — Musisz ją odciąć. Albo wysuszyć.

Wstała chwiejnie i podeszła do regału. Wyciągnęła grubą, oprawioną w skórę księgę — dziennik swojej prababki. Kartki zaszeleściły, gdy otworzyła ją na zaznaczonej stronie.

— Mokosz powiedziała coś jeszcze? — zapytała, nie patrząc na nich.

— Że ten, którego szukamy, pływa w żyłach miasta — powtórzyła słowa bogini Aleksandra.

Julia przesunęła palcem po starym, wyblakłym rysunku. Przedstawiał on mapę Warszawy, ale nie taką, jaką znają z GPS-a. To była mapa podziemnych cieków, starych rzek, które zostały zasypane i wpuszczone w kanały. Rzeka Drna, Sadurka, Żurawka. Zapomniane żyły miasta.

— Obserwatorzy — szepnęła. — Jeśli Wolski miał rację, jeśli oni naprawdę chcą otworzyć bramę dla Welesa… to nie zrobią tego w lesie. Las należy do Leszego. Oni uderzą tam, gdzie Leszy nie ma władzy.

— W kanałach — dokończył Mikołaj.

— Pod nami jest drugie miasto — powiedziała Julia, odwracając się do nich. — Labirynt tuneli, starych piwnic, kolektorów burzowych. Tam woda jest królową. Jeśli chcą przyzwać Welesa, Pana Podziemi… to tam będą odprawiać rytuały.

Aleksandra wstała. Jej twarz była twarda, zdeterminowana. Była Strażniczką. Przyjęła na siebie ten ciężar i nie zamierzała się ugiąć, nawet jeśli wróg był płynny i nieuchwytny.

— Musimy dowiedzieć się, gdzie dokładnie — powiedziała. — Mikołaj, sprawdź stare plany kanalizacji. Skontaktuj się z wodociągami, ale dyskretnie. Szukaj anomalii. Spadków ciśnienia, dziwnych awarii, zgłoszeń o hałasach.

— A ja? — zapytała cicho Julia. — Co ze mną?

Aleksandra podeszła do niej i ujęła jej twarz w dłonie. Spojrzała głęboko w oczy dziewczyny, szukając w nich śladu przyjaciółki, a nie potwora.

— Ty musisz wytrzymać, Julia. Jesteś naszą encyklopedią. Jesteś naszym łącznikiem. Bez ciebie błądzimy po omacku.

— Boję się — wyznała Julia, a łza spłynęła jej po policzku. — Boję się, że następnym razem ona nie odda mi ciała. Że zasnę i już się nie obudzę.

— Nie pozwolę na to — obiecała Aleksandra. — Przysięgam ci. Znajdziemy sposób, żeby ją z ciebie wyciągnąć. Ale najpierw musimy przeżyć to, co nadchodzi.

Na zewnątrz ulewa przybrała na sile. Grzmot przetoczył się nad Warszawą, wstrząsając szybami w oknach. Brzmiał jak śmiech. Albo jak ryk głodnej bestii.

Julia spojrzała w stronę łazienki. Drzwi były uchylone. W lustrze nad umywalką, w ciemności, coś się poruszyło. Cień. A może tylko gra świateł?

Wiedziała jedno. Jej mieszkanie przestało być bezpiecznym azylem. Stało się polem bitwy. A ona była terytorium, o które toczyła się walka.

— Zostańcie na noc — poprosiła cicho. — Proszę. Nie chcę być sama.

Aleksandra skinęła głową, zdejmując mokrą kurtkę.

— Nigdzie nie idziemy.

Trójka ocalonych. Policjantka z gałęzią zamiast serca. Detektyw z traumą senną. I dziewczyna z boginią w głowie. Siedzieli w małym salonie na Pradze, słuchając deszczu, który próbował zmyć miasto z powierzchni ziemi.

Wiedzieli, że to dopiero początek potopu.

Rozdział 3

Dywanik z wełny i kłamstw

Komenda Rejonowa Policji przy ulicy Wilczej miała swój specyficzny mikroklimat. Niezależnie od pory roku, panowała tu duszna, lepka atmosfera, będąca mieszaniną zapachu dymu tytoniowego, który wżarł się w tynki dekady temu, i kwaśnej woni ludzkiego nieszczęścia.

Dla komisarz Aleksandry Nowak był to zapach domu. Albo więzienia. Granica między tymi dwoma pojęciami zatarła się w jej życiu już dawno temu.

Siedziała przy swoim biurku, które tonęło w stertach akt. Papierowa wieża Babel, zbudowana z raportów, zeznań i protokołów oględzin, chwiała się niebezpiecznie przy każdym mocniejszym uderzeniu w klawiaturę. Aleksandra pisała raport z nocnych oględzin na Chmielnej. Szło jej opornie. Jak opisać słowami urzędowymi coś, co wymykało się logice? Jak wpisać w rubrykę „przyczyna zgonu” sformułowanie: „utonięcie na chodniku w wyniku działania sił nadprzyrodzonych”?

Wpisała „nieznana, w toku ustaleń toksykologicznych”. Kłamstwo. Kolejna cegła w murze, który budowała wokół siebie i wokół Prawdy.

Telefon na jej biurku zadzwonił, podskakując na plastikowych nóżkach. Dźwięk był natarczywy, wwiercający się w czaszkę. Aleksandra odłożyła długopis i podniosła słuchawkę.

— Nowak — rzuciła krótko.

— Do mnie. Natychmiast.

Głos komendanta rejonowego, inspektora Marka Sokołowskiego, brzmiał jak zgrzyt metalu o beton. Nie czekał na odpowiedź. Połączenie zostało zerwane z trzaskiem.

Aleksandra westchnęła, patrząc na słuchawkę, jakby ta mogła ją ugryźć. Sokołowski rzadko wzywał do siebie podwładnych tylko po to, by pogratulować im wyników. Zazwyczaj oznaczało to kłopoty. A ton jego głosu sugerował kłopoty rozmiaru XL.

Wstała, poprawiając marynarkę, która kryła kaburę. Czuła na sobie wzrok innych policjantów w pokoju. Niektórzy patrzyli z sympatią, inni z nieukrywaną satysfakcją. Wydział Zabójstw to nie była szkółka niedzielna. Tu sukces jednego często oznaczał zazdrość drugiego, a „dywanik” u Starego był ulubionym spektaklem biurowej gawiedzi.

Przeszła korytarzem, którego ściany pomalowane były olejną lamperią w kolorze zgniłej zieleni. Każdy jej krok odbijał się echem od lastryko.

Przed gabinetem komendanta siedziała pani Basia, sekretarka, która pamiętała czasy Milicji Obywatelskiej i wiedziała o tej jednostce więcej niż sam minister spraw wewnętrznych. Spojrzała na Aleksandrę znad okularów.

— Coś ty znowu narozrabiała, Olu? — zapytała cicho, a w jej głosie brzmiała autentyczna troska. — Stary chodzi po ścianach od rana. Klnie tak, że aż paprotki więdną.

— To co zwykle, Basiu — Aleksandra uśmiechnęła się krzywo. — Istnieję.

Pchnęła ciężkie, obite dermą drzwi i weszła do jaskini lwa.

Gabinet Sokołowskiego był duży, ciemny i przesiąknięty zapachem cygar, których palenia zabronili mu lekarze, a które on namiętnie palił przy otwartym oknie. Teraz jednak okno było zamknięte. Szyby bębniły od ulewy, która nie odpuszczała Warszawie od tygodni.

Komendant stał przy oknie, tyłem do niej. Był potężnym mężczyzną o karku byka i siwych, krótko przystrzyżonych włosach. Jego sylwetka na tle szarego, spłakanego nieba wyglądała jak monolit.

— Siadaj — warknął, nie odwracając się.

Aleksandra usiadła na niewygodnym, drewnianym krześle naprzeciwko biurka. Czekała. Wiedziała, że to gra. Sokołowski lubił budować napięcie. Lubił, gdy podwładni miękli w ciszy. Ale Aleksandra nie była miękka. Była z drewna i żelaza.

Komendant odwrócił się gwałtownie. Jego twarz była czerwona, żyły na skroniach pulsowały. Rzucił na biurko gazetę. „Kurier Stołeczny”.

— Czy ty wiesz, co to jest? — zapytał, dźgając palcem w szpaltę.

— Gazeta? — Aleksandra uniosła brew, udając niewiniątko. — Służy do owijania ryb albo mycia okien.

— Nie kpij sobie ze mnie, Nowak! — Sokołowski uderzył dłonią w blat. Huk sprawił, że zdjęcie Prezydenta na ścianie przekrzywiło się lekko. — To jest problem! Mój problem! A skoro mój, to i twój!

Aleksandra pochyliła się i spojrzała na gazetę. Artykuł na trzeciej stronie. Tytuł: „Tajemnicze zgony w cieniu Kampinosu. Czy policja tuszuje seryjnego mordercę?”.

— Czytałam — powiedziała spokojnie. — Stek bzdur. Teorie spiskowe, łączenie faktów, które nie mają ze sobą nic wspólnego.

— Bzdur?! — Komendant oparł się o biurko, zbliżając twarz do jej twarzy. Czuła od niego zapach mocnej kawy i nerwów. — Ten pismak, ten… Grodzki… on nie pisze o faktach. On pisze o nas! O tobie!

— Nie wymienił mnie z nazwiska.

— Ale opisał cię tak dokładnie, że nawet ślepy by cię rozpoznał! „Charyzmatyczna komisarz o specyficznych metodach”, „samotny wilk w spódnicy”. A co gorsza, on węszysz.

Sokołowski zaczął chodzić po gabinecie, wyrzucając ręce w powietrze.

— Dzwonił do rzecznika prasowego. Dzwonił do prokuratury. Był nawet w prosektorium, wyobrażasz sobie? Próbował przekupić technika, żeby zobaczyć ciało tego bankowca z Chmielnej. Różyckiego.

Aleksandra poczuła, jak jej serce na ułamek sekundy zmienia rytm. Różycki. Topielec na suchym lądzie. Sprawa, która śmierdziała magią na kilometr.

— Grodzki to hiena — powiedziała chłodno. — Szuka sensacji, bo nakład im spada.

— On pytał o wodorosty, Nowak! — Sokołowski zatrzymał się i spojrzał na nią przenikliwie. — O wodorosty w płucach faceta, który zmarł w centrum miasta! Skąd on, kurwa, wie o wodorostach? W raporcie oficjalnym tego nie ma. Kto sypie?

— Nikt z moich ludzi — zapewniła twardo. — Może ratownicy? Może ktoś z przypadkowych świadków widział, jak wyciągaliśmy mu ziele z gardła?

— Nie obchodzi mnie skąd! Obchodzi mnie to, że ten Grodzki lata po mieście i zadaje pytania, na które nie mamy odpowiedzi. A wiesz, co się dzieje, jak prasa zaczyna drążyć tematy, których nie rozumie?

— Robi się burdel?

— Gorzej. Robi się panika. Ludzie i tak są poddenerwowani tą pogodą. Deszcz pada od miesiąca, piwnice zalane, studzienki wybijają. A teraz jeszcze ten pismak sugeruje, że w Warszawie grasuje jakiś „Wodny Dusiciel” albo inna cholera. Góra dzwoniła do mnie rano. Są wściekli.

Aleksandra oparła się wygodniej na krześle, zakładając nogę na nogę. Musiała grać pewną siebie. Musiała bagatelizować sprawę, żeby Sokołowski nie zaczął grzebać głębiej. Jeśli komendant zainteresuje się „dziwnymi” aspektami śledztwa, odkryje rzeczy, które wyślą go do Tworek, a ją do więzienia.

— Szefie — powiedziała łagodniej. — To tylko jeden dziennikarzyna z przerośniętym ego i bujną wyobraźnią. Zajmę się tym.

— Jak? — Sokołowski zmrużył oczy. — Znowu go nastraszysz? Obijesz mu nerkę w ciemnej uliczce? Znam twoje metody, Nowak.

— Porozmawiam z nim. Wytłumaczę mu, że utrudnianie śledztwa to paragraf. Że sianie paniki to paragraf.

— Nie — komendant pokręcił głową. — Masz się trzymać od niego z daleka. On tylko na to czeka. Żebyś zrobiła jakiś błąd. Żeby mógł napisać, że policja go zastrasza. To by tylko potwierdziło jego tezy.

— Więc co mam robić?

— Masz robić swoje. Ale po cichu. Zamknij tę sprawę Różyckiego. Wpisz zawał, wpisz zatrucie alkoholem, cokolwiek, co zamknie gębę prokuratorowi i prasie. I masz to zrobić szybko. Zanim Grodzki wykopie coś, czego nie da się zamieść pod dywan.

Sokołowski podszedł do biurka i wyciągnął z szuflady teczkę. Rzucił ją w stronę Aleksandry.

— I jeszcze jedno. Dzwonili z „Wodociągów”. Twierdzą, że w nocy, w czasie kiedy znaleziono ciało, ich czujniki w rejonie Chmielnej zwariowały. Skoki ciśnienia, przepływ zwrotny. Grodzki też o to pytał. Węszy wokół infrastruktury miejskiej.

Aleksandra wzięła teczkę. Wiedziała, co w niej jest. Wykresy, które dla zwykłego człowieka byłyby bełkotem, ale dla niej i Mikołaja były mapą drogową bestii.

— Zrozumiałam — powiedziała, wstając. — Sprawa zostanie zamknięta. Grodzki się znudzi i znajdzie sobie inny temat. Może dziury w asfalcie.

— Obyś miała rację, Aleksandra — Sokołowski westchnął ciężko, siadając w swoim fotelu. Wyglądał nagle na bardzo zmęczonego. — Bo jeśli on ma rację… jeśli w tym mieście dzieje się coś, czego nie kontrolujemy… to te twoje pogańskie amulety cię nie uratują. I mnie też nie.

Aleksandra zamarła w pół kroku. Spojrzała na niego. Czyżby wiedział? Czyżby domyślał się czegoś?

Sokołowski patrzył na nią, bębniąc palcami o blat. Na jego palcu lśnił sygnet. Zwykły, srebrny, z herbem rodowym. Żadnych węży. Żadnych symboli.

— Wyjść — rzucił krótko.

Wyszła.

Na korytarzu odetchnęła głęboko. Powietrze wciąż śmierdziało tym samym, co wcześniej, ale teraz wydawało jej się lżejsze. Przeżyła.

Szybkim krokiem ruszyła w stronę swojego pokoju. Musiała porozmawiać z Mikołajem. Sytuacja właśnie skomplikowała się z „bardzo złej” na „krytyczną”.

Weszła do swojego gabinetu — małej klitki, którą dzieliła z szafą pancerną i paprotką, która umierała od trzech lat, ale nie miała odwagi uschnąć ostatecznie.

Mikołaj siedział na parapecie, paląc e-papierosa. Dym o zapachu wanilii gryzł się z atmosferą posterunku. Na kolanach trzymał laptopa.

— I jak? — zapytał, nie podnosząc wzroku. — Żyjesz? Czy mamy już pakować twoje rzeczy do kartonu po bananach?

— Było blisko — Aleksandra zamknęła drzwi na klucz i zasłoniła żaluzje. Podeszła do biurka i rzuciła na nie gazetę, którą „pożyczyła” od Sokołowskiego. — Mamy problem. Nazywa się Tomasz Grodzki.

Mikołaj spojrzał na artykuł. Jego twarz spochmurniała.

— Ten dziennikarz? Czytałem jego wypociny o Kampinosie. Myślałem, że to nieszkodliwy wariat.

— Ten wariat ma źródła — powiedziała Aleksandra, nalewając sobie wody z dzbanka. Ręce jej lekko drżały. — Wie o wodorostach w płucach Różyckiego. Wie o anomaliach w wodociągach. Stary mało nie dostał zawału.

— O wodorostach? — Mikołaj odstawił laptopa. W jego oczach pojawił się błysk niepokoju. — To niemożliwe. Raport techników jest utajniony. Dostęp ma tylko patolog, prokurator i my.

— I ktoś, kto sypie. Albo… — Aleksandra zawiesiła głos.

— Albo co?

— Albo Grodzki widzi więcej, niż powinien. Pamiętasz, co mówiła Julia? Że bariera słabnie. Że zwykli ludzie zaczynają dostrzegać pęknięcia. Może Grodzki jest wrażliwy? Może to nie jest kwestia informatora, tylko… intuicji?

Mikołaj prychnął, wypuszczając kłąb pary.

— Intuicja nie powie ci o Moczarce kanadyjskiej w przełyku denata. Ktoś gada. Musimy go sprawdzić.

— Stary zabronił mi się do niego zbliżać. Mam trzymać się z daleka, żeby nie robić szumu.

— Oficjalnie tak — Mikołaj zeskoczył z parapetu. Podszedł do niej. W półmroku gabinetu jego twarz wyglądała na zmęczoną, starszą. Cienie pod oczami były głębsze niż zwykle. — Ale nieoficjalnie… musimy wiedzieć, ile on wie. Jeśli trafi na ślad Julii… jeśli połączy Różyckiego z…

— To Obserwatorzy go znajdą, zanim my to zrobimy — dokończyła Aleksandra.

Podeszła do okna. Przez szpary w żaluzjach widziała ulicę Wilczą. Deszcz zacinał, zmieniając świat w rozmytą akwarelę.

— On tropi moje śledztwa, Mikołaj. Wypytuje na mieście. Chodzi za mną. Czuję to. To nie jest zwykłe dziennikarskie śledztwo. On jest jak pies gończy, który złapał zapach krwi.

— Co zamierzasz?

Aleksandra odwróciła się do niego. W jej oczach zapalił się ten sam zimny ogień, który Mikołaj widział w lesie, gdy składała przysięgę.

— Jeśli Stary myśli, że będę siedzieć cicho, gdy ktoś depcze mi po piętach, to się myli. Grodzki chce prawdy? To może ją dostanie. Ale na moich warunkach.

— Chcesz się z nim spotkać?

— Nie. Chcę wiedzieć, kim on jest. Prześwietl go, Mikołaj. Chcę wiedzieć, co jada na śniadanie, z kim sypia i jakie ma długi. I chcę wiedzieć, dlaczego tak bardzo interesuje go woda.

Mikołaj uśmiechnął się lekko. Był to uśmiech lojalnego wspólnika, który wie, że właśnie łamią kolejne regulaminy, ale nie dba o to.

— Już się robi, szefowo. Ale ostrzegam. Jeśli on naprawdę coś wie… to może być bardzo niebezpieczny.

— Zobaczymy — mruknęła Aleksandra, patrząc na zdjęcie w gazecie.

Przedstawiało sylwetkę człowieka we mgle. Podpis głosił: Kto pilnuje strażników?.

— Zobaczymy, panie Grodzki, czy jesteś gotowy na odpowiedzi, których szukasz. Bo w tej historii ciekawość to pierwszy stopień do piekła.

Za oknem zagrzmiało. Dźwięk przetoczył się nad Warszawą jak śmiech czegoś ogromnego, co budziło się w podziemiach.

Aleksandra poczuła, jak kawałek drewna na jej piersi pulsuje ciepłem. Ostrzeżenie.

— Zaczyna się — powiedziała cicho. — On już wie, że o nim rozmawiamy.

— Grodzki?

— Nie. Ten, o którym Grodzki próbuje pisać.

Mikołaj spojrzał na swój kubek z kawą. Czarna tafla płynu drżała, marszcząc się w koncentryczne kręgi, mimo że nikt nie dotykał biurka.

— Woda słucha — szepnął.

— Niech słucha — Aleksandra wyciągnęła pistolet z kabury i położyła go na aktach, tuż obok gazety. — Niech wiedzą, że jesteśmy gotowi.

Tyle na dzisiaj. Czas wrócić do pracy. Przesilenie nie będzie czekać.

Rozdział 4

Tropiciel Absurdu

Redakcja „Kuriera Stołecznego” śmierdziała zwietrzałą kawą, przegrzanym plastikiem komputerów i cichą, pełzającą desperacją. Było to miejsce, gdzie ambicje przychodziły umierać, dławione przez deadline’y, klikalność i reklamy suplementów na potencję.

Tomasz Grodzki siedział przy swoim biurku, które było wyspą chaosu w morzu uporządkowanej bylejakości. Wokół niego piętrzyły się stosy wydruków, starych gazet i kubków z osadem, w którym rodziły się nowe cywilizacje pleśni. Świetlówka nad jego głową mrugała w nieregularnym rytmie — bzz-błysk, bzz-błysk — jakby nadawała kodem Morse’a wiadomość o nadchodzącej katastrofie.

Nikt inny zdawał się tego nie słyszeć. Pozostali dziennikarze, stukający w klawiatury z mechaniczną obojętnością, byli zajęci pisaniem o dziurach w jezdni na Mokotowie, nowej diecie celebrytki i promocjach w dyskontach. Byli bezpieczni. Byli ślepi.

Tomasz przetarł oczy. Piekły go, jakby ktoś nasypał pod powieki piasku. Nie spał od dwudziestu sześciu godzin. Adrenalina i tania kofeina utrzymywały go w stanie chybotliwej równowagi, na granicy geniuszu i załamania nerwowego.

Na ekranie jego monitora widniało zamazane zdjęcie zrobione telefonem komórkowym. Przedstawiało fragment chodnika przy ulicy Chmielnej, otoczony policyjną taśmą. W centrum kadru, w kałuży, która wydawała się zbyt głęboka jak na miejski bruk, leżał kształt przykryty czarnym workiem.

— Grodzki! Do mnie!

Głos naczelnego, Roberta Walczaka, przebił się przez szum open space’u jak ryk niedźwiedzia. Tomasz wzdrygnął się, minimalizując okno ze zdjęciem, i wstał. Jego kręgosłup zaprotestował trzaskiem.

Gabinet szefa był szklaną klatką w rogu sali. Walczak, mężczyzna o posturze zapaśnika i twarzy buldoga, siedział za biurkiem, które wyglądało na zbyt małe dla jego ego.

— Masz minutę — warknął, nie podnosząc wzroku znad tabletu. — Przekonaj mnie, dlaczego nie powinienem cię wywalić za marnowanie czasu.

Tomasz przełknął ślinę. Gardło miał wyschnięte na wiór.

— To nie jest marnowanie czasu, szefie. To temat roku. Może dekady.

— Temat dekady? — Walczak uniósł brew, w końcu patrząc na niego. W jego oczach czaiła się ta specyficzna mieszanka litości i pogardy, którą rezerwował dla Tomasza od czasu serii artykułów o „zjawiskach niewyjaśnionych” w Kampinosie. Artykułów, które nigdy nie poszły do druku. — Mówisz o tym bankowcu z Chmielnej? Różyckim?

— Tak. Oficjalna wersja policji będzie brzmiała: zawał serca albo zatrucie alkoholowe. Ale ja mam źródło w pogotowiu.

— I co mówi twoje źródło? Że bankowiec został porwany przez UFO?

— Że utonął — powiedział Tomasz cicho, nachylając się nad biurkiem. — Że wylał z siebie litry wody. Że w jego płucach znaleźli muł i wodorosty, szefie. W środku miasta, kilometr od rzeki. To jest wtórne utonięcie, ale bez pierwotnego zanurzenia. To fizjologiczny nonsens.

Walczak westchnął ciężko, jakby sama obecność Tomasza wysysała z niego energię życiową.

— Grodzki… Tomasz. Posłuchaj mnie. Ludzie nie chcą czytać o wodorostach w płucach bankowców. To obrzydliwe i brzmi jak bełkot wariata. Ludzie chcą wiedzieć, dlaczego tramwaje stoją i czy jutro będzie padać.

— Ale będzie padać! — przerwał mu Tomasz, czując, jak desperacja ściska go za gardło. — Nie widzisz, co się dzieje? Ta ulewa trwa od tygodni. Poziom wód gruntowych wariuje. W piwnicach na Pradze wybija szambo. W Kampinosie miesiąc temu znaleziono cialo z wyrytymi symbolami, drugie takie nad Wisłą a policja zamiotła to pod dywan jako „porachunki gangsterskie”. To się łączy, Robert. To jest wzór.

Walczak wstał i podszedł do okna. Za szybą, na szarym niebie Warszawy, kłębiły się chmury przypominające siniaki. Deszcz zacinał o szkło, tworząc na nim skomplikowane mapy rzek.

— Wiesz, jak cię nazywają na korytarzu? — zapytał naczelny, nie odwracając się. — „Z Archiwum X”. I to nie jest komplement. Piszesz dobrze, masz nosa do detali, ale twoja obsesja na punkcie teorii spiskowych niszczy twoją wiarygodność.

— To nie jest teoria. To fakty. Mam zdjęcia z Kampinosu. Mam zeznania leśniczego, którego zastraszyli. A teraz ten topielec na suchym lądzie.

— Dość — uciął Walczak, odwracając się gwałtownie. — Masz napisać krótki tekst o śmierci Różyckiego. „Tragedia w centrum, przepracowany bankier umiera na ulicy”. Kropka. Żadnych wodorostów, żadnych symboli, żadnych powiązań z kosmitami czy leśnymi demonami. Zrozumiałeś?

Tomasz zacisnął pięści. Paznokcie wbiły się w skórę dłoni.

— Zrozumiałem.

— I weź urlop, Grodzki. Wyglądasz, jakbyś miał zaraz kogoś ugryźć. Wyśpij się. Znajdź sobie dziewczynę. Wróć do świata żywych.

Kiedy Tomasz wyszedł z gabinetu, czuł na sobie spojrzenia kolegów. Ktoś zachichotał. Ktoś inny szeptem zapytał sąsiada: „Znowu nadawał o potworach?”.

Ignorował ich. Byli owcami. Byli bezpieczni w swojej ignorancji, przeżuwając papkę codzienności. On był wilkiem. Może wyliniałym, może chorym, ale wilkiem, który złapał trop.

Wrócił do biurka, usiadł i otworzył nowy dokument. Ale nie napisał o przepracowanym bankierze. Wpisał w wyszukiwarkę nazwisko: Komisarz Aleksandra Nowak.

Wiedział, że to ona prowadziła sprawę w Kampinosie. Wiedział, że była na Chmielnej tej nocy. Widział ją na nagraniu z kamery przemysłowej sklepu monopolowego, do którego dostęp kupił za butelkę whisky od ochroniarza.

Na nagraniu Aleksandra Nowak nie wyglądała jak zwykła policjantka. Stała nad ciałem, dotykając czegoś na swojej piersi. A potem patrzyła w cień bramy, jakby coś tam widziała. Coś, czego kamera nie zarejestrowała, a co sprawiło, że obraz na ułamek sekundy zaszumiał cyfrowym śniegiem.

Tomasz wyciągnął z szuflady paczkę papierosów i wyszedł na zewnątrz.

Ulica witała go chłodem i wilgocią. Stanął pod daszkiem, zapalając papierosa drżącymi rękami. Dym wypełnił jego płuca, dając chwilowe, trujące ukojenie.

Obserwował ludzi przemykających pod parasolami. Szare twarze, spuszczone głowy. Wszyscy patrzyli pod nogi, by nie wdepnąć w kałużę. Nikt nie patrzył w górę, na niebo, które wyglądało, jakby miało zamiar runąć im na głowy.

— Ślepi — mruknął do siebie, wypuszczając dym nosem.

Wyjął telefon i wybrał numer do Mietka, swojego kontaktu w pogotowiu.

— Halo? — Głos w słuchawce był cichy, spięty.

— Mietek, to ja. Masz coś więcej o Różyckim?

— Tomek, kurwa, nie dzwoń do mnie — syknął ratownik. — Pytali o mnie.

Tomasz zamarł.

— Kto pytał? Policja?

— Nie policja. Jacyś goście w garniturach. Nie wyglądali na gliny. Mieli legitymacje z jakiegoś ministerstwa, ale nigdy takich nie widziałem. Pytali, kto miał dostęp do raportu medycznego. Kto widział to zielsko w gębie trupa.

— Co im powiedziałeś?

— Nic! Że to błąd w systemie. Ale oni wiedzieli, Tomek. Mieli takie oczy… martwe. Jak u ryb. Słuchaj, kasuję twój numer. Nie dzwoń do mnie, nie pisz. Zapomnij o tym temacie. To gówno jest toksyczne.

Połączenie zostało zerwane.

Tomasz wpatrywał się w ekran telefonu, na którym krople deszczu rozmazywały czas połączenia. 0:48. Czterdzieści osiem sekund, które potwierdziły jego najgorsze obawy.

To nie była tylko dziwna śmierć. To było tuszowanie. Ktoś sprzątał. Ktoś bardzo potężny.

Zgasił papierosa butem, rozcierając niedopałek na mokrym betonie. Strach, który powinien go sparaliżować, zadziałał odwrotnie. Poczuł przypływ zimnej, krystalicznej determinacji.

Jeśli „goście w garniturach” zastraszali ratowników, to znaczyło, że prawda jest blisko. A kluczem do tej prawdy była Aleksandra Nowak.


Dwie godziny później Tomasz siedział w swoim starym Oplu, zaparkowanym w bocznej uliczce naprzeciwko Komendy Rejonowej Policji na Wilczej. Wycieraczki pracowały na najwolniejszym biegu, z trudem radząc sobie z mżawką, która oklejała szybę jak tłuszcz.

W samochodzie pachniało fast foodem i starym tapczanem. Na siedzeniu pasażera leżał aparat fotograficzny z teleobiektywem — jego najwierniejsza broń.

Czekał. Cierpliwość była cnotą myśliwego, a Tomasz nauczył się czekać przez lata polowania na historie, których nikt nie chciał opowiedzieć.

O 16:45 drzwi komendy otworzyły się. Wyszła z nich kobieta.

Tomasz natychmiast rozpoznał Aleksandrę Nowak. Na żywo wyglądała inaczej niż na rozmazanych nagraniach czy starych zdjęciach z konferencji prasowych. Była szczuplejsza, jakby coś wyjadało ją od środka. Jej twarz była blada, ostra, pozbawiona makijażu. Krótkie, ciemne włosy były mokre, przyklejone do czoła.

Ale to nie jej wygląd przykuł uwagę Tomasza. To sposób, w jaki się poruszała. Szła sprężystym, czujnym krokiem drapieżnika wchodzącego na wrogie terytorium. Co chwila zerkała w cienie, skanowała twarze przechodniów. Jej dłoń mimowolnie wędrowała ku klatce piersiowej, gdzie pod kurtką rysował się kształt jakiegoś przedmiotu.

Tomasz podniósł aparat. Migawka klapnęła cicho. Raz, drugi, trzeci.

Przybliżył obraz na wyświetlaczu. Twarz Nowak była napięta, oczy podkrążone. Wyglądała na kogoś, kto dźwiga ciężar nie do uniesienia.

Dołączył do niej mężczyzna. Wysoki, barczysty, z twarzą, na której wypisana była ta sama ponura determinacja. Mikołaj Wiśniewski. Partner z wydziału. Według plotek — coś więcej niż partner.

Rozmawiali krótko, nie patrząc na siebie, jakby bali się, że ktoś czyta z ich ruchu warg. Wiśniewski przekazał jej jakąś teczkę. Nowak schowała ją pod kurtką, chroniąc przed deszczem jak największy skarb.

Wsiedli do nieoznakowanej Skody.

Tomasz odpalił silnik swojego Opla. Jego ręce pociły się na kierownicy. To było szaleństwo. Śledzenie policjantów z Wydziału Zabójstw to najszybsza droga do aresztu albo na cmentarz.

Ale ciekawość była silniejsza niż instynkt samozachowawczy. Ciekawość była chorobą, a on był w stadium terminalnym.

Ruszył za nimi, zachowując bezpieczny dystans dwóch samochodów.

Jechali na Pragę. Przekroczyli Most Poniatowskiego, pod którym Wisła toczyła swoje spuchnięte, brunatne wody. Rzeka wyglądała groźnie. Poziom wody był wysoki, nurt rwał, niosąc konary drzew i śmieci. Tomasz miał wrażenie, że rzeka patrzy na niego tysiącem wirujących oczu.

Skoda zjechała w labirynt starych uliczek Starej Pragi. Kamienice tutaj były odrapane, mroczne, noszące ślady po kulach z czasów wojny i ślady po kulach z czasów współczesnych. Deszcz zamieniał podwórka-studnie w błotniste jeziora.

Nowak i Wiśniewski zaparkowali pod jedną z kamienic. Tomasz zatrzymał się za rogiem, gasząc światła. Złapał aparat i wysiadł, naciągając kaptur na głowę.

Szedł cicho, trzymając się ścian. Deszcz tłumił odgłosy jego kroków. Widział, jak policjanci wchodzą do klatki schodowej. Drzwi nie domknęły się do końca — zamek był zepsuty, typowe dla tej dzielnicy.

Tomasz wślizgnął się do środka. Na klatce pachniało wilgocią, kapustą i kocim moczem. Słyszał kroki na górze. Trzecie piętro. Drzwi otworzyły się i zamknęły.

Podszedł wyżej, stąpając po bokach stopni, gdzie deski mniej skrzypiały. Zatrzymał się na półpiętrze między drugim a trzecim poziomem.

Drzwi numer 12. Na wycieraczce stały ubłocone buty. Zza drzwi dobiegały przytłumione głosy.

— ...nie panuję nad tym… luki w pamięci są coraz dłuższe… — to był głos młodej kobiety. Płaczliwy, przerażony.

— Nie pozwolę na to. Przysięgam ci — odpowiedział głos Nowak. Twardy, ale pełen emocji.

Tomasz oparł się o ścianę, próbując uspokoić oddech. Kim była ta trzecia osoba? Świadek? Ofiara?

Nagle usłyszał coś jeszcze. Dźwięk, który nie pasował do starej kamienicy.

Dźwięk płynącej wody. Głośny, narastający szum, jakby ktoś odkręcił hydrant w środku mieszkania. Ale głosy nie brzmiały, jakby walczyli z awarią rur. Głosy brzmiały, jakby walczyli o życie.

A potem usłyszał Inny Głos.

Nie należał do człowieka. Był niski, wibrujący, sprawiający, że plomby w zębach Tomasza zaczęły drżeć. Głos, który brzmiał jak kamienie mielone w rzecznym młynie.

— Ścierwo… Odważyły się wyjść na powierzchnię… Pomioty…

Tomasz poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy. To nie był język polski, choć rozumiał słowa. To brzmiało archaicznie, potężnie. Jak z horroru o egzorcyzmach, tylko… bardziej mokro.

Przyłożył oko do wizjera aparatu, celując w szparę pod drzwiami, mając nadzieję, że uda mu się coś nagrać na wideo.

I wtedy to poczuł.

Kropla wody spadła mu na kark. Zimna jak lód.

Podniósł wzrok. Sufit nad nim był suchy. Ale kolejna kropla spadła mu na nos. I jeszcze jedna.

Woda nie kapała z sufitu. Woda formowała się w powietrzu, tuż nad jego głową. Kondensowała się z mroku, tworząc lewitującą kałużę.

Strach, pierwotny i obezwładniający, chwycił go za gardło. To nie była halucynacja. To się działo.

Cofnął się o krok, potykając o własne nogi. Aparat uderzył o barierkę z głośnym brzękiem.

Głosy w mieszkaniu ucichły.

— Słyszałeś? — głos Wiśniewskiego.

— Ktoś tu jest.

Kroki zbliżały się do drzwi.

Tomasz nie czekał. Rzucił się do ucieczki, zbiegając po schodach po dwa stopnie naraz. Nie dbał o hałas. Chciał tylko wyjść. Chciał uciec od tego głosu, od tej lewitującej wody, od tego przeklętego domu.

Wpadł do samochodu, drżącymi rękami przekręcając kluczyk. Silnik zaryczał. Opony zabuksowały na mokrym bruku.

Odjechał, nie patrząc w lusterko. Ale gdyby spojrzał, zobaczyłby, że woda w kałużach na ulicy nie zachowuje się normalnie. Że płynie pod prąd, w stronę kamienicy, jakby była wzywana.


Dwie godziny później Tomasz siedział w swoim mieszkaniu na Żoliborzu. Wszystkie światła były zapalone. Telewizor grał głośno, zagłuszając szum deszczu za oknem.

Siedział przed laptopem, wpatrując się w zdjęcia, które zrobił pod komendą. Zgrywał je kablem, bo bał się chmury. Bał się wszystkiego, co bezprzewodowe.

Zdjęcie numer 45. Aleksandra Nowak wychodząca z budynku.

Tomasz przybliżył obraz. Piksele rozmyły się, tworząc ziarnistą mozaikę. Skupił się na twarzy policjantki. Jej oczy. Było w nich coś… dzikiego.

Ale to nie twarz go zmroziła.

Przesunął kadr nieco w prawo. W szklanych drzwiach komendy odbijała się ulica. Samochody, drzewa, przechodnie.

I coś jeszcze.

Tuż za Aleksandrą, w odbiciu, stała postać. Była wysoka, nienaturalnie chuda. Miała na sobie coś, co przypominało łachmany, albo… wodorosty?

Ale najgorsza była głowa. To nie była ludzka głowa. To była plątanina gałęzi, korzeni i kości, formująca kształt czaszki jelenia.

Tomasz wstrzymał oddech. Przetarł ekran, myśląc, że to brud. Ale postać nie zniknęła.

Spojrzał na kolejne zdjęcie. Mikołaj Wiśniewski. W odbiciu szyby radiowozu, za jego plecami, widać było twarz. bladą, z zielonymi włosami, o oczach czarnych jak studnie.

— Co wy do cholery przyciągnęliście do tego miasta? — szepnął do pustego pokoju.

Nagle ekran laptopa zamigotał. Obraz zaczął falować, jak tafla wody, w którą wrzucono kamień. Głośniki wydały z siebie wysoki, piskliwy dźwięk.

Tomasz cofnął się, przewracając krzesło.

Z głośników popłynął głos. Ten sam, który słyszał na klatce schodowej. Ale tym razem był cichszy, bardziej intymny. Jakby ktoś szeptał mu prosto do ucha.

— Widzisz nas, mały podglądaczu?

Tomasz chwycił za kabel zasilający i wyrwał go z gniazdka. Laptop zgasł.

W pokoju zapadła cisza. Tylko deszcz bębnił o szyby. Stuk. Stuk. Stuk.

Ale Tomasz wiedział już, że to nie jest zwykły deszcz.

Podszedł do okna i zaciągnął rolety. Ręce mu się trzęsły. Wiedział, że powinien spakować się i wyjechać. Uciec w Bieszczady, zaszyć się w jakiejś dziurze bez prądu i wody.

Ale wiedział też, że tego nie zrobi.

Spojrzał na czarny ekran laptopa, w którym odbijała się jego własna, przerażona twarz.

— Widzę was — powiedział do ciszy. — I opiszę was. Choćby to była ostatnia rzecz, jaką zrobię.

Sięgnął po notes i długopis. Stara szkoła. Żadnej elektroniki. Żadnych ekranów, przez które coś mogłoby na niego patrzeć.

Zaczął pisać. Tytuł artykułu, który nigdy nie ukaże się w „Kurierze Stołecznym”, ale który musiał powstać.

„Mroczne Przesilenie. Kiedy bogowie wracają, ludzie muszą zacząć się bać.”

W kuchni kran zaczął kapać. Kap. Kap. Kap.

Tomasz nie poszedł go dokręcić. Wiedział, że woda i tak znajdzie drogę.

Rozdział 5

Złamana Przysięga

Aleksandra wiedziała, zanim jeszcze skręciła w żwirową alejkę prowadzącą do domu ojca.

Wiedza ta nie przyszła do niej drogą dedukcji ani policyjnego instynktu. Nie była efektem analizy faktów czy poszlak. Przyszła przez ból.

Amulet na jej piersi — kawałek leszczynowej gałęzi, dar od Leśnego Dziada — przestał pulsować ostrzegawczym rytmem, do którego zdążyła się przyzwyczaić przez ostatnie godziny. Zamiast tego stał się lodowaty. Zimno promieniowało od drewna, przebijając się przez warstwy ubrań, mrożąc skórę, mięśnie, aż do samego serca. To nie był chłód fizyczny. To była pustka.

Jakby ktoś nagle odciął zasilanie w części wszechświata.

Zatrzymała samochód przed bramą. Reflektory wycięły z mroku stalowe pręty ogrodzenia i mokre krzewy bzu, które wyglądały teraz jak powykręcane, czarne szkielety.

Dom Stanisława Nowaka stał w głębi działki, odseparowany od reszty podwarszawskiego osiedla pasem starodrzewu. Zazwyczaj o tej porze w oknie gabinetu na parterze paliło się ciepłe, żółte światło lampy biurkowej. Ojciec czytał do późna, analizując stare mapy albo po prostu patrząc w noc, jakby czekał na powrót czegoś, co utracił dekady temu.

Dziś dom był ciemny.

Aleksandra zgasiła silnik. Cisza, która zapadła po wyłączeniu motoru, była absolutna. Nawet deszcz, który towarzyszył jej przez całą drogę z Pragi, tutaj, na obrzeżach miasta, wydawał się padać ciszej. Tłumił dźwięki. Otulał świat mokrą watą.

Wyciągnęła telefon. Wybrała numer ojca.

Jeden sygnał. Drugi. Trzeci.

„Abonent czasowo niedostępny…”

Rozłączyła się. Wybrała numer Mikołaja.

— Olu? — odebrał po pierwszym sygnale. Jego głos był napięty. Wiedział, że nie dzwoniłaby bez powodu po tym, co zobaczyli u Julii.

— Jestem u ojca — powiedziała. Jej własny głos wydawał się jej obcy. Płaski. Pozbawiony emocji. — Coś jest nie tak.

— Co się dzieje?

— Jest ciemno. Nie odbiera. I… — zawahała się, dotykając lodowatego amuletu. — Las milczy, Mikołaj. Ptaki nie śpiewają. Psy we wsi nie szczekają. Jest tak cicho, że słyszę własną krew w uszach.

— Czekaj na mnie — rozkazał natychmiast. — Jestem piętnaście minut od ciebie. Nie wchodź tam sama.

— Nie mogę czekać.

— Ola, proszę cię…

— Brama jest otwarta — przerwała mu, patrząc na uchyloną furtkę. Metalowy zamek był wygięty, jakby ktoś — albo coś — naparł na niego z ogromną siłą. — Muszę sprawdzić.

— Nie rozłączaj się przynajmniej.

Aleksandra położyła telefon na siedzeniu pasażera, włączając tryb głośnomówiący, ale nie zabrała go ze sobą. Potrzebowała obu rąk. Wyciągnęła z kabury pistolet i latarkę.

Wysiadła w noc.

Powietrze pachniało inaczej niż w centrum. Tam dominował smród spalin i brudnej rzeki. Tutaj zapach był organiczny, surowy. Mokra ziemia. Zbutwiałe liście. I coś jeszcze.

Woń, którą pamiętała z dzieciństwa, kiedy ojciec zabierał ją do rezerwatów ścisłych, tam, gdzie ludzie nie chodzą. Zapach dzikiego zwierzęcia. Piżmo. Mokra sierść.

Podeszła do drzwi wejściowych. Były zamknięte. Żadnych śladów włamania na zamku. Żadnych wyważonych futryn.

Obejaście domu tonęło w błocie. Poświeciła latarką pod nogi. Deszcz rozmył większość śladów, ale w miękkiej glebie przy rabacie z różami dostrzegła wgłębienia. Były głębokie. Zbyt duże na człowieka. Zbyt duże na psa.

Wyglądały jakby ktoś wbijał w ziemię ciężkie pale. Albo jakby stąpało tędy coś, co ważyło pół tony i miało kopyta.

— Tato? — zawołała, ale głos uwiązł jej w gardle.

Cisza odpowiedziała jej szumem kropel uderzających o rynny.

Obeszła dom dookoła, kierując się na taras. Drzwi tarasowe były przeszklone. Przystawiła twarz do szyby, osłaniając oczy przed odblaskiem latarki.

Wewnątrz panował mrok, ale promień jej światła wyłowił zarysy mebli w salonie. Przewrócony fotel. Rozrzucone papiery. I ciemna plama na dywanie, która w świetle LED-ów wyglądała na czarną jak smoła.

Aleksandra poczuła, jak żołądek zaciska się w twardy węzeł.

Łokciem wybiła szybę przy klamce. Dźwięk tłuczonego szkła był szokująco głośny, jak wystrzał. Sięgnęła do środka, przekręciła zamek i otworzyła drzwi.

Weszła do środka.

Zapach uderzył ją natychmiast. To nie była woń starego domu, kurzu i książek, którą znała. To był zapach rzeźni. Słodki, metaliczny odór krwi, zmieszany z tym samym dzikim, piżmowym smrodem, który czuła na zewnątrz.

— Tato! — krzyknęła, tym razem głośniej, z desperacją, która przebiła się przez jej profesjonalny pancerz.

Ruszyła przez salon. Jej buty chrzęściły na szkle i… czymś mokrym. Starała się nie patrzeć w dół.

Skierowała latarkę w stronę gabinetu. Drzwi były wyrwane z zawiasów. Leżały na podłodze, przełamane na pół, jakby były zrobione z zapałek, a nie z litego dębu.

Aleksandra stanęła w progu. Ręka trzymająca broń zaczęła jej drżeć. Musiała chwycić nadgarstek drugą dłonią, żeby utrzymać pistolet w poziomie.

Światło latarki omiotło pokój.

Regały z książkami były przewrócone. Tysiące stron walało się po podłodze, nasiąkając ciemną cieczą. Biurko — masywny, przedwojenny mebel — było przesunięte pod ścianę, jakby było zabawką. Na ścianach widniały głębokie bruzdy w tynku. Trzy równoległe linie.

Ślady pazurów. Ale rozstaw był nieludzki. Każda bruzda była szeroka na dwa cale.

A pośrodku tego chaosu, przygnieciony stosem encyklopedii i własną przeszłością, leżał Stanisław Nowak.

Aleksandra opuściła broń. Nie była już potrzebna.

Podeszła do niego, stawiając kroki mechanicznie, jak automat. Jeden, dwa, trzy. Klęknęła w kałuży krwi, nie dbając o to, że niszczy miejsce zbrodni, że niszczy swoje ubranie, że niszczy dowody.

— Tato…

Jej ojciec leżał na plecach. Jego oczy były otwarte, wpatrzone w sufit z wyrazem, którego nigdy wcześniej u niego nie widziała. To nie był strach. To była rezygnacja. Smutek.

Jego klatka piersiowa była rozerwana.

To nie było dzieło noża, kuli czy tępego narzędzia. To wyglądało, jakby klatka piersiowa eksplodowała od środka, albo jakby coś wbiło się w nią z ogromną siłą i wyszarpało wszystko, co napotkało na drodze. Żebra były połamane jak suche gałązki.

Ale najgorsze było to, czego brakowało.

Serce.

Wyrwa w ciele była pusta. Ciemna dziura w miejscu, gdzie powinno bić serce człowieka, który nauczył ją kochać las.

Aleksandra nie krzyczała. Chciała, ale nie mogła. Jej ciało weszło w stan szoku. Oddech stał się płytki, urywany. Obraz przed oczami zaczął się zamazywać.

Sięgnęła ręką i dotknęła jego policzka. Był jeszcze ciepły.

To stało się niedawno. Może godzinę temu. Może wtedy, gdy ona przesłuchiwała Julię. Może wtedy, gdy jechała tu w ciszy.

Obok ciała, na podłodze, leżała stara strzelba myśliwska. Była złamana w pół, metalowa lufa wygięta jakby była z plasteliny. Stanisław próbował się bronić. Ale jak można bronić się przed czymś, co łamie stal gołymi rękami?

Aleksandra zauważyła coś jeszcze.

W zaciśniętej dłoni ojca coś tkwiło.

Delikatnie, z czułością, której nigdy nie okazywała mu za życia tak często, jak powinna, rozwarła jego palce.

Kawałek kory. Brzozowej, srebrzystej kory.

Aleksandra wzięła ją do ręki. Na wewnętrznej, gładkiej stronie, ktoś — ojciec, w ostatnich sekundach życia — wyrył paznokciem jeden symbol.

Przekreślone koło. Znak złamanej przysięgi.

— Wiedziałeś — szepnęła, a pierwsza łza spłynęła po jej policzku, parząc jak kwas. — Wiedziałeś, że przyjdą.

Nagle powietrze w pokoju zgęstniało. Temperatura spadła gwałtownie, sprawiając, że oddech Aleksandry zmienił się w kłęby pary.

To nie był przeciąg z wybitego okna. To była obecność.

Aleksandra poderwała się z kolan, unosząc broń. Obróciła się na pięcie, omiatając latarką ciemne kąty pokoju.

Cienie w rogach gabinetu wydawały się… głębsze. Bardziej trójwymiarowe. Nie były tylko brakiem światła. Były substancją. Falowały, jak dym, choć w pokoju nie było ognia.

— Pokaż się! — wrzasnęła, a jej głos załamał się w połowie. — Pokaż się, ty skurwysynu!

Cień w narożniku, tuż przy przewróconym regale, zagęścił się. Uformował sylwetkę. Nie była wysoka i smukła jak Leszy. Była przysadzista, masywna, garbata. Przypominała niedźwiedzia, który nauczył się chodzić na dwóch łapach, ale którego skóra była zrobiona z mroku i zgniłego mięsa.

Bies. A może jeden z jego pomniejszych sług. Demon ziemi i zniszczenia.

Istota nie miała twarzy. Miała tylko pysk — dziurę pełną nieregularnych zębów.

Wydała z siebie dźwięk. Nie był to ryk. To był chichot. Niski, gardłowy rechot, który brzmiał jak osuwająca się ziemia w grobie.

— Dług… spłacony… — zazgrzytał głos, który zdawał się dochodzić ze wszystkich stron naraz.

Aleksandra nacisnęła spust.

Huk wystrzału w małym pomieszczeniu był ogłuszający. Błysk z lufy oświetlił na ułamek sekundy potworną sylwetkę.

Kula trafiła w cień. Przeszła przez niego i uderzyła w tynk za nim, wzbijając chmurę pyłu.

Demon nie drgnął.

— Twoja kolej… córeczko…

Aleksandra strzeliła znowu. I znowu. Opróżniła cały magazynek w ciemność, krzycząc z wściekłości i bezsilności.

Gdy iglica uderzyła o pustą komorę, w pokoju zapadła cisza, przerywana tylko jej ciężkim oddechem i piskiem w uszach.

Cień zniknął. Rozwiał się jak dym na wietrze.

Została sama. Sama z ciałem ojca, zapachem krwi i świadomością, że jej naboje są bezużyteczne.

Upadła na kolana. Broń wypadała jej z ręki, uderzając głucho o podłogę.

To nie był przypadek. To nie był nieszczęśliwy wypadek przy pracy Strażnika. To była egzekucja.

Stanisław Nowak złożył przysięgę dwadzieścia pięć lat temu. Obiecał chronić granicę. Ale potem się wycofał. Wybrał rodzinę, wybrał spokój, wybrał ucieczkę w alkohol. Złamał słowo dane Leszemu, ale przede wszystkim — złamał prawo równowagi. A w starym świecie, w świecie, który teraz budził się pod Warszawą, za złamanie przysięgi płaci się krwią.

Ale to nie Leszy go zabił. Leszy był surowy, ale nie okrutny.

To Bies wysłał swoich oprawców. Wykorzystał lukę w ochronie. Wykorzystał fakt, że Stanisław przestał być chroniony przez Las, bo sam odrzucił tę ochronę.

— Przepraszam — szlochała Aleksandra, chowając twarz w dłoniach. Krew ojca brudziła jej twarz, mieszała się ze łzami. — Przepraszam, że cię nie uratowałam. Przepraszam, że nie wierzyłam.

Z zewnątrz dobiegł pisk opon i trzaśnięcie drzwiami samochodu.

Minutę później do gabinetu wpadł Mikołaj. Miał w ręku broń, latarkę w drugiej. Był gotowy do walki.

Zatrzymał się w progu, omiatając wzrokiem pobojowisko. Gdy światło padło na ciało Stanisława i klęczącą obok Aleksandrę, Mikołaj opuścił broń.

— O Boże… — szepnął.

Podszedł do niej powoli, jakby podchodził do rannego zwierzęcia. Nie mówił nic. Nie pytał „co się stało” ani „czy nic ci nie jest”. Widział.

Odłożył broń i latarkę na ocalały fragment biurka. Uklęknął obok niej i objął ją ramionami. Mocno. Desperacko.

Aleksandra nie odepchnęła go. Wtuliła się w jego mokrą kurtkę, brudząc ją krwią ojca. Pozwoliła sobie na chwilę słabości. Pozwoliła, by krzyk, który dusiła w sobie, w końcu wydostał się na zewnątrz.

Krzyczała, aż zabrakło jej tchu. Krzyczała z bólu, ze strachu, z nienawiści.

Mikołaj trzymał ją, kołysząc lekko. Był jej kotwicą w rzeczywistości, która właśnie rozpadła się na kawałki.

Gdy w końcu ucichła, trzęsąc się z zimna i szoku, Mikołaj odsunął ją delikatnie, by spojrzeć jej w twarz.

— Musimy wezwać ekipę — powiedział cicho. — Procedury, Olu. Musimy.

Aleksandra pokręciła głową, ocierając twarz wierzchem dłoni. Rozmazała krew na policzku, wyglądając jak wojowniczka w barwach wojennych.

— Nie zrozumieją — powiedziała chrapliwie. — Zobaczą zamknięty dom, brak śladów włamania i rozerwane ciało. Uznają to za… nie wiem. Atak egzotycznego zwierzęcia? Szaleństwo?

— Upozorujemy to — powiedział Mikołaj twardo. — Rozbijemy tylne drzwi mocniej. Zrobimy ślady włamania. Powiemy, że to napad, który poszedł źle. Że bandyci mieli psy. Cokolwiek. Nikt nie może wiedzieć prawdy. Zamkną nas w psychiatryku, jeśli powiemy im o cieniach.

Aleksandra spojrzała na niego z wdzięcznością. Był gotów złamać prawo, zaryzykować karierę, żeby ją chronić. Żeby chronić prawdę o ich walce.

— Nie — powiedziała, wstając powoli. Nogi miała jak z waty, ale zmusiła się do pionu. — Nie będziemy kłamać. Nie w sprawie mojego ojca.

Podeszła do biurka i zaczęła grzebać w papierach, które ocalały. Szukała czegoś konkretnego.

— Czego szukasz? — zapytał Mikołaj, wstając.

— Dziennika. Ojciec prowadził zapiski. Jeśli wiedział, że przyjdą… musiał coś zostawić.

Znalazła go pod przewróconą lampą. Czarny notatnik, poplamiony atramentem i krwią. Otworzyła go na ostatniej zapisanej stronie. Data była dzisiejsza.

Pismo było rozedrgane, pospieszne.

„Słyszę ich w ogrodzie. Psy ziemi. Pomioty Biesa. Wiedzą, że jestem sam. Leszy mnie opuścił, i słusznie. Złamałem Przysięgę. Ale Aleksandra… ona musi wiedzieć. Brama pod Pałacem. Woda jest kluczem, ale ogień jest zamkiem. Niech szuka starego…”

Tekst urywał się. Kreska długopisu ciągnęła się w dół kartki, jakby w tym momencie drzwi zostały wyważone.

— Brama pod Pałacem — przeczytała na głos. — Pałac Kultury?

— Albo jakiś inny pałac — powiedział Mikołaj. — W Warszawie jest ich sporo.

Aleksandra zamknęła notatnik i schowała go do kieszeni. Spojrzała na ciało ojca po raz ostatni.

Nie wyglądał już jak Stanisław Nowak. Wyglądał jak ofiara wojny. Wojny, która toczyła się w cieniach od stuleci, a której oni byli teraz generałami.

Podeszła do Mikołaja. W jej oczach nie było już łez. Był lód. Ten sam lód, który czuła w amulecie.

— Wezwij ekipę — powiedziała głosem zimnym i ostrym jak skalpel. — Niech robią swoje. Niech szukają DNA, odcisków, czegokolwiek. I tak nic nie znajdą.

— A ty?

— Ja znajdę tych, którzy to zrobili.

— Olu, to były demony. Jak chcesz je znaleźć?

Aleksandra dotknęła rękojeści swojego pistoletu, choć wiedziała, że ołów na nie nie działa. Ale miała coś innego. Miała wiedzę. Miała Julię. Miała Mikołaja. I miała nienawiść, która paliła ją od środka czystym, jasnym płomieniem.

— Nie szukam demonów, Mikołaj — powiedziała, patrząc w mrok za oknem, gdzie deszcz wciąż padał, zmywając ślady zbrodni. — Szukam tych, którzy je spuścili ze smyczy. Szukam Obserwatorów.

Podeszła do okna. W odbiciu szyby zobaczyła swoją twarz. Była inna. Starsza. Twardsza.

Stanisław Nowak nie żył. Ostatni świadek starego porządku odszedł. Teraz ona była Strażnikiem. I jeśli Bies myślał, że złamał ją, zabijając jej ojca, to się mylił.

Tylko ją uwolnił.

— Jedziemy do Wolskiego — rzuciła, mijając Mikołaja. — On wie. On musi wiedzieć, kto pociąga za sznurki.

— Do aresztu? Teraz? Jest trzecia w nocy.

— Mam to gdzieś. Wyciągnę z niego każde nazwisko, każdy adres. Choćbym miała mu połamać palce.

Wyszła z domu w deszcz. Amulet na jej piersi zaczął powoli, niemrawo pulsować. Ciepło wracało. Las akceptował jej gniew. Las rozumiał zemstę.

Mikołaj spojrzał na ciało Stanisława, przeżegnał się krótko — gest, którego nie robił od lat — i ruszył za nią. Wiedział, że od tej nocy nie ma już odwrotu. Przekroczyli granicę.

A po drugiej stronie czekała tylko krew.

Rozdział 6

Więzienna Spowiedź

Areszt Śledczy na warszawskim Mokotowie o czwartej nad ranem wyglądał jak betonowy sarkofag, w którym pochowano nadzieję. Wysokie mury, zwieńczone zwojami drutu kolczastego, lśniły w strugach nieustającego deszczu, jakby pociły się toksyczną wilgocią. Reflektory na wieżyczkach strażniczych cięły ciemność ostrymi pasami światła, wyłapując z mroku miliony spadających kropel — nieskończoną armię wody, która oblegała twierdzę.

Aleksandra zaparkowała skodę pod bramą wjazdową. Silnik zgasł, ale wycieraczki jeszcze przez chwilę szurały po szybie, jakby nie chciały pogodzić się z bezruchem.

Wewnątrz samochodu panowała cisza, ciężka i lepka. Mikołaj siedział obok, wpatrzony w mokry asfalt. Jego dłoń wciąż spoczywała na klamce, ale nie otwierał drzwi.

— Jesteś pewna, że chcesz to zrobić teraz? — zapytał cicho. — Jesteś w szoku, Olu. Dopiero co znalazłaś…

— Nie jestem w szoku — przerwała mu. Jej głos był zimny, pozbawiony wibracji, jak tafla zamarzniętego jeziora. — Jestem w pracy.

Dotknęła kieszeni, w której spoczywał zakrwawiony notatnik ojca. Papier parzył ją przez materiał spodni, przypominając o dziurze w jego klatce piersiowej. O sercu, którego nie było.

— Wolski śpi. Jest środek nocy. Procedury…

— Pieprzyć procedury — syknęła, otwierając drzwi. — Mój ojciec nie żyje, bo procedury zawiodły. Bo prawo nie działa na to, co wychodzi z cienia. Wolski jest jedynym, który wie. I powie mi wszystko, choćbym miała mu wyrwać język.

Wysiadła. Deszcz uderzył w nią z nową siłą, zmywając resztki ciepła, ale nie zmywając brudu, który czuła na duszy.

Przejście przez śluzę bezpieczeństwa było jak zejście do Hadesu. Grube, stalowe drzwi zamykały się za nimi z głuchym łoskotem, odcinając drogę powrotu. Powietrze wewnątrz pachniało chlorem, tanią kawą zbożową i starym potem. Był to zapach instytucjonalnego cierpienia.

Dyżurny oficer, tęgi mężczyzna o twarzy zmęczonego buldoga, próbował protestować. Machał regulaminem, powoływał się na godziny odwiedzin, groził telefonem do prokuratora. Ale wystarczyło jedno spojrzenie Aleksandry. W jej oczach nie było prośby. Była tam pustka tak głęboka, że oficer cofnął się o krok, stemplując przepustkę drżącą ręką.

— Cela 402. Oddział dla niebezpiecznych — mruknął, nie patrząc jej w oczy. — Ale ostrzegam, komisarz. On jest… inny. Od tygodnia nie mówi. Tylko rysuje.

— Rysuje?

— Ściany. Podłogę. Siebie. Czym popadnie. Wydrapuje tynk paznokciami. Lekarz kazał go spacyfikować, ale leki na niego nie działają. Jakby go tu w ogóle nie było.

Aleksandra ruszyła korytarzem, a stukot jej butów niósł się echem po metalowych pomostach. Mikołaj szedł krok za nią, czujny, z ręką blisko pasa, choć broń musieli zostawić w depozycie.

Gdy dotarli do sektora izolacyjnego, Aleksandra zatrzymała się przed masywnymi drzwiami oddzielającymi ten blok od reszty więzienia.

— Zostań tutaj — powiedziała, nie odwracając się.

— Co? Nie ma mowy. Nie wchodzisz tam sama.

— Muszę — spojrzała na niego twardo. — Jeśli wejdziemy razem, zamknie się w sobie. Będzie grał wariata. Ale ja… ja pachnę krwią mojego ojca. On to wyczuje. To go otworzy.

Mikołaj wahał się przez chwilę, ale w końcu skinął głową.

— Będę tuż za drzwiami. Jeden krzyk i wchodzę.

Aleksandra zniknęła w mroku korytarza prowadzącego do celi 402. Mikołaj został w dyżurce oddziałowej, małym, przeszklonym pomieszczeniu, w którym siedziało dwóch strażników.

Powietrze w dyżurce było gęste od dymu papierosowego, mimo zakazu palenia. Na stole leżała niedojedzona kanapka i talia kart.

Mikołaj oparł się o futrynę, obserwując klawiszy. Starszy, siwy, o twarzy pociętej zmarszczkami, patrzył w monitory z nienaturalnym skupieniem. Młodszy, pryszczaty chłopak, nerwowo obgryzał skórki przy paznokciach.

— Kto go odwiedzał? — zapytał Mikołaj, przerywając ciszę.

Starszy strażnik nawet nie drgnął.

— Nikt. Ma zakaz odwiedzin i kontaktów. Izolacja ścisła.

— Nie pytam o to, co jest w papierach — Mikołaj podszedł bliżej, wchodząc w strefę osobistą strażnika. — Pytam, kogo wpuściliście tylnymi drzwiami. Albo kogo wpuściliście, bo dostaliście telefon z góry.

— Panie komisarzu… — zaczął młody, ale starszy uciszył go gestem dłoni.

Siwy strażnik odwrócił się powoli na obrotowym krześle. Jego oczy były zmęczone i… przerażone.

— Nikt tu nie wchodził, komisarzu — powiedział cicho. — Fizycznie.

— Co to ma znaczyć?

— To znaczy, że od tygodnia na tym oddziale dzieją się rzeczy, których nie ma w regulaminie. Kamery wysiadają o trzeciej nad ranem. Zawsze o tej samej porze. Słychać kroki na korytarzu, chociaż nikogo tam nie ma. Psy na spacerniaku wyją, jak tylko zbliżają się do tego skrzydła.

Mikołaj poczuł chłód na karku.

— A Wolski?

— Wolski… — strażnik potarł twarz dłonią. — On nie śpi. Siedzi i gada do ściany. Ale najgorsze jest to, że czasem ściana mu odpowiada.

— Słucham?

— Słychać szepty. Nie z jego gardła. Z wentylacji. Z rur. Raz wszedłem tam, żeby dać mu żarcie. Było tak zimno, że widziałem własny oddech. A on siedział na środku i śmiał się. Powiedział mi: „Już niedługo, panie oddziałowy. Woda idzie. Woda wszystko zmyje”.

Młody strażnik wstał gwałtownie, przewracając krzesło.

— Ja tam nie wracam — powiedział drżącym głosem. — Pierdolę to. Wolę dyscyplinarkę. Tam coś jest. Coś, co nie powinno siedzieć w klatce.

Mikołaj spojrzał na monitory. Obraz z kamery w celi 402 śnieżył. Widać było tylko zarys skulonej postaci na pryczy i… cień. Cień w rogu celi, który wydawał się gęstszy niż inne.

Nagle z głośnika interkomu dobiegł krzyk. Nie był to krzyk strachu, ale wściekłości. Głos Aleksandry.

A potem łoskot, jakby ktoś rzucał meblami.

— Kurwa — syknął Mikołaj i wybiegł z dyżurki, pędząc korytarzem w stronę celi.

Wpadł do środka w momencie, gdy Wolski rzucał się na pryczy, jak opętany. Aleksandra próbowała go przytrzymać, ale chudy mężczyzna miał siłę tytana.

— Uciekajcie… — charczał więzień, a jego ręce wykręcały się pod nienaturalnym kątem.

Mikołaj doskoczył do nich, chwytając Wolskiego za ramiona. Czuł pod palcami napięte jak stal mięśnie. To nie była ludzka siła. To była energia kinetyczna czystej paniki i obcej woli.

— Walcz z tym! — krzyczała Aleksandra.

— Obserwatorzy… Międzyświatła… — wypluł z siebie Wolski, tocząc pianę z ust. — Szukają… Świętowita…

Wtedy to się stało. Prawa ręka Wolskiego wystrzeliła w górę, ściskając zaostrzony trzonek szczoteczki do zębów. Zanim Mikołaj zdążył zareagować, więzień wbił ostrze we własną szyję.

Krew trysnęła na ścianę, na twarz Aleksandry, na dłonie Mikołaja. Gorąca, lepka posoka.

Wolski osunął się, dławiąc się życiem. Ale jego ręka, ta umazana we krwi, uniosła się ostatni raz. Pisała na ścianie.

N
A
W
I
A

Ręka opadła. Oczy Marka Wolskiego zaszły mgłą.

Aleksandra cofnęła się, dysząc ciężko. Stała nad ciałem, cała we krwi. Ale nie patrzyła na trupa. Patrzyła w kąt celi.

Mikołaj też tam spojrzał. Przez ułamek sekundy widział to. Cień, który miał kształt, ale nie miał ciała. Coś, co stało i obserwowało. A potem rozpłynęło się w powietrzu, pozostawiając po sobie zapach ozonu i zgnilizny.

— Lekarza! — krzyknął, choć wiedział, że to bezcelowe.

Wybiegł na korytarz. Strażnicy stali tam, bladzi jak ściany. Nie weszli do środka. Wiedzieli.

— Nie żyje — powiedział Mikołaj. — Dzwońcie po prokuratora. I nikogo tu nie wpuszczajcie, dopóki nie wrócimy.

Wrócił do celi. Aleksandra stała przy umywalce. Nie myła rąk. Patrzyła w lustro.

— Olu…

Odwróciła się. Jej twarz była maską.

— Powiedział mi — szepnęła. — Świętowit. Cztery Twarze.

— Co?

— Brama. Jest pod Świętowitem.

Lekarz więzienny wpadł do celi, ale Aleksandra wyminęła go bez słowa. Wyszła na korytarz, idąc szybkim, zdecydowanym krokiem. Mikołaj musiał biec, żeby ją dogonić.

Wyszli z więzienia w blady świt. Deszcz w końcu zelżał, zmieniając się w gęstą, mleczną mgłę, która otulała Warszawę jak całun.

Wsiedli do samochodu. Aleksandra usiadła na fotelu pasażera i przez chwilę siedziała w bezruchu, wpatrując się w swoje dłonie, na których krew Wolskiego zaczęła zasychać, tworząc skorupę.

Mikołaj odpalił silnik i włączył ogrzewanie. Ciepłe powietrze uderzyło ich w twarze, ale żadne z nich nie poczuło ulgi.

Wyjął ze schowka paczkę wilgotnych chusteczek i podał jej.

— Wytrzyj się — powiedział łagodnie.

Aleksandra wzięła chusteczkę i zaczęła metodycznie ścierać krew z palców.

— To nie schodzi — powiedziała cicho, trąc skórę, aż stała się czerwona. — Mikołaj, to nie schodzi. Czułam to. Kiedy umierał… czułam, jak coś z niego wychodzi. Coś ciężkiego. Przeszło przeze mnie.

Mikołaj zgasił silnik. Obrócił się do niej i chwycił ją za dłonie, unieruchamiając je.

— Spójrz na mnie, Olu.

Podniosła wzrok. Jej oczy były szkliste, pełne bólu, który próbowała ukryć pod pancerzem gniewu.

— Jesteś tutaj. Jesteś ze mną. To coś… to gówno, z którym walczymy… ono chce, żebyś pękła. Chce, żebyś oszalała, tak jak Wolski. Nie daj im tej satysfakcji.

— Mój ojciec nie żyje — szepnęła, a jej głos załamał się. — Wolski nie żyje. Jesteśmy sami, Mikołaj. Nie mamy wsparcia. Nie mamy dowodów. Mamy tylko demony i trupy.

— Nie jesteśmy sami. Masz Julię. Masz mnie.

Aleksandra wyrwała ręce z jego uścisku i uderzyła pięścią w deskę rozdzielczą.

— Ty nie rozumiesz! Oni wiedzą o wszystkim. Strażnicy w areszcie byli przerażeni, bo wiedzieli, że nie pilnują człowieka, tylko naczynia. Obserwatorzy mają oczy wszędzie. Może teraz nas słuchają. Może w tym samochodzie jest pluskwa.

— Niech słuchają — Mikołaj pochylił się, zbliżając twarz do jej twarzy. Jego głos stwardniał. — Niech wiedzą, że idziemy po nich. Niech się boją. Bo do tej pory myśleli, że walczą z ofiarami. Z przerażonymi ludźmi w lesie. Ale teraz? Teraz mają przeciwko sobie wkurwioną córkę Stanisława Nowaka i faceta, który nie ma już nic do stracenia.

Aleksandra patrzyła na niego przez chwilę. Widziała w nim zmianę. Mikołaj, ten racjonalny, sceptyczny analityk, zniknął. Zastąpił go ktoś inny. Ktoś twardszy. Ktoś, kto zajrzał w otchłań i nie mrugnął.

— Masz rację — powiedziała, biorąc głęboki oddech. Otarła resztkę krwi z policzka. — Świętowit.

— Co to znaczy?

— Wolski, zanim wbił sobie to cholerstwo w szyję, powiedział: „Szukają Świętowita. Czterech Twarzy. Podziemia”.

— Świętowit to bóg o czterech twarzach — przypomniał sobie Mikołaj. — Patrzący w cztery strony świata. Jego posąg znaleziono w Zbruczu, ale oryginał jest w Krakowie. Co to ma wspólnego z Warszawą?

Aleksandra wyciągnęła telefon.

— Julia — powiedziała, wybierając numer. — Ona będzie wiedziała.

Mikołaj ruszył samochodem, wyjeżdżając z cienia murów więziennych. Miasto budziło się do życia. Pierwsze tramwaje zgrzytały na szynach, ludzie spieszyli się do pracy, kuląc się pod parasolami. Normalny świat. Świat, który nie wiedział, że pod jego stopami otwiera się piekło.

— Halo? — głos Julii w słuchawce był słaby, ale przytomny.

— Wolski nie żyje — powiedziała Aleksandra bez ogródek.

Cisza po drugiej stronie trwała długo.

— Zabił się? — zapytała w końcu Julia.

— Został zabity. Przez to, co w nim siedziało. Ale zostawił trop. Świętowit. Świątynia Czterech Filarów. Co o tym wiesz?

— Świętowit… — Julia zawahała się. — W starych podaniach, tych, o których nie uczą na uniwersytecie, mówi się o miejscu w Warszawie, które jest węzłem. Miejscu, gdzie zbiegają się cztery linie mocy. Tam, gdzie składano ofiary, by patrzeć w przeszłość, przyszłość, niebo i podziemia naraz.

— Gdzie to jest?

— To musi być centrum. Geograficzne i energetyczne serce miasta. Miejsce, które łączy wszystko.

Aleksandra spojrzała na mijane budynki. Pałac Kultury i Nauki majaczył we mgle jak gigantyczna iglica wbita w serce miasta. A pod nim… Dworzec Centralny. Przejścia podziemne. Metro.

— Rondo Dmowskiego — powiedziała Aleksandra. — Rotunda. I skrzyżowanie pod nią.

— To ma sens — zgodziła się Julia. — To jeden z największych węzłów komunikacyjnych. Miliony ludzi przechodzą tamtędy codziennie, zostawiając swoją energię. Idealne miejsce, by ukryć coś starego pod płaszczykiem nowoczesności.

— Dzięki, Julia. Szukaj dalej. Wszystkiego o tunelach pod Rotundą.

Aleksandra rozłączyła się i spojrzała na Mikołaja.

— Jedziemy do domu — powiedziała. — Muszę się umyć. Muszę zmyć z siebie ten areszt. A potem… potem weźmiemy coś z sejfu mojego ojca.

— Co takiego?

— Jego drugą broń. Tę na amunicję, której nie kupisz w sklepie. Sól, srebro i żelazo. Jeśli idziemy do podziemi, nie pójdziemy tam z pustymi rękami.

Mikołaj skinął głową.

Skoda przyspieszyła, tnąc kałuże. Deszcz znowu przybrał na sile, bębniąc w dach jak werble wojenne.

Aleksandra oparła głowę o szybę. Była wykończona, ale sen nie przychodził. Gdy zamykała oczy, widziała twarz ojca. A potem twarz Wolskiego, piszącego krwią na ścianie.

NAWIA.

To nie było tylko słowo. To był adres. I właśnie tam się wybierali.

— Mikołaj? — zapytała cicho, nie otwierając oczu.

— Tak?

— Dziękuję. Że wszedłeś tam po mnie.

Mikołaj położył dłoń na jej dłoni. Jego uścisk był ciepły, ludzki.

— Zawsze — powiedział. — Aż do końca.

Aleksandra spojrzała na ich splecione dłonie. W tym geście było coś więcej niż partnerstwo. Była obietnica. I strach, że ta obietnica może być ostatnią rzeczą, jaką sobie dadzą.

Miasto za oknem rozmywało się w szarości. Gdzieś tam, pod warstwami asfaltu i betonu, woda płynęła w starych korytach, niosąc zło. Ale tym razem nie byli bezbronni.

Mieli mapę. Mieli cel. I mieli wściekłość, która mogła spalić świat.

Rozdział 7

Koszmary Mikołaja

Świt nad Warszawą nie przyniósł słońca. Przyniósł jedynie zmianę odcienia szarości — z czerni węgla na brudny popiół. Deszcz, który biczował miasto przez całą noc, zelżał do postaci gęstej, przenikliwej mżawki, która osiadała na szybach, ubraniach i skórze niczym zimny pot.

Mikołaj Wiśniewski stał w salonie domu Stanisława Nowaka. Wróciła cisza, ale nie była to cisza spokoju. Była to cisza po bitwie, w której nikt nie wygrał.

Ciało ojca Aleksandry zostało już zabrane przez ekipę koronera. Na podłodze gabinetu, w miejscu, gdzie jeszcze przed godziną leżał człowiek, który poświęcił życie strzeżeniu granic, pozostał tylko kredowy obrys i ciemna, wsiąknięta w parkiet plama. Zapach krwi wciąż wisiał w powietrzu, mieszając się z wonią mokrego tynku i ozonu — śladem po demonie, który tu gościł.

Mikołaj obserwował Aleksandrę. Stała przy kominku, wpatrzona w obraz wiszący nad gzymsem — stary pejzaż przedstawiający Puszczę Kampinoską we mgle. Jej plecy były sztywne, napięte jak cięciwa łuku. W dłoni ściskała klucz, który znalazła w tajnej skrytce pod biurkiem.

— Jesteś gotowa? — zapytał cicho, bojąc się, że głośniejszy dźwięk sprawi, iż ta kobieta pęknie na jego oczach jak szkło.

Aleksandra odwróciła się. Jej twarz była sucha, pozbawiona łez, ale w oczach miała coś, co przerażało Mikołaja bardziej niż widok trupa Wolskiego. Miała w nich chłód absolutny.

— Otwieraj — powiedziała, rzucając mu klucz.

Mikołaj złapał go w locie. Był ciężki, mosiężny, o skomplikowanym wzorze nacięć.

Podeszli do ściany w gabinecie, tej samej, na której Bies zostawił ślady pazurów. Aleksandra nacisnęła ukryty panel w boazerii. Drewno odskoczyło z cichym kliknięciem, odsłaniając masywne drzwiczki sejfu wmurowanego w ścianę.

Mikołaj włożył klucz i przekręcił go. Mechanizm zadziałał gładko, naoliwiony i zadbany. Drzwi otworzyły się bezszelestnie.

Wnętrze sejfu nie przypominało typowej skrytki policyjnej. Nie było tu pistoletów służbowych ani teczek z aktami. To była zbrojownia łowcy.

Na wyściełanych aksamitem półkach leżały przedmioty, które wyglądały jak rekwizyty z muzeum, a jednocześnie emanowały groźną, użytkową aurą.

Mikołaj sięgnął po rewolwer. Był to potężny Colt Python z długą lufą, ale jego stal nie była oksydowana na czarno. Była matowa, szara.

— Żelazo — powiedziała Aleksandra, biorąc do ręki pudełko z amunicją. — Czyste żelazo, nie stop. Demony go nienawidzą. Parzy je jak ogień.

Obok broni leżały woreczki z grubą solą, słoiki z popiołem (Mikołaj domyślał się, że to popiół z dębu uderzonego piorunem) i nóż o rękojeści z kości, na której wyryto runy ochronne.

— Mój ojciec nie polował na kaczki — mruknęła, ładując rewolwer. Dźwięk wsuwanych naboi był głośny i ostateczny. — Wiedział, że ten dzień nadejdzie. Przygotował to dla mnie.

Podała Mikołajowi drugi pistolet — zmodyfikowanego Glocka.

— Magazynek jest pełny amunicji grzybkującej. Czubki są nawiercone i wypełnione srebrem z czosnkiem. Brzmi jak z taniego filmu o wampirach, ale działa na wszystko, co ma krew, która nie powinna płynąć.

Mikołaj zważył broń w dłoni. Była cięższa niż jego służbowa dziewiątka. Czuł dziwny dysonans — był policjantem, człowiekiem nauki i prawa, a teraz stał w domu zamordowanego mentora, uzbrajając się w magiczne artefakty, by walczyć z bogami podziemi.

— Co teraz? — zapytał, chowając broń za pasek.

Aleksandra zamknęła sejf.

— Teraz musimy odpocząć. Choćby przez dwie godziny. Jesteśmy na nogach od doby. Jeśli pójdziemy do kanałów w tym stanie, zginiemy, zanim znajdziemy wejście.

Spojrzała na niego krytycznie.

— Jedź do siebie, Mikołaj. Wykąp się. Prześpij. Wyglądasz jak cień.

— A ty?

— Ja zostanę tutaj. Muszę… zabezpieczyć dom. I posprzątać.

Mikołaj chciał zaprotestować. Chciał zostać, pilnować jej, upewnić się, że nie zrobi nic głupiego. Ale widział w jej postawie, że potrzebuje samotności. Potrzebuje pożegnać się z ojcem na swój sposób, bez świadków.

— Będę pod telefonem — powiedział, kładąc dłoń na jej ramieniu. Była zimna, mimo kurtki. — Dwie godziny, Olu. Potem wracam.

— Dwie godziny — potwierdziła, nie patrząc na niego. Wzrok miała utkwiony w kredowym obrysie na podłodze.


Mieszkanie Mikołaja na Żoliborzu było oazą sterylności. Białe ściany, nowoczesne meble, minimalizm, który kiedyś wydawał mu się elegancki, a teraz — po wizycie w domu pełnym starych ksiąg i krwi — wydawał się pusty i martwy.

Wszedł do środka, rzucając klucze na komodę. Cisza w mieszkaniu dzwoniła w uszach. Nie było tu duchów, nie było szeptów. Był tylko szum lodówki i cichy wizg wiatru w nieszczelnym oknie.

Zrzucił z siebie ubranie. Śmierdziało aresztem, dymem i strachem. Wrzucił wszystko do pralki, jakby chciał wyprać z pamięci ostatnie dwanaście godzin.

Wszedł pod prysznic.

Odkręcił kurek. Woda uderzyła w kafelki, a potem w jego plecy.

Zamknął oczy, opierając czoło o zimne płytki. Gorąca woda spływała po jego karku, rozluźniając spięte mięśnie. Para wypełniła kabinę, tworząc bezpieczny kokon. Przez chwilę pozwolił sobie nie myśleć. Nie analizować. Po prostu czuć ciepło.

Ale woda ma pamięć.

Dźwięk kropel uderzających o brodzik zmienił się. Stał się głębszy. Bardziej dudniący. Jakby nie stał pod prysznicem, ale pod wodospadem. Albo… na dnie rzeki.

Mikołaj otworzył oczy gwałtownie.

Woda wypływająca z słuchawki nie była czysta. Była brunatna. Gęsta. Śmierdziała mułem.

Cofnął się, poślizgnął i upadł na kolana. Próbował zakręcić kurek, ale pokrętło nie reagowało. Woda lała się coraz mocniej, wypełniając kabinę w niemożliwym tempie.

— Co jest… — wykrztusił, ale woda wdarła mu się do ust.

Smakowała starorzeczem. Smakowała rozkładem.

I wtedy kabina zniknęła. Kafelki, chromowana słuchawka, biały brodzik — wszystko rozpłynęło się w ciemności.


Nie był już w swoim mieszkaniu.

Unosił się w toni. Wokół niego panował mrok, rozświetlany jedynie przez blade, zielonkawe promienie słońca przebijające się z bardzo daleka, z góry.

Było zimno. Przeraźliwie zimno. Ciśnienie zgniatało mu klatkę piersiową, jakby owinął go gigantyczny pyton.

Próbował wziąć oddech, ale instynktownie wiedział, że to koniec. Że jest pod wodą. Głęboko pod wodą.

Rozejrzał się w panice. Dno było blisko. Widział falujące wodorosty, wysokie jak drzewa. Widział zardzewiały wrak roweru, oponę, stare buty. Śmietnisko historii ukryte pod taflą Wisły.

Ale nie był sam.

Kilka metrów od niego unosiła się inna postać. Chłopiec. Może dziesięcioletni. Miał na sobie niebieskie kąpielówki i biały podkoszulek, który falował w wodzie jak meduza.

Serce Mikołaja zatrzymało się. Poznał tę koszulkę. Poznał te włosy, jasne jak len, teraz unoszące się w wodzie jak halo wokół głowy.

— Tomek? — próbował krzyknąć, ale z jego ust wydobyły się tylko bąbelki powietrza.

To był jego brat. Jego młodszy brat, który utonął dwadzieścia lat temu podczas wakacji nad Zalewem Zegrzyńskim. Oficjalna wersja: skurcz mięśni. Wypadek.

Tomek wisiał w wodzie, nieruchomy, z ramionami rozłożonymi na boki. Wyglądał spokojnie. Jakby spał.

Mikołaj zaczął płynąć w jego stronę. Jego ruchy były powolne, jak w smole. Woda stawiała opór, gęsta i lepka.

— Tomek! Złap mnie!

Był już blisko. Wyciągnął rękę, by chwycić brata za nadgarstek, by wyciągnąć go na powierzchnię, by naprawić przeszłość.

I wtedy Tomek otworzył oczy.

Nie były niebieskie, jak za życia. Były czarne. Całkowicie czarne, bez białek, bez źrenic. Dwie otchłanie w małej, dziecięcej twarzy.

Chłopiec uśmiechnął się. Z jego ust wypłynął strumień mułu.

— Dlaczego nie patrzyłeś, Mikołaj? — głos brata rozbrzmiał bezpośrednio w głowie Mikołaja. Nie był to głos dziecka. Był to głos wielu. Chór topielców. — Dlaczego pozwoliłeś im mnie zabrać?

— To był wypadek! — myślał Mikołaj, krzycząc wewnątrz własnej czaszki. — Byłem na brzegu! Nie widziałem!

— Kłamiesz — zabulgotał Tomek. — Widziałeś wir. Widziałeś ręce.

Chłopiec wskazał palcem w dół, pod swoje nogi.

Mikołaj spojrzał. I wrzasnął bezgłośnie.

Nogi Tomka nie zwisały swobodnie. Były oplecione. Nie przez wodorosty. Przez dłonie.

Dziesiątki, setki bladych, sinych dłoni wystawały z mulistego dna. Trzymały chłopca za kostki, za łydki, ciągnąc go w dół, do ciemności, gdzie czaiło się coś ogromnego.

Jedna z dłoni puściła nogę Tomka i wystrzeliła w stronę Mikołaja. Była nienaturalnie długa, elastyczna jak guma. Palce zakończone były ostrymi pazurami z czarnego szkła.

Złapała Mikołaja za gardło.

Uścisk był lodowaty i twardy jak stal. Mikołaj poczuł, jak pęcherzyki powietrza uciekają z jego płuc. Dusił się. Woda wdzierała się do środka.

Spojrzał w dół, w otchłań, z której wyrosły dłonie.

W mroku, na samym dnie, otworzyło się oko. Było wielkie, żółte, z pionową źrenicą. Oko gada. Oko smoka. Oko boga, który śni o potopie.

— Jesteś mój — szepnął głos, od którego woda zaczęła wibrować. — Twoja krew należy do wody. Zawsze należała.

— Śpij, Strażniku. Śpij i toń.

Mikołaj szarpnął się gwałtownie, próbując nabrać powietrza.

Otworzył oczy.

Leżał w swoim łóżku na Żoliborzu. Jego klatka piersiowa unosiła się w spazmatycznym rytmie, chłonąc tlen. Było ciemno, ale przez nieszczelne rolety wpadało światło latarni, malując na ścianach znajome pasy cienia.

— Boże… — wychrypiał, siadając na krawędzi łóżka.

Dotknął szyi. Była mokra od potu, ale cała. Żadnych pazurów. Żadnych dłoni.

To był tylko sen. Koszmar wywołany stresem, widokiem trupa Wolskiego i opowieściami Julii. Jego umysł przetwarzał traumę. To logiczne. To biologiczne.

Wstał. Nogi miał jak z waty. W gardle czuł piasek. Musiał się napić.

Wyszedł z sypialni i skierował się do kuchni. Mieszkanie było ciche. Lodówka buczała cicho, uspokajająco. Dioda na ekspresie do kawy mrugała na czerwono. Normalność.

Mikołaj otworzył lodówkę. Chłodne, jasne światło zalało kuchnię. Wyjął dzbanek z wodą. Ręce mu drżały, gdy nalewał płyn do szklanki. Woda była krystalicznie czysta.

Przechylił szklankę i wypił duszkiem.

Ulga. Zimny płyn spływał po przełyku, gasząc pożar.

Odstawił szklankę na blat. I wtedy to poczuł.

Coś poruszyło się w jego żołądku. Ciężki, mokry ruch. Jakby połknął węgorza.

Mikołaj zachwiał się, łapiąc się za brzuch. Skurcz zgiął go wpół. Zakaszlał.

Na biały blat kuchenny wypadł mały, czarny kamyk. Otoczak. Taki, jakie znajduje się na dnie rzeki.

Mikołaj wpatrywał się w kamień z niedowierzaniem.

I wtedy usłyszał dźwięk. Kap. Kap. Kap.

Spojrzał na sufit. Był suchy. Spojrzał na kran. Był zakręcony.

Dźwięk dobiegał z salonu.

Mikołaj wyprostował się powoli. Przez otwarte drzwi widział duże okno balkonowe w pokoju dziennym. Ale za oknem nie było ulicy Krasińskiego. Nie było drzew ani latarni.

Za szybą była zielona, mętna woda.

Jego mieszkanie znajdowało się na czwartym piętrze, ale za oknem pływały ryby. Wielkie, ślepe sumy ocierały się wąsami o szybę, zostawiając na niej ślady śluzu.

— To niemożliwe — szepnął.

Cofnął się w stronę lodówki, szukając oparcia. Ale lodówka zniknęła. Zamiast chłodnego metalu, jego plecy dotknęły czegoś miękkiego i wilgotnego.

Odwrócił się z krzykiem.

Ściana kuchni pulsowała. Tynk zmienił się w gęsty, żywy szlam, z którego wyrastały korzenie i wodorosty. I w tym szlamie, uwięzione jak owady w bursztynie, tkwiły twarze.

Twarze ludzi, których nie znał. Ale pośrodku nich była jedna, którą znał doskonale.

Stanisław Nowak. Ojciec Aleksandry. Jego twarz była szara, oczy wyjedzone przez raki.

— Mikołaj… — usta trupa poruszyły się, wypluwając czarną wodę. — Otwórz drzwi.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 67.48