Wszystkie postaci i wydarzenia opisane w tej książce są fikcyjne a ich ewentualna zbieżność z rzeczywistymi jest przypadkowa. Książka przeznaczona wyłącznie dla dorosłych czytelników.
Część 1
Szymek 2
Rozdział 1. Książka
Paweł Janicki miał czterdzieści osiem lat, kiedy po raz pierwszy zobaczył własną młodość wystawioną na sprzedaż między poradnikiem o zdrowych jelitach a kryminałem szwedzkiego autora, którego nazwiska nie potrafił wymówić.
Stał w księgarni na Krakowskim Przedmieściu w Lublinie i przez kilka sekund po prostu patrzył.
Na okładce była droga.
Czarna droga biegnąca przez las.
Na końcu drogi ktoś namalował mały prostokąt światła, który mógł być oknem domu, wiatą albo wejściem do czegoś, czego człowiek nie powinien odwiedzać po zmroku.
Nad tym wszystkim widniał tytuł:
MROCZNE OPOWIEŚCI 1995
A pod nim:
Paweł Janicki
— Nadal robi na panu wrażenie? — zapytała sprzedawczyni.
Paweł drgnął.
— Co?
— Własna książka.
Uśmiechnęła się. Mogła mieć dwadzieścia pięć lat, może mniej. Dla niej rok 1995 był zapewne czymś równie odległym jak dla osiemnastoletniego Pawła rok 1964. Epoka należąca do rodziców. Kasety magnetofonowe, budki telefoniczne, oranżada w szklanych butelkach, ludzie palący papierosy w autobusach i świat, w którym jeśli ktoś zniknął, nie można było sprawdzić ostatniego logowania na komunikatorze.
— Chyba bardziej mnie dziwi — odpowiedział.
— Mamy ostatnie dwa egzemplarze.
— Przecież dodruk był tydzień temu.
— Właśnie.
Sprzedawczyni wydawała się z tego autentycznie zadowolona.
Paweł nie był.
To znaczy był. Oczywiście, że był. Człowiek, który przez dwadzieścia lat pracował w różnych miejscach, pisał po nocach, drukował opowiadania w czasopismach czytanych przez trzy tysiące osób, z czego połowę stanowili inni autorzy publikujący w tych samych czasopismach, powinien cieszyć się z sukcesu.
I cieszył się.
Tylko że z każdym kolejnym sprzedanym egzemplarzem Mrocznych opowieści 1995 miał coraz silniejsze wrażenie, że zrobił coś, czego nie powinien.
Jakby otworzył drzwi, które trzydzieści lat temu z wielkim trudem udało mu się zamknąć.
Pierwsze wydanie ukazało się w lutym 2025 roku.
Niewielkie wydawnictwo spod Warszawy nie spodziewało się niczego wielkiego. Redaktorka powiedziała mu nawet podczas podpisywania umowy:
— Nostalgia za latami dziewięćdziesiątymi dobrze się sprzedaje, ale horror obyczajowy jest trudny. Zobaczymy.
Zobaczyli.
Najpierw pojawiła się recenzja na popularnym portalu.
Potem filmik dziewczyny na TikToku, która płakała, mówiąc o zakończeniu.
Potem ktoś napisał, że książka przypomina mu dzieciństwo w małym mieście, choć nigdy nie był w Łosicach.
Pierwszy nakład zniknął.
Drugi też.
Po trzecim wydawnictwo zaczęło używać słowa „fenomen”.
Paweł zaczął dostawać zaproszenia.
Biblioteki.
Domy kultury.
Festiwale literackie.
Najpierw Lublin, potem Radom, Rzeszów, Białystok, Warszawa, Toruń, Olsztyn, Gdańsk.
Jeździł.
Opowiadał.
Uśmiechał się.
Ludzie pytali, ile w książce jest prawdy.
To było pytanie, którego nienawidził najbardziej.
Zawsze odpowiadał tak samo:
— Każdy horror jest prawdziwy dokładnie w tym miejscu, w którym człowiek zaczyna się bać.
Publiczność zwykle była zadowolona.
Dziennikarze jeszcze bardziej.
Nikt nie zauważał, że Paweł nigdy nie odpowiadał naprawdę.
Bo prawdziwa odpowiedź brzmiała:
Prawie wszystko.
Nie nazywał bohaterów inaczej.
Nie zmienił Łosic.
Nie zmienił Jeziory.
Nie zmienił imienia Marty.
Nie zmienił Szymka.
Zmienił tylko swoje nazwisko w kilku pierwszych wersjach tekstu, ale później uznał, że to tchórzostwo.
Przez trzydzieści lat próbował nie myśleć o tamtym lecie.
Studia.
Praca.
Małżeństwo, które rozpadło się po jedenastu latach bez wielkiego dramatu, co było chyba jeszcze smutniejsze niż dramat.
Córka mieszkająca obecnie w Holandii.
Kredyty.
Pogrzeby rodziców.
Nowe mieszkania.
Nowe telefony.
Nowe samochody.
Pandemia.
Wojna oglądana na ekranie.
Świat zmieniał się tak szybko, że rok 1995 stał się zdjęciem leżącym na dnie szuflady.
A jednak nie było tygodnia, żeby Paweł nie przypomniał sobie Szymka.
Czasem był to zapach.
Nagrzany asfalt.
Czasem charakterystyczny trzask otwieranej butelki oranżady.
Czasem stara piosenka usłyszana w samochodowym radiu.
I wtedy przez krótką chwilę znowu miał osiemnaście lat.
Widział wysokiego chłopaka o długich włosach.
Słyszał:
Nie gap się tak, bo ci lód skapnie.
Dopiero po śmierci matki, kiedy porządkował jej mieszkanie, znalazł pudełko ze starymi zdjęciami.
Na jednym siedzieli na murku przy rynku.
Paweł.
Szymek.
Marta.
Zdjęcie zrobił ktoś przypadkowy.
Szymek patrzył poza kadr i śmiał się.
Marta patrzyła na Pawła.
Paweł patrzył na Martę.
Pomyślał wtedy, że fotografia wie o ludziach więcej niż oni sami.
Tej nocy zaczął pisać.
Tekst powstawał prawie rok.
Po napisaniu ostatniego zdania przez dwadzieścia minut siedział przed monitorem.
Za oknem padał deszcz.
Była druga siedemnaście.
A na czarnym ekranie laptopa, w odbiciu za swoim ramieniem, zobaczył przez sekundę twarz osiemnastoletniego chłopaka.
Odwrócił się.
Nikogo.
Powiedział sobie wtedy, że to zmęczenie.
Teraz, stojąc przed własną książką, też tak sobie mówił.
Telefon zawibrował.
Redaktorka.
— Paweł?
— Jestem.
— Mam dla ciebie kolejne spotkanie.
— Powiedz, że w przyszłym miesiącu. Ten tydzień mam zawalony.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Tego raczej nie będziesz chciał przekładać.
— Dlaczego?
— Łosice.
Świat nie zatrzymał się.
W księgarni ktoś przesunął krzesło.
Przy kasie zapiszczał terminal.
Na ulicy zatrąbił samochód.
Ale Paweł poczuł dokładnie to samo, co trzydzieści lat wcześniej, kiedy nocą usłyszał kroki za plecami między drzewami.
— Co powiedziałaś?
— Biblioteka w Łosicach. Chcą zrobić duże spotkanie. Podobno zainteresowanie jest ogromne. Dyrektorka mówiła, że ludzie zapisują się od rana.
— Nie.
Odpowiedział natychmiast.
— Paweł…
— Nie.
— Rozumiem. Powiem im.
Powinien poczuć ulgę.
Nie poczuł.
— Kiedy?
— Co?
— Kiedy ma być spotkanie?
— Dwudziestego trzeciego sierpnia.
Paweł zamknął oczy.
Sierpień.
Oczywiście.
— Dlaczego wtedy?
— Nie wiem. Weekend. Wakacje. Pasuje im termin.
— A dokładna data?
— Dwudziesty trzeci.
Prawie trzydzieści lat co do dnia.
Otworzył oczy.
Na półce przed nim stały dwa egzemplarze książki.
Tylko dwa.
Przez chwilę wydawało mu się, że na dolnej części jednej z okładek coś się poruszyło.
Czerwona kreska.
Jak nitka.
Jak wstążka.
Mrugnął.
Zniknęła.
— Paweł?
— Tak.
— Mam odmówić?
Spojrzał przez szybę księgarni na ludzi przechodzących Krakowskim Przedmieściem.
Żywi.
Zajęci.
Bezpieczni.
Pomyślał o słowach Szymka.
Żyj tak, żebyś nie musiał mnie znowu wymyślać.
— Nie — powiedział.
— Nie mam odmawiać?
— Jadę.
Tego wieczoru po raz pierwszy od trzydziestu lat wyszukał w telefonie:
Marta Jeziory Łosice.
Znalazł ją po niespełna minucie.
Zdjęcie profilowe przedstawiało kobietę o kasztanowych włosach, w których pojawiło się trochę siwizny.
Była starsza.
Oczywiście.
On też był.
Ale uśmiech pozostał ten sam.
Przez chwilę patrzył.
Potem odłożył telefon.
Nie napisał.
O pierwszej w nocy obudziło go stukanie.
Stuk.
Stuk.
Stuk.
Paweł otworzył oczy.
Mieszkał na czwartym piętrze.
Stuk.
Stuk.
Stuk.
Dźwięk dochodził od okna sypialni.
Usiadł.
Ciemność pokoju zgęstniała wokół niego.
Nie chciał patrzeć.
Czterdzieści osiem lat to odpowiedni wiek, żeby człowiek wiedział, że są rzeczy, których lepiej nie sprawdzać.
Ale osiemnaście lat to wiek, który nigdy do końca z człowieka nie wychodzi.
Wstał.
Podszedł do okna.
Odsunął zasłonę.
Za szybą nie było nikogo.
Tylko odbicie jego własnej twarzy.
Starszej.
Zmęczonej.
I czegoś czerwonego zawiązanego na klamce.
Paweł zapalił światło.
Na klamce wisiała cienka, mokra wstążka.
Rozdział 2. Powrót
Do Łosic wjechał o siedemnastej czterdzieści dwie.
Sprawdził godzinę zupełnie bez powodu.
Później miał ją pamiętać bardzo długo.
Nawigacja oznajmiła pogodnym kobiecym głosem:
— Dotarłeś do celu.
— Nie — odpowiedział Paweł. — Jeszcze nie.
Miasto było jednocześnie inne i dokładnie takie samo.
To odkrycie zabolało go bardziej, niż się spodziewał.
Sklepów było więcej.
Szyldy bardziej kolorowe.
Samochody większe.
Ludzie chodzili ze smartfonami zamiast z reklamówkami z Pewexu.
Nie było już kiosku, w którym kupowali gumy Turbo.
Knajpka Karasia zniknęła. W jej miejscu działał lokal z kebabem.
Stary dworzec też wyglądał inaczej.
Ale rondo nadal zmuszało samochody do tego samego idiotycznego krążenia.
Kościół nadal wystawał ponad dachy.
Stadion był w tym samym miejscu.
I kiedy Paweł zobaczył rynek, poczuł coś w gardle.
Zatrzymał samochód przed hotelem.
Wysiadł.
Powietrze pachniało gorącym chodnikiem.
Sierpień 2025 roku był upalny.
Przez minutę stał z torbą w dłoni jak turysta.
Potem ruszył w stronę rynku.
Kawiarenka nadal istniała.
Nie ta sama.
Oczywiście, że nie.
Nowoczesny szyld.
Stoliki z jasnego drewna.
Lodów dwadzieścia kilka smaków.
Ale kiedy podszedł bliżej, zobaczył na tablicy:
WANILIOWE — ŻÓŁTE
Zaśmiał się.
Naprawdę się zaśmiał.
— Wiedziałam, że najpierw tutaj przyjdziesz.
Głos za plecami sprawił, że wszystko w nim zamarło.
Odwrócił się.
Marta stała kilka metrów dalej.
Przez trzydzieści lat wielokrotnie wyobrażał sobie tę chwilę.
W niektórych wersjach rzucali się sobie w ramiona.
W innych mijali się chłodno.
W jeszcze innych Marta nie żyła i dowiadywał się o tym przypadkiem.
Rzeczywistość była prostsza.
Patrzyli na siebie.
Dwoje czterdziestoośmioletnich ludzi.
I nagle Marta powiedziała:
— No co?
Paweł poczuł, że się uśmiecha.
— Nic.
— Wyglądam staro?
— Nie wiedziałem, czy wolno mi to powiedzieć pierwszej kobiecie po trzydziestu latach.
— Odpowiedź brzmi: nie.
— To dobrze.
Podeszła.
Przytulili się.
Krótko.
Trochę niezręcznie.
Ale kiedy poczuł zapach jej włosów, coś w nim wykonało bolesny skok przez trzy dekady.
— Cześć — powiedziała.
— Cześć.
— Trzydzieści lat.
— Wiem.
— Miałeś napisać.
— Wiem.
— Miałeś przyjechać.
— Wiem.
— Bardzo dużo wiesz.
— To przychodzi z wiekiem.
— Tobie najwyraźniej wolniej.
Roześmiał się.
Jej śmiech też się nie zmienił.
Usiedli.
Marta zamówiła kawę.
Paweł żółte lody.
Spojrzała na pucharek.
— Poważnie?
— Badania terenowe.
— Literat.
— Od niedawna.
— Czytałam.
Jego łyżeczka zatrzymała się w połowie drogi.
— Całość?
— Dwa razy.
— I?
— Za pierwszym razem chciałam cię udusić.
— A za drugim?
— Też. Ale trochę mniej.
Paweł opuścił łyżeczkę.
— Przepraszam, że użyłem twojego imienia.
— Nie za to.
— Za co?
Marta patrzyła na niego przez kilka sekund.
— Naprawdę nie wiesz?
Wiedział.
— Nie zadzwoniłem.
— Przez trzydzieści lat.
— Ty też nie.
— Kobiety lubią mieć argumenty. Nie odbieraj mi jedynego.
Zrobiło się cicho.
Dookoła nich ludzie rozmawiali.
Dziecko płakało o lody.
Ktoś przejechał rowerem.
Normalność.
Paweł nauczył się nie ufać normalności.
— Bałem się wrócić — powiedział.
Marta skinęła głową.
— Wiem.
— Bałem się nawet ciebie.
— Mnie?
— Bo jesteś częścią tamtego czasu.
Marta spojrzała w stronę rynku.
— Ja nie mogłam wyjechać od własnej pamięci.
— Zostałaś tutaj?
— Kilka lat mieszkałam w Warszawie. Potem wróciłam. Mama zachorowała. Później już zostałam. Pracuję w szkole.
— Rodzina?
— Był mąż. Nie ma męża.
— Przepraszam.
— Nie umarł. Mieszka w Siedlcach i ma nową żonę. Nie musisz robić miny jak na pogrzebie.
— Dzieci?
— Syn. Studiuje w Krakowie.
Popatrzyła na niego.
— A ty?
— Córka. Holandia.
— Żona?
— Była.
— Czyli oboje okazaliśmy się wyjątkowo dobrzy w trwałych związkach.
— Może Szymek miał rację.
Marta zesztywniała.
Imię zawisło między nimi.
Paweł natychmiast pożałował, że je wypowiedział.
— W książce jest prawie wszystko — powiedziała.
— Prawie.
— Nie napisałeś, co było potem.
— Nie było nic.
— Było.
Spojrzał na nią.
— Przez kilka miesięcy byliśmy razem.
Paweł milczał.
— Pamiętam.
— Potem wyjechałeś na studia. Na początku pisałeś. Później coraz rzadziej. A potem przestałeś.
— Wiem.
— Ja też przestałam.
— Wiem.
— I żadnego telefonu przez trzydzieści lat.
— Marta…
— Nie robię ci wyrzutów. Naprawdę. Po prostu zastanawia mnie jedna rzecz.
— Jaka?
Pochyliła się nad stolikiem.
— Dlaczego napisałeś tę książkę teraz?
Paweł pomyślał o zdjęciu znalezionym po śmierci matki.
O twarzy na ekranie laptopa.
O czerwonej wstążce na klamce.
Nie powiedział o niej.
Jeszcze nie.
— Chciałem to domknąć.
Marta bardzo powoli odłożyła filiżankę.
— Nie powinieneś był używać tego słowa.
— Jakiego?
— Domknąć.
Zrobiło mu się zimno.
— Dlaczego?
— Babcia przed śmiercią powiedziała mi coś dziwnego.
Babcia Marty zmarła w 2008 roku.
Paweł wiedział o tym z internetu.
— Co?
— Że niektóre rzeczy można zamknąć tylko wtedy, kiedy nikt więcej o nich nie pamięta.
Paweł spojrzał na leżący na stole telefon.
Jego książkę kupiło ponad osiemdziesiąt tysięcy ludzi.
— To byłaby dość istotna informacja — powiedział.
— Wtedy nie rozumiałam.
— A teraz?
— Teraz osiemdziesiąt tysięcy osób zna imię Szymka.
Paweł poczuł suchość w ustach.
Marta patrzyła na niego.
— Paweł, od kiedy wyszła książka, ludzie zaczęli chodzić do jeziorka.
— Co?
— Czytelnicy. Fani. Robią zdjęcia. Nagrywają filmy. Szukają wiaty.
— Przecież wiata…
— Nie istnieje od lat.
— Właśnie.
— Mimo to niektórzy twierdzą, że ją znaleźli.
Paweł przestał oddychać.
Marta wyjęła telefon.
Otworzyła zdjęcie.
Było nocne.
Słabe.
Zrobione między drzewami.
Na fotografii stała drewniana wiata.
Ta sama.
Paweł poznał przekrzywiony dach.
Słupek.
Ławkę.
A na gałęziach wisiały czerwone wstążki.
— Kto to zrobił?
— Zdjęcie wrzucił jakiś chłopak z Warszawy. Dwa tygodnie temu.
— Fotomontaż.
— Pewnie.
Przesunęła palcem.
Drugie zdjęcie przedstawiało brzeg jeziorka.
Na wodzie stał chłopak.
Nie w wodzie.
Na wodzie.
Tyłem do aparatu.
Długie włosy.
Dżinsowa kurtka.
Paweł odepchnął telefon.
— Nie.
— Wiedziałam, że tak zareagujesz.
— Ktoś robi sobie jaja.
— Też tak mówiłam.
— Bo tak jest.
— W takim razie nie będzie ci przeszkadzało, że jutro wieczorem mam być na spotkaniu.
— Przyjdź.
— Przyjdę.
Popatrzyli na siebie.
I wtedy Marta zrobiła coś, czego się nie spodziewał.
Dotknęła jego dłoni.
— Cieszę się, że wróciłeś.
Paweł poczuł ciepło jej palców.
— Ja też.
— Nawet jeśli jesteś idiotą.
— Oczywiście.
— I napisałeś o mnie bez pozwolenia.
— Zmienię w drugim wydaniu.
— Nie zmieniaj.
Ich dłonie nadal się dotykały.
Paweł zauważył, że Marta patrzy na niego tak samo jak na tamtej starej fotografii.
I pomyślał coś absurdalnego.
Że może trzydzieści lat nie jest przepaścią.
Może jest tylko bardzo długim korytarzem.
Wieczorem odprowadził ją do samochodu.
Przy pożegnaniu pocałowała go w policzek.
— Do jutra, pisarzu.
— Do jutra.
Odjechała.
Paweł długo patrzył za czerwonymi światłami samochodu.
Dopiero kiedy zniknęły, zauważył chłopaka stojącego po drugiej stronie rynku.
Wysoki.
Chudy.
Długie włosy.
Chłopak patrzył prosto na niego.
Paweł zrobił krok.
Tamten odwrócił się i wszedł między ludzi.
— Hej!
Paweł ruszył za nim.
Minął fontannę.
Parę z wózkiem.
Starszego mężczyznę prowadzącego psa.
Chłopak zniknął.
Paweł stał przez chwilę, dysząc.
Potem spojrzał pod nogi.
Na kostce brukowej leżał papierek po lodzie.
Stary.
Wyblakły.
Z nadrukowaną ceną:
4 500 zł
Sprzed denominacji.
Paweł podniósł go.
Z tyłu ktoś napisał długopisem:
JUTRO SIĘ ZOBACZYMY
Rozdział 3. Spotkanie
Biblioteka pękała w szwach.
Dyrektorka powiedziała Pawłowi przed spotkaniem, że nigdy nie widziała czegoś podobnego.
— Mamy sto czterdzieści krzeseł. Dostawiliśmy trzydzieści. Ludzie stoją na korytarzu.
— To przez książkę?
— Nie, przyszli na warsztaty z haftu.
Paweł spojrzał na nią.
Uśmiechnęła się.
— Oczywiście, że przez książkę.
Lubił ją od razu.
Miała około sześćdziesięciu lat i poczucie humoru człowieka, który zbyt długo pracował z ludźmi, żeby nadal wierzyć, że należy traktować ich całkiem serio.
— Zdenerwowany?
— Trochę.
— Przecież odbył pan kilkadziesiąt spotkań.
— Ale nie tutaj.
Zrozumiała.
— To prawda.
Z sali dochodził gwar.
Paweł poprawił koszulę.
Na stoliku leżał stos książek.
Na ścianie wisiał jego portret powiększony tak bardzo, że zaczynał wyglądać jak list gończy.
— Marta już jest? — zapytał.
— Marta…
Dyrektorka uśmiechnęła się znacząco.
— Jest.
— Co?
— Nic.
— Znam ten uśmiech.
— Pochodzę z małego miasta. My tutaj wszyscy mamy taki uśmiech, kiedy wiemy coś wcześniej niż zainteresowany.
— Minęło trzydzieści lat i nic się nie zmieniło.
— Zmieniły się telefony. Plotki zostały.
Weszli.
Oklaski uderzyły w Pawła jak fala.
Przez pierwsze sekundy widział tylko twarze.
Dużo twarzy.
Starsze.
Młode.
Ludzie w jego wieku.
Nastolatki.
Marta siedziała w trzecim rzędzie.
Kiedy ich spojrzenia się spotkały, uniosła dłoń.
Paweł usiadł na scenie.
Prowadząca rozpoczęła od pytania o dzieciństwo.
Potem o lata dziewięćdziesiąte.
O pisanie.
O to, czy Łosice są naprawdę takie jak w książce.
Paweł rozluźniał się stopniowo.
Publiczność śmiała się w odpowiednich momentach.
W połowie spotkania ktoś zapytał:
— Czy Szymek istniał naprawdę?
Sala ucichła.
Paweł spojrzał na Martę.
— Tak — powiedział.
Szept przebiegł między ludźmi.
Prowadząca nachyliła się.
— Czyli książka jest oparta na faktach?
— Nie powiedziałem tego.
— Ale Szymek istniał?
— Tak.
— I zginął?
Paweł poczuł, jak stare zimno przesuwa mu się wzdłuż kręgosłupa.
— Tak.
— W jeziorku?
To pytanie zadał ktoś z końca sali.
Młody męski głos.
Paweł spojrzał w tamtą stronę.
Nie widział pytającego.
— Tak — odpowiedział.
— A wrócił?
Kilka osób zaśmiało się.
Paweł nie.
— W książce wrócił.
— Nie pytam o książkę.
Teraz zobaczył.
Ostatni rząd.
Chłopak siedział przy ścianie.
Osiemnaście lat.
Może dziewiętnaście.
Długie ciemne włosy opadające na ramiona.
Czarna koszulka.
Dżinsowa kurtka przewieszona przez oparcie krzesła.
Był zbyt daleko, żeby dobrze widzieć oczy.
Ale Paweł nie potrzebował oczu.
Znał sposób, w jaki chłopak siedział.
Jedna noga wysunięta.
Łokcie na kolanach.
Lekko przechylona głowa.
Świat zwęził się do jednego punktu.
— Paweł? — odezwała się prowadząca.
Chłopak uśmiechnął się.
Paweł poczuł, jak serce wykonuje uderzenie tak mocne, że zabolało.
Szymek.
Nie podobny.
Nie przypominający.
Szymek.
Dokładnie taki, jak miał osiemnaście lat.
Chłopak podniósł rękę.
— Mogę jeszcze jedno?
Prowadząca spojrzała na Pawła.
Ten skinął głową.
— Dlaczego zakończenie jest nieprawdziwe?
W sali zapanowała cisza.
— Słucham?
— Napisał pan, że Szymek odszedł.
Chłopak mówił spokojnie.
— A skąd pan wie?
Paweł nie potrafił odpowiedzieć.
— Może został.
Ktoś z publiczności zachichotał.
Chłopak spojrzał w jego stronę.
Śmiech ucichł.
— Może siedział przez trzydzieści lat i czekał, aż ktoś znowu wypowie jego imię wystarczająco dużo razy.
Paweł wstał.
— Kim jesteś?
Prowadząca wyłączyła mikrofon.
— Panie Pawle…
Chłopak też wstał.
— Naprawdę mnie nie poznajesz?
Marta zerwała się z krzesła.
Paweł zobaczył jej twarz.
Ona również go widziała.
To było najgorsze.
Bo gdyby widział go tylko on, można byłoby jeszcze mówić o traumie.
O sugestii.
O pamięci.
Ale Marta miała twarz osiemnastoletniej dziewczyny, która po raz pierwszy usłyszała głos z jeziorka.
— Szymek — wyszeptała.
Chłopak spojrzał na nią.
Jego uśmiech zmienił się.
Stał się niemal czuły.
— Cześć, Marta.
Krzyk rozległ się z lewej strony sali.
Starsza kobieta zemdlała.
Ludzie wstali.
Ktoś próbował nagrywać telefonem.
Ktoś wołał o karetkę.
Przez kilka sekund zapanował chaos.
Paweł ruszył między krzesłami.
— Szymek!
Chłopak cofał się ku drzwiom.
— Zaczekaj!
Wyszedł na korytarz.
Paweł przepchnął się za nim.
— Stój!
Korytarz był pusty.
Drzwi wejściowe biblioteki otwarte.
Paweł wybiegł na zewnątrz.
Nikogo.
Marta pojawiła się za nim.
— Widziałeś go — powiedział.
— Tak.
— Naprawdę.
— Tak.
— Powiedział do ciebie.
— Tak.
Paweł oparł dłonie o kolana.
— Kurwa.
— Bardzo dojrzałe podsumowanie.
— Masz lepsze?
— Nie.
Za nimi wybiegli ludzie.
— Wszystko w porządku?
— Co się stało?
— Kim był ten chłopak?
— To było ustawione?
Prowadząca patrzyła na Pawła z przerażeniem.
— Zna pan go?
Paweł wyprostował się.
— Nie.
Marta spojrzała na niego.
Skłamał odruchowo.
Jak trzydzieści lat wcześniej.
I natychmiast wiedział, że popełnił błąd.
W tej samej chwili wszystkie telefony zgromadzonych ludzi zapiszczały.
Jeden po drugim.
Powiadomienia.
Ludzie zaczęli patrzeć na ekrany.
— Co jest?
— Dostałam wiadomość…
— Ja też.
— Bez numeru.
Marta wyjęła telefon.
Paweł zrobił to samo.
Na ekranie widniała wiadomość.
Bez nadawcy.
Tylko jedno zdanie:
NIE KŁAM DRUGI RAZ
Tej nocy nie spał.
Marta została z nim w hotelu.
Nie w taki sposób, o jakim zapewne natychmiast pomyślałaby połowa Łosic.
Siedzieli przy małym stoliku, pili whisky z hotelowych szklanek i oglądali nagrania ze spotkania.
Było ich już kilkadziesiąt.
Internet działał szybko.
Za szybko.
Film z pytaniem chłopaka miał trzydzieści tysięcy wyświetleń przed północą.
— Zatrzymaj — powiedziała Marta.
Paweł nacisnął ekran.
Kadr zatrzymał się na chwili, gdy chłopak wstawał.
Marta powiększyła obraz.
Twarz była niewyraźna.
— Jeszcze.
Powiększył.
Piksele.
Rozmycie.
Ale rysy dało się rozpoznać.
— To on — powiedziała.
— Wiem.
— Nie może być.
— Wiem.
Puścili film dalej.
Szymek mówił:
Może siedział przez trzydzieści lat i czekał…
I wtedy Paweł zauważył coś dziwnego.
— Cofnij.
Marta cofnęła.
— Co?
— Ludzie za nim.
Za ostatnim rzędem znajdowało się okno.
W szybie odbijała się sala.
Krzesła.
Lampy.
Ludzie.
Ale miejsce, w którym stał Szymek, było puste.
— Nie odbija się — wyszeptała Marta.
Film leciał.
Szymek wychodził.
A sekundę przed tym, zanim zniknął z kadru, spojrzał bezpośrednio w obiektyw telefonu.
I powiedział coś.
Na sali nikt tego nie słyszał.
Nagranie wychwyciło szept.
Paweł podgłośnił.
— Co powiedział? — zapytała Marta.
Odtworzył ponownie.
Tym razem usłyszeli.
Przyprowadź ją.
Marta pobladła.
— Mnie?
Paweł nie odpowiedział.
Telefon zawibrował.
Nieznany numer.
Wiadomość zawierała zdjęcie.
Jeziorko.
Noc.
Wiata.
A przed nią dwie postaci.
Paweł.
Marta.
Zdjęcie przedstawiało ich jako osiemnastolatków.
Zostało zrobione trzydzieści lat temu.
Paweł nigdy wcześniej go nie widział.
Pod fotografią znajdowały się cztery słowa:
TERAZ DOKOŃCZCIE TĘ HISTORIĘ
Rozdział 4. To, czego nie napisano
Rano Marta powiedziała:
— Muszę ci coś powiedzieć.
Paweł wiedział, że nie spodoba mu się to zdanie.
Ludzie nie zaczynają nim informacji o wygranej na loterii.
Siedzieli przy śniadaniu.
Hotelowa jajecznica miała konsystencję żółtej gąbki.
— Mów.
Marta mieszała kawę.
— Po twoim wyjeździe jeziorko nie uspokoiło się całkiem.
Paweł odłożył widelec.
— Co to znaczy?
— Przez kilka lat nic się nie działo. Potem ktoś zaginął.
— Kto?
— Chłopak z Jeziory. Siedemnaście lat. W 2001 roku.
— Utonął?
— Nie znaleziono go.
Paweł poczuł zimno.
— Następny?
— Dziewczyna w 2007. Potem mężczyzna w 2013.
— Dlaczego mi nie powiedziałaś?
— A jak? Zadzwonić po dwunastu latach i powiedzieć: cześć, pamiętasz przeklęte jeziorko, przy którym zginął twój najlepszy przyjaciel? Chyba znowu zabija ludzi?
— Tak!
— Nie miałam numeru!
— Można było znaleźć!
— Ty mnie znalazłeś wczoraj w minutę!
Zamilkli.
Kelnerka podeszła.
— Kawy?
— Tak — odpowiedzieli jednocześnie.
Kiedy odeszła, Marta roześmiała się nerwowo.
— Nadal świetnie rozwiązujemy konflikty.
Paweł potarł twarz.
— Przepraszam.
— Ja też.
— Co robiono po zaginięciach?
— Policja szukała. Straż. Nurkowie. Nic.
— Wstążki?
Marta spojrzała na niego.
— Wracały.
— Kto je wieszał?
— Nie wiadomo.
— A wiata?
— Rozebrano ją pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Dlatego zdjęcia, które ci pokazywałam, nie mają sensu.
— A miejsce po niej?
— Zarosło.
— Byłaś tam?
— Wiele razy.
— Sama?
— Czasami.
Paweł spojrzał na nią ostro.
— Zwariowałaś?
— Nie ty jeden masz prawo do głupich decyzji.
— Widziałaś coś?
Długo nie odpowiadała.
— Raz.
— Co?
— Ciebie.
Paweł poczuł ucisk w brzuchu.
— Kiedy?
— 2019.
— W 2019 byłem w Lublinie.
— Wiem.
— Więc to nie byłem ja.
— Wiem.
Marta patrzyła w kawę.
— Stałeś przy wodzie. Tyłem. Miałeś osiemnaście lat. Pomyślałam, że oszalałam. Zawołałam cię.
— Odwrócił się?
— Nie.
— Co zrobił?
— Wszedł do wody.
Paweł przypomniał sobie zeszyt Szymka.
Chłopak stojący na brzegu.
Wchodzący do jeziorka bez plusku.
— Powiedziałaś komuś?
— Babcia już nie żyła. Komu miałam powiedzieć?
Paweł wstał.
— Jedziemy.
— Dokąd?
— Do jeziorka.
— Teraz?
— W dzień.
— W książce też byliście przekonani, że w dzień jest bezpiecznie.
Paweł spojrzał na nią.
— Zauważyłem, że nie wszystkie pomysły osiemnastolatków były genialne.
— To pierwszy objaw dojrzałości.
Pojechali.
Droga do Jeziory była węższa, niż zapamiętał.
Albo samochody stały się większe.
Las zaczynał się w tym samym miejscu.
Zatrzymali samochód.
Paweł wysiadł.
Przez chwilę nie mógł ruszyć.
Drzewa.
Zapach żywicy.
Sucha ziemia.
Światło przesączające się między liśćmi.
Trzydzieści lat zniknęło.
— Możemy wrócić — powiedziała Marta.
— Nie.
— Nie musisz niczego udowadniać.
— Muszę.
— Komu?
Paweł spojrzał w las.
— Sobie.
Ruszyli.
Ścieżka prawie zniknęła.
W miejscu dawnej wiaty rosły krzewy i młode brzozy.
Nie było desek.
Nie było słupków.
Nie było śladów ogniska.
— Widzisz? — powiedziała Marta.
Paweł skinął głową.
Jeziorko znajdowało się kilkadziesiąt metrów dalej.
Mniejsze niż w pamięci.
To było rozczarowujące.
Koszmary powinny być ogromne.
Tymczasem tafla miała może kilkadziesiąt metrów szerokości.
Brązowa woda.
Trzciny.
Owady.
— Tutaj — powiedział.
— Tak.
Podeszli bliżej.
Paweł zatrzymał się.
Na gałęzi wisiała czerwona wstążka.
Marta zobaczyła ją chwilę później.
— Wczoraj jej nie było — powiedziała.
— Byłaś tutaj wczoraj?
— Przejeżdżałam rano.
Paweł zdjął wstążkę.
Była mokra.
Przyłożył palce do nosa.
— Czujesz?
Marta powąchała.
— Woda.
— Nie.
Znał ten zapach.
Błoto.
Stara woda.
Wilgotna ziemia spod wiaty.
Wstążka poruszyła się w jego dłoni.
Nie było wiatru.
Puścił ją.
Upadła.
Z jeziorka dobiegł plusk.
Marta ścisnęła jego ramię.
— Paweł.
— Wiem.
Na wodzie pojawiły się kręgi.
Jeden.
Drugi.
Potem w odległości kilkunastu metrów coś wynurzyło się na powierzchnię.
Głowa.
Długie włosy.
Chłopak płynął ku nim.
Paweł cofnął się.
— Szymek!
Marta krzyknęła:
— Nie wołaj!
Za późno.
Chłopak zatrzymał się.
Wstał.
Woda sięgała mu do pasa.
To był on.
Osiemnaście lat.
Twarz dokładnie taka, jak w 1995 roku.
— Cześć — powiedział.
Paweł nie potrafił wydobyć głosu.
Szymek popatrzył na Martę.
— Ładnie się starzejesz.
— Ty za to beznadziejnie — odpowiedziała.
Głos jej drżał.
Szymek roześmiał się.
Ten śmiech.
Paweł poczuł łzy.
— Kim jesteś? — zapytał.
— Znowu to samo.
— Szymek odszedł.
— Napisałeś tak.
— Widziałem.
— Pamiętasz tak.
Szymek zrobił krok.
Woda wokół jego nóg pozostała nieruchoma.
— Czego chcesz?
Chłopak spojrzał na Pawła.
— Chcę wiedzieć, dlaczego skłamałeś.
— O czym?
— O zakończeniu.
— Niczego nie…
Szymek uniósł palec.
— Nie.
I nagle Paweł poczuł ból.
Krótki.
Ostry.
W skroniach.
Las zniknął.
Zobaczył noc.
1995.
Jeziorko.
Marta obok niego.
Szymek stojący w mlecznym świetle.
Kości.
Modlitwa.
Woda.
Ale obraz nie kończył się tam, gdzie zapamiętał.
Było coś jeszcze.
Po odejściu Szymka.
Po ciszy.
Po świerszczach.
Marta powiedziała:
Paweł, patrz.
Na wodzie unosiło się coś czarnego.
Zeszyt.
Szymka.
Ten sam, który czytali u babci.
Paweł wszedł do wody.
Wyciągnął go.
Ostatnie strony były mokre.
Pismo rozmazane.
Ale jedna kartka pozostała czytelna.
Nie zapamiętał jej.
Nie chciał.
Teraz widział.
Słowa:
Jeśli mnie zabierze, nie mówcie mojego imienia przy wodzie. Nigdy. Imię jest drogą. Pamięć jest drzwiami. Opowieść jest zaproszeniem.
Paweł krzyknął.
Obraz zniknął.
Znów stał nad jeziorkiem.
Szymek uśmiechał się.
— Przypomniałeś sobie?
Marta patrzyła na Pawła.
— Co?
— Wiedziałem — wyszeptał.
— Co wiedziałeś?
Paweł spojrzał na nią.
— Nie powinniśmy byli o nim pisać.
— Dlaczego?
— Bo opowieść…
Szymek dokończył:
— Jest zaproszeniem.
I wtedy las zaczął szeptać.
Nie jeden głos.
Tysiące.
Czytające.
Szymek.
Szymek.
Szymek.
Osiemdziesiąt tysięcy czytelników.
Osiemdziesiąt tysięcy drzwi.
Rozdział 5. Marta
Uciekli.
Tym razem razem.
To miało znaczenie.
Paweł nie rozumiał jeszcze dlaczego, ale gdy biegł przez las i czuł dłoń Marty w swojej, wiedział, że trzydzieści lat wcześniej uciekł sam i właśnie tam rozpoczęła się większość jego późniejszego życia.
Sam.
Od ludzi.
Od Marty.
Od Łosic.
Od pamięci.
Teraz się zatrzymał.
— Co robisz?! — krzyknęła.
Odwrócił się.
Między drzewami nikogo nie było.
— Nie chcę znowu uciekać.
— Świetny moment na terapię!
— Masz rację.
— Jedziemy.
W samochodzie milczeli.
Dopiero kilka kilometrów dalej Marta powiedziała:
— Naprawdę znalazłeś wtedy zeszyt?
— Tak.
— Dlaczego tego nie pamiętam?
— Może pamiętasz.
— Nie.
— Ja też nie pamiętałem.
— Co z nim zrobiłeś?
Paweł zamknął oczy.
Kolejny fragment wspomnienia.
Stara kuchnia.
Piec.
Płomień.
Zeszyt.
Wrzucony do ognia.
— Spaliłem.
— Dlaczego?
— Bałem się.
— Czego?
— Że jeśli zostanie, Szymek też zostanie.
Marta zatrzymała samochód na poboczu.
— I trzydzieści lat później przepisałeś prawie całą historię.
— Nie świadomie.
— To nie ma znaczenia.
— Wiem.
— Napisałeś jego imię kilka tysięcy razy.
— Wiem.
— Wydrukowano je w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy.
— Wiem.
— Ludzie czytają je nad jeziorkiem.
— Wiem!
Uderzył dłonią w deskę rozdzielczą.
Cisza.
Marta patrzyła przed siebie.
— Przepraszam.
Paweł opadł na siedzenie.
— Nie. Masz rację.
— Nie chciałam…
— Masz rację.
Długo milczeli.
Potem Marta powiedziała:
— Jest jeszcze coś.
— Oczywiście.
— Nie żartuj.
— Przepraszam.
— Kiedy czytałam twoją książkę drugi raz, znalazłam fragment, którego nie pamiętałam z pierwszego czytania.
Paweł spojrzał na nią.
— Jaki?
— Zdanie pod koniec.
— Jakie?
— „Marta została.”
— Nie ma takiego zdania.
— Wiem.
— Jestem autorem.
— Wiem.
— Znam książkę.
— Ja też.
— Pokaż.
Marta wyjęła egzemplarz z torby.
Był pozaginany.
Pełno karteczek.
Paweł poczuł dziwne wzruszenie.
— Robiłaś notatki?
— Jestem polonistką. To choroba zawodowa.
Otworzyła końcówkę.
Nie było.
Przerzuciła strony.
— Było tutaj.
— Może ci się…
Spojrzała na niego.
— Nie kończ.
— Dobrze.
Przekartkowała jeszcze raz.
Zatrzymała się.
Pobladła.
— Co?
Pokazała.
Na marginesie znajdował się odręczny napis.
Czarnym długopisem.
MARTA ZOSTAŁA
— To twoje? — zapytał.
— Nie.
Pod spodem pojawiło się kolejne zdanie.
Paweł przysiągłby, że sekundę wcześniej go tam nie było.
Atrament rozlewał się powoli po papierze.
PAWEŁ WRÓCIŁ
Marta upuściła książkę.
Spadła na podłogę samochodu.
Strony zaczęły same się przewracać.
Szybko.
Coraz szybciej.
Zatrzymały się na ostatniej.
Pusta strona.
Na środku pojawiły się litery.
SZYMEK CZEKAŁ
— Wyrzuć ją — powiedział Paweł.
Marta otworzyła drzwi i wyrzuciła książkę na pobocze.
Ruszyła.
W lusterku Paweł zobaczył leżący egzemplarz.
Kiedy odjeżdżali, okładka uniosła się.
Jakby ktoś niewidzialny zaczął czytać.
Wieczorem poszli do Marty.
Dom stał na obrzeżach Łosic.
Niewielki.
Jasny.
W ogrodzie rosła jabłoń.
— Sama? — zapytał.
— Teraz tak.
— Nie boisz się?
— Czego?
— Po wszystkim.
— Paweł, człowiek przyzwyczaja się do samotności szybciej niż do cudzej obecności.
Spojrzała na niego.
— Ale nie zawsze to dobrze.
Zrobiło się cicho.
Stali w kuchni.
Trzydzieści lat temu pocałował ją pierwszy raz przy furtce jej babci.
Pamiętał to lepiej niż własny ślub.
Absurd pamięci.
Marta podeszła bliżej.
— Czy w książce napisałeś prawdę o mnie?
— Jaką?
— Że mnie kochałeś.
Paweł poczuł, że w wieku czterdziestu ośmiu lat można nagle mieć osiemnaście.
— Tak.
— A potem?
— Potem też.
— Przez trzydzieści lat?
— Nie wiem.
— Fatalna odpowiedź.
— Chcesz prawdziwą czy dobrą?
— Prawdziwą.
Paweł spojrzał na nią.
— Nigdy do końca nie przestałem.
Marta nie odpowiedziała.
Pocałowała go.
Nie było w tym niczego nastoletniego.
Żadnej niepewności.
Żadnego pytania, gdzie położyć rękę.
Dwoje dorosłych ludzi, którzy wiedzieli już, że czasu nie ma nieskończenie dużo.
Pocałunek trwał długo.
Potem Marta oparła czoło o jego.
— Trzydzieści lat — powiedziała.
— Jestem trochę powolny.
— Trochę?
Roześmiali się.
Tej nocy spali razem.
Później Paweł miał myśleć, że właśnie ta noc była najokrutniejszą rzeczą, jaką zrobiło im jeziorko.
Pozwoliło im przez kilka godzin uwierzyć, że można wrócić.
Że czas jest odwracalny.
Że coś straconego w wieku osiemnastu lat można odnaleźć mając czterdzieści osiem.
Obudził się o trzeciej trzynaście.
Marta spała obok.
Paweł usłyszał głos.
— Ładnie.
Otworzył oczy.
Szymek siedział na krześle przy łóżku.
Osiemnastoletni.
Suchy.
Uśmiechnięty.
Paweł nie krzyknął.
— Wynoś się.
— Niegrzecznie.
— Czego chcesz?
Szymek spojrzał na Martę.
— Jednak wygrałeś.
Paweł usiadł.
— To nie były zawody.
— Mówiłeś tak już kiedyś.
— Byliśmy idiotami.
— Ty się postarzałeś. Ja nie miałem okazji.
W tym zdaniu było coś tak smutnego, że Paweł przestał się bać.
— Czy ty naprawdę jesteś Szymkiem?
Chłopak wzruszył ramionami.
— Ile razy można pytać?
— Odpowiedz.
— Jestem Szymkiem.
— Tym prawdziwym?
— A ty jesteś prawdziwym Pawłem?
— Tak.
— Na pewno?
Paweł milczał.
Szymek pochylił się.
— Prawdziwy Paweł miał osiemnaście lat. Potem co roku zabijałeś kawałek tamtego chłopaka i robiłeś miejsce dla następnego. Teraz zostało z niego kilka wspomnień i blizna na kolanie.
Paweł odruchowo dotknął kolana.
Bliznę zrobił sobie w wieku trzynastu lat.
Szymek o tym wiedział.
— To czego chcesz?
— Tego, co każdy.
— Czyli?
— Żyć.
Paweł poczuł lodowaty ucisk.
— Nie możesz.
— A dlaczego?
— Bo nie żyjesz.
— To kwestia techniczna.
— Szymek…
— Książka mnie zrobiła.
— Co?
— Ty pamiętałeś jednego Szymka. Marta drugiego. Moja matka trzeciego. Karaś czwartego. Ale to były małe pamięci. Gasły.
Spojrzał na Pawła.
— A potem zrobiłeś osiemdziesiąt tysięcy kopii.
Paweł nie oddychał.
— Każdy czytelnik mnie sobie wyobraża. Każdy daje mi twarz. Głos. Śmiech. Każdy przez kilka godzin wierzy, że istnieję.
Uśmiechnął się.
— Zrobiłeś mi piękny dom, stary.
— Nie jesteś nim.
— Może.
— Jesteś miejscem.
Uśmiech Szymka zniknął.
Pierwszy raz.
— Uważaj.
— Jeziorkiem. Tym czymś, co mieszkało w wodzie.
— Powiedziałem: uważaj.
— Używasz jego twarzy.
Pokój zrobił się zimny.
Marta poruszyła się przez sen.
Szymek wstał.
Za jego plecami ściana była mokra.
Woda spływała po tapecie.
— Przyprowadź ją jutro — powiedział.
— Nie.
— Przyprowadzisz.
— Nie.
— Bo jeśli nie…
Pochylił się.
W jego ustach była czarna woda.
— …zacznę odwiedzać czytelników.
Zniknął.
Paweł siedział w ciemności.
Obok Marta otworzyła oczy.
— Z kim rozmawiałeś?
Paweł spojrzał na mokrą ścianę.
— Z nim.
Marta usiadła.
— Czego chce?
— Żyć.
Rozdział 6. Osiemdziesiąt tysięcy drzwi
Rano internet oszalał.
Pierwszy film pojawił się o szóstej dwanaście.
Dziewczyna z Poznania nagrała swoją sypialnię.
Płakała.
Za nią na szybie widniał napis wykonany od zewnętrznej strony:
SZYMEK
Mieszkała na siódmym piętrze.
Drugi film pochodził z Gdańska.
Mężczyzna twierdził, że po przeczytaniu książki usłyszał w łazience plusk.
Z wanny wystawała czerwona wstążka.
Trzeci.
Kraków.
Czwarty.
Warszawa.
Piąty.
Wrocław.
Wszyscy czytali Mroczne opowieści 1995.
Wydawnictwo zadzwoniło przed ósmą.
— Paweł, co się dzieje?
— Nie wiem.
— To jakaś akcja marketingowa?
— Nie.
— Ktoś robi viral?
— Nie wiem.
— Sprzedaż od rana wzrosła czterokrotnie.
Paweł zamknął oczy.
— Wstrzymajcie sprzedaż.
— Co?
— Natychmiast.
— Wycofajcie e-booka.
— Paweł…
— Zrób to!
Rozłączył się.
Marta stała przy oknie.
— Za późno.
— Wiem.
— Nawet jeśli zniknie z księgarń, ludzie mają egzemplarze.
— Wiem.
— Internet ma kopie.
— Wiem.
— Pirackie pliki.
— Wiem!
Marta odwróciła się.
— Przestań na mnie krzyczeć.
Paweł zacisnął dłonie.
— Przepraszam.
Telefon zadzwonił.
Nieznany numer.
Odebrał.
— Halo?
Przez kilka sekund cisza.
Potem znajomy głos.
— No, pisarzu.
Paweł prawie upuścił telefon.
— Szymek.
— Jedziemy?
— Dokąd?
— Nie udawaj.
— Zostaw tych ludzi.
— Ja ich nie dotykam.
— Kłamiesz.
— Nie.
Głos był niemal wesoły.
— Oni mnie dotykają.
— Czego chcesz od Marty?
Cisza.
— Tego samego co wtedy.
— Czyli?
— Żeby wybrała.
Połączenie się urwało.
Paweł spojrzał na Martę.
— Co powiedział?
Nie chciał odpowiadać.
— Paweł.
— Żebyś wybrała.
Marta pobladła.
— Między kim?
Paweł nie musiał mówić.
— To nie Szymek — powiedziała.
— Wiem.
— Szymek nigdy…
Urwała.
— Co?
— Wtedy też był zazdrosny.
— Był osiemnastolatkiem.
— My też.
— To coś ma jego wspomnienia.
— I twoje.
Paweł spojrzał na nią.
— Dlaczego moje?
— Bo książkę napisałeś ty.
Ta myśl była tak oczywista, że wcześniej jej nie dostrzegał.
Istota nie została odtworzona wyłącznie z Szymka.
Została odtworzona z opowieści Pawła o Szymku.
Z winy.
Z zazdrości.
Z miłości.
Z pamięci.
Ze wszystkiego, co przez trzydzieści lat zdążyło się pozmieniać.
— To nie Szymek — powiedział. — To mój Szymek.
— Co?
— Wersja, którą pamiętam.
Marta zrozumiała.
— Dlatego wygląda dokładnie tak, jak go zapamiętałeś.
— I mówi rzeczy, które ja pamiętam.
— Ale podczas spotkania odezwał się do mnie.
— Bo też jesteś w książce.
Marta usiadła.
— Więc żeby go zatrzymać…
— Trzeba zmienić opowieść.
— Jak?
Paweł spojrzał na laptop.
I wtedy wpadł na pomysł.
— Napiszę zakończenie.
— Co?
— Drugie.
— Myślisz, że to zadziała?
— Nie wiem.
— Paweł, to nie Word. Nie poprawisz ducha opcją „śledź zmiany”.
— Kiedyś zamknęliśmy go prawdą.
— Tak.
— Więc teraz też.
Usiadł.
Otworzył dokument.
Biała strona.
Kursor.
Napisał:
Szymek nie wrócił.
Litery zniknęły.
Paweł znieruchomiał.
Napisał ponownie.
Szymek nie wrócił.
Zniknęły.
Marta stanęła za nim.
— Spróbuj coś innego.
Paweł napisał:
Szymek umarł w 1995 roku.
Tym razem zdanie zostało.
Po chwili pojawiło się kolejne.
Nie pisał go.
A JEDNAK MNIE WIDZISZ
Paweł odsunął ręce od klawiatury.
Następne zdanie:
MARTA TEŻ
Marta przełknęła ślinę.
Na ekranie:
WIĘC KTO Z NAS KŁAMIE?
Laptop zgasł.
W całym domu zgasło światło.
Z łazienki dobiegł plusk.
Paweł i Marta spojrzeli na siebie.
— Nie — powiedziała.
Drugi plusk.
Potem kroki.
Mokre stopy na podłodze.
Plask.
Plask.
Plask.
Z korytarza wyłonił się Szymek.
— Naprawdę sądziłeś, że napiszesz mnie drugi raz?
Paweł wstał.
— Nie jesteś nim.
— Nudzisz.
— Jesteś tym, co pamiętam.
— Każdy człowiek jest tym, co pamiętają inni.
— Nie.
— Po śmierci? Tylko tym.
Szymek spojrzał na Martę.
— Prawda?
— Nie patrz na mnie.
— Nadal się mnie boisz?
— Nie.
— Kłamiesz.
— Nie jesteś Szymkiem.
Twarz chłopaka drgnęła.
— Ty też?
— Szymek był idiotą.
— Dzięki.
— Był zazdrosny.
— Bywa.
— Był złośliwy.
— Nadal jestem.
— Ale kiedy odchodził, puścił nas.
Szymek przestał się uśmiechać.
— To ty chcesz nas zatrzymać.
Jego twarz zaczęła się zmieniać.
Subtelnie.
Skóra bladła.
Włosy mokły.
Z nosa spłynęła kropla wody.
— Przyjdziecie dziś do wiaty — powiedział.
— Nie ma wiaty — odpowiedział Paweł.
— Będzie.
— Nie.
— Będzie.
Szymek spojrzał na zegarek wiszący na ścianie.
— O dwudziestej trzeciej pięćdziesiąt dziewięć.
— Dlaczego?
— Bo trzydzieści lat temu o północy umarłem.
— Nieprawda. To było w listopadzie.
Szymek uśmiechnął się.
— Widzisz?
Paweł zamarł.
— Co?
— Nawet autor nie wie już, która wersja jest prawdziwa.
I zniknął.
Światło wróciło.
Na laptopie świecił dokument.
Jedno zdanie:
JEŚLI NIE PRZYJDZIECIE, JUTRO KAŻDY CZYTELNIK DOSTANIE WŁASNEGO SZYMKА.
Marta usiadła.
— Jedziemy.
— Nie.
— Jedziemy.
— Chce właśnie tego.
— Wiem.
— Może nas zabić.
— Wiem.
— Marta…
Spojrzała na niego.
— Trzydzieści lat temu uciekłeś.
Paweł poczuł ból.
Nie dlatego, że chciała go zranić.
Dlatego, że mówiła prawdę.
— Tym razem nie uciekamy — powiedziała.
Rozdział 7. Wiata
O dwudziestej trzeciej dwadzieścia zaparkowali przy lesie.
Nie powiedzieli nikomu.
Paweł zostawił tylko wiadomość do córki.
Nie wyjaśniał.
Napisał:
Kocham cię. Gdybym jutro się nie odezwał, pamiętaj, że nic, co zrobiłem źle, nigdy nie było twoją winą.
Usunął.
Napisał:
Zadzwoń jutro rano. Kocham cię.
Wysłał.
— Gotowy? — zapytała Marta.
— Nie.
— Ja też nie.
Weszli.
Las wyglądał inaczej.
Z każdym krokiem stawał się starszy.
Światło latarek gasło kilka metrów przed nimi, jakby ciemność pochłaniała je fizycznie.
Po dziesięciu minutach usłyszeli muzykę.
Paweł zatrzymał się.
— Słyszysz?
Marta skinęła głową.
Gitara.
Stara piosenka.
Nagranie charczało.
Kasetowy magnetofon.
— Niemożliwe.
Przed nimi między drzewami pojawiło się światło.
Ogień.
Wiata stała na swoim miejscu.
Dokładnie taka jak w 1995.
Przy ognisku siedzieli ludzie.
Młodzi.
Paweł rozpoznawał twarze.
Kaśka.
Chłopaki z liceum.
Dziewczyny z Jeziory.
Niektórzy dziś mieli dzieci.
Niektórzy nie żyli.
Wszyscy tutaj mieli po osiemnaście lat.
— Nie patrz — powiedziała Marta.
Ale patrzył.
Przy ognisku siedział on sam.
Osiemnastoletni Paweł.
Dżinsowa kurtka.
Glany.
Głupio zbyt długie włosy.
Młody Paweł spojrzał na niego.
— Ale się zrobiłeś stary.
Paweł poczuł mdłości.
Szymek siedział obok.
— Mówiłem mu to samo.
Marta ścisnęła dłoń Pawła.
Jej młodsza wersja siedziała po drugiej stronie ogniska.
Piękna.
Kasztanowe włosy.
Czarny sweter przewiązany w pasie.
Starsza Marta patrzyła na nią jak na zmarłą siostrę.
— To nie jest prawdziwe — powiedział Paweł.
— Oczywiście, że jest — odparł Szymek.
— Nie.
— Byłeś tu.
— Ale nie tak.
— Pamiętasz tak.
Ogień trzaskał.
Ludzie śmiali się.
Młody Paweł patrzył na Martę.
Młody Szymek też.
— Widzisz? — powiedział Szymek. — Wszystko jest na miejscu.
— Nie.
— Możecie zostać.
Paweł spojrzał na niego.
— Co?
— Oboje.
Szymek rozłożył ręce.
— Tutaj nie ma trzydziestu lat.
Marta patrzyła na młodą siebie.
— Nie ma rozwodów — mówił Szymek. — Pogrzebów. Chorób rodziców. Kredytów. Telefonów od dzieci, które mieszkają tysiąc kilometrów dalej. Nie ma siwych włosów. Bólu kręgosłupa.
— Brzmisz jak reklama sanatorium — powiedział Paweł.
Szymek roześmiał się.
— Tego mi brakowało.
Na moment był naprawdę nim.
I właśnie dlatego bolało bardziej.
— Możesz usiąść — powiedział. — Napijemy się. Pójdziemy po żółte lody. Jutro stadion. Marta będzie się śmiała. Ty będziesz się na nią gapił. Ja będę ci dokuczał.
Paweł patrzył na młodego siebie.
Osiemnaście lat.
Całe życie przed nim.
Ojciec jeszcze żył.
Matka żyła.
Szymek żył.
Nie popełnił najgorszych błędów.
Nie powiedział rzeczy, których później żałował.
Nie stracił ludzi.
Pragnienie było tak potężne, że aż zabolało.
Zrobił krok.
Marta ścisnęła jego rękę.
— Paweł.
— Tylko…
— Nie.
— Chcę zobaczyć.
— Już widzisz.
— Jedną minutę.
— Nie ma jednej minuty.
Szymek uśmiechnął się.
— Marta zawsze była mądrzejsza.
Ognisko zgasło.
Wszyscy młodzi ludzie odwrócili głowy.
Jednocześnie.
Ich twarze były martwe.
Oczy czarne.
Usta pełne wody.
— Szkoda — powiedział Szymek.
Ziemia pod wiatą zadrżała.
Czerwone wstążki pojawiły się na każdym drzewie.
Setki.
Tysiące.
Każda z imieniem.
Paweł podszedł do jednej.
ANNA, POZNAŃ
Druga.
MICHAŁ, GDAŃSK
Trzecia.
WERONIKA, KRAKÓW
Czytelnicy.
— Co zrobiłeś? — wyszeptał.
Szymek podszedł.
— Nic.
— Kłamiesz.
— Każdy z nich otworzył drzwi.
— Zamknij je.
— Nie potrafię.
— To po co nas sprowadziłeś?
Szymek wskazał na wodę.
Na brzegu stały trzy krzesła.
— Żeby wybrać.
— Co?
— Historia potrzebuje zakończenia.
— Ma zakończenie.
— Już nie.
Szymek spojrzał na Martę.
— Jedno z was zostaje.
Paweł poczuł, że Marta drży.
— A drugie?
— Wraca.
— A czytelnicy?
— Dostają ciszę.
— Nie wierzę ci.
— Nie musisz.
Szymek wskazał na zegarek.
23:47.
— Dwanaście minut.
— Nie.
— To wtedy pójdę do nich.
— Nie.
— Już chodzę.
W ciemności między drzewami rozbłysły ekrany telefonów.
Setki.
Na każdym twarz czytelnika.
Ludzie w mieszkaniach.
W łóżkach.
W pociągach.
W akademikach.
Widzieli las.
Nie wiedzieli dlaczego.
— Zostanę — powiedział Paweł.
— Nie — odpowiedziała Marta.
— To przeze mnie.
— Paweł.
— Ja napisałem książkę.
— Zostanę — powiedziała.
— Nie.
Szymek śmiał się.
— I znowu zawody.
Paweł spojrzał na niego.
Te słowa.
Zawody.
Kto pierwszy.
Kto wygra Martę.
Kto zostanie.
Kto umrze.
Zrozumiał.
— Nie wybierzemy.
Szymek przestał się uśmiechać.
— Musicie.
— Nie.
— Historia tego wymaga.
— Nie historia.
Paweł podszedł bliżej.
— Ty.
Twarz Szymka stężała.
— To jest twój mechanizm. Zawsze ktoś musi stracić. Ojciec syna. Ja Szymka. Marta nas. Żywi umarłych.
— Paweł…
— Karmisz się stratą.
Woda zadrżała.
— Nie wiesz, czym jestem.
— Wiem.
— Nie.
— Jesteś pustką, która próbuje przekonać człowieka, że pamięć jest ważniejsza od życia.
Szymek uderzył go.
Paweł upadł.
Nie spodziewał się fizycznego bólu.
Krew wypełniła mu usta.
Marta krzyknęła.
Szymek stał nad nim.
Twarz już nie była młoda.
Skóra pęczniała.
Oczy robiły się mleczne.
Topielec.
— Zamknij się.
Paweł roześmiał się.
Wypluł krew.
— Szymek powiedziałby coś lepszego.
Istota zawahała się.
— Co?
— On był zabawny.
Paweł wstał.
— Ty tylko powtarzasz.
Twarz stworzenia drgnęła.
— Szymek był zazdrosny, ale umiał kochać. Bał się, ale poszedł. Był głupi, ale wiedział, kiedy żartować. A ty?
Krok.
— Ty masz tylko nasze najgorsze wspomnienia.
Krok.
— Nie jesteś moim przyjacielem.
Istota cofnęła się.
— Zamknij się.
— Szymek nie chciał żyć cudzym życiem.
— Zamknij się!
— Szymek umarł!
Krzyk przeszedł przez las.
Wszystkie czerwone wstążki poderwały się.
Paweł krzyczał dalej:
— SZYMON UMARŁ W 1995 ROKU!
Woda zaczęła bulgotać.
— Miał osiemnaście lat! Był moim przyjacielem! Kochałem go! Skrzywdziłem go! Bałem się! Ale on umarł!
Istota zakryła uszy.
— Przestań!
— I NIE WRÓCI!
Marta stanęła obok Pawła.
— Szymek nie wróci — powiedziała.
— Nie!
— Pożegnaliśmy go.
— Kłamiecie!
— Nie — odpowiedziała. — To pierwszy raz, kiedy nie kłamiemy.
23:59.
Paweł spojrzał na ekrany telefonów między drzewami.
Ludzie patrzyli.
Czytelnicy.
Świadkowie.
I zrozumiał ostatnią rzecz.
Nie musiał napisać nowego zakończenia.
Musiał je powiedzieć.
Do nich.
— Słuchajcie! — krzyknął.
Nie wiedział, czy go słyszą.
Ekrany migotały.
— Jeśli mnie widzicie, posłuchajcie! Szymek nie jest bohaterem, którego trzeba przywoływać! Nie jedźcie tutaj! Nie wypowiadajcie jego imienia nad wodą! Nie szukajcie wiaty!
Istota rzuciła się na niego.
Marta krzyknęła.
Paweł poczuł lodowate dłonie na gardle.
Upadli.
Twarz Szymka znalazła się centymetry od jego twarzy.
— Napisałeś mnie — wysyczał.
Paweł chwycił go za nadgarstki.
— Nie.
— Napisałeś!
— Napisałem wspomnienie.
— To ja!
— Nie.
Istota zaczęła się rozpadać.
Woda wypływała z ust.
Z oczu.
Z nosa.
— Paweł…
Głos się zmienił.
Stał się znajomy.
Prawdziwy.
Paweł zamarł.
Przez sekundę zobaczył Szymka.
Nie potwora.
Przyjaciela.
— Pomóż mi — wyszeptał chłopak.
Paweł zaczął płakać.
— Nie.
— Proszę.
— Nie.
— Stary…
To słowo.
Tak mówił.
— Nie zostawiaj mnie.
Paweł zamknął oczy.
Trzydzieści lat wcześniej to zdanie by go zniszczyło.
Teraz odpowiedział:
— Muszę.
Odepchnął go.
Zegar zmienił się na północ.
Wszystkie ekrany zgasły.
Wiata zniknęła.
Ognisko zniknęło.
Młodzi ludzie zniknęli.
Został las.
Jeziorko.
Paweł.
Marta.
I chłopak stojący przy brzegu.
Szymek.
Spojrzał na nich.
Tym razem uśmiechnął się lekko.
— No — powiedział. — Wreszcie.
Paweł nie mógł mówić.
— To ty? — zapytała Marta.
Szymek wzruszył ramionami.
— A jakie to teraz ma znaczenie?
Spojrzał na Pawła.
— Nieźle napisałeś.
— Przepraszam.
— Za książkę?
— Za wszystko.
— Znowu zaczynasz.
Uśmiechnął się.
— Żyj.
Paweł zaśmiał się przez łzy.
— Już mi to mówiłeś.
— Widocznie słabo słuchałeś.
Odwrócił się.
Ruszył w stronę jeziorka.
— Szymek.
Chłopak obejrzał się.
— Co?
Paweł miał tysiąc rzeczy do powiedzenia.
Wybrał jedną.
— Dzięki.
Szymek pokazał mu środkowy palec.
— Nie przesadzaj z sentymentami.
I wszedł między drzewa.
Nie do wody.
Do lasu.
Po kilku krokach zniknął.
Tym razem na zawsze.
Paweł wiedział to.
Nie dlatego, że poczuł jakąś magiczną zmianę.
Nie dlatego, że drzewa zaszumiały.
Wiedział, bo po raz pierwszy od trzydziestu lat nie chciał za nim iść.
Rozdział 8. Trzydzieści jeden
Rok później, w sierpniu 2026 roku, Paweł znowu siedział na murku przy rynku w Łosicach.
Obok Marta jadła żółte lody.
— Są gorsze — powiedziała.
— Niemożliwe.
— Kiedyś były lepsze.
— Kiedyś mieliśmy osiemnaście lat. Wszystko było lepsze.
— Pryszcze też?
— Prawie wszystko.
Marta roześmiała się.
Przez rok wydarzyło się dużo.
I prawie nic.
Filmy zniknęły z internetu w ciągu kilku dni.
Nie wszystkie.
Internet nie zapomina.
Ale ludzie przestali zgłaszać dziwne zdarzenia.
Wydawnictwo wycofało pierwszą wersję Mrocznych opowieści 1995.
Paweł napisał nowe posłowie.
Nie wyjaśniał wszystkiego.
Nie mógł.
Napisał tylko, że książka jest opowieścią o pamięci, a pamięć nie daje prawa do zatrzymywania zmarłych.
Sprzedaż spadła.
Potem wzrosła.
Ludzie lubili tajemnice.
Paweł nauczył się z tym żyć.
Nie odwiedzał jeziorka.
Marta również nie.
Wiosną zamieszkali razem.
Nie urządzili wielkiego powrotu pierwszej miłości.
Nie wrzucali wspólnych zdjęć z podpisem „przeznaczenie po latach”.
Mieli czterdzieści dziewięć lat.
Marta chrapała.
Paweł zostawiał kubki w zlewie.
Kłócili się o temperaturę w sypialni.
On za długo siedział przy komputerze.
Ona oglądała kryminały, w których zawsze odgadywała mordercę przed końcem.
Było zwyczajnie.
I Paweł odkrył, że zwyczajność jest najpiękniejszym rodzajem cudu.
— Piszesz coś? — zapytała.
— Może.
— Horror?
— Nie wiem.
— O czym?
— O facecie po pięćdziesiątce, który żyje spokojnie.
— To fantasy.
— Bardzo śmieszne.
Dzieci przebiegły obok nich.
Jedno trzymało telefon.
Drugie loda.
Paweł patrzył za nimi.
— Myślisz czasem o nim? — zapytała Marta.
— Tak.
— Ja też.
— To chyba możemy.
— Możemy.
— Byle nie za głośno.
Szturchnęła go ramieniem.
— Idiota.
Słońce schodziło nad dachami.
Kościół wybił osiemnastą.
Paweł spojrzał na miejsce, gdzie trzydzieści jeden lat wcześniej siedział z najlepszym przyjacielem.
Nie było tam nikogo.
I dobrze.
— Chodź — powiedziała Marta. — Mamy kolację u Kaśki.
— Nadal mówi bez przerwy?
— Jeszcze więcej.
— Czyli jednak są rzeczy gorsze niż duchy.
Wstali.
Paweł wyrzucił kubeczek po lodach.
Ruszyli przez rynek.
Przy księgarni zobaczył wystawę.
Na środku leżały Mroczne opowieści 1995.
Nowe wydanie.
Okładkę zmieniono.
Nie było lasu.
Nie było wiaty.
Tylko fotografia pustego rynku w Łosicach.
Paweł zatrzymał się.
— Co? — zapytała Marta.
— Nic.
Na szybie zobaczył własne odbicie.
Siebie.
Martę.
Ludzi za nimi.
Wszystko było w porządku.
Już chciał odejść, kiedy zauważył książkę.
Jeden egzemplarz leżał otwarty.
Niemożliwe, bo księgarnia była zamknięta.
Paweł podszedł do szyby.
— Co robisz?
— Poczekaj.
Książka była otwarta na ostatniej stronie.
Z tej odległości nie powinien móc przeczytać tekstu.
A jednak przeczytał.
Jedno zdanie.
Nie pamiętał, żeby je napisał.
Niektóre historie kończą się dopiero wtedy, kiedy przestajemy sprawdzać, czy naprawdę się skończyły.
Paweł patrzył.
— Co tam jest? — zapytała Marta.
Odwrócił się do niej.
— Nic.
I tym razem nie było to kłamstwo.
Wziął ją za rękę.
Odeszli.
Minęli rondo.
Kościół.
Drogę prowadzącą ku Jeziorom.
Paweł nie spojrzał w stronę lasu.
Naprawdę.
Ani razu.
Dlatego nie zobaczył czerwonej wstążki przywiązanej do znaku drogowego.
Nie zobaczył, jak poruszyła się mimo bezwietrznego wieczoru.
Nie zobaczył również chłopaka stojącego kilkaset metrów dalej.
Był wysoki.
Chudy.
Miał długie włosy.
Ale to nie był Szymek.
Chłopak miał może siedemnaście lat.
W ręku trzymał egzemplarz Mrocznych opowieści 1995.
Na okładce ktoś napisał czerwonym markerem:
EGZEMPLARZ 80 001
Chłopak patrzył w stronę lasu.
Telefon w jego kieszeni zawibrował.
Wyjął go.
Nieznany numer.
Otworzył wiadomość.
CZEŚĆ.
Chłopak rozejrzał się.
Nikogo.
Następna wiadomość.
CZYTAŁEŚ?
Uśmiechnął się.
Odpisał:
Tak.
Trzy kropki.
Ktoś pisał.
TO CHODŹ. POKAŻĘ CI, GDZIE BYŁA WIATA.
Chłopak zawahał się.
Spojrzał na drogę.
Potem na las.
Z wnętrza drzew dobiegł cichy śmiech.
Nie należał do Szymka.
Jeszcze nie.
Chłopak zrobił pierwszy krok.
A w Łosicach wszystko znów dawało się policzyć.
Jeden kościół.
Jeden stadion.
Jeden rynek.
Jedno rondo.
Jedno jeziorko.
I jedna historia za dużo.
Część 2
Marta 2
Rozdział 1. Trzydzieści lat
W 2025 roku miałem czterdzieści osiem lat i od trzydziestu lat robiłem wszystko, żeby nie wracać do Chotycz po zmroku.
To nie znaczy, że tam nie bywałem.
Człowiek może sobie obiecywać różne rzeczy, kiedy ma osiemnaście lat. Może przysięgać, że nigdy więcej nie spojrzy na jezioro, nigdy nie wejdzie do lasu, nigdy nie pojedzie drogą prowadzącą obok starej kapliczki. Potem przychodzą kolejne lata, umierają rodzice, zmieniają się domy, asfalt zastępuje piach, w kieszeni zamiast drobnych na piwo nosi się telefon, który wie o człowieku więcej niż jego własna matka, i zaczyna się rozumieć, że słowo „nigdy” jest przeznaczone przede wszystkim dla młodych.
Bywałem więc w Chotyczach.
Za dnia.
Zawsze za dnia.
Nigdy później niż dwie godziny przed zachodem słońca.
Tego jednego pilnowałem.
Przez trzydzieści lat.
Aż do sierpnia 2025 roku.
Telefon zadzwonił w poniedziałek o dziewiątej siedemnaście. Siedziałem przy biurku w mieszkaniu w Warszawie i próbowałem odpowiedzieć na maila, którego nie chciało mi się czytać. Numer był obcy.
Odebrałem.
— Słucham?
Przez kilka sekund nikt się nie odezwał.
Usłyszałem tylko szum.
Nie taki jak przy złym zasięgu. Bardziej jak liście.
— Halo?
— Pan był wtedy nad jeziorem.
Głos należał do młodej dziewczyny.
Odjąłem telefon od ucha i spojrzałem na ekran.
Nieznany numer.
— Kto mówi?
— Pan wie.
— Nie wiem. I jeśli to jakiś żart, to proszę znaleźć sobie kogoś innego.
— W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym piątym roku miał pan osiemnaście lat.
Zamarłem.
Nie dlatego, że ta informacja była tajna. Nie była. Wystarczyło znać mój rok urodzenia. Ale sposób, w jaki to powiedziała, sprawił, że poczułem pod skórą stary chłód.
— Kim jesteś?
— Mam na imię Lena.
— Nie znam żadnej Leny.
— Jeszcze nie.
Zacisnąłem palce na telefonie.
— Skąd masz mój numer?
— Od Szymka.
Przez kilka sekund słyszałem wyłącznie własny oddech.
Potem wstałem tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę.
— Powtórz.
— Powiedziałam, że od Szymka.
— Nie wiem, co próbujesz zrobić, ale Szymek zaginął trzydzieści lat temu.
— Wiem.
— Policja go szukała. Rodzina go szukała. Ja go szukałem. Nie znaleziono go.
— To też wiem.
— Więc nie pierdol głupot.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Nie rozłączyła się.
Słyszałem ten szum. Delikatny, jednostajny.
Liście.
— Panie… — zaczęła.
— Nie mów do mnie „panie”. Powiedz mi tylko, co to ma znaczyć.
— Szymek powiedział, że jeśli coś się stanie, mam zadzwonić do pana. Powiedział, że pan będzie wiedział o gwiazdach.
Usiadłem z powrotem.
Nie pamiętam, żebym zdecydował się usiąść.
Po prostu w pewnym momencie znów byłem na krześle.
— Jakich gwiazdach?
Musiałem zadać to pytanie. Chociaż wiedziałem.
Dziewczyna zaczęła płakać.
Cicho.
Bez szlochu. Słyszałem tylko nierówny oddech.
— Tych, których nie ma.
Zamknąłem oczy.
Za powiekami zobaczyłem białe ognisko.
Szymka stojącego po drugiej stronie płomienia.
Martę.
Dłoń na mojej piersi.
Niebo, w którym gwiazdy gasły jedna po drugiej.
— Gdzie jesteś? — zapytałem.
— W Chotyczach.
— Gdzie dokładnie?
— Przy jeziorze.
Spojrzałem na zegarek.
9:22.
Za oknem Warszawa huczała zwyczajnym poniedziałkiem.
Samochody.
Tramwaje.
Karetka gdzieś daleko.
Ludzie szli chodnikiem.
Na balkonie sąsiad z góry wytrzepywał ścierkę.
Normalny świat.
— Posłuchaj mnie bardzo uważnie — powiedziałem. — Odejdź stamtąd.
— Nie mogę.
— Możesz. Wstań i idź do wsi.
— Nie mogę.
— Dlaczego?
Długo nie odpowiadała.
— Bo on siedzi obok mnie.
Poczułem lodowaty nacisk w żołądku.
— Kto?
— Szymek.
— Jak wygląda?
— Źle.
— Jak źle?
— Jak ktoś, kto przez trzydzieści lat nie mógł zasnąć.
Przyłożyłem palce do czoła.
— Daj mi go do telefonu.
— Nie chce.
— Powiedz mu, że chcę z nim rozmawiać.
Usłyszałem, jak mówi coś ciszej, odsuwając aparat.
Potem przez kilka sekund dochodziło do mnie tylko niewyraźne mamrotanie.
Wreszcie głos dziewczyny wrócił.
— Powiedział, że nie może.
— Dlaczego?
— Bo jak pan usłyszy jego głos, ona też go usłyszy.
Nie musiałem pytać, o kogo chodzi.
I właśnie dlatego zapytałem.
— Kto?
— Marta.
Tego dnia po raz pierwszy od trzydziestu lat wypowiedziałem jej imię na głos.
— Marta nie żyje.
Dziewczyna przestała płakać.
— Szymek mówi, że ona nigdy nie była żywa w taki sposób jak my.
— Nie wiesz, o czym mówisz.
— Wiem więcej, niż chcę.
— Ile masz lat?
— Dziewiętnaście.
Zrobiło mi się niedobrze.
Osiemnaście.
Dziewiętnaście.
Zawsze prawie tyle samo.
— Lena, posłuchaj. Odejdź od jeziora. Nie idź do lasu. Nieważne, co zobaczysz. Nieważne, kto cię zawoła. Nieważne, czy zobaczysz matkę, ojca, chłopaka, kogoś zmarłego. Nie idź między drzewa.
— Za późno.
— Co znaczy „za późno”?
— Już byłam.
Wstałem.
Tym razem świadomie.
— Kiedy?
— Wczoraj.
— Z kim?
Cisza.
— Lena?
— Z dziewczyną.
Poczułem smak metalu w ustach.
— Jak wyglądała?
— Mniej więcej jak ja. Może trochę starsza. Brązowe włosy. Piegi.
Nie pytałem o koszulę.
Nie musiałem.
Dziewczyna powiedziała sama:
— Miała żółtą koszulę w czarną kratę.
Za oknem ktoś zatrąbił.
Tak zwyczajnie, że aż mnie to zabolało.
— Co zrobiłyście w lesie?
— Zbierałyśmy drewno.
— Jakie drewno?
— Ona mówiła na nie światełka.
Wstałem od biurka.
Wyłączyłem komputer.
— Jadę.
— Szymek powiedział, że pan przyjedzie.
— Powiedz Szymkowi, że jeśli to naprawdę on, to po trzydziestu latach ma mi bardzo dużo do wyjaśnienia.
— Powiedział jeszcze coś.
— Co?
— Żeby pan nie przyjeżdżał sam.
Zacisnąłem szczękę.
— Nie mam kogo zabrać.
— Ma pan.
— Kogo?
— Karola.
Oparłem rękę o ścianę.
Przez trzydzieści lat nie miałem kontaktu z Karolem.
Wiedziałem jedynie, że został gdzieś w okolicy. Ktoś kiedyś mówił, że prowadzi warsztat, ktoś inny, że wyjechał do Niemiec i wrócił, jeszcze ktoś, że mieszka samotnie po rodzicach.
— Skąd wiesz o Karolu?
— Szymek mówi, że Karol pamięta.
— Co pamięta?
Tym razem odezwał się inny głos.
Bardzo daleki.
Męski.
Chrapliwy.
Przeszedł przez telefon jak powietrze przez szczelinę.
— Wszystko.
Zerwałem się.
— Szymek?
Połączenie zostało przerwane.
Przez chwilę patrzyłem w ekran.
Potem zadzwoniłem ponownie.
Numer nie istniał.
Nie „abonent jest chwilowo niedostępny”.
Nie „poza zasięgiem”.
Automatyczny głos poinformował mnie, że wybrany numer nie istnieje.
Stałem na środku pokoju i patrzyłem na własne odbicie w czarnym ekranie komputera.
Miałem czterdzieści osiem lat.
Siwe pasma przy skroniach.
Zmarszczki.
Brzuch, którego nie było w 1995.
Życie, które zdążyło się wydarzyć pomimo wszystkiego.
A jednak tamtego ranka znów poczułem się jak osiemnastoletni chłopak stojący sam na drodze pomiędzy Chotyczami a Łosicami.
I znowu wiedziałem dokładnie to samo.
Noc na mnie czekała.
Rozdział 2. Karol
Karola znalazłem przed piętnastą.
Nie było to trudne. Internet zrobił z ludzi coś, czym nigdy wcześniej nie byli — istoty łatwe do odnalezienia.
Prowadził niewielki zakład stolarski kilka kilometrów od Łosic.
Kiedy zobaczyłem nazwę firmy, roześmiałem się.
Nie z rozbawienia.
Z tego szczególnego rodzaju strachu, który czasami przypomina śmiech.
Drewno.
Oczywiście.
Przyjechałem pod zakład kilka minut po trzeciej. Na placu stał dostawczy mercedes, stos palet i kilka długich belek przykrytych brezentem.
Karol wyszedł z hali, zanim zdążyłem wysiąść z samochodu.
Poznałem go natychmiast.
Starzejemy się nierówno. Jednemu życie zabiera włosy, drugiemu zęby, trzeciemu prostuje plecy w złą stronę.
Karol postarzał się głównie w oczach.
Miał krótkie siwe włosy, szerokie ramiona i mocne ręce, ale oczy wyglądały jak wtedy za stodołą.
Zmęczone.
Czujne.
Jakby od trzydziestu lat spał z jednym uchem otwartym.
Podszedł do mojego samochodu.
— Długo ci zeszło.
Nie przywitaliśmy się.
— Wiedziałeś, że przyjadę?
— Nie.
— Więc skąd ten tekst?
— Bo skoro już tu jesteś, musiało się coś stać.
— Zadzwoniła do mnie dziewczyna.
Twarz Karola stwardniała.
— Jaka?
— Lena.
Nie zareagował.
— Powiedziała, że jest w Chotyczach.
Nadal nic.
— Z Szymkiem.
Karol odwrócił się i spojrzał w stronę hali.
— Chodź do środka.
— Słyszałeś, co powiedziałem?
— Słyszałem. Dlatego mówię: chodź.
W hali pachniało trocinami, klejem i lakierem. Maszyny były wyłączone. Na stole leżały okulary ochronne i otwarta butelka wody.
Karol zamknął drzwi.
Potem przekręcił klucz.
— Od jak dawna? — zapytał.
— Co od jak dawna?
— Od jak dawna znowu coś widzisz?
— Nic nie widzę.
— Nie pytam, czy masz wizje. Pytam, czy coś widzisz.
— Karol, nie zaczynaj znowu mówić zagadkami. Mamy prawie pięćdziesiąt lat.
— Właśnie dlatego nie mam ochoty tracić czasu na tłumaczenie ci wszystkiego od początku. Odpowiedz.
Westchnąłem.
— Czasem puste miejsca na niebie.
— Od zawsze?
— Od tamtego lata.
— Coś jeszcze?
Zawahałem się.
— Parę miesięcy temu obudziłem się i czułem zapach.
Karol pobladł.
— Jaki?
— Wiesz jaki.
— Powiedz.
— Cytryna. Migdały. Mokre liście.
Oparł obie dłonie o stół.
— Kiedy?
— W maju.
— Dokładna data?
— Nie wiem.
— Przypomnij sobie.
— Po co?
— Przypomnij sobie.
Pomyślałem.
— Siedemnasty. Chyba siedemnasty maja.
Karol zamknął oczy.
— Kurwa.
— Co?
— Ja dwudziestego pierwszego.
— Co dwudziestego pierwszego?
— Obudziłem się o trzeciej siedemnaście. Wszystkie drzwi w domu były otwarte. Nie tylko wejściowe. Szafy, szafki, lodówka, nawet drzwiczki pieca. Wszystko.
— Włamanie?
Spojrzał na mnie tak, jakby było mu mnie żal.
— A na podłodze od sypialni do kuchni leżały mokre liście. Świeże. Zielone. W maju.
Poczułem zimno.
— Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś?
— A ty dlaczego nie zadzwoniłeś do mnie po swoim zapachu?
Nie miałem odpowiedzi.
Karol nalał wody do plastikowego kubka.
Wypił połowę.
— Przez trzydzieści lat — powiedział — myślałem, że zrobiliśmy jedyną rzecz, jaką mogliśmy zrobić. Ty wyjechałeś. Ja zostałem, ale trzymałem się z dala od jeziora. Nie pytałem. Nie szukałem. Nie próbowałem zrozumieć. I przez jakiś czas naprawdę myślałem, że to wystarczy.
— Szymek żyje.
— Nie używaj jeszcze tego słowa.
— Rozmawiałem z nim.
— Słyszałeś głos.
— To był on.
— Skąd wiesz?
— Bo go pamiętam.
Karol uśmiechnął się krzywo.
— Właśnie dlatego to miejsce jest takie skuteczne.
— Jakie miejsce?
— Nie wiem, jak je nazwać. Las? Polana? To coś pod jeziorem? Przez trzydzieści lat próbowałem sobie znaleźć słowo i każde jest za małe. Ono nie robi nowych rzeczy. Ono bierze stare i przesuwa je odrobinę. Głos matki. Twarz dziewczyny. Dom, którego kiedyś nie było. Pamiętasz? Najgorsze nie jest coś obcego. Najgorsze jest coś znajomego, tylko stojącego pół metra nie tam, gdzie powinno.
— Lena wie o rzeczach, których nie może wiedzieć.
— Wiem.
— Skąd?
Karol podszedł do metalowej szafy.
Wyjął z niej kopertę.
Położył przede mną.
W środku było zdjęcie.
Kolorowe, zrobione telefonem.
Jezioro w Chotyczach.
Wieczór.
Na pierwszym planie siedziała dziewczyna. Ciemne włosy, może dziewiętnaście lat. Patrzyła w obiektyw i wyglądała na przestraszoną.
Za nią, przy skraju lasu, stał mężczyzna.
Chudy.
Zbyt chudy.
Długie ręce.
Twarz częściowo przesłonięta cieniem.
Ale wiedziałem.
— Szymek.
— Zdjęcie dostałem tydzień temu.
— Od kogo?
— Nie wiem.
— Numer?
— Nie istniał pięć minut później.
Usiadłem.
— Napisała coś?
— Jedno zdanie.
— Jakie?
Karol spojrzał mi w oczy.
— „On już prawie pamięta, jak wrócić”.
Przez chwilę żaden z nas się nie odzywał.
Wreszcie zapytałem:
— Jedziesz ze mną?
Karol roześmiał się cicho.
— Nie.
— Co?
— Powiedziałem: nie.
— Dziewczyna jest tam z nim.
— Wiem.
— Może być w niebezpieczeństwie.
— Jest.
— I zostawisz ją?
Karol uderzył dłonią w stół.
— Myślisz, że nie chcę jechać? Myślisz, że przez trzydzieści lat nie wyobrażałem sobie tysiąc razy, że wracam tam z siekierą, benzyną, księdzem, policją, wojskiem albo koparką? Myślisz, że nie chciałem wyciąć tego lasu do gołej ziemi? Chciałem. Tylko że ja wiem coś, czego ty nadal nie chcesz przyjąć. To miejsce nie jest w drzewach. Drzewa są tylko drzwiami.
— Więc co proponujesz?
— Nic.
— Świetnie.
— Nie rozumiesz. Czasami nic jest najlepszą rzeczą, jaką można zrobić.