Wszystkie postaci i wydarzenia
opisane w tej książce są fikcyjne,
a ich ewentualna zbieżność
z rzeczywistymi jest
przypadkowa. Książka
przeznaczona wyłącznie
dla dorosłych czytelników.
Część 1
Szymek
Rozdział 1. Łosice
W Łosicach wszystko dało się policzyć. Jeden kościół z wieżą widoczną z prawie każdego miejsca, jedno liceum, jeden stadion, jeden rynek, wokół niego rondo, a dalej sieć sklepików tak małych, że kiedy wchodziły do nich dwie osoby z plecakami, trzecia musiała czekać w drzwiach. Była jeszcze kawiarenka z rzemieślniczymi lodami żółtymi, które smakowały jak lato i wanilia, choć nikt nie potrafił powiedzieć, dlaczego były aż tak żółte. I był dworzec PKS, przy którym mieściła się knajpka u Karasia. Tam młodzi ludzie chodzili na piwo, choć oficjalnie nikt z nich oczywiście nie pił.
Paweł miał osiemnaście lat i twarz, na której dzieciństwo jeszcze nie umarło, ale już zdążyło się obrazić. Nosił dżinsową kurtkę po starszym kuzynie, glany kupione na bazarze w Siedlcach i włosy za długie według matki, a za krótkie według Szymka. Tego popołudnia siedzieli na murku obok kawiarenki, jedząc lody i obserwując ludzi krążących po rynku jakby całe życie było jednym wielkim obchodzeniem ronda.
— Patrz — powiedział Szymek, liżąc loda z miną filozofa. — Ten sam gość trzeci raz obchodzi kwiaciarnię. Albo się zakochał, albo zgubił rozum.
— W Łosicach jedno i drugie wygląda tak samo — odparł Paweł.
Szymek parsknął śmiechem. Zawsze śmiał się pierwszy i głośniej niż wypadało. Miał tę lekkość, której Paweł mu zazdrościł — jakby świat, nawet kiedy skrzypiał i zgrzytał, był dla niego tylko krzywym żartem. Był wyższy od Pawła, chudszy, z wiecznie rozczochranymi włosami i oczami, w których czasami błyskało coś zbyt ostrego, żeby dało się to nazwać zwykłą wesołością.
— Wieczorem wiata? — zapytał.
— Kto będzie?
— Pół miasta. To znaczy ze dwadzieścia osób, więc i tak połowa młodzieży.
— Marta?
Szymek spojrzał na niego z niewinną złośliwością.
— A, jednak o to ci chodzi. Z Jeziory przyjedzie. Z kuzynką chyba. Ma kasztanowe włosy, jakbyś zapomniał.
— Nie zapomniałem.
— Wiem. Śnisz o niej tak głośno, że słychać u mnie przez ścianę.
Paweł rzucił w niego papierkiem po lodzie. Szymek uchylił się teatralnie i wstał.
— Chodź, geniuszu. Idziemy na stadion. Zanim twój stary wróci z pracy i znowu zapyta, czy masz plan na życie.
Ojciec Pawła naprawdę o to pytał. Przynajmniej raz dziennie. Plan na życie, plan na studia, plan na to, żeby nie skończyć jak „te mądrale spod sklepu”. Paweł nie miał planu. Miał za to Łosice, sierpniowe popołudnie, przyjaciela i uczucie, że lato zaraz się skończy, a razem z nim coś jeszcze, czego nie potrafił nazwać.
Przeszli obok kiosku, sklepu mięsnego i pasmanterii, gdzie pani Hela zawsze patrzyła na nich tak, jakby sama młodość była przestępstwem. Na stadionie trawa była nierówna, bramki krzywe, a ławki pamiętały czasy, kiedy nikt nie mówił „nastolatki”, tylko „młodzież”. Usiedli na trybunie i patrzyli, jak kilku chłopaków kopie piłkę.
— Myślisz, że Marta lubi takich jak my? — zapytał nagle Paweł.
— Czyli jakich?
— Bez samochodu. Bez planu. Z jednej strony dorośli, z drugiej jeszcze dzieciaki.
— To dobrze — powiedział Szymek. — Dorośli są nudni, a dzieciaki szczere. Najgorsi są ci pośrodku. Tacy jak dyrektor naszego liceum.
Paweł roześmiał się, ale po chwili spoważniał.
— Mówię serio.
— Ja też. — Szymek oparł łokcie o kolana. — Marta lubi ludzi, którzy umieją patrzeć. Ty patrzysz za dużo. Ja za mało. Pewnie dlatego obaj mamy szansę dokładnie taką samą.
— Czyli żadną.
— Czyli śmiesznie małą.
Wiatr przyniósł zapach kurzu i nagrzanego asfaltu. Nad stadionem krążyły jaskółki, a z oddali dochodził dźwięk dzwonów z kościoła. Przez chwilę Paweł miał wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu — nawet jego niepokój.
To uczucie pękło wieczorem, kiedy ruszyli drogą do Jeziory. Las zaczynał się za ostatnimi domami, ciemny, gęsty i starszy od wszystkich opowieści, jakie krążyły po Łosicach. Za lasem było jeziorko, a przy nim wiata sklecona z desek i blachy. W dzień wyglądała zwyczajnie. Nocą wyglądała jak coś, co czeka.
Przy ognisku siedziało już kilka osób. Ktoś przyniósł gitarę, ktoś inny kasetowy magnetofon, z którego charczał Perfect. Dziewczyny śmiały się za głośno, chłopaki udawali odważniejszych, niż byli. Marta stała trochę z boku, w jeansowej kurtce i czarnym swetrze przewiązanym w pasie. Jej włosy naprawdę miały kolor kasztanów — nie tych z podręcznika, tylko mokrych, błyszczących po deszczu.
— No to po mnie — mruknął Paweł.
— Jeszcze nie podszedłeś — odpowiedział Szymek. — Jak umrzesz, to przynajmniej po bohatersku.
Podeszli razem. Marta uśmiechnęła się najpierw do Szymka, potem do Pawła. Obaj zauważyli to w tej samej chwili i obaj zrobili minę, jakby nic to nie znaczyło.
— Cześć — powiedziała. — Myślałam, że was nie będzie.
— Myślałem, że nas też nie będzie — odparł Szymek. — Ale Łosice nas wypchnęły.
— Znowu jadłeś te żółte lody? — zapytała Marta. — Masz język jak kanarek.
— To znak męstwa.
— To znak łakomstwa.
Paweł chciał coś powiedzieć, coś śmiesznego, lekkiego, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. Marta spojrzała na niego.
— A ty czemu milczysz?
— Bo on myśli, że jak się odezwie, to zabrzmi jak idiota — powiedział Szymek.
— Dzięki — burknął Paweł.
— Nie ma za co. Jestem przyjacielem. Od tego jestem.
Marta zaśmiała się i ten śmiech trochę uratował Pawła. Usiadł obok niej na zwalonym pniu. Rozmawiali o szkole, o tym, że autobus do Jeziory znów się psuje, o nauczycielu historii, który pachnie jak mokry płaszcz. W pewnym momencie Paweł poczuł, że jest dobrze. Naprawdę dobrze.
Potem ogień przygasł i zrobiło się chłodniej. Ktoś opowiedział historię o topielcu z jeziorka. Ktoś inny dorzucił, że dawniej w lesie między Łosicami a Jeziorami zaginęła dziewczyna i wróciła po trzech dniach boso, nie pamiętając niczego poza tym, że słyszała, jak ktoś woła ją po imieniu spomiędzy drzew.
— Bzdury — rzucił jeden z chłopaków.
— Mówisz tak tylko dlatego, że boisz się pierwszy iść do lasu — odpowiedziała Marta.
— A ty się nie boisz?
Marta wzruszyła ramionami.
— Las jest lasem. Ludzie są gorsi.
To zdanie zostało z Pawłem dłużej niż śmiechy i muzyka. Jeszcze bardziej utkwiło mu jednak coś innego. Kiedy odwrócił się do Szymka, zobaczył, że przyjaciel patrzy w mrok za wiatą. Nie na ognisko, nie na Martę. W ciemność. Jakby ktoś tam stał.
— Co jest? — zapytał cicho.
Szymek drgnął.
— Nic.
— Na co patrzysz?
— Wydawało mi się, że ktoś nas obserwuje.
— Kto?
Szymek uśmiechnął się krzywo.
— W Łosicach? Pewnie połowa miasta. Druga połowa plotkuje.
Ale nie brzmiał, jakby żartował.
Kiedy wracali nocą, las był inny niż zwykle. Cichszy. Paweł słyszał tylko własne kroki, trzask gałęzi i oddalający się śmiech tych, którzy zostali jeszcze przy wiacie. Szymek szedł obok, lecz milczał.
— Coś ci jest — powiedział Paweł.
— Czujesz to?
— Co?
— Jakby… — Szymek zawahał się. — Jakby ten las pamiętał.
Paweł prychnął, choć poczuł nieprzyjemny skurcz w karku.
— Pamiętał co?
— Nie wiem. Nas?
To było głupie, a jednak kiedy minęli pierwsze drzewa, Paweł przysiągłby, że usłyszał za sobą kroki. Nie swoje. Nie Szymka. Czyjeś trzecie. Odwrócił się gwałtownie.
Nikogo nie było.
Tylko las. I coś w tym lesie, czego nie chciał jeszcze nazwać.
Rozdział 2. Szymek
W soboty Łosice pachniały pieczywem, spalinami autobusów i piwem rozlewającym się pod stołami u Karasia. Knajpka przy dworcu PKS miała dwa krzywe stoliki na zewnątrz, cztery wewnątrz i właściciela, który wyglądał, jakby urodził się już zmęczony. Karaś mówił niewiele, ale wiedział wszystko. Kto z kim chodzi, kto rzucił szkołę, kto ma długi i kto wraca nocami od strony lasu, choć nie powinien.
Paweł i Szymek siedzieli przy najdalszym stoliku z oranżadą, która dla niepoznaki wyglądała podejrzanie dorosło. Z sufitu zwisała mucha tak martwa, że aż godna szacunku.
— Jak zdać maturę, nie otwierając książki? — zapytał Szymek.
— Trzeba mieć charyzmę.
— A jak nie mam?
— To udawaj astmę.
— Piękny plan. Umrę jeszcze przed egzaminem.
Paweł uśmiechnął się, ale nie do końca. Od ogniska minęły dwa dni, a w nim coś zostało. Coś, czego nie potrafił strząsnąć. Te nocne kroki. To dziwne spojrzenie Szymka. Cisza lasu.
Do knajpki weszła Marta. Miała na sobie jasną koszulę, dżinsy i ten sposób chodzenia, który sprawiał, że nawet oblepiona muchami witryna wyglądała przy niej lepiej. Razem z nią przyszła kuzynka, Kaśka, głośna i chuda jak antena.
— O, poeci z rynku — rzuciła Marta. — Miejsce jest?
— Dla ciebie nawet moralnie wątpliwe — odpowiedział Szymek, odstawiając szklankę.
Usiadła naprzeciwko Pawła. Jej kolano przez sekundę dotknęło jego nogi pod stołem i chłopakowi wydało się, że zaraz umrze, ale z zupełnie innego powodu niż sugerował Szymek.
— Byliście wczoraj przy wiacie? — zapytała.
— Nie — odparł Paweł. — Czemu?
Marta spojrzała na Kaśkę. Kuzynka wzruszyła ramionami.
— Mów.
— Ktoś porozwieszał na deskach kawałki czerwonej wstążki — powiedziała Marta. — Tak jakby zaznaczał miejsce. Albo coś odganiał. Nie wiem. Głupio to wyglądało.
— Może ktoś miał wenę artystyczną — rzucił Szymek.
— W Jeziory nikt nie ma weny artystycznej — powiedziała Kaśka. — Co najwyżej wenę do kradzieży rowerów.
— Czerwone wstążki? — powtórzył Paweł.
Marta skinęła głową.
— I jeszcze było pełno błota, choć nie padało.
Przez chwilę nikt się nie odezwał. Karaś postawił na sąsiednim stoliku dwa piwa tak energicznie, że piana uciekła na blat. Z radia leciała jakaś smętna piosenka o miłości, której nikt nie słuchał.
— Chcecie wieczorem sprawdzić? — zapytał Szymek.
— Ty to byś wszedł nawet do trumny, gdyby ktoś powiedział, że w środku jest przygoda — mruknęła Marta.
— Zależy, czyja trumna. Jak dyrektora, to z radością.
Znów się roześmiali. Śmiech był łatwy, prosty, bardzo potrzebny. Ale Paweł widział, że Marta zerka na Szymka częściej niż na niego. To bolało głupio i młodo. Prawie był gotów powiedzieć coś złośliwego, kiedy przy stoliku pojawił się Karaś.
— Do lasu po ciemku nie łaźcie — powiedział, wycierając dłonie w ścierkę.
Szymek uniósł brew.
— A to czemu, panie Karasiu? Wilki?
— Gorsze.
— Kłusownicy?
Karaś spojrzał przez okno, jakby sprawdzał, czy nikt nie podsłuchuje.
— Za moich czasów też były ogniska, dziewuchy i głupie pomysły. I też się mówiło, że w lesie tylko drzewa. A potem zniknął chłopak.
— Jaki chłopak? — zapytał Paweł.
— Jeden taki. Dawno. Też z Łosic.
— Znalazł się?
Karaś poprawił ścierkę.
— To zależy, jak rozumiesz „znalazł się”.
Nie powiedział nic więcej. Odszedł do lady, zostawiając po sobie zapach papierosów i zsiadłego mleka.
— Uwielbiam takich dorosłych — mruknęła Kaśka. — Zawsze mówią jak zwiastun filmu.
— I nigdy nie dają konkretów — dodał Paweł.
Marta bawiła się łyżeczką.
— Moja babcia mówiła, że przy jeziorku dawniej było jakieś gospodarstwo. Spaliło się. Potem ktoś postawił wiatę. Ale podobno ziemia tam jest zła.
— Zła ziemia? — uśmiechnął się Szymek. — Brzmi jak dobra nazwa dla zespołu metalowego.
— Ty byś nawet z egzorcyzmu zrobił żart.
— Tylko na początku — odpowiedział.
Wieczorem jednak naprawdę poszli. Paweł miał ochotę zostać w domu i udawać ból brzucha, ale duma okazała się silniejsza. W dodatku była Marta. A gdy była Marta, mężczyzna stawał się gotów na wiele, nawet jeśli miał dopiero osiemnaście lat i zero rozsądku.
Wyszli we czwórkę: Paweł, Szymek, Marta i Kaśka. Droga do lasu była jeszcze jasna, ale niebo miało ten dziwny odcień, który sprawia, że wszystko wydaje się zatrzymane pół sekundy przed czymś złym. Po drodze minęli kapliczkę przy zakręcie i stary przystanek, na którym ktoś dopisał sprayem: ŁOSICE WITAJĄ ŻYWYCH.
— To chyba miało być śmieszne — powiedziała Kaśka.
— Udało się połowicznie — odparł Paweł.
W lesie było chłodno. Zbyt chłodno jak na sierpień. Kiedy dotarli do wiaty, zobaczyli wstążki. Czerwone paski materiału przywiązane do desek, gałęzi i słupka wbitego obok miejsca na ognisko. Poruszały się lekko na wietrze, choć między drzewami panował bezruch.
— Ktoś miał fantazję — powiedział Szymek, ale ciszej niż zwykle.
Marta podeszła bliżej.
— Widzicie? Mówiłam.
Paweł ukląkł przy ziemi. Błoto rzeczywiście było świeże, ciemne, lepkie. Był w nim odcisk buta. Jednego. Jakby ktoś chodził w kółko.
— To nie jest śmieszne — mruknął.
— No patrzcie — powiedziała nagle Kaśka. — Tam.
Przy skraju drzew wisiało coś jeszcze. Nie wstążka. Mały metalowy medalik na łańcuszku. Krzyżyk. Marta zdjęła go z gałęzi i pobladła.
— To moje — szepnęła. — Zgubiłam go w zeszłym roku.
— Może ktoś znalazł i zawiesił — powiedział Paweł, choć sam w to nie wierzył.
— Jasne — odparła Kaśka. — I czekał dwanaście miesięcy, aż przyjdziemy.
Szymek odsunął się od wiaty i spojrzał w stronę jeziorka.
— Słyszeliście?
Wszyscy zamilkli.
Z ciemności dobiegł plusk. Jeden. Potem drugi. Jakby ktoś wszedł do wody i zatrzymał się tuż przy brzegu. Paweł poczuł, że serce wali mu o żebra. Marta ścisnęła krzyżyk w dłoni tak mocno, że pobielały jej knykcie.
— Kto tam jest? — krzyknął Szymek.
Żadnej odpowiedzi.
Tylko kolejny plusk. I coś jeszcze. Cichy głos, tak niewyraźny, że Paweł najpierw pomyślał, że to wiatr.
A potem usłyszał własne imię.
— Paweł…
Marta spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.
— Ty też to słyszysz?
Kiwnął głową, niezdolny powiedzieć nic więcej.
Kaśka cofnęła się tak gwałtownie, że wpadła na słupek wiaty.
— Spadamy stąd. Natychmiast.
Nikt się nie sprzeciwiał. Ruszyli szybkim krokiem, potem biegiem. Gałęzie smagały ich po twarzach. Za plecami coś trzasnęło, jakby ktoś wybiegł za nimi z zarośli, ale kiedy Paweł obejrzał się przez ramię, zobaczył tylko mrok i czerwone wstążki migające między drzewami jak języki ognia.
Dopiero na skraju lasu zatrzymali się zdyszani.
— To był żart — powiedział Szymek zbyt szybko. — Ktoś nas nabiera.
— Ktoś zna moje imię — wyszeptał Paweł.
— Wszyscy w okolicy znają twoje imię.
— Ale tak… — urwał. Nie umiał wyjaśnić. Głos brzmiał tak, jakby wypowiedziała je woda.
Marta nie odzywała się przez dłuższą chwilę. Patrzyła na krzyżyk w swojej dłoni.
— Babcia mówiła, że niektóre miejsca coś oddają — powiedziała w końcu. — Ale nigdy za darmo.
— Świetnie — mruknęła Kaśka. — To ja wolę zwykłe miejsce z komarami.
Szymek próbował się uśmiechnąć.
— Jutro w południe wrócimy i zobaczymy, kto nas straszy.
— Jutro w południe ja będę w kościele — odparła Marta.
— Dobrowolnie?
— Po dzisiejszym? Bardzo.
Paweł spojrzał na przyjaciela. W świetle zachodzącego dnia twarz Szymka wydawała się dziwnie blada. Jakby chłopak nie tylko się przestraszył, ale też coś rozpoznał. Jakby to nie był pierwszy raz, gdy las go wołał.
Rozdział 3. Paweł
Po tamtym wieczorze nic nie było normalne, chociaż wszyscy usiłowali udawać, że jest. W liceum śmierdziało kredą i mokrą szatnią, nauczycielka od polskiego mówiła o romantyzmie z miną kobiety, która sama dawno utraciła wszelkie złudzenia, a na przerwach chłopaki nadal przepychali się przy automacie z oranżadą. Tylko Paweł coraz częściej łapał się na tym, że nasłuchuje. Jakby spod zwykłych dźwięków miasta miało za chwilę przebić się coś jeszcze.
Szymek przez dwa dni nie przyszedł do szkoły. Trzeciego pojawił się spóźniony, w tej samej kurtce co zwykle, ale jakby w niej luźniejszy. Jakby trochę go ubyło.
— Co ci było? — zapytał Paweł po lekcjach.
— Nic.
— Wyglądasz jak własny kuzyn z pogrzebu.
— Dzięki. Ty też promieniejesz jak serdel z kiosku.
Paweł nie odpuszczał.
— Szymek, serio.
Przyjaciel wzruszył ramionami.
— Nie spałem.
— Przez trzy noce?
— Bywa.
Stali za szkołą, gdzie zwykle palili ci, którzy później udawali przed rodzicami, że to „dym z ogniska”. Boisko błyszczało od słońca, a zza ogrodzenia dobiegał gwar rynku. Nagle podeszła Marta. Sama.
— Mogę cię na chwilę? — zapytała Pawła.
Szymek uśmiechnął się blado.
— O, jak romantycznie. Idę umrzeć w godności.
— Nie dramatyzuj — rzuciła Marta, ale kiedy odszedł, spojrzała za nim z niepokojem.
— On jest dziwny — powiedziała.
— Zawsze był.
— Nie tak. W niedzielę widziałam go przy drodze do Jeziory. Stał przy lesie. Sam. Myślałam, że mnie nie zauważył, więc zawołałam. Nawet się nie odwrócił.
Paweł poczuł ukłucie zazdrości, zupełnie nie na miejscu.
— O której?
— Późno. Koło zmierzchu.
— Mówił mi, że siedział w domu.
Marta poprawiła włosy i przez sekundę wyglądała bardziej na przestraszoną niż piękną.
— Paweł… ty też słyszałeś wtedy ten głos, prawda?
— Tak.
— Babcia chce z tobą porozmawiać.
— Ze mną?
— Mówi, że jeśli las już raz zawołał, to nie skończy na jednym razie.
Paweł prychnąłby, gdyby nie fakt, że od dwóch nocy śniło mu się jeziorko. Zawsze tak samo. Ciemna woda, czerwona wstążka unosząca się na powierzchni i ktoś stojący pod wiatą plecami do niego. Kiedy we śnie podchodził bliżej, zawsze rozpoznawał własny krok na błocie, choć postać wciąż miała twarz ukrytą w cieniu.
— Dobra — powiedział. — Pójdę.
Jeziory były blisko, a jednak wydawały się innym światem. Mniej asfaltu, więcej kurzu. Więcej psów szczekających zza płotów, więcej starych kobiet siedzących na ławkach i patrzących na przechodniów tak, jakby każdy z nich niósł wiadomość z końca świata. Babcia Marty mieszkała w drewnianym domu z zielonymi okiennicami. W sieni pachniało suszonymi ziołami i czymś ostrzejszym — może spirytusem, może strachem.
Staruszka miała oczy jasne, czujne i dłonie tak cienkie, że wyglądały na zrobione z gałązek.
— Ty jesteś Paweł — powiedziała zamiast przywitania.
— Tak.
— Usiądź.
Usiadł przy stole przykrytym ceratą w winogrona. Marta stanęła obok pieca, objęła się rękami.
— Było wołanie? — zapytała babcia.
Paweł przełknął ślinę.
— Chyba tak.
— Nie „chyba”. Było albo nie było.
— Było.
Staruszka skinęła głową, jakby potwierdził coś, czego od dawna była pewna.
— To miejsce przy jeziorku jest złe od dawna. Dawniej stał tam dom. Mężczyzna mieszkał z synem. Syn utonął. Ojciec oszalał, wołał go nocami z brzegu, aż sam wszedł do wody. Potem spalili dom, ale ziemi nie da się spalić.
Marta westchnęła cicho, jakby słyszała to po raz setny.
— To tylko stara historia — powiedziała, ale bez przekonania.
— Stare historie żyją najdłużej — odparła babcia. Spojrzała znów na Pawła. — A twój kolega? Ten wysoki, co śmieje się za głośno?
— Szymek?
— On już słyszał wcześniej.
Paweł zamarł.
— Skąd pani wie?
— Bo niektórzy mają wokół siebie cień, choć słońce świeci prosto w twarz.
To brzmiało jak wiejski bełkot. Tak powinno zabrzmieć. A jednak Paweł przypomniał sobie, jak Szymek patrzył w ciemność przy wiacie, jak stał przy lesie, jak z dnia na dzień stawał się bledszy.
Kiedy wyszli z domu, Marta odprowadziła go do furtki.
— Nie patrz tak — powiedziała.
— Jak?
— Jakbyś miał zaraz uciec.
— Może powinienem.
— A uciekniesz?
Pokręcił głową.
— Nie.
Marta uśmiechnęła się słabo.
— To dobrze. Ja też nie.
Szli przez chwilę obok siebie drogą między polami. Słońce chyliło się ku zachodowi, kładąc na jej włosach miedziany blask. Paweł czuł, że powinien powiedzieć coś ważnego. O niej. O sobie. O tym, że kiedy się pojawia, wszystko nagle nabiera sensu i jednocześnie się komplikuje.
— Marta…
— Tak?
— Ja…
— O, nie — przerwała, śmiejąc się nagle. — Nie rób takiej miny. Taką minę robią albo samobójcy, albo poeci.
— A jeśli jestem jednym i drugim?
— To najpierw kup sobie porządny zeszyt.
Roześmiał się. Ona też. I właśnie wtedy zza zakrętu wyszedł Szymek.
Stał na środku drogi, jakby czekał nie wiadomo od kiedy. Na widok ich razem jego twarz stwardniała na sekundę, po czym rozjaśnił ją ten zwykły, trochę bezczelny uśmiech.
— No proszę — powiedział. — Wycieczka krajoznawcza.
— Nie śledź nas — rzuciła Marta.
— Ja? Nigdy. Po prostu droga jest wspólna.
— Tobie wszystko jest wspólne — mruknęła.
Szymek spojrzał na nią dziwnie. Ciepło i zimno naraz.
— To zależy od rzeczy.
Paweł poczuł, jak między nimi napina się niewidzialna linka. Niby nic. Niby zwykła młoda zazdrość. Ale coś w oczach Szymka nie było już zwyczajne.
— Idziesz? — zapytał Paweł.
Ruszyli razem w stronę Łosic. Marta została przy furtce. Gdy się obejrzał, nadal na nich patrzyła.
Przez pierwsze minuty Szymek milczał.
— Co ci odwala? — spytał w końcu Paweł.
— Mnie?
— Tak. Znikasz, ściemniasz, pojawiasz się znikąd. I jeszcze robisz miny jak obrażona wdowa.
— Nie wiedziałem, że trzeba się meldować.
— Jesteśmy kumplami.
— No właśnie.
Paweł zatrzymał się.
— O co ci chodzi?
Szymek też stanął. Wiatr poruszał trawą przy drodze.
— O Martę — powiedział bez śmiechu. — Myślisz, że tylko ty umiesz patrzeć?
Paweł poczuł, jak twarz robi mu się gorąca.
— To nie zawody.
— Wszystko jest zawodami. W Łosicach szczególnie. Kto pierwszy zda, kto pierwszy wyjedzie, kto pierwszy się napije, kto pierwszy pocałuje dziewczynę z Jeziory.
— Chcesz się ze mną ścigać?
— Może już się ścigamy.
Przez chwilę patrzyli na siebie jak obcy. Potem Szymek odwrócił wzrok i zaśmiał się krótko, sztucznie.
— Dobra, daj spokój. Głupio gadam. Nie spałem, mówiłem.
Ale kiedy ruszyli dalej, Paweł przysiągłby, że przyjaciel nie rzuca cienia. Słońce wciąż świeciło nisko z lewej strony, ich sylwetki powinny ciągnąć się po kurzu jak ciemne smugi.
Cień Pawła był wyraźny.
Szymka nie.
Rozdział 4. Wstążki
Tego samego wieczoru Paweł próbował przekonać siebie, że wszystko da się wytłumaczyć. Ustawieniem słońca. Zmęczeniem. Tym, że człowiek, kiedy raz się przestraszy, później wszędzie widzi dziury w rzeczywistości. Ojciec oglądał w dużym pokoju wiadomości, matka składała pranie, a dom pachniał zupą i krochmalem. Normalność miała wiele zapachów i żaden nie pasował do lęku.
W nocy obudziło go stukanie w szybę.
Usiadł gwałtownie na łóżku. Serce tłukło mu się pod gardłem. Stuk. Stuk. Stuk.
Podszedł do okna i odsunął firankę. Na podwórku stał Szymek.
A raczej coś, co wyglądało jak Szymek.
Mrok rozmywał rysy, ale Paweł widział twarz, bladą jak papier. Widział też uśmiech.
— Zejdź — powiedział głos spod okna. — Chodźmy do wiaty.
Paweł cofnął się odruchowo.
— Zwariowałeś? Jest po północy.
— Wiem.
— Jutro pogadamy.
— Nie — odpowiedział tamten. — Jutro może być za późno.
Paweł przez chwilę stał nieruchomo. Potem na palcach wyszedł z pokoju, zszedł po schodach i wymknął się przez kuchnię. Na dworze było zimno, nienaturalnie zimno. Szymek stał przy płocie, ręce trzymał w kieszeniach.
— Co się dzieje? — zapytał Paweł.
— Musimy iść.
— Po co?
— Bo on znowu woła.
— Kto?
Szymek spojrzał w stronę lasu.
— Nie wiem. Ale tym razem nie tylko mnie.
Te słowa zatrzymały Pawła w miejscu.
— Mówiłeś, że nic nie słyszałeś wcześniej.
— Skłamałem.
— Czemu?
— Bo jak człowiek mówi prawdę o takich rzeczach, zaczyna brzmieć jak wariat.
— To zacznij brzmieć.
Przez chwilę myślał, że Szymek znów obróci wszystko w żart. Ale przyjaciel był zbyt poważny.
— Słyszę go od tygodni — powiedział. — Najpierw w snach. Potem na jawie. Woła mnie z lasu. Czasem z jeziorka. Czasem spod wiaty. Czasem mówi twoim głosem.
Paweł poczuł, że chce wrócić do domu, zamknąć drzwi i nigdy więcej nie słyszeć żadnych wyjaśnień.
— Czemu nic nie powiedziałeś?
— Bo myślałem, że minie. Bo myślałem, że to… — urwał. — Nieważne.
— Co nieważne?
— Że to przez tamtą noc.
— Jaką tamtą noc?
Szymek milczał tak długo, że Paweł prawie odpuścił. Potem usłyszał:
— Rok temu po imprezie wracałem sam. Też od wiaty. Był listopad. Ślisko. Ktoś za mną szedł. Słyszałem kroki. Potem zobaczyłem czerwone wstążki między drzewami. Poszedłem za nimi jak idiota.
— I?
Szymek oblizał wargi.
— I znalazłem coś w wodzie.
— Co?
— Chłopaka.
Paweł zamarł.
— Jakiego chłopaka?
— Nie wiem. Twarz miał pod wodą. Płaszcz czy kurtkę. Nie pamiętam. Pobiegłem. Nikomu nie powiedziałem.
— Jezus…
— Wiem.
— I dopiero teraz mi to mówisz?
— Bo teraz on mówi do mnie.
Cisza między nimi była gęsta jak mgła. W końcu Paweł potrząsnął głową.
— To idziemy na policję.
Szymek uśmiechnął się smutno.
— Z czym? Z historią sprzed roku? Z głosem z lasu?
— To co chcesz zrobić?
— Sprawdzić. Sam nie dam rady.
Paweł powinien odmówić. Powinien kazać mu się leczyć, iść spać, pomodlić się, cokolwiek. Zamiast tego poszedł po kurtkę.
Las nocą wyglądał jak miejsce, gdzie Bóg nie zagląda po zmroku. Księżyc wisiał nisko, rozdarty chmurami. Droga do wiaty była ledwie widoczna. Szymek szedł pierwszy, jakby znał każdy korzeń. Paweł szedł tuż za nim, z latarką, której światło wydawało się zbyt małe na tyle ciemności.
Przy wiacie czerwonych wstążek było więcej niż poprzednio. Zwisały z belek, pni i gałęzi, tworząc coś na kształt okręgu. W jego środku ziemia była rozkopana.
— Ktoś tu był — szepnął Paweł.
Szymek nie odpowiedział. Patrzył na jeziorko.
Woda była gładka. Czarna. Martwa.
A potem z pluskiem wypłynęło na powierzchnię coś jasnego.
Twarz.
Paweł wrzasnął i cofnął się o krok. Światło latarki zatańczyło po wodzie. To była twarz chłopaka. Młodego. Napuchnięta, blada, z otwartymi oczami.
— Widzisz go? — zapytał Szymek dziwnie spokojnie.
— Boże…
Twarz zniknęła pod taflą równie nagle, jak się pojawiła.
— Widzisz go?! — powtórzył Szymek głośniej.
— Tak!
Szymek zamknął oczy. Jakby właśnie potwierdziła się najgorsza możliwa rzecz.
— To znaczy, że już blisko.
— Czego?
Szymek odwrócił się do niego. W księżycowym świetle był prawie przezroczysty.
— Prawdy.
Z lasu dobiegł chrzęst gałęzi. Nie jeden krok. Wiele. Coś poruszało się między drzewami, krążąc wokół wiaty. Paweł świecił latarką na prawo i lewo, ale widział tylko pnie. Jednak odgłos był coraz bliżej. Jak marsz ludzi, którzy nie oddychają.
— Szymek…
— Już wiem — odpowiedział cicho.
— Co wiesz?
Ale wtedy pierwszy z kształtów wyszedł z ciemności.
Był to stary mężczyzna w mokrym płaszczu, ze skórą oblepioną błotem. Za nim szła kobieta z opuszczoną głową. Potem dwoje dzieci. Potem ktoś bez twarzy, z pustym ciemnym miejscem zamiast oczu. Wyszli spomiędzy drzew i ustawili się wokół wiaty, milczący, nieruchomi.
Paweł chciał biec, ale nogi odmówiły posłuszeństwa.
— Szymek, uciekamy…
— Nie — powiedział przyjaciel. — Już nie.
Jedna z postaci uniosła rękę i wskazała na wodę. Potem na Szymka.
Wtedy jeziorko zabulgotało. Na powierzchnię wypłynęło ciało. Tym razem całe. Młody chłopak w rozpiętej kurtce, z włosami przyklejonymi do czoła. Wyszedł z wody chwiejnym krokiem, jakby nie pamiętał, jak się chodzi.
I Paweł zobaczył jego twarz.
To była twarz Szymka.
Rozdział 5. Marta
Paweł nie pamiętał później, jak wybiegł z lasu. Pamiętał tylko urywki: czerń drzew, własny oddech szarpiący płuca, ból w kostce, kiedy potknął się o korzeń. Kiedy dotarł do pierwszych domów Łosic, wymiotował przy płocie kogoś obcego, a palce miał zdrętwiałe od ściskania latarki. Obejrzał się dopiero wtedy.
Za nim nikogo nie było.
Szymka też nie.
Rano matka powiedziała, że wygląda jak trup. Ojciec stwierdził, że to pewnie wina „szwendania się po nocach”. Paweł zjadł pół kromki chleba i wyszedł, nie tłumacząc niczego. Najpierw pobiegł pod dom Szymka.
Drzwi otworzyła jego matka. Miała zaczerwienione oczy i twarz człowieka, który za długo nie spał.
— Jest Szymek? — zapytał Paweł.
Kobieta spojrzała na niego tak, jakby zadał pytanie nieprzyzwoite.
— Paweł… — powiedziała cicho. — O czym ty mówisz?
— O Szymku. Muszę z nim pogadać.
Jej ręka zacisnęła się na framudze.
— Kochany… Szymek nie żyje.
Paweł poczuł, że świat robi krok w bok.
— Co?
— Przecież… — kobieta zamrugała gwałtownie. — Przecież rok temu był pogrzeb. W listopadzie. Utonął przy tym przeklętym jeziorku.
Paweł patrzył na nią bez słowa.
— Ty byłeś na stypie — ciągnęła, coraz bardziej przestraszona. — Siedziałeś obok mnie. Przyniosłeś zdjęcie z podstawówki.
Paweł cofnął się o krok.
— Nie… to niemożliwe.
— Paweł!
Ale już odchodził, a potem biegł. Rynek, rondo, sklepiki, kościół — wszystko mijało go w rozmazanych plamach. Zatrzymał się dopiero przy cmentarzu. Sam nie wiedział czemu. Może dlatego, że nic innego nie miało sensu.
Grób znalazł szybko. Biały krzyż. Zdjęcie Szymka sprzed kilku lat, jeszcze z krótszymi włosami, ale bez wątpienia jego. Data śmierci: listopad 1995.
Paweł przeczytał ją trzy razy.
Potem usiadł na ziemi między grobami i zaczął się śmiać. Nie dlatego, że było śmiesznie. Dlatego, że człowiekowi czasem pozostaje tylko śmiech albo wrzask, a na wrzask było za wcześnie.
Przypomniał sobie wszystko naraz. Pogrzeb. Czarną kurtkę matki. Zimno. Szymka w trumnie, ale twarz rozmytą w pamięci, jakby ktoś zamazał ją palcem. Własny płacz, którego się wstydził. Potem długie tygodnie pustki.
A potem? Potem po prostu Szymek wrócił. Tak to sobie powiedział. W lutym czy marcu. Pojawił się któregoś dnia pod szkołą, jakby nigdy nic, i Paweł przyjął to bez pytania. Wtedy wydawało mu się, że tylko śnił pogrzeb. Albo że śmierć była pomyłką. Albo że człowiek może sobie coś wmówić, jeśli bardzo nie chce być sam.
— Boże… — wyszeptał.
— Lepiej nie wołaj go teraz — odezwał się głos za plecami.
To był Karaś.
Stał z rękami w kieszeniach, jak zwykle zgarbiony, ale dziś nie wyglądał na zmęczonego. Wyglądał na starego.
— Wiedział pan? — spytał Paweł.
Karaś podszedł bliżej.
— W Łosicach wszyscy wiedzieli, że utonął. Nie wszyscy wiedzieli, że wrócił.
— Ja z nim gadałem. Widziałem go. Wszyscy go widzieli.
— Nie wszyscy. — Karaś spojrzał na grób. — Niektórzy widzą to, czego najbardziej potrzebują. Tutejszy las… jeziorko… one potrafią podsunąć człowiekowi to, za czym ten pójdzie.
— Pan bredzi.
— Możliwe. A możliwe, że nie. Słuchaj. Rok temu znaleźli go po trzech dniach. Myśleli, że się poślizgnął po pijaku. Ale ci, co go wyciągali, mówili, że wyglądał, jakby coś trzymało go pod wodą.
Paweł zacisnął pięści.
— Dlaczego nikt nic nie zrobił?
— Co miał zrobić? Spalić las? Wypompować jeziorko? Proboszcz pokropił brzeg, ludzie przestali gadać i wrócili do życia. Tak się tu robi od pokoleń.
— A czerwone wstążki?
Karaś splunął w bok.
— Stary sposób. Odznaczanie miejsca, którego nie wolno ruszać. Kiedyś wieszali je tam, gdzie coś „chodziło”. Potem ludzie woleli telewizję od zabobonów.
Paweł wstał gwałtownie.
— Marta. Ona nic nie wie.
— Może wie więcej niż ty.
Pobiegł do Jeziory, niemal nie czując nóg. Marta była przy domu babci, nosiła wodę ze studni. Kiedy go zobaczyła, od razu odłożyła wiadro.
— Co się stało?
— Szymek… — urwał, łapiąc oddech. — Szymek nie żyje.
Marta pobladła, ale nie tak, jak spodziewał się Paweł.
— Ty dopiero teraz to pamiętasz — powiedziała.
Patrzył na nią osłupiały.
— Co?
— Paweł, ja cię nie chciałam straszyć. Myślałam, że udajesz. Albo że sobie nie radzisz.
— O czym ty mówisz?!
— Po pogrzebie zacząłeś z nim znowu chodzić. Najpierw sama myślałam, że mam zwidy. Ale Kaśka go nie widziała. Babcia też nie. Karaś chyba tak. Ja… czasem widziałam, czasem nie.
To było zbyt dużo, zbyt szybko. Paweł oparł się o płot.
— Ale rozmawiałaś z nim.
— Rozmawiałam z tobą — powiedziała cicho. — Czasami odpowiadałeś za niego. Czasami śmiałeś się w pustkę. A czasami naprawdę słyszałam drugi głos.
Słowa Marty weszły w niego jak zimna woda.
Wspomnienia zaczęły się przestawiać. Sceny, które uważał za wspólne, nagle pokazywały luki. Przy stoliku u Karasia były trzy szklanki, nie cztery. Na stadionie siedział sam i gadał do siebie, a chłopaki z boiska zerkali ukradkiem. Na drodze do Jeziory wtedy, gdy widział brak cienia, może wcale nie stał obok niego nikt żywy.
— Nie zwariowałem — wyszeptał bardziej do siebie niż do niej.
Marta podeszła bliżej.
— Nie. Po prostu nie chciałeś go stracić.
To było najgorsze, bo prawdziwe.
— Musimy coś zrobić — powiedział po chwili.
— Babcia mówi, że jeśli umarły wraca, to po coś. Albo po kogoś.
— Świetnie.
— Mówi też, że trzeba znaleźć, co go trzyma.
Paweł spojrzał w stronę lasu, ciemniejącego na końcu drogi.
— To miejsce.
— Albo jego wina — dokończyła Marta.
— Jaka wina?
Marta zawahała się.
— Po pogrzebie ktoś mówił, że tej nocy nie był sam. Że pokłócił się z kimś przy wiacie. Ale nikt nie wiedział z kim.
Paweł poczuł nagły chłód.
Nie pamiętał listopadowej nocy dobrze. Tylko urywki. Ognisko. Piwo. Śmiech. Marta wracająca wcześniej autobusem. I potem on i Szymek… sami? Pokłóceni?
— Ja tam byłem — powiedział.
Marta skinęła głową.
— Wiem.
— A jeśli…
Nie dokończył. Bał się własnej pamięci bardziej niż lasu.
Rozdział 6. Babcia
Babcia Marty kazała im wrócić po zmroku, „bo niektóre rzeczy wychodzą dopiero wtedy, gdy noc jest gotowa”. Brzmiało to absurdalnie, ale po wszystkim, co się wydarzyło, absurd stał się po prostu kolejnym narzędziem codzienności. Kiedy Paweł przyszedł wieczorem, staruszka czekała już z blaszanym pudełkiem, w którym leżały świece, sól, medalik i mały zeszyt w kratkę.
— To było jego? — zapytała Marta.
Babcia pokazała zeszyt Pawłowi.
— Znalazłam kiedyś przy drodze. Podniosłam, bo deszcz miał zmoczyć. Nie otwierałam. Nie moje.
Na okładce, wyblakłym długopisem, było napisane: SZYMON K.
Palce Pawła drżały, kiedy otwierał zeszyt. W środku znalazł kilka stron bazgrołów, teksty piosenek, głupie rysunki, a potem wpis z datą sprzed śmierci.
„Paweł znowu patrzy na Martę jak pies na kiełbasę. Chyba mam tak samo. Śmieszne, że można kochać kogoś i jednocześnie chcieć mu przywalić. Gdyby to czytała, powiedziałaby, że jesteśmy idiotami. I miałaby rację.”
Paweł parsknął przez łzy. To było dokładnie w stylu Szymka.
Przewrócił stronę.
„Coś jest przy wodzie. Nie mówię nikomu, bo będą rżeć. Wczoraj widziałem chłopaka na brzegu. Stał tyłem. Myślałem, że to ktoś z miasta. Zawołałem, nie odpowiedział. Poszedłem bliżej i wtedy wszedł do jeziorka jak lunatyk. Nie było plusku. Jakby woda go znała.”
Kolejna strona.
„To wraca. Głos. Czasem mówi moim imieniem, czasem Pawła. Najgorzej, kiedy mówi głosem dziecka. Jeśli coś mi się stanie, to nie przez wódkę. Jak wszyscy będą tak gadać, to ich z grobu wyśmieję.”
Paweł przestał oddychać na moment.
— Czytaj dalej — powiedziała babcia.
Ostatni wpis był chaotyczny, pismo rozjechane.
„Pokłóciliśmy się. Ja i P. O Martę, oczywiście, bo o co innego. Powiedziałem za dużo. On też. Poszedł pierwszy. Myślałem, że wrócę sam. Nie wróciłem. Wstążki już wiszą. Jeśli mnie bierze, to nie chcę iść sam.”
— P. — szepnęła Marta. — To ty.
Paweł zamknął zeszyt. W głowie zaczęły pękać stare zamki.
Listopadowa noc wróciła nie jako wspomnienie, ale jak cios.
Ognisko przy wiacie. Zimno większe niż dziś. Szymek pijany bardziej słowami niż piwem. Obaj zazdrośni, bo Marta wcześniej śmiała się więcej z jednego, potem dłużej patrzyła na drugiego. Głupia, chłopięca kłótnia, która szybko staje się okrutna.
„Myślisz, że ona wybierze ciebie?”
„A ciebie?”
„Przynajmniej nie udaję świętego.”
„Przynajmniej nie lecę na wszystko, co się rusza.”
„Ty nawet przyjaźni nie umiesz unieść, Paweł.”
Potem szarpanina. Nie bójka nawet, bardziej pchnięcia, złość, błoto. Szymek cofa się. Ślizga. Pada. Stacza po brzegu. Plusk.
Paweł staje jak wryty.
Szymek wynurza się raz, krzyczy. Paweł rusza ku niemu, ale nogi grzęzną. Jest ciemno, ślisko. Coś chwyta kostkę Szymka pod wodą. Tak to zapamiętał teraz — nie jako metaforę, nie jako panikę. Coś naprawdę ciągnie go w dół.
Paweł biegnie po gałąź, po cokolwiek, wraca, ale na wodzie są już tylko kręgi.
I jego strach.
Uciekł wtedy. Nie powiedział nikomu, co się stało. Następnego dnia udawał zdziwienie razem z innymi. Potem przyszedł pogrzeb. Potem poczucie winy tak wielkie, że umysł zrobił jedyne, co umiał: oddał mu przyjaciela z powrotem, byle tylko nie musieć żyć z prawdą.
Paweł usiadł ciężko na krześle.
— To przeze mnie.
— Nie tylko — powiedziała babcia. — Miejsce chciało. Ty tylko otworzyłeś drzwi.
— To żadne pocieszenie.
— Nie miało być.
Marta uklękła przy nim.
— Paweł…
— Zabiłem go.
— Nie chciałeś.
— Ale uciekłem.
Tym razem nie zaprzeczyła. I to bolało najbardziej.
Babcia zapaliła świecę.
— Jeśli chcesz, by przestał wracać, musisz oddać mu prawdę. W miejscu, gdzie ją zgubiłeś.
— A jeśli nie przestanie?
— To znaczy, że nie wraca po prawdę, tylko po ciebie.
Poszli przed północą. Marta nie dała się odwieść, choć Paweł próbował. Babcia kazała rozsypać sól wokół wiaty, zapalić trzy świece i powiedzieć na głos to, co było przemilczane. Brzmiało jak wiejski rytuał i być może nim było. Ale Paweł nie miał już innych narzędzi niż lęk, miłość i poczucie winy.
Las przyjął ich bezszelestnie.
Przy wiacie czerwone wstążki wisiały nieruchomo. Jeziorko było ciemne jak zawsze. Marta rozsypywała sól drżącą dłonią, Paweł wbijał świece w miękką ziemię.
— Myślisz, że to zadziała? — szepnęła.
— Nie.
— To dobrze. Ja też nie.
Uśmiechnęli się do siebie krótko, smutno.
Paweł stanął nad brzegiem.
— Szymek! — zawołał.
Cisza.
— Szymon! Wiem, co zrobiłem!
Woda zadrżała. Gdzieś w lesie odezwał się suchy trzask.
— Uciekłem! — krzyknął Paweł. — Widziałem, jak toniesz, i uciekłem! Bałem się! Bałem się bardziej niż o ciebie!
Marta ścisnęła medalik na szyi.
Tafla jeziorka pękła pluskiem. Z mroku wynurzył się Szymek. Nie ten zabawny z rynku. Nie ten z liceum. Mokry, blady, z włosami przyklejonymi do czoła i oczami pełnymi czegoś starszego niż żal.
— Wiem — powiedział.
Jego głos zabrzmiał jak dwa głosy naraz. Własny i wodny.
— To dlaczego wróciłeś? — spytał Paweł.
Szymek uśmiechnął się krzywo. Nawet teraz był w tym cień dawnego chłopaka.
— Bo ty mnie nie puściłeś.
Rozdział 7. Pamięć
Wiatr poderwał czerwone wstążki. Świece zafalowały, ale nie zgasły. Marta cofnęła się o krok, jednak nie uciekła. Paweł patrzył na Szymka i czuł jednocześnie rozpacz, ulgę i coś, co przypominało wdzięczność za to, że prawda, choć potworna, wreszcie stanęła przed nim bez przebrania.
— Ty nie jesteś Szymkiem — powiedział.
— Jestem tym, co z niego zostało — odparł tamten. — I tym, co ty sobie dorobiłeś.
— Chcesz mnie zabrać?
— Nie wiem. — Duch, zjawa, topielec — jakkolwiek to nazwać — spojrzał na wodę. — To miejsce chce. Ja już sam niewiele chcę.
Marta stanęła obok Pawła.
— Czego potrzebujesz? — zapytała.
Szymek przeniósł na nią wzrok. I przez sekundę naprawdę był dawnym sobą: zazdrosnym, zakochanym chłopakiem z małego miasteczka.
— Żebyście przestali udawać — powiedział.
Paweł poczuł, jak pęka w nim ostatnia obrona.
— Kochałem cię jak brata — szepnął. — I nienawidziłem cię czasem za Martę. Za to, że byłeś lżejszy, śmieszniejszy, łatwiejszy do lubienia. A kiedy wpadłeś do wody, przez jedną sekundę pomyślałem, że to uczciwe. Że teraz będę miał ją tylko dla siebie. A potem przestraszyłem się własnej myśli i uciekłem.
Marta zamknęła oczy.
Szymek skinął głową.
— No. To już bardziej ty.
— Przepraszam.
— Wiem.
— To za mało.
— Dla żywych zawsze za mało.
Woda za nim poruszyła się niespokojnie. Z lasu zaczęły wychodzić tamte postaci, które Paweł widział poprzedniej nocy. Mokre, milczące sylwetki ustawiły się między drzewami. Stary mężczyzna, kobieta, dzieci, bezimienni. Jakby jeziorko trzymało nie jednego zmarłego, ale wszystkich, którzy kiedykolwiek oddali mu swoje imię.
— Oni też tu są przez pamięć? — zapytała Marta drżącym głosem.
— Przez niedopowiedzenia — odpowiedział Szymek. — Przez rzeczy, których nikt nie domknął.
Babcia miała rację, pomyślał Paweł. Niektóre miejsca oddają. Ale nigdy za darmo.
— Co mam zrobić? — spytał.
Szymek spojrzał mu prosto w oczy.
— Pozwolić mi umrzeć.
Paweł pokręcił głową.
— Nie umiem.
— Właśnie dlatego wróciłem.
Postaci między drzewami zrobiły krok naprzód. Ziemia pod butami Pawła zadrżała, jakby pod nią też była woda. Świece zgasły naraz. Tylko medalik Marty błysnął na moment w ciemności.
— Paweł! — krzyknęła.
Pierwsza z postaci ruszyła ku nim. Potem druga. Potem wszystkie. Nie biegły, ale sunęły szybko, bezgłośnie, jak mokre wspomnienia.
Szymek wyciągnął rękę.
— Teraz!
Paweł nie myślał. Chwycił leżący przy brzegu stary słupek z czerwonymi wstążkami i wbił go w rozkopaną ziemię pośrodku wiaty. Tak mocno, że aż zabolały go dłonie. Marta rzuciła na to miejsce medalik. Szymek wydał z siebie dźwięk podobny do śmiechu i krzyku jednocześnie.
Ziemia pod słupkiem zapadła się z mlaśnięciem.
Spod niej wysunęła się spróchniała deska. Potem druga. Jakby pod wiatą wciąż leżały resztki spalonego domu. W szczelinie między deskami zamajaczyło coś białego.
Kość.
Babcia mówiła: znaleźć, co go trzyma. Nie miejsce. Nie woda. To, czego nie pochowano.
Paweł rzucił się na kolana i zaczął odgarniać mokrą ziemię. Marta pomogła mu gołymi rękami. Postaci były coraz bliżej. Z ciemności wiało zimnem grobu.
— Szybciej! — krzyknął Szymek, a jego głos rozdarł noc.
Wydobyli mały pakunek zawinięty w zgniłą tkaninę. W środku był dziecięcy but i kilka drobnych kości. Stary grzech. Stare topielisko. Syn tamtego mężczyzny z opowieści, pochowany nie na cmentarzu, tylko pod miejscem, gdzie potem ludzie urządzali ogniska i całowali się w cieniu.
Paweł zrozumiał wtedy wszystko i nic. Miejsce było otwarte, bo nigdy nie zostało zamknięte. Karmiło się stratą, winą, żalem. Szymek wpadł w nie jak kolejna ofiara, a Paweł, niezdolny go pożegnać, trzymał go przy życiu własną rozpaczą.
— Na brzeg! — zawołała Marta.
Pobiegli z pakunkiem nad jeziorko. Za nimi postaci przyspieszyły. Szymek stał między nimi a żywymi, coraz mniej wyraźny.
— Marta! — krzyknął Paweł. — Modlitwa! Cokolwiek!
— Ja znam tylko „Wieczny odpoczynek”!
— To wystarczy!
Mówiła drżącym głosem, ale mówiła. Paweł powtarzał za nią, choć słowa plątały mu się z płaczem. Kiedy skończyli, wrzucił kości do wody.
Nic się nie stało przez ułamek sekundy.
Potem jeziorko wybuchło światłem od środka.
Nie oślepiającym. Raczej bladym, mlecznym, jak księżyc pod taflą. Postaci zatrzymały się. Jedna po drugiej zaczęły się rozpływać, jakby były zrobione z mgły. Stary mężczyzna pochylił głowę. Kobieta przyłożyła dłonie do piersi. Dzieci zniknęły pierwsze.
Szymek spojrzał na Pawła.
Tym razem naprawdę był sobą. Chłopak z głupim dowcipem na końcu języka. Chłopak z Łosic, który kochał tę samą dziewczynę.
— Gdybyś wtedy nie uciekł — powiedział — i tak by mnie wzięło.
— Nie wiem, czy to prawda.
— Ja też nie. — Uśmiechnął się słabo. — Ale dobrze brzmi na pożegnanie.
Paweł załkał śmiechem.
— Idiota.
— Od początku.
Marta płakała cicho obok.
— Szymek… — powiedziała.
Spojrzał na nią z czymś czystym i pogodnym.
— Wiem.
To jedno słowo wystarczyło. Dla niej. Dla Pawła. Dla całego tego głupiego, pięknego wieku, w którym człowiek myśli, że pierwsza miłość jest końcem świata, a czasem naprawdę okazuje się jego początkiem.
Światło pod wodą przygasło. Szymek cofnął się o krok. Potem drugi. Za nim ciemność nie była już ciemnością, tylko spokojem.
— Paweł — powiedział jeszcze. — Żyj tak, żebyś nie musiał mnie znowu wymyślać.
I odszedł. Nie tonąc. Nie znikając gwałtownie. Po prostu rozpuszczając się w nocnym powietrzu, jak oddech na mrozie.
Kiedy wszystko ucichło, zostały tylko oni dwoje, wiata, kilka tlących się knotów i zwyczajne świerszcze, które wróciły do swoich spraw tak obojętnie, jakby świat nie pękł im właśnie pod nogami.
Następne dni w Łosicach były zaskakująco zwyczajne. Ktoś handlował pomidorami przy rynku. Na stadionie chłopaki kłócili się o spalony. W kawiarence nadal sprzedawali żółte lody, a Karaś dalej nalewał piwo z miną grabarza. Tylko Paweł czuł, że między jedną zwyczajnością a drugą jest teraz cienka szczelina, przez którą widzi więcej.
Poszli z Martą na cmentarz w sobotę. Przynieśli nowe kwiaty na grób Szymka. Paweł długo stał w milczeniu, aż w końcu powiedział:
— Przepraszam.
Wiatr poruszył liśćmi brzozy rosnącej za grobem. Nic więcej się nie wydarzyło. I właśnie to było najwłaściwsze.
Wracali przez rynek powoli. Ludzie mijali ich, zajęci własnymi torbami, plotkami, rachunkami. Nad rondem krążyły gołębie. Kościół wybijał południe.
— Myślisz, że to koniec? — zapytała Marta.
Paweł spojrzał w stronę drogi prowadzącej ku Jeziorom. Tam, gdzie zaczynał się las, unosiła się cienka smuga mgły.
— Myślę, że z niektórymi miejscami nigdy nie ma końca — odpowiedział. — Jest tylko chwila, kiedy dają ci odejść.
Marta wsunęła dłoń w jego rękę. Zrobiła to tak zwyczajnie, jakby robiła to od lat. Paweł spojrzał na nią, trochę zdumiony, trochę szczęśliwy, trochę winny, że w ogóle potrafi jeszcze czuć szczęście.
— Nie patrz tak — powiedziała.
— Jak?
— Jakbyś znowu miał zacząć mówić do duchów.
— Postaram się ograniczyć.
— Doceniam.
Uśmiechnęła się. On też.
Tego wieczoru poszli po lody żółte. Usiedli na murku przy kawiarence i jedli w milczeniu, patrząc, jak słońce opada za dachy sklepików. Przez chwilę Paweł naprawdę poczuł smak lata, choć sierpień dogorywał już na granicy września.
A kiedy na rynku mignęła mu wysoka sylwetka w dżinsowej kurtce, nie zerwał się z miejsca. Tylko zamrugał. Sylwetka zniknęła między ludźmi. Może to był ktoś podobny. Może wspomnienie. Może nic.
Uśmiechnął się jednak pod nosem, bo w głowie usłyszał głos:
„Nie gap się tak, bo ci lód skapnie.”
I rzeczywiście — skapnął.
Marta roześmiała się tak głośno, że kilka osób obejrzało się za nimi na rynku. Paweł też się roześmiał. Śmiech odbił się od kamienic, poleciał ku rondu, ku stadionowi, ku dworcowi PKS i knajpce u Karasia, a może nawet dalej, aż pod sam las.
Tam, gdzie Łosice kończyły się szeptem drzew, mgła zgęstniała na chwilę, jakby ktoś odetchnął.
Potem rozwiała się między pniami.
I tylko wiata nad jeziorkiem, opuszczona na jakiś czas przez młodzież, skrzypnęła cicho w noc, jak stary świadek, który wie, że prędzej czy później ktoś znowu przyjdzie z gitarą, piwem, pierwszą miłością i przekonaniem, że ciemność jest tylko brakiem światła.
A ciemność, jak wiadomo, bardzo lubi takich młodych ludzi.
Część 2
Marta
Rozdział 1. Chotycze
Chotycze w 1995 roku były małą wsią, którą łatwo było minąć, jeśli ktoś nie miał tam po co zjechać z szosy. Kilkanaście domów, sklep z wyblakłym szyldem, przystanek, kapliczka na wzniesieniu od strony Łosic i jezioro, które dla nas było ważniejsze niż kościół, szkoła i wszystkie rady starszych razem wzięte. Za dnia miejsce jak każde inne. Ziemia pachniała kurzem, siano schnęło pod płotami, kobiety gadały przez furtki, a faceci poprawiali to, co zepsuła zima albo wódka. Wieczorem wszystko stawało się prostsze. Szło się nad jezioro, siadało pod wiatą, rozpalało ognisko i udawało, że świat kończy się tam, gdzie zaczyna się ściana ciemnych drzew.
Miałem wtedy osiemnaście lat i mieszkałem w Łosicach, cztery kilometry dalej. To było nic. Rowerem piętnaście minut, piechotą trochę dłużej, ale gdy człowiek jest młody, noc nie ma znaczenia, a droga zawsze wydaje się krótsza niż rano. Miałem długie włosy, byłem chudy, niebieskooki i naiwny na tyle, żeby brać pożądanie za przeznaczenie. Dziewczyny mnie lubiły, tak przynajmniej mówili koledzy, ale ja sam nigdy nie myślałem o sobie w ten sposób. Czekało się na wakacje, na sobotę, na następną imprezę nad jeziorkiem. Tylko tyle.
Marta pojawiła się tak, jak czasem pojawiają się ludzie w małych wsiach: jednego dnia ich nie ma, a następnego wszyscy zachowują się, jakby byli od dawna. Nikt nie umiał później powiedzieć, kiedy widział ją po raz pierwszy. Jedni twierdzili, że przyjechała do ciotki z drugiego końca Chotycz. Inni, że zamieszkała po zmarłej babce, choć nikt nie potrafił wskazać domu. Ktoś mówił, że uczyła się wcześniej w Siedlcach, ktoś inny, że wróciła z internatu. Gdy próbowało się złapać jakąś konkretną odpowiedź, wszystko rozłaziło się w rękach. Z Martą tak już było. Nawet fakty robiły się przy niej miękkie.
Pierwszy raz zobaczyłem ją nad jeziorem, pod wiatą, gdy ognisko dopiero się rozpalało. Siedziała bokiem do płomieni, w żółtej flanelowej koszuli w czarną kratę i opiętych spodniach, tych z grubszego materiału, które wtedy wszyscy nazywali gumkami. Miała szczupłe nogi, zarys bioder i tę zwyczajną, aż nieprzyzwoicie przyciągającą zgrabność dziewczyny, która nawet siedząc wygląda tak, jakby już szła. Nie była klasyczną pięknością. Nie miała tej gładkiej twarzy z kolorowych magazynów ani figury, o której mówi się wprost. Jej biust był średni, pupa wypięta, ciało smukłe i napięte, ale to nie to przykuwało uwagę najmocniej. Najgorsza była twarz: śliczna, dziewczęca, z piegami i prostymi brązowymi włosami opadającymi na ramiona. Wyglądała jednocześnie niewinnie i tak, jakby wiedziała o człowieku więcej, niż on sam chciałby wiedzieć.
Spojrzała na mnie raz i poczułem to w gardle, nie w sercu. To nie było wzruszenie. To było lekkie ściśnięcie, jak przy pierwszym łyku zbyt zimnej wódki.
Usiadłem niedaleko niej. Ktoś puścił muzykę z magnetofonu, ktoś podał mi butelkę piwa, ktoś śmiał się za głośno z kiepskiego dowcipu. Marta niby nic nie robiła. Tylko słuchała, czasem się uśmiechała, poprawiała włosy i patrzyła na płomień tak, jakby ognisko było lustrem, w którym widzi więcej niż reszta.
— Pierwszy raz cię widzę — powiedziała nagle, choć nie siedziałem jeszcze nawet pięć minut.
Jej głos był spokojny, niski jak na tak młodą dziewczynę, bez prowincjonalnej chropowatości. Mówiła wyraźnie, miękko, jakby każde słowo miało swój ciężar.
— Z Łosic jestem — odpowiedziałem. — Znajomi mnie ściągnęli.
— I dobrze — odparła. — Zostaniesz.
Nie zapytałem, skąd wie. Nie zapytałem, czy to pytanie, czy stwierdzenie. Po prostu zostałem.
Rozmawialiśmy długo. O muzyce, której słuchała. O lesie wokół jeziora. O tym, że podobno dawno temu stał tu dwór, po którym nie zostało nic poza wilgotniejszą ziemią i jednym kamieniem porośniętym mchem. Mówiła też o gwiazdach. Nie jak dziewczyny, które chcą zabrzmieć romantycznie, ale jak ktoś opowiadający o pracy. Jakby gwiazdy były czymś konkretnym, bliskim, prawie użytkowym.
— Nie lubię ludzi, którzy myślą, że wszystko wiedzą — powiedziała. — Zwłaszcza o niebie.
Zaśmiałem się, bo nie wiedziałem, co innego zrobić. Ona nie.
Tamtej nocy wracałem do Łosic z jej zapachem w ubraniu. Cytryna, migdały i coś jeszcze. Las. Nie sosna, nie mokra kora, nie dym. Po prostu las jako całość, chłodny, zielony i ciemny. Jeszcze wtedy myślałem, że to perfumy.
W kolejnych dniach zacząłem jeździć do Chotycz częściej. Niby po kolegów, niby na ryby, niby bez powodu. Prawda była prostsza. Chciałem znów zobaczyć Martę. I kiedy ją widziałem, wszystko wchodziło na swoje miejsce tak gładko, że nawet mnie to nie niepokoiło. Spotykaliśmy się przy sklepie, szliśmy nad jezioro, czasem odprowadzaliśmy się kawałek drogą między polami, czasem siedzieliśmy na pomoście aż do granatowego świtu. Z każdym dniem coraz mniej pamiętałem, co robiłem wcześniej, zanim się pojawiła.
Tylko jedna rzecz od początku mi przeszkadzała. Wszyscy faceci patrzyli na nią za długo. Wszyscy. Nawet ci, którzy mieli dziewczyny, żony, dzieci albo po prostu rozum. Marta tego nie prowokowała w prosty sposób. Nie kokietowała przesadnie, nie śmiała się za głośno, nie dotykała ludzi bez potrzeby. Wystarczało, że była. Jakby wokół niej unosiło się ciepło, do którego każdy chciał się zbliżyć, choć nie umiał powiedzieć czemu.
Najgorsze było to, że mnie cieszyło, iż patrzy właśnie na mnie.
Pod koniec lipca ogniska nad jeziorem stały się częstsze. Noce były ciepłe i suche. Siedzieliśmy wtedy pod wiatą do późna, bo nikomu nie chciało się wracać do domu przed świtem. Nad wodą unosiła się mgiełka, a las za jeziorem wydawał się jeszcze bliższy, jakby powoli podsłuchiwał każdy śmiech, każdy pocałunek i każde kłamstwo. Marta lubiła siadać od strony drzew. Mówiła, że od wody ciągnie wilgocią, a z lasu ciszą. Brzmiało to głupio i jednocześnie prawdziwie.
Pewnego wieczoru, gdy przysunęła się do mnie bliżej, poczułem nie tylko zapach, ale i dziwny chłód bijący od jej skóry. Nie lodowaty. Taki, jaki ma kamień w cieniu po bardzo gorącym dniu.
— Zimno ci? — zapytałem.
— Nie — odpowiedziała. — Tobie powinno.
Znów się uśmiechnęła. Znów nie wiedziałem, co powiedzieć.
Wtedy jeszcze nie rozumiałem, że wszystko, co mówiła, miało sens dopiero później, kiedy było już za późno.
Rozdział 2. Karol