E-book
15.75
drukowana A5
21.17
Mroczna Irlandia

Bezpłatny fragment - Mroczna Irlandia

Krew, Kamień i Zapomniane Przekleństwa


Objętość:
56 str.
ISBN:
978-83-8440-739-4
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 21.17

Wstęp

Królestwo Cieni: Tam, gdzie ziemia nie chce przyjąć zmarłych

Drogi Czytelniku, jeśli dotarłeś do tego miejsca, oznacza to jedno: szukasz w Irlandii nie tylko zielonych wzgórz i uroczych pubów. Szukasz tego, o czym miejscowi wolą milczeć po trzeciej szklance whisky. Witaj w mrocznym sercu wyspy.

Jako History Land Voyager przeszedłem niejeden szlak, ale to tutaj — wśród ruin bezimiennych opactw i na krawędziach zapomnianych kurhanów — historia staje się najbardziej namacalna. To nie są opowieści spisane ku pokrzepieniu serc. To surowe, krwawe i gęste od magii świadectwa czasów, gdy granica między światem żywych (saol na mbeo) a zaświatami była cienka jak ostrze celtyckiego miecza.

Twoja mapa przez mrok Nie znajdziesz tu liniowej ścieżki. Ta sekcja nie jest wycieczką autokarową z przewodnikiem. To raczej stara, poszarpana mapa, którą rzucam przed Tobą na stół.

— Czytaj, jak chcesz: Możesz zacząć od krwiożerczego Abhartacha w Derry, by za chwilę przeskoczyć do hrabstwa Waterford i poznać tragiczny los Dearg Due. Każda z tych legend to osobna wyspa na oceanie mroku. Wybieraj te, które najbardziej rezonują z Twoją ciekawością.

— Wstań z fotela: Moim celem nie jest tylko dostarczenie Ci dreszczyku emocji podczas lektury. Chcę, żebyś wziął te opowieści pod pachę i ruszył w teren. Podaję Ci konkretne współrzędne, nazwy hrabstw i wskazówki dojazdu. Jedź do Maghera, stań przed głazem w Slaghtaverty, poczuj chłód bijący od ziemi.

— Szukaj na własną rękę: Każda legenda ma swoje oficjalne źródła, ale prawdziwy odkrywca wie, że najwięcej kryje się w tym, czego nie zapisano. Pytaj miejscowych, patrz na układ drzew, szukaj starych nazw pól. Irlandia wciąż skrywa sekrety, których nie znajdziesz w żadnym podręczniku.

Przed Tobą spotkania z istotami, które zainspirowały największych twórców grozy — od Brama Stokera po Josepha Sheridana Le Fanu. Wejdź głębiej, ale pamiętaj o jednej zasadzie każdego odkrywcy: szanuj miejsca, które odwiedzasz, szanuj obyczaje i nie dziw się nieznanemu. Niektóre kamienie kładziono wieki temu nie bez powodu.

Mgła nad torfowiskami właśnie gęstnieje. Czy jesteś gotowy, by w nią wejść?

Twój Voyager

Cień nad Glenullin: Pełna Historia Abhartacha

Akt I: Przekleństwo Doliny Orła

Ziemia w hrabstwie Derry nie jest zwyczajną ziemią. To czarny, gęsty torf, który potrafi konserwować ciała przez tysiąclecia, ale w Dolinie Orła — Gleann an Iolair — krążyły szepty, że tutejsza gleba ma znacznie mroczniejszą właściwość. Ona nie tylko konserwuje. Ona pamięta. I czasem, gdy nienawiść jest wystarczająco silna, odmawia przyjęcia tego, co powinno zostać obrócone w proch.

W V wieku, kiedy chrześcijańskie dzwony św. Patryka ledwo co zaczynały nieśmiało pobrzmiewać na wybrzeżach, serce Ulsteru wciąż biło rytmem starych, krwawych bogów. To wtedy nad Glenullin zawisł cień Abhartacha.

Nie był to cień wysoki. Abhartach, którego imię do dziś budzi dreszcz u starców w Maghera, był karłem. Ale nie dajcie się zwieść pozorom — w tym niewielkim, zniekształconym ciele mieszkała potęga, której źródła upatrywano w mrokach ery Tuatha Dé Danann. Mówiono o nim abhac, ale szeptano, że jest drúi — czarnoksiężnikiem, który posiadł wiedzę zakazaną nawet dla najstarszych druidów.

Jego tyrania nie opierała się na sile mięśni, lecz na paranoicznym lęku, który sączył w serca poddanych niczym jad. Abhartach nie znosił spojrzeń skierowanych z góry na swoją niską sylwetkę. Kto skrzyżował wzrok z jego oczami, o których mówiono, że lśnią blaskiem gnijącej materii, ten wywoływał gorta — magiczny głód. Karzeł potrafił jednym gestem sprawić, że krowy dawały krew zamiast mleka, a złote kłosy zboża w ciągu jednej nocy zamieniały się w czarny pył.

Ludzie z Glenullin żyli w milczeniu, skuleni pod biczem magii, bo wiedzieli, że Abhartach słyszy nawet myśli o buncie. Budował swoją twierdzę na strachu, otaczając się aurą nietykalności, aż do dnia, w którym miara nienawiści przelała się przez brzegi doliny.

Zdesperowani klanowicze wysłali gońca do Cathána. W tamtych czasach imię to było synonimem czystej, pierwotnej siły Ulsteru. Cathán, wódz z rodu O’Cahan, był człowiekiem, którego serce nie znało skazy, a ręka nie zadrżała nigdy przy rękojeści miecza. Gdy usłyszał o karle, który bawi się losem wolnych ludzi, nie czekał na wróżby. Przytroczył tarczę i ruszył w stronę wrzosowisk Derry.

Akt II: Stal i Krew

Cathán nie wierzył w magię karłów. Dla niego świat był prosty: stal rozstrzygała spory, a ziemia przyjmowała pokonanych. Kiedy jego oddział wyłonił się z porannych mgieł (ceo), wrzosowiska lśniły od rosy, a słońce nad Glenullin zdawało się zapowiadać dzień oczyszczenia. Abhartach czekał na murach swojej twierdzy. Choć jego postać była mikra, biła od niej aura tak gęsta i chłodna, że konie wojowników rżały z przerażenia, odmawiając posłuszeństwa.

Walka była krótka, ale brutalna. Karzeł-czarnoksiężnik próbował tkać urok, wyrzucać z siebie gardłowe inkantacje w języku, którego nie znano już od czasów potopu, ale Cathán był zbyt szybki. Jednym potężnym ciosem, w którym skumulowała się cała nienawiść uciemiężonego ludu, wódz powalił tyrana. Miecz przeszedł przez pierś Abhartacha z mokrym chrzęstem. Krew, która wytrysnęła na ziemię, nie była czerwona — miała barwę gęstej, czarnej smoły i parowała nienaturalnym chłodem.

Zgodnie z surowym, pogańskim obyczajem Ulsteru, ciało pokonanego wroga pochowano w pozycji stojącej. Wykopano głęboki dół w sercu doliny, wrzucono tam zwłoki karła twarzą do wschodu i zasypano ciężką, mokrą ziemią. Glenullin tej nocy świętowało. Rozpalono ogniska, a pieśni o wolności niosły się aż po szczyty Sperrin Mountains. Ludzie wierzyli, że koszmar dobiegł końca.

Jednak radość zgasła wraz z pierwszymi promieniami świtu.

Gdy mgła jeszcze leniwie pełzała między chatami, jedna z kobiet, idąca po wodę do strumienia, krzyknęła tak przeraźliwie, że w całej wiosce zamarło życie. Na tronie, w samym centrum osady, siedział Abhartach.

Widok był makabryczny. Jego skóra miała barwę sinego łupka, paznokcie były połamane i pełne świeżej ziemi, a z kącików ust sączył się odór grobu, który dusił każdego, kto podszedł zbyt blisko. Nie był już tylko tyranem; stał się neamh-mairbh — nieumarłym, istotą, której śmierć nie chciała zatrzymać. Jego oczy nie lśniły już gniewem, lecz czystym, zwierzęcym głodem.

Abhartach nie wydał wyroku śmierci na całą dolinę. Zrobił coś znacznie gorszego. Wezwał przerażoną starszyznę i wycharczał swój makabryczny warunek. Aby mógł trwać w swoim nowym, potwornym życiu, każde gospodarstwo musiało codziennie dostarczać mu naczynie ze świeżą, ciepłą krwią, upuszczoną prosto z żył żywych ludzi.

— Jeśli naczynia będą puste — wychrypiał, szczerząc zęby, które wydawały się teraz dłuższe i ostrzejsze — sam przyjdę do waszych kołysek.

Tak oto narodził się pierwszy irlandzki wampir. Dolina, która jeszcze wczoraj śpiewała o wolności, stała się farmą dla potwora. Każdego ranka pod drzwi jego mrocznej siedziby trafiała danina z życia.

Cathán, dowiedziawszy się o powrocie wroga, wpadł w furię graniczącą z szaleństwem. Powrócił do Glenullin z oddziałem najlepszych mężów. Po raz drugi dopadł Abhartacha, który nie stawiał oporu, śmiejąc się w twarz swojemu pogromcy. Cathán ściął mu głowę, poćwiartował ciało i zakopał szczątki jeszcze głębiej, przywalając dół stosem kamieni.

Lecz historia powtórzyła się z bezlitosną precyzją. Następnego ranka kamienie były rozrzucone, dół pusty, a Abhartach znów siedział na swoim miejscu, jeszcze silniejszy, jeszcze bardziej wygłodniały. Jego skóra lśniła teraz nienaturalnym blaskiem od wypitej krwi sąsiadów Cathána.

Wódz zrozumiał, że stal to za mało. Że walczy z czymś, co nie należy do świata ludzi, ani nawet do świata bogów. Zrozpaczony, odrzucił miecz i ruszył w stronę starych dębów, gdzie w cieniu wiekowych gałęzi mieszkał pustelnik, który jako jedyny pamiętał czasy, zanim w Glenullin postawiono pierwszy kamień.

Akt III: Wiedza Pustelnika i Ostateczne Więzienie

W samym sercu dębowego gaju, gdzie światło słoneczne docierało jedynie jako wyblakłe, szare smugi, mieszkał starzec, którego imienia nikt już nie pamiętał. Był częścią lasu, niemal tak stary jak wzgórza Derry. Gdy Cathán padł przed nim na kolana, opowiadając o potworze, który kpi sobie z grobu, pustelnik nie okazał zdziwienia. Jego oczy, mętne jak woda w bagnie, wbiły się w twarz wodza.

— Walczysz z cieniem, Cathánie — wychrypiał starzec. — Abhartach nie jest człowiekiem, którego można zabić stalą. To marbh-beo — żywy trup. Jego dusza jest przywiązana do tej ziemi przez demoniczną magię, a krew, którą pije, jest spoiwem, które trzyma jego rozkładające się ciało w całości.

Cathán zacisnął pięści. — Zabiłem go dwa razy! Czy mam go rąbać na kawałki, dopóki nie zostanie z niego pył?

— Nawet pył się połączy, jeśli ziemia go nie odrzuci — odparł pustelnik. — Musisz użyć sił starszych niż wasze miecze. Słuchaj uważnie, bo drugiej szansy nie będzie.

Pustelnik wyciągnął sękaty palec w stronę czarnego pnia cisu (iúr). Dla Celtów cis był drzewem wiecznym, panem przejścia, strażnikiem progu między światem żywych a krainą cieni. — Musisz wyciąć kołek z tego drewna. Tylko cisowa broń przebije serce, które nie bije, i zatrzyma w nim magię. Ale to nie wszystko. Abhartach musi zostać pochowany głową w dół. Jego moc musi spływać w głąb ziemi, karmić robactwo i korzenie, a nie dążyć ku górze, ku słońcu. Na koniec przywal go ciężkim głazem i obsadź dół krzewami głogu (sceach). Ich kolce będą ranić jego ducha, jeśli spróbuje się wydostać.

Cathán nie czekał. Wrócił do Glenullin z cisową gałęzią, którą ociosał własnoręcznie, czując, jak drewno pulsuje dziwną, surową energią. Trzecie starcie nie było bitwą — to była egzekucja. Gdy wódz dopadł karła, nie słuchał jego obietnic ani klątw. Jednym uderzeniem, wspartym całą desperacją ojca chroniącego swoje dzieci, wbił cisowy kołek prosto w środek sinej piersi Abhartacha.

Z ust potwora wydobył się dźwięk, którego Cathán nie zapomniał do końca swoich dni — długi, świszczący wydech, jakby z pękniętego miecha uchodziło powietrze nasycone zgnilizną. Oczy karła zgasły, a jego ciało zwiotczało.

Tym razem pochówek był inny. Wojownicy wykopali dół tak głęboki, że woda podskórna zaczęła wypełniać dno. Wrzucono tam ciało Abhartacha stopami ku niebu, a głową w dół, w stronę mrocznych czeluści ziemi. Zanim zasypano dół, Cathán przytoczył ogromny, nieociosany głaz, który z głuchym łoskotem osiadł na zwłokach. Wokół grobu, zgodnie z przykazaniem starca, posadzono gęsty wieniec dzikiego głogu.

Następnego ranka mgła opadła, ale tron w Glenullin pozostał pusty. Tylko ptaki w Dolinie Orła zaczęły śpiewać inaczej, jakby z powietrza zniknął ciężar, który dusił je przez lata. Miejsce to nazwano Slaghtaverty — od Leacht Abhartach, co w języku przodków oznacza po prostu: Grób Abhartacha.

Ale czy to był koniec? Zło, zwłaszcza to, które raz zasmakowało krwi, rzadko odchodzi na zawsze. Ono tylko zasypia, czekając, aż ktoś zapomni o starych ostrzeżeniach.

Akt IV: Cień w Slaghtaverty (Epilog współczesny)

Jeśli dziś wyruszysz z Belfastu i po niespełna godzinie jazdy dotrzesz do Maghera, znajdziesz się w miejscu, którego nie opisują kolorowe foldery turystyczne. Nie szukaj tu neonów, kas biletowych ani przewodników w przebraniach. Slaghtaverty to po prostu kawałek prywatnego pola, na którym czas postanowił stanąć w miejscu. To tutaj, pod sękatym, powykręcanym drzewem głogu, wciąż spoczywa Abhartach.

Miejscowi rolnicy, choć nowocześni i jeżdżący traktorami z GPS-em, omijają to miejsce szerokim łukiem. Legenda o „krwawym karle” nie jest dla nich bajką — to ostrzeżenie wypisane w genach. Istnieją relacje z ostatnich dekad, które mrożą krew w żyłach bardziej niż starożytne kroniki. W 1997 roku podjęto próbę uporządkowania terenu. Gdy drwale zbliżyli się do głogu, by go wyciąć, maszyny zaczęły wariować. Łańcuchy pił pękały bez powodu, silniki gasły w połowie obrotu, a jeden z robotników, który drasnął się w dłoń, ze zgrozą patrzył, jak jego krew wsiąka w ziemię nienaturalnie szybko, jakby coś pod spodem chciwie ją spijało.

Abhartach wciąż tam jest. Przykuty cisowym kołkiem, duszony ciężarem ogromnego głazu i magią kolczastych krzewów, czeka.

Jednak ta historia ma jeszcze jedno, drugie dno, które łączy zapomniane pole w Ulsterze ze światową popkulturą. Wielu badaczy, w tym wybitny folklorysta Bob Curran, uważa, że to właśnie tutaj bije źródło najsłynniejszego dreszczowca wszech czasów. Bram Stoker, rodowity dublińczyk, zanim stworzył postać hrabiego Drakuli, zaczytywał się w pracach P.W. Joyce’a, który szczegółowo opisał przypadek z Glenullin.

To nie rumuński Wład Palownik, lecz irlandzki neamh-mairbh — nieumarły karzeł — stał się modelem dla literackiego wampira. Zauważ to uderzające podobieństwo: Drakula, tak jak Abhartach, musi spoczywać w ziemi ze swojej ojczyzny i pije krew, by zachować pozory życia. Obaj są więźniami własnej ziemi i własnego nienasycenia.

Kiedy staniesz na polu w Slaghtaverty, poczujesz to osobiście. Nawet w słoneczny dzień atmosfera jest tu gęsta, a powietrze zdaje się wibrować od niewypowiedzianych szeptów. To nie jest park rozrywki; to autentyczne miejsce mocy, gdzie granica między światami jest cienka jak ostrze miecza Cathána.

Stary głóg, potomek tych, które posadzono przed wiekami, wciąż pilnuje wejścia do dołu. Jego gałęzie wyginają się w stronę ziemi, jakby chciały mocniej przycisnąć głaz do podłoża. Mieszkańcy Maghera wiedzą jedno: nie wolno majstrować przy kamieniu. Nie wolno kpić z cienia. Bo choć chrześcijaństwo i technologia opanowały wyspę, w głębi torfowisk Derry wciąż drzemie coś, co nie zna pojęcia czasu.

Odważysz się sprawdzić, czy kamień wciąż leży na swoim miejscu? Pamiętaj tylko o jednym — jeśli poczujesz nagły chłód na karku, nie odwracaj się. Abhartach nie lubi, gdy patrzy się na niego z góry.

Czerwony Głód z Ballyheeney: Historia Dearg Due

Akt I: Towar w cenie bydła

Jeśli wydaje ci się, że południowa Irlandia to tylko sielankowe zielone wzgórza i łagodne rzeki, to znaczy, że nigdy nie byłeś w hrabstwie Waterford po zmroku, gdy mgła znad rzeki Blackwater zaczyna lizać fundamenty starych wież mieszkalnych. Ziemia tutaj jest ciężka od historii, ale w okolicach Ballyheeney — Baile na hInne — ma ona specyficzny, żelazisty posmak. To tutaj rozegrała się tragedia, która udowodniła, że w Irlandii duchy nie rodzą się z mgły, lecz z niesprawiedliwości, której nie pomieściło żadne ludzkie sumienie.

W czasach, gdy lokalne klany mierzyły swoją wartość liczbą posiadanych poganiaczy i jakością pastwisk, w Ballyheeney żyła dziewczyna, której imienia kroniki nie zapisały, choć jej twarz wyryła się w pamięci pokoleń. Miała skórę białą jak płatki dzikiej róży, które targane są wiatrem na klifach Ardmore, i usta tak czerwone, że przypominały dojrzałe jagody jarzębiny — te same, które według druidów chroniły przed złymi urokami. Ironia polegała na tym, że przed jej własnym losem nie uchroniło jej nic.

Jej ojciec, lokalny kacyk o sercu twardszym niż krzemień wydobywany z okolicznych wzgórz, patrzył na nią i nie widział córki. Widział walutę. W świecie brutalnych sojuszy Waterford, uroda była towarem równie płynnym jak złoto czy bydło. Dziewczyna oddała serce ubogiemu młodzieńcowi — ich miłość była czysta, pachniała wrzosem i obietnicą wspólnego życia w cieniu starych dębów. Ale w tamtych czasach uczucia były luksusem, na który biedni nie mogli sobie pozwolić, a bogaci go nie rozumieli.

Ojciec odrzucił błagania córki z furią, która uciszyła całą dolinę. Zamiast sielanki, zgotował jej pakt z diabłem. Obiecał jej rękę wodzowi z Clashmore — człowiekowi, o którym szeptano, że krew płynąca w jego żyłach jest zimna jak woda w studni, a jedyną rzeczą, jaką kocha bardziej od swoich stad, jest zadawanie bólu. Był stary, bogaty i przesiąknięty sadyzmem, który budził lęk nawet u jego własnych wojowników.

Dzień ślubu w Ballyheeney przeszedł do legendy jako dzień, w którym natura odmówiła uczestnictwa w farsie. Gdy orszak prowadził dziewczynę do ołtarza, słońce, które jeszcze rano rozświetlało dolinę, nagle zgasło za czarnym całunem chmur. Wiatr, który zerwał się od strony wybrzeża, wył tak żałośnie, jakby same klify Waterford chciały ostrzec pannę młodą przed tym, co czeka ją za murami twierdzy w Clashmore. Ale klamka zapadła. Transakcja została domknięta krwią i złotem.

Mury twierdzy w Clashmore nie były zbudowane po to, by chronić — one miały więzić. Dla starego wodza młoda żona nie była partnerką, lecz najcenniejszym trofeum, które należało zamknąć w mroku, by nikt inny nie mógł nasycić wzroku jej urodą. Tak zaczyna się akt drugi tej tragedii, w którym czysta miłość zmienia się w czystą nienawiść.

Akt II: Wieża Milczenia i Głodowa Wolność

Małżeństwo, które miało być przypieczętowaniem potęgi dwóch rodów z Waterford, stało się najmroczniejszym z koszmarów, jakie znała ta ziemia. Brutalny mąż, owładnięty chorobliwą, wręcz zwierzęcą zazdrością, uwięził dziewczynę w najwyższej wieży swojej posiadłości. Okna były zbyt wąskie, by mogła przez nie uciec, a drzwi ryglowano od zewnątrz ciężkim dębem.

Codzienność w Clashmore nie niosła ze sobą nic poza upokorzeniem. Mówi się, że mąż czerpał sadystyczną satysfakcję z obserwowania, jak blask jej urody gaśnie w niewoli niczym dopalający się kaganek w wilgotnej krypcie. Każdy dzień przynosił nowe fizyczne katusze — rany na ciele, które nigdy nie miały czasu się zagoić, i rany na duszy, które piekły znacznie mocniej. Dziewczyna, odcięta od świata, od zapachu wrzosów i od jedynej osoby, którą kochała, zrozumiała, że w tym świecie nie ma dla niej sprawiedliwości.

Postanowiła więc odzyskać wolność w jedyny sposób, którego mąż nie mógł jej odebrać: poprzez odmowę istnienia.

To był akt najwyższego buntu. Przestała przyjmować pokarm. Dzień po dniu, godzina po godzinie, jej ciało nikło, stając się cieniem dawnej piękności. Skóra, niegdyś biała jak płatki róży, stała się pergaminowa i przezroczysta, opięta ciasno na wystających kościach. Mąż w swojej pysze sądził, że to tylko kolejna kobieca fanaberia, próba zwrócenia na siebie uwagi, dopóki nie zrozumiał, że patrzy w oczy kogoś, kto już jedną nogą stoi po drugiej stronie.

Gdy w końcu wydała ostatnie tchnienie w zimnej, kamiennej celi, jej oczy nie zamknęły się w pokoju. Zastygły w wyrazie nieskończonej, lodowatej nienawiści skierowanej ku tym, którzy ją sprzedali i tym, którzy ją katowali. Śmierć w Ballyheeney nie była jednak końcem — była zaledwie inkubacją czegoś znacznie groźniejszego.

Pochowano ją szybko i bez honorów w pobliżu sękatego drzewa, które do dziś wyznacza granicę między światem żywych a zapomnianą historią. Jej ojciec i mąż, zadowoleni, że kłopotliwa „własność” przestała generować koszty i problemy, nie uronili ani jednej łzy. Podnieśli puchary, świętując powrót do brutalnych interesów, nie wiedząc, że ziemia irlandzka, nasiąknięta magią dawnych wierzeń i bólem niewinnych, właśnie zaczyna proces trawienia ich zdrady.

Dokładnie rok po pogrzebie, w rocznicę jej śmierci, gdy księżyc nad Waterford przybrał barwę mętnej miedzi, darń nad grobem pękła z głuchym trzaskiem. To nie był duch, który ulotnił się ku niebu. To była siła natury, która wygrzebała się z ciemności, by wyrównać rachunki.

Akt III: Powrót Dearg Due

Z mroku pękniętej darni wyłoniła się postać o skórze trupio bladej, nienaturalnie napiętej na drapieżnych rysach twarzy. Jej oczy nie były już błękitne jak niebo nad Waterford; płonęły lodowatym, mściwym ogniem, który widzi tylko jeden cel. W Irlandii wierzy się, że w takich chwilach zmarły nie wraca jako eteryczna zjawa, którą można odpędzić modlitwą. Wraca jako marbh-beo — siła fizyczna, głodna i nieubłagana.

Pierwsze kroki Dearg Due skierowała tam, gdzie wszystko się zaczęło: do domostwa swojego ojca. Znalazła go pogrążonego w głębokim śnie, otoczonego luksusami, które kupił za cenę jej życia i godności. Przysiadła na jego piersi, a ciężar jej nieumarłego ciała sprawił, że stary wódz obudził się z dławiącym krzykiem uwięzionym w gardle. Zanim zdążył wydać choćby szept błagania, zatopiła zęby w jego tętnicy.

Wyssała z niego życie z taką zachłannością, że gdy skończyła, w pościeli zostało jedynie wysuszone, pożółkłe truchło, pozbawione choćby kropli krwi. To był pierwszy zwrot długu.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 21.17