E-book
15.75
Możesz być, kim chcesz

Bezpłatny fragment - Możesz być, kim chcesz

Miłość, która pokonała śmierć


Objętość:
17 str.
ISBN:
978-83-8414-305-6

MOŻESZ BYĆ, KIM CHCESZ…

Wiem, że uwolniony możesz przejść

za kurtynę istnienia CLOSTERKELLER

A zatem umarłem.

Tak wygląda śmierć, pomyślałem, patrząc na swoje obolałe i pokłute ciało, leżące teraz — i od ponad miesiąca — na hospicyjnym łóżku.

Tak ładnie wyglądasz, kiedy śpisz, powiedziała kiedyś Iza, jeszcze gdy byłem u siebie; było to zaraz na drugi dzień, gdy wychodziła ode mnie śpiącego. Bolała mnie głowa, bolało mnie wszystko, a ona powiedziała, że jest trzecia w nocy i musi wrócić do domu, bo przy mnie nie zaśnie, a rano musi do pracy (pracowała zdalnie i mogła to robić, siedząc choćby razem ze mną w pościeli).

Iza. Przez ten cały czas byłem do niej przywiązany jak zwierzę, jak pies wzięty ze schroniska, do którego trafił wówczas, gdy jego pan lał go rozgrzanym do czerwoności prętem.

Pokazała mi, że życie może wyglądać inaczej, że może jestem czegoś wart. Jaką wartość miałem dla niej? Czasami widziałem, jak w jej zielonych oczach zapalały się dalekie, tęskne ognie, gdy podawała mi kubek ze słomką i czule opierała ją na mojej dolnej wardze.

Co ty we mnie widzisz, mała dziewczynko, pytałem wtedy bezgłośnie. Co ja ci mogę dać, stary dziad, który mógłby być twoim ojcem, dziad, który od miesiąca nie wychodzi z łóżka?

Za chwilę do niej zadzwonią, uświadomiłem sobie. Zaraz jej powiedzą, że nie żyję.

Nie zacząłem się jeszcze martwić, gdy usłyszałem kroki. Odwróciłem wzrok od mojego ciała zastygłego w śnie, który zaszedł odrobinę za daleko — i zobaczyłem ich: Leszka i Heńka, tych dwóch, którzy w ciągu tego miesiąca, gdy tutaj leżałem, umarli obok mnie, na łóżku, na które mnie przeniesiono i na którym ja również umarłem.

— W końcu i na ciebie przyszła pora — westchnął Heniek, spoglądając melancholijnie na moje tężejące ciało.

— To wy nie dawaliście mi spać? — zapytałem — To wy tutaj bez przerwy łaziliście po nocach?

— My — potwierdził Leszek — Jakoś głupio nam było na ciebie nie poczekać.

— Straszyć jakoś nie było głupio.

Wzruszyli tylko ramionami. Na razie patrzyliśmy więc, jak przyszła lekara z pielęgniarą i tak gapiły się na mnie, to znaczy na moje ciało, gapiły się, gapiły i nagle jedna powiedziała do drugiej:

— Ty. On chyba nie oddycha.

Brawo, ajnsztajnie! Chciałem zawołać i poklepać ją po plecach opatulonych białym kombinezonem, w którym wyglądała jak bałwan. Chciałem też zerwać jej tę przyłbicę i maskę kretyńską, spojrzeć jej prosto w oczy — tylko je oglądałem przez miesiąc — i ryknąć: zdejmij te szmaty z siebie, skończże te przebieranki, ja już nie żyję, słyszysz? Martwy jestem, niczym cię już nie zarażę, zresztą nie słyszałem, żeby ktoś zaraził się rakiem, bo gdybyś nie wiedziała, to na to właśnie umarłem, przez tego skurwysyna, który wyżarł mi mózg i kości, kiedy ty dawałaś mi inhalacje na zapalenie płuc.

Zamiast tego wybąkałem jednak:

— Rzetelna diagnostka — a Leszek i Heniek pokiwali w milczeniu głowami.

— Co mu wpisać? — zapytała retorycznie lekara, wzdychając głośno.

— To, co wszystkim — uroniła łezkę pielęgniara, Anula moja ulubiona, z którą tyle godzin tu przegadałem — Co się będziemy dużo zastanawiać i kłopoty sobie robić.

I tak sprawa mego zgonu została sformalizowana. Popatrzyliśmy jeszcze chwilę na moje truchło, po czym przenieśliśmy się do parku przed budynek.

— Co będziesz robił, dokąd pójdziesz? — zapytał Leszek i, słowo daję, słyszałem w jego głosie troskę.

— A ja nie wiem, zależy, gdzie to się tam po śmierci idzie — pokręciłem głową — Na razie bym chętnie zapalił.

Obydwaj ryknęli śmiechem.

— Widać, że nic a nic się nie znasz. Teraz już nie ma: dokąd się idzie. Teraz się decyduje samemu. Chodzi o to, żeby się nie pałętać niepotrzebnie. Możesz być, kim chcesz: psem, kurwa, ślimakiem, jak ci bardzo zależy, możesz zamieszkać w silniku autobusu i napierdalać codziennie kilometry, grunt, żebyś się na coś zdecydował.

— Serio? — otworzyłem szeroko oczy — to ja chcę być…

— A to już nas chuj obchodzi — mruknął któryś z nich i obaj zniknęli.

Nie było mi łatwo przez te kilka sekund — zostawili mnie, a ja nie wiedziałem, co i jak mam robić! Możesz być, kim chcesz, przypomniałem sobie ich słowa, możesz być, gdzie chcesz, od twojej woli zależy. Kiedy ostatnio coś zależało od mojej woli? Westchnąłem bezgłośnie. W ciągu całego mojego niezbyt długiego życia nigdy nie dostawałem, o co prosiłem, a czego nie chciałem —

los mi zsyłał jak kupę gołębią na świeżo umyty samochód. W tej chwili chciałem jednego: zobaczyć się z Izą i sprawdzić, jak zareagowała na wieść o mojej śmierci.

— Pan Mariusz odszedł… Przed chwilą… We śnie…. Miał takie szczęście, tylko trzem procentom się to przytrafia… — bąkała lekara przez telefon, a ja czułem, jak Izie zaschło w gardle i nie mogła uwierzyć w to, co właśnie słyszy.

— Boże… — wyszeptała tylko, a ja nie wiedziałem, którego z bogów ma na myśli. Tylu ich się namnożyło!

— Czy to pani zajmie się pochówkiem? — spytała smętnie lekara, a ja widziałem, jak oczy Izy otwierają się coraz szerzej i szerzej, i zaczyna jej brakować powietrza.

— Zostaw ją! Po co ją męczysz?! — z całej siły pchnąłem lekarę, ale tylko przepłynąłem przez jej ramiona. Szlag, po śmierci do tak wielu rzeczy trzeba się przyzwyczaić.

— Nie wiem… — jąkała się tymczasem Iza — Ktoś… ktoś się odezwie, ktoś zadzwoni. Dziękuję…

Jak mówili Leszek i Heniek, wystarczyło tylko użyć siły woli, by przemieścić się tam, dokąd chcę, czyli w tym przypadku do mieszkania Izy.

Pierwszą noc po moim zgonie przeżyła bardzo źle. Prawie w ogóle nie spała, śniły się jej jakieś koszmary, szamotała się i krzyczała. Gdy nie spała, wyglądała czegoś z natężeniem w ciemnościach, a w pewnej chwili nasze spojrzenia się spotkały i tak trwaliśmy kilka sekund, patrząc na siebie. Ja o tym wiedziałem, Iza o tym nie wiedziała.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.