E-book
31.5
drukowana A5
54.18
Mówisz przez sen

Bezpłatny fragment - Mówisz przez sen


Objętość:
219 str.
ISBN:
978-83-8467-698-1
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 54.18

Prolog

Kłodzko, noc z 7 na 8 lipca 1997

Obudziła mnie cisza.

Przez trzy dni deszcz bębnił o parapet tak równo, że przestałam go słyszeć, jak nie słyszy się lodówki. Teraz ustał i w pokoju zrobiło się za dużo miejsca. Leżałam z otwartymi oczami i liczyłam róże na tapecie, bo mama mówiła, że kto liczy, ten się nie boi. Doszłam do czternastu.

Potem usłyszałam wodę. Nie padała. Szła.

Wstałam i podeszłam do okna boso, po zimnych deskach. Ogrodu nie było. Tam, gdzie wieczorem rosły porzeczki taty, leżało coś czarnego i gładkiego, a w tym czarnym odbijała się latarnia z Łąkowej, cała, razem ze słupem. Z huśtawki została górna belka. Furtka do Cieślaków stała otworem i kiwała się, chociaż nie było wiatru.

Przy furtce pływało coś żółtego.

Przyłożyłam czoło do szyby. Żółte przesunęło się kawałek, zaczepiło o sztachety i obróciło powoli, jak liść w kałuży. Iga miała żółty płaszcz przeciwdeszczowy z kapturem w kształcie kaczego dzioba. Śmiałam się z niego jeszcze po południu.

— Asiu.

Mama stała w drzwiach. Nie zapaliła światła. Na koszulę nocną włożyła sweter taty i ten sweter był do łokci ciemniejszy niż wyżej. Z włosów kapało jej na podłogę. Kap. Kap. Policzyłam do sześciu.

— Mamo, tam jest…

— Odejdź od okna.

Powiedziała to cicho, bez złości, głosem, którym w przychodni mówiła do pacjentów przed zastrzykiem. Podeszła, wzięła mnie pod pachy, choć byłam już na to za duża, i zaniosła do łóżka. Ręce miała lodowate. Pachniała rzeką.

— Woda przyszła — wyjaśniła. — Tata nosi rzeczy na górę. Nic nam nie będzie, dom stoi wysoko.

— A Iga?

Poprawiała mi kołdrę. Długo, róg po rogu.

— Iga jest u siebie. Poszła do domu przed kolacją, pamiętasz? Sama ją odprowadziłaś do furtki.

Pamiętałam co innego. Ale kiedy mama patrzyła na mnie w ten sposób, to, co pamiętałam, robiło się miękkie jak chleb w mleku i nie dawało się już wziąć do ręki.

Wyszła na chwilę. Wróciła z magnetofonem taty, tym szarym, na którym nagrywał listę przebojów z Trójki. Postawiła go na stoliku przy moim łóżku, rozwinęła kabel mikrofonu i oparła mikrofon o lampkę, główką w moją stronę.

— Po co to?

— Mówisz przez sen, żabko. Mama chce wiedzieć, co ci się śni. — Wcisnęła dwa klawisze naraz. Coś szczęknęło i zaczęło cicho szumieć. — Śpij.

Czerwona lampka świeciła do rana.

Nie wiem, co jej tamtej nocy powiedziałam.

Rozdział 1. Klucz

Kłodzko, listopad 2026

Matkę pochowaliśmy w piątek, a w poniedziałek wciąż nie umiałam wejść do jej pokoju.

Mijałam te drzwi po kilkanaście razy dziennie, bo w domu na Łąkowej wszystko leży przy jednym korytarzu: kuchnia, łazienka, schody na górę. Białe, olejne, z mosiężną klamką wytartą do srebra w miejscu, gdzie kładzie się kciuk. Za każdym razem przyspieszałam. Trzydzieści siedem lat, własna firma, kredyt na mieszkanie na Jeżycach, a ja przemykałam obok kawałka drewna jak ośmiolatka obok piwnicy.

Wiktor wyjechał w sobotę rano. Pacjenci, dyżur w poradni, nie mógł przełożyć. Zanim wsiadł do samochodu, przytrzymał moją twarz w dłoniach, tak jak trzyma się coś, co może się wylać.

— Trzy dni, Asiu. Podpiszesz u notariusza, co trzeba, i wracasz. Resztą niech się zajmie Renata, mieszkała tu, zna każdy papier.

— Nie zostawię jej samej z całym domem.

— Twoja siostra od dwóch lat radzi sobie z całym domem. — Pocałował mnie w czoło. — Tabletki masz w kosmetyczce, w bocznej kieszeni. Jedną, nie pół. Tu nie będziesz spała bez nich.

Miał rację, jak zwykle. Pierwszej nocy bez tabletki obudziłam się o trzeciej na środku dawnego pokoju dziecinnego, na stojąco, z ręką na parapecie. Nie pamiętałam, jak wstałam. Stopy miałam zimne, jakbym tak stała długo.

W poniedziałek Renata siedziała w kuchni od szóstej. Rozłożyła na ceracie segregatory i sortowała papiery matki na trzy kupki, nie podnosząc głowy. Moja siostra robi wszystko tak, jak wydaje leki w aptece: bez jednego zbędnego ruchu. Siedem lat starsza, o głowę niższa, włosy ścięte przy samej szyi, odkąd pamiętam. Na pogrzebie nie płakała. Ja też nie, ale ona nie płakała inaczej, jak ktoś, kto swoje odrobił wcześniej.

— Kawa jest w dzbanku — powiedziała. — W czwartek o dziesiątej przychodzi pan z agencji. Chce zrobić zdjęcia, póki są liście na buku, podobno lepiej się sprzedaje.

— Już w czwartek?

— A na co czekać?

Nalałam sobie kawy. Była letnia i za mocna, matczyna. W tym domu nikt nigdy nie nauczył się parzyć jej inaczej.

— Myślałam, że najpierw przejrzymy rzeczy. Razem.

— Przejrzymy. Ty weź górę, swój pokój i strych. Ja biorę dół. — Odłożyła rachunek za gaz na środkową kupkę. — Pokój mamy zostaw mnie.

Powiedziała to zwyczajnie, między gazem a prądem. Gdybym zarabiała na życie czymkolwiek innym, pewnie bym nie zauważyła.

Ale ja od czternastu lat słucham cudzych głosów. Prokuratury, sądy i kancelarie przysyłają mi nagrania, a ja zamieniam je w tekst: przesłuchania, rozprawy, podsłuchy, czasem rozmowę z dyktafonu schowanego w kieszeni. Tysiące godzin ludzi, którzy mówią prawdę, i ludzi, którzy mówią coś innego. Nie umiem czytać w myślach. Umiem słyszeć, kiedy zdanie zostało przygotowane wcześniej. Takie zdania mają za równe tempo i za czysty początek, bez tego małego wdechu, który bierze człowiek, zanim jeszcze wie, co powie.

Pokój mamy zostaw mnie nie miało wdechu.

— Dlaczego? — zapytałam.

— Bo ja ją myłam, Joanna. Ja zmieniałam pościel i pampersy, i liczyłam krople. Ty przyjeżdżałaś na Wielkanoc. — Teraz na mnie spojrzała. Oczy ma po ojcu, szare, płaskie. — Nie chcę, żebyś tam grzebała. Tyle chyba mogę.

Na to nie ma odpowiedzi i obie o tym wiedziałyśmy. Dopiłam kawę. Za oknem buk zrzucał liście na trawnik, tam, gdzie kiedyś rosły porzeczki. Ojciec wykarczował je jesienią po powodzi, wszystkie krzaki w jedno popołudnie. Mówił, że ziemia po wielkiej wodzie jest kwaśna i nic na niej nie urośnie. Trawa urosła bez kłopotu.

Do południa znosiłam ze strychu kartony. Świadectwa, bombki, moje zeszyty z podstawówki przewiązane sznurkiem od snopowiązałki. Wiktor zadzwonił o pierwszej, między pacjentami, słyszałam, jak zamyka drzwi gabinetu.

— Jak spałaś?

— Dobrze.

— Wzięłaś?

— Wzięłam.

— Całą?

— Wiktor.

— Pytam, bo cię znam. — W słuchawce skrzypnął fotel. — Ten dom ci nie służy, kochanie. Nigdy ci nie służył. Po każdej wizycie u matki odchorowywałaś tydzień, pamiętasz zeszłą Wielkanoc? Nie rób sobie tego. Podpisz, zamknij i wróć.

Mój mąż jest psychiatrą i ma głos, za który ludzie płacą trzysta pięćdziesiąt złotych za godzinę: niski, cierpliwy, zawsze o pół tonu spokojniejszy niż rozmówca. Zakochałam się najpierw w tym głosie, dopiero potem w reszcie. Przepisywałam wtedy jego opinię sądową z dyktafonu i przyłapałam się na tym, że cofam nagranie, choć wszystko zrozumiałam za pierwszym razem.

— Do środy — obiecałam.

— Do środy. I nie siedź sama po nocach nad starymi szpargałami.

Renata wyszła za dwadzieścia szósta. W tym tygodniu miała nocne dyżury w aptece przy rynku, od osiemnastej do ósmej. Słyszałam, jak w korytarzu wkłada buty, jak brzęczą klucze. Potem krótka cisza, jeden suchy metaliczny zgrzyt i dopiero trzask drzwi wejściowych.

Odczekałam, aż jej samochód wytoczy się na Łąkową. Wyszłam na korytarz.

Drzwi matki były zamknięte, jak przez cały weekend. W zamku tkwił klucz, stary, z kółkiem wielkości pięciozłotówki. To jego Renata przekręciła przed wyjściem.

Stałam i patrzyłam na ten klucz dobrą minutę, zanim dotarło do mnie, co się nie zgadza. Nie to, że siostra zamyka przede mną pokój. To jeszcze umiałam sobie wytłumaczyć.

Klucz był wytarty tak samo jak klamka. Lata przekręcania. A tkwił w zamku od strony korytarza.

Matka przez ostatnie pół roku nie wstawała z łóżka. Wcześniej chodziła o balkoniku, a jeszcze wcześniej była kobietą, która nie zamykała nawet łazienki, bo czego niby miałaby się wstydzić we własnym domu. Ten pokój nigdy nie był zamykany przed kimś z zewnątrz.

Zamykano w nim ją.

Rozdział 2. Czterdzieści trzy

Klucz obrócił się bez oporu, naoliwiony.

Spodziewałam się zapachu choroby. Tymczasem pokój pachniał lawendą i płynem do podłóg, tak czysto, jak pachnie miejsce, z którego coś usunięto. Łóżko rehabilitacyjne wróciło już do wypożyczalni, po kółkach zostały cztery wgniecenia w wykładzinie. Został tapczan pod ścianą, stolik nocny z białymi kręgami po kubkach, krzyżyk z Lichenia. Zasłony zaciągnięte. Zapaliłam górne światło i żarówka zabrzęczała, zanim się rozgrzała.

Na wewnętrznej stronie drzwi, przy klamce, farba była zdarta do gołego drewna. Wąskie, równoległe pasma, cztery obok siebie. Przyłożyłam do nich palce. Pasowały.

Cofnęłam rękę i wytarłam ją o spodnie, jakbym dotknęła czegoś mokrego.

Demencja, powiedziałam sobie. Ludzie z demencją wędrują nocami, wychodzą na mróz w koszuli, odkręcają gaz. Renata pracowała na zmiany, musiała spać. To się robi, w tysiącach domów w tym kraju ktoś co wieczór przekręca taki klucz i nie jest przez to potworem. Wiktor wyjaśniłby mi to w trzech zdaniach i jeszcze bym przeprosiła, że pytam.

Tylko że nikt mi nie powiedział. Dzwoniłam co niedzielę. Mama śpi. Mama dziś słabo kojarzy. Mama pozdrawia.

Szafa stała tam, gdzie zawsze, trzydrzwiowa, na wysoki połysk, z lustrem pośrodku. Zobaczyłam w nim kobietę w rozciągniętym swetrze, z włosami związanymi gumką recepturką, i przez sekundę nie byłam pewna, która z nas trzech to jest. Otworzyłam lewe skrzydło, żeby przestać patrzeć.

Płaszcze. Garsonka z wesela Renaty, które nie doszło do skutku. Fartuchy pielęgniarskie, wykrochmalone i złożone w kostkę dwadzieścia lat po tym, jak przeszła na emeryturę. Na dnie buty w równym szeregu, noskami do przodu, a za butami, w samym kącie, kartonowe pudło po kozakach Relaks, przewiązane białą tasiemką do bielizny.

Nie wiem, czemu wyciągnęłam właśnie je. Może przez tę tasiemkę. Matka niczego nie wiązała na kokardę, jeśli nie zamierzała do tego wracać.

Postawiłam pudło na tapczanie. Dno szafy pokrywał kurz, szary i równy, z jaśniejszym prostokątem w miejscu, gdzie stało. Samo pudło było czyste. Przejechałam palcem po wieczku i palec został suchy.

Ktoś je niedawno wyjmował. I ktoś je odstawił dokładnie w ten sam ślad.

Kokarda puściła przy pierwszym pociągnięciu.

Kasety. Ustawione grzbietami do góry, ciasno, w dwóch rzędach. Stilon Gorzów, potem TDK, kiedy w sklepach zrobiło się lepiej. Na każdym grzbiecie pasek plastra z apteczki, a na plastrze niebieski długopis i pismo, które rozpoznałabym na końcu świata, bo tym pismem podpisywano moje usprawiedliwienia: litery proste jak w karcie gorączkowej, siódemki z kreseczką.

Asia 8 VII 97.

Asia 9 VII 97.

Asia 10 VII 97.

Usiadłam, bo kolana zrobiły się nie moje.

Lipiec był cały, dzień po dniu, bez jednej przerwy. W sierpniu co druga, co trzecia noc. Jesienią raz w tygodniu. Dziewięćdziesiąty ósmy rzadziej, czasem z dopiskiem drobniejszym drukiem: gorączka, po wywiadówce, po wizycie p. C. Ostatnia nosiła datę 23 XII 99. Miałam wtedy dziesięć lat i od dawna byłam przekonana, że śpię jak każde dziecko.

W rogu każdej etykiety, ołówkiem, stał numer w kółku. Zaczęłam je układać na narzucie, bo układanie to coś, co umiem robić, kiedy nie umiem myśleć. Jeden, dwa, trzy. Kasety stukały o siebie jak kostki domina. Doszłam do czterdziestu czterech.

Przeliczyłam pudełka. Czterdzieści trzy.

Ułożyłam jeszcze raz, wolniej. Dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa, dwadzieścia cztery.

Dwudziestej trzeciej nie było. Dwudziesta druga pochodziła z 14 września 1997, dwudziesta czwarta z 2 października. Między nimi matka opuściła dwa i pół tygodnia albo ktoś opuścił je za nią.

Tej nocy nie wzięłam tabletki. Siedziałam w kuchni nad pudłem, piłam zimną kawę z dzbanka i słuchałam domu. Stare domy nad rzeką nigdy nie milczą do końca: rury, więźba, wilgoć pracująca w murach. O czwartej nad ranem przyłapałam się na tym, że trzymam kasetę numer jeden przy uchu, jak muszlę.

Renata wróciła kwadrans po ósmej. Usłyszałam samochód, furtkę, klucz. Weszła do kuchni w płaszczu, z siatką z piekarni, i zatrzymała się w progu tak gwałtownie, że bułki stuknęły o framugę.

Patrzyła na pudło. Nie na mnie.

— Skąd to masz.

Bez znaku zapytania.

— Z szafy mamy.

— Zamknęłam ten pokój.

— I zostawiłaś klucz w zamku. Tak jak przez ostatnie dwa lata, jak rozumiem. Od zewnątrz.

Coś przeszło jej przez twarz i zgasło. Odłożyła siatkę na blat, bardzo starannie, i zaczęła rozpinać płaszcz od dołu.

— Wychodziła nocami. Raz znalazłam ją przy kładce, w kapciach, w lutym. Chcesz mi coś na ten temat powiedzieć, to proszę, tylko najpierw przypomnij mi, gdzie wtedy byłaś.

— Nie o tym mówię. — Położyłam dłoń na wieczku. — Co to jest, Renata?

— Śmieci.

— Czterdzieści trzy kasety z moim imieniem.

— Lunatykowałaś. — Powiesiła płaszcz na oparciu krzesła i wygładziła rękaw. — Po powodzi krzyczałaś przez sen, chodziłaś po domu, raz ojciec zdjął cię z parapetu. Doktor Maliszewski kazał mamie zapisywać, co mówisz, a jej było łatwiej nagrywać, bo pracowała na zmiany. To wszystko. Dwa lata temu, jak jeszcze wiedziała, na jakim świecie żyje, kazała mi to spalić. Obiecałam.

— To dlaczego nie spaliłaś?

Odpowiedziała od razu. I to było gorsze, niż gdyby się zawahała.

— Nie znalazłam.

Pudło stało za butami w szafie, którą moja siostra otwierała codziennie przez dwa lata, żeby wyjąć czystą koszulę nocną. Żadna z nas nie powiedziała tego na głos. Tykał zegar nad lodówką, ten z kogutem.

— Oddaj mi to — poprosiła. Ciszej. — Joanna. Tam jest chore dziecko, które płacze za koleżanką. Nic więcej. Po co ci to?

— Brakuje jednej.

— Słucham?

— Są ponumerowane. Brakuje dwudziestej trzeciej.

Nie patrzyłam na jej twarz, tylko słuchałam. Wdech przyszedł o ułamek sekundy za późno i był za płytki, urwany w połowie, jak u świadka, któremu obrońca zadał pytanie spoza listy.

— Nie mam pojęcia, o czym mówisz — powiedziała Renata. — Idę spać. Rób, co chcesz. Tylko nie dzwoń potem do mnie o trzeciej nad ranem, żebym cię ściągała z parapetu.

Schody zaskrzypiały pod nią jedenaście razy. Policzyłam.

Zostałam sama z czterdziestoma trzema kasetami i dopiero wtedy przyszło mi do głowy coś zupełnie prostego. W całym domu, w moim samochodzie, w moim życiu nie było niczego, na czym dałoby się ich posłuchać.

Poza piwnicą. Ojciec nie żył od dwudziestu dwóch lat, ale matka nie wyrzuciła z jego warsztatu ani jednej śrubki.

Rozdział 3. Żabko

Do piwnicy schodzi się w tym domu po dziewięciu betonowych stopniach, a na ścianie, na wysokości mojego mostka, biegnie brunatna kreska. Ojciec poprawiał ją farbą co kilka lat, żeby nie zblakła. Tu stała, mówił gościom i stukał w mur knykciem, z dumą człowieka, który przegrał z kimś naprawdę dużym.

Warsztat mieścił się za kotłownią. Imadło, słoiki po dżemie pełne wkrętów, przybite wieczkami do półki, kalendarz z roku 2004 otwarty na marcu. Magnetofon stał na regale pod folią malarską. Szary Grundig z dwiema kieszeniami, ten sam. Poznałam go po pękniętym pokrętle głośności, które kiedyś skleiłam ojcu gumą do żucia i dostałam za to po łapach.

Podłączyłam go do przedłużacza. Zapaliła się zielona dioda i coś w środku ruszyło z cichym jękiem, jak pies, którego ktoś wreszcie zawołał po imieniu.

Słuchawki przyniosłam swoje, z samochodu. Zamknięte, studyjne, wożę je wszędzie, bo sądy lubią przypominać sobie o terminach w piątek po południu. W pracy mam swoją procedurę: pierwsze odsłuchanie bez pisania, całe, żeby poznać głosy. Drugie z klawiaturą. Trzecie tylko tam, gdzie mam wątpliwości. W nawiasach kwadratowych zapisuję to, czego nie jestem pewna, i nigdy, pod żadnym pozorem, nie wpisuję słowa, którego nie słyszę, nawet jeśli z kontekstu wynika, że musiało paść.

Otworzyłam notes. Napisałam na górze strony: Kaseta 1, 8 VII 97, strona A. Wyglądało to jak każde inne zlecenie i o to mi chodziło.

Klawisz wszedł ciężko.

Szum. Taśma miała dwadzieścia dziewięć lat i brzmiała jak deszcz padający w sąsiednim pokoju. Pod szumem coś równiejszego: oddech. Krótki, dziecięcy, z lekkim poświstem na wydechu, bo tamtego lata miałam wiecznie zapchany nos.

Nie byłam przygotowana na to, że go poznam. Że ciało pamięta własny oddech sprzed trzech dekad tak, jak pamięta się zapach klatki schodowej.

Długo nic. Skrzypnięcie tapczanu. Daleko, za ścianą, męski głos i szuranie, jakby ktoś przesuwał szafę. Ojciec nosił rzeczy na górę. Licznik pokazywał sto czterdzieści, kiedy dziecko westchnęło i zaczęło mówić.

Bełkot, na początku. Sylaby bez spółgłosek. Przesunęłam pokrętło, przycisnęłam słuchawki dłońmi.

— ...mna. Zimna. Nie chcę.

Pauza. Pociągnięcie nosem.

— Iga, wracaj. Wracaj, bo powiem.

Zapisałam. Długopis zostawił w kartce rowek.

— Ja nie chciałam.

To było wyraźne. Wyraźniejsze niż wszystko przedtem, wypowiedziane cienko i z tą urażoną śpiewnością, z jaką dzieci tłumaczą się ze stłuczonej szklanki.

— Ja nie chciałam, ona sama. Ona sama…

A potem, tuż przy mikrofonie, tak blisko, że usłyszałam wilgoć w ustach, odezwała się moja matka.

— Co ona sama, Asiu?

Zatrzymałam taśmę.

Siedziałam w piwnicy, w której pachniało smarem i mokrym wapnem, i patrzyłam na własną rękę na klawiszu. Trzęsła się. Trzy dni wcześniej stałam nad trumną tej kobiety i nie czułam nic poza zmęczeniem. Teraz wystarczyły trzy słowa. Miała na tej taśmie pięćdziesiąt jeden lat i mówiła szeptem, którego nie pomyliłabym z żadnym innym: tym od termometru i od pokaż język.

Nie spała. To zrozumiałam najpierw. Była trzecia, czwarta nad ranem, pod domem stała woda, mąż ratował meble, a ona siedziała po ciemku przy łóżku ośmioletniej córki i czekała, aż ta zacznie mówić.

Puściłam dalej.

— Co ona sama? — powtórzyła matka. Cierpliwie.

— Nie powiem.

— Mamie możesz.

— Nie powiem, nie powiem, nie… — Głos przeszedł w zawodzenie, tapczan zaskrzypiał mocno, raz i drugi. Rzucałam się. — Żółte! Tam jest żółte!

— Ciii. Już. Leż.

Szelest pościeli. Coś jak głaskanie, dłoń przesuwana po włosach, suchy, rytmiczny dźwięk tuż przy mikrofonie. Trwało to długo. Oddech dziecka zwalniał, wyrównywał się, znów pojawił się poświst. Sięgałam już do klawisza, przekonana, że to koniec, że zaraz usłyszę kroki i trzask wyłączanego nagrywania.

Zamiast tego matka odchrząknęła. I zmieniła głos.

Nie umiem tego opisać inaczej. Ten sam szept, ale bez ciepła, równy, z odstępami między słowami. Tak czyta się na głos ulotkę leku komuś, kto słabo słyszy.

— Posłuchaj mamy. Iga poszła do domu przed kolacją. Odprowadziłaś ją do furtki. Miała żółty płaszczyk. Pomachała ci i zamknęła furtkę. Potem jadłaś zupę.

Cisza. Szum.

— Powtórz, żabko. Iga poszła do domu.

I dziecko, zza snu, z dna, głosem bez żadnej intonacji:

— Iga… poszła do domu.

— Odprowadziłam ją do furtki.

— ...do furtki.

— Pomachała mi.

— Pomachała.

— Dobrze. Jeszcze raz. Iga poszła do domu przed kolacją.

Przeszły przez to cztery razy. Liczyłam, bo liczenie to jedyna rzecz, jaką po niej mam. Przy czwartym dziecko wypowiadało już całe zdania samo, sennie i gładko, jak wierszyk na akademię. Potem trzasnął klawisz i została sama taśma, pusta do końca strony.

Nie zdjęłam słuchawek. Grundig kręcił się dalej, szpulka ciągnęła ciszę z lewej na prawą.

Opowiem teraz, co wiedziałam o tamtym dniu, zanim zeszłam do piwnicy. Co wiedziałam całe życie.

Iga Cieślak, lat dziewięć, córka sąsiadów zza płotu, zaginęła siódmego lipca 1997 roku podczas powodzi w Kłodzku. Ciała nie odnaleziono. Jej nazwisko jest na tablicy przy moście, czwarte od góry. Tamtego popołudnia bawiła się u nas w ogrodzie, a przed kolacją poszła do domu. Wiem, bo ją odprowadziłam. Widzę to: żółty płaszczyk z kaczym dziobem, mokre sztachety, jej rękę nad furtką. Pomachała mi. Zamknęła za sobą. Potem jadłam zupę, pomidorową z ryżem.

To samo powiedziałam milicjantowi — nie, policjantowi, młodemu, z wąsami, który przykucnął, żeby nie patrzeć na mnie z góry. To samo pani Cieślakowej, która przez dwa lata przychodziła do naszej kuchni i pytała, czy Iga mówiła, dokąd idzie. To samo psycholog szkolnej, to samo Wiktorowi na trzeciej randce, kiedy zapytał, skąd te koszmary. Byłam ostatnią osobą, która ją widziała. Pomachała mi przy furtce.

To nie jest coś, co mi powiedziano. To jest coś, co mam. W kolorze, z fakturą, z chłodem mokrej sztachety pod palcami. Najwyraźniejszy obraz z całego mojego dzieciństwa, wyraźniejszy niż twarz ojca.

Spojrzałam na notes. Na swoje pismo, równe, zawodowe.

M: Iga poszła do domu przed kolacją. Odprowadziłaś ją do furtki. Miała żółty płaszczyk. Pomachała ci i zamknęła furtkę. Potem jadłaś zupę.

Słowo w słowo. Nawet zupa.

A linijkę wyżej, moją ręką, bez nawiasów kwadratowych, bo słyszałam to bez żadnych wątpliwości:

Dz: Ja nie chciałam. Ona sama.

Gdzieś nade mną, dwa piętra wyżej, skrzypnęła podłoga. Renata nie spała.

Przewinęłam taśmę do początku i wsunęłam do notesu czystą kartkę. Zostały mi jeszcze czterdzieści dwie.

Rozdział 4. Kładka

Do południa przesłuchałam sześć kaset i zapisałam jedenaście stron.

Pracowałam tak, jak pracuję dla prokuratury. Znacznik czasu, mówca, treść. Dz i M, dziecko i matka, bo gdybym pisała ja i mama, nie dotrwałabym do drugiej strony. Kiedy kończyła się taśma, przekładałam kasetę, strząsałam rękę i wciskałam klawisz. Z góry nie dochodził żaden dźwięk. Renata albo spała, albo leżała i słuchała, jak ja słucham.

Po trzeciej kasecie znałam już metodę.

Matka nie budziła mnie nigdy. Czekała. Na taśmach słychać to czekanie: jej oddech z boku, skrzypnięcie krzesła, raz stłumione ziewnięcie. Odzywała się dopiero wtedy, gdy zaczynałam mówić sama, w tej płytkiej fazie snu, w której człowiek odpowiada na pytania i nazajutrz nic o tym nie wie. Była pielęgniarką przez trzydzieści lat, przesiedziała setki nocy przy cudzych łóżkach. Wiedziała, jak wygląda twarz kogoś, kto jest pod powierzchnią, ale jeszcze słyszy.

Najpierw pytała. Pozwalała mi powiedzieć, co mam. Dopiero potem poprawiała.

Dziewiątego lipca miałam jeszcze dużo.

Dz: Kładka się rusza. Nie idź, rusza się. [niezrozumiałe] …woda jest brązowa.

M: Nie byłyście nad rzeką, Asiu. Tata zabronił. Bawiłyście się w ogrodzie, przy porzeczkach.

Dz: Na kładce.

M: W ogrodzie. Powtórz. Bawiłyśmy się w ogrodzie.

Dziesiątego się kłóciłam. To była najgorsza kaseta tego przedpołudnia, gorsza niż pierwsza, bo dziecko na niej brzmi niemal przytomnie.

Dz: Nieprawda.

M: Prawda, żabko.

Dz: Nieprawda, bo ja widziałam.

M: Śniło ci się. Byłaś chora, miałaś gorączkę, w gorączce śnią się straszne rzeczy. Mama wie, jak było. Mama tam była.

Matka tam nie była. Tego jednego mogłam być pewna bez żadnej taśmy: siódmego lipca miała dyżur w przychodni do osiemnastej, a potem razem z całym personelem wynosiła kartoteki na piętro. Wróciła po zmroku. Opowiadała o tym przy każdej rocznicy.

Dwunastego lipca przestałam się spierać. Czternastego mówiłam o ogrodzie sama, zanim zapytała. A na szóstej kasecie, z piętnastego, dziecko wyrecytowało wszystko jednym ciągiem, od furtki po zupę, i wtedy usłyszałam w słuchawkach coś, od czego zrobiło mi się niedobrze.

M: Grzeczna. Grzeczna dziewczynka.

Szeptem. Z ulgą. Tak się mówi do psa, który wreszcie przestał ciągnąć smycz.

Wyszłam z piwnicy, bo musiałam zobaczyć niebo. Stanęłam na schodkach od ogrodu, bez kurtki. Było szaro i mokro, buk kapał. Za siatką, tam gdzie kończy się nasza działka, rosły wierzby, a za wierzbami szła Nysa. W listopadzie jest wąska i ciemna, nie wygląda na rzekę, która potrafi wejść człowiekowi do kuchni.

Kładki stąd nie widać. Jest dwieście metrów w dół, za zakolem, stalowa, pomalowana na zielono, z poręczą na wysokości bioder dorosłego. Tę starą, drewnianą, zabrała woda. Chodziłam nową do liceum przez cztery lata i ani razu nie zatrzymałam się na środku.

Zawsze myślałam, że to przez lęk wysokości.

Wiktor odebrał po drugim sygnale, choć był wtorek i powinien mieć pacjenta.

— Coś się stało.

To też nie było pytanie. W mojej rodzinie i w moim małżeństwie nikt nie zadaje pytań, wszyscy od razu wiedzą.

Powiedziałam mu. Nie wszystko: o pudle, o dacie na pierwszej kasecie, o głosie matki. O tym, że kazała mi powtarzać. Mówiłam za szybko i słyszałam to, ale nie umiałam zwolnić. Słuchał, nie przerywając, a kiedy skończyłam, milczał dokładnie tyle, ile trzeba, żeby pacjent poczuł się wysłuchany.

— Dobrze, że zadzwoniłaś — powiedział. — Usiądź gdzieś. Siedzisz?

— Stoję w ogrodzie.

— To wejdź do środka, bo słyszę, że szczękasz zębami. Asiu, posłuchaj mnie teraz jak lekarza, nie jak męża. Miałaś osiem lat. Zginęła twoja przyjaciółka, zalało ci dom, przez tydzień nie było prądu. Dziecko po czymś takim ma nocne lęki, to podręcznikowe. I ma poczucie winy, zawsze, każde. Ja nie chciałam mówi przez sen dziecko, którego babcia umarła na raka trzysta kilometrów dalej. To nie jest zeznanie. To jest sposób, w jaki ośmiolatek rozumie świat: jeśli stało się coś złego, to przeze mnie.

— A ona? Po co mi to wkładała do głowy?

— Żebyś przestała krzyczeć. — Westchnął. — Nie bronię jej metod, były okropne. Ale popatrz na to jej oczami. Córka co noc wyje, że widziała coś żółtego w wodzie. Co robi prosta, przerażona kobieta z medycznym wykształceniem z lat siedemdziesiątych? Daje jej inną wersję. Łagodniejszą. Iga poszła do domu, pomachała, wszystko było dobrze. Ona cię nie programowała, kochanie. Ona cię kołysała.

Brzmiało to rozsądnie. Wszystko, co mówi Wiktor, brzmi rozsądnie, na tym polega jego zawód. Poczułam, jak rozluźniają mi się barki, i jednocześnie coś we mnie stawiło opór, małe i twarde, wielkości pestki.

— Mówiłam o kładce — powiedziałam. — Na drugiej kasecie. Że się rusza.

— Bo się ruszała. Całe miasto się ruszało. Pamięć dziecka to plastelina, Asiu, lepi się z tego, co usłyszy w kuchni od dorosłych. Za tydzień po powodzi każdy przedszkolak w Kłodzku pamiętał, że widział falę, choć połowa spała. — Usłyszałam, że się uśmiecha. — Przywieź te kasety. Posłuchamy razem, w domu, na spokojnie, z kimś, kto zna się na dziecięcej traumie. Nie sama w piwnicy. Jutro, tak jak się umawialiśmy?

— Jutro.

— Wzięłaś wczoraj tabletkę?

— Tak — skłamałam.

— To dziś też weź. Kocham cię. I nie chodź nad tę kładkę, nie ma po co się nakręcać.

Rozłączył się pierwszy, ktoś pukał do gabinetu.

Wróciłam do kuchni i nastawiłam wodę. Ręce miałam czerwone z zimna, trzymałam je nad czajnikiem i myślałam o plastelinie. Miał rację. Czytałam o tym, przepisywałam kiedyś opinię biegłej w sprawie rozwodowej, czterdzieści stron o tym, jak łatwo zasugerować pięciolatkowi, że tata go bił. Pamięć nie jest nagraniem. Jeśli ktokolwiek powinien to wiedzieć, to ja, która zarabiam na różnicy między tym, co ludzie powiedzieli, a tym, co im się wydaje, że powiedzieli.

Czajnik zaczął szumieć. I w tym szumie, powoli, jak odbitka w wywoływaczu, wyszła na wierzch jedna rzecz.

Nie mówiłam, że chcę iść nad kładkę.

Powiedziałam kładka się rusza i to wszystko. Nie powiedziałam, gdzie jest, że w ogóle jeszcze istnieje, że da się nad nią pójść. Wiktor był w Kłodzku sześć razy w życiu, zawsze na święta, zawsze przy stole. Nigdy nie zszedł z nim nikt nad rzekę. Nie lubił tego miasta i nie udawał, że jest inaczej.

Nie chodź nad tę kładkę.

Tę.

Czajnik wyłączył się z trzaskiem. Nade mną, na piętrze, ktoś spuścił wodę.

Rozdział 5. Pokój Igi

Furtka między ogrodami istniała nadal. Ktoś obwiązał ją drutem do słupka, w trzech miejscach, dawno temu, bo drut wrósł w drewno i pokrył się rdzą w kolorze herbaty. Nie próbowałam go ruszać. Wyszłam na Łąkową i poszłam naokoło, ulicą, jak obca.

Dom Cieślaków jest bliźniakiem naszego. Ten sam poniemiecki klocek z dwuspadowym dachem, ta sama weranda. Tyle że nasz ojciec co kilka lat coś w nim poprawiał, a w tym od trzydziestu lat nikt nie zmienił nawet firanek. Przy dzwonku wisiała tabliczka z plastiku: H. i S. Cieślakowie. Pan Stanisław nie żył od siedemnastu lat.

Otworzyła, zanim zadzwoniłam. Musiała widzieć mnie z okna.

— Asia — powiedziała. — No to jesteś.

Pani Halina Cieślakowa była kiedyś kobietą, na którą oglądali się kierowcy autobusów. Pamiętam jej trwałą i pomarańczową szminkę. Teraz miała siedemdziesiąt cztery lata, siwy warkocz upięty wokół głowy i męski polar zapięty pod szyję. Zmalała. Tylko ręce zostały takie same, duże, czerwone, ręce kobiety, która przez całe życie lepiła pierogi dla stołówki zakładowej.

— Byłam na pogrzebie — dodała. — Stałam z tyłu. Nie podchodziłam, bo twoja siostra nie lubi, jak podchodzę.

Kuchnia pachniała tak, jak pachną kuchnie samotnych ludzi: jednym garnkiem. Posadziła mnie przy oknie, nalała herbaty i wlała do niej soku malinowego, nie pytając. Miałam osiem lat, kiedy piłam tu taką ostatni raz, i smakowała identycznie.

Nie wiedziałam, jak zacząć. Okazało się, że nie muszę.

— Chcesz zobaczyć jej pokój — stwierdziła. — Wszyscy chcą, tylko nikt nie ma odwagi poprosić. Chodź.

Na piętrze, za drzwiami z naklejką Kaczora Donalda, czas stał w miejscu z dokładnością muzealną. Tapczanik z narzutą w kratę. Biurko, a na nim piórnik z magnesem, otwarty, z kredkami ułożonymi od żółtej do czarnej. Na ścianie plakat Spice Girls z „Bravo”, wyblakły do błękitu. Lalka Barbie bez jednej nogi. To ja urwałam tę nogę, w maju, i Iga nie odzywała się do mnie przez dwa dni.

— Odkurzam w soboty — powiedziała pani Halina zza moich pleców. — Stasiek chciał to wszystko oddać do Caritasu. Mówił, że nie można żyć w grobowcu. A ja mu na to, że grobowca to my akurat nie mamy.

Na parapecie stało zdjęcie w ramce z muszelek. Dwie dziewczynki na huśtawce, szczerbate, w identycznych podkoszulkach z targu. Jedna ciemna, pyzata, wpatrzona w obiektyw. Druga chuda, jasna, patrzy gdzieś w bok, poza kadr, z otwartymi ustami, jakby kogoś wołała.

Ta druga to ja. Nie miałam tego zdjęcia. W naszym domu nie było ani jednej fotografii Igi.

— Czerwiec — wyjaśniła. — Trzy tygodnie przed.

Usiadłam na brzegu tapczanika, bo nie wypadało stać, a ona przysunęła sobie dziecięce krzesełko i usiadła naprzeciw, z kolanami wysoko. Wyglądałyśmy pewnie jak dwie osoby czekające na wywiadówkę.

— Pani Halino. Moja mama do pani przychodziła. Po tym wszystkim.

— Co tydzień. Dwa lata z okładem. — Kiwnęła głową. — W czwartki, jak miała wolne. Przynosiła ciasto. Siadała tam, gdzie ty przed chwilą, w kuchni, i pytała, czy policja coś nowego mówi. Czy nurkowie będą jeszcze szukać. Czy ktoś się zgłosił. Myślałam wtedy, że to z dobrego serca. Że jedna matka drugiej.

— A teraz?

Popatrzyła na mnie długo.

— A teraz jestem stara i mam dużo czasu na myślenie. Ona nie pytała tak, jak się pyta, kiedy chce się wiedzieć. Ona pytała tak, jak się pyta lekarza o wynik.

Po wizycie p. C. Dopisek drobnym drukiem na co najmniej ośmiu etykietach. Matka wracała z tej kuchni, czekała do nocy i szła z magnetofonem sprawdzić, czy coś się we mnie nie obluzowało.

— Mogę zapytać o tamten dzień?

— Pytaj. Ja o nim opowiadam codziennie, tylko nie ma komu.

Opowiedziała równo, bez łez, jak rzecz wygładzoną od noszenia. Lało trzeci dzień. Stanisław od rana był w zakładzie, układali worki. Iga nudziła się i marudziła, więc koło trzeciej Halina włożyła jej kalosze i żółty płaszczyk i powiedziała: idź do Asi, tylko nigdzie dalej. Patrzyła z okna, jak mała przechodzi przez furtkę. Czternaście kroków, liczyła je potem sto razy.

— Wiedziałam, że u was jest Renata. Twoi rodzice byli w pracy, ale Renata miała was pilnować, piętnaście lat, mądra mina, same piątki. Ufałam jej bardziej niż sobie.

Przed siódmą zrobiło się ciemno od chmur i wtedy poszła po córkę. Otworzyła jej Renata, w suchym dresie, z mokrymi włosami. Powiedziała, że Iga poszła do domu godzinę temu. Że Asia odprowadziła ją do furtki.

— Stałaś za nią w korytarzu — powiedziała pani Halina. — W piżamie, choć nie było jeszcze nocy. Zapytałam cię: Asiu, to prawda? A ty nic. Patrzyłaś na siostrę.

Tego nie pamiętałam. W ogóle. W moim obrazie tamtego wieczoru jest furtka, machanie, zupa. Nie ma w nim korytarza ani kobiety w drzwiach.

— Dopiero nazajutrz zaczęłaś mówić. Policjantowi. O płaszczyku, o machaniu. I potem już zawsze to samo, mnie, jemu, każdemu. — Poprawiła narzutę przy moim kolanie, odruchowo. — Wierzyłam ci, wiesz? Stasiek nie, on mówił, że dzieci plotą. A ja mówiłam: dziecko nie umie tak kłamać. Dziecko, jak kłamie, to za każdym razem inaczej. A ona co tydzień mówi to samo. Tymi samymi słowami.

Urwała. Za oknem przejechał samochód i światła przeszły po suficie.

— Tymi samymi słowami — powtórzyła ciszej. — Zawsze mnie to uspokajało. Dopiero jakoś po sześćdziesiątce przyszło mi do głowy, że tak mówią ludzie, którzy nauczyli się czegoś na pamięć.

Nie mogłam na nią patrzeć. Patrzyłam na piórnik, na kredki od żółtej do czarnej.

— Znaleźli coś? Kiedykolwiek?

— Sandałek. Dwa tygodnie później, jak woda zeszła, w mule pod starą kładką, tam gdzie były filary. Prawy. — Powiedziała to tak, jak się podaje rozmiar. — A w kaloszach wyszła, pamiętam, bo jej sama wciągałam. To znaczy, że kalosze zdjęła u was i sandałki włożyła u was, bo trzymała u was jedną parę, pod schodami. I w tych sandałkach poszła nad rzekę. Od waszych drzwi, nie od moich. Mówiłam to policji. Zapisali.

— I co?

— I nic. W Kłodzku zginęło wtedy sześć osób, na Dolnym Śląsku pięćdziesiąt parę. Jedna dziewczynka, która poszła popatrzeć na wielką wodę. Komu by się chciało.

Zeszłyśmy na dół. W sieni wzięła moją kurtkę z wieszaka i przytrzymała ją, żebym mogła włożyć ręce w rękawy. Nikt tego dla mnie nie robił od lat.

— Twoja mama przyszła tu jeszcze raz — odezwała się, gdy trzymałam już klamkę. — W zeszłym roku, w październiku. W nocy. Stała przy tej zadrutowanej furtce w samej koszuli i wołała. Halina, ja ci muszę coś oddać. Halina, ja to mam. Tak wołała. Zanim włożyłam szlafrok, Renata już ją prowadziła do domu, pod łokieć. Rano poszłam zapytać. Twoja siostra powiedziała, że mamie się miesza, że woła też swoją zmarłą matkę i papieża. Więcej jej nie widziałam. Ani razu, do samej trumny.

Październik zeszłego roku. Pomyślałam o kluczu wytartym od przekręcania.

— Co chciała oddać?

— Skąd mam wiedzieć, dziecko. — Wzruszyła ramionami, ale oczy jej nie wzruszyły. — Mnie nikt nigdy niczego nie oddał.

Stałam już na progu, kiedy zadała to pytanie. Lekko, w plecy, jakby dopiero teraz przyszło jej do głowy, choć obie wiedziałyśmy, że czekała z nim dwadzieścia dziewięć lat.

— Asiu. A ty pamiętasz, czy ona tę furtkę za sobą zamknęła?

— Tak. Pomachała mi i…

Zamknęła za sobą. Widzę to. Dłoń na skoblu, szczęk.

I widzę coś jeszcze, co wypłynęło spod spodu, nieproszone, z zupełnie innej nocy: tę samą furtkę otwartą na oścież, kiwającą się nad czarną wodą, choć nie było wiatru.

— Bo rano stała otworem — powiedziała pani Halina. — Stasiek ją zamykał, jak wychodził nosić worki. Zawsze zamykał, żeby pies nie latał.

Otworzyłam usta, żeby powtórzyć swoje zdanie. Znałam je. Miałam je gotowe od trzech dekad, gładkie jak kamyk.

— Nie wiem — usłyszałam własny głos. — Pani Halino, ja nie wiem.

Skinęła głową, powoli, bez zdziwienia. Jak ktoś, kto wreszcie doczekał się listu i nawet nie musi go otwierać, żeby wiedzieć, co jest w środku.

Rozdział 6. Kogo chroniła

Renata jadła obiad na stojąco, przy blacie, z garnka. Zupa ogórkowa, którą sama ugotowała w niedzielę. Miała już na sobie spodnie do pracy i granatowy golf, na krześle czekała torba. Za czterdzieści minut powinna wyjść na dyżur.

Nie zdjęłam kurtki. Stanęłam w drzwiach kuchni, tak jak ona rano.

— Byłam u Cieślakowej.

Łyżka zatrzymała się w połowie drogi i ruszyła dalej.

— To musiało być miłe. Pokazała ci kredki?

— Powiedziała, że siódmego lipca wieczorem otworzyłaś jej drzwi z mokrymi włosami. W suchym dresie. Że ja stałam za tobą w piżamie, o siódmej, w lipcu, i nie odezwałam się ani słowem. — Mówiłam powoli, bo każde zdanie było dla mnie nowe. — I że to ty powiedziałaś, że Iga poszła do domu. Ty pierwsza. Nie ja.

— Miałam piętnaście lat i wróciłam z deszczu. Stąd mokre włosy.

— Skąd wróciłaś? Miałaś nas pilnować.

Odstawiła garnek do zlewu. Odkręciła wodę, zakręciła. Stała tyłem, z rękami opartymi o krawędź blatu, i widziałam, jak pod golfem poruszają się jej łopatki.

— Joanna, zostaw to. Proszę cię ostatni raz, po dobroci.

— Przesłuchałam sześć kaset. Słyszałam, jak mama uczy mnie na pamięć, co mam mówić. Słyszałam, co mówiłam, zanim mnie nauczyła. Ja nie chciałam, ona sama. Więc nie mów mi, że to lunatykowanie i doktor Maliszewski.

Odwróciła się. Spodziewałam się gniewu. Tego płaskiego, szarego spojrzenia, którym gasiła mnie przez całe dzieciństwo. Zamiast tego zobaczyłam twarz, jakiej u niej nie znałam: otwartą i bardzo zmęczoną. Jakby ktoś zdjął z niej pokrowiec.

— Chcesz — powiedziała. — Naprawdę chcesz. Dobrze. Usiądź.

Nie usiadłam. Ona tak. Osunęła się na krzesło obok własnej torby i przez chwilę patrzyła na ceratę, na wzór w słoneczniki, który znałyśmy obie na pamięć.

— Uczyłam się na górze. Miałam poprawkę z chemii we wrześniu, pamiętasz? Nie pamiętasz, skąd. Siedziałam ze słuchawkami na uszach, walkman, Hey, kaseta od Darka. Wy bawiłyście się na dole, pod schodami, lalkami. Co dwadzieścia minut schodziłam zobaczyć. Trzy razy zeszłam i było dobrze.

Wzięła wdech. Słyszałam go. Nierówny, z zaczepieniem w połowie.

— Za czwartym razem nie było was. Kalosze Igi stały, płaszczyk wisiał na poręczy, drzwi od ogrodu otwarte. Wiedziałam, gdzie poszłyście, bo cały dzień nudziłyście, żeby iść popatrzeć na wodę. Poleciałam tak, jak stałam. W kapciach.

— Nad kładkę.

— Nad kładkę. — Kiwnęła głową. — Ta stara była z desek, na linach, pamiętasz ją? Chodziła pod nogami nawet w suszę. A wtedy woda szła pół metra pod nią, brązowa, z gałęziami. Stałyście na środku. Zobaczyłam was z wału i zaczęłam krzyczeć, ale był taki huk, że nie słyszałam samej siebie.

Mówiła coraz ciszej. Nachyliłam się, nie chcąc.

— Kłóciłyście się. O co, nie wiem, może o tę lalkę, zawsze kłóciłyście się o głupoty. Iga trzymała się liny i coś do ciebie wołała, a ty stałaś z zaciśniętymi pięściami, tak jak stawałaś, kiedy tata ci czegoś zabronił. I potem ją popchnęłaś.

Zegar z kogutem. Lodówka. Nic więcej.

— Nie mocno — ciągnęła Renata. — Chcę, żebyś to wiedziała. Nie mocno. Tak jak się popycha w kolejce do tablicy. Oburącz, w piersi. Gdyby stała na chodniku, zrobiłaby krok do tyłu i oddałaby ci. Ale deski były mokre, miała te sandałki ze śliską podeszwą, a lina była na wysokości jej szyi, nie bioder. Przeszła pod nią. Po prostu przeszła pod spodem, jakby ktoś ją wyciągnął za kołnierz.

— Nie.

— Wskoczyłam za nią z brzegu. Do pasa, dalej się nie dało, zwaliło mnie z nóg, złapałam się wierzby. Widziałam ją może dwie sekundy. Potem już nie. — Podniosła na mnie oczy i były mokre, pierwszy raz od pogrzebu, pierwszy raz, odkąd w ogóle pamiętam. — Ty stałaś na kładce i patrzyłaś w dół. Nie płakałaś. Kiedy cię ściągnęłam na brzeg, powiedziałaś jedno zdanie. Wiesz jakie.

Wiedziałam. Zapisałam je rano własną ręką.

— Ja nie chciałam — powiedziała moja siostra. — Ona sama.

Usiadłam jednak. Krzesło znalazło się pode mną nie wiem jak. W ustach miałam smak soku malinowego i czegoś metalicznego pod spodem.

Słuchałam jej przez cały czas tak, jak słucham świadków. Nie mogłam inaczej, to silniejsze ode mnie. Czekałam na równe tempo, na czysty początek zdania, na brak wdechu. Na cokolwiek, co pozwoliłoby mi napisać w nawiasie kwadratowym: niewiarygodne.

Niczego takiego nie było. Renata mówiła jak człowiek, który widzi to, o czym mówi. Potykała się, wracała, poprawiała szczegóły. Lina była na wysokości jej szyi, nie bioder — tego się nie wymyśla, to się ma przed oczami. Przepisałam w życiu setki fałszywych zeznań i wiem, że kłamcy nie dodają rzeczy, które im nie pomagają.

— Zaprowadziłam cię do domu — mówiła dalej, wycierając nos wierzchem dłoni, jak dziecko. — Przebrałam w piżamę, bo byłaś mokra do kolan. Wysuszyłam ci buty suszarką. Miałam piętnaście lat, Joanna. Myślałam tylko o tym, że miałam was pilnować i że tata mnie zabije. Kiedy przyszła Cieślakowa, powiedziałam pierwszą rzecz, jaka mi przyszła do głowy. A ty stałaś za mną i milczałaś, i myślałam, że zaraz wszystko powiesz, i prawie tego chciałam.

— A mama?

— Mamie powiedziałam w nocy. Wszystko. Wysłuchała, a potem poszła nad rzekę, sama, po ciemku, w swetrze taty. Nie było jej godzinę. Wróciła, usiadła na schodach i siedziała tak, aż przyszła woda. — Renata uśmiechnęła się krzywo. — Wiesz, co powiedziała? Że Bóg zesłał powódź w samą porę. Tak powiedziała. Że teraz nikt nie będzie pytał, jak dziecko znalazło się w rzece, bo w rzece jest pół miasta.

To też brzmiało jak matka. Jak nikt inny.

— Bała się, że się wygadasz. Że powiesz w szkole, na religii, komukolwiek. Ośmiolatka, która zabiła koleżankę, wiesz, co by z tobą zrobili w takim mieście? Do końca życia byłabyś tą małą Halicką. Więc zrobiła tak, żebyś nie miała czego wygadać. Wzięła ci to. Noc po nocy, po kawałku. A ja co noc leżałam za ścianą i słuchałam, jak ci to bierze.

Położyła dłonie płasko na ceracie, po obu stronach słonecznika.

— Wszystko, co zrobiła, zrobiła po to, żebyś mogła żyć. I żyłaś. Studia, Poznań, mąż, firma. A ja zostałam tutaj i trzymałam gębę na kłódkę przez dwadzieścia dziewięć lat, i patrzyłam przez płot na Cieślakową, jak odkurza ten pokój. Więc proszę bardzo. Chciałaś, to masz.

Nie mogłam mówić. Coś we mnie szukało wyjścia, biegało wzdłuż ścian. Furtka. Machanie. Żółty płaszczyk, który wisiał u nas na poręczy, a więc nigdy nie mógł znikać za sztachetami. Wszystko, co pamiętałam, okazywało się zrobione z tektury i po drugiej stronie tektury była kładka.

I moje pięści. Znam ten gest, to prawda. Zaciskam je do dziś, kiedy Wiktor mówi mi, co będzie dla mnie lepsze.

— Wiktor — powiedziałam. Wyszło ochryple. — Powiedział dziś nie chodź nad tę kładkę. Skąd wiedział o kładce?

Renata przymknęła oczy.

— Bo mu powiedziałam.

— Kiedy?

— Trzy lata temu. Po tej nocy, kiedy znalazł cię w kuchni w Poznaniu. Stałaś przy otwartym oknie na czwartym piętrze, nie pamiętasz tego, on ci nie mówił. Zadzwonił do mnie rano i zapytał wprost, czy w twoim dzieciństwie było coś, o czym powinien wiedzieć. Jako lekarz. — Otworzyła oczy. — Musiał wiedzieć, co leczy, Joanna. Nie mogłam go zostawić po ciemku.

Trzy lata.

Przez trzy lata mój mąż kładł się obok mnie, podawał mi tabletkę i szklankę wody, całował w czoło i wiedział. Patrzył, jak zasypiam, i wiedział. Każde jak spałaś było pytaniem o coś innego.

— Kocha cię — dodała Renata, wstając. Spojrzała na zegar i sięgnęła po torbę. Pokrowiec wracał na miejsce, widziałam, jak się naciąga. — Dlatego nic nie mówił. Tak samo jak mama. Wszyscy cię zawsze kochali najbardziej, taka już jesteś.

W drzwiach przystanęła.

— Weź dziś tabletkę. Całą. I nie schodź do piwnicy.

Słyszałam buty, klucze, samochód. Potem tylko zegar.

Siedziałam nad ceratą w słoneczniki, aż za oknem zrobiło się czarno, i przyglądałam się własnym dłoniom. Otwierałam je i zamykałam. Próbowałam sobie przypomnieć, jak to jest poczuć pod nimi przemoczoną bawełnę, żebra dziewięcioletniej dziewczynki, opór, a potem brak oporu.

Nie pamiętałam.

Ale po tym dniu wiedziałam już, że to, czy coś pamiętam, nie ma najmniejszego znaczenia.

Rozdział 7. Czterdziesta piąta

Wzięłam tabletkę. Całą, tak jak kazali oboje.

Nie z posłuszeństwa. Chciałam przestać być, na osiem godzin, na ile się da. Wyłuskałam ją z blistra nad umywalką w łazience na piętrze, białą, podłużną, z rowkiem pośrodku, i popiłam wodą z kranu, która w tym domu zawsze smakuje żelazem. Potem położyłam się w swoim dawnym pokoju, pod tapetą w róże, i czekałam, aż zadziała.

Zwykle trwa to dwadzieścia minut. Najpierw cięższe robią się powieki, potem myśli zaczynają się rozjeżdżać jak litery na mokrym papierze. Tym razem nie było żadnego najpierw. Zdążyłam pomyśleć, że nie zgasiłam światła na schodach, i ktoś przekręcił wyłącznik we mnie.

Nic mi się nie śniło. Albo śniło, tylko nie dla mnie.

Obudził mnie ból w palcach.

Stałam. To dotarło do mnie pierwsze, przed zimnem i przed ciemnością: że jestem pionowo, że kolana mam zablokowane, a ciężar ciała wisi na rękach. Trzymałam się czegoś twardego i chropowatego, oburącz, z całej siły. Pod bosymi stopami miałam mokrą trawę, sztywną od szronu.

Ogród. Byłam w ogrodzie.

Przede mną majaczyły sztachety. Furtka do Cieślaków. Moje dłonie były zaciśnięte na drucie, którym ją kiedyś obwiązano, na tym zardzewiałym, wrośniętym w drewno, i szarpały. Słyszałam to, zanim poczułam: skrzyp, skrzyp, skrzyp. Rytmicznie. Jakby robił to ktoś inny moimi rękami i nie zamierzał przestać tylko dlatego, że wróciłam.

Puściłam.

We wnętrzu dłoni miałam rdzę i krew, niewiele, z pęknięcia przy kciuku. Koszulka, w której śpię, kleiła się do pleców. Nad dachem Cieślaków stał księżyc, wąski, zimny, i w jego świetle zobaczyłam swój oddech.

Nie wolno budzić lunatyka, mówi się. Nikt nie mówi, co ma zrobić lunatyk, który obudzi się sam, o trzeciej czterdzieści w listopadzie, czterdzieści metrów od łóżka, i nie wie, jak długo tu stoi ani po co chciał przejść na drugą stronę.

Wróciłam po własnych śladach. Były wyraźne, ciemne na oszronionej trawie, jeden rząd, od schodków do furtki. Drzwi od ogrodu stały otworem i w kuchni było już tak samo zimno jak na dworze. Zamknęłam je. Przekręciłam zasuwkę. Potem, nie wiem po co, sprawdziłam drzwi frontowe: zamknięte na oba zamki, łańcuch założony, tak jak zostawiłam wieczorem.

Umyłam nogi w wannie gorącą wodą, aż zrobiły się czerwone. Siedziałam na brzegu i dygotałam, i myślałam bardzo jasno, z tą jasnością, którą daje tylko prawdziwy strach: Wiktor miał rację. Renata miała rację. Ten dom mi nie służy. Jutro rano wsiadam w samochód.

Do świtu nie zmrużyłam oka. Leżałam z zapaloną lampką i liczyłam róże. Jest ich na tej ścianie dwieście dwanaście, jeśli nie liczyć tych za szafą.

O siódmej zeszłam do piwnicy po słuchawki. Tylko po słuchawki, powtarzałam sobie na każdym z dziewięciu stopni. Dwieście złotych za parę, nie zostawię ich tutaj.

Warsztat wyglądał tak, jak go zostawiłam. Grundig pod ścianą, wtyczka w przedłużaczu, mój notes zamknięty, z długopisem w spirali. Pudło po kozakach na stołku obok. Słuchawki wisiały na imadle.

Zdjęłam je. Zwinęłam kabel. I powinnam była wtedy wyjść.

Ale ja liczę. Od dziecka, od tapety, od matki, która mówiła, że kto liczy, ten się nie boi. Wchodzę do pokoju i wiem, ile jest krzeseł. Wsiadam do tramwaju i wiem, ile osób stoi. Nie robię tego umyślnie i nie umiem tego wyłączyć, tak jak nie umiem przestać słyszeć, kiedy ktoś fałszuje.

Kasety w pudle stały w dwóch rzędach. Ustawiłam je tak wczoraj, po kolei, numerami do góry: dwadzieścia dwie w pierwszym rzędzie, dwadzieścia jeden w drugim. Sześć przesłuchanych odłożyłam z powrotem na miejsce.

W drugim rzędzie były dwadzieścia dwie.

Nie dotknęłam ich od razu. Stałam nad pudłem ze słuchawkami w ręku i liczyłam jeszcze raz, wzrokiem, od lewej. Potem od prawej. Na końcu drugiego rzędu, za numerem czterdziestym czwartym, tkwiła kaseta, której wczoraj tam nie było.

Wyjęłam ją dwoma palcami, za rogi, tak jak na filmach podnosi się dowody.

Stilon Gorzów. Stara, z pożółkłą wkładką, taka sama jak pierwsze kilkanaście. Na grzbiecie pasek plastra z apteczki, równo przycięty. Na plastrze niebieski długopis.

Asia 17 XI 26.

W rogu, ołówkiem, w kółku: 45.

Siedemnasty listopada był wczoraj.

Usiadłam na betonie, bo stołek zajmowało pudło, a nogi przestały mnie słuchać. Trzymałam kasetę przy twarzy i patrzyłam na pismo. Litery proste, wąskie, postawione jak w karcie gorączkowej. Siódemka z kreseczką. Jedynka z daszkiem tak długim, że wygląda jak odwrócone V. Znam to pismo lepiej niż własne. Podpisywano nim moje usprawiedliwienia, kartki na lodówce, koperty z pieniędzmi na studia.

Kobieta, która tak pisała, leżała od piątku na cmentarzu komunalnym przy Dusznickiej, w kwaterze jedenastej, pod wieńcem ode mnie i od Wiktora. Sama wybierałam szarfę.

Zmusiłam się, żeby myśleć po kolei. To też jest sposób, zawodowy: kiedy nagranie jest tak złe, że słychać tylko chaos, rozkłada się je na ścieżki.

Po pierwsze, Renata. Ale Renata wyszła za dwadzieścia szósta i miała dyżur do ósmej. Nocna apteka przy rynku, jedno okienko, jeden magister na zmianie, nie da się wyjść na godzinę i wrócić. Słyszałam, jak odjeżdża. Nie słyszałam, żeby wracała, a spać poszłam przed jedenastą.

Po drugie, Wiktor. Wiktor był w Poznaniu, dwieście pięćdziesiąt kilometrów stąd. Rozmawiałam z nim w południe, miał pacjentów do osiemnastej. I nie ma kluczy do tego domu. I po co.

Po trzecie, ktoś obcy. Drzwi frontowe: dwa zamki i łańcuch, od środka. Okna na parterze mają kraty, ojciec założył je po włamaniu w dziewięćdziesiątym piątym.

Zostawały drzwi od ogrodu. Były otwarte. Otworzyłam je ja.

I ślady na szronie. Jeden rząd bosych stóp, tam. Moich.

Po czwarte.

Nie chciałam czwartej ścieżki. Odsuwałam ją tak, jak odsuwa się rękę lekarza od bolącego miejsca. Ale została tylko ona i leżała przede mną na betonie, spokojna, logiczna.

Ktoś, kto tej nocy chodził po tym domu we śnie i nic o tym nie wie. Ktoś, kto zna pismo matki tak dobrze, że potrafiłby je odtworzyć z zamkniętymi oczami. Kto wie, gdzie w tym warsztacie leżą czyste kasety, bo sam je wczoraj widział w szufladzie pod imadłem, dwie paczki, jeszcze w folii. Ktoś, kto całe popołudnie słuchał, jak to się robi: mikrofon przy łóżku, dwa klawisze naraz, czerwona lampka.

Ktoś, komu kilka godzin wcześniej powiedziano, że zabił dziecko.

Spojrzałam na swoje dłonie. Rdza weszła w linie papilarne i nie dała się zmyć. Pod paznokciem palca wskazującego prawej ręki, tej, którą piszę, miałam cienką niebieską kreskę.

Tusz. Długopis.

Na górze zgrzytnął klucz w drzwiach frontowych, potem szarpnięcie, przekleństwo. Renata wróciła z dyżuru i nie mogła wejść, bo założyłam łańcuch.

Wsunęłam kasetę numer czterdzieści pięć do kieszeni swetra. Leżała tam ciężko i płasko, jak coś żywego, co na razie śpi.

Rozdział 8. Mój głos

— Łańcuch — powiedziała Renata, kiedy ją wpuściłam. — Serio?

— Bałam się.

— Czego? Że ktoś ukradnie balkonik?

Minęła mnie, pachnąc apteką i zimnym papierosem, choć rzuciła palenie przed czterdziestką. Pod oczami miała sine półkola. Zatrzymała się przy schodach, z ręką na poręczy, i obejrzała mnie od stóp do głów, tak jak ogląda się receptę, w której coś się nie zgadza.

— Spałaś?

— Tak.

— Wyglądasz, jakbyś kopała rowy. — Jej wzrok zsunął się na moje dłonie. Schowałam je za plecy o sekundę za późno. — Jedziesz dziś do domu?

— Nie wiem.

— Jedź, Joanna. Powiedziałam ci wczoraj wszystko, co było do powiedzenia. Reszta to już tylko rozdrapywanie.

Jedenaście skrzypnięć. Drzwi jej pokoju. Poczekałam, aż ucichnie woda w rurach, i zeszłam na dół z kasetą w kieszeni.

Nie mam słów na to, jak bardzo nie chciałam jej włożyć do magnetofonu. Stałam nad Grundigiem dobrą minutę z palcem na klawiszu wysuwu. Przez głowę przeszło mi kilka rozsądnych pomysłów: wrzucić ją do pieca, do rzeki, do torebki i zawieźć Wiktorowi. Wszystkie sprowadzały się do jednego. Żeby usłyszał to ktoś inny. Żebym to nie ja musiała wiedzieć pierwsza.

Ale ja zawsze wiem pierwsza. Taką mam pracę.

Kieszeń zamknęła się z kliknięciem. Założyłam słuchawki. Notes, nowa strona, data. Kaseta 45, 17 XI 26, strona A. Ręka mi nie drżała i to mnie przestraszyło bardziej niż gdyby drżała.

Szum był inny. Od razu, w pierwszej sekundzie. Stare taśmy matki szumiały szeroko i miękko, jak deszcz. Ta buczała: wąski, wysoki ton w tle, równy jak brzęczenie świetlówki. Zapisałam na marginesie: inny sprzęt? silniczek? i podkreśliłam dwa razy, bo zawodowy odruch był jedyną rzeczą, która trzymała mnie w pionie.

Pod buczeniem ktoś oddychał.

Głęboko, wolno, z chrapliwym zaczepieniem na wdechu. Oddech dorosłej kobiety w ciężkim śnie. Słyszałam własny głos na setkach nagrań, bo zaczynam każde zlecenie od podyktowania sygnatury. Nigdy nie słyszałam, jak śpię. Nikt tego o sobie nie wie. To było jak zobaczyć własny kark.

Po dwóch minutach kobieta jęknęła. Zaszeleściła pościel.

— ...nie. Nie tam.

Głos miała niski, zatarty, z językiem przyklejonym do podniebienia. Ale mój. Poznałam go po tym, jak przeciąga e, poznańska naleciałość, której nabrałam na studiach i z której Renata się nabija.

Cisza. Oddech.

— Iga.

Długopis stał w miejscu. Wcisnął w papier kropkę, która robiła się coraz większa.

— Iga, nie stój tam. Ślisko.

Cisza.

— Bo cię popchnę.

Coś we mnie krzyknęło, żeby zatrzymać. Nie zatrzymałam.

— Popchnęłam. — Wyraźniej. Prawie przytomnie, z tym zdziwieniem, z jakim człowiek stwierdza, że zgubił klucze. — Ja ją popchnęłam. Rękami. Ona… pod liną.

Potem płacz. Nie szloch, coś gorszego: ciche, monotonne zawodzenie przez zamknięte usta, które ciągnęło się i ciągnęło, aż przeszło z powrotem w oddech. Buczenie w tle. Raz stuknęło coś drewnianego, może łóżko o ścianę. Licznik doszedł do dwustu dziesięciu i taśma się urwała, w pół wdechu.

Zdjęłam słuchawki. Położyłam je na kolanach. W piwnicy było bardzo cicho i w tej ciszy usłyszałam, że mówię na głos, szeptem, w kółko to samo słowo.

— Dobrze. Dobrze. Dobrze.

Nic nie było dobrze. Ale tak mówi się do konia, który się spłoszył.

A więc tak. Miałam to teraz z trzech źródeł, a w mojej pracy trzy niezależne źródła to więcej, niż dostaje większość sądów. Dziecko na taśmie z 1997 roku: ja nie chciałam. Siostra, naoczny świadek: popchnęłaś ją. I dorosła kobieta, której nikt o nic nie pyta, sama w pokoju, sama we śnie: popchnęłam, rękami, pod liną.

Pod liną. Wczoraj rano nie wiedziałam o żadnej linie. Usłyszałam o niej od Renaty o piątej po południu. Mogłam to po prostu powtórzyć, pamięć to plastelina, sam Wiktor tak mówi.

Albo mogłam to wreszcie sobie przypomnieć.

Nie umiałam odróżnić jednego od drugiego. Nikt nie umie. Na tym polega cały kłopot z głową: nie ma w niej nawiasów kwadratowych.

Przewinęłam i puściłam drugi raz. Procedura. Drugie odsłuchanie z długopisem.

Za drugim razem słuchałam nie siebie, tylko reszty. Tak się to robi przy złych nagraniach: przestaje się śledzić słowa i słucha się pokoju. Pokój zawsze mówi prawdę, bo nie wie, że jest nagrywany.

Buczenie: stałe. Tapczan: skrzypnął trzy razy. Daleki samochód na Łąkowej, raz. Żadnych kroków, żadnego trzasku drzwi, żadnego drugiego oddechu. Jeśli ktokolwiek stał wtedy przy moim łóżku, to stał jak mebel.

I pauzy.

Zauważyłam je dopiero, kiedy zaczęłam wpisywać znaczniki czasu. Między nie tam a Iga: siedem sekund. Między Iga a nie stój tam: sześć. Potem siedem. Potem znów siedem. Ludzie, którzy mówią przez sen, nie mówią w równych odstępach. Mamroczą seriami, milkną na kwadrans, wybuchają. Przepisywałam kiedyś nagranie z laboratorium snu do pracy doktorskiej, wiem, jak to brzmi.

Równe odstępy mają rozmowy.

Tak brzmi przesłuchanie, z którego wycięto pytania. Pytanie, odpowiedź, pytanie, odpowiedź, i ktoś usunął co drugą kwestię, zostawiając po niej dziurę odpowiedniej długości. Tyle że w tych dziurach nie było ciszy cyfrowej, martwej. Było buczenie i mój oddech. Nikt niczego nie wyciął. Po prostu nikt nic nie mówił.

A ja odpowiadałam.

Napisałam to w notesie i długo patrzyłam na własne zdanie. Odstępy regularne, ok. 7 s. Mówiąca reaguje jak na pytania. Brak drugiego głosu.

Można to było przeczytać na dwa sposoby i oba mieściły się w tym, co wiedziałam o świecie.

Pierwszy: nad moim łóżkiem ktoś stał i pytał tak cicho, że mikrofon tego nie złapał. Ktoś, kto dostał się do domu zamkniętego na łańcuch i wyszedł, nie zostawiając śladu na szronie.

Drugi: pytania słyszałam tylko ja. Zadawał mi je głos, który przez dwa i pół roku co noc siadał przy tym samym tapczanie, pod tą samą tapetą, i który wczoraj wpuściłam sobie z powrotem do uszu na sześć godzin. Co ona sama, Asiu? Mamie możesz. Położyłam się w tamtym łóżku, w tamtym pokoju, i coś we mnie zrobiło to, czego je nauczono: zaczęło odpowiadać.

A przedtem wstało, zeszło do piwnicy, wyjęło z szuflady czystą kasetę i dyktafon ojca, ten mały, reporterski, który buczy. Opisało plaster jej pismem. Postawiło numer.

Bo tym razem nikt nie miał mnie poprawić. Tym razem miało zostać to, co powiem.

Telefon zawibrował na stole warsztatowym i podskoczyłam tak, że słuchawki spadły na beton.

Wiktor. O której wyjeżdżasz? Zrobię kolację.

Trzymałam telefon w obu dłoniach, w tych zardzewiałych, i próbowałam sobie wyobrazić drogę. Dwieście pięćdziesiąt kilometrów, ekspresowa ósemka, potem piątka przez Leszno. Trzy i pół godziny za kierownicą, po nocy bez snu, z głową, która robi rzeczy, o których nie wiem. A na końcu mieszkanie na czwartym piętrze, z oknem w kuchni.

I mąż, który od trzech lat wie.

Napisałam: Zostaję do jutra. Agent, podpisy. Nie martw się.

Odpowiedź przyszła po czterech minutach. Liczyłam.

Rozumiem.

Nic więcej. Żadnego kocham, żadnego pytania o tabletkę. Wiktor, który z każdej wiadomości robi małą sesję terapeutyczną, napisał jedno słowo z kropką.

Odłożyłam telefon ekranem do dołu. Podniosłam słuchawki, sprawdziłam, czy nie pękły. Potem otworzyłam szufladę pod imadłem.

Dwie paczki czystych kaset, tak jak zapamiętałam. Jedna w folii. Druga rozerwana, z dziesięciu sztuk zostało dziewięć.

Obok leżał dyktafon ojca. Mały Olympus na mikrokasety, szary, z paskiem na rękę.

Na mikrokasety.

Wzięłam go do ręki i obróciłam. Kieszeń miała wielkość pudełka zapałek. Kaseta numer czterdzieści pięć, zwykła, pełnowymiarowa, nie weszłaby do niego nawet w połowie.

Czymkolwiek mnie tej nocy nagrano, nie było tego w tej piwnicy.

Rozdział 9. Wiktor

Przyjechał kwadrans po siódmej wieczorem, bez uprzedzenia.

Renaty już nie było. Wyszła jak zwykle, za dwadzieścia szósta, tym razem nie przekręcając klucza w drzwiach matki, bo nie było już po co. Przez cały dzień minęłyśmy się dwa razy na schodach i zamieniłyśmy cztery zdania o panu z agencji.

Siedziałam w swoim pokoju i ustawiałam rejestrator. Mam w samochodzie cyfrowego Zooma, na którym sprawdzam jakość plików od klientów: wielkości paczki papierosów, dwadzieścia godzin zapisu na jednej karcie. Wsunęłam go na półkę nad tapczanem, między „Anię z Zielonego Wzgórza” a atlas grzybów, mikrofonami do pokoju. Przykryłam chustką. Czerwoną diodę zakleiłam plastrem.

Jeśli tej nocy ktokolwiek odezwie się w tym pokoju, będę to miała. Jeśli nikt się nie odezwie, a ja mimo to zacznę odpowiadać, też będę to miała. Nie wiedziałam, którego wyniku boję się bardziej.

Światła samochodu przeszły po suficie i stanęły.

Poznałam silnik, zanim wyjrzałam. Wiktor jeździ tym samym volvo od dziewięciu lat i nie pozwala nikomu dotknąć skrzyni biegów. Patrzyłam z góry, zza firanki, jak wysiada, jak wyjmuje z bagażnika skórzaną torbę, tę lekarską, i drugą, podróżną. Jak poprawia szalik. Jak przez chwilę stoi i patrzy na dom, z rękami opuszczonymi wzdłuż ciała.

Nie wyglądał jak człowiek, który przyjechał na kolację.

Otworzyłam mu, zanim zapukał. Chciał mnie objąć i objął, a ja stałam w tym uścisku jak wieszak. Pachniał swoją wodą, samochodem, miętową gumą. Czterdzieści dziewięć lat, siwe skronie, okulary w rogowej oprawie, które zdejmuje, kiedy chce, żeby pacjent poczuł się bezpiecznie. Zdjął je teraz.

— Odwołałem jutrzejszych — powiedział w moje włosy. — Nie mogłem siedzieć w gabinecie i czytać nie martw się.

— Wiesz od trzech lat.

Nie drgnął. Tylko jego dłoń na moich plecach przestała się poruszać.

— Renata ci powiedziała.

— Wczoraj.

— Dobrze. — Wypuścił powietrze. — To nawet dobrze. Chodźmy do kuchni, Asiu. Nie będziemy tego robić w sieni.

Zrobił herbatę sam, odnajdując kubki w szafce, do której zaglądał sześć razy w życiu. Postawił przede mną, usiadł naprzeciw. Tam, gdzie wczoraj siedziała ona. Cerata w słoneczniki zaczynała mi przypominać stół w pokoju przesłuchań.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 54.18