E-book
7.88
drukowana A5
53.3
Mów mi Lilith

Bezpłatny fragment - Mów mi Lilith


Objętość:
306 str.
ISBN:
978-83-8467-974-6
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 53.3

PROLOG. NA ZACHÓD

Imię ci nadam, imię tajemne. Na równi moje i twoje. Imię ci nadam. Tylko dla mnie.

Pierwsza fala przeszła przez dziób i rozbiła się o nadbudówkę z takim impetem, aż kadłub zatrząsł się od uderzenia.

Przez kilka sekund nie widział nic. Woda spłynęła po szybach kokpitu, wiatr szarpnął jachtem, a potem wszystko znowu przechyliło się na lewą burtę. Kadłub jęknął głucho. Nie był to dźwięk, którego chciało się słuchać nocą, samotnie, na północnym Atlantyku.

Spojrzał na instrumenty, choć znał kurs i nie musiał ich sprawdzać. Od wielu godzin płynął na zachód.

Grenlandia była gdzieś przed nim, niewidoczna za ciemnością, deszczem i wodą. Islandia została z tyłu. Za daleko, żeby zawrócić pod wpływem rozsądku, który przypomniał o swoim istnieniu.

Wiatr zawył w olinowaniu. Autopilot próbował utrzymać jacht na kursie, ale przy kolejnym uderzeniu fali dziób odskoczył. Alarm zapiszczał krótko.

— Wiem — powiedział.

Głos zabrzmiał obco. Od kilkunastu godzin nie odezwał się do nikogo. Sięgnął do panelu i wyłączył alarm. Morze nie potrzebowało elektroniki, żeby poinformować go, że sytuacja robi się zła.

Wiedział to po drżeniu pokładu pod stopami. Po sposobie, w jaki wiatr uderzał w maszt. Po wodzie, która nie zdążyła odpłynąć z kokpitu, zanim przyszła następna.

Przez lata woził ludzi po wodach wokół Islandii. Turystów, którzy chcieli zobaczyć wieloryby, klify, maskonury, lodowce. Ludzi ubranych w najdroższe kurtki świata, przekonanych, że ocean jest kolejną atrakcją kupioną razem z biletem lotniczym. Zawsze mówił im jedno:

— Morze nie wie, ile zapłaciliście.

Niektórzy się z tego śmiali, ale teraz nie było przy nim nikogo. Zredukował żagiel wcześniej, zanim zrobiło się naprawdę źle. Powinno wystarczyć. Nie wystarczało. Kolejny podmuch położył jacht tak głęboko, że przez moment widział obok siebie tylko czarną ścianę wody. Wyprostował go.

— No dalej.

Nie wiedział, czy mówi do łodzi, do morza, czy do siebie.

Spojrzał na zegarek, a potem na telefon w wodoodpornej kieszeni. Choć wiedział, że nie ma zasięgu, wyjął go i nacisnął przycisk. Ekran rozświetlił ciemność zdjęciem jej twarzy, zrobionym kilka miesięcy wcześniej. Nie wiedziała o tym. Stała odwrócona bokiem, z włosami poruszanymi przez wiatr, patrząc gdzieś poza kadr. Na fotografii nie było nic szczególnego. Dla niego było wszystko. Przesunął kciukiem po ekranie.

— Tym razem nie.

Schował telefon i wtedy coś strzeliło nad jego głową. Odruchowo spojrzał w górę, kiedy trzask rozległ się po raz drugi, a żagiel gwałtownie zatrzepotał. Lina uderzyła o maszt, potem kolejny raz, szybciej, chaotycznie.

Zaklął, wpiął się linką bezpieczeństwa i wyszedł z kokpitu. Wiatr uderzył w niego z taką siłą, że ledwie mógł utrzymać się na nogach, a deszcz ciął go po twarzy. Pokład znikał pod wodą i pojawiał się znowu, przechylony pod takim kątem, że każdy krok trzeba było planować.

Przesunął karabińczyk o metr, potem o następny. Nie patrzył na morze.

Najgorszą rzeczą podczas takiej pogody było patrzeć na falę, która nadchodziła.

Dopiero wtedy rozumiał, jak niewiele może przeciwstawić morzu. Dotarł do miejsca, w którym mógł zabezpieczyć zerwaną linę. Palce miał coraz mniej sprawne mimo rękawic. Skóra. Przez moment pomyślał o jej dłoni. Obraz przyszedł bez ostrzeżenia: zamiast morza i jachtu zobaczył słońce.

Kobieta o jasnych włosach związanych wysoko stała przy otwartym oknie. Odwróciła się do niego i roześmiała.

Za nią przebiegło dziecko, potem drugie. Blond włosy i bose stopy.

Dom, którego nigdy nie widział. Zapach pomarańczy. Jej dłoń na jego karku. I nagle krew. Obraz zniknął.

— Nie teraz!

Fala uderzyła w burtę i przewróciła go. Linka bezpieczeństwa napięła się gwałtownie i zatrzymała go kilkadziesiąt centymetrów od relingu. Leżał na pokładzie, próbując złapać oddech.

— Nie teraz — powtórzył ciszej.

Podniósł się i dokończył zabezpieczanie. Kiedy wrócił do kokpitu, oddychał ciężko, ale jacht nadal szedł. Na razie wystarczyło. Usiadł i spojrzał przed siebie, w ciemność. Grenlandia pozostawała niewidoczna. Przy silniejszym deszczu znikał nawet koniec własnego dziobu.

Pomyślał o nagraniu, które wysłał jej przed utratą zasięgu. Obejrzała je już? Nie wiedział.

Gdyby teraz usłyszał jej głos, być może spróbowałby zawrócić. Tyle że od kilku tygodni robił wszystko, by nie dopuścić do tej chwili.

Nie ufał własnym wnioskom. Ufał strachowi, który wracał z każdym kolejnym przebłyskiem.

Jeśli się mylił, straci ją przez własny strach. Jeśli miał rację, pozostanie przy niej mogło kosztować znacznie więcej.

Wybrał rozwiązanie, które potrafił unieść: odejść. Nie oczekiwał, że mu wybaczy. Wmawiał sobie, że wystarczy, jeśli będzie bezpieczna.

Morze przed dziobem uniosło się. Tym razem zobaczył falę znacznie większą od poprzednich.

Jacht zaczął wspinać się po jej zboczu. Dziób poszedł wysoko. Jeszcze wyżej.

Przez sekundę miał przed sobą tylko czarną wodę i białą pianę.

W głowie wróciła ostatnia wiadomość Elín: „Nie będę cię zatrzymywać. Ale nie odbieraj mi prawa do wiedzy, czy żyjesz.”

Odpowiedział jej tylko: „Żyję.” Patrząc na załamującą się falę, po raz pierwszy nie był pewien, jak długo jeszcze to słowo pozostanie prawdą. Fala załamała się nad jachtem. Nie zdążył zobaczyć niczego więcej.

ROZDZIAŁ 1. PIERWSZE SPOTKANIE

Mężczyzna wszedł do galerii pięć minut przed zamknięciem.

— Zamykamy — powiedziała kobieta, nie podnosząc wzroku.

— Widzę.

Dopiero wtedy na niego spojrzała. Stał przy drzwiach w ciemnym płaszczu, z mokrymi od deszczu włosami. Jedną rękawiczkę zdjął. Drugą nadal miał na dłoni.

— Skoro pan widzi, będzie nam łatwiej — powiedziała.

Uśmiechnął się. Nie odpowiedziała uśmiechem.

— Chciałem tylko obejrzeć obrazy.

— Jutro też będą wisiały.

— A pani?

Teraz odłożyła ołówek.

— Jeżeli to miało być oryginalne, proszę spróbować jeszcze raz.

Przez moment patrzyli na siebie w milczeniu.

— Dobrze — powiedział. — Jutro.

Odwrócił się do drzwi, ale zatrzymał się przed ostatnim obrazem. Morze. Czarne skały. Kobieta stojąca na brzegu. Nie było widać jej twarzy. Poczuł nagle coś nieprzyjemnego pod mostkiem.

— Kto to namalował?

— Ja.

Spojrzał na podpis. Potem na nią.

— Brzeg?

— Tytuł obrazu.

— Myślałem, że imię.

— Ludzie często myślą za dużo.

Podeszła, żeby otworzyć mu drzwi. Wyciągnął rękę w stronę klamki dokładnie w tej samej chwili. Kiedy ich palce zetknęły się na moment, świat zniknął i zobaczył ją w świetle ognia. Nie tutaj, nie teraz.

Śmiała się. Potem zobaczył morze. Jacht. Jej twarz mokrą od deszczu. I usłyszał własny głos, choć słowa nie miały sensu:

— Znowu cię znalazłem.

Cofnął rękę tak gwałtownie, jakby dotknął rozgrzanego metalu. Kobieta zmarszczyła brwi.

— Wszystko w porządku?

Patrzył na nią, nie wiedząc, kim jest, choć miał pewność, że już kiedyś ją kochał.

Kiedy wyszedł, nie ruszyła się od razu. Drzwi zamknęły się za nim miękko. Przez szybę zobaczyła jeszcze, jak zatrzymuje się na chodniku, zakłada drugą rękawiczkę i przez chwilę stoi w deszczu, jakby zapomniał, po co właściwie wyszedł.

Kiedy odszedł, spojrzała na własną dłoń. Nic. Nie poczuła bólu ani ukłucia. Przez moment, kiedy ich palce się zetknęły, miała wrażenie, że jego ręka była nienaturalnie ciepła.

— Dziwny człowiek — powiedziała do pustej galerii.

Zgasiła światło nad wejściem, ale zanim wyłączyła ostatnią lampę, wróciła do obrazu.

„Brzeg” wisiał sam na końcu ściany. Nie planowała tego obrazu. Zaczęła od morza, później pojawiły się skały, a dopiero na końcu kobieta. Plecami do widza, bosa, z suknią podrywaną przez wiatr. Twarz pozostawała niewidoczna i dzięki temu obraz działał.

Każdy mógł dopowiedzieć sobie inną. Mężczyzna przy drzwiach patrzył na niego tak, jakby rozpoznał własną.

Następnego dnia przyszedł o jedenastej siedemnaście. Zapamiętała godzinę wyłącznie przez przypadek: wtedy podpisywała fakturę. Tak przynajmniej powiedziała sobie później. Tym razem nie padało. Miał na sobie granatowy sweter, ciemne spodnie i te same skórzane rękawiczki. Zdjął obie dopiero po wejściu.

— Dziś nie zamykamy — powiedziała.

— Sprawdziłem.

— To dobrze. Robi pan postępy.

Rozejrzał się po sali.

— Mogę obejrzeć obrazy?

— Po to tu wiszą.

— A pani?

Uniósł kącik ust dokładnie tak samo jak poprzedniego wieczoru. Odłożyła długopis.

— Ten numer już pan wykorzystał.

— Wiem. Chciałem sprawdzić, czy dziś zadziała.

— Nie zadziałał.

— Szkoda.

— Przeżyje pan.

— Mam taką nadzieję.

Ostatnie zdanie powiedział inaczej. Bez uśmiechu. Przez moment miała trudne do nazwania wrażenie, że pod lekką rozmową znajduje się druga, do której nie zna jeszcze słów.

Wróciła do faktury, podczas gdy on zaczął oglądać obrazy. Nie chodził jak większość ludzi, którzy podchodzili do płótna na trzy sekundy, żeby natychmiast przeczytać podpis i cenę. Stał długo. Czasem cofał się o krok. Przy jednym obrazie przechylił głowę, jakby próbował usłyszeć coś, co znajdowało się pod farbą.

Po kilkunastu minutach zatrzymał się przed aktem kobiecym. Nie był prowokacyjny. Kobieta siedziała na krawędzi łóżka, odwrócona bokiem. Światło padało tylko na ramię, fragment piersi i kolano. Reszta ciała niemal znikała w szarości.

— Dlaczego nie ma twarzy? — zapytał.

— Ma.

— Nie widzę.

— To nie znaczy, że jej nie ma.

Podszedł bliżej płótna.

— Odwróciła ją pani.

— Ona ją odwróciła.

— Przecież to pani ją namalowała.

— I mam przez to decydować za nią o wszystkim?

Zaśmiał się cicho.

— Pani naprawdę rozmawia z własnymi obrazami?

— Z ludźmi bywa trudniej.

— Dlaczego?

— Obrazy rzadziej udają kogoś, kim nie są.

Nie odpowiedział od razu.

— To chyba zależy od malarza.

— Dobrze.

— Co?

— Pierwsza sensowna rzecz, jaką pan powiedział.

— Czyli jednak robię postępy.

— Nie przesadzajmy.

Ruszył dalej bez kolejnych prób flirtu, a ona zaczęła go obserwować.

Po południu przyszła jej Freyja z dwoma kubkami kawy i papierową torbą, z której pachniało cynamonem.

Postawiła wszystko na biurku i od razu spojrzała w stronę mężczyzny. To była Freyja, jedna z niewielu osób, które Elín naprawdę wpuszczała do swojego życia.

— Elín? Klient?

— Ładny.

— Obraz?

— Nie udawaj.

— Niczego nie udaję.

Freyja spojrzała na nią z miną człowieka, który znał to zdanie zbyt dobrze.

— Przez to czasami jesteś nieznośna.

— Czasami?

— Dzisiaj jestem miła.

Uśmiechnęła się i sięgnęła po kawę. Mężczyzna stał teraz przed Lilith. Dokładnie w tym samym miejscu co poprzedniego wieczoru.

— Ten — powiedziała Freyja ciszej.

— Co ten?

— Patrzysz.

— Mam oczy.

— Na innych też.

Nie odpowiedziała. Freyja znała ją wystarczająco długo, żeby nie potrzebować zwycięstwa na głos.

Mężczyzna podszedł do biurka dopiero po wyjściu przyjaciółki. Położył przed nią katalog.

— Chciałbym kupić Lilith.

— Nie jest na sprzedaż.

— Wczoraj była cena.

— Była.

— A dziś?

— Dziś nie.

— Dlaczego?

— Zmieniłam zdanie.

— To legalne?

— W mojej galerii zadziwiająco często.

Nie wyglądał na rozczarowanego. Wręcz przeciwnie.

— To co musiałbym zrobić?

— Żeby go kupić?

— Tak.

— Nic.

— To mało zachęcająca strategia sprzedaży.

— Sam fakt, że ktoś chce za coś zapłacić, nie czyni z tego towaru.

Popatrzył na nią długo.

— Rozumiem.

— Nie sądzę.

— Dlaczego?

— Bo nadal pan stoi.

Uśmiechnął się.

— Może nie przyszedłem po obraz.

— To po co?

Wiedziała, co odpowie. Mężczyźni byli w tej części rozmowy dość przewidywalni. Nie odpowiedział jednak tego, czego się spodziewała.

— Chciałem sprawdzić, czy kiedy pani dotknę, znowu to zobaczę.

Kawa zatrzymała się w połowie drogi do ust. Odłożyła kubek.

— Co pan zobaczy?

Milczał.

— Wczoraj zrobił pan dokładnie taką minę, jak człowiek, który zobaczył ducha — powiedziała. — Uznałam, że to pana prywatna sprawa.

— Może powinienem był wtedy wyjść.

— Wyszedł pan.

— A dziś wróciłem.

— To akurat zauważyłam.

Spojrzał na jej dłonie.

— Mogę?

Nie wyciągnęła ręki.

— Nie.

Przyjął odpowiedź bez pytania dlaczego; za to dostał u niej pierwszy punkt.

— Dobrze.

Założył rękawiczki, najpierw prawą, potem lewą.

— Do widzenia.

Doszedł do drzwi.

— Jutro też pan przyjdzie? — zapytała.

Odwrócił się. To ona była niezadowolona z własnego pytania.

— Jeśli pani chce.

— Nie powiedziałam tego.

— Wiem.

— Więc?

— Przyjdę.

Wyszedł. Patrzyła za nim przez szybę dłużej niż poprzedniego wieczoru. Potem spojrzała na Lilith. Kobieta na obrazie nadal stała plecami do świata. Pomyślała, że kobieta na obrazie może wcale nie odwracała się od niego, lecz na kogoś czekała.

Przyszedł następnego dnia o szesnastej trzydzieści siedem. Nie pięć minut przed zamknięciem, bez kwiatów i bez kawy. Z książką. Położył ją na ladzie i rozejrzał się po galerii, jakby naprawdę przyszedł oglądać obrazy.

— Spóźnił się pan — powiedziała.

— Na co?

— Jeszcze nie wiem.

Uniósł brwi.

— To brzmi jak zarzut z dużym potencjałem.

— Lubię zostawiać sobie możliwości.

Nie zapytała, po co wrócił, a on nie zapytał, czy czekała. Przez kilka minut chodził między obrazami. Tym razem zatrzymywał się przed nimi naprawdę. Oglądał je bez pośpiechu i bez szukania pretekstu, żeby wrócić do lady. Czytał podpisy, cofał się o kilka kroków, raz przykucnął, żeby zobaczyć płótno z niższej perspektywy.

Obserwowała go znad ekranu komputera. To również było irytujące. Większość mężczyzn, którzy przychodzili tu dla niej, bardzo szybko zapominała o sztuce. On najwyraźniej nie.

— Ten jest pani? — zapytał.

Stał przed największym obrazem w galerii. Naga kobieta zajmowała niemal całe płótno. Nie zasłaniała ciała i nie próbowała uwodzić widza. Stała spokojnie, z podniesioną głową, jakby to ona decydowała, kto ma prawo patrzeć.

— Ten jest pani?

— Tak.

W prawym dolnym rogu widniał tylko jeden napis: „Lilith”. Pod nim, mniejszymi literami: „Nie na sprzedaż”. Aron przyjrzał się twarzy kobiety. Coś w linii ust i sposobie, w jaki patrzyła z płótna, wydało mu się niepokojąco znajome.

— Dlaczego nie na sprzedaż?

— Bo nie wszystko, co pokazuję ludziom, należy do nich.

— Nie.

Odwrócił głowę.

— Nie?

— Jest sama. To nie jest to samo.

Popatrzył jeszcze raz.

— Rzeczywiście.

— Większość ludzi mówi, że jest samotna.

— Większość ludzi boi się być sama.

— A pan?

— Czasami bardziej boję się być z niewłaściwymi ludźmi.

Uśmiechnęła się bez ironii. Aron to zauważył, lecz zanim zdążył zareagować, drzwi galerii otworzyły się gwałtownie.

Do środka wszedł mężczyzna w granatowym płaszczu, z telefonem przy uchu. Nie przerwał rozmowy. Minął stojącego przy obrazie klienta i podszedł prosto do lady.

— Tak, tak, załatwię — powiedział do telefonu. — Powiedziałem, że załatwię.

Rozłączył się dopiero przed nią.

— Mamy problem.

— Dzień dobry, Magnús.

— Dzień dobry. Mamy problem.

— Teraz brzmi znacznie uprzejmiej.

Magnús westchnął.

— Nie wystawisz Katrín.

— Nie.

— Jej ojciec pokrywa część kosztów wernisażu.

— Wiem. I nadal jej nie wystawię.

— Przecież ma trzy obrazy.

— Ma pięć. Wszystkie słabe.

Mężczyzna przy ścianie opuścił wzrok. Nie chciał wyglądać, jakby słuchał.

— Nie możesz tak mówić.

— Mogę. Powiedziałam.

— Jej ojciec jest jednym z naszych ważniejszych partnerów.

— Twoich.

— Naszych.

— Nie. Jeśli ktoś daje pieniądze po to, żeby kupić córce ścianę w galerii, nie jest mecenasem. Jest klientem, który pomylił galerię z powierzchnią reklamową.

Magnús zacisnął szczękę.

— Czasami trzeba być rozsądnym.

— Jestem.

— To nie jest rozsądek.

— Jest. Ty po prostu nazywasz rozsądkiem zgodę na coś, czego sam nie potrafisz obronić.

Zapadła cisza. Magnús zerknął na mężczyznę stojącego przy obrazie.

— Możemy porozmawiać na osobności?

— Możemy. Ale odpowiedź będzie taka sama.

— Wiesz, że ludzie mówią o tobie, że jesteś trudna?

— Ludzie mówią o mnie znacznie ciekawsze rzeczy.

— Kiedyś zostaniesz sama ze swoją uczciwością.

Jej twarz nie zmieniła się.

— To nadal lepsze towarzystwo niż cudze układy.

Magnús patrzył na nią jeszcze chwilę, po czym odwrócił się i wyszedł.

Drzwi zamknęły się mocniej, niż wymagał tego przeciąg. Przez moment w galerii było słychać tylko deszcz.

— Nie musi pan nic mówić — powiedziała.

— Nie zamierzałem.

— Ale mam pytanie.

Spojrzała na niego ostrzegawczo.

— Czy te obrazy naprawdę były słabe?

Parsknęła śmiechem.

— Potwornie.

— W takim razie rozumiem.

— Co pan rozumie?

— Dlaczego ma pani tylu przyjaciół.

Zmrużyła oczy.

— Ilu?

— Obstawiam dwóch.

— Jednego i pół.

— Co stało się z połową?

— Jeszcze się zastanawiam.

Zaśmiał się. Podobało jej się, że obyło się bez pochwał, robienia z niej bohaterki i pytań o Magnúsa czy o to, ile mogła stracić.

Po prostu wrócił do oglądania obrazów. Po kilku minutach podszedł do lady.

— Kawa?

— To propozycja handlowa?

— Nie.

— Randka?

Zawahał się.

— Jeśli powiem, że tak, odmówi pani?

— Możliwe.

— W takim razie kawa.

— To tchórzliwe.

— Praktyczne.

— Nie lubię praktycznych mężczyzn.

— Jeszcze wczoraj nie lubiła pani mężczyzn, którzy przychodzą pięć minut przed zamknięciem.

— Pan szybko się uczy.

— Muszę. Mam wymagającą nauczycielkę.

Przyglądała mu się.

— Jedna kawa.

— Jedna.

— I nie oznacza niczego.

— Kawa zwykle oznacza kawę.

— Zdziwiłby się pan.

Kawiarnia była dwie ulice dalej. Usiedli przy oknie. Na zewnątrz Reykjavík rozpływał się w mokrym świetle, samochody ciągnęły po asfalcie smugi wody, a ludzie szli szybko, z głowami schowanymi w kapturach.

Zdjął płaszcz i położył rękawiczki obok filiżanki. Od razu zauważyła miękką, wyrobioną czarną skórę. Nie nowe, kupione dla efektu.

— Zawsze pan je nosi?

Spojrzał na rękawiczki.

— Kiedy jest zimno.

— To Islandia. Odpowiedź daje panu jakieś dziewięć miesięcy w roku.

— Czasem zdejmuję.

— Wczoraj pan zdjął.

Zawahał się.

— Wczoraj było inaczej.

— Tak.

Przesunęła palcem po krawędzi filiżanki.

— Co się wtedy stało?

Mógł skłamać i przez moment nawet rozważał najprostszą wersję: zawrót głowy, zmęczenie, niski cukier. Patrzyła na niego spokojnie. Przypomniał sobie, jak rozmawiała z Magnúsem.

— Nie wiem.

— To uczciwa odpowiedź.

— Widzę rzeczy.

Nie drgnęła.

— Jakie rzeczy?

— Których nie powinienem widzieć.

— Narkotyki? Choroba? Duchy?

— Narkotyki nie. Choroby nie wiem.

Uśmiechnął się.

— Pani w nie wierzy?

— Nie odpowiedział pan.

Westchnął.

— Kiedy wczoraj pani dotknąłem, zobaczyłem panią.

— Siedzę przed panem. To nie jest szczególnie imponujące.

— Nie tutaj.

Jej uśmiech zniknął.

— Gdzie?

— Nie wiem.

— Kiedy?

— Tego też nie wiem.

— Czyli wie pan bardzo mało.

— W tej chwili głównie to.

Kelnerka przyniosła wodę. Elín poczekała, aż odejdzie.

— Co robiłam?

Przypomniał sobie światło ognia. Nagą skórę. Jej śmiech. Nie powiedział tego.

— Śmiała się pani.

— To się zdarza.

— Były dzieci.

Teraz znieruchomiała.

— Moje?

— Nie wiem.

— Mam dzieci?

— Nie wiem.

— To po co pan mi to mówi?

— Bo zapytała pani, co się stało.

Milczała.

— Dobrze.

— Dobrze?

— Wolę dziwną prawdę od wygodnego kłamstwa.

Sięgnęła po filiżankę.

— Ale jeżeli okaże się pan wariatem, uprzedzam, że nie mam instynktu opiekuńczego.

— Zapamiętam.

— I jeszcze jedno.

— Tak?

— Nie próbuj mnie dotykać tylko po to, żeby coś zobaczyć.

Pierwszy raz zwróciła się do niego bez „pan”. Oboje to zauważyli.

— Nie będę.

Podniosła filiżankę.

— A teraz możemy porozmawiać o czymś normalnym.

— Na przykład?

— Czym się zajmujesz, kiedy nie nachodzisz kobiet w galeriach?

— Pływam.

— Zawodowo?

— Tak. Rejsy. Turyści. Czasem wyprawy fotograficzne. Czasem ludzie, którzy po trzech godzinach na morzu odkrywają, że jednak wolą góry.

— Masz własny jacht?

— Mam.

— Nazwę?

Zawahał się ledwie zauważalnie. Powiedział jej. Powtórzyła nazwę cicho, jakby sprawdzała jej brzmienie. Przez moment miała wrażenie, że już tę nazwę słyszała. Było to tak krótkie i nieuchwytne, że natychmiast uznała je za zwykłe déjà vu. Mimo to spojrzała na niego uważniej.

— Co? — zapytał.

— Nic.

— Wyglądało jak coś.

— Nazwa. Dziwnie znajoma.

— Nigdy jej wcześniej nie słyszałaś.

— A ty? — zapytała.

— Co ja?

— Masz imię, czy mam cię zapisać w telefonie jako „mężczyzna, który widzi rzeczy”?

— Aron.

— Tylko Aron?

— Na pierwszą kawę wystarczy.

— Rozsądnie. Nazwisko może być zbyt intymne.

Uśmiechnął się.

— A ty zawsze odpowiadasz pytaniem na pytanie?

— Nie. Czasem milczę, żeby ludzie sami zrozumieli, że powiedzieli coś głupiego.

— To musi być oszczędne.

— Bardzo.

Deszcz uderzył mocniej o szybę. Elín spojrzała na zegarek, dopiła kawę i wstała.

— Muszę wracać.

Aron również się podniósł.

— Odprowadzę cię.

— Nie trzeba.

— Nie powiedziałem, że trzeba.

Popatrzyła na niego przez sekundę.

— To była propozycja?

— Tak.

— W takim razie możesz.

Nie podał jej płaszcza. Przesunął go tylko po oparciu krzesła w jej stronę. Zauważyła to. Drobiazg, ale z takich drobiazgów składała ludzi.

Na ulicy wiatr natychmiast wyrwał jej włosy spod kołnierza. Zebrała je jedną ręką, drugą zapięła płaszcz pod szyją. Aron wsunął dłonie w skórzane rękawiczki.

— Znowu zbroja — powiedziała.

— Rękawiczki.

— Nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię.

— A ty nie udawaj, że nie jesteś ciekawa.

— Jestem ciekawa. To nie znaczy, że masz przewagę.

— Nigdy tak nie pomyślałem.

To akurat zabrzmiało bez żartu. Szli obok siebie w stronę galerii. Wiatr niósł od zatoki wilgoć. Z otwieranych drzwi kawiarni dobiegał zapach świeżo parzonej kawy.

Elín lubiła zimno, dopóki mogła po nim wrócić do ciepła. Skrajności były uczciwe. Ciało natychmiast wiedziało, czego chce.

Przy przejściu dla pieszych Aron odruchowo wyciągnął rękę, gdy cofnęła się przed wodą rozpryśniętą przez samochód.

Jego dłoń, w rękawiczce, zamknęła się na jej przedramieniu. Nie pojawił się żaden obraz, głos ani nagłe światło pod powiekami. Aron zastygł. Elín spojrzała najpierw na jego dłoń, potem na twarz.

— Co?

Puścił ją.

— Nic.

— Nie kłam.

— Tym razem naprawdę nic.

Zrozumiała pierwsza. Jej wzrok przesunął się na czarną skórę rękawiczki.

— Przez materiał?

— Aron.

— Na to wygląda.

Przez kilka kroków milczała.

— Czyli możesz mnie dotknąć i nic nie zobaczyć.

— Najwyraźniej.

— Interesujące.

— Dla mnie trochę więcej niż interesujące.

Zatrzymała się pod markizą zamkniętego sklepu. Deszcz bębnił nad ich głowami.

— Daj rękę.

— Elín…

— Powiedziałam: daj. Nie: dotknij mnie.

Wyciągnął prawą dłoń, a ona sama ją ujęła. Skóra rękawiczki była chłodna od powietrza, gładka na grzbiecie i miększa przy palcach. Przesunęła po niej kciukiem, jakby badała fakturę materiału. Potem odwróciła jego rękę wnętrzem do góry. Aron patrzył na nią bez ruchu.

— Nic? — zapytała.

— Nic.

— A teraz?

Uniósł wzrok.

— Teraz trudno powiedzieć.

Kącik jej ust drgnął.

— Nie pytałam o to.

— Jasne.

Puściła jego dłoń.

— Dobrze.

— Co jest dobrze?

— To, że istnieje sposób, żebyś nie zaglądał mi do głowy przez przypadek.

— Nie zaglądam ci do głowy.

— Jeszcze gorzej. Zaglądasz gdzieś, gdzie nawet ja nie mam dostępu.

Aron schował rękę do kieszeni.

— Nie chcę tego robić.

— Wczoraj chciałeś.

— Wczoraj chciałem wiedzieć, czy zwariowałem. Nadal nie wiem.

— Świetnie. Lubię mężczyzn z jasnym planem na życie.

— A ja kobiety, które potrafią pocieszyć.

— Źle trafiłeś.

Ruszyła dalej. Następnego ranka obudziła się przed budzikiem. Przez kilka sekund leżała nieruchomo, słuchając wiatru. Dom na obrzeżach miasta miał własne dźwięki: cichy trzask drewna, szmer ogrzewania, deszcz przesuwający się po szybie jak dłonie.

Na krześle leżały spodnie do biegania i cienka koszulka. Elín popatrzyła na nie, po czym wstała. Godzinę później biegła wzdłuż czarnego brzegu. Nie była to plaża z pocztówki. Wiatr ciął policzki, mokry piasek uginał się pod butami, a ocean miał kolor stali. Za to ją lubiła.

Po kilku kilometrach ciało znalazło własny rytm. Oddech, krok, oddech. Myśli przestawały układać się w zdania.

Aron wracał mimo to. Nie jego opowieść. Nie dzieci, których być może nigdy nie było. Jego rękawiczka. To zirytowało ją bardziej niż powinno. Przy niewielkiej zatoce zwolniła. Między skałami para unosiła się nad naturalnie ogrzaną wodą. Miejsce znała od lat. O tej porze było puste.

Zdjęła kurtkę, potem buty. Zimne powietrze przesunęło się po rozgrzanej skórze. Nie spieszyła się.

Dla Elín nagość nigdy nie była deklaracją. Ciało nie stawało się seksualne przez sam brak ubrania.

Weszła do wody. Ciepło objęło ją od kostek, przez uda, brzuch, ramiona. Zanurzyła się po szyję i odchyliła głowę. Mokre włosy przykleiły się do karku.

Ocean był kilkadziesiąt metrów dalej — zimny, ciemny, niespokojny. Tutaj woda otaczała ją miękko.

Kontrast uspokajał. Przymknęła oczy. I wtedy przypomniała sobie nie wizję, lecz jego zdanie. „Kiedy wczoraj pani dotknąłem, zobaczyłem panią.” Otworzyła oczy.

— Idiotka — powiedziała do siebie.

Nie była pewna, czy chodziło jej o siebie, czy o niego.

W domu długo stała przed otwartą szafą. Na najwyższej półce, za pudełkiem z fotografiami, leżał czarny skórzany gorset. Zakładała go rzadko, bo nie czuła takiej potrzeby. Lubiła jednak sam moment, w którym chłodna skóra dotykała rozgrzanego po kąpieli ciała i po chwili przejmowała jego temperaturę.

Założyła go bez pośpiechu i stanęła przed lustrem. Nie sprawdzała, czy wygląda atrakcyjnie dla kogoś. Patrzyła na linię talii, połysk czarnej skóry i kontrast z jasnym ciałem. Gorset zmieniał sposób, w jaki stała: prostował plecy, porządkował oddech, przypominał o każdym ruchu.

Przesunęła dłonią po materiale. Zapach skóry był ciepły, lekko gorzki. Na stoliku obok lustra leżała stara książka kupiona przed laty w antykwariacie. Ciemna, popękana oprawa, pożółkłe karty i kilka rycin. Otwierała się niemal sama w jednym miejscu.

Lilith. Elín przeczytała zaznaczony kiedyś fragment i uśmiechnęła się bez wesołości. Nie interesowało jej, czym później obrosła ta opowieść. Wracała do samego początku. Do kobiety, która nie zgodziła się przyjąć miejsca wybranego dla niej przez kogoś innego. Samo imię miało w sobie coś, co lubiła: nie prośbę, lecz wybór.

Spojrzała na siebie w lustrze. Dopiero wtedy przypomniała sobie Arona i jego spokojne „dobrze”, kiedy powiedziała mu, że jeszcze nie chce jego dotyku.

Po południu w galerii pachniało terpentyną. Elín malowała na zapleczu przy uchylonym oknie. Miała na sobie starą białą koszulę, zbyt dużą, poplamioną ochrą i błękitem. Rękawy podwinęła wysoko. Na lewym nadgarstku miała smugę farby.

Mandarynka leżała rozebrana na części obok palety. Co jakiś czas sięgała po cząstkę, nie odrywając wzroku od płótna.

Malowała morze, choć wcześniej tego nie planowała. Jeszcze rano na płótnie miała być kobieta. Teraz pod pędzlem rosła ciemna linia horyzontu. Dzwonek przy drzwiach zabrzmiał krótko.

— Otwarte — zawołała.

— To już wiem.

Poznała głos. Nie odwróciła się.

— Zaczynasz mieć niepokojący zwyczaj pojawiania się bez zaproszenia.

— Galeria jest otwarta.

— Nie psuj mi argumentu faktami.

Aron zatrzymał się w drzwiach pracowni i nic nie powiedział. Elín poczuła jego uwagę, zanim się odwróciła.

— Co?

— Patrzę.

— Widzę.

— Przeszkadza ci?

Odłożyła pędzel.

— Zależy, jak patrzysz.

— Jak na kobietę, która ma farbę na policzku.

Dotknęła twarzy.

— Gdzie?

— Teraz już w dwóch miejscach.

Zaśmiała się i sięgnęła po szmatkę.

— Nie pomagasz.

— Nie dostałem instrukcji.

— To byłby gruby segregator.

— Przeczytałbym.

— Tego się obawiam.

Podszedł bliżej, ale zatrzymał się poza zasięgiem jej dłoni. Zauważyła to.

— Możesz podejść.

— Wiem.

— A jednak stoisz.

— Wczoraj ustaliliśmy zasady.

— Ustaliliśmy, że nie będziesz mnie dotykał po to, żeby wywoływać swoje wizje.

— To dość konkretna zasada.

— Lubię konkretne zasady. Łatwiej wtedy wiedzieć, kiedy się je łamie.

Aron spojrzał na obraz.

— To ten sam jacht?

Pędzel znieruchomiał w jej dłoni. Na płótnie nie było jeszcze jachtu.

Była tylko ciemna kreska, która mogła stać się falą, skałą albo cieniem.

— Jaki jacht?

— Nie wiem. Przez sekundę myślałem…

Urwał.

— Co?

— Nieważne.

— Nie cierpię tego słowa.

— Jakiego?

— „Nieważne”. Zwykle oznacza: wiem coś, ale postanowiłem za ciebie, że nie powinnaś tego usłyszeć.

Aron spojrzał na nią uważnie.

— Dobrze. Przez sekundę zobaczyłem tam dziób.

— Na moim obrazie?

— Tak.

— I przez to zamilkłeś?

— Bo nie wiem, czy widzę to, co jest, czy to, czego się boję.

Elín odłożyła pędzel.

— To już lepsza odpowiedź.

— Nie zawsze mam dobre.

— Nie wymagam dobrych. Wymagam prawdziwych.

Między nimi zapadła cisza. Aron spojrzał na mandarynkę.

— Zawsze jesz podczas malowania?

— Nie.

— Mandarynki?

— Często.

— Dlaczego?

Wzięła kawałek skórki i zgięła go między palcami. W powietrze wystrzeliła delikatna mgiełka olejku.

— Zapach.

Aron znieruchomiał. Tak nieznacznie, że ktoś inny mógłby tego nie zauważyć. Elín zauważyła.

— Co?

— Ładnie pachnie.

— Aron.

— Naprawdę.

— Znowu kłamiesz źle.

Przesunęła się o krok bliżej.

— Wiedziałeś?

— Co?

— Że lubię ten zapach.

— Nie.

— Zobaczyłeś?

— Nie teraz.

— Kiedy?

Milczał.

— Wczoraj? Przy dotyku?

— Tak.

— Co dokładnie?

— Pomarańcze. Albo mandarynki. Nie wiedziałem.

Jej twarz stwardniała.

— I nic nie powiedziałeś.

— Bo to brzmiałoby jak tani numer.

— „Wiem, co lubisz, choć nigdy mi tego nie powiedziałaś”?

— Mniej więcej.

— Rzeczywiście tani.

— Widzisz.

— Ale prawdziwy.

— Tak.

Obracała skórkę w palcach. Potem podeszła jeszcze bliżej. Przez otwarte okno wpadało chłodne powietrze. W galerii czuć było terpentynę.

— Zamknij oczy — powiedziała.

— Po co?

— Aron.

— To nie jest odpowiedź.

— Nie. To moje imię dla ludzi, którzy za dużo pytają.

Uśmiechnął się, ale zamknął oczy. Elín uniosła kawałek skórki i ścisnęła go tuż przy jego twarzy.

— Co czujesz?

— Mandarynkę.

— Tylko?

— Farbę.

— Tylko?

Przez sekundę milczał.

— Ciebie.

Nie poruszyła się.

— To nie jest zapach.

Otworzył oczy; stali blisko. Za blisko jak na rozmowę o owocach. Wystarczyłby niewielki ruch, żeby ich ciała się zetknęły. Elín nie cofnęła się. Aron również nie. Jego wzrok przesunął się z jej oczu na usta i wrócił. Nie zrobił nic. To sprawiło, że poczuła go mocniej.

— Dobrze — powiedziała cicho.

— Co?

— Uczysz się.

— Czego?

— Że kiedy chcę, żeby mężczyzna mnie dotknął, potrafię mu to powiedzieć.

Oddech Arona zmienił się ledwie zauważalnie.

— A chcesz?

Elín spojrzała na jego dłonie. Nie miał rękawiczek.

— Dobrze.

Powiedział to bez zawodu, bez próby targowania się o pół kroku więcej. Elín odsunęła się pierwsza.

— Napijesz się wina?

Wino pili na podłodze pracowni, oparci o przeciwległe ściany. Między nimi stało niedokończone płótno. Rozmawiali o rzeczach, które nie miały nic wspólnego z wizjami. O złych obrazach, które sprzedają się za absurdalne pieniądze. O turystach pytających Arona, czy wieloryby podpływają na zawołanie. O ludziach, którzy mylą szczerość z prawem do okrucieństwa.

— A ty? — zapytał. — Nigdy nie żałujesz, że powiedziałaś za dużo?

Elín zakręciła winem w kieliszku.

— Żałuję sposobu. Rzadziej treści.

— To różnica?

— Ogromna. Prawdę można powiedzieć tak, żeby coś naprawić. Można też powiedzieć ją tylko po to, żeby wygrać.

— A ty co robisz?

— Jedno i drugie.

Aron uśmiechnął się.

— Przynajmniej jesteś konsekwentna.

— Nie. Po prostu nie zamierzam robić z własnych wad cnót.

Aron spojrzał przez otwarte drzwi pracowni w stronę dużego aktu.

— Lilith.

Elín podniosła wzrok.

— Co z nią?

— Ten obraz. Dlaczego ona?

Obracała kieliszek między palcami.

— Bo powiedziała „nie”.

— Tylko za tę odmowę?

— Za nią przede wszystkim.

Aron popatrzył na nią, potem na obraz.

— Jest do ciebie podobna.

— Wszystkie obrazy są trochę podobne do malarza.

— Nie o twarz mi chodzi.

Elín nie odpowiedziała; riposta przyszła jej do głowy od razu, lecz ją zatrzymała.

Później, gdy wino się skończyło, pomógł jej zamknąć galerię. Przy drzwiach założył płaszcz, ale rękawiczki zostały w kieszeni.

— Dobranoc, Elín.

— Aron.

Stanął. Podeszła do niego sama. Tym razem nie wyciągnęła ręki do jego policzka. Zatrzymała się tak blisko, że czuła ciepło jego oddechu i chłód, który przyniósł ze sobą od drzwi.

— Teraz chcę — powiedziała.

Nie zapytał, o co chodzi, a ona pocałowała go pierwsza. Przez moment Aron pozostał nieruchomy, jakby czekał nie na pozwolenie, lecz na pewność. Dopiero wtedy objął ją w talii.

Bezpośredni dotyk nie przyniósł wizji. Przyniósł coś znacznie bardziej teraźniejszego. Elín poczuła pod palcami jego kark, szorstkość krótkich włosów i napięcie, które próbował kontrolować. Podobało jej się, że nie przyspieszał. Odsunęła usta na kilka centymetrów.

— Nie bój się mnie dotknąć.

— Nie ciebie się boję.

— Wiem.

Pocałowała go ponownie. Tym razem mocniej. Kiedy jego dłoń przesunęła się po jej plecach, świat zniknął Aronowi na ułamek sekundy.

Ciemny pokój. Czarna skóra opinająca jej talię. Zapach pomarańczy. Jej głos, bardzo blisko:

„Nie decyduj za mnie.” Otworzył oczy gwałtownie. Elín natychmiast to poczuła.

— Znowu?

— Tak.

Nie cofnęła się.

— Co zobaczyłeś?

— Ciebie.

— To już mówiłeś.

— W czarnej skórze.

Jej twarz zmieniła się ledwie zauważalnie.

— Gorset?

Aron milczał sekundę za długo.

— Nie wiedziałem, co to było.

Elín odsunęła się o krok. Nie ze strachu. Patrzyła na niego z czymś pomiędzy podejrzliwością a fascynacją.

— Mam taki.

Teraz to on nie miał odpowiedzi.

— I nigdy ci o nim nie mówiłam — dodała.

— Wiem.

— To zaczyna być naprawdę niewygodne.

— Dla mnie też.

— Nie wyglądasz.

— Dobrze się maskuję.

Elín podeszła ponownie.

— Jedna rzecz się nie zmienia.

— Jaka?

— Dobrze.

— A jeżeli nie powiem…

Urwała. Tym razem Aron pocałował ją pierwszy. Kiedy później zamknęła za nim drzwi galerii, jej usta wciąż pamiętały jego smak, a ciało było zbyt świadome własnego ciepła, żeby udawać obojętność.

Spojrzała na wielki akt wiszący w półmroku. Naga kobieta z obrazu patrzyła na nią bez cienia wstydu.

— Ani słowa — powiedziała Elín.

Lilith, jak zwykle, nie zamierzała jej słuchać.

Następnego dnia Aron nie przyszedł, a Elín przyznała przed sobą, że zauważyła jego nieobecność dopiero o siedemnastej.

Przez większą część dnia pracowała przy obrazie, który poprzedniego wieczoru zostawiła niedokończony. Morze na płótnie zrobiło się ciemniejsze. Nad horyzontem pojawiła się wąska smuga światła, ale zamiast uspokajać obraz, czyniła go bardziej niespokojnym.

Co kilka minut cofała się o krok. Co kilka minut spoglądała też w stronę drzwi. Za trzecim razem zaklęła pod nosem.

— To jest żałosne.

— Co?

Freyja stała w wejściu z papierową torbą w dłoni.

— Nic.

— Świetnie. Znowu „nic”. Zaczynam podejrzewać, że to najbardziej zatłoczone miejsce w tej galerii.

Elín odłożyła pędzel.

— Przyniosłaś coś do jedzenia?

— Tak. I zamierzam wykorzystać tę przewagę.

Wyjęła dwa pudełka, spojrzała na obraz i zmarszczyła brwi.

— To miała być kobieta.

— Zmieniłam zdanie.

— Na sztorm?

— Na morze.

— Powiedz to.

— Co?

— To, po co przyszłaś.

Freyja usiadła na stole.

— Chciałam zobaczyć człowieka od rękawiczek.

— Nie ma go.

— Widzę.

— I nie czekam.

— Tego nie powiedziałam.

— Ale pomyślałaś.

— Teraz już tak.

Elín rzuciła w nią zmiętą serwetką. Freyja roześmiała się, lecz po chwili spoważniała.

— Podoba ci się.

— Fizycznie?

— Zaczynamy od łatwych pytań.

Elín oparła biodro o stół.

— Tak.

— Bardzo?

— Wystarczająco.

— A reszta?

— Reszta jest bardziej kłopotliwa.

— Czyli bardzo.

— Nie wkładaj mi słów do ust.

— Ty zwykle wkładasz je innym.

Elín uśmiechnęła się krótko.

— Widzisz? Przez to jesteś tą połową przyjaciela.

— Awansowałam.

— Nie przesadzaj.

Freyja spojrzała na wielki akt wiszący w półmroku.

— Wiesz, że ona ma twoją twarz?

Elín nie odpowiedziała.

— Elín.

— Wiem.

— Myślałam, że nigdy się do tego nie przyznasz.

— Nie przyznałam się. Potwierdziłam fakt.

— I przez to nie jest na sprzedaż?

Elín popatrzyła na nagą kobietę z obrazu.

— Między innymi.

— A dlaczego Lilith?

— Bo odmówiła.

— Brzmi znajomo.

— Nie zaczynaj.

— Nie muszę. Sama się namalowałaś.

Elín sięgnęła po widelec.

— Jedz.

Aron zadzwonił o dziewiętnastej dwanaście.

— Masz zegarek? — zapytała zamiast powitania.

— Mam.

— Dobrze. Bałam się, że na morzu używacie słońca.

— W Islandii byłoby to ryzykowne.

— Czego chcesz?

— Zabrać cię jutro na jacht.

Zamilkła.

— To propozycja handlowa?

— Nie.

— Randka?

— Tak.

Uśmiechnęła się. Wreszcie.

— O której?

— Dziesiąta.

— Będę o dziesiątej pięć.

— Dlaczego?

— Żebyś nie pomyślał, że za bardzo mi zależy.

— Za późno.

Rozłączyła się pierwsza, a wieczorem, już w domu, otworzyła szafę. Gorset leżał tam, gdzie go odłożyła.

Przesunęła palcami po czarnej skórze. Nie założyła go. Jeszcze nie. Zamiast tego wyjęła starą książkę.

Usiadła na łóżku i otworzyła ją w miejscu, do którego wracała od lat. Ze starego papieru unosił się zapach kurzu.

Na rycinie kobieta stała z rozpuszczonymi włosami. Artysta próbował zrobić z niej pokusę i zagrożenie jednocześnie.

Elín zawsze uważała, że to zbyt łatwe. Najciekawsze było to, co wydarzyło się wcześniej. Odmowa. Zamknęła książkę; obok leżał telefon. Aron nie napisał. To również jej się podobało.

Rano w porcie śmierdziało ropą. Aron czekał przy trapie. Nie miał na sobie garnituru ani płaszcza, w których widziała go wcześniej. Ciemny sweter, spodnie sztormowe, cięższe buty. Wyglądał mniej elegancko i znacznie bardziej na swoim miejscu. Elín zatrzymała się przed jachtem.

— To on?

— On.

Przeczytała nazwę na burcie. To samo słowo, które dzień wcześniej wywołało w niej krótkie, niewytłumaczalne poczucie znajomości. Nie wydarzyło się nic.

— Ładny — powiedziała.

— Nie mów mu tego. Stanie się nieznośny.

— Rozmawiasz z łodzią?

— Tylko kiedy ludzie zawodzą.

— Czyli często.

— Zaczynasz mnie rozumieć.

Podał jej rękę przy wchodzeniu na pokład. Miał rękawiczkę. Elín spojrzała na nią.

— Boisz się?

— Jest ślisko.

— Nie o to pytałam.

Zamiast przyjąć dłoń, weszła sama.

— Uparta.

— Spostrzegawczy.

Na wodzie Reykjavík szybko stracił ostre krawędzie. Wiatr był chłodny, ale morze spokojniejsze niż poprzedniego dnia. Aron poruszał się po pokładzie bez zbędnych gestów. Sprawdzał liny, instrumenty, wiatr. Tutaj mówił mniej.

Elín obserwowała go z kokpitu. To podobało jej się bardziej niż wszystkie jego odpowiedzi w galerii.

— Co? — zapytał w końcu.

— Nic.

— Kłamiesz źle.

— Uczę się od ciebie. Lubię patrzeć, kiedy ktoś wie, co robi.

Aron uniósł brwi.

— To komplement?

— Nie przyzwyczajaj się.

Podszedł do niej i wskazał linę.

— Chcesz?

— Co mam zrobić?

Wytłumaczył krótko. Stanął za nią, ale jej nie dotknął. Elín poczuła ciepło jego ciała przez warstwy ubrań i zapach skóry rękawiczek.

— Możesz — powiedziała.

— Co?

— Poprawić mi ręce. Inaczej będziemy tu stać do Grenlandii.

Jego dłonie objęły jej nadgarstki przez materiał kurtki.

— Tak?

— Tak.

Poprowadził jej ruch.

— Teraz.

Pociągnęła linę, żagiel się napiął, a Elín uśmiechnęła się szeroko.

— Jeszcze raz.

— Wiedziałem, że ci się spodoba.

— Nie psuj tego samozadowoleniem.

Kilka godzin później zakotwiczyli w osłoniętej zatoce. Aron postawił na stole chleb, ser, owoce i butelkę wody. Elín spojrzała na jedzenie.

— Nie ma krewetek.

Jego ręka zatrzymała się nad talerzem. Za późno.

— Dlaczego miałyby być?

— Nie wiem.

— Aron.

Westchnął.

— Widziałem je.

— Gdzie?

— W jednym z tych… wspomnień. Odsuwałaś talerz.

— Nie cierpię krewetek.

— Teraz już wiem.

Elín nie usiadła.

— Co jeszcze wiesz?

— Niewiele.

— Ominąłeś odpowiedź.

Aron zdjął rękawiczki i położył je na stole.

— Mandarynki. Krewetki. To, że kiedy jesteś zła, dotykasz językiem wewnętrznej strony policzka.

Przestała to robić.

— Drań.

— Sama zapytałaś.

— Dalej.

— Czasami śpisz przy otwartym oknie, nawet kiedy jest zimno.

Jej twarz spoważniała.

— Skąd?

— Nie wiem.

— Dalej.

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo nie wszystko, co widzę, mam prawo ci powiedzieć.

Elín zesztywniała.

— Znowu decydujesz za mnie.

— Nie. Decyduję za siebie. To różnica.

To ją zatrzymało. Aron wskazał krzesło.

— Jeśli zapytasz o coś konkretnego, odpowiem. Ale nie będę wysypywał przed tobą obrazów, których sam nie rozumiem.

Elín usiadła.

— W porządku.

— Dobrze?

— Nie ciesz się. Po prostu tym razem masz rację.

Po powrocie wiatr przybrał na sile. Aron pierwszy zszedł na pomost, a Elín tym razem podała mu rękę.

Bez rękawiczki. Ich dłonie zetknęły się. Obraz uderzył go natychmiast. Czarna skóra. Jej jasne ciało.

Światło świec przesuwające się po ścianie. Elín stojąca przed lustrem. Nie widział jej twarzy, tylko odbicie oczu. Potem inny obraz. Ta sama kobieta na brzegu morza. Wiatr. Krzyk. I jedno zdanie:

„Nie odchodź.” Aron puścił jej dłoń. Elín czekała.

— Co tym razem?

— Ciebie. Nic, co rozumiem.

— Nago?

Zaskoczyła go bezpośredniość pytania.

— Elín…

— Wystarczy „tak” albo „nie”.

— Tak.

Nie spuściła wzroku.

— I?

— I nic.

— Nie podobałam ci się?

Aron parsknął cicho.

— To jest pułapka.

Podszedł bliżej.

— Podobałaś.

— Czas przeszły?

— Bardzo niebezpieczna kobieta.

— Dopiero teraz zauważyłeś?

Stała przed nim z włosami rozrzuconymi przez wiatr i policzkami zaczerwienionymi od zimna.

Aron uniósł dłoń, lecz zatrzymał ją kilka centymetrów od jej twarzy.

— Mogę?

Elín odpowiedziała, przesuwając policzek do jego dłoni. Dotknął jej. Tym razem nie było przebłysku. Był tylko jej ciepły policzek pod jego palcami. Elín odwróciła głowę i pocałowała wnętrze jego dłoni. Krótko. Świadomie. Aron przestał oddychać na sekundę.

— Teraz ja mam przewagę — powiedziała.

— Nigdy jej nie straciłaś.

Pocałowała go inaczej niż w galerii, bez sprawdzania, czy coś zobaczy.

Aron objął ją i przyciągnął bliżej. Wiatr uderzał w pomost, gdzieś obok metalowa linka stukała o maszt, ale Elín słyszała przede wszystkim jego oddech. Kiedy odsunęła się od niego, oboje milczeli.

— Chodź do mnie — powiedziała.

Aron spojrzał jej w oczy.

— Jesteś pewna?

— Gdybym nie była, nie powiedziałabym.

Nie zapytał drugi raz. W domu Elín było ciepło. Zdjęła płaszcz i rzuciła go na krzesło. Aron zatrzymał się przy drzwiach, jakby wejście do jej prywatnej przestrzeni wymagało innego rodzaju zgody niż wejście do galerii.

— Zamknij — powiedziała.

Zamknął. Elín podeszła do niego. Rozpięła mu płaszcz, powoli, patrząc mu w oczy.

— Rękawiczki.

Zdjął je.

— Tutaj nie będą potrzebne.

— To może być ryzykowne.

Dotknęła jego dłoni i pocałowała go pierwsza. Chwilę później jego dłonie znalazły się na jej talii. Elín czuła każdy ruch wyraźniej niż chciała przyznać: ciepło palców przez cienki materiał, jego oddech przy jej skroni, własne serce zbyt szybkie jak na kobietę, która jeszcze rano zapewniała samą siebie, że niczego nie oczekuje. Odsunęła się.

— Zaczekaj.

Aron natychmiast opuścił ręce. Elín uśmiechnęła się.

— Nie powiedziałam „nie”. Powiedziałam „zaczekaj”.

Poszła do sypialni, zostawiając Arona w salonie. Po kilku minutach usłyszał jej kroki. Odwrócił się.

Elín stała w drzwiach. Czarny skórzany gorset zmieniał linię jej sylwetki, ale nie ją samą. Nadal patrzyła na niego spokojnie, niemal wyzywająco. Aron nie powiedział nic.

— I? — zapytała.

— Widziałem go.

Jej pewność zadrżała po raz pierwszy.

— W przebłysku?

— Tak.

Elín podeszła bliżej.

— Więc powiedz mi coś, czego jeszcze nie wiem.

— Nie potrafię.

Stanęła przed nim.

— W takim razie zostań tutaj.

— Tutaj?

— Teraz.

Jej palce zamknęły się na jego dłoni i położyły ją na czarnej skórze przy talii.

— I zapomnij na chwilę o wszystkim, co było wcześniej.

Aron spojrzał jej w oczy.

— A jeśli nie potrafię?

— Nauczę cię.

Przyciągnęła go do siebie. Nie spieszyli się. Elín tego chciała: czasu, a nie gwałtownego skrótu od pocałunku do ciszy po wszystkim. Wsunęła palce pod kołnierz jego koszuli i rozpięła ją tylko tyle, żeby położyć dłoń na nagiej piersi. Aron nie pomagał jej ani nie przyspieszał. Kiedy materiał zsunął się z jednego ramienia, dopiero wtedy przyciągnął ją bliżej przez czarną skórę gorsetu. Elín poczuła ciężar jego dłoni i krótkie zawahanie przed kolejnym ruchem. Nie musiała niczego objaśniać; odpowiedziała, skracając odległość.

Elín sama rozpięła gorset. Przez chwilę trzymała go przy ciele, potem odłożyła na krzesło. Aron nie sięgnął od razu po jej ciało. Dotknął najpierw ramienia, potem łopatki, jakby uczył się jej od nowa bez pośrednictwa czarnej skóry. Kiedy jego dłoń przesunęła się na bok piersi, Elín przymknęła oczy i oparła się o niego mocniej.

— Tutaj — powiedziała.

Jego palce przesunęły się wolno. Elín przymknęła oczy. Lubiła ten kontrast: chłód pokoju przy odsłoniętych ramionach i ciepło dłoni, które zostawało na skórze dłużej niż sam dotyk. Kiedy przyciągnęła go bliżej, poczuła jego oddech przy szyi i napięcie mięśni pod własnymi palcami. Nie było w tym niczego z pamięci. Niczego, co należało do innej kobiety.

— Patrz na mnie — powiedziała.

Aron spełnił polecenie. Były pocałunki, coraz mniej ostrożne, ciepło dwóch ciał i ten szczególny moment, w którym Elín przestała obserwować samą siebie z boku. Chciała już tylko czuć to, co działo się teraz. Dopiero później, przy bezpośrednim dotyku, Aron znieruchomiał na ułamek sekundy.

— Co?

— Światło. Otwarta szyba. Ty przy oknie.

— Teraz?

— Nie. Gdzieś indziej.

Elín przyciągnęła go z powrotem i pocałowała.

— W takim razie wróć tutaj.

Wrócił. Przebłysk nie dostał reszty wieczoru. Tej nocy po raz pierwszy tajemnica istniała obok ich bliskości, ale nie miała nad nią pierwszeństwa.

Rano obudziła się pierwsza. Przez kilka sekund nie pamiętała, dlaczego w sypialni jest inaczej. Potem poczuła ciepło cudzego ciała obok siebie. Aron spał na plecach, z jedną ręką odsuniętą od niej, jakby nawet przez sen pilnował granicy, której nie wyznaczyła.

Elín obserwowała go kilka sekund. Nie lubiła poranków po pierwszej nocy.

Zbyt wiele osób próbowało wtedy nadać znaczenie temu, co wydarzyło się kilka godzin wcześniej.

Obietnicę, status, prawo do następnego dnia. Dla niej bliskość nie była umową, lecz wyborem podejmowanym za każdym razem. Usiadła i sięgnęła po koszulę leżącą na podłodze.

— Uciekasz? — zapytał Aron bez otwierania oczu.

— To mój dom.

— Słuszna uwaga.

— A ty udajesz, że śpisz?

— Próbowałem.

— Słabo.

Otworzył oczy.

— Dzień dobry.

— Jeszcze nie zdecydowałam.

— Czyli standardowo.

Elín wstała. Koszula sięgała jej do połowy uda. Gorset leżał na krześle, tam gdzie odłożyła go poprzedniego wieczoru. Aron spojrzał w tamtą stronę.

— Nie zaczynaj — powiedziała.

— Nic nie powiedziałem.

Poszła do kuchni. Kawa parzyła palce przez cienką porcelanę. Aron wszedł kilka minut później, już ubrany. Usiadł naprzeciwko, bez obejmowania jej od tyłu ani pocałunku bez pytania. Elín zauważyła również to.

— I co teraz? — zapytała.

— Kawa.

— Aron.

— Pytasz o nas?

— Pytam, czy zamierzasz powiedzieć coś głupiego.

— Mogę spróbować.

— Nie.

Uśmiechnął się.

— W takim razie nic się nie zmienia bez twojej zgody.

Elín odstawiła filiżankę.

— Dobrze.

— Tylko dobrze?

— Bardzo dobrze. Nie psuj.

Zapadła krótka cisza. Aron przesunął palcem po krawędzi kubka.

— W nocy miałem jeszcze jeden przebłysk.

Jej twarz natychmiast straciła lekkość.

— Kiedy?

— Spałaś.

— Dotykałeś mnie?

— Nie.

— Więc?

— To pierwszy raz, kiedy przyszło samo.

Elín usiadła prościej.

— Co widziałeś?

Aron patrzył w kawę.

— Ciebie w galerii.

— To nie brzmi szczególnie mistycznie.

— Galeria była inna.

— Jak inna?

— Starsza. Albo tylko tak wyglądała. Inne światło. Inne okna.

— Byłam sama?

— Nie.

— Z kim?

Milczał.

— Aron.

Podniósł wzrok.

— Ze mną. Malowałaś.

Elín nie odwróciła oczu.

— Co?

— Mnie.

Parsknęła cicho.

— W ubraniu?

— Nie pamiętam.

— Wygodnie.

— Elín.

— Żartuję, bo alternatywą jest uznać, że mężczyzna, którego znam trzy dni, widzi nasze wspólne życie, którego ja nie pamiętam.

— Cztery.

— Co?

— Znasz mnie cztery dni.

— To było głupie zdanie.

— Ostrzegałem.

Aron wyszedł przed dziewiątą. Nie zapytał, kiedy zobaczą się ponownie. Przez pół godziny próbowała czytać wiadomości w telefonie. Po powrocie do sypialni wzięła do ręki gorset, który nadal leżał na krześle.

Skóra zachowała słaby zapach jej perfum. To wspomnienie było bardziej konkretne niż wszystkie jego wizje. Przymknęła oczy. Nie chciała pamiętać nocy jako ciągu gestów. Zapamiętała raczej rytm: to, że potrafił zwolnić i że słuchał, kiedy mówiła.

To, że nie próbował zgadywać jej ciała na podstawie samego twierdzenia, że znał ją wcześniej.

Najbardziej podobało jej się to. Przesunęła palcami po szwie gorsetu. Telefon zawibrował wiadomością od Arona.

„Nie będę udawał, że nie chcę cię znowu zobaczyć.” Elín przeczytała ją dwa razy. Odpisała: „To przynajmniej uczciwe.” Po chwili dopisała:

„Dziś, dwudziesta. U mnie.” Trzy kropki pojawiły się niemal natychmiast. Zniknęły, pojawiły się ponownie, aż w końcu przyszło tylko:

„Będę.” Elín uśmiechnęła się krótko, bez triumfu. Chciała go i tyle. Przed południem pojechała do galerii.

Na zapleczu pachniało farbą. Duży obraz „Lilith” wisiał tam, gdzie zawsze. Elín stanęła przed nim. Po nocy z Aronem patrzyła na własny autoportret inaczej. Seks byłby tu najprostszym, a zarazem najbardziej banalnym odczytaniem. Zobaczyła napięcie między nagością a kontrolą. Samo pozwolenie na patrzenie nie oznaczało, że kobieta na płótnie oddaje widzowi cokolwiek.

Elín podeszła bliżej. Na wysokości lewego biodra zauważyła cienką, niemal niewidoczną linię farby. Zmarszczyła brwi, bo nie pamiętała, żeby ją malowała, i dotknęła płótna opuszką palca. Linia przypominała półokrąg. Fragment czegoś. Biżuterii? Znaku?

Nie była pewna.

— Zostaw — powiedziała do siebie.

Odwróciła się. Aron zapukał punktualnie o dwudziestej. Elín otworzyła drzwi. Patrzyli na siebie bez słowa.

— Punktualnie — powiedziała.

— Nie chciałem testować granic.

— Szkoda.

— Zawsze mogę wyjść i wrócić później.

— Spróbuj.

Nie zdążył. Elín złapała go za płaszcz i wciągnęła do środka. Drzwi zamknęły się za nim. Tym razem nie potrzebowała gorsetu. Drugi wieczór był inny.

Nie było w nim niepewności pierwszego razu ani ciekawości, która każe sprawdzać każdy gest. Elín wiedziała już, że Aron potrafi słuchać. Aron wiedział, że jej milczenie nie zawsze oznacza zgodę i że jej „tak” nie potrzebuje ozdobników. Zatrzymała go w przedpokoju.

— Ręce.

— Co z nimi?

— Pokaż.

Wyciągnął dłonie. Elín obejrzała je z przesadną powagą.

— Bez rękawiczek.

— Zauważyłem.

— Dzisiaj też ich nie zakładaj.

— W domu?

— W ogóle.

Aron spojrzał na nią uważniej.

— Chcesz sprawdzić, co zobaczę?

— Nie.

Podeszła bliżej.

— Chcę sprawdzić, czy potrafisz być ze mną i nie szukać tamtej kobiety.

Nie odpowiedział od razu.

— Potrafię.

— Nie obiecuj. Pokaż.

Liczył się dowód, nie deklaracja. Stara książka leżała na stoliku. Aron zauważył ją dopiero później.

— To ta?

Elín podążyła za jego wzrokiem.

— Jaka?

— Lilith.

— Nie wiedziałeś, że ją mam.

— Nie.

Usiadła na podłodze przy kanapie i podała mu książkę. Aron wziął ją ostrożnie. Skórzana oprawa była popękana na grzbiecie, rogi starte, kartki nierówne.

— Stara.

— To zwykle przydarza się starym książkom.

— Dziękuję.

— Nie ma za co.

Przekartkował kilka stron.

— Dlaczego cię zainteresowała?

Elín oparła głowę o kanapę.

— Bo wszyscy pamiętają potwora.

— A ty?

— Kobietę, która odmówiła.

— To dość wygodna interpretacja.

— Oczywiście. Wszystkie mity są wygodne dla tego, kto je opowiada.

— I przez to namalowałaś siebie jako Lilith?

Elín uniosła brwi.

— Szybko.

— To jesteś ty.

Nie zaprzeczyła.

— Akt?

— Autoportret.

— Dlaczego bez ubrania?

— Bo ubranie powiedziałoby widzowi za dużo o czasie, pozycji, pieniądzach. Chciałam zostawić tylko kobietę.

— I spojrzenie.

— Zwłaszcza spojrzenie.

Aron zamknął książkę.

— Ona nie wygląda, jakby chciała się komuś podobać.

— Wreszcie zrozumiałeś obraz.

— Myślałem, że zrozumiałem go wcześniej.

— Mężczyźni często tak myślą.

Uśmiechnął się.

— A ty jesteś taka jak ona?

Elín pokręciła głową.

— Nie wiem, jaka była. Wiem, jaka jestem ja.

— Czyli?

— Nie lubię, kiedy ktoś urządza mi życie.

Powiedziała to lekko. Aron jednak przestał się uśmiechać.

— Co?

Aron pokręcił głową.

— Znowu?

— Naprawdę nic. Zapamiętałem tylko to, co powiedziałaś.

— Lepiej zapamiętaj.

Później książka została na podłodze. Elín zgasiła górne światło. Została tylko niewielka lampa przy oknie i odbicie miasta w szybie.

— Chodź — powiedziała.

Aron ruszył za nią. Nie do sypialni. Do pracowni. Na sztaludze stało czyste płótno.

— Siadaj.

— Mam się bać?

— To pocieszające.

— Zdejmij sweter.

— Malujesz mnie?

— Jeśli przestaniesz mówić.

Zdjął sweter. Elín ustawiła go bokiem do światła.

— Koszulka też.

— To nadal sztuka?

— Jeśli będziesz grzeczny.

— Zaczynam rozumieć, dlaczego obrazy nie są tanie.

— Aron.

Zdjął koszulkę. Elín nie ukrywała zainteresowania. Lubiła męskie ciało, kiedy nie było wystawiane jak argument. Jego nie było idealne. Na ramieniu miał cienką bliznę, na dłoniach ślady pracy z linami, skóra na karku była ciemniejsza od wiatru. Ciekawsze niż doskonałość. Wzięła węgiel.

— Nie ruszaj się.

Pierwsza linia pojawiła się na papierze. Aron milczał. Po kilku minutach Elín podeszła bliżej.

— Ręka wyżej.

Uniósł.

— Nie tak.

Chwyciła go za nadgarstek. Bezpośredni dotyk. Aron drgnął. Elín natychmiast puściła.

— Co się stało?

— Krótki przebłysk.

— I co zobaczyłeś?

— Ty.

— To zaczyna być monotonne.

— Malowałaś mnie.

Elín zerknęła na rozpoczęty szkic.

— To robię.

— Nie tutaj.

— Gdzie?

— Nie wiem. Było ciepło. Otwarte okno. Jasna ściana. Byłaś naga.

Elín nie poruszyła się.

— Ja malowałam ciebie nago?

— Tak.

— To przynajmniej brzmi sprawiedliwie.

Aron roześmiał się, ale Elín nadal patrzyła na niego poważnie.

— Co jeszcze?

— Miałaś coś na szyi.

— Co?

— Cienki czarny pasek. Albo wstążkę.

Elín odruchowo dotknęła szyi.

— Nigdy czegoś takiego nie noszę.

— Wiem.

— Nie możesz wiedzieć.

— I w tym rzecz.

Żadne z nich się nie odezwało. Elín wróciła do sztalugi.

— Siadaj.

— Chcesz dalej malować?

— Tak.

— Po tym?

— Po tym.

— Dlaczego?

— Bo nie lubię, kiedy strach zmienia mi plany.

Aron usiadł. Elín uniosła węgiel.

— I nie ruszaj się.

Po północy szkic leżał na podłodze. Nie był skończony. Elín siedziała obok Arona, oparta plecami o jego klatkę piersiową. Jego dłoń spoczywała na jej brzuchu.

Nie rozmawiali. Jedna z rzeczy, które zaczynała w nim lubić najbardziej. Potrafił milczeć bez obrażania się na ciszę.

— Elín.

— Mhm?

— Ta kartka w książce.

Zesztywniała.

— Jaka kartka?

— Wystaje między stronami.

Odwróciła głowę.

— Nie dotykaj jej.

Aron cofnął rękę od książki.

— Dobrze.

— I nie zapytasz?

— Powiedziałaś, żebym nie dotykał.

— Nie powiedziałam, żebyś nie pytał.

— Chcesz mi powiedzieć?

Elín milczała chwilę.

— Znalazłam ją dziś w galerii.

— W tej książce?

— Tak.

— Przecież książka była w domu.

— A jednak.

Aron usiadł prościej.

— Co jest na kartce?

— Zdanie.

— Jakie?

— „Nie pozwól mu odejść.”

Twarz Arona stężała.

— Co?

— Dokładnie to. Nie wiem, kto to napisał ani kiedy.

— W jakim języku?

— Nie wiem.

Aron wstał.

— Pokaż.

Elín sięgnęła po książkę, wyjęła kartkę i rozłożyła ją na stole. Aron patrzył długo.

— Co widzisz? — zapytała.

— Nic.

— Jak to nic?

Odwróciła papier i zobaczyła pustą stronę. Poczuła zimno pod skórą.

— Było tutaj.

— Wierzę ci.

Spojrzała na niego ostro.

— Nie mów tego takim tonem.

— Jakim?

— Jakbym potrzebowała, żebyś mi uwierzył.

— Masz rację.

— Wiem, co widziałam. I przestań mówić „wiem”.

Elín odsunęła kartkę.

— To mnie wkurza.

— Kartka?

— To, że coś próbuje mówić mi, co mam zrobić.

— Nawet jeśli mówi, żeby mnie zatrzymać?

— Zwłaszcza wtedy.

— Dlaczego?

— Jeśli cię zatrzymam, będziesz o tym wiedział.

Nie kartka, obraz ani martwa kobieta sprzed tysiąca lat. Ja. Aron milczał. Elín podeszła.

— Rozumiesz?

— Tak.

— Elín…

— Co?

— Zostać?

Zawahała się. To pytanie podobało jej się bardziej niż powinno.

— Tak.

Kilka dni później Aron wszedł do galerii tuż przed południem. Elín rozmawiała z klientką, więc jej nie przeszkadzał i stanął przy „Lilith”. Patrzył długo. Kiedy klientka wyszła, Elín podeszła do niego.

— Znowu próbujesz ją kupić?

— Nie.

— To dobrze. Nadal cię na nią nie stać.

— Zauważyłem coś.

— Co?

Aron wskazał dolną część obrazu.

— Ten znak.

Elín nachyliła się. Cienki półokrąg przy biodrze był wyraźniejszy niż kilka dni wcześniej. Teraz nie wyglądał już jak przypadkowa smuga. Przypominał fragment ornamentu.

— Nie namalowałam tego — powiedziała.

— Jesteś pewna?

— Tak.

Aron podszedł bliżej.

— Widziałem go.

— Gdzie?

— Na tobie.

— Kiedy?

— W przebłysku.

— Gdzie na mnie?

Aron wskazał miejsce tuż nad jej biodrem. Elín poczuła nieprzyjemny dreszcz.

— Co to było?

— Nie wiem. Nie tatuaż ani blizna.

— Więc?

Aron patrzył na obraz.

— Znak.

— To już powiedziałeś.

— Nie. Teraz mówię, że widziałem cały.

Elín skrzyżowała ręce.

— Co zobaczyłeś?

Aron odwrócił się do niej.

— Był taki sam jak ten na burcie mojego jachtu.

Cisza w galerii nagle zrobiła się zbyt duża.

— Na twoim jachcie nie ma żadnego znaku.

— Jest.

— Widziałam burtę.

— Nie na zewnątrz.

— Gdzie?

— Pod pokładem. W drewnie, za starą zabudową.

— Skąd się wziął?

Aron odpowiedział dopiero po chwili.

— Był tam, kiedy kupiłem jacht.

— Ile lat ma ta łódź?

— Kadłub? Trzydzieści dwa.

— A znak?

— Nie wiem.

Elín popatrzyła na własny obraz.

— Chcę go zobaczyć.

— Teraz?

— Teraz.

— Mam rejs za godzinę.

— Odwołaj.

— Elín…

— Dobrze. Nie odwołuj. Pokaż mi po rejsie.

Aron uśmiechnął się lekko. Elín nie odwzajemniła uśmiechu. Roześmiał się. Ale kiedy ponownie spojrzał na znak na obrazie, uśmiech zniknął.


O siedemnastej trzydzieści Elín była już w porcie. Nie napisała, że przyjedzie wcześniej. Usiadła na betonowym nabrzeżu z kawą w papierowym kubku i patrzyła, jak jachty wracają kolejno do portu. Wiatr przesuwał po wodzie długie, ciemne pasma. Nad miastem wisiały niskie chmury.

Jacht Arona pojawił się kilka minut po szóstej. Rozpoznała go od razu. Nie musiała znać sylwetki jachtu; od początku patrzyła tam. Aron stał przy sterze. Obok niego było małżeństwo w jaskrawych kurtkach i dwóch młodych mężczyzn, którzy fotografowali wszystko, łącznie z cumą.

Elín obserwowała, jak Aron podchodzi do kei. Nie krzyczał ani nie wykonywał gwałtownych ruchów. Jedno krótkie polecenie, zmiana biegu, ręka na kole sterowym. Jacht wszedł między pomosty spokojnie, bez szarpnięć.

Dopiero kiedy podał cumę jednemu z klientów, zobaczył Elín. Nie pomachała. Uniósł tylko brwi. Odpowiedziała tym samym. Wystarczyło. Przez następne dziesięć minut nie zwracał na nią uwagi. Pomógł ludziom zejść, sprawdził pokład, schował sprzęt, odpowiedział na pytanie jednego z mężczyzn.

Elín nie przeszkadzała. Zwykle, kiedy czegoś chciała, nie miała cierpliwości do ceremonii poprzedzających odpowiedź.

Tutaj cierpliwość przyszła łatwo. Może chodziło o to, że patrzenie na Arona podczas pracy samo w sobie było interesujące. Kiedy ostatni klient odszedł, podszedł do niej.

— Długo czekasz?

— Nie.

Spojrzał na pusty kubek w jej dłoni.

— Oczywiście.

— Masz zamiar mnie przesłuchiwać czy pokazać mi znak?

— Chodź.

Weszli na pokład bez kolejnej riposty. Aron nie podawał jej ręki. Pod pokładem pachniało kawą. Wąskie wnętrze było uporządkowane. Nic zbędnego. Kurtka wisiała na haczyku, mapy leżały w zamkniętej szufladzie, nawigacja przy zejściówce była wygaszona.

— Gdzie? — zapytała.

Aron uklęknął przy prawej burcie w mesie.

— Tutaj.

Odpiął niewielki fragment drewnianej zabudowy.

— Sam to zrobiłeś?

— Panel?

— Tak.

— Przy remoncie instalacji.

— I wtedy znalazłeś znak?

— Tak.

Wyjął dwa wkręty i odsunął drewno. Za nim znajdował się fragment starszej konstrukcji kadłuba. Elín pochyliła się. Znak był wypalony albo wycięty głęboko w drewnie. Okrąg przerwany w górnej części, przecięty dwiema krótkimi liniami, a niżej coś przypominającego wąski ogon lub płomień. Nie był identyczny z fragmentem na obrazie. Był jego dopełnieniem.

— Mogę? — zapytała.

Aron skinął głową. Dotknęła drewna. Nic się nie wydarzyło. Oczywiście. Przesunęła palcem po zagłębieniu.

— To nie wygląda na przypadkowe zadrapanie.

— Nie jest.

— Pytałeś poprzedniego właściciela?

— Nie żyje.

Elín odwróciła głowę.

— Od niego kupiłeś jacht?

— Od jego córki.

— A ona?

— Nie wiedziała o znaku. Albo nie chciała rozmawiać.

— Dlaczego?

Aron wzruszył ramionami.

— Sprzedawała łódź po ojcu. Chciała zamknąć sprawę.

Elín wyjęła telefon.

— Zrobię zdjęcie.

— Wiedziałem.

— Nie pytaj, skoro wiesz.

Zrobiła kilka fotografii, z bliska i z szerszej perspektywy. Potem przybliżyła jedną z nich.

— Masz zdjęcie znaku z mojego obrazu?

— Nie.

— Ja mam.

Otworzyła na telefonie fotografię z galerii i położyła go na stole. Aron usiadł naprzeciwko.

Oboje patrzyli na dwa obrazy obok siebie. Fragment na płótnie. Pełny znak w drewnie.

— Pasuje — powiedziała.

— Tak.

— Nie podoba mi się to.

— Mnie też nie.

— Dobrze.

— Co jest dobre?

— Że przynajmniej nie będziesz próbował powiedzieć, że to romantyczne.

— Nie jest.

— W porządku.

Elín jeszcze raz przybliżyła fotografię.

— Kiedy ostatnio widziałeś mój obraz przed pojawieniem się tego znaku?

— Pierwszego dnia.

— Wtedy go nie było.

— Nie pamiętam.

— Ja pamiętam.

Aron oparł dłonie o stół.

— Masz wcześniejsze zdjęcia obrazu?

Oczywistość aż ją zirytowała.

— Mam.

Przesunęła galerię w telefonie. Fotografowała obrazy regularnie: po ukończeniu, przed wernisażem, czasem podczas pracy. Znalazła zdjęcie „Lilith” sprzed trzech miesięcy.

Powiększyła biodro: czysta skóra, bez znaku. Na następnym zdjęciu było tak samo. Na jeszcze jednym, zrobionym dwa tygodnie wcześniej, również nic. Aron nie powiedział ani słowa. Elín odłożyła telefon.

— No dobrze.

— Co?

— Teraz możesz powiedzieć coś rozsądnego.

— Nie mam nic rozsądnego.

— To źle.

— Mogę skłamać.

— Spróbuj.

— Zawsze tam był. Oboje go przeoczyliśmy.

— Beznadziejnie.

— Ostrzegałem.

Elín wstała i wróciła do odsłoniętego fragmentu burty.

— Nie chcę kolejnej teorii o przeznaczeniu.

— Nie mam teorii.

— O poprzednich życiach też nie.

— Też nie mam.

Aron obserwował ją chwilę.

— Boisz się?

Elín nie odpowiedziała od razu.

— Tak.

To jedno słowo zaskoczyło go bardziej niż wszystkie jej wcześniejsze odpowiedzi.

— Czego?

— Tego, że istnieje odpowiedź, której nie da się sprawdzić.

— Tego też się boję.

Oszczędził jej pocieszania i zapewnień, że wszystko będzie dobrze. Elín podeszła do niego.

— Za to cię jeszcze nie wyrzuciłam.

— Wzruszające.

— Daruj sobie.

Uśmiechnął się tylko. Aron przykręcił panel z powrotem. Elín patrzyła na jego dłonie.

— Masz coś do jedzenia?

— Mam. Chleb, ser i zupę.

— Zupę?

— Ludzie jedzą zupę.

— Na randkach?

— To jest randka?

Elín zawahała się.

— Jeszcze nie wiem.

Aron otworzył szafkę.

— W takim razie zupa jest bezpieczna.

Roześmiała się. Prawdziwie. Bez ciętej odpowiedzi. Aron spojrzał przez ramię.

— Co?

— Nic. Podgrzewaj.

Usiadła przy stole. Drobna rzecz, ale takich chwil brakowało jej w większości relacji. Nie musiała niczego wygrywać. Mogła po prostu siedzieć. Aron postawił przed nią miskę.

— Jeśli są tam krewetki, wyrzucę cię za burtę.

— Sprawdziłem trzy razy.

— Uczysz się.

— Instynkt przetrwania.

Jedli przez kilka minut w ciszy. Jacht poruszał się lekko przy kei. Za cienką ścianą kadłuba słychać było wodę. Elín odstawiła łyżkę.

— Dlaczego go kupiłeś?

— Jacht?

— Nie, stół.

Aron spojrzał na nią bez uśmiechu.

— Bo chciałem odpłynąć.

Prostota odpowiedzi zatrzymała ją.

— Od czego?

— Od wielu rzeczy.

— Wygodnie.

— Pytałaś, dlaczego kupiłem jacht.

— A jeśli zapytam od czego?

Aron przez moment patrzył na wodę widoczną przez niewielkie okno.

— Odpowiem, kiedy będę umiał zrobić to bez opowiadania ci połowy życia.

Elín przyjęła to. Nie lubiła ludzi, którzy wylewali biografię na stół przy drugim kieliszku.

— W porządku.

Aron odwrócił głowę. W jego oczach pojawiło się rozbawienie. Elín wróciła do zupy.

— A Grenlandia? — zapytała po chwili.

Aron zastygł na ułamek sekundy. Tak krótko, że ktoś inny mógłby tego nie zauważyć.

— Co z Grenlandią?

— Mówiłeś, że pływasz daleko. Pływałeś tam?

— Tak. Kilka razy sam.

— Po co?

— Bo jest daleko.

— To odpowiedź dwunastolatka.

— Działa.

Elín oparła łokcie na stole.

— Lubisz miejsca, z których trudno wrócić?

— Lubię miejsca, w których nic nie udaje, że jest bezpieczne.

Elín zapamiętała jego odpowiedź. Po jedzeniu wyszli na pokład, kiedy port był już niemal pusty. Miasto odbijało się w wodzie rozciągniętymi smugami światła. Wiatr osłabł, ale temperatura spadła. Elín oparła dłonie o reling.

— Zimno?

— Trochę.

Aron zdjął kurtkę.

— Nie.

— Nie pytałem.

— Chcesz oddać mi kurtkę.

— Tak.

— Nie chcę.

Założył ją z powrotem bez dyskusji.

— Coraz lepiej.

— W czym?

— W słuchaniu.

— Nie wiedziałem, że jestem na kursie.

— Jesteś.

— Ile trwa?

Odwróciła się do niego.

— Zależy od wyników.

Aron zrobił krok bliżej.

— A egzamin?

— Praktyczny.

Pocałował ją pierwszy. Nie przeszkodziła mu. Jego dłoń znalazła się na jej karku. Ciepła, bez rękawiczki. Elín odpowiedziała natychmiast. Lubiła ten kontrast: chłodne powietrze na twarzy, ciepło ust, twardą krawędź relingu za plecami. Aron odsunął się pierwszy.

— Nic?

— Co nic?

— Nie miałem przebłysku.

— I bardzo dobrze.

Przyciągnęła go z powrotem. Przez kilka minut przestali traktować dotyk jak eksperyment. Elín nie chciała, żeby każda bliskość stawała się laboratorium jego pamięci.

Kiedy zeszli pod pokład, nie zapalili górnego światła. W mesie została tylko mała lampa nad kuchenką. Aron oparł się o stół. Elín stanęła przed nim.

— Tutaj też sypiasz?

— Czasami.

— Sam?

— Najczęściej.

— To nie było pytanie o statystykę.

— Jasne.

Podeszła bliżej.

— I?

— Nie będę robił listy kobiet, które były na tym jachcie.

— Tak lepiej.

— Naprawdę?

— Tak. Nie interesują mnie te, których tu nie ma.

Aron przyglądał jej się.

— To jedno z bardziej rozsądnych zdań, jakie dziś powiedziałaś.

Elín złapała go za sweter.

— Uważaj.

Pocałowała go. Tym razem bez pośpiechu. Zapach morza został na jego skórze. Pod palcami czuła materiał swetra, potem ciepło karku. Aron przesunął dłonią po jej plecach.

Nie szukał ani nie testował, więc pozwoliła mu na więcej. Jej kurtka znalazła się na oparciu siedzenia. Potem sweter. Elín zatrzymała jego dłoń na chwilę. Aron znieruchomiał.

— Nie przestawaj — powiedziała.

Ruszył dopiero wtedy. Jacht kołysał się prawie niezauważalnie. Elín zamknęła oczy.

Było coś absurdalnie intymnego w tym, że kilka centymetrów za ich plecami, pod drewnianym panelem, znajdował się znak, którego nie potrafili wyjaśnić.

A jednak przestało to mieć znaczenie. Aron dotknął nagiej skóry przy jej talii. I wtedy przyszło. Nie obraz. Najpierw zimno. Tak gwałtowne, że Aron odsunął dłoń. Elín otworzyła oczy.

— Co?

Nie odpowiedział. Patrzył gdzieś ponad jej ramieniem.

— Aron.

Mrugnął.

— Woda.

— Tutaj?

— Nie.

Oddech miał szybszy. Elín nie dotykała go. Czekała.

— Lód — powiedział. — Czarne skały. Światło, jakiego tutaj nie ma.

— Grenlandia?

— Nie wiem.

— Byłam tam?

Aron zamknął oczy na moment.

— Byłaś.

Elín poczuła ucisk w żołądku.

— Ze mną?

— Szukałaś mnie.

Cisza. Za kadłubem przepłynęła niewielka fala. Elín odsunęła się o pół kroku.

— Znalazłam?

Aron długo nie odpowiadał.

— Nie zobaczyłem.

— To znaczy?

— Obraz się skończył.

Elín założyła sweter, bo zrobiło jej się zimno. Aron chciał coś powiedzieć.

— Nie — zatrzymała go.

Milczał. Dobrze. Przeszła dwa kroki przez ciasną mesę, wróciła.

— Jeszcze raz.

— Co?

Wyciągnęła do niego rękę.

— Dotknij mnie.

— Elín.

— Chcę wiedzieć, czy wróci.

— To nie działa na żądanie.

— Sprawdźmy.

Aron nie ruszył się.

— Nie.

To ją zaskoczyło.

— Dlaczego?

— Bo przed chwilą wyglądałaś, jakby ktoś wyciągnął z ciebie całe ciepło.

— To moje ryzyko.

— A moja odpowiedź brzmi nie.

Milczała. Nie próbował jej chronić przed nią samą. Odmówił udziału, zamiast mówić jej, co ma robić. Elín opuściła rękę.

— W porządku.

Aron odetchnął.

— Naprawdę?

— Tym razem.

Podeszła ponownie i dotknęła palcami jego policzka. Nic się nie wydarzyło.

— Chcę wrócić do domu — powiedziała.

— Odwiozę cię.

— Nie trzeba.

— W takim razie chodź ze mną.

Aron zgasił lampę. W mieszkaniu Elín nie rozmawiali już o Grenlandii. To ona zdecydowała, że nie chce kończyć wieczoru obrazem zimnej wody i własnego ciała na obcym brzegu.

W sypialni zostawiła zapalone tylko światło przy łóżku. Gorset wisiał na oparciu krzesła. Nie sięgnęła po niego. Tym razem chciała czegoś prostszego. Aron stanął przed nią.

— Jeśli znowu coś zobaczę…

— Powiesz mi później.

— A jeśli…

Elín położyła palec na jego ustach.

— Teraz jesteś tutaj.

Ta noc należała wyłącznie do nich. Nie poszli od razu do łóżka. Elín zdjęła mu sweter i wsunęła dłonie pod koszulę, ogrzewając palce na jego skórze po zimnie z jachtu. Aron odpowiedział dopiero, gdy sama uniosła ramiona. Zsunął z niej mokrą warstwę ubrania i przyciągnął ją do siebie. Reszta przyszła bez planu, wolniej niż wcześniej, bez rozmowy o znaku. Lampę przy łóżku zgasiła dopiero wtedy, gdy oboje przestali marznąć.

Obraz, znak i Grenlandia zostały poza nią. Rano Aron znalazł Elín w kuchni.

Stała boso przy oknie, piła kawę i przeglądała zdjęcia w telefonie.

— Znowu znak? — zapytał.

— Nie.

Podała mu telefon. Na ekranie było zdjęcie wnętrza jego jachtu, zrobione poprzedniego wieczoru.

— Co widzę?

— Ty mi powiedz.

Aron powiększył fotografię. Za odsuniętym panelem, kilka centymetrów od znaku, znajdowało się coś, czego wieczorem nie zauważyli.

Małe wycięcie w drewnie. Nie symbol. Litery. Aron przybliżył obraz jeszcze bardziej.

— A.L.

— Znasz?

— Nie.

— Inicjały poprzedniego właściciela?

— Nie. Nazywał się Jón Einarsson.

Elín odebrała telefon.

— Więc sprawdzimy.

Aron oparł się o blat.

— My?

— Masz coś przeciwko?

— Nie.

— Świetnie.

Wróciła do zdjęcia.

— I tym razem zaczniemy od rzeczy, które da się znaleźć w dokumentach.

Aron skinął głową. To był pierwszy plan związany z ich tajemnicą, który podobał się im obojgu.

Dwie godziny później siedzieli w galerii przy biurku Elín. Nie szukali Lilith. Szukali jachtu. Aron przyniósł teczkę z dokumentami, które dostał przy zakupie: stare rachunki, kopie przeglądów, umowy, kilka pożółkłych fotografii. Elín rozłożyła wszystko na stole, odsuwając farby i szkicowniki.

— Romantycznie — powiedziała.

Aron otworzył laptop.

— Chciałaś dokumentów.

— Chciałam prawdy. Dokumenty są tylko jedną z jej mniej atrakcyjnych form.

— Zaczynamy od mniej atrakcyjnej.

Usiadła obok. Przez pierwsze pół godziny nie znaleźli niczego. Sprawdzali nazwiska właścicieli, daty remontów, wymiany silnika, naprawę poszycia i dwie zmiany portu macierzystego.

Elín zaczęła rozumieć, dlaczego ludzie wolą duchy. Duch przynajmniej nie wystawia faktur.

— Tutaj — powiedział Aron.

Przesunął w jej stronę dokument. Najstarsza kopia była niewyraźna. Nazwa jachtu została wpisana ręcznie, pod nią poprzednia. Elín pochyliła się.

— Miał inną nazwę.

— Większość starych łodzi miała.

— Jaką?

Aron odczytał powoli.

— „Eydís”.

Elín powtórzyła słowo. Nie poczuła dreszczu ani nie zobaczyła żadnego obrazu.

— I co znaczy?

— Bogini wyspy. Mniej więcej.

— Ładne.

— Obecna nazwa podoba mi się bardziej.

— Oczywiście. Jest twoja.

Aron przewrócił kartkę. Na odwrocie ktoś zapisał ołówkiem numer. Elín zrobiła zdjęcie.

— Co to?

— Nie wiem.

— Rejestr?

— Możliwe.

Sprawdzili. Nie był. Drugi trop doprowadził ich do starego numeru ubezpieczenia. Trzeci do niczego. Dopiero na jednej z fotografii Elín zauważyła mężczyznę stojącego na pokładzie.

Zdjęcie było wyblakłe. Mężczyzna miał na sobie gruby sweter i ciemną czapkę. Za nim widać było fragment portu.

Na odwrocie dwa słowa: „Akureyri, 1976”, oraz inicjały A.L. Elín położyła fotografię przed Aronem.

— Mamy go.

Aron nie odpowiedział. Patrzył na twarz mężczyzny.

— Znasz go?

— Nie.

— Wyglądasz, jakbyś znał.

— Nie znam.

Uwierzyła mu od razu.

— Więc dlaczego tak patrzysz?

Aron wziął fotografię do ręki.

— Bo mam podobne zdjęcie.

— Gdzie?

— W domu.

— Swoje?

— Mojego ojca.

Elín poczuła pierwsze prawdziwe napięcie tego dnia.

— Ten człowiek jest do niego podobny?

— Nie.

— To co?

Aron odwrócił fotografię.

— Mój ojciec zrobił sobie zdjęcie dokładnie w tym miejscu.

— W Akureyri?

— Tak.

— Kiedy?

— Nie pamiętam. Byłem dzieckiem, kiedy je widziałem.

Elín wstała.

— Jedziemy.

— Dokąd?

— Po zdjęcie.

— Mogę je przynieść jutro.

Założyła kurtkę.

— Możesz.

— Ale?

— Ale nie przyniesiesz.

— Dlaczego?

— Bo jedziemy teraz.

Aron zamknął laptop.

— Czasami naprawdę jesteś męcząca.

— Wiem.

— To nie był komplement.

— Tym bardziej.

ROZDZIAŁ 2. MIESZKANIE NAD PORTEM

Mieszkanie Arona było bliżej portu, niż się spodziewała. Trzecie piętro starego budynku. Duże okna. Mało mebli. Książki, mapy, kilka fotografii morza. Żadnych ozdób kupionych tylko po to, żeby wypełnić ścianę.

Elín zatrzymała się przy jednej z fotografii. Czarno-biała. Mały chłopiec na nabrzeżu trzymał drewnianą łódkę.

— Ty?

— Tak.

— Miałeś włosy.

— Wyjdź.

— Nie.

Kiedy poszedł do szafy, Elín rozejrzała się dalej. Na półce leżały rękawiczki. Nie te, które nosił teraz. Starsze. Czarna skóra, starta na palcach. Wzięła jedną do ręki.

— Aron.

Odwrócił się.

— Czyje?

Zobaczył rękawiczkę.

— Ojca.

Elín przesunęła kciukiem po miękkiej, zużytej skórze.

— Też żeglował?

— Tak.

— Więc ty?

— Między innymi.

— Mogę?

Aron skinął głową, a ona założyła rękawiczkę, która okazała się za duża. Na skórzanej oprawie osiadł kurz; od lat nikt jej nie używał. Elín zacisnęła palce.

— Dziwne.

— Co?

— Nieważne.

Zdjęła ją. Nie wydarzyło się nic mistycznego. I dobrze. Aron wyjął z pudełka plik fotografii. Usiedli na podłodze.

Znalazł zdjęcie po kilku minutach. Mężczyzna stał przy nabrzeżu. Młodszy Aron siedział na kamiennym murku obok. Elín położyła fotografię z jachtu przy zdjęciu jego ojca. Ten sam port. Podobny kadr. Inne lata.

— Kiedy? — zapytała.

Aron odwrócił zdjęcie.

— Osiemdziesiąty dziewiąty.

— Trzynaście lat później.

— Tak.

— Twój ojciec znał A.L.?

— Nigdy o nim nie słyszałem.

— A znał ten jacht?

Aron milczał. Elín poczekała.

— Aron?

— Ojciec zaginął na morzu.

Nie spodziewała się tego.

— Kiedy?

— Dziewięćdziesiąty ósmy.

— Znaleźli łódź?

— Tak.

— Jego?

— Nie.

Elín przestała zadawać pytania. Aron patrzył na fotografię.

— Miałem dwadzieścia lat.

— Byłeś z nim?

— Nie.

— Dobrze.

— Co jest dobre?

— Że nie będę pytać dalej.

Siedzieli w ciszy. Aron odłożył zdjęcie.

— Dziękuję.

Elín wzruszyła ramionami.

— Nie ma za co.

Ale nie powiedziała nic więcej.


Wieczorem zostali u niego. Nie było planu. Elín nie lubiła planować rzeczy, które miały być przyjemne. Aron otworzył wino. Ona zdjęła buty i usiadła na szerokim parapecie. Za szybą Reykjavík świecił w deszczu.

— Nigdy nie przyprowadziłeś mnie tutaj w tych swoich wspomnieniach? — zapytała.

— Nie.

— Szkoda.

— Dlaczego?

— Chciałam wiedzieć, czy zawsze masz taki porządek.

— To cię interesuje?

— Nie. Próbuję znaleźć wadę.

— Znalazłaś?

— Kilka już mam.

— Ulżyło mi.

Podszedł z kieliszkiem. Elín przyjęła go, ale zamiast się napić, odstawiła na parapet.

— Chodź.

— Gdzie?

— Tutaj.

Aron stanął między jej kolanami. Elín przesunęła dłonie po jego bokach.

— Dzisiaj nie chcę o nich myśleć.

— Mogę spróbować.

— Nie próbuj.

Pocałowała go. Powoli. Nie było w tym testu. Ani sprawdzania, co pamięta. Po prostu go chciała.

Aron objął ją. Deszcz stukał o szybę. Elín czuła pod palcami jego kark i ciepło skóry pod kołnierzem koszuli.

— Zdejmij — powiedziała.

— Co?

— Nie psuj chwili.

Elín wsunęła palce pod kołnierz i rozpięła koszulę do połowy. Potem zsunęła materiał z jego ramion i zatrzymała dłonie na nagiej piersi. Jego ręce pozostały nieruchome przy jej bokach, dopóki sama nie pociągnęła go bliżej. Lubiła to oczekiwanie — świadomość, że nie musi niczego przyspieszać, a jednak każdy następny ruch będzie już wyraźnie należał do nich.

Świadomość, że wystarczy najmniejszy ruch, żeby zmienić tempo. Pociągnęła go bliżej. Tym razem nie było gorsetu. Nie potrzebowała go za każdym razem. Skóra mogła być rytuałem. Nie mundurem. Aron dotknął jej karku. Elín przymknęła oczy.

— Tak.

Jedno słowo. Wystarczyło. Nie musieli mówić o granicach za każdym razem. Już je znali. Światło samochodów przesuwało się po suficie. Elín leżała na brzuchu, z głową opartą na jego ramieniu.

— Twój ojciec — powiedziała.

Aron spojrzał w sufit.

— Myślałem, że nie będziesz pytać.

— Nie pytam o śmierć.

— O co?

— O ciebie.

Milczał. Elín czekała.

— Po jego zaginięciu przestałem pływać — powiedział w końcu.

— Na długo?

— Prawie pięć lat.

— A potem?

— Wróciłem.

— Dlaczego?

— Bo brak morza był gorszy niż strach przed nim.

Elín uniosła głowę.

— To rozumiem.

— Ty?

— Nie morze.

— Co?

Zastanowiła się.

— Malowanie.

Aron odwrócił się do niej.

— Przestałaś kiedyś?

— Na siedem miesięcy.

— Dlaczego?

— Bo ktoś mi powiedział, że nie mam talentu.

— I uwierzyłaś?

— Przez siedem miesięcy.

— Kto?

— Nieważne.

— Jest ważne, skoro przestałaś.

Elín położyła głowę z powrotem.

— Profesor.

— Na akademii?

— Tak.

— Co powiedział?

— Że jestem technicznie dobra i emocjonalnie pusta.

Aron milczał.

— Nie śmiej się — powiedziała.

— Nie zamierzałem.

— To dobrze, bo musiałabym cię wyrzucić nago.

— Ryzykowne dla sąsiadów.

Elín uśmiechnęła się w jego ramię.

— Przez siedem miesięcy nie namalowałam niczego. Potem zobaczyłam jego wystawę.

— I?

— Była nudna.

Aron roześmiał się.

— To cię uratowało?

— W pewnym sensie. Pomyślałam, że człowiek, który potrafi zrobić tak nudną wystawę, nie powinien decydować, czy ja mam malować.

Aron przesunął palcami po jej plecach.

— Brzmi jak ty.

— Wtedy jeszcze nie.

— A jaka byłaś?

Elín nie odpowiedziała od razu.

— Grzeczniejsza.

— Nie wierzę.

— I słusznie.

Pocałował ją we włosy. Nie skomentowała. Pozwoliła.


Następnego dnia Freyja obejrzała fotografie przy kawie.

— A.L. — przeczytała. — I to ma być początek czego?

— Nie wiem.

— Wspaniale. Najbardziej lubię śledztwa bez celu.

Elín przesunęła jej zdjęcie mężczyzny z 1976 roku.

— Chcę znaleźć nazwisko.

Freyja przyjrzała się fotografii.

— Akureyri?

— Tak.

— Mogę zapytać kogoś w archiwum.

— Kogo?

— Człowieka, który kiedyś chciał kupić ode mnie obraz.

— Ty nie malujesz.

— Przez to go zapamiętałam.

Elín parsknęła.

— Pracuje przy zbiorach fotograficznych. Nie obiecuję, że coś znajdzie.

— Zapytaj.

Freyja odłożyła zdjęcie.

— A teraz ważniejsze pytanie.

— Nie.

— Nawet go nie zadałam.

— Znam cię.

— Spałaś u niego?

Elín napiła się kawy. Freyja uśmiechnęła się szeroko.

— Spałaś.

— Nie interesuje cię A.L.?

— A.L. nie widziałam bez koszuli.

— Ja też nie.

— Kłamiesz.

— To było słabe.

— Ale skuteczne.

Freyja spoważniała.

— Uważaj.

Elín odłożyła filiżankę.

— Na co?

— Nie na niego. Na siebie.

— To znaczy?

— Zaczynasz go wpuszczać.

Elín już miała odpowiedzieć, ale się powstrzymała. Freyja to zauważyła. I była na tyle rozsądna, żeby niczego nie dodawać.


Wiadomość przyszła wieczorem. Freyja przesłała tylko fotografię ekranu. Stary rejestr portowy. Rok 1976. Nazwa jachtu: „Eydís”.

Właściciel: Ásgeir Lárusson. A.L. Elín przeczytała nazwisko dwa razy. Pod nim widniała krótka adnotacja.

„Jednostka sprzedana po zaginięciu właściciela.” Zadzwoniła do Arona. Odebrał po pierwszym sygnale.

— Mam nazwisko.

— Jakie?

— Ásgeir Lárusson.

— Aron?

— Jestem.

— Zaginął na morzu. Tak wynika z rejestru.

— Elín…

Jego głos się zmienił.

— Co?

— Powiedz jeszcze raz nazwisko.

— Ásgeir Lárusson.

Po drugiej stronie usłyszała oddech.

— Znam je.

— Skąd?

— Nie wiem. Naprawdę.

— Widziałeś je w przebłysku?

— Nie.

Długa cisza.

— To nazwisko było w rzeczach mojego ojca.

Elín poczuła, jak napięcie wraca.

— Jesteś pewien?

— Nazwisko jest w notesie ojca.

— Masz go?

— Mam.

— Przyjedź.

— Elín…

— Nie każę ci. Przyjedź, jeśli chcesz wiedzieć.

Aron odpowiedział natychmiast.

— Jadę.

Elín odłożyła telefon. Spojrzała na „Lilith”. Znak przy biodrze kobiety nadal tam był. Znak pozostawał taki sam: tej samej wielkości i jasności. Niezmienność znaku ją uspokoiła. Aron przyjechał po dwudziestu minutach. Nie zdjął kurtki. Położył na stole niewielki notes oprawiony w brązową skórę.

— Ojca?

— Tak.

Elín zamknęła galerię na klucz. Nie zapalała dodatkowych świateł. W pracowni zostały tylko lampy nad stołem i słabe odbicie ulicy w szybach.

Aron otworzył notes. Pismo było drobne, nierówne, miejscami prawie nieczytelne. Daty, współrzędne, nazwy portów, uwagi o pogodzie. Zwykły dziennik człowieka, który więcej rzeczy zapisywał dla siebie niż dla innych.

— Gdzie? — zapytała.

Aron przewrócił kilka stron i zatrzymał palec na nazwisku Ásgeira Lárussona, zapisanym tylko raz. Pod nim była data: 1994, a dalej jedno zdanie. „Eydís nie powinna była wrócić.” Elín przeczytała je ponownie.

— Cztery lata przed zaginięciem twojego ojca.

— Tak.

— Wiedział, że jacht istniał.

— Wygląda na to.

— I znał nazwisko właściciela.

Aron zamknął oczy na sekundę.

— Tak.

Elín nie pytała, dlaczego ojciec nigdy mu o tym nie powiedział. To pytanie i tak wisiało między nimi.

— Co dalej?

Aron wskazał następną stronę. Kilka linijek zostało wyrwanych. Nie wyciętych. Wyrwanych. Elín przesunęła palcem po nierównej krawędzi.

— Ty?

— Nie.

— Matka?

— Nie sądzę.

— Kto miał notes po jego śmierci?

— Po zaginięciu.

Poprawił ją spokojnie.

— Przepraszam.

— Matka. Potem ja.

— Czyli ktoś wyrwał strony wcześniej.

— Albo ojciec.

Elín usiadła.

— Nie lubię brakujących stron.

— Ja też.

— Są zbyt literackie.

— Powiedziała malarka stojąca obok własnego aktu zatytułowanego „Lilith”.

— Zamknij się.

Pierwszy raz tego wieczoru się uśmiechnął.


Freyja odpowiedziała jeszcze tej samej nocy. Nie znalazła więcej o Ásgeirze. Znalazła za to jego żonę. Sigríður Jónsdóttir. Zmarła wiele lat wcześniej. Jedno dziecko: córka, Ragna Ásgeirsdóttir.

— Żyje? — zapytała Elín przez telefon.

— Według tego, co mam, tak. W Akureyri.

— Jutro masz rejs?

— Mam.

— A pojutrze?

— Nie.

— Jedziemy.

Freyja roześmiała się po drugiej stronie.

— Czy ty organizujesz wycieczkę do Akureyri na podstawie dwóch inicjałów i starego notesu?

— Tak.

— Dobrze. Chciałam tylko sprawdzić.

Rozłączyła się. Aron czekał.

— Nie zapytasz mnie?

— O co?

— Czy chcę jechać.

Elín zatrzymała się.

— Chcesz?

— Tak.

— Świetnie.

— Elín.

— Co?

— O to chodzi.

Skinęła głową.

— Masz rację.

Aron chyba tego nie oczekiwał. Elín podeszła i pocałowała go krótko.

— Nie wykorzystuj tego przeciwko mnie.

— Czego?

— Tego, że przyznałam ci rację.

— Nigdy.

Elín tylko uniosła brew.


Pojutrze rano droga na północ była mokra i niemal pusta. Elín prowadziła. Kiedy Aron zaproponował zmianę za kierownicą, odmówiła, więc więcej nie nalegał.

Góry pojawiały się i znikały za chmurami. W dolinach leżały niskie pasma mgły. Co jakiś czas krajobraz otwierał się nagle i wtedy widać było wodę, szeroką i stalową. Elín lubiła takie drogi. Piękno szybko się nudziło; zostawała przestrzeń.

— O czym myślisz? — zapytała.

— O ojcu.

— Chcesz mówić?

— Nie.

Po kilkunastu kilometrach Aron odezwał się sam.

— Ostatni raz widziałem go rano.

Elín nie spojrzała na niego.

— Pokłóciliśmy się.

Czekała.

— Chciałem płynąć z nim. Nie pozwolił.

— Dlaczego?

— Pogoda miała się pogorszyć.

— Miał rację?

— Tak.

— I przez to się pokłóciliście?

— Miałem dwadzieścia lat.

Elín uśmiechnęła się lekko.

— To wiele wyjaśnia.

— Powiedziałem mu, że traktuje mnie jak dziecko.

— A on?

— Że zachowuję się jak dziecko.

— Rozsądny człowiek.

— Jesteś po jego stronie?

— W tej jednej sprawie.

Aron odwrócił wzrok ku drodze.

— On nie przeżył.

Uśmiech zniknął z jej twarzy. Po chwili położyła dłoń na jego udzie. Milczała; słowa były zbędne.


Ragna mieszkała w niewielkim domu na obrzeżach Akureyri. Nie zgodzili się przyjechać bez zapowiedzi. Elín zadzwoniła dzień wcześniej. Powiedziała prawdę, ale nie całą.

Że Aron kupił jacht należący kiedyś do jej ojca. Że znaleźli stare oznaczenie. Że chcieliby zapytać o historię łodzi. Ragna zgodziła się po długiej ciszy.

Miała ponad siedemdziesiąt lat. Otworzyła im drobna kobieta o białych włosach, w grubym granatowym swetrze. Najpierw spojrzała na Elín. Potem na Arona. I zbladła.

— Nie — powiedziała.

Aron zatrzymał się na schodku.

— Przepraszam?

Ragna patrzyła na niego tak, jakby zobaczyła kogoś, kto nie miał prawa stać przed jej domem.

— Jak się nazywasz?

— Aron.

— Nazwisko.

Podał. Kobieta zacisnęła dłoń na framudze.

— Wejdźcie.

Nie zapytała już, po co przyjechali.


W salonie pachniało kawą. Na ścianach wisiały fotografie rodzinne. Ragna nie podała im kawy. Usiadła naprzeciwko Arona.

— Twój ojciec miał na imię Einar?

Aron zesztywniał.

— Tak.

— Znała go pani? — zapytał.

— Raz.

— Gdzie?

— Tutaj.

— Kiedy?

Ragna wstała. Podeszła do kredensu i wyjęła metalowe pudełko. Położyła je na stole.

— Przyjechał w dziewięćdziesiątym czwartym.

Ta sama data co w notesie. Aron nie poruszył się.

— Po co?

— Pytał o mojego ojca.

— Ásgeira?

— Tak.

Ragna otworzyła pudełko. W środku były fotografie, listy i kilka dokumentów.

— Mój ojciec zaginął w siedemdziesiątym szóstym. Jacht znaleziono.

— Bez niego — powiedziała Elín.

— Tak.

— Gdzie?

— Na południe od Grenlandii.

Aron odsunął krzesło o kilka centymetrów. Elín poczuła, że jego ciało napięło się obok niej. Ragna mówiła dalej.

— Łódź dryfowała. Żagiel był uszkodzony. Tratwa ratunkowa została na miejscu. Nie było śladów, żeby ktoś ją spuścił.

— Ciała? — zapytał Aron.

— Nie znaleziono.

— A znak?

Ragna przestała mówić.

— Jaki znak?

Elín wyjęła telefon i pokazała fotografię. Starsza kobieta nie dotknęła ekranu.

— Skąd to macie?

— Jest pod zabudową jachtu — powiedział Aron.

Ragna wstała i podeszła do okna. Zatrzymała wzrok na ogrodzie.

— Ojciec zrobił go sam.

— Co oznacza?

— Nie wiem.

— Nigdy nie powiedział?

— Powiedział tylko, że ma mu przypominać, dokąd nie wracać.

Elín poczuła chłód.

— Dokąd?

Ragna odwróciła się.

— Na zachód.

— Do Grenlandii?

— Nie wiem.

— Pani wie.

Głos Arona był spokojny. Bez nacisku. Ragna wróciła do stołu. Wyjęła fotografię. Położyła ją przed nimi.

Ásgeir stał na pokładzie „Eydís”. Obok niego była kobieta. Młoda. Jasne włosy. Twarz odwrócona częściowo od aparatu.

Elín poczuła, jak Aron przestaje oddychać. Ona sama patrzyła tylko na kobietę. Nie była do niej identyczna.

To byłoby zbyt proste. Ale sposób, w jaki stała. Linia ramion.

Głowa lekko odchylona, jakby miała odpowiedzieć komuś stojącemu poza kadrem. Elín znała ten gest. Z lustra.

— Kto to? — zapytała.

Ragna spojrzała na fotografię.

— Nie wiem.

— Była z pani ojcem?

— Pojawiła się kilka miesięcy przed jego ostatnim rejsem.

— Jak miała na imię?

— Ojciec mówił na nią Lilja.

Aron zamknął oczy.

— Co?

— Nic.

— Aron.

— Znam ten gest.

Wskazał kobietę.

— Widziałem go.

— W przebłysku?

Skinął głową. Ragna patrzyła raz na niego, raz na Elín.

— Kim wy jesteście?

Elín odpowiedziała pierwsza.

— Tego próbujemy się dowiedzieć.


Ragna pozwoliła im sfotografować zdjęcie, ale zatrzymała oryginał. Elín to rozumiała. Przed wyjściem starsza kobieta zatrzymała Arona.

— Twój ojciec też pytał o tę kobietę.

Aron odwrócił się.

— Dlaczego?

— Powiedział, że widział ją wcześniej.

Elín poczuła ukłucie pod żebrami.

— Gdzie?

Ragna pokręciła głową.

— Nie powiedział.

— A pani ojciec?

— Nie chciał o niej mówić.

— Byli kochankami? — zapytała Elín.

Ragna spojrzała na nią uważnie.

— Nie wiem.

Elín przyjęła odpowiedź.

— Co stało się ze zdjęciami po wizycie ojca Arona?

— Nic. Wyjechał następnego dnia.

— Sam?

— Tak. Do Reykjavíku.

Aron skinął głową. Już miał wyjść.

— Jeszcze jedno — powiedziała Ragna.

Zatrzymał się.

— Twój ojciec zapytał mnie wtedy, czy wierzę, że człowiek może pamiętać coś, czego nigdy nie przeżył.

W pokoju zrobiło się cicho. Elín zwróciła się ku Aronowi, ale on słuchał tylko Ragny.

— Co mu pani odpowiedziała?

— Że nie.

— A teraz?

Starsza kobieta przeniosła wzrok na Elín.

— Teraz nie jestem już taka pewna.


Nie rozmawiali przez pierwsze pół godziny drogi. Elín prowadziła. Fotografia Lilji leżała w telefonie między nimi. W końcu zjechała na niewielki parking przy drodze. Wyłączyła silnik.

— Pokaż.

Aron podał jej telefon. Elín powiększyła twarz kobiety.

— To nie jestem ja.

— Wiem.

— Powiedz to jeszcze raz.

— To nie jesteś ty.

— Dobrze.

Oddała telefon.

— Ale jest podobna — powiedział Aron.

— Tak.

To, że coś jej się nie podobało, nie wystarczało, by temu zaprzeczać.

— Co widział twój ojciec?

— Nie wiem.

— A jeśli miał?

Aron wysiadł z samochodu, a Elín poszła za nim w zimnym wietrze. Przed nimi ciągnęła się pusta dolina. Aron stanął przy barierce.

— Wtedy to nie zaczęło się od nas.

— Być może.

— Elín.

— Co?

— Jeśli mój ojciec wiedział coś o tym jachcie i potem zaginął…

— Nie kończ.

— Dlaczego?

— Bo zaczynasz budować z dwóch faktów wyrok.

— To nie jest wyrok.

— Jeszcze nie.

Podeszła bliżej.

— Znajdziemy więcej.

— A jeśli nie chcę cię w to wciągać?

Elín odczekała kilka sekund. Nie uniosła głosu.

— Wtedy możesz się wycofać.

Aron zmarszczył brwi.

— Ja?

— Tak. Ty.

— A ty?

— Ja już jestem w środku.

Wskazała telefon.

— Moja twarz jest na twoich przebłyskach. Znak pojawił się na moim obrazie. Kobieta sprzed pięćdziesięciu lat wygląda tak, że oboje przestaliśmy oddychać.

Zrobiła krok bliżej.

— Nie musisz mnie chronić przed informacją.

Aron odwrócił wzrok.

— Nie próbuję.

— Jeszcze.

Elín nie wiedziała, dlaczego powiedziała „jeszcze”. Aron chyba też nie.


Wieczorem wynajęli pokój w małym hotelu. Żadne z nich nie miało ochoty wracać nocą. Elín długo stała pod prysznicem. Kiedy wyszła, Aron siedział na łóżku i oglądał fotografię Lilji.

— Odłóż — powiedziała.

Odłożył telefon. Elín miała na sobie tylko jego koszulę. Podeszła do okna.

— Chodź tutaj.

Aron wstał i stanął za nią, nie dotykając jej. Elín widziała ich odbicie w szybie.

— Na zdjęciu ona patrzy prawie tak samo — powiedział.

— Nie mów o niej.

— Dobrze.

Odwróciła się.

— Patrz na mnie.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 53.3