E-book
5.46
drukowana A5
25.16
Motyl Pana

Bezpłatny fragment - Motyl Pana


Objętość:
161 str.
ISBN:
978-83-8155-113-7
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 25.16

„I ujrzałem innego potężnego anioła,

jak zstępował z nieba,

przyobleczony w obłok,

i tęcza była nad jego głową,

a oblicze jego było jak słońce,

a nogi jego jak słupy ognia,

i miał w prawej ręce otwartą książeczkę.

(…)

Poszedłem więc do anioła,

mówiąc mu, by dał mi książeczkę.

I rzecze mi:

«Weź i połknij ją, a napełni wnętrzności twe goryczą,

lecz w ustach twych będzie słodka jak miód».”

(Ap, 10, 1—9)


Wstęp

W życiu każdego z nas, przychodzi moment, w którym pragniemy coś zmienić. Czasami chwila refleksji przychodzi wraz z trudną chwilą, czasami pojawia się niespodziewanie.


Ta książka powstała po to, aby uświadomić Wam, że warto zmienić życie na lepsze i poszukiwać własnej drogi. Razem możemy uczynić ten świat lepszym i piękniejszym. Spróbujemy?


Zapraszam do podróży przez świat emocji głównej bohaterki, ale także do podróży w głąb siebie. Zachęcam do czytania we własnym tempie, niespiesznie, uważnie. Dzisiejszy świat pędzi, zwolnijcie więc na chwilę i zastanówcie się jakie jest to wasze życie.


Zapewne, zastanawiacie się kim jest tytułowy Motyl Pana — to niezwykle wrażliwa, delikatna istota, która żyje pośród nas. W jej skrzydłach lekko poruszających powietrze, odbija się wielkość Boga. Czyha na nią wiele niebezpieczeństw. Czasami upada, jednak po każdym upadku podnosi się, by wzlecieć ku niebu.


Motylem Pana możesz być Ty, musisz tylko chcieć odbijać w sobie światło wiary i wzlatywać każdego dnia do świętości, zachwycając się tym, co Cię otacza.


***


Cytaty z Pisma Świętego użyte w książce pochodzą z

Biblii Tysiąclecia, Wydanie V, Poznań: Pallottinum, 2016, ISBN 978-83-7014-794-5.

Rebeka

Jesień przyszła szybko. Liście targane wrześniowym wiatrem, raz po raz spadały na ziemię. W locie tańczyły, jakby chciały wykorzystać w pełni swoje ostatnie chwile. Ciemne chmury zasnuły niebo, które jeszcze kilka dni temu rozświetlał blask wesołego, letniego słońca. Z każdym dniem czuć było nadchodzącą zimę. Słońce coraz szybciej kładło się spać, a wieczory stawały się długie i pełne krążących chaotycznie myśli.

Jednego z takich wieczorów Rebeka, siedziała w swoim bujanym fotelu, otulona miękkim, ciepłym, wełnianym kocem, w kolorach tęczy. Na stole paliła się piękna, zdobiona świeca. Jej płomień wesoło tańczył i dawał poczucie ciepła. Po dniu wypełnionym pracą Rebeka lubiła zwolnić i pozwolić myślom krążyć swobodnie. Bujając się delikatnie, wpatrywała się w krople, wolno spływające po szybie. Cieszyła się, że zdążyła wrócić do domu przed deszczem i teraz może go obserwować spod koca, w przytulnym pokoju.

To był ciężki dzień. Pracowała w swoim gabinecie, jak co dzień, poznając tajemnice świata motyli. Uwielbiała swoją pracę, była naukowcem z powołaniem, oddawała się jej niemal zupełnie osiągając coraz więcej i więcej. Dzisiaj pokłóciła się z współpracownikiem. Nie lubiła takich dni, ale ciężko było ich uniknąć, ponieważ jej perfekcyjna natura nie pozwalała na ustąpienie choćby na krok. Mimo tego, że miała w życiu wszystko o czym marzyła, czuła, że czegoś w nim brakuje.

Jej serce cicho wołało o pomoc, o zmianę, jednak Rebeka nie była pewna jakiej zmiany oczekuje. Czuła, że jej życie nie jest pełne, jakby uleciała z niego jakaś ważna cząstka. Nadeszła kolejna jesień, kończył się kolejny rok, a ona coraz bardziej za czymś tęskniła, czegoś potrzebowała, ale nie potrafiła sprecyzować czego. Chciała to znaleźć, ale nie wiedziała gdzie zacząć szukać. Wszystko wokół się zmieniało, a jej życie wciąż pozostawało takie samo.

Była człowiekiem o bardzo wrażliwym sercu, lubiła pomagać innym, a jej pasją były najdelikatniejsze stworzenia ze wszystkich — motyle. Wciąż jednak kuliła się w sobie i czuła się jak w zamkniętym labiryncie, z którego gdzieś jest wyjście, ale jeszcze przed nią ukryte.

Mieszkała w pobliżu kościoła, który często zakłócał jej ciszę nocy. Dzisiaj wyjątkowo, kiedy zegar na wieży kościelnej wybił kolejną godzinę, pomyślała o swojej wierze. Nigdy nie była szczególnie zaangażowana w świat modlitwy. Owszem chodziła kiedyś do kościoła, ale bardziej z przyzwyczajenia, nie zawracając uwagi na to co się wokół dzieje.

Rebeka nawet nie spostrzegła, kiedy jej myśli zaczęły krążyć wokół wiary. Zastanawiała się czy któregoś dnia płomień bożego dziecka w jej sercu nie zgaśnie jak świeca, zdmuchnięta powiewem powietrza. Zdawała sobie sprawę, że już teraz ten płomień ledwo się tli. Kołysała się coraz spokojniej w fotelu, a wzrok utkwiła w swoim ulubionym obrazie.

Na ścianie przed nią wisiało dzieło namalowane przez jej znajomego. Dość sporych rozmiarów płótno pokrywały tysiące malutkich kropeczek, z których każda była tylko jednobarwną kropką, lecz razem tworzyły coś wspaniałego. Obraz przedstawiał motyla siedzącego na płatkach czerwonej róży. Jego wspaniałe skrzydła, zdawały się lekko poruszać. Rebeka lubiła ten obraz, przypominał jej o pięknie lata, w czasie którego bez przeszkód mogła obserwować te cudowne stworzenia w swoim różanym ogrodzie. Teraz niemal czuła ten zniewalający zapach różanych płatków znaleziony w zakamarkach pamięci.

Bujając się przy akompaniamencie coraz głośniejszej muzyki deszczu uderzającego o szybę, pomyślała, że chciałaby być jak ten motyl z obrazu. Na tle ciemniejszego otoczenia, olśniewał swoim blaskiem, przyciągał wzrok, a równocześnie był tak skromny, delikatny i niepozorny. Niesamowity kształt jego skrzydeł wprawiał w zachwyt i kierował myśli ku jego stwórcy.

Rebeka nawet nie wiedziała kiedy minęła kolejna godzina. Odpłynęła myślami w przestrzeń, w której czuła się bezpiecznie. Wyrwały ją do rzeczywistości dopiero kolejne dźwięki dzwonów, znajdujących się na kościelnej wieży. Pomyślała, że miejsce, które wybrała na swój dom, nie jest najlepsze, ponieważ dzwony, przeszkadzają jej całkowicie odpłynąć w świat marzeń i zrelaksować się.

Powróciły do niej myśli o tym, że jej życie jest puste mimo tego co osiągnęła. Poczuła wewnątrz dziwny ucisk i dobrze znaną jej tęsknotę. Tęskniła za głębią życia. W chwili obecnej wydawało jej się, że zeszła z drogi jaką iść powinna. Daleka była od natury, lekkości. Pragnęła zanurzyć się w głębi prawdziwego życia, a tymczasem miała wrażenie, że coraz częściej jej czas wypełniają puste rzeczy. Czuła się spętana niewidzialnymi więzami. Mimo osiągnięć, jakaś jej cząstka kuliła się gdzieś w zakamarkach duszy.

Rebeka pomyślała o wszystkim co dzisiaj zrobiła. Jej dzień wypełniała praca i starania o to, aby dowiedzieć się jak najwięcej, jednak to nie wnosiło niczego do jej życia. Jej obowiązki domowe, również wykonywane bo tak trzeba, stawały się coraz bardziej dokuczliwe. Chciała czegoś więcej, nie wiedząc wciąż, na czym to więcej miałoby polegać. Owładnięta pędem współczesności nie zauważała niczego wspaniałego w zwykłej codzienności, którą nie sposób było się pochwalić w kręgach znajomych. W ciągu dnia marnowała wiele czasu na to, aby być na czasie. Sprawdzała po kilka razy co słychać u znajomych na Facebooku, zerkała na strony internetowe z wydarzeniami, sprawdzała maile. Żyła bardzo intensywnie, a teraz to wszystko zdawało jej się bez znaczenia. Każda z tych czynności nawet odrobinę nie przybliżała jej do pełni szczęścia.

Rebeka popatrzyła jeszcze raz na motyla na obrazie. W jej myślach pojawiła się tęsknota do prostego, spokojnego życia. Zapragnęła być wolna jak ten motyl, zachwycać się pięknem kwiatu i żyć tylko po to, aby uszczęśliwiać innych. Ileż by dała, aby ktoś pomógł jej zmienić swoje życie. Nie wiedziała od czego zacząć. Czuła się uwięziona w codzienności.

Dzwony na kościelnej wieży nie dawały za wygraną, zmęczona całym dniem, wyrwana kolejny raz z krainy przemyśleń, zniechęcona i lekko zdenerwowana postanowiła pójść spać. Dźwięk kościelnego dzwonu sprawiał, że coś w niej drgało w inny sposób, nie potrafiła tego nazwać, ale było w tym odczuciu coś niepokojącego, jakby przyzywającego.

Rebeka zgasiła świecę jednym dmuchnięciem, wzięła do ręki swój ulubiony koc i położyła się na łóżku. Mimo wielkiej chęci odpoczynku, nie potrafiła zasnąć, coś nie dawało jej spokoju. Usiadła na brzegu łóżka i zapłakała…

To co czuła w tym momencie było niesamowite, płakała nad sobą, nad swoim życiem, płakała bo uzmysłowiła sobie jak nijakie jest jej życie i jak daleko odsunęła się od Boga. Każda kolejna łza spływająca po jej miękkim policzku obmywała ją, lecz nie uspokajała. Jeszcze kilka minut temu spokojnie siedziała w pokoju, teraz jej drgająca w rytm dzwonu dusza wyrywała się z ciała do innego życia.

Rebeka popatrzyła jeszcze raz na okno obmyte przez deszcz, na zgaszoną na stole świecę, która wciąż tliła się niepozornym światełkiem i czuła, że po tym dniu nic już nie będzie takie jak wcześniej, choć jeszcze nie wiedziała co się zmieni. Czuła, że idą nowe dni, jednak wciąż nie potrafiła odnaleźć się w otaczającym ją świecie. To wszystko wydawało jej się zbyt trudne. Wiedziała tylko, że to wszystko przez kościelny dzwon, który sprawił, że jej dusza zaczęła drgać w rytmie wszechświata, jednak wciąż nie była z nim kompatybilna.

Czuła potrzebę modlitwy, potrzebę której nie rozumiała. Jej dzieciństwo dawno już minęło. Minął czas kiedy klękała wraz z mamą do pacierza. Dzisiaj nie pamiętała słów jakie powinna wypowiedzieć, nie potrafiła się przełamać i uklęknąć przy łóżku. Coś ją powstrzymywało, jakby nie chciało oddać Bogu.

Targana sprzecznymi emocjami Rebeka, wróciła do łóżka. Na miękką atłasową poduszkę wciąż spływały łzy. Była jak dziecko chcące wrócić do domu, lecz nie wiedzące gdzie ten dom jest. Skulona niczym larwa motyla w kokonie wyszeptała:

— Boże, jeśli gdzieś tam jesteś, pomóż mi… Odmień moje życie… Proszę cię, obmyj mnie deszczem swojej łaski i spraw, abym stała się niby motyl — wspaniałe stworzenie, pokazujące twoją wrażliwość i piękno. Boże ratuj, bo jestem już tak daleko od Ciebie, że nie wiem jak wrócić…

Rebeka zasnęła niemal od razu. Spała spokojnie do rana. To była noc bez snów. Poranne promienie słońca zaskoczyły ją, ponieważ jeszcze wczoraj zdawało się, że deszcz nie będzie miał końca. Na wspomnienie wczorajszego wieczoru poczuła ucisk w gardle. Miała wrażenie, że wczorajszy wieczór był snem, a równocześnie czuła, że w jej wnętrzu coś się zmieniło. To było dziwne, przerażające uczucie, które z każdą chwilą się rozrastało. Jednocześnie Rebeka czuła, że nie tylko za oknem wstał nowy, piękny dzień, że również w jej życiu skończył się pewien pochmurny etap i teraz nastał czas na radykalne zmiany. Czuła to, mimo, że od wczorajszego, wrześniowego wieczoru zalanego łzami deszczu, dzieliło ją kilka godzin. Niby nic się nie zmieniło, a jednak pamiętała słowa swojej wyszeptanej, pierwszej od dawna, modlitwy płynącej prosto z serca. To był tak mały krok, a zarazem czuła, jakby przeskoczyła przepaść.

Rebeka wiedziała, że wczoraj pod wpływem chwili, zaprosiła Boga do swojego życia. Czuła jego obecność, choć nie potrafiła tego wyjaśnić w żaden naukowy sposób. Zdawało jej się to niemożliwe, a jednak, obecność którą czuła, nie chciała odejść. Rebeka od wczoraj czuła potrzebę uporządkowania swojego życia. To była pierwsza sobota od dawna, kiedy mimo wolnego postanowiła pracować. W jej głowie pojawił się pomysł, że zacznie odgruzowywać swój świat od poddasza, na którym było mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Pomyślała, że jeśli sobie nie poradzi z własnym poddaszem, to tym bardziej nie będzie potrafiła uporządkować własnego życia.

Mimo, że dawno już na strychu nie była, coś ją ciągnęło właśnie w to miejsce. Postanowiła się temu poddać.

Poddasze

Po porannej kawie i śniadaniu zjedzonym z większym niż zwykle skupieniem, Rebeka postanowiła zabrać się do pracy. W domu unosił się ożywczy zapach kawy parzonej z cynamonem, promienie słońca oświetlały wnętrze, a serce Rebeki wyrywało się do nowego życia. Postanowiła sobie, że dzisiejszy dzień będzie początkiem nowej drogi. Miała wrażenie, że wczoraj wieczorem dotarła w swoim życiu do skrzyżowania. Sama musiała podjąć decyzję o tym, którą ścieżką pójdzie dalej. Zaufała swoim przeczuciom, że właśnie ta droga jest tą właściwą, choć inną od szlaku, którym podążała przez lata. Tamten szlak choć bezpieczny nie dawał jej w pełni tego, do czego tęskniła, miała nadzieję, że wczoraj obrana ścieżka, będzie inna.

Rebeka stanęła przed drzwiami na strych. Stare masywne drzwi, zdobione bogato wyrytymi w drewnie ozdobnikami, budziły podziw. Ciężkie, rzadko używane drzwi, otworzyły się z przejmującym skrzypieniem. Nie pamiętała już kiedy ostatnio przez nie przechodziła. Na górę prowadziło 12 wąskich drewnianych schodów, pokrytych znaczną warstwą kurzu. Rebeka zapaliła lampę na naftę, weszła ostrożnie na schody i zamknęła za sobą drzwi. Chciała być sama. Odcięła się od domowników i świata.

Wchodząc ostrożnie po schodach poczuła zapach starych rzeczy. Kto był kiedyś na strychu w starym domu, z pewnością pamięta ten charakterystyczny, przejmujący zapach przedmiotów — świadków dawnych dni. Rebeka poczuła się trochę nieswojo. Półmrok, zapach i ogrom nieznanych zakamarków sprawiły, że w pewnym momencie chciała uciec, wrócić do dobrze znanego sobie pokoju pachnącego kawą z cynamonem, na ulubiony fotel. Czuła obecność jak wczoraj, ale równocześnie czuła coraz większe podświadome kuszenie, że to co robi jest zbędne, niepotrzebne, bez sensu. Dłuższą chwilę walczyła ze sobą. Nie wiedziała od czego zacząć. Obraz zagraconego poddasza przypominał jej o chaosie w jej własnej duszy. Stała w półmroku ogarniając wzrokiem pudła, szafy, półki, mniejsze i większe przedmioty.

Zrezygnowana Rebeka usiadła na ostatnim schodzie i ukryła twarz w dłoniach. To wszystko bardzo wiele ją kosztowało. Z zamyślenia wyrwał ją dziwny dźwięk, jakby tupania. Dźwięk się przemieszczał. Rebeka wstała i już chciała przerażona zbiec na dół, ale strach ją sparaliżował. Zaczęła się rozglądać, jednak wszelkie sprzęty naruszone znakiem czasu, wciąż nieruchomo tkwiły na swoim miejscu. Nagle usłyszała, że cichutkie tupanie przybliża się do niej. Wstrzymała oddech. Tupanie było już tuż obok. Nagle rozległ się dźwięk przyjaznego gruchania, po czym usłyszała szum skrzydeł i wszystko ucichło…

Rebeka uśmiechnęła się do siebie. Tak dawno nie była na strychu, że przeraził ją dźwięk spacerującego po dachu gołębia. Teraz już mogła spokojnie przystąpić do pracy. Wraz z odlatującym ptakiem, pozbyła się również jakiegoś ucisku, lęku, który utkwił głęboko w jej duszy. Była spokojniejsza, lecz nadal nie wiedziała, od czego ma zacząć. Zaniedbane wnętrze przytłaczało ogromem czekającej pracy. Rebeka wiedziała jednak z własnego doświadczenia, że najtrudniej zrobić pierwszy krok. Później krok po kroku można dojść do celu, trzeba jednak zacząć.

Wpatrywała się w przestrzeń analizując co musi zrobić i od czego zacząć, gdy usłyszała przeszywający dźwięk dzwonów z kościelnej wieży. Kolejny raz, wyrwały ją z zamyślenia. Tym razem jednak przypomniała sobie dzięki nim o Bogu i tęsknocie za nim. O tym jak wczoraj prosiła swojego Stwórcę o pomoc w zmienieniu jej dotychczasowego życia.

Pomyślała, że chciałaby być jak motyl, piękny, niezwykły obraz Bożego stworzenia, który zachwyca każdego kto stanie na jego drodze. Tymczasem stała na zakurzonym strychu, w półmroku, czując zapach wywołujący mdłości. Z jednej strony coś jej mówiło, że nie tędy droga, jakby chciało ją przekonać, że lepiej zostawić wszystko tak jak było, z drugiej czuła, że właśnie tutaj, od zagraconego poddasza, powinna zacząć.

Rozmyślając o swoim życiu, postanowiła, że skoro już tutaj jest, czas zabrać się do pracy. Przez maleńki otwór wentylacyjny z boku ściany, zaczęły wpadać do środka nieśmiałe promienie jesiennego słońca. W ich blasku widać było unoszące się drobinki kurzu. Drobinki popychane lekkim powiewem tańczyły unosząc się i opadając. Rebeka pomyślała, że skoro w tak okropnym miejscu jak ten strych, można zobaczyć tak wspaniałe rzeczy, to również w jej pogmatwanej duszy musi być jakaś godna uwagi cząstka. Coraz bardziej tęskniła do zmiany, szczęścia i wewnętrznej równowagi, lecz równocześnie czuła, że to jest jeszcze bardzo daleko od niej, możliwe do osiągnięcia, ale wciąż niedostępne.

Promienie słońca oświetlały niewielki obszar strychu, na samym jego środku. Rebeka postanowiła, że właśnie tam zacznie porządkowanie.. Podeszła bliżej i przysiadła na drewnianej podłodze tuż obok brązowego kartonu ozdobionego wyblakłymi już kwiatami. W tym miejscu oświetlonym przez ożywcze słońce nie było już tak strasznie. Rebeka poczuła się swobodnie. Przetarła dłonią karton. Gruba warstwa kurzu przykrywała piękne białe lilie namalowane farbami. Dobrze wiedziała, że lilia to symbol niewinności, ale i odrodzenia. Były piękne, jednak w jej przekonaniu, nie tak cudowne jak motyle, którymi się zajmowała.

Powoli odkleiła taśmę zabezpieczającą zawartość kartonu przed kurzem. Z wielką ciekawością zajrzała do środka. Zapomniała już, że to pudło stało kiedyś w pokoju na jej komodzie i było skarbnicą najpiękniejszych momentów w jej życiu. Rebeka poczuła radość, że będzie mogła zacząć sprzątanie od pięknych wspomnień.

Zaczęła powoli i z wielkim szacunkiem wyciągać z pudła poszczególne rzeczy. Na samej górze leżał obraz, który otrzymała na pamiątkę sakramentu Bierzmowania. Delikatnie przetarła obraz gołębicy otoczonej złotymi promieniami. Mimowolnie pomyślała o gołębiu, który wprawił ją w przerażenie swoim cichym stąpaniem po dachu. Zdawało jej się, że to nie przypadek, że właśnie wtedy poczuła spokój. Gołębica, białe lilie, ożywcze promienie słońca, poczuła się naprawdę nieswojo. Kolejny raz poczuła obecność czegoś czego nie rozumiała i nie potrafiła nazwać. Przypomniała sobie swoje imię z Bierzmowania. Wybrała imię Debora, ponieważ zawsze marzyła, aby posiąść wielką mądrość i doradzać ludziom. Rebeka pragnęła zostać kimś znanym i cenionym jak Debora, teraz po latach, wiedziała, że to nie daje tak wielkiego szczęścia i nie jest tym czego powinna szukać.

Głębiej w kartonie znalazła album ze zdjęciami. W myślach dziękowała swojej nieżyjącej już mamie za to, że tak starannie pielęgnowała wspomnienia i układała w albumie. Rebeka nie przywiązywała dużej uwagi do pamiątek, jednak teraz cieszyła się z tego co odnalazła na strychu. Drżącymi rękoma otworzyła biały album pokryty naturalną skórą. Wewnątrz, do srebrnych stron, przyklejone były zdjęcia z najważniejszych momentów w jej życiu chrześcijańskim. Nie wiedziała, że jej mama stworzyła taki album. Na pierwszej stronie przeczytała starannie wykaligrafowany napis: „Mojej córce Rebece”. Jej mama z całą pewnością pomyślała o tym, że po wielu latach, odnaleziony album, wywoła wzruszenie większe, niż gdyby ten album leżał na półce wciąż dostępny. Miała rację, z oczu Rebeki popłynęły łzy…

Oglądała w milczeniu i wielkim skupieniu zdjęcia, jak gdyby trzymała w dłoniach najwspanialszy skarb. Wspominała swój Chrzest i zrozumiała, jak wielką łaską było włączenie do wspólnoty i jak bardzo tą wspólnotę zaniedbała. Było jej przykro, że kiedyś jako mała dziewczynka była tak blisko Boga, była taka czysta. Spojrzała na zdjęcie, na którym się słodko uśmiecha, ściskając w rączce swoją białą szatę, jakby jej nie chciała nigdy wypuścić. Teraz jej duchowa biała szata przypominała bardziej podartą szmatę do podłóg, niż ten wspaniały strój podarowany na Chrzcie Świętym. Poczuła ciężar tego jak potraktowała ten wielki dar. Wiedziała, że musi postarać się jakoś przywrócić, choć częściowy blask swojej duszy.

Kolejna część albumu ukazywała jej Pierwszą Komunię. Rebeka spojrzała na zdjęcie na górze strony. Trzymała na nim różaniec i klęczała ze złożonymi rękami wpatrzona w krzyż. Była na tym zdjęciu tak szczęśliwa, całkiem inna niż teraz. Nie rozumiała dlaczego tak trudno dorosłym czuć to co czuli jako dziecko. Pomyślała o swoim różańcu i zrobiło jej się wstyd. Nie wiedziała nawet gdzie teraz jest. Tak dawno nie miała go w dłoni, że już nie pamiętała jak się na nim modlić. Bała się, że jest już tak daleko od Boga, że nie będzie potrafiła do niego wrócić. Poczuła strach, że zmarnowała tyle lat życia.

Ostatni rozdział albumu poświęcony był Bierzmowaniu. Rebeka pamięta jak mówiono, że jest to sakrament dojrzałości chrześcijańskiej. Jeden z najwspanialszych. Pamięta też, że ona tego zupełnie nie czuła. Msza, namaszczenie przez biskupa i koniec. Wtedy nie zdawała sobie zupełnie sprawy z tego co w tym wielkiego, dzisiaj żałowała, że już wtedy nie miała obok siebie właściwego przewodnika, który ożywiłby jej wiarę. Może już wtedy wybrała złą ścieżkę. Może już wtedy straciła dziecięcą radość z tego co ją otacza, zawierzenie i miłość.

Rebeka sięgnęła po raz kolejny do kartonu w białe lilie. Wyciągnęła z niego niewielki obrazek, ukazujący hostię trzymaną w dłoni, na odwrocie widniał napis „Wiara, nadzieja, miłość”. Nie pamiętała już swojej ostatniej Komunii Świętej, nie pamiętała ostatniej Spowiedzi. W jej życiu nie było wiary. Po dłuższym zastanowieniu doszła do wniosku, że również nie było w nim nadziei. Miłość pojawiała się i znikała, jak w życiu każdego z nas. Ludzka silna miłość trwa krótko, później obumiera, lub powszednieje. Rebeka coraz bardziej odczuwała jak wielkie braki ma jej życie. Była jednak wdzięczna swojej mamie za ten niewielki karton, który tak wiele emocji w niej wzbudził.

Kolejny dzwon przypomniał Rebece, że minęła już godzina, a ona miała sprzątać. Rebeka nie miała jednak już na to dzisiaj ochoty. Siedziała przy kartonie oświetlonym nadal promieniami słońca i po raz kolejny przeglądała album ze zdjęciami. Ileż by dała za to, aby móc się stać choć na chwilę tym niewinnym, czystym dzieckiem. Niestety ona już miała zapisanych wiele stron księgi życia. Mimo, że nie ze wszystkiego była dumna, czasu cofnąć nie może. Zaczęła szlochać. Zastanawiała się co po niej zostanie. Myślała o tym, jak piękną historią mogło być jej życie. Teraz jednak nie cofnie już czasu, może jedynie zadbać o to, aby kolejne rozdziały jej księgi życia były zapisane piękniejszą, mniej mroczną historią. W pełni zdawała sobie sprawę, że zmarnowała jakąś szansę, nadal jednak nie wiedziała jak sprawić, aby kolejne strony księgi były inne. Po kilku godzinach na strychu, coraz bardziej czuła co chce osiągnąć, ale równocześnie budził się w niej strach przed tym, że nie da rady tego osiągnąć, że nie wie od czego zacząć.

Rebeka spojrzała ostatni raz na obraz z gołębicą, pogładziła okładkę albumu i schowała wszystko do pudełka. Obiecała sobie, że tym razem nie pozwoli mu zaginąć pośród miliona niepotrzebnych rzeczy. Postanowiła starannie oczyścić karton i postawić go pod swoim ulubionym obrazem na niewielkiej komodzie, aby mogła wracać do tych wspomnień. Delikatnie poukładała swoje skarby i podniosła pudełko. Wstała, rozmasowała zesztywniałe nogi i po raz ostatni ogarnęła wzrokiem swoje poddasze. Wiedziała, że jest tu jeszcze wiele do zrobienia, teraz jednak gdy zrobiła pierwszy krok, wróci tutaj z radością. Kto wie jakie jeszcze skarby odnajdzie podczas dalszych porządków.

Już miała iść, gdy zauważył w miejscu, w którym stał jej karton małą książeczkę. Odstawiła karton przy schodach, aby go nie zapomnieć i podeszła do książeczki. Była niewielka, mieściła się w dłoniach. Rebeka poczuła, że jest to większy skarb niż wszystko co do tej pory znalazła. Czuła, że to coś szczególnego, mimo, że nie wiedziała czym owa książeczka jest. Nie pamiętała jej również, więc raczej nie była to własność jej, ani nikogo z rodziny. Książeczka miała okładkę o miękkiej, przyjemnej w dotyku teksturze. Rebeka z zaciekawieniem zajrzała na pierwszą stronę z nadzieją, że dowie się, czym jest to co znalazła. Przeczytała ręcznie pisane słowa „Wskazówki na drogę”. Rebeka pomyślała, że zapewne to jakaś pamiątka po ludziach, od których jej rodzice kupili dom. Książeczka jednak bardzo ją zainteresowała i postanowiła zabrać ją ze sobą. Włożyła ją do swojego kartonu, podniosła swoje skarby, i ostrożnie schodziła po stromych schodach.

Ciężkie drzwi pożegnały ją skrzypieniem. Strych już nie wzbudzał w niej strachu, bardziej zaciekawienie. Nie potrafiła się doczekać, aż znów będzie miała chwilę i pójdzie odkryć tam coś wspaniałego, a przy okazji, oczyści to miejsce z kurzu zapomnienia.

Rebeka poczuła się dobrze w swoim ulubionym pokoju. Zapach kawy z cynamonem nadal unosił się w powietrzu. O tej porze w domu było cicho i spokojnie. Dobiegające z ulicy odgłosy zakłócały odrobinę ciszę, ale nie tak bardzo, aby uniemożliwić odpoczynek.

Rebeka odstawiła karton na stół i miękką ściereczką, kawałek po kawałku zaczęła delikatnie go oczyszczać. Zajęło jej to sporo czasu, ale udało jej się nie uszkodzić białych lilii, które przy normalnym oświetleniu prezentowały się jeszcze wspanialej. Oczyściła również wnętrze kartonu i poprzecierała swoje pamiątki. Kiedy dotarła do małej książeczki, zauważyła, że na okładce widnieje delikatny, gładki, widoczny jedynie pod światło napis. Rebeka podeszła do okna i wstrzymała oddech. Na okładce niepozornej książeczki widniał napis „Dla Rebeki”. Nie wiedziała dlaczego, ale poczuła lęk. Ta mała książeczka napawała ją niepokojem, choć była jedynie czymś znalezionym na strychu. Było w niej coś, obecność. Coś co sprawiało, że jej dusza drgała w specyficzny sposób.

Rebeka na moment zapomniała o kartonie w białe lilie, usiadła na fotelu i zajrzała do środka książeczki. Zdawało jej się, że to jakiś notatnik. Na każdej stronie znajdował się niewielki cytat, nic więcej, było ich zaledwie kilkanaście. Rebeka postanowiła usiąść i zacząć czytanie od razu, ponieważ ciekawość i duchowy głód nie pozwalały jej odkładać tego na później.

Wskazówka na drogę — 1

„Nie lękaj się, bo Ja jestem z tobą; nie trwóż się, bo Ja jestem twoim Bogiem. Umacniam cię, a także wspomagam, podtrzymuję cię moją prawicą sprawiedliwą. (…)
Albowiem Ja, Pan, twój Bóg, ująłem twą prawicę, mówiąc ci: «Nie lękaj się, przychodzę ci z pomocą.»”

(Iz 41, 10—13)

Rebeka poczuła ulgę, spokój i niewyjaśnioną wdzięczność. Czuła przy sobie obecność Boga. Jednak nie uklęknęła, daleka była jeszcze od tego, aby dać się porwać wierze niby fali na morzu. Bała się, że to co dotąd nie znane wciągnie ją całkowicie i odmieni jej życie. Z jednej strony pragnęła tego z całego serca, chciała, aby jej życie zajaśniało, stało się aromatyczne niczym świeżo mielona kawa i świeże, chrupiące bułeczki z masłem. Z drugiej jednak strony miała obawy przed zmianą. Wiedziała, że Bóg jest, czuła to, jednak trudno było jej zaufać do tego stopnia, aby oddać Mu swoje życie.

Nadal stała na skrzyżowaniu dróg. Droga, którą dobrze znała kusiła, jednak nie był to kierunek, w którym Rebeka pragnęła podążać. Druga ścieżka wydawała się wyboista i pnąca się w górę, sprawiała wrażenie trudnej do pokonania. Równocześnie krajobraz wokół tej stromej ścieżki był olśniewający. Dusza Rebeki rwała się do nowej drogi, coś ją pchało naprzód ku zmianie, a ona nadal tkwiła w miejscu nie potrafiąc się zdecydować, bojąc się.

Wiara od zawsze kojarzyła jej się ze staruszkami, ona jeszcze do tego wieku miała daleko, a mimo to stała przed wyborem. Wiedziała już, że nie musi się bać, że nie jest sama. Jednak w jej głowie kotłowały się myśli, co powiedzą inni, znajomi, przyjaciele… Bała się odrzucenia i wyśmiania, jednak słowa „nie lękaj się, przychodzę ci z pomocą” dodawały jej otuchy. To nie była łatwa do podjęcia decyzja.

Siedziała w bujanym fotelu i zastanawiała się czy ma w sobie wystarczająco dużo siły, aby spróbować iść drogą wiary. Rebeka zdawała sobie sprawę, że jej życie wymaga zmiany, jednak nie była pewna czy to dobry kierunek. W tym momencie wszystko co miała to ta mała książeczka ze wskazówkami. Jeszcze w pełni nie wierzyła, że wiara może jej dać szczęście w życiu i je odmienić. Jej myśli ukształtowane w materialnym świecie, buntowały się przed tym, że cokolwiek duchowego może odmienić rzeczywistość.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 5.46
drukowana A5
za 25.16