E-book
8.19
drukowana A5
33.92
drukowana A5
Kolorowa
57.97
motyle i ćmy

Bezpłatny fragment - motyle i ćmy


5
Objętość:
143 str.
ISBN:
978-83-8189-594-1
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 33.92
drukowana A5
Kolorowa
za 57.97

siatka na motyle

kiedy zachorowałam

Chciałbyś poznać moje prawdziwe oblicze

Więc jestem powłoką

Która skrywa pod płaszczem zimne serce

Poranioną duszę, złamane kości

Moje błękitne oczy pozbawione są blasku

Mam bladą skórę

Beznamiętny dotyk, wzrok nieobecny, jakby

zaklęty w kręgu tajemnic

Kłamstwa rozpaczy i bólu

Teraz możesz mi powiedzieć, czy polubiłbyś

Moje prawdziwe JA

czas

Gdzieś tam na błękitnym niebie

Zakrada się dziewczynka zaplątana w czarny sznur

Na którego końcu w drżących dłoniach

Mieści się prostokątna pozytywka

Która nie wypluwa z siebie melodii

A chwyta mokrym ciepłym zbyt jasnym światłem chwilę

Jedyny sposób zatrzymania bezcennych momentów

Umiejętność zapisania szczęśliwego czasu

Uchwycenia pamięci

Zatrzymania pięknej duszy

Okraść ją nie z ulotności, a z magii szczęścia

Taki psikus

Marzycielka

pycha

W tym czasie jestem nikim

Ugryzłam mocno

W serce

A czemu nie

Niech poleje się krew

Puste naczynie

Wypełni

Brudne powietrze

Niech nastanie pycha

Zapanuje mądrość bez cienia głupoty

Przebudzi się czysty egoizm

A drapanie w płucach

Okaże się odgłosem zobojętnienia

Która jest dyplomacją kamiennych

choroba

Pokój wypełniały cienie zieleni czerwieni i ten ostatni czerń. wpatrywałam się w nie od kilku długich godzin. Każdy kolor w tej chwili miał dla mnie jakieś znaczenie. Zieleń była nadzieją, bez której człowiek podobno usycha, niczym niepodlewany kwiat. Czerwień kojarzyła mi się z barwą brudnej miłości i krwią spływającą z ran zadanych przez najbliższych. Czerń była najgorsza skojarzenie ze śmiercią jest najboleśniejsze, bo to jak cichnący głos życia wpadający w otchłań.


Spoglądając na ściany pokoju, zastanawiałam się nad jednym — ból. Już dawno temu powinnam zacząć tę historię. Zacząć od dnia, w którym pojawił się ból, który nie chciał odejść, bo uważał, że noc jeszcze przed nami, a dzień i tak ukaże nam każdą naszą chwilę w innych lepszych barwach.


Chciał mnie zatrzymać w łóżku, abym mogła z niego spoglądać na zegar wybijający długie godziny. Wariował beze mnie. Mówił, że czekanie na mnie zabija go. Potrzebował mojego ciała, dotyku ust, pocałunków składanych z wielką goryczą, a przede wszystkim chłodnych dłoni. Uwielbiał czuć emanujący z nich chłód.


To był jak nałóg, z którego nigdy się nie wyleczę. Doszło do tego, że z pragnienia wolności zaczęłam zabijać siebie. Dostrzegł to i w końcu zaproponował, że opuści mnie, jeśli usłyszy moje kroki idące w jego kierunku. Pragnął, abym sama do niego przyszła. Chyba był zmęczony tym, że tylko on przychodził do mnie. Zaczynał czuć się jak więzień, a to przecież mnie więził od bardzo dawna.


Postanowiłam więc pójść do niego tamtego porannego dnia, gdzie czułam zapach wschodzących ponad ziemie maleńkich czerwonych kwiatów. Gdzie poczułam na nagich stopach rosę kołyszącą się na zielonej trawie i wyszłam z ogrodu, podążając czarną ziemią.


Nie widząc jeszcze, nie czując mojego bólu odezwałam się pierwsza jakbym chciała go przywołać. Mówiłam szeptem, iż kocham jak mnie prowokuje uwielbiam jego niebiański kolor oczu, choć wydaje mi się piekielny. Zwłaszcza nocą marzę o kolejnym jego uśmiechu, a nawet dotyku jego dłoni wplatających się w gęste, ale krótkie blond włosy. I ten sposób bycia człowiekiem. Polubiłam jego prawdę i szczerość. Uzależniłam się tak jak on, ale przecież mówi się, że w końcu sami uzależnimy się od uzależnionego bytu.


Znalazłam się na pustkowiu. Czułam pod stopami palący piasek i cień rzucany przez swoje ciało. To sprowokował mnie, aby spojrzeć w górę. Dostrzegłam niebieski odcień czystego nieba.


Potem znów moja twarz spojrzała przed siebie. Tam czekało na mnie lustro. Podeszłam do niego i zobaczyłam swoje odbicie. Było takie wątłe i blade. Wyciągnęłam dłoń, aby opuszkami palców przejechać po lekko popękanym szkle. Moja ręka dotknęła odbicia, które niespodziewanie przemówiło: Jak ukoić mam twój ból skoro mój własny przypomina wielką ziejącą dziurę, w której zmieścilibyśmy się oboje

widzę cię

Moje ciało już od dawna leży pod ziemią. Stąpają po nim bose stopy ludzi godnych i mniej godnych. Są to schadzki lekkich ludzi wolnych od niezrozumienia i spacery osób dumnych, którzy rzucają na ziemię martwe kruki.


Moje ciało leżące pod ziemią pokrywa wiele blizn tych dobrych i złych mających gorzki i słodki smak czarnej ziemi. Jestem słaba i wątła jednak na granicy światów znalazłam jedno źródło siły, a zwało się wiarą.


Marzyłam, aby kiedyś zobaczyć łąki kwitnące kaczeńcami, zaplątane w chabry i czerwone maki. I tak nauczyłam się trwać w świecie piekła, który niszczył mnie od dnia odejścia nieba, zamykając złote bramy szczęścia.


Ciało opadło na ziemię, wręcz się w nią wtopiło, obrosło jak mech drzewo letnią porą. Powstało, ciało umarłe, krwawe od bólu od duszy stłamszonej przez najokrutniejsze bestie, hańbione przez lęki nieszanowane przez ograniczenia i zaniedbane przez łzy.

w końcu

Dzisiaj jestem sama

I nie przyjmę rady

Pomaluję moje usta

I moje włosy na czerwono


Dzisiaj jestem sama

Nie wiem czy uda mi się ta podróż

Lub czy pozwolę sobie towarzyszyć


W końcu przestałam czekać na ciebie

Na los

Na szczęście

Przestałam ozdabiać nasz dom

Wieszać nasze obrazy

Robić ci śniadanie


Przestałam

Brać samochód w nijaką podróż

Telefonować jedynie do ciebie

Rozumieć twoje potrzeby

I ciebie tylko rozbierać


Dzisiaj jestem sama

I nie przyjmę rady

niedokrwienie

My ludzie zależymy od pamięci jak słońce od księżyca

jak las od drzewa czy mężczyzna od kobiety

Powiem więcej, stworzeni jesteśmy przez pamięć, dlatego

uważam, że tak długo powinniśmy żyć, o ile pamięć

nam pozwala. Nie dłużej


Moja pamięć właśnie odchodzi drobnymi kroczkami. Wspominam,

jak do niedawna mówiłam, że nasza głowa jest wypchana

zbyt wieloma szufladami, które są kompletnie nieprzydatne.

Teraz uważam że nie mam szczęścia do pamięci, do tej

naprawdę potrzebnej, wtedy wydaje mi się, że nawet

pies z kulawą nogą ma więcej szczęścia ode mnie

Od nas ludzi

za długi dzień

Kawa ostygła i papieros dawno zgasł

Wiatr uchwycił ostatni popiół z kryształowej popielniczki

Rozrzucił na cztery strony świata

W ostatnie dwie nuty melodii

Która trwała dziś zbyt długo jak na jeden dzień

niedowład

Nie wiesz, jak to jest żyć z bólem

Jakie to uczucie

Gdy twoje dłonie są sztywne

Twarde jak z kamienia

Nie możesz nimi nawet dotknąć twarzy

Są jak zardzewiałe

Zgrzytają, gdy starasz się wykonać najmniejszy ruch

krzyk

Staram się od dawna tłumić krzyk

Dlatego nie wyszarpuj go z mojego spojrzenia

Które obawia się o swoje istnienie

Jeśli mój ból i strach zacznie krzyczeć

Zniszczy duszę, która jak szkło rozkruszy się

na milion małych kawałków

podróż wędrowca

Chciałabym dotrzeć kiedyś do pomieszczenia

w którym panuje spokój, w którym panuje szczęście

Niestety droga do tej chwili prowadzi przez bagno

pochłaniającego cierpienia


Człowiek czuję się wtedy jak męczennik, który otrzymał karę

tylko za to, że się urodził

Cierpienie, które go ogarnia zaczyna przytłaczać

Napawać drobinkami strachu a w oczach kołyszą się łzy

zaplątane w nici czasów


Jednak to wszystko w jakiś sposób

dodaje odwagi, aby odzyskać podcięte skrzydła

Które chciałoby się jeszcze raz założyć, aby unieś się ponadto

rzut choroby

Mam dziury w nogach i kręgosłupie

Źle poukładane kable w rękach

Łzy w oczach przy codziennym wysiłku

Jednak silnej woli nikt jeszcze nie zdołał

Nie odważył się wyszarpnąć z bezsilnego ciała

żywot

Życie to chwilowe, a nawet czasem

długotrwałe mdłości taka utrata bytu

Miłość, wiara i nadzieja to niedosyt egzystencji

Żal troska i cierpienie to sposób

na poznanie poczucia bytowania

Śmierć to aromat istnienia

kiedy po raz pierwszy chciałam odejść

Dziś jestem bardzo zmęczona

Nie spałam całą noc

Prowadziłam wewnętrzną wojnę w swojej głowie


To myślenie doprowadziło do wycofania się z życia

Ze swobodnego oddychania

Z uczuć do drugiej istoty

Ze wspomnień

Do zabijania potrzeb i pragnień, które tkwiły w sercu


I czuje, że przestaje walczyć

Po prostu poddaje się zmęczona szukaniem

I próbowaniem żyć w tym zgniłym pokoju

Gdzie serce obumiera za zamkniętym oknem


W końcu postanowiłam odpocząć

Zmęczona egzystencją poprosiłam o ciszę

O spokój ciała, które chce odejść w galaktyczny świat

Szczęśliwych planet

porzucona dziewczynka

Spacerowała ślamazarnie

Niespiesznie w górę po linii życia

Gdzie nie raz wędrowała z istotami

Zagubionymi w przestworzach

Próbowała z nimi nie raz tańczyć na płomiennym niebie

Sięgali nieustraszenie po zagubione marzenia

Wspierała ulotne dusze, płomienne serca

Kiedy podawała dłoń, myślała, że ta walka o człowieka

To jej powinność

I w końcu zapomniała o sobie

Przecież ta walka o innych to dla niej heroiczny wyczyn

Który przez cały czas pozostawiał ją pośrodku niczego

Pozostawała na pustkowiu, w którym dziś została porzucona

I dobrze

Może w końcu zrozumie, że powinna żyć dla siebie

Nie dla innych

człowiek

Przyciągamy się wzajemnie

Jak krople wody

Jak planety


Dążymy do siebie

Jak ogień i woda

Jak biel i czerń


Odpychamy się wzajemnie

Niczym popsute magnesy

Odmienne barwy świata żywego i umarłego

wybrać siebie

Luksus dla mojej wyobraźni

Miejsce dla przytłoczonej duszy

Samotność na pewnym planie

Bliskość w zaciszu skóry

Zatrzymanie się w głębokim morzu kłamstw

Pozostanie w potoku prawdziwych uczuć

Bycie żywym za cenę czegoś i kogoś

Siła, aby podążyć za czymś prawdziwym

MASKA

Nigdy sama nie założyłam żadnej maski

To otoczenie za mocno nakładało mi na twarz kolejne maski

Co najgorsze według własnych upodobań

wymyślony rozmówca

Chciałabym posiadać przyjaciela

Nie takiego z krwi i kości

Chciałabym takiego ulotnego

Który po rozmowie ze mną

Zabrałby wszystkie moje troski

oczyszczenie

Odchodziłam nie spiesznie

Nie odwracałam się

Dopóki nie znalazłam się w bezpiecznej odległości

Wtedy popatrzyłam na skurczoną postać

Boleśnie zrozumiałam

Kiedyś była przepełnionym flakonem

Nie wiem, kiedy to uczyniłam

Jednak dokonałam tego stworzyłam pusty pojemnik

Oczyściłam zabrudzoną sukienkę

Stworzyłam czystą księgę

Wyrzuciłam nadgryzione jabłko

Bardzo powoli

Wręcz nazbyt starannie oczyściłam wnętrze z toksyn

potwór

Chciałam, jak każdy kiedyś kogoś zabić

Wyjątkową osobę, która pogłębiała moją samotność

Przyczyniała się do zamieszkania w zakamarkach duszy potwora

Potwora na tyle silnego i zdolnego zabijać

Że nic i nikt nie byłby w stanie go powstrzymać

Nie byłabym wampirem ani wilkołakiem

Byłabym człowiekiem

Którego źródłem złości okazałby się smutek

zraniona

Zabiliście kiedyś w waszym kruchym wnętrzu kogoś

Kto stworzył w sercu chłód

Który wzmagał nicość otaczając duszę szalem obłędu

I krystalicznej rzeczywistości

milczenie

Ludzie bardzo często mylą znaczenie słów

To przykre i prawdziwe

Mówione, pisane, czytane

A nawet te odnalezione

Zapisane na starym liście

Nie mają większego znaczenia

Niż te które są niewypowiedziane

życie

Jedynym, co mamy jest znak od czasu

Który wymyka się z naszych żył

Upuszcza krople purpurowej krwi

Zbudowanej na prawdzie świata

Ukrytego pośród brudnych kłamstw

zgaszone światła

Otaczała mnie ciemność

Często jej nie lubiłam

Czasem się bałam

Nie tolerowałam

Bywało i tak, jak teraz

Że dawała mi poczucie

Bezpieczeństwa

dusza

Wierzę, że jesteśmy wyjątkowi

Cząstka nas nie umiera nigdy

Jest w nas coś większego

Coś ważnego

Bo dlaczego nie

strata

Czas goi i przyzwyczaja do ran

Potem rekompensuje nam to, co straciliśmy

Naprawdę?

mechaniczna istota

Wydawało mi się, że skrzydła

Które każdy z nas otrzymał

Są ciężkie jak kamień


Prawie zawsze upadamy niosąc pewne ciężary

Taka natura

Przywiązanie a nie przyzwyczajenie


Wydawało mi się, że skrzydła

Które każdy z nas otrzymał

Są brudne


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.19
drukowana A5
za 33.92
drukowana A5
Kolorowa
za 57.97