E-book
12.29
drukowana A5
66.62
Most nad niespokojną wodą

Bezpłatny fragment - Most nad niespokojną wodą


Objętość:
415 str.
ISBN:
978-83-8104-481-3
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 66.62

Podziękowania


Dla pana Mirosława Janiszewskiego, Janusza i Teresy Kubiak, Piotra i Ireny Arcimowicz, Czesława i Bogumiły Łukuć, Tomasza i Joanny Łukuć, państwa Daniela Łęckiego i Magdaleny Kółkowskiej, pani Ady Sosnowicz, Filipa Barańskiego, Cezarego Zdanowicza oraz Wszystkich Innych wspierających mój projekt, za wielką hojność i tym samym umożliwienie wydania Mostu nad niespokojną wodą.


Dla Filipa Wilgockiego, za pierwsze opinie, dzięki którym książka ta powstała.


Dla mojego brata Adama, za niezliczone dyskusje i porady w kwestiach fabularnych i kreacji bohaterów.


Dla Pauliny Szyszki, za wyjątkową pomoc przy korekcie, tworzeniu okładki, za wsparcie przy projekcie, cenne uwagi i podnoszenie na duchu.

Morionowa Panna

— Nareszcie cię znalazłam! — Śmiech rozbrzmiewał w powietrzu, pędząc za postacią młodej dziewczyny beztrosko hasającej po kwiecistej łące. — Sądziłam, że sprawi mi to więcej trudności, ale chyba chciałaś mi po prostu sprawić miłą niespodziankę, czyż nie?

Przystając na moment, oparła się rękami o kolana i odetchnęła głęboko kilka razy, zmęczona wysiłkiem i wszechobecnym późnowiosennym ciepłem. Wyprostowawszy się, eleganckim krokiem podeszła do samotnej brzozy, która swą koroną przysłaniała rażące światło wznoszącego się wysoko nad horyzontem słońca.

— Przestań udawać, że cię tam nie ma — dziewczyna zachichotała, drobnymi krokami zbliżając się do drzewa. — Mam dobry wzrok i wypatrzyłam cię z daleka, choć twa czarna suknia skrywała cię przede mną w cieniu. Chodźże, tym razem ty będziesz szukać mnie!

Nie doczekała się odpowiedzi. Nieco zaniepokojona, obeszła pień brzozy.

— Hano, czy wszystko w porządku? — spytała, uważnie lustrując wzrokiem siedzącą pod drzewem przyjaciółkę. Gdy wiatr zakołysał delikatnie gałązkami, postać uniosła głowę i zamiast zwrócić uwagę na towarzyszkę, zaczęła chmurnie przypatrywać się rozedrganym liściom. Można by stwierdzić, iż zupełnie nie pasowała ani do otoczenia, ani do stojącej przed nią dziewczyny o złocistych włosach i rumianych policzkach. Jej wygląd, choć niebywale urodziwy, był pełen dziwnego smutku i melancholijnej ulotności.

— Ależ Hano, rozchmurz się, jest taki piękny dzień! Nudziłaś się, podczas gdy cię szukałam? Moja droga, jeśli chcesz, zamieńmy się rolami. Daj mi tylko chwilkę, bym mogła się ukryć…

Dziewczyna w czerni niespodziewanie odwróciła wzrok od szeleszczących liści i wbiła go w towarzyszkę, która pod wpływem tego spojrzenia aż podskoczyła.

— Nie strasz mnie więcej, Hano. — Złotowłosa złapała się za serce i uspokoiła oddech, siląc się na uśmiech. Oczy jej przyjaciółki zawsze wprawiały ją w dziwne onieśmielenie. — Czyżby dopadła cię chandra? W taki cudowny dzień wszyscy powinni się radować.

— Aileen… — posępna dziewczyna w końcu się odezwała. Jej głos zdawał się w jakiś sposób wypełniać okoliczną przestrzeń, czyniąc ją podobną jej pochmurnemu nastrojowi. — Wciąż ci mało? Bawimy się już niemal pół dnia… Jestem tym nieco zmęczona. Odpocznijmy wspólnie pod drzewem.

— Cóż… Jak uważasz — stwierdziła pierwsza z dziewcząt, nazwana przez towarzyszkę imieniem Aileen.

Wiatr był ciepły i miło było posiedzieć w cieniu smukłej brzozy, będąc delikatnie muskanym powiewami łagodnego powietrza. Aileen zamknęła oczy. Rozkoszowanie się harcami i odpoczynkiem daleko od zamkowych komnat należało do jej ulubionych czynności. Nigdy nie mogła sobie pozwolić na wiele pełnej swobody, korzystała więc z niej, mając tylko ku temu okazję. Miała szczęście, że nie była sama. Żadna z opiekunek ani dam dworu nie posiadała radosnego usposobienia i nie przepadała za zabawami, toteż gdyby nie Hana, Aileen spędzałaby te rzadkie beztroskie chwile zupełnie samotnie.

Rozmyślając nad tym, dziewczyna rozchyliła powieki i ukradkiem zerknęła w prawo. Hana nieustannie przykuwała jej uwagę, czemu trudno się było dziwić. Od zawsze fascynowały ją jej nieprzeciętne czarne włosy i jasna skóra, a przede wszystkim najbardziej niezwykłe w świecie oczy — niekiedy płomienne jak ogień, a niekiedy mroczne jak noc. Jakby dopasowując się do swej naturalnej urody, Hana gustowała przede wszystkim w czerni — nosiła czarne suknie, czarne pantofle, czarne pończochy i biżuterię z czarnego górskiego kryształu, przez co Aileen niekiedy nazywała ją uszczypliwie Morionową Panną. Na domiar wszystkiego, Hana miała cudaczną skłonność do malowania swej twarzy tym samym kolorem. Zamiast czerwienią podkreślać wdzięk ust, barwiła je czernią, a wokół jej oczu i na powiekach zawsze znajdował się czarny cień — to wszystko nadawało tej zjawiskowej dziewczynie niebywale mrocznego wyglądu. Aileen jednakże nigdy się tym nie kłopotała. Hana była jedyną osobą, która z własnej woli chciała dzielić z nią cały swój czas, niezależnie od tego, czy chwile były radosne, czy też nie. Zawsze mogła liczyć na jej obecność i współczucie. Nawet gdy Hanę dopadała melancholia, zawsze była obok Aileen i wspierała ją, gdy była taka potrzeba. Była jej jedyną i prawdziwą przyjaciółką.

— To już niedługo, prawda? — Hana spytała niespodziewanie, wpatrując się obojętnie w przestrzeń i wyrywając złotowłosą z zadumy.

— Co masz na myśli?

— Twoje odejście, podróż daleko stąd i… — urwała łamiącym się głosem.

— A więc to cię trapi… — Aileen westchnęła ze zrozumieniem, obracając się do zasmuconej towarzyszki. — Ależ Hano… Wszak wyjeżdżasz ze mną!

Morionowa Panna milczała. Odwróciła głowę, nie chcąc patrzeć przyjaciółce w twarz.

— Hano — jęknęła Aileen — nie rozstajemy się przecież. Wybłagałam u ojca, byś mogła być ze mną podczas drogi w jednej karocy, a kiedy przybędziemy już na miejsce, uproszę dla nas wspólną komnatę. Nie pozwolę, by cokolwiek nas rozdzieliło! Od zawsze byłyśmy razem i nigdy nie zapomnę chwil, które tu spędzałyśmy.

Czarnowłosa w odpowiedzi westchnęła głośno.

— Aileen… — wyszeptała, obracając głowę. — Czy ty mnie miłujesz?

Aileen oniemiała. Zupełnie nie spodziewała się takiego pytania. Zamarła w bezruchu, czując jedynie swe bijące jak oszalałe serce. Zaczerwieniła się, zarówno z zawstydzenia, jak i przestrachu. Czy miałaby miłować inną kobietę? To byłoby przecież niewyobrażalne.

— Ja… — wydukała, mimowolnie się odsuwając. — Jesteś moją przyjaciółką i kocham cię jak siostrę, lecz…

— Nie romantycznie, nieprawdaż? — uzupełniła Hana, uśmiechając się posępnie. — To nie szkodzi. Byłam jedynie ciekawa.

Aileen ponownie nie wiedziała, co na to począć. Nie rozumiała, do czego zmierzała Hana, lecz nie mogła się oprzeć wrażeniu, iż czarnowłosa dziewczyna naumyślnie pogrywa sobie, aby wprowadzić przyjaciółkę w konsternację.

— Nie obawiaj się, nie miałam na myśli niczego sprośnego — powiedziała Hana i uśmiechnęła się delikatnie. W jej oczach zamigotały drobne, płomienne iskierki. — Masz przecież narzeczonego. Nie mogłabym stanąć na twej drodze do szczęścia, nawet gdybym bardzo chciała, a wierz mi, że tego nie pragnę.

Aileen odetchnęła z ulgą, lecz nie uspokoiła się w pełni. Pytanie Hany nieco ją zamroczyło. Nie potrafiła zebrać myśli, aby wyrzec coś sensownego i składnego.

— Lękasz się, prawda? — spytała Hana, przymykając oczy i przysłaniając je zabarwionymi na czarno powiekami.

— N-nie… — wydukała kompletnie zakłopotana złotowłosa. — Czego bym miała?

Hana uśmiechnęła się smutno i otworzyła oczy. Iskierki zniknęły. Pozostała jedynie głęboka, nieskończona ciemność.

— Lękasz się przyszłości — stwierdziła poważnym głosem. — Przyszłości wcale nieodległej i pozornie wspaniałej. Przeraża cię zmiana, co do której nie jesteś pewna, czy zdołasz udźwignąć jej brzemię. To ostatni dzień, kiedy mogłaś beztrosko tutaj przyjść i się pobawić. Kiedy tylko zajdzie słońce, zajdziesz i ty, moja droga — świadomość tego cię właśnie zatrważa. Wiem, że się nie mylę.

Aileen zadygotała z osłupienia i strachu. To nie był pierwszy raz, kiedy Hana wypowiadała się w podobny sposób. Wówczas jej oczy nabierały tej niesamowitej ciemności, która zdawała się emanować i dotykać najgłębszych zakamarków duszy. Nie inaczej było i tym razem.

— Masz rację. — Zapłakała, ukrywając twarz w dłoniach. — Mam dopiero czternaście lat… Kiedy widzę tę łąkę, zamek mojego ojca i miasto, wtedy… wtedy… Hano! — Rozpłakała się na dobre. — Nie chcę odchodzić! To mój dom, moje wspomnienia! Dlaczego mam to wszystko nagle utracić?!

Morionowa Panna przybliżyła się do łkającej i przyłożyła dłoń do jej policzka, gładząc delikatną skórę przyjaciółki. Aileen nieco się opanowała.

— Przyjdzie ci jeszcze stawać przed licznymi przeciwnościami — Hana mówiła łagodnie. — Zważ na to, iż wkrótce poślubisz ukochanego. To pocieszająca myśl.

— Owszem — potwierdziła Aileen, ocierając ostatnie z łez. — Kocham go, lecz… boję się zatracić siebie, a wiem, że to nieuniknione. Miałaś słuszność, twierdząc, że właśnie to mnie przeraża. Los bywa nieuchronny, a czas nie chce się zatrzymać… Dlaczego wszystko dzieje się tak szybko?

Hana zamilkła. Ciemność w jej oczach ustąpiła, ponownie pozwalając zabłysnąć paru iskierkom. Nie odezwała się jednak ani słowem. Oddalając rękę od twarzy Aileen, odwróciła się do niej bokiem, opierając o pień drzewa.

— Co widzisz, myśląc o nieuchronności? — spytała po chwili, patrząc melancholijnie w przestrzeń.

— Upływający czas, wolę bogów… śmierć — wyliczała złotowłosa, zastanawiając się, do czego zmierzała Hana.

— Tak samo, jak bogowie obiecali życie wieczne po śmierci, tak ani czas, ani nawet sama śmierć nie jest nieunikniona. To tylko ludzkie ograniczenia pozwalają nam sądzić, iż jest inaczej — mówiła Hana, nie odrywając spojrzenia od wymalowanego błękitem nieba. — Świadomość tego, że nasze śmiertelne ciała są naczyniami na dusze, pozwala nam wierzyć, iż tak naprawdę nie umrzemy w świecie śmiertelników. Skąd jednak pewność, że ten świat w ogóle istnieje? Czy tylko wiara utrzymuje nas w tym przekonaniu?

— Hano, nie rozumiem…

— A gdyby rzeczywistość była jedynie wytworem naszej wyobraźni? Co byś zrobiła, gdyby się okazało, że cały świat jest niczym innym, jak obrazem, który sama kreujesz w swych myślach? — kontynuowała, ignorując Aileen. — Jeżeli taka jest właśnie prawda, nie należy się bać nieuchronności. Śmierć można powstrzymać, gdyż to ty sama ją sobie stwarzasz… a zatem skoro nie musisz się jej bać, nie obawiaj się także przyszłości i zatracenia siebie.

— Hano, dlaczego mi to mówisz? — Złotowłosa nie kryła niezrozumienia. Tego wszystkiego było dla niej za dużo. — Chcesz mi powiedzieć, że istnieję tylko ja, a cały świat jest jedynie tworem mych myśli? To niedorzeczne, bo gdyby tak było, nie byłoby ciebie, która mogłaby mi to powiedzieć.

W oczach Hany rozbłysły wesołe płomienie. Śmiertelna powaga, z którą prawiła swe wywody, zniknęła. Ponownie zwróciła się twarzą do przyjaciółki, chichocząc.

— Wybacz mi za te refleksje. — Zamrugała. — Po prostu naszły mnie nagle dziwaczne przemyślenia. Puść je w niepamięć i ciesz się dzisiejszym dniem. Wkrótce razem wyruszymy we wspaniałą podróż.

Wiatr niespodziewanie przybrał na sile. Niezliczone trawy zaczęły się uginać pod jego wpływem, sprawiając wrażenie morskiego sztormu. Fale układały się w fantazyjne wzory, przyciągając wzrok przyjaciółek.

— Aj! — syknęła Aileen, gdy targana wichrem brzozowa witka uderzyła ją w twarz. — Co się dzieje?

Hana uniosła głowę i powstała z ziemi.

— Zanosi się na burzę — stwierdziła, kreśląc w powietrzu palcem bliżej nieokreślone wzory i wskazując na wschód. Aileen spojrzała w tamtym kierunku. Nadlatywały ku nim ciemne chmury, stopniowo przysłaniając błękit nieba. — Nie możemy dłużej stać pod drzewem. Wejdźmy na pustą przestrzeń i poczekajmy na twego brata. Wkrótce powinien się tu zjawić.

Aileen przytaknęła. Powstawszy, ruszyła za przyjaciółką, oddalając się od samotnej brzozy. Chmury nadciągały coraz szybciej. Słońce początkowo przebijało się przez czarną draperię, lecz wkrótce resztki jego promieni zaczęły stopniowo zanikać.

Pierwsza błyskawica rozbłysła, kiedy dziewczęta zeszły ze wzniesienia. Nie upłynęło zbyt dużo czasu, nim podążył za nią potężny grzmot, wypełniając powietrze ogłuszającym hukiem.

— Czy to boski gniew? — Aileen zatkała uszy i nieco się skuliła. — Wszak ta nawałnica pojawiła się tak nagle…

— Nie, to tylko zwykła burza — uspokoiła ją Hana, obserwując z fascynacją kolejne świetliste rozbłyski. Złotowłosa zerknęła na nią. Błyskawice odbijały się w ciemnych oczach Hany, sprawiając wrażenie, jakby tam właśnie było ich źródło.

Nagle w dziewczęta uderzył następny podmuch wichru, niemal wyrzucając Aileen w górę i przewracając ją na ziemię. Hana stała jednak nieporuszona, rozkładając nieco ręce, jakby przyjmując w swe ramiona niespokojne ataki natury — był to widok nieco cudaczny, lecz wcale nie zabawny.

— Hano, co… — zaczęła z niepokojem Aileen, lecz wiatr uderzył w nią ponownie, uniemożliwiając mówienie. „Aradiorze, gdzie jesteś?” — pomyślała, osłaniając twarz rękoma.

Chmury nie przestawały nadlatywać. Błyskawice uderzały raz po raz, a z daleka można już było usłyszeć szalejącą i zalewającą miasto ulewę. Jakby tego było mało, samotna brzoza pod wpływem wichury najpierw zatrzeszczała głośno, a potem ze smutnym hukiem pękła w połowie pnia, zwalając się na ziemię. W oczach złotowłosej dziewczyny pojawiły się łzy.

— Aileen! — Przez hałas przebił się donośny głos pędzącego ku nim młodego mężczyzny, za którym podążało kilku uzbrojonych wojowników. Wicher wiejący ze wschodu tylko ich przyśpieszał, czasem nawet sprawiając, że z trudem utrzymywali się na nogach.

Dziewczyna z ulgą rzuciła się w objęcia nadbiegającego. — Jak dobrze, że już tu jesteś — powiedziała, ukrywając twarz w jego ramionach.

— Aileen, nie powinnaś się była oddalać — zbeształ ją przybysz. Zbrojni otoczyli obydwoje, chroniąc ich przed nagłymi smagnięciami wiatru. — Kochana siostrzyczko, mało ci przeżyć? Dobrze, że byłem w pobliżu, bo inaczej ta przeklęta nawałnica mogłaby wyrządzić ci niemałą krzywdę. Od zawsze powtarzam, że tak delikatne istoty jak ty nie powinny same swawolić po łąkach, a co dopiero królewna! Zważ na to, iż wkrótce staniesz na ślubnym kobiercu.

— Nie byłam przecież sama, Aradiorze — zaprzeczyła poddenerwowana Aileen. — Towarzyszyła mi Hana…

— Skończże wreszcie z tymi dziecięcymi wymysłami — zdenerwował się brat dziewczyny, odsuwając ją od siebie i patrząc jej surowo w oczy. — Fantazje w towarzystwie są niewskazane, a twój wiek nakazuje pohamowanie i obejście godne prawdziwej damy. Przestańże już i chodź ze mną do zamku, wkrótce wyruszamy w drogę.

— Ależ Aradiorze! — wyjąkała złotowłosa, spoglądając na nieustannie zapatrzoną w burzę przyjaciółkę. — Jak możesz tak mówić! Przecież wielokrotnie ci powtarzałam, że wraz z Haną jesteśmy dla siebie niczym rodzeństwo. Wybłagałam nawet u ojca, byśmy mogły wraz z tobą podróżować w jednej karocy. Zaprzestań ją w końcu ignorować!

Mężczyzna westchnął głośno, puścił rękę siostry i zbliżył się do miejsca, w którym Hana — zupełnie nie zwracając na niego uwagi — chłonęła uderzenia wichru i srebrzyste rozbłyski błyskawic. Jej włosy i suknia falowały pod wpływem nawałnicy, czyniąc z niej fascynujące i niepokojące zjawisko.

— Spójrz. — Królewicz wyciągnął przed siebie rękę i pomachał nią w powietrzu dokładnie tam, gdzie stała Hana. Jego dłoń przechodziła przez jej ciało, nie dotykając go. — Gdzież jest ta twoja przyjaciółka? To tylko zwidy w twojej głowie, Aileen, nic więcej. Zapanuj nad tymi imaginacjami, bo inaczej czekać cię będzie marna przyszłość — dodał srogim głosem, lecz widząc zapłakaną twarz siostry, ułagodził się nieco. — Wybacz mój gniew, ale wzburzyły mnie myśli, że mogło ci się coś złego podczas tej wichury przytrafić. No, przestań łkać. — Podszedł do dziewczyny i wytarł jej czule łzy. — Prędko, wracajmy do zamku. Zjemy razem ciepły posiłek i odpoczniemy przed drogą. Nic już ci nie grozi, Aileen.

Pogładziwszy ją po głowie, zakrzyknął coś do wojowników, którzy ruszyli przodem, utworzywszy osłonę dla królewskich dzieci. Mężczyzna chwycił siostrę za rękę i pociągnął ją za sobą. Aileen z bólem w sercu podążyła z bratem, cały czas oglądając się za siebie przez łzy. Hana nieprzerwanie stała w miejscu, pozornie obojętna na to, co się przed chwilą wydarzyło. Złotowłosa dostrzegła jednak jej twarz — czarne zabarwienia powiek i okolic oczu kompletnie się rozmazały, spływając kroplami po bladych policzkach. Oczy Morionowej Panny zapadły się wewnątrz tego cienia, emanując bezcielesną, przerażającą pustką.

Płakała.

Rozdział I

Burmistrz Ethom ziewnął ze zmęczenia i podszedł do okna, za którym malował się senny krajobraz rozświetlonego słonecznymi promieniami miasteczka. Twarze mieszkańców zdobiły uśmiechy, lecz ich wesoły nastrój nie udzielał się rządcy. Wszyscy ci ludzie — mężczyźni, kobiety, dzieci — byli szczęśliwi ze swojego życia i z tego, co im los przynosił. Burmistrz chętnie przyłączyłby się do beztrosko spacerujących, co niestety nie było możliwe — jednakże nie ze względu na piastowany urząd, gdyż Ethom nie należało do wielkich miast, w których pospólstwo często skazywane było na wyizolowanie. Przechodniów widzianych przez burmistrza łączyło przynajmniej i szczególnie jedno — ludzie ci po prostu nie mieli takich problemów jak zarządca ich miasta. Tak przynajmniej uważał burmistrz.

Gdy ostatnie promienie złotego słońca zniknęły za horyzontem, burmistrz westchnął głośno i odwrócił wzrok od ulicy. Znów usiadł przy stole i mrucząc coś pod nosem, wyciągnął z szuflady szklankę i małą karafkę wypełnioną do połowy złocistym pitnym miodem.

Był to ciężki dzień. Nawet teraz, gdy wypełnił wszystkie dokumenty i miał chwilę na wytchnienie, inne sprawy wciąż mąciły mu umysł i wprawiały w załamanie. Wpatrując się w zaginione ogniki słońca uwięzione w złotym trunku, burmistrz zachodził w głowę, dlaczego akurat jemu musiało się to wszystko przytrafić. „Wstyd i hańba!” mawiali niektórzy z bogatszych rodzin w Ethom. Ci nieznacznie biedniejsi nie byli tak surowi w swym osądzie, lecz dziwili się, czemu akurat jemu, powszechnie szanowanemu człowiekowi, coś takiego się stało. Plotki krążyły nieustannie, obiegały tawerny i domy, a co do uszu wpadało, wychodziło z ust zmienione i czasami aż zbyt niedorzeczne. Nikt nie był w stanie uwierzyć, że to wszystko nie było tylko głupim żartem, który opowiedział ktoś, kto zazdrościł burmistrzowi stanowiska i poważania. On sam zaś bez przerwy zastanawiał się, za jakie grzechy dana mu była przez Niebiosa taka kara.

Córka burmistrza, Eira, brała ślub.

Zamążpójście dziecka powinno być dla ojca powodem do ogromnej radości. Uroczystość ta od zarania dziejów traktowana była bardzo poważnie, jako najważniejszy moment w życiu każdego człowieka. Wyprawiano huczne przyjęcia, obdarowywano młodą parę, a rodzice pławili się w dumie. W przypadku burmistrza było jednak inaczej.

Wszystko zaczęło się dwanaście lat wcześniej, kiedy w tragicznych okolicznościach zmarła żona rządcy — tym samym na ojca spadło całe wychowanie córki. Starał się być dla Eiry najlepszym rodzicem, jakiego mogła sobie wymarzyć. Nie skąpił jej niczego. Wszystkie zarobione pieniądze przeznaczał na jej wygody i naukę. W Ethom nie było choćby małej akademii, niewielu potrafiło czytać i pisać, a zdobywanie wiedzy przez kobiety nie było zbyt dobrze postrzegane. W tajemnicy przed mieszczaństwem burmistrz sprowadził więc do swego domu nauczyciela-poetę z zachodu, który za niemałą sumę srebrników starał się wpoić w Eirę jak najwięcej z tego, co sam potrafił.

Wedle starych tradycji, w wielu domach na tych ziemiach nadal przestrzeganych, dziewczyna powinna wyjść za mąż w wieku lat piętnastu. Im bogatsza niewiasta, tym mniej liczyło się jej zdanie przy wyborze przyszłego małżonka. Pary były wyznaczane przez rodziców dwóch szlacheckich rodzin działających w porozumieniu. Burmistrz nie należał do rodów praktykujących te zasady, nie pozwalał jednakże swojej córce przebywać w towarzystwie młodych mężczyzn. Sam wybierał dla niej znajomych, starając się namówić ją do małżeństwa z młodzieńcem z tutejszej bogatej rodziny kupieckiej. Na nic jednak nie zdały się jego starania. Eira, jakby na przekór, wymykała się nocami z domu, by bawić się po gospodach razem z pospólstwem. Pewnego dnia oznajmiła swemu ojcu, że jest brzemienna. Rządca zadbał, by nikt inny się o tym nie dowiedział, a jako że Eira nikomu więcej o tym nie powiedziała i z zewnątrz niczego nie dało się dostrzec, nie było to rzeczą trudną. Dopóty, dopóki nie upłynęło zbyt dużo czasu, można się było uchronić od przerażających następstw. Konsekwencje zaś, ściśle związane z tradycjami, nie należały do zbyt łagodnych. Do czasu nocy poślubnej każda niewiasta winna dochować czystości, inaczej w okrutny sposób pozbawiano ją możliwości późniejszego zajścia w ciążę i wykluczano z danej społeczności. Burmistrz, za wszelką cenę chcąc uniknąć gorzkich konsekwencji czynów córki, pozwolił na pośpieszne małżeństwo z młodym synem garncarza, z którym spłodziła dziecko.

Taka była właśnie przyczyna tych wszystkich plotek, choć żaden z mieszkańców Ethom nie posunął się do tego, by twierdzić, że Eira spodziewa się dziecka. Zastanawiano się nad tym, dlaczego burmistrz, uważany za rozsądnego człowieka, zgodził się na małżeństwo swej córki z tym biednym i niechlujnym chłopakiem, którego unikali rówieśnicy i potępiali dorośli ludzie.

Kiedy rządca przypomniał sobie to wszystko po raz kolejny, ukrył twarz w dłoniach. Żałował, że nie ma przy nim żony, która odeszła tak dawno temu… Całe wychowanie Eiry spoczywało na jego barkach, a było to brzemię zbyt ciężkie, by mógł sprostać temu należycie. Co zrobił źle?

Wnet rozległo się pukanie do drzwi. Burmistrz drgnął jakby wybudzony z niespokojnego snu.

— Proszę! — oznajmił zmęczonym głosem, położywszy ręce na stole.

Drzwi skrzypnęły i do gabinetu wszedł niski, chudy człowieczek o nie do końca przyjemnym wyrazie twarzy.

— Och… Witaj Branorfie… — rzekł nieprzytomnie burmistrz.

— Witam ponownie, rządco — odparł gość wysokim, nieco świdrującym w uszach głosem. — Mam nadzieję, że nie zakłócam spokoju.

— Skądże, Branorfie. Jesteś w końcu moim wiernym pomocnikiem. Przecie ty jeden nie opuściłeś mnie w tych trudnych chwilach, kiedy o przyjaciół jest mi tak bardzo ciężko. Usiądź, jeśli łaska. Skusisz się na szklaneczkę czegoś mocniejszego?

— Dziękuję, burmistrzu, lecz muszę odmówić. Mam jeszcze nieco spraw na głowie, nie chcę więc przedwcześnie stępić swego umysłu, nawet jeśli noc za chwilę. Przybywam tu w sprawie, która z pewnością pana zainteresuje.

— Widzisz, mój drogi, nie ma już spraw, które mogłyby interesować takiego człowieka jak ja, znajdującego się w takiej sytuacji — westchnął burmistrz.

— Chodzi o te przygotowania do uroczystości, jak mniemam? — spytał Branorf.

— Po cóż te zbędne pytania — obruszył się burmistrz. — Każdy głupiec w tym miasteczku wie, co się dzieje, ty zaś pytasz się, co mnie gryzie? Dajże spokój…

— Nie było moim zamiarem pana urazić — odparł mężczyzna. — Jestem tu, by porozmawiać o tym właśnie problemie.

Rządca przez moment patrzył na niego z lekkim zainteresowaniem, które chwilę później znów przerodziło się w smutek.

— Już wszystko postanowione — westchnął. — Uroczystość odbędzie się jutro wieczorem. To tak blisko, Branorfie…

— Widziałem, jak kończą przygotowania. Nim się tu zjawiłem, poszedłem na wzgórze, by sprawdzić, czy wszystko idzie zgodnie z założeniami — rzekł Branorf. — Czy jednak nie lepiej byłoby urządzić ten ślub z mniejszym rozmachem? Tutaj, w mieście, chociażby w domu pana burmistrza.

— Wszystko odbędzie się za miastem, na wzgórzu, jak było postanowione — odparł stanowczo rządca. — Przybyłeś tu, aby w przeddzień uroczystości poradzić mi zmianę wszystkich planów? Przygotujemy ucztę, którą ludzie zapamiętają na długie lata.

— Wydaje mi się, że zachowają ją w pamięci z innych powodów.

Burmistrz w odpowiedzi odwrócił wzrok i łyknął nieco miodu.

— Za późno na zmianę decyzji, prawda? — mówił Branorf, uśmiechając się przez moment niezbyt przyjaźnie, jakby z pewną kpiną, co w roztargnieniu burmistrzowi umknęło. — Ale proszę mi powiedzieć… dlaczego?

— To już moja sprawa.

Atmosfera w pokoju wyraźnie zgęstniała. Burmistrz łypał na swojego pomocnika trochę wystraszonymi, a trochę wyzywającymi oczami. Branorf nie mógł się dowiedzieć o dziecku Eiry. Nikt nie mógł się tego dowiedzieć.

— Nie mam zamiaru pana krępować — pomocnik przerwał ciszę. — Chciałem jedynie zaproponować inne możliwe rozwiązanie.

— Powiedziałem już, że wszystko zostało zaplanowane, a zmiana moich decyzji jest niemożliwa. Jutro rano przybywają kupcy z żywnością, moi pomocnicy kończą rozstawiać namioty, a goście dostali zaproszenia. Nie będę już teraz niczego zaniechiwał.

— Myśli pan, że warto to robić dla tego patałacha? Jest biedny, niewychowany, zadaje się z półświatkiem… Aż żal strzępić języka na wymienianiu jego wad. Zupełnie jak garncarz, jego ojciec. Ludzie w gospodach mówią nawet, że…

— Nie obchodzi mnie, co mówią — przerwał mu burmistrz, choć jego słowa nie były zbyt zgodne z prawdą. — To ślub przede wszystkim mojej córki. Wbrew wszystkiemu chcę, by ta uroczystość była dla niej spełnieniem marzeń.

— Będzie to miało na nią zgubny wpływ. To zła decyzja, nie wróży dobrze nikomu — odrzekł Branorf.

W oczach burmistrza zapłonął ogień.

— Śmiesz mi mówić, co jest lepsze dla mojego dziecka?! Mojego dziecka! To ja jestem jej ojcem i wiem, co jej się należy!

— Nie chciałem tego tak ująć, proszę o wybaczenie — niższy mężczyzna udał skruchę. — Jeżeli jednak mogę coś poradzić…

Rządca ochłonął. Drżącymi dłońmi przybliżył szklankę z miodem do ust i ją przechylił, nie zważając na to, że była już pusta.

— To ja jestem ci winien przeprosiny, Branorfie — bąknął. — Ta sytuacja sprawia, że stałem się ostatnio kłębkiem nerwów. Ten chłopak, zachowanie Eiry i wydane złoto… Nie wiem już, co czynić. Co złego zrobiłem, że spadła na mnie taka kara? — jęknął i ponownie wybuchnął: — Dlaczego muszę własną córkę, moją śliczną Eirę, wydawać za mąż za jakiegoś brudnego, szlajającego się po rynsztokach wszarza?!

— To była pana decyzja. Nie musiał pan tego robić. Wielu młodzieńców z wyższych sfer było pańską córką zainteresowanych. Taka piękna i do tego w idealnym wieku na małżeństwo… Poszliby za nią w ogień, a pan wybrał dla niej syna garncarza.

— Nie ja go wybrałem — odparł szybko rządca, przerażony słowami swego rozmówcy. — Moja córka przyszła z nim do mnie i oznajmiła, że chcą się pobrać. Nie byłem tak wstrząśnięty od czasu, gdy widziałem martwe ciało żony. Wyrzuciłem go z domu, Eirę zaś pokarałem… Nie zmieniło to jednak faktu, że i on, i moja córka staną jutro na ślubnym kobiercu.

— Jest pan troskliwym ojcem — stwierdził po chwili Branorf. — Lecz śmiem stwierdzić, że aż nadto.

— Cóż to ma znaczyć?

— Eira jest rozpieszczona i przyzwyczajona do stawiania na swoim. Nie skąpił jej pan niczego, lecz to obróciło się przeciwko niej samej… i przeciwko panu.

Burmistrz już miał odpowiedzieć, lecz jego pomocnik kontynuował:

— Proszę mi wybaczyć śmiałe słowa, lecz musi pan to zrozumieć. Nie odmawiał jej pan niczego. Nigdy. Nie odmówił jej pan i tym razem, choćby miało to zaważyć na jej całym przyszłym życiu. Gdyby naprawdę miał pan na uwadze jej dobro, nie zgodziłby się pan na ten ślub za żadne skarby świata — dokończył dobitnie.

Rządca zaczął się trząść na całym ciele. Drżącym z przemęczenia i trwogi głosem rzekł:

— Co mam robić, Branorfie?

— W tym momencie dochodzimy do kwestii, którą chciałem omówić.

— Kwestii..? — spytał ostrożnie burmistrz, sięgając jednocześnie po karafkę i dolewając nieco miodu, aby utopić w nim przerażenie. — Co masz na myśli?

— To bardzo łatwe, trzeba jedynie uśmiercić narzeczonego pańskiej córki.

Kryształowe naczynie upadło z impetem na stół, a na twarzy rządcy pojawiły się kropelki potu. Nie mógł sobie wyobrazić takiego rozwiązania. Głos uwiązł mu w gardle. Po chwili wydusił siebie tylko jedno słowo, na jakie się zdobył:

— N-nie..!

— Byłem przygotowany na odmowę — stwierdził Branorf, wzdychając. — Jest pan honorowym i poczciwym człowiekiem. Ludzie widzieli w panu mądrą osobę, aż do momentu tej niezrozumiałej dla wszystkich decyzji. Teraz przestali ufać pańskiemu rozsądkowi. Można to zmienić.

— Nie… Nie sprowadzę na nikogo śmierci, choćby miało od tego zależeć…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.29
drukowana A5
za 66.62