Anna U Nickel-Antkiewicz
Most między światami. Moja droga do bycia medium.
2026
Dla wszystkich poszukiwaczy światła i prawdy, którzy nie boją się spojrzeć poza zasłonę rzeczywistości.
Dla tych, którzy słuchają szeptu dusz
i dla odważnych, którzy podążają za własną intuicją.
Niech ta książka będzie Twoim przewodnikiem
w podróży ku zrozumieniu i odkryciu tego,
co niewidzialne dla oczu, lecz odczuwalne dla serca.
Z nadzieją, że znajdziesz w niej inspirację,
oraz odpowiedzi, których szukasz.
Z serdecznymi pozdrowieniami
Medium Anna
Most miedzy światami. Dlaczego taki tytuł?
Już tłumaczę. Most jest konstrukcją, która łączy dwa brzegi, umożliwiając przepływ ludzi, pojazdów czy informacji z jednego miejsca do drugiego. W literaturze i metaforyce mosty często pełnią rolę symbolu przejścia, połączenia i komunikacji. W kontekście bycia medium, most staje się wyjątkową alegorią, ukazującą rolę, jaką medium odgrywa w łączeniu różnych światów, idei i ludzi. Medium, podobnie jak most, działa jako kanał między dwoma odmiennymi światami. W duchowym sensie, medium łączy świat materialny z niematerialnym, umożliwiając komunikację między żyjącymi a tymi, którzy odeszli. Tak jak most umożliwia przejście z jednego brzegu na drugi, medium tworzy przestrzeń, w której możliwe jest zrozumienie i wymiana informacji między różnymi rzeczywistościami.
Mosty umożliwiają swobodny przepływ ludzi i towarów, a w kontekście bycia medium, jest to przepływ informacji i emocji. Medium staje się przekaźnikiem, przez który przechodzą wiadomości, uczucia i myśli z jednej strony na drugą. Jest to proces, który wymaga delikatności i zrozumienia, podobnie jak projektowanie mostu, który musi być stabilny i bezpieczny. Most jako alegoria bycia medium symbolizuje także przejście i transformację. Kontakt z innym światem, czy to duchowym, czy mentalnym, często prowadzi do zmiany w sposobie postrzegania rzeczywistości. Podobnie jak przejście przez most może prowadzić do odkrycia nowych miejsc i perspektyw, tak samo interakcja z medium może otworzyć nowe horyzonty i zmienić dotychczasowe przekonania. Bycie medium, jak każdy most, wiąże się z pewnymi wyzwaniami i odpowiedzialnością. Most musi być solidny, aby spełniać swoją funkcję, a medium musi być odpowiedzialne i etyczne, aby zapewnić bezpieczeństwo emocjonalne i duchowe osobom, które przez nie „przechodzą”. To zadanie wymaga ciągłego rozwoju, samoświadomości i empatii. Most jako alegoria bycia medium jest potężnym symbolem łączącym różne aspekty komunikacji i przejścia. Reprezentuje połączenie światów, przepływ informacji, symbolizuje transformację oraz podkreśla odpowiedzialność i wyzwania związane z rolą medium. Dzięki takiej metaforze możemy lepiej zrozumieć znaczenie i złożoność bycia medium w szerszym kontekście.
Oni o mnie
Ania to ciepła, życzliwa i zdecydowanie godna zaufania osoba. Posiada ogromny dar, który wykorzystuje, by pomagać innym. Wyczuwa dolegliwości i nastroje z niewiarygodną wręcz precyzją oraz przekazuje informacje, które tylko nam są znane. Podczas oczyszczania ufasz jej kompletnie, czujesz opiekę i zaangażowanie. Dla osoby wierzącej ma to ogromne znaczenie, gdyż słowa, które wypowiada, niosą ze sobą dobro i wsparcie, a kolejne dni przynoszą tak bardzo oczekiwaną ulgę. Polecam Anię z całego serca.
Małgosia
Czasami życie pisze niesamowite scenariusze. Po wielu latach bez kontaktu, los znów postawił na mojej drodze pewna osobę. Kobietę niezwykłą, która zajmuje się tarotem, oczyszczeniami energetycznymi i praca jako medium. To wlanie u niej miałam sesje tarota, która okazała się punktem zwrotnym w moim życiu. Nie była to wyrocznia. To była wskazówka, delikatne pchniecie w stronę, która już od dawna cicho mnie wołała. Wtedy zrozumiałam, ze moja droga to Reiki. Z całego serca chce wam polecić Annę U Nickel-Antkiewicz, kobietę o pięknej intuicji, ogromnym wyczuciu, otwartym sercu i darze, którego nie da się nauczyć z książek. Czułam się zaopiekowana, zrozumiana i po prostu bliżej siebie. Jeśli potrzebujesz duchowego wsparcia, chcesz zajrzeć głębiej w siebie, szukasz odpowiedzi bądź spokoju to ona może być właśnie ta osoba, której teraz najbardziej potrzebujesz.
Dotyk Reiki — Angelika G Soszka
Są w życiu spotkania, które zostają w pamięci na zawsze. Moje spotkanie z Aniuchą Medium było jednym z takich momentów. Nie miałam wątpliwości, że nie było ono przypadkowe, poprowadził je Wszechświat, dokładnie w tym czasie, kiedy było to potrzebne. Aniucha pojawiła się na mojej drodze w momencie, kiedy Jej zdolności mediumiczne rozwijały się bardzo dynamicznie. Praca z Kronikami Akaszy i oczyszczanie w tej przestrzeni pozwoliły Jej jeszcze głębiej zrozumieć swoją drogę oraz uporządkować swoje umiejętności. To był impuls, który przyspieszył rozwój Jej świadomości i kontaktu ze Światem Dusz. Wszechświat ponownie połączył nasze drogi w jednym z najtrudniejszych momentów mojego życia — kiedy przygotowywałam się do pożegnania mojego męża, Darka. To właśnie Aniuchę poprosiłam o wsparcie w kontakcie z jego Duszą. Chciałam wiedzieć, czy Darek, jeszcze żyjąc, przygotowuje się już do odejścia. Otrzymałam bardzo precyzyjny przekaz: tak, niedługo nastąpi jego przejście. Choć intuicyjnie czułam to sama, potwierdzenie to pozwoliło mi przygotować się na odejście Męża w spokoju i świadomości. Jako medium wiem, że w momencie straty najbliższej osoby trudno jest zachować pełny kontakt z jej Duszą. Emocje potrafią skutecznie zasłonić dostęp do tego kanału. Tak było ze mną. Bezpośrednio po śmierci Darka nie miałam możliwości tak klarownego kontaktu, jakiego potrzebowałam. Wtedy Aniucha okazała się ogromnym wsparciem. Poprosiłam ją o przeprowadzenie sesji spotkania z Duszą mojego męża. Od pierwszych chwil wiedziałam, że to Darek — jego charakterystyczne poczucie humoru, droczenie się, sposób zadawania pytań. Przekaz był czysty, konkretny, bez udawania i interpretacyjnych ozdobników. Aniucha nie jest spirytystką — nie wywołuje duchów. Jej praca polega na zaproszeniu Duszy do kontaktu, z pełnym poszanowaniem jej wolnej woli. Mogę również poświadczyć skuteczność innych narzędzi, z których korzysta Aniucha. Odczyt kart tarota wskazał, że wkrótce będę dużo podróżować — i tak właśnie się stało po śmierci mojego męża. Na szczególne podkreślenie zasługuje także prowadzone przez Aniuchę oczyszczanie czakr. To głęboka i potężna praktyka, która otwiera przestrzeń kontaktu z przodkami i zmarłymi osobami z rodu. Przynosi ogromną ulgę i realne wsparcie w procesie uwalniania tego, co pozostawia nam ród. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że działania Aniuchy Medium mają namacalny wpływ na życie, proces żałoby i rozwój duchowy. Jej praca daje poczucie spokoju, bezpieczeństwa i klarowności w najtrudniejszych chwilach, a kontakt, który umożliwia, pozostaje prawdziwy i pełen szacunku.
Sylwia Filak — Duchowa Latarnia
Zaskoczyłaś mnie Aniu kilkakrotnie, budząc we mnie wątpliwość, czy moje dotychczasowe rozumienie życia i śmierci nie jest zbyt pragmatyczne. Jak wiesz jestem osobą raczej twardo stąpającą po ziemi. Ukształtowały mnie doświadczenia zawodowe, związane z dziennikarskim demaskowaniem mafii w Polsce. Od lat 90. robiłam dokumenty filmowe, pisałam artykuły, a potem książki o zbrodniach popełnianych przez zorganizowane grupy przestępcze, takich jak „Pruszków”, „Wołomin”, czy najbardziej brutalny „Mokotów”. Od lat patrzę na śmierć przez pryzmat kodeksu karnego i dramatów, które dotykają pogrążone w rozpaczy rodziny ofiar, a duchowe aspekty związane z życiem po śmierci po prostu nie mieszczą się w tak pojmowanym zawodowym katalogu. Ale okazało się, że nawet tak pragmatyczne podejście można… zmodyfikować.
Kilkakrotnie — kierowana (ludzką przecież) ciekawością — pytałam Cię o to, co mogło się przydarzyć zaginionym dzieciom, czy dorosłym, którzy pewnego dnia przepadli bez śladu. Nie uprzedzałam Cię, że znam pewne fakty o tych osobach, ponieważ zapoznawałam się z aktami sądowymi spraw, w których ich nazwiska występowały. Zaskoczyłaś mnie tym, że mówiąc o swoich odczuciach na temat losów tych ludzi podawałaś informacje, jakich nie mogłaś wyszukać, np. w internecie. Jedną z takich wizji zdecydowałam się zamieścić w swojej książce pt. „PATO MAFIA” o najbardziej brutalnym gangu III RP, wydanej w 2025 roku przez Instytut Zarządzania Informacją wystawiając się na krytykę sceptyków, zarzucających mi, że „mieszam literaturę faktu z zachwalaniem jasnowidzów”. Uważam, że masz prawdziwy dar i chciałabym, abyś mogła go w wykorzystać nie tylko pomagając pogrążonym w rozpaczy rodzinom, ale też we współpracy z organami ścigania (chociaż wiem, że nie nie będzie to łatwe).
Oto fragment mojej książki, który najlepiej to zilustruje:
„Sylwester 2002 roku. Warszawa Mokotów. Z jednego z mieszkań przy Dąbrowskiego 92 policjanci z wydziału zabójstw wynoszą dwa czarne worki ze zwłokami. W jednym znajdowało się ciało podziurawionej kulami Anny Surmacz. Miała 27 lat. Mówiono o niej Andzia i to, że handluje narkotykami dla lokalnego gangu. W drugim umieszczono Piotra, z którym robiła interesy. Od jakiegoś czasu byli parą, chociaż on oficjalnie robił za jej ochroniarza. „Oboje nie żyją od kilku dni. To była klasyczna, gangsterska egzekucja” podano w serwisach informacyjnych. W półświatku takich egzekucji jest teraz coraz więcej. Nie robią już na śledczych takiego wrażenia jak przed dekadą, kiedy grupa pruszkowska walczyła z konkurencją.
Ale pewien szczegół mrozi wszystkim krew.
Kiedy padały strzały, w mieszkaniu musiała być także córka Andzi, siedmioletnia Karina. Śledczy wysuwają różne hipotezy: jeśli wtedy spała lub schowała się pod łóżkiem, to istnieje szansa, że nie została zauważona i przeżyła. Ale mogła też krzyknąć z przerażenia i w konsekwencji zginąć. To, że nie znaleziono jej ciała jeszcze o niczym nie świadczy. Pozostawienie martwego dziecka w centrum bandyckich porachunków naraziłoby sprawcę/sprawców na wściekłość policji, a co za tym idzie — zdeterminowane działania pościgowe pod presją opinii publicznej. Morderca mógł zabrać ją ze sobą, a potem zlikwidować. Albo okazać litość, chociaż dla śledczych to mało prawdopodobne.
Wkrótce media podają więcej szczegółów: Andzia i jej partner zginęli w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia. Dziewczynka przeżyła. Kilkanaście godzin później opuściła mieszkanie w towarzystwie swojego wujka. Rozmawiała z nim wcześniej przez telefon. Dawał jej (złudne) poczucie bezpieczeństwa. Trzymał ją do chrztu, zawsze był dobry dla Kariny i jej mamy. Ale jest uzależniony od narkotyków, a to świadczy o jego słabości, szczególnie w konfrontacji z groźnym gangiem. „Ukrył ją, skombinował lewe papiery i wywiózł do Włoch” — słychać w różnych kręgach. Trwa wyścig z czasem, wyścig o życie, bo szuka ich przecież nie tylko policja. Mężczyzna z dzieckiem to nie igła w stogu siana. Jeśli uciekają, przemieszczają się — zostawiają ślady. Byli widziani w kilku miejscach, zatem może szczęście im sprzyja. Wkrótce jednak trop bezpowrotnie się urywa.
W 2004 roku Prokuratura Rejonowa Warszawa Mokotów umarza śledztwo w tej sprawie.
Mijają lata. Zdjęcie córki zamordowanej dealerki wciąż widnieje na stronie fundacji ITAKA — Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych. Nie zapominają o niej też policjanci ze stołecznego „Archiwum X”, specjaliści od wyjaśniania zagadek kryminalnych sprzed lat. Jednak szanse na odnalezienie dorosłej już dziś Kariny i jej opiekuna żywych spadają do zera. Podobnie jak perspektywa kary dla zabójcy/zabójców.
W sprawach takich jak ta, nie tylko rodziny ofiar, ale także zaangażowani w śledztwo policjanci, coraz częściej szukają pomocy u jasnowidzów. Pierwsi są zdesperowani i zrozpaczeni, a jednak pełni nadziei, że ich bliscy żyją. Drudzy, z dużą dozą sceptycyzmu, przygotowani raczej na poszukiwanie zwłok, a nie żywych ludzi. Chcą zrobić wszystko, co w ich mocy, by wyjaśnić kryminalną zagadkę. Gdyby ta historia zdarzyła się w USA, do poszukiwań Kariny zapewne włączyłaby się Allison DeBois — urodzona w 1973 roku w Phoenix w Arizonie jedna z najsłynniejszych współcześnie żyjących mediów. Kobieta odczuwa obecność zmarłych, słyszy ich głosy, a nawet wyczuwa perfumy lub zapach tytoniu, który lubili za życia. Porzuciła karierę w biurze prokuratora kryminalnego w hrabstwie Maricopa krótko po tym, jak profesor Gary Schwartz z Uniwersytetu w Arizonie zakończył i opisał przełomowy eksperyment parapsychologiczny, w którym wzięła udział wraz z czterema innymi osobami o podobnych zdolnościach. Profesor Schwartz — uznawany (chociaż kontrowersyjny) psycholog akademicki z Harvardu i Yale, prowadził badania nad komunikacją ze zmarłymi. Ocenił średnią trafność wizji przekazywanych przez badane medium na 85 procent. Wyniki swoich badań opublikował w wielu wydawnictwach naukowych i popularnonaukowych, wywołując szeroką dyskusję o tym zdumiewającym zjawisku. Mimo wielu głosów krytycznych ze strony sceptyków, środowisko naukowe przyjęło do wiadomości, że istnieją tacy ludzie — aczkolwiek jest ich niewielu — którzy potrafią komunikować się ze zmarłymi. Sława, jaką Allison DuBois zdobyła dzięki eksperymentowi profesora Schwartza, a następnie serialowi telewizyjnemu pt. Medium inspirowanemu jej życiem (emitowały go w latach 2005—2011 stacje NBC i CBS), sprawiła, że stała się ona nie tylko celebrytką i pisarką, ale też konsultantką organów ścigania w sprawach porwań, tajemniczych zaginięć i zabójstw.
W Polsce kontakty policji z jasnowidzami odbywały się do niedawna po cichu, nieoficjalnie. Kolejni rzecznicy prasowi Komendanta Głównego Policji stanowczo zaprzeczali, jakoby w ogóle miały one miejsce. Tymczasem media już w latach 90. ubiegłego stulecia nagłaśniały śledztwa, w których informacje od jasnowidzów okazywały się przełomowe. Najczęściej wskazywano na Krzysztofa Jackowskiego z Człuchowa.
— Policjanci, którzy do mnie przyjeżdżali nie byli nieudacznikami oczekującymi, że ktoś za nich rozwiąże sprawę — podkreśla Jackowski. — Uważam, że mieli jaja i naprawdę zależało im na ustaleniu prawdy. Wielu z nich o wizycie u mnie nie informowało przełożonych i nadzorujących śledztwa prokuratorów.
— Wstydzili się, że proszą o pomoc jasnowidza?
— Nie sądzę, aby wstyd był powodem. Oni traktowali moje wizje jako jedną z alternatyw śledczych.
— Ale przyjeżdżali nieoficjalnie?
— Najczęściej.
— A dzisiaj?
— Dzisiaj jest zdecydowanie większa otwartość organów ścigania na konsultacje z jasnowidzami. Połowa spraw, z którymi zwraca się do mnie policja ma teraz charakter oficjalny.
— Czy proszono pana o pomoc w sprawie zaginionej Kariny Surmacz? — pytam streszczając okoliczności, w jakich dziewczynka przepadła bez śladu.
— Prawdę mówiąc nie pamiętam. Tych spraw było już tak wiele…
Osobą o zdolnościach Allison DeBolis jest bez wątpienia Anna Nickel-Antkiewicz. Mieszkająca w Hohenhameln Polka pracuje w handlu, ale coraz częściej stara się pomagać rodzinom osób zaginionych. Mówi, że obecność zmarłych odczuwa od dziecka i związany z tym fizyczny ból, którego doświadczyli oni przed śmiercią. Jako nastolatka skrzętnie ukrywała swoją inność. — Miałam świadomość, że zamknęliby mnie w psychiatryku — tłumaczy z wyczuwalnym dystansem do siebie.
O Karinie Surmacz nigdy nie słyszała. Nie wie zatem, że dziewczynka była świadkiem gangsterskiej egzekucji, że opuściła mieszkanie w towarzystwie wujka i ślad po niej zaginął. Nie wie też, kiedy to się stało, bo nie interesuje się historią przestępczości zorganizowanej w Polsce, a „grupa mokotowska” to dla niej puste pojęcie. W czerwcu 2025 roku wysyłam jej publikowaną w mediach fotografię Kariny. Piszemy do siebie wiadomości za pośrednictwem popularnego komunikatora. Oto zapis — zredagowanej jedynie stylistycznie — naszej rozmowy.
— Czy patrząc na to zdjęcie ma Pani jakieś odczucia?
— Tak, ale niezbyt przyjemne… Szarpie ją dwóch mężczyzn. Doszło do gwałtu na tym dziecku. To było bardzo bolesne, odczuwam to teraz na sobie. Mam wrażenie, jakby mi jajniki rozrywało. Szczególnie z prawej strony.
— Znała tych ludzi?
— To znajomi jej ojca, jacyś zwyrodnialcy. Na początku się ich nie bała, bo ich kojarzyła. Potem już tylko strach, strach i jeszcze raz strach. Krzyczała, ale ją zakneblowali. Mnie aż telepie jak na nią patrzę. Serce mi wali jak oszalałe.
— Czy przeżyła?
— Nie. Zostawili ją po akcie (gwałcie). Zmarła z wykończenia. W lesie leży, ale tylko jej szczątki, bo to chyba dawno było. Ona ufała temu mężczyźnie, który ją zabrał. Została oddana jako karta przetargowa. Miała być sprzedana w zamian za ocalenie życia komuś innemu. Czy oni, sprawcy, handlowali dziećmi?
— Nie znam odpowiedzi.
— Pytam, bo mi to wygląda tak, jakby chcieli ją sprzedać, ale nie zdążyli, bo ją zgwałcili i na skutek tego ona zmarła. Miała uchronić faceta o czarnych włosach, stosunkowo młodego. O ile się nie mylę, to ten mężczyzna też nie żyje, przyjaciel. Poświęcił ją, a i tak go ubili. Został „odpalony”.
— Zastrzelony?
— Tak. Jeden ze sprawców mieszka przy lasie, widzę willę, a za nią drewniany domek. Altanka. Tam mogą być jakieś ślady. Niedaleko jest strażnica, taka jaką się stawia w lasach dla myśliwych. A drugi gwałciciel też już nie żyje. To jest (była) jakaś masakra. Oni się tam na zmianę szlachtowali.. Żeby się wybronić, to jeden drugiego wsypywał. Ta dziewczynka na sto procent była kartą przetargową. Tam byli jeszcze trzej inni mężczyźni, grube ryby. Słyszę, że trzęśli miastem. Chcieli siebie wzajemnie wyrolować i przejąć władzę. Plan się nie powiódł, stąd całe zamieszanie. Trzeba było sprzedawać sojuszników, żeby siebie wybronić. Jeden z nich był wyjątkowo agresywny. Nazywali go potworem. O matko, widzę jak na żywca wydziera innym paznokcie!
— Tak się dzieje w półświatku. Zero litości.
— Dalej przekaz idzie, że gdyby jej matka nie była zachłanna, to by żyła. Dziecko mówi o jakiejś niebieskiej sukience, którą dostała w prezencie. Na święta, o ile dobrze odczytuję, bo widzę choinkę. To może być wskazówka.
— Może umarła w tej sukience…
— Czy to możliwe, że ja już kiedyś widziałam tę dziewczynkę w telewizji? Ona mi mówi, że to było dawno temu.
— Możliwe.
— Mówi też: „Nawet ładnie mnie narysowali”. Cokolwiek to znaczy.
— Może chodzić o publikowaną w mediach komputerową symulację, jakby wyglądałaby po latach gdyby żyła.
— Naprawdę zrobili coś takiego? Wow! Mówi: „Mogłabym tak wyglądać, ale nie dali mi żyć”. Mówi, że to wszystko przez matkę.
— Zna imiona swoich oprawców?
— Widziała ich kiedyś, gdy była mniejsza. Kojarzyła ich, ale imion nie podaje, może nie pamięta. Dla niej to byli „Gruby” i „Potwór”. Zaraz się denerwuje, gdy sobie o tym wszystkim przypomina, strasznie płacze, jakby wpadała w histerię.Ci ludzie są bezduszni. Własne matki by pomordowali na oczach ludzi, gdyby trzeba było. Zwyrodnialcy.
— Zabijanie to ich specjalność.
— Według niej jest tam sędziwy policjant, który mataczy na ich korzyść. To jest jakaś gruba sprawa i prędzej go ubiją, niż on coś powie. Jest zastraszony, boi się o rodzinę. Powiedzieć może wszystko, jak już będzie na łożu śmierci. Będzie o tym głośno. Niewykluczone, że sprawą zainteresuje się policyjne „Archiwum X”.
— Podobno już to zrobili w 2023 roku, ale wciąż nie ma nowych tropów.
— W „Archiwum X” pojawi się nowy człowiek. Świeżak, który będzie chciał zabłysnąć. Będzie kopał w wiadomościach (aktach), które już są. I się dokopie. Ale to dopiero za trzy-cztery lata.
— Oby…
— Kim była ta dziewczynka ze zdjęcia?
— Nazywała się Karina Surmacz, miała siedem lat i prawdopodobnie była najmłodszą ofiarą znanego z okrucieństwa gangu. Nie chciałam zasypywać pani informacjami ze śledztwa, żeby nie zaburzyć ewentualnego przekazu. Jestem wstrząśnięta. Nie wiem, co mam teraz zrobić, komu przekazać te wszystkie informacje, kto w to uwierzy?
— Tego nie wiem. Ja tylko przekazuję, co do mnie spłynęło.
Gdyby to był film, a nie brutalna rzeczywistość, Karina odnalazłaby się po latach jako tajemnicza, piękna kobieta. Miałaby szansę na szczęśliwe życie, a widzowie byliby wzruszeni. Ale łez wzruszenia nie będzie. Nie ma co do tego złudzeń Marek Dyjasz, wieloletni, emerytowany już szef Wydziału Zabójstw Komendy Stołecznej Policji i dyrektor Biura Kryminalnego KGP.
— Karina nie żyje, nie ma takiej opcji żeby przeżyła — mówi. — Pewne wątki, o których pani mówi (powtarzam sugestie medium — przyp. aut.) pokrywają się z naszymi ustaleniami.
— Kto ją zabił?
— Ludzie od Korka, szefa gangu mokotowskiego. Matka Kariny i jej partner przekręcili ich na kasie z narkotyków. Tym samym wydali na siebie wyrok. Przyjaciel matki, z którym dziewczynka wyszła z mieszkania usiłował ją chronić, nawet udawało mu się to przez kilka dni, ale na dłuższą metę był bez szans.
— Co się z nim stało?
— Dopadli go i zabili, a że ona była z nim, to też zginęła. Stanowiła dla nich poważne zagrożenie. Była przecież świadkiem egzekucji, mogła widzieć, kto strzelał.
Ci ludzie nie wiedzą, co to litość”.
Powodzenia, Aniu!
Ewa Ornacka
Wstęp
Witam Cię serdecznie w moim niezwykłym, paranormalnym świecie. To miejsce, gdzie granice między tym, co znane, a tym, co nieznane, stają się rozmyte. Cieszę się, że mogę Cię tutaj wprowadzić, choćby na krótką chwilę. Zasłonka dzieląca świat żywych od umarłych jest znacznie cieńsza, niż mogłoby się wydawać. Czasami wystarczy jeden krok, jeden gest, aby ją uchylić i zajrzeć na drugą stronę. To podróż, którą rozpoczynamy wspólnie.
Świat żywych to miejsce, które dobrze znasz. Jest on pełen dźwięków, kolorów i emocji, smaków i zapachów. Świat umarłych jest jednak równie fascynujący, choć trudniejszy do zrozumienia. To miejsce pełne tajemnic, gdzie czas nie istnieje jak twierdzi moja śp. babcia Urszula, a rzeczywistość przybiera nieoczekiwane formy. Wkraczając do tego świata, przygotuj się na to, co nieprzewidywalne. Możesz spotkać istoty, które żyją w cieniu, możesz odczuć obecność tych, których już nie ma, ale którzy nadal pozostają w naszych sercach.
Mam nadzieję, że ta krótka podróż po moim paranormalnym świecie będzie dla Ciebie inspirująca i pełna pięknych refleksji. Pamiętaj, że chociaż zasłona zostaje zamknięta, tajemnice tego świata zawsze będą na wyciągnięcie ręki dla tych, którzy odważą się szukać.
Nazywam się Anna i pochodzę z małej miejscowości o nazwie Debrzno. To urokliwe miejsce w województwie pomorskim było moim domem przez wiele lat. Już jako mała dziewczynka snułam marzenia o przyszłości, wyobrażając sobie siebie w różnych rolach. Marzyłam o zostaniu fotografem, chwytającym ulotne chwile w kadrze, kucharzem, który tworzy magiczne potrawy z prostych składników, lub tłumaczem językowym, odkrywającym tajemnice komunikacji międzykulturowej. Te marzenia były dla mnie jak drogowskazy, kierując mnie ku różnym ścieżkom zawodowym. Kiedy zaczynałam swoją zawodową ścieżkę jako technik sprzedawca, świat mediów wydawał się odległy i nieosiągalny. Skupiałam się na praktycznej stronie życia, ucząc się, jak skutecznie sprzedawać produkty i zaspokajać potrzeby klientów. Jest to zawód stabilny i przewidywalny, co dla wielu ludzi jest idealnym wyborem. Jednak nigdy nie przypuszczałam, że moje życie potoczy się zupełnie inaczej. Zostałam medium, co było dla mnie ogromnym zaskoczeniem. Moje pierwsze doświadczenia z duchowym światem zaczęły się od niepozornych zdarzeń, które z czasem nabrały większego znaczenia. Rola medium okazała się być fascynującą podróżą, pełną wyzwań i niespodzianek. Każdy dzień przynosi nowe doświadczenia i możliwość pomocy ludziom w sposób, którego nigdy bym się nie spodziewała. To, co kiedyś zdawało się być tylko marzeniem, stało się rzeczywistością, choć w zupełnie innej formie, niż sobie wyobrażałam.
Dzięki mojej pracy mogę wspierać innych, łączyć ich z duszami zmarłych bliskich, które przynoszą pocieszenie i niejednokrotnie odpowiedzi na trudne pytania. Moja historia pokazuje, że czasem życie przynosi nam niespodzianki, które potrafią całkowicie odmienić nasze plany, otwierając drzwi do całkiem nowych możliwości. Zaczęłam zgłębiać temat mediów i komunikacji z zaświatami. Czytałam książki, uczestniczyłam w warsztatach i spotkaniach z osobami, które twierdziły, że mają zdolności mediumiczne. Stopniowo odkrywałam, że posiadam pewne predyspozycje, które mogłyby wskazywać na to, że mogłabym stać się medium. Z czasem, po wielu ćwiczeniach i próbach, zaczęłam zauważać, że potrafię odbierać przekazy i intuicyjnie rozumieć rzeczy, które wcześniej były dla mnie niejasne. Moje życie zawodowe uległo diametralnej zmianie. Z technika sprzedawcy stałam się osobą, która pomaga innym zrozumieć niewidzialne aspekty ich życia.
Moje doświadczenie pokazuje, że nigdy nie wiadomo, dokąd zaprowadzi nas życie. To, co zaczęło się jako zwykła praca, przerodziło się w pasję i nową ścieżkę życiową. Choć nigdy bym nie przypuszczała, że zostanę medium, dziś wiem, że to doświadczenie wzbogaciło moje życie o nowe, nieoczekiwane wymiary. Zapraszam cię zatem do wspólnej podróży przez moje życie, od czasów dzieciństwa aż po dzień dzisiejszy. Każdy etap tej drogi był wyjątkowy i pełen niezapomnianych doświadczeń, które ukształtowały mnie jako osobę, którą jestem teraz.
Strych w starej kamienicy
Moje pierwsze wspomnienia związane ze światem zmarłych sięgają jeszcze czasów, kiedy miałam zaledwie trzy lata. Byłam malutką, blondwłosą, spokojną dziewczynką i mieszkałam wówczas z rodziną w starej kamienicy na rynku, której wygląd sam w sobie budził grozę. Była to tajemnicza i nieco przerażająca budowla, idealne tło dla niecodziennych zdarzeń.
Pamiętam metalowe schody prowadzące na górę i ciemne korytarze, które dodatkowo budziły we mnie nastrój grozy. Pewnego dnia, moja mama postanowiła rozwiesić pranie i poprosiła mnie, abym poszła z nią na strych. Już sama myśl o tym miejscu budziła we mnie niepokój, a gdy tylko tam weszłyśmy, poczułam prawdziwy strach po raz pierwszy w życiu. Strych był ogromny, posiadał drewnianą podłogę, jedno malutkie okrągłe okienko, a wokół rozciągały się linki służące do suszenia prania. Mama szybko zdała sobie sprawę, że zapomniała klamerek i poprosiła, abym została na strychu, obiecując, że zaraz wróci. Nie minęła dosłownie minuta, gdy drewniane drzwi zatrzasnęły się z wielkim hukiem. Wydawało się to niemożliwe, ponieważ malutkie okienko było zamknięte i nie było mowy o jakimkolwiek przeciągu. W tym momencie ogarnął mnie wielki niepokój i uczucie ciężkości, jakby coś niewidzialnego spoczywało na moich ramionach. Atmosfera stała się bardzo ciężka.
Można by pomyśleć, że to tylko przypadek, jednak drzwi nie były zamknięte na klucz, a mimo to moja mama nie mogła ich z zewnątrz otworzyć. Jakby jakaś tajemnicza siła zabraniała jej wejść do środka. Pamiętam, jak siedziałam na zimnej, drewnianej podłodze, płacząc z przerażenia, nie wiedząc, co mnie otacza i co „to” może mi zrobić. Poczułam czyjąś obecność. Obecność, której nie mogłam zobaczyć ani dotknąć, ale która była nieodparcie realna. Moje serce biło jak oszalałe, a umysł próbował znaleźć racjonalne wytłumaczenie. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to spotkanie było jedynie początkiem wielu kolejnych. Na szczęście, po jakimś czasie, mama zdołała otworzyć drzwi i uwolnić mnie z przerażającej pułapki. To doświadczenie wryło się w moją pamięć na zawsze. Minęły już ponad trzy dekady, a ja wciąż pamiętam każdy szczegół z tego dnia, jakby to było wczoraj.
To przeżycie nauczyło mnie, że świat jest pełen tajemnic, które czasem wykraczają poza granice naszego zrozumienia. Nie wszystkie zdarzenia można logicznie wytłumaczyć.
Był to pierwszy raz, kiedy mój świat zderzył się ze światem, który dziś nazywamy paranormalnym. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że tych zdarzeń będzie o wiele, wiele więcej.
Z biegiem czasu zaczęłam dostrzegać coraz więcej takich zjawisk. Każde z nich otwierało przede mną nowe perspektywy i zmuszało do przewartościowania wszystkiego, w co dotychczas wierzyłam. To była nowa rzeczywistość, o której istnieniu nie miałam pojęcia, a która stała się częścią mojego życia. Choć początkowo te doświadczenia budziły we mnie lęk, z czasem nauczyłam się je akceptować i odkrywać ich piękno oraz tajemniczość. To był dopiero początek mojej niezwykłej podróży w świat paranormalności, który dziś jest nieodłączną częścią mojego życia.
Namiot i pierwsza próba wywoływania duchów
Wiele osób ma w swoim życiu doświadczenia, które teraz, z perspektywy czasu, mogą wydawać się nieco tajemnicze lub wręcz niewiarygodne. Jednym z takich wspomnień jest wywoływanie duchów, które było elementem dziecięcych zabaw.
Wczesne dzieciństwo często wiąże się z beztroskimi zabawami na podwórku. Czasem jednak te zabawy przybierają nieoczekiwany obrót. W moim przypadku tak właśnie było z wywoływaniem duchów. Nie był to mój osobisty pomysł, lecz inicjatywa grupy, do której należałam. O ile dobrze pamiętam było nas łącznie 6—7 dziewczyn. Był piękny, słoneczny, letni dzień. Godzina mniej więcej 14.00. Zbudowaliśmy namiot pod blokiem z kocy i klamerek, który stał się miejscem naszych tajemniczych spotkań. Wywoływanie duchów wymagało odpowiednich przygotowań. Stworzyłyśmy miedzy innymi papierowy talerzyk z literami do komunikacji z duchami. Będąc częścią grupy, nie chciałam się wyłamywać. Udział w tej zabawie wydawał się wtedy fascynujący i ekscytujący, choć może trochę przerażający. Każdy z nas miał swoje zadanie, a atmosfera tajemnicy i ekscytacji była niemal namacalna.
Jednak w trakcie ceremonii tuz po wywołaniu duszy konkretnego zmarłego wydarzyło się coś, czego żadna z nas się nie spodziewała. Nie było w ogóle wiatru, ale papierowy talerzyk nagle samoistnie obrócił się na drugą stronę. Nie miałyśmy pojęcia, jak to się stało. W jednej chwili zapanował chaos. Przerażone tym, co się wydarzyło, wybiegłyśmy z namiotu wszystkie z wielkim krzykiem. To doświadczenie było dla nas wszystkich wyjątkowo intensywne i niezrozumiałe. Po tym incydencie niejedna z nas zaczęła się zastanawiać nad siłami, których nie rozumiemy i z którymi nie powinniśmy igrać. Czy to był tylko przypadek? A może coś więcej? Wiele z nas zaczęło rozważać możliwość istnienia zjawisk, które wymykają się naukowym wyjaśnieniom.
Dla mnie osobiście, to wydarzenie było momentem refleksji. Zrozumiałam, że nie wszystko, co nieznane, powinno być przez nas zgłębiane bez odpowiedniej wiedzy i szacunku.
Od tego momentu postanowiłam, że już nigdy więcej nie przystąpię do wywoływania duchów. Moje postanowienie niesie za sobą naukę o odpowiedzialności i szacunku dla świata duchowego. Była to lekcja, która nauczyła mnie pokory wobec tego, co nieznane i niewidzialne. Jestem wdzięczna za tę lekcję, która nauczyła mnie, że czasem najlepszym wyborem jest pozostawienie pewnych rzeczy w spokoju. To wydarzenie pokazuje, jak niebezpieczne może być igranie z siłami, których nie rozumiemy. Wywoływanie duchów może prowadzić do nieprzewidywalnych skutków, takich jak otwarcie portali do innych światów. Zamiast zaspokajać ciekawość w ten sposób, warto poszukać innych, bezpieczniejszych form eksploracji duchowości. Ciekawość to wspaniała cecha, ale warto kierować ją w stronę bezpiecznych i przemyślanych działań.
Tajemnicze odgłosy dobiegające z pustego mieszkania
Miałam może siedem lat, kiedy po raz kolejny doświadczyłam czegoś, co można by nazwać niecodziennym, paranormalnym przeżyciem. Mieszkaliśmy już wtedy w bloku na czwartym piętrze przy ulicy Czerniakowskiej 6. Pewnego dnia, po powrocie ze szkoły, napotkałam coś niezwykłego na trzecim piętrze naszego bloku. Stała tam trumna, a wokół niej krzątali się bliscy zmarłej będący w żałobie. Od nich dowiedziałam się, że zmarła nasza sąsiadka mieszkająca piętro niżej. Choć śmierć jest naturalną częścią życia, to, co się wydarzyło później, było dalekie od normalności. Jak to często bywa w takich blokach, ściany mieliśmy cienkie jak papier, więc było słychać każdy głośniejszy dźwięk dochodzący z mieszkań od sąsiadów. Po pogrzebie sąsiadki, gdy życie miało wrócić do normy, w naszym bloku zaczęły dziać się dziwne rzeczy. To, co zaczęłam słyszeć szczególnie w nocy, było czymś innym. Meble zdawały się poruszać w mieszkaniu zmarłej sąsiadki. Za dnia mieszkanie stało puste i ciche, co mogło sugerować, że nikt tam nie mieszkał. Mimo to nawet za dnia słyszałam kroki dochodzące z mieszkania zmarłej. Śmierć sąsiadki niewątpliwie wprowadziła zamęt i niepokój w moje codzienne życie. Zjawisko słyszenia kroków w pustym mieszkaniu może budzić wiele pytań i domysłów. Czy to możliwe, że sąsiadka po śmierci nie odeszła? Czy mogła zostawić za sobą jakieś niewyjaśnione sprawy? Najbardziej przerażającym aspektem tego doświadczenia był fakt, że nikt inny poza mną tych dźwięków nie słyszał. Czułam się samotna w moim przerażeniu i niepewności. Dziecięca wyobraźnia podpowiadała różne scenariusze, ale żaden nie zdawał się być wystarczająco logiczny. W kulturach na całym świecie istnieją opowieści o duchach i zjawiskach nadprzyrodzonych. Ludzie często interpretują takie zdarzenia jako dowody na obecność osób zmarłych, które nie odeszły w pełni na „drugą stronę”. W wielu tradycjach uważa się, że dusza zmarłego może pozostawać w pobliżu, jeśli ma jakieś niedokończone sprawy na ziemi, które nie pozwalają jej odejść w spokoju. Dźwięki ustały, gdy wprowadzili się nowi lokatorzy. Dopiero po latach zrozumiałam, że to, czego doświadczyłam, mogło być pierwszym objawem jasnosłyszenia. Wówczas nie miałam o tym zielonego pojęcia.
Jasnosłyszenie to jedno z paranormalnych zjawisk, które od wieków fascynuje ludzi na całym świecie. Jest to zdolność postrzegania dźwięków, głosów lub muzyki, które nie są słyszalne dla większości ludzi i nie mają widocznego źródła w fizycznym świecie. Jasnosłyszenie często łączy się z innymi formami percepcji pozazmysłowej, takimi jak jasnowidzenie czy jasnoczucie. Jasnosłyszenie jest tajemniczym i fascynującym zjawiskiem, które wciąż budzi wiele pytań i kontrowersji. Dla osób, które doświadczają tej zdolności, może być ono źródłem głębokich intuicji i duchowych odkryć. Niezależnie od tego, czy wierzymy w jego istnienie, czy nie, jasnosłyszenie pozostaje interesującym tematem do eksploracji i refleksji.
Dziś wiem, ze zmarła sąsiadka próbowała w ten sposób skontaktować się z żywymi, a ja byłam jedyną osobą, która mogła to usłyszeć. To doświadczenie, choć na początku przerażające otworzyło mi drzwi do zrozumienia i akceptacji swoich możliwości. Czasem to, co wydaje się być straszne, może prowadzić do odkrycia czegoś niezwykłego w nas samych.
Nocne odwiedziny
Wydarzenie, które miało miejsce w moim dzieciństwie, wywarło ogromny wpływ na moje przekonania dotyczące świata duchowego. Miałam wtedy około 7—8 lat, a wspomnienie tego wieczoru jest wciąż żywe w mojej pamięci.
Był piękny letni wieczór, czas wakacji, kiedy to my, dzieci, mieliśmy mnóstwo wolnego czasu. Siedziałyśmy z grupką dziewczyn na ławce pod blokiem przy ulicy Czerniakowskiej 6, wymieniając się karteczkami i dzieląc się opowieściami. Temat naszych rozmów ponownie zszedł wtedy na duchy i ich istnienie. Dziewczyny opowiadały różne historie, których słuchałam z zapartym tchem. Pomimo iż od najmłodszych lat miałam styczność ze zjawiskami, które wielu uznaje za paranormalne, ja stwierdziłam głośno i wyraźnie: „Ja w duchy nie wierzę. Nie ma czegoś takiego”. Wydarzenia z wczesnego dzieciństwa, choć dziwne i niekiedy przerażające, nie były dla mnie dowodem na istnienie duchów. Przyjmowałam je z dziecięcą ciekawością, ale bez głębszej refleksji. Być może dlatego, iż przez całe życie towarzyszył mi sceptycyzm. Mimo że opowieści o duchach były częścią mojego otoczenia, zawsze starałam się znaleźć racjonalne wyjaśnienia dla wszystkiego, co się działo. Nauka i logika były dla mnie głównymi narzędziami w zrozumieniu świata.
W okresie dzieciństwa często stajemy przed różnymi wyzwaniami, które mogą przerastać naszą młodą wyobraźnię. Jednym z takich wyzwań może być odkrywanie świata duchowego, który bywa dla wielu dzieci fascynującym tajemniczym światem pełnym potencjalnych przygód i odkryć. Dzieci, które interesują się zjawiskami duchowymi, często spotykają się z niezrozumieniem ze strony dorosłych. Rodzice i inne osoby starsze, kierując się własnymi przekonaniami, mogą twierdzić, że świat duchowy nie istnieje, a wszelkie zaistniałe zjawiska są jedynie wytworem dziecięcej wyobraźni. Taka postawa może być dla młodego odkrywcy trudna do zaakceptowania, zwłaszcza gdy dziecko naprawdę wierzy w to, co widzi lub czuje.
Dziecięca wyobraźnia jest potężnym narzędziem, które pozwala na eksplorację różnych aspektów rzeczywistości, zarówno widzianych, jak i niewidzialnych. Choć dorośli mogą postrzegać to jako coś nierealnego, wyobraźnia dzieci często służy jako sposób na zrozumienie otaczającego świata i radzenie sobie z emocjami. Istotne jest, aby dorośli wspierali dzieci w ich poszukiwaniach, zamiast je ograniczać. Dla dzieci zmagających się z opiniami dorosłych ważne jest, aby znajdowały wsparcie w swoim otoczeniu. Mogą to być rodzice, którzy, choć sceptyczni, okazują zrozumienie dla zainteresowań dziecka, albo nauczyciele, którzy zachęcają do eksploracji różnych tematów. Wsparcie może także pochodzić od rówieśników, którzy dzielą podobne zainteresowania. Podsumowując, choć opinie dorosłych mogą czasem być wyzwaniem, to właśnie w tych momentach dzieci uczą się wytrwałości i rozwijają swoją kreatywność, co jest nieocenione w ich dalszym życiu.
Nadszedł jednak taki moment, który całkowicie zmienił mój sposób postrzegania duchowego świata. Wieczorem, po przeczytaniu książki, szykowałam się do snu. Nic nie zapowiadało tego, co miało się wydarzyć. Zasnęłam spokojnie, ale w nocy ktoś wybudził mnie ze snu. Poczułam, jak moja kołdra samoistnie zsuwa się z mojego łóżka. Przede mną stał wysoki mężczyzna, około 190 cm wzrostu, o szczupłej budowie ciała. W ciemności widziałam go tak wyraźnie, jak każdego innego żywego człowieka, choć jego oczy pozostawały dla mnie niewidoczne. Byłam przerażona. Ktoś mi się właśnie zamanifestował. Stał nade mną, a ja usłyszałam głos: „A teraz wierzysz?” Kiwnęłam potwierdzającą głową nie mogąc wydusić z siebie ani jednego słowa. Czułam ucisk na gardle, tak jakby moja odpowiedź była zupełnie zbędna. Spojrzał na mnie po czym odszedł, zamykając za sobą drzwi od mojego pokoju. Nasunęłam czym prędzej na siebie kołdrę, którą wcześniej podniosłam z podłogi, i próbowałam zasnąć, lecz nie udało mi się. Leżałam tak do rana z szeroko otwartymi oczami, rozmyślając o tym, co się przed chwilą wydarzyło. Z czasem zaczęłam szukać głębszych odpowiedzi. Czy świat duchowy naprawdę istnieje? Czy jest coś, czego nauka jeszcze nie potrafi wyjaśnić? Moje doświadczenia z dzieciństwa nabrały nowego znaczenia, a ja zaczęłam zgłębiać temat duchowości. Od tego momentu nigdy więcej nie negowałam istnienia duchów. To doświadczenie na zawsze zmieniło moje postrzeganie świata duchowego. Nie była tylko dziecięca wyobraźnia, naprawdę spotkałam coś nadprzyrodzonego. Jedno jest pewne, tamtej nocy moje życie zmieniło się na zawsze.
Moje podejście stało się bardziej otwarte. Zrozumiałam, że świat jest pełen tajemnic, których być może nigdy nie zdołamy w pełni zrozumieć. Duchowy świat, choć niewidzialny, może być równie realny jak ten materialny.
Wielu ludzi na całym świecie dzieli się swoimi doświadczeniami z duchami. Czy wszyscy mogą się mylić? Choć nauka nie potwierdziła istnienia duchów, to jednak niektóre zjawiska wciąż pozostają niewyjaśnione. Nauka tradycyjna często podchodzi sceptycznie do kwestii świata duchowego, dziedzina parapsychologii stara się badać zjawiska, które mogą wskazywać na jego istnienie. Eksperymenty z telepatią, jasnowidzeniem, czy badania nad doświadczeniami z pogranicza śmierci są przykładami prób zrozumienia tego tajemniczego aspektu rzeczywistości. Niezależnie od tego, czy duchy istnieją, czy nie, ważne jest, aby pozostawać otwartym na to, co nieznane i nieoczywiste. Dopiero wtedy możemy naprawdę zrozumieć i docenić bogactwo naszego świata.
Współczesny świat jest pełen tajemnic i zjawisk, które od wieków fascynują ludzkość. Jednym z takich zjawisk jest świat duchowy. Dla wielu osób, takich jak ja, jest to rzeczywistość, której istnienie jest niepodważalne i stanowi integralną część ich życia.
Swoje przekonane o istnieniu świata duchowego, opieram na moich osobistych doświadczeniach w większości paranormalnych. Były to między innymi różnego rodzaju spotkania z duchami, przedmioty zmieniające samoistnie swoje położenie, odczucia obecności niewidzialnych istot, a także i sny, które z biegiem czasu okazały się mieć głębsze znaczenie.
Odwiedziny dziadka Henryka
Pewnej nocy, zmuszona potrzebą, musiałam udać się do toalety. Droga prowadziła przez salon, który w nocy stawał się sypialnią dla moich rodziców. Gdy wychodziłam z pokoju, nagle stanęłam jak wryta. Nie dowierzałam własnym oczom. Przede mną stała postać w zielonym garniturze. Była to sylwetka mężczyzny, jednak najbardziej zaskakujący był fakt, że nie miała głowy. Widziałam jego czarne buty i dopasowany do ciała zielony, dwuczęściowy garnitur. Postać stała nieruchomo, zwrócona swoim ciałem w stronę moich śpiących rodziców. Przerażona tym widokiem, szybko wróciłam do łóżka, zapominając o potrzebie, która mnie obudziła. Leżąc w łóżku, serce biło mi jak szalone. Kto to mógł być? Czy to był tylko sen, czy może coś nadprzyrodzonego? Próbowałam się uspokoić, ale myśli wciąż krążyły wokół tego, co zobaczyłam. Gdy emocje nieco opadły, pojawiło się coś jeszcze, a mianowicie ciekawość. Czy to możliwe, że to była tylko gra świateł lub niesforny cień? A może coś więcej? Część mnie pragnęła ponownie wyjrzeć za drzwi, ale strach skutecznie mnie powstrzymywał. Postanowiłam, że nie poruszę się z łóżka aż do rana. Kiedy w końcu nadszedł świt, poczułam ulgę. Światło dzienne przyniosło ze sobą poczucie bezpieczeństwa. Zastanawiałam się, czy powinnam powiedzieć o tym rodzicom. Jak mogłabym to opisać, by zabrzmiało wiarygodnie? Może lepiej byłoby to zatrzymać dla siebie, przynajmniej na razie.
Rankiem zdecydowałam, że opowiem mojej mamie o tym dziwnym spotkaniu. Moja mama bez wahania stwierdziła, że to musiał być mój dziadek, jej tata. Z całą stanowczością stwierdziła, że dziadek był pochowany właśnie w zielonym, dwuczęściowym garniturze. Zaintrygowana całą sprawą, zapytałam, dlaczego nie pokazał mi swojej twarzy. Mama wyjaśniła mi wtedy, że dziadek zmarł na wylew i został znaleziony kilka dni po śmierci. Prawdopodobnie nie chciał, żebym zobaczyła, jak wyglądała jego twarz po tym czasie. Miałam wtedy zaledwie cztery lata, więc nie pamiętałam szczegółów jego śmierci. Mimo tego bardzo chciałam zobaczyć dziadka w pełnej okazałości. Zebrałam się na odwagę, aby wypowiedzieć te magiczne słowa do mojej mamy: „Chciałabym zobaczyć dziadka w całej okazałości”. Nie spodziewałam się jednak, jak szybko moje życzenie się spełni. Czasami zapominamy, że nasze słowa mają moc, a każde wypowiedziane zdanie może przynieść niespodziewane rezultaty. Słowa mają niezwykłą siłę. Każde wypowiedziane zdanie, szczególnie z głębi serca, może stać się początkiem czegoś niezwykłego. Nasze życzenia, szczególnie te wypowiedziane z wiarą i nadzieją, często znajdują sposób na realizację w rzeczywistości. Nie musiałam długo czekać na efekt wypowiedzianego życzenia. Kilka nocy później dziadek pojawił się ponownie. Wychodząc tej nocy do toalety, ponownie zobaczyłam mojego zmarłego dziadka ale tym razem w całej okazałości, także jego twarz. Była opuchnięta, pokryta krwią, która wyciekała z nosa, ust i oczu. Jedno oko wisiało poza czaszką. Widok ten był przerażający, ale trwał tylko chwilę, zanim dziadek rozpłynął się w powietrzu. To, co wydarzyło się w tamtej chwili, pozostawiło mnie bez słów. Z jednej strony byłam trochę przestraszona, ale z drugiej, poczułam dziwną ulgę i spokój. Wkońcu, mimo przerażenia, które ogarnęło całe moje ciało, miałam okazję zobaczyć mojego dziadka w całej okazałości. To była jego ostatnia wizyta w naszym domu. Czy zamanifestował się tylko po to, aby spełnić moje życzenie? A może chciał upewnić się, że wszystko z nami dobrze? A może chciał przypomnieć nam o swojej niekończącej się miłości i obecności? Po tym niezwykłym spotkaniu spędziłam długie godziny z moją mamą, na rozmowach o życiu i śmierci. Zaczęliśmy zastanawiać się nad tym, co dzieje się z nami po odejściu z tego świata. Czy istnieje jakieś miejsce, gdzie wszyscy się spotykamy? Czy takie chwile, jak ta z dziadkiem, są dowodem na to, że nasi bliscy zawsze będą gdzieś obok nas? Choć dziadek zniknął tak szybko, jak się pojawił, jego obecność była odczuwalna jeszcze długo po tym wydarzeniu. To spotkanie jest przypomnieniem dla mnie, że miłość i wspomnienia są wieczne, nie zważając na czas czy przestrzeń. Wierzę, że gdziekolwiek teraz jest, dziadek czuwa nade mną. To doświadczenie nauczyło mnie, że zmarli krewni pokazują się nam nieprzypadkowo w taki a nie inny sposób. Chcą oszczędzić nam strachu i szoku. Dla mnie była to ogromna lekcja pokory i akceptacji rzeczy takimi, jakimi są. Zrozumiałam, że nie zawsze warto kusić losu i lepiej jest przyjąć to, co nam przeznaczone, bez negacji.
Paranormal na Czerniakowskiej 6
Moje doświadczenia z paranormalnymi zjawiskami w mieszkaniu przy ulicy Czerniakowskiej 6 były czymś, co nie dawało mi spokoju przez wiele lat. Atmosfera w tym miejscu od zawsze była naznaczona obecnością niewyjaśnionych sił. Mieszkanie to zawsze miało w sobie coś tajemniczego. Od momentu, gdy po raz pierwszy przekroczyłam próg tego miejsca, czułam, że coś jest nie tak. To nie była tylko moja wyobraźnia. Atmosfera w tym domu była przesycona czymś niewidzialnym, ale odczuwalnym. Oto moja opowieść o tych dziwnych zjawiskach, których doświadczyłam na własnej osobie. Od momentu wprowadzenia się do mieszkania, czułam, jakby ktoś mnie nieustannie obserwował i za mną podążał. Nawet podczas codziennych czynności, takich jak mycie głowy w łazience, miałam wrażenie, że ktoś stoi tuż za mną. Było to uczucie pełne niepokoju i negatywnej energii, która z czasem stawała się coraz bardziej odczuwalna. Początkowo, energia w mieszkaniu wydawała się łagodna i subtelna. Jednak z biegiem czasu jej intensywność wzrastała, wpływając na moje codzienne życie w bardziej namacalny sposób. Nie tylko ja byłam świadoma tej obecności. Moja mama i ciocia również ją zauważały i odczuwały. Z biegiem czasu, delikatnego uczucia obecności czegoś lub kogoś, nie można było już zignorować.
Pewnego popołudnia, około godziny 13.00—14.00, moja ciocia Maria przyszła do nas w odwiedziny. Moja mama poprosiła ją, aby została ze mną, gdy ona wyszła na chwilę do sklepu. Zostałyśmy z ciocią same w mieszkaniu, bawiąc się i rozmawiając.
Nagle, drzwi do naszego mieszkania otworzyły się i zamknęły z wielkim hukiem, a cień jakiejś postaci przeszedł przez korytarz, kierując się do pokoju moich starszych braci. Myślałyśmy, że to moja mama wróciła z zakupów, ale po dokładnym przeszukaniu mieszkania okazało się, że oprócz nas nikogo tam nie było. Przerażone, bez słowa wyszłyśmy na klatkę schodową i czekałyśmy na powrót mamy. Kiedy mama wróciła ze sklepu, zaskoczył ją nasz widok na klatce schodowej. Byłyśmy tak przerażone, że żadna z nas nie odważyła się wejść do mieszkania bez jej obecności. Kto lub co mogło mieć tyle siły, aby samoistnie otworzyć i zamknąć za sobą drzwi? To doświadczenie pozostawiło trwały ślad w naszej pamięci i do dziś wzbudza dreszcze. Zjawiska te były dla nas tajemnicą, która udało się w późniejszych latach rozwikłać.
Każda rodzina ma swoje własne anegdoty i tajemnice, które pozostają nieodkryte przez lata. Jedna z takich historii miała miejsce w moim domu, a jej bohaterką była moja mama.
Pewnego zwykłego popołudnia, jak co dzień po szkole, wróciłam do domu. Mama była w kuchni, przygotowując obiad. Tego dnia miałyśmy jeść kurczaka. Mama, jak zawsze pełna energii, stała przy kuchennym blacie i z zapałem porcjowała mięso specjalnymi nożyczkami.
Rozmawiałyśmy chwilę o szkole, lekcjach i zadaniach domowych. W pewnym momencie mama odwróciła się, aby dokończyć porcjowanie kurczaka. To właśnie wtedy zauważyłyśmy coś niezwykłego. Nożyczki, których używała do porcjowania, oraz jedno skrzydełko kurczaka po prostu zniknęły. Zaskoczone, zaczęłyśmy przeszukiwać całą kuchnię. Sprawdziłyśmy każdy zakamarek, każdy szufladę, nawet zajrzałyśmy do innych pomieszczeń. Jednak nasze poszukiwania okazały się bezowocne. Nożyczki i skrzydełko jakby rozpłynęły się w powietrzu. Do dzisiejszego dnia zarówno nożyczki, jak i skrzydełko kurczaka nie zostały odnalezione. Ta sytuacja stała się naszą rodzinną zagadką, której nie potrafimy logicznie wytłumaczyć. Czasem żartujemy, że może to jakiś psotny duch postanowił z nami zagrać w chowanego. Ta historia przypomina nam, jak niespodziewane i niewyjaśnione mogą być niektóre wydarzenia w naszym życiu. Choć nigdy nie dowiemy się, co tak naprawdę się stało, wspomnienie tej sytuacji zawsze wywołuje uśmiech na naszych twarzach.
Te zjawiska nie zniknęły całkowicie, ale ja nauczyłam się z nimi żyć. Z czasem przestały mnie przerażać, a stały się częścią mojej codzienności.
Moja mama, Ewa, w tamtym czasie nie pracowała, co dawało jej więcej czasu na opiekę nad domem, moim rodzeństwem i mną. Byłam uczennicą i każdego ranka wychodziłam do szkoły około 7:30. Tego dnia, jak zwykle, mama jeszcze spała, gdy opuszczałam mieszkanie. Kiedy wróciłam po lekcjach, opowiedziała mi coś, co wzbudziło nasze obawy.
Mama wspominała, że po moim wyjściu została sama w mieszkaniu, leżąc w sypialni. Nagle usłyszała kroki. Zaskoczyło ją to, ponieważ była pewna, że wszyscy już opuściliśmy dom. Kroki zbliżały się, a zaraz potem poczuła zimny powiew powietrza. Mimo że niczego nie widziała, czuła, że ktoś przechodzi przez nasz salon w kierunku okna balkonowego.
Nagle usłyszała głos, który wypowiedział słowa: „Wstań i chodź za mną”. Przestraszyła się nie na żarty. Opowiadając mi o tym zdarzeniu, przyznała, że w pierwszym odruchu ukryła się pod kołdrą, szukając bezpieczeństwa. Leżała tak przez jakiś czas, próbując uspokoić swoje nerwy. Po chwili, gdy poczuła się na tyle bezpiecznie, by wstać, postanowiła rozpocząć kolejny dzień. Mimo tego przerażającego doświadczenia, starała się myśleć pozytywnie i nie pozwalać, by strach przejął nad nią kontrolę.
To zdarzenie, choć tajemnicze i niepokojące, stało się dla nas obiektem licznych rozmów i prób zrozumienia niewytłumaczalnych zjawisk, które czasem pojawiają się w życiu.
W latach miedzy 1992 a 2008 w moim domu zaczęły dziać się niewytłumaczalne rzeczy. Szczególnie często w moim pokoju, nocą, zapalały się światła. Z początku myślałam, że być może zapominam je wyłączyć, zasypiając przy czytaniu książki. Aby jednak udowodnić domownikom, że to nie ja jestem sprawczynią tych zjawisk, zaczęłam wyłączać wszystkie urządzenia, łącznie z wyciąganiem wtyczek z gniazdek. Mimo to, po przebudzeniu, okazywało się, że wtyczki są z powrotem włożone do kontaktów, a światła zapalone.
Możecie pomyśleć, że może lunatykuję, ale nic bardziej mylnego. Na potwierdzenie mogę przytoczyć przynajmniej trzy sytuacje, które pamiętam, kiedy to inne osoby gasiły światła w moim domu, a mimo to światła te ponownie się zapalały.
Pierwsza sytuacja miała miejsce 30 listopada, a datę tę pamiętam bardzo dobrze, ponieważ tego dnia wybierałyśmy się z koleżankami na Biesiadę Świętego Andrzeja organizowaną w domu kultury w Debrznie. Wychodząc z mojego domu, moja koleżanka pogasiła wszystkie światła. Zerknęłam jeszcze na górę przed blokiem, i widziałam, że wszystkie światła były zgaszone, a mieszkanie zupełnie ciemne. Opowiadałam wtedy moim koleżankom o dziwnych zjawiskach w moim mieszkaniu, ale żadna z nich mi nie wierzyła.
Tego wieczoru również wspominałam o tych dziwnych zjawiskach. Jakież było nasze zdumienie, kiedy wracając z koncertu, okazało się, że w moim mieszkaniu paliły się światła, mimo że mieszkanie było zupełnie puste. Nikt z innych domowników nie mógł tych świateł zapalić, ponieważ w tym okresie mieszkałam całkiem sama.
To tylko jedno z wielu dziwnych zdarzeń, które miały miejsce w moim domu. Wtedy nie miałam racjonalnego wyjaśnienia dla tych zjawisk, pozostawały one dla mnie zagadką, której nie potrafiłam w tym konkretnym momencie rozwikłać.