E-book
13.65
drukowana A5
28.42
Morska Głębia

Bezpłatny fragment - Morska Głębia

Detektyw Daniel Grot

Objętość:
136 str.
ISBN:
978-83-8273-957-2
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.42

Morska Głębia

Jastrzębia Góra, lipiec 2021 r.

Fale uderzały o brzeg. Krople wody padały na piasek, kradnąc coraz większe kręgi plaży. Wiatr targał wierzchołkami drzew na skarpie. Nocą można było zapomnieć o upalnym dniu; o tej porze czuć było lodowate dotknięcia nadmorskiego powietrza. Wokół było pusto. Pochłaniający wszystko szum fal brał całą tę przestrzeń w swoje posiadanie. Tylko w jednym miejscu skryło się dwoje ludzi. Parawanem próbowali bronić się przed wiatrem i odgrodzić od reszty świata. Wiktor wszystko przemyślał i przygotował. Wokół granatowego, welurowego koca płonęły wysokie świece. Materiał obsypał płatkami róż. Tuż obok na srebrnej tacy stały dwa kieliszki czerwonego wina. Czekał. Ona miała przyjść za chwilę. Kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności już w oddali zobaczył sylwetkę kobiety. To na nią czekał. Kiedy tylko znalazła się blisko; na wyciągnięcie dłoni — przyciągnął ją do siebie i zamknął w ramionach. Trwali w długim pocałunku. Wokół panowała czarna pustka i głęboka cisza przerywana jedynie szumem morza i rozdzierającym krzykiem mewy, przelatującej nad ich głowami, a oni zatracali się w sobie wzajemnie, będąc przez chwilę ponad przestrzenią, ponad czasem; poza normalnością, poza obowiązkami, w całkowitym zapomnieniu.

Rok później

Gdynia, maj 2022 r.

Moja żona, Sara, powiedziała kiedyś Julianowi, że trzeba mieć w życiu drogowskaz, którego będziemy się trzymać. Przekonywała i tłumaczyła, że takim drogowskazem jest Dekalog. Julek, jak to nastolatek, wzruszał ramionami i pytał: „A jak nie, to co się stanie?”

— Nie da się zbudować mostu bez projektu, prowadzić samochodu bez trzymania się przepisów i mieć dobrego życia bez zasad. Jeśli nie będziesz się oglądał na drogowskaz, nawet nie zorientujesz się, kiedy zejdziesz z obranej drogi, a tuż za bezdrożami roztacza się morze. Wydaje się ono piękne a nawet spokojne w bezwietrzne dni, ale tak naprawdę jest nieprzeniknione, zimne i mroczne. Taka właśnie jest morska głębia… — rzekła Sara.

Zdawało się, że zapomniałem o słowach Sary, ale wkrótce wróciły do mnie jak echo i zrozumiałem w pełni ich znaczenie.


**


Sara przeglądała strony w internecie oferujące noclegi nad morzem. Pokazała mi niezwykły hotel w Jastrzębiej Górze. Ściany trzypiętrowej budowli z trasami były pomalowane na intensywny kolor atramentowy, a boczne nawy hotelu ozdobione lśniącym bluszczem. Spojrzałem na nazwę hotelu — Morska Głębia. Kiwnąłem głową, by Sara ten właśnie hotel zarezerwowała na miejsce naszego letniego wypoczynku. Nie mogłem doczekać się urlopu. Ostatni okres w pracy był zbyt intensywny. Poszukiwanie seryjnego mordercy, który na ciałach kobiet — ofiar pozostawiał wiersze na pożegnanie, całkowicie mnie wypaliło. Pragnąłem tylko jednego; tulić do siebie Sarę, kochać się z nią, zabierać ją na spacery wzdłuż morza i o wszystkim zapomnieć. Julian miał jechać na obóz dla młodych szachistów w góry. Połączyć wysiłek fizyczny potrzebny do wspinania się na szczyty z wysiłkiem intelektualnym, podczas wieczornych turniejów. Będziemy więc z Sarą sami. Jak zakochane nastolatki. Jednak, żeby nie było za łatwo trzeba było jeszcze przebrnąć przez bunt Juliana, który miał piętnaście lat, kończył pierwszą klasę liceum i czekało go bierzmowanie. Po powrocie z biura myślałem, że odpocznę, ale w salonie trwała właśnie wojna na słowa i myśli. Chciałem, żeby Sara wygrała, żeby jajko przestało być mądrzejsze od kury i żebyśmy mogli po prostu odpocząć.

— Po co w ogóle mi to bierzmowanie?! — Julian od jakiegoś już czasu był ciągle na — nie — we wszystkich kwestiach, a teraz doszła do tego jeszcze wiara, a raczej jej brak.

— Wiesz, w ogóle, co to jest bierzmowanie, jakie ma znaczenie? — zapytała Sara.

— Nie — twardo, z butą odparł Julian.

— Byłeś przecież na naukach, brałeś udział w przygotowaniu — odparła zdumiona Sara.

— Bierzmowanie to jeden z siedmiu sakramentów w Kościele. Bierzmowanie to znaczy umocnienie. Jego sensem jest wzmocnienie przez obecność Ducha Świętego, umocnienie wiary, ściślejsze zjednoczenie z Jezusem Chrystusem. Duch Święty jest jak telefon komórkowy, dzięki niemu możesz zdzwonić do Boga! — Sara starała się mówić spokojnie, ale była zdenerwowana, że Julek chce odrzucić coś tak ważnego.

— Mama prowadziła mnie do kościoła tylko do pierwszej komunii, a potem już nigdy nie poszła ze mną. Sama też nie chodziła. Nie jesteś moją prawdziwą mamą. Po co mi to? Mamę zabił jakiś psychol. Gdybyście mnie nie adoptowali, wylądowałbym w domu dziecka. I Bóg na to pozwala?

— To nie Bóg na to pozwala. Zło dzieje się, bo ludzie wybierają zło. Odrzucają Dekalog i sakramenty… Żeby prowadzić samochód w sposób bezpieczny przestrzegamy wielu zakazów, ale jak ktoś nam powie — „róbcie, co chcecie”, to lecimy jak ćmy do ognia, nie oglądając się na żadne zasady. A życie jest jeszcze ważniejsze niż prowadzenie samochodu… — cierpliwie tłumaczyła Sara — może szkoda, że twoja mama nie chodziła z tobą do kościoła, może gdyby bliżej Boga, to, co się stało… może do tego by nie doszło. Teraz ja jestem twoją mamą. A Daniel tatą. Nie zmusimy cię do przyjęcia Bierzmowania. Sam wybierzesz. Możesz też wybrać imię swojego patrona…

— Najważniejsza rzecz, jaką rodzice mogą ofiarować swoim dzieciom, to wiara. Dzięki niej jako dorośli będą w życiu mocarzami. Nigdy nie upadną, a jeśli nawet, zawsze będą potrafiły wstać i pójść dalej — dodałem, by wesprzeć Sarę w ideologicznej batalii. — Tak właśnie było ze mną.

Julian milczał. Siedział długo bez słowa. Wpatrywał się w błękitne akary, przepływające całą długość akwarium podświetlonego niebieskim światłem. Byłem pewien, że zaraz wstanie i wyjdzie trzaskając drzwiami, albo powie, że nigdzie nie pójdzie, a on nagle spojrzał na nas i powiedział z niespodziewanym spokojem:

— Wybiorę na patrona świętego Michała. Michał Archanioł wspomaga nas w walce ze złym duchem.

Odetchnąłem z ulgą. Widziałem, że Sara też. Uśmiechnęła się i pogłaskała Juliana po głowie z czułością, z jaka tylko matka potrafi wykonać ten prosty gest.

— I dobrze! — nie kryłem radości — a zaraz po zakończeniu roku szkolnego pojedziesz Julek w góry, a my z mamą nad morze, do Jastrzębiej Góry.

Jastrzębia Góra, czerwiec 2022 r.

Julian zaraz po odebraniu świadectwa pojechał na obóz szachowy do Zakopanego, a ja z Sarą, jak para nastolatków, mimo wieku, cieszyliśmy się z czekającego nas urlopu nad morzem. To miały być beztroskie, radosne, swobodne wakacje, bez żadnych spraw kryminalnych, bez psychologicznych uwikłań, bez telewizora, bez samochodu. W Gdyni wsiedliśmy do kolejki SKM jadącej w kierunku Wejherowa. Po około czterdziestu minutach byliśmy na miejscu. W Wejherowie gościłem kilka razy; przywiodły mnie tu sprawy zawodowe, ale Sara, mimo bliskiej odległości od Gdyni, po raz pierwszy miała okazję dokładnie zwiedzić to urocze, niewielkie miasto. Od dworca przeszliśmy prostą ulicą, obsadzoną wiekowymi drzewami w kierunku Filharmonii Kaszubskiej — budowli o przeszklonej architekturze, w kształcie łodzi, z tarasem widokowym. Stamtąd wiodła droga do neogotyckiego Kościoła przy rondzie, chyba najpiękniejszego budynku w mieście, a dalej zwiedziliśmy niewielką starówkę, Kolegiatę, Kościół św. Anny; dotarliśmy aż do pałacu Przebendowskich i do parkowej alei różanej, gdzie skradłem Sarze pocałunki, jak przystało na zakochaną parą na urlopie. Odpoczęliśmy w kawiarni, słuchając orzeźwiającego szumu fontanny i z nowymi siłami ruszyliśmy na wzgórza kalwaryjskie, by zobaczyć kapliczki ufundowane przez założyciela miasta Jakuba Wejhera. Z wysokich, obsypanych zielenią drzew wyłaniała się sakralna architektura. Przez niewielkie okienka, kiedy tylko wzrok przyzwyczaił się do półmroku, panującego wewnątrz, można było dostrzec malowidła Jezusa z wieczernika i z Jego drogi krzyżowej. Wokół roztaczał się zapach lasu, wilgotnej ziemi, słychać było szemrzący strumyk i głosy ptaków, gdzieś wysoko przelatujących, ponad koronami drzew. Tutaj najbardziej nam się podobało, i nie znalazłbym trafniejszych słów na oddanie tego, co człowiek czuje w tym miejscu, niż te, które wypowiedziała Sara, kiedy mijaliśmy kolejne kapliczki — balsam dla duszy, uzdrowienie. Pod wieczór ruszyliśmy w kierunku dworca, by zdążyć na autobus, którym mieliśmy dojechać do Jastrzębiej Góry. Już dwa miesiące wcześniej zarezerwowałem tu hotel dla siebie i mojej ukochanej Sary, całe dwa tygodnie wymarzonego, nadmorskiego urlopu. Nasz hotel nazywał się Morska Głębia, a jego wnętrze swoim klimatem jak najbardziej oddawało tę nazwę. Hol przy recepcji był na posadzce i na ścianach ozdobiony lazurowobłękitną mozaiką, a na szklanych stolikach przy barze stały miniaturowy lampy w kształcie muszli. W naszym apartamencie czekało na nas małżeńskie łoże również ozdobione muszlami z pościelą o atramentowym kolorze morskich fal. Kochaliśmy się tej nocy z czułością, spaliśmy prawie do południa, a potem snuliśmy plany na romantyczny spacer wzdłuż plaży. Czy coś mogło pokrzyżować nam plany?


**


— To pan jest prywatnym detektywem? — zapytał mnie mężczyzna w eleganckim garniturze i nie czekając nawet na moje potwierdzenie, gorączkowo mówił dalej. — Nazywam się Ryszard Chodecki, jestem dyrektorem Morskiej Głębi. W nocy zdarzyło się tutaj nieszczęście. I to w moim hotelu, na początku sezonu, żeby tylko nie wpłynęło to na ilość gości, nie zaszkodziło mojej reputacji! Gdyby pan mógł pomóc w szybkim ustaleniu sprawcy, to byłoby dużo lepiej, bo niektórzy goście hotelowi wpadli w panikę, zrezygnowali z zarezerwowanych apartamentów. Jakie straty! Niech pan zajmie się tą sprawą, pieniądze nie nie grają roli. Na policję nie ma co liczyć. Wiadomo jak działają. Z szafy wyciągną teczkę napiszą na niej — Morderstwo w hotelu Morska Głębia w Jastrzębiej Górze, do środka włożą zdjęcie ofiary, raport z oględzin zwłok, po czym zawiążą sznurek i wrzucą do szafy. A mnie prasa i telewizja wyda na pożarcie głodnych sensacji ludzi, którzy zaczną mój hotel omijać szerokim łukiem. Ludzie się będą bali przyjechać. A gdyby pan szybko ustalił, co i jak, by zamknęli sprawcę. Sprawa by ucichał a ja mógłbym spokojnie zarabiać pieniądze. Morska Głębia to całe moje życie i byt mojej dużej rodziny.

— Co się dokładnie stało? — zapytałem, wskazując miejsce przy szklanym stoliku, tuz obok recepcji.

— Tej nocy w pokoju hotelowym nr 203, na końcu korytarza, na drugim piętrze został znaleziony nasz pracownik, instruktor fitnessu — Wiktor Dembski — został zamordowany.

Rok wcześniej

Jastrzębia Góra, czerwiec 2021 r.

— Jak pani na imię? — trener fitnessu w nadmorskim hotelu w Jastrzębiej Górze patrzył na nią orzechowymi oczami.

— Joanna — odparła spuszczając wzrok — Joanna Bednarek.

— Wiktor Dembski. Prowadzę tu zajęcia fitness i relaksacyjne. Zauważyłem, że pani jest bardzo spięta, może zapisze się pani na dodatkowe zajęcia z koloroterapii; ja również je prowadzę — zachęcał Wiktor Dembski.

— No… może… — Joanna czuła się nieswojo, skrępowana, do tej pory cały swój czas spędzała z mężem albo z koleżankami z pracy w Francuskiego Domu Mody w Gdańsku, a teraz stał przed nią muskularny atleta, piękny jak Apollo o ciepłym, serdecznym uśmiechu i orzechowych oczach, które silnie kontrastowały z jasnymi włosami sięgającymi aż do ramion i proponował zajęcia jakieś dziwne; kolorowe, relaksacyjne. A może wreszcie powie: tak, może tego jej właśnie potrzeba, przecież Grzesiek, jej mąż sam ją namówił do tego wyjazdu. Miała się pozbierać, odpocząć, wrócić silna, zrównoważona. Fala myśli przetoczyła się przez jej napięty umysł, aż w końcu powiedziała:

— Tak, koloroterapia, to ciekawe, chętnie się zapiszę.

— Świetnie! — odparł Wiktor — zaczniemy od razu, Joanno, mogę tak do ciebie mówić?

— Nooo… tak.

Gdańsk. Kilka tygodni wcześniej

Joanna Bednarek

— Przestań mnie wykańczać, ogarnij się wreszcie kobieto! Nie będę brał pod swój dach jakiegoś gówniarza z domu dziecka, żebym nie spał po nocach, bał się każdego dnia, że mnie okradnie, poderżnie gardło albo podpali dom. Nie słyszałaś o dysfunkcyjnych rodzinach?! W takich domach dzieciak wyrasta na psychopatę. Nie po to całe życie tyrałem na nasz dobrobyt, żeby się teraz jakimś gówniarzem zajmować… No, nie płacz, spróbujemy jeszcze raz, może się nie uda, a jak nie to jest in vitro… — Grzegorz Bednarek krążył niespokojnie po salonie, rozwścieczony pomysłem żony na adopcję dziecka, jednak w końcu widząc, jej smutek, usiadł przy niej i zaczął ją przytulać.

— A może pomyśl o innych rozwiązaniach, jesteśmy szczęśliwym małżeństwem. To małżeństwo jest najważniejsze, a nie dzieci. Dzieci są, potem dorastają i odchodzą. Zostaje małżeństwo. To my jesteśmy najważniejsi, a nie dzieci.

— Myślałam, że jesteś szlachetny, gotowy do miłości, do dania miłości innym… — Joanna zaczęła swoje lamenty, mówiąc cichym, smutnym głosem. Grzegorz nie tracił opanowania.

— Ludzie są, jacy są. Dalecy od naszych wyobrażeń i jeszcze daleki od naszych oczekiwań. Ale jest jedna różnica, pomiędzy mną a innymi, ja cię kocham, chcę twojego dobra, żebyś potrafiła być szczęśliwa bez względu na wszystko. Szczęściu nie stawia się warunków. Jesteś szczęśliwa tu i teraz albo nigdy.

— Dziecko byłoby dla mnie szczęściem — Joanna nie potrafiła już o niczym innym myśleć i mówić.

— Widzisz. Znowu stawiasz warunek. Warunkiem twojego szczęścia jest dziecko. A ja? Kim jestem w twoim życiu?

— Rodzina jest pełna, kiedy jest dziecko…

— Może zapisz się na jakieś zajęcia — malarstwo, garncarstwo, albo wyjedź nad morze. Ja teraz nie dostanę urlopu, za dużo mam w firmie zleceń na wykończenie mieszkań przeznaczonych właśnie do sprzedaży do dewelopera, ale jedź, zapłacę ci za wakacje, weź urlop, jeden z moich pracowników polecał mi świetny hotel w Jastrzębiej Górze, nad samym morzem. Jak nie będzie pogody to w środku mają basen, SPA, różne zajęcia. Spróbuj znaleźć sobie jakąś pasję, na dziecku świat się nie kończy! Jedź. Potrzebujesz odpoczynku i ja też.

Joanna po raz pierwszy pomyślała o porządnym urlopie, z wyjazdem nad morze, pobytem w eleganckim hotelu i SPA. Do tej pory urlopy poświęcała na przygotowywanie zdrowych posiłków, sałatek greckich, w słoiki wkładała drobno pokrojone kabaczki, cebule, paprykę, robiąc zapasy lecza na jesienne i zimowe wieczory. Łykała kwas foliowy, witaminę B. Wieczorami przygotowywała romantyczne kolacje przy świecach i ubierała czerwoną sukienkę z koronki. Wszystko na nic. Co miesiąc sprawdzała test ciążowy i płakała w głos widząc kolejny raz tylko jedną kreskę. Z bólem serca patrzyła na kolejne koleżanki w pracy, które chwaliły się, że są w ciąży, na spacerach w parku oglądała się za matkami prowadzącymi wózki, zatrzymywała się na placach zabaw, oglądała ubranka w sklepie, pozytywki, grzechotki, smoczki, buteleczki, olejki do ciała. Potem były całe lata leczenia hormonalnego i kolejne próby. Grzesiek coraz więcej czasu spędzał w pracy, przygnieciony presją bycia ojcem. „Czy naprawdę wszyscy muszą mieć dzieci? Może odpuśćmy sobie ten temat.” Joanna kiwała głową, a potem znowu kupowała koronkową bieliznę, zapalała świece, podawała do stołu sałatkę grecką z serem feta. Nie wiedziała, kiedy ten czas tak szybko minął. 2 czerwca minęły jej 39 urodziny. W internecie w panice wyczytała, że w ciążę w wieku 40 roku lat zachodzi około 2% kobiet. A teraz ma jeszcze jechać na urlop sama… A może to dobry pomysł? Żyje w nieustannym napięciu, stresie, staraniach, które nie przynoszą upragnionego rezultatu, jest wyczerpana, zamęcza siebie i Grzegorza. Następnego dnia Joanna wypisała wniosek urlopowym, spakowała torbę i pozwoliła mężowi zawieźć się do hotelu w Jastrzębiej Górze.


**

Jastrzębia Góra, czerwiec, 2021 rok

— Joanno, może opowiem ci najpierw o barwach… — Wiktor zniżył głos — ale usiądź sobie wygodnie w tym rattanowym fotelu, włączę muzykę i zaraz do ciebie wrócę. Przyciemnił światła w gabinecie, a z głośników puścił muzykę relaksacyjną, w której było słychać leśny strumyk, głosy ptaków, szum wiatru pomiędzy koronami drzew. Joanna zamknęła oczy. Wiktor włączył nad jej głową lampę o niebieskim świetle i zaczął opowiadać:

— Kolory mają wpływ na nasze samopoczucie — jedne uspokajają i wyciszają, inne wprost przeciwnie, denerwują i drażnią. Oddziałują nie tylko na naszą psychikę, ale także ciało i umysł. Kolory mają wielką moc i mogą odzwierciedlać nasz stan ducha. Czasem nieświadomie sięgamy po ubrania, które w aktualnym momencie odzwierciedlają nasz nastrój. Niebieski, którym teraz naświetlam twoją piękną twarz; chłodzi, wycisza i uspokaja. Obniża ciśnienie krwi i napięcie mięśniowe. Ale ty zdajesz się za bardzo wyciszona, Joanno. Włączę czerwoną barwę. Ona najbardziej według mnie do ciebie pasuje. Czerwony to kolor namiętności, energii, żywotności. Joanna dała się kołysać muzyką, barwą, głosem. Pod zamkniętymi powiekami wyobraziła sobie jezioro i czerwoną kulę zachodzącego słońca, która zdawała się zanurzać w głębokiej toni na linii horyzontu. Było jej dobrze. Już dawno nie zaznała takiego odprężenia. Nagle drgnęła. Poczuła dłoń na ramieniu, która muskała jej włosy i przesunęła się aż do szyi. Dreszcz przeszył jej ciało.

— Przepraszam, nie powinienem, nie mogłem się oprzeć — powiedział cicho Wiktor. Cofnął szybko rękę i po chwili już powiedział swoim donośnym, pełnym energii głosem.

— Top już koniec naszej sesji. Jutro zapraszam na poranny fitness, a po południu na kolejną koloroterapię. Jutro barwa zielona. Kolor nadziei.


**


Joanna miała silne, irracjonalne odczucie, że zanurza się w głębokiej toni. Te wszystkie żale do męża, że nie chce zgodzić się na adopcję, bunt przeciwko rzeczywistości, która pozbawiła ją możliwości zrealizowania największego marzenia, jakim było dla niej dziecko, ta cała szarpanina, bieganie na zabiegi, terapia hormonalna, diety, ciągle na nowo podejmowane próby, płonne nadzieje, to wszystko przez te lata ją wypaliło, teraz dopiero zrozumiała jak bardzo. Odkryła nagle, że może być inaczej, że samotność przychodzi od środka, że nie można nikogo za nią winić, i dobry nastrój, szczęście, również pochodzą od środka. Z głośnika płynął dźwięk leśnego strumyka, na jej twarz sączyło się zielone światło, a Wiktor swoim aksamitnym głosem, mówił jej, że zieleń jest wieczna; bez zieleni nie możemy żyć, tak jak nie możemy żyć bez nadziei, że będzie dobrze.

— Mój mąż chciał, żebym tu odpoczęła, żebym odzyskała nadzieję na urodzenie dziecka…, ale teraz myślę, że to wszystko nie ma znaczenia, że z zewnątrz nie jesteśmy w stanie otrzymać szczęścia, ono przychodzi od środka… — Joanna próbowała ubrać swoje refleksje w słowa.

— O niczym nie myśl. Oddaj się tej zieleni. Ona cię przygarnie… — mówił Wiktor.

Joanna poczuła nagle akceptację całego swojego życia. Akceptacja uwalnia od buntu. O nic już nie walczy, nie traci energii. Bunt, walka, wojna — to wszystko niszczy i wyczerpuje. Akceptacja zatrzymuje energię i pozwala cieszyć się tym, co jest. Nagle Joanna otworzyła oczy. Poczuła ręce Wiktora na swoich włosach. Głaskał je z taką czułością, o której nie pamiętała od lat.

— Przepraszam… — cofnął ręce.

— Nie przepraszaj… — szepnęła Joanna.

Wiktor opuścił dłonie na jej ramiona, uklęknął przed nią i zanim zdążyła zareagować, szybko zbliżył twarz i mocno pocałował ją w usta. Oddała mu pocałunek, przylgnęła do niego. Mężczyzna gorączkowo rozpiął jej bluzkę, obnażył piersi, całował je i ssał, a ona próbowała stłumić jęk.

— Nie mogę… — próbowała się odsunąć.

— Spotkajmy się dziś wieczorem na plaży, przy skarpie…

— Dobrze…


**


Wiktor przyniósł koc i butelkę czerwonego wina. Tej nocy kochali się po raz pierwszy na plaży, w ustronnym miejscu. Kolejne dni spotykali się w jej pokoju hotelowym, tak, by nikt nie zobaczył, że Wiktor po skończonych zajęciach, spędza u niej całe noce.

— Zabiorę cię dziś na plażę, po zachodzie słońca, znam miejsce, w którym będziemy sami… — szeptał Wiktor, a Joanna wyczekiwała umówionej godziny. Kochali się w czerwieni zachodzącego słońca, czuła pod plecami rozgrzany jeszcze przez całodzienne słońce piasek, wiatr rozwiewał jej włosy. Ręce Wiktora były silne, stanowcze, nieznoszące sprzeciwu, pocałunki gorączkowe, głębokie, głodne. Oddawała mu się przez sprzeciwu, pragnęła go, pożądała. Kiedy nadeszły deszczowe wieczory, Joanna przemykała w nocy do pokoju numer 203. Tam mieszkał Wiktor. Czekał już na nią, w rozpiętej białej koszuli, odsłaniającej jego opalony tors. Chwytał ją w ramiona, pieścił usta, szyję, a potem klękał przed nią i całował jej piersi. Jego dłonie były wszędzie; na włosach, ramionach, przemierzały całe jej ciało, zbiegały coraz niżej i niżej. Jęczała. Nagle wstawał, chwytał ją za włosy i zmuszał do uklęknięcia. Zatracali się w tym szaleństwie, łamiąc wszelkie granice i zapominając o całym świecie.

Obydwoje wiedzieli, że to tylko chwila, która musi się skończyć, a jednak wbrew rozsądkowi, żadne z nich nie chciało końca tego, co nawet nie powinno mieć swojego początku. Czasem trzeba po prostu zostawić sprawy własnemu biegowi, jeśli zaangażowanie jest tak wielkie, że nikt nie potrafi się wycofać. I w tym przypadku sprawa sama się rozwiązała wraz przyjazdem do hotelu Marleny Dembskiej z dziesięcioletnią córeczką Oliwią, która, kiedy tylko zobaczyła Wiktora, przebiegła cały hol i rzuciła mu się w ramiona z radosnym okrzykiem: „tata!”. A potem atrakcyjna blondynka w czerwonych szpilkach i białej sukience podeszła do Wiktora; pocałowała go w usta: „Dzień dobry, kochanie, szef zgodził się na mój wcześniejszy urlop i mogliśmy nareszcie do ciebie przyjechać.” Wieczorem Wiktor znowu pukał jednak do drzwi hotelowego pokoju Joanny. Wpuściła go do środka, ale nie kochali się już. Rozmowa była ciężka i gorzka.

— Kocham tylko ciebie, Joanno, do Marleny już od dawna nic nie czuję, jestem z nią tylko ze względu na córkę. Nie odrzucaj mnie. Nie chcę kończyć tej znajomości. Przydarzyło nam się coś cudownego. Obydwoje tego pragniemy.

— Nie mówiłeś, że masz żonę i dziecko.

— Nie pytałaś.

— Nie nosisz obrączki.

— Przeszkadzałaby mi w pracy… Ty też masz męża!

— Ja tego przed tobą nie ukrywałam.

— Kocham cię. Nie możemy się rozstać.

— Jutro przyjedzie po mnie Grzegorz. To koniec.


**

— Siema, Wiktor! — pamiętasz mnie? — Damian Górski zdjął z twarzy czarne okulary i wyszczerzył zęby w nieszczerym uśmiechu. — Jak widzisz wypuścili mnie. Wczoraj odwiedziłem twoją żonę, Marlenę. Powiedziała mi, że tutaj cię znajdę. Nie jesteś już ochroniarzem? Zostałeś instruktorem fitness-u?! Co za metamorfoza! Ja jednak mam dobrą pamięć. — Damian Górski, odciągnął Wiktora w boczny korytarz i wepchnął do schowka na szczotki. Zamachnął się nagle i pięścią uderzył Wiktora w środek nosa, aż ten zgiął się w pół z bólu i zalał krwią.

— Forsa na jutro. Pięćset tysięcy i będziemy kwita!

Damian Górski usłyszał, że ktoś zbliża się w jego kierunku, więc błyskawicznie ruszył w kierunku windy i zniknął za zamykającymi się automatycznie drzwiami.

Grzegorz dźwigał w rękach walizkę żony i patrzył na zegarek. Nie zauważył nawet nóg wystających ze schowka na szczotki, przeszedł obok i wsiadł do windy. Joanna miała jeszcze spakować torebkę podręczną i zaraz do niego dołączyć. Jednak idąc korytarzem od razu zauważyła, że ktoś leży w pomieszczeniu gospodarczym. Uchylił drzwi.

— Co ci się stało, Wiktor?

— Przeszłość jest jak bumerang… Joanno, chciałbym ci tyle powiedzieć, wiem, że teraz wyjeżdżasz, zadzwonię do ciebie, musimy się spotkać…

— Dobrze…


**

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 28.42