E-book
13.65
drukowana A5
38.4
Morderstwa na Otis Street

Bezpłatny fragment - Morderstwa na Otis Street


Objętość:
153 str.
ISBN:
978-83-8104-159-1
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 38.4

Rozdział 1

Pat Johnson siedziała na ganku i delektowała się smakiem gorzkiej czekolady. Co jakiś czas odgarniała do tyłu włosy, delikatnie unosiła brwi i przeglądała się w małym lusterku, które zawsze nosiła ze sobą. Gdy co kilka minut ulicą przejeżdżał samochód, natychmiast wstawała i zalotnie uśmiechała się do kierowcy. Wszystko to byłoby jak najbardziej zrozumiałe, gdyby nie fakt, że w zeszłym tygodniu Pat skończyła siedemdziesiąt dziewięć lat. Co więcej, jak na swój wiek wyglądała dosyć kiepsko. Była niska, korpulentna, a na głowie miała pęczek rzadkich włosów, które już dawno straciły naturalny kolor.

Problemem staruszki było to, iż nie potrafiła pogodzić się z myślą, że czas płynie naprzód i że ona sama nie jest już tą piękną, ponętną kobietą, za którą niegdyś oglądali się mężczyźni. Pragnęła jednak zatrzymać przeszłość tak długo, jak tylko się dało. Codzienny pobyt na ganku oraz widok przewijających się po okolicy młodzieńców pozwalał jej zapomnieć o podeszłym wieku i jakże dokuczliwej samotności.

Każdy dzień spędzała podobnie: wczesnym rankiem wychodziła z domu i przebywała na ganku aż do południa. Po obiedzie czytała książkę lub zawracała głowę sąsiadom, którzy zawsze byli zajęci i rzadko kiedy znajdowali dla niej czas. Dzisiaj również starsza pani wyszła na świeże powietrze i bacznie obserwowała okolicę.

— Dzień dobry, Pat! — krzyknął młody mężczyzna przechodzący obok jej domu.

— Witaj, Robercie! — odparła urzeczona, zalotnie układając włosy.

— Przeklęta starucha — mruknął pod nosem.

— Masz dzisiaj wolne? — zapytała.

— Tak. Jest przecież sobota.

— Rzeczywiście. Czas płynie tak szybko.

Robert bez słowa oddalił się od jej domu. Nie cierpiał tej kobiety. Działała mu na nerwy jak mało kto. Za każdym razem, kiedy znajdowała się w pobliżu, miał wrażenie, że obserwowała każdy jego ruch. A na niczym nie zależało mu tak bardzo, jak na prywatności. Szczególnie teraz. Teraz, kiedy skończył trzydzieści siedem lat i zaledwie kilka miesięcy temu wyszedł na wolność. Czas, jaki spędził w jednym z najcięższych więzień w Teksasie nie należał do tych, które pragnął zatrzymać w pamięci. Wręcz przeciwnie. Próbując uciec od przeszłości, zdecydował się na przyjazd do Norwich — niewielkiej miejscowości położonej w stanie Connecticut, w północnej części Stanów Zjednoczonych. To tu pragnął zacząć nowe życie i zaznać spokoju, który w owym czasie był mu tak bardzo potrzebny. Kiedy w końcu znalazł przyzwoitą pracę i zamieszkał na ulicy Otis, wszystko zaczęło nabierać sensu. Jedynym problemem, z jakim zmagał się od samego początku, była obecność zawsze czujnej i gotowej na wszystko Pat Johnson.

Robert nie lubił spoufalać się z ludźmi. A już tym bardziej z jakąś starą, wścibską kobietą, która robiła wszystko, aby zamienić z nim choć kilka słów. Nie miał pojęcia, jak zachować się w podobnej sytuacji. Zupełnie inaczej było w celi. Kiedy ktoś wchodził mu w drogę i zadawał pytania, których zadawać nie powinien, doskonale wiedział, jakie metody skutkowały najlepiej. W przypadku Pat Johnson wolał nie ryzykować. Najbardziej bał się tego, że starucha oskarży go o coś, co przysporzy więcej problemów niż to warte. A z prawem nie chciał mieć na pieńku. Pięć długich lat spędzonych w więzieniu nauczyło go, aby nie popełniać tego samego błędu po raz drugi.

Starsza pani natomiast miała zupełnie inny problem. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego wszyscy mieszkańcy Otis Street mówili na nią Pat. Nazywała się przecież Patricia Johnson. Patricia Elisabeth Johnson. A przecież zarówno Patricia, jak i Elisabeth, to takie piękne imiona. Nadawały kobiecie jeszcze więcej wdzięku i seksapilu. Czy nie mogliby zwracać się do niej właśnie tak?

Mieszkańcy jednak już dawno przyjęli, że pod numerem czterdzieści jeden mieszkał nie kto inny, tylko Pat. Jedni w ogóle nie wnikali, od jakiego imienia pochodziło to zdrobnienie. Inni, nawet jeżeli wiedzieli, i tak nazywali ją po swojemu.

Ulica Otis była bardzo mała. Tak mała, że wszyscy mieszkańcy znali się doskonale. Nie łączyły ich żadne szczególne relacje, ale każdy wiedział o każdym tyle, ile wiedzieć powinien. Na ulicy znajdowało się zaledwie osiem domów: numery nieparzyste po lewej stronie, numery parzyste po prawej.

Pierwszy dom po lewej stronie, z numerem czterdzieści jeden, należał właśnie do Pat Johnson. Jej sąsiadem był Robert Franklin, który mieszkał pod numerem czterdzieści trzy. Takie ustawienie domów sprawiało, iż były więzień spotykał Pat dosyć często. Prawdopodobnie dlatego, że kobieta wiecznie przesiadywała na ganku i zaczepiała go za każdym razem, gdy tylko zamknął za sobą drzwi.

Kolejną posiadłość zajmowała Arvanita Guri, młoda dziewczyna pochodzenia albańskiego, która przybyła do Norwich kilka lat temu i zaczęła pracę jako księgowa w lokalnej firmie tłumaczeniowej. Mieszkała pod numerem czterdzieści pięć.

Kolejny dom, już ostatni po tej stronie ulicy, należał do Amerykanki pochodzenia ukraińskiego, Switlany Benitskiej. Była to kobieta w średnim wieku, wychowująca samotnie trójkę małych dzieci — jednego chłopca i dwie dziewczynki. Po śmierci męża, Vladimira Benitskiego, pogrążyła się w głębokim smutku i nie potrafiła stawić czoła otaczającej jej rzeczywistości. Dopiero z pomocą psychologów była w stanie odzyskać fizyczną i psychiczną równowagę, która pozwoliła jej wychowywać dzieci tak, jak na prawdziwą matkę przystało.

Naprzeciw domu Switlany Benitskiej znajdowała się posesja państwa van der Laan, małżeństwa pochodzenia holenderskiego. Przybyli do Norwich jakieś dwa lata temu, ale wyraźnie tęsknili za swym krajem i wspominali go przy każdej możliwej okazji. Mieli dwójkę dzieci w wieku pięciu i siedmiu lat, które każdego dnia biegały po ulicy, wykrzykując po holendersku bliżej niezidentyfikowane słowa. Państwo van der Laan mieszkali pod numerem czterdzieści osiem.

Co ciekawe, posiadłość znajdująca się tuż obok od wielu lat stała pusta. Nikt tam nigdy nie zaglądał i tak naprawdę nie było wiadomo, do kogo wcześniej należała. Nawet Pat Johnson nie mogła sobie przypomnieć, aby ktoś kiedykolwiek w niej mieszkał. Pomimo że budynek był dość zaniedbany, nikt nie miał wątpliwości, iż dawniej mieszkała w nim niezwykle zamożna rodzina. Duży ogród przed wejściem, dwa piętra i poddasze, miejsce garażowe na co najmniej dwa samochody. Wszystko to mówiło samo za siebie. Niestety, o historii tego domu nikt nigdy nie słyszał.

Tuż obok znajdowała się posiadłość z numerem czterdzieści cztery, którą zamieszkiwał Włoch o niezwykle wybuchowym temperamencie. Francesco Accardo był mężczyzną grubo po trzydziestce, lecz nadal stanu wolnego. Jako kolekcjoner japońskich mieczy katana prowadził niezwykle aktywne życie, rzadko bywał w domu i jeszcze rzadziej wyjeżdżał na wakacje.

Dom z numerem czterdzieści dwa, który był już ostatnim po prawej stronie ulicy, należał do niezwykle sympatycznego małżeństwa — państwa Choisy. Nie mieli dzieci, ale fakt ten nie przeszkadzał im w czerpaniu radości z życia i nawiązywaniu kontaktów z każdym, kto miał na to ochotę. Linda Choisy była kobietą niezwykle gadatliwą. Często rozmawiała sama ze sobą i wiecznie narzekała na chłodny charakter Jankesów. Miała włosy upięte wysoko na czubku głowy, a jej brązowa od słońca twarz próbowała przebić się przez grubą warstwę makijażu. Erik Choisy był natomiast człowiekiem spokojnym, zrównoważonym i niezwykle pogodnym. Uwielbiał dobre towarzystwo i chętnie opowiadał dowcipy. Od kilkunastu lat pracował jako dyrektor biblioteki publicznej w Norwich.

I to byli już wszyscy mieszkańcy ulicy Otis. Nic więc dziwnego, że znali się dobrze. Warto jednak zaznaczyć, iż pomimo tak bliskiego sąsiedztwa, każdy zajmował się własnymi sprawami. Każdy, za wyjątkiem Pat. Ona bowiem jako jedyna miała więcej wolnego czasu, a prywatne życie sąsiadów stanowiło dla niej nie lada atrakcję. O wszystkich mieszkańcach Otis Street miała już wyrobioną opinię, lecz ciągle poszukiwała nowych szczegółów, aby w przekonaniu tym się utwierdzić.

Dzień był upalny. Gorzka czekolada rozpuszczała się w dłoni, a słońce przypiekało coraz bardziej. Zbliżała się pora obiadowa, więc Pat postanowiła wrócić do domu. Coś ją jednak zatrzymało. Jakiś dziwny cień po drugiej stronie ulicy.

„Czyżby ten Włoch już wrócił z pracy?”, pomyślała zdziwiona.

Nie, to nie był Włoch. To jakiś nieznajomy. W dodatku miał na sobie garnitur.

„Co za głupota”, stwierdziła Pat. „Przy takiej pogodzie ludzie chodzą prawie nadzy. Tylko idiota mógłby włożyć garnitur. I to w dodatku czarny.”

Niemniej jednak wszystko się zgadzało. Do posesji numer czterdzieści sześć zbliżył się mężczyzna w czarnym garniturze. Otworzył bramę wjazdową i wszedł do środka.

„Czego on szuka w tej ruderze?”, zastanawiała się Pat. „Chyba nie myśli, że tam ktoś mieszka.”

Po chwili mężczyzna znikł za żywopłotem i ślad po nim zaginął.

Rozdział 2

„Kiepsko to wygląda”, pomyślał Ferenc, patrząc na dom z numerem czterdzieści sześć. „Co mnie podkusiło, aby kupić tę starą rupieciarnię… Przecież mogłem pozwolić sobie na coś znacznie lepszego. I w dodatku jest tak gorąco”, myślał, wchodząc na teren posesji.

Dom ze wszystkich stron otoczony był wysokim żywopłotem, którego niewątpliwie nikt od dawna nie ścinał. W ogrodzie rosło pełno chwastów, a na ganku leżał stos rupieci. Na pierwszy rzut oka było widać, że przez lata nikt tu nie zaglądał. Dom jednak wydawał się spory i rokował nadzieje na przyszłość. Po lekkim odświeżeniu powinien odzyskać dawną świetność i stać się odpowiednim miejscem dla młodego kawalera.

Ferenc Molnár był bowiem kawalerem. Miał trzydzieści cztery lata, ale do tej pory nie spotkał na swej drodze kobiety, dla której mógłby poświęcić ten wspaniały stan, jakim jest wolność. Patrząc jednak prawdzie w oczy, w ogóle nie miał szczęścia do kobiet. Wszystkie jego związki, których w sumie było trzy, kończyły się zaledwie po kilku miesiącach i nikt nie potrafił ustalić, gdzie tak naprawdę tkwił problem.

Ferenc Molnár nie należał do mężczyzn, którzy błyszczeli w towarzystwie i zyskiwali sympatię tłumu po kilku minutach rozmowy. Nie garnął się do nawiązywania nowych znajomości, a już na pewno nie narzucał się swoją osobą. Był człowiekiem statecznym i pracowitym. Tuż po ukończeniu studiów objął posadę nauczyciela chemii w jednej ze szkół w Budapeszcie. Los jednak chciał, aby jego życie potoczyło się innym torem.

Kilka tygodni temu okazało się, że Ferenc Molnár odziedziczył spadek po bardzo dalekim członku rodziny, który zmarł na zawał serca i cały swój majątek przekazał właśnie jemu. Wiadomość ta dotarła do niego zupełnie niespodziewanie, wywołując uczucia o bardzo zróżnicowanym charakterze. Z jednej strony, odejście wuja Zoltána nie było czymś, z czego mógł się cieszyć. Pomimo że widział go na oczy zaledwie kilka razy i nigdy nie łączyło ich nic, co można było nazwać więzią, to jednak był on członkiem rodziny. Rodziny, której Ferencowi zawsze brakowało.

Z drugiej jednak strony, ogromny przypływ gotówki w postaci amerykańskich dolarów oraz możliwość zrealizowania tego, o czym do tej pory mógł tylko pomarzyć, przemawiały do niego aż nadto. Jedną z pierwszych rzeczy, jaką postanowił zrobić, było porzucenie fatalnie płatnej posady nauczyciela oraz wyjazd do Stanów Zjednoczonych.

Gdy tylko dopełnił formalności związanych z otrzymaniem spadku, udał się do agencji nieruchomości w Norwich, gdzie polecono mu kupno starej, niemniej jednak przepięknej willi na Otis Street. Zapewniano, iż była to posiadłość duża, przestronna i niezwykle atrakcyjna. Szybko skontaktowano się z właścicielem, który jeszcze przed negocjacjami zaproponował zejście z ceny o dwadzieścia procent. Ferenc, pomimo że posiadłości nie widział, postanowił skorzystać z okazji i nabyć dom za niewielkie pieniądze. Właściciel zapewniał, iż siedem lat temu wszystko zostało odnowione, jednak Ferenc i tak miał co do tego spore wątpliwości.

„W takich miejscach zawsze jest coś do poprawienia”, twierdził.

Gdy po raz pierwszy przekroczył próg domu, zaniemówił z wrażenia. Jego oczom ukazały się bowiem duże, przestronne pomieszczenia po brzegi wypełnione intensywnym światłem słonecznym. Pomieszczenia ciepłe, przytulne. Takie, w których człowiek od razu czuł się jak u siebie.

Piękne, szerokie schody prowadzące na górne piętra domu były wykonane z drewna o najwyższej jakości. Co więcej, w znajdującej się na parterze kuchni, salonie oraz bibliotece dominowały meble o podobnym kolorze i niewątpliwie równie wysokim gatunku. Pomimo że wszystko było zakurzone i zniszczone codziennym użytkowaniem, robiło wrażenie większe niż niejedna nowoczesna rezydencja.

Na pierwszym piętrze znajdowała się sypialnia, pokój gościnny i gabinet. Oprócz dwóch przestronnych łazienek, dom posiadał również poddasze, na które prowadziły kolejne schody, lecz nieco mniejsze i węższe niż te na dole. Wnętrze posiadłości sprawiało bardzo przyjemne wrażenie, niemniej jednak całość wymagała porządnego odświeżenia. Ekipa remontowa, która została powiadomiona już dwa tygodnie temu, miała zjawić się lada dzień.

Ferenc usiadł na jednym z krzeseł, zdjął czarną marynarkę i westchnął. Miał ochotę na krótką drzemkę, ale jako że w domu znajdowały się wyłącznie zakurzone kanapy, chwilowo wolał się do nich nie zbliżać. Podczas gdy w milczeniu analizowal stan swojego najnowszego nabytku, Pat Johnson stała przed drzwiami domu Roberta Franklina i naciskała na dzwonek.

— Co u diabła? — zapytał były więzień, wychodząc przed dom.

— To ja — odparła Pat. — Chodzi o to, że w tej właśnie chwili jakiś obcy kręci się po domu.

— Po jakim domu? — zapytał Franklin.

— Po tamtym domu — rzekła staruszka, wskazując palcem na posiadłość numer czterdzieści sześć.

— A co ja mam z tym wspólnego? — zapytał zdenerwowany.

— Jak to co? Musisz to sprawdzić.

— Nic nie muszę. I gówno mnie to obchodzi — powiedział chłodno i zatrzasnął drzwi.

Staruszka poczuła się urażona. Chciała jeszcze raz nacisnąć na dzwonek i wręcz nakazać mu, aby jako mężczyzna dokładnie wszystko sprawdził, lecz w ostatniej chwili zrezygnowała. Wpadła bowiem na lepszy pomysł. Wróciła do siebie i zadzwoniła na policję. Patrol przyjechał po trzech minutach i zatrzymał się przed domem Pat. Robert Franklin wyjrzał przez okno i zaklął pod nosem:

— Starucha próbuje mnie wrobić w jakieś włamanie…

Pat tymczasem stała przed domem i dyskutowała z policjantami. Krótko wyjaśniła, o co chodzi i pomarszczonym palcem wskazała na posesję po drugiej stronie ulicy.

— Zaraz to sprawdzimy, droga pani — zapewnił jeden z policjantów.

Mężczyźni poszli we wskazanym kierunku i zaczęli rozglądać się po okolicy. W końcu podeszli do drzwi i nacisnęli na dzwonek. Ferenc siedział w tym czasie na krześle i spoglądał w sufit. Kiedy usłyszał nieznany dźwięk, zerwał się na równe nogi i próbował zrozumieć, skąd dobiegał. Po chwili był już przy drzwiach.

— O co chodzi? — zapytał, widząc przed sobą dwóch policjantów.

— Dzień dobry, panu. Jesteśmy jednostką patrolującą. Dostaliśmy zgłoszenie o włamaniu.

— O włamaniu? A niby gdzie?

— Do tego domu.

— To chyba jakieś nieporozumienie.

— Jeden z mieszkańców widział obcych kręcących się przy posesji. Czy wiadomo coś panu na ten temat?

— Nic a nic. Przyjechałem tu przed kwadransem i nie widziałem nikogo.

— Do kogo należy ten dom? — zapytał starszy policjant.

— Do mnie.

— Czy przyjechał pan może w czarnym garniturze? — dopytywał się młodszy.

— Tak, ale to chyba nie jest przestępstwo.

— Nie. Jednak to o pana chodzi.

— O mnie?

— Jedna z sąsiadek widziała, jak wchodził pan do środka. Zadzwoniła do nas i nalegała, żebyśmy to sprawdzili.

— No cóż… — powiedział Ferenc. — Miło, że sąsiedzi mają oczy otwarte.

— Kiedy pan się wprowadził? — zapytał ponownie starszy policjant.

— Jestem tu po raz pierwszy.

— Rozumiem. Przepraszamy za najście — odparł policjant i zaczął oddalać się od wejścia. Drugi poszedł w jego ślady i po chwili na zewnątrz nie było już nikogo.

„Dziwne”, pomyślał Ferenc. „Przyjeżdżam tutaj i od razu wzbudzam podejrzenia. Może powinienem pójść do wszystkich i po prostu się przedstawić? Ulica nie jest długa, a domów zaledwie kilka. Nie… Na pewno wezmą mnie za wariata… W dzisiejszych czasach rzadko kto decyduje się na coś takiego. Ale z drugiej strony, chyba nie mam wyjścia. Poza tym, to tylko zwykła grzeczność. Przedstawię się i pójdę. A gdyby tak jeszcze… Hmm… To w sumie nie jest głupi pomysł”, stwierdził Ferenc i chwilę później wybiegł z domu w pośpiechu.

Rozdział 3

Arvanita Guri była w trakcie gotowania. Jej kuchnia przypominała prawdziwe pobojowisko, na którym rozegrała się już niejedna bitwa. Na stole leżały garnki, dwie duże patelnie, deska do krojenia, kilka noży i trzy talerze. Blat kuchenny nie wyglądał lepiej. Pokryty był stosem najróżniejszych produktów potrzebnych do przygotowania dania, którego finalnej postaci Arvanita sama nie potrafiła sobie wyobrazić. Stała przy oknie w dużym, białym fartuchu i usilnie wpatrywała się w książkę kucharską.

— Tak to jest, kiedy człowiek nie nauczy się gotować za młodu — skomentowała, przewracając kolejną kartkę.

W tej chwili rozległ się dzwonek. Gospodyni aż podskoczyła, jako że o tej porze dnia nie spodziewała się nikogo. A ściśle mówiąc, nikt nigdy nie przychodził do niej bez zapowiedzi.

„Może to listonosz”, pomyślała, biegnąc w kierunku drzwi.

Otworzyła je spontanicznie, bez wcześniejszego sprawdzenia, kto znajdował się po drugiej stronie. Życie na Otis Street przyzwyczaiło ją spokoju i nauczyło ufać ludziom. Ulica była bezpieczna i nigdy nie wydarzyło się tu nic, co mogłoby nakłonić ją lub kogokolwiek innego do podjęcia jakichkolwiek środków ostrożności. Pomimo ogromnej pewności siebie, Arvanita wzdrygnęła się, kiedy przed wejściem zobaczyła nieznajomego mężczyznę.

— O co chodzi? — zapytała podejrzliwie.

— Dzień dobry. Przepraszam, że zakłócam spokój w sobotę, ale chciałbym się przedstawić. Nazywam się Ferenc Molnár i jestem nowym mieszkańcem Otis Street.

— Doprawdy? Jest pan znajomym Switlany?

— Kogo, przepraszam?

— Nieważne. To bez znaczenia. Gdzie dokładnie pan mieszka?

— Naprzeciwko pani. Pod numerem czterdzieści sześć.

— W tej dziurze? — zapytała Arvanita z niedowierzaniem. — Przecież tam się nie da mieszkać!

— Jeszcze nie — przyznał Ferenc. — Ale to się zmieni.

— Ciekawe. Planuje pan remont?

— Tak. I to lada dzień. Ale nie przyszedłem tu po to, aby zawracać pani głowę swoim domem. Po prostu chciałem się przedstawić i zaprosić panią na przyjęcie.

— Jakie przyjęcie? — zapytała ze zdumieniem.

— Przyjęcie to może zbyt duże określenie. Raczej na skromny poczęstunek, który planuję zorganizować dokładnie za dwa tygodnie.

— A z jakiej to niby okazji?

— Z okazji mojego przyjazdu. Chciałbym bliżej poznać wszystkich mieszkańców tej ulicy. Pani jest pierwszą osobą, z którą rozmawiam.

— Dlatego, że mieszkam naprzeciw? — zapytała rozbawiona.

— Szczerze mówiąc, pukałem już do domu obok, ale nie zastałem nikogo.

— Mówi pan o numerze czterdzieści siedem?

— Zgadza się.

— To dom Switlany. Mieszka tam ze swoimi dziećmi i nigdy nie otwiera drzwi obcym.

— Jak mogę z nią porozmawiać? Zależy mi, aby poznać wszystkich.

— Zamienię z nią słówko w pana imieniu i jakoś was skontaktuję. Innej drogi nie ma.

— Doskonale. Dziękuję za pomoc. A czy pani przyjmuje moje zaproszenie?

— Tak. Ale nie ukrywam, że przyjdę głównie po to, aby zobaczyć, co udało się panu zrobić z tą ruderą.

— Wewnątrz dom jest piękny — zauważył Ferenc. — Kilka drobnych zabiegów, a i z zewnątrz będzie jak nowy.

— Życzę powodzenia — odparła dziewczyna, starając się ukryć uśmiech.

— Dziękuję. Było mi bardzo miło, pani…

— Arvanita. Arvanita Guri — rzekła oficjalnie.

— Zatem w sobotę za dwa tygodnie. Zapraszam na godzinę dwunastą.

— Będę pamiętać.

— Cieszy mnie to. Przepraszam, że zabrałem tyle czasu. Już sobie idę. Czeka mnie jeszcze kilka wizyt — wyjaśnił Ferenc, powoli schodząc z ganku.

— Nie jestem pewna czy sobota to odpowiedni dzień na zaproszenia. Państwa Choisy i państwa van der Laan prawdopodobnie nie będzie w domu. Wyjeżdżają na weekendy poza miasto i wracają dopiero w niedzielę. Pozostali powinni być u siebie.

— To cenna informacja. W takim razie zobaczę, co da się zrobić.

Jak się okazało, Arvanita miała rację. Ferenc odwiedził kolejne domy na Otis Street, ale dwa z nich były kompletnie puste. Tak czy inaczej, udało mu się złożyć wizytę Robertowi Franklinowi, Pat Johnson, zastał również Francesco Accardo.

Były więzień zrobił na nim całkiem przyzwoite wrażenie. Obaj panowie wymienili między sobą grzeczności i Franklin chętnie zgodził się na uczestnictwo w przyjęciu. Pat Johnson od samego początku była bardzo podejrzliwa i nie chciało jej się wierzyć, że ktoś zainteresował się tym starym domem po drugiej stronie ulicy. Ferenc zatem musiał bardzo się postarać, aby starsza pani przyjęła jego zaproszenie. W końcu wszystko poszło dobrze i Pat oświadczyła, że będzie obecna na przyjęciu. Najmilej jednak wspominał wizytę u Włocha, który z miejsca zaprosił go do środka i z wielkim entuzjazmem zaczął pokazywać swoją bogatą kolekcję japońskich mieczy. Co więcej, zaproponował pomoc przy remoncie domu, czego Ferenc w ogóle się nie spodziewał. Panowie wypili razem po kieliszku limoncello i zjedli kilka pączków, które Francesco kupił z samego rana.

„Pozostały zatem trzy rodziny”, pomyślał Ferenc, wychodząc z domu Włocha. „W tygodniu powinienem zastać wszystkich.”

Już miał opuszczać ulicę Otis i wracać do hotelu, kiedy przy jednym z domów ujrzał kobietę w średnim wieku. Była niska i dosyć szczupła. Miała krótkie, czarne włosy, które częściowo zasłaniały jej twarz. Szła w jego kierunku i machała ręką.

— Czy to pan pukał do mnie przed godziną? — zapytała.

— Pewnie tak.

— Przepraszam, że nie otworzyłam — powiedziała kobieta, stając naprzeciw niego.

Teraz mógł przyjrzeć się jej nieco lepiej. Od razu zorientował się, iż nie była pierwszej młodości. Wywnioskował to z jej przemęczonej, lekko pomarszczonej twarzy, spracowanych rąk i trochę zaniedbanego wyglądu.

— Nazywam się Switlana Benitska — rzekła, wyciągając rękę. — Rozmawiałam z Arvanitą i dowiedziałam się, że jest pan nowym mieszkańcem naszej ulicy.

— Zgadza się. Przepraszam, jeśli zakłóciłem spokój, ale chciałem zaprosić panią na przyjęcie, jakie wydaję z okazji mojego przyjazdu.

— O tym też słyszałam, ale nie wiem, czy uda mi się przyjść.

— Nie lubi pani przyjęć? — zapytał Ferenc nieco przejęty takim obrotem sprawy.

— Wręcz przeciwnie. Problem w tym, że mam troje dzieci i nie wiem czy na ten czas zdołam znaleźć dla nich opiekę. Zazwyczaj przychodzi do mnie siostra, ale wątpię czy akurat w sobotę będzie mogła zająć się dziećmi.

— Jeżeli to jedyny problem, proszę przyjść na przyjęcie z dziećmi.

— O nie! — odparła stanowczo Switlana. — Moje dzieci trzymają się planu dnia i mają być w łóżku o konkretnej godzinie. Są do tego przyzwyczajone, a ja nie zamierzam burzyć wszystkiego tylko dlatego, żeby zabrać je na przyjęcie.

„Dziwna kobieta”, pomyślał Ferenc.

— Postaram się przyjść. Porozmawiam z siostrą i zrobię, co w mojej mocy.

— Byłoby mi bardzo miło — powiedział uprzejmie.

— Do zobaczenia — rzekła Switlana i zwiewnym krokiem przeszła na drugą stronę ulicy.

„Pozostały więc tylko dwie rodziny”, pomyślał Ferenc, wyjmując z kieszeni telefon.

Zadzwonił po taksówkę. Chciał jak najszybciej wrócić do hotelu, aby sprawdzić grafik na przyszły tydzień. Musiał jeszcze skontaktować się z firmą sprzątającą, aby zaraz po remoncie była gotowa wkroczyć i przygotować dom do stanu użytkowania. Co więcej, teraz miał na głowie kolejny problem. Musiał zająć się stroną kulinarną planowanego poczęstunku, a w tym przypadku bez wątpienia potrzebował fachowej pomocy.

Gdy tylko wrócił do hotelu, zaczął przeglądać oferty domów cateringowych w Norwich i po pewnym czasie wybrał jeden z nich. Nazwa firmy: „Zrobimy za ciebie wszystko” wydała mu się niezwykle atrakcyjna i w pełni do niego przemawiała. Natychmiast skontaktował się z właścicielem i wyjaśnił, czego oczekiwał. Po kilku minutach rozmowy umówił się na spotkanie w celu omówienia szczegółów.

— To będzie wspaniałe przyjęcie — powiedział z satysfakcją, chowając telefon do kieszeni.

Rozdział 4

Kto by się spodziewał, że czas upłynie tak szybko. Po dwóch tygodniach ciężkiej pracy, jaką miały za sobą prężnie działające ekipy remontowe, Ferenc nareszcie mógł wprowadzić się do domu. Do miejsca, w którym zamierzał spędzić kolejne lata swojego życia i które teraz wyglądało wspaniale.

Pomalowane na jasny kolor ściany optycznie powiększały wszystkie pomieszczenia, a rosnące w dużych, brązowych donicach rośliny nadawały im domowego ciepła. Zakupione przez Ferenca dwa duże dywany, cztery bujane krzesła i okrągły stolik kawowy doskonale komponowały się z gustownie umeblowanym salonem. Meble przywrócono do stanu dawnej świetności, a każda, nawet najmniejsza figurka stojąca gdzieś wysoko na półce została odkurzona i wyczyszczona do tego stopnia, że lśniła niczym złoto w zalewających cały dom promieniach słońca.

Aż trudno uwierzyć, że nikt tu nie mieszkał od ponad siedemdziesięciu lat. Przez cały ten czas posiadłość nie miała ani jednego lokatora, gdyż wszyscy potencjalni nabywcy podchodzili do niej z dużą rezerwą. Nikt nie miał wątpliwości, że ten stary, zaniedbany dom sprawiłby więcej problemów niż korzyści, a takich inwestycji każdy logicznie myślący inwestor wolał unikać.

Sytuacja jednak zmieniła się dwadzieścia pięć lat temu, kiedy dom trafił w ręce Francisca Dawsona. Kupił on posesję od niezwykle ekscentrycznego człowieka podającego się za spadkobiercę ostatnich lokatorów. Francisco Dawsan, licząc na wysokie zyski, przeprowadził w domu prawdziwą rewolucję. Wyszykował go i odnowił do tego stopnia, że każdy, kto przechodził obok, spoglądał w górę z zachwytem.

Dumny ze swego osiągnięcia Francisco Dawsan zgłosił się do agencji nieruchomości, aby sprzedać posiadłość jak najszybciej i jak najdrożej. Niestety, spotkało go wielkie rozczarowanie. Takich przypadków jak ten agencja nie miała od początku swojego istnienia. Od czasu do czasu przychodzili co prawda potencjalni kupcy, oglądali posiadłość ze wszystkich stron, potem jednak odchodzili i z niewiadomych powodów już nigdy więcej się nie odzywali.

Francisco Dawson co roku odnawiał ogłoszenie w agencji i co pięć lat dokonywał odświeżenia posesji. Kiedy nagle dowiedział się, iż niejaki Ferenc Molnár pochodzenia węgierskiego jest poważnie zainteresowany jej kupnem, jeszcze przed rozpoczęciem negocjacji znacznie obniżył cenę wyjściową. Prawdopodobnie dzięki temu niedługo potem sprzedał posesję i pozbył się ciężaru, który dźwigał od ponad dwudziestu lat.

Ferenc Molnár z kolei nie ukrywał zadowolenia i dziękował Bogu za wspaniałą okazję, jaką postawił mu na drodze. Nareszcie bowiem miał swój własny dom, o którym marzył przez tak długi czas. Dom, który nie był zaledwie trzydziestoczterometrową kawalerką na obrzeżach Budapesztu, lecz willą z prawdziwego zdarzenia. Sam nie mógł uwierzyć, że wszystko potoczyło się tak szybko i że lada dzień rozpocznie życie praktycznie od początku. I że tym razem dołoży wszelkich starań, aby było ono lepsze, pełniejsze i szczęśliwsze.

Kilka dni po rozmowie z Arvanitą Guri oraz nawiązaniu pierwszych znajomości z mieszkańcami Otis Street, wybrał się z wizytą do dwóch rodzin, których wcześniej nie miał szczęścia zastać. Zarówno państwo Choisy, jak i państwo van der Laan, nie byli zaskoczeni faktem, że zapukał do ich drzwi. Wieści pomiędzy domami rozchodziły się bardzo szybko. W obu przypadkach został powitany ciepło, a jego zaproszenie przyjęto z wielkim entuzjazmem. Czuł, że nareszcie znalazł swoje miejsce na ziemi i że relacje z otaczającymi go ludźmi będą o wiele głębsze niż te, które z tak wielkim trudem zawierał w Budapeszcie.

Dwie godziny przed rozpoczęciem przyjęcia Ferenc nerwowo spacerował po salonie.

„Chyba o niczym nie zapomniałem”, myślał intensywnie.

Ten wyjątkowo silny jak na niego stan skupienia został nagle przerwany przez delikatne pukanie do drzwi.

— Nie, to nie mogą być oni — powiedział, patrząc na zegarek.

Rzeczywiście. Firma cateringowa miała pojawić się w jego domu mniej więcej godzinę przed rozpoczęciem przyjęcia. Przybycie o tej porze byłoby niewątpliwie lekką przesadą, o ile nie całkowitym brakiem profesjonalizmu.

Kiedy Ferenc otworzył drzwi, zaniemówił. Na ganku stała młoda, szczupła dziewczyna o długich, ciemnobrązowych włosach i dużych, migdałowych oczach. Miała przerażająco jasną cerę i kontrastujące z nią pełne, zmysłowe usta w kolorze mocnego różu.

— W czym mogę pomóc? — zapytał, starając się ukryć zaskoczenie.

Dziewczyna uśmiechnęła się i wówczas jej twarz nabrała rumieńców. Rumieńców, które dodały jej tak wielkiego uroku, że nie sposób było oderwać od niej wzroku.

— Nazywam się Candy Floss — powiedziała nieśmiało. — Słyszałam o dzisiejszym przyjęciu w pańskim domu i chciałam zaznaczyć, że jako jedyna nie zostałam zaproszona.

— Naprawdę? — zapytał Ferenc zakłopotany. — Wydawało mi się, że zaprosiłem wszystkich. Ale… Czy ty przypadkiem jesteś córką Switlany?

— Nie — rzekła Candy z rozbawieniem. — Jej dzieci są jeszcze małe. A ja mam ponad dwadzieścia lat.

— Rzeczywiście — przyznał z uśmiechem.

— A pan? Ile pan ma lat? — zapytała.

— Trzydzieści cztery.

— To dużo — przyznała zamyślona.

— No cóż… To prawda.

Mężczyzna nie udawał rozbawienia. Patrząc na jej skierowane ku niebu oczy pogrążone w głębokim zamyśleniu, uśmiechnął się po raz kolejny i powiedział:

— Przyjęcie zaczyna się za dwie godziny.

— Więc jednak mnie pan zaprasza? — zapytała, nie odrywając oczu od nieba.

— Oczywiście.

— To dobrze — powiedziała skupiona. — Na pewno przyjdę.

Po tych słowach odwróciła się i powolnym krokiem zaczęła oddalać się od domu.

— Do zobaczenia! — krzyknął Ferenc, gdy znikła za wysokim żywopłotem.

„Kto to może być?”, zastanawiał się, zamknąwszy za sobą drzwi. „Na pewno nie jest córką van der Laanów, bo oni są zbyt młodzi, aby mieć dziecko w tym wieku. Państwo Choisy w ogóle nie mają potomstwa. Może to kuzynka tego Włocha… Albo siostra Arvanity.”

Tym razem rozważania przerwał mu dźwięk telefonu. Okazało się, że firma cateringowa jest już w drodze i będzie na miejscu za niecały kwadrans.

Kolejne dwie godziny minęły bardzo szybko, a salon zmieniał swój wizerunek z minuty na minutę. O wpół do szóstej Ferenc poszedł na górę, wziął prysznic i zaczął przygotowywać się do przyjęcia.

Pozostali mieszkańcy Otis Street również nie marnowali czasu. W każdym domu trwały intensywne przygotowania do wyjścia. Pani van der Laan założyła skromną, niemniej jednak elegancką sukienkę, idealną na tego typu okazję. Stanęła przed lustrem w sypialni i przyglądała się sobie z zachwytem.

Kilka tygodni temu skończyła trzydzieści osiem lat. Wydawać by się mogło, że rola żony i matki niezwykle jej służyła. W przeciwieństwie do innych kobiet w tym stanie, nie utraciła naturalnej, młodzieńczej energii, zapału i chęci do życia. Z wielką radością patrzyła na swój związek z Pieterem i na wychowanie dwójki wspaniałych dzieci. Alida miała w sobie ogromny optymizm, którym zawsze potrafiła dzielić się z innymi.

Z równie wielką radością, z jaką szła przez życie, przygotowywała się na kolację u nowego sąsiada. Ciemnoniebieska sukienka idealnie pasowała do jej ciała i wyraźnie podkreślała doskonałe, kobiece kształty. Alida przeglądała się w lustrze z uśmiechem i była zadowolona, iż nadal potrafiła zachwycać.

— Gdzie jesteś, Pieter? — zawołała, poprawiając loki.

— W łazience.

— Jak przygotowania?

— Jeszcze minutę.

— Ciekawe, jak wypadnie to dzisiejsze przyjęcie — powiedziała, układając włosy.

— Jak każde inne — stwierdził Pieter, ukazując się w drzwiach sypialni.

— Wyglądasz wspaniale — odparła Alida, patrząc na niego z zachwytem.

I miała rację. Człowiek, którego poślubiła jedenaście lat temu, był nadzwyczaj przystojnym mężczyzną. Wysoki, szczupły, o dużych, piwnych oczach i prostych, czarnych włosach starannie zaczesanych do tyłu. Nie przypominał Holendra, ale miał typowy, germański sposób bycia. Był spokojny, opanowany i bardzo poważnie traktował rolę zarówno męża, jak i ojca. Idealnie wywiązywał się z obowiązków, a rodzinę zawsze stawiał na pierwszym miejscu.

— Ty też jesteś olśniewająca — dodał, po czym objęci zaczęli schodzić po schodach.

W pokoju gościnnym panował błogi spokój. Dzieci siedziały przed telewizorem i żyjąc w swoim własnym świecie, wpatrywały się w kreskówkę, którą znały już niemalże na pamięć. Ich opiekunka chodziła po korytarzu i zbierała porozrzucane zabawki.

— Pani Smith, proszę dopilnować, aby za pół godziny dzieci były w łóżku — powiedziała Alida.

— Oczywiście! — rzekła kobieta. — Wszystkim się zajmę.

— My już wychodzimy. Jeżeli coś się będzie nie tak, proszę dzwonić. Przyjęcie jest w domu obok, więc w każdej chwili możemy wrócić.

— To nie będzie konieczne — dodała opiekunka uspokajającym tonem. — Na pewno damy sobie radę.

Alida uśmiechnęła się i jeszcze raz spojrzała na dzieci.

— Czy jesteś pewna, kochanie, że butelka wina wystarczy? — zapytał Pieter.

— Tak sądzę. Przecież to tylko kolacja. Poza tym, to wino włoskie. Nie ma lepszego na rynku.

— Może masz rację.

Po tych słowach państwo van der Laan opuścili dom i udali się w stronę sąsiedniej posesji.

Rozdział 5

Dom wyglądał wspaniale. Każde pomieszczenie wprawiało w zachwyt na swój własny sposób, jednak salon przechodził wszelkie oczekiwania. Na jasnej, drewnianej podłodze ozdobionej gdzieniegdzie donicami z przepięknie wyrośniętymi kwiatami paproci stał duży, prostokątny stół pokryty śnieżnobiałym obrusem. Przy każdym nakryciu leżała starannie ułożona serwetka, a na niej kilka płatków czerwonej róży. Całość tonęła w intensywnym świetle zawieszonego na suficie żyrandola, który był zjawiskiem samym w sobie.

— Doskonale — powiedział Ferenc z zachwytem.

O godzinie siódmej pięćdziesiąt dziewięć w całym domu rozległ się długi, donośny dźwięk. Zanim Ferenc otworzył drzwi, by powitać pierwszego gościa, zatrzymał się w holu i spojrzał w lustro. Dawno już nie patrzył na własne odbicie z takim zadowoleniem. Chcąc nie chcąc, postanowił zaopatrzyć się w całkowicie nową garderobę, która stworzyła zupełnie inny wizerunek Ferenca Molnára. Człowieka, który stał się milionerem i który powinien wyglądać tak, jak na milionera przystało.

Na dzisiejszy wieczór wybrał jasne, eleganckie spodnie i białą koszulę. Barwy te wspaniale kontrastowały z jego czarnymi włosami i śniadą cerą, tak bardzo nietypową w jego rodzinnych stronach. Chyba po raz pierwszy w życiu był tak zadowolony z własnego wyglądu. Co więcej, przeszło mu nawet przez myśl, że miał w sobie odrobinę atrakcyjności.

„Może to Candy”, pomyślał, otwierając na oścież drzwi.

Niestety, zamiast pięknej dziewczyny o długich, brązowych włosach na ganku stała Pat Johnson w niezwykle jaskrawej kreacji. Co więcej, miała na sobie tak grubą warstwę makijażu, że nie było widać naturalnego koloru jej twarzy. Ferenc odskoczył do tyłu lekko oszołomiony, ale chwilę później wrócił do siebie i wzorowo zaczął wczuwać się w rolę gospodarza.

— Zapraszam do środka — powiedział uprzejmie, wpuszczając starszą panią przodem.

— Cudzoziemcy są wspaniali — rzekła Pat, a następnie oficjalnym krokiem przekroczyła próg domu.

Już na samym początku zaniemówiła. Widok przepięknie odnowionego domu zrobił na niej piorunujące wrażenie. Tak piorunujące, że aż zagwizdała.

— Niezłe cacko — dodała, przechodząc dalej.

Dopiero w salonie ocknęła się z zachwytu i przekazała Ferencowi pudełko czekoladek.

— Proszę, drogie dziecko. Coś dla osłody.

Po tych słowach znów odebrało jej mowę. Zaczęła uważnie rozglądać się wokół siebie i podziwiać coraz to wspanialsze elementy wyposażenia.

— Jakie białe ściany — mruczała z zachwytem. — Moje tak nie wyglądały nawet wtedy, kiedy się wprowadzałam.

Kiedy Pat była zajęta dotykaniem ścian, Ferenc otwierał drzwi kolejnym gościom. Wszyscy zachwycali się nowym wizerunkiem posiadłości i nie skąpili wyrazów uznania. Ferenc czuł się wspaniale. Wiedział, że w tej właśnie chwili jego dom zaczynał żyć od nowa. A on razem z nim.

W przeciągu kwadransa do towarzystwa dołączył Francesco Accardo, przynosząc butelkę limocello. Zaraz po nim przyszli państwo Choisy z dwoma tuzinami pączków, a następnie państwo van der Laan z butelką wybornego wina. Jeszcze później pojawiła się Switlana Benitska z ogromnym bukietem kwiatów.

Robert Franklin gotowy był do przyjścia już przed dwudziestą, nie mniej jednak postanowił wstrzymać się kilka minut i zobaczyć, w jakiej kolejności będą przychodzić goście. Siedział na ganku swojego domu i palił papierosa.

Ruszył się z miejsca dopiero wtedy, kiedy zobaczył Arvanitę Guri wychodzącą ze swojego domu. Natychmiast zgasił papierosa i już po chwili znalazł się na chodniku. Arvanita była pochłonięta myślami i nie przypuszczała, że ktoś mógł za nią iść.

— Cóż za spotkanie — powiedział Robert, podbiegając do niej. — Ja też jestem trochę spóźniony.

— Fakt, już po dwudziestej — przyznała Arvanita, spoglądając na zegarek.

Robert poczuł się lepiej. Nie tylko dlatego, że chwilę później skierowała wzrok na niego, ale również dlatego, że po raz kolejny mógł jej się przyjrzeć z bliska. Na pierwszy rzut oka wyglądała przeciętnie. Miała krótkie, jasne włosy oddzielone przedziałkiem na środku głowy, lekko zadarty nos i ostre rysy twarzy. Oczy jej były duże, ale błądziły gdzieś daleko, jak gdyby oderwane od rzeczywistości. Sam nie wiedział, dlaczego właśnie to chłodne, puste spojrzenie fascynowało go najbardziej. Wiedział jednak, że oddałby wiele, aby każdego dnia poznawać je na nowo.

— Co sądzisz o nowym sąsiedzie? — zapytała znienacka.

— Jest okay — skomentował.

Bo niby co miał powiedzieć? Że obecność tego faceta jest mu kompletnie obojętna i że z chęcią olałby to przyjęcie? Jednak kobiety lubią chodzić na tego typu imprezy, a Arvanita nie była przecież wyjątkiem. Była kobietą. Kobietą z krwi i kości. Skoro nie potrafił zaimponować jej niczym szczególnym, to przynajmniej nie chciał sprawiać złego wrażenia.

— Ja najchętniej zostałabym w domu i wysłała wszystkich do diabła — odparła, naciskając na dzwonek.

Robert zaniemówił. Już miał dorzucić coś od siebie, kiedy nagle drzwi otworzyły się, a na ganku stanął Ferenc Molnár w całej swej okazałości. Z wnętrza domu dobiegała żywa i przyjemna dla ucha muzyka. W sam raz na wieczór zapoznawczy.

— Przepraszamy za spóźnienie — rzekła Arvanita z wyjątkowo dobrze udawanym uśmiechem.

— Kolacja właśnie się zaczyna — powiedział Ferenc, zapraszając gości do środka.

Arvanita wręczyła mu wazon, który co prawda zupełnie nie pasował do wnętrza domu, nie mniej jednak został przyjęty ze szczerą radością. Robert natomiast przyniósł coś bardzo oryginalnego: niewielkie malowidło przedstawiające krzak róży.

— Wspaniałe — powiedział Ferenc z zachwytem.

Robert uśmiechnął się i zaraz potem spojrzał w kierunku Arvanity. Cała trójka przeszła do salonu, gdzie pozostała część towarzystwa zdążyła już zasiąść za stołem. Niestety, tym razem Robert nie mógł towarzyszyć Arvanicie do końca, gdyż został posadzony pomiędzy Włochem a Pat Johnson.

„To będzie najgorsza kolacja w moim życiu”, pomyślał, patrząc na roześmianą twarz starszej pani, która zalotnie machała do niego ręką.

Ferenc znalazł się w trudnej sytuacji. Minęła już ósma dwadzieścia pięć, a Candy nadal nie nie było widać. Gdyby to zależało od niego, kazałby czekać aż do jej przyjścia. Z drugiej jednak strony widział, iż goście zaczynali się niecierpliwić. Czekali już wystarczająco długo na Roberta i Arvanitę, więc z całą pewnością głód dawał im się we znaki. Wspaniałe zapachy dobiegające z kuchni wzmagały apetyt, dlatego chwilę później kolacja została rozpoczęta.

— Proszę podawać — powiedział do stojącej obok kobiety ubranej w śnieżnobiały fartuch.

Zaraz potem jeszcze raz serdecznie powitał gości, wyraził swoją wdzięczność za wspaniałe prezenty, a następnie życzył wszystkim przyjemnego wieczoru. Kiedy na stole pojawił się typowy węgierski gulasz, goście poczuli jeszcze większy głód i od razu zabrali się do jedzenia. Kolacja przebiegała w bardzo miłej atmosferze. Wszyscy obecni zachwycali się kolejnymi daniami, które w regularnych odstępach czasu docierały na stół.

— Wspaniała kolacja — przyznał Francesco, unosząc do góry kieliszek. — Dawno nie jadłem czegoś tak dobrego.

Wszyscy zaczynali czuć się coraz swobodniej i nie szczędzili komplementów dla wybornej, węgierskiej kuchni. Każdy z przybyłych zamienił kilka słów z gospodarzem domu i wyraził zadowolenie z powodu jego przyjazdu. Potem goście zajęli się sobą: jedni woleli zostać przy stole i kontynuować degustację potraw, drudzy wstawali i zaczynali prowadzić ożywione dyskusje, a jeszcze inni z zachwytem rozglądali się po domu.

Ferenc odszedł na chwilę od całego towarzystwa i trochę zamyślony stanął przy oknie. Na zewnątrz było już ciemno. Nagle, ni stąd ni zowąd, na ganku pojawiła się postać, która bardzo powoli zaczęła się przybliżać.

„To Candy”, pomyślał Ferenc, natychmiast otwierając drzwi.

Rzeczywiście, stała przed nim ta sama dziewczyna, która przyszła do niego po południu.

— Witaj — powiedział uprzejmie, nie ukrywając radości. — Kolacja zaczęła się godzinę temu.

— Dobry wieczór — odparła dziewczyna. — Przepraszam za spóźnienie.

— Nic nie szkodzi. Wejdź proszę. Zrobiło się chłodno.

— Nie nie… Ja tylko chciałam powiedzieć, że nie mogę zostać.

— Jak to? — zapytał Ferenc rozczarowany.

— Coś mi wypadło i muszę wracać. Chciałam się tylko pokazać i życzyć panu wszystkiego dobrego w nowym domu.

— Dziękuję. Nalegam jednak, abyś została. Przyjęcie jest wspaniałe. Wszyscy bawią się znakomicie.

— Tak, na pewno — dodała z uśmiechem. — Ale ja może wpadnę kiedy indziej.

— Jak wolisz. W takim razie zapraszam innego dnia.

— Do zobaczenia — rzekła dziewczyna, po czym zeszła ze schodów i znikła gdzieś w ciemnościach Otis Street.

— Do zobaczenia — odparł Ferenc, stojąc w milczeniu przy otwartych drzwiach.

Przyjęcie trwało dalej.

Rozdział 6

— Ten cały Ferenc to naprawdę przystojny facet — rzekła Switlana do siedzącej obok Lindy Choisy. — Patrzę na niego, odkąd tu przyszłam i z każdą chwilą podoba mi się coraz bardziej.

— Wie, jak się zachować — odparła Linda, nakładając na talerz trzeci kawałek tortu. — W dzisiejszych czasach to raczej rzadkość wśród młodych ludzi.

— Rzeczywiście — dodała Switlana, wzdychając.

— A gdzie cała reszta? — zapytała Linda, wtykając do buzi kolejny kęs. — Nawet mój mąż gdzieś przepadł.

— Na pewno chodzą po domu i oglądają wszystkie pokoje. A co? Źle ci ze mną przy stole?

— Nie. Tyle tu pyszności, że aż szkoda wstawać z krzesła.

— Tak. Ale ja już mam dosyć. Nie wcisnę w siebie ani jednego kęsa więcej.

— Twoja strata — rzekła Linda z pełną buzią. — Ja mam jeszcze dużo miejsca.

Obie panie siedziały przy stole i kontynuowały rozmowę. Reszta gości rozproszyła się po całym domu, zaglądając we wszystkie kąty i podziwiając wspaniały gust gospodarza. Muzyka rozbrzmiewała przez cały czas i wprawiała towarzystwo w wyjątkowo dobry nastrój. Firma cateringowa opuściła dom już jakiś czas temu, więc zaraz potem atmosfera rozluźniła się na dobre. Każdy co prawda był zajęty oglądaniem innej części domu, niemniej jednak okrzyki zachwytu słychać było nawet w salonie.

— Już trzeci raz spotykamy się w tym samym miejscu! — powiedział Francesco, widząc Arvanitę wchodzącą do biblioteki.

— Ten dom ma tyle przejść, że nigdy nie wiadomo, kto jest za rogiem — odparła i po raz drugi tego wieczora uśmiechnęła się.

Około godziny dwudziestej drugiej, kiedy wszyscy przechodzili od jednego pomieszczenia do drugiego, wydarzyło się coś dziwnego. Na pierwszym piętrze rozległ się donośny głos Pat Johnson:

— Odsuń się!… Nie podchodź do mnie!… Jezus Maria, ratunku! — krzyczała przerażona.

Zaraz potem słychać było trzask. Następnie drugi, trzeci, czwarty… Zupełnie tak, jak gdyby jakiś ciężki przedmiot staczał się ze schodów. Zainteresowani kłótnią goście w mgnieniu oka znaleźli się na miejscu. Widok, jaki zastali, wprawił ich w osłupienie.

Pat Johnson leżała nieprzytomna na schodach. Z kącika pomalowanych na czerwono ust spływała stróżka krwi, a szeroko otwarte oczy wpatrzone były w sufit. Goście stali nad ciałem w stanie totalnego szoku. Pierwszy odezwał się Robert Franklin:

— Co u diabła…?

Nie było żadnej odpowiedzi. Wszyscy stali nieruchomo i przenosili wzrok z leżącego przed nimi ciała na pozostałych.

— Chyba straciła przytomność — rzekła Switlana, starając się ukryć drżenie głosu.

— Obawiam się, że ona nie żyje — powiedział Pieter van der Laan, przykładając dłoń do szyi staruszki.

— To niemożliwe — dodała Switlana, z trudem przełykając ślinę.

— Co się właściwie stało? — zapytał Robert, patrząc na zgromadzonych przy schodach gości.

— Kłóciła się z kimś — wtrąciła Linda. — Sama słyszałam.

— Ja też — dodała Arvanita.

— I ja — przyznał Francesco.

— Chyba wszyscy to słyszeliśmy — zauważył Ferenc.

I znów nastała cisza. Tym razem jednak goście odzyskali czucie w nogach i zaczęli chodzić wokół ciała.

— Wygląda na to, że ktoś ją popchnął — odezwała się Arvanita.

Spojrzenia wszystkich zwróciły się w jej kierunku.

— Dlaczego tak patrzycie? Sama przecież nie spadła.

— To prawda — przyznał Ferenc. — Poza tym, wyraźnie się z kimś kłóciła. Czy jest szansa, aby ten, kto to zrobił, przyznał się? Wszyscy przecież możemy potwierdzić, że słyszeliśmy kłótnię i że był to tylko wypadek.

— To mądra sugestia — przyznał Francesco. — Ona nie żyje, więc trzeba powiadomić policję.

— Policję?! — zawołał Robert przerażony. — Ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego! Starucha zawsze działała mi na nerwy i nie pozwolę, aby przez jej śmierć policja dobrała mi się do tyłka!

Goście spojrzeli po sobie i nic nie powiedzieli.

— Robert niedawno wyszedł z więzienia — wyjaśniła Arvanita, zwracając się do Ferenca. — Ta sytuacja może mu bardzo zaszkodzić.

— Rozumiem — odparł zdumiony. — Policję jednak musimy wezwać. W moim domu zginęła kobieta. Jeśli jednak najpierw wyjaśnimy to między sobą, unikniemy zbędnych nieprzyjemności

— Ja w tym czasie byłam na dole z Lindą — powiedziała Switlana.

— A ja ze Switlaną — przyznała Linda.

— Pieter i ja byliśmy w pokoju na piętrze — zaznaczył Erik Choisy.

— Ja byłam na górze z Francesco — dodała Arvanita.

— My natomiast — zaczął Ferenc — czyli Robert, pani van der Laan i ja staliśmy przy kominku.

— Kto w takim razie był z Pat? — zapytała Switlana.

Znów nastała cisza. Robert pomyślał, iż najprawdopodobniej zrobił to ktoś, kto w tym czasie przebywał na górze. Po chwili jednak doszedł do wniosku, że z góry na dół prowadzi tyle przejść, że winowajca mógł bez problemu zepchnąć Pat ze schodów i po chwili znaleźć się na dole.

— Rozumiem, że nikt się nie przyzna — zaczął ponownie Ferenc.

— Ale to chyba nikt z nas — stwierdziła Alida. — Przecież wszyscy byliśmy w towarzystwie innej osoby.

— Przykro mi to mówić, ale może po prostu ktoś kłamie — wtrącił Robert i wszystkie spojrzenia zwróciły się w jego stronę.

— Dlaczego mielibyśmy kłamać? — zapytał Erik wzburzony.

— A dlaczego nie? Wcale się nie dziwię, że ktoś zepchnął ją ze schodów. Ja już dawno miałem na to ochotę — dodał Robert.

Zaraz potem zdał sobie sprawę z wagi własnych słów i natychmiast sprostował:

— Przepraszam, trochę przesadziłem.

— Może Alida ma rację — rzekła Arvanita. — Może to rzeczywiście nikt z nas. Skoro wszyscy byliśmy w tym czasie zajęci, może zrobił to ktoś inny.

— Ale kto? — zapytała Switlana z jeszcze większym przerażeniem.

— W jaki sposób można wejść do tego domu? — zapytała ponownie Arvanita.

— Na kilka sposobów. Jest jedno wejście główne, są wąskie drzwi na tyle domu, a poza tym z każdej strony są okna — wyjaśnił Ferenc.

— Czy drzwi i okna były zamknięte?

— Nie. Wszystko jest otwarte. Słyszałem, że to bardzo spokojna ulica i nawet wychodząc z domu nie trzeba niczego zamykać.

— W takim razie mamy prawo myśleć, że ktoś z ulicy dostał się domu, zepchnął Pat ze schodów i wymknął się niezauważony.

— To możliwe — przyznał Pieter.

— Dobrze. Zatem taką wersję przedstawimy policji — podsumował Ferenc. — Proszę, aby wszyscy udali się do salonu i niczego nie dotykali. Może ten ktoś zostawił jakieś ślady.

Po tych słowach Ferenc wykręcił numer posterunku policji w Norwich i wyjaśnił pokrótce, w jakiej sprawie dzwonił. Na reakcję nie trzeba było długo czekać. Kilka minut później pod dom podjechał wóz policyjny, z którego wyszło trzech umundurowanych mężczyzn. Zaraz potem przybyło czterech innych. W przeciągu dwóch godzin ciało Pat Johnson zabrano do kostnicy, a cały dom został dokładnie przeszukany. Goście siedzieli w salonie i cierpliwie czekali.

Dopiero przed godziną pierwszą jeden z mężczyzn zszedł na dół i poprosił wszystkich o zrelacjonowanie tego, co się stało. Każdy opowiedział swoją wersję, zaznaczając wyraźnie, gdzie i z kim w tym czasie przebywał. Policjant skrupulatnie zapisywał informacje w notesie, po czym oświadczył, że wszyscy mogą wracać do domu. Zaraz potem Ferenc został sam i w domu nie było nikogo oprócz niego i policjantów.

— Dziwna sprawa — powiedział do mężczyzny z notesem.

— Owszem. Dziwna i poważna jednocześnie.

— Co teraz będzie?

— Zajmiemy się wyjaśnianiem okoliczności i spróbujemy ustalić, co tak naprawdę zaszło. Proszę spać spokojnie. Na razie nie ma sensu robić paniki. Takie rzeczy się zdarzają. Nie często, ale jednak. Wersja z obcym, który zakradł się do domu jest całkiem prawdopodobna. Tym bardziej, że ostatnio kręcą się tutaj różne typy.

— Mam nadzieję, że szybko natraficie na jakiś ślad.

— To ja poprowadzę śledztwo. Porucznik Edgar Newton — wyjaśnił mężczyzna i podał Ferencowi rękę.

— Bardzo mi miło. Jeśli tylko będę mógł w czymś pomóc…

— Na pewno będzie pan miał okazję. Zobaczymy się jutro.

Porucznik Edgar Newton wydmuchał nos i szybkim krokiem opuścił posesję.

Rozdział 7

Kiedy w niedzielny poranek Francesco Accardo usiadł przy kuchennym stole, było jeszcze wcześnie. Zbyt wcześnie, aby wyjść z domu i zbyt wcześnie, aby nawet myśleć o tym, co będzie robił później. Po wydarzeniach sobotniej nocy stracił ochotę na jakiekolwiek przyjemności. Miał jednak nadzieję, że filiżanka mocnej kawy choć w minimalnym stopniu poprawi mu nastrój. Kiedy bardzo powolnym krokiem zaczął iść w stronę lodówki, usłyszał dzwonek do drzwi.

„O dziewiątej rano w niedzielę? Kto u diabła jest taki dowcipny?”, pomyślał.

Zaraz potem chwycił leżącą na krześle bluzę i zbiegł po schodach, aby otworzyć drzwi. Na ganku stał policjant, który wczoraj wieczorem został wezwany do domu Ferenca Molnára.

— Dzień dobry panu. Porucznik Edgar Newton z wydziału zabójstw. Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

— W zasadzie nie… O co chodzi, poruczniku?

— Zajmę panu najwyżej kwadrans.

— W porządku — powiedział Francesco, otwierając na oścież drzwi i poprawiając sterczące na wszystkie strony włosy.

A włosy miał naprawdę nietypowe. Były długie, czarne i niezwykle kręcone. Tak kręcone, że zakrywały całą jego twarz. Aby utrzymać je w jako takim ładzie używał mocnej, elastycznej gumki, dzięki której utworzony z tyłu głowy koński ogon jakimś cudem pozostawał na swoim miejscu.

— Chciałbym zadać panu kilka pytań — oświadczył porucznik, siadając przy stoliku w salonie.

— Jeżeli tylko będę mógł pomóc…

— Proszę mi powiedzieć, co dokładnie zaszło tamtej nocy?

— Wszystko wyjaśniłem wczoraj. I obawiam się, że nie mam nic do dodania.

— Goście byli zgodni co do faktu, że Patricia Johnson kłóciła się z kimś na piętrze przy schodach. Czy nadal pan to potwierdza?

— Tak. Tak właśnie było.

— Pan w tym czasie był na górze razem z… — zaczął porucznik, przeglądając notatki.

— Arvanitą Guri — uzupełnił Francesco.

— Zatem byliście na górze. Prawdopodobnie słyszeliście całą kłótnię.

— Całej nie, ale na pewno jej fragment.

— Dlaczego tylko fragment?

— Nie wiem — odparł Włoch z zastanowieniem. — Może dlatego, że pod koniec kłótni Pat podniosła głos i słychać ją było wyraźniej. Rozmowa mogła trwać dłużej, ale my usłyszeliśmy chyba samą końcówkę.

— Dziwne. Przecież odległość, jaka dzieli schody od miejsca, w którym państwo przebywali, nie jest wcale taka duża.

— To prawda — przyznał Francesco z namysłem.

— No dobrze. A z kim kłóciła się ofiara? — zapytał porucznik.

— Nie wiem.

— Jak to pan nie wie?

— Nie słyszałem żadnych innych głosów.

— Zatem nie jest pan w stanie powiedzieć czy była to kobieta, czy mężczyzna?

— Nie mam zielonego pojęcia. Słyszałem tylko krzyki Pat. Zbiegliśmy z Arvanitą na dół i zobaczyliśmy ją leżącą martwą przy schodach.

— Czy zauważył pan coś podejrzanego?

— Nic, absolutnie nic.

— A gdzie byli pozostali goście?

— Nie zwracałem na nich uwagi. Byłem tak pochłonięty rozmową z Arvanitą, że nie wiedziałem, co działo się wokół. Ona chyba też nie. Zaraz zaraz… Chyba w międzyczasie przemknęła mi jakaś męska sylwetka.

— Czy jest pan pewien?

— Nie do końca. Ale wydawało mi się, że kiedy rozmawiałem z Arvanitą na temat rycerzy, w końcu korytarza zobaczyłem jakiegoś mężczyznę. Był bardzo wysoki i poruszał się szybko. Nienaturalnie szybko.

— Na piętrze przebywał również pan Choisy i pan van der Laan. Obaj są wysocy i potężni. Czy to mógł być któryś z nich?

— Wszystko możliwe. Nie przyglądałem się. Poza tym, widziałem tę postać w końcu korytarza.

— Kiedy dokładnie to było? Przed czy po krzykach pani Johnson?

— Zdecydowanie przed. Kiedy Pat zaczęła krzyczeć, rozmawiałem z Arvanitą na temat przyjęcia.

— A co dokładnie wykrzyknęła ofiara?

— Nie pamiętam. Kojarzę tylko, że się bała. Powiedziała coś w rodzaju „Odsuń się.” A może powiedział to ktoś inny? — zastanowił się Francesco, gładząc włosy z tyłu głowy.

— Czy chciałby pan dodać coś jeszcze? — zapytał porucznik.

— Raczej nie.

— Będziemy w kontakcie, panie Accardo. Dziękuję za poświęcony mi czas.

— Zawsze do dyspozycji — odparł Francesco i zamknął drzwi za porucznikiem.

Jeszcze chwilę stał w korytarzu, myśląc o ostatnich słowach, jakie wypowiedziała Pat. Zaraz potem jednak przypomniał sobie o stygnącej w kuchni kawie i popędził na górę.

W międzyczasie porucznik Edgar Newton złożył wizytę jeszcze dwóm osobom: Robertowi Franklinowi i Switlanie Benitskiej. Oczywiście, bardzo szybko wyszło na jaw, że Robert Franklin gościł w amerykańskim więzieniu i dzięki temu rozmowa przybrała zupełnie inny charakter. Były więzień bronił się, jak mógł. Odsyłał porucznika do Ferenca Molnára i pani van der Laan, którzy rzekomo mieli potwierdzić jego obecność na dole.

— Panie Robercie, tutaj chodzi o morderstwo — kontynuował porucznik. — Nawet jeżeli nie ma pan z tym nic wspólnego, musimy znać szczegóły. Proszę powiedzieć, z kim kłóciła się Pat Johnson?

— Pojęcia nie mam! Słyszałem tylko jej głos. Jej i nikogo innego. Widocznie najpierw rozmawiała z kimś po cichu, a potem starej puściły nerwy i wybuchła.

— Mamy więc problem — stwierdził porucznik. — Do tej pory nie wiemy, z kim Pat Johnson była na górze.

— Nic mnie to obchodzi — powiedział Franklin stanowczo. — Wiem tylko, że ja w tym czasie byłem na dole z dwiema osobami, które są moim alibi. Żaden policjant nie wrobi mnie w to gówno.

Rozmowa z Robertem Franklinem była krótka i konkretna. Nie ustalono niczego nowego. Może tylko to, że były więzień rzeczywiście miał mocne alibi. Dwie zupełnie obce sobie osoby, z którymi nie miał żadnych, bliższych relacji.

Wizyta u Switlany Benitskiej przebiegła nieco inaczej, nie mniej jednak i tutaj nastąpiła porażka. Potwierdzono tylko informację z ostatniej nocy, że kobieta była na dole z Lindą Choisy i że obie panie siedziały przy stole.

Pozostałych mieszkańców porucznik nie zastał. I nie ma się co dziwić. Dochodziła dziesiąta, więc wszyscy poszli do kościoła. Ulica Otis tonęła w jasnym, słonecznym świetle. Sprawiała wrażenie cichego, spokojnego miejsca. I taka przecież była. Przynajmniej do ostatniego wieczora.

Ferenc Molnár nie poszedł na mszę, lecz opuścił dom z samego rana i udał się na posterunek policji. Pragnął dowiedzieć się czegoś więcej na temat tych dziwnych typów kręcących się po okolicy. Powiedziano mu, że porucznik Newton udał się na Otis Street w celu przesłuchania kilku mieszkańców i że niedługo powinien skontaktować się również z nim. Ferenc był załamany. Nie dlatego, że coś podobnego wydarzyło się na ulicy Otis, ale dlatego, że morderstwo miało miejsce w jego domu.

Chcąc nie chcąc, czuł się winny. Starsza pani zginęła dlatego, że przyszła do niego na przyjęcie. Gdyby w tym czasie została w domu i spokojnie siedziała w fotelu, nic złego by się nie stało. A teraz… Kto wie, gdzie podziewał się morderca. Ferenc miał straszne wyrzuty sumienia i postanowił dołożyć wszelkich starań, by winowajca został ukarany.

Postanowił szybko wrócić do domu, by jeszcze dziś porozmawiać z porucznikiem. Miał nadzieję, że znajdzie jego samochód na Otis Street i tak też się stało. Szary seat ibiza stał zaparkowany przed domem Switlany Benitskiej. Ferenc pozostał na ganku i czekał. Nie chciał wchodzić do domu w obawie, że porucznik odjedzie niepostrzeżenie. Kiedy tak stał i rozmyślał o wydarzeniach zeszłej nocy, na drugim końcu ulicy dostrzegł znajomą sylwetkę. To była Candy.

— Dzień dobry! — krzyknął, gdy znalazła się nieco bliżej.

— Dzień dobry! — zawołała.

Chwilę później stała tuż naprzeciw niego.

— Słyszałam, co się stało. Bardzo mi przykro.

— Aż trudno uwierzyć — odparł Ferenc załamany.

— Rzeczywiście. Biedna Pat nie była niczemu winna. Kto mógł być na tyle okrutny, aby chcieć ją skrzywdzić?

— Nie wiem, ale prędzej czy później dowiem się. Może nawet lepiej, że nie mogłaś zostać na przyjęciu.

— Strasznie żałowałam. Niestety, w ostatniej chwili dostałam wiadomość od rodziny i musiałam wyjechać do sąsiedniego stanu. Całe szczęście, że o tej porze chodziły jeszcze autobusy. Wróciłam jakąś godzinę temu i dowiedziałam się o całym zajściu.

— Masz szczęście, że cię tu nie było.

— Przykre doświadczenie jak na pierwszy wieczór zapoznawczy — zauważyła.

— Czuję się fatalnie. Mam ogromne wyrzuty sumienia i nie wiem, jak się zachować.

— To nie pana wina. Nikt przecież nie mógł przewidzieć, że jakiś bandzior zakradnie się do domu i zepchnie Pat ze schodów.

— Uważasz, że to jakiś bandzior?

— Oczywiście. Ostatnio okolica jest trochę niespokojna. Krążą tu jakieś dziwne typy i założę się, że to jeden z nich.

— Może — odparł Ferenc zamyślony.

— Mam nadzieję, że wkrótce wszystko się wyjaśni. Teraz muszę iść, ale pewnie niedługo się zobaczymy. Mieszkam niedaleko.

Ferenc już miał zapytać, gdzie dokładnie znajdował się jej dom, ale Candy odeszła niemalże natychmiast i chwilę później znikła za zakrętem.

Porucznik Newton wyszedł właśnie na ganek i zaczął iść w kierunku samochodu. Ferenc natychmiast do niego podbiegł i nie tracąc czasu na zbędne grzeczności, zapytał:

— Czy coś już wiadomo, poruczniku?

— Niestety nie — odparł chłodno.

— Chciałbym jakoś pomóc.

— Dziś rano rozpocząłem przesłuchania. Teraz wybieram się do państwa van der Laan, bo mogą mnie przyjąć tylko o tej porze. Potem mam spotkanie w domu pani Guri, a jeszcze później u państwa Choisy. Jeżeli jest pan na miejscu, zajrzę koło południa.

— Oczywiście, będę czekał.

— Może w międzyczasie wyjdzie na jaw coś nowego.

Ferenc nie odpowiedział. Pozostał na miejscu i w milczeniu patrzył, jak postać policjanta oddalała się coraz bardziej. Chwilę później znikła za wysokim żywopłotem otaczającym posiadłość van der Laanów.

Rozdział 8

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 38.4