E-book
2.73
drukowana A5
16.39
Moje Zakręty cz. 2 AREK

Bezpłatny fragment - Moje Zakręty cz. 2 AREK


Objętość:
95 str.
ISBN:
978-83-8155-510-4
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 16.39

Czasy się zmieniają, przyroda się zmienia, ludzie się zmieniają, a poziom „wody” coraz niższy. Naśladowanie, obserwacja innych, populistka, aktorstwo i podrabianie wszystkiego wzrasta proporcjonalnie do otaczającej nas zewsząd globalizacji. Tak wygodniej, tak łatwiej i nie potrzeba wytężać szarych komórek wystarczy nacisnąć ekran smarfona i już jesteśmy w świecie wirtualnej iluzji, która podpowiada nam jak i po co mamy żyć. Powszechne cytowanie innych tzw. wielkich, przy braku własnych argumentów, ma nam polepszyć samopoczucie na zasadzie, bo jak można z tym dyskutować. Zbytnie rozluźnienie doprowadza do zaniku instynktu samozachowawczego, a totalny zanik zaprowadza coraz większą populację do samozniszczenia. Bierność dużej części ludzkości wykorzystują coraz częściej różnego rodzaju postacie psychopatyczne, ludzie, dla których spokój, stabilizacja i harmonia są nie do przyjęcia. Nie można jak kiedyś zwyczajnie odciąć się, wyjechać gdzieś daleko i żyć sobie po swojemu, bo ci ludzie wiedzą lepiej jak zbudować tobie szczęście. Historia zawsze zatacza koło i czy ktoś chce, czy nie dotknie każdego w najmniej oczekiwanym momencie. Jak nieliczni stawiają opór temu wszystkiemu to zawsze znajdzie się tysiące przeciwników, dla których inność jest zbyt uciążliwy. Starają się wszelkimi sposobami, poświęcają bardzo dużo swojego czasu i wytężając swój pół mózg do maksimum, udowodnić, że nie jesteś inny, że nie jesteś wyjątkowy tylko taki jak oni, a reszta to przypadek. Przed kilkoma dekadami w latach mojej wczesnej młodości zawsze znalazł się taki ktoś, kto nie chciał się pogodzić z tym, że ktoś wie więcej, że ktoś umie lepiej, ale były to pojedyncze przypadki i takich się po prostu ignorowało. Dzisiaj jest to powszechne, ktoś, kto nie ma pomysłu na swoje życie i żyje życiem innych nie może znieść ludzi utalentowanych i zamiast pracować nad sobą, to całe swoje siły przeznacza na zniszczenie czegoś naturalnego, czegoś, co rodzi się razem z nami. Każdy ma wybór, każdy jest inny, to tylko moje życzenia, które nie mają odzwierciedlenia w otaczającej nas rzeczywistości. Cóż potrzeba nam nielicznym tylko więcej odwagi, nauczenia się czegoś, czym nie obdarzyła nas natura totalnej ignorancji. Jak to zrobić, nie mam pojęcia, gdybym wiedział pewnie otrzymałbym „Nobla”. Jak tylko zaczynam zapisywać pierwsze słowa to zawsze, gdzieś w podświadomości, narasta we mnie niepokój jak długo wytrzymam to wszystko. Nie analizuję tych negatywnych zjawisk, nie spędzają mi one snu z powiek, ale tkwią we mnie i przeszkadzają mi czasami podczas twórczej pracy.

Po raz pierwszy wcieliłem się w postać narratora i opisałem wiele historii, których byłem uczestnikiem, a może tylko świadkiem. Może to wszystko mi się przyśniło i jest tylko fikcją literacką, na pewno wielu chciałoby żeby tak było. Nazwy miejscowości zmieniłem, a postacią występującym w książce nadałem nowe imiona. Wszelkie, ewentualne, podobieństwo jest wytworem mojej wyobraźni i mojej duszy, a i tak fakty same się obronią.

Arek, główny bohater książki, jest agnostykiem. Po swoich licznych podróżach poznając Świat, wiele kultur i ludzi doszedł do wniosku, że religia, jaka by nie była, niszczy indywidualność, doprowadza do wielu konfliktów i jest wygodnym narzędziem dla licznych tyranów i psychopatów, którzy jednak zapominają, że ludzie się kształcą, wymieniają poglądami, doświadczeniami, podróżują i obserwują. Naturalną potrzebą każdego człowieka jest wolność, to wiedzą wszyscy, ale większość ludzi nie chce podejmować samodzielnie decyzji, obawia się odpowiedzialności i poddaje tyranom. Bycie sobą jest niemodne, niezrozumiałe i często określane jako narcyzm.

Spis treści:


Wesoła dzielnica.

Jazda na Maksa.

Gwiazda.

Układy.

Patenci zawsze obecni — Ku przestrodze.

Ku Pa.

Festiwal nad jakąś rzeką.

Bajka dla dorosłych.

Droga do Tybetu.

Azja.

Czas.

Sen.

Patriotyczny obowiązek.

Instrukcja.

Apel.

Mamy w Polsce demokrację.


Wesoła dzielnica

Już południe, budzisz się

Szybkie piwko z buteleczki

Potem dymek, albo dwa

Powróciłeś już do życia


Krótki fejsik w toalecie

Co, u kogo, gdzie i kiedy

Knajpy się już zapełniają

Jeden skręcik i tam lecisz


Nikt już tego nie zatrzyma

Zielone listki nakręcą Ciebie

Nie zmieniaj się stary nigdy

Niech moneta wybiera, co będzie


Życie pełne zakrętów

ma swój smak

I nie jest nigdy nudne

Korzystaj, więc póki czas

Bo los nic nie daje na zawsze.


Wesoła dzielnica przez całą noc

Wesoła dzielnica zasypia nad ranem

Wesoła dzielnica otwarty bar

Wesoła dzielnica owoce Twoje.

Jazda na maksa

Po koncercie w jakiejś małej mieścinie bez znaczenia Arek z chłopakami udali się w towarzystwie kilku miejscowych fanek do malutkiego, przypominającego obrazy starych przedwojennych filmów, hoteliku. Z zewnątrz wyglądał wręcz obskurnie, zwisające wygięte do dołu rynny, odpadające i zmurszałe tynki, na których gdzieniegdzie połyskiwała, biała kiedyś, farba. Kilka stopni schodowych prowadziły do wielkich dwuskrzydłowych niedomykających się drzwi. Po uchyleniu ich ukazał się stary wytarty dywan, pomalowane na zielono ściany, z których zwisały kinkiety w stylu robotniczo- chłopskim z przepalonymi, w co drugim, żarówkami. W centralnej części hollu umiejscowiona była portiernia z nieodłącznym dzwonkiem na blacie i starszą kobietą patrzącą na nas niewyspanym, znudzonym wzrokiem. Arek powiedział dobry wieczór i poprosił o klucz do pokoju. Pani tylko skinęła głową odwróciła się do tablicy, na której na gwoździach wisiało kilka kluczy z okrągłymi numerami pokojów, szybkim ruchem ręki chwyciła jeden rzuciła na blat i służbowym tonem poinformowała, że nie wolno przebywać gościom hotelowym po godzinie dwudziestej czwartej. Dochodziła dziesiąta druga, wszyscy byli nieco zmęczeni, ale wiedzieli doskonale, że ich fanki postawią wszystko w nich na baczność. W pokoju, do którego zaprowadziły ich strzałki przykręcone starymi wkrętami do jeszcze starszej przyniszczonej boazerii, były cztery małe tapczaniki na wklęsłych drewnianych nóżkach z narzutą przypominającą czasy międzywojenne, obok każdego tapczanu stała szafka nocna, na której leżały wyhaftowane białe serwetki, a na nich stały lampki nocne bez żarówek i kabli. Na samym środku pokoju na kwadratowym wypłowiałym dywanie stał ogromny dębowy stół, a na nim równie kiczowata serweta, na której stała wielka metalowa popielnica. Cztery tapicerowane stare krzesła, trzydrzwiowa szafa, umywalka, nad którą zawieszone było i spoglądało na nas lustro, lampa, jedyna działająca, zwisająca z sufitowego zmurszałego plafonu. Czteroskrzydłowe okno wychodziło na ulicę i kamienicę naprzeciwko z napisem „być może”. „Pokój z widokiem na może”, ktoś powiedział, a jeszcze ktoś inny to narysował. Tradycji musiało stać się zadość usiedli na krzesłach przy stole i jak przeważnie bywało kamienną twarz najdłużej zachował Andrzej, był w tym mistrzem. Około północy, ktoś zapukał do drzwi. Nie zaniepokoiło to ich specjalnie, kierownik techniczny zawsze sprawdzał, chyba z troski, czy jest wszystko w porządku. Otworzyły mu fanki i jak zawsze pocałowały na przywitanie w usta, kierownik promieniał ze szczęścia, a chłopcy z trudem powstrzymywali śmiech. Otrzymał od nich pseudonim „Laska” i jak kilka lat później dowiedzieli się o tym był dumny z tego. Myślał, że pseudonim ma od dziewczyn, które zawsze po wejściu do nich, całowały go w usta, a tylko oni wiedzieli, dlaczego tak go nazwali. Takie scenerie i takie sceny powtarzały się w wielu miejscach, ale zawsze można by było coś o nich napisać z właściwą, co do sytuacji, pikanterią. Nie nudzili się nigdy i zawsze było wesoło, choć czasy do lekkich nie należały. Po koncercie w małej powiatowej miejscowości dowiedzieli się, że zapraszają ich na małą imprezkę córki sekretarza partii, niezbyt urokliwe, ale nie miało to znaczenia, najważniejsze było spędzenie nocy w mieszkaniu wilii, w której znajdowała się siedziba Komitetu Powiatowego PZPR. Miejsce po koncertowych imprez miało duże znaczenie kolekcjonerskie, tak sobie postanowili, że zabawią się wszędzie gdzie tylko będzie można pozwolić sobie na brak powagi w więcej lub mniej poważnej instytucji. Stara poniemiecka dobrze utrzymana willa, kryła w sobie wiele tajemnic z przeszłości bardziej lub mniej chlubnych. Na parterze znajdowało się wyodrębnione mieszkanie z wejściem od przepięknie urządzonego ogrodu. Po ścianie pięły się w górę pnącza winogrona, jeszcze bez owoców, ale listki mieniły się w różnymi odcieniami zieleni kołysane lekkim północnym wiaterkiem. Cudowna sceneria zapowiadała miły romantyczny wieczór i zapraszała do autorskiej gry Zespołu — gwiazdy. Dwie córki sekretarza i trzy ich koleżanki przygotowały pyszną kolację w oparciu o obficie zaopatrzoną lodówkę gospodarzy, co w tych czasach było nie do pogardzenia, a raczej do niezdobycia. Tutaj na szczęcie nie miał wstępu kierownik Laska i pomimo tego, że był za nich odpowiedzialny, to nie miał pojęcia, gdzie się znajdują, ale domyślał się, co robią i jak zawsze o siódmej rano, dnia następnego, kiedy nie stawili się na umówionym miejscu zbiórki, często to im się zdarzało, zarządzał wyjazd bez nich do następnej miejscowości. Odległości nie były zbyt i zawsze sobie poradzili, choć przy spotkaniu musieli wysłuchać długiego kazania na temat, „co by było gdyby nie ta cholerna ewolucja”. Tego poranka jednak zaszaleli na maksa. Około godziny ósmej poszli na dworzec PKS-u sprawdzić, o której jest najbliższy autobus do miejscowości, w której mieli zagrać następny koncert. Na terenie całego dworca nie było żywego, poza nimi, ducha, stał tylko autobus Jelcz zwany potocznie ogórkiem. Arek podszedł od strony kierowcy dłonią nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Wskoczył na przednie siedzenie i zauważył, że w stacyjce jest kluczyk, krzyknął do chłopaków jedziemy odpalił silnik i ruszyli przed siebie. Miał już wtedy prawo jazdy i czasami jeździł. Na początku troszeczkę szarpało, ale silnik się nie zdławił i kiedy wrzucił następny bieg wyjechali na trasę. Jechał około czterdziestu kilometrów na godzinę i mniej więcej po dwudziestu kilometrach włączyło mu się myślenie o odpowiedzialności i zjechał do zatoczki wiejskiego przystanku, zatrzymał ogórka, wyłączył silnik, zaciągnął hamulec ręczny odwrócił się do chłopaków i powiedział na dzisiaj wystarczy wrażeń. Nikt nigdy o to ich nie zapytał, a i w żadnej prasie nie było wzmianki na temat zaginięcia autobusu.

W tych czasach zawsze osoba starsza miała rację i przypominała im o tym przy każdej okazji podobnie jak dzisiaj jeden krasnal, który na temat jego branży, czy nawet pokrewnej profesji wyciąga wprost z rękawa, a może raczej z ust ten sam argument –„ ja pracuję w tym trzydzieści lat i wiem lepiej”. Tak było, a oni pokiwali zawsze twierdząco głowami upewniając osobę starszą i doświadczoną, że ma zawsze rację i tym sposobem unikali różnego rodzaju sankcji, które na nich mogły spaść i były by, przynajmniej, dotkliwe i uciążliwe w ich pełnym zakrętów życiu. Bez hamulców, dotknąć wszystkiego, spróbować zakazanego, zrobić coś nieprzyzwoitego tak, aby zaszokować, oczywiście siebie, a nie obrazić nikogo i wyjść z tego wszystkiego z uśmiechem na ustach i bagażem doświadczeń. Po suto zakrapianej, w różny sposób, kolacji przystąpili do gry, ale ułożenie ramion gwiazdy poprzedzone było dyskusją o sztuce, literaturze, malarstwie, muzyce. Każda z uczestniczek gry musiała się popisać właściwym smakiem i czułością do szeroko pojętej sztuki pięknej, jak nazywali ich zainteresowanie wszystkim, co niebanalne. Nigdy się nie spieszyli, przystąpienie do gry długo celebrowali właściwym, pełnym poezji i romantyzmu, wstępem, humanizm w pełnym wydaniu. Nigdy niczego nie robili automatycznie, wszystkim kierowały ich dusze, serca i może nie było to doskonałe, wychuchane i wypielęgnowane, przemyślane do końca i poprawne, ale było tylko ich. Właściwe podejście do gry i jej rozpoczęcie pełne improwizacji, w który stan wprowadzali uczestniczki z właściwym pietyzmem dla sytuacji, w jakiej się znaleźli, wpływało zawsze pozytywnie na przebieg gry, miłe wspomnienia z jej przebiegu i pragnienia powrotu. Tak się dobrali i nie był to na pewno przypadek, a raczej los zetknął ich ze sobą i postawił przed nimi misję do spełnienia. Wypełniali swoje zadanie postawione przez naturę całym sercem, całą duszą, aż do utraty tchu.

Wszystko robili do utraty tchu i to było takie radosne, takie piękne w uśmiechu i smutku. Kiedyś postanowili pojechać ot tak, pierwszym odjeżdżającym pociągiem, przed siebie. Błyskawicznie spakowali plecaki i udali się na dworzec kolejowy. Za kilka minut odjeżdżał pociąg nad morze spojrzeli na siebie i już siedzieli, a raczej stali, w wypełnionym po brzegi wagonie klasy drugiej. Mieli ze sobą plecaki i dwie gitary jedną klasyczną, a drugą akustyczną. Po chwili do swojego przedziału zaprosiły ich sympatycznie wyglądające dziewczyny, które, jak powiedziały, jechały do „miasta aniołów” i namówiły ich na wspólne obejrzenie kilku ciekawych miejsc. Przez kilka godzin podróży bardzo się zaprzyjaźnili, wino, gitara i wspólne śpiewanie połączyły wszystkich niewidzialną nicią pragnienia. Do „miasta aniołów” była już tylko godzina jazdy i ktoś rzucił hasło „gwiazda południa” i….kiedy ciemnooka brunetka została gwiazdą pociąg zbliżał już się do stacji. Po krótkiej namowie Arek i pozostali chłopcy wysiedli razem, była piąta rano. Słońce drażniło niewyspane oczy, było ciepło, połowa sierpnia, a na dworcu nieprzebrane tłumy ludzi, którzy przyjechali odwiedzić to miasto, poszli i oni. O szóstej w kościółku miał nastąpić akt, jak powiedziała jedna z dziewczyn, odsłonięcia cudownego obrazu, Arek nigdy nie był religijny, dużo czytał i wiedział prawie wszystko o religiach świata, o historii powstania, założeniach i tym wszystkim, co każe ludziom wierzyć. Było to, mimo wszystko, ciekawe zjawisko, tłum ludzi klęczących wpatrzonych w odsłaniany obraz kobiety z dzieckiem na ręku w dźwięku fanfar. Niektórzy ludzie płakali inni coś mówili, a jeszcze inni głęboko wzdychali. Nie zrobiło to na nim jakiegoś większego wrażenia, a myślał, że tak będzie, że zobaczy coś lub kogoś, że przeżyje coś niesamowitego, a jednak nic takiego się nie stało. Był nawet tym rozczarowany. Po tym akcie religijnym wyszli i usiedli na schodach każdy z nich przyglądał się na siebie i milczeli tak dłuższą chwilę. „Poczuliście tę moc” przerywając milczenie powiedziała jedna z dziewcząt, jaką moc zapytał Arek, „moc boga” odpowiedziała mu. Arek powiedział szczerze nie poczułem, a ona na to, że dla niej było to takie same przeżycie jak w pociągu i myślała, że on, że oni to też tak odbierają. Poczuł się troszeczkę nieswojo, tylko, dlatego, że nie potrafił przeżywać czegoś abstrakcyjnego, czym dla niej była religia i bóg, ale potrafił przeżyć coś niesamowitego bez wiary w boga. Rozumiał te dziewczyny, że potrzebują w swoim życiu wiary w boga, ale on nie potrzebował zawsze liczył tylko w siebie. Arek je takimi akceptował, ale one jego nie i tu po raz pierwszy spotkał się z nietolerancją i to nietolerancją od osób, które były przepełnione miłością, wiarą, w którą wpisana jest tolerancja. Był przerażony, ale jednocześnie przeszły mu przez myśl słowa swojej mamy, „czym większa i głębsza wiara tym mniejsza tolerancja”. Jak zawsze Arka mama miała rację. Po chwili zadumy powiedział do chłopaków zbierajmy się, jedziemy dalej. Jedna z dziewczyn chwyciła go za rękę, spojrzała mu głęboko w oczy i powiedziała, że taka sympatyczna noc w pociągu nie może zakończyć się rozstaniem w takich okolicznościach, zaproponowała śniadanko w ich domu. Zgodził się bez zastanowienia były takie sympatyczne, uśmiechnięte i przepojone miłością. Po kilkunastu minutowym spacerku zatrzymali się przy jakiejś starej kamienicy otoczonej półtorametrowym zmurszałym murem z czerwonej cegły, na którym zamocowane były długie metalowe pręty, które służyły do podtrzymywania drutu kolczastego, całość przypominała małą twierdzę. W istocie był to jeden z licznych tutaj domów klasztornych. Przed nimi metalowe drzwi i przycisk dzwonka, jedna z dziewcząt nacisnęła przycisk i poprosiła wszystkich o ciszę, po chwili drzwi otworzyły się z głośnym zgrzytem i ona weszła do środka zatrzaskując je za sobą. Pozostałe dziewczyny powiedziały, że wszyscy muszą kilka minut zaczekać, bo ona musi załatwić z przeoryszą nasz pobyt w tym miejscu. Zaskoczony takim obrotem sprawy Arek zapytał, o co chodzi? z jaką przeoryszą?, wszystkiego dowiecie się niebawem odpowiedziała jedna z nich. Po kilkunastu minutach drzwi ponownie się otworzyły i wyszła z nich zakonnica, która zaprosiła wszystkich do środka. Tą zakonnicą była dziewczyna z pociągu, pomyślał sobie, czemu nie mogą być w grze też zakonnice. Wszystkie sześć dziewcząt poznanych w pociągu były zakonnicami utwierdziło go to w przekonaniu, że miłość religijna to tylko pozory to po prostu sposób, jak każdy inny, na życie. Jedna jest lekarzem, druga prawnikiem, trzecia zakonnicą, a jeszcze inna prostytutką, każda ma prawo wyboru i można to akceptować lub nie, ale nie można tego zmieniać. Mieli po siedemnaście lat i już spore doświadczenie z kobietami, ale dwa dni spędzone w klasztorze nauczyły ich prawdziwego smaku piękna i po raz pierwszy ciężko im było się z tym rozstać. Arek niechętnie cytuję innych autorów, ale ten cytat, oczywiście w przenośni oddaje przynajmniej część prawdy o klasztorze — „i choć nie miałem drygu, nauczyłaś mnie stu figur”. Jadąc na wybrzeże wszyscy długo milczeli, każdy myślami był jeszcze tam za klasztornym murem. Z tego wszystkiego zapomnieli kupić bilety, jechali na przysłowiową gapę, a przypomniał im o tym konduktor, który wszedł do przedziału i poprosił grzecznie o bileciki do kontroli. Czasy były ciężkie, ale nie beznadziejne zawsze można było się dogadać przy pomocy argumentów, jakimi były niewątpliwie bilety narodowego banku polskiego. Ja się potocznie mówiło konduktor też człowiek i właśnie ten człowiek zaproponował im, że sprzeda tylko jeden bilet bez opłat, za drugi mają zapłacić jemu do kieszeni, a pozostałych on nie widzi, bo przecież jest was tylko dwóch w przedziale. Oczywiście poinformował ich, że jakby zjawił się rewizor, to taki typek sprawdzający pracę konduktorów, to da znać i unikną wpadki, oni i on. Po tym małym incydencie doszli do siebie i w ruch poszły gitary, a po kilkunastu minutach przedział tętnił życiem przepełnionym kobietami i śpiewem. Po drodze zagrali w kamienną twarz. Jak zawsze wygrał Andrzej. Pojawiły się lepsze i gorsze trunki i jak można podsumować wesoły przedział było bosko jakby powiedziała czarnooka dziewczyna. Nad morze dojechali późnym popołudniem, a dziewczyny, które się do nich przysiadły opowiedziały o planach na najbliższe kilka dni, a oni bez najmniejszego sprzeciwu je zaakceptowali. Na dworcu, zupełnie przypadkowo, spotkali swoich kolegów z zaprzyjaźnionego zespołu, podobnych do nich wolnych i niezależnych. Oczywiście w tych czasach każdy, kto bardzo tego pragnął, mógł stworzyć sobie enklawę wolności i niezależności większą od dzisiejszej. Brak powszechnej inwigilacji sprzyjał temu i oni korzystali z tego maksymalnie. Po czułym braterskim przywitaniu, już większą grupą udali się do oddalonej o kilkanaście minut pieszej wędrówki, willi z widokiem, tym razem na prawdziwe, morze. Jak zawsze postawili na eksperymenty, fantazję i improwizację. Domek przywiózł ze sobą „perke” i postanowili, że dwójkami będą zażywać, a pozostali będą pilnować żeby nic się nie stało. Było upalne lato widok z działki okalającej małą posiadłość zapierał dech w piersiach, falujące morze, skrzeczące mewy, statki na horyzoncie i chłodzący wszystko, delikatny jak pocałunek, zefirek od strony morza. Daniel i Andrzej zażyli pierwszą porcję i po kilkunastu minutach zupełnie odjechali jeden przez drugiego opowiadali nam niestworzone historie, Andrzej widział wielkie ptaki, latające nad nami, pożerające chmury, a jak już pożarły wszystkie chmury to wypluwały je w postaci malutkich srebrnych kuleczek, które spadały prosto na nas. Biegał przy tym po trawie zbierał je do kieszeni i wszystkim obwieszczał, że zbiera je dla wszystkich i każdy z nas będzie miał srebrne kulki. Daniel siedział w jednym miejscu i wykonywał ruch jakby palił papierosy, wyciągał zapałkę pocierał nią draskę i odpalał papierosa, którego nie miał. Po spaleniu papierosa grzebał palcami w trawie, coś niewidzialnego podnosił i chował do kieszonki katany dżinsowej, były to, jak powiedział srebrne druciki. Wciąż zadawał nam pytanie, dlaczego te papierosy po jednym zaciągnięcie same się spalają i wypada z nich srebrny drucik. Opowiadali też na zmianę różne dziwne historie niemające nic wspólnego z otaczającą ich rzeczywistością, ale najbliższe dwie godziny wszyscy ubawili się po pachy lepiej aniżeli po trawce. Później następna dwójka zażyła psychodeliczny specyfik przy zachodzie słońca. Niebo było bezchmurne słońce powoli w pełnym majestacie zatapiało się w morzu, które było bardzo spokojne i mieniło się wszystkimi odcieniami czerwieni, było pięknie tak bardzo, że podziałało to na Arka wyobraźnię. Na kartce wymiętego papieru kolorową kredką napisał tekst piosenki, po chwili wziął gitarę i skomponował muzykę, zapisał ją chwytami i zaśpiewał, Andrzej również wziął gitarę i zaimprowizował dopełniające dźwięki, Sajmon rozpoczął wybijanie rytmu uderzając dłońmi o kolana, a pozostali stworzyli chórek i tak powstał następny utwór ZESPOŁU. Odrobina czerwonego wina, przytulanki, delikatne całuski i zrobiło się tak bardzo miło, że zapomnieli o Andrzejku z zaprzyjaźnionego zespołu, który gdzieś zniknął. Zauważyli, że zostały jego buty, to na pewno daleko na bosaka nie poszedł. Przeszukali skrzętnie posiadłość i Arek postanowił z Sajmonem poszukać go w okolicy. Wyłożoną trylinką jezdnią doszli do głównej ulicy i teraz w prawo, czy w lewo, po prawej stronie ulica zakończona była ostrym zakrętem, przed którym kończyły się zabudowania, po lewej zaś zabudowania ciągnęły się daleko. Poszli w lewo po kilkuset metrach zauważyli komisariat milicji i tylko spojrzeli na siebie, a w myślach podjęli taką samą decyzję. Drzwi do komisariatu były otwarte weszli po kilkunastu stopniach schodowych i przed nimi dyżurka z wielkim oknem, w którym było zainstalowane małe okienko. Przez okno zobaczyli kilkoro milicjantów śmiejących się do rozpuku, a pośród nich na krześle siedział Andrzej coś mówił i przy tym mocno gestykulował rękoma. Na ich widok jeden z milicjantów poderwał się podszedł do okienka i zapytał, czego chcą. Arek powiedział, że szukamy kolegi, ale to jest właśnie ten, który siedzi z wami, dodał, że jest poważnie chory i nie wziął leków we właściwym czasie i można sądzić po jego zachowaniu, że jest niespełna rozumu. Natychmiast po tym uśmiechy znikły z twarzy wszystkim funkcjonariuszom i jeden z nich, miał trzy gwiazdki to porucznik, opowiedział ciekawą historię, „wracaliśmy z patrolu i nagle spotkaliśmy długowłosego mężczyznę idącego na bosaka środkiem ulicy i wykonującego, przy tym dziwne ruchy. Postanowiliśmy go zapytać o to, co tu robi o tej porze i gdzie ma buty. On opowiedział nam, że nie jest sam tylko jak się odwraca to koledzy znikają i zamieniają się w krzaczki. Zaprosiliśmy go do komisariatu i zrobiliśmy mu herbatę. Straciliśmy przy tym instynkt samozachowawczy jak opowiadał nam różne niestworzone historie.” Ze smutną miną i drżącym głosem Arek powiedział im, że Andrzej jest bardzo chory i jak natychmiast nie zażyje leku to może stać się coś złego, po czym dał mu tabletkę od bólu głowy, która szybko połknął i popił herbatą. Wiedział, że już mu przeszło i improwizuje żeby się nie połapali. Milicjanci przejęci swoim nie do końca dobrym zachowaniem zaproponowali im podwózkę do domu nyską milicyjną, z czego skorzystali i tak suką milicyjną, jak w tym czasie nazywano nyski MO, odwieziono ich do miejsca tymczasowego zamieszkania u zaprzyjaźnionych dziewcząt. Na dobranoc oficer powiedział, że mogą, w razie, czego, zawsze na niego liczyć. Jak na kapitana żbika pomyślał Arek. Była już noc, ale to żadna przeszkoda pozostałe towarzystwo w oczekiwaniu na nich osuszyło już dużą część zapasu czerwonego wina. Dziewczyny rzuciły się na szyje Andrzeja i powoli wszystko wróciło do normy. Któraś zapytała, kiedy w końcu pokażemy im naszą słynną grę w gwiazdę. Chłopaków z zaprzyjaźnionego zespołu było pięciu, ich czterech, a dziewczyn sześć, poza nami nikt nie wiedział i nikt nie przeżył gwiazdy, jedynie Daniel coś o tym słyszał, powiedział, że kiedyś jedna dziewczyna opowiedziała mu o ZESPOLE i gwieździe wieczoru. Jednak uznali, że gwiazda pozostanie ich tajemnicą przed innymi, poza kobietami nie wyjawią nic o niej tego wieczoru. Chłopaki nie naciskali i rozpoczęli tradycyjną, starą jak świat, zabawę w butelkę. Butelkę zakręcali po kolei chłopaki, jak trafiło na chłopaka to wiadomo — rączka, jak na dziewczynę to też wiadomo- muszelka. Upojna noc w świetle księżyca wśród cykających świerszczy i odgłosu fal rozbijających się o piaszczysty brzeg kończyła się i niebo powoli stawało się coraz bardziej błękitne, Arek z dziewczyną nie chcieli jeszcze spać przytuleni do siebie najmocniej jak tylko można spijali rozkoszy czar do samego końca. Jak słońce wzeszło już ponad horyzont chłodny wiaterek od lądu ostudzał powoli ich ciała okryli się kocem i błogo zasnęli Arek i czarnooka dziewczyna z nad morza. Następnego dnia pożegnali się z zaprzyjaźnionym zespołem, który miał w planach dalsza podróż i wraz z dziewczętami udali się kolejką podmiejską do pobliskiego miasteczka. Tym razem on sam zażył specyfik, po chwili siedząc na schodach prowadzących do kościółka na słynnej ulicy zobaczył przed sobą namioty, w których były ich rzeczy i sprzęt muzyczny. Kilkanaście minut później zauważył, że przy namiotach zbiera się tłumek ludzi i zaczynają wynosić wszystko, poderwał się i zaczął krzyczeć żeby to zostawili i wtedy chłopcy posadzili go z powrotem na

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 2.73
drukowana A5
za 16.39