Wstęp
Nazywam się Felix.
Jestem kotem.
To oznacza, że wiem o ludziach znacznie więcej,
niż oni wiedzą o mnie.
Oni myślą, że całymi dniami śpię.
To prawda.
Ale tylko jednym okiem.
Drugim prowadzę obserwacje.
Od kilku lat mieszkam w rodzinie Kłossów.
To bardzo ciekawe stado.
Każdy jego członek jest inny.
Jedni dużo mówią.
Inni dużo gotują.
Jeszcze inni ciągle gdzieś wyjeżdżają,
wracają, świętują, wspominają albo robią zdjęcia.
Nie wiem, po co robią ich aż tyle.
Przecież wystarczyłoby częściej głaskać kota.
Ludzie są naprawdę dziwnymi stworzeniami.
Potrafią godzinami rozmawiać przez telefon z kimś,
kto mieszka dwie ulice dalej.
Wyjeżdżają na wakacje, choć najlepsze miejsce
do odpoczynku od dawna znajduje się na kanapie.
Kupują mi drogie zabawki, a potem dziwią się,
że wybieram karton.
Nigdy ich do końca nie zrozumiem.
Ale bardzo ich lubię.
Na ścianach naszego domu wiszą fotografie.
Patrzę na nie codziennie.
Jedni są na nich mali.
Inni już dorośli.
Niektórych znam tylko z opowieści.
Inni przychodzą w odwiedziny i pachną
dokładnie tak, jak powinno pachnieć moje stado.
Zrozumiałem wtedy coś ważnego.
Rodzina to nie tylko ci, którzy mieszkają pod jednym dachem.
To wszyscy, którzy zostawili po sobie ślad
w sercu drugiego człowieka.
Postanowiłem więc opisać moje stado.
Nie po to, żeby się z niego śmiać.
Choć czasami będzie naprawdę zabawnie.
Nie po to, żeby kogokolwiek oceniać.
Kot, który przez większość dnia śpi na kanapie,
nie ma do tego prawa.
Chcę jedynie opowiedzieć o ludziach,
których los oddał pod moją opiekę.
O ich dziwactwach.
Ich dobroci.
Ich słabościach.
Ich miłości.
Bo kiedy jednemu z mojego stada dzieje się krzywda,
reszta natychmiast jest obok.
I wtedy przypominam sobie, że najważniejsze
nie jest to, jak bardzo różnimy się od siebie.
Najważniejsze jest to, że wracamy do siebie.
Zapraszam.
Felix
Główny badacz stada Kłossów.
Specjalista od obserwacji ludzi.
Władca kanapy.
Prawowity właściciel domu.
Dlaczego ludzie tworzą stada?
Od dawna próbuję zrozumieć ludzi.
Wydawało mi się, że rodzina wystarczy.
Przecież mają dom.
Mają dzieci.
Mają miskę… przepraszam, lodówkę.
Mają kanapę.
Czego jeszcze potrzeba?
A jednak nie.
Ludzie ciągle tworzą nowe stada.
Najpierw rodzinę.
Potem sąsiadów.
Potem kolegów z pracy.
Potem klub.
Fundację.
Partię.
Naród.
Kościół.
Kibiców jednej drużyny.
Miłośników starych motocykli.
Hodowców gołębi.
A ostatnio zauważyłem, że nawet ludzie
posiadający koty tworzą własne stada.
To już naprawdę zaczęło mnie niepokoić.
U kotów wszystko jest prostsze.
Jeżeli ktoś jest swój, to jest swój.
Jeżeli nie jest…
najwyżej dostanie po nosie.
Sprawa załatwiona.
Nie zakładamy stowarzyszenia kotów obrażonych.
Nie wybieramy prezesa.
Nie piszemy manifestów.
Nie kłócimy się przez dwadzieścia lat o to,
który parapet jest najważniejszy.
Ludzie są pod tym względem niezwykle pomysłowi.
Potrafią podzielić się na tyle grup,
że czasami zapominają, iż wszyscy należą
do jednego gatunku.
A przecież, kiedy zachoruje dziecko, nikt nie pyta,
na kogo głosowali jego rodzice.
Kiedy pali się dom, strażak nie sprawdza
legitymacji partyjnej.
Kiedy człowiek tonie, dobrze byłoby najpierw
wyciągnąć go z wody,
a dopiero potem zapytać o poglądy.
Im dłużej obserwuję ludzi, tym bardziej wydaje mi się,
że każde ich stado powstało po coś.
W jednych wychowują młode.
W innych pomagają sobie nawzajem.
W jeszcze innych wspólnie śpiewają,
modlą się albo kibicują.
Dopóki pamiętają, że poza ich stadem
też mieszkają ludzie, wszystko działa całkiem dobrze.
Sąsiedzi pomagają sobie w potrzebie.
Przyjaciele są obok, kiedy jest ciężko.
Narody tworzą wspólną historię.
Religie dają wielu ludziom nadzieję.
Problem zaczyna się dopiero wtedy,
gdy jedno stado zapomina, że obok żyją inne.
Może właśnie dlatego koty mają łatwiej.
Nasz świat jest znacznie mniejszy.
Ludzie zbudowali świat ogromny.
I chyba do dziś uczą się w nim żyć razem.
Michał
Michał pełni w stadzie bardzo odpowiedzialną funkcję.
Jest dowódcą Akcji Paproch.
Nie wiem, kto go mianował.
Podejrzewam, że sam.
Cała operacja rozpoczyna się od jednego zdania:
— Za chwilę ktoś do nas wpadnie.
Wtedy dzieje się coś niezwykłego.
Michał zaczyna patrol.
Obchodzi wszystkie pomieszczenia.
Zagląda w kąty.
Poprawia poduszki.
Przesuwa krzesła.
Łowi paprochy z podłogi z taką determinacją,
jakby od ich liczby zależały losy świata.
Nigdy nie rozumiałem tego zachowania.
Przecież goście i tak przychodzą po ludzi.
Nie po paprochy.
Ja w tym czasie obserwuję akcję z kanapy.
Nie przeszkadzam.
Każde stado ma swoje rytuały.
Po zakończeniu Akcji Paproch Michał wraca
do normalnego życia.
Czyli…
jedzie na ryby.
Z naszych wzajemnych relacji wynika jasno,
że bardzo się szanujemy.
Po prostu każde z nas okazuje to inaczej.
On mówi do mnie:
— Ty sierścio.
Albo:
— Ty kicho niesolona.
Czasem:
— Ty hrabio.
A kiedy wyjątkowo długo przeciągam się na kanapie, słyszę:
— Ty aktorzyno ze salonego teatru.
Ja nigdy mu nie odpowiadam.
Wystarczy, że spojrzę.
To spojrzenie oznacza:
„Mów sobie, mów… i tak za chwilę usiądę na twoim fotelu.”
Muszę jednak uczciwie przyznać, że choć udaje twardziela,
zawsze pamięta, żeby napełnić moją miskę.
To chyba po ludzku znaczy…
że mnie lubi.
Mamut
Moja główna opiekunka podobno ma na imię Stefania.
Nigdy tego nie sprawdzałem.
W domu prawie nikt tak do niej nie mówi.
Najczęściej słyszę:
— Mamutek.
Albo:
— Stenia
Na początku długo zastanawiałem się,
gdzie jest ten drugi mamut.
Okazało się, że nie ma drugiego.
Jest tylko jeden.
— Mamutek!
Ludzie naprawdę mają dziwne zwyczaje.
Moja opiekunka wykonuje niewiele pożytecznych czynności.
No dobrze…
Gotuje dla stada.
Pamięta o urodzinach.
Czasem pogłaszcze kota.
Ale przez większość dnia siedzi przed
świecącym pudełkiem i stuka.
Stuka.
Poprawia.
Znowu stuka.
Podejrzewam, że produkuje kolejne książki.
Nie wiem po co.
Przecież jedna półka już dawno się zapełniła.
Najgorsze jest jednak to,
że podczas stukania zupełnie głuchnie.
Wołam.
Mruczę.
Przechodzę przed ekranem.
Nic.
Muszę zastosować sprawdzoną metodę.
Najpierw delikatnie drapię fotel.
Potem owijam jej nogi ogonem.
A kiedy i to nie pomaga…
po prostu włażę na biurko.
Dopiero wtedy przypomina sobie,
że oprócz książek istnieje jeszcze kot.
Nie mam jej tego za złe.
Każdy w stadzie ma jakieś dziwactwo.
To jest właśnie jej.
A poza tym…
gdy wieczorem zamyka świecące pudełko,
zawsze znajduje czas, żeby pogłaskać mnie po głowie.
I wtedy wiem, że znowu wygrałem z literaturą.
Kruloffa
W moim stadzie jest jeszcze
jedna bardzo ciekawa postać.
Nazywa się Anita.
Przynajmniej tak twierdzą ludzie.
Ja znam ją jako…
Kruloffę.
Tak właśnie.
Przez „u”.
Nie pytajcie dlaczego.
Sam nie wiem.
Podejrzewam tylko, że jest uzurpatorką.
Przecież król może być tylko jeden.
I nazywa się Felix Rex.
Żadnej Reginy nie było, nie ma i nie będzie.
Może sobie pomarzyć.
Co prawda Michał czasami mówi do niej:
— Moja ty królowo…
Ale to zupełnie nic nie znaczy.
Ludzie często mówią różne dziwne rzeczy.
Kruloffa chyba trochę wrodziła się w Mamutka.
Ona również potrafi godzinami siedzieć
przed świecącym pudełkiem.
Na szczęście nie stuka.
Zamiast tego trzyma w ręku jakiś chudy patyk
i przesuwa nim po biurku.
Wtedy na ekranie pojawiają się dziwne obrazki.
Mówi o nich:
— Moje mangi.
Nie wiem, po co rysuje koty bez wąsów i ludzi
z oczami większymi od uszu.
Najwyraźniej tak wygląda sztuka.
Kruloffa wykonuje jeszcze bardzo dziwny zawód.
Codziennie uczy niedorosłych ludzi mówić
i pisać po angielsku.
Nigdy tego nie zrozumiem.
Przecież wszyscy wokół mówią po polsku.
No… prawie wszyscy.
My, koty, od zawsze mówimy po kociemu.
I jakoś doskonale się rozumiemy.