E-book
15.75
drukowana A5
56.34
Moje podróże do Niemiec — trylogia

Bezpłatny fragment - Moje podróże do Niemiec — trylogia


Objętość:
191 str.
ISBN:
978-83-8455-425-8
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 56.34

Nota Autorska

Książka ta jest oparta na faktach i osobistych wspomnieniach autorki. Nie jest jednak dokumentem w ścisłym znaczeniu tego słowa. Dla ochrony prywatności osób trzecich część imion, nazwisk, miejsc oraz okoliczności została zmieniona lub ujęta w sposób literacki.

Wszelkie podobieństwo do konkretnych osób, instytucji lub miejsc może wynikać z charakteru wspomnieniowego tej opowieści, nie powinno jednak być traktowane jako dosłowne odtworzenie rzeczywistych postaci ani pełnej dokumentacji wydarzeń.

Celem tej książki jest zachowanie pamięci o przeżyciach, miejscach i doświadczeniach, które stały się częścią drogi życiowej autorki, a nie wskazywanie czy ocenianie konkretnych osób.

Autorka

Jani Adler

WSTĘP

Za zamkniętymi drzwiami niemieckich domów.

Praca opiekunki osób starszych w Niemczech to nie tylko zawód — to podróż w głąb ludzkich losów, często ukrytych za fasadą eleganckich bungalowów i zadbanych ogrodów. W tej książce zapraszam Cię do świata, który poznałam od podszewki, przemierzając setki kilometrów swoim samochodem na polskich tablicach — od malowniczego Bendorf po tętniącą życiem Kolonię.


To, co tu przeczytasz, nie jest wygładzoną relacją z folderu agencji pracy. To zapis moich realnych doświadczeń: walki o godność podopiecznych, ścierania się z trudnymi charakterami rodzin, ale też chwil wielkiego wzruszenia i zawodowej satysfakcji. To opowieść o tym, jak zachować siebie, niosąc pomoc innym, i jak stawiać granice tam, gdzie interes bierze górę nad sercem. Zapraszam Cię do mojego świata — pełnego emocji, trudnych wyborów i prawdy o życiu na „szteli”.

1. Jak to wszystko się zaczęło

Żeby zrozumieć, dlaczego znalazłam się później w Niemczech, muszę cofnąć się do końca lat osiemdziesiątych.


Jak to wszystko właściwie się zaczęło, ano jak wiele życiowych tragedii w tym czasie. Był to okres na pewno niekorzystny dla ludzi wykształconych i posiadających tzw. kręgosłup moralny, a jednocześnie mało”zaradnych” życiowo. Na temat przemian społeczno-politycznych wolę się nie wypowiadać ze względu na brak dostatecznej wiedzy-chociaż przecież byłam jakby u źródła, bo pracowałam w przewodniej partii, ale to było dużo wcześniej, bo do kwietnia roku 1984.


Później straciłam kontakt z własnej nie przymuszonej woli i automatycznie nie byłam „na bieżąco”.

W moim przypadku zaczęło się dziać źle dokładnie po „okrągłym stole”. Zostawiono na pierwszy plan do odstrzału organizacje spółdzielcze i inne związane przede wszystkim z rolnictwem.


Nie powiedziałam w zasadzie o rzeczy najważniejszej. Co robi pani w wieku 50-lat, z wykształcenia dyplomowany inżynier ekonomiki i organizacji przemysłu spożywczego, w Niemczech, w charakterze opiekunki ludzi starych i chorych. Za czasów komunistycznych wystarczyło chcieć pracować i w zasadzie wykształcenie średnie bywało wystarczające.


Kiedy ja kończyłam studia w roku 1984 wykształcenie wyższe zaczynało nabierać już znaczenia. Skończyłam więc studia, ale w swoim zawodzie nigdy nie pracowałam, ponieważ praca w tym przemyśle wtedy była nisko opłacana.


Szło się za pieniędzmi, tam gdzie więcej się mogło zarobić i rzadko było to związane z zawodem. Przyklad: w latach 80-tych dobrze« stały »finansowo rolnicze spółdzielnie produkcyjne i tam też podjęłam prace jako specjalista ds. kadr, przechodzac z banku, którego istnienie było już zagrożone.


Wracając do sprawy „okrągłego stołu” to „odstrzał” polegał na przygotowaniu majątku firm i przedsiębiorstw do tzw. sprywatyzowania. Cała zabawa polegała na tym, że zaniżano znacznie wartoś́́ć budynków i środków trwałych w celu późniejszego wykupienia przez ludzi związanych z kierownictwem danego obiektu.

Można powiedzieć, że przemysł i spółdzielczość w moim mieście i okolicach z miesiąca na miesiąc przestawały istnieć.


W moim prywatnym życiu postępy, acz wątpliwe, były podobne. W roku 1994 zostałam bez pracy, bez prawa jazdy. W towarzystwie podobnie „poszkodowanych” trochę się topiło smutki w alkoholu i czasami niestety — z braku pieniędzy na taksówkę-jechało się na „dwóch gazach”. Bez męża, oczywiście się nie jechało tylko zostało, ale to najmniejsze zmartwienie.


Musiałam sprzedać mieszkanie zamiast wynajać, ponieważ było to, na tamte czasy, mieszkanie o wysokim standardzie wyposażenia. Przepisy najmu w powijakach, była obawa, że ktoś zdemoluje

moją pracę, sama kładłam kafelki i wiele innych rzeczy robiłam, i wykpi się później przed sądem. Może gdybym miała chociaż trochę pieniędzy, a mniej dumy, poradziłabym się mojego prawnika-a ja nie miałam nawet pieniędzy na przejazd autobusem, żeby pokazać mieszkanie ewentualnym kupcom tylko robiłam po parę kilometrów pieszo.


Co by nie powiedzieć, w grudniu 1994 roku, szczęśliwie lub nie, sprzedałam mieszkanie. Zostałam ze spora forsą, z której połowę wydałam na remont mieszkania mojej mamy, w którym razem zamieszkałyśmy, jak za czasów sprzed mojego drugiego małżeństwa. Kolejny temat na książkę.


Chciałam te pieniądze zainwestować np. w hurtownię, ale zdałam sobie sprawę, że bez drugiej

mobilnej i zaufanej osoby nie dam sobie rady. Nie trwało to długo i idea upadła.


Po paru miesiącach siedzenia w domu /była dosyć ostra zima na przełomie roku 1984—85/i, jak wyżej wspomniałam, zrobieniu pewnych przeróbek w mieszkaniu, zaczęłam rozglądać się za

jakąś pracą. Oferty pracy były dosyć ograniczone. W kilku miejscach dano mi do zrozumienia,

że wiek 38 lat jest niezbyt pożądany. Ewentualne wynagrodzenie wahało się w granicach

500—600 złotych brutto. To znaczyłoby, że, po opłaceniu rachunków, może zostałoby 50 złotych

na życie na cały miesiąc.


W czerwcu dostałam prawo jazdy. Chciałam koniecznie wreszcie mieć

własny samochód i nie liczyć na nikogo. Kupiłam więc z ogłoszenia opla corsę starego jak świat,

z silnikiem zamontowanym z całkiem innego samochodu. Ja się na tym nie znałam, ale pojechałam z dwoma fachowcami, tj. znajomym mojej mamy i kierowcą taksówki, który kupił audi byłego męża. To była jego zemsta, bo audi się psuło i nikt nie wiedział co się dzieje. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że ten kierowca sprzedał audi innemu kierowcy, z którym jechałam swego czasu z Wrocławia. On dopiero odkrył, że przewód paliwa był dziurawy i zasysał z otoczenia wszystkie śmieci, które zatykały rozdzielacz paliwa i pompę.


Wracając do tego trypra corsy, to już na trasie szlag go wziął i musieliśmy go holować. Naprawy podjął się ten mszczący się taksówkarz. Ja pojechałam na

tydzień na urlop do Wolsztyna, gdzie jeździłam od ponad piętnastu lat, a taksówkarz miał

Naprawić samochód i przyjechać po mnie do Wolsztyna. Nie przyjechał. Zapłaciłam 170zł. za

Przyjazd do domu taksówką. Samochód niby jeździł, ale taksówkarz ogolił mnie równo z pieniędzy.


Później znowu coś zaczęło się psuć i zwróciłam się do zaprzyjaźnionego auto-warsztatu. Kolega, jak zobaczył to rękodzieło jeleniogórskie, to zaczął się śmiać. Kazał mi sprzedać

Trypra jak najszybciej. Udało się — nawet zarobiłam 40zł. Później się bałam, że mi ludzie

Zwrócą to cudo, bo mają 5 dni na to, ale się obyło.

Tym razem zostałam z prawem jazdy, bez samochodu, pracy i niewielka ilością pieniędzy.

2. Bez znajomości jednego niemieckiego słowa …

Zaczęło się tak, że koleżanka — właściwie sąsiadka — potrzebowała zastępstwa do pracy w Niemczech. Miała znajomą, która szukała kogoś na zmianę. Wiedząc, że ja szukam pracy, pomyślała, że może porozmawia ze mną i skontaktuje nas ze sobą.


Ustaliliśmy więc, że osoba poszukująca zastępstwa zadzwoni do mnie i przeprowadzimy wstępną rozmowę telefoniczną.

T o był dla mnie ogromny stres, ponieważ nie znałam niemieckiego — właściwie nie znałam go prawie wcale. Ja znałam angielski i osoba, która do mnie dzwoniła, również znała angielski, ale wiedząc, jak wyglądają procedury sprawdzające, zaczęła rozmowę po niemiecku. Oczywiście nic nie rozumiałam. W końcu przeszliśmy na angielski i w ten sposób dogadaliśmy się co do warunków pracy.


Ustaliliśmy, że przyjadę do Niemiec, a pani, którą miałam zastąpić, zostanie ze mną przez kilka dni — dwa, może trzy — żebym mogła wdrożyć się w rodzaj pracy i poznać wszystkie obowiązki. I tak się stało.


Pojechałam tam autokarem. Przez pierwsze dwa–trzy dni byłam razem z osobą, która wcześniej pracowała w tym domu. Pokazała mi wszystko. W bardzo krótkim czasie musiałam przede wszystkim nauczyć się podstawowych, „kontaktowych” słów po niemiecku — takich, żebym wiedziała, czego się ode mnie oczekuje i co mam robić.


Kiedyś próbowałam uczyć się niemieckiego. Chodziłam na kursy, zaczynałam naukę w szkole, ale zmieniłam szkołę i porzuciłam kurs. Ten język był dla mnie strasznie wstrętny: twardy, nieprzyjazny, obcy. Za każdym razem rezygnowałam, zupełnie nie przypuszczając, że kiedyś go pokocham i że stanie się językiem, w którym będę myśleć.


Z czasem odkryłam, jak skutecznie uczyć się języka obcego. Odkryłam to ponad trzydzieści lat temu i do dziś uważam tę metodę za jedną z najlepszych. Najpierw uczy się słówek. Potem z tych słówek układa się zdania. Dopiero później przychodzi czas na gramatykę, kiedy słownictwo jest już na tyle duże, że stanowi bazę. Wtedy wszystko wchodzi znacznie łatwiej.


A potrzeba jest argumentem najmocniejszym ze wszystkich. Człowiek na obczyźnie musi zarabiać pieniądze i jakoś sobie poradzić. To najlepsza motywacja, by nauczyć się języka jak najszybciej.


Rodzina, do której trafiłam, składała się z męża i żony — tej drugiej bardzo chorej. Była sparaliżowana, mogła jedynie mówić i poruszać głową. Ręce i reszta ciała były całkowicie niesprawne. Pracowały jeszcze płuca i część układu wewnętrznego, ale ośrodkowy układ nerwowy był całkowicie zaatakowany.

Nie była to łatwa praca. Wymagała dużego wysiłku fizycznego, bo trzeba było dźwigać, mimo że dwa razy dziennie przyjeżdżała zawodowa opieka — Pflegedienst — żeby pomóc. Jedna osoba nie byłaby w stanie sama przenosić chorej, myć jej i wykonywać wszystkich czynności higienicznych.


Wszystko odbywało się przy użyciu specjalnych zawieszeń.

To było bardzo ciężkie i uciążliwe — nie tylko dla osoby chorej, ale dla całego otoczenia. Choroby takie jak stwardnienie rozsiane, wylew czy porażenie mózgowe odbijają się na wszystkich, zwłaszcza na najbliższych. Rozwalają całe rodziny, wpływają na psychikę, na codzienne funkcjonowanie.


Wytrzymałam tam dziewięć miesięcy. I teraz, pokrótce, opowiem, jak wyglądało tamtejsze życie i otoczenie.

Miejscowość była niemal uzdrowiskowa — mała, przepiękna, z oczkami wodnymi. Dom, w którym mieszkała rodzina, znajdował się na obrzeżach miejscowości. Za nim rozciągały się pola, a polnymi drogami często spacerowałam.


Sam dom był piętrowy, ale niezbyt duży. Skromny, sympatyczny, z małym ogródkiem i garażem. Mój pokój znajdował się na górze, z dostępem do łazienki. Na tym samym poziomie był gabinet męża chorej pani, z którego często korzystałam, ponieważ stał tam telefon. Było tam jeszcze jedno pomieszczenie, ale dziś już nie pamiętam, do czego służyło.


Z czasem nauczyłam się tam wielu rzeczy. Jedną z nich było prasowanie męskich koszul — czego wcześniej nigdy nie robiłam. W tym domu prasowało się właściwie wszystko, łącznie z bielizną. Na początku uczyłam się tej czynności, a potem wykonywałam ją już rutynowo. Prasowanie zajmowało mi sporą część dnia.


Moje pierwsze zakupy były dość ciekawe. Pani podawała mi nazwy produktów takie, jakie funkcjonowały potocznie, na przykład Handkäse. Tych nazw nie zawsze dało się znaleźć bezpośrednio na opakowaniach w sklepie, bo były to określenia zwyczajowe. Żeby kupić dany produkt, potrafiłam chodzić po sklepie nawet godzinę.


Krępowałam się jeszcze używać niemieckiego otwarcie — znałam swoje ograniczenia i wiedziałam, że języka wciąż nie znam dobrze.

Był jednak moment, kiedy coś całkowicie przerosło moje możliwości. W końcu przeprosiłam i poprosiłam o pomoc. Pokazałam kartkę z zapisaną nazwą produktu. Dopiero wtedy udało się zakończyć zakupy i wrócić do domu. Takie sytuacje zdarzały się kilka razy, ale z czasem minęły i wszystko zaczęło przebiegać znacznie sprawniej.


Poza językiem i pracami domowymi nauczyłam się tam także gotowania. Ta pani nie mogła mi w tym pomóc, więc musiałam stanąć na wysokości zadania. Znałam przygotowywanie potraw na różne okazje — takich, jakie robiło się w Polsce na imieniny czy przyjęcia: przekąski, galaretki, ciasta. Piec ciasta potrafiłam bardzo dobrze, ale nie przyznawałam się do tego, bo uważałam, że byłoby to dodatkowe, zupełnie niepotrzebne zajęcie. Rodzinę było stać na zamawianie ciast, a w Niemczech funkcjonował świetny system zamówień z katalogów piekarniczych, z dostawą do domu. Można było robić zakupy do zamrażarki, a jakość tych wypieków była znakomita — niemal jak domowe.


Nauczyłam się więc przede wszystkim gotowania codziennych potraw. Pewnego razu zbliżały się urodziny jednego z domowników — do dziś nie pamiętam, czy były to jej, czy jego urodziny. Zebrali się znajomi, ludzie, którzy jeszcze niedawno byli zdrowi, aktywni, młodzi duchem. Podróżowali po Europie, mieli wielu przyjaciół. A potem wszystko nagle się skończyło — podczas jednego z wyjazdów ta pani zaczęła tracić władzę w nogach. Od tego momentu zaczęła się straszna choroba związana z ośrodkowym układem nerwowym.


Padło pytanie: co robimy na urodziny? Ktoś zaproponował, żebym przygotowała coś polskiego. Zgodziłam się i zaczęłam planować. Chciałam zrobić coś na zimno i coś na ciepło.


Przygotowałam bigos — naprawdę bogaty, nafaszerowany składnikami. Zrobiłam galaretę mięsno-warzywną, w której byłam bardzo dobra. Wymyśliłam też własną potrawę: zapiekankę z ziemniaków, boczku i melonów, żeby przełamać smak. Ziemniaki były gotowane i krojone, na nich warstwa boczku, a na wierzchu pasy słodkiego melona. Całość została zapieczona i wyszła znakomicie.


Były też jajka faszerowane w majonezie — robiłam je od lat — oraz różne surówki warzywne. Chyba był też barszcz czerwony do picia, doprawiony czosnkiem, podany w kubkach. Przygotowałam dużą ilość jedzenia, bo gości było kilkanaście.

Impreza trwała od wczesnego popołudnia do wczesnego wieczora, ponieważ wszyscy wiedzieli, że w domu jest osoba chora i trzeba zachować określony rytm dnia.


Jedzenie znikało bardzo szybko. Goście zachwycali się potrawami, przychodzili do kuchni po dokładki — bigosu, zapiekanki, galaret, jajek. Zachwytom nie było końca.

Byłam z tego bardzo dumna. Był to jednak wysiłek, który nie wiązał się z żadną gratyfikacją ani szczególnym podziękowaniem ze strony gospodarzy. Uważali to po prostu za mój obowiązek. Pozostały mi jedynie podziękowania od gości.

Tak wyglądały moje kulinarne „sukcesy”.


Chodząc na zakupy, robiłam też coś w rodzaju rekonesansu po miejscowości — na tyle, na ile było to możliwe. Była naprawdę przepiękna. Przyjeżdżali tam ludzie z całych Niemiec, bo miejsce miało wyjątkowy mikroklimat. Dobrze się tam czułam. Było spokojnie, zielono, czysto. To była przestrzeń, w której można było odetchnąć.


Niestety zdarzyła się sytuacja, która zaważyła na dalszym pobycie w tej rodzinie. Stało się to tuż przed upływem dziewięciu miesięcy mojej pracy.

Mąż chorej pani, który zajmował się różnymi interesami — czymś w rodzaju dawnego komiwojażera — złożył mi propozycję. Zapytał wprost, co bym powiedziała na to, żebyśmy uprawiali ze sobą seks, i dodał, że będzie mi za to płacił.


Był to dla mnie szok.

Odpowiedziałam spokojnie, że doceniam jego szczerość i rozumiem jego sytuację, ale nie wyobrażam sobie takich relacji zawodowych. Powiedziałam, że byłam już dwukrotnie mężatką, choć to nie miało tu większego znaczenia — po prostu nie potrafiłam i nie chciałam czegoś takiego robić. Między nami nie było żadnej „chemii”.


Dodałam też, że rozumiem, iż w życiu zdarzają się różne sytuacje — ludzie czują do siebie sympatię, zdarzają się relacje między przełożonymi a pracownikami — nie jestem osobą zakłamaną ani naiwną. Ale w tym przypadku chodziło o coś zupełnie innego. Proponował, żeby działo się to w tym domu. Dla mnie było to absolutnie nie do przyjęcia.


Wiedziałam już wtedy, że taką samą propozycję złożył mojej poprzedniczce. Ona sama mi to powiedziała, prosząc, żebym nikomu o tym nie wspominała. To właśnie dlatego zrezygnowała z pracy.


Dla mnie było to ostateczne przekroczenie granicy. Już wcześniej byłam skrajnie obciążona —

fizycznie i psychicznie — opieką nad ciężko chorą osobą. Byłam tam nie tylko dla niej, ale także dla niego: jako osoba sprzątająca, prasująca, gotująca. Na więcej nie mogłam i nie chciałam się zgodzić.


W ten sposób mój pobyt tam dobiegł końca.

Byłam tam także w okresie bardzo ciężkich zim — i o tym warto wspomnieć. Jeździłam wtedy do Polski autokarem, nocnymi kursami. Nie pamiętam już nazwy firmy; była to duża firma przewozowa, z porządnymi autokarami wyposażonymi w toalety. Dziś raczej dominują mniejsze busy, wtedy jednak wyglądało to inaczej.


Pamiętam szczególnie jedną noc. Wyjazd był nocny. Dojeżdżało się do miejsca zbiórki, skąd odbierano pasażerów. Część ludzi jechała do rodzin, część turystycznie. Ja miałam dotrzeć do miasta, gdzie czekał na mnie mąż tej chorej pani.


Tego dnia panował mróz sięgający minus dwudziestu siedmiu stopni. Dobrze, że miałam prawdziwy, ciepły kożuch. W autokarze toaleta zamarzła. Na granicy — bo były to jeszcze czasy sprzed wejścia do Unii Europejskiej — żeby skorzystać z toalety, trzeba było przejść pieszo około półtora kilometra. Kolejki były ogromne, zwłaszcza nocą.


To była moja pierwsza praca za granicą — był rok 1997. Na granicy panował chaos, opóźnienia były potężne. Ten człowiek czekał na mnie, a ja dzwoniłam z budki telefonicznej — wtedy wciąż jeszcze istniały — informując go, że przyjazd się opóźni. Dobrze, że miałam drobne monety.


On kilka razy przyjeżdżał z powrotem do swojej miejscowości, bo nie mógł doczekać się na mnie. Potem role się odwróciły: najpierw on czekał na mnie długo, później ja czekałam na niego. W końcu udało nam się skontaktować i ustalić, że jestem już na miejscu.


Drogi były zasypane, zamarznięte, przejazd bardzo trudny. To była jedna z tych wyjątkowych zim, których się nie zapomina. Takie doświadczenia zostają w pamięci na zawsze.


To były moje przygody związane z tym miejscem pracy. Trudne, wymagające, momentami piękne, momentami graniczne. Z perspektywy czasu widzę, jak wiele mnie nauczyły — o ludziach, o sobie, o granicach, których nie wolno przekraczać.

3. Piękne trzy lata z Hubem w Heskem

Czy były to piękne lata z Hubem w Heskem?


Oczywiście. Choć pewnie nie w tym znaczeniu, jakie zwykle przychodzi ludziom do głowy.

Ela nagrała mi wtedy „metę”. Miałam się z kimś spotkać — gdzieś w okolicach, a właściwie dokładnie w Darmstadt. Z synem podopiecznej. Przyjechałam, czekałam. Czekałam długo. Były jakieś sygnały, miało się coś wydarzyć, ktoś miał się odezwać, ktoś kogoś wywołać — nazwisko, imię, cel spotkania. W końcu doszło do tego wywołania.


Podszedł do mnie mężczyzna. Mniej więcej w moim wieku, może odrobinę młodszy. Czarna broda, czarne, gęste włosy. Przy tuszy, ale jednocześnie bardzo ładny na twarzy. Odezwał się po niemiecku. Powiedział, żebym poszła z nim do samochodu — pojedziemy razem, bo jego szef nie mógł przyjechać, więc wysłał jego. Ma na imię Hubert. Zawiezie mnie na miejsce.


Wsiedliśmy do auta. Mercedes. Dobra klasa. Jedziemy. Myślę sobie: no tak… mężczyzna. Rozmowa. On wypytuje mnie, ja jego. Taka zwykła wymiana zdań, zanim jeszcze człowiek zobaczy, gdzie właściwie trafił.

Okazało się, że jadę do piekarni. Miałam zastąpić Greczynkę. Musiała wracać do swojego kraju.


Może powinnam zacząć od niej. Byłyśmy tam razem bardzo krótko — jeden dzień, kilka godzin. Opowiedziała mi, co i jak, gdzie się poruszać, co będzie należało do moich obowiązków. Ona nie musiała być tam cały czas — była dochodząca, choć jednocześnie mieszkała w tym samym pokoju, w którym ja miałam zamieszkać.


Miała bardzo dobrą koleżankę, która ją tam właściwie ściągnęła. Jeszcze jedna Greczynka — ta z kolei sprzątała w piekarni i w domu. Bo to był dom połączony z piekarnią. Dwupiętrowy. I ta dziewczyna w zasadzie opiekowała się babcią. Nie wiem dokładnie, z jakich powodów doszło do scysji między synem babci a tą Greczynką, ale coś się tam popsuło.

Pamiętam tylko, że ostrzegła mnie:

— Facet nie jest łatwy w kontakcie. Dużo pije. Pracuje ciężko, nocami.


Bo praca w piekarni to praca nocna. Ekspedientki sprzedawały w dzień, ale piekarze

pracowali od drugiej w nocy aż do rana. Potem szli spać. Towarem zajmowały się dziewczyny na zmianach — czasem dwie naraz, bo popyt był ogromny. Bułki, ciasta, torty. Chleba właściwie nie było, ale cała reszta — tak. Miałam po raz pierwszy w życiu możliwość zobaczyć, jak wygląda praca w piekarni od środka. Nigdy wcześniej tego nie znałam.


Greczynka była ze mną tylko chwilę. Syn właścicielki wtedy był w szpitalu. Cukrzyca. Poważne powikłania. Amputowane palce u stóp — stopa cukrzycowa. Do tego mąka, pył, nocna praca. Pylica. Oddychanie tym wszystkim przez lata. Nie znam się na medycynie, ale widziałam, że organizm już nie dawał rady.

Nie pamiętam imienia Greczynki, która sprzątała. Chyba Hela. Bardzo serdeczna dziewczyna. Pokazała mi miasto. Niewielkie, właściwie dzielnica Marburga, choć formalnie osobne miasto, z własnym urzędem i burmistrzem.


Na pożegnanie dała mi dywanik. Wełniany, z długim włosiem — czerwono-czarny. Piękny. Leżał u mnie długo, dopóki nie zjadły go mole.


Babcia była osobnym światem. Starsza pani, po udarze. Na początku poruszała się na wózku. Miała problemy z mówieniem, ale jakoś się dogadywałyśmy. Była bardzo życzliwa. Miała dwóch synów. Jeden zmarł na raka żołądka, zostawiając żonę i dwie córki. Ta synowa pracowała w cukierni jako ekspedientka, miała też pewne ambicje kierownicze, choć Frank nie dopuszczał jej do władzy. Relacje między nimi były napięte, ale ona sama była ciepła i serdeczna.


Była też Inga. Było kilku piekarzy — starszy pan, który przyjeżdżał Toyotą, i młody chłopak, świeżo po szkole, na praktyce. Bardzo sympatyczny. Później przeniósł się do dużej, nowoczesnej cukierni we Frankfurcie. Lepsze warunki, lepsze pieniądze.

Pamiętam jego tatuaże. Pierwszy raz widziałam wtedy, jak bardzo to boli. Miał kolorowy tatuaż na plecach i ramieniu, chodził z opatrunkiem, cierpiał. To on pośrednio dał mi impuls, by po czterdziestce przekłuć sobie uszy. W Niemczech tatuaże, makijaż permanentny, ciało — wszystko było bliżej, bardziej oswojone.

Syn, który prowadził piekarnię, był samotny. Kiedyś miał dziewczynę, ale matka jej nie zaakceptowała. Z czasem zdziadział. Miał pieniądze, konie wyścigowe, jeździł na tory w Bad Nauheim. Raz jego koń wygrał wyścig. Wygrał wtedy sporo pieniędzy.

Budynek był duży. Sklep od ulicy, za nim piekarnia. Zamrażarki, piece, wielkie urządzenia. Na parterze mały pokój, kuchnia. Schody na górę. Mój maleńki pokoik przy schodach. Salon, pokój Franka, pokój babci, taras nad piekarnią — z którego cały czas czuć było zapachy wypieków.

Na drugim piętrze łazienka. Duża, wykafelkowana. Dwa bidety, dwie umywalki — planowana dla przyszłej żony, która nigdy się nie pojawiła. Ja korzystałam z łazienki przy kotłowni, obok strychu. Tam były myszy. I karaluchy.

Karaluchy widziałam wcześniej tylko w szpitalu w Wałbrzychu — prusaki, małe. Tu zobaczyłam czarnego, ogromnego, pięcio-, sześciocentymetrowego. Stał na ścianie. To było straszne.

Trzy lata z Hubem

A właściwie trzy lata z karaluchami.

Choć tytuł tego rozdziału sugeruje postać Huberta, to ona była jego prawdziwym sercem. Babcia. Przez dekady była filarem rodzinnego przedsiębiorstwa — piekarni w Heskem, prowadzonej z dziada pradziada. Nawet zbliżając się do dziewięćdziesiątki, zachowywała tę specyficzną dla dawnych rzemieślników energię; trzymała wszystko żelazną ręką, budząc respekt swoją inteligencją i trzeźwością umysłu.

Wszystko zmieniło się po mikrowylewie. Sprawność fizyczna odeszła pierwsza, sadzając ją na wózku inwalidzkim, ale jej duch wciąż był obecny. Te dni wspominam z pewnym ciepłem — nasze wspólne popołudnia przed telewizorem, długie rozmowy o przeszłości rodu i zapachu chleba w Heskem. Mimo ograniczeń, dawałyśmy sobie radę. Piętro naszego domu skrywało ogromną łazienkę, w której codziennie toczyłyśmy swoją walkę o godność i higienę, i wygrywałyśmy ją.

Tragedia przyszła cicho, podczas moich krótkich, świątecznych odwiedzin w Polsce. Kilka dni wolnego stało się szczeliną, przez którą wdarło się nieszczęście.

Syn babci, chcąc ułatwić jej poruszanie się, zbudował drewniany podjazd nad stopniami łączącymi kuchnię z resztą pomieszczeń. Feralnego dnia, gdy był zajęty pracą w piekarni, a babcia została sama, konstrukcja zawiodła. Wózek przechylił się, a ona runęła w bok.


Gdy odebrałam telefon w Polsce, serce mi zamarło. „Babcia jest w szpitalu”. Dopiero później poznałam drastyczne szczegóły. Leżała tam, na zimnej terakocie przedpokoju, przez kilka nieskończenie długich godzin. W absolutnej bezradności, pośród karaluchów, które w tym domu były codzienną plagą, nie do wytępienia. Ten chłód i przerażenie doprowadziły do kolejnego, tym razem potężnego wylewu.

Kiedy wróciłam, dom był już inny. Babcia nie była już tą kobietą na wózku, z którą oglądałam telewizję. Stała się więźniem szpitalnego łóżka rehabilitacyjnego. Przez kolejne dwa lata moje życie splotło się z jej oddechem — karmienie, podawanie posiłków, które z czasem stawało się coraz trudniejsze, bo dłonie, które niegdyś formowały bochenki chleba, teraz nie potrafiły utrzymać łyżki. Choć przyjeżdżał Pflegedienst, to na moich barkach spoczywała ta najtrudniejsza, codzienna intymność opieki.


Wbrew pozorom, po powrocie ze szpitala życie babci toczyło się dalej i to całkiem dobrze. Starałam się, by domowa codzienność w niczym nie przypominała sterylnych, szpitalnych korytarzy. Moim największym polem walki stała się kuchnia. Przez cały miesiąc każdego dnia gotowałam coś innego, dbając o to, by dania były nie tylko pożywne, ale i pełne smaku. Babcia zawsze kochała moją kuchnię, a domownicy twierdzili, że gotuję świetnie.


Niestety, z czasem pojawił się problem, którego nie potrafiłam rozwiązać sercem ani kunsztem kulinarnym. Babcia przestała połykać. To nie był brak apetytu czy grymaszenie — to była fizyczna blokada. Coś w jej organizmie, prawdopodobnie nerwy sterujące krtanią i przełykiem, odmówiło posłuszeństwa po wylewie.

Mimo moich usilnych starań, każda próba karmienia stawała się coraz większym wyzwaniem, a lęk o to, czy babcia przyjmuje wystarczająco dużo pokarmu, narastał. W końcu medycyna musiała zastąpić tradycyjny posiłek. Stanęliśmy przed nieuniknioną decyzją o żywieniu dożołądkowym, bezpośrednim, które miało zapewnić jej przetrwanie tam, gdzie ciało nie dawało już rady.

Wokół pokoju babci, w którym czas zdawał się niemal zatrzymać, życie toczyło się swoim dawnym, intensywnym rytmem. Jej syn z rozmachem zarządzał piekarnią, sklepem i całym zespołem pracowników. Wśród nich był Hubert — postać niezwykle pracowita, niemal nieuchwytna w swoim pędzie. Choć miał swoją stałą posadę, weekendy spędzał u nas, dorabiając do domowego budżetu. Jego dzień zaczynał się długo przed świtem, gdy o czwartej rano rozwoził gazety. Później, w ramach wsparcia kolegi interesu, zajmował się transportem i uzupełnianiem tych dostaw, których zabrakło w regularnych, cotygodniowych transportach. Był człowiekiem, który zawsze znajdował miejsce na jeszcze jeden obowiązek. Był po rozwodzie, mając dwoje cudownych dzieciaków, jednocześnie osobą bardzo towarzyską i uwielbianą, Praca była wyjątkowa przez jej wielowątkowość, tzn.przebywanie z wieloma różnymi osobami codziennie w czasie godzin ich pracy, dzielenie wspólnych i ka ż dego z osobna problemów, zainteresowań, konflikty wynikające z pracy, napi ę cia itp.

Życie w cieniu piekarni i blasku Heskem

Praca w Heskem nie ograniczała się tylko do opieki. Nasza wieloosobowa załoga tworzyła barwną mozaikę charakterów, a ich losy splatały się z moimi także po godzinach pracy. Bywały chwile bolesne, jak nagła śmierć jednej z niezwykle sympatycznych pracownic, która odeszła niedługo po urodzeniu córki, przegrywając walkę z chorobą i wycieńczeniem organizmu. Ale były też momenty pełne młodości i energii — jak rozmowy z przystojnym chłopakiem dumnym ze swoich tatuaży, czy wspólne wypady z Ingą i Hubem na koncert Bruce Springsteena, który grzmiał na stadionie w Offenbach.


Staliśmy się zgraną grupą. Chodziliśmy na kręgle, robiliśmy wypady na grille i odwiedzaliśmy algierską restaurację pod Marburgiem, gdzie jedzenie było tak wyśmienite, że dopiero tam nauczyłam się, jak wielkie mogą być porcje. Patrzyłam z niedowierzaniem, jak dzieci Huba z lekkością pochłaniają zawartość ogromnych talerzy, podczas gdy ja czułam się pełna już po kilku kęsach. Z czasem jednak, zgodnie z przysłowiem „z kim przystajesz, takim się stajesz”, i ja zaczęłam doceniać te wspólne biesiady.


To radosne życie towarzyskie było moją odskocznią. Opieka nad starszą, dziewięćdziesięcioletnią osobą, leżącą na łóżku rehabilitacyjnym i karmioną sondą żołądkową, była ogromnym ciężarem — zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Mimo że babcia przestała mówić, wciąż miałyśmy kontakt. Rozmawiałyśmy oczami. Wiedziałam, że mnie lubi; wcześniej z ciekawością poznawała smaki polskiej kuchni, co dla osoby z jej pokolenia było nie lada nowością.


Właściciel piekarni, Frank, żył głównie swoimi końmi. Choć z czasem jego stajnia zubożała i został mu tylko jeden koń, wciąż odnosił sukcesy na torze wyścigowym. Frank traktował Huberta nie jak pracownika, ale jak przyjaciela, a przy okazji urodzin czy imienin zapraszał nas do luksusowej restauracji „Pod Smokiem”. To tam, w lecie 2001 roku, krótko przed śmiercią babci, po raz pierwszy jadłam sałatkę z homara. Kosztowała fortunę — pamiętam, że płaciliśmy już wtedy w euro — ale smak tego luksusu zapadł mi w pamięć na zawsze.

Konie na piasku i pałacowe jezioro

Nasze wspólne życie z Hubem to nie tylko praca i Heskem, ale też przepiękne podróże z jego dziećmi. Pamiętam nasze dwa tygodnie w Holandii. To tam po raz pierwszy widziałam coś zdumiewającego: robotnicy rozbierali brukowaną ulicę, usuwając kamienie tylko po to, by odsłonić piach dla koni. Odbywały się tam wtedy wyścigi zaprzęgów — takich jednoosobowych powozów, które znałam wcześniej tylko z opisów Joanny Chmielewskiej w „Krokodylu z kraju Karoliny”. Widok tych koni pędzących wzdłuż miejskiej ulicy był niesamowity. Nasze dwa tygodnie w Holandii zapamiętałam jako czas niemal bajeczny. Mieszkaliśmy w urokliwym domu przy głównej ulicy, prowadzonym przez niezwykle serdecznych gospodarzy. Największą atrakcją był nasz taras — mieliśmy z niego idealny widok na ulicę, która na czas wyścigów zaprzęgów zmieniała się w piaszczysty tor.


Dni upływały nam na zwiedzaniu miasta i zakupach, a moją uwagę przykuł zwłaszcza ogromny, monumentalny budynek kasyna. Gdy potrzebowaliśmy odpoczynku, ruszaliśmy na cudowną plażę, pełną kolorowych leżaków i parasoli. Prawdziwą magię poczuliśmy jednak podczas festiwalu muzyki. Cały deptak tętnił życiem — co kilka metrów trafialiśmy na inny zespół i zupełnie inny rodzaj brzmień.


Przechodziliśmy tak pół nocy, chłonąc tę niezwykłą atmosferę, a rano, bez pośpiechu, odsypialiśmy nocne spacery na nagrzanej słońcem plaży. Było po prostu przepięknie.

Mieszkaliśmy w urokliwym pensjonacie prowadzonym przez cudownych gospodarzy. Na dole mieściła się restauracja, gdzie akurat trwał sezon na homary. Choć widziałam, jak je przywożą, nie chciałam naciągać Huba na takie koszty — podróżowanie z dwójką dzieci i tak było już sporym wydatkiem. Dzieciaki zresztą były wspaniałe, bardzo grzeczne i świetnie wychowane, mimo że ich rodzice byli po rozwodzie. Między Hubem, a jego byłą żoną panował szacunek, co bardzo szanowałam.


Później przyszedł czas na urlop w Polsce. Zabrałam ich do Wolsztyna, miejsca, które znałam od lat. Tym razem jednak nie spaliśmy w skromnych domkach kempingowych w Karpicku, lecz w samym Pałacu Wolsztyńskim. Obiekt był świeżo po remoncie, a pokoje miały najwyższy standard, z przepięknymi łazienkami. Ten biały, kolumnowy gmach położony w parku nad samym jeziorem stał się tłem dla naszych najpiękniejszych wspomnień — wspólnego łowienia ryb, wieczornych tańców i niekończących się rozmów.


W Wolsztynie było naprawdę przepięknie. Wolsztyn przywitał nas feerią barw i dźwięków. Miałam już stamtąd swoje własne, niemal legendarne wspomnienie — chwilę, gdy na samym środku jeziora udało mi się złowić ogromnego węgorza. Jednak tym razem miasto żyło wielkim świętem, które odbywało się tuż obok naszego Pałacu. Hotel i restauracja tętniły życiem, a z oddali, z drugiego brzegu parku, dobiegały rytmiczne dźwięki muzyki z tanecznego podestu.


Prawdziwa magia działa się jednak przy samej wodzie. Przy pałacowej plaży cumowała łódź — a właściwie przystrojony lampionami i kolorowymi girlandami pływający pojazd, który zabierał gości w nocne rejsy. Tłumy były nieprzebrane; przyjechali ludzie z całego kraju, a nawet z zagranicy, przypominając mi zloty motocyklistów, które tak często odbywały się w pobliskim Karpicku.

Wraz z Hubem postanowiliśmy dołączyć do zabawy. Hub był postawnym, zadbanym mężczyzną, ważącym dobre sto trzydzieści kilogramów, co przy moich niespełna sześćdziesięciu sprawiało, że czułam się przy nim krucho. Gdy weszliśmy na pokład, całe szczęście, że łódź wyposażona była w solidne, wysokie barierki. Sternicy, sami będąc już w nader radosnym, „świątecznym” nastroju po kilku piwach, prowadzili jednostkę śmiało, a łódź zdawała się płynąć po tafli jeziora niemal tanecznym, nieco chwiejnym krokiem.


Podczas gdy inni biesiadowali pod pokładem przy stolikach, my — zakochani i pełni szczęścia — trzymaliśmy się kurczowo barierek, chłonąc widoki. Jezioro otoczone nocnymi iluminacjami wyglądało bajecznie, jak dekoracja do najpiękniejszego snu. Nigdy wcześniej ani później nie uczestniczyłam w czymś tak magicznym. To był wieczór idealny, a przecież wiedzieliśmy, że to jeszcze nie koniec — kolejny dzień obiecywał nowe atrakcje.

Śladami Kocha i leśnych ścieżek

Wolsztyn to nie tylko jezioro i huczne zabawy. To miasto ma w sobie niezwykły spokój, który odkrywaliśmy podczas długich spacerów. Chodziliśmy po urokliwych uliczkach, odwiedzając między innymi Muzeum Roberta Kocha — słynnego noblisty i odkrywcy prątków gruźlicy, który właśnie tutaj, w Wolsztynie, prowadził swoje badania. Fascynujące było poczucie, że stąpamy po tej samej ziemi, co człowiek, który zmienił historię medycyny.


Jednak to lasy wokół Wolsztyna i Karpicka były naszym prawdziwym azylem. Czyste, pachnące żywicą i mchem, zapraszały nas na wielogodzinne wyprawy. Byliśmy zapalonymi grzybiarzami — te wspólne chwile, gdy wśród drzew szukaliśmy skarbów polskiej natury, dawały nam ogromną radość i wytchnienie od codzienności. To tam, w ciszy lasu, odpoczywaliśmy najlepiej, ciesząc się swoją obecnością i pięknem przyrody, która w Lubuskim/ Wielkopolsce wydawała się wyjątkowo szczodra.

Rodzinne podróże i lekcja pokory

Nasze wspólne życie z Hubem dopełniały dzieci — dziewczynka i chłopczyk. Były to dzieci przepiękne i niezwykle radosne, a przy tym wspaniale wychowane. Podczas naszej długiej podróży samochodem do Holandii czy Polski, nieraz słyszałam dochodzące z tylnej kanapy słynne pytania: „Tato, daleko jeszcze?”, które znałam już z autopsji. Mimo że ich rodzice byli po rozwodzie, panował między nimi ogromny szacunek. Obserwując ich, doszłam do wniosku, że czasem szanujący się ludzie muszą się rozstać właśnie dla dobra dzieci, by oszczędzić im życia w napięciu.


Te podróże były dla nas okazją do pokazywania dzieciom świata, ale jedna z nich — wizyta w moich rodzinnych stronach — przyniosła niespodziewaną lekcję. Hubert był autentycznie oczarowany Świdnicą. Podziwiał architekturę rynku, Katedrę oraz unikatowy Kościół Pokoju, zbudowany bez użycia ani jednego gwoździa. Czuł się tu niemal jak w rodzinnym mieście, dopóki sielanki nie przerwał incydent na ulicy Długiej.


Gdy szliśmy, rozmawiając po niemiecku, grupka dzieciaków zaczęła wykrzykiwać w naszą stronę nienawistne „Heil Hitler”. Poczułam wtedy paraliżujący wstyd. Zatrzymałam się i ku ich zdumieniu odpowiedziałam czystą polszczyzną: — Wstyd mi za was! Wstyd mi, że tak niegodnie się zachowujecie. Ten pan nie jest niczemu winien, jest za młody, by uczestniczyć w wojnie. On bardzo lubi Polaków i dlatego tu przyjechał, a przez was wywiezie stąd tylko złe wspomnienia.

Hubert, choć nie rozumiał słów, wyczuł płynącą od nich agresję. Było mi potwornie przykro, że ta chwila bezmyślności rzuciła cień na jego zachwyt nad moim krajem.

Świąteczne chwile u Rosy

Nigdy nie zapomnę, jak szwagierka Franka, Ro se, zaprosiła mnie do siebie na Boże Narodzenie. To właśnie dzięki niej mogłam zobaczyć, jak niemieckie święta różnią się od naszych. Choć w sklepach marketing zaczynał się już miesiąc wcześniej, w samych domach panował spokój. W Niemczech Wigilia nie jest tak „napompowana” jak w Polsce; to skromny wieczór z choinką, po którym czasem idzie się na pasterkę do kościoła ewangelickiego.


Prawdziwe świętowanie zaczęło się w pierwszy dzień świąt, kiedy zasiadłam do obiadu z Ro se i jej dwiema bardzo sympatycznymi córkami. Spędziliśmy wspólnie kilka przepięknych godzin, rozmawiając i ciesząc się swoim towarzystwem. Atmosfera była niezwykle ciepła i rodzinna. Na stole królowało Sauerbraten — tradycyjna, marynowana pieczeń wołowa, która w połączeniu z kluskami i czerwoną kapustą smakowała wybornie. Do tego podano całą masę ciast i innych kulinarnych przysmaków. Byłam ogromnie wdzięczna Ro se za to zaproszenie. Dzięki niej poczułam się tamtej zimy nie jak pracownica, ale jak bliski członek ich wspólnoty. To jedno z moich najmilszych i najważniejszych wspomnień

Bolesny finał i medyczny cud

Aktywny tryb życia, który prowadziliśmy z Hubem, w pewnym momencie wystawił mi wysoki rachunek. Po godzinach gry w kręgle, trzech godzinach szaleńczego tańca na koncercie Bruce’a Springsteena w Offenbach-Bieber oraz intensywnym czasie w Wolsztynie, moje kolana odmówiły posłuszeństwa. Pojawił się potworny ból i ogromna opuchlizna. Diagnoza postawiona przez lekarza w Polsce była druzgocąca: woda w stawach i wizja nieuchronnej operacji.

Byłam zdruzgotana. Ból stał się tak silny, że w drodze powrotnej do Niemiec nie mogłam usiąść za kierownicą. Całą trasę pokonałam na fotelu pasażera, trzymając usztywnione nogi na przedniej szybie, bo tylko ta pozycja pozwalała mi przetrwać podróż. Huba prowadził sam, dbając o bezpieczeństwo nasze i dzieci, a ja w milczeniu walczyłam z cierpieniem.

Po powrocie do Niemiec, ledwo powłócząc nogami, trafiłam do miejscowego lekarza. Był to niezwykle prężny i inteligentny człowiek o wielu specjalizacjach, w tym z zakresu medycyny sportowej. Po krótkiej obserwacji mojego chodu postawił zaskakującą diagnozę: to nie kolana były pierwotnym problemem, lecz stopy. Zamiast na stół operacyjny, skierował mnie do specjalisty od ortopedycznych wkładek leczniczych.


Proces ich przygotowania był fascynujący — wymierzono moje stopy pod wieloma kątami na specjalnej platformie. Przez trzy tygodnie oczekiwania ratowałam się jeszcze tabletkami przeciwbólowymi, ale moment, w którym włożyłam gotowe wkładki do butów, był jak cud. Ból kolan ustąpił niemal natychmiast, a po kilku dniach zeszła cała opuchlizna. Operacja, która wydawała się nieunikniona, stała się tylko mglistym wspomnieniem.


Tym pozytywnym akcentem, będącym dowodem na to, że nawet po wielkim bólu przychodzi ulga, pragnę zakończyć rozdział o moich przepięknych trzech latach spędzonych w Heskem.

4. Winnice Koblencji

Kolejny etap mojej pracy zaprowadził mnie do Bendorf. Trafiłam tam, podobnie jak wcześniej, z polecenia pani Eli. Zamieszkałam w domu położonym na malowniczym wzniesieniu — był to budynek typu bungalow, przestronny, z długim przedpokojem, od którego odchodziły wejścia do poszczególnych pokoi. Rodzina składała się z matki oraz jej dorosłych dzieci: córki i syna. Częścią tego domowego świata była też pani Danuta, Polka, która dawniej pracowała tam jako gospodyni i choć już z nimi nie mieszkała, wciąż była traktowana niemal jak członek rodziny.


Moim głównym zadaniem była opieka nad mamą — starszą, niezwykle kulturalną i wykształconą kobietą. Choć pojawiały się u niej pierwsze oznaki demencji, wciąż była przeuroczą osobą, z którą nawiązałam wspaniały kontakt. Moje dni wypełniało gotowanie, sprzątanie i dotrzymywanie jej towarzystwa. Wieczorami oddawałyśmy się grom towarzyskim, które ona uwielbiała. Wiedziałam, że to dla niej ważna mobilizacja umysłowa, a dla nas obu — czas budowania bliskości.


Dom otaczał niewielki ogródek, ale od początku postawiłam sprawę jasno: ze względu na problemy z kręgosłupem nie mogłam zajmować się pracami w ziemi. Skupiłam się na tym, co działo się wewnątrz bungalowu i na komforcie mojej podopiecznej.


Zupełnie inne relacje łączyły mnie z córką starszej pani. Była to kobieta mniej więcej w moim wieku, ale dzielił nas ogromny dystans. Prowadziła prawdopodobnie jakąś restaurację czy klubokawiarnię — nie dopytywałam o szczegóły, ale widziałam, że dom był dla niej tylko przystankiem. Wyjeżdżała w południe, wracała późno w nocy, zawsze sztywna, służbowa i dziwnie nieufna. Czułam od niej chłód, jakbym swoją obecnością miała jej w czymś zagrażać, choć przecież byłam tam po to, by ułatwić jej życie i zaopiekować się matką, gdy ona znikała na całe dnie.


Było lato, a ja miałam tam swój samochód. Nie liczyłam się z kosztami benzyny czy eksploatacją auta — posiadanie własnego środka transportu dawało mi bezcenne poczucie wolności w tym nowym, nieznanym jeszcze miejscu.

Sady, słońce i „akcja pod drzewkiem”

Nasze wspólne dni w Bendorf nie ograniczały się tylko do gier towarzyskich w bungalowu. Wykorzystywałyśmy moje auto, by zwiedzać tę malowniczą okolicę. Bendorf słynie z przepięknych sadów owocowych i kojących strumyków — było tam mnóstwo miejsc, które cieszyły oczy.


Podczas tych wypraw demencja mojej podopiecznej dawała o sobie znać w najmniej oczekiwanych momentach, co czasem prowadziło do sytuacji tyleż kłopotliwych, co zabawnych. Pamiętam jeden upaln y d zień, gdy podczas spaceru panią nagle przycisnęła fizjologiczna potrzeba. Nie było

w pobliżu żadnej toalety, więc zaproponowałam proste rozwiązanie: — Niech pani kucnie tutaj szybko przy tym drzewku, ja panią ubezpieczę.


Moja podopieczna, osoba bardzo szczupła i początkowo mocno skrępowana, w końcu mi zaufała. Trzymała się gałęzi, a ja pomagałam jej ściągnąć spodenki, pilnując, by nikt postronny nas nie nakrył. Gdy było po wszystkim, była niesamowicie szczęśliwa i wdzięczna. — O, jak dobrze, że mi pomogłaś! Teraz możemy spacerować dalej — mówiła z ulgą. Śmiałam się wtedy, mówiąc, że przecież każdemu może się to zdarzyć, a w razie czego po prostu przeprosiłabym przechodniów. Mimo tego sukcesu, pilnowałam, byśmy nie zostawały na słońcu zbyt długo — upał bez nakrycia głowy był niebezpieczny dla nas obu.

Syn w cieniu wielkiego świata

W domu rzadko widywałam syna mojej podopiecznej. Mieszkał we Frankfurcie, gdzie pracował prawdopodobnie w branży logistycznej. Jego życie wydawało się niezwykle intensywne i nowoczesne w porównaniu do spokoju bungalowu na wzniesieniu. Ciągle słyszałam od jego matki, że właśnie wylatuje do Emiratów. W tamtym czasie trwała tam wielka akcja budowlana — wznoszono Burdż Chalifa, najwyższy budynek świata. Syn brał udział w tym gigantycznym przedsięwzięciu, czy to przy samej konstrukcji, czy przy infrastrukturze. Choć był niemal nieobecny w codziennym życiu matki, jego sukcesy i dalekie podróże były stałym tematem naszych rozmów przy herbacie.


Kuchnia pełna nauki i polska pomoc


Moja praca w Bendorf była lżejsza dzięki obecności pani Danuty. To była niezwykle sympatyczna Polka, która znała tę rodzinę od lat. Choć byłam doświadczoną kucharką, to właśnie ona zdradziła mi sekrety ulubionych potraw mojej podopiecznej. Ja sama nie przepadałam za daniami na słodko, ale starsza pani uwielbiała placuszki z jabłkami. Danusia pokazała mi, jak przygotować je idealnie — puszyste i pachnące. Nauczyła mnie też praktycznych sztuczek, choćby jak błyskawicznie i drobno siekać cebulę.


Pani Danuta bardzo doceniała moje podejście do chorych. Widziała, że mam naturalny dar i cierpliwość do osób z początkami demencji. — Słuchaj, jesteś taką obrotową dziewczyną, świetnie sobie radzisz — mówiła mi często. — Bądźmy w kontakcie. Tutaj jest mnóstwo osób potrzebujących takiej opieki, w razie czego pomogę ci znaleźć kolejną dobrą pracę. Czułam w niej szczere wsparcie, co sprawiało, że mój pobyt w Bendorf przypominał momentami raczej urlop niż ciężką służbę.

Spotkanie w Park u Egzotycznych Drzew

Pewnego dnia odwiedziła mnie koleżanka ze Świdnicy, która pracowała niedaleko, u matki żony pewnego profesora. Przyjechały do nas eleganckim, luksusowym autem. To był wyjątkowy dzień — zabrałyśmy moją podopieczną i wspólnie wybrałyśmy się na wycieczkę do niezwykłego miejsca: Exotenwald, czyli Parku Drzew Egzotycznych.


To miejsce było absolutnie fascynujące. Spacerowałyśmy alejkami wśród drzew sprowadzonych z całego świata — z Kanady, Stanów Zjednoczonych i innych odległych zakątków. Do dziś mam przed oczami te niesamowite okazy. Nigdy nie zapomnę alejki z drzewami, których kora była miękka niczym gąbka. Można było włożyć w nią palec, a po jego wyjęciu struktura pnia wracała do swojego pierwotnego kształtu — coś niesamowitego! Podziwiałyśmy też ogromne sekwoje o potężnych pniach i inne unikatowe rośliny, obok których nie sposób było przejść obojętnie. Ta wyprawa, w towarzystwie pani profesorowej i mojej przyjaciółki, była prawdziwą ucztą dla ducha i dowodem na to, że praca opiekunki może otwierać drzwi do tak pięknych doświadczeń.

Piękny park i cienie nad bungalowem

W Parku Egzotycznych Drzew spędziłyśmy z moją podopieczną, koleżanką i panią profesorową kilka naprawdę pięknych godzin. Siedziałyśmy na ławeczkach, rozmawiając o wszystkim i o niczym. To było niesamowite, jak szybko między nami — osobami, które wcześniej się nie znały — nawiązały się wspaniałe relacje. Co ciekawe, o tym, że ten park jest słynny na cały świat, dowiedziałam się dopiero od pani profesorowej; domownicy, u których pracowałam, nigdy o tym nie wspomnieli.

Po tym radosnym czasie nad Bendorf zaczęły jednak gromadzić się chmury. Wszystko zaczęło się od okien w sypialni starszej pani. Miałam je umyć, ale mimo moich starań, ciągle wydawały się zamazane, jakby pokryte jakąś tłustą powłoką, której nie dało się usunąć. Gdy przyjechała siostra mojej podopiecznej i wytknęła mi niedomyte szyby, starałam się je poprawić, ale efekt wciąż mnie nie zadowalał.

„Zebranie” i trudna decyzja

Niedługo później córka starszej pani zorganizowała oficjalne spotkanie, w którym uczestniczyłam ja, jej mama oraz nasza wspólna znajoma, Danuta. To, co usłyszałam, mocno mnie ugodziło. Córka wygłosiła przemowę, w której wypunktowała swoje pretensje: od nieszczęsnego okna, przez nasze wspólne wieczorne gry i rozmowy, aż po moje rozmowy telefoniczne z mamą w Polsce.


Szczególnie zabolał mnie zakaz wspólnego jeżdżenia moim samochodem. Mimo, że sama płaciłam za benzynę i był to mój prywatny pojazd, córka nie życzyła sobie tych wycieczek. Przeszkadzało jej nawet to, że raz dziennie dzwoniłam ze stacjonarnego telefonu do mamy — choć miałam na to zgodę pani domu, a w czasach przed wejściem Polski do Unii roaming był niezwykle drogi.


Słuchałam tej litanii zarzutów w milczeniu, ale gdy córka skończyła, moja reakcja była natychmiastowa. Nie zamierzałam tłumaczyć się z rzeczy, które robiłam z dobroci serca i dla komfortu jej matki. — Ile czasu potrzebujecie państwo na znalezienie kogoś na zastępstwo? — zapytałam krótko. — Bo ja w takim razie nie zostanę tutaj ani dnia dłużej.

Wiedziałam jedno: moja praca i szacunek do samej siebie są warte więcej niż przebywanie w miejscu, gdzie serdeczność jest brana za przewinienie.

Łzy i pożegnanie

Moje pytanie o czas na znalezienie zastępstwa wywołało natychmiastową i gwałtowną reakcję. Starsza pani, właścicielka bungalowu, wybuchnęła szczerym, żałosnym płaczem. To ona, a nie jej córka, była panią tego domu; to ona wraz z mężem, który zmarł niedługo przed moim przyjazdem, budowała to miejsce. Córka, wciąż nosząca żałobę po ojcu, miała z nim najwyraźniej znacznie lepsze relacje niż z matką. Ten brak porozumienia między nimi rzucał cień na całą atmosferę domu.


Gdy córka zobaczyła łzy matki i moją nieugiętą postawę, nagle zaczęła „odkręcać” sytuację. Próbowała wycofać się ze swoich słów, złagodzić ton, ale dla mnie sprawa była już przesądzona. — Nie, nie ma sensu tego naprawiać — powiedziałam spokojnie. — Od początku stawiałam sprawy jasno. Mówiłam, że muszę dzwonić do mojej mamy, bo jest sama. Widzę, że pani mama czuje się ze mną świetnie, ale nie chcę stawać jako sztuczna bariera między córką a matką.


Moja podopieczna błagała mnie, bym została: — Nie odjeżdżaj, zostań z nami! — powtarzała przez łzy. Serce mi pękało, bo naprawdę polubiłam tę starszą panią. Wiedziałam jednak, że moje dalsze przebywanie tam oznaczałoby ciągłą walkę z niezdrowymi emocjami córki. Moim zadaniem była opieka, mobilizacja jej umysłu i ciała, a nie bycie tarczą w rodzinnych konfliktach. Musiałam odejść, by zachować własny spokój i szacunek do samej siebie.


Tak oto zakończył się mój „urlop” w Bendorf — miejsce, które miało być wytchnieniem, stało się dla mnie ważną lekcją o tym, jak cienka jest granica między profesjonalną opieką a byciem uwikłanym w cudze, skomplikowane życie.

5. AACHEN — w tle WTC i alergia

Do Aachen dojechałam oczywiście z polecenia pani Eli. Byłyśmy już wtedy na „ty”, na tym etapie mojego pobytu w Niemczech. Przyjechałam w niedzielę, w godzinach popołudniowych. W mie ście czekała na mnie jej córka — bardzo sympatyczna, niesamowicie szczupła, wręcz chudziutka. Kiedy ją zobaczyłam, aż się przestraszyłam. Miałam w sercu jakiś ucisk, ale nie chciałam nic mówić, żeby jej nie zrazić. Potem okazało się, że ona po prostu tak wygląda z natury, a poza tym robiła to trochę na własne życzenie. Dużo paliła papierosów, piła czerwone wino — regularnie, co wieczór około pół butelki — i mało jadła. Do tego sporo ruchu — ogromne obiekty unijne, stres, bieganie. Ale mimo tego była bardzo sympatyczna. Spotkałyśmy się na ulicy. Powiedziała mi, jak wjechać do garaży podziemnych.

T o “dobre miejsce” skończyło się tym, że pierwszy i ostatni raz w Niemczech ktoś mi porysował cały przód nowego samochodu. Szerokie pasy, głębokie. Były kamery, ale nie zgłaszałam — nie miałam siły biegać po policji. Budynek, do którego trafiłam, był bardzo wysoki, bo stał na podwyższeniu i górował nad miastem. Obok była boczna uliczka — tam chodziłam na zakupy.

Mieszkanie na ostatnim piętrze — szóstym albo siódmym — z windą i loggią z pięknym widokiem. Z balkonu widziałam wysyp latających balonów, kolorowych, ogromnych. Bałam się, że któryś siądzie na dachu. Widać też było katedrę acheńską, choć w remoncie — całą w rusztowaniach, ze ściętą kopułą i wieżyczkami. W domu były dwie córki babci: R one — bardzo sympatyczna — i ta druga, wiecznie niezadowolona.

Pracę zaczęłam normalnie. Babcia była cudowna. Problemem był kot — o którym nie wiedziałam, a od którego dostałam strasznego uczulenia. Rany pod biustem, spuchnięte oczy, swędzenie. Dopiero po latach dowiedziałam się, że olejek eukaliptusowy mógłby mnie uratować w kilka dni. Kot mnie męczył nocami, ale znalazłam na niego sposób. Aachen było przepiękne, wielokulturowe, spokojne, blisko Belgii. Taki luz belgijsko holenderski, inny niż we Frankfurcie. Były ogródki przydomowe, mili ludzie, wszystkiego blisko.

Kot drapał regularnie w moje drzwi, zwłaszcza nocą, jakby właśnie wtedy miał najwięcej energii. Moje nerwy były już na postronku i nie wiedziałam, co z tym zrobić. Przecież nie będę kota bić ani ganiać — to nie w moim stylu. Wstawałam, odganiałam go, a on i tak wracał. Był przyzwyczajony, bo poprzedniczka trzymała go u siebie w pokoju, spał z nią i wyrobił sobie stały rytuał.

Problem w tym, że ja miałam uczulenie na sierść kotów. To dla mnie była tragedia — oczy puchły, swędziały, powstawały jakieś kaszaki, cała okolica powiek była podrażniona. Tu właśnie zaczęła się cała poważna afera z moimi oczami i z chorobą, która później okazała się jaskrą. Miałam krople do oczu, ale zapomniałam, że można ich używać tylko tydzień. A ja zużyłam całe opakowanie…

I jeszcze jedno: paliłam. Oczywiście, paliłam papierosy, tak jak wszyscy tam. W pokoju też, bo nikomu to nie przeszkadzało — balkon był otwarty prawie cały czas, więc mieszkanie się wietrzyło. Ale zdarzył się moment, który mnie naprawdę przeraził. Zobaczyłam nagle jakby cała chmura dymu wisiała w pokoju, jakby ktoś podpalił niewidzialną watę. Przetarłam oczy, myśląc: „Matko Boska, co się dzieje?” Po chwili mi przeszło, ale swędzenie wracało — a kot, oczywiście, był tam cały czas i musiał być. On był domownikiem. Ja — tylko gościem.

W końcu znalazłam sposób. Niedaleko był sklep z artykułami do obrony osobistej. Były tam różne rzeczy: markery broni, gaz, może nawet prawdziwa broń — ale mnie na to nie było stać, zresztą jedną już miałam. Kupiłam natomiast gaz pieprzowy. I pewnej nocy popsikałam nim dywan przed drzwiami. Nawet same drzwi.

I był święty spokój. Problem kota skończył się natychmiast.

Co ciekawe, w tym miejscu nauczyłam się czegoś pięknego — poznałam tutejszą „bieda-zupę”. Składała się ze świeżych obranych ogórków, dwóch gotowanych i rozgniecionych ziemniaków, czterech ząbków czosnku i kilku krewetek, czterech–pięciu sztuk. Wszystko gotowało się razem, dodawało mnóstwo koperku, sól, pieprz do smaku. Później trzeba było to przetrzeć — nawet z krewetkami. Ale efekt? Najlepsza zupa-krem w moim życiu.

Moja polska sąsiadka, starsza pani, powiedziała tylko: „Jani, jaka ta zupa jest tania i dobra.” I miała rację. To była rewelacja, choć trochę czasochłonna.

Niedaleko były też sklepy — markety, jakieś Rewe, Lidl, Aldi, wszystko praktycznie obok siebie. Prawie w centrum miasta. Wychodziło się z budynku w dół, mijało przydomowe ogródki, beczki, wszystko było zrobione pięknie i schludnie. Tam chodziłam na zakupy.

Pewnego dnia, wracając z zakupów, weszłam do domu. Babcia — moja podopieczna — oglądała telewizję. Ona już niewiele chodziła, problemy z krążeniem, nogami… A tyle lat paliła. To musiało mieć swoje konsekwencje.

Weszłam i patrzę: na ekranie pali się jakaś wieża. Myślę: „Sensacja? Jakiś film?” Pytam ją, co to jest. A ona: „Wiesz co? Sama nie wiem.” A kiedy wyszłam ponownie po coś, czego zapomniałam kupić, zobaczyłam twarze ludzi. Jakby każdy niósł w sobie własną, małą apokalipsę. Jedni szli szybkim krokiem, jakby uciekali przed czymś, co ich goniło. Inni wlekli się powoli, jakby nie mieli dokąd wrócić. W ich oczach było zmęczenie, takie głębokie, jakby nie spali od miesięcy.

I pomyślałam wtedy, że coś bardzo złego dzieje się z nami wszystkimi. Jakby każdy był gdzieś obok siebie — niby obecny, a jednak nieobecny. Jakby życie poszło ludziom przodem, a oni zostali z tyłu, dusząc się w swoich lękach, rachunkach, chorobach i zmartwieniach, których nikt nie chce słuchać.

Idąc, miałam wrażenie, że wszyscy są tacy… przeźroczyści. Jakby ich można było przejść na wylot. I to było najgorsze — ta niewidzialność, która wsiąkła w każdą ulicę, w każdy krok, w każdy oddech. A ja szłam i czułam, że też zaczynam być jak oni: pusta, zmęczona, wycofana. Tylko że u mnie to było świeże, świeżo rozerwane. A u nich jakby zakrzepłe.

Rozpakowywałam zakupy, ale relacja leciała cały czas. Coś mnie tknęło. Podchodzę bliżej, bo oczy już miałam słabe, okulary, jaskra — więc przysuwam się prawie nosem do telewizora i czytam paski.

I nagle zamarłam. Na ekranie ludzie skakali z płonącej wieży.

Patrzę — i widzę, że przecież znam te wieże. To World Trade Center. W Nowym Jorku. I wtedy zrozumiałam, że to nie jest film. To była relacja na żywo, nie jakiś zapis, nie wspomnienie, tylko czyste, nagie „tu i teraz”.

W Aachen miałam też przygodę, którą warto zaznaczyć, bo nigdy wcześniej coś takiego mi się nie zdarzyło. To była przygoda z nietoperzami. Budynek, w którym mieszkałam, był bardzo wysoki — nie tyle liczbą pięter, ile tym, że stał na podwyższeniu i przez to górował nad miastem. Centrum i rynek były wprawdzie jeszcze trochę wyżej, ale sam budynek i tak wyrastał ponad większość okolicy.

Latem, kiedy były upały, a okna zostawały uchylone na noc, nietoperze często wlatują tam, gdzie nie powinny. I tak właśnie kilka razy trafiły do nas — właściwie do mieszkania, a dokładniej… w łapy kota. Zawsze to ja je znajdowałam. Jeden nietoperz był tak pokiereszowany przez kota, że nie dało się go uratować. Oczywiście nie dotykałam go gołymi rękami — wiedziałam, że nietoperze mogą przenosić różne choroby, w tym wściekliznę, a i o kota się bałam, bo kot również może być nosicielem.

Wezwałyśmy dozorcę budynku. Przyszedł w odpowiednich rękawicach i wyniósł tego pierwszego, którego trzeba było zutylizować. Drugiego, tego mniej uszkodzonego, udało mi się złapać we własnych rękawicach — wspólnie z dozorcą go zabezpieczyliśmy. Najpierw zamknęliśmy kota w innym pomieszczeniu, żeby dalej nie atakował nietoperza. Po jakimś czasie daliśmy mu trochę wody, postawiliśmy go na oknie i… poleciał. Uratowany.

Nietoperze bardzo często widuję u siebie w Polsce, wieczorami koło budynku — ale nigdy nie miałam ich w mieszkaniu. A właściwie, teraz sobie przypomniałam: dawno, dawno temu, jeszcze zanim były siatki przeciw owadom, kiedy wieczorami otwierało się okna, wpadało nam do mieszkania mnóstwo chrabąszczy. I raz wleciał też nietoperz. Na szczęście udało się go wtedy szybko wygonić.

I zobacz — człowiek zaczyna opowiadać jedną historię, a nagle odblokowuje w pamięci inną. Jak przy pracy z dyskiem: otwierasz jeden plik, a uruchamia się drugi, o którym istnieniu prawie zapomniałaś. Ciekawe…

W tym samym czasie moje uczulenie się pogorszyło. Lekarz powiedział: choroba autoagresyjna.

Właściwie mnie to nie zdziwiło. Ponoć stres nieodreagowany zostawia takie efekty.

Musiałam wrócić do Polski — dla zdrowia i dla mamy, która też była sama i przerażona wydarzeniami WTC. Dziewczyny prosiły o znalezienie zastępstwa. Wieczorem wsiadłam w samochód i całą noc jechałam do Polski. Jakby mało było nieszczęść — dzień przed wyjazdem palił się ratusz w Aachen. Stary, z drewnianą wieżyczką. Bali się, że ogień zniszczy wnętrze. Stałam niedaleko w centrum i

patrzyłam na dym. Ludzie wokół rozmawiali po niemiecku i angielsku — sezon turystyczny. Dymy, cisza, atmosfera katastrofy — wszystko nakładało się na siebie. To był jeden z najcięższych okresów mojego życia. Tragedia miasta, tragedia świata i moje sypiące się zdrowie-wszystko naraz.

6. A co tam, panie, w Kolonii słychać?

Do Kolonii trafiłam dzięki pani Marioli, która zajmowała się organizacją pracy dla opiekunek w tym regionie. To była jedna z moich ostatnich placówek. Moją podopieczną została pani Ingrid — starsza, ponad osiemdziesięcioletnia wdowa. Była osobą bezdzietną, co w jej sytuacji majątkowej miało kluczowe znaczenie dla dalszych losów rodziny.

Mieszkałyśmy w prestiżowej dzielnicy, w eleganckim domu szeregowym położonym tuż przy Parku Centralnym. Z tyłu domu znajdował się ogród, urządzony w typowo niemieckim, praktycznym stylu: duży taras z ruchomym zadaszeniem, a dalej starannie utrzymany trawnik otoczony wieńcem krzewów. Wszystko zaprojektowane tak, by cieszyło oko, ale nie wymagało zbyt wiele pracy.

Rodzinne gry i młody adorator

Rodzina Ingrid składała się z jej brata oraz bratowej, która była prawdziwym „generałem” w tej familii. To ona zarządzała nie tylko mężem, ale i sprawami szwagierki. Trzymała wszystko twardą ręką, a miała ku temu powód, który spędzał jej sen z powiek. W życiu samotnej Ingrid pojawił się bowiem młody mężczyzna, fizjoterapeuta pochodzący z kręgu kultury muzułmańskiej.

Ich znajomość zaczęła się od niewinnych zabiegów, ale szybko przerodziła się w osobliwą przyjaźń. Ingrid, mimo ogromnej różnicy wieku, traktowała tego czterdziestolatka jak swojego adoratora. On zaś, będąc człowiekiem niezwykle sympatycznym, utwierdzał ją w tym przekonaniu. Szybko stało się jasne, że za tymi czułościami kryje się drugie dno — walka o spadek i majątek starszej pani. Ta napięta sytuacja, pełna podejrzeń i rodzinnych kłótni, miała swój finał na sali sądowej, gdzie przyszło mi później występować w roli świadka.

Oaza spokoju za oknem

Ucieczką od tych domowych intryg były spacery do pobliskiego parku. Było to miejsce o niezwykłej architekturze krajobrazu. Centralną część stanowiła ogromna przestrzeń zieleni z kilkoma samotnymi drzewami, poprzecinana żwirowymi alejkami dla pieszych. Całość otaczał gęsty wieniec potężnych drzew, co z lotu ptaka musiało wyglądać jak zielona korona chroniąca to miejsce przed zgiełkiem miasta. To tam, na parkowych ławkach, szukałyśmy z Ingrid spokoju, którego tak brakowało w jej własnym domu.

Sąsiedztwo i nocne niepokoje

Mieszkanie tuż przy tak ogromnym parku, choć malownicze, budziło we mnie mieszane uczucia. Moja wyobraźnia podpowiadała mi, jak pięknie ta zielona korona drzew musi wyglądać z lotu ptaka, ale jednocześnie czułam, że taka bliskość otwartej, leśnej przestrzeni nie zawsze jest bezpieczna. Ingrid i jej mąż mieszkali tu jednak od lat i czuli się u siebie.

Moim największym utrapieniem nie był jednak park, a to, co działo się za ścianą. Mój pokój sypialny sąsiadował bezpośrednio z pomieszczeniem w domu obok, który zajmowali młodzi ludzie. Często puszczali muzykę tak głośno, że ściany niemal drżały, szczególnie w godzinach popołudniowych i wieczornych. Nieraz musiałam interweniować i prosić o ciszę. Po całym dniu pracy, opieki i lawirowania między rodzinnymi humorami, potrzebowałam spokoju, by zregenerować siły.

Ingrid i jej „wybawca

Ingrid, mimo swojego wieku, trzymała się bardzo dzielnie. Próbowała stawiać opór demencji, starała się zachować sprawność umysłu, ale cała ta sytuacja z jej nowym „przyjacielem” wyraźnie mąciła ten obraz. Ten człowiek — nie jestem pewna, czy pochodził z Maroka, Iranu czy Iraku — stał się osią jej świata. Dopóki on był w pobliżu, Ingrid miała w sobie pewien rodzaj nienaturalnej mobilizacji, jakby chciała przy nim wypaść jak najlepiej, jak najmłodziej. Jednak ta fascynacja coraz bardziej oddalała ją od rzeczywistości i od własnej rodziny, która z niepokojem obserwowała każdy krok fizjoterapeuty.

Miłość w cieniu demencji

Ingrid miała w sobie niezwykłą siłę, gdy w pobliżu był on — jej rehabilitant. Ten człowiek, mówiący z twardym, obcym akcentem i kaleczący język niemiecki, był dla niej niczym lekarstwo na starość. Dopóki przychodził, jej umysł pracował na najwyższych obrotach. Chciała mu się podobać, chciała być sprawna. Jednak gdy tylko znikał za drzwiami, cała ta fasada pękała — Ingrid zapadała się w sobie, a problemy z pamięcią wracały ze zdwojoną siłą.

Mimo tych miłosnych zaślepień, bardzo mnie polubiła. Chodziłyśmy razem na długie spacery po tych pięknych, żwirowych alejkach. Zawsze pilnowałam, by brała chodzik — choć uważała się za sprawną, bałam się o nią. Chodzik był naszym bezpiecznikiem; w każdej chwili, gdy zabrakło jej tchu lub sił, mogła na nim przysiąść i odpocząć, nie czekając na odległą parkową ławkę.

Brudna codzienność i sądowa sala

Moje obowiązki w Kolonii bywały jednak dalekie od parkowych idylli. Czasami bywało drastycznie. Ingrid cierpiała na nawracające problemy żołądkowo-jelitowe. Pamiętam dni, gdy sprzątanie po niej zajmowało mi długie godziny — potrafiła zapaskudzić całe schody prowadzące na piętro, gdzie miałam swój pokój. Do gotowania, zakupów i codziennej opieki dochodziła ciężka fizyczna praca, której nikt nie widział.

W końcu napięcie w rodzinie sięgnęło zenitu i sprawa trafiła na wokandę. Ingrid, w przypływie rzekomej miłości, zapisała swojemu „przyjacielowi” sporą część majątku. Bratowa nie mogła na to pozwolić. Zostałam wezwana jako świadek na rozprawę odwoławczą w sądzie drugiej instancji. Stanęłam przed sędzią i z pełnym przekonaniem zeznałam to, co widziałam na co dzień: że Ingrid żyje w iluzji. Że bierze tego człowieka za swojego adoratora, którym on w rzeczywistości nigdy nie był. Widziałam, jak manipulował jej uczuciami, by wyłudzić spadek, a ona, w swoim zagubieniu, nie potrafiła odróżnić szczerości od wyrachowania.

Między wolą a interesem

Zapis w testamencie był jasny: ten człowiek miał opiekować się Ingrid do końca jej dni w zamian za część spadku. Wywołało to potężny konflikt. Bratowa, osoba niezwykle despotyczna i energiczna, nie zamierzała szanować woli szwagierki. Choć jej mąż był człowiekiem wykształconym, z tytułem doktora, widać było na każdym kroku, że to żona podejmuje wszystkie decyzje. On jedynie potakiwał, całkowicie zdominowany przez jej silną osobowość.

Moje spojrzenie na tę sprawę było rozdarte. Jako opiekunka widziałam, że kontrolowana obecność tego rehabilitanta działała na Ingrid cuda — choroba wycofywała się, umysł stawał się jaśniejszy. Jednak dla rodziny te argumenty nie miały znaczenia. Liczyły się pieniądze, których bratowa za wszelką cenę nie chciała wypuścić z rąk.

Niewygodny świadek

Po moich zeznaniach w sądzie drugiej instancji atmosfera w domu stała się gęsta. Pomogłam im wygrać sprawę, ale paradoksalnie stałam się przez to zagrożeniem. Bratowa zaczęła szukać pretekstów, by podważyć moją pozycję. Wykorzystała nawet moje prośby o ciszę kierowane do sąsiadów. Twierdziła, że niepotrzebnie wtrącam się w relacje sąsiedzkie, choć ja po prostu chciałam móc zasnąć po północy, by mieć siłę do pracy rano.

Wyczuwałam, że bratowa zaczyna się mnie obawiać. Byłam niezależna — miałam własny samochód, swoje zdanie i jasny kompas moralny. Widziałam mechanizmy, które rządziły tym domem, i to sprawiało, że stałam się dla nich niewygodna. Pomogłam im w sądzie, bo taka była prawda o manipulacji adoratora, ale nie oznaczało to, że zgadzałam się na despotyzm bratowej wobec bezbronnej Ingrid.

Nowy układ i polska duma

Moja rola w domu Ingrid dobiegła końca w sposób typowy dla tamtejszych realiów. Bratowa, pozbywszy się z moją pomocą niechcianego fizjoterapeuty, szybko przekalkulowała, co opłaca jej się najbardziej. Znalazła małżeństwo z Polski — on miał pracę w regionie, ona szukała zajęcia. Bratowa zaoferowała im mieszkanie w zamian za opiekę nad Ingrid. Układ był dla niej idealny: nie musiała już nikomu płacić gotówką, a zyskała dwoje ludzi do pomocy w domu i ogrodzie.

Choć mogłabym czuć żal, patrzyłam na to trzeźwo. Trudno o lepszy układ dla rodziny, a ja wiedziałam, że moja misja tam dobiegła końca. Byłam dla nich zbyt niezależna, a fakt, że widziałam ich intrygi od środka, czynił mnie niewygodną.

Z Kolonii wyjeżdżałam tak, jak przyjechałam — swoim samochodem na polskich tablicach. Wielu znajomych namawiało mnie na zmianę rejestracji na niemiecką, uważając to za wyznacznik statusu, ale dla mnie był to zbędny snobizm. Nie zamierzałam wydawać ciężko zarobionych 1200 euro tylko po to, by „pokazać się” sąsiadom. Czułam się dobrze ze swoją tożsamością. Moje polskie tablice nigdy nie sprawiły mi problemów, nawet w centrum Frankfurtu, a paradoksalnie to właśnie one otworzyły mi kolejne drzwi.

Spotkanie na parkingu

Pewnego dnia, podczas rutynowych zakupów, to właśnie moje polskie rejestracje przyciągnęły uwagę pewnego małżeństwa. Na parkingu zaczepił mnie Józef i jego żona, młoda, bardzo ładna brunetka. Widząc samochód z Polski, podeszli do mnie, szukając kogoś zaufanego. — Szukamy opiekunki dla naszej mamy i teściowej — powiedzieli po krótkiej rozmowie.

W ten sposób, zupełnie przypadkiem, między regałami sklepowymi a parkingiem, zaczynał się kolejny rozdział mojej niemieckiej przygody. Znów zadziałał los, a moje przywiązanie do polskich barw na zderzaku stało się najlepszą wizytówką.

Wiedziałam, że moja praca u Ingrid dobiega końca. Gdy tylko rodzina pozbyła się uciążliwego „adoratora”, przestałam być im potrzebna. Po krótkim urlopie w Polsce u mamy, wróciłam do Kolonii do nowej rodziny. Józef i jego piękna żona — młoda brunetka, która sama była po wylewie — wydawali się przemili. Wieści o dobrej, doświadczonej polskiej opiekunce rozchodzą się tam błyskawicznie, więc ufali mi od progu.

Gdy rodzina Ingrid pozbyła się tego człowieka, wiedziałam, że moja rola tam się kończy. Pojechałam na chwilę do Polski odwiedzić mamę, a po powrocie zaczęłam pracę u Józefa. To byli bardzo mili ludzie. Już wcześniej słyszeli od sąsiadów, że jestem dobrą opiekunką i znam się na swoim zawodzie, bo pracuję w nim od wielu lat. Szybko się dogadaliśmy.

Mieszkanie było bardzo fajne — miałam swój pokoik, duży salon i sympatyczną kuchnię. Podopieczna była jeszcze dosyć sprawna, choć po wylewie. Co ciekawe, jej córka, młoda i piękna kobieta, również przeszła wylew, prawdopodobnie od nadmiaru papierosów. Problem polegał na tym, że starsza pani wstawała w nocy do toalety i chciała, żebym ją dźwigała dwa razy każdej nocy.

Mój kręgosłup był już mocno sfatygowany latami pracy, pełen urazów i bolesnych przypomnień o trudach zawodu. Wiedziałam jedno: nie mogłam pozwolić, by przez upór jednej pacjentki stać się kaleką. Zaproponowałam nowoczesne rozwiązanie — specjalistyczne podnośniki. W Niemczech kasa chorych dostarcza takie urządzenia błyskawicznie, a ja, jako doświadczona opiekunka, doskonale wiedziałam, jak je obsługiwać. To mogło odciążyć moje ciało, choć nocne wstawanie i tak pozostawało ogromnym obciążeniem dla psychiki i serca. Praca dwudziestoczterogodzinna wymaga choć odrobiny higieny pracy, by człowiek mógł funkcjonować.

Niestety, pani kategorycznie odmówiła. Nie chciała słyszeć o żadnych urządzeniach.

Wtedy zrozumiałam, że nie ma miejsca na kompromis. Podczas wieczornej rozmowy z Józefem i jego żoną postawiłam sprawę jasno: — Mam przed sobą jeszcze kilkanaście lat do emerytury. Jeśli teraz zrujnuję sobie zdrowie, kto mi zapłaci za leczenie? Z czego będę żyć jako inwalidka? Czy państwo weźmiecie za mnie odpowiedzialność?

Odpowiedzią była cisza i brak zrozumienia dla moich argumentów. Nie czekałam do rana. Czułam, że to jedyne wyjście, by zachować godność i sprawność. Spakowałam swoje nieliczne rzeczy, wrzuciłam kilka toreb do samochodu i jeszcze tej samej nocy ruszyłam w stronę Polski. Kiedy światła Kolonii znikały w lusterku wstecznym, czułam smutek, ale i ulgę. Tak zakończyła się moja przepiękna, choć momentami drastyczna przygoda w tym mieście.

7. Pierwsza w życiu Pasterka kościoła ewangelickiego

Wszystko zaczęło się od telefonu od znajomych z Berlina. To oni dali mi namiary na panią Elę z okolic Darmstadt — kobietę, która od lat pomagała w organizowaniu wyjazdów dla opiekunek. Trzeba było ją poznać, ustalić szczegóły i przekonać się, czy w ogóle da się wyruszyć w tę podróż.


Pani Ela była konkretna, rzeczowa, chciała wiedzieć, jakie mam doświadczenie, na jakie warunki liczę i jak wyobrażam sobie współpracę. Po rozmowie pozostało tylko czekać na telefon. Obiecała, że kiedy znajdzie odpowiednią rodzinę, da mi znać.

I rzeczywiście — zadzwoniła po kilku dniach. Miała dla mnie starszego pana, który mieszkał samotnie w okolicach Darmstadt. Żona zmarła niedawno, a dwie dorosłe córki postanowiły znaleźć mu opiekunkę. Człowiek był spokojny, poukładany, dom czysty, ogród zadbany — takie miejsce, w którym człowiek od razu czuje się dobrze.

Podróż busem do Hesji była długa. Za oknem przesuwały się nocne światła, a ja myślałam o tym, jak tam będzie. Kiedy dotarłam na miejsce, zobaczyłam dom, który od razu mnie urzekł. Stary, pewnie jeszcze sprzed wojny, z ogrodem, w którym rosły brukselki, jarmuż i resztki feldsalat. Obok — murowana szopa na narzędzia, trochę kur, kilka grządek. Prawdziwa niemiecka wieś.

Obie córki przyjechały mnie poznać. Były serdeczne i pełne ciepła. Zaskoczył mnie tylko sposób, w jaki myły naczynia — bez spłukiwania wodą. Kiedy zapytałam, dlaczego, usłyszałam, że to „dla oszczędności”. Uśmiechnęłam się. Inny kraj, inne zwyczaje.

Codzienność tam była spokojna. Rankiem karmiłam kury, zbierałam jajka, gotowałam, pomagałam w domu. Zimą każde wyjście do ogrodu wymagało grubego swetra, ale nie przeszkadzało mi to. W każdym domu uczyłam się czegoś nowego — tutaj odkryłam smak feldsalat z sosem śmietanowym i kilkoma kroplami tabasco. Ostry, wyjątkowy akcent, który został mi w pamięci.

Święta przyszły cicho. Córki przyjechały z prezentami, w domu pachniało ciastem i drewnem z pieca. A potem była pasterka. Nie byłam na niej od dziecka. W Polsce wspomnienie kościoła kojarzyło mi się z zapachem alkoholu i zmęczeniem po świętowaniu. Tam było inaczej. Mały ewangelicki kościół wypełniony śpiewem, ludzie spokojni, skupieni, a pastor — z ciepłem i prostotą — witał każdego z osobna.

Czułam wtedy, że wiara może być czymś dobrym, spokojnym, zwyczajnym. Nie było tam hałasu ani pośpiechu — tylko ciepło i światło. Wychodząc, widziałam, jak ludzie podchodzą do pastora, ściskają mu dłonie, wymieniają kilka słów. Wszystko z prostotą, bez udawania. To była dla mnie nowa lekcja — o ludziach, o szacunku i o tym, że prawdziwe święta są tam, gdzie panuje cisza i dobro.

Peter, mój podopieczny, był człowiekiem łagodnym. Wysoki, starszy, z pogodnym spojrzeniem. Nie traktował mnie jak służącej, raczej jak kogoś bliskiego. Wspólnie gotowaliśmy, rozmawialiśmy, oglądaliśmy programy w telewizji. Czasem prosił, żebym posmarowała mu plecy, gdy bolał go kręgosłup. Robiłam to naturalnie — jak pielęgniarka. Kiedy zaproponował, że on też może mi pomóc, poczułam niepokój. Ale wiedziałam, że to tylko wdzięczność. Był po prostu samotny.

Planowaliśmy razem wiosnę — co posiejemy, co posadzimy, jak odnowimy ogród. Wszystko układało się dobrze. Miałam wrócić po Nowym Roku, ale musiałam odwiedzić mamę. Kiedy byłam już w Polsce, zadzwonił telefon. Peter zmarł.

Siedziałam w ciszy, długo, z telefonem w dłoni. Nie płakałam, tylko czułam pustkę — taką, jak po kimś, kto zostawił w sercu ciepło.


Z tamtego czasu zostały wspomnienia: ten dom, ogród, zapach świąt, śpiew w małym kościele. I suszarka do włosów z lokówką — drobiazg, który został po wielkiej życzliwości. Ale przede wszystkim pamięć o tym, że nawet w obcym kraju można spotkać dobro i ludzi, przy których przez chwilę czujesz się jak w domu.

Chciałabym dopisać tu jeszcze jedno wspomnienie z tamtego okresu, z tej samej miejscowości. Wspomnienie niewielkie, pozornie błahe, a jednak bardzo dla mnie symboliczne.

Ale…

W miasteczku był sklep prowadzony przez Włocha. Nie pamiętam już, czy sprzedawał artykuły elektryczne, AGD czy po prostu różności — ale bywałam tam kilka razy, kupując drobiazgi do domu Petera. I któregoś dnia, kiedy weszłam z pozoru jak zawsze, on poprosił mnie, żebym została chwilę dłużej.

Powiedział: — Ty pracujesz tutaj jako opiekunka, ale jesteś taka obrotna. Może chciałabyś pracować u mnie?

Rozmowa zaczęła się niewinnie. Ale gdy zapytałam, gdzie bym mieszkała, usłyszałam: — No jak to… u mnie.

W tym momencie zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. Nie dlatego, że bałam się pracy. Bałam się podtekstu. On chyba miał żonę we Włoszech — nie pamiętam dokładnie — ale widziałam w jego oczach coś, co nie miało nic wspólnego z uczciwą propozycją zawodową.

To nie była oferta pracy. To była oferta sytuacji, której nie chciałam i nie zamierzałam doświadczać.

Już więcej do tego sklepu nie poszłam. Zresztą niedługo później wracałam do Polski, więc temat się sam zamknął.

Dlaczego o tym piszę? Bo to było dla mnie bardzo ważne doświadczenie. Pokazało mi, że gdziekolwiek pojedzie kobieta — zwłaszcza sama, zwłaszcza jako opiekunka, czyli ktoś postrzegany jako „niżej w hierarchii” — zawsze znajdzie się ktoś, kto poczuje swoją przewagę i będzie chciał ją wykorzystać. Czasem subtelnie, czasem bezczelnie, ale zawsze pod płaszczykiem „pomocy”, „szansy”, „propozycji”.

Takie rzeczy nie działy się często. Ale zdarzały się. I zostawiały w człowieku ślad — ten szczególny rodzaj czujności, który mają tylko kobiety żyjące lata za granicą, uczące się na pamięć tych wszystkich niepisanych sygnałów.

8. Psy w rodzinie alkoholików

Po powrocie do domu długo nie mogłam znaleźć pracy. Nie miałam żadnych kontaktów, a życie z renty mamy nie mogło trwać wiecznie. Byłam jeszcze młoda, chciałam pracować, zarabiać, żyć normalnie. To były trudne czasy — Polska nie należała jeszcze do Unii Europejskiej, nie było telefonów komórkowych ani komunikatorów, tylko prasa z ogłoszeniami. Właśnie tam znalazłam anons: jakaś pani szuka opiekunki. Był podany numer telefonu, więc zadzwoniłam. Na tyle znałam już niemiecki, że potrafiłam porozumieć się z tą kobietą. Powiedziała, że prowadzi hodowlę psów i zapytała, czy mam z nimi dobry kontakt. Odpowiedziałam, że jak najbardziej — kocham psy, całe życie miałam je w domu, więc to żaden problem.


Pojechałam tam po dwóch miesiącach przerwy. To było pod koniec lata, w czasie wielkich upałów. Okres bez pracy zbiegł się z powodzią w Polsce w 1997 roku. Dolny Śląsk był wtedy bardzo dotknięty, więc emocjonalnie wszyscy to przeżywaliśmy. Byłam zmęczona, ale zdeterminowana, żeby spróbować jeszcze raz.


Na miejscu okazało się, że to rodzina zamożna. Mąż kobiety pracował w zakładach samochodowych, na kierowniczym stanowisku, a ona zajmowała się zawodowo hodowlą psów. Psów było jedenaście — trzy różne rasy. Między innymi jedna z nich to ta ukochana przez królową angielską, z krótkimi łapkami i dumnym spojrzeniem, a reszta to owczarki koli — piękne, ale wymagające. Każdy pies miał swój charakter: jeden wycofany i agresywny, inna suka z urazem psychicznym, która nie pozwalała się dotknąć, kilka innych pełnych energii i radości.


Moim obowiązkiem było wyprowadzanie ich dwa, a czasem trzy razy dziennie. Nie dało się prowadzić wszystkich naraz, więc wychodziłam z dwoma psami na raz — co oznaczało pięć lub sześć spacerów każdego dnia. W letnim upale bywałam po prostu wykończona. A do tego właścicielka — kobieta, która na początku wydawała się serdeczna, okazała się osobą głęboko uzależnioną od alkoholu. Piła codziennie. Wysyłała mnie po alkohol, wymiotowała, czasem nawet na psy. Niektóre z nich siedziały w boksach, inne, te ulubione, przebywały w domu. Bywało, że cała kuchnia pachniała mieszanką karmy i alkoholu.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 56.34