E-book
23.63
drukowana A5
33.15
Moje podróże do Niemiec, czego opiekunka ci nie powie

Bezpłatny fragment - Moje podróże do Niemiec, czego opiekunka ci nie powie


Objętość:
46 str.
ISBN:
978-83-8440-656-4
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 33.15

Nota Autorska

Książka ma charakter autobiografii reporterskiej. Wszelkie postacie, imiona i okoliczności zostały zmienione. Ewentualne podobieństwo do osób rzeczywistych jest przypadkowe.

WSTĘP

Za zamkniętymi drzwiami niemieckich domów

Praca opiekunki osób starszych w Niemczech to nie tylko zawód — to podróż w głąb ludzkich losów, często ukrytych za fasadą eleganckich bungalowów i zadbanych ogrodów. W tej książce zapraszam Cię do świata, który poznałam od podszewki, przemierzając setki kilometrów swoim samochodem na polskich tablicach — od malowniczego Bendorf po tętniącą życiem Kolonię.

To, co tu przeczytasz, nie jest wygładzoną relacją z folderu agencji pracy. To zapis moich realnych doświadczeń: walki o godność podopiecznych, ścierania się z trudnymi charakterami rodzin, ale też chwil wielkiego wzruszenia i zawodowej satysfakcji. To opowieść o tym, jak zachować siebie, niosąc pomoc innym, i jak stawiać granice tam, gdzie interes bierze górę nad sercem. Zapraszam Cię do mojego świata — pełnego emocji, trudnych wyborów i prawdy o życiu na „szteli”.

ROZDZIAŁ I: A co tam, panie, w Kolonii słychać?

Do Kolonii trafiłam dzięki pani Marioli, która zajmowała się organizacją pracy dla opiekunek w tym regionie. To była jedna z moich ostatnich placówek. Moją podopieczną została pani Ingrid — starsza, ponad osiemdziesięcioletnia wdowa. Była osobą bezdzietną, co w jej sytuacji majątkowej miało kluczowe znaczenie dla dalszych losów rodziny.

Mieszkałyśmy w prestiżowej dzielnicy, w eleganckim domu szeregowym położonym tuż przy Parku Centralnym. Z tyłu domu znajdował się ogród, urządzony w typowo niemieckim, praktycznym stylu: duży taras z ruchomym zadaszeniem, a dalej starannie utrzymany trawnik otoczony wieńcem krzewów. Wszystko zaprojektowane tak, by cieszyło oko, ale nie wymagało zbyt wiele pracy.

Rodzinne gry i młody adorator

Rodzina Ingrid składała się z jej brata oraz bratowej, która była prawdziwym „generałem” w tej familii. To ona zarządzała nie tylko mężem, ale i sprawami szwagierki. Trzymała wszystko twardą ręką, a miała ku temu powód, który spędzał jej sen z powiek. W życiu samotnej Ingrid pojawił się bowiem młody mężczyzna, fizjoterapeuta pochodzący z kręgu kultury muzułmańskiej.

Ich znajomość zaczęła się od niewinnych zabiegów, ale szybko przerodziła się w osobliwą przyjaźń. Ingrid, mimo ogromnej różnicy wieku, traktowała tego czterdziestolatka jak swojego adoratora. On zaś, będąc człowiekiem niezwykle sympatycznym, utwierdzał ją w tym przekonaniu. Szybko stało się jasne, że za tymi czułościami kryje się drugie dno — walka o spadek i majątek starszej pani. Ta napięta sytuacja, pełna podejrzeń i rodzinnych kłótni, miała swój finał na sali sądowej, gdzie przyszło mi później występować w roli świadka.

Oaza spokoju za oknem

Ucieczką od tych domowych intryg były spacery do pobliskiego parku. Było to miejsce o niezwykłej architekturze krajobrazu. Centralną część stanowiła ogromna przestrzeń zieleni z kilkoma samotnymi drzewami, poprzecinana żwirowymi alejkami dla pieszych. Całość otaczał gęsty wieniec potężnych drzew, co z lotu ptaka musiało wyglądać jak zielona korona chroniąca to miejsce przed zgiełkiem miasta. To tam, na parkowych ławkach, szukałyśmy z Ingrid spokoju, którego tak brakowało w jej własnym domu.

Sąsiedztwo i nocne niepokoje

Mieszkanie tuż przy tak ogromnym parku, choć malownicze, budziło we mnie mieszane uczucia. Moja wyobraźnia podpowiadała mi, jak pięknie ta zielona korona drzew musi wyglądać z lotu ptaka, ale jednocześnie czułam, że taka bliskość otwartej, leśnej przestrzeni nie zawsze jest bezpieczna. Ingrid i jej mąż mieszkali tu jednak od lat i czuli się u siebie.

Moim największym utrapieniem nie był jednak park, a to, co działo się za ścianą. Mój pokój sypialny sąsiadował bezpośrednio z pomieszczeniem w domu obok, który zajmowali młodzi ludzie. Często puszczali muzykę tak głośno, że ściany niemal drżały, szczególnie w godzinach popołudniowych i wieczornych. Nieraz musiałam interweniować i prosić o ciszę. Po całym dniu pracy, opieki i lawirowania między rodzinnymi humorami, potrzebowałam spokoju, by zregenerować siły.

Ingrid i jej „wybawca”

Ingrid, mimo swojego wieku, trzymała się bardzo dzielnie. Próbowała stawiać opór demencji, starała się zachować sprawność umysłu, ale cała ta sytuacja z jej nowym „przyjacielem” wyraźnie mąciła ten obraz. Ten człowiek — nie jestem pewna, czy pochodził z Maroka, Iranu czy Iraku — stał się osią jej świata. Dopóki on był w pobliżu, Ingrid miała w sobie pewien rodzaj nienaturalnej mobilizacji, jakby chciała przy nim wypaść jak najlepiej, jak najmłodziej. Jednak ta fascynacja coraz bardziej oddalała ją od rzeczywistości i od własnej rodziny, która z niepokojem obserwowała każdy krok fizjoterapeuty.

Miłość w cieniu demencji

Ingrid miała w sobie niezwykłą siłę, gdy w pobliżu był on — jej rehabilitant. Ten człowiek, mówiący z twardym, obcym akcentem i kaleczący język niemiecki, był dla niej niczym lekarstwo na starość. Dopóki przychodził, jej umysł pracował na najwyższych obrotach. Chciała mu się podobać, chciała być sprawna. Jednak gdy tylko znikał za drzwiami, cała ta fasada pękała — Ingrid zapadała się w sobie, a problemy z pamięcią wracały ze zdwojoną siłą.

Mimo tych miłosnych zaślepień, bardzo mnie polubiła. Chodziłyśmy razem na długie spacery po tych pięknych, żwirowych alejkach. Zawsze pilnowałam, by brała chodzik — choć uważała się za sprawną, bałam się o nią. Chodzik był naszym bezpiecznikiem; w każdej chwili, gdy zabrakło jej tchu lub sił, mogła na nim przysiąść i odpocząć, nie czekając na odległą parkową ławkę.

Brudna codzienność i sądowa sala

Moje obowiązki w Kolonii bywały jednak dalekie od parkowych idylli. Czasami bywało drastycznie. Ingrid cierpiała na nawracające problemy żołądkowo-jelitowe. Pamiętam dni, gdy sprzątanie po niej zajmowało mi długie godziny — potrafiła zapaskudzić całe schody prowadzące na piętro, gdzie miałam swój pokój. Do gotowania, zakupów i codziennej opieki dochodziła ciężka fizyczna praca, której nikt nie widział.

W końcu napięcie w rodzinie sięgnęło zenitu i sprawa trafiła na wokandę. Ingrid, w przypływie rzekomej miłości, zapisała swojemu „przyjacielowi” sporą część majątku. Bratowa nie mogła na to pozwolić. Zostałam wezwana jako świadek na rozprawę odwoławczą w sądzie drugiej instancji. Stanęłam przed sędzią i z pełnym przekonaniem zeznałam to, co widziałam na co dzień: że Ingrid żyje w iluzji. Że bierze tego człowieka za swojego adoratora, którym on w rzeczywistości nigdy nie był. Widziałam, jak manipulował jej uczuciami, by wyłudzić spadek, a ona, w swoim zagubieniu, nie potrafiła odróżnić szczerości od wyrachowania.

Między wolą a interesem

Zapis w testamencie był jasny: ten człowiek miał opiekować się Ingrid do końca jej dni w zamian za część spadku. Wywołało to potężny konflikt. Bratowa, osoba niezwykle despotyczna i energiczna, nie zamierzała szanować woli szwagierki. Choć jej mąż był człowiekiem wykształconym, z tytułem doktora, widać było na każdym kroku, że to żona podejmuje wszystkie decyzje. On jedynie potakiwał, całkowicie zdominowany przez jej silną osobowość.

Moje spojrzenie na tę sprawę było rozdarte. Jako opiekunka widziałam, że kontrolowana obecność tego rehabilitanta działała na Ingrid cuda — choroba wycofywała się, umysł stawał się jaśniejszy. Jednak dla rodziny te argumenty nie miały znaczenia. Liczyły się pieniądze, których bratowa za wszelką cenę nie chciała wypuścić z rąk.

Niewygodny świadek

Po moich zeznaniach w sądzie drugiej instancji atmosfera w domu stała się gęsta. Pomogłam im wygrać sprawę, ale paradoksalnie stałam się przez to zagrożeniem. Bratowa zaczęła szukać pretekstów, by podważyć moją pozycję. Wykorzystała nawet moje prośby o ciszę kierowane do sąsiadów. Twierdziła, że niepotrzebnie wtrącam się w relacje sąsiedzkie, choć ja po prostu chciałam móc zasnąć po północy, by mieć siłę do pracy rano.

Wyczuwałam, że bratowa zaczyna się mnie obawiać. Byłam niezależna — miałam własny samochód, swoje zdanie i jasny kompas moralny. Widziałam mechanizmy, które rządziły tym domem, i to sprawiało, że stałam się dla nich niewygodna. Pomogłam im w sądzie, bo taka była prawda o manipulacji adoratora, ale nie oznaczało to, że zgadzałam się na despotyzm bratowej wobec bezbronnej Ingrid.

Nowy układ i polska duma

Moja rola w domu Ingrid dobiegła końca w sposób typowy dla tamtejszych realiów. Bratowa, pozbywszy się z moją pomocą niechcianego fizjoterapeuty, szybko przekalkulowała, co opłaca jej się najbardziej. Znalazła małżeństwo z Polski — on miał pracę w regionie, ona szukała zajęcia. Bratowa zaoferowała im mieszkanie w zamian za opiekę nad Ingrid. Układ był dla niej idealny: nie musiała już nikomu płacić gotówką, a zyskała dwoje ludzi do pomocy w domu i ogrodzie.

Choć mogłabym czuć żal, patrzyłam na to trzeźwo. Trudno o lepszy układ dla rodziny, a ja wiedziałam, że moja misja tam dobiegła końca. Byłam dla nich zbyt niezależna, a fakt, że widziałam ich intrygi od środka, czynił mnie niewygodną.

Z Kolonii wyjeżdżałam tak, jak przyjechałam — swoim samochodem na polskich tablicach. Wielu znajomych namawiało mnie na zmianę rejestracji na niemiecką, uważając to za wyznacznik statusu, ale dla mnie był to zbędny snobizm. Nie zamierzałam wydawać ciężko zarobionych 1200 euro tylko po to, by „pokazać się” sąsiadom. Czułam się dobrze ze swoją tożsamością. Moje polskie tablice nigdy nie sprawiły mi problemów, nawet w centrum Frankfurtu, a paradoksalnie to właśnie one otworzyły mi kolejne drzwi.

Spotkanie na parkingu

Pewnego dnia, podczas rutynowych zakupów, to właśnie moje polskie rejestracje przyciągnęły uwagę pewnego małżeństwa. Na parkingu zaczepił mnie Józef i jego żona, młoda, bardzo ładna brunetka. Widząc samochód z Polski, podeszli do mnie, szukając kogoś zaufanego. — Szukamy opiekunki dla naszej mamy i teściowej — powiedzieli po krótkiej rozmowie.

W ten sposób, zupełnie przypadkiem, między regałami sklepowymi a parkingiem, zaczynał się kolejny rozdział mojej niemieckiej przygody. Znów zadziałał los, a moje przywiązanie do polskich barw na zderzaku stało się najlepszą wizytówką.

Wiedziałam, że moja praca u Ingrid dobiega końca. Gdy tylko rodzina pozbyła się uciążliwego „adoratora”, przestałam być im potrzebna. Po krótkim urlopie w Polsce u mamy, wróciłam do Kolonii do nowej rodziny. Józef i jego piękna żona — młoda brunetka, która sama była po wylewie — wydawali się przemili. Wieści o dobrej, doświadczonej polskiej opiekunce rozchodzą się tam błyskawicznie, więc ufali mi od progu.

Gdy rodzina Ingrid pozbyła się tego człowieka, wiedziałam, że moja rola tam się kończy. Pojechałam na chwilę do Polski odwiedzić mamę, a po powrocie zaczęłam pracę u Józefa. To byli bardzo mili ludzie. Już wcześniej słyszeli od sąsiadów, że jestem dobrą opiekunką i znam się na swoim zawodzie, bo pracuję w nim od wielu lat. Szybko się dogadaliśmy.

Mieszkanie było bardzo fajne — miałam swój pokoik, duży salon i sympatyczną kuchnię. Podopieczna była jeszcze dosyć sprawna, choć po wylewie. Co ciekawe, jej córka, młoda i piękna kobieta, również przeszła wylew, prawdopodobnie od nadmiaru papierosów. Problem polegał na tym, że starsza pani wstawała w nocy do toalety i chciała, żebym ją dźwigała dwa razy każdej nocy.

Mój kręgosłup był już mocno sfatygowany latami pracy, pełen urazów i bolesnych przypomnień o trudach zawodu. Wiedziałam jedno: nie mogłam pozwolić, by przez upór jednej pacjentki stać się kaleką. Zaproponowałam nowoczesne rozwiązanie — specjalistyczne podnośniki. W Niemczech kasa chorych dostarcza takie urządzenia błyskawicznie, a ja, jako doświadczona opiekunka, doskonale wiedziałam, jak je obsługiwać. To mogło odciążyć moje ciało, choć nocne wstawanie i tak pozostawało ogromnym obciążeniem dla psychiki i serca. Praca dwudziestoczterogodzinna wymaga choć odrobiny higieny pracy, by człowiek mógł funkcjonować.

Niestety, pani kategorycznie odmówiła. Nie chciała słyszeć o żadnych urządzeniach.

Wtedy zrozumiałam, że nie ma miejsca na kompromis. Podczas wieczornej rozmowy z Józefem i jego żoną postawiłam sprawę jasno: — Mam przed sobą jeszcze kilkanaście lat do emerytury. Jeśli teraz zrujnuję sobie zdrowie, kto mi zapłaci za leczenie? Z czego będę żyć jako inwalidka? Czy państwo weźmiecie za mnie odpowiedzialność?

Odpowiedzią była cisza i brak zrozumienia dla moich argumentów. Nie czekałam do rana. Czułam, że to jedyne wyjście, by zachować godność i sprawność. Spakowałam swoje nieliczne rzeczy, wrzuciłam kilka toreb do samochodu i jeszcze tej samej nocy ruszyłam w stronę Polski. Kiedy światła Kolonii znikały w lusterku wstecznym, czułam smutek, ale i ulgę. Tak zakończyła się moja przepiękna, choć momentami drastyczna przygoda w tym mieście.

ROZDZIAŁ II: Bez znajomości jednego niemieckiego słowa …

Zaczęło się tak, że koleżanka — właściwie sąsiadka — potrzebowała zastępstwa do pracy w Niemczech. Miała znajomą, która szukała kogoś na zmianę. Wiedząc, że ja szukam pracy, pomyślała, że może porozmawia ze mną i skontaktuje nas ze sobą. Ustaliliśmy więc, że osoba poszukująca zastępstwa zadzwoni do mnie i przeprowadzimy wstępną rozmowę telefoniczną.

T o był dla mnie ogromny stres, ponieważ nie znałam niemieckiego — właściwie nie znałam go prawie wcale. Ja znałam angielski i osoba, która do mnie dzwoniła, również znała angielski, ale wiedząc, jak wyglądają procedury sprawdzające, zaczęła rozmowę po niemiecku. Oczywiście nic nie rozumiałam. W końcu przeszliśmy na angielski i w ten sposób dogadaliśmy się co do warunków pracy.

Ustaliliśmy, że przyjadę do Niemiec, a pani, którą miałam zastąpić, zostanie ze mną przez kilka dni — dwa, może trzy — żebym mogła wdrożyć się w rodzaj pracy i poznać wszystkie obowiązki. I tak się stało.

Pojechałam tam autokarem. Przez pierwsze dwa–trzy dni byłam razem z osobą, która wcześniej pracowała w tym domu. Pokazała mi wszystko. W bardzo krótkim czasie musiałam przede wszystkim nauczyć się podstawowych, „kontaktowych” słów po niemiecku — takich, żebym wiedziała, czego się ode mnie oczekuje i co mam robić.

Kiedyś próbowałam uczyć się niemieckiego. Chodziłam na kursy, zaczynałam naukę w szkole, ale zmieniłam szkołę i porzuciłam kurs. Ten język był dla mnie strasznie wstrętny: twardy, nieprzyjazny, obcy. Za każdym razem rezygnowałam, zupełnie nie przypuszczając, że kiedyś go pokocham i że stanie się językiem, w którym będę myśleć.

Z czasem odkryłam, jak skutecznie uczyć się języka obcego. Odkryłam to ponad trzydzieści lat temu i do dziś uważam tę metodę za jedną z najlepszych. Najpierw uczy się słówek. Potem z tych słówek układa się zdania. Dopiero później przychodzi czas na gramatykę, kiedy słownictwo jest już na tyle duże, że stanowi bazę. Wtedy wszystko wchodzi znacznie łatwiej.

A potrzeba jest argumentem najmocniejszym ze wszystkich. Człowiek na obczyźnie musi zarabiać pieniądze i jakoś sobie poradzić. To najlepsza motywacja, by nauczyć się języka jak najszybciej.

Rodzina, do której trafiłam, składała się z męża i żony — tej drugiej bardzo chorej. Była sparaliżowana, mogła jedynie mówić i poruszać głową. Ręce i reszta ciała były całkowicie niesprawne. Pracowały jeszcze płuca i część układu wewnętrznego, ale ośrodkowy układ nerwowy był całkowicie zaatakowany.

Nie była to łatwa praca. Wymagała dużego wysiłku fizycznego, bo trzeba było dźwigać, mimo że dwa razy dziennie przyjeżdżała zawodowa opieka — Pflegedienst — żeby pomóc. Jedna osoba nie byłaby w stanie sama przenosić chorej, myć jej i wykonywać wszystkich czynności higieniczn

Wszystko odbywało się przy użyciu specjalnych zawieszeń.

To było bardzo ciężkie i uciążliwe — nie tylko dla osoby chorej, ale dla całego otoczenia. Choroby takie jak stwardnienie rozsiane, wylew czy porażenie mózgowe odbijają się na wszystkich, zwłaszcza na najbliższych. Rozwalają całe rodziny, wpływają na psychikę, na codzienne funkcjonowanie.

Wytrzymałam tam dziewięć miesięcy. I teraz, pokrótce, opowiem, jak wyglądało tamtejsze życie i otoczenie.

Miejscowość była niemal uzdrowiskowa — mała, przepiękna, z oczkami wodnymi. Dom, w którym mieszkała rodzina, znajdował się na obrzeżach miejscowości. Za nim rozciągały się pola, a polnymi drogami często spacerowałam.

Sam dom był piętrowy, ale niezbyt duży. Skromny, sympatyczny, z małym ogródkiem i garażem. Mój pokój znajdował się na górze, z dostępem do łazienki. Na tym samym poziomie był gabinet męża chorej pani, z którego często korzystałam, ponieważ stał tam telefon. Było tam jeszcze jedno pomieszczenie, ale dziś już nie pamiętam, do czego służyło.

Z czasem nauczyłam się tam wielu rzeczy. Jedną z nich było prasowanie męskich koszul — czego wcześniej nigdy nie robiłam. W tym domu prasowało się właściwie wszystko, łącznie z bielizną. Na początku uczyłam się tej czynności, a potem wykonywałam ją już rutynowo. Prasowanie zajmowało mi sporą część dnia.

Moje pierwsze zakupy były dość ciekawe. Pani podawała mi nazwy produktów takie, jakie funkcjonowały potocznie, na przykład Handkäse. Tych nazw nie zawsze dało się znaleźć bezpośrednio na opakowaniach w sklepie, bo były to określenia zwyczajowe. Żeby kupić dany produkt, potrafiłam chodzić po sklepie nawet godzinę. Krępowałam się jeszcze używać niemieckiego otwarcie — znałam swoje ograniczenia i wiedziałam, że języka wciąż nie znam dobrze.

Był jednak moment, kiedy coś całkowicie przerosło moje możliwości. W końcu przeprosiłam i poprosiłam o pomoc. Pokazałam kartkę z zapisaną nazwą produktu. Dopiero wtedy udało się zakończyć zakupy i wrócić do domu. Takie sytuacje zdarzały się kilka razy, ale z czasem minęły i wszystko zaczęło przebiegać znacznie sprawniej.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 33.15