E-book
15.75
drukowana A5
35.02
Moje podróże do Niemiec — 3

Bezpłatny fragment - Moje podróże do Niemiec — 3


Objętość:
93 str.
ISBN:
978-83-8455-410-4
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 35.02

NOTA AUTORSKA

Książka ta jest oparta na faktach i osobistych wspomnieniach autorki. Nie jest jednak dokumentem w ścisłym znaczeniu tego słowa. Dla ochrony prywatności osób trzecich część imion, nazwisk, miejsc oraz okoliczności została zmieniona lub ujęta w sposób literacki.

Wszelkie podobieństwo do konkretnych osób, instytucji lub miejsc może wynikać z charakteru wspomnieniowego tej opowieści, nie powinno jednak być traktowane jako dosłowne odtworzenie rzeczywistych postaci ani pełnej dokumentacji wydarzeń.

Celem tej książki jest zachowanie pamięci o przeżyciach, miejscach i doświadczeniach, które stały się częścią drogi życiowej autorki, a nie wskazywanie czy ocenianie konkretnych osób.


Autorka

Jani Adler

1. Monachium — w cieniu „Olliego” Kahna i starych uprzedzeń

To wspomnienie jest trochę niechronologiczne.

Wraca do mnie dopiero teraz — nagle, po latach, jakby ktoś otworzył stare drzwi, o których dawno zapomniałam.

Był rok 2002. Zaraz po mistrzostwach świata w piłce nożnej. Czas Olivera Kahna.

Jak widać, w moich wspomnieniach często przewijają się sportowcy. Sport od zawsze był częścią mojego życia. Sama byłam kiedyś bardzo związana ze sportem, niemal wyczynowo, więc tamte emocje pamiętam doskonale. Zwłaszcza emocje wokół niemieckiej reprezentacji i samego Kahna — człowieka, którego po prostu dało się lubić. Nawet moja mama przeżywała wtedy mecze.

I właśnie przez jeden z takich meczów złamałam nogę.

Do dziś pamiętam ten moment. W domu panowało napięcie, wszyscy byliśmy skupieni na spotkaniu. Chciałam szybko przebiec do kuchni — chyba po herbatę albo coś do picia. Miałam na nogach klapki z twardą podeszwą. W pewnym momencie stopa zsunęła się bokiem, a cały ciężar ciała oparł się o kant podeszwy.

Ból był natychmiastowy.

Następnego dnia pół stopy miałam już sine, spuchnięte i żółtawe. Każdy krok bolał jak diabli. Pojechałyśmy na prześwietlenie i okazało się, że kości są popękane w trzech miejscach. Gips.

I tak oto, zamiast normalnie żyć i realizować plany, chodziłam przez kilka tygodni z nogą w gipsie, na którym widniał napis: „OLLI KAHN”.

Dziś wydaje mi się to wręcz absurdalnie symboliczne.

Kilka tygodni później dostałam propozycję wyjazdu do Monachium. Wtedy nie było jeszcze nawigacji, smartfonów ani wygodnego internetu. Miałam atlas drogowy i jeden z pierwszych telefonów komórkowych.

Pojechałam sama.

Pamiętam tamtą drogę bardzo wyraźnie. Zwykle jeździłam innymi trasami, ale tym razem trzeba było odbić bardziej na południe. Monachium okazało się miastem pierścieni, obwodnic i ciasnych ulic. A jednak trafiłam pod właściwy adres za pierwszym razem.

Mieszkanie znajdowało się w bloku. Starsza kobieta i jej córka.

Córka była bardzo miła. Matka — od początku dziwnie na mnie patrzyła.

Wtedy jeszcze tego nie rozumiałam.

Miałam spuchniętą nogę, ledwo dochodziłam do siebie po złamaniu, a mimo to pracowałam i pomagałam jej w codziennym funkcjonowaniu. Były upały. Monachium latem potrafił być duszny i ciężki. Wieczorami noga znowu zaczynała pulsować bólem.

A ona patrzyła na mnie tym swoim wzrokiem.

Dopiero po latach zaczęłam rozumieć, że to nie chodziło o mnie osobiście. Ta kobieta miała wtedy około osiemdziesięciu lat. Pamiętała wojnę. Pamiętała dawny Monachium — miasto, które było przecież jednym z głównych symboli rodzącego się nazizmu.

I chyba gdzieś bardzo głęboko nosiła w sobie stare uprzedzenia.

Pewnej nocy zawołała mnie, żebym pomogła jej przejść na stojącą obok łóżka toaletę. Miała przy łóżku metalowy uchwyt, podobny do tych szpitalnych.

Schyliłam się, żeby ją podtrzymać.

I wtedy uderzyła mnie tym metalowym drążkiem prosto w czoło.

Do dziś pamiętam ten szok.

Nie sam ból — bardziej niedowierzanie.

Stałam nad nią w środku nocy, próbując pomóc starszej, schorowanej kobiecie, a ona patrzyła na mnie z jakąś dziwną mieszaniną strachu, niechęci i agresji.

Pamiętam, że powiedziałam wtedy:

„Dlaczego pani mnie uderzyła? Przecież ja chcę pani pomóc”.

Nazajutrz miałam ślad przy oku i między brwiami.

Córka bardzo mnie przepraszała. Było jej wstyd. Tłumaczyła, że sama już nie daje rady opiekować się matką, że pracuje, że sytuacja jest trudna.

Rozumiałam to.

Ale jednocześnie czułam, że nie chodzi tylko o chorobę czy starość. Było w tym coś jeszcze. Coś starego. Zakorzenionego głęboko.

Może lęk.

Może pamięć.

Może pogarda, której człowiek nawet nie umie już nazwać.

W międzyczasie oglądałam Monachium. Zakłady Siemensa, nowe technologie, pierwsze oznaki świata, który właśnie zaczynał przyspieszać cyfrowo. To były jeszcze czasy przejściowe — między starym światem a nowym.

I może właśnie dlatego tak mocno zapamiętałam ten wyjazd.

Bo wszystko tam było „pomiędzy”.

Między młodością a starzeniem się.

Między życzliwością córki a wrogością matki.

Między nowoczesnymi Niemcami a cieniem dawnej historii.

Między moją rekonwalescencją a próbą odzyskania siły.

W końcu spakowałam się i wróciłam do Polski nocą.

Na pożegnanie córka podarowała mi ozdobny talerz z Monachium. Mam go do dziś.

I dopiero teraz, po tylu latach, zaczynam naprawdę rozumieć tamten wyjazd.

2. Darmstadt

Darmstadt powitał mnie życzliwie.

Trafiłam tam dzięki koleżance, która kiedyś odwiedziła mnie w miejscu mojej wcześniejszej pracy — miejscu przypominającym małą enklawę egzotycznych drzew i roślin. Przyjechała wtedy razem ze swoją szefową, córką mojej przyszłej podopiecznej.

Po pewnym czasie koleżanka, z własnych powodów, nie mogła już przez jakiś okres kontynuować pracy. Ja akurat byłam wolna, miałam już pewne rozeznanie i dlatego podjęłam się tego wyjazdu.

Helga mieszkała w niewielkiej kawalerce na dziesiątym piętrze wieżowca. Mieszkanie miało bardzo nietypowy układ — przedpokój łączył się z małym aneksem kuchennym ukrytym we wnęce, dalej znajdowała się łazienka i duży pokój z loggią. Takiego rozwiązania wcześniej w Niemczech nie spotkałam, szczególnie w wysokich blokach.

Dla mnie przygotowano osobny pokój w starym budynku stojącym nieopodal. Pokój należał do mieszkania wynajmowanego studentom i właściwie służył mi głównie jako miejsce na bagaże oraz parkowanie samochodu. Nie było tam nawet normalnej łazienki, dlatego spałam tam rzadko.

Najczęściej nocowałam u Helgi, w dużym pokoju przy loggii, na wygodnej sofie. I właśnie ten balkon pamiętam najlepiej — mogłam tam siedzieć do późnych godzin nocnych i obserwować światła Darmstadtu rozciągające się daleko poniżej. Mieszkanie znajdowało się wystarczająco daleko od centrum, by nie docierał tam jego hałas, a jednocześnie wysokość dziesiątego piętra pozwalała oglądać miasto jak spokojną, rozświetloną mapę.

Darmstadt pozostał mi w pamięci jako miasto zieleni, ciszy i ludzi o niezwykłej kulturze bycia.

To właśnie tam znajdował się między innymi słynny park różany — miejsce, do którego często jeździłyśmy z Helgą.

Były tam róże wszystkich możliwych odmian: pnące, wysokopienne, drobne, ogromne, w kolorach niemal nierealnych. W ciepłe dni powietrze dosłownie pachniało różami.

Dla mnie, alergiczki, takie wyprawy bywały pewnym poświęceniem, ale jednocześnie sama chłonęłam to piękno całymi zmysłami. Helga natomiast mogła tam spotykać ludzi ze swojego pokolenia. Mówiła czasem ze smutkiem, że z roku na rok widuje ich coraz mniej.

Była bardzo dobrym człowiekiem.

Rozmawiałyśmy godzinami — o życiu, o ludziach, o codzienności. Nigdy właściwie nie miałyśmy między sobą nieporozumień. Rozumiałyśmy się zaskakująco dobrze.

Pamiętam szczególnie jedno spotkanie u córki Helgi, która mieszkała w eleganckim apartamencie blisko centrum miasta. Było tam kilka osób, między innymi niezwykle sympatyczna znajoma — sklepikarka związana wcześniej z uczelnią.

Przyniosła tort cebulowy.

Dla Niemców był to zapewne zwyczajny specjał, ale dla mnie okazał się czymś wyjątkowym. Nigdy specjalnie nie przepadałam za ciężkimi niemieckimi wypiekami, a jednak smak tamtego tortu pamiętam do dziś. Miał w sobie coś niezwykle harmonijnego — zapach, konsystencję, sposób podania. Przede wszystkim był z umiarem słono-pikantny.

Sama kobieta również wydawała się idealnie współgrać z tym daniem. Była piękna, zadbana, spokojna i elegancka w bardzo naturalny sposób. Wszystko tworzyło jedną, spójną kompozycję estetyczną — jakby człowiek i potrawa należeli do tego samego świata.

Niestety, właśnie wtedy życie zaczęło zmieniać swój ton.

Helga od pewnego czasu coraz bardziej cierpiała. Początkowo wyglądało to na zwykłe problemy z układem moczowym — infekcję, zapalenie, może przewlekłe ZUM. Pojawił się ból podbrzusza, pieczenie, bezsenne noce. Rozpoczęłyśmy wędrówkę po lekarzach.

Antybiotyki nie pomagały.

W końcu dostała skierowanie na badanie pęcherza. Byłam przy niej cały czas — pomagałam jej się ubrać, wejść do samochodu, poruszać po klinice. Lekarze w Niemczech często zwracali się do mnie po prostu jak do współpracownika, czasem mówili „koleżanko”, czasem przechodzili na „ty”, bo dobrze znałam język i uczestniczyłam we wszystkim na bieżąco.

Podczas badania lekarz nagle powiedział:

— Popatrz tutaj.

Na ekranie zobaczyłam coś dziwnego i jednocześnie niemal pięknego.

Wyglądało jak skupisko różowych koralików. Delikatnych, błyszczących, niemal dekoracyjnych. Miało może pięć centymetrów długości. Do dziś pamiętam ten kolor.

Przez moment trudno było uwierzyć, że patrzę na nowotwór złośliwy.

Nie można było już operować. Wiek Helgi i jej inne choroby wykluczały poważniejsze leczenie. Można było jedynie próbować łagodzić cierpienie.

Mój pobyt powoli dobiegał końca.

To było trudne dla nas obu. Obiecywałyśmy sobie, że będziemy utrzymywać kontakt przez koleżankę, którą zastępowałam. Człowiek zawsze wierzy, że jeszcze zdąży.

Życie jednak napisało inny scenariusz.

Najpierw zmarł mąż córki — ten spokojny, wykształcony człowiek nauki. Niedługo później odeszła również Helga.

I tak Darmstadt został mi w pamięci jako miasto mądrych ludzi, pięknych parków, światła oglądanego nocą z dziesiątego piętra i pierwszego w życiu spotkania twarzą w twarz z „potworkiem”, który potrafi ukrywać się pod niemal piękną postacią.

3. Katarzynka

To było krótko po moich doświadczeniach w Kozach, więc jechałam tam z sercem w gardle. Upał był nie do zniesienia, a auto bez klimatyzacji tylko potęgowało zmęczenie. Na miejsce dotarłam po południu. Wieś wydawała się spokojna, a domek — uroczy, częściowo zbudowany z muru pruskiego — stał w charakterystycznym rozwidleniu dróg, tworzącym niemal idealny trójkąt.

Przed domem siedziała starsza pani. Wyglądała niezwykle dostojnie w swoim tradycyjnym stroju z Hesji Północnej. Dopiero później, podczas codziennych poranków i wieczorów, miałam poznać wszystkie zawiłości tego ubioru: białą koszulę z falbanami na rękawach, kamizelkę, kilka warstw spódnic, halki i zapaski. Nawet jej fryzura — warkocz wielokrotnie zawijany wokół głowy i upinany szpilkami — oraz charakterystyczne buty i podkolanówki stanowiły nierozerwalną całość tego historycznego stylu.

Obok niej siedziała najstarsza córka, która dla kontrastu ubrana była już zupełnie współcześnie. Po przywitaniu zaparkowałam samochód. Moją uwagę przykuł ganek dobudowany z pustaków, nad którym na piętrze znajdował się drewniany taras z balustradą, pokryty zwykłą papą.

Na wspomnianym tarasie, mimo że wyglądał okazale, panowały warunki niemal ekstremalne. Papa, którą był pokryty, miała głęboki czarny kolor, co w tym upale potęgowało temperaturę do granic wytrzymałości. Pranie, które tam wywieszano, zamiast schnąć na świeżym powietrzu, po prostu się gotowało.

Starsza pani była osobą niską, ale o dość sporej posturze, co dodawało jej jeszcze większej powagi. To jednak jej córka oprowadziła mnie po posiadłości. Wokół domu rozciągał się zadbany trawnik, na którym stał ogrodowy parasol, stolik i krzesełka. Obok wznosiła się szopa z wieloma drzwiami. Dopiero później poznałam jej smutną historię — była ściśle związana z przeznaczeniem syna starszej pani, który dwa lata wcześniej przegrał walkę z rakiem.

Wieś, jak to na prowincji, rządziła się swoimi prawami — wszyscy znali się od pokoleń. Ten rolniczy krajobraz był mi bliski, przypominał mi historię mojej własnej mamy i babci, które przed przyjazdem na Dolny Śląsk również miały w Polsce swój dom i ziemię.

Rodzina mojej podopiecznej była liczna: trzy córki z mężami (jedna mieszkała w austriackim Tyrolu, dwie pozostałe tutaj, na wsi) oraz wspomniany zmarły syn. Wnuki były już dorosłe i w większości mieszkały w pobliskim mieście, choć niektórzy wybudowali swoje domy tuż obok matki, na tej samej posesji.

W błyskawicznym tempie poznałam niemal wszystkich sąsiadów. Ciekawość w takich miejscach zawsze bierze górę, zwłaszcza że byłam tam zjawiskiem niezwykłym — pierwszą osobą z Polski w charakterze towarzysza opiekuńczego w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.

Moje królestwo znajdowało się na pierwszym piętrze. Miałam tam właściwie wszystko, czego potrzebowałam: sypialnię, toaletę tuż obok, a w dalszej części korytarza pokój dzienny ze stołem i telewizorem. Było tam też pomieszczenie, które służyło za graciarnię — swoisty skład różnych trunków i rzeczy, które pozostały po zmarłym synu. Z tego piętra wychodziło się bezpośrednio na ten nieszczęsny taras.

Mimo że teoretycznie miałam całe piętro dla siebie, walka o przetrwanie zaczynała się wraz ze wschodem słońca. Nie było tam żadnej klimatyzacji, a bliskość tarasu pokrytego czarną papą sprawiała, że temperatura wewnątrz była niemal nie do zniesienia. Powietrze po prostu stało w miejscu, nagrzane do granic możliwości. Miałam ze sobą tylko mały wiatraczek, który chodził na okrągło, dzień i noc, ale on jedynie mielił ten upał. Czasami, mimo jego szumu, trudno było po prostu odetchnąć.

Parter domu był sercem życia codziennego. Znajdowała się tam duża, jasna kuchnia, podzielona na dwie strefy: jedną roboczą, gdzie gotowało się i piekło na szerokich blatach, oraz drugą — jadalną, z wielkim stołem, ławeczkami i krzesłami. Z kuchni przechodziło się do dużej łazienki babci. Choć na piętrze miałam własną toaletę, to z części łazienkowej na dole również korzystałam.

Z moją podopieczną polubiłyśmy się błyskawicznie. Już drugiego dnia, ku lekkiemu zaskoczeniu córki, przeszłyśmy na „Ty”. To skróciło dystans i pozwoliło nam zbudować relację, która przetrwała kolejne trzy lata.

Spędziłam z Kasią niemal trzy lata, z krótkimi przerwami na powroty do Polski — tylko po to, by załatwić najpilniejsze sprawy, jak choćby sezonowa zmiana opon w aucie czy wymiana ubrań w szafie. Te trzy lata pozwoliły nam poznać się na wylot.

Kasia miała 87 lat. Chorowała na serce i była już po lekkim wylewie, ale wciąż poruszała się sprawnie przy pomocy chodzika. Jej głównym wyzwaniem była tusza — podejrzewam, że po śmierci syna popadła w „zajadanie stresu”. Kiedy jednak przejęłam kuchnię, moje menu bardzo jej przypadło do gustu. Z zachwytem odkrywała polskie smaki: barszczyk, pierogi czy placki ziemniaczane. Pod względem kulinarnym pasowałyśmy do siebie idealnie.

Jak się później okazało nie tylko pod tym.

Mieszkałyśmy w sporej wsi, otoczonej lasami i górami, przez którą przepływała rzeka. Było tu wszystko: market, fryzjer, piekarnia i kościół ewangelicki z przemiłym pastorem. Raz w miesiącu przyjeżdżał po nas specjalny transport i jechałyśmy do pobliskiego miasta na spotkania seniorów. Kasia dumnie przedstawiała mnie wszystkim jako swoją opiekunkę, a ja — gdy oni oddawali się rozmowom — ruszałam na spacery. Pamiętam, że podczas jednego z takich upalnych dni, w niewygodnych butach, trafiłam do firmowego sklepu. Kupiłam tam skórzane klapki zdrowotne za 20 euro — były wtedy drogie, ale służą mi w świetnym stanie do dziś.

To lato było jednak dziwne i złowrogie. Przez ekstremalne upały sąsiad zmarł na zawał podczas koszenia trawy, podobna tragedia spotkała młodą kobietę w sąsiedniej wsi. Ten specyficzny mikroklimat przy rzece — parny i wilgotny — był zabójczy dla osób z chorym krążeniem. Moja Kasia, mimo że nie kosiła trawy, również nie wytrzymała tej temperatury. Dostała wylewu.

Pamiętam ten strach, gdy zabierali ją do szpitala. Odwiedzałam ją codziennie, martwiąc się, że nasza wspólna droga tak szybko się skończy. Na szczęście dzięki błyskawicznej interwencji lekarzy udało się ją uratować. To zdarzenie paradoksalnie jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyło i dało nam kolejne dwa i pół roku wspólnej pracy i życia.

Przyszedł czas odkrycia przyczyn dziwnych zjawisk w domu: plam, rosówek itp.

Kiedy któregoś wieczoru znalazłam się u babci w pokoju i po ciemku podeszłam do telewizora, żeby go wyłączyć, coś nagle pisnęło mi pod nogą. Babcia była już prawie śpiąca, więc nie chciałam robić zamieszania ani jej straszyć. Zapaliłam jednak światło i, próbując zachować spokój, sięgnęłam po swoją ładowaną latarkę. Powiedziałam tylko, żeby się nie martwiła, bo chcę sprawdzić, co się stało.

Za telewizorem, stojącym na niewielkiej szafce, zobaczyłam w ścianie dziurę prowadzącą na zewnątrz. Wokół leżały szczurze odchody. W pierwszej chwili poczułam prawdziwe przerażenie. Uświadomiłam sobie, że szczury nie tylko krążą wokół domu, ale prawdopodobnie od dawna żyją w jego wnętrzu. Natychmiast zadzwoniłam do jednej z córek babci i powiedziałam, że sytuacja jest bardzo poważna, bo zwierzęta dostają się do środka domu.

Przesunęłam ciężką szafkę pod ścianę, próbując zasłonić otwór, ale wiedziałam, że to rozwiązanie tymczasowe. Później znalazłam kawał blachy i jakoś zabezpieczyłam nim dziurę, opierając wszystko tak, żeby szczury nie mogły ponownie wejść. Dopiero wtedy przypomniały mi się słowa babci, która nieraz mówiła wcześniej, że ktoś chodził po jej łóżku. Byłam przekonana, że mylą jej się sny z rzeczywistością. Tamtej nocy zrozumiałam jednak, że mówiła prawdę.

Szczury rzeczywiście poruszały się po domu. Biegały po schodach, po piwnicy, po ścianach i prawdopodobnie także po pościeli chorej, leżącej kobiety. Zostawiały odchody nawet na schodach prowadzących do mojego pokoju. Niszczyły jedzenie i roznosiły brud. Dopiero wtedy zaczęłam rozumieć, skąd brały się różne dziwne sytuacje, których wcześniej nie potrafiłam wyjaśnić. Plamy na dywanikach, rosówki pod fotelami itp

Rodzina szybko zamurowała otwór w ścianie, bo wszyscy zdawali sobie sprawę, jaki skandal wybuchłby we wsi, gdyby wyszło na jaw, że w starym domu szczury przegryzły mur i żyją razem z ludźmi. Zwłaszcza że w środku mieszkała ciężko chora, leżąca kobieta. Jedna ze znajomych opowiadała mi nawet kiedyś o pacjentce pogryzionej przez szczury w łóżku. Po tej rozmowie bałam się już o babcię jeszcze bardziej.

Niedługo później siedziałam w kuchni i zauważyłam małą szarą mysz, która wybiegła spod okolic zlewu i przebiegła po blacie. Kiedy uciekła z powrotem, zaczęłam dokładnie oglądać ścianę i odkryłam kolejne dziury przy rurach odpływowych. Gdy wyszłam na zewnątrz domu, zobaczyłam, że ziemia wokół fundamentów jest dosłownie podziurawiona tunelami. Pod nogami wszystko było puste. Szczury miały tam całe swoje podziemne korytarze.

Z czasem odkrywałam kolejne miejsca, którymi zwierzęta dostawały się do domu. Okazało się też, że pod schodami znajduje się wejście do piwnicy przykryte jedynie źle dopasowaną blachą. Szczury mogły bez problemu przechodzić przez szczeliny i przemieszczać się po całym budynku — od piwnicy aż po górne piętra.

W zimie znalazłam obok swojego samochodu dziwne, zamarznięte ślady przypominające wymiociny. Kiedy przyjrzałam się bliżej, zobaczyłam w nich szczurze łapy. Wtedy zrozumiałam, że w okolicy musiały pojawić się kuny. Już wcześniej słyszałam hałasy dochodzące z pustych zabudowań gospodarczych, ale wszyscy tłumaczyli to obecnością kotów. Tymczasem to właśnie kuny zaczęły stopniowo przepędzać szczury i myszy.

Pamiętam też małą myszkę, która któregoś dnia wyszła z piwnicznego okienka po okruszki ciastek. Była tak oswojona z obecnością ludzi, jakby cały dom należał do niej. Wzięła ciasteczko, takiej wielkości jak myszka, w pyszczek i spokojnie uciekła z nim do swoich tuneli.

Czekałam wtedy na rehabilitanta, który przyjeżdżał swoim pięknym czerwonym sportowym autem. Bardzo miły mężczyzna, za którym oglądały się wszystkie kobiety we wsiach i miastach. Zawsze stawał tą furą za moją maleńką samochodzinką i to porównanie było bardzo ciekawe nawet kolorystycznie, jego wyrazista czerwień i mój chaber.

Dużo dobrego robił, babcia ujęta jego urokiem, ale i na skutek fantastycznej rehabilitacji pomału stawała na nogi psychicznie i fizycznie. Akcent radosny i miły dla oka.

Tak wyglądało wtedy nasze życie. Stary dom, ciężko chora babcia, ciągłe zmęczenie i nieustanna walka z problemami, których z zewnątrz nikt nawet nie podejrzewał.

Katarzynka po wylewie potrzebowała pomocy, bo zaczęły się problemy z mobilnością. Nie pamiętam już dokładnie, czy miała w szpitalu klasyczną kroplówkę z glukozą, ale możliwe, że właśnie tak było, bo glukoza podana dożylnie szybko podnosi poziom cukru i potrafi wywołać bardzo gwałtowną reakcję organizmu.

Wiele dyskutowaliśmy na ten temat z Manfredem — rehabilitantem. Dopiero kilka lat później usłyszałam w radio wypowiedź lekarza w ramach dyskusji o osobach starszych i aferze o eutanazji stosowanej przez opiekuna w jednym z domów opieki, jak glukoza wpływa destrukcyjnie na osoby starsze z chorobami przewlekłymi typu cukrzyca i inne. Nastawiłam wtedy szczególnie ucha, więc to nie było przesłyszenie się. Miałam taką sytuację kilkanaście lat później z moją Mamą w szpitalu, która po 9 dniach pobytu z powodu choroby wieńcowej, już nie stanęła więcej na nogi o własnych siłach.

U babci Kasi mogło to dodatkowo obciążyć układ nerwowy i ogólną wydolność organizmu. Po takim stanie człowiek nie wraca od razu do siebie. Niby żyje, niby jest obecny, ale ciało już nie działa tak posłusznie jak dawniej. Trzeba mu pomagać, trzeba je prowadzić, asekurować, czasem wręcz uczyć od nowa najprostszych rzeczy.


Był też ogród i pies, nie u Kasi oczywiście. Pamiętam, że na wiosnę córka najstarsza zostawiła przy domu sporo sadzonek. Ogród był piękny, zadbany, pełen życia, jakby jeszcze próbował trzymać w sobie dawny porządek. Faktycznie włosy córki miały podobny odcień jak u matki, ale charakterem były zupełnie inne. Kilkakrotnie farbowałam jej włosy, była to dla mnie odmiana, ale opłacona wysłuchiwaniem o Kasi dziwnych rzeczy w rodzaju: ona jest wredna, napuszczała mojego męża na mnie, a on mnie później bił. To był dla mnie szok. Córka wydawała się osobą schorowaną, ale mimo tego, władczą. Podobnie wychowywała swoją córkę, syn był zupełnie luzackim gościem, nie bawiącym się w takie ceregiele. Gdy była potrzeba pomocy, przychodził i robił co należy.

Druga córka była inna. Bardziej miękka, bardziej kobieca w obyciu. Obie córki i matka tworzyły dziwny trójkąt rodzinny — niby bliski, a jednak pełen napięć, niedopowiedzeń i niewypowiedzianych pretensji. Każda z nich niosła swoją wersję prawdy.


Na czas koniecznych zjazdów do Polski — zmiana opon, ubrania, załatwienie ważnych spraw — miałam zastępstwa. Jedną z tych osób była Eliza, o której mówiło się różnie. Ktoś ją znał, ktoś ją polecił, ktoś powiedział, że jest dobra, że pomoże. W takich sytuacjach człowiek łapie się każdej osoby, która wydaje się kompetentna. Nie dlatego, że ufa bezgranicznie, ale dlatego, że nie ma już siły wszystkiego sprawdzać. Kiedy przyjechałam, a ona miała wyjeżdżać, weszłam na moment do kanciapy na półpiętrze. Drzwi szafy były uchylone, brakowało połowy drogich alkoholi, a toreb było o jedną dużą więcej. Powiedziałam więc, że nie chciałabym zostawić po nas wrażenia, że polskie opiekunki piją / taka opinia-częściowo słuszna-panuje powszechnie, choć ja wiem najlepiej, ile Niemców alkoholikami jest, nie zdając sobie z tego sprawy / lub kradną. Za dwie godziny butelki były z powrotem w szafie.

I wtedy właśnie człowiek zaczyna rozumieć, jak różni są ludzie, jak mylą pozory i jak krucha jest opieka nad chorym. Kolejną zmienniczką była osoba z mojej rodziny — młoda, pewna siebie, ładna dziewczyna.

Wystarczy jedna błędna decyzja, jedna niewłaściwa osoba, jedna zła dawka, jedno zlekceważone ostrzeżenie — i wszystko może pójść w stronę, której nikt nie chciał, ale której też nikt w porę nie zatrzymał.

To było dla mnie trudne. Bo patrzyłam na kobietę, która kiedyś była samodzielna, pewna siebie, osadzona w swoim domu i w swoim życiu, a potem stopniowo stawała się zależna od innych. A kiedy człowiek staje się zależny, najbardziej potrzebuje nie tylko leków, łóżka i opieki, ale zwykłej ludzkiej uczciwości. Stało się najgorsze, pominięcie ważnej sprawy kontroli INR u Kasi, mającej bardzo mocne środki przeciwzakrzepowe. Po moim powrocie sprawdziłam, kiedy ostatnio były robione pobrania krwi. Okazało się, że w sumie ponad siedem tygodni. Ciekawe, że w przychodni też nikt się tym nie zainteresował. Był okres urlopowy. Co ja wtedy przeżyłam, to trudno sobie wyobrazić, a moja zmienniczka nie czuła wobec siebie żadnych zaniedbań, mimo że to była sprawa priorytetowa i miała wszystko zapisane.

To był dopiero początek tragedii. Tydzień później Kasia zaczęła gorączkować, a po dwóch dniach krwawić z dróg rodnych i miała opuchniętą nogę i genitalia od strony nogi.

Wezwałam lekarza, po rozmowie wystawił skierowanie do szpitala z koniecznością transportu. Kasia wylądowała w szpitalu ginekologicznym, gdzie przeprowadzono rutynowe badania i dokonano abrazji pod narkozą i Kasia wróciła do domu.

Za kilka godzin po powrocie gorączka wróciła i tak utrzymywała się przez kilka dni, podobnie jak opuchlizna. Błagałam o lekarza, ale był okres urlopowy i wiele ważnych przypadków medycznych w regionie. W międzyczasie przyszedł pastor, który odwiedzał Kasię co miesiąc. Człowiek wielkiego serca, uczynny, młody, przystojny, żonaty, kolega lekarza. Wykorzystałam sytuację, skarżąc się na brak pomocy i płacząc prosiłam o interwencję. Sam widział Kasię prawie majaczącą, bo nic nie zbijało gorączki. Po jego odejściu, na drugi dzień, myjąc Kasię zobaczyłam coś niesamowitego, opuchlizna sklęsła, ale kał wydobywał się z genitaliów. Telefon do przychodni z informacją o potrzebnym skierowaniu do szpitala i transport z powodu perforacji jelita grubego. Lekarz zjawił się prawie natychmiast z pytaniem, co ty opowiadasz?

Odsłoniłam kołdrę. Dostał turbodoładowania. Babcia pojechała karetką do szpitala, a ja za nimi na izbę przyjęć. Pamiętam minę chirurga, gdy mu opowiadałam o wszystkim i spytał, a skąd wiedziałaś, że to perforacja? Bo był kał wydostający się z dziury przy wejściu do pochwy. Ile godzin tam spędziłam — nie wiem. W międzyczasie dojechały obie córki, bo konieczna była operacja i druga w krótkim czasie narkoza. Wracałam późno w nocy.

Babcia po operacji była bardzo aktywna, bo jeszcze na „haju”. Już myślałam, że za parę dni wróci do domu ze stomią i będzie wszystko, jak dawniej. Następnego dnia do południa byłam u Kasi — była słaba, ale ucieszyła się. Po południu telefon od starszej córki. — Nie mam dobrych dla ciebie wiadomości, byłam w szpitalu, mama zmarła.

To był dla mnie szok, płakałam stojąc na tym czarnym tarasie i nie wiedziałam co robić. Zadzwoniła średnia córka i mówi, nie płacz, pakuj się pomału, możesz zostać, jak długo chcesz. Nic więcej nie mogłaś zrobić i tak zrobiłaś więcej niż my wszyscy i służba zdrowia.

Zostałam do pogrzebu i zrobiłam z siebie coś, czego nie miałam w zamiarze, bo zaraz po pogrzebie miałam jechać do Dany, a potem do domu. Msza żałobna odbywała się w kościółku ewangelickim u naszego znajomego pastora. Była cała rodzina włącznie z Leni z córkami z Austrii, kościół pełen ludzi, stali w przejściu i nawet na zewnątrz.

Wszystko było dobrze u mnie do mowy pożegnalnej wygłoszonej przez pastora. Kiedy zaczął mówić o naszej relacji wybuchł wulkan płaczu, którego nijak nie mogłam opanować. Nawet nie miałam chusteczek, więc ukradkiem prosiłam dziewczyny z przodu, żeby mi pomogły i razem z chusteczkami schowałam głowę między nogi prawie, żeby nie zwracać na siebie więcej uwagi. Ale czułam na sobie spojrzenia tej masy ludzi i nie wiedziałam, jak zapaść się pod ziemię i tam ryczeć dalej w spokoju i bez wstydu.

Na pogrzeb szliśmy wszyscy, a po nim wróciłam do domu z młodszymi córkami. W podzięce za trud dostałam kartę z podziękowaniem wraz z pięknym upominkiem. Starszej córki nie było, pewnie za dużo wstydu jej zrobiłam płacząc.

Nasze zwyczaje, i nie tylko, bardzo się różnią.

4. Else i Lida — Dom na wzgórzu i język serca

Do Lidy i Else trafiłam przez Danusię — moją przyjaciółkę. Zadzwoniła do mnie któregoś dnia i powiedziała:

— Słuchaj, jest pewien problem. Opiekunka socjalna szuka kogoś do pomocy. Matka mieszka z córką w dużym domu. Matka ma zaawansowaną demencję, a córka… właściwie nikt do końca nie potrafi powiedzieć, co jej jest.

Tak pierwszy raz usłyszałam o Jutcie.

Dziewczyna była inteligentna, ale mówiła w sposób, którego niemal nikt nie rozumiał. Miała własny język, własny rytm mowy, własne skróty. Później nauczyłam się ją rozumieć, ale na początku było to bardzo trudne. W tamtej okolicy było więcej podobnych przypadków. Niedaleko znajdowała się kopalnia bazaltu i ludzie mówili o różnych chorobach dzieci. Nie wiem, ile w tym było prawdy, ale takie historie krążyły.

Lida miała jeszcze starszą siostrę. Ona również była chora i już nie żyła, kiedy tam przyjechałam. Zmarła młodo.

Od początku miałam wrażenie, że z Lidy zrobiono kogoś gorszego — kogoś, kto „sobie nie poradzi”. Ponieważ mówiła inaczej, traktowano ją jak dziecko, jak osobę niesamodzielną. A przecież była inteligentna. Potrafiła liczyć, radziła sobie z wieloma rzeczami. Pracowała nawet w zakładzie pracy dla osób niepełnosprawnych. Codziennie przyjeżdżał po nich autobus i odwoził ich po pracy do domu.

Rodzina była zamożna. Lida miała własne oszczędności — kilkaset tysięcy euro odłożonych przez rodziców. Dom był duży, zadbany, z ogrodem. Z zewnątrz wszystko wyglądało dobrze.

Danusia umówiła spotkanie z opiekunką socjalną i rodziną. Spotkaliśmy się przy okazji rodzinnego przyjęcia. Był kuzyn Lidy z żoną, była pracownice socjalne, Danusia i ja. Rozmawialiśmy o pracy, o moim doświadczeniu, o języku, o tym, jak radzę sobie w Niemczech.

Najwyraźniej zrobiłam dobre wrażenie, bo szybko ustalono warunki.

Dopiero później pojechałam do domu Else i Lidy.

Lida była wtedy bardzo wycofana i nieufna. Agresywna raczej ze strachu niż z charakteru. Zachowywała się jak przestraszone zwierzę, które przez całe życie było strofowane i ustawiane na swoim miejscu.

Z czasem odkryłam, że jest wspaniałą dziewczyną.

Dom stał na rogu, przy głównej ulicy i drodze prowadzącej w stronę cmentarza. Był duży — z piwnicą, parterem i dwoma piętrami. Wokół rozciągał się piękny ogród z drzewami owocowymi. Jesienią rosły tam grzyby.

Na parterze znajdowała się duża kuchnia i jadalnia. Był też szeroki, murowany ganek z wyjściem na taras i do ogrodu. Obok stał garaż.

Na pierwszym piętrze były sypialnie i łazienka. Drugie piętro zajmowałam ja. Miałam tam własną kuchnię z dużym stołem, sypialnię i łazienkę. To w zupełności mi wystarczało.

Zaczęłyśmy razem żyć.

Zakupy, gotowanie, pranie, lekarze, codzienne sprawy. Lida pomagała, jak umiała. Uczyła się szybko. Wcześniej wszystkim zajmowała się jej matka, ale Else była już wyczerpana.

Kiedy zobaczyła, że pojawił się ktoś, kto potrafi prowadzić samochód, zrobić zakupy, zorganizować dom i przejąć część obowiązków, wyraźnie odżyła.

Jej stan poprawiał się z tygodnia na tydzień.

Przed moim przyjazdem była już niemal całkowicie zamknięta w sobie. Samotność, choroba córki i śmierć starszej córki powoli ją niszczyły.

Miała ponad osiemdziesiąt lat.

Pieniądze i duży dom nie dawały niezależności. Bez sprawności człowiek staje się bezbronny.

Między nami wszystkimi zaczęła się tworzyć więź. Jeździłyśmy razem na zakupy, pracowałyśmy w ogrodzie, chodziłyśmy po centrum handlowym. Lida bardzo chciała nadal uprawiać warzywa, ale z czasem wspólnie zdecydowałyśmy, że nie damy rady utrzymać całego ogrodu w dawnym stanie.

Zostawiłyśmy kwiaty, a resztę pozwoliłyśmy zarosnąć trawą.

Coraz częściej odwiedzali nas moi znajomi od Danusi. Przyjeżdżała też rodzina Else — siostra, szwagier, dzieci. W rodzinie były jakieś napięcia i pretensje, prawdopodobnie finansowe, ale nie chciałam w to wchodzić.

Wystarczało mi to, co widziałam.

Przez długi czas nasze relacje z Lida były ostrożne. Ona obserwowała mnie uważnie. Widziała, że dobrze dogaduję się z jej matką, a sama nadal nie była pewna swojego miejsca.

Pewnego dnia wydarzyło się coś, co zmieniło wszystko.

Próbowałam jej coś wytłumaczyć. Chodziło o sprawę, która mogła mieć konsekwencje prawne. Nie pamiętam już dokładnie o co, ale Lida nie rozumiała mojego tłumaczenia i coraz bardziej się denerwowała.

Machnęła ręką.

Odsunęłam się.

Wtedy złapała mnie za drugą rękę i szarpnęła.

Spojrzałam.

Jeden z palców prawej dłoni zwisał bezwładnie.

Nie mogłam go podnieść.

— Lida, co ty zrobiłaś? — powiedziałam.

Ona natychmiast zrozumiała, że stało się coś bardzo złego.

Ja płakałam.

Ona była przerażona.

Else też.

Zadzwoniłam do opiekunki socjalnej.

I wtedy zaczęło się coś, czego do dziś nie potrafię zrozumieć.

Przyjechały obie opiekunki sądowe — zarówno ta od Else, jak i ta od Lidy. Zamiast spokojnie ocenić sytuację, urządziły coś w rodzaju przesłuchania.

Atmosfera była ciężka, nerwowa i agresywna.

Nikt nie próbował uspokoić Lidy.

Nikt nie próbował zrozumieć, że ona sama jest przerażona.

To nie wyglądało jak pomoc.

To wyglądało jak demonstracja władzy.

Dostałam skierowanie do ortopedy. Lekarz okazał się Polakiem, od wielu lat pracującym w Niemczech.

Po badaniu powiedział:

— Ma pani pęknięty staw.

Założono mi gips na sześć tygodni.

Potem czekała mnie rehabilitacja.

Lekarz podał mi numer telefonu do prawnika.

— Powinna pani walczyć o odszkodowanie — powiedział.

Wszyscy mówili to samo.

Kuzyn Lidy. Jego żona. Nawet ludzie z otoczenia.

Ale ja patrzyłam na Lidę i na Else.

Na dwie chore, samotne kobiety.

I wiedziałam, że jeśli zacznę ciągać je po sądach, wszyscy się wykończymy.

Najbardziej zdumiewało mnie jednak zachowanie pracownicy socjalnej Else.

Odbierałam ją jako osobę aroganckąi pozbawioną empatii. Zachowywała się tak, jakby sama świadomość posiadanej władzy dawała jej prawo uciszania i ustawiania innych.

Powtarzała:

— Stop. Stop.

Przerywała wypowiedzi, uciszała wszystkich.

W tamtym momencie po raz pierwszy naprawdę zobaczyłam, jak ogromną władzę nad bezbronnymi ludźmi mają osoby reprezentujące system.

I jak bardzo wiele zależy od ich charakteru.

Najgorsze było to, że Lida przeżywała wszystko jak dziecko.

Chodziła po domu przestraszona, z oczami pełnymi łez. Wiedziała, że zrobiła coś złego, ale nie rozumiała do końca ani sytuacji, ani możliwych konsekwencji.

Widziałam w niej bardziej przerażone zwierzę niż agresora.

A mimo to właśnie ona została potraktowana najbardziej brutalnie.

Przez cały czas ukrywałam prawdę przed własną matką.

Codziennie do niej dzwoniłam, ale nie powiedziałam ani słowa o złamanym stawie.

W naszym domu nigdy niczego się nie ukrywało. O wszystkim mówiło się otwarcie.

A jednak tym razem milczałam.

Dopiero kiedy po kilku miesiącach wróciłam do Polski zmienić opony i zabrać zimowe rzeczy, mama dowiedziała się o wszystkim.

Do dziś prawa ręka nie wygląda tak samo.

Palec działa, mogę nim ruszać, ale staw jest zapadnięty.

Ślad został.

Nie tylko fizyczny.

Po pewnym czasie sytuacja w domu zaczęła się wyraźnie zmieniać.

Stan Else poprawił się. Lida nabrała większej pewności siebie. Przestała być tak wystraszoną, zahukaną dziewczyną. Zaczęła inaczej się ubierać, bardziej o siebie dbać, coraz śmielej wychodziła do ludzi.

Do domu zaczął przyjeżdżać jej kolega z pracy wraz ze swoją znajomą. Był spokojnym człowiekiem, ale nosił w sobie jakieś dawne traumy. Mieszkał w rodzinie zastępczej dla dorosłych osób wymagających opieki. Ta rodzina miała pod opieką kilka osób.

Rozmawiałam nawet z kobietą prowadzącą ten dom. Była sympatyczna i konkretna.

Wtedy właśnie opiekunka sądowa Lidy zaczęła namawiać mnie, żebym przekonała rodzinę zastępczą do częstszych przyjazdów chłopaka do domu Lidy.

— Tu jest dużo miejsca — mówiła. — Będzie pomagał. Jutcie będzie raźniej.

Miał początkowo przyjeżdżać tylko na weekendy.

Dla mnie było to naturalne. Uważałam, że jeśli Lida ma szansę na normalniejsze życie, większą samodzielność i bliskość drugiego człowieka, to trzeba jej tę szansę dać.

Miałam poczucie, że moja rola powoli się kończy.

Najważniejsze było to, że obie kobiety odzyskały równowagę.

Else przestała się zapadać w sobie.

Lida zaczęła wierzyć, że nie jest kimś gorszym.

To było widać każdego dnia.

Coraz częściej sama załatwiała różne sprawy, coraz mniej bała się ludzi. Nawet jej sposób poruszania się i mówienia zmienił się trochę pod wpływem większego spokoju.

Wcześniej dzieci na ulicy potrafiły się z niej śmiać.

Kiedyś kilka z nich zaczęło ją przedrzeźniać.

Zatrzymałam się wtedy i powiedziałam:

— To jest choroba, a nie powód do śmiechu.

Dzieci zwykle powtarzają to, co słyszą od dorosłych.

Miałam coraz większe poczucie, że przez całe życie traktowano Juttę bardziej jak problem niż jak człowieka.

A przecież potrzebowała przede wszystkim cierpliwości, bezpieczeństwa i normalnego traktowania.

Po około dwóch latach uznałam, że mogę odejść.

Wiedziałam już, że sobie poradzą.

Wyjechałam na jakiś czas do Polski. Odpoczywałam kilka tygodni i zaczęłam myśleć o kolejnej pracy.

Wtedy pojawił się wyjazd do Roetgen.

Tak zakończył się najważniejszy etap mojego życia z Else i Lida.

Zostało jednak bardzo wiele wspomnień.

Nie tylko tych trudnych.

Były też chwile zwyczajne.

Jeździłyśmy razem do McDonalda na sałatki i kawę. Dla Lidy takie wyjazdy były prawdziwą przyjemnością.

W tamtej miejscowości pierwszy raz jadłam też chleb ziemniaczany z prywatnej piekarni.

Do dziś pamiętam jego smak.

Był ciężki, długo zachowywał świeżość i zupełnie nie przypominał chleba, który znałam wcześniej.

Od tamtego czasu wszędzie w Niemczech szukałam właśnie chleba ziemniaczanego.

Były też inne historie.

Pamiętam choćby przygodę z samochodem.

Wracałyśmy kiedyś z Lida z zakupów, kiedy nagle przestały działać wycieraczki. Zaczęło padać, robiło się ciemno, a ja miałam przed sobą drogę do domu.

Samochód był prawie nowy.

Na drugi dzień pojechałyśmy do serwisu.

Mechanik obejrzał auto, po czym zapytał:

— Wie pani, że ma lokatora pod maską?

Okazało się, że w silniku mieszkała kuna.

Pod maską było pełno jasnej sierści.

Na szczęście nie przegryzła kabli, ale uszkodziła mechanizm odpowiedzialny za wycieraczki.

Część trzeba było sprowadzać z innego miasta.

Takich drobnych historii było mnóstwo.

To właśnie z nich składało się nasze codzienne życie.

Dzisiaj, kiedy o tym myślę, najbardziej pamiętam nie sam dom ani pieniądze, lecz atmosferę tamtego miejsca.

Samotność tych kobiet.

Strach Lidy.

Zmęczenie Else.

I ogromną potrzebę zwyczajnej ludzkiej życzliwości.

Bo czasami właśnie ona decyduje o tym, czy człowiek jeszcze chce próbować żyć dalej.

5. Roetgen — Belgijska czekolada i wezwanie serca

Mój przyjazd do Roetgen nastąpił niedługo po tym, jak w życiu Lidy zaszły spore zmiany — kiedy wprowadził się do niej Volker, a ona sama zaakceptowała pomoc pracownicy społecznej. Minęło wtedy parę miesięcy. Choć odpoczywałam po wcześniejszych stresach, wiedziałam, że nie mogę zbyt długo pozostawać bezczynna. Myślałam o przyszłości, o czasie, gdy skończę aktywność zawodową. Miałam w swoim życiorysie około dziesięciu lat wyjętych z pracy i dalsze siedzenie w domu wydawało mi się totalną bezmyślnością.

Droga do Roetgen była długa i kręta. O ile dobrze pamiętam, jechałam tam przez Aachen (Akwizgran), zjeżdżając w lewo, wzdłuż samej granicy. Miasteczko okazało się bardzo oryginalne — to właściwie ogromna wieś, ale z pełną infrastrukturą i masą sklepów, jak to w Niemczech. Na miejscu przekonałam się, że tutejsze wsie mają wszystko to, co miasta, tyle że w odpowiedniej skali, choć centra handlowe czy kulturalne często rozbudowują się dopiero na terenach podmiejskich.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 35.02