E-book
12.6
drukowana A5
30.43
Moje podróże do Niemiec 1 & 2

Bezpłatny fragment - Moje podróże do Niemiec 1 & 2


Objętość:
107 str.
ISBN:
978-83-8440-845-2
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 30.43

Nota Autorska

Książka ma charakter autobiografii reporterskiej. Wszelkie postacie, imiona i okoliczności zostały zmienione. Ewentualne podobieństwo do osób rzeczywistych jest przypadkowe.

WSTĘP

Za zamkniętymi drzwiami niemieckich domów

Praca opiekunki osób starszych w Niemczech to nie tylko zawód — to podróż w głąb ludzkich losów, często ukrytych za fasadą eleganckich bungalowów i zadbanych ogrodów. W tej książce zapraszam Cię do świata, który poznałam od podszewki, przemierzając setki kilometrów swoim samochodem na polskich tablicach — od malowniczego Bendorf po tętniącą życiem Kolonię.


To, co tu przeczytasz, nie jest wygładzoną relacją z folderu agencji pracy. To zapis moich realnych doświadczeń: walki o godność podopiecznych, ścierania się z trudnymi charakterami rodzin, ale też chwil wielkiego wzruszenia i zawodowej satysfakcji. To opowieść o tym, jak zachować siebie, niosąc pomoc innym, i jak stawiać granice tam, gdzie interes bierze górę nad sercem. Zapraszam Cię do mojego świata — pełnego emocji, trudnych wyborów i prawdy o życiu na „szteli”.

ROZDZIAł 1. Jak to wszystko się zaczęło

Żeby zrozumieć, dlaczego znalazłam się później w Niemczech, muszę cofnąć się do końca lat osiemdziesiątych.


Jak to wszystko właściwie się zaczęło, ano jak wiele życiowych tragedii w tym czasie. Był to okres na pewno niekorzystny dla ludzi wykształconych i posiadających tzw. kręgosłup moralny, a jednocześnie mało”zaradnych” życiowo. Na temat przemian społeczno-politycznych wolę się nie wypowiadać ze względu na brak dostatecznej wiedzy-chociaż przecież byłam jakby u źródła, bo pracowałam w przewodniej partii, ale to było dużo wcześniej, bo do kwietnia roku 1984.


Później straciłam kontakt z własnej nie przymuszonej woli i automatycznie nie byłam „na bieżąco”.

W moim przypadku zaczęło się dziać źle dokładnie po „okrągłym stole”. Zostawiono na pierwszy plan do odstrzału organizacje spółdzielcze i inne związane przede wszystkim z rolnictwem.


Nie powiedziałam w zasadzie o rzeczy najważniejszej. Co robi pani w wieku 50-lat, z wykształcenia dyplomowany inżynier ekonomiki i organizacji przemysłu spożywczego, w Niemczech, w charakterze opiekunki ludzi starych i chorych. Za czasów komunistycznych wystarczyło chcieć pracować i w zasadzie wykształcenie średnie bywało wystarczające.


Kiedy ja kończyłam studia w roku 1984 wykształcenie wyższe zaczynało nabierać już znaczenia. Skończyłam więc studia, ale w swoim zawodzie nigdy nie pracowałam, ponieważ praca w tym przemyśle wtedy była nisko opłacana.


Szło się za pieniędzmi, tam gdzie więcej się mogło zarobić i rzadko było to związane z zawodem. Przyklad: w latach 80-tych dobrze« stały »finansowo rolnicze spółdzielnie produkcyjne i tam też podjęłam prace jako specjalista ds. kadr, przechodzac z banku, którego istnienie było już zagrożone.


Wracając do sprawy „okrągłego stołu” to „odstrzał” polegał na przygotowaniu majątku firm i przedsiębiorstw do tzw. sprywatyzowania. Cała zabawa polegała na tym, że zaniżano znacznie wartoś́́ć budynków i środków trwałych w celu późniejszego wykupienia przez ludzi związanych z kierownictwem danego obiektu.

Można powiedzieć, że przemysł i spółdzielczość w moim mieście i okolicach z miesiąca na miesiąc przestawały istnieć.


W moim prywatnym życiu postępy, acz wątpliwe, były podobne. W roku 1994 zostałam bez pracy, bez prawa jazdy. W towarzystwie podobnie „poszkodowanych” trochę się topiło smutki w alkoholu i czasami niestety — z braku pieniędzy na taksówkę-jechało się na „dwóch gazach”. Bez męża, oczywiście się nie jechało tylko zostało, ale to najmniejsze zmartwienie.


Musiałam sprzedać mieszkanie zamiast wynajać, ponieważ było to, na tamte czasy, mieszkanie o wysokim standardzie wyposażenia. Przepisy najmu w powijakach, była obawa, że ktoś zdemoluje

moją pracę, sama kładłam kafelki i wiele innych rzeczy robiłam, i wykpi się później przed sądem. Może gdybym miała chociaż trochę pieniędzy, a mniej dumy, poradziłabym się mojego prawnika-a ja nie miałam nawet pieniędzy na przejazd autobusem, żeby pokazać mieszkanie ewentualnym kupcom tylko robiłam po parę kilometrów pieszo.


Co by nie powiedzieć, w grudniu 1994 roku, szczęśliwie lub nie, sprzedałam mieszkanie. Zostałam ze spora forsą, z której połowę wydałam na remont mieszkania mojej mamy, w którym razem zamieszkałyśmy, jak za czasów sprzed mojego drugiego małżeństwa. Kolejny temat na książkę.


Chciałam te pieniądze zainwestować np. w hurtownię, ale zdałam sobie sprawę, że bez drugiej

mobilnej i zaufanej osoby nie dam sobie rady. Nie trwało to długo i idea upadła.


Po paru miesiącach siedzenia w domu /była dosyć ostra zima na przełomie roku 1984—85/i, jak wyżej wspomniałam, zrobieniu pewnych przeróbek w mieszkaniu, zaczęłam rozglądać się za jakąś pracą. Oferty pracy były dosyć ograniczone. W kilku miejscach dano mi do zrozumienia, że wiek 38 lat jest niezbyt pożądany. Ewentualne wynagrodzenie wahało się w granicach 500—600 złotych brutto. To znaczyłoby, że, po opłaceniu rachunków, może zostałoby 50 złotych na życie na cały miesiąc.


W czerwcu dostałam prawo jazdy. Chciałam koniecznie wreszcie mieć

własny samochód i nie liczyć na nikogo. Kupiłam więc z ogłoszenia opla corsę starego jak świat, z silnikiem zamontowanym z całkiem innego samochodu. Ja się na tym nie znałam, ale pojechałam z dwoma fachowcami, tj. znajomym mojej mamy i kierowcą taksówki, który kupił audi byłego męża.


To była jego zemsta, bo audi się psuło i nikt nie wiedział co się dzieje. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że ten kierowca sprzedał audi innemu kierowcy, z którym jechałam swego czasu z Wrocławia. On dopiero odkrył, że przewód paliwa był dziurawy i zasysał z otoczenia wszystkie śmieci, które zatykały rozdzielacz paliwa i pompę.


Wracając do tego trypra corsy, to już na trasie szlag go wziął i musieliśmy go holować. Naprawy podjął się ten mszczący się taksówkarz. Ja pojechałam na

tydzień na urlop do Wolsztyna, gdzie jeździłam od ponad piętnastu lat, a taksówkarz miał

Naprawić samochód i przyjechać po mnie do Wolsztyna. Nie przyjechał. Zapłaciłam 170zł. za

Przyjazd do domu taksówką. Samochód niby jeździł, ale taksówkarz ogolił mnie równo z pieniędzy.


Później znowu coś zaczęło się psuć i zwróciłam się do zaprzyjaźnionego auto-warsztatu. Kolega, jak zobaczył to rękodzieło jeleniogórskie, to zaczął się śmiać. Kazał mi sprzedać

Trypra jak najszybciej. Udało się — nawet zarobiłam 40zł. Później się bałam, że mi ludzie

Zwrócą to cudo, bo mają 5 dni na to, ale się obyło.

Tym razem zostałam z prawem jazdy, bez samochodu, pracy i niewielka ilością pieniędzy.

ROZDZIAŁ II: Bez znajomości jednego niemieckiego słowa …

Zaczęło się tak, że koleżanka — właściwie sąsiadka — potrzebowała zastępstwa do pracy w Niemczech. Miała znajomą, która szukała kogoś na zmianę. Wiedząc, że ja szukam pracy, pomyślała, że może porozmawia ze mną i skontaktuje nas ze sobą.


Ustaliliśmy więc, że osoba poszukująca zastępstwa zadzwoni do mnie i przeprowadzimy wstępną rozmowę telefoniczną.

T o był dla mnie ogromny stres, ponieważ nie znałam niemieckiego — właściwie nie znałam go prawie wcale. Ja znałam angielski i osoba, która do mnie dzwoniła, również znała angielski, ale wiedząc, jak wyglądają procedury sprawdzające, zaczęła rozmowę po niemiecku. Oczywiście nic nie rozumiałam. W końcu przeszliśmy na angielski i w ten sposób dogadaliśmy się co do warunków pracy.


Ustaliliśmy, że przyjadę do Niemiec, a pani, którą miałam zastąpić, zostanie ze mną przez kilka dni — dwa, może trzy — żebym mogła wdrożyć się w rodzaj pracy i poznać wszystkie obowiązki. I tak się stało.


Pojechałam tam autokarem. Przez pierwsze dwa–trzy dni byłam razem z osobą, która wcześniej pracowała w tym domu. Pokazała mi wszystko. W bardzo krótkim czasie musiałam przede wszystkim nauczyć się podstawowych, „kontaktowych” słów po niemiecku — takich, żebym wiedziała, czego się ode mnie oczekuje i co mam robić.


Kiedyś próbowałam uczyć się niemieckiego. Chodziłam na kursy, zaczynałam naukę w szkole, ale zmieniłam szkołę i porzuciłam kurs. Ten język był dla mnie strasznie wstrętny: twardy, nieprzyjazny, obcy. Za każdym razem rezygnowałam, zupełnie nie przypuszczając, że kiedyś go pokocham i że stanie się językiem, w którym będę myśleć.


Z czasem odkryłam, jak skutecznie uczyć się języka obcego. Odkryłam to ponad trzydzieści lat temu i do dziś uważam tę metodę za jedną z najlepszych. Najpierw uczy się słówek. Potem z tych słówek układa się zdania. Dopiero później przychodzi czas na gramatykę, kiedy słownictwo jest już na tyle duże, że stanowi bazę. Wtedy wszystko wchodzi znacznie łatwiej.


A potrzeba jest argumentem najmocniejszym ze wszystkich. Człowiek na obczyźnie musi zarabiać pieniądze i jakoś sobie poradzić. To najlepsza motywacja, by nauczyć się języka jak najszybciej.


Rodzina, do której trafiłam, składała się z męża i żony — tej drugiej bardzo chorej. Była sparaliżowana, mogła jedynie mówić i poruszać głową. Ręce i reszta ciała były całkowicie niesprawne. Pracowały jeszcze płuca i część układu wewnętrznego, ale ośrodkowy układ nerwowy był całkowicie zaatakowany.


Nie była to łatwa praca. Wymagała dużego wysiłku fizycznego, bo trzeba było dźwigać, mimo że dwa razy dziennie przyjeżdżała zawodowa opieka — Pflegedienst — żeby pomóc. Jedna osoba nie byłaby w stanie sama przenosić chorej, myć jej i wykonywać wszystkich czynności higienicznych.

Wszystko odbywało się przy użyciu specjalnych zawieszeń.


To było bardzo ciężkie i uciążliwe — nie tylko dla osoby chorej, ale dla całego otoczenia. Choroby takie jak stwardnienie rozsiane, wylew czy porażenie mózgowe odbijają się na wszystkich, zwłaszcza na najbliższych. Rozwalają całe rodziny, wpływają na psychikę, na codzienne funkcjonowanie.


Wytrzymałam tam dziewięć miesięcy. I teraz, pokrótce, opowiem, jak wyglądało tamtejsze życie i otoczenie.

Miejscowość była niemal uzdrowiskowa — mała, przepiękna, z oczkami wodnymi. Dom, w którym mieszkała rodzina, znajdował się na obrzeżach miejscowości. Za nim rozciągały się pola, a polnymi drogami często spacerowałam.


Sam dom był piętrowy, ale niezbyt duży. Skromny, sympatyczny, z małym ogródkiem i garażem. Mój pokój znajdował się na górze, z dostępem do łazienki. Na tym samym poziomie był gabinet męża chorej pani, z którego często korzystałam, ponieważ stał tam telefon. Było tam jeszcze jedno pomieszczenie, ale dziś już nie pamiętam, do czego służyło.


Z czasem nauczyłam się tam wielu rzeczy. Jedną z nich było prasowanie męskich koszul — czego wcześniej nigdy nie robiłam. W tym domu prasowało się właściwie wszystko, łącznie z bielizną. Na początku uczyłam się tej czynności, a potem wykonywałam ją już rutynowo. Prasowanie zajmowało mi sporą część dnia.


Moje pierwsze zakupy były dość ciekawe. Pani podawała mi nazwy produktów takie, jakie funkcjonowały potocznie, na przykład Handkäse. Tych nazw nie zawsze dało się znaleźć bezpośrednio na opakowaniach w sklepie, bo były to określenia zwyczajowe. Żeby kupić dany produkt, potrafiłam chodzić po sklepie nawet godzinę.


Krępowałam się jeszcze używać niemieckiego otwarcie — znałam swoje ograniczenia i wiedziałam, że języka wciąż nie znam dobrze.

Był jednak moment, kiedy coś całkowicie przerosło moje możliwości. W końcu przeprosiłam i poprosiłam o pomoc. Pokazałam kartkę z zapisaną nazwą produktu. Dopiero wtedy udało się zakończyć zakupy i wrócić do domu. Takie sytuacje zdarzały się kilka razy, ale z czasem minęły i wszystko zaczęło przebiegać znacznie sprawniej.


Poza językiem i pracami domowymi nauczyłam się tam także gotowania. Ta pani nie mogła mi w tym pomóc, więc musiałam stanąć na wysokości zadania. Znałam przygotowywanie potraw na różne okazje — takich, jakie robiło się w Polsce na imieniny czy przyjęcia: przekąski, galaretki, ciasta. Piec ciasta potrafiłam bardzo dobrze, ale nie przyznawałam się do tego, bo uważałam, że byłoby to dodatkowe, zupełnie niepotrzebne zajęcie. Rodzinę było stać na zamawianie ciast, a w Niemczech funkcjonował świetny system zamówień z katalogów piekarniczych, z dostawą do domu. Można było robić zakupy do zamrażarki, a jakość tych wypieków była znakomita — niemal jak domowe.


Nauczyłam się więc przede wszystkim gotowania codziennych potraw. Pewnego razu zbliżały się urodziny jednego z domowników — do dziś nie pamiętam, czy były to jej, czy jego urodziny. Zebrali się znajomi, ludzie, którzy jeszcze niedawno byli zdrowi, aktywni, młodzi duchem. Podróżowali po Europie, mieli wielu przyjaciół. A potem wszystko nagle się skończyło — podczas jednego z wyjazdów ta pani zaczęła tracić władzę w nogach. Od tego momentu zaczęła się straszna choroba związana z ośrodkowym układem nerwowym.


Padło pytanie: co robimy na urodziny? Ktoś zaproponował, żebym przygotowała coś polskiego. Zgodziłam się i zaczęłam planować. Chciałam zrobić coś na zimno i coś na ciepło.


Przygotowałam bigos — naprawdę bogaty, nafaszerowany składnikami. Zrobiłam galaretę mięsno-warzywną, w której byłam bardzo dobra. Wymyśliłam też własną potrawę: zapiekankę z ziemniaków, boczku i melonów, żeby przełamać smak. Ziemniaki były gotowane i krojone, na nich warstwa boczku, a na wierzchu pasy słodkiego melona. Całość została zapieczona i wyszła znakomicie.


Były też jajka faszerowane w majonezie — robiłam je od lat — oraz różne surówki warzywne. Chyba był też barszcz czerwony do picia, doprawiony czosnkiem, podany w kubkach. Przygotowałam dużą ilość jedzenia, bo gości było kilkanaście.

Impreza trwała od wczesnego popołudnia do wczesnego wieczora, ponieważ wszyscy wiedzieli, że w domu jest osoba chora i trzeba zachować określony rytm dnia.


Jedzenie znikało bardzo szybko. Goście zachwycali się potrawami, przychodzili do kuchni po dokładki — bigosu, zapiekanki, galaret, jajek. Zachwytom nie było końca.

Byłam z tego bardzo dumna. Był to jednak wysiłek, który nie wiązał się z żadną gratyfikacją ani szczególnym podziękowaniem ze strony gospodarzy. Uważali to po prostu za mój obowiązek. Pozostały mi jedynie podziękowania od gości.

Tak wyglądały moje kulinarne „sukcesy”.


Chodząc na zakupy, robiłam też coś w rodzaju rekonesansu po miejscowości — na tyle, na ile było to możliwe. Była naprawdę przepiękna. Przyjeżdżali tam ludzie z całych Niemiec, bo miejsce miało wyjątkowy mikroklimat. Dobrze się tam czułam. Było spokojnie, zielono, czysto. To była przestrzeń, w której można było odetchnąć.


Niestety zdarzyła się sytuacja, która zaważyła na dalszym pobycie w tej rodzinie. Stało się to tuż przed upływem dziewięciu miesięcy mojej pracy.

Mąż chorej pani, który zajmował się różnymi interesami — czymś w rodzaju dawnego komiwojażera — złożył mi propozycję. Zapytał wprost, co bym powiedziała na to, żebyśmy uprawiali ze sobą seks, i dodał, że będzie mi za to płacił.


Był to dla mnie szok.


Odpowiedziałam spokojnie, że doceniam jego szczerość i rozumiem jego sytuację, ale nie wyobrażam sobie takich relacji zawodowych. Powiedziałam, że byłam już dwukrotnie mężatką, choć to nie miało tu większego znaczenia — po prostu nie potrafiłam i nie chciałam czegoś takiego robić. Między nami nie było żadnej „chemii”.


Dodałam też, że rozumiem, iż w życiu zdarzają się różne sytuacje — ludzie czują do siebie sympatię, zdarzają się relacje między przełożonymi a pracownikami — nie jestem osobą zakłamaną ani naiwną. Ale w tym przypadku chodziło o coś zupełnie innego. Proponował, żeby działo się to w tym domu. Dla mnie było to absolutnie nie do przyjęcia.


Wiedziałam już wtedy, że taką samą propozycję złożył mojej poprzedniczce. Ona sama mi to powiedziała, prosząc, żebym nikomu o tym nie wspominała. To właśnie dlatego zrezygnowała z pracy.


Dla mnie było to ostateczne przekroczenie granicy. Już wcześniej byłam skrajnie obciążona —fizycznie i psychicznie — opieką nad ciężko chorą osobą. Byłam tam nie tylko dla niej, ale także dla niego: jako osoba sprzątająca, prasująca, gotująca. Na więcej nie mogłam i nie chciałam się zgodzić.


W ten sposób mój pobyt tam dobiegł końca.


Byłam tam także w okresie bardzo ciężkich zim — i o tym warto wspomnieć. Jeździłam wtedy do Polski autokarem, nocnymi kursami. Nie pamiętam już nazwy firmy; była to duża firma przewozowa, z porządnymi autokarami wyposażonymi w toalety. Dziś raczej dominują mniejsze busy, wtedy jednak wyglądało to inaczej.


Pamiętam szczególnie jedną noc. Wyjazd był nocny. Dojeżdżało się do miejsca zbiórki, skąd odbierano pasażerów. Część ludzi jechała do rodzin, część turystycznie. Ja miałam dotrzeć do miasta, gdzie czekał na mnie mąż tej chorej pani.


Tego dnia panował mróz sięgający minus dwudziestu siedmiu stopni. Dobrze, że miałam prawdziwy, ciepły kożuch. W autokarze toaleta zamarzła. Na granicy — bo były to jeszcze czasy sprzed wejścia do Unii Europejskiej — żeby skorzystać z toalety, trzeba było przejść pieszo około półtora kilometra. Kolejki były ogromne, zwłaszcza nocą.


To była moja pierwsza praca za granicą — był rok 1997. Na granicy panował chaos, opóźnienia były potężne. Ten człowiek czekał na mnie, a ja dzwoniłam z budki telefonicznej — wtedy wciąż jeszcze istniały — informując go, że przyjazd się opóźni. Dobrze, że miałam drobne monety.


On kilka razy przyjeżdżał z powrotem do swojej miejscowości, bo nie mógł doczekać się na mnie. Potem role się odwróciły: najpierw on czekał na mnie długo, później ja czekałam na niego. W końcu udało nam się skontaktować i ustalić, że jestem już na miejscu.


Drogi były zasypane, zamarznięte, przejazd bardzo trudny. To była jedna z tych wyjątkowych zim, których się nie zapomina. Takie doświadczenia zostają w pamięci na zawsze.


To były moje przygody związane z tym miejscem pracy. Trudne, wymagające, momentami piękne, momentami graniczne. Z perspektywy czasu widzę, jak wiele mnie nauczyły — o ludziach, o sobie, o granicach, których nie wolno przekraczać.

ROZDZIAŁ 3. Piękne trzy lata z Hubem w Heskem

Czy były to piękne lata z Hubem w Heskem?

Oczywiście. Choć pewnie nie w tym znaczeniu, jakie zwykle przychodzi ludziom do głowy.


Ela nagrała mi wtedy „metę”. Miałam się z kimś spotkać — gdzieś w okolicach, a właściwie dokładnie w Darmstadt. Z synem podopiecznej. Przyjechałam, czekałam. Czekałam długo. Były jakieś sygnały, miało się coś wydarzyć, ktoś miał się odezwać, ktoś kogoś wywołać — nazwisko, imię, cel spotkania. W końcu doszło do tego wywołania.


Podszedł do mnie mężczyzna. Mniej więcej w moim wieku, może odrobinę młodszy. Czarna broda, czarne, gęste włosy. Przy tuszy, ale jednocześnie bardzo ładny na twarzy. Odezwał się po niemiecku. Powiedział, żebym poszła z nim do samochodu — pojedziemy razem, bo jego szef nie mógł przyjechać, więc wysłał jego. Ma na imię Hubert. Zawiezie mnie na miejsce.


Wsiedliśmy do auta. Mercedes. Dobra klasa. Jedziemy. Myślę sobie: no tak… mężczyzna. Rozmowa. On wypytuje mnie, ja jego. Taka zwykła wymiana zdań, zanim jeszcze człowiek zobaczy, gdzie właściwie trafił.

Okazało się, że jadę do piekarni. Miałam zastąpić Greczynkę. Musiała wracać do swojego kraju.


Może powinnam zacząć od niej. Byłyśmy tam razem bardzo krótko — jeden dzień, kilka godzin. Opowiedziała mi, co i jak, gdzie się poruszać, co będzie należało do moich obowiązków. Ona nie musiała być tam cały czas — była dochodząca, choć jednocześnie mieszkała w tym samym pokoju, w którym ja miałam zamieszkać.


Miała bardzo dobrą koleżankę, która ją tam właściwie ściągnęła. Jeszcze jedna Greczynka — ta z kolei sprzątała w piekarni i w domu. Bo to był dom połączony z piekarnią. Dwupiętrowy. I ta dziewczyna w zasadzie opiekowała się babcią. Nie wiem dokładnie, z jakich powodów doszło do scysji między synem babci a tą Greczynką, ale coś się tam popsuło.

Pamiętam tylko, że ostrzegła mnie:

— Facet nie jest łatwy w kontakcie. Dużo pije. Pracuje ciężko, nocami.


Bo praca w piekarni to praca nocna. Ekspedientki sprzedawały w dzień, ale piekarze

pracowali od drugiej w nocy aż do rana. Potem szli spać. Towarem zajmowały się dziewczyny na zmianach — czasem dwie naraz, bo popyt był ogromny. Bułki, ciasta, torty. Chleba właściwie nie było, ale cała reszta — tak. Miałam po raz pierwszy w życiu możliwość zobaczyć, jak wygląda praca w piekarni od środka. Nigdy wcześniej tego nie znałam.


Greczynka była ze mną tylko chwilę. Syn właścicielki wtedy był w szpitalu. Cukrzyca. Poważne powikłania. Amputowane palce u stóp — stopa cukrzycowa. Do tego mąka, pył, nocna praca. Pylica. Oddychanie tym wszystkim przez lata. Nie znam się na medycynie, ale widziałam, że organizm już nie dawał rady.


Nie pamiętam imienia Greczynki, która sprzątała. Chyba Hela. Bardzo serdeczna dziewczyna. Pokazała mi miasto. Niewielkie, właściwie dzielnica Marburga, choć formalnie osobne miasto, z własnym urzędem i burmistrzem.


Na pożegnanie dała mi dywanik. Wełniany, z długim włosiem — czerwono-czarny. Piękny. Leżał u mnie długo, dopóki nie zjadły go mole.


Babcia była osobnym światem. Starsza pani, po udarze. Na początku poruszała się na wózku. Miała problemy z mówieniem, ale jakoś się dogadywałyśmy. Była bardzo życzliwa. Miała dwóch synów. Jeden zmarł na raka żołądka, zostawiając żonę i dwie córki. Ta synowa pracowała w cukierni jako ekspedientka, miała też pewne ambicje kierownicze, choć Frank nie dopuszczał jej do władzy. Relacje między nimi były napięte, ale ona sama była ciepła i serdeczna.


Była też Inga. Było kilku piekarzy — starszy pan, który przyjeżdżał Toyotą, i młody chłopak, świeżo po szkole, na praktyce. Bardzo sympatyczny. Później przeniósł się do dużej, nowoczesnej cukierni we Frankfurcie. Lepsze warunki, lepsze pieniądze.


Pamiętam jego tatuaże. Pierwszy raz widziałam wtedy, jak bardzo to boli. Miał kolorowy tatuaż na plecach i ramieniu, chodził z opatrunkiem, cierpiał. To on pośrednio dał mi impuls, by po czterdziestce przekłuć sobie uszy. W Niemczech tatuaże, makijaż permanentny, ciało — wszystko było bliżej, bardziej oswojone.


Syn, który prowadził piekarnię, był samotny. Kiedyś miał dziewczynę, ale matka jej nie zaakceptowała. Z czasem zdziadział. Miał pieniądze, konie wyścigowe, jeździł na tory w Bad Nauheim. Raz jego koń wygrał wyścig. Wygrał wtedy sporo pieniędzy.


Budynek był duży. Sklep od ulicy, za nim piekarnia. Zamrażarki, piece, wielkie urządzenia. Na parterze mały pokój, kuchnia. Schody na górę. Mój maleńki pokoik przy schodach. Salon, pokój Franka, pokój babci, taras nad piekarnią — z którego cały czas czuć było zapachy wypieków.


Na drugim piętrze łazienka. Duża, wykafelkowana. Dwa bidety, dwie umywalki — planowana dla przyszłej żony, która nigdy się nie pojawiła. Ja korzystałam z łazienki przy kotłowni, obok strychu. Tam były myszy. I karaluchy.


Karaluchy widziałam wcześniej tylko w szpitalu w Wałbrzychu — prusaki, małe. Tu zobaczyłam czarnego, ogromnego, pięcio-, sześciocentymetrowego. Stał na ścianie. To było straszne.

Trzy lata z Hubem

A właściwie trzy lata z karaluchami.

Choć tytuł tego rozdziału sugeruje postać Huberta, to ona była jego prawdziwym sercem. Babcia. Przez dekady była filarem rodzinnego przedsiębiorstwa — piekarni w Heskem, prowadzonej z dziada pradziada. Nawet zbliżając się do dziewięćdziesiątki, zachowywała tę specyficzną dla dawnych rzemieślników energię; trzymała wszystko żelazną ręką, budząc respekt swoją inteligencją i trzeźwością umysłu.


Wszystko zmieniło się po mikrowylewie. Sprawność fizyczna odeszła pierwsza, sadzając ją na wózku inwalidzkim, ale jej duch wciąż był obecny. Te dni wspominam z pewnym ciepłem — nasze wspólne popołudnia przed telewizorem, długie rozmowy o przeszłości rodu i zapachu chleba w Heskem. Mimo ograniczeń, dawałyśmy sobie radę. Piętro naszego domu skrywało ogromną łazienkę, w której codziennie toczyłyśmy swoją walkę o godność i higienę, i wygrywałyśmy ją.


Tragedia przyszła cicho, podczas moich krótkich, świątecznych odwiedzin w Polsce. Kilka dni wolnego stało się szczeliną, przez którą wdarło się nieszczęście.


Syn babci, chcąc ułatwić jej poruszanie się, zbudował drewniany podjazd nad stopniami łączącymi kuchnię z resztą pomieszczeń. Feralnego dnia, gdy był zajęty pracą w piekarni, a babcia została sama, konstrukcja zawiodła. Wózek przechylił się, a ona runęła w bok.


Gdy odebrałam telefon w Polsce, serce mi zamarło. „Babcia jest w szpitalu”. Dopiero później poznałam drastyczne szczegóły. Leżała tam, na zimnej terakocie przedpokoju, przez kilka nieskończenie długich godzin. W absolutnej bezradności, pośród karaluchów, które w tym domu były codzienną plagą, nie do wytępienia. Ten chłód i przerażenie doprowadziły do kolejnego, tym razem potężnego wylewu.


Kiedy wróciłam, dom był już inny. Babcia nie była już tą kobietą na wózku, z którą oglądałam telewizję. Stała się więźniem szpitalnego łóżka rehabilitacyjnego. Przez kolejne dwa lata moje życie splotło się z jej oddechem — karmienie, podawanie posiłków, które z czasem stawało się coraz trudniejsze, bo dłonie, które niegdyś formowały bochenki chleba, teraz nie potrafiły utrzymać łyżki. Choć przyjeżdżał Pflegedienst, to na moich barkach spoczywała ta najtrudniejsza, codzienna intymność opieki.


Wbrew pozorom, po powrocie ze szpitala życie babci toczyło się dalej i to całkiem dobrze. Starałam się, by domowa codzienność w niczym nie przypominała sterylnych, szpitalnych korytarzy. Moim największym polem walki stała się kuchnia. Przez cały miesiąc każdego dnia gotowałam coś innego, dbając o to, by dania były nie tylko pożywne, ale i pełne smaku. Babcia zawsze kochała moją kuchnię, a domownicy twierdzili, że gotuję świetnie.


Niestety, z czasem pojawił się problem, którego nie potrafiłam rozwiązać sercem ani kunsztem kulinarnym. Babcia przestała połykać. To nie był brak apetytu czy grymaszenie — to była fizyczna blokada. Coś w jej organizmie, prawdopodobnie nerwy sterujące krtanią i przełykiem, odmówiło posłuszeństwa po wylewie.


Mimo moich usilnych starań, każda próba karmienia stawała się coraz większym wyzwaniem, a lęk o to, czy babcia przyjmuje wystarczająco dużo pokarmu, narastał. W końcu medycyna musiała zastąpić tradycyjny posiłek. Stanęliśmy przed nieuniknioną decyzją o żywieniu dożołądkowym, bezpośrednim, które miało zapewnić jej przetrwanie tam, gdzie ciało nie dawało już rady.


Wokół pokoju babci, w którym czas zdawał się niemal zatrzymać, życie toczyło się swoim dawnym, intensywnym rytmem. Jej syn z rozmachem zarządzał piekarnią, sklepem i całym zespołem pracowników. Wśród nich był Hubert — postać niezwykle pracowita, niemal nieuchwytna w swoim pędzie. Choć miał swoją stałą posadę, weekendy spędzał u nas, dorabiając do domowego budżetu. Jego dzień zaczynał się długo przed świtem, gdy o czwartej rano rozwoził gazety. Później, w ramach wsparcia kolegi interesu, zajmował się transportem i uzupełnianiem tych dostaw, których zabrakło w regularnych, cotygodniowych transportach. Był człowiekiem, który zawsze znajdował miejsce na jeszcze jeden obowiązek. Był po rozwodzie, mając dwoje cudownych dzieciaków, jednocześnie osobą bardzo towarzyską i uwielbianą, Praca była wyjątkowa przez jej wielowątkowość, tzn.przebywanie z wieloma różnymi osobami codziennie w czasie godzin ich pracy, dzielenie wspólnych i ka ż dego z osobna problemów, zainteresowań, konflikty wynikające z pracy, napi ę cia itp.

Życie w cieniu piekarni i blasku Heskem

Praca w Heskem nie ograniczała się tylko do opieki. Nasza wieloosobowa załoga tworzyła barwną mozaikę charakterów, a ich losy splatały się z moimi także po godzinach pracy. Bywały chwile bolesne, jak nagła śmierć jednej z niezwykle sympatycznych pracownic, która odeszła niedługo po urodzeniu córki, przegrywając walkę z chorobą i wycieńczeniem organizmu. Ale były też momenty pełne młodości i energii — jak rozmowy z przystojnym chłopakiem dumnym ze swoich tatuaży, czy wspólne wypady z Ingą i Hubem na koncert Bruce Springsteena, który grzmiał na stadionie w Offenbach.


Staliśmy się zgraną grupą. Chodziliśmy na kręgle, robiliśmy wypady na grille i odwiedzaliśmy algierską restaurację pod Marburgiem, gdzie jedzenie było tak wyśmienite, że dopiero tam nauczyłam się, jak wielkie mogą być porcje. Patrzyłam z niedowierzaniem, jak dzieci Huba z lekkością pochłaniają zawartość ogromnych talerzy, podczas gdy ja czułam się pełna już po kilku kęsach. Z czasem jednak, zgodnie z przysłowiem „z kim przystajesz, takim się stajesz”, i ja zaczęłam doceniać te wspólne biesiady.


To radosne życie towarzyskie było moją odskocznią. Opieka nad starszą, dziewięćdziesięcioletnią osobą, leżącą na łóżku rehabilitacyjnym i karmioną sondą żołądkową, była ogromnym ciężarem — zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Mimo że babcia przestała mówić, wciąż miałyśmy kontakt. Rozmawiałyśmy oczami. Wiedziałam, że mnie lubi; wcześniej z ciekawością poznawała smaki polskiej kuchni, co dla osoby z jej pokolenia było nie lada nowością.


Właściciel piekarni, Frank, żył głównie swoimi końmi. Choć z czasem jego stajnia zubożała i został mu tylko jeden koń, wciąż odnosił sukcesy na torze wyścigowym. Frank traktował Huberta nie jak pracownika, ale jak przyjaciela, a przy okazji urodzin czy imienin zapraszał nas do luksusowej restauracji „Pod Smokiem”. To tam, w lecie 2001 roku, krótko przed śmiercią babci, po raz pierwszy jadłam sałatkę z homara. Kosztowała fortunę — pamiętam, że płaciliśmy już wtedy w euro — ale smak tego luksusu zapadł mi w pamięć na zawsze.

Konie na piasku i pałacowe jezioro

Nasze wspólne życie z Hubem to nie tylko praca i Heskem, ale też przepiękne podróże z jego dziećmi. Pamiętam nasze dwa tygodnie w Holandii. To tam po raz pierwszy widziałam coś zdumiewającego: robotnicy rozbierali brukowaną ulicę, usuwając kamienie tylko po to, by odsłonić piach dla koni. Odbywały się tam wtedy wyścigi zaprzęgów — takich jednoosobowych powozów, które znałam wcześniej tylko z opisów Joanny Chmielewskiej w „Krokodylu z kraju Karoliny”. Widok tych koni pędzących wzdłuż miejskiej ulicy był niesamowity.


Nasze dwa tygodnie w Holandii zapamiętałam jako czas niemal bajeczny. Mieszkaliśmy w urokliwym domu przy głównej ulicy, prowadzonym przez niezwykle serdecznych gospodarzy. Największą atrakcją był nasz taras — mieliśmy z niego idealny widok na ulicę, która na czas wyścigów zaprzęgów zmieniała się w piaszczysty tor.


Dni upływały nam na zwiedzaniu miasta i zakupach, a moją uwagę przykuł zwłaszcza ogromny, monumentalny budynek kasyna. Gdy potrzebowaliśmy odpoczynku, ruszaliśmy na cudowną plażę, pełną kolorowych leżaków i parasoli. Prawdziwą magię poczuliśmy jednak podczas festiwalu muzyki. Cały deptak tętnił życiem — co kilka metrów trafialiśmy na inny zespół i zupełnie inny rodzaj brzmień.


Przechodziliśmy tak pół nocy, chłonąc tę niezwykłą atmosferę, a rano, bez pośpiechu, odsypialiśmy nocne spacery na nagrzanej słońcem plaży. Było po prostu przepięknie.


Mieszkaliśmy w urokliwym pensjonacie prowadzonym przez cudownych gospodarzy. Na dole mieściła się restauracja, gdzie akurat trwał sezon na homary. Choć widziałam, jak je przywożą, nie chciałam naciągać Huba na takie koszty — podróżowanie z dwójką dzieci i tak było już sporym wydatkiem. Dzieciaki zresztą były wspaniałe, bardzo grzeczne i świetnie wychowane, mimo że ich rodzice byli po rozwodzie. Między Hubem, a jego byłą żoną panował szacunek, co bardzo szanowałam.

Powrót wspomnień

Później przyszedł czas na urlop w Polsce. Zabrałam ich do Wolsztyna, miejsca, które znałam od lat. Tym razem jednak nie spaliśmy w skromnych domkach kempingowych w Karpicku, lecz w samym Pałacu Wolsztyńskim. Obiekt był świeżo po remoncie, a pokoje miały najwyższy standard, z przepięknymi łazienkami. Ten biały, kolumnowy gmach położony w parku nad samym jeziorem stał się tłem dla naszych najpiękniejszych wspomnień — wspólnego łowienia ryb, wieczornych tańców i niekończących się rozmów.


W Wolsztynie było naprawdę przepięknie. Wolsztyn przywitał nas feerią barw i dźwięków. Miałam już stamtąd swoje własne, niemal legendarne wspomnienie — chwilę, gdy na samym środku jeziora udało mi się złowić ogromnego węgorza. Jednak tym razem miasto żyło wielkim świętem, które odbywało się tuż obok naszego Pałacu. Hotel i restauracja tętniły życiem, a z oddali, z drugiego brzegu parku, dobiegały rytmiczne dźwięki muzyki z tanecznego podestu.


Prawdziwa magia działa się jednak przy samej wodzie. Przy pałacowej plaży cumowała łódź — a właściwie przystrojony lampionami i kolorowymi girlandami pływający pojazd, który zabierał gości w nocne rejsy. Tłumy były nieprzebrane; przyjechali ludzie z całego kraju, a nawet z zagranicy, przypominając mi zloty motocyklistów, które tak często odbywały się w pobliskim Karpicku.


Wraz z Hubem postanowiliśmy dołączyć do zabawy. Hub był postawnym, zadbanym mężczyzną, ważącym dobre sto trzydzieści kilogramów, co przy moich niespełna sześćdziesięciu sprawiało, że czułam się przy nim krucho. Gdy weszliśmy na pokład, całe szczęście, że łódź wyposażona była w solidne, wysokie barierki. Sternicy, sami będąc już w nader radosnym, „świątecznym” nastroju po kilku piwach, prowadzili jednostkę śmiało, a łódź zdawała się płynąć po tafli jeziora niemal tanecznym, nieco chwiejnym krokiem.


Podczas gdy inni biesiadowali pod pokładem przy stolikach, my — zakochani i pełni szczęścia — trzymaliśmy się kurczowo barierek, chłonąc widoki. Jezioro otoczone nocnymi iluminacjami wyglądało bajecznie, jak dekoracja do najpiękniejszego snu. Nigdy wcześniej ani później nie uczestniczyłam w czymś tak magicznym. To był wieczór idealny, a przecież wiedzieliśmy, że to jeszcze nie koniec — kolejny dzień obiecywał nowe atrakcje.

Śladami Kocha i leśnych ścieżek

Wolsztyn to nie tylko jezioro i huczne zabawy. To miasto ma w sobie niezwykły spokój, który odkrywaliśmy podczas długich spacerów. Chodziliśmy po urokliwych uliczkach, odwiedzając między innymi Muzeum Roberta Kocha — słynnego noblisty i odkrywcy prątków gruźlicy, który właśnie tutaj, w Wolsztynie, prowadził swoje badania. Fascynujące było poczucie, że stąpamy po tej samej ziemi, co człowiek, który zmienił historię medycyny.


Jednak to lasy wokół Wolsztyna i Karpicka były naszym prawdziwym azylem. Czyste, pachnące żywicą i mchem, zapraszały nas na wielogodzinne wyprawy. Byliśmy zapalonymi grzybiarzami — te wspólne chwile, gdy wśród drzew szukaliśmy skarbów polskiej natury, dawały nam ogromną radość i wytchnienie od codzienności. To tam, w ciszy lasu, odpoczywaliśmy najlepiej, ciesząc się swoją obecnością i pięknem przyrody, która w Lubuskim/ Wielkopolsce wydawała się wyjątkowo szczodra.

Rodzinne podróże i lekcja pokory

Nasze wspólne życie z Hubem dopełniały dzieci — dziewczynka i chłopczyk. Były to dzieci przepiękne i niezwykle radosne, a przy tym wspaniale wychowane. Podczas naszej długiej podróży samochodem do Holandii czy Polski, nieraz słyszałam dochodzące z tylnej kanapy słynne pytania: „Tato, daleko jeszcze?”, które znałam już z autopsji. Mimo że ich rodzice byli po rozwodzie, panował między nimi ogromny szacunek. Obserwując ich, doszłam do wniosku, że czasem szanujący się ludzie muszą się rozstać właśnie dla dobra dzieci, by oszczędzić im życia w napięciu.


Te podróże były dla nas okazją do pokazywania dzieciom świata, ale jedna z nich — wizyta w moich rodzinnych stronach — przyniosła niespodziewaną lekcję. Hubert był autentycznie oczarowany moim miastem. Podziwiał architekturę rynku, Katedrę oraz unikatowy Kościół Pokoju, zbudowany bez użycia ani jednego gwoździa. Czuł się tu niemal jak w rodzinnym mieście, dopóki sielanki nie przerwał incydent na ulicy Długiej.


Gdy szliśmy, rozmawiając po niemiecku, grupka dzieciaków zaczęła wykrzykiwać w naszą stronę nienawistne „heil Hitler”. Poczułam wtedy paraliżujący wstyd. Zatrzymałam się i ku ich zdumieniu odpowiedziałam czystą polszczyzną: — Wstyd mi za was! Wstyd mi, że tak niegodnie się zachowujecie. Ten pan nie jest niczemu winien, jest za młody, by uczestniczyć w wojnie. On bardzo lubi Polaków i dlatego tu przyjechał, a przez was wywiezie stąd tylko złe wspomnienia.


Hubert, choć nie rozumiał słów, wyczuł płynącą od nich agresję. Było mi potwornie przykro, że ta chwila bezmyślności rzuciła cień na jego zachwyt nad moim krajem.

Świąteczne chwile u RosE

Nigdy nie zapomnę, jak szwagierka Franka, Rose, zaprosiła mnie do siebie na Boże Narodzenie. To właśnie dzięki niej mogłam zobaczyć, jak niemieckie święta różnią się od naszych. Choć w sklepach marketing zaczynał się już miesiąc wcześniej, w samych domach panował spokój. W Niemczech Wigilia nie jest tak „napompowana” jak w Polsce; to skromny wieczór z choinką, po którym czasem idzie się na pasterkę do kościoła ewangelickiego.


Prawdziwe świętowanie zaczęło się w pierwszy dzień świąt, kiedy zasiadłam do obiadu z Ro se i jej dwiema bardzo sympatycznymi córkami. Spędziliśmy wspólnie kilka przepięknych godzin, rozmawiając i ciesząc się swoim towarzystwem. Atmosfera była niezwykle ciepła i rodzinna. Na stole królowało Sauerbraten — tradycyjna, marynowana pieczeń wołowa, która w połączeniu z kluskami i czerwoną kapustą smakowała wybornie. Do tego podano całą masę ciast i innych kulinarnych przysmaków. Byłam ogromnie wdzięczna Ro se za to zaproszenie. Dzięki niej poczułam się tamtej zimy nie jak pracownica, ale jak bliski członek ich wspólnoty. To jedno z moich najmilszych i najważniejszych wspomnień

Bolesny finał i medyczny cud

Aktywny tryb życia, który prowadziliśmy z Hubem, w pewnym momencie wystawił mi wysoki rachunek. Po godzinach gry w kręgle, trzech godzinach szaleńczego tańca na koncercie Bruce’a Springsteena w Offenbach-Bieber oraz intensywnym czasie w Wolsztynie, moje kolana odmówiły posłuszeństwa. Pojawił się potworny ból i ogromna opuchlizna. Diagnoza postawiona przez lekarza w Polsce była druzgocąca: woda w stawach i wizja nieuchronnej operacji.


Byłam zdruzgotana. Ból stał się tak silny, że w drodze powrotnej do Niemiec nie mogłam usiąść za kierownicą. Całą trasę pokonałam na fotelu pasażera, trzymając usztywnione nogi na przedniej szybie, bo tylko ta pozycja pozwalała mi przetrwać podróż. Huba prowadził sam, dbając o bezpieczeństwo nasze i dzieci, a ja w milczeniu walczyłam z cierpieniem.


Po powrocie do Niemiec, ledwo powłócząc nogami, trafiłam do miejscowego lekarza. Był to niezwykle prężny i inteligentny człowiek o wielu specjalizacjach, w tym z zakresu medycyny sportowej. Po krótkiej obserwacji mojego chodu postawił zaskakującą diagnozę: to nie kolana były pierwotnym problemem, lecz stopy. Zamiast na stół operacyjny, skierował mnie do specjalisty od ortopedycznych wkładek leczniczych.


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 12.6
drukowana A5
za 30.43