WSTĘP
Za zamkniętymi drzwiami niemieckich domów
Praca opiekunki osób starszych w Niemczech to nie tylko zawód — to podróż w głąb ludzkich losów, często ukrytych za fasadą eleganckich bungalowów i zadbanych ogrodów. W tej książce zapraszam Cię do świata, który poznałam od podszewki, przemierzając setki kilometrów swoim samochodem na polskich tablicach — od malowniczego Berlina po tętniący życiem Hamburg.
To, co tu przeczytasz, nie jest wygładzoną relacją z folderu agencji pracy. To zapis moich realnych doświadczeń: walki o godność podopiecznych, ścierania się z trudnymi charakterami rodzin, ale też chwil wielkiego wzruszenia i zawodowej satysfakcji. To opowieść o tym, jak zachować siebie, niosąc pomoc innym, i jak stawiać granice tam, gdzie interes bierze górę nad sercem. Zapraszam Cię do mojego świata — pełnego emocji, trudnych wyborów i prawdy o życiu na „szteli”.
Nota Autorska
Książka ma charakter autobiografii reporterskiej. Wszelkie postacie,
imiona i okoliczności zostały zmienione. Ewentualne podobieństwo do osób rzeczywistych jest przypadkowe.
ROZDZIAł 1
Żeby zrozumieć, dlaczego znalazłam się później w Niemczech, muszę cofnąć się do końca lat osiemdziesiątych.
Jak to wszystko właściwie się zaczęło, ano jak wiele życiowych tragedii w tym czasie. Był to okres na pewno niekorzystny dla ludzi wykształconych i posiadających tzw. kręgosłup moralny, a jednocześnie mało”zaradnych” życiowo. Na temat przemian społeczno-politycznych wolę się nie wypowiadać ze względu na brak dostatecznej wiedzy-chociaż przecież byłam jakby u źródła, bo pracowałam w przewodniej partii, ale to było dużo wcześniej, bo do kwietnia roku 1984.
Później straciłam kontakt z własnej nie przymuszonej woli i automatycznie nie byłam „na bieżąco”.
W moim przypadku zaczęło się dziać źle dokładnie po „okrągłym stole”. Zostawiono na pierwszy plan do odstrzału organizacje spółdzielcze i inne związane przede wszystkim z rolnictwem.
Nie powiedziałam w zasadzie o rzeczy najważniejszej. Co robi pani w wieku 50-lat, z wykształcenia dyplomowany inżynier ekonomiki i organizacji przemysłu spożywczego, w Niemczech, w charakterze opiekunki ludzi starych i chorych. Za czasów komunistycznych wystarczyło chcieć pracować i w zasadzie wykształcenie średnie bywało wystarczające.
Kiedy ja kończyłam studia w roku 1984 wykształcenie wyższe zaczynało nabierać już znaczenia. Skończyłam więc studia, ale w swoim zawodzie nigdy nie pracowałam, ponieważ praca w tym przemyśle wtedy była nisko opłacana.
Szło się za pieniędzmi, tam gdzie więcej się mogło zarobić i rzadko było to związane z zawodem. Przyklad: w latach 80-tych dobrze« stały »finansowo rolnicze spółdzielnie produkcyjne i tam też podjęłam prace jako specjalista ds. kadr, przechodzac z banku, którego istnienie było już zagrożone.
Wracając do sprawy „okrągłego stołu” to „odstrzał” polegał na przygotowaniu majątku firm i przedsiębiorstw do tzw. sprywatyzowania. Cała zabawa polegała na tym, że zaniżano znacznie wartoś́́ć budynków i środków trwałych w celu późniejszego wykupienia przez ludzi związanych z kierownictwem danego obiektu.
Można powiedzieć, że przemysł i spółdzielczość w moim mieście i okolicach z miesiąca na miesiąc przestawały istnieć.
W moim prywatnym życiu postępy, acz wątpliwe, były podobne. W roku 1994 zostałam bez pracy, bez prawa jazdy. W towarzystwie podobnie „poszkodowanych” trochę się topiło smutki w alkoholu i czasami niestety — z braku pieniędzy na taksówkę-jechało się na „dwóch gazach”. Bez męża, oczywiście się nie jechało tylko zostało, ale to najmniejsze zmartwienie.
Musiałam sprzedać mieszkanie zamiast wynajać, ponieważ było to, na tamte czasy, mieszkanie o wysokim standardzie wyposażenia. Przepisy najmu w powijakach, była obawa, że ktoś zdemoluje
moją pracę, sama kładłam kafelki i wiele innych rzeczy robiłam, i wykpi się później przed sądem. Może gdybym miała chociaż trochę pieniędzy, a mniej dumy, poradziłabym się mojego prawnika-a ja nie miałam nawet pieniędzy na przejazd autobusem, żeby pokazać mieszkanie ewentualnym kupcom tylko robiłam po parę kilometrów pieszo.
Co by nie powiedzieć, w grudniu 1994 roku, szczęśliwie lub nie, sprzedałam mieszkanie. Zostałam ze spora forsą, z której połowę wydałam na remont mieszkania mojej mamy, w którym razem zamieszkałyśmy, jak za czasów sprzed mojego drugiego małżeństwa. Kolejny temat na książkę.
Chciałam te pieniądze zainwestować np. w hurtownię, ale zdałam sobie sprawę, że bez drugiej
mobilnej i zaufanej osoby nie dam sobie rady. Nie trwało to długo i idea upadła.
Po paru miesiącach siedzenia w domu /była dosyć ostra zima na przełomie roku 1984—85/i, jak wyżej wspomniałam, zrobieniu pewnych przeróbek w mieszkaniu, zaczęłam rozglądać się za
jakąś pracą. Oferty pracy były dosyć ograniczone. W kilku miejscach dano mi do zrozumienia,
że wiek 38 lat jest niezbyt pożądany. Ewentualne wynagrodzenie wahało się w granicach
500—600 złotych brutto. To znaczyłoby, że, po opłaceniu rachunków, może zostałoby 50 złotych
na życie na cały miesiąc.
W czerwcu dostałam prawo jazdy. Chciałam koniecznie wreszcie mieć
własny samochód i nie liczyć na nikogo. Kupiłam więc z ogłoszenia opla corsę starego jak świat,
z silnikiem zamontowanym z całkiem innego samochodu. Ja się na tym nie znałam, ale pojechałam z dwoma fachowcami, tj. znajomym mojej mamy i kierowcą taksówki, który kupił audi byłego męża. To była jego zemsta, bo audi się psuło i nikt nie wiedział co się dzieje. Po jakimś czasie dowiedziałam się, że ten kierowca sprzedał audi innemu kierowcy, z którym jechałam swego czasu z Wrocławia. On dopiero odkrył, że przewód paliwa był dziurawy i zasysał z otoczenia wszystkie śmieci, które zatykały rozdzielacz paliwa i pompę.
Wracając do tego trypra corsy, to już na trasie szlag go wziął i musieliśmy go holować. Naprawy podjał się ten mszczący się taksówkarz. Ja pojechałam na
tydzień na urlop do Wolsztyna, gdzie jeździłam od ponad piętnastu lat, a taksówkarz miał
Naprawić samochód i przyjechać po mnie do Wolsztyna. Nie przyjechał. Zapłaciłam 170zł. za
Przyjazd do domu taksówką. Samochód niby jeździł, ale taksówkarz ogolił mnie równo z pieniędzy.
Później znowu coś zaczęło się psuć i zwróciłam się do zaprzyjaźnionego auto-warsztatu. Kolega, jak zobaczył to rękodzieło jeleniogórskie, to zaczał się śmiać. Kazał mi sprzedać
Trypra jak najszybciej. Udało się — nawet zarobiłam 40zł. Później się bałam, że mi ludzie
Zwrócą to cudo, bo mają 5 dni na to, ale się obyło.
Tym razem zostałam z prawem jazdy, bez samochodu, pracy i niewielka ilością pieniędzy.
ROZDZIAŁ 2
Po powrocie do domu długo nie mogłam znaleźć pracy. Nie miałam żadnych kontaktów, a życie z renty mamy nie mogło trwać wiecznie. Byłam jeszcze młoda, chciałam pracować, zarabiać, żyć normalnie. To były trudne czasy — Polska nie należała jeszcze do Unii Europejskiej, nie było telefonów komórkowych ani komunikatorów, tylko prasa z ogłoszeniami. Właśnie tam znalazłam anons: jakaś pani szuka opiekunki. Był podany numer telefonu, więc zadzwoniłam. Na tyle znałam już niemiecki, że potrafiłam porozumieć się z tą kobietą. Powiedziała, że prowadzi hodowlę psów i zapytała, czy mam z nimi dobry kontakt. Odpowiedziałam, że jak najbardziej — kocham psy, całe życie miałam je w domu, więc to żaden problem.
Pojechałam tam po dwóch miesiącach przerwy. To było pod koniec lata, w czasie wielkich upałów. Okres bez pracy zbiegł się z powodzią w Polsce w 1997 roku. Dolny Śląsk był wtedy bardzo dotknięty, więc emocjonalnie wszyscy to przeżywaliśmy. Byłam zmęczona, ale zdeterminowana, żeby spróbować jeszcze raz.
Na miejscu okazało się, że to rodzina zamożna. Mąż kobiety pracował w zakładach samochodowych, na kierowniczym stanowisku, a ona zajmowała się zawodowo hodowlą psów. Psów było jedenaście — trzy różne rasy. Między innymi jedna z nich to ta ukochana przez królową angielską, z krótkimi łapkami i dumnym spojrzeniem, a reszta to owczarki koli — piękne, ale wymagające. Każdy pies miał swój charakter: jeden wycofany i agresywny, inna suka z urazem psychicznym, która nie pozwalała się dotknąć, kilka innych pełnych energii i radości.
Moim obowiązkiem było wyprowadzanie ich dwa, a czasem trzy razy dziennie. Nie dało się prowadzić wszystkich naraz, więc wychodziłam z dwoma psami na raz — co oznaczało pięć lub sześć spacerów każdego dnia. W letnim upale bywałam po prostu wykończona. A do tego właścicielka — kobieta, która na początku wydawała się serdeczna, okazała się osobą głęboko uzależnioną od alkoholu. Piła codziennie. Wysyłała mnie po alkohol, wymiotowała, czasem nawet na psy. Niektóre z nich siedziały w boksach, inne, te ulubione, przebywały w domu. Bywało, że cała kuchnia pachniała mieszanką karmy i alkoholu.
Ja zawsze byłam osobą bardzo dbającą o higienę — z domu wyniosłam szacunek do czystości, do porządku, do jedzenia. A ona była brudna. Miała na ramionach zaschniętą warstwę potu i brudu, jakby skórę pokrytą skorupą. Nigdy wcześniej nie widziałam czegoś takiego. Trudno mi było pojąć, jak jej mąż potrafił w tym funkcjonować. On zresztą sam był alkoholikiem, ale po leczeniu. Wysłał go na terapię zakład pracy, w którym zajmował stanowisko kierownicze. On już nie pił, był spokojny, zamknięty w sobie, a ona nadal trwała w nałogu. Kobieta potężnej postury, opuchnięta, zniszczona alkoholem i prawdopodobnie chorobą hormonalną. To była trudna, ciężka atmosfera — pełna chaosu, napięcia i codziennego znoszenia rzeczy, które trudno opisać.
Na dole mieściła się kuchnia, salon i łazienka. W salonie oglądaliśmy telewizję — pamiętam transmisję z pogrzebu księżnej Diany. To był trudny rok, na wielu poziomach: światowym, krajowym i osobistym. Wszystko nakładało się na siebie, tworząc ciężar, który trudno było unieść.
Kontakt z domem miałam bardzo utrudniony. Mój drugi mąż, znający język niemiecki, próbował dzwonić do mnie od mojej mamy, bo sama nie mogłam nigdzie swobodnie wyjść. Wtedy korzystało się jeszcze z budek telefonicznych. Czasem, kiedy udawało mi się wyjść z psami, próbowałam zadzwonić, ale z dwoma psami u boku trudno było cokolwiek załatwić. Byłam zmęczona, wycieńczona, a mimo to ta kobieta potrafiła jeszcze wysyłać mnie po alkohol.
Zdarzało się, że podczas spacerów siadałam na ławce i płakałam. Czułam się bezsilna. Wiedziałam, że sąsiedzi widzą i słyszą, co dzieje się w tym domu — szczekanie psów, awantury, krzyki — ale nikt nie reagował. Wstydziłam się prosić o pomoc. Zresztą, nie wiedziałam, komu mogłabym zaufać.
Z czasem zaczęłam rozumieć, że to miejsce nie jest bezpieczne. Kobieta opowiadała mi po alkoholu o jakiejś młodej dziewczynie, która zniknęła. Wspominała, że miała brata z przeszłością kryminalną, coś mówiła o stręczycielstwie. Nie byłam pewna, co jest prawdą, a co pijackim bełkotem, ale jej łzy i strach wyglądały prawdziwie. Raz podała mi słuchawkę, prosząc, żebym porozmawiała z tą dziewczyną. Słyszałam tylko urywany oddech, jakby ktoś był przerażony i nie mógł mówić. Do dziś pamiętam ten dźwięk — krótki, roztrzęsiony, pełen rozpaczy.
Coraz bardziej się bałam. Wiedziałam, że muszę stamtąd uciec, ale nie wiedziałam jak. Nie mogłam wyjść sama, nie mogłam zostawić psów. Byłam jak w klatce — z pozoru wolna, a w rzeczywistości pilnowana. Z mamą ustaliłyśmy, że spróbuje zawiadomić konsulat. Zadzwoniła tam i powiedziano jej, że jeśli wezwą policję, to owszem, zostanę uratowana, ale stracę możliwość wyjazdu do Niemiec na przyszłość. Bałam się, ale czułam, że nie wytrzymam już długo. Czekałam, myślałam, jak to zrobić, jak uciec. To był moment, w którym wszystko mogło się zdarzyć.
Pomimo całego tego chaosu, w którym żyłam, kobieta miała dwa domy. W jednym mieszkali razem i tam też znajdowały się zagrody dla psów. Był niewielki ogródek, parę drzew, kilka boksów. Obok stał drugi dom — również ich własność, ale to już inna historia.
W domu, w którym ja mieszkałam, miałam swój pokój naprzeciwko jej sypialni. Do tego pokoju nikt nie miał wstępu. Powiedziała mi, że trzyma tam kolekcję lalek. Raz uchyliła drzwi — zobaczyłam tylko ogromne łóżko i półmrok. Było tam wyjątkowo czysto, aż dziwnie, w kontraście do reszty domu.
Zawsze wierzyłam, że trzeba odczekać. Że w końcu przyjdzie moment, jakaś sposobność, szansa, której nie można przegapić. Zaczęłam więc po cichu pakować swoje rzeczy. Nie było tego wiele, ale miałam trzy torby — dwie mniejsze i jedną dłuższą, prostokątną. Byłam przygotowana na dłuższy pobyt, lecz nie dało się tam dłużej żyć.
W drugim domu, należącym do tej samej rodziny, mieszkali imigranci — pracownicy zakładów Opla. Nie wiedziałam dokładnie, skąd pochodzili. Mieli ciemniejszą karnację, może z Indii, może z Bliskiego Wschodu. Czasem się zmieniali, bo ten dom był wynajmowany ludziom z pracy jej męża. Pewnego wieczoru, po całym dniu pracy i spacerów z psami, kobieta — pijana, jak zwykle — powiedziała mi, że trzeba posprzątać ten drugi dom. Mówiła, że przyjeżdża nowa grupa robotników.
Powiedziałam jej, że jestem już wykończona, że nie mam siły, ale ona nalegała. „To chociaż kuchnię i pokój stołowy” — powiedziała. Kiedy odważyłam się odpowiedzieć, że „nie ma serca”, wstała gwałtownie i uderzyła mnie w twarz. Jej mąż tylko się uśmiechnął.
Tamtej nocy płakałam, sprzątając do pierwszej w nocy. Płakałam i sprzątałam, wiedząc, że to już koniec, że dłużej nie dam rady. Po powrocie do swojego pokoju spakowałam wszystko do końca i usiadłam, czekając, aż zacznie świtać. Wiedziałam, że wstają około szóstej, więc miałam niewiele czasu.
Gdy tylko zrobiło się jaśniej, zaczęłam wynosić torby po jednej. Dom był otoczony wysokim ogrodzeniem, a ja po kolei przerzucałam torby przez bramę. Psy spały jeszcze cicho. Każdy dźwięk mógł mnie zdradzić. Kiedy wszystko było już za bramą, wspięłam się i sama przeszłam na drugą stronę.
Ulica była pusta. Wzięłam jedną torbę i ruszyłam w kierunku motelu, który wcześniej zauważyłam podczas spacerów z psami. Wracałam po kolejne torby kilka razy, z sercem bijącym tak mocno, że bałam się, iż usłyszą je psy.
W pewnym momencie przejeżdżała kobieta samochodem. Zatrzymała się i zapytała, dokąd idę. Nie zdążyłam nic powiedzieć — spojrzała na mnie i od razu powiedziała: „Wsiadaj, zawiozę cię”. Zawiozła mnie pod motel.
Nie miałam pieniędzy. Kobieta, u której pracowałam, nigdy mi nie zapłaciła — była mi winna 350 marek za trzy tygodnie pracy. W motelu zaproponowałam, że zostawię w zastaw pierścionek z brylantem, zaręczynowy, od mojego drugiego męża. Kobieta z recepcji pokręciła głową. „Nie trzeba. Zostaw mi tylko swoje dokumenty. Odpocznij” — powiedziała cicho.
Zostałam. Poszłam do sklepu, kupiłam papierosy i coś do picia. Nie mogłam jeść. Ręce mi się trzęsły, czułam, że jeszcze nie jestem bezpieczna. Ale po raz pierwszy od wielu dni wiedziałam, że żyję.
Czekałam do następnego dnia, ponieważ ustaliłyśmy telefonicznie z mamą, że przyjedzie po mnie bus w dzień następny, ale ja miałam takie wrażenie, że ktoś tam chodzi, bo tam był bardzo fajny balkonik, na który ja nie wychodziłam, bo się bałam. Bo miałam wrażenie, że ci ludzie po prostu mnie szukają, bo się boją, że ja to wszystko zgłoszę na policję. I miałam wrażenie, że ktoś stoi pod tym balkonem w nocy. W sumie tak mało co spałam i byłam taka przerażona i siedziałam w kucki w tym pokoju na podłodze, żeby mnie nikt nie widział. Nawet nie paliłam światła. Ale jakoś do rana to wszystko przeszło, nie wiem czy się przespałam, chociaż godzinę.
Na drugi dzień już było jasno i już tam się nikt nie kręcił, przynajmniej nie miałam takiego wrażenia. I przyjechał bus po kilku godzinach po mnie, rozliczyłam się z właścicielką motelu, nie było problemu, ona mi oddała dokumenty, ja zapłaciłam.
No i zaczęła się podróż do domu. Po przyjeździe do domu radości mojej mamy i naszej kochanej Siuni nie było końca. Jak ona się cieszyła, jak ona szczekała. Ona, po prostu ten pies, opowiadał swoje wrażenia. Ja weszłam do domu i ona szczekała i szczekała i opowiadała mi.
Dopiero jak opowiedziała mi wszystko, to przestała szczekać. I się przytuliłyśmy do siebie i z mamą. Mama zawsze była na końcu, bo pies był szybszy i sprawniejszy. Oczywiście żartuję, ale nie, tylko trochę. No i oczywiście ja zaczęłam opowiadać spokojnie całą sytuację. I siedziałyśmy w trójkę razem na kanapie, przytulone do siebie i ten etap miałam za sobą.
ROZDZIAł 3
Do tej rodziny trafiłam — jak to często bywało w moim życiu — „jedna pani, drugiej pani”. Byłam już wtedy w Niemczech od kilku lat, więc działała już cała niewidzialna sieć poleceń, szeptów i dyskretnych rekomendacji. W tym akurat przypadku palce maczała moja serdeczna przyjaciółka Dana z Hamburga. To ona umówiła mi rozmowę w pewnym domu, nieopodal miasteczka położonego wśród wzgórz.
Pojechałam tam późnym popołudniem, właściwie już wieczorem. Dzień kończył się dość gwałtownie, bo właśnie zamknięto opiekę nad poprzednim pacjentem — człowiekiem, który nagle „odszedł na wieczne układanie dachówek”, jak to ujęła rodzina, właściciel firmy kładącej dachówki na okolicznych budynkach. I tak, w tej osobliwej atmosferze, po pracy i po burzliwym zakończeniu poprzedniego zlecenia, znalazłam się pod adresem, którego jeszcze dobrze nie widziałam.
Dom był parterowy, w stylu bungalow. Ponieważ było już ciemno, widoczność miałam słabą — tym bardziej że wtedy jeszcze nie wiedziałam, że mam astygmatyzm. W nocy światła zawsze mi się rozlewały, krzyżowały, odbijały dziwnie po szybie, a ja nie miałam pojęcia, że to dlatego, że moje oczy nie są ustawione symetrycznie. Okulary miałam jedynie do czytania, a do jazdy samochodem nie używałam ich prawie wcale. Dopiero później zrozumiałam, jak bardzo mi to utrudniało życie.
W środku domu czekały trzy osoby. Starsza pani — drobna, niziutka, szczuplutka, z uroczą twarzą, tak bardzo podobną do mojej babci, że poczułam natychmiast coś w rodzaju swojskiej miękkości. Obok niej stała młoda kobieta, o której roli dowiedziałam się dopiero później, oraz mężczyzna… ogromny. Naprawdę ogromny. Musiał ważyć ze sto pięćdziesiąt kilogramów, może i więcej; ledwo mieścił się we framudze drzwi. Już wtedy wiedziałam, że ta rodzina ma swoje trudności.
Porozmawialiśmy krótko — od kiedy mogłabym zacząć, jak wygląda praca, co się dzieje w domu. Ja również wspomniałam, że muszę jeszcze załatwić kilka spraw i ewentualnie zgłoszę się następnego lub kolejnego dnia. Wyjechałam stamtąd w gęstniejącą noc, zmęczona, z oczami piekącymi od świateł i z wrażeniem, że trudno mi było do końca ocenić miejsce, w którym byłam.
Kiedy więc przyjechałam tam ponownie samochodem i w dzień, okazało się, że ten dom stoi na wzgórzu. Miasteczko leżało u jego stóp — otoczone kolejnymi wzniesieniami, na których rozmieszczone były domy, ogródki, małe gospodarstwa. Widok był bajeczny. Cały region wyglądał jak misternie poukładane pudełka — dolina w środku, a wokół falujące wzgórza świateł i dachów.
Wtedy też dowiedziałam się więcej o tej rodzinie. Starsza pani — ta drobna, łagodna babcia — była współwłaścicielką dużego, rodzinnego przedsiębiorstwa. Firmę założył kiedyś jej mąż, jeszcze na początku ich małżeństwa i przez lata rozrosła się w ogromne, dobrze prosperujące przedsięwzięcie.
Główna siedziba znajdowała się w innym miejscu, prowadzona przez profesjonalistów, a tu, w domu na wzgórzu, pracował jedynie starszy pan — bardzo kulturalny, bardzo dokładny buchalter, który prowadził wszystkie ich prywatne rozliczenia. Nie firmowe — te były w spółce — ale domowe i rodzinne: majątek tu, majątek tam, kwestie posiadłości w innym kraju… tak zwane „księgi familijne”.