E-book
20.48
drukowana A5
44.81
Moja Wyspa Ślady Boga

Bezpłatny fragment - Moja Wyspa Ślady Boga


Objętość:
317 str.
ISBN:
978-83-8221-969-2
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 44.81

Są w życiu chwile, gdy wszystko wokół nas staje się mało istotne, obce, wręcz absurdalnie nierealne. Każdy z nas ma wspomnienia, o których chciałby zapomnieć oraz te, które chciałby zatrzymać na zawsze. to wielki bagaż, który dźwigamy przez życie. Przytłacza, męczy, dusi, zasmuca, wzbudza emocje, uszczęśliwia. Budzi więc tak skrajne uczucia, że niejednokrotnie bardzo trudno je udźwignąć. Bez wspomnień stracilibyśmy coś, co niezależnie od wagi, tworzy naszą historię. Naszą własną, małą cegiełkę w wielkiej piramidzie życia. Wielokrotnie wartościowałem własne wspomnienia. Zastanawiając się nad tym, które z nich są najważniejsze. Te miłe, powodujące mimowolny uśmiech, słodkie i pachnące? Czy równie ważne są te, które przywołują złe chwile, powodują smutek i melancholię? Każdy z nas wspomina i nie mamy wpływu na to, czy chwile z przeszłości, które do nas wróciły są miłe, czy wręcz przeciwnie. Fakt, że nie mamy wpływu na to, kiedy i jakie wspomnienie właśnie do nas powraca, jest mimo wszystko niesamowicie ciekawy i intrygujący. Zbieramy więc wspomnienia, przechowujemy je, pielęgnujemy i czcimy. Jeśli zapominamy o niektórych, one prawdopodobnie i tak, prędzej czy później do nas powrócą.

Magia i czar dzikiej, nadwiślańskiej plaży, budzi wspomnienia ważnych, dawno minionych czasów. Tańczące płomienie nocnego ogniska, bajecznie kolorowe ogniki i wzlatujące w niebo złote skry, przywołują obrazy, ludzi i zdarzenia, zapisane w bożym planie życia. Odżywają historie z czasów młodości, przeplatane wydarzeniami życia codziennego.

Konfrontacja marzeń z rzeczywistością, powoduje porównywanie tego, jak widzą świat oczy z tym, jak „widzi” go serce. Pojawiają się rozważania na tematy egzystencjalne. Narrator stawia retoryczne pytania. Wspomnienia przeradzają się w poszukiwanie sensu, szukanie odpowiedzi, szukanie Boga. Przemyślenia zmieniają się w swego rodzaju rozmowę zwykłego człowieka z wszechwiedzącym, ponadczasowym Panem wszystkiego. Powoduje to próby pogodzenia tego, co czujemy z tym, co widzimy. Podejmuje próby porównania obrazu rzeczywistego świata, odbieranego zmysłami z ideałami młodzieńczego, buntowniczo pojmowanego życia. Istniejąca w rzeczywistości Wyspa jest niemalże metafizyczną klamrą, spinającą wszystkie przeplatające się wątki.

I. Marzenia i rzeczywistość

Siedzę na ciepłym jeszcze nadwiślańskim piasku, mieszając bosymi stopami jego piszczące ziarenka. Palące, słoneczne promienie ogrzewały go od świtu do zmierzchu. Teraz oddaje mi swe ciepło, delikatnie pieszcząc zagłębione w nim bose stopy. Wielki, czerwony, słoneczny krąg powiedział już dobranoc, kryjąc za horyzontem swe urzekające oblicze. Najpierw on, a teraz ogień hipnotyzują mnie, powodując nieustającą, wciąż narastającą chęć ciągłego wpatrywanie się weń. Jakże magicznie piękne jest to ognisko. Odkąd jestem w stanie sięgnąć pamięcią, zawsze lubiłem patrzeć w ogień. Już będąc małym brzdącem, podglądałem babcię, podpalającą smolne drzazgi pod wielką, żeliwną kuchnią. Patrzyłem jak ruchliwe płomyki, już po krótkiej chwili zajmowały całą przestrzeń pod okrągłymi fajerkami. Jesienią, gdy niedawno zwiezione do domu ziemniaki, spoczywały już w wielkiej, ziemnej piwnicy, jechaliśmy z dziadkiem w pola. Podpalaliśmy zebrane w stosy, pozostałe na kartoflisku suche łęgi i zajadaliśmy się pieczonymi w czerwonym żarze, małymi kartofelkami. Teraz po latach przymykam lekko oczy i wpatrując się w żar rozpalonego przed chwilą ogniska, widzę znów tego samego, małego chłopca. Zamykam okno wspomnień. Płomienie zdają się wić, przeplatać, kłębić w opętańczym tańcu. Eksplodują, by po chwili umknąć w przestrzeń. Mieszając się ze sobą, pochłaniają się, znikają, pojawiają się ponownie, żyją. Wywołują halucynacje, przybierając kształty i barwy niemożliwe do opisania w kilku słowach. Oddać je może tylko wprawna ręka profesjonalnego fotografika, lub pędzel artysty — malarza. By zapaść w ten hipnotyczny stan, wystarczy tylko kilka wyrzuconych na brzeg rzeki, wyschniętych gałęzi, zapałka, gwiaździste niebo, piasek i szum wody, przelewającej się tuż obok. Płomienie ogniska, są często lepsze niż hipnoza i działają niemalże jak narkotyk. Wpatrując się w nie dostatecznie długo, można odlecieć nagle w nieokreśloną, nierealną, magiczną dal. Patrząc w wijące się płomienie, zapadam w przedziwny stan ni to odrętwienia, ni to oddzielenia, ni to upojenia. Zmysłowego, zmodlonego zaczarowania. Magia tańczących tuż przed oczyma kolorów, których nie podejmuję się nazwać, uchyla okno wyobraźni. Ponownie otwiera wrota wspomnień. Przybliża to, co odległe, a odrzuca to, co uwiera, boli, przytłacza. Chciałoby się zanurzyć w niej i pozwolić na to, by ta zaczarowana, kolorowa, ognista przestrzeń wchłonęła mnie i połączyła w jedno z całym wszechświatem. Ta z pozoru niepasująca kombinacja płomieni, gwiazd, rzeki, wyspy, piasku, miejsca, nastroju to swego rodzaju modlitwa o przyszłość. Słyszałem o ortodoksyjnych, mocno wierzących ludziach, którzy tak bardzo zapamiętywali się w modlitwie, że potrafili wpaść w modlitewny trans, który łączył ich w jedno z Ziemią, z kosmosem, z Bogiem. Choć wielokrotnie tego próbowałem, nigdy nie doświadczyłem podobnych doznań. Być może niedostatecznie starałem się zagłębić i oddać w pełni modlitwie? Jako dziecko, klepałem bezmyślnie wyuczone słowa pacierza. Gdy dorastałem i kształtował się powoli mój własny światopogląd, zacząłem zastanawiać się nad sensem tych słów. Widząc w kościele setki ludzi bezmyślnie powtarzających znany na pamięć tekst, pomyślałem, że być może to właśnie jest właściwa droga. Być może takie właśnie powtarzanie słów, zdań, sekwencji zwrotów, przemawia do Niego. Do nich. Przecież niezależnie od wyznawanej religii, większość modlitw polega właśnie na tym. Jeśli to jest sposób na skuteczne obcowanie z Bogiem, właśnie tak trzeba działać, tego należy próbować. Może On, Oni tylko taką modlitwę rozumieją. Niestety w moim przypadku to nie zadziałało. Starałem się, wczuwałem, oddawałem bez reszty modlitwie. Nic. Nie chciałem jednak zaprzestać modlitw. Pragnąłem choć przez chwilkę w pełni obcować z wszechmocną siłą. Zacząłem więc szukać własnej drogi i po prostu rozmawiałem z Bogiem po swojemu. Krok ten był to dziwny i trudny do wyjaśnienia, ponieważ ja sam miałem spore kłopoty w nawiązywaniu kontaktów. Trudno było mi nawiązywać je z ludźmi, a co dopiero z ponadczasowym, wszechpotężnym bytem. Nie umiałem. Nikt nie powiedział mi jak to robić. Nauczenie się na pamięć jakiejkolwiek modlitwy, litanii czy pieśni to pestka w porównaniu z potrzebą prawdziwego, pełnego kontaktu, rozmowy. Okazało się, że wbrew pozorom nie jest to takie łatwe. Szukałem miejsc, w których mógłbym bez przeszkód oddać się kontemplacji. Z nieznanych mi powodów nie umiałem skupić się w świątyni. Obecność setek ludzi dekoncentrowała mnie i wydawała mi się zaprzeczeniem idei skupienia i spokojnej modlitwy. Skoro automatyczne powtarzanie oklepanych słów, nie przynosiło efektów, zacząłem szukać takiego miejsca, w którym byłoby mi łatwiej. To ja jestem nadajnikiem — pomyślałem. Muszę mieć lepsze miejsce do nadawania, a wtedy moje sygnały łatwiej dotrą do odbiornika. Potrzeba samotnej kontemplacji narastała we mnie coraz bardziej. Chciałem tego całym sobą. Nie rozumiałem przyczyny tego pragnienia, ale też nie szukałem jej. Dążyłem jedynie do tego, by znaleźć się gdzieś, gdzie bez przeszkód oddam się modlitwie. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Nie myślałem o konsekwencjach. Szukanie stało się stałym elementem każdego dnia. Co ciekawe, nie wiedziałem czego tak naprawdę szukam. Było to coś nieokreślonego. Trudno wyjaśnić mi stan mojego umysłu w tamtej chwili. Młody, zbuntowany chłopiec szukający Boga? Przecież to stereotyp. Ponadczasowa norma. Niejeden człowiek niezależnie od wieku, płci, nacji i wyznania boryka się z takimi problemami. Jedni radzą sobie z tym sami, inni szukają pomocy, jeszcze inni gubią się w gąszczu niezrozumiałych teorii, domysłów i twierdzeń. Gdybym wtedy powiedział o tym komuś znajomemu, byłbym zapewne wykpiony. Oddaliłem się od kolegów. Nikomu się nie zwierzałem. Nawet najbliżsi nie mieli pojęcia o tym, co działo się w mojej głowie. Nie wiem też jakim cudem udawało mi się to wszystko ukrywać. Prócz szkoły i domu były jeszcze treningi, wycieczki, imprezy, dziewczyny. Wszystko to, co zazwyczaj wypełnia życie młodego chłopaka.

Wreszcie znalazłem. Stało się to nagle, bez żadnych symptomów wskazujących na to, że coś się wydarzy. Bywałem już w tym miejscu i nie działo się wtedy nic ponad to, co zwykle. Owszem, zawsze lubiłem takie miejsca. Dzikie, odosobnione, kolorowe i pachnące. Teraz jednak stało się coś, dzięki czemu miejsce to stało się jeszcze bardziej dzikie i być może właśnie dlatego, bardziej dla mnie ważne. Pamiętam, to dokładnie. Siedziałem wtedy prawie w tym samym punkcie, w którym jestem teraz. Rozmyślałem nad tym, jak rozpocząć z Nim rozmowę i miałem w głowie wielką pustkę. Nie potrafiłem wydusić z siebie pierwszego słowa. Nie mogłem zebrać myśli. Cieszyłem się jak małe dziecko gdy jechałem moim małym motorkiem nad ukochaną Wisłę. Później, przeprawiając się na zarośniętą, dziką Wyspę, byłem nieprawdopodobnie szczęśliwy. Byłem niemal pewien, że znalazłem rozwiązanie. To musiało się udać. Pragnęła tego każda komórka mojego ciała. Jadąc, układałem sobie w głowie pierwsze słowa, którymi chciałem się do Niego zwrócić. Wchodząc do wody, byłem tak zaaferowany, że zapomniałem zdjąć spodnie. Zauważyłem to dopiero, gdy poziom rzeki sięgał mi już do pasa. Cóż szedłem dalej, a gdy dno uciekło mi spod stóp, płynąłem. Gdy znalazłem się wśród pięknej, dzikiej roślinności, zebrałem sporą wiązkę suchych gałęzi i rozpaliłem tak jak dzisiaj, piękne ognisko. Na wbitej w piasek gałęzi, rozwiesiłem przemoczone ubranie, usiadłem na pniu, rozejrzałem się wokół i zachwyciłem widokiem. Bóg ma naprawdę dobry gust — pomyślałem. Kolory, zapachy, odgłosy współistniały tu w idealnej harmonii, a ja byłem w tamtej chwili jej częścią. Czując się tak małym składnikiem tej wielkiej, cudownej całości zacząłem:

„Boże, gdybym miał pewność, że mnie słyszysz… Gdybym wiedział, że odpowiesz… Nie musi to byś już tu i teraz… Wystarczy, że coś poczuję, że będę wiedział… Poczekam…

Patrzyłem w przelewającą się tuż obok spienioną wodę i poddałem się jej magii. Przenosząc wzrok na ogień, zarośla, zachodzące Słońce, pomyślałem, że rzucę w przestrzeń kilka banalnych pytań. Jeśli On rzeczywiście tam jest, na pewno je usłyszy. Byłem o tym przekonany. To było właściwe miejsce i ten właśnie moment.

Kim jestem?

Kim Jesteś Ty?

Dlaczego każesz nam tak właśnie żyć?

Czy wszystko faktycznie zaczęło się od Adama?

A jeśli nie, to skąd przybyliśmy?

Dokąd zmierzamy?

Dlaczego żyję właśnie tu i teraz?

Jaki jest Twój plan dla wszechświata?

Jaki jest Twój plan dla mnie?


Do tego czasu mogłem jedynie marzyć o tym, a teraz? Zdziwiłem się bardzo, jak łatwo i tak nagle przyszły mi do głowy te właśnie słowa. Potem poszło już łatwiej. Nie były to tylko pytania, ale też zwykłe słowa, płynące z głębi młodzieńczego serca. To właśnie tam, wtedy naprawdę poczułem jego obecność. Coś utwierdzało mnie w przekonaniu, że moje słowa nie płyną w bezmierną pustkę. Od tej chwili rozmowa nie wydawała mi się już taka trudna, choć początkowo niezdarnie dobierałem pytania, słowa i zwroty. Mówiłem właściwie jakby do siebie. Gdy to spostrzegłem, zmieniłem styl, przestałem tak namiętnie i skrycie marzyć. Otworzyłem się, przestałem zastanawiać się nad doborem słów. Po prostu mówiłem. Mówiłem do Niego. Czy była to modlitwa? Tak! Ja się modliłem! Modliłem się tak, jak umiałem najlepiej. Nie klepałem bezmyślnie, wciśniętych w pamięć formułek. Używałem własnych słów. Składałem je we własne zdania, które kierowałem wprost do Niego. Nie miałem potrzeby „włączenia przekaźnika”. Czułem bardzo wyraźnie, że właśnie w tamtej chwili, On mnie słucha. Niemalże wyczuwałem jego fizyczną obecność. Jakby siedział tuż obok na zwalonej kłodzie i razem ze mną zachwycał się pięknem ogniska, Wyspy, rzeki, nocy, wszystkiego wokół. To było cudowne, nieznane mi wcześniej doznanie. Poczułem się wreszcie ważny. Nie tak, jak jedna z duszyczek wśród tłumu wiernych, namiętnie przekręcająca słowa, nigdy do końca nierozumianej modlitwy. Byłem tylko ja i On. ON, mój Bóg. Cieszyłem się jak małe dziecko. Choć w istocie byłem wciąż dzieckiem, wykonałem pierwszy krok w dorosłość. Nie chodzi mi tu o inicjację seksualną, pierwsze piwo czy poważny egzamin. Stało się coś zupełnie innego. Pokonałem blokadę, trzymającą duszę w klatce ciała. Odnalazłem drogę, prowadzącą z cienia w światło. Nie potrafiłem jeszcze w pełni tego docenić, ale miałem pewność, że w moim życiu wydarzyło się coś, co zmieni je nieodwracalnie. Od tej chwili byłem pewien, że ON naprawdę istnieje. Jest przy mnie i czuwa nade mną. Niestety świadomość Jego istnienia nie niosła ze sobą jedynie samych pozytywów. Natychmiast pojawiły się kolejne pytania i to zupełnie innej natury. Te, które w pewnych momentach życia, zadaje sobie/Jemu każdy wierzący człowiek. Naturą tych pytań jest to, że tak naprawdę, nie ma na nie odpowiedzi. Pociąga to za sobą, powstawanie wątpliwości. Często dzieje się tak, gdy nasze pytania odbijają się jedynie od ściany i spadając w dół, rozbijają się jak szkło o twardy grunt. Oczywiście są namiastki odpowiedzi na niektóre pytania. W pewnych okolicznościach one wystarczają. Niestety nie mnie. Na tym właśnie polega przecież istota wiary. Nie zobaczyć, nie poczuć, nie usłyszeć, nie dotknąć, nie posmakować, a uwierzyć. Nie zmienia to faktu, że wciąż z Nim rozmawiam, pytam, modlę się. Dziękując za jedno, marudzę na coś innego, mam pretensje za kłopoty, porażki i nieszczęścia. Takie to były moje początki. Od tej pory bardzo często komunikowałem się z Nim. Robię to z różnym skutkiem do dzisiaj. Robi to większość ludzi na Ziemi. Każdy na swój sposób rozmawia z Bogiem. Jedni potrzebują do tego strzelistego pałacu z księciem, prowadzącym ceremonię i tłumu wyznawców. Inni samotnego zacisza z dala od oczu i uszu. Myślę, że niezależnie od miejsca, czasu i okoliczności, On usłyszy każdego, kto mówi do Niego z wiarą, nadzieja i miłością. Przecież tego nikomu z nas nie brakuje. Wszyscy mamy w sobie te cnoty. Wystarczy je odnaleźć i spowodować, by zadziałały. Istnieje na to przecież miliony sposobów. Z czasem nawet ich przybywa. Wtedy, gdy uczyłem się skutecznie wysyłać do Niego wiadomości, nie istniały jeszcze urządzenia działające w sieci, wszędzie, niemalże w każdym miejscu i czasie.

Dzisiaj telefony nie mają już korby. Nie mają też obracającej się tarczy i sprężynowych kabli. Informacje krążą wszędzie. Są sms-y, maile, messenger i portale społecznościowe. Nawet kościoły i parafie mają własne wydawnictwa i strony internetowe, a niektórzy księża są bardzo aktywnymi internautami. Czy to pomaga? Czy ułatwia kontaktowanie się z Nim? Moje pytania kierowane wtedy w przestrzeń, krążą w niej być może do dzisiaj. Możliwe, że nie potrzeba żadnych technologicznych gadżetów, by zostać przez Niego wysłuchanym. Ludzie rozmawiają przecież Bogiem od zarania dziejów. Od kiedy zdali sobie sprawę i istnienia wszechpotężnej siły, będącej pond wszystkim, co znamy i rozumiemy. Wtedy, w tamtej magicznej chwili, miałem głęboką świadomość jego istnienia. Skąd jednak wiadomo, że On nas słucha? Że nie ma On w danej chwili czegoś o wiele ważniejszego do zrobienia? Niektórzy twierdzą z wielkim przekonaniem w głosie, że On wysłuchuje każdej modlitwy. Czy istotnie tak jest? Być może. W końcu to wszechwiedząca, nieskończenie mądra siła. Jeśli tak, to powinien wiedzieć, kto i kiedy zanosi do niego modły. Powinien pamiętać wszystkie modlitwy, które zostały wypowiedziane. Musiałby też przewidywać wszystkie, które kiedykolwiek wypowiedziane zostaną. Czy z punktu widzenia prostego człowieka, ma to jakiś sens? Czy modląc się, postępujemy dobrze dla nas, dla innych, dla Niego? Po co się modlić, skoro On i tak już wie, kto, kiedy i o co go poprosi?

Kim jednak jesteśmy, by mówić to, co musi, co powinien, co może? Czy mamy do tego prawo? Jak możemy zastanawiać się nad czymś, czego tak naprawdę w ogóle nie rozumiemy? Jak można przykładać do Niego naszą, ludzką miarę? Wszystkie miary, jakimi dysponuje człowiek nie są w stanie zmierzyć, zważyć, opisać ogromu Jego mocy. Skoro jednak pozwolił nam się rozwijać, myśleć… Możemy marzyć, śnić, pytać, wątpić. Wybierać to, kiedy myśleć racjonalnie, a kiedy instynktownie, lub wcale nie myśleć, „płynąć z prądem”. Dokonywać wyborów, mylić się, popełniać błędy, wygrywać i przegrywać. Czy to jest właśnie ten cudowny plan dla nas? Dla mnie?

Po co nam ten racjonalizm? Może powinniśmy pewne sprawy przyjmować bez dogłębnej analizy? Czy tak się da? Być może, ale skoro Jego plan przewidywał wyposażenie człowieka w rozum, który działa, myśli, docieka, analizuje, ma to sens. SENS — być może inny dla nas, inny dla Niego. Gdybyśmy byli skazani na egzystencję bez sensu, nic nie mogłoby uchronić nas przed zagładą, niepamięcią, NIEBYTEM. Od tych niby prostych pytań może rozboleć głowa. Czy należy je zadawać? Przecież gdyby tego nie chciał, „wyłączyłby” nam tą funkcję. Skoro jednak cały czas ją mamy, oznacza to, że On tego chce!!! Zadajemy więc coraz więcej pytań. Szukamy odpowiedzi. Bezustannie robimy to, co przybliża nas do prawdy. Czy jednak istotnie przybliża?

Pytania.

Kto z nas nie zadawał ich sobie? Kto z nas nie zadawał ich innym? Pytania zadawane szeptem. Pytania wykrzyczane w ciemną przestrzeń gwiaździstej nocy. Pytania dziecinnie naiwne. Pytania wstydliwe.

Pytania:

Czy chcemy?

Czy możemy?

Czy musimy?

Czy zdołamy?

Co odróżnia je od siebie?

Czego dotyczą?

Czy istnieją na nie jakiekolwiek, sensowne odpowiedzi?

Jeśli tak, to gdzie ich szukać? Przecież tak wiele razy zadawałem je sobie. Nie znajdując na nie odpowiedzi, zadawałem je innym. Zadaję je nadal. Robię to prawie tak często, jak często marzę, a marzenia są dla mnie tym, dzięki czemu mogę zachować spokój. Są tym, co daje promyk nadziei. Co pozwala na oddychanie pełną piersią. Są w końcu tym, co daje mi przewagę nad… No właśnie, nad czym? Nad kim? Czy rzeczywiście jest to przewaga? Dlaczego o czymkolwiek pomyślę, o czym zamarzę, będzie to tylko kolejne, rzucone w bezmierną przestrzeń pytanie? Jak mają się te marzenia do stawianych wcześniej pytań? Czy można odnaleźć w nich, choć maleńką cząstkę prawdy? Czy przestrzeń, w którą płyną, jest bezimienna? A może ma ona imię? Czy to imię faktycznie brzmi — BÓG? Jeśli tak, przestaje ona być bezimienna. Czy na pewno?

Nie! Ona ma imię!

Z całą pewnością ma!

Czy jednak z całą pewnością?

Czy można w ogóle mieć coś, co zdefiniujemy jako: „cała pewność”?

Marzenia to przecież bezcenna, dana nam zapewne z góry rzecz, która pozwala uniknąć, lub przynajmniej odwlec szaleństwo. To droga do normalności. To jedyne w swoim rodzaju doznanie prawdziwej wolności. Tak, wolności przez duże „W”. Wolności przez wielkie „W”. Przez ogromne, monstrualne „WUUUUU”. Jedynej, prawdziwej i możliwej do osiągnięcia WOLNOŚCI. Bez uzależnień. Bez warunków. Bez jakichkolwiek ograniczeń.


Gdy patrzyłem w hipnotyczne odbicie Księżyca w cichym nurcie rzeki, wróciły do mnie, dawno zapomniane obrazy z dzieciństwa. Piasek, Księżyc, samotne rozmyślania, poszukiwania, czekanie na coś, na kogoś, młodzieńcze marzenia o wolności.


Odkąd pamiętam marzyłem, śniłem o niej. O wolności w jej najczystszej postaci. Wolność była moim celem, moim sensem wszystkiego, moim mottem. Motywem przewodnim mojego postępowania. Nie miałem pojęcia jak można ją posiąść. Nie wiedziałem czy kiedykolwiek będzie to możliwe. Były w moim życiu chwile, gdy czułem jej smak, zapach, jej bliskość. Gdy ogarniało mnie nieopisane uczucie niezależności. Gdy czułem niemal namacalnie, że panuję nad moimi słabościami i lękami. To właśnie dawało mi namiastkę szczęścia. Pozwalało na spokojny sen, na czerpanie radości z prozaicznych ludzkich działań. Miałem złudną nadzieję, że realizuję się poprzez naukę, sport, hobby. Z czasem przełożyło się to na pracę, życie osobiste, intymne. Z jednej strony wciąż szukałem sposobu na zaspokojenie wiecznej tęsknoty za czymś bliżej niezdefiniowanym. Z drugiej jednak, natłok obowiązków i aktywny tryb życia, nie pozwalał mi na pielęgnowanie w sobie tej tęsknoty. Chwilami wydawało mi się nawet, że osiągam stan wewnętrznego spokoju, równowagi, wyciszenia. Niestety po jakimś czasie znów zaczynałem szukać, pytać, burzyć to, co już prawie udało mi się zbudować. Dlaczego wciąż czegoś poszukujemy? Gdyby świat oferował nam wszystko, czego tak naprawdę pragniemy, nie musielibyśmy szukać.

Tak też było za każdym razem, gdy ciałem i duszą wracałem do niej. Do mojej Wyspy. Po przebudzeniu i rozprostowaniu kości, bardzo uważnie rozglądałem się zawsze wokół. Szukałem wzrokiem, hmm… sam nie wiem czego. Niezależnie od pogody, pory patrzyłem na niebo, wodę, w głąb Wyspy, na plażę. Czułem się nierozerwalną częścią wszystkiego, co mnie otaczało. Pamiętam, gdy pewnego razu siedząc przy ognisku, popijając gorącą herbatę, patrzyłem w wartki nurt rzeki i zauważyłem skuloną postać, siedzącą w przepływającej obok łodzi. Długa, szara łódka ślizgała się cicho po szarozielonej tafli, skrzącej się pierwszymi promykami wschodzącego Słońca. Przyglądając się prozaicznemu na pozór widokowi, doznałem wtedy oszałamiającego wręcz olśnienia. Patrzyłem na coś, co zupełnie nieoczekiwanie rozświetliło, mglisty jeszcze poranek. Człowiek w łódce to ja. Sama łódź to mój mały, własny świat. Nurt rzeki to życie, z którego prądem płynę. Sama rzeka i całe jej magiczne otoczenie, to wszechświat. Im dalej patrzę, tym więcej do obejrzenia, poznania, porównania, zrozumienia. Czy to jest w ogóle możliwe? Znowu pytania. Męczące, kłopotliwe, beznadziejnie prostackie i pretensjonalne. Człowiek w łódce nie ma przecież pojęcia o tym, że jestem tu i patrzę na niego. Ognisko przygasło i nie widać prawie dymu. Ja siedzę na tle niskich, powykręcanych drzew, więc jestem dla niego tylko punktem na tle rozmytych w porannej mgle, zielonoszarych zarośli. On i ja istniejemy jakby w równoległych światach. Tak blisko i tak daleko zarazem. On płynie z nurtem, ja siedzę nieruchomo, ale patrząc z drugiej strony, to być może on stoi w miejscu, a ja się przemieszczam. Czy mnie też obserwuje ktoś, o kogo istnieniu nie mam w tej chwili pojęcia? Czy obserwuje mnie On? Być może tak jest. Być może nie. Przecież gdyby Bóg miał patrzeć na każdego szaraka… Nie, nie należy go oceniać naszymi, ludzkimi kategoriami. To przecież Bóg. Może patrzeć, na kogo chce, kiedy chce i jak długo chce. Patrzeć na wszystkich szaraków jednocześnie i na każdego z osobna. Zna nasz początek, teraźniejszość i nasz koniec. On może wszystko. Kiedyś postanowił przecież stworzyć wszechświat. Pstryk i już. Przy tym wielkim przedsięwzięciu, boska inwigilacja kilku miliardów ludzi to pestka.

Tak, pestka. Ale przecież musi na to wszystko istnieć jakiś plan.

Czy oznacza to zmuszanie nas do ciągłego poszukiwania?

Czy taki jest Jego plan dla mnie?

Czy szukać znaczy żyć?

Człowiek w łódce zniknął za zakrętem rzeki. Odpłynął w nieznane, nie mając pojęcia o moim istnieniu. W swojej własnej rzeczywistości spełniał przecież jakąś rolę. Zmierzał z punktu A do punktu B. Coś robił, coś planował. Może kłusował, może odwiedzał kogoś w górze rzeki, może wracał do domu? Może po prostu pływał sobie, czerpiąc przyjemność z samego obcowania z przyrodą lub jak ja, uciekał w samotność by pomyśleć w spokoju i poczuć się jej częścią. Jeśli tak, to odnalazłem właśnie pomost, łączący nasze, równoległe rzeczywistości. Jakie to szczęście, że są jeszcze miejsca, gdzie można bez przeszkód odnaleźć spokój i chwile niczym niezmąconej, szczerej radości.

Czy możliwe jest odnalezienie tu na Ziemi pełni spokoju, szczęścia, samorealizacji? Nie ma przecież stanu wiecznej szczęśliwości. To mrzonka dla rozchwianej psychiki. Jeśli potrafimy sobie to wmówić, oznacza to posiadanie cennej, unikalnej umiejętności oszukiwania samego siebie. Wmawianie sobie tego, że taki stan jest możliwy, to bardzo dobrze działający mechanizm kontroli nad emocjami, uczuciami, pragnieniami.

Obietnica czegoś, czego i tak nie jesteśmy w stanie doświadczyć tu i teraz jest mocno naciągana. My jednak, chyba tego właśnie chcemy. W pewnych okolicznościach akceptujemy to, że jesteśmy oszukiwani. Cóż więc dziwnego w tym, że dążymy do osiągnięcia choćby namiastki szczęścia? Dla mnie tą właśnie namiastką, było pragnienie poczucia wolności. Tej, której tak naprawdę zawsze mi brakowało. To o niej marzyłem i śniłem. Nie o takiej jednak, o której śni skazaniec odbywający karę w więziennej celi. Nie o takiej, o której może tylko pomarzyć człowiek bez własnego miejsca, domu, czy kraju. Moja wyśniona wolność jest zupełnie inna. Bardziej duchowa i bezcielesna niż zwykłe, swobodne wyjście z domu, wyjazd nad morze, w góry czy za granicę. Nie łączyłem nigdy wolności z możliwością swobodnego wypowiadania się, czy nieograniczonego żadnymi uwarunkowaniami podróżowania. Moja wolność dotyczy bezpośrednio mojej duszy. Gdzieś głęboko zawsze czułem, że to ona jest zamknięta, zakajdaniona, uwięziona w swojej doskonałej formie w niedoskonałym ciele. Zawsze było jej tam za ciasno. Zawsze wyrywała się gdzieś daleko, za horyzont. Tam widziałem dla niej inny od naszego, lepszy świat. Taki świat, który pozwala żyć, swobodnie oddychać, wyciągać ręce wysoko i rozganiać chmury.

Dusza… Odkąd pamiętam, zawsze miałem świadomość jej posiadania. Byłem przekonany, że to ona jest najważniejsza. To ona daje możliwość rozumienia, pojmowania i próby tłumaczenia rzeczy niezrozumiałych i niepojętych. To ona wreszcie pozwala nam marzyć o sprawach nierealnych, nawet nieracjonalnych. Kochałem ją, cieszyłem się z jej posiadania, polemizowałem z ludźmi poddającymi w wątpliwość jej istnienie. Broniłem jej przed zbrukaniem. Dbałem o jej czystość. Karmiłem ją tak, jak umiałem najlepiej. Czasami, gdy leżałem w ciemności tuż przed zaśnięciem, próbowałem ją uwolnić z więzienia ciała. Oczyma wyobraźni widziałem, jak wyzwala się i unosi nade mną, wędrując gdzieś daleko w zaświaty. W swojej, niczym niezmąconej podróży, ukazuje mi to, co niewidzialne, pozwala zrozumieć niezrozumiałe, odgadnąć nieodgadnione. Do dnia dzisiejszego nie wiem, czy to moja wyobraźnia podsuwała mi te odczucia, czy było to kolejne niewytłumaczalne, nierzeczywiste doznanie, przygotowane specjalnie dla mnie przez tą jedyną, wielką, ponadczasową siłę? Siłę, która nadaje sens, wypełnia, nakręca, wystukuje rytm życia. Kończyło się to zazwyczaj porannym przebudzeniem, niesmakiem i ogromnym niezadowoleniem z przedwczesnego zaśnięcia.

Tak bywa zresztą do dzisiaj. Nawet teraz, gdy siedzę wpatrując się w przygasające ognisko wiem, że poranne przebudzenie będzie obarczone posmakiem zmarnowanego na sen czasu i żalem, że zasnąłem tak szybko i nie przyglądałem się dłużej drodze mlecznej i „spadającym gwiazdom”.

Potrzeba zrozumienia istoty wydarzeń, które spowodowały późniejsze przemiany, nakazuje mi sięgnąć pamięcią do starych, niemal zapomnianych czasów młodzieńczego przedsionka mojego życia. To właśnie tam należy szukać fundamentów dawno zapomnianych budowli, często burzonych wichrami czasu. To one mogą pozwolić na pobudzenie pamięci i odkurzenie tego, co dawno pokrył kurz zapomnienia. Przebywając na mojej Wyspie, bardzo często powracałem myślami do dawno zapomnianych zdarzeń. Prawdopodobnie to właśnie magia tego miejsca z wielką mocą pobudzała pamięć i pozwalała sięgać nią w jak najdalsze zakamarki wspomnień. Byłem w miejscu, w którym z łatwością powracają, dawno zapomniane obrazy. Miejsce, gdzie dotąd tkwiły, było bardzo głęboko ukryte. Nagle pojawił się obraz małego chłopca, który nie wiedząc jeszcze o życiu prawie nic, nie mógł usiedzieć na miejscu, chłonąc wszystko, co niósł ze sobą każdy nowy dzień. Bardzo wcześnie, bo już w przedszkolu i w początkowym okresie szkoły podstawowej zacząłem szukać tak zwanych wrażeń. Uczyłem się dobrze. Miałem bardzo dobre oceny. Do szkoły chodziłem w czasie, kiedy nie było jeszcze szóstek, ani jedynek. Sam sposób nauczania oraz wchłaniania wiedzy był jakże różny od tego, co dyktują nam obecne czasy. Skala ocen nie była jednak w moim przypadku zbyt istotna. Mimo, iż nie przywiązywałem do niej wielkiej wagi, nauka nie sprawiała mi większych problemów. Właściwie, wystarczało mi to, co wynosiłem z samych lekcji. W domu nie poświęcałem na naukę zbyt wiele czasu. Dzięki temu miałem go więcej tylko dla siebie. Byłem dobrym sportowcem. Działałem też prężnie w popularnym wówczas wśród młodzieży harcerstwie. Mimo, że była to organizacja na wskroś ideowa, to namiastka wojskowego drylu pozwalała mi wędrować, wyrywać się z domu, z miasta, i mimo wielu harcerskich ograniczeń, szukać upragnionej wolności daleko, za horyzontem. W wyobraźni małego chłopca świat wydawał się wtedy o wiele większy, niż teraz. Eskapada na morze była w moich oczach podróżą na miarę wyprawy Kolumba. Wyjeżdżając na wakacyjne, harcerskie stanice i obozy, uwielbiałem wymykać się w środku nocy z terenu obozowiska, omijając przysypiających wartowników. Biegłem po omacku na plażę i czekałem na świt. Patrzyłem, jak z wielkiej wody w welonie kolorowych blasków, rodzi się najpierw iskra, potem pojedynczy błysk i wreszcie piękna, oślepiająca tarcza wschodzącego Słońca. Patrzyłem urzeczony i zafascynowany czarodziejską magią tego zjawiska. Wracałem potem szybko do obozu. Skradałem się bezszelestnie do namiotu, kładłem się cicho w śpiworze i marzyłem. Moje marzenia nie były obleczone w jakąś konkretną formę. Było to raczej uwalnianie nieokreślonej energii, którą nagromadziłem, podziwiając wschód Słońca. Nigdy nie byłem w stanie narkotycznego amoku, ale podejrzewam, że moje doznania były wówczas bardzo podobne. Była to jakby modlitwa, która przeradzała się w swego rodzaju trans, trwający aż do ponownego zaśnięcia. Tak bardzo pragnąłem wolności. Tak mocno wciąż marzyłem o niej. Te małe ucieczki dawały mi jej namiastkę. To była właściwa karma dla mojej skołatanej duszy. Czułem jak śmieje się ona w mym wnętrzu, gdy oczy dostarczały jej tych cudownych obrazów, towarzyszących narodzinom nowego dnia. Rygor obozu harcerskiego i wszechobecna nijakość późno-komunistycznych czasów, pogłębiały tylko to pragnienie. Buntowałem się przeciwko zakazom i nakazom harcerskiej rzeczywistości, co dodawało skrzydeł mojemu pragnieniu wyrwania się z ram i form, przygotowanych dla mnie prze system. Nie pasowałem do nich, a one nie pasowały do mnie. Nie znałem innego świata, innego życia, ale już wtedy podświadomie wiedziałem, że muszę za wszelką cenę wyrywać się z nich i szukać wolności. Walczyć o każdą, nawet najmniejszą jej cząstkę. Nie miałem innej możliwości wakacyjnych wyjazdów, korzystałem więc z tego, co podsuwał mi los. Zawsze jednak, gdy nadarzała się ku temu okazja, zrywałem więzy obozowych, regulaminowych, indoktrynujących nas zachowań i pędziłem przed siebie, zostawiając w tyle wszystko, co ucieleśniało narzucone z góry normy, zasady i mechanicznie przyjmowane wzorce.

Wiąże się z tym pewna historia, która wydostała się nagle z zakamarków pamięci. Nic nadzwyczajnego. Jeszcze jedna z wielu przygód młodego chłopca. W tamtym jednak czasie, stała się ona bardzo istotnym elementem mojego, młodzieńczego pojmowania rzeczywistości. Fascynacja wschodem Słońca, jego niemalże baśniowym charakterem, została wkrótce wystawiona na wielką próbę. Podczas jednej z wielu moich małych, nocnych eskapad, siedząc samotnie na zimnym piasku i czekając, aż pierwszy promyk pogłaszcze mnie leciutko po twarzy, doczekałem się lodowatego wiatru i ulewy. Nic nie zapowiadało takiego obrotu spraw. Ten zaskakujący zwrot akcji nakazał mi wracać biegiem do obozu. Wielka ciemna chmura przywędrowała nagle zza ściany, porastających wydmy, powykręcanych wiatrem sosen. Schwytała mnie w swe wilgotne macki i przemoczyła do suchej nitki. Były to czasy niewyobrażalne dla dzisiejszej młodzieży. Telefonia komórkowa nie istniała. Technologia połączeń satelitarnych dostępna była pewnie tylko w NASA, a internet jeszcze się nie narodził. Nie było możliwości sprawdzenia prognozy pogody, a na terenie harcerskiego obozu niewielu posiadało choćby działające radio. Gdy kładłem się wieczorem do łóżka, nic nie zapowiadało, porannego załamania pogody. Kilometrowej długości trasę z plaży do obozowiska, pokonałem biegiem, a gdy dobiegałem już do namiotu, stanąłem jak wryty. Moja rozpacz eksplodowała, gdy spostrzegłem komendanta obozu, stojącego przed namiotem w wielkiej, zielonej pelerynie. Zrozumiałem, że przemoczenie i przemarznięcie nie są w tym momencie moim największym zmartwieniem. Jego spojrzenie i potok niekoniecznie cenzuralnych słów, nie pozostawiał żadnych niedomówień. W umyśle dziesięciolatka właśnie wtedy pojawiła się jedna z pierwszych oznak buntu. Do tej chwili przyjmowałem wszystko bardzo lekko. Poza ukrytym w mym wnętrzu nieustannym pragnieniem wolności, życie wydawało się proste i łatwe. Poczułem nagle wielką niesprawiedliwość i bynajmniej nie dotyczyła ona konieczności spędzenia dnia na karnej służbie w obozowej kuchni. Obieranie ziemniaków, rąbanie drewna, palenie pod wielkim kotłem i zmywanie okopconych saganów było poniżającym, budzącym śmieszność, ale chwilami nawet ciekawym zajęciem. Nietypowym urozmaiceniem codziennego, bardzo schematycznego planu zajęć. Oczywiście bardzo żałowałem tego, że nie mogłem pojechać na wycieczkę, czy pójść wieczorem do kina na film z Bruce`m Lee. Moje myśli zaprzątało wtedy coś zupełnie innego. Prawdopodobnie poczułem to tak mocno po raz pierwszy. Stało się wtedy jasne dla mnie to, że Słońce nie wstaje dla wszystkich tak samo. Nowy dzień wcale nie musi budzić się do życia w kolorowej pierzynie podświetlonych obłoków. Nowy dzień może być nieprzyjazny, przykry, mokry, zimny i smutny. Może być ciężki do zniesienia, beznadziejny, makabrycznie beznamiętny. W tym, co dotąd wydawało mi się cudownie piękne, inni odnaleźli jedynie zwykły wybryk niesfornego dzieciaka, szukającego wrażeń. Zrozumiałem, że to, co było dla mnie ważne, dla innych może być zupełnie nieistotne. To, co ja widziałem, jako piękne, inni ośmieszali. To, co dla mnie cudownie pachniało i smakowało, inni bez zmrużenia oka besztali i mieszali z błotem. Umysł młodego chłopca zaczął tworzyć obrazy, które znał dotąd tylko z opowieści, filmów lub książek. Nigdy nie przenosił ich jednak do rzeczywistego życia. Ówczesna świadomość nie dopuszczała do siebie tego, że to właśnie mnie może spotkać coś złego. Przecież spotyka to zazwyczaj kogoś innego. To inni mają kłopoty, są samotni, nieszczęśliwi, chorują. Tracą coś lub kogoś. To inni umierają. Doznałem ciężkiego szoku, gdy to pierwsze małe zło, spotkało właśnie mnie. Niby nic wielkiego. Drobiazg. Bzdura. Jednak wtedy doznałem bolesnego objawienia. Ten z pozoru błahy i niewiele znaczący incydent uzmysłowił mi to, że nie jestem nietykalny. Że nie jestem nieomylny. Że nie jestem… szczęśliwy. Z perspektywy czasu, tamte kłopoty ważą dzisiaj zupełnie inaczej. Wtedy jednak był to dla mnie kosmicznie wielki i ciężki problem.

Tak zacząłem poznawać życie. Jego zarówno dobre, jak i złe strony. To zgoła prozaiczne, harcerskie przeżycie, pozwoliło mi na znaczne poszerzenie dziecinnego sposobu widzenia świata. Tak też zacząłem odczuwać pustkę, która jakkolwiek zawsze obecna w moim życiu, jeszcze nigdy dotąd nie dawała o sobie znać tak dotkliwie. Wtedy chyba po raz pierwszy poczułem tak mocno, niesamowitą tęsknotę za moim ojcem. Zawsze brakowało mi go, ale wtedy odczułem wielką, niemal fizycznie bolesną pustkę, która pozostała po nim w moim młodym życiu. Byłem jedynakiem, wychowywanym tylko przez mamę. Ojciec zginął tragicznie w wypadku, gdy miałem niecałe trzy lata. Rodzice ciesząc się z posiadania nowego motocykla, postanowili wybrać się nim w odwiedziny do dziadków. Podróż zakończyła się w przydrożnym rowie. Jak spod ziemi, tuż przed pędzącym motocyklem, pojawił się człowiek. Zataczający się pijak, który nagle wtargnął na drogę, dokonał nieodwracalnej zmiany w moim życiu. W życiu całej rodzimy. Mama szczęśliwie przeżyła. Tata już nigdy więcej nie miał wziąć mnie na ręce. Nie złowił ze mną ani jednej ryby. Nie uczył mnie jazdy na rowerze, nie tłumaczył, po co są na świecie dziewczynki. Nie przylał mi pasem za pierwszego, ukradkiem wypalonego papierosa i nie pozwolił spróbować jak smakuje pierwsze w życiu piwo. Właściwie niewiele pamiętam z tego, wczesnego okresu mojego życia. Pamięć o Ojcu ogranicza się jedynie do kilku sytuacji, których autentyczności nie jestem do końca pewien. Zazwyczaj utożsamiałem go z kilkoma czarno białymi fotografiami i marmurowym, cmentarnym postumentem gdzieś daleko od domu. Kwiatami, wieńcami i cmentarnymi lampkami zapalanymi kilka razy w roku. Gdy mama, próbując ukryć wzruszenie, wspominała dawne czasy, ja udawałem, że nie widzę ukradkiem ocieranych łez. Coś jednak ściskało gardło, spłycało oddech i dziwny, wszechogarniający smutek zabierał mnie wtedy w odległą przeszłość, której pamięć, zaklęta w kilku czarno-białych fotografiach, boleśnie raniła młodzieńcza duszę.

Życie jednak nie pozwala nigdy tak do końca zapomnieć. Nigdy nie pozostawia szczelnie zamkniętych drzwi. Musiało minąć jeszcze kilka lat żeby gdzieś tam, na Mierzei Wiślanej młody chłopiec zrozumiał, czym tak naprawdę jest niesprawiedliwość. Dlaczego jedni mają tak wiele, podczas gdy inni nie mają prawie nic? Coś krzyczało we mnie i buntowało się przeciwko wszystkiemu, co oczywiste. Przeciwko z góry narzuconemu i akceptowanemu przez innych porządkowi świata. Wtedy zrozumiałem, że tracąc ojca, straciłem nie tylko część rodzinnego życia, ale przede wszystkim cząstkę samego siebie. Odebrano mi wielką część mojej własnej historii, którą powinienem tworzyć i łączyć właśnie razem z nim. Bezsilność młodego chłopca wobec tego faktu paliła wnętrzności żywym ogniem. Niemal fizycznie odczuwałem wielki ból duszy. To ona cierpiała najbardziej. Odkryłem w sobie wielką, pustą przestrzeń. Brakującą część mnie samego. Pustka, z której właśnie zaczynałem zdawać sobie sprawę, nigdy nie została zapełniona. Nikt nie potrafił wytłumaczyć mi tego, dlaczego spotkało to właśnie mojego ojca. Dlaczego to właśnie ja musiałem zostać sam z mamą? Przecież od tego czasu życie moje i moich bliskich zostało bezpowrotnie odmienione. Jeśli Bóg mnie kocha, czemu mnie tak zranił? Nie umiałem, nie potrafiłem tego zrozumieć. Ukryłem ten żal głęboko w sercu. Nikt nie miał do niego dostępu. Życie toczyło się dalej, a ja nauczyłem się z tym żalem funkcjonować. Wtedy też poczułem ogromne pragnienie posiadania własnego wzorca. Żywego, namacalnego przykładu godnej naśladowania męskości. Wszystkie synowskie uczucia przelałem na mamę i najbliższego mi mężczyznę w rodzinie — dziadka. On stał się dla mnie najmądrzejszym, najlepszym i jedynym prawdziwym mężczyzną na świecie. W tym czasie również zacząłem zastanawiać się nad sensem życia. Nad jego początkiem i końcem. Wtedy też zdałem sobie sprawę z tego, że ja też kiedyś umrę. Świadomość tego faktu odmieniła moje pojmowanie świata. Nakazała jeszcze bardziej drążyć, szukać, dociekać. Zgłębiać to, czego dotychczas prawie zupełnie nie zauważałem. Tak zacząłem szukać sensu we wszystkim, co tylko, choć przez chwilę skupiło na sobie moją uwagę. Myślę, że ta największa w moim życiu strata, odcisnęła we mnie pierwszy tak mocno odczuwalny ślad. Noszę go ze sobą wszędzie, gdzie tylko zaprowadza mnie moje drogi. Jest i już będzie ze mną zawsze, bowiem odciśnięty jest w moim sercu.

Jeden zimny, deszczowy poranek gdzieś nad Bałtykiem spowodował to, że w mojej głowie pojawiło się miliony nowych, nieznanych mi dotąd myśli. Byłem tym tak zaskoczony i uszczęśliwiony zarazem, że z trudem pojmowałem ogrom i istotę przemian, jakie wtedy we mnie zachodziły. Nie zmieniło się tylko jedno. Nadal cieszyłem się z posiadania duszy. Nadal próbowałem zrozumieć, po co ją mam i nadal starałem się dostarczać jej duchowej strawy. Poszukiwałem wciąż nowych ścieżek, którymi podążałem z ogromną ciekawością zastanawiając się, co kryją za zakrętem. To właśnie nieustanne dążenie do zaspakajania ciekawości, doprowadzało mnie wielokrotnie do sytuacji, które jeżyły włos na głowie i powodowały dreszcze. W miarę upływu lat wielokrotnie wracałem myślami do czasów, gdy słowo życie, zaczynało nabierać zupełnie innego znaczenia. Tak jak niemowlę chwiejnie stawia pierwsze kroki, tak ja zataczając się, zaczynałem na nowo swoją własną wędrówkę przez życie, inne niż dotąd. Życie wśród ludzi w niesprawiedliwym świecie, gdzie wszystko dokoła nie ma jednej tylko natury, a każdy napotkany na drodze człowiek ma dwie lub nawet więcej twarzy. Ogrom i znaczenie faktów, które wtedy do mnie docierały, powodował niesamowity mętlik w głowie i bolesną rozterkę w sercu. Znów powróciła chęć ucieczki z klatki ciała. Wyrwania się z więzienia w ludzkim kształcie i przeniesienia się tam, gdzie nie ma zmartwień. Gdzie słowo tak znaczy tak, a czarne jest czarne? Gdzie radość jest szczera i prawdziwa jak śmiech małego dziecka, które nie zna jeszcze takiego życia, jakie ja wtedy zaczynałem poznawać. To właśnie wtedy zorientowałem się, że nie istnieje tylko biel i czerń. Dostrzegłem to, że w zwykłym życiu, pomiędzy nimi jest mnóstwo miejsca na nieskończoną ilość odcieni i szarości. Tylko gdzieniegdzie mają swoje malutkie miejsce, kolorowe błyski radości i szczęścia.

Pamięć Ojca determinowała odtąd resztę mojego życia. Działała na mnie, jako nieskończenie głęboki żal, za tą wielką niesprawiedliwość. Próbowałem zrozumieć, wytłumaczyć sobie — DLACZEGO? Niestety do dzisiaj nie udało mi się znaleźć odpowiedzi. W takich kwestiach nie ma sensu szukać jej nawet, wśród rozsądnie brzmiących wniosków. Tutaj nie ma mądrych. Pewnych spraw nie można wytłumaczyć opierając się głównie na ludzkim doświadczeniu i historycznych przykładach. Ratunkiem może być ucieczka w głęboką wiarę, niezależnie od wyznawanej religii czy światopoglądu. Pozycja społeczna, intelekt czy wykształcenie nie mają tu większego znaczenia. Są sprawy, które czynią nas wszystkich równymi i jednocześnie bardzo malutkimi. Równymi, ale wobec jakiej miary? Co takiego można by tu przyłożyć, aby odnaleźć wzorzec, do którego dałoby się porównać własną drogę? Obawiam się, że uporczywe poszukiwanie takiego wzorca doprowadziłoby większość myślących ludzi jedynie do granic obłędu. Dlatego też większość z nas, również ja, przyjmuję wygodne dla psychiki dogmaty wiary i stara się, nie rozumiejąc większości z nich, z różnym skutkiem, stosować je we własnym życiu. Jest to tym łatwiejsze, że większość z nas, nie jest w swym działaniu osamotniona. Tak postępują prawie wszyscy w naiwnym przeświadczeniu, że wiara, faktycznie czyni cuda. Pewnie tak jest, szkoda tylko, że prawie wszystkie, najważniejsze i największe cuda wydarzyły się ponad dwa tysiące lat temu, a ich sprawcą był jeden człowiek. Jednak ta właśnie świadomość, pozwala łatwiej żyć znosząc ból, cierpiąc, kochając, pragnąc, tęskniąc, żałując…

Zrozumiałem to po raz pierwszy, gdy dotarło do mnie, że tak naprawdę jestem sam. Sam nie znaczy jednak — samotny. Moja samotność nie jest taka, jaką odczuwają zwyczajnie samotni, opuszczeni czy wyobcowani ludzie. Jest to samotność myśli, samotność snów, samotność duszy. Bywa, że taka samotność potrafi popchnąć człowieka do czynów, których zazwyczaj sam nigdy by nie zaakceptował. Uświadomiłem sobie to, jak bardzo trudno z taką samotnością walczyć, jeszcze trudniej ją zrozumieć i przyswoić jej kształt. Życie z nią u boku staje się nieprzerwanym ciągiem, postępujących po sobie zdarzeń, które potrafią wywrócić je do góry nogami w jednej chwili słabości. Taka niby mała chwilka, taki niby moment raniąc, pozostawia blizny, które szpecą nas do końca życia.

Żyjąc z tą świadomością zawsze szukałem miejsc, w których można schować się przed tym wszystkim, co właśnie docierało do mnie i powoli zmieniało chłopca w młodzieńca. Nieuchronnie też zmieni z czasem młodzieńca w mężczyznę. Prężna istotę zdobywającą szczyty, pokonującą przeszkody, wygrywającą bitwy. Chwila, w której wszystko to do mnie dotarło, nakazywała mi schować się przed tym wszystkim, co mogłoby mnie skrzywdzić. Dotarło do mnie też to, że zmiany będą trwały nadal i z czasem przemienią mężczyznę w nieokreśloną, starczą namiastkę tego, co przez całe życie było człowiekiem. Poszukiwanie kryjówek przed światem i ludźmi pozostało mi do dzisiaj. Być może właśnie dlatego tak bardzo pokochałem Wisłę. Cudowną rzekę ze swoimi przepięknie dzikimi brzegami. Z nieprzebranym bogactwem najróżniejszych roślin i zwierząt. Żeglując po jej wodach kajakiem, poznawałem przybrzeżne wioski, gdzie czas jakby się zatrzymał. Gdzie rytm życia ludzi wyznacza wiosenna odwilż i powódź, oraz letnia lub jesienna susza? Małe, wiejskie sklepy rodem z zapominanego powoli PRL — u. Brązowe, malowane olejna farbą lamperie, marnie świecąca żarówka, zawieszona na zwykłym kablu, wysoko pod sufitem. Wieczorem małe, czarne muchy wywijały w jej słabym blasku swoje esy i floresy. Na odrapanym blacie, stara waga z wielką, zawsze obowiązkowo, nieznacznie przekrzywioną wskazówką. W takim miejscu piwo lub tanie wino postawione bezinteresownie, przypadkowo napotkanemu człowiekowi, powoduje otwarcie serca i konieczność wysłuchania jednej z wielu historii jego życia. Ileż takich opowieści słyszałem, bywając w różnych nadwiślańskich wioskach i małych miasteczkach. Przechowuję je w pamięci, lecz nie przytoczę ich tutaj, bowiem są dla mnie tak cenne, że zasługują z pewnością na oddzielną, tylko dla nich przeznaczoną księgę.

Tak, to właśnie Wisła i kajak stały się dla mnie pierwszą udaną ucieczką od realnej rzeczywistości w mój własny, nieco nierealny świat. Świat, który doskonale wpisywał się w nadwiślański, dziki krajobraz. To była niemalże idealna kryjówka. Całymi dniami można patrzeć wokół i nie widzieć żywego ducha, a dla napotkanych przypadkowo tubylców nie jest ważne to, kim jestem, gdzie mieszkam, pracuję, i ile zarabiam. Czy i na kogo głosowałem w wyborach, jaki mam samochód i konto w banku? Co robi mój sąsiad, którą żonę ma mój szef i z kim ją zdradza? Wielkiej wagi nabiera wtedy proste pytanie — jak się płynie? Gdzie byłem wczoraj, czy jadłem i piłem do syta, czy nie zmokłem w czasie ostatniej burzy, przemarzłem w nocy lub czy nie spaliło mnie Słońce? Proste pytania, a jakże głębokie. Płynące z serca, nie z rozumu. Tam proporcje między sercem i umysłem są prawidłowe. Takie właśnie powinny być. Tam je odnalazłem. To było dla mnie koleje odkrycie na miarę Kolumba. Ja jednak nie chciałem mojej „Ameryki” oddać innym. Pragnąłem, aby pozostała nietknięta jak najdłużej. Wara od niej supermarkety, autostrady i lotniska. Niech najgłośniejszym dźwiękiem będzie łamanie się kry wczesną wiosną, a letnią nocą niech mnie usypia szum płynącej wody, rechot żab i śpiew świerszczy. Mało ważne dla mnie samego było wtedy to, czy spaliło mnie słońce, przemokłem czy przemarzłem. Ważna była Wisła i kajak, a w nim ja. W półleżącej pozycji poddawałem się jej nurtowi, podziwiając niemalże wszystko, co było z nią związane i rozmyślając nad sprawami, które tylko tu i teraz miały wielkie, ponadczasowe znaczenie.

Taki spływ z prądem rzeki mogłem idealnie porównać do swojego życia. Ja także płynąłem z prądem. Czasami miotały mną wiry lub przyspieszałem na ostrych zakrętach, gdzie cudem omija się pojawiające się znienacka kamienie, korzenie i konary zatopionych drzew. Nieraz jednak poruszałem się leniwie, meandrując w rozległym zakolu lub wpływałem na mieliznę w zapomnianym starorzeczu.

Teraz, gdy po latach, leżę samotnie na wiślanej plaży, wspominając dawne czasy, nie mogę oprzeć się pewnemu wrażeniu. Patrząc na przepływającą tuż obok szarozieloną wodę myślę, że nasze życie układa się tak, a nie inaczej tylko po to, byśmy w pewnym momencie dostrzegli, że stwierdzenie — jesteśmy tylko igraszką w rękach Boga — nie jest jedynie banalnym sloganem. Tak naprawdę tylko wydaje się nam, że mamy wielki wpływ na bieg wydarzeń. Owszem można wstać wcześnie rano, lub przeleżeć w łóżku cały dzień. Możemy zjeść pyszną kolację w przemiłym towarzystwie albo wybrać samotny wieczór przed telewizorem z puszką piwa i miską chipsów w ręku. Te małe wybory nie są jednak istotne. To tak jakby przechodząc ścieżką kopnąć kamyk leżący nam na drodze albo obejść go bokiem. Czy pójdziemy prosto, zawrócimy, kopniemy kamyk czy nie, ścieżka nadal będzie tą samą ścieżką? Ma gdzieś początek, gdzieś się kończy. Połączy się z inną lub zaprowadzi na manowce. To, czy po niej przejdziemy nie będzie miało dla niej samej większego znaczenia. Ani dla niej, ani dla łąki po lewej czy zarośli po prawej stronie. Nawet gdybym padł na niej trupem, nic by to nie zmieniło prócz tego, że ja sam przestałbym oddychać. Ścieżka byłaby nadal ścieżką, łąka łąką, zarośla zaroślami. Liczy się tu coś znacznie ważniejszego, szerszego. Liczy się sama świadomość tego, jakże tragicznego faktu. Kto tę świadomość posiądzie, otrzyma szansę? Wtedy dopiero można mówić o jakiejkolwiek możliwości wyboru. Wykorzystać ją, czy też płynąc dalej z prądem, biernie obserwując przesuwający się obok krajobraz. Wtedy dopiero widocznym staje się wrażenie, że możemy jednak wpływać na swój los. Zakres tego wpływu jest co prawda bardzo ograniczony, jednakże jest to już COŚ, właśnie COŚ przez DUŻE „C”.

Wiślana plaża z piszczącym piaskiem, szumiąca woda, krzykliwe mewy, dostojne łabędzie, niedostępne urwiste brzegi, czy cokolwiek innego, związanego jednak silnie z samą rzeką, zawiera w sobie jakąś wielką, magiczną moc. Czy ta moc przemówiła do mnie tym niepojętym, telepatycznym językiem natury? Być może właśnie to pozwoliło mi spojrzeć na siebie i innych z zupełnie innej strony. Od tej chwili widzę wszystko zupełnie inaczej, a perspektywa mojego spojrzenia, stała się o wiele szersza. Niestety ta właśnie perspektywa pociąga za sobą nieszczęsne, przysłowiowe skutki uboczne. Prócz szerszego spojrzenia na rzeczywistość, jest jeszcze jej obiektywna ocena, a o nią niestety jest bardzo trudno. Czasami mam nieodparte wrażenie, że lepiej nie próbować patrzeć na świat obiektywnie. Nie dość, że jest to bardzo trudne, to niestety próby takiego zrozumienia świata, potrafią doprowadzić do granic absurdu to, co zazwyczaj pojmowane powierzchownie, wydaje się w miarę normalnym zjawiskiem.

Tak oto z małego maminsynka, stawałem się powoli chłopcem, obciążonym wielkim ciężarem nieznanych mi dotąd myśli, problemów, doznań i wrażeń. Spadły one na mnie tak nagle, że z trudem próbowałem je unieść, utrzymując przysłowiowy pion. Niestety z niektórymi z nich borykam się do dzisiaj. Upływ czasu i bagaż doświadczeń życiowych nie pomógł mi ich do końca zrozumieć i rozwiązać. Moje wewnętrzne przemiany, trwają nieustannie po dziś dzień. Paradoksalnie mam nadzieję odczuwać je jeszcze bardzo długo. Czekam też niecierpliwie na kolejne. Niepodważalnym faktem jest to, że wiek dziesięciu lat był granicznym dla mnie czasem wyjścia z cienia matczynych skrzydeł i wypłynięcia na szerokie i burzliwe wody coraz bardziej dorosłego życia. Czy taki właśnie był dla mnie Jego plan?

II. Jawa czy sen

Zatrzymam się nieco przy historii moich wiślanych spływów. To one bowiem były główną przyczyną mojej wewnętrznej przemiany. Mojej metamorfozy, która trwa nadal i trudno powiedzieć czy zakończy się jutro, czy za dziesięć lat. Możliwe, że będzie trwała do końca moich dni, niezależnie od tego, kiedy ten koniec nastąpi. Pierwsza myśl o przemierzaniu rzeki w jakiejś łupinie, zaświtała mi w głowie już bardzo dawno. Jednak zanim dojdę do samego obcowania z rzeką, z jej nieokiełznaną, dziką naturą i wszystkimi tego konsekwencjami, muszę nieco naświetlić podłoże mojego pędu ku nieznanemu. Odkąd pamiętam, ciągnęło mnie do czegoś, co dla innych nieosiągalne. Co innym nie przyjdzie do głowy, a jeśli nawet, to boją się rozwijać tę myśl, w obawie przed śmiesznością, zakazami lub brakiem środków na realizację przedsięwzięcia? Jestem człowiekiem, który często śmieje się z samego siebie, wobec tego pierwsza przeszkoda została pokonana zanim jeszcze powstała. Zakazy wywierają na mnie wręcz odwrotny skutek, więc druga przeszkoda, paradoksalnie stała się motorem napędowym do dalszego działania. Brak środków — tak — to był problem. Nauczyłem się jednak pokonywać go podczas dosyć długiego już życia. Sięgając pamięcią wstecz zauważyłem, że przecież nigdy w mojej rodzinie nie było na tyle zasobów, by można było poczuć zupełną niezależność i stabilizację finansową. Mama samotnie wychowująca mnie, nauczyła się radzić sobie z wiecznymi kłopotami i ciągłym brakiem gotówki. Wynagrodzenia w tak zwanej budżetówce nigdy nie były wysokie. W bardzo ciężkich czasach, panujących na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych mama potrafiła zdobyć i urządzić mieszkanie. Założyła w nim telefon, co w tamtych czasach było swego rodzaju luksusem. Kupowała mi przeróżne zabawki, komiksy i książki. W mojej, ówczesnej ocenie rzeczywistości, nigdy niczego mi nie brakowało. Nie miałem zresztą wielkich wymagań. Miałem dom, kochającą mamę, która dbała o mnie. Gotowała smaczne obiady i ubierała mnie tak, że nigdy nie odstawałem od rówieśników. Miałem szkołę, klasę z kolegami i harcerstwo. Miałem piękne hobby — lotnictwo. Pierwszą większą zachcianką, jaka przyszła do głowy niesfornemu nastolatkowi, była nieprzeparta chęć posiadania motocykla. Jednoślady zawsze budziły we mnie wielka fascynację. Pragnąłem poczuć wiatr we włosach i pęd powietrza na twarzy. Ucieleśnieniem moich młodzieńczych pragnień była przepiękna JAWA w wersji sportowej. Cud techniki rodem z nieistniejącej już, komunistycznej Czechosłowacji. Mimo, iż mocno komunistyczna i ateistyczna Czechosłowacja, była miejscem narodzin mojej Jawy, to fakt, iż stałem się jej posiadaczem, odczytywałem, jako największy z możliwych dopust Boży. Czasy były wtedy przedziwne. Szusta, czy siódma klasa szkoły podstawowej. Kilku kolegów miało popularne Komary — polskie motorowery rozwijające zawrotną prędkość czterdziestu kilometrów na godzinę. Niektóre z nich posiadały jeszcze rowerowe korby, którymi można było pedałować, gdy zabrakło benzyny. Benzyna natomiast była wtedy towarem bardzo deficytowym, załatwianym często po tak zwanej „znajomości”. Więksi szczęśliwcy dosiadali innych, nowocześniejszych wersji tego samego Komara, różniące się szczegółami, które w oczach nastolatka urastały do szczytowych osiągnięć motoryzacji. Na przykład trzy biegi zamiast dwóch, zmieniane nogą, jak w prawdziwym motocyklu, zamiast dziwnej, śmiesznej dźwigni w kierownicy. Wąski, opływowy zbiornik paliwa i siodełko stylizowane na „cafe racer`a”. Takie szczegóły konstrukcyjne powodowały zachwyt i podziw wśród kolegów i koleżanek ze szkoły lub osiedla. Niektóre Komary miały miejsce dla pasażera. To był już totalny kosmos. Można było pojechać na przejażdżkę po okolicy, na którą mogłem zabrać kolegę, a niekiedy nawet koleżankę. Oczywiście wcześniej należało zorganizować trochę grosza na benzynę i w drogę. Ja oczywiście postanowiłem pójść nieco dalej. Zwykły Komarek mnie nie zadowalał. Nie zaspokajał moich oczekiwań, a przede wszystkim wyobrażeń o własnym pojeździe. Musiałem mieć coś lepszego, szybszego, prezentującego się jak rasowy motor. Zapragnąłem mieć Jawę. Tak, Jawa była moją pierwszą wielką zachcianką w życiu, a mama mimo wielkiego, wewnętrznego sprzeciwu postanowiła ją zrealizować. Korzeni tego sprzeciwu należy szukać dawno temu, gdy jako niespełna trzylatek straciłem to, co dla malucha najcenniejsze — straciłem Ojca. Jak silna i odważna musiała być mama, gdy wbrew samej sobie, postanowiła spełnić moje marzenie? Spełniła je. Oszczędzając na wszystkim, na czym tylko mogła, zaciągała pożyczkę i wręczała łapówkę sprzedawcy w sklepie motoryzacyjnym. Tak oto stałem się dumnym właścicielem sportowej wersji Jawy. Czerwony zbiornik paliwa, szare błotniki, chromowane, szprychowe koła i wydech. Po prostu cudeńko. Z nabożeństwem strząsałem każdy pyłek i trawkę. Po przejażdżce myłem ją i wycierałem do sucha szmatką, a potem polerowałem do połysku. Była dla mnie wszystkim. Bardzo szybko nauczyłem się wykorzystywać jej atuty, ujarzmiać narowisty charakter i radzić sobie z wadami. Zapałałem do mojej Jawki przeogromną wręcz miłością. Traktowałem ją jak coś znacznie więcej, niż tylko maszynę, służącą przemieszczaniu się z punktu A do punktu B. Rozmawiałem z nią, dbałem o stan techniczny, jak o zdrowie najlepszego przyjaciela. Mijały miesiące, lata. Jawka sprawowała się całkiem dobrze zważywszy, że nie miała ze mną łatwego życia. W miarę, jak poznawałem tajniki motoryzacji, budowę i zasady działania silnika i skrzyni biegów, postanowiłem moją Jawkę tuningować. Prócz zmiany błotników i opon, rozebrałem silnik, gaźnik i przeniesienie napędu, próbując wykrzesać z niej więcej mocy i szybkości. Wyglądała imponująco. Wszyscy patrzyli z podziwem, zazdrością, a niektórzy być może nawet i z zawiścią. Czasy były ciężkie i taki tuning nie był wtedy ani łatwy, ani popularny, ani przede wszystkim tani. Dopiąłem jednak swego. Patrząc na nią pytałem często sam siebie: „Jawa to czy sen?” Byłem wdzięczny całemu światu za to, że miałem ją, moją Jawę. Dziękowałem mamie, dziękowałem Bogu.

Moja radość i szczęście nie mogły jednak trwać wiecznie. Dzisiaj wiem, że w życiu bywa tak bardzo często. Wszystko, co dobre nie trwa zbyt długo. Pewien autor napisał kiedyś: „nic nie trwa wiecznie… niebezpiecznie jest myśleć, że coś trwa wiecznie” Tak też musiało być i tym razem. Pewnego letniego, sobotniego poranka, ciesząc się z niedawno ustanowionych „wolnych sobót”, postanowiłem wyciszyć zbyt głośny moim zdaniem wydech. Dla dzisiejszych nastolatków pięciodniowy tydzień pracy jest czymś naturalnym. Pełne towarów sklepy to norma, a kilkadziesiąt kanałów telewizyjnych są czymś zupełnie zwykłym. W tamtych, zaiste dziwnych czasach, sklepy świeciły pustkami, towary pierwszej potrzeby sprzedawane były za okazaniem kartek. Kartki te upoważniały też każdego posiadacza pojazdu do zakupu benzyny. Takie to były czasy. Mimo wszystko wspomina się je z nutą nostalgicznego rozmarzenia. Rozdźwięk pomiędzy nauką w szkole, a nauką kościoła nie przeszkadzał wcale w normalnym funkcjonowaniu. W szkole ewolucja, w kościele cud stworzenia. Większości z nas w ogóle to nie przeszkadzało. Dorośli albo biernie walczyli, albo biernie żyli. Młodzież po prostu nie znała innego życia, więc poruszała się w miarę sprawnie w tej jakże schizofrenicznej rzeczywistości. Blokowiska rządziły się tak jak i dzisiaj, własnymi prawami. Główna różnica polegała na tym, że wszechobecne media używały innej filozofii do robienia ludziom wody z mózgu. W tych historycznych z dzisiejszego punktu widzenia czasach ja, mały, szary chłopiec z prowincjonalnego miasteczka, stałem się posiadaczem pięknego, stylizowanego crossa.

Mieszkałem wtedy w czteropiętrowym bloku. Moją crossową Jawę garażowałem oczywiście w piwnicy. Poszedłem więc tam i zacząłem przy niej grzebać, stale pielęgnując, moje coraz większe do niej uczucie. Dawało mi to zawsze wielką satysfakcję. Wtedy również praca szła bardzo gładko. Zdemontowałem wydech, sam dorobiłem azbestowe uszczelki, zamontowałem je, skręciłem wszystko i przyszedł czas na próbę. Muszę tu przypomnieć, że były to lata osiemdziesiątych minionego wieku. Jak już wspominałem, czasy bardzo ciekawe. Dla większości obecnie żyjących nastolatków — czysto abstrakcyjne, wyrwane jakby z innego świata. Z innej, niemożliwej do pełnego zrozumienia rzeczywistości. „Komuna”, mimo iż był to już jej schyłek, trzymała się jeszcze całkiem mocno. Szczególnie w takich niewielkich miasteczkach, niby żywcem wyjętych z poprzedniej dekady. W sklepach były pustki, a wieczne kłopoty z benzyną, zmuszały użytkowników aut i motocykli do robienia sporych zapasów. Takie prywatne zapasy przechowywano właśnie w piwnicach. Beczki, kanistry i wszelkiej maści pojemniki wypełniały niejedną piwniczną klitkę w każdym blokowisku. Nie muszę mówić, że benzyna to bardzo niebezpieczna substancja, a jej opary to łatwopalna i w połączeniu z powietrzem, wybuchowa mieszanka. Gdybym tylko mógł przewidzieć to, co po chwili nastąpiło. Niestety, nigdy nie byłem i nadal nie jestem jasnowidzem, a młodzieńczy umysł nie potrafił jeszcze wtedy, unikać łatwych do przewidzenia niebezpieczeństw i związanych z nimi problemów. Moja piwnica była swego rodzaju świątynią. „Mieszkała” tam w końcu moja Jawa. Miałem tam również mały warsztat. Był to mój własny, mały świat. Uwielbiałem tam siedzieć i majstrować przy niej. Z nabożeństwem odkręcałem, a następnie wkręcałem każdą śrubę i wkręt. Nabrałem przekonania, że jest to, tak jak każda inna świątynia, miejsce nietykalne. Nic złego nie mogło tam spotkać ani mnie, ani jej. Nic nie zapowiadało strasznych wypadków, które nastąpiły w następnym momencie. Nie otrzymałem żadnego znaku, nie miałem też przeczucia ani snu. Pracowałem wiec w pocie czoła, przygotowując moją ukochaną Jawę do zaplanowanej wcześniej przejażdżki. Przecież wystarczyło wyprowadzić motorek na zewnątrz i tam go odpalić. Wtedy nic by się ani jemu, ani mnie nie stało. Ja jednak postanowiłem zrobić to na dole, w piwnicy. Odkręciłem kranik paliwa, przepompowałem gaźnik, nacisnąłem kopniak i stało się. W ułamku sekundy piwniczny półmrok rozbłysnął tysiącem żarówek. Zrobiło się jasno i gorąco. Nagle wszędzie wokoło pojawiły się płomienie. Były dziwne, ponieważ nie widziałem źródła ognia. W jednej chwili zrobiło się bardzo duszno. Nie mogłem oddychać. Upadłem na podłogę i bardziej podświadomie niż racjonalnie, zacząłem czołgać się do wyjścia. Zanim dotarłem do schodów, spojrzałem za siebie i zobaczyłem rzecz jeszcze bardziej dziwną. W całej piwnicy płonął sufit. Tak, właśnie sufit. Nie rozumiałem, dlaczego tak właśnie się dzieje. Widok był bardzo groźny, ale zarazem fascynujący i piękny. Nie zamierzałem jednak przyglądać się temu dłużej. Wyczołgałem się po schodach w górę pośród buchających już wszędzie wokół, szukających dla siebie drogi na zewnątrz gęstych tumanów czarnego, gryzącego dymu. Rozmawiając później ze strażakami i milicją dowiedziałem się, że to płonęły, unoszące się wszędzie opary benzyny. Zanim dobiegłem do domu i zadzwoniłem po strażaków, ogień strawił już ponad połowę mojej ślicznej Jawki, a czarny jak smoła, cuchnący dym z palących się opon znalazł sobie drogę z piwnicy na klatkę schodową, którą szybko pokonał, mknąc w górę aż do czwartego piętra i przez uchylone tam okno pięknym, gęstym, czarnym słupem wydostawał się na zewnątrz. Widok był zaiste niepowtarzalny. Dzisiaj byłbym pewnie królem You Tube. Internet wtedy jeszcze nie istniał. Nikt nie miał „komórki”. Ci, którzy reagując na głośne syreny wylegli ze swoich mieszkań, długo potem wspominali wysoki na kilkadziesiąt metrów słup czarnego dymu, widoczny z bardzo daleka. Wielokrotnie potem starałem się wyjaśnić przyczynę zapłonu. Szukałem odpowiedzi, pytałem. Nikt nie wierzył w moją wersję wydarzeń. A przecież to była jedyna, prawdziwa wersja. Innych nie znałem. Nie paliłem papierosów, nie zaprószyłem też w żaden sposób ognia. Dopiero, gdy strażacy ugasili pożar, przyjechała ówczesna milicja i zabrała się ostro za podpalacza, czyli za mnie. Przekonywali mnie żebym się przyznał do podpalenia, a oni łagodniej mnie potraktują. Gdy dostatecznie długo i uporczywie trzymałem się swojej wersji, wmawiali mi, że sprawdzałem poziom paliwa w zbiorniku, przyświecając sobie zapałką. Można było mnie posądzać o najróżniejsze, nieracjonalnie głupie występki, ale głupoty takiego kalibru, nawet ja nie mogłem wymyślić. Oczywiście przyznałem się tylko do tego, o czym pisałem wcześniej. Wzywali mnie jeszcze kilka razy na posterunek w celu uzupełnienia zeznań. Piwnicę odmalowałem sam z pomocą kolegów z sąsiedztwa. Ponieważ nikt nie udowodnił mi żadnej winy, klatkę schodową malowali już malarze, zatrudnieni przez Spółdzielnię Mieszkaniową. Cała historia opowiadana była jeszcze długo, a głodni sensacji ludzie dopisywali do niej coraz to nowe wątki. Od prozaicznego palenia papierosa nad otwartym zbiornikiem z benzyną, do sensacyjnych opowieści o celowym podpaleniu lub próbie samobójczej. Papierosów wtedy nie paliłem, o piromanach nie miałem zielonego pojęcia, a do samobójstwa jeszcze nie dojrzałem. Wróćmy jednak do pożaru. Dopiero, gdy dym się rozwiał, poczułem ostry ból obydwu rąk. Okazało się, że na dłoniach i przedramionach pojawiły się wielkie pęcherze. Najpierw straż, potem milicja, na koniec pogotowie. Lekarz opatrzył mnie, gapie z osiedla, a było ich zatrzęsienie, powoli zaczęli się rozchodzić do domów, a ja mogłem wreszcie zejść na dół do piwnicy i zobaczyć jak to wszystko wygląda po katastrofie. Istotnie widok jak po wojnie. Ściany i sufit czarne, drewniane drzwi do kilku piwnic zwęglone. Ale najgorsze było to, co zobaczyłem po środku tego pogorzeliska. W słabym świetle nowo wkręconej żarówki, stała moja Jawka, a właściwie stało to, co jeszcze pół godziny wcześniej nią było. Zalana mokrą, śmierdzącą pianą, dogorywała, a wraz z nią ja. Wiedziałem, że razem z nią, odchodzi w nicość kawałek mnie samego. Rozpacz i kolejny już w moim młodym życiu wielki zawód sprawił, że nie byłem w stanie ustać o własnych siłach. Osunąłem się na schody i wpatrując się w pogorzelisko, pytałem siebie.

Dlaczego znów ja?

Co takiego złego zrobiłem, że spotyka to właśnie mnie?

Czy taki właśnie zapis, przygotowany był w moim planie?

Kto w ten właśnie sposób zaplanował dla mnie ten sobotni poranek?

Boże, dlaczego?

Siedząc na schodach, zacząłem szlochać. Po jakimś czasie, przełamując się, podszedłem bliżej. Była jeszcze gorąca, ale postanowiłem wystawić ją przed blok i obejrzeć. Zeszli się też kumple z osiedla i razem ubolewaliśmy nad tym nieszczęsnym widokiem. Patrząc tak zmrużonymi oczyma, podjąłem jedną z pierwszych w moim życiu — męską decyzję. Postanowiłem, że ją odbuduję. Naprawię ją i będzie jeszcze piękniejsza, szybsza i lepsza niż przedtem. Czasy były jednak bardzo ciężkie. Sklepy świeciły pustkami. Niektóre części załatwiałem tylko dzięki przeróżnym znajomościom. Dzisiaj większość z brakujących elementów znalazłbym zapewne na motocyklowych szrotach, w zwykłych sklepach, lub na Allegro. Wówczas takie możliwości nie istniały. Niekończący się remont, trwał prawie cały rok. Takie to były czasy. Jednak udało mi się i to, co było jego efektem, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Nowa, piękna, rasowa Jawa, cała pomalowana w czarno — szaro — bordowe barwy, otrzymała nowiutką instalację elektryczną, opony i plastiki. Patrząc na nią, czułem nieziemską wręcz rozkosz. Dziękowałem Bogu za to, że ją odzyskałem. Znów była ze mną. W jednej chwili zapomniałem o wszystkich kłopotach, towarzyszących niekończącej się odbudowie. Udało mi się jednak pokonać wszystkie przeciwności i moja spalona i pogrzebana wcześniej, pierwsza, jednośladowa miłość, zmartwychwstała. Uczucia, jakie targały mną, gdy usiadłem na nowym siedzeniu, odpaliłem silnik, wrzuciłem jedynkę i wyruszyłem w pierwszą od niemal roku jazdę, da się porównać chyba tylko osiągnięcia rekordu świata, lotu w kosmos lub milionowej wygranej. Jawka znowu jeździła i to jeszcze jak! Rwała przednie koło do góry jak rasowy cross. Jeszcze przez długie lata, przemierzałem nią drogi i bezdroża bliższej i dalszej okolicy. Ona też zawiozła mnie pewnego wiosennego dnia nad brzeg Wisły. Rzeki, która nierozerwalnie złączyła się później z moim życiem. Mojej przepięknej Jawie zawdzięczam więc pośrednio wszystko to, co zaistniało potem pomiędzy mną, rzeką, a resztą świata.

Nie mogę zakończyć rozdziału o mojej Jawie, nie wspominając kilku historii, które były w moim życiu pierwszymi. Otóż właśnie z moim motorkiem kojarzą mi się cztery takie zdarzenia. Pierwsze z nich to historia związana z zabraną na przejażdżkę dziewczyną. Miała na imię Joanna. Wszyscy mówili do niej Aśka. Spotkałem ją podczas jednej z wielu popołudniowych wypraw. Dotąd żadna dziewczyna nie dostąpiła zaszczytu, towarzyszenia mi w trasie. Postanowiłem pojechać nad wodę. Miejscowy zalew by właściwie jedynym miejscem w okolicy, gdzie można było spędzić letnie popołudnie, zażywając kąpieli, a przy okazji spotkać starych znajomych lub nawiązać nowe znajomości. Nie bez znaczenia był też oczywiście skąpy strój na mokrych ciałach. Młody chłopak musiał przecież od czasu do czasu nacieszyć oczy widokiem pięknych, półnagich ciał. Dzisiaj wystarczy spojrzeć na byle wystawkę w kiosku, markecie, lub włączyć Internet. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, nie było takich atrakcji. Wtedy właśnie ją spotkałem. Aśka — zgrabna, ładna blondynka. Czerwone bikini, zwiewna spódniczka, bluzeczka na ramiączka. Zabawa w wodzie, udawana nauka pływania. Tu musze napomknąć, że ja pływałem bardzo dobrze, natomiast większość dziewcząt bardzo słabo lub wcale. Propozycja nauki, działała prawie za każdym razem. Nadzwyczaj łatwo, zadziałała i tym razem. Druga propozycja, dotycząca przejażdżki moim motorkiem po okolicy i jeszcze szybsza zgoda. Oczami wyobraźni nastolatka — a wyobraźnię od zawsze miałem bardzo rozwiniętą — widziałem już nas dwoje w jakimś romantycznym miejscu. Planowałem już, jak wyglądał będzie dalszy ciąg naszego spotkania. Wyczuwałem podświadomie, że ona również ma na to wielką ochotę. Wysuszyliśmy się szybko i zaproponowałem, że pokażę jej piękne miejsce w lesie, które odwiedzam zawsze, gdy jestem smutny. Popatrzyła mi prosto w oczy i zgodziła się. Usiadła zgrabnie za mną i objęła mnie w pasie, ja odpaliłem motorek i ruszyliśmy w drogę. Ujechaliśmy może kilometr, gdy nagle usłyszałem straszny krzyk Aśki. Przestraszyłem się, zahamowałem gwałtownie aż zarzuciło nas na pobocze drogi. Zsiadłem i spojrzałem na czerwoną z wściekłości twarz dziewczyny. W pierwszej chwili nie zauważyłem nic niepokojącego, jednak wystarczył jeden rzut oka na jej piękną, zwiewną, żółtą spódniczkę, a właściwie na to, co z niej pozostało. Strzępy materiału niesamowicie poskręcane i uwalane smarem z łańcucha napędowego, oplatały jej nogę, tylne koło Jawki i wydech. Nie mogła się ruszyć, dyszała tylko i gdyby mogła, pewnie ukatrupiłaby mnie na miejscu. Moje plany związane ze wspólnym, romantycznym wypadem legły w gruzach. Cóż było robić? Jakoś wyplątałem ją z tego, co pozostało ze spódniczki. Przepraszałem, próbowałem żartować, proponowałem różne rzeczy, byle tylko mi wybaczyła. Jak łatwo jednak przewidzieć, skończyło się na odwiezieniu jej bocznymi ulicami do domu. Od tamtego zdarzenia upłynęło mnóstwo czasu, a ja widziałem ją jeszcze tylko kilka razy. Teraz mieszka w Anglii, a ja nie pamiętam nawet jej twarzy. Cóż. Nikt i nic nie może jednak zmienić tego, że to właśnie ona była moją „pierwszą” dziewczyną na Jawce.

Druga historia, która była jednocześnie pierwsza moją i Jawki, to sprawa pierwszego w życiu mandatu, zapłaconego milicjantowi. Okoliczności tego zdarzenia, jak to zwykle bywało w moim przypadku, nie były normalne. Zwykle mandaty płaci się za przekroczenie dozwolonej prędkości, przejechanie na czerwonym świetle, wymuszenie pierwszeństwa przejazdu, czy złamanie innego z przepisów. Jednak nie w moim przypadku. Pojechałem moim motorkiem po zakupy. Zaparkowałem jak najbardziej przepisowo na obszernym parkingu przed dużym domem handlowym. Miejsca było dość, bo czasy były inne niż teraz i byle gołowąs nie rozbijał się wtedy własnym autem. Muszę tu wspomnieć, że typową przywarą tak mojej, jak i wielu innych Jawek, były kłopoty z uruchomieniem mocno rozgrzanego silnika, przy pomocy tradycyjnego kopniaka. Moja Jawka prawie zawsze była gorąca z powodu długotrwałej jazdy z gazem wciśniętym „na maksa”. Tak było i tym razem. Po wyjściu ze sklepu nie pozostało mi nic innego, jak tylko odpalić ją „na popych”. Ująłem, więc kierownicę mocno w dłonie, rozpędziłem się, włączyłem pierwszy bieg, wskoczyłem na siodełko i nic. Druga i trzecia próba też nie pozwoliły uruchomić silnika. Spowodowały jednak coś, co stało się przyczyną tego, czego skutkiem są pisane tu słowa. Ze sklepu obok wyskoczył na mnie, niezbyt przepisowo umundurowany milicjant i wymachując mi przed nosem aktówką darł się, że nie wolno, że jestem pirat drogowy, że niebezpiecznie itp. Byłem tak zaskoczony, że nie mogłem wydusić z siebie ani słowa. Wyksztusiłem tylko:, jeśli pirat to chyba parkingowy, a co najwyżej chodnikowy, ale na pewno nie drogowy panie władzo. To, co było potem, możnaby opisać w niezłym komiksie. Nie wiem, co zadziałało na niego bardziej. Tekst o piracie chodnikowym, czy o panu władzy, bo zaczął tak się wydzierać, że wokół zebrał się spory tłumek. Niektórzy sądzili, że zdarzył się jakiś wypadek i trzeba wezwać milicję. Inni krzyczeli — lekarza! Ja zrobiłem się bardzo malutki, a gdy milicjant zażądał okazania dokumentów, okazało się, że oczywiście nie mam ich przy sobie. Wtedy było już po mnie. W jednej chwili ze spokojnego miłośnika letnich przejażdżek po bezdrożach, stałem się piratem drogowym i parkingowym przestępcą. Dziwne, ale spisał tylko moje dane i wypuścił mnie. Niestety musiałem za godzinę stawić się na komendzie z dokumentami. Trzęsąc się ze strachu pojechałem po nie do domu. O dziwo, silnik Jawki zaskoczył tym razem od pierwszej próby. Oczywiście punktualnie za godzinę czekałem pod wskazanym pokojem na posterunku. Czekałem i czekałem, a Jego nie było. Zszedłem piętro niżej do dyżurnego żeby zapytać, co mam dalej robić. Powiedział, że jak kazano mi przyjść i czekać to mam czekać i tyle. Tak zrobiłem, a gdy pan władza zjawił się po prawie dwóch godzinach, byłem już tak rozmiękczony, że chciało mi się płakać. Nie muszę mówić, że czekając w korytarzu napatrzyłem się i nasłuchałem. Gdy wreszcie przyszedł i kazał wejść za sobą do pokoju, straciłem już cały wigor i pewność siebie. Zadałem tylko pytanie — dlaczego musiałem tak długo czekać, skoro byliśmy umówieni na konkretną godzinę. Odpowiedział, że służba nie drużba i miał ważniejsze rzeczy do roboty niż gadanie z darmozjadami, piratującymi swoimi motorkami po chodnikach. Istotnie nie było tu już nic więcej do dodania. Wypisał mandat i kazał zapłacić. Niestety ja nie sądziłem, że będę musiał cokolwiek płacić i nie miałem przy sobie pieniędzy. To znowu zadziałało na niego jak czerwona płachta na byka. Darł się, że marnuję jego czas, że mógłby łapać teraz przestępców, a traci go ze mną itp. Nic już więcej nie mówiłem. Zabrałem mandat i pojechałem do domu, żeby podzielić się opowieścią z mamą. To ona w końcu musiała dać mi kasę na opłacenie mandatu. Tak oto pierwszy mandat był już za mną. Od tamtego czasu zapłaciłem ich wiele. Jeszcze więcej z nich, udało mi się uniknąć. Cóż, życie jest nieprzewidywalne, milicjanci przeminęli, a obecnie — policjanci, to też ludzie i muszą sobie jakoś radzić.

Trzecia historia związana nierozerwalnie z moim pierwszym, ukochanym motorkiem mogła zakończyć się tragicznie nie tylko dla mnie, ale też dla dwóch moich kolegów: Jurija i Leśmiana. Z Jurijem nigdy nie zaprzyjaźniłem się tak naprawdę, choć łączyły nas wspólne zainteresowania: samoloty i modelarstwo. Leśmian natomiast był kumplem nad kumple. Początkowo nawet się nie lubiliśmy, a znałem go od przedszkola. Diametralnie różne charaktery, inne nawyki, inny gust. Potem jednak stworzyliśmy paczkę, w której skład weszli jeszcze Grzybek i Konopek. Wiele działo się wtedy wokół nas. Czasy były bardzo ciekawe. Szkoła średnia, pragnienie swobody, bunt przeciwko wszystkiemu, co niósł ze sobą świat dorosłych i chylący się powoli ku upadkowi ustrój. Jurij, a tak naprawdę jego ojciec, był posiadaczem prawdziwego, dużego motoru. Jawa 350. Ponad 100 kilogramów masy, dwa cylindry, na liczniku ponad sto kilometrów na godzinę. Przy tym cudzie czechosłowackiej myśli technicznej, rodzime WSK-i wyglądały prehistorycznie. Co dopiero mój mały motorek? Jednak stało się tak, że pewnego pięknego dnia spotkałem Jurija i postanowiliśmy razem pośmigać. Niewiadomo skąd wziął się Leśmian i niewiadomo, dlaczego to właśnie on zasiadł za kierownicą 350-tki. Ponieważ mój motorek był przy niej jak mały kociak przy tygrysie, dali mi spore fory. Cała akcja toczyła się na prostym, około kilometrowej długości odcinku szlakowej drogi, wiodącej wprost do lasu. Poszło oczywiście o zakład i choć handicap nie był nam wtedy znany, jakoś obliczyliśmy to, o ile wcześniej mam wystartować, żeby na mecie przy lesie, finiszować razem z nimi. Niestety do wspólnego finiszu nie doszło, ponieważ nasze obliczenia okazały się bardzo błędne i dogonili mnie znacznie szybciej. Przekonałem się o tym, gdy naciskając z całej siły na dźwignię gazu, próbowałem rozwinąć maksymalną prędkość. Wtedy otrzymałem nagle, silne uderzenie w tylny błotnik i amortyzator. Zderzenie było tak mocne, że jego siła, wyrzuciła mnie i mój motorek prosto w pole pszenicy. Po obu stronach drogi rosły wielkie topole i sam nie wiem, jak udało mi się przelecieć pomiędzy drzewami i nie zostałem rozsmarowany, razem z moją Jawką na jednym z grubych pni. Ja nie ucierpiałem prawie wcale. Moja maszyna — po pierwszych oględzinach — miała tylko złamany lewy, tylny amortyzator. Gdy jednak po wylądowaniu w polu obejrzałem się, zobaczyłem Jurija i Leśmiana. Leżeli na drodze, obok dymiącej jeszcze spalinami Jawy. Podbiegłem do nich. Jurij wstał prawie natychmiast i nie patrząc na Leśmiana, podszedł do swojego motoru i zaczął biadolić. Leśmian jednak nie wstawał. Leżał w dziwnej pozie i lekko podrygiwał. Krzyknąłem do niego i zobaczyłem, że na szczęście zareagował na moje krzyki. Był mocno zakrwawiony i nie mógł wydusić z siebie słowa. Tylko ja wiem, jakie myśli tłukły mi się wtedy po głowie. Poczułem paniczny strach. Tak wielki, że przez moment byłem zupełnie sparaliżowany. Podtrzymując mu głowę, spojrzałem bezradnie na Jurija. On jednak stał wciąż nad swoim pogiętym motorem i biadolił, że teraz to ojciec mu dopiero pokaże. Chyba właśnie to zderzenie dwóch tak różnych reakcji: mojej nad leżącym Leśmianem i Jurija nad leżącym motorem, spowodowało coś, co ludzie nazywają, odmiennym stanem świadomości. Nagle zobaczyłem siebie jakby z pewnego oddalenia, a to przecież Leśmian, nie ja leżał prawie bez życia na drodze, obok rozwalonego motocykla. Wydarzyło się wtedy coś, czego nie zapomnę chyba do końca życia. Przed oczami stanął mi przerażający obraz sprzed lat. Co prawda ja sam nigdy go nie widziałem, lecz odkąd pamiętam, czaił się on na mnie gdzieś w ciemnym zakamarku mojej świadomości. Zobaczyłem mojego ojca, leżącego bezradnie na drodze gdzieś daleko od domu i mamę nieprzytomną obok niego. Wszystko to powróciło do mnie w tej, jednej sekundzie. Otrząsnąłem się jednak bardzo szybko i zacząłem działać. Był lata osiemdziesiąte minionego wieku. Telefony komórkowe jeszcze nikomu się nawet nie śniły. Potrząsnąłem Jurijem i kazałem mu cały czas mówić do Leśmiana. Sam wskoczyłem na moją lekko poturbowaną Jawkę i pognałem nią, najszybciej jak to było tylko możliwe na pogotowie. Na szczęście lekarz był na miejscu. Wytłumaczyłem, co się stało i gdzie leży Leśmian, a oni od razu na sygnale pojechali starą, poczciwa Nyską w miejsce kraksy. Ja wyjechałem za nimi, lecz jakie było moje zdziwienie, a po nim rozpacz, gdy zauważyłem, że nie pojechali prosto na miejsce wypadku, tylko skręcili w bok i bardzo szybko zniknęli mi z oczu. Cóż miałem robić? Pojechałem za nimi. Nie mam pojęcia ile trwał mój pościg. Dogoniłem ich kilka kilometrów dalej, gdy zawracali już, nie odnajdując żadnego poszkodowanego w wypadku motocyklisty. Ze strachem w głosie i paniką w oczach powiedziałem, że pomylili drogę i jeszcze raz dokładnie opisałem miejsce, w które powinni pojechać. Gdy włączyli syrenę i odjechali, wsiadłem na mój motorek i znowu pognałem za nimi. Tym razem jednak nie tą samą drogą. Znałem skrót wzdłuż lasu i jadąc polną ścieżką, przyjechałem na miejsce prawie równocześnie z karetką. Zdążyłem jeszcze zauważyć, że Leśmian odzyskał przytomność, machał do mnie ręką i coś mówił. Potem drzwi ambulansu zamknęły się i przyszedł wreszcie czas na zbieranie myśli. Usiedliśmy z Jurijem na poboczu drogi i zaczęliśmy omawiać całe zdarzenie. Ja myślałem tylko o Leśmianie. Martwiłem się o niego i wspominając obrazy z mojej podświadomości, spodziewałem się najgorszego. Bardzo obawiałem się też reakcji jego rodziców. Jurij oglądał wgnieciony zbiornik paliwa swojego motoru i martwił się jak powiedzieć o tym ojcu. Nasze oceny tej samej sytuacji były jednak bardzo odmienne. On zauważył w końcu, że właściwie jego winy tu nie było. Ja zajechałem im drogę, a motor prowadził Leśmian. Nie mogąc się dogadać wstaliśmy i prowadziliśmy nasze pojazdy w milczeniu. Szliśmy jeszcze kawałek razem pchając motory, po czym postanowiliśmy zaczekać z oceną sytuacji do następnego dnia. Wskoczyłem na moją Jawkę, uruchamiając ją z rozbiegu i pojechałem do domu. Prowadziła się bardzo źle. Dziwne, że nie czułem tego wcześniej, jadąc na pogotowie. Ścigając potem karetkę i wracając na miejsce wypadku, również niczego nie zauważyłem. Okazało się potem, że ma wygięte przednie amortyzatory, a lewy tylny zupełnie złamany. Nie myślałem jednak o tym. Martwiłem się stanem kolegi. Wieczorem zatelefonowałem do jego rodziców i dowiedziałem się, że o dziwo, nic poważnego mu się nie stało, ale został w szpitalu na rutynową obserwację. Następnego dnia zaraz po szkole wskoczyłem na pakę złapanego „na stopa” Żuka i pojechałem w odwiedziny do Leśmiana. W moim miasteczku szpital nie dysponował oddziałem chirurgii, więc musiałem udać się do sąsiedniego miasta. Na miejscu, po krótkim oczekiwaniu wyszedł do mnie i zobaczyłem opuchniętą i pozdzieraną, ale uśmiechniętą gębę. Nic nie złamał, był tylko poobijany i pytał czy nie przyniosłem mu przypadkiem fajek. Oczywiście przyniosłem, więc zaciągnął się mocno i stwierdził, że tak naprawdę nic wielkiego się nie stało. A blizny, co tam, podobno „laski„ lecą na blizny. Wyszedł ze szpitala po paru dniach i stał się w szkole kilkudniowym bohaterem. Po kilku tygodniach o całej sprawie zapomniano. Działo się wtedy tak wiele innych, istotniejszych dla nas rzeczy. Po skończeniu szkoły i zdaniu matury, nasze drogi rozeszły się. Teraz po latach spotykamy się czasem na piwie, lub jakimś klasowym spotkaniu, ale jakoś nigdy nie zdarzyło nam się nam wspominać tamtego zdarzenia.

Ostatnia z historii, które bardzo mocno wbiły mi się w pamięć, jest o tyle godna uwagi, że związana jest z pierwszą w moim życiu utratą przytomności. Pamiętam, że wybrałem się na przejażdżkę z moim przyjacielem — Tomkiem. On również był szczęśliwym posiadaczem Jawki. Prócz koloru — jego była żółtoszara — różniło nasze motorki to, że moja była „podrasowana” i niewielu mogło się z nią równać. Po godzinnej jeździe po drogach naszego miasta i kilkunastominutowym wyścigu po ceglastej nawierzchnie lekkoatletycznej bieżni miejskiego stadionu, postanowiliśmy pojechać do lasu. Niedaleko naszego miasta w najwyższym punkcie w okolicy, pośród wysokich sosen, górowała nad otaczającym terenem wielka, stara, drewniana wieża pożarnicza. Nikt nie pamiętał, kiedy ją zbudowano. Niewielu też było na tyle odważnych, czy raczej głupich, żeby wspiąć się na jej szczyt. Dla nas oczywiście nie stanowiło to większego problemu. Wspinaczka ta nie należała do łatwych. Była nie lada wyzwaniem z powodu spróchniałych, drewnianych szczebli, z których niejeden, ledwie trzymał się reszty konstrukcji. Wiele z nich leżało już pod wieżą, a miejsca gdzie wcześniej były zamocowane, świeciły teraz pustką. Należało pokonać je, podciągając się na jednej z pionowych belek, uważnie omijając pozostałe po szczeblach, powykręcane we wszystkie strony, pordzewiałe gwoździe. Te pionowe, grube żerdzie, same też niemiłosiernie skrzypiały przy większych podmuchach wiatru. Razem z Tomkiem wiele razy zdobywaliśmy jej szczyt, gdzie zabudowana była sporych rozmiarów kabina obserwacyjna. Siedząc na jej podłodze, osłonięci od wiatru drewnianymi balustradami, wsłuchiwaliśmy się w odgłosy, jakie wieża wydawała pod jego naporem i zastanawialiśmy się jak daleko od pionu potrafi się wychylić? Nie pamiętam, czy piliśmy wtedy piwo. Jeśli tak, to pewnie jedno na spółkę. Prawdopodobnie jednak nie, ponieważ po pierwsze czekała nas jeszcze droga powrotna do domu, poza tym byliśmy dumnymi sportowcami, członkami sekcji Judo, miejscowego klubu sportowego. Trzymaliśmy wtedy fason i mimo pewnych szaleńczych pomysłów, fajki i alkohol odstawialiśmy na dalszy, bardzo daleki plan. Do rzeczy jednak. Po kilkunastominutowej rozmowie na szczycie wieży, postanowiliśmy wracać. Zbliżał się wieczór i ściemniało się już, a jazda Jawką po lesie, ze słabo świecącym reflektorem, nie należała już do przyjemności. Po karkołomnym zejściu, omijając spróchniałe szczeble, wystające gwoździe i puste przestrzenie po szczeblach, które odpadły, dotarliśmy do naszych motorków. Silniki odpaliły bez problemów, a my postanowiliśmy jechać na pełnych obrotach, krętą ścieżką prowadzącą w dół wzniesienia, nad którym górowała wieża. Ja pojechałem pierwszy, Tomek tuż za mną. Pędząc tak na złamanie karku, omijaliśmy kępy karłowatych sosen i wystające zewsząd korzenie. W pewnym momencie poczułem, że koła mojej maszyny nie mają kontaktu z podłożem. Uczucie to było tym bardziej dziwne, że nie pamiętałem żadnego zagłębienia terenu, ani innej niespodzianki, która mogłaby wyrzucić mnie w powietrze. Ta myśl była ostatnią, którą pamiętam. Było to właściwie tylko chwilowe zdziwienie, pomieszane z lekkim strachem i trwało zbyt krótko, bym miał czas na zastanawianie się. Potem była tylko cisza, ciemność i słodki smak w ustach. Gdy odzyskałem przytomność, nie mogłem otworzyć oczu. Gdy je wreszcie otworzyłem, zobaczyłem pochyloną nade mną głowę Tomka, który z dziwnym wyrazem twarzy poruszał bezgłośnie ustami. Po wizji, powrócił też do mnie dźwięk. Wołał do mnie:

— żyjesz, co ci jest!?

— żyję jasne, że żyję, ale co się (…) stało?

Opowiedział mi, co widział. W pewnej chwili zniknąłem z kręgu światła, przed reflektorem jego Jawki, a było to tym dziwniejsze, że zniknąłem, wznosząc się w górę. Chwilę później, znowu przeciąłem słup światła, ale w odwrotnym kierunku. Następnie walnąłem w ziemię z impetem, silnik zgasł, mnie ogarnęła ciemność, a Tomka — panika. Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało? Co wyrzuciło mnie w górę? Wróciliśmy tam następnego dnia i nie znaleźliśmy nic, co mogłoby być powodem mojego niefortunnego lotu i bardzo twardego lądowania. Uznając winę krasnoludków, ucieszyliśmy się, że ani mnie, ani Jawce nic się nie stało. Nie widziałem żadnego światełka na końcu tunelu, nie miałem żadnego innego kontaktu z zaświatami lub kosmitami. Według Tomka moje „zaćmienie” trwało sekundę, kilka, może kilkanaście sekund i dosyć szybko powróciłem do realnego świata. Wracałem jeszcze wielokrotnie w to miejsce. Wiele razy też wchodziłem na szczyt wieży. Pewnego dnia, gdy pojechałem tam samotnie, już w czasie jazdy, gdy zbliżałem się do ściany lasu, coś mnie niepokoiło. Nie wiedziałem, co to jest. Czułem jednak, że coś się wydarzyło. Coś było nie tak i nie pasowało do reszty otoczenia. Czegoś jakby brakowało. Tak też było w rzeczywistości. Gdy dojechałem na miejsce zobaczyłem ogromną stertę drewnianych bali, leżącą bezładnie na szczycie wzgórza. Nasza dumna wieża runęła pod naporem wiatru. Dziwne, ale cała górna część z kabiną była prawie nienaruszona i leżała niedaleko na zboczu wzniesienia. Wszedłem do niej wtedy po raz ostatni, usiadłem na przekrzywionej nieco podłodze, wspominając czas, gdy dumnie górowała nad otaczającym lasem. Wróciłem tam jakiś czas później. Po stercie bali nie było już śladu. Pozostały tylko betonowe fundamenty i resztki zardzewiałego ogrodzenia, przerośnięte trawą i małymi sosenkami. Gdy nie było wieży, nie miałem już tam do czego wracać i mimo częstych wizyt w lesie, omijałem to miejsce z daleka. Po kilku latach, gdy podczas jednej z wypraw do lasu wróciłem tam znowu, zobaczyłem nową, jeszcze wyższą, białą, stalową wieżę. Wejście na drabinkę miało zabezpieczenie, zamknięte na kłódkę. Nie mogłem jednak oprzeć się pokusie. Ominięcie zabezpieczonego fragmentu drabiny nie stanowiło to dla mnie przeszkody. Wspinając się po mocnych fragmentach filarów głównej konstrukcji, wszedłem na pierwszy poziom. Stąd, resztę drogi pokonałem już po wygodnej, bezpiecznej drabince. Widok nadal był oszałamiający. Kilkanaście kilometrów pięknej zieleni. W oddali moje miasto. W dole przesuwające się leniwie cienie cumulusów. Szum wiatru pozostał, ale niestety nic już nie skrzypi i nie wychyla się jak dawniej na boki. Nie czuje się już tego klimatu. Nie ma duszy. Dowiedziałem się później, że wielkie bale pozostałe po wieży, wykupili za bezcen okoliczni chłopi i palili nimi w swoich piecach następnej zimy. Było to swego rodzaju metafizyczne przejście wieży, ze stanu mocnego, namacalnego skupienia, w niemal duchowy, ulotny stan wielkiej chmury dymu, unoszącej w dal wszystkie słodkie wspomnienia. Tak skończyła się wspólna historia wieży i mojej Jawki. Do tego czasu były one niemalże jednością. Jawa, wieża, Wisła. Połączone niewidzialną, kosmicznie mocną siłą, która w magiczny wręcz sposób, nadawała sens mojemu życiu. Napędzała je i pozwalała patrzeć w przyszłość przez różowe okulary. Te trzy symbole moich młodzieńczych czasów były, są i na zawsze już pozostaną istotną częścią mojej własnej historii. Częścią mnie samego. Każdy z nas ma takie symbole. Jedni noszą je w sobie dumnie, jak medale, czy ordery. Inni ukrywają i wspominają je samotnie, wracając myślami do przeszłości po to, by co jakiś czas tylko odkurzyć te najprawdziwsze cząstki własnej historii. Nie mam wątpliwości, że należy to robić. Niezależnie od pobudek, jakie nami kierują, koniecznie pamiętajmy o nich. To one przecież są tymi najmniejszymi cegiełkami, z których zbudowany jest pałac naszej historii. Każda z nich zajmuje tam swoje miejsce, tak jak każdy z nas ma swoja własną historię, która z kolei jest częścią większej, dużo większej całości.

Teraz, gdy lecę ponad lasem i nowa wieżą moja paralotnią, wspominam często chwile spędzone na starej, skrzypiącej, drewnianej konstrukcji. Gdy runęła, pogrzebała pod stosem wielkich belek kawałek mojej własnej historii. Dzisiaj historia ta zmartwychwstaje za każdym razem, gdy patrzę w stronę leśnego wzgórza, lecąc paralotnią wysoko, ponad konarami strzelistych, wiekowych sosen. Odświeżam więc co jakiś czas tą cząstkę moich wspomnień, ponieważ wiem, że jest jedyna, prawdziwa i naprawdę moja.

Do mojej, pięknej, majestatycznej, magicznej wręcz wieży wiózł mnie zawsze mój jednoślad. To właśnie ona — moja Jawka, zawiozła mnie pierwszy raz nad brzeg Wisły. To ona pomogła mi dostrzec jej niepowtarzalne piękno. To dzięki niej postanowiłem częściej tam wracać i zbliżyć się do niej jeszcze bardziej, pływając po jej wodach kajakiem. Pokochałem więc Wisłę dzięki mojej Jawce. Ona pozwoliła mi przeżywać wielokrotnie chwile szczęścia, jadąc przed siebie po nadwiślańskich bezdrożach, a później pływając po jej wodach. Po latach, moja Jawka zmieniła właściciela, ja przesiadłem się do samochodu, lecz nigdy nie zapomniałem tego, co czułem, mknąc bez pamięci przed siebie. Gdy napór powietrza zapiera dech, a migające obok drzewa szumią, znikając w tyle jeszcze szybciej, niż się pojawiły.

Wtedy właśnie, w tamtych dziwnych, jeszcze komunistycznych czasach, narodziła się i przetrwała do dzisiaj, moja wielka miłość do jednośladów. Teraz mam prawdziwego choppera, którego uwielbiam niemalże tak, jak żywą istotę. Przez całą zimę czekam, aż wreszcie dosiądę go i w słoneczny, wiosenny dzień pomknę przed siebie po to tylko, by poczuć wiatr we włosach i choć przez chwilkę zaznać tej, nieuchwytnej dla innych, namiastki wolności. Cieszyć się nią prawdziwie tak, jak cieszy się małe dziecko. Tak, jak radowałem się wtedy, gdy zaczynałem swoją przygodę z moim pierwszym, małym motocyklem. Z moją Jawką.

III. Wyspa

Po kilku stronach wspomnień wprowadzających w mój młodzieńczy świat, przyszedł wreszcie czas na moją Wyspę. To tam najczęściej powracały do mnie te wszystkie historie. Klimat tego miejsca, sprzyja odradzaniu się nawet najstarszych wspomnień. Tam mogłem spojrzeć w głąb siebie i pielęgnować własną historię. Patrząc w przeszłość, rozmawiałem z samym sobą. Często rozmawiałem z Bogiem. To była moja własna świątynia. Nie potrzebowałem strzelistego pałacu i tłumu wiernych. Do rozmowy z Nim, wystarczyła moja i Jego obecność. Wspominając wydarzenia z przeszłości, nie mogłem pominąć tych kilku epizodów, gdyż to one właśnie ukształtowały mnie takiego, jakim jestem teraz. Wtedy powstawały fundamenty wszystkich, wznoszonych przeze mnie budowli. Nie pamiętam dokładnie daty pierwszego spotkania z Wyspą, ale jedno jest pewne, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że ona istnieje i że jest moja, poczułem się innym człowiekiem. W jednej chwili nastąpiła we mnie tak kosmicznie wielka zmiana, że zachwiało to całym moim światopoglądem. Początki mojego związku z Wyspą sięgają czasów zamierzchłych, niemal dziecięcych. Skupię się jednak na najgłębszym sensie mojego związku z Wyspą. Nie będę powracał do konkretnego czasu, momentu, chwili. Nie chcę, by te słowa i kapiące z nich historyczne wspominki, zadziałały jak silne środki nasenne. Niewykluczone, że ta lektura już tak działa i takie objawy właśnie nastąpiły. Niewątpliwie, gdy przenosiłem się w magiczny świat mojej Wyspy, jego reszta uwalniała się od niepoprawnego marzyciela, romantyka i melancholika. Będąc tam, zbliżałem się do samego siebie, zbliżałem się do Niego. Zaspokajałem swoją ciekawość tego, co jest, co może być po tamtej stronie. Nic jednak nie jest aż tak proste, żeby nie znalazł się ktoś, kto z uporem maniaka, będzie próbował jeszcze bardziej to „naprostować”. W tym przypadku tym kimś jestem właśnie ja i odchodząc od pierwiastka historycznego, zagłębię się w nieco inny. Magiczny, paranormalny, szalony, parafilozoficzny i sam Bóg wie, jaki jeszcze.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 44.81