E-book
20.48
drukowana A5
40.88
Moja Wyspa Ślady Boga

Bezpłatny fragment - Moja Wyspa Ślady Boga


Objętość:
317 str.
ISBN:
978-83-8221-969-2
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 40.88

Są w życiu chwile, gdy wszystko wokół nas staje się mało istotne, obce, wręcz absurdalnie nierealne. Każdy z nas ma wspomnienia, o których chciałby zapomnieć oraz te, które chciałby zatrzymać na zawsze. to wielki bagaż, który dźwigamy przez życie. Przytłacza, męczy, dusi, zasmuca, wzbudza emocje, uszczęśliwia. Budzi więc tak skrajne uczucia, że niejednokrotnie bardzo trudno je udźwignąć. Bez wspomnień stracilibyśmy coś, co niezależnie od wagi, tworzy naszą historię. Naszą własną, małą cegiełkę w wielkiej piramidzie życia. Wielokrotnie wartościowałem własne wspomnienia. Zastanawiając się nad tym, które z nich są najważniejsze. Te miłe, powodujące mimowolny uśmiech, słodkie i pachnące? Czy równie ważne są te, które przywołują złe chwile, powodują smutek i melancholię? Każdy z nas wspomina i nie mamy wpływu na to, czy chwile z przeszłości, które do nas wróciły są miłe, czy wręcz przeciwnie. Fakt, że nie mamy wpływu na to, kiedy i jakie wspomnienie właśnie do nas powraca, jest mimo wszystko niesamowicie ciekawy i intrygujący. Zbieramy więc wspomnienia, przechowujemy je, pielęgnujemy i czcimy. Jeśli zapominamy o niektórych, one prawdopodobnie i tak, prędzej czy później do nas powrócą.

Magia i czar dzikiej, nadwiślańskiej plaży, budzi wspomnienia ważnych, dawno minionych czasów. Tańczące płomienie nocnego ogniska, bajecznie kolorowe ogniki i wzlatujące w niebo złote skry, przywołują obrazy, ludzi i zdarzenia, zapisane w bożym planie życia. Odżywają historie z czasów młodości, przeplatane wydarzeniami życia codziennego.

Konfrontacja marzeń z rzeczywistością, powoduje porównywanie tego, jak widzą świat oczy z tym, jak „widzi” go serce. Pojawiają się rozważania na tematy egzystencjalne. Narrator stawia retoryczne pytania. Wspomnienia przeradzają się w poszukiwanie sensu, szukanie odpowiedzi, szukanie Boga. Przemyślenia zmieniają się w swego rodzaju rozmowę zwykłego człowieka z wszechwiedzącym, ponadczasowym Panem wszystkiego. Powoduje to próby pogodzenia tego, co czujemy z tym, co widzimy. Podejmuje próby porównania obrazu rzeczywistego świata, odbieranego zmysłami z ideałami młodzieńczego, buntowniczo pojmowanego życia. Istniejąca w rzeczywistości Wyspa jest niemalże metafizyczną klamrą, spinającą wszystkie przeplatające się wątki.

I. Marzenia i rzeczywistość

Siedzę na ciepłym jeszcze nadwiślańskim piasku, mieszając bosymi stopami jego piszczące ziarenka. Palące, słoneczne promienie ogrzewały go od świtu do zmierzchu. Teraz oddaje mi swe ciepło, delikatnie pieszcząc zagłębione w nim bose stopy. Wielki, czerwony, słoneczny krąg powiedział już dobranoc, kryjąc za horyzontem swe urzekające oblicze. Najpierw on, a teraz ogień hipnotyzują mnie, powodując nieustającą, wciąż narastającą chęć ciągłego wpatrywanie się weń. Jakże magicznie piękne jest to ognisko. Odkąd jestem w stanie sięgnąć pamięcią, zawsze lubiłem patrzeć w ogień. Już będąc małym brzdącem, podglądałem babcię, podpalającą smolne drzazgi pod wielką, żeliwną kuchnią. Patrzyłem jak ruchliwe płomyki, już po krótkiej chwili zajmowały całą przestrzeń pod okrągłymi fajerkami. Jesienią, gdy niedawno zwiezione do domu ziemniaki, spoczywały już w wielkiej, ziemnej piwnicy, jechaliśmy z dziadkiem w pola. Podpalaliśmy zebrane w stosy, pozostałe na kartoflisku suche łęgi i zajadaliśmy się pieczonymi w czerwonym żarze, małymi kartofelkami. Teraz po latach przymykam lekko oczy i wpatrując się w żar rozpalonego przed chwilą ogniska, widzę znów tego samego, małego chłopca. Zamykam okno wspomnień. Płomienie zdają się wić, przeplatać, kłębić w opętańczym tańcu. Eksplodują, by po chwili umknąć w przestrzeń. Mieszając się ze sobą, pochłaniają się, znikają, pojawiają się ponownie, żyją. Wywołują halucynacje, przybierając kształty i barwy niemożliwe do opisania w kilku słowach. Oddać je może tylko wprawna ręka profesjonalnego fotografika, lub pędzel artysty — malarza. By zapaść w ten hipnotyczny stan, wystarczy tylko kilka wyrzuconych na brzeg rzeki, wyschniętych gałęzi, zapałka, gwiaździste niebo, piasek i szum wody, przelewającej się tuż obok. Płomienie ogniska, są często lepsze niż hipnoza i działają niemalże jak narkotyk. Wpatrując się w nie dostatecznie długo, można odlecieć nagle w nieokreśloną, nierealną, magiczną dal. Patrząc w wijące się płomienie, zapadam w przedziwny stan ni to odrętwienia, ni to oddzielenia, ni to upojenia. Zmysłowego, zmodlonego zaczarowania. Magia tańczących tuż przed oczyma kolorów, których nie podejmuję się nazwać, uchyla okno wyobraźni. Ponownie otwiera wrota wspomnień. Przybliża to, co odległe, a odrzuca to, co uwiera, boli, przytłacza. Chciałoby się zanurzyć w niej i pozwolić na to, by ta zaczarowana, kolorowa, ognista przestrzeń wchłonęła mnie i połączyła w jedno z całym wszechświatem. Ta z pozoru niepasująca kombinacja płomieni, gwiazd, rzeki, wyspy, piasku, miejsca, nastroju to swego rodzaju modlitwa o przyszłość. Słyszałem o ortodoksyjnych, mocno wierzących ludziach, którzy tak bardzo zapamiętywali się w modlitwie, że potrafili wpaść w modlitewny trans, który łączył ich w jedno z Ziemią, z kosmosem, z Bogiem. Choć wielokrotnie tego próbowałem, nigdy nie doświadczyłem podobnych doznań. Być może niedostatecznie starałem się zagłębić i oddać w pełni modlitwie? Jako dziecko, klepałem bezmyślnie wyuczone słowa pacierza. Gdy dorastałem i kształtował się powoli mój własny światopogląd, zacząłem zastanawiać się nad sensem tych słów. Widząc w kościele setki ludzi bezmyślnie powtarzających znany na pamięć tekst, pomyślałem, że być może to właśnie jest właściwa droga. Być może takie właśnie powtarzanie słów, zdań, sekwencji zwrotów, przemawia do Niego. Do nich. Przecież niezależnie od wyznawanej religii, większość modlitw polega właśnie na tym. Jeśli to jest sposób na skuteczne obcowanie z Bogiem, właśnie tak trzeba działać, tego należy próbować. Może On, Oni tylko taką modlitwę rozumieją. Niestety w moim przypadku to nie zadziałało. Starałem się, wczuwałem, oddawałem bez reszty modlitwie. Nic. Nie chciałem jednak zaprzestać modlitw. Pragnąłem choć przez chwilkę w pełni obcować z wszechmocną siłą. Zacząłem więc szukać własnej drogi i po prostu rozmawiałem z Bogiem po swojemu. Krok ten był to dziwny i trudny do wyjaśnienia, ponieważ ja sam miałem spore kłopoty w nawiązywaniu kontaktów. Trudno było mi nawiązywać je z ludźmi, a co dopiero z ponadczasowym, wszechpotężnym bytem. Nie umiałem. Nikt nie powiedział mi jak to robić. Nauczenie się na pamięć jakiejkolwiek modlitwy, litanii czy pieśni to pestka w porównaniu z potrzebą prawdziwego, pełnego kontaktu, rozmowy. Okazało się, że wbrew pozorom nie jest to takie łatwe. Szukałem miejsc, w których mógłbym bez przeszkód oddać się kontemplacji. Z nieznanych mi powodów nie umiałem skupić się w świątyni. Obecność setek ludzi dekoncentrowała mnie i wydawała mi się zaprzeczeniem idei skupienia i spokojnej modlitwy. Skoro automatyczne powtarzanie oklepanych słów, nie przynosiło efektów, zacząłem szukać takiego miejsca, w którym byłoby mi łatwiej. To ja jestem nadajnikiem — pomyślałem. Muszę mieć lepsze miejsce do nadawania, a wtedy moje sygnały łatwiej dotrą do odbiornika. Potrzeba samotnej kontemplacji narastała we mnie coraz bardziej. Chciałem tego całym sobą. Nie rozumiałem przyczyny tego pragnienia, ale też nie szukałem jej. Dążyłem jedynie do tego, by znaleźć się gdzieś, gdzie bez przeszkód oddam się modlitwie. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Nie myślałem o konsekwencjach. Szukanie stało się stałym elementem każdego dnia. Co ciekawe, nie wiedziałem czego tak naprawdę szukam. Było to coś nieokreślonego. Trudno wyjaśnić mi stan mojego umysłu w tamtej chwili. Młody, zbuntowany chłopiec szukający Boga? Przecież to stereotyp. Ponadczasowa norma. Niejeden człowiek niezależnie od wieku, płci, nacji i wyznania boryka się z takimi problemami. Jedni radzą sobie z tym sami, inni szukają pomocy, jeszcze inni gubią się w gąszczu niezrozumiałych teorii, domysłów i twierdzeń. Gdybym wtedy powiedział o tym komuś znajomemu, byłbym zapewne wykpiony. Oddaliłem się od kolegów. Nikomu się nie zwierzałem. Nawet najbliżsi nie mieli pojęcia o tym, co działo się w mojej głowie. Nie wiem też jakim cudem udawało mi się to wszystko ukrywać. Prócz szkoły i domu były jeszcze treningi, wycieczki, imprezy, dziewczyny. Wszystko to, co zazwyczaj wypełnia życie młodego chłopaka.

Wreszcie znalazłem. Stało się to nagle, bez żadnych symptomów wskazujących na to, że coś się wydarzy. Bywałem już w tym miejscu i nie działo się wtedy nic ponad to, co zwykle. Owszem, zawsze lubiłem takie miejsca. Dzikie, odosobnione, kolorowe i pachnące. Teraz jednak stało się coś, dzięki czemu miejsce to stało się jeszcze bardziej dzikie i być może właśnie dlatego, bardziej dla mnie ważne. Pamiętam, to dokładnie. Siedziałem wtedy prawie w tym samym punkcie, w którym jestem teraz. Rozmyślałem nad tym, jak rozpocząć z Nim rozmowę i miałem w głowie wielką pustkę. Nie potrafiłem wydusić z siebie pierwszego słowa. Nie mogłem zebrać myśli. Cieszyłem się jak małe dziecko gdy jechałem moim małym motorkiem nad ukochaną Wisłę. Później, przeprawiając się na zarośniętą, dziką Wyspę, byłem nieprawdopodobnie szczęśliwy. Byłem niemal pewien, że znalazłem rozwiązanie. To musiało się udać. Pragnęła tego każda komórka mojego ciała. Jadąc, układałem sobie w głowie pierwsze słowa, którymi chciałem się do Niego zwrócić. Wchodząc do wody, byłem tak zaaferowany, że zapomniałem zdjąć spodnie. Zauważyłem to dopiero, gdy poziom rzeki sięgał mi już do pasa. Cóż szedłem dalej, a gdy dno uciekło mi spod stóp, płynąłem. Gdy znalazłem się wśród pięknej, dzikiej roślinności, zebrałem sporą wiązkę suchych gałęzi i rozpaliłem tak jak dzisiaj, piękne ognisko. Na wbitej w piasek gałęzi, rozwiesiłem przemoczone ubranie, usiadłem na pniu, rozejrzałem się wokół i zachwyciłem widokiem. Bóg ma naprawdę dobry gust — pomyślałem. Kolory, zapachy, odgłosy współistniały tu w idealnej harmonii, a ja byłem w tamtej chwili jej częścią. Czując się tak małym składnikiem tej wielkiej, cudownej całości zacząłem:

„Boże, gdybym miał pewność, że mnie słyszysz… Gdybym wiedział, że odpowiesz… Nie musi to byś już tu i teraz… Wystarczy, że coś poczuję, że będę wiedział… Poczekam…

Patrzyłem w przelewającą się tuż obok spienioną wodę i poddałem się jej magii. Przenosząc wzrok na ogień, zarośla, zachodzące Słońce, pomyślałem, że rzucę w przestrzeń kilka banalnych pytań. Jeśli On rzeczywiście tam jest, na pewno je usłyszy. Byłem o tym przekonany. To było właściwe miejsce i ten właśnie moment.

Kim jestem?

Kim Jesteś Ty?

Dlaczego każesz nam tak właśnie żyć?

Czy wszystko faktycznie zaczęło się od Adama?

A jeśli nie, to skąd przybyliśmy?

Dokąd zmierzamy?

Dlaczego żyję właśnie tu i teraz?

Jaki jest Twój plan dla wszechświata?

Jaki jest Twój plan dla mnie?


Do tego czasu mogłem jedynie marzyć o tym, a teraz? Zdziwiłem się bardzo, jak łatwo i tak nagle przyszły mi do głowy te właśnie słowa. Potem poszło już łatwiej. Nie były to tylko pytania, ale też zwykłe słowa, płynące z głębi młodzieńczego serca. To właśnie tam, wtedy naprawdę poczułem jego obecność. Coś utwierdzało mnie w przekonaniu, że moje słowa nie płyną w bezmierną pustkę. Od tej chwili rozmowa nie wydawała mi się już taka trudna, choć początkowo niezdarnie dobierałem pytania, słowa i zwroty. Mówiłem właściwie jakby do siebie. Gdy to spostrzegłem, zmieniłem styl, przestałem tak namiętnie i skrycie marzyć. Otworzyłem się, przestałem zastanawiać się nad doborem słów. Po prostu mówiłem. Mówiłem do Niego. Czy była to modlitwa? Tak! Ja się modliłem! Modliłem się tak, jak umiałem najlepiej. Nie klepałem bezmyślnie, wciśniętych w pamięć formułek. Używałem własnych słów. Składałem je we własne zdania, które kierowałem wprost do Niego. Nie miałem potrzeby „włączenia przekaźnika”. Czułem bardzo wyraźnie, że właśnie w tamtej chwili, On mnie słucha. Niemalże wyczuwałem jego fizyczną obecność. Jakby siedział tuż obok na zwalonej kłodzie i razem ze mną zachwycał się pięknem ogniska, Wyspy, rzeki, nocy, wszystkiego wokół. To było cudowne, nieznane mi wcześniej doznanie. Poczułem się wreszcie ważny. Nie tak, jak jedna z duszyczek wśród tłumu wiernych, namiętnie przekręcająca słowa, nigdy do końca nierozumianej modlitwy. Byłem tylko ja i On. ON, mój Bóg. Cieszyłem się jak małe dziecko. Choć w istocie byłem wciąż dzieckiem, wykonałem pierwszy krok w dorosłość. Nie chodzi mi tu o inicjację seksualną, pierwsze piwo czy poważny egzamin. Stało się coś zupełnie innego. Pokonałem blokadę, trzymającą duszę w klatce ciała. Odnalazłem drogę, prowadzącą z cienia w światło. Nie potrafiłem jeszcze w pełni tego docenić, ale miałem pewność, że w moim życiu wydarzyło się coś, co zmieni je nieodwracalnie. Od tej chwili byłem pewien, że ON naprawdę istnieje. Jest przy mnie i czuwa nade mną. Niestety świadomość Jego istnienia nie niosła ze sobą jedynie samych pozytywów. Natychmiast pojawiły się kolejne pytania i to zupełnie innej natury. Te, które w pewnych momentach życia, zadaje sobie/Jemu każdy wierzący człowiek. Naturą tych pytań jest to, że tak naprawdę, nie ma na nie odpowiedzi. Pociąga to za sobą, powstawanie wątpliwości. Często dzieje się tak, gdy nasze pytania odbijają się jedynie od ściany i spadając w dół, rozbijają się jak szkło o twardy grunt. Oczywiście są namiastki odpowiedzi na niektóre pytania. W pewnych okolicznościach one wystarczają. Niestety nie mnie. Na tym właśnie polega przecież istota wiary. Nie zobaczyć, nie poczuć, nie usłyszeć, nie dotknąć, nie posmakować, a uwierzyć. Nie zmienia to faktu, że wciąż z Nim rozmawiam, pytam, modlę się. Dziękując za jedno, marudzę na coś innego, mam pretensje za kłopoty, porażki i nieszczęścia. Takie to były moje początki. Od tej pory bardzo często komunikowałem się z Nim. Robię to z różnym skutkiem do dzisiaj. Robi to większość ludzi na Ziemi. Każdy na swój sposób rozmawia z Bogiem. Jedni potrzebują do tego strzelistego pałacu z księciem, prowadzącym ceremonię i tłumu wyznawców. Inni samotnego zacisza z dala od oczu i uszu. Myślę, że niezależnie od miejsca, czasu i okoliczności, On usłyszy każdego, kto mówi do Niego z wiarą, nadzieja i miłością. Przecież tego nikomu z nas nie brakuje. Wszyscy mamy w sobie te cnoty. Wystarczy je odnaleźć i spowodować, by zadziałały. Istnieje na to przecież miliony sposobów. Z czasem nawet ich przybywa. Wtedy, gdy uczyłem się skutecznie wysyłać do Niego wiadomości, nie istniały jeszcze urządzenia działające w sieci, wszędzie, niemalże w każdym miejscu i czasie.

Dzisiaj telefony nie mają już korby. Nie mają też obracającej się tarczy i sprężynowych kabli. Informacje krążą wszędzie. Są sms-y, maile, messenger i portale społecznościowe. Nawet kościoły i parafie mają własne wydawnictwa i strony internetowe, a niektórzy księża są bardzo aktywnymi internautami. Czy to pomaga? Czy ułatwia kontaktowanie się z Nim? Moje pytania kierowane wtedy w przestrzeń, krążą w niej być może do dzisiaj. Możliwe, że nie potrzeba żadnych technologicznych gadżetów, by zostać przez Niego wysłuchanym. Ludzie rozmawiają przecież Bogiem od zarania dziejów. Od kiedy zdali sobie sprawę i istnienia wszechpotężnej siły, będącej pond wszystkim, co znamy i rozumiemy. Wtedy, w tamtej magicznej chwili, miałem głęboką świadomość jego istnienia. Skąd jednak wiadomo, że On nas słucha? Że nie ma On w danej chwili czegoś o wiele ważniejszego do zrobienia? Niektórzy twierdzą z wielkim przekonaniem w głosie, że On wysłuchuje każdej modlitwy. Czy istotnie tak jest? Być może. W końcu to wszechwiedząca, nieskończenie mądra siła. Jeśli tak, to powinien wiedzieć, kto i kiedy zanosi do niego modły. Powinien pamiętać wszystkie modlitwy, które zostały wypowiedziane. Musiałby też przewidywać wszystkie, które kiedykolwiek wypowiedziane zostaną. Czy z punktu widzenia prostego człowieka, ma to jakiś sens? Czy modląc się, postępujemy dobrze dla nas, dla innych, dla Niego? Po co się modlić, skoro On i tak już wie, kto, kiedy i o co go poprosi?

Kim jednak jesteśmy, by mówić to, co musi, co powinien, co może? Czy mamy do tego prawo? Jak możemy zastanawiać się nad czymś, czego tak naprawdę w ogóle nie rozumiemy? Jak można przykładać do Niego naszą, ludzką miarę? Wszystkie miary, jakimi dysponuje człowiek nie są w stanie zmierzyć, zważyć, opisać ogromu Jego mocy. Skoro jednak pozwolił nam się rozwijać, myśleć… Możemy marzyć, śnić, pytać, wątpić. Wybierać to, kiedy myśleć racjonalnie, a kiedy instynktownie, lub wcale nie myśleć, „płynąć z prądem”. Dokonywać wyborów, mylić się, popełniać błędy, wygrywać i przegrywać. Czy to jest właśnie ten cudowny plan dla nas? Dla mnie?

Po co nam ten racjonalizm? Może powinniśmy pewne sprawy przyjmować bez dogłębnej analizy? Czy tak się da? Być może, ale skoro Jego plan przewidywał wyposażenie człowieka w rozum, który działa, myśli, docieka, analizuje, ma to sens. SENS — być może inny dla nas, inny dla Niego. Gdybyśmy byli skazani na egzystencję bez sensu, nic nie mogłoby uchronić nas przed zagładą, niepamięcią, NIEBYTEM. Od tych niby prostych pytań może rozboleć głowa. Czy należy je zadawać? Przecież gdyby tego nie chciał, „wyłączyłby” nam tą funkcję. Skoro jednak cały czas ją mamy, oznacza to, że On tego chce!!! Zadajemy więc coraz więcej pytań. Szukamy odpowiedzi. Bezustannie robimy to, co przybliża nas do prawdy. Czy jednak istotnie przybliża?

Pytania.

Kto z nas nie zadawał ich sobie? Kto z nas nie zadawał ich innym? Pytania zadawane szeptem. Pytania wykrzyczane w ciemną przestrzeń gwiaździstej nocy. Pytania dziecinnie naiwne. Pytania wstydliwe.

Pytania:

Czy chcemy?

Czy możemy?

Czy musimy?

Czy zdołamy?

Co odróżnia je od siebie?

Czego dotyczą?

Czy istnieją na nie jakiekolwiek, sensowne odpowiedzi?

Jeśli tak, to gdzie ich szukać? Przecież tak wiele razy zadawałem je sobie. Nie znajdując na nie odpowiedzi, zadawałem je innym. Zadaję je nadal. Robię to prawie tak często, jak często marzę, a marzenia są dla mnie tym, dzięki czemu mogę zachować spokój. Są tym, co daje promyk nadziei. Co pozwala na oddychanie pełną piersią. Są w końcu tym, co daje mi przewagę nad… No właśnie, nad czym? Nad kim? Czy rzeczywiście jest to przewaga? Dlaczego o czymkolwiek pomyślę, o czym zamarzę, będzie to tylko kolejne, rzucone w bezmierną przestrzeń pytanie? Jak mają się te marzenia do stawianych wcześniej pytań? Czy można odnaleźć w nich, choć maleńką cząstkę prawdy? Czy przestrzeń, w którą płyną, jest bezimienna? A może ma ona imię? Czy to imię faktycznie brzmi — BÓG? Jeśli tak, przestaje ona być bezimienna. Czy na pewno?

Nie! Ona ma imię!

Z całą pewnością ma!

Czy jednak z całą pewnością?

Czy można w ogóle mieć coś, co zdefiniujemy jako: „cała pewność”?

Marzenia to przecież bezcenna, dana nam zapewne z góry rzecz, która pozwala uniknąć, lub przynajmniej odwlec szaleństwo. To droga do normalności. To jedyne w swoim rodzaju doznanie prawdziwej wolności. Tak, wolności przez duże „W”. Wolności przez wielkie „W”. Przez ogromne, monstrualne „WUUUUU”. Jedynej, prawdziwej i możliwej do osiągnięcia WOLNOŚCI. Bez uzależnień. Bez warunków. Bez jakichkolwiek ograniczeń.


Gdy patrzyłem w hipnotyczne odbicie Księżyca w cichym nurcie rzeki, wróciły do mnie, dawno zapomniane obrazy z dzieciństwa. Piasek, Księżyc, samotne rozmyślania, poszukiwania, czekanie na coś, na kogoś, młodzieńcze marzenia o wolności.


Odkąd pamiętam marzyłem, śniłem o niej. O wolności w jej najczystszej postaci. Wolność była moim celem, moim sensem wszystkiego, moim mottem. Motywem przewodnim mojego postępowania. Nie miałem pojęcia jak można ją posiąść. Nie wiedziałem czy kiedykolwiek będzie to możliwe. Były w moim życiu chwile, gdy czułem jej smak, zapach, jej bliskość. Gdy ogarniało mnie nieopisane uczucie niezależności. Gdy czułem niemal namacalnie, że panuję nad moimi słabościami i lękami. To właśnie dawało mi namiastkę szczęścia. Pozwalało na spokojny sen, na czerpanie radości z prozaicznych ludzkich działań. Miałem złudną nadzieję, że realizuję się poprzez naukę, sport, hobby. Z czasem przełożyło się to na pracę, życie osobiste, intymne. Z jednej strony wciąż szukałem sposobu na zaspokojenie wiecznej tęsknoty za czymś bliżej niezdefiniowanym. Z drugiej jednak, natłok obowiązków i aktywny tryb życia, nie pozwalał mi na pielęgnowanie w sobie tej tęsknoty. Chwilami wydawało mi się nawet, że osiągam stan wewnętrznego spokoju, równowagi, wyciszenia. Niestety po jakimś czasie znów zaczynałem szukać, pytać, burzyć to, co już prawie udało mi się zbudować. Dlaczego wciąż czegoś poszukujemy? Gdyby świat oferował nam wszystko, czego tak naprawdę pragniemy, nie musielibyśmy szukać.

Tak też było za każdym razem, gdy ciałem i duszą wracałem do niej. Do mojej Wyspy. Po przebudzeniu i rozprostowaniu kości, bardzo uważnie rozglądałem się zawsze wokół. Szukałem wzrokiem, hmm… sam nie wiem czego. Niezależnie od pogody, pory patrzyłem na niebo, wodę, w głąb Wyspy, na plażę. Czułem się nierozerwalną częścią wszystkiego, co mnie otaczało. Pamiętam, gdy pewnego razu siedząc przy ognisku, popijając gorącą herbatę, patrzyłem w wartki nurt rzeki i zauważyłem skuloną postać, siedzącą w przepływającej obok łodzi. Długa, szara łódka ślizgała się cicho po szarozielonej tafli, skrzącej się pierwszymi promykami wschodzącego Słońca. Przyglądając się prozaicznemu na pozór widokowi, doznałem wtedy oszałamiającego wręcz olśnienia. Patrzyłem na coś, co zupełnie nieoczekiwanie rozświetliło, mglisty jeszcze poranek. Człowiek w łódce to ja. Sama łódź to mój mały, własny świat. Nurt rzeki to życie, z którego prądem płynę. Sama rzeka i całe jej magiczne otoczenie, to wszechświat. Im dalej patrzę, tym więcej do obejrzenia, poznania, porównania, zrozumienia. Czy to jest w ogóle możliwe? Znowu pytania. Męczące, kłopotliwe, beznadziejnie prostackie i pretensjonalne. Człowiek w łódce nie ma przecież pojęcia o tym, że jestem tu i patrzę na niego. Ognisko przygasło i nie widać prawie dymu. Ja siedzę na tle niskich, powykręcanych drzew, więc jestem dla niego tylko punktem na tle rozmytych w porannej mgle, zielonoszarych zarośli. On i ja istniejemy jakby w równoległych światach. Tak blisko i tak daleko zarazem. On płynie z nurtem, ja siedzę nieruchomo, ale patrząc z drugiej strony, to być może on stoi w miejscu, a ja się przemieszczam. Czy mnie też obserwuje ktoś, o kogo istnieniu nie mam w tej chwili pojęcia? Czy obserwuje mnie On? Być może tak jest. Być może nie. Przecież gdyby Bóg miał patrzeć na każdego szaraka… Nie, nie należy go oceniać naszymi, ludzkimi kategoriami. To przecież Bóg. Może patrzeć, na kogo chce, kiedy chce i jak długo chce. Patrzeć na wszystkich szaraków jednocześnie i na każdego z osobna. Zna nasz początek, teraźniejszość i nasz koniec. On może wszystko. Kiedyś postanowił przecież stworzyć wszechświat. Pstryk i już. Przy tym wielkim przedsięwzięciu, boska inwigilacja kilku miliardów ludzi to pestka.

Tak, pestka. Ale przecież musi na to wszystko istnieć jakiś plan.

Czy oznacza to zmuszanie nas do ciągłego poszukiwania?

Czy taki jest Jego plan dla mnie?

Czy szukać znaczy żyć?

Człowiek w łódce zniknął za zakrętem rzeki. Odpłynął w nieznane, nie mając pojęcia o moim istnieniu. W swojej własnej rzeczywistości spełniał przecież jakąś rolę. Zmierzał z punktu A do punktu B. Coś robił, coś planował. Może kłusował, może odwiedzał kogoś w górze rzeki, może wracał do domu? Może po prostu pływał sobie, czerpiąc przyjemność z samego obcowania z przyrodą lub jak ja, uciekał w samotność by pomyśleć w spokoju i poczuć się jej częścią. Jeśli tak, to odnalazłem właśnie pomost, łączący nasze, równoległe rzeczywistości. Jakie to szczęście, że są jeszcze miejsca, gdzie można bez przeszkód odnaleźć spokój i chwile niczym niezmąconej, szczerej radości.

Czy możliwe jest odnalezienie tu na Ziemi pełni spokoju, szczęścia, samorealizacji? Nie ma przecież stanu wiecznej szczęśliwości. To mrzonka dla rozchwianej psychiki. Jeśli potrafimy sobie to wmówić, oznacza to posiadanie cennej, unikalnej umiejętności oszukiwania samego siebie. Wmawianie sobie tego, że taki stan jest możliwy, to bardzo dobrze działający mechanizm kontroli nad emocjami, uczuciami, pragnieniami.

Obietnica czegoś, czego i tak nie jesteśmy w stanie doświadczyć tu i teraz jest mocno naciągana. My jednak, chyba tego właśnie chcemy. W pewnych okolicznościach akceptujemy to, że jesteśmy oszukiwani. Cóż więc dziwnego w tym, że dążymy do osiągnięcia choćby namiastki szczęścia? Dla mnie tą właśnie namiastką, było pragnienie poczucia wolności. Tej, której tak naprawdę zawsze mi brakowało. To o niej marzyłem i śniłem. Nie o takiej jednak, o której śni skazaniec odbywający karę w więziennej celi. Nie o takiej, o której może tylko pomarzyć człowiek bez własnego miejsca, domu, czy kraju. Moja wyśniona wolność jest zupełnie inna. Bardziej duchowa i bezcielesna niż zwykłe, swobodne wyjście z domu, wyjazd nad morze, w góry czy za granicę. Nie łączyłem nigdy wolności z możliwością swobodnego wypowiadania się, czy nieograniczonego żadnymi uwarunkowaniami podróżowania. Moja wolność dotyczy bezpośrednio mojej duszy. Gdzieś głęboko zawsze czułem, że to ona jest zamknięta, zakajdaniona, uwięziona w swojej doskonałej formie w niedoskonałym ciele. Zawsze było jej tam za ciasno. Zawsze wyrywała się gdzieś daleko, za horyzont. Tam widziałem dla niej inny od naszego, lepszy świat. Taki świat, który pozwala żyć, swobodnie oddychać, wyciągać ręce wysoko i rozganiać chmury.

Dusza… Odkąd pamiętam, zawsze miałem świadomość jej posiadania. Byłem przekonany, że to ona jest najważniejsza. To ona daje możliwość rozumienia, pojmowania i próby tłumaczenia rzeczy niezrozumiałych i niepojętych. To ona wreszcie pozwala nam marzyć o sprawach nierealnych, nawet nieracjonalnych. Kochałem ją, cieszyłem się z jej posiadania, polemizowałem z ludźmi poddającymi w wątpliwość jej istnienie. Broniłem jej przed zbrukaniem. Dbałem o jej czystość. Karmiłem ją tak, jak umiałem najlepiej. Czasami, gdy leżałem w ciemności tuż przed zaśnięciem, próbowałem ją uwolnić z więzienia ciała. Oczyma wyobraźni widziałem, jak wyzwala się i unosi nade mną, wędrując gdzieś daleko w zaświaty. W swojej, niczym niezmąconej podróży, ukazuje mi to, co niewidzialne, pozwala zrozumieć niezrozumiałe, odgadnąć nieodgadnione. Do dnia dzisiejszego nie wiem, czy to moja wyobraźnia podsuwała mi te odczucia, czy było to kolejne niewytłumaczalne, nierzeczywiste doznanie, przygotowane specjalnie dla mnie przez tą jedyną, wielką, ponadczasową siłę? Siłę, która nadaje sens, wypełnia, nakręca, wystukuje rytm życia. Kończyło się to zazwyczaj porannym przebudzeniem, niesmakiem i ogromnym niezadowoleniem z przedwczesnego zaśnięcia.

Tak bywa zresztą do dzisiaj. Nawet teraz, gdy siedzę wpatrując się w przygasające ognisko wiem, że poranne przebudzenie będzie obarczone posmakiem zmarnowanego na sen czasu i żalem, że zasnąłem tak szybko i nie przyglądałem się dłużej drodze mlecznej i „spadającym gwiazdom”.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 20.48
drukowana A5
za 40.88