E-book
15.75
drukowana A5
49.78
Moja Ola i ja. Przyjaźń na wieki

Bezpłatny fragment - Moja Ola i ja. Przyjaźń na wieki


4.7
Objętość:
244 str.
ISBN:
978-83-8414-582-1
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 49.78

„Prawdziwa przyjaźń jest największym darem losu, bez niej człowiek jest do połowy pusty” — Monika Stolarska

Za światło, które zgasło

I za cień, który nadal czasem mnie otula.

Może kiedyś odnajdziesz w sobie siłę,

by wyrwać się z otchłani beznadziejności

i znów pozwolić sobie żyć.

Rozdział I

Czasem los bywa przewrotny i na swojej drodze spotykamy ludzi, którzy zostają z nami dłużej, niż byśmy przypuszczali. Wydaje nam się, że to kolejny przelotnie spotkany człowiek, jak setki innych, ale nagle ten ktoś przewraca nam świat do góry nogami, chociaż początek znajomości niekoniecznie na to wskazuje.

— To jest Ola, a to Zbyszek, kolega z pracy! — mój mąż przedstawił mi dwoje nowych ludzi, którzy niespodziewanie pojawili się na jego imprezie urodzinowej. Przyszło zresztą sporo nieznanych mi twarzy. To była cena zajmowania się domem i małym dzieckiem. Adam, przebywając częściej poza domem, spełniając swoje hobby i pracując, utrzymywał więcej kontaktów ze światem niż ja. Ja w tym czasie nie miałam żadnej koleżanki — o bliższych relacjach nie było już w ogóle mowy.

— Milena, miło mi! — wyciągnęłam rękę i przyjacielsko się przywitałam. — Siadajcie, proszę! — wskazałam im miejsca przy stole i nie skupiałam już na nich dłużej swojej uwagi. Byłam zajęta zabawianiem gości, wymienianiem talerzy, donoszeniem jedzenia i ogarnianiem kuchni. W końcu mój mąż był solenizantem, i to było jego święto, więc kto miałby się tym zajmować jak nie ja? Miałam pełne ręce roboty i starałam się zadowolić wszystkich zaproszonych, żeby następnego dnia nie zostać obgadaną jako leniwa gospodyni, która nawet ugościć ludzi nie potrafi.

— Komu dołożyć sałatki? Ola, Zbyszek, częstujcie się! — wyciągnęłam w ich kierunku rękę z pełną salaterką.

— Ja chętnie! — Zbyszek nałożył sobie kopiastą porcję na talerz, przykrył zawartość chlebem ze świeżo uwędzoną kiełbasą, po czym przechylił kieliszek z wódką i zagryzł tym, co miał przed sobą.

— Ja dziękuję, nie chcę, może później — odparła Ola w dziwnie zmanierowany sposób.

— No to może wędlinę? — złapałam za półmisek stojący obok.

— Też nie, dziękuję.

— Galaretę, jajko w majonezie, ciasto…? — wymieniałam kolejne dania ze stołu i z każdą propozycją miałam wrażenie, że patrzy na mnie coraz bardziej z obrzydzeniem.

— Nie, naprawdę dziękuję. Poproszę tylko kawę, jeśli to nie problem — odpowiedziała, jakby nieco zdegustowana moją osobą i jedzeniem, które jej oferowałam. „Kolejna nadęta sztywniara” — pomyślałam, idąc do kuchni, żeby zrealizować zamówienie.

Byłam zmęczona bufońskimi znajomymi mojego męża — tym całym teatrem, w którym na siłę próbowali pokazać swój status społeczny, przesadnie przerysowując zachowanie. Śmieszne to było i aż prosiło się o stare powiedzenie: „kto wyjdzie z chama na pana, nie ma gorszego gałgana”. Zresztą Ola nie była jedynym „nadętym” gościem, z jakim przyszło mi się zmierzyć. „Przyszła, pójdzie i pewnie więcej jej nie spotkam — tak jak reszty tej śmietanki” — to była moja jedyna myśl. Nieco wyższy stan konta bankowego i lepsza posada sprawiały, że czuli się lepsi od zwykłych zjadaczy chleba. W rzeczywistości byli to ludzie ograniczeni starający się udawać inteligentnych. Wypowiadali się „ładnie”, ale ich słowa i tak zdradzały prawdziwą naturę: prymitywizm podszyty pychą. Obsługując ich, zastanawiałam się, skąd biorą się tacy ludzie. Jedna z pań szczególnie drażniła mi oczy. Z wyższością — a nawet pogardą — odnosiła się do mnie. Nie przeszkadzało jej, że jest kochanką pana, na którego w domu czekała żona z gromadką dzieci. Nie bacząc na innych gości, zamiast zasiąść na własnym miejscu, miętoliła swoimi czterema literami jego kolana i krocze. On siedział, jakby był w siódmym niebie, z purpurową twarzą i czerwonymi uszami, i pewnie miałby ochotę udać się w ustronne miejsce. Para kompletnie nie zważała na to, że takie zachowanie pasuje raczej do klubu dla dorosłych niż na tę imprezę. Najwyraźniej podobał im się wariant, że wszyscy ich obserwują albo byli na tyle wypaczeni, że było im wszystko jedno. Ich ręce wędrowały tam, gdzie nie wypada dotykać się w obecności innych.

— Jolu, usiądź może na własnym krześle, miejsc wystarczy dla wszystkich. Spójrz na Stasia — zaraz wybuchnie, tak go dociskasz, daj mu odetchnąć! — starałam się aluzjami dać do zrozumienia, że powinni opanować swoje popędy. Niestety, kobiecie nie przyszło do głowy, że inni nie mają ochoty oglądać ich „kulturalnego” zachowania — zwłaszcza że wokół bawiły się małe dzieci.

— Wolałabym, żebyś mówiła „Stanisław”, bo „Stasiu” to takie prostackie. A więc dziękuję za propozycję, ale jest nam wygodnie tak jak siedzimy — odparła, dziwnie składając usta i starając się nadać słowom przesadnie akcentowaną dykcję, jakby to miało dodać jej władzy „Stanisław widnieje na płycie grobowej i nie zaczyna się wypowiedzi od »a więc«, wieśniaro” — miałam ochotę jej powiedzieć, ale tylko się sympatycznie uśmiechnęłam. Nie chciałam być dosadniejsza, bo wiedziałam, że skończyłoby się to awanturą z Adamem: że nie mam poszanowania dla jego znajomych. Po kilkukrotnym zaproponowaniu osobnych krzeseł odpuściłam i stałam się tylko biernym widzem tego, co się działo. Oczywiście, w miarę upojenia alkoholowego z całego towarzystwa wychodziła „inteligencja” — tak, że uszy więdły, a oczy piekły od samej obserwacji. Słowa nie były już tak perfekcyjnie dobierane — zastępowano je przekleństwami. Świńskie żarty i prymitywne zachowanie wzbudzały we mnie obrzydzenie. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć fałszu w ludziach. Po co udawać kogoś, kim się nie jest? Pozory — dla ukrycia prawdziwej twarzy zakompleksienia i chciwości. Powoli zaczęłam rozumieć, dlaczego Adam stawał się takim cynicznym burakiem. Starałam się jednak być miła i zachować uwagi dla siebie. Przemęczyłam ten wieczór z bólem, bo język mnie świerzbił, żeby niektórym nagadać do słuchu. Po zakończonym przyjęciu miałam wrażenie, że mam skurcz mięśni na twarzy od wymuszonego uśmiechu i szczękościsk, którego nie potrafiłam rozluźnić.

Rozdział II

— Dzień dobry, kochanie — zagadnęłam go kolejnego poranka. — Jak się czujesz z nowym dniem i nowym wiekiem?

— Do dupy — rzucił bez ogródek, wstając gwałtownie z łóżka. — Boli mnie głowa i niedobrze mi, chyba zaraz będę rzygać.

Zamilkłam, przygotowując mu herbatę z mięty. „Kulturalna zabawa na poziomie” — pomyślałam z lekkim uśmiechem, choć w środku czułam, że dzisiejszy dzień nie będzie łatwy. Miałam ochotę zapytać o jego spóźnionych znajomych, ale jego złe samopoczucie skutecznie mnie powstrzymało. Przeleżał cały dzień jak struchlałe zwłoki na kanapie i podnosił się tylko wtedy, gdy natura wzywała.

Kolejne dni były pełne nieobecności: późne powroty z pracy, cisza między nami. Temat urodzin i jego znajomych gdzieś umknął w cieniu codziennych obowiązków, aż do pewnego popołudnia.

— Podjedziemy jeszcze do Zbyszka, muszę odebrać od niego kompresor — rzucił niespodziewanie, gdy wracaliśmy z zakupów.

— Do Zbyszka? — zapytałam, próbując sobie przypomnieć, który to z jego kolegów. Zaskoczyło mnie, że chce mnie zabrać ze sobą. Do tej pory nasze wspólne wyjścia kończyły się zwykle u jego rodziny.

— No do Zbyszka. Co cię tak dziwi? — rzucił z lekkim zniecierpliwieniem.

— No, ta jego żona… trochę taka drętwa jest — wyrzuciłam z siebie, choć wiedziałam, że moje zdanie i tak będzie tylko tłem.

— Przestań już wymyślać, do każdego potrafisz się przyczepić! — uniósł głos. — Wypijemy kawę, pogadamy i pojedziemy. Mam się z kimś nie kolegować, bo tobie się nie podoba?!

— Nie to miałam na myśli… — próbowałam się tłumaczyć.

— Przestań myśleć, bo nic mądrego z tego nie wychodzi! Patrz na siebie i na to, jaka jesteś! Myślisz, że taki ideał z ciebie?! — uciął ostro, bez cienia wahania. Nic więcej się nie odezwałam, bo naszym oczom ukazał się Zbyszek grzebiący w aucie przed swoim domem. Wysiadłam i pokornie podążyłam za mężem. Weszliśmy do środka, a gospodyni przywitała nas chłodno, jakby nasze pojawienie się było mocno niechciane.

— Kawy? Herbaty? — zapytała, ale w jej głosie czuć było ledwo skrywaną niechęć.

— Wy sobie tutaj pijcie kawę, my pójdziemy do garażu — rzucił Zbyszek i mrugnął do Adama, który poszedł za nim. Zostałam z kobietą sama. Chłód między nami rozpraszała jedynie cisza, przerywana szmerem mieszania łyżeczki w filiżance. Nagle rozległ się płacz dziecka. Ola poderwała się natychmiast.

— O co się znowu kłócicie? — zapytała, podchodząc do jednego z synów.

— Maciek mnie zbił! — rozpłakał się jeden.

— Bo Jarek grzebie w moich rzeczach! Mówiłem mu już tyle razy, żeby nie wchodził do mojego pokoju! — dorzucił drugi.

— Uspokójcie się, mamy gości! — zmieszała się, a chłopcy zauważyli obcą osobę w pokoju. Moja mała córka wtuliła się we mnie i z zaciekawieniem patrzyła na ten chaos.

— Nie straszcie dziewczynki — powiedziała łagodnie Ola. — Patrzcie, jak się was boi! Czy wy zawsze musicie ze sobą walczyć? Bawcie się razem i dzielcie zabawkami, a nie zachowujcie się jak dzikusy.

Chłopcy spuścili głowy i oddalili się do swoich pokoi, trochę zawstydzeni. Ola westchnęła ciężko.

— Wiecznie się kłócą, nie wiem, co z nimi robić. A Zbyszek jeszcze obarcza mnie winą, bo nie potrafię ich wychować.

— A gdzie on jest, że nie bierze w tym udziału? — zapytałam, choć wiedziałam, że to drażliwy temat.

— Mieszka z nami, ale czy go cokolwiek poza sobą interesuje? Ech…

— Faceci są tacy — uśmiechnęłam się smutno. — Mój też. Nie ma go całymi dniami, a jak jest, to ma pretensje o wszystko.

— I to wieczne niezadowolenie… aż żyć się odechciewa — powiedziała, a w jej głosie było coś, co rozumiałam do głębi.

— Dzieci nie takie, obiad powinien być inny, za głośno, bo im się należy spokój po pracy — dodałam półżartem.

— Każde życzenie hrabiów musi być spełnione — dorzuciła z uśmiechem.

— Lokatorzy własnego życia — spojrzałyśmy na siebie i zaśmiałyśmy się, jakby w tym śmiechu ulotniło się całe napięcie. Nagle do pokoju wszedł Adam.

— Co wam tak wesoło? — zapytał.

— Jak dwie przekupki — odpowiedział Zbyszek, a ja uśmiechnęłam się pod nosem.

— Nie wiedziałyśmy, że mamy tu płakać — rzuciłam, biorąc córkę na ręce i żegnając się. W samochodzie Adam od razu zaczął:

— Tak na Olę narzekałaś, a takie rozbawione byłyście.

— Czasem człowiek się myli — odpowiedziałam krótko. — Nikt nie jest perfekcyjny.

Nie chciałam się tłumaczyć z odczuć, które miałam. Coraz częściej drażniły mnie jego szydercze docinki, jakby sam był bez skazy. Gryzłam się w język, bo nie chciałam, żeby Nina zapamiętała nasz dom jako jedno wielkie pole bitwy. Dalszą drogę pokonaliśmy w milczeniu. Dopiero przy kolacji Adam odezwał się pierwszy.

— Umówiłem się ze Zbyszkiem, że w piątek wyjedziemy na weekend do jego rodziców, żeby pomalować im mieszkanie — rzucił, jakby od niechcenia.

— Jak to w piątek? Na cały weekend? — zdziwiłam się, próbując ukryć rosnące napięcie.

— Nie cały. Wrócimy w niedzielę przed południem.

— Żartujesz? — nie mogłam uwierzyć.

— Nie. To starsi ludzie, nie poradzą sobie sami. Poza tym obiecałem to Zbyszkowi już jakiś czas temu.

— Fajnie, że wcześniej mi o tym powiedziałeś — wymamrotałam, choć czułam jak ciśnienie powoli, ale nieubłaganie rośnie. — Mieliśmy jechać nad jezioro. Nocleg jest zarezerwowany i nie da się go odwołać, bo już za późno.

— Nie musisz rezygnować z rezerwacji. Możesz zostać z Olą, spędzicie czas, poznacie się lepiej…

— Co?! — zagotowałam się od razu. — Dawno sobie ze Zbyszkiem uknuliście?

— No tak. Planowaliśmy to już od dawna, jeszcze przed moimi urodzinami. Chcieliśmy, żeby nasze żony najpierw się poznały.

— Co ty wygadujesz? Twoje urodziny były niemal miesiąc temu, a ja nie słyszałam o żadnych planach! Przecież dopiero dwa tygodnie temu ustaliliśmy, że jedziemy nad jezioro! Mogłeś od razu powiedzieć, że nic z tego, a nie robić jakieś intrygi za moimi plecami! I co ja mam teraz zrobić? Spędzić trzy dni z obcą osobą, którą ledwo znam, a na dodatek nie lubię? To jakiś absurd! — wybuchnęłam.

— Nie histeryzuj! — podniósł głos. — Spędzicie ten weekend razem, czy ci się podoba, czy nie. Nie wyrzucę przecież pieniędzy w błoto, bo masz głupi kaprys! Macie się dobrze bawić i pilnować nawzajem!

— Aha, czyli ma mnie pilnować? Co ja, dziecko jestem, żeby mnie nadzorować?! — wrzasnęłam, nie mogąc się powstrzymać.

— Może i nie dziecko, ale właśnie po to, żebyś nie wymyślała głupot, bo z tobą nigdy nic nie wiadomo…

— Co?! Ty chyba zwariowałeś! Jakie głupoty?! Jesteś większym dupkiem, niż myślałam! Każdy ocenia według własnej miary. A może to ty szykujesz jakiś skok w bok i chcesz mieć pewność, że ci nie przeszkodzę?! — furia parzyła mnie od środka.

— Ucisz się! — ryknął tak głośno, że nasza córka zaczęła płakać ze strachu. — Decyzja zapadła i kropka! Tak będzie i koniec dyskusji!

— Nie strasz dziecka, idioto! — wycisnęłam przez zaciśnięte zęby.

— Zamknij się i siedź cicho, bo zaraz będziesz wracać do domu na piechotę z twoim rozdartym bachorem! — nie ustępował.

Miałam ochotę jeszcze mu coś odpowiedzieć, ale Nina płakała, więc przemilczałam. Poczułam ogromną pustkę i ból: potraktował mnie jak kogoś, komu nie można zaufać, jak osobę, która nigdy nie ma racji. Nazwał naszą córkę „bachorem”. Nie miałam ochoty rozmawiać z nim. Byłam wściekła na to, jak bezceremonialnie narzuca mi swoją wolę. Czułam się jak ubezwłasnowolniona dorosła kobieta, która nie może samodzielnie decydować, z kim i jak spędza czas. Nie tak wyobrażałam sobie małżeństwo. Marzyłam o partnerstwie, nie o związku, w którym wszystko dyktuje mąż, a ja mam się tylko podporządkować. Jego główną bronią była siła, którą jak do tamtej pory nigdy nie użył, ale potrafił ją demonstrować. Często ustępowałam dla dobra Niny, bo nie chciałam, żeby słyszała nasze sprzeczki. Mimo wszystko napięcie między nami rosło. A ten kolejny „wspaniały” pomysł Adama, do którego miałam się dostosować, tylko podsycał mój gniew. „Ciekawe, co na to Ola?” — pomyślałam o osobie, z którą miałam spędzić nadchodzący weekend wbrew własnej woli. Już dwa dni później mogłam się o tym przekonać. Adam zawiózł mnie na umówione miejsce nad jeziorem. Z daleka ujrzałam znajomy samochód. Zbyszka było widać od razu: razem z chłopcami, którzy kręcili się jak pszczoły wokół ula, i Olą stojącą obok z wesołym wyrazem twarzy. Cała ta scena była jakaś… zbyt pogodna. Zupełnie nie pasowała do mojej dusznej ciszy, którą od dwóch godzin dzieliłam z Adamem w samochodzie. Nie odezwałam się do niego ani słowem od tamtej kłótni. Nie miałam ochoty.

— O, widzę, że państwo tacy radośni, nie to, co moja żona! — przywitał się ze znajomymi, jednocześnie wbijając mi szpilę.

— Bo może żona nie ma powodu do radości — odburknęłam pod nosem, nie próbując nawet ukryć rozdrażnienia.

— Coś się stało? — zapytał Zbyszek, udając zatroskanego.

— Nie, wszystko gra. Po prostu nie zawsze człowiek ma ochotę się uśmiechać. Nie zwracajcie na mnie uwagi — rzuciłam i ruszyłam po bagaże, kątem oka obserwując Ninę. Adam był już zbyt zaabsorbowany kolegą, żeby zawracać sobie nami głowę.

— No to jedziemy. Masz kluczyki do auta, jakby coś. Wrócimy w niedzielę — powiedział jeszcze, próbując mnie cmoknąć na pożegnanie. Odwróciłam głowę i bez słowa weszłam do domku. Nawet nie spojrzałam za siebie, gdy zamykałam drzwi.

W środku pachniało świeżym drewnem. Dwa pokoje, niewielka kuchnia i cisza. Ulga. Tylko na chwilę, bo zaraz Ola weszła z chłopcami.

— Widać, że dobrze się dogadujecie ze Zbyszkiem — zagadnęłam po chwili, opierając się o blat kuchenny z kubkiem kawy w ręku.

— Staramy się — odparła, jakby chciała uciąć temat.

— A powiedz mi szczerze… przyjechałaś tu z własnej woli, czy zostałaś postawiona przed faktem dokonanym?

— A co?

— Tak z ciekawości. Chciałam wiedzieć, czy tylko ja się czuję jak czarna owca, bo wcale nie miałam ochoty tu być.

— Mąż mnie poprosił, więc przyjechałam — spuściła wzrok.

— Poprosił? — próbowałam złapać z nią kontakt wzrokowy.

— No dobra… kazał. I nie chciałam go zranić — wypaliła w końcu, rumieniąc się lekko.

— Zranić… — parsknęłam cicho. Jasne. Jak widać, moja nowa towarzyszka interpretowała rzeczywistość zupełnie inaczej niż ja.

— A co, coś nie tak? Kocham Zbyszka i staram się go zadowolić.

— Nie wnikam w wasze małżeństwo, ale dla mnie ten ich wyjazd pachnie czymś więcej niż bezinteresowną pomocą rodzicom. Coś kombinują, to pewne. Na razie spróbujmy się dogadać. Ten większy pokój jest wasz — w końcu jesteście we trójkę — zarządziłam i rzuciłam walizkę na łóżko w pokoju obok. Nie miałam zamiaru denerwować się przez cały weekend.

Domek był urokliwy: spadzisty dach, czerwony jak mak, a za nim jezioro i gęsty, zielony las. Włączyłam radio, zagospodarowałam swoją przestrzeń i pozwoliłam Ninie na chwilę szaleństwa. Skończyło się śmiechem i tańcem między meblami.

Ola tymczasem zamknęła się ze swoimi chłopcami w swoim pokoju, ale nie bardzo mnie to interesowało. Dopiero w porze obiadowej wyłoniła się z dużym słoikiem w ręku.

— Co tam masz? — zagadnęłam.

— Bigos. Zjecie z nami? — zapytała.

— Hm… chciałam coś ugotować, ale skoro masz już gotowe jedzonko, to czemu nie — odpowiedziałam z uśmiechem, nakrywając do stołu. Ola grzała bigos, a ja nuciłam coś pod nosem. Nina tańczyła z łyżką w ręku.

— A co ci tak wesoło? Przecież byłaś taka zła, jak tu przyjechałaś — Ola uśmiechnęła się niepewnie.

— Ile można się złościć? Co mi to da? Lepiej dobrze się bawić. Ale ty wyglądasz, jakby ci ktoś cukierka zabrał. Uśmiechnij się! — szturchnęłam ją biodrem. Uśmiechnęła się nieśmiało.

— Głupio się czuję… jak intruz.

— Nie chciałam cię zranić. To nie o ciebie chodzi. Wkurza mnie Adam i jego gierki. Może nie najlepiej zaczęłyśmy, ale dajmy sobie szansę. Kto wie, ile jeszcze razy zostawią nas gdzieś razem.

— Masz rację. Zacznijmy od nowa. Co chcesz robić po obiedzie?

— Może pochlapiemy się w wodzie? W końcu mamy jezioro pod nosem, a słońce dzisiaj ładnie grzeje.

— Super! — powiedziała z entuzjazmem. Radość dzieci tylko podbiła nasz nastrój.

Po posiłku zgodnie z planem wyruszyłyśmy na pobliską plażę. Słońce stało już wysoko, a powietrze było ciepłe i ciężkie od zapachu rozgrzanego piasku i wody. Rozłożyłyśmy się na kocach, ciesząc się ciepłem i chwilą spokojnego lenistwa. Przez moment po prostu leżałyśmy, wsłuchując się w plusk jeziora i śmiech bawiących się dzieci. Od czasu do czasu wchodziłyśmy do wody, żeby powygłupiać się z dziećmi — chlapałyśmy się nawzajem, brodziłyśmy po kolana w chłodniejszej toni, a śmiech niósł się daleko po tafli. Dzieci piszczały z radości, biegały wzdłuż brzegu i rzucały sobie mokry piasek, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. W pewnym momencie zrobiłyśmy konkurs, kto szybciej zbuduje zamek z piasku. Dzieci pomagały z przejęciem: nosiły wodę w plastikowych wiaderkach, ugniatały podstawy i poprawiały każdy szczegół, jakby to miała być twierdza nie do zdobycia. Oczywiście był remis, bo obie budowle wyglądały niemal jak odbicia lustrzane. Usiadłyśmy obok, dumne i rozbawione, obserwując jak jezioro powoli podchodzi pod zamki i rozmywa ich brzegi. Była w tym cisza i spokój, których od dawna mi brakowało — zwykła, dobra chwila, bez pośpiechu i napięcia.

Kilka godzin spędzonych nad wodą minęło jak z bicza strzelił. Wieczorem, po kolacji, dzieci zasnęły jak kamienie. Wreszcie cisza. Postanowiłam poleżeć na hamaku, ale Ola najwyraźniej miała ten sam pomysł, bo zastałam ją tam z książką w ręku.

— Co czytasz? — zapytałam.

— Jakiś horror. Ale taki, że zaraz usnę.

— Aha — mruknęłam, rozkołysując się na hamaku.

— Słyszysz? — zapytałam po kilku minutach.

— Co?

— No właśnie nic. Taka cisza.

— Serio? Wystraszyłaś mnie! Myślałam, że coś się czai za drzewami, a ty mi każesz słuchać ciszy! — roześmiała się i rzuciła książką w mój brzuch. — Masz ochotę na wino?

— Jeśli zimne, to jak najbardziej — uśmiechnęłam się. „Dlaczego nie?” — pomyślałam. „Może właśnie tak trzeba: dać się porwać chwili, zamiast siedzieć z nosem spuszczonym na kwintę”.

Z każdym kieliszkiem rozmowa stawała się coraz łatwiejsza. Co ciekawe — z każdą chwilą coraz mniej brakowało mi Adama. „I tak pewnie zdążylibyśmy się pokłócić ze dwa razy” — przemknęło mi przez głowę i rozbawiło bardziej, niż powinno.

— O czym myślisz? — wyrwał mnie z zadumy głos Oli.

— Zastanawiam się, czy jesteśmy szczęśliwi z Adamem, skoro ostatnio ciągle się o coś kłócimy.

— Ja ze Zbyszkiem też mamy różne zdania na niektóre tematy, ale jakoś dochodzimy do porozumienia.

— Jakoś? Ja chyba nawet tyle już nie potrafię… ech — westchnęłam, biorąc kolejnego łyka czerwonego napoju.

— Widzę, że jakieś smuteczki tu się nam wkradają — poderwała się i włączyła rytmiczną muzykę w radiu. Chodź, podnieś się, potańczymy!

— Ale trochę ciszej, bo dzieci śpią — próbowałam ją przyhamować.

— Daj spokój, one mają taki twardy sen, że nawet jakby bomba spadła, to by ich to nie ruszyło — odparła rozbawiona.

— Nam chyba humory udzielają się na zmianę: jak mi jest wesoło, to ty chodzisz ze zwieszonym nosem, i na odwrót — jak mi smutno, to ty tryskasz radością. To się dobrałyśmy! — zaśmiałam się.

— No właśnie, czas to zmienić! — odparła, bujając się coraz żwawiej. — No dalej, ruszaj się! — złapała mnie za rękę i wyciągnęła do wspólnej zabawy.

— Zaczekaj chwilę! — wyrwałam się z jej uścisku i wypiłam niemal jednym haustem pełną lampkę wina, aż poczułam, jak napój rozlewa mi się ciepłem po ciele i dociera do głowy. — Teraz mogę tańczyć! — wróciłam do zabawy. Wesołe nuty wyskakiwały z głośnika, a my, śmiejąc się, dawałyśmy się im ponieść, dopóki nie zmęczyłyśmy się na tyle, że obie padłyśmy na hamaki. Zrobiło mi się tak przyjemnie i błogo, że nawet nie wiem, w którym momencie zasnęłam. Obudziło mnie poranne, radosne ćwierkanie ptaków. Podniosłam głowę, rozglądając się po okolicy. Ola spała obok, pochrapując delikatnie. Spojrzałam na zegarek — była wpół do siódmej. Postanowiłam wstać, zrobić obchód po naszych włościach i ogarnąć trochę po wczorajszej „imprezie”. Dzieci na szczęście jeszcze spały, co mnie nawet trochę zdziwiło, bo Nina zazwyczaj była rannym ptaszkiem, szczególnie w nowym miejscu. Widocznie klimat jej odpowiadał — i ten spokój, który otaczał nas z każdej strony.

Zdążyłam posprzątać i przygotować śniadanie, zanim dom się na nowo ożywił i zrobił się w nim gwar.

— Jak się spało? — zapytałam przeciągającą się leniwie Olę.

— Całkiem dobrze. Nie spodziewałam się, że noc pod gołym niebem może być taka przyjemna. Nawet komary mnie nie pogryzły.

— Ja też byłam zaskoczona. Żaden mnie swoim żądłem nie wybzykał — powiedziałam uśmiechając się dwuznacznie. Ola patrzyła na mnie ze skupieniem, jakby nie rozumiała, i dopiero po chwili zaczęła się śmiać.

— Ty świntuchu! — żartobliwie rzuciła we mnie mokrym ręczniczkiem, którym się chłodziła.

— Nie wiem, o co ci chodzi. Kawy? — udawałam niewiniątko, podsuwając jej termos pod nos.

— Chętnie! Muszę jakoś stanąć na nogi, żeby zająć się chłopcami.

— Nie jesteś w tym sama, ja też muszę ogarnąć Ninkę — odpowiedziałam, rozglądając się za dziećmi bawiącymi się na trawie. — Masz jakiś plan na dziś?

— Nie mam pojęcia, co byśmy mogły robić, ale jestem otwarta na twoje pomysły — spojrzała na mnie z oczekiwaniem.

— Hm… może rowerki wodne?

— Brzmi super! Daj mi tylko chwilę, żebym się ogarnęła.

— Spoko, masz tyle czasu, ile potrzebujesz. Ja poleżę jeszcze chwilę — ziewnęłam i położyłam się obok bawiącej się Ninki. Patrzyłam na jej małe rączki, które przebierały lalki, aż sama poczułam senność i zamknęłam oczy.

Obudziło mnie delikatne szarpnięcie za rękę. Otworzyłam powieki i zobaczyłam nade mną uśmiechniętą twarz Oli.

— Ale zasnęłaś! Nie mogłam cię dobudzić.

— Już wstaję… Gotowi? — zaspana zaczęłam się zbierać. — Która godzina?

— Wpół do pierwszej.

— Co? Aż tyle spałam?! — oczy otworzyły mi się szeroko i natychmiast się poderwałam. — Czemu wcześniej mnie nie obudziłaś?

— Bo tak ładnie spałaś, aż szkoda było przerywać — zaśmiała się.

— Gdzie Nina? — rozejrzałam się nerwowo.

— Spokojnie, bawi się z chłopcami w naszym pokoju.

— Na szczęście! — poczułam, jak opada ze mnie napięcie. — Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak mi się przysnęło. Dzięki, że się nią zajęłaś!

— Nie ma za co, to dla mnie przyjemność. To, co: gotujemy czy jedziemy do baru? — zapytała, wyraźnie licząc na drugi wariant.

— Zdecydowanie bar! — odpowiedziałam z uśmiechem. Ola wywołała dzieci, po czym poszłyśmy na kurczaka z rożna i frytki. Po napełnieniu brzuchów i krótkim odpoczynku wypożyczyłyśmy w końcu długo wyczekiwany rower wodny i popłynęłyśmy na środek jeziora. Dzieci, ubrane w kamizelki ratunkowe, wskakiwały do wody i robiły konkurs, kto zrobi więcej rozbryzgów. W pewnym momencie same zostałyśmy wciągnięte w zabawę — chlapałyśmy się nawzajem i wygłupiałyśmy jedna przez drugą. Zabawy nie było końca, a my zachowywałyśmy się, jakbyśmy miały po kilka lat. Dawno nie spędzałam tak dobrze czasu, co mnie zaskoczyło. Ostatnimi laty w wolne chwile byłam tylko z Adamem i za każdym razem czułam się bardziej zmęczona niż wypoczęta po powrocie do domu. Jego coraz większa niechęć do wyjazdów i ciągłe niezadowolenie wysysały ze mnie energię. Stawał się apodyktyczny i nużący. Czasem szukałam pretekstu do kłótni, bo przynajmniej wtedy wiedziałam, że przez kilka dni nie będę musiała z nim rozmawiać. Teraz czułam, że w końcu mogę swobodnie oddychać, robić, co chcę, bez głupich uwag typu: „Jak ty się zachowujesz?”, „Co ty mówisz?”, „Dlaczego robisz to, czy tamto?”. Miałam wrażenie, że Ola przeżywała coś podobnego. Wieczorem postanowiłam podzielić się z nią swoimi przemyśleniami. W końcu, z kim miałabym wtedy o tym rozmawiać, jeśli nie z nią?

— Winko? — wyciągnęłam w jej stronę rękę z napełnioną lampką.

— Dzięki! — odparła bez oporów. — Mała już śpi? — zapytała.

— Tak, padła po długim dniu atrakcji. A jak twoi chłopcy?

— Też śpią — odparła krótko.

— No to możemy pić do rana! Jutro wrócą tatusiowie i zajmą się dziećmi, a my będziemy odsypiać — zażartowałam.

— Tak, jasne… już to widzę — półgębkiem się uśmiechnęła.

— Powiedz mi, jak tak naprawdę się wam układa? Bo ja mam wrażenie, że moje wspólne życie z Adamem powoli się sypie. To jego ciągłe niezadowolenie i narzekanie są coraz bardziej męczące.

— Coś nie tak między wami? — dopytywała, zaczęłam więc tłumaczyć jej swoje relacje z mężem. Miałam wrażenie, że drażni go sama moja obecność i cokolwiek bym nie zrobiła, zawsze było źle. Nie taki obiad, nie tak wyprane ubrania, nie tak się odzywam, nie tak oddycham — tysiąc drobiazgów, które jemu nie pasowały. Początkowo starałam się mu dogodzić, robiłam wszystko według jego wymagań, ale i tak było źle. Wszystko musiało być po jego myśli, a ja ciągle mu ulegałam, bo nie chciałam, żeby mała żyła w toksycznym domu, choć jemu wydawało się to obojętne.

— No wiesz… pomiędzy mną a Zbyszkiem też nie zawsze jest łatwo… — Ola zebrała się na szczerość, choć wyraźnie nie było jej łatwo o tym mówić. Spuściła wzrok i po głębokim łyku wina kontynuowała. — To nie pierwszy raz, kiedy wyjeżdża na kilka dni. Delegacja, pomoc rodzinie, różne wymówki. Czasem nie odbiera telefonu i nie wiem, gdzie naprawdę jest. Boję się i martwię, ale on tego nie rozumie. I właśnie o to mamy awantury, chociaż na końcu to ja ustępuję.

— Długo to trwa?

— Odkąd urodził się Jarek — wzięła kolejny łyk.

— Kilka lat… Nie męczy cię to?

— Staram się być cierpliwa. Przysięgałam mu być na dobre i na złe i wierzę, że to przetrwam, że się zmieni i wszystko będzie dobrze.

— Naprawdę tak myślisz? Bo ja mam poważne wątpliwości — spojrzałam w głąb lampki. — Mam wrażenie, że nasi mężowie po prostu nudzą się rodziną i szukają ucieczki gdzie indziej. Nie narzekają, raczej uciekają — od domu, od odpowiedzialności. I to zaczyna odbijać się na nas.

— Nawet nie mów takich rzeczy, bo nie wyobrażam sobie, żeby Zbyszek mnie zostawił. Kocham go i nie chcę nawet myśleć o życiu bez niego — wypowiedziała to niemal jednym tchem.

„Niekoniecznie on ma takie samo wyobrażenie o tobie” — pomyślałam, ale nie powiedziałam tego na głos. Nie chciałam wtrącać się w jej życie, przecież ledwo się poznałyśmy. Zresztą było za wcześnie, by uświadamiać jej, że małżeństwo i partnerstwo powinny wyglądać inaczej.

Po chwili zadumy uznałam, że nie ma sensu dalej rozwodzić się nad zachowaniem naszych mężów. Czas korzystać z wolności. Włączyłam muzykę i powtórzyłyśmy zabawę z poprzedniego dnia. Przetańczyłyśmy pół nocy w blasku księżyca, racząc się trunkiem z miejscowej winnicy. Dawno nie czułam się tak dobrze.

Nie żałowałam tego weekendu spędzonego z Olą. Do dziś miło go wspominam, bo to był pierwszy raz, kiedy naprawdę mogłam komuś zwierzyć się ze swoich problemów. Nasze rozmowy działały niemal terapeutycznie — czułyśmy, że możemy sobie zaufać, że nasze sekrety zostaną między nami. I tak też było. To był początek nowej — miałam nadzieję, że prawdziwej — przyjaźni. Do tej pory na mojej drodze stawali niemal wyłącznie fałszywi ludzie. Odnosiłam wrażenie, że jakiś niewidzialny magnes przyciągał ich do mnie. Zawsze byłam otwarta, wysłuchiwałam, podnosiłam na duchu i starałam się pomagać — ale gdy ja potrzebowałam wsparcia, nie było nikogo. Zostawałam wykorzystana, a potem zmieszana z błotem. Nie rozumiałam, dlaczego ludzie potrafią być tacy zakłamani, dwulicowi i podli. Ja zawsze pokazywałam swoje prawdziwe wnętrze i mówiłam, co myślę — bo dlaczego miałabym kłamać? W jakim celu? Coraz trudniej było mi komukolwiek zaufać.

Początkowa niechęć do Oli gdzieś odeszła. Postanowiłam dać jej szansę na wkroczenie w moje życie, choć przecież przysięgłam sobie już dawno, że nigdy więcej się przed nikim nie otworzę. Czy dobrze zrobiłam? Wydawało mi się, że jeśli będę ostrożna i nie przekroczę pewnej bariery, to dobrze jest mieć bliską koleżankę. A co przyniesie los, czas pokaże — oby był dla mnie łaskawszy niż dotąd.

Rozdział III

— A co to panie rozłożone na hamakach, jakby był środek lata? — z popołudniowej drzemki wybudził mnie głos Adama.

— Hahaha, ale zabawne — odparłam, na chwilę zapominając o swoim urazie, aż przypomniało mi się, gdy pocałował mnie w policzek na powitanie. Był środek lipca, a pogoda była dość ciepła, więc nie wydawało mi się to śmieszne. Jego komentarz rozbawił tylko jego, chociaż wyglądał, jakby wcześniej już dobrze się bawił, bo był wyjątkowo wesoły.

— Co ty taki radosny jesteś? Jakaś panienka dobrze ci przy ogonku zrobiła?

— Jak żona nie chce, to trzeba sobie jakoś radzić — odpowiedział niby półżartem, ale coś w jego głosie nie dawało mi spokoju. Zresztą, już dawno stałam się obojętna na to, co robi.

— Weź przestań, o co ty oskarżasz naszych mężów? Przecież to tacy grzeczni chłopcy — Ola rzuciła się na szyję Zbyszkowi i zaczęła go całować, na co on próbował się bronić i wyrwać z jej objęć.

— Starczy, już starczy! Maciek, Jarek, zbierajcie się, jedziemy do domu! — uwolnił się z jej ramion i od razu zarządził opuszczenie miejsca.

— Poczekaj chwilę, niech się Ola spakuje. Nie tak wpadliście jak dwa dziki — rzuciłam z lekką irytacją. — Hop, siup do auta i wio! Nie rób stresu, przez ostatnie dwa dni jakoś ci się nie spieszyło!

— A co ty taka wyszczekana jak pies sołtysa? Chłop trochę puścił ci łańcucha i już taka harda jesteś! — odpowiedział mi nieco chamsko, co podniosło mi ciśnienie. Już otworzyłam usta, by mu odpowiedzieć, ale w akcję wkroczył Adam.

— Milena! Uspokój się natychmiast! Co to za zachowanie?! — ryknął na mnie, a Nina stanęła jak wryta, wybałuszając swoje wielkie, niebieskie oczy. Ugryzłam się w język i zamilkłam, patrząc na Adama znacząco.

— Nie kłóćcie się, nie ma o co — odezwała się Ola, która właśnie pojawiła się w drzwiach domku z torbami w rękach. — Ja już jestem gotowa. Chłopcy, tata woła! Wsiadajcie do samochodu! — „Nieźle Zbyszek ją wytresował” — pomyślałam, ale nic więcej nie powiedziałam, tylko sama poszłam się spakować. Kiedy wróciłam, zastałam już tylko mojego męża bujającego małą na huśtawce.

Wróciliśmy do domu w milczeniu. Ułożyłam Ninkę do snu, a potem wzięłam kojący prysznic, próbując uporządkować myśli. Kiedy byłam już niemal gotowa do wyjścia z łazienki, poczułam nagły, mocny uścisk na przedramieniu i szarpnięcie. Stał przede mną Adam, z twarzą rozognioną złością, a na ustach miał pianę. Jego palec wskazujący niemal dotykał mojego nosa.

— Ostatni raz tak mnie przy kimś poniżyłaś! Myślisz, że kim ty jesteś?! — wysyczał przez zaciśnięte zęby i nagle poczułam uderzenie w twarz — na tyle silne, że na chwilę mnie zamroczyło i opadłam na stojącą za mną szafkę.

— Zapamiętaj to sobie, suko! — dodał i odszedł. Stałam jak wryta, nie mogąc uwierzyć, co się właśnie wydarzyło. Pytania kłębiły się w mojej głowie: „Co to było? O co mu chodzi? Jakie poniżenie? Co ja zrobiłam?”. To był pierwszy raz, kiedy doświadczyłam czegoś takiego. „To nie jest mój mąż! Jak on mógł mnie uderzyć? Gdzie on był i co robił, że zachowuje się tak?” — nie mogłam poskładać myśli do kupy. Po chwili doszłam do siebie, poczułam pieczenie policzka i metaliczny posmak w ustach. Spojrzałam w lustro — prawa część twarzy była czerwona, a dolna warga krwawiła od rozcięcia. „Dlaczego on to zrobił? Czym sobie na to zasłużyłam?” — mój rozum nie mógł ogarnąć tego zachowania. Rozpłakałam się cicho, łkając w ciszy. Wtedy przyszła wściekłość. „Co za cham i ostatnia świnia! Jeśli myśli, że ujdzie mu to płazem, to się grubo myli! Jeszcze się przekona!” — odgrażałam się w myślach, choć nie miałam żadnego konkretnego planu. Wreszcie zebrałam się w sobie i ruszyłam do sypialni, planując wypchnąć go z łóżka. Ale go tam nie było. Obrażony, zabrał swoją pościel i położył się w salonie. Na stoliku obok stała do połowy opróżniona butelka wódki, a on chrapał głośno, jakby traktor orał pole. „Szybko się uporał z tym swoim nieszczęściem” — pomyślałam i poszłam spać. Długo walczyłam z myślami, próbując poukładać sobie wszystko, ale nie potrafiłam. Zasnęłam pełna żalu i niezrozumienia, w pułapce własnych emocji.

Następnego dnia obudził mnie głosik Ninki.

— Mamusiu, mamusiu, obudź się, bo słoneczko już wstało! — powiedziała, pokazując paluszkiem w stronę okna.

— Już wstaję, idź zrobić siusiu! — wymamrotałam zaspana.

— Już zrobiłam! — odpowiedziała rozpromieniona i dumna z siebie.

— No to idź obudź tatę! — kontynuowałam, wydając polecenie.

— Tatusia już nie ma, pojechał do pracy — odparła. Wtedy szybko wstałam i zrobiłam obchód po mieszkaniu. Rzeczywiście — nikogo nie było. Zegar wskazywał dopiero siódmą. „Ale mu się dzisiaj spieszyło, przecież zwykle wychodzi nie wcześniej niż o wpół do ósmej. Baran” — pomyślałam i ruszyłam się ogarnąć, żeby zająć się swoim rutynowym rozkładem dnia.

Spojrzałam z niepokojem w lustro na twarz — na policzku wyraźnie odbity ślad dłoni, oczy zapuchnięte od płaczu, warga lekko spuchnięta. „Idiota, kretyn!” — kolejna niemiła myśl o mężu. „Niech sobie idzie w diabły i nie wraca, jeśli tak się zachowuje, myśli, że jest panem i władcą”. Przy śniadaniu przestałam o nim myśleć, gdy rozległ się dzwonek telefonu. Trochę zdziwiona, że ktoś dzwoni tak wcześnie, odebrałam.

— Halo, słucham?

— Cześć, tu Ola. Jest może u was Zbyszek? — usłyszałam znajomy głos.

— Nie, a co się stało? — zdziwiłam się.

— Nic, tylko wyszedł wcześnie i zastanawiałam się, gdzie może być.

— Adam też już wyszedł, więc możliwe, że są gdzieś razem — podzieliłam się swoją myślą.

— Słuchaj, mogłabyś zadzwonić do Adama i zapytać, gdzie są? Zbyszek nie odbiera telefonu.

Trochę poirytowało mnie to pytanie — co ja jestem, od kontrolowania cudzych mężów? Nie interesowało mnie, gdzie jest mój, a co dopiero jej.

— Przepraszam cię, ale nie mogę tego zrobić, bo nie rozmawiamy ze sobą — odpowiedziałam krótko.

— Naprawdę? Pokłóciliście się wczoraj? — dopytała.

— Niestety — rzuciłam.

— Przykro mi. Mimo wszystko gdyby się pojawili, to daj znać.

— Tak, jasne. Miłego dnia! — zakończyłam rozmowę. „Więc są gdzieś razem… ale gdzie? Co knują?” — myśli nie dawały mi spokoju. Z czasem jednak coraz mniej analizowałam zachowanie Adama i to, co się wydarzyło. Przypominał mi o sobie tylko obolały policzek. Na pytanie Ninki:

— Co ci się, mamusiu, stało w buzię? — odpowiadałam wymijająco, że pośliznęłam się w łazience i uderzyłam o wannę.

— A te śmieszne kropki na ręku? — dopytywała zaciekawiona. Spojrzałam na przedramię — faktycznie, małe, okrągłe siniaki, odbicia palców Adama po tym, jak mnie przycisnął. „Gnojek” — pomyślałam, ale dziecku odpowiedziałam inaczej:

— Tak, skarbie, te kropki też mi się wtedy zrobiły.

— Ale jak? — wciąż patrzyła zaciekawiona.

— Nie pamiętam dokładnie, bo szybko upadłam, pewnie też się o coś uderzyłam.

— To ja będę lekarzem i cię wyleczę! — zarządziła i pobiegła po swoją zabawkową torbę lekarską, gotowa do zabawy w szpital.

Mijały godziny i kiedy zbliżał się wieczór, myśli o Adamie wróciły. „Już po osiemnastej, gdzie on jest?” — denerwowałam się coraz bardziej, bo byłam ciekawa, jak będzie zachowywał się po powrocie. Zjadłam z małą kolację, wykąpałyśmy się i położyłam ją spać. Dobiegała już dwudziesta pierwsza, a jego wciąż nie było. Postanowiłam przełamać swoją dumę i zadzwonić do Oli z myślą, że może jednak udało jej się dodzwonić do Zbyszka i ma jakieś informacje o miejscu jego pobytu.

— Halo — usłyszałam niepewny głos po drugiej stronie aparatu.

— Cześć, tu Milena. Przepraszam cię, że tak późno dzwonię, ale Adama wciąż nie ma w domu i pomyślałam, że może udało ci się dodzwonić do Zbyszka i wiesz, gdzie ich posiało.

— Tak, po dziesiątej rano do mnie zadzwonił i powiedział, że wyjechał w pilną delegację. Podobno o piątej zadzwonił do niego szef, a on nie chciał mnie budzić i po cichu wyszedł z domu.

„Co za durna historia” — pomyślałam.

— Jest z Adamem? — dopytywałam.

— Powiedział, że tak i jeszcze z jednym kolegą, jak mu tam było… chyba Jacek. Tak, z Jackiem.

— A powiedział, kiedy wrócą?

— W środę albo czwartek, nie jest jeszcze pewny — w głosie Oli było słychać zmartwienie i obawę.

— Wszystko w porządku u ciebie? — zapytałam na wszelki wypadek, bo nie mogłam udawać, że nie słyszę jej strapionego głosu.

— Tak, jest wszystko okej — usłyszałam mało przekonującą odpowiedź.

— Na pewno? Czy mam do ciebie przyjechać? — nie ustępowałam.

— Nie, nie trzeba, naprawdę jest wszystko w porządku. Położę się zaraz do łóżka, poczytam książkę i pewnie niedługo zasnę. Nie przejmuj się mną, poradzę sobie.

— No jak chcesz, ale jakby co, to dzwoń — obojętnie o której godzinie, nawet w nocy o północy — starałam się ją przekonać, że ma we mnie wsparcie i może na mnie liczyć.

— Dobrze, dziękuję i życzę ci miłej nocki — odpowiedziała skromnym głosikiem.

— Tobie też, śpij dobrze, dobranoc — zakończyłam rozmowę i popadłam w zadumę. Zastanawiało mnie, jaki to pilny interes zmusił naszych mężów do wyjazdu. Postanowiłam, że zbadam to kolejnego dnia. Włączyłam telewizor i bezwiednie patrzyłam na rozgrywające się w nim sceny. Chyba był to jakiś kryminał, bo był pościg policyjny i strzelanina. Nie mogłam skupić się na tym, co oglądałam, bo moje myśli wciąż wracały do wydarzeń ostatnich dni, tygodni, miesięcy. Między mną a Adamem ewidentnie się coś psuło. Nasze relacje były koszmarne i coraz trudniej było nam dojść do porozumienia. To, w jaki sposób mnie traktował, było karygodne. I jeszcze podniósł na mnie rękę. „Jak on mógł mnie uderzyć?” — nie rozumiałam tego. Nie mogłam pozwolić, by to się powtórzyło. Ubliżanie może i jeszcze bym zniosła, ale bicie? To było poniżej wszelkiej godności. I jeszcze ta nagła „koleżeńskość” ze Zbyszkiem, która wydawała się podejrzana. „Gdzie oni wyjechali? Co kombinują? Znudzeni życiem rodzinnym, szukają atrakcji? Ta delegacja to jakaś wymówka, na pewno”. Zasnęłam na kanapie, pogrążona w myślach, aż telefon wyrwał mnie ze snu.

— Halo! — odezwałam się zaspana.

— Cześć! Śpisz jeszcze? — usłyszałam po drugiej stronie Olę.

— Już teraz nie. Co jest, coś się stało? — starałam się obudzić.

— Nie, nic, tylko chciałam zapytać, czy mogłabym, jednak do ciebie przyjechać?

— Jasne, przyjeżdżaj, będę czekać! — poderwałam się w tym momencie na nogi, żeby rozejrzeć się, w jakim stanie jest moje mieszkanie. Nie chciałam zrobić wrażenia bałaganiary i na szczęście nie było aż tak tragicznie. Pozbierałam zabawki i napełniłam zmywarkę brudnymi naczyniami. Nie zdążyłam nawet przebrać się z piżamy, kiedy usłyszałam stukanie do drzwi.

— Wejdź, proszę, rozgość się! — wskazałam koleżance miejsce na kanapie w salonie. — Wybacz, nie zdążyłam się jeszcze do końca ogarnąć po nocy. Co chcesz się napić: kawy czy herbaty?

— Może kawy, bo jeszcze nie piłam.

Nastawiłam ekspres i skończyłam się oporządzać. Po około dziesięciu minutach usiadłam obok Oli.

— Co tam się urodziło? Opowiadaj! — wpatrywałam się w nią z zaciekawieniem, bo wciąż nie rozgryzłam, co ją skłoniło do odwiedzin.

— Tak… chciałam porozmawiać… — widać było jej skrępowanie.

— O czym?

— Jak się czujesz?

— Przyjechałaś do mnie, skoro świt, żeby zapytać, jak się czuję? — wciąż starałam się odgadnąć, o co jej tak naprawdę chodziło.

— No, nie do końca… — spuściła wzrok.

— To o co? — dalej ciągnęłam ją za język.

— Jak się czujesz, z tym że nie ma Adama? Nie jest ci przykro, że gdzieś wyjechał? — wydusiła wreszcie z siebie.

— Nie… nie wiem — nie wiedziałam, co jej odpowiedzieć na to dziwaczne pytanie. — A powinnam się smucić?

— Mnie boli to, że Zbyszek ciągle gdzieś wyjeżdża i nie ma go po kilka dni. Nie wiem, co się z nim dzieje i denerwuję się, żeby nie spotkało go nic złego. Mam chwilami wrażenie, że ucieka przede mną.

— Nie wiem. Może jednak nie powinnaś się tak nim przejmować i bardziej skupić się na chłopcach? Przecież to dorosły człowiek i da sobie radę w świecie, nie potrzebuje twojego nadzoru — starałam się jej coś doradzić.

— Tylko że ja za nim strasznie tęsknię, kiedy go nie ma. Chciałabym, żeby mnie przytulił, pocałował, powiedział miłe słowo, a on, nawet jak jest w domu, to tego nie robi. Myślisz, że mnie jeszcze kocha?

— Pewnie na swój męski sposób tak — odpowiedziałam, choć pomyślałam, że kawał z niego gnoja, tak ranić kobietę, która, gdyby mogła, wyciągnęłaby swoje serce i podała mu je na dłoni. Nie mogłam tego powiedzieć na głos, bo nie chciałam jej załamywać. Nie chciałam też kłamać o swoich odczuciach, więc starałam się zmienić temat.

— Może pojedziemy razem do supermarketu? Muszę kupić parę rzeczy.

— Możemy pojechać, bo też potrzebuję zrobić zakupy — przytaknęła, ale po chwili znów wróciła do tematu męża. — Myślisz, że wrócą dzisiaj do domu?

— Wiesz co, nie mam pojęcia. Nie zamierzam sobie zawracać nimi głowy. Prędzej czy później na pewno wrócą. Nie mogę ci powiedzieć tego, co myślę, bo nie chcę cię zranić. Skupmy się może na sobie — odparłam najszczerzej, jak tylko mogłam.

— To znaczy co, że jestem idiotką, która kocha męża?

— Nie, akurat nie to. Raczej w tym kierunku, że to dwa tępe barany. Czy możemy zmienić temat, bo i tak nic nam nie przyjdzie z tego myślenia? Cieszmy się ładnym dniem, zdrowymi dziećmi i tym, że możemy sobie porozmawiać — stanowczo przerwałam rozkminę mojej koleżanki. Starałam się napełnić ją pozytywną energią i optymizmem — pokazać, że życie nie kończy się na domu i byciu żoną oraz matką. Że można z kimś spędzić fajnie czas, zrobić coś ciekawego, pożartować, powygłupiać się i pośmiać. Widać było po niej wyraźnie, że dawno tego nie robiła. Chciałam obudzić w niej życie, być przy niej, żeby nie czuła samotności — a przy okazji ja też jej nie czułam. Zrobiłyśmy razem zakupy, potem ugotowałyśmy wspólny obiad i wyszłyśmy z dziećmi na plac zabaw. Zbliżał się już późny wieczór, kiedy się rozstawałyśmy. Przytuliłam ją na pożegnanie i powiedziałam, żeby się niczym nie martwiła, bo na pewno będzie wszystko dobrze.

Kolejny dzień minął nam podobnie: wspólne posiłki, rozmowy i zabawy z dziećmi. Pomyślałam nawet, że nie przeszkadzałoby mi, gdybyśmy zostawiły swoich mężczyzn i zamieszkały razem. Jedna uzupełniała drugą i potrafiłyśmy wspólnie dojść do konsensusu na dany temat bez sprzeczek i narzucania swojego „ja”. Czułam przy niej swobodę i ciepło na sercu. Z dnia na dzień darzyłam ją coraz większą sympatią — i coraz bardziej byłam wściekła, że Zbyszek jej nie docenia. Żal mi było patrzeć, jak się męczy swoją miłością do niego, bo była skłonna zrobić wszystko, aby tylko nakarmić jego ego. On w moich oczach był męską, szowinistyczną świnią — jeszcze większą niż mój mąż. Swojego, choćby czasem, potrafiłam przekonać do moich racji, a tamten narzucał totalnie swoją wolę. Co wymyślił albo powiedział, to tak musiało być. Miałam ochotę podgryźć mu gardło i rozerwać tętnicę szyjną, żeby się wykrwawiał powoli i w cierpieniu. Marząc o tym, w jaki sposób mogłabym zadać mu ból, wracałam z Niną do domu po zabawie z Olą i jej chłopcami. Otworzyłam drzwi i — ku mojemu zaskoczeniu — przy stole w jadalni siedziało trzech znajomych, mocno wstawionych panów.

— A gdzie to się chodzi jak mąż wraca? — wybełkotał Adam, widząc mnie z daleka. — Nie przywitasz się? — podszedł chwiejnym krokiem. — No daj buziaka na powitanie! — pocałował mnie w usta, a odór alkoholu niemal mnie przytłoczył.

— Co tu się dzieje? Co to za libacja? — starałam się zachować spokój, by nie wywoływać awantury.

— A tak sobie z kolegami pijemy wódeczkę, a co?

— Wódeczkę? Którą z kolei? — próbowałam ocenić, ile butelek już stoi na widoku. — Zbyszek, mógłbyś chociaż zadzwonić do Oli i powiedzieć, że nic ci nie jest. Od dwóch dni nie może się do ciebie dodzwonić i się martwi!

— Ona wiecznie się martwi, niech się martwi. W dupie to mam!

Zatrzęsło mną, ale wciąż starałam się zachować spokój.

— Serio? Czy tak trudno zadzwonić albo wysłać wiadomość: „wszystko w porządku, wrócę jutro”?

— Ty idź już lepiej, zajmij się sprzątaniem, gotowaniem czy czym tam chcesz! Tu jest męska rozmowa i proszę nie przeszkadzać! Do widzenia! No, panowie — po jednym! Na zdrowie! — powiedział, wypijając kieliszek i zagryzając plasterkiem kiełbasy. Pokiwałam głową i wyszłam z pomieszczenia. Siedzieli stosunkowo spokojnie — przynajmniej na swój pijacki sposób. Nie chciałam ich prowokować do kłótni. Włożyłam Ninę do wanny pełnej piany i zabawek, a sama cicho zadzwoniłam do Oli, by opowiedzieć jej, co się dzieje. Uspokoiłam ją i obiecałam informować na bieżąco. Odetchnęła z ulgą, że synowie marnotrawni wrócili cali i zdrowi — choć przepici.

Wykąpałam małą i położyłam się z nią na jej łóżku. Hałas pijackich rozmów dochodził do jej pokoju — nie chciałam, żeby się bała. Wiedziałam, że przy mnie poczuje się bezpiecznie. Zasnęłam razem z nią, a obudziła mnie nagła cisza. „Czyżby panowie znowu gdzieś zniknęli?” — pomyślałam i zerwałam się na nogi. Otworzyłam drzwi pokoju dziecięcego i usłyszałam głośne chrapanie. „Ktoś tu na pewno jest, tylko kto? Ola mnie zabije, jeśli nie ma Zbyszka!” — z sercem mocniej bijącym szłam w kierunku dźwięku. Weszłam do sypialni. Obaj panowie leżeli w łóżku plecami do siebie, rywalizując, kto głośniej chrapie. Odór alkoholu i gazów był tak silny, że iskra mogłaby wysadzić pomieszczenie w powietrze. Miałam krótką pokusę, żeby to zrobić, ale zrezygnowałam — obudziłabym dziecko, które tak słodko i błogo spało.

Z innego pomieszczenia dobiegł mnie kolejny hałas. To był Jacek — spał zwinięty w embrion na kanapie w salonie. Machnęłam ręką i wróciłam do pokoju małej. Zamknęłam drzwi, przytuliłam się do niej i nawet nie wiem, kiedy zasnęłam. Obudził mnie dopiero dzwonek do drzwi. „Kto to może być? Pewnie Ola” — pomyślałam i, ziewając, poszłam otworzyć.

— Co ty, nie spałaś, że tak wcześnie jesteś? — na zegarze było około szóstej rano. — Wejdź, nie stój w progu! Co ty taka wystraszona jesteś?

— Są? — zapytała szeptem, jakby to była tajemnica.

— Są. Tylko śpią jak niedźwiedzie. Nie wiem, który bardziej chrapie. Chcesz kawy? — nalałam jej ciepły napój z ekspresu, zanim zdążyła odpowiedzieć. W jej oczach było widać ulgę, choć ja nie czułam takiego spokoju. Miałam ochotę rozszarpać tych trzech „kawalerów”. Zostawili po sobie brud, smród i chaos. Głowa mi pękała, jakbym to ja całą noc raczyła się alkoholem, a nie oni. Połknęłam przeciwbólowy proszek i zabrałam się za ogarnianie kuchni, by przygotować śniadanie. Chciałam wyjść z dziećmi, ale Ola uparcie czekała, aż jej mąż w końcu wytrzeźwieje i wstanie. Nie pomogły tłumaczenia, że to bez sensu. Bała się, że znów zniknie jej z oczu, a ona tak bardzo za nim tęskniła. Żal mi jej było — zapatrzona w niego jak w obrazek i nie potrafiła choć trochę odpuścić.

Panowie obudzili się dopiero przed dziesiątą, nadal mocno „wczorajsi”. Dopadli do wody i prawie urwali kran przy zlewie. Nie byli już tacy rozmowni jak dzień wcześniej i szybko się rozeszli.

— Musimy porozmawiać — oznajmiłam, gdy zostaliśmy wreszcie sami.

— Teraz? — Adam spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem, bardziej zdezorientowany niż zaniepokojony.

— Nie. Jak wytrzeźwiejesz, ogarniesz się i posprzątasz po tej waszej imprezie. Chcę, żebyś to wiedział zawczasu, zanim znowu przyjdzie ci do głowy gdzieś zniknąć. Wychodzę z Niną. Wrócimy wieczorem.

Zamilkł. Zapięłam kurtkę córce i już przy drzwiach rzuciłam ostatnie zdanie:

— I jeszcze jedno. Dzwoniłam do twojej firmy. Wiem, że nie było żadnej delegacji. Mam nadzieję, że przygotujesz logiczne wyjaśnienie.

Zanim zdążył odpowiedzieć, wyszłam, trzymając małą za rękę. Na zewnątrz wzięłam głęboki oddech. Udało mi się zachować spokój. „Frajer… Myśli, że mnie ogra, to nie docenił mnie” — pomyślałam i ruszyłam przed siebie. Chciałam, by ten dzień był dla Niny wyjątkowy. Obiad w chińskiej restauracji, potem kino — bajka o zabawnych, kudłatych stworkach. Lody, nowa sukienka w kwiaty, pluszowy miś do przytulania, a na koniec zapiekanki. Zmęczone, ale szczęśliwe wróciłyśmy do domu.

— Co to, dzień dziecka? Tyle prezentów? Tatuś haruje, a dziewczyny się bawią — przywitał nas Adam z kpiącym uśmiechem.

— Już daj spokój z tym harowaniem. Doskonale wiem, jak wygląda ta twoja „praca” — odpowiedziałam ostro.

— Wiesz? Co ty tam wiesz…

— Chodź, kochanie. Mama cię wykąpie — przerwałam, zanim padło coś, czego oboje byśmy żałowali.

— A kolacja? — rzucił za mną. „Bezczelny gbur” — pomyślałam.

— Będzie. Jak sobie zrobisz.

Odwróciłam się na pięcie i zajęłam się Niną. Adam coś jeszcze mruczał sobie pod nosem, ale już go nie słuchałam. Skupiłam się na oporządzeniu dziecka i położeniu go spać. Dopiero po zaśnięciu Niny zaprosiłam męża do stołu w jadalni na ustaloną rozmowę.

— Dowiem się, gdzie byłeś? — prześwidrowałam go wzrokiem. — I nie kłam, bo wiem, że to nie była żadna delegacja!

Patrzył na mnie, a ja udawałam, że czytam w jego myślach. Zamilkł na chwilę, potem westchnął.

— Wzięliśmy kilka dni wolnego. Kroił się mały interes na boku… parę groszy. Ale nie wyszło.

— I dlatego przez dwa dni nie dawałeś znaku życia? — uniosłam brew. — Gdzie te pieniądze? Były tak małe, że ich nie doniosłeś do domu?

— Nie wypaliło. Chłopaki chcieli odreagować. Wynajęli pokój, zaprosili dziewczyny… — zamilkł. Czekałam.

— Ja… nie brałem udziału. Byłem w pokoju obok. Zbyszek chciał mi zafundować jakąś, ale odmówiłem. Mam przecież żonę… Nie mogłem ich zostawić, wracać sam i jeszcze wsypać…

Słuchałam w ciszy. Wersja szyta grubymi nićmi, ale trzymałam emocje na wodzy.

— Tylko nie mów nic Olce, błagam!

— Zwariowałeś? Przecież to by ją zniszczyło. A co do ciebie… nie jestem przekonana, że jesteś taki święty, jak się malujesz. Ale wiesz co? Już mi to wszystko jedno. Rób, co chcesz, tylko mnie nie okłamuj. Bo i tak prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw.

Wstałam i zaczęłam zbierać kubki ze stołu, ale nie skończyłam rozmowy.

— Jeszcze jedno. Chcę wiedzieć, czy w ogóle chcesz być nadal moim mężem. Czy może lepiej się rozwieść?

Zaniemówił.

— Co? Dlaczego?

— Bo mam wrażenie, że jesteś nieszczęśliwy.

— Nie… no co ty, to nie tak…

— Skoro chcesz być moim mężem, zapamiętaj jedno: mąż to nie właściciel, a żona to nie służąca. I jeśli jeszcze raz podniesiesz na mnie rękę, to… — zbliżyłam się do niego i spojrzałam prosto w oczy — … zrobię wszystko, żebyś już nigdy tego powtórzył.

Nie odpowiedział, a ja odeszłam bez słowa, zostawiając go z moją wypowiedzią. W sypialni, już pod kołdrą, przyszło uczucie ulgi. „Nie jestem workiem treningowym. Nie jestem jego własnością”. Zasnęłam z poczuciem, że odzyskałam coś bardzo ważnego — siebie. Rano obudził mnie, jak to zazwyczaj bywało, głosik mojej córeczki i jej tradycyjna poranna wypowiedź:

— Mamusiu, mamusiu, wstawaj! Słoneczko już wstało!

— A nie mogłoby pospać trochę dłużej? — mruknęłam zaspana, chowając głowę pod poduszkę, jakbym chciała jeszcze, choć na chwilę uciec przed światem.

— Nie, bo już mu się nie chce spać! — roześmiała się, szarpiąc delikatnie nakrycie. — No chodź, bo mój brzuszek jest pusty!

— A gdzie tata? — zapytałam, zaskoczona jego nieobecnością.

— Dał mi całusa i poszedł do pracy! — odpowiedziała z dumą, jakby przekazywała najważniejszą wiadomość dnia.

— Jak to do pracy? — poderwałam się z łóżka, z bijącym sercem. „Powtórka z rozrywki? Nic do niego nie dotarło po wczorajszej rozmowie?” — przemknęło mi przez głowę, ale gdy weszłam do kuchni, zamarłam. Na stole, w wazonie, stał bukiet róż, a obok leżała karteczka z odręcznie napisanym słowem: „PRZEPRASZAM”. Zrobiło mi się ciepło na sercu. Może jednak coś do niego dotarło. Może naprawdę przemyślał swoje zachowanie i zrozumiał, że musi zmienić kierunek, zanim straci wszystko. Chciałam wierzyć, że nasze małżeństwo ma jeszcze szansę — choćby dla niej, dla Niny. Mój mały skarb zasługiwał na pełną, kochającą rodzinę. Taką, jakiej ja nigdy nie miałam, a którą pragnęłam stworzyć z całych sił. Poczułam coś, czego nie czułam od dawna — lekkość. Nadzieję. Może to pierwszy krok. Może nie wszystko jeszcze stracone.

Rozdział IV

Minęło kilka tygodni od tamtego pamiętnego weekendu. Emocje powoli opadały, a życie wracało do ustalonego rytmu, choć z cieniem niepokoju w tle. Nina coraz śmielej biegała po przedszkolnych korytarzach, a ja z każdym dniem coraz wyraźniej odczuwałam potrzebę zmian.

— Miłego dnia, skarbie! Baw się dobrze! Kocham cię! — pożegnałam córeczkę przy wejściu do przedszkola. Cieszyłam się, że tak dobrze się zaadaptowała. Obawiałam się łez, tęsknoty, trudnych poranków, ale moje dziecko zaskoczyło mnie pogodą ducha i otwartością. Była towarzyska, kontaktowa, szybko zaprzyjaźniła się z innymi. Ja natomiast musiałam nauczyć się oddychać samotnością. Początkowo czułam się, jakby ktoś wyciął mi część duszy. Nigdy wcześniej nie rozstawałam się z Niną na dłużej niż na czas zakupów czy wizyty u lekarza — wtedy zostawała z Adamem albo z Olą. To właśnie Ola była ostatnio moją największą podporą. Mój mąż coraz częściej tłumaczył się zmęczeniem i nawałem pracy. Choć między nami, jakby się poprawiło, czułam, że wspólne chwile nie sprawiają mu już żadnej radości. Z Olą natomiast mogłam wszystko — kino, basen, wycieczki, place zabaw, bawialnie, parki rozrywki. Byłyśmy jak jedno — zgrane, z tą samą energią i potrzebą działania. W przeciwieństwie do naszych mężów, którzy woleli telewizor i piwo. Oni stali się jak dwaj zrzędliwi starcy. Patrzenie na ich bierność potrafiło boleć. Na szczęście miałyśmy siebie. I zawsze miałyśmy plan.

Telefon zadzwonił zaraz po tym jak opuściłam przedszkole.

— Hej, co robisz? Odstawiłaś już małą? — Ola brzmiała jak zawsze radośnie.

— Jasne. Masz już jakiś pomysł na to, co dzisiaj robimy?

— Pewnie, przyjeżdżaj na kawę! A potem coś relaksującego!

— Tylko nie mów, że znowu chcesz coś sadzić w ogródku?

— Pomożesz mi wyplewić warzywa! — zaśmiała się.

— Ty chyba zwariowałaś! Grządki jako relaks?! — parsknęłam. — Jedziemy do fitnessu. Potem sauna, jacuzzi i trochę masażu. A pielenie zostaw, na kiedy indziej.

— No nie wiem, miałam to dziś ogarnąć…

— Ola, błagam cię! Prawdziwa przyjemność, nie łopata i grabie! — zakończyłam rozmowę i ruszyłam po nią samochodem.

Gderałyśmy jak dwie przekupki, dopóki nie padłyśmy na leżaki po intensywnej sesji wellness.

— Co tak zamilkłaś? — zapytała Ola, odwracając głowę w moją stronę.

— Bo myślę — mruknęłam, nie otwierając oczu.

— O, coś nowego! — parsknęła śmiechem.

— Świnia jesteś! — rzuciłam, szturchając ją w ramię z uśmiechem.

— To, o czym tak rozmyślasz?

— O tym, że Nina już chodzi do przedszkola, a ja mam wreszcie kilka godzin wolnego. I chciałabym coś z tym zrobić. Może wrócić do pracy.

Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem.

— A źle ci się ze mną spędza czas?

— Nie, wprost przeciwnie! Najchętniej bym się z tobą nie rozstawała — uśmiechnęłam się — ale chciałabym czuć, że coś wnoszę. Adam wciąż narzeka, że pracuje za dwoje, że jest przemęczony… Chciałabym mieć swoje pieniądze. Nie chcę żyć na jego łasce.

— Rozumiem — kiwnęła głową. — Jeśli będziesz się z tym lepiej czuła, to działaj. A z Niną ci pomogę, przecież wiesz.

— Wiem. Dziękuję ci. Kocham cię! — przytuliłam ją mocno i ucałowałam w policzek. Naprawdę chciałam wyrwać się z domu i choć na kilka godzin dziennie podjąć pracę. Mierziła mnie myśl, że całe życie miałabym być na łasce Adama i słuchać jego wiecznego wypominania. Czułam się już wystarczająco silna, by pogodzić pracę z macierzyństwem. Nina była rozsądną dziewczynką, nie sprawiała większych problemów wychowawczych. Potrafiła zająć się sobą — bawiła się lalkami przed telewizorem, gdy ja w tym czasie mogłam wysprzątać mieszkanie, zrobić pranie, ugotować obiad. Jedyne, co potrafiło ją oderwać od zabawy, to moment, kiedy wyciągałam stolnicę. Wtedy była przy mnie na zawołanie. Obowiązkowo zakładała swój fartuszek z muchomorkiem i pomagała mi w kuchni — obojętnie, czy lepiłam pierogi, robiłam makaron, czy ciastka. Zazwyczaj kończyło się to oblepieniem ciastem połowy szafek kuchennych i obsypaniem mąką wszystkiego w okolicy. Ona sama wyglądała zawsze przy tym, jakby wróciła prosto z młyna, bo biały proszek był na każdej części jej ciała — nawet tej niewidocznej. Moja mała kuchareczka po każdej zabawie w gotowanie maszerowała do łazienki, zostawiając białe ślady stópek na podłodze. Koniecznie musiała wtedy wziąć kąpiel z pianą — „bo inaczej mąka nie zejdzie i ciasteczkowy potwór mnie zje w nocy” — tłumaczyła z powagą. Ola lubiła się nią zajmować. Jej chłopcy byli żywiołowi, rozrabiali, a Nina działała na nich uspokajająco. Starszy o sześć lat Maciek i o ponad rok młodszy Jarek zaskakująco chętnie brali udział w jej zabawach. Śmiesznie wyglądało, gdy dyrygowała nimi jak mała generałowa. Nasze dzieci potrafiły się dogadać, tak samo, jak my z Olą. Ta świadomość dodała mi odwagi. Pomyślałam, że to odpowiedni moment, żeby wrócić do aktywności zawodowej. Nie chciałam, żeby lata nauki poszły na marne. Kosztowało mnie to wiele — każda złotówka na czesne była okupiona ciężką pracą. Kochałam Adama i marzyłam o dzieciach, ale potrzebowałam też niezależności. Bieda, której zasmakowałam w młodości, nauczyła mnie, że poczucie bezpieczeństwa to także własne pieniądze. Teraz był ten czas. Chciałam w końcu realizować się także jako kobieta pracująca. Niestety mój mąż był innego zdania.

— Nie ma mowy! Żona powinna zajmować się domem i dziećmi!

— W jakiej ty epoce żyjesz? — miałam wrażenie, że rozmawiałam z jaskiniowcem, kiedy to mężczyźni szli na polowanie, a kobiety czekały przy ogniu. — Ciągle narzekasz, że jesteś przemęczony, bo za dużo pracujesz. Wypominasz, że za dużo twoich pieniędzy wydaję, a ja chciałabym w końcu mieć swoje!

— A co będzie jak dziecko się rozchoruje? Ja nie będę brał wolnego w pracy! — nie ustępował.

— Olę poproszę, żeby zajęła się małą! — trzymałam się swojego.

— A domem, kto się zajmie?

— A co z nim nie tak? Wymaga jakiejś specjalnej opieki?

— Ktoś musi sprzątać, prać i gotować! Ja nie zamierzam tego robić! — jego ton wyraźnie się podniósł.

— No chyba sobie żartujesz! Dlaczego ja mam to całe życie robić?! Jestem twoją żoną czy służącą?! — już nie ukrywałam wściekłości. Chciałam czegoś więcej niż ciągłego usługiwania. Przecież nie po to zdawałam maturę i kończyłam studia, by zadowalać rozkapryszonego i chimerycznego mężczyznę. Nie wiedziałam, gdzie i w którym momencie zniknął jego urok, w którym się zakochałam. Szarmancki, wesoły i pełen werwy zamieniał się w coraz bardziej zrzędliwego, złośliwego i nieustępliwego samoluba. Czy zawsze taki był, a tylko byłam zaślepiona? Czy może to właśnie ja go zepsułam ciągłym ustępowaniem? Tak czy inaczej — miałam dość.

— Słuchaj, ja nie pytam się ciebie o to, czy mogę pracować, bo nie mam piętnastu lat, a ty nie jesteś moim rodzicem. Jestem dorosłą, wolną kobietą, która sama potrafi za siebie decydować i tylko informuję cię jako swojego męża o swoich planach, które w tej chwili skupiają się na znalezieniu pracy — starałam się tłumaczyć tak spokojnie, jak tylko potrafiłam.

— Kobietą to może i jesteś, ale czy wolną — to bym polemizował. Jestem twoim mężem i wymagam posłuszeństwa! — walnął pięścią w stół.

— Posłuchaj siebie! Co ty wygadujesz?! — nie wytrzymałam. — Jesteś moim mężem, a nie właścicielem! Nie będę się przed tobą kłaniać! Zdecydowałam i koniec! — wstałam od stołu i trzasnęłam drzwiami, wychodząc do sypialni. Położyłam się na łóżku i złapałam się za głowę. „Co on sobie uroił? Że mam być jego służką? Nigdy w życiu! A miało być tak pięknie. Gdzie się podział mój czuły mąż? A może nigdy taki nie był, tylko udawał?” — myśli krążyły po głowie jak szalone. Po chwili usłyszałam trzask drzwi. Wyjrzałam z sypialni. Adama nie było. Na stole leżała złożona kartka. „Jeżeli tak stawiasz sprawy, to ja też będę robił to, co mi się podoba. Zobaczymy, kto lepiej na tym wyjdzie. Idę i nie wiem, kiedy wrócę i czy w ogóle będę miał na to ochotę”. Nie wierzyłam w to, co widziałam. „No dzieciak! Rozwydrzony gówniarz, który strzelił focha, bo mama chciała raz coś zrobić po swojemu. Szkoda, że nie natupał wcześniej nogami! Ech…” — pomyślałam. Zgniotłam kartkę i wyrzuciłam ostentacyjnie do śmietnika. Choć nikt tego nie widział, poczułam się silniejsza.

Następnego dnia miałam rozmowę w jednym z kilku hoteli, do których złożyłam aplikację jako pomocnik menedżera i miałam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli. Nie zamierzałam dłużej deliberować nad rozkapryszonym Adamem — chciałam wreszcie wziąć się w garść i podążać za swoimi marzeniami. Nieco poddenerwowana położyłam się do łóżka, z trudem zasypiając. Już zaczęłam śnić koszmar — oczywiście z Adamem i jego zakazami w roli głównej — gdy obudził mnie telefon.

— Milenka, przepraszam, że tak późno dzwonię… Nie ma przypadkiem u was Zbyszka?

— Nie, nie ma. A co się stało? — zapytałam zaspana, zerkając jednym okiem na zegarek. Rzeczywiście było już po północy — niezbyt odpowiednia pora na rozmowy telefoniczne. Oczywiście przyjaciółce mogłam wybaczyć pobudkę, bo sama wiedziałam, że i ja mogłabym zadzwonić do niej o każdej porze, bez pretensji z jej strony.

— Przyjechał Adam, chwilę porozmawiali, a potem wyszli bez słowa. Myślałam, że może są u ciebie…

— Nie ma, ale nie denerwuj się, nic mu nie będzie. Pokłóciłam się z Adamem o pracę, wyszedł z domu i pewnie szukał wsparcia u Zbyszka, żeby się pożalić, jaka to niby jestem bez serca — próbowałam ją uspokoić. — Idź spać, pewnie wrócą do rana. Jutro się odezwę, teraz padam z nóg, wybacz.

— Oby było tak, jak mówisz. W takim razie dobranoc… i daj znać, jak ci poszło z pracą.

— Nie ma sprawy. Miłej nocki ci życzę — rozłączyłam się i wtuliłam głowę w poduszkę.

Ostatnią myślą, która przemknęła mi przez głowę, było: „Znów te dwa cymbały coś knują”. Potem już nie analizowałam nic więcej — skupiłam się na sobie.

Spałam zaskakująco spokojnie, jak na to, co się działo. Obudził mnie dopiero budzik nastawiony na punkt siódmą. Wstałam rześka i wypoczęta jak rzadko kiedy. „Chyba sprzyjają mi kłótnie na lepszy wypoczynek” — pomyślałam i uśmiechnęłam się do siebie. Adama oczywiście nie było. Nie zamierzałam się tym specjalnie przejmować. „Skoro postanowił robić, co chce — niech robi”. Zaprowadziłam małą do przedszkola, a sama udałam się na rozmowę w sprawie pracy. Przywitał mnie krępy, siwowłosy mężczyzna w wieku około pięćdziesięciu lat.

— Dzień dobry, proszę, niech pani siada — wskazał mi miejsce w swoim gabinecie. — Poszukujemy pracownika na stanowisko pomocnika menedżera w naszym nowo otwartym hotelu. Aktualnie oba obiekty prowadzi pani Gosia, którą później pani przedstawię. Niestety, obowiązków jest tyle, że przydałoby się ją odciążyć. Z dokumentów widzę, że ma pani odpowiednie kwalifikacje i doświadczenie stażowe, ale… — zawiesił głos, przeglądając papiery — … nie znalazłem informacji o ostatnim miejscu pracy.

— Rzeczywiście, ponieważ byłam na urlopie macierzyńskim. Moja córeczka ma cztery lata i właśnie zaczęła chodzić do przedszkola. Dlatego chętnie wracam na rynek pracy — odpowiedziałam nieco nieśmiało, ale z determinacją.

— A co się stanie, jeśli dziecko zachoruje? Kto się nim zajmie? — zapytał, zadając to typowe pytanie rekrutacyjne, na które byłam przygotowana.

— Mam męża i wspaniałą przyjaciółkę, którzy wspierają mnie w takich sytuacjach — odparłam pewnym głosem.

Mężczyzna podrapał się po głowie, pochrząkał i w końcu podjął decyzję:

— W porządku. Zatrudnię panią na trzymiesięczny okres próbny, a potem ocenimy, co dalej. Zgadza się pani?

— Oczywiście! — ucieszyłam się tak bardzo, że niemal podskoczyłam na krześle.

— W takim razie zapraszam w poniedziałek o ósmej rano — powiedział, wyciągając rękę. Uścisnęłam ją z entuzjazmem, z trudem kryjąc euforię. Wybiegłam z budynku, jak na skrzydłach — unosiła mnie radość. Po raz pierwszy od dawna ktoś dostrzegł mnie nie jako żonę czy matkę, ale jako wartościowego pracownika. Postanowiłam uczcić ten sukces — w końcu był dopiero piątek, a cały weekend należał do mnie. Natychmiast zadzwoniłam do Oli, by podzielić się wiadomością.

— A o chłopakach coś wiadomo? — zapytała Ola strapionym głosem. — Nie mogę się do Zbyszka dodzwonić.

— Serio? Znowu zaczynasz z tymi swoimi czarnymi myślami? — westchnęłam. — Daj spokój, w końcu wrócą. Muszą przecież zamanifestować swoje „męskie ego”, nie?

— Łatwo ci mówić… Ja się naprawdę martwię — mruknęła, przygryzając wargę.

— Dobra, wieczorem wpadam. Zrobimy kolację, odpalimy jakiś film… będzie dobrze — rzuciłam z entuzjazmem.

— Nie wiem… jakoś nie mam głowy do spokojnego siedzenia przed telewizorem.

— No to tańce i drinki! — zaśmiałam się. — Rozładujemy napięcie w inny sposób!

— A dzieci?

— Położymy spać i hulaj dusza — zdecydowałam. — Będę o siedemnastej. Buziaki! — rozłączyłam się szybko, zanim zdążyła zaprotestować. Miałam świadomość, że siedziała sama z dziećmi i przeżywała każdy brak wiadomości od Zbyszka. Nie mogłam jej zostawić z tym samej. Mój Adam też gdzieś się zawieruszył, a jakoś nie płakałam z tego powodu. W tym się różniłyśmy — ona wciąż zakochana jak nastolatka, a ja… wypalona. Jego „przepraszam” i „zmienię się” już dawno przestały robić na mnie wrażenie.

— Mam chyba wszystko! — zawołałam, wpadając do jej mieszkania z siatkami pełnymi zakupów. — Ja kupowałam, ty gotujesz!

— Nie wiem, czy mam ochotę jeść… — jęknęła spod koca.

— Oj, nie marudź! — podeszłam i wyciągnęłam ją na nogi. — Nie ma spania, nie ma doła! Zabawa czeka! Myślisz, że tylko faceci mogą się rozerwać?

— Muszę?

— Tak! Musisz! A wiesz dlaczego? A dlatego, że dzieci są głodne, ja jestem głodna i ty powinnaś też coś zjeść! Ale zaczniemy od nawodnienia się! — zaśmiałam się i już szperałam po torbie. — Proszę bardzo: napój ratunkowy. Blue Margarita. Pomoże na twoje smutki.

— Coś ty wzięła, że masz taki humor? Podziel się, chcę też! — uśmiechnęła się w końcu i podniosła szklankę.

— Pij szybciej, bo jak patrzę na tę twoją smętną minę, to zaraz sama się rozkleję — rzuciłam żartem i wręczyłam jej drinka. — Obierasz czy kroisz? Ty obieraj, ja kroję. I bez marudzenia! — zarządziłam z kuchenną werwą. Zrobiłyśmy szybki chłopski garnek. Dzieci zjadły, a potem pobawiły się jeszcze chwilę i bez problemu dały się ułożyć do snu. Gdy nadszedł nasz moment — godzina dwudziesta pierwsza, z drinkiem w dłoni i przytulone do kanapy — świat wydawał się choć przez chwilę prostszy.

— Jak myślisz, gdzie Zbyszek i Adam teraz są?

— O matko! Czy ty naprawdę nie potrafisz o niczym innym myśleć? — westchnęłam. Ola znów wróciła do swoich natrętnych zmartwień. Miałam ochotę jej powiedzieć, że pewnie są znowu w jakimś „hotelu” z panienkami, ale ugryzłam się w język. — Ciesz się chwilą, bądź tu i teraz! Jesteśmy najedzone, dzieci też, mamy dach nad głową, jest nawet pod nim ciepło i wiesz, czego nam jedynie brakuje do szczęścia?

— Pewnie zaraz się dowiem — odpowiedziała zrezygnowana.

— Muzyki! — włączyłam radio, gdzie leciała akurat jakaś lista przebojów. — Chodź! Potańczymy! — wyciągnęłam ją za rękę na środek pokoju.

— Tylko cicho, bo dzieci się obudzą!

— Jesteśmy cicho, tylko nasze ruchy są głośne! — roześmiałam się, a na twarzy mojej przyjaciółki wreszcie pojawił się szczery uśmiech. Wygłupiałyśmy się do utraty tchu, starając się robić to jak najciszej. Regularnie nawilżałyśmy gardła niebieskim napojem, który był dla nas niemal jak nektar bogów. Zabawa trwała w najlepsze, dopóki melodia nie zwolniła, a atmosfera stała się nieco smętniejsza. Tańczyłyśmy wtulone w siebie, gdy nagle Oli zaczęły płynąć łzy.

— Co się stało? — zapytałam zdziwiona, chociaż sama nie wiedziałam, czemu się dziwię, bo z jakiego innego powodu mogłaby płakać, jeśli nie przez Zbyszka.

— Myślisz, że on mnie jeszcze kocha?

Zacisnęłam usta. Najchętniej odpowiedziałabym szczerze, ale wiedziałam, że nie jest gotowa na prawdę.

— Ty znowu swoje… Nie myślę i nie wiem… Może po swojemu… — nie wiedziałam jak ją pocieszyć.

— Czemu on jest taki? Staram się, żeby miał wszystko, co chce, a on znowu gdzieś uciekł! — łzy zaczęły jej lecieć jak groch.

— Nie jest sam — strzeliłam.

— No właśnie… To wszystko przez ciebie i twoją głupią pracę! Tak byłby tu przy mnie i teraz do niego bym się przytulała! — zaczęła ryczeć jak bóbr w moje ramię.

— Tak, na pewno! Biedny i nieszczęśliwy Zbysiu, ściągnięty siłą na złą drogę! — palnęłam, co wywołało u Oli jeszcze większy potok łez.

— Dlaczego taka jesteś? Dlaczego tak mówisz? Przecież ja go kocham!

— Cicho, bo dzieci obudzisz! — starałam się ją nieco uspokoić.

— Tak, uciszasz mnie, bo ty mnie nie rozumiesz! Ja go tak bardzo kocham! Życia sobie bez niego nie wyobrażam! A co będzie, jak mnie zostawi i nie wróci? — nowa fala łez zalała mój lewy rękaw.

— Oj, wróci, wróci… gdzieby znalazł taką drugą głupią, co by chciała takiego cymbała! — zaczęłam być zła na siebie, że nie potrafiłam pohamować swoich myśli.

— To uważasz, że jestem głupia, bo go kocham? — spojrzała na mnie z żalem.

— Nie to miałam na myśli. Chodź, położymy cię, bo już pora, żebyś zasnęła! — starałam się ją ułożyć na kanapie.

— Ale ja nie chcę! — zaczęła protestować.

— A co chcesz? — starałam się ją podtrzymać, bo wyraźnie nie umiała już sama utrzymać się na nogach.

— Chcę, żeby Zbyszek wrócił, bo ja go tak bardzo kocham! — i nowy ryk. Już mi się suchość koszulki na ramieniu kończyła — była tak zmoczona łzami i wyciekiem z nosa.

— Dobra, chodź, położymy się razem, może wtedy poczujesz się lepiej — nie odlepiając się od siebie, walnęłyśmy się na kanapę. Wtulona we mnie, wciąż łkająca Ola w końcu zasnęła. A ja, głaszcząc ją po włosach, patrzyłam w sufit, modląc się w ciszy o coś, czego już nawet nie umiałam nazwać.

Obudził mnie pulsujący ból głowy, jakby ktoś uderzył mnie łopatą. Ramię miałam kompletnie zdrętwiałe. Ola wciąż spała wtulona we mnie, zaciśnięta jak bluszcz. Próbowałam delikatnie się wyswobodzić, nie chcąc jej zbudzić, ale nie było to łatwe. „To się zabawiłyśmy…” — przemknęło mi przez myśl, gdy w końcu udało mi się zsunąć z łóżka.

— Gdzie idziesz? — wymamrotała, ledwie otwierając oczy. Jej głos był zachrypnięty, rozmiękczony snem i alkoholem. — Nie zostawiaj mnie…

— Nie zostawię. Idę tylko do łazienki. Zaraz wrócę, obiecuję — pogłaskałam ją po głowie i delikatnie pocałowałam w czoło. W łazience napiłam się łapczywie wody z kranu i przeszukałam szafkę w poszukiwaniu czegokolwiek przeciwbólowego. Znalazłam dwie tabletki, połknęłam je, po czym z mokrym, zimnym okładem na czole wróciłam do pokoju. Znów się położyłam i przykryłam nas kocem.

— Jesteś? — wyszeptała, wtulając się we mnie jeszcze mocniej. Jej dłonie powędrowały do mojej szyi, a usta złożyły ciepły, nieco nieporadny pocałunek tuż pod uchem. Zamarłam.

— Ola… Wiesz, że ja nie jestem Zbyszek?

— Wiem. Ale ciebie też kocham — odpowiedziała cicho i pocałowała mnie w policzek. Otuliła mnie ramionami, jakby chciała zamknąć mnie w bezpiecznej klatce. I zasnęła. Leżałam nieruchomo, patrząc w sufit, z sercem bijącym jak oszalałe. „Też cię kocham…” — szepnęłam w przestrzeń, nie wiedząc, czy mówiłam do niej, czy do samej siebie. W tej jednej chwili zrozumiałam, że coś we mnie pękło — a może się uwolniło. Przez całe życie budowałam wokół siebie mur. Obiecywałam sobie, że nikogo już tak blisko nie dopuszczę. Że nie pozwolę się zranić. Tylko że Ola… była inna. Bliskość z nią nie bolała. Nie krzywdziła. Leczyła. Z Adamem byłam coraz bardziej obok — bez słów, bez spojrzeń, bez czułości. Czasem miałam wrażenie, że nawet nie zauważał, jak bardzo się oddalamy. A z Olą? Z nią wszystko było inne. Czułam się widziana. Słyszana. Potrzebna. Nie wiedziałam, co przyniesie jutro. Jednak tego wieczoru, tej nocy — zrozumiałam, że istnieje miłość czystsza niż ta, którą kiedykolwiek znałam. Miłość, która nie musi mieć imienia. Wystarczyła obecność. Tylko tyle — i aż tyle. Spałyśmy wtulone w siebie, oddychając jednym rytmem. I po raz pierwszy od bardzo dawna zasnęłam spokojna.

Wybudził mnie nagły ruch i odgłos kroków. Ola poderwała się gwałtownie z kanapy i niemal w panice pobiegła do łazienki. Po chwili usłyszałam znajome, bolesne dźwięki — szarpane wymioty, które wydzierały się z jej ciała, jakby próbowała wyrzucić z siebie nie tylko alkohol, ale i wszystko, co bolało ją od środka. W tej chwili nie była już dorosłą kobietą, tylko skrzywdzoną dziewczynką, która nie wiedziała, co zrobić z cierpieniem. Usiadłam wolno, masując skronie. Pulsowały, jakby ktoś uderzał mnie w głowę młotkiem. Lecz ból fizyczny był niczym w porównaniu z tym, co czułam w sercu. Wczorajsze emocje wciąż unosiły się w powietrzu — czułość, potrzeba bliskości, ten jeden pocałunek pełen zrozumienia i niemego „jestem”.

Zrobiłam śniadanie dzieciom, potem wstawiłam rosół — z cichą nadzieją, że może rozgrzeje i ciało, i duszę. Kiedy Ola wróciła, blada i roztrzęsiona, podałam jej kubek z ciepłym rumiankiem. Jej dłonie drżały.

— Lepiej ci? — zapytałam cicho, jak gdyby za głośne słowa mogły ją rozsypać.

— Nie wiem… Może trochę. Czuję, jakby moje wnętrzności zostały w muszli — wymamrotała, owijając się kocem jak zbroją przeciwko światu. Nie komentowałam. Usiadłam obok. Telewizor brzęczał w tle, ale żadna z nas nie zwracała na niego uwagi. Czas stanął w miejscu. Połyskiwały tylko krople deszczu na szybie — jakby niebo płakało razem z nami. Spojrzałam na nią. Spała z półotwartymi oczami, wciąż drżąc. Zrozumiałam, że ten kac to nie tylko efekt alkoholu. To ból bycia odrzuconą, niekochaną, niezauważoną. Taki ból, który odkłada się w ciele, w sercu i czasem wybucha — jak dzisiejszy poranek. Pomyślałam o Adamie. O jego chłodzie, lekceważeniu. O tym, jak bardzo był daleko, mimo że mieszkał ze mną pod jednym dachem. Nie tęskniłam. Nie martwiłam się. Przerażało mnie tylko to, że coraz mniej czułam. Jakby moje serce powoli pokrywało się lodem. Na szczęście obok mnie była Ola. Wciąż. I to jej obecność przynosiła ciepło. Jej ramiona, jej oddech, jej spojrzenie pełne emocji. Czasem jedno „jestem” znaczy więcej niż tysiąc obietnic.

Z kuchni dobiegał zapach gotującego się rosołu. Cichy, znajomy, kojący.

— Gotowy już ten rosół? — wyrwał mnie z zamyślenia głos Oli wychylającej się spod koca.

— A co, głodna się zrobiłaś?

— Tak ładnie pachnie, że mam ochotę, chociaż trochę się go napić. Może żołądek zacznie mi wreszcie normalnie pracować.

Zajrzałam do garnka. Wywar był klarowny, pachnący, pyrkał już wystarczająco długo.

— Dobra, zasiadamy! — zadecydowałam i nakryłam do stołu. Dzieci rzuciły się na jedzenie z takim apetytem, że rozmowy zupełnie ucichły. Tylko stukot łyżek o talerze rozbrzmiewał przy stole, jakby każdy z nas szukał ukojenia w gorącej zupie. Po obiedzie podałam maluchom czekoladowe ciasto i kakao, a one, rozleniwione i najedzone, rozłożyły się pomiędzy mną a Olą na kanapie. Puściłyśmy bajkę o smoku, ale nikt już jej za bardzo nie śledził. Każdy znalazł dla siebie wygodną pozycję i odpłynął — czy to w krótką drzemkę, czy w bezpieczne ciepło bliskości. Deszcz uderzał rytmicznie w okna. Niebo było stalowe, ciężkie. Miało się wrażenie, że dzień w ogóle się nie rozkręcił. Nie chciałam nigdzie wychodzić, nie miałam ochoty na świat zewnętrzny. Było dobrze tak, jak było.

W miarę upływu godzin czułyśmy się z Olą coraz lepiej. Ona nawet zebrała się na tyle w sobie, że przygotowała kolację.

— Zostaniesz dziś ze mną? — zapytała cicho, stawiając kanapki na stole.

— A mam zostać?

— Byłoby mi miło. Przynajmniej nie siedziałabym sama i nie nakręcała się tym wszystkim…

— Odzywał się? — spojrzałam na nią.

— Nie. A Adam?

W odpowiedzi tylko spojrzałam znacząco. Wiedziała.

Zjadłyśmy kolację z dziećmi, znów śmiejąc się i wygłupiając, jakby nic złego się nie działo. To była nasza forma terapii. Potem herbata, dwa seanse filmowe i dzieci, które w końcu padły bez kąpieli — pozwoliłyśmy im na ten luz, same też go potrzebowałyśmy.

— Idę do sypialni. Ta kanapa mnie dziś połamała — przeciągnęła się Ola. — Przyjdziesz?

— Do sypialni? Mam z tobą spać? — spojrzałam zaskoczona.

— No a co? Masz ochotę spać na podłodze? Tam jest duże łóżko. A do tego mam tam też telewizor — mrugnęła.

— No dobra. Ale najpierw prysznic, bo czuję się jak lepka galaretka.

— Idź, idź, ja ogarnę kuchnię i też się wykąpię. Czuję się jak żywa Margarita — roześmiała się.

— Ale dziś nie będziesz płakać?

— A płakałam?

— Jak bóbr! Cały rękaw miałam mokry.

— Nie wypominaj!

— Nie wypominam, tylko przypominam. Alkohol ci wychodził oczami!

— Przy tobie przynajmniej mogę się rozkleić, bez wstydu — powiedziała cicho.

— I właśnie za to cię lubię — rzuciłam i zniknęłam w łazience.

Kiedy wróciłam, dzieci spały, a ja wskoczyłam do łóżka i zaczęłam przeglądać filmowe propozycje. Ola dołączyła chwilę później, zimna jak lód.

— Zimno mi, zagrzej mnie! — wtuliła się we mnie z lodowatymi stopami.

— Byłaś w tej samej łazience co ja? — zaśmiałam się przez zęby, mocno ją obejmując i szczelnie przykrywając.

— Nie gadaj, tylko włącz grzanie — wyszeptała, wtulając się jeszcze mocniej.

Puściłam jakąś komedię, ale nie pamiętam nawet tytułu. Czułam jej oddech na szyi, jej rękę na moim brzuchu. Spokój. Ciepło. Pewność, że jesteśmy dla siebie. Że wszystko, co złe, zostało gdzieś na zewnątrz. Zasnęłyśmy razem. Niczym dwa misie, które wreszcie znalazły bezpieczną norę. Z hibernacji wybudziły nas o świcie głosy dzieci.

— O matko, ale mi się zasnęło… nawet nie wiem kiedy. A tobie? — przeciągnęłam się leniwie, czując jeszcze ciepło łóżka.

— A ja bym jeszcze pospała — mruknęła Ola, przewracając się na drugi bok.

— To śpij, a ja zrobię śniadanie! — zaproponowałam.

— No co ty, wstanę. Nie przeleżę kolejnego dnia, trzeba coś zrobić! — usiadła na łóżku i przeciągnęła się z ziewnięciem.

— Co chcesz robić, jak pogoda dalej pod psem? — spojrzałam przez okno na szarobury krajobraz.

— Może zbierzemy Ninę, Maćka i Jarka i pojedziemy do jakiejś bawialni? W końcu alkohol z nas już wyparował, możemy prowadzić — zaproponowała z entuzjazmem.

— No, zawsze to jakaś alternatywa dla siedzenia przed telewizorem — uśmiechnęłam się i zaczęłyśmy szykować dzieci. Już miałyśmy wychodzić, kiedy w drzwiach niespodziewanie pojawił się Zbyszek. W tej chwili wiedziałam, że z naszej wycieczki nic nie będzie. Jedno spojrzenie wystarczyło.

— Gdzie Adam? Nie ma go z tobą? — zapytałam, zaglądając za jego plecy.

— Odwiózł mnie i pojechał dalej.

— Jak to „dalej”? Dokąd? — zmarszczyłam brwi, zaskoczona.

— Chyba do domu. Nie spowiadał mi się przecież — rzucił oschle. Zacisnęłam zęby. Miałam ochotę mu coś ostrego powiedzieć, ale ugryzłam się w język. Pożegnałam się z Olą i chłopcami, wsiadłam z Niną do auta i odjechałam, rozmyślając nad tym, co zastanę. Powoli i z niepokojem przekroczyłam próg mieszkania. Z łazienki dobiegał szum wody — Adam się kąpał. Zaparzyłam sobie herbatę. Znalazłam w kuchennej szufladzie jakąś krzyżówkę i zaczęłam ją rozwiązywać, udając, że jestem zajęta, choć tak naprawdę czekałam na konfrontację. Na cokolwiek. Po chwili wyszedł. W spodniach dresowych, boso. Bez słowa podszedł do lodówki i nalał sobie soku.

— Gdzie byłeś? — zapytałam spokojnie, nie odrywając wzroku od gazetki.

— W pracy — odparł i wypił duszkiem.

— W jakiej pracy? — ciągnęłam, nieco zbyt spokojnie.

— Nie interesuj się — rzucił, odstawiając szklankę.

Wyszedł do sypialni i zamknął za sobą drzwi. „I to by było na tyle” — pomyślałam i zajęłam się Niną. Do końca dnia już się nie pojawił.

Tej nocy spałam z córką, a rano, jak zwykle, nie było go. Wieczorem wrócił o normalnej porze, ale nie odezwał się ani słowem. Kara milczenia. Miałam jej dość. Po kilku dniach nie wytrzymałam.

— Długo jeszcze będziesz się do mnie nie odzywał? — zapytałam, gdy siedział na kanapie z gazetą.

— Tyle, ile trzeba — odpowiedział bez emocji.

— A może mi powiesz, o co ci tak naprawdę chodzi?

— Przecież wiesz.

— Nie, właśnie nie wiem. Ale jeśli o pracę, to…

— Jak tam w pracy? — przerwał mi.

— Dobrze. I nie zrezygnuję z niej — dodałam stanowczo.

— Jak chcesz — powiedział tylko, ale nadal nie spojrzał na mnie.

— Adam, odpuść trochę, proszę cię. Naprawdę nic złego się nie dzieje. Przecież powinniśmy się cieszyć — Ninka sobie świetnie radzi w przedszkolu, mamy więcej przestrzeni, ja wracam do ludzi… I będziemy mieć więcej pieniędzy. Tylko się cieszyć, a nie kłócić.

Usiadłam obok niego i pocałowałam w policzek.

— Pomyśl o tym — nie zareagował. Ani jednym słowem, ani gestem. Siedział w ciszy, wciąż zapatrzony w gazetę. Ale nie odepchnął mnie. Nie powiedział nic gorzkiego. Może to coś znaczyło. Może…

W nocy przyszedł do mnie, do łóżka.

— Śpisz? — spytał cicho, gładząc mnie po ramieniu.

— Mhm — mruknęłam, półprzytomna.

— Wiesz… masz rację. Nie powinniśmy się o to kłócić. Zachowałem się jak dupek. Przepraszam.

Zaczął mnie całować. Wiedziałam, czego chce. Nie miałam siły, ale nie chciałam znów kolejnej wojny.

— Masz gumkę?

— Co?

— Wiesz, o co pytam.

— Nie ufasz mi?

— Nie. Nie wiem, gdzie byłeś i co robiłeś. Nie chcę wiedzieć. Chcę tylko zabezpieczenia.

Nie protestował. W sekundę znalazł to, o co go prosiłam.

Kochaliśmy się tej nocy intensywnie. Ja — trochę z potrzeby czułości, on — z potrzeby kontroli? Nie wiem. Ale przez chwilę było mi dobrze. Przytuliłam się do niego. Poczułam ciepło jego torsu. Zapomniałam o wszystkim. To była jedna z nielicznych chwil, gdy znów poczułam się jego żoną. Jego ukochaną. Nie wrogiem. Nie przedmiotem. Zasnęłam w jego objęciach z naiwnością dziecka, które wierzy, że zło już minęło. Że będzie tylko lepiej. Jak w bajce — „żyli długo i szczęśliwie”. Ale przecież znałam zakończenia swoich bajek. Mydlana bańka zawsze pęka, a książę to tylko przebrany oprawca.

Rozdział V

Mijały dni, jeden podobny do drugiego, tygodnie, a potem miesiące. Jesień, zima, wiosna — codziennie ta sama rutyna. Co jakiś czas kłóciłam się i godziłam z Adamem. On co jakiś czas wyjeżdżał na delegację albo wpadał w cugi i pił przez kilka dni. Ja starałam się pogodzić macierzyństwo z pracą. Adam od momentu, gdy podniósł na mnie rękę, nie zrobił już niczego podobnego. Nadeszła w końcu Wielkanoc.

— Śmigus-dyngus! — oblał mnie potokiem zimnej wody. Prawie podskoczyłam z szoku. To ja planowałam wstać wcześniej, oblać Adama, zaskoczyć go, ale oczywiście sen zwyciężył nade mną.

— Weź, musisz zawsze być pierwszy? — zerwałam się z łóżka, czując się jak poparzona. Chłodne prysznice o poranku zdecydowanie nie były dla mnie dobrym pomysłem na zabawę.

— Chciałabyś! — Adam żartobliwie pokazał mi język.

— Poczekaj, zaraz ci pokażę! — wbiegłam do kuchni, chwyciłam miskę, napełniłam ją wodą i wylałam na niego. Niestety, nie udało mi się precyzyjnie trafić i tylko część ramienia była mokra. Adam nie mógł tego puścić płazem. I tak zaczęła się zabawa — biegaliśmy po domu, mocząc się nawzajem, a Nina ganiała za nami, popiskując radośnie.

— A teraz sprzątaj! — wykrzyknęłam, zdyszana, a Adam, zmęczony po tej wodnej wojnie, tylko westchnął.

— Sama sprzątaj! — rzucił osłabiony i zaczął się śmiać.

— Ty zacząłeś! — nie ustępowałam.

— A ty skończyłaś! — odpowiedział z przekąsem.

Pomimo przekomarzania się, uporządkowaliśmy bałagan razem. Po wszystkim spakowaliśmy się i wyruszyliśmy do Oli i Zbyszka. Oczywiście, spotkanie rozpoczęło się od przywitania nas na podwórzu szlauchem z wodą. Zmoczeni do suchej nitki weszliśmy do domu. Po wysuszeniu się zasiedliśmy do suto nakrytego stołu — w końcu były święta, więc brzuchy nie mogły być puste. Za oknem wiosna budziła się do życia, a w powietrzu unosiła się świeżość.

— Powiedziałeś już swojej pani? — nagle zapytał Zbyszek, przerywając moje rozmyślania.

— O czym? — zapytałam, niepewna, do czego zmierza.

— Szef chce nas wysłać do Holandii na szkolenie. Dwa tygodnie. — Adam odpowiedział krótko, nie zwracając uwagi na moją reakcję.

— I co, znowu? Dwa tygodnie? — poczułam, jak mój humor się pogarsza. Samotność i niepewność, których nie znosiłam, znów miały nadejść.

— Nie wszyscy są tacy uzdolnieni jak my! — Zbyszek wyprostował się, dumny ze swojego „wyczynu”.

— Kiedy? — tylko ta informacja mnie interesowała.

— W czwartek — odpowiedział Adam, nie odrywając wzroku od talerza.

Nie protestowałam, bo i tak nie miało to większego znaczenia. Starałam się schować swoje emocje i po prostu udawać, że się cieszę. Adam rzucił jeszcze jakieś komentarze, które nie miały dla mnie większego sensu. Nie odpowiedziałam, bo nie chciałam marnować czasu na dyskusje, które i tak niczego nie wnosiły.

Moja przyjaźń z Olą była dla mnie wsparciem w codziennej rzeczywistości. Byłyśmy sobie nawzajem oparciem, a mężczyźni zdawali się być jedynie cieniami w naszym życiu.

— Mamusiu… boli mnie główka… — cichy, słaby głos Niny wyrwał mnie ze snu jak alarm.

— Chodź do mnie, pokaż się! — dotknęłam jej czoła, które parzyło jak rozżarzony kamień. Termometr pokazał prawie czterdzieści stopni. — Och, skarbie, dziś nigdzie nie idziemy. Zostajemy w łóżku. — podałam jej syrop na gorączkę i kaszel, po czym otuliłam kocem. Wtuliła się we mnie, skulona jak pisklak.

— Mamusiu, muszę iść do przedszkola?

— Oczywiście, że nie. Śpij, ja jestem przy tobie.

— Co jest małej? — Adam zamruczał przez sen.

— Jest rozpalona. Może to po wczorajszej zabawie w wodzie. Pogoda jest jeszcze zdradliwa…

— Serio? Przyprowadziłaś ją tutaj, żeby mnie zarazić?! — syknął, zrywając się z łóżka jak oparzony. Już po chwili zamknął się w salonie.

Zacisnęłam zęby. Przykro mi się zrobiło. Przecież dziecko nie wybierało sobie choroby.

— Tatuś jest zły na mnie? — Nina spojrzała na mnie z niepokojem.

— Nie, kochanie. On się tylko boi wirusów, bo ma ważny wyjazd. Nie martw się, mama się tobą zajmie. Nie zostawię cię ani na minutkę. Musiałam iść do pracy, ale nie miałam złudzeń — Adam nie pomoże. Oli też nie chciałam obarczać, nie w takim stanie Niny. Mój staż pracy był zbyt długi, a hotel pękał w szwach. Nawet krótka nieobecność działała przeciwko mnie. A ja… ja byłam w kropce. „Cholera jasna”. Zebrałam się w końcu na odwagę i zadzwoniłam do szefa.

— Dzień dobry, panie Marku. Niestety, nie dam rady dzisiaj przyjść. Moja córka ma wysoką gorączkę. Muszę zabrać ją do lekarza. Jest mi przykro.

— Oczywiście… to jest jednodniowa sytuacja? — jego głos zabrzmiał chłodno.

— Nie wiem. Wszystko okaże się po wizycie u lekarza.

— Pani Mileno… wie pani, jaki mamy trudny okres. — Jego głos stwardniał. — Brakuje ludzi. Tłumaczenie, że dziecko chore, niczego nie zmienia.

— Moja córka ma prawie czterdzieści stopni gorączki — mówiłam powoli, spokojnie, ale z lodem w głosie. — Nie zostawię jej, żeby podawać ręczniki gościom w hotelu.

— Uzgadnialiśmy, że może pani liczyć na pomoc męża i przyjaciółki.

— Niestety, nie mogą mi pomóc. Odezwę się, jak będę miała więcej informacji. Do widzenia.

Rozłączyłam się i poczułam, jakby cały ciężar osiadł mi na barkach. Dotknęłam Niny. Wciąż była gorąca. Ubrałam ją ostrożnie i zawiozłam do pediatry. Antybiotyk. Gorączka. Marudzenie. Przytulanie. Ciche „mamusiu, boli…”.

Adam, choć miał jeszcze dwa dni do wyjazdu, postanowił „nie ryzykować”. Przeniósł się do Oli i Zbyszka. Nie, żeby im coś pomóc — tylko żeby nie mieć z nami kontaktu.

— Naprawdę musiałeś to zrobić? — zapytałam przez telefon, z trudem hamując złość.

— Wiesz, jakie to ważne. Czemu jesteś taka egoistyczna?! — zamknęłam oczy. Wdech. Wydech.

— Egoistyczna? To ja opiekuję się chorym dzieckiem, ryzykując pracę. A ty siedzisz beztrosko u znajomych. I to ja jestem egoistką?!

— No i dobrze by było, jakby cię zwolnili. Od początku byłem przeciwny tej pracy!

— Więc o to chodzi. Że wreszcie mam coś swojego. Że nie jestem już tylko twoją służącą!

— Ta rozmowa nie ma sensu. Do widzenia! — rozłączył się.

Stałam w ciszy, z telefonem w dłoni. Złość buzowała pod skórą. Spojrzałam na Ninę — spała niespokojnie, z różowymi policzkami. Pocałowałam ją w czoło. „Co za świnia…” — pomyślałam. — „I to ja jestem egoistyczna, bo wymagam od niego choćby odrobiny odpowiedzialności”. Po kilku minutach usiadłam z przebudzoną Niną na kanapie i otuliłam nas szczelnie kocem. Włączyłam jej ulubioną bajkę, ale co chwilę zsuwała wzrok z ekranu, by przytulić się mocniej. Kaszel rwał ją, jakby od środka, a gorączka wróciła z nową siłą. Próbowałam wszystkiego — herbatka z miodem, chłodne okłady, syrop… bez skutku. Mała nie chciała jeść, piła tylko po dwa, trzy łyczki i szeptała: „Mamusiu, zostań przy mnie…”. Zostałam. Całą noc. Z nią na rękach, kołysząc, śpiewając cicho, tuląc, przysypiałam od czasu do czasu. Każdy jej jęk wbijał się we mnie jak igła. Kiedy nad ranem zasnęła, choć na chwilę, ja też opadłam ze zmęczenia. I wtedy zadzwonił telefon.

— Dzień dobry, pani Mileno, czy zaszczyci nas pani dziś swoją obecnością? — usłyszałam chłodny głos szefa.

— Przykro mi, ale nie mogę. Nina jest bardzo chora, nie mogę jej zostawić… — głos mi się łamał, ale próbowałam brzmieć rzeczowo.

— Oczywiście, wie pani, że zostaną wyciągnięte konsekwencje? — zamknęłam oczy. „Konsekwencje”. Jakby ktoś karał mnie za to, że jestem matką.

— Tak, zdaję sobie sprawę — odparłam cicho. — Ale nie zostawię dziecka.

Nie odpowiedział. Tylko się rozłączył. A ja z trudem powstrzymałam się od krzyku. Złość, bezradność, zmęczenie — wszystko mieszało się we mnie jak wirująca burza. Przytuliłam Ninę mocniej. Była rozpalona, świszcząco oddychała. Kolejne leki nie działały. Kiedy termometr wskazał 40,9, nie czekałam ani minuty — zabrałam ją do szpitala. Dwugodzinne czekanie na izbie przyjęć, płacz, stres. Diagnoza — ostre zapalenie oskrzeli. Skierowanie na oddział.

Zadzwoniłam do Adama. Raz. Drugi. Trzeci. Nic. Milczenie. Wybrałam numer Oli. Odebrała od razu.

— Milenka, co się dzieje?

— Jestem w szpitalu. Z Niną. Ma zapalenie oskrzeli, gorączka szaleje, a Adam… on… nawet nie odbiera. Chciałam go poprosić, żeby został. Żeby chociaż przez chwilę… — nie dokończyłam. — głos mi się łamał, ale próbowałam brzmieć rzeczowo.

— Przykro mi… Wyszedł ze Zbyszkiem na piwo. Przekażę mu, że dzwoniłaś jak wróci.

— Dzięki, ale… wiesz, to już chyba nie ma znaczenia — łzy ciekły mi po policzkach, cicho, niepowstrzymanie.

Nie przyszedł. Nie zadzwonił. Nie był. Nawet nie zapytał. Gdy Ola zadzwoniła następnego dnia, z duszą na ramieniu zapytałam:

— Był? Powiedziałaś mu?

— Tak, ale tylko wzruszył ramionami. I pojechali rano. Bez słowa.

Zamknęłam oczy. I już nic nie powiedziałam. Nie miałam siły, a musiałam ją znaleźć dla Niny. Przez cały tydzień spałam przy niej, karmiąc się zimną kawą i cichą nadzieją, że wyzdrowieje. Że nie zostanę z tym wszystkim sama. Lecz byłam. Sama. Przerażająco sama. Dopiero po tygodniu, kiedy stan się poprawił, wróciłyśmy do domu. Zrobiłam sobie kąpiel, położyłam się z Niną i wtuliłam w nią jak w jedyne, co jeszcze było prawdziwe. Usnęłam od razu, z głową pełną pustki.

— Mamusiu, pobudka! Zrobiłam ci śniadanko! — otworzyłam oko i zobaczyłam moją córeczkę stojącą z dumą przy łóżku. Na talerzyku trzymała kanapkę z masłem i żółtym serem. Zrobiło mi się ciepło na sercu. Może dlatego, że wracała do zdrowia, a może przez jej dziecięcą troskę i samodzielność. A może przez jedno i drugie.

— Dziękuję, skarbie! — ucałowałam ją mocno i zjadłam to, co podała mi z tak wielką radością. To był jej pierwszy samodzielnie przygotowany posiłek. Najważniejszy na świecie. Później bawiłyśmy się lalkami, zrobiłyśmy pranie, ugotowałyśmy wspólnie obiad. Cieszyłam się, że gorączka już minęła, a ona powoli wracała do siebie. Choć wciąż brała antybiotyk i kaszlała, było to niczym w porównaniu do tego, jaką walkę stoczyłyśmy jeszcze kilka dni temu. Wieczorem wykąpałyśmy się, poczytałam jej nową książeczkę, a potem przytuliłyśmy się pod kołdrą i zasnęłyśmy razem. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czułam ulgę, że nie muszę czuwać, że ten najgorszy lęk odszedł. Jednak gdzieś w tle wciąż czaiła się myśl, która przeszywała mnie zimnym dreszczem: co by było, gdybym ją straciła? Nie mogłam nawet sobie tego wyobrazić. Była moim największym życiowym osiągnięciem. Całym światem. A Adam… Od chwili wyjazdu nie zadzwonił ani razu. Nie zapytał jak się czuje jego córka. Nie zapytał jak ja się trzymam. Jakbyśmy przestały dla niego istnieć. Czułam gniew. Złość na to, że nie potrafił zainteresować się tymi, którzy najbardziej go kochali. Może po prostu miał inne potrzeby. Inne priorytety. I najwyraźniej nie byłyśmy już ich częścią. Jedyną osobą, która naprawdę się nami interesowała, była Ola. Dzwoniła codziennie, pytała z troską o Ninkę, o mnie. Chciała nas odwiedzić, ale prosiłam ją, by jeszcze poczekała. Bałam się, że chłopcy mogliby się zarazić. Nie darowałabym sobie, gdyby przeszli przez to samo. Nie widziałyśmy się prawie dwa tygodnie, a ja zaczęłam tęsknić za nią tak jak człowiek tęskni za spokojem. Jej głos w słuchawce był jedynym stałym punktem mojego dnia. Czułam jak bardzo jest mi bliska. I jak bardzo jej potrzebuję.

— Cześć, co u was słychać? — zadzwoniła któregoś kolejnego dnia Ola.

— Nic szczególnego. Ja sprzątam, Nina maluje obrazek. A u ciebie?

— No właśnie… dzwonił do mnie Zbyszek — zaczęła niepewnie.

— Tak? I co tam u nich? Bo Adam nawet nie raczy zadzwonić. Przysłał tylko jedną wiadomość, że niby tęskni — rzuciłam z przekąsem.

— No właśnie… — zawahała się.

— Ola, co się dzieje? Mów wreszcie.

— Ich pobyt się przedłuży — wyrzuciła w końcu z siebie.

Zamarłam. Wcale nie chciało mi się denerwować. Poczułam tylko potrzebę, żeby ją zobaczyć. Od razu.

— Możesz do mnie przyjechać?

— Teraz? — zapytała zaskoczona.

— Nie, na weekend. Siedzimy tu same jak na odludziu. Potrzebuję cię. Wypijemy coś, pogadamy. Nina prawie zdrowa, po niedzieli pójdzie już chyba do przedszkola — próbowałam nie zabrzmieć zbyt błagalnie.

— No dobra, ale bez wielkich ekscesów. Co mam przywieźć?

Podałam jej listę zakupów i z niecierpliwością czekałam. Przynajmniej na nią zawsze mogłam liczyć. Zrobiłyśmy sobie maraton z jej ukochanymi horrorami. Nie przepadałam za tym gatunkiem, ale czego się nie robi dla przyjaźni. Sączyłyśmy wino, komentowałyśmy kolejne sceny. Śmiech mieszał się z grozą, aż w końcu zmęczone zasnęłyśmy na kanapie.

Kolejny dzień był równie ciepły i lekki — do czasu, aż Ola przesadziła z winem.

— Ale ty wiesz, że ja kocham Zbyszka? — zaczęła swoją śpiewkę z rozklejonym językiem.

— Wiem — westchnęłam.

— Ja naprawdę go kocham… Czemu on ode mnie ucieka? — zalała się łzami. — Przecież ma wszystko! Czego mu jeszcze trzeba? — wpadła mi na szyję, zawodząc coraz głośniej.

— Nie wiem, Ola. Ale wiem, że właśnie przekroczyłaś dopuszczalny poziom alkoholu. Czas spać!

— Ale ty mnie nie zostawisz, prawda?

— Nie, nie zostawię. Połóż się już — próbowałam delikatnie rozplątać jej ręce z mojej szyi.

— To połóż się ze mną. Sama nie zasnę — łzy wciąż leciały ciurkiem.

— Dobrze, tylko sprawdzę dzieci i pogaszę światła.

— Obiecujesz?

— Obiecuję. Leż.

Zostawiłam ją w łóżku i zrobiłam szybki obchód po domu. Gdy wróciłam, wciąż siedziała na łóżku, zalana łzami. Ułożyłam ją ostrożnie, tuliłam, głaskałam po plecach. Wiedziałam, że kiedy pije za dużo, zawsze kończy się na płaczu z tęsknoty. To był nasz niewypowiedziany rytuał. Wtuliła się we mnie jak dziecko i zasnęła w końcu spokojna. Nie ruszałam się. Znałam ten dotyk, ten stan. Sama nie raz potrzebowałam czułości — choćby od niej. Nawet z kacem lubiłam te nasze wspólne wieczory. Nasze nocowania były jak plaster na duszę. Rozumiałyśmy się bez słów. Mogłyśmy się sobie zwierzyć z rzeczy, których nikt inny by nie zrozumiał. Każda z nas wiedziała, kiedy druga pęka od środka, nawet jeśli nie powiedziała ani słowa. I kiedy była przy mnie — naprawdę przy mnie — czułam ulgę. Jakby ktoś wreszcie zdjął mi z ramion ciężar, który dźwigałam w samotności. Dziękowałam losowi za Olę. Czułam, że została mi zesłana w chwili, kiedy najbardziej jej potrzebowałam. I choć wiedziałam, że mogłabym żyć bez niej, to nie chciałam. Nie umiałam już sobie tego wyobrazić. Była kimś więcej niż przyjaciółką. Była moim światłem, kiedy gasło wszystko inne.

— Co tam masz? — zapytała Ola, kiedy rano, przy kawie, otworzyłam pocztę z poprzedniego dnia.

— Nie mam pojęcia, ale chyba wypowiedzenie z pracy. No to Adaś pewnie się ucieszy… — mruknęłam bardziej do siebie niż do niej.

— Przykro mi… — odpowiedziała z troską. — Ale nie przejmuj się. Znajdziesz coś innego, zobaczysz.

— Nie wiem, czy mam jeszcze siłę zaczynać wszystko od nowa. Może to jeszcze nie czas. Może Nina jest za mała… — westchnęłam, głaszcząc filiżankę dłonią, jakby miała mi dać odpowiedź.

— Ale to już niedługo, rok… — próbowała mnie pocieszyć. — Zobaczysz, wszystko się jeszcze ułoży.

— Może za rok, może za dwa… — uśmiechnęłam się blado i napiłam się gorącej kawy. — Trudno. Przeżyję. Teraz i tak najważniejsze jest dziecko.

Ola skinęła tylko głową i jakby, nie chcąc dłużej rozgrzebywać bolesnych spraw, przeszłyśmy do innego tematu.

Wieczorem, gdy wróciła do siebie, a dom znów stał się pusty i cichy, wzięłam do ręki notes i próbowałam stworzyć nowy plan. Nowe życie. Może nie od razu, może nie jutro, ale przecież coś musiało się zmienić. Zasnęłam z długopisem w ręku, z głową pełną niepewności, ale też z cichym przekonaniem, że może… po prostu tak miało być.

— Chłopaki wrócili! — z entuzjazmem zadzwoniła do mnie kilka dni później.

— To, czemu Adam nie przyjechał do domu? — byłam nieco zaskoczona.

— Przyjechali nieco wstawieni i siedzieli jeszcze przy barku z alkoholem. Przeżywali, że takim trudnym zadaniem firma ich obarczyła, mieli podobno mnóstwo stresu i teraz muszą odreagować — opowiadała.

— Jak zwykle. A nie może po prostu zadzwonić i powiedzieć, że wróci jutro?

— Nie wiem, Milenka, nie tłumaczę ich. Pościelę Adamowi w pokoju gościnnym. Pewnie jutro będzie w lepszym stanie.

— Dzięki za informację. Trzymaj się — rozłączyłam się z poczuciem rozczarowania. Znowu byłam ostatnia, która się czegoś dowiaduje i znów od kogoś innego. Dopiero kolejnego dnia późnym popołudniem zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego wciąż nie wraca. Zadzwoniłam do Oli.

— Nie ma go jeszcze? Przecież wyszedł jakąś godzinę temu…

W tym samym czasie otworzyły się drzwi i wtoczył się mój mąż. Przerwałam rozmowę telefoniczną i podeszłam do niego.

— Jesteś pijany! — czuć było od niego z daleka alkohol.

— To tak witasz męża po trzech tygodniach? Proszę bardzo — podał mi bukiet róż, które wyraźnie były po jakichś przejściach.

— Myślisz, że to załatwi sprawę? — machnęłam nim przed jego twarzą, a kilka płatków posypało się na podłogę.

— O co ci chodzi? — patrzył zdziwiony.

— Z kim przyjechałeś? — otworzyłam drzwi i rozejrzałam się na zewnątrz.

— Sam jestem, z kim miałem przyjechać? — próbował nieudolnie ściągnąć buty.

— Chcesz mi powiedzieć, że w takim stanie prowadziłeś auto? — czułam jak rośnie mi ciśnienie.

— Daj spokój, jestem zmęczony — odepchnął mnie i chwiejnym krokiem poszedł do sypialni. Wiedziałam, że nie ma sensu więcej z nim dyskutować, dopóki nie wytrzeźwieje. Postanowiłam tak samo ignorancko zachowywać się jak on. Następnego dnia wcześnie rano odpaliłam sokowirówkę, mikser, pralkę, odkurzacz. Wszystko naraz.

— Co się tak tłuczesz?! — wyszedł zaspany i obolały. — Głowa mi pęka!

— O co ci chodzi? No przecież zajmuję się domem, tak jak sobie życzyłeś! — odparłam oburzona.

— To o tej porze? — nalał sobie wodę do szklanki.

— A coś nie tak z czasem? Cisza nocna minęła! — odparowałam.

— Gdzie w tym domu jest jakaś cholerna tabletka przeciwbólowa?! — zaczął nerwowo przeszukiwać apteczkę wiszącą w kuchni.

— Prawdopodobnie tego typu lek znajdziesz w najbliższej aptece, ale w barku został nam jeszcze jakiś alkohol, może to ci pomoże. Podać ci? — mój ton był nieco ironiczny.

— Nie bądź zgryźliwa!

— Ja? Zgryźliwa? Nigdy w życiu, kochanie, po prostu chcę cię wyleczyć z twoich dolegliwości. Klin klinem! — nie ustępowałam, ale Adam nie ciągnął już tej rozmowy. Napił się wody i wrócił do łóżka. „Dobrze mu tak!” — uśmiechnęłam się nieco złośliwie sama do siebie, po czym ubrałam Ninkę i wyszłyśmy do przedszkola. Kiedy zostałam już sama, postanowiłam pospacerować po pobliskim parku. W powietrzu unosił się zapach wiosny, a szkoda mi było spędzać czas w czterech ścianach. Usiadłam na jednej z ulubionych ławek, by obserwować kaczki pływające w niewielkim stawie. Napawałam się świeżym powietrzem i chwytałam każdy promień złocistego słońca. Z zadumy wyrwał mnie dźwięk telefonu.

— Gdzie jesteś? — usłyszałam głos Adama.

— W parku, podziwiam naturę — odpowiedziałam, starając się brzmieć zrelaksowana.

— Sama? — padło kolejne pytanie.

— A niby z kim miałabym tu być? — poirytował mnie nieco. — Czego tak właściwie chcesz, po co dzwonisz?

— Chciałem tylko wiedzieć, gdzie i z kim się szlajasz! — jego bezczelność sięgała zenitu. — Kiedy wrócisz?

— Wrócę jak mi się zachce. Na razie! — rozłączyłam się. Najpierw przez trzy tygodnie nie wiadomo gdzie się włóczył i nie odzywał, a później nagle zainteresował się, gdzie jestem. I jeszcze takie insynuacje wysuwał. Odebrał mi całą radość z wyprawy, więc postanowiłam ją zakończyć. W drodze powrotnej zrobiłam zakupy i z ułożonym w głowie planem na resztę dnia weszłam do domu. Zaraz po zamknięciu drzwi poczułam siarczyste uderzenie w policzek, aż głowa mi się odbiła od ściany. Oniemiałam, bo akurat tego się nie spodziewałam.

— Gdzie byłaś i z kim?! — Adam dwoma rękami przycisnął mnie do drzwi.

— Przecież ci mówiłam, spacerowałam po parku — odpowiedziałam wystraszona, bo w jego oczach widziałam wściekłość.

— I ja niby mam w to uwierzyć?! — ściskał mnie coraz mocniej.

— Możesz myśleć, co chcesz, ale ja mówię ci prawdę! — tłumaczyłam się drżącym głosem.

— Masz mi mówić, kiedy wychodzisz i gdzie. Nie pozwolę z siebie robić głupka! — rzucił mnie o ścianę obok. — Masz mnie słuchać, zrozumiano?! — ryknął i wyszedł do salonu.

Z przerażeniem i trzęsącymi rękami podniosłam rozsypane zakupy z podłogi. Z kamienną twarzą, bez słowa, udałam się do kuchni i jak w letargu zajęłam się przygotowywaniem obiadu.

— Ja dzisiaj odbiorę dziecko z przedszkola, nie musisz nigdzie wychodzić! — przyszedł mnie po jakimś czasie poinformować.

— Dobrze. Jak chcesz — odpowiedziałam cicho, nie odrywając wzroku od obieranych marchewek. Każdy ruch noża był jak mechaniczne kliknięcie, jakby moje ciało wykonywało czynności za mnie. Policzek pulsował mi od środka, jak gdyby wciąż nosił odcisk jego dłoni. Nie miałam siły spojrzeć w lustro. Nie chciałam widzieć tej wersji siebie.

— Smacznego — rzucił, zasiadając do stołu. Milczałam.

— Jak było w przedszkolu? — zapytał Ninę tonem łagodnym, jakby nic się nie wydarzyło.

— Dobrze. Bawiłam się z Zosią i Anią w dom, a potem pani dała nam kolorowe papiery i wycinałyśmy motylki! — trajkotała wesoło. Nosiła jeszcze w sobie świat, w którym wszyscy są dobrzy.

— A dlaczego mamusia jest taka smutna? — spojrzała na mnie z niepokojem.

Adam przejął odpowiedź.

— Mama źle się czuje, skarbie. Jest trochę zmęczona.

— Kłóciliście się znowu? — zapytała dziecinnie wprost. Zamrugałam, jakby coś mnie ukłuło.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 49.78