E-book
31.5
drukowana A5
53.74
Moja droga życia XIV

Bezpłatny fragment - Moja droga życia XIV

Amalgamat róż


Objętość:
120 str.
ISBN:
978-83-8467-986-9
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 53.74

1. Dawid Motyka — Żałosne serce

Żałosne serce skazane na byt w ołowianym łonie,

Gasi własny blask w mroku, choć czasem jeszcze płonie.

Gęstą, purpurową krwią bezgłośnie obficie spływa,

W konwulsjach powoli umiera, by nagle znowu głos dobywać.


Żałosne serce przywdziewa kir i staje dziś w żałobie,

Samo, niczym widmo, unosi się we własnym grobie.

Mroczną, lepką melancholią biele kołnierzy plami,

Gdy czarne słowo, niczym sztylet, mierzy między nami.


Żałosne serce od wieków w milczeniu powoli umiera,

Próżno szukać w nim litości, gdy dumną maskę przybiera.

W pancerzu z gorzkich iluzji niezłomnie stoi na straży,

Choć pod osłoną nocy jadem brudzi i żywym ogniem parzy.


Ty, żałosne serducho, zrzuć ten ciężar skruchy,

Otwórz szerzej zaryglowane dotąd zmysły i uszy.

Zacznij chłonąć to ziemskie życie, łapczywie i skrycie,

Poczuj jego odwieczny rytm — otwarcie, na samym szczycie.


Ty, żałosne wcielenie niespełnionych marzeń,

Nie pozwól sobie zniknąć w otchłani marnych zdarzeń.

Nie błądź bez celu wzdłuż i wszerz po krawędzi cienia,

Unieś dumnie skronie i uwierz w moc własnego istnienia!

2. Dawid Motyka — [Cień i ostoja]

Znów cień wieczorny kładzie się na twarzy,

i serce milknie w tętniącym żalu.

Tak mało ciebie los mi zdołał zdarzyć,

w krainie tęsknot i w nocnym bezkresie.


Nie czułem ciebie, twych rąk i obecności,

gdy wzrok skruszony błądził w chłodnym niebie,

szukając w jasnej, księżycowej bieli

bladego cienia, co uciekł od siebie.


I szedłem drogą — wąską, lecz nabrzmiałą,

ulicą czystą, deszczem wygładzoną,

lecz tak złudną, śliską, niebywałą,

gdzie kroki w mroku bezradnie toną.


Szedłem popiołem zdradliwego morza,

co wielkie oczy otwiera nad nami.

I tuliłbym cię do czułego słowa,

gdybyśmy tylko nie byli wyspami.


Roznoszę zboże po dalekich ziemiach,

niechaj ten kwiat w nurt czuły popłynie.

Roznoszę sercem, trwaniem, tchnieniem ducha —

miłości moja, trwaj w swej drobinie.


Szedłem przez gwarne, tłumne aleje,

gdzie splątany bulwar ludzkie rzeki niesie.

Szedłem, by dotknąć twojego istnienia,

w tym obcym, głośnym, kamiennym lesie.


Lecz wiem już dzisiaj: nie jesteś z kamienia,

tyś mą ostoją, gdy wokół ułuda.

Tyś jest spokojem, źródłem natchnienia,

w którym zrodziły się myśli i cuda.


Jesteś paciorkiem w wielkim różańcu,

łączysz mój świat w jedną, świętą całość.

Tulam cię mocno do własnego serca,

by ocalić tę wielką nietrwałość.

3. Dawid Motyka — Czuję Ciebie

Czuję twój smak, słodki zapach maliny,

Widzę te góry z czasów naszej dzieciny.

Twe usta kochane są jak wątłe źdźbło,

Co pnie się do góry, by pokonać zło.


Słyszę twe serce i słowa wyniosłe,

Przynosisz mi radość i piękną wiosnę.

Widzę, jak kwitniesz w zielonym tym sadzie,

Gdy włosy twe lśnią w snującym się ładzie.


Znam twoje myśli i piękne maniery,

Wiem, jak mocno kochasz me słowa i litery.

I mkniesz pod niebiosa niczym wolny sokół,

Bo miłość swym kołem zatacza nas wokół.

4. Dawid Motyka — Oględziny

Badamy dzisiaj, kto tu odszedł — nie jak powiadasz: zdechł w tym dole,

Boś psem nie jest, lecz człowiekiem, co wielką niesie w świecie rolę.

Czujesz wciąż własny miech i tchnienie, choć wokół krąży gęsty cień…

Czy ktoś tu spadł z wysokości? Czy kości całe ma w ten dzień?


Badamy, kogo dziś wypadek i nagły pech dopadły w biegu,

Przez czyj to czyn i uderzenie świat się zaryglował na brzegu?

Świat zatrzaśnięty pośród łopat, co ziemię gryzą raz po raz…

Badamy pana, co w naturze po cichu odszedł, kiedy zgasł.


A przecież nosił wilczą skórę, mosiężną zbroję twardych dni,

Badamy, kto samotnie skonał i zamknął za życiem drzwi.

Kto uniósł wielki ciężar świata i spraw męskości trudny pion?

Czy ktoś tu upadł, czy siły słał na oślep, w ślepych istnień ton?

5. Dawid Motyka — Bądź zdrów

Tak bardzo kochałem ciebie,

Gdy w szkarłatnym szłaś niebie,

Mijając gwiazdy i zorze,

W miłosnym, różanym kolorze.


Tak bardzo mi Ciebie brakuje,

Gdy tęskność w sercu kiełkuje.

Pragnę wszystkiego, co płonie,

Co chwycić pragną me dłonie.


Tak bardzo mi Ciebie brak,

Gdzie dawny rumieniec i smak?

Twój oddech usta mi pali,

Niech chusta nas w tańcu ocali.


Skruszony szukam Cię wszędzie,

Niech wzrok Twój moim znów będzie.

Gdzie jesteś, ma Pani z gwiazd,

Co w sercu gościsz nie raz?

6. Dawid Motyka — Sodoma i gomora

Gdzież wyrosły w was te chwasty, skąd ten wstyd?

Skąd się wziął ten dziki szerszeń, mroczny byt?

Gdy wstecz wzrok rzuciliście w trwodze,

Sól już mknie po niebios drodze.


Gdzie urosło w was tak wielkie zapomnienie?

Skąd się wzięło to odwieczne już zgorszenie?

Gdzie Prometeusza mit w was żywy,

Gdy w gęstwinie czai się łuk zdradliwy?


Czemu na siłę brniecie do celu,

Gdy w białym śniegu tonie tak wielu?

Czemu ścieżkami zbłądzenia kroczycie,

Gdy w sercach pustkę i nicość żywicie?


Czemu gracie wciąż rolę trupa,

Skoro miłość jest tak krucha?

Czemu w sól się zamieniliście w tej chwili,

Gdy inni w złotym ulu słodko żyli?

7. Dawid Motyka — Afirmacja nieba

Ona mnie czuje, na wskroś mnie zna,

Kocha to wszystko, co we mnie gna.

W cichym czekaniu wypatruje miłości,

Gdy lilie się gną, a serce się tli w bliskości.


Ona spragniona jest wielkiego kochania,

Zna smak braterstwa i gorycz wygnania.

Czuje głęboko, że może być lżej,

Więc pragnie wolności i ufa nadziei swej.


Z wielkich zwycięstw jest w końcu znana,

Tętni w niej miłość, ta czysta, wybrana.

Zna siebie samą jak najczulszy gest,

Bo wszystko, co kocha, już w jej życiu jest.

8. Dawid Motyka — Amalgamat Róż

Jesteście wdzięcznym strumieniem utkanym z róż,

Wiernym, żarliwym westchnieniem pośród łanów zbóż.

Wy, pąki, co nas karmicie żywota nektarem,

Serca z odkupną miłością złączycie swym czarem.


Jesteście żywym tchnieniem, tęsknot aksamitem,

Wasz karmin tętni rozkoszy i zachwytu świtem.

Tulicie w senny niebyt tych, co wierzą święcie,

Świat cały waży losy w waszym kosmicznym odmęcie.


Do pełni szczęścia brakuje już tylko ambrozji,

Kto was pokocha, ten dotknie wieczności poezji.

Zasypiacie ziół zapachem pod nieba baldachimem,

Gdy poranek was wita swym perłowym dymem.


Jesteście, róże, płomiennych źrenic amalgamatem,

Czułym na dotyk, co włada nad całym tym światem.

Wasz pąk efemeryczny jednoczy serc skruszenie,

Wskazuje zagubionym duszom odkupienie.


Róże, wy gorejące w szkarłatnej krwi rzece,

Trwające dumnie na straży w jutrzenki opiece.

Dajecie rozkosz czystą swym ognistym lśnieniem,

Najwyższym ziemskim dobrem jest być waszym ukojeniem.

9. Dawid Motyka — Konfesyjny Brzask

Gdy świt nadchodzi i w sercu melancholia płacze,

Że twych źrenic w tym życiu już więcej nie zobaczę,

Kradnę wzrokiem błękit nieba niczym złodziej czasu,

By wykrzesać iskrę młodości z pamięci hałasu.


Moja dusza wciąż czuje twoje bratnie tchnienie,

Choć tylko wiara potrafi odgadnąć to drżenie,

Co w głębi piersi kołacze niczym dzwon w półmroku;

Wiem, że odeszłaś, lecz rozgrzeszenie tkwi w moim kroku.


Wielbię twe myśli z najgłębszym, cichym nabożeństwem,

Gdy czułość skrapla się nad naszym męczeństwem.

Uwielbiam splot twych włosów i wargi z koralu,

Do których dłonie me lgną w konfesyjnym żalu.


Lecz w krwawym brzasku, gdy wstaje jutrzenka szalona,

Tęsknota bezbrzeżna wyrywa się z mojego łona.

Budzę się w nimbie rozkoszy, co serce Twe mami,

I kroczę ku Tobie ponad ziemskimi światami.

10. Dawid Motyka — Toksyczna gęstwina

Odczułem twą kruchą nić w bezwzględnych roszadach,

Szukając mądrości w twych chłodnych arkanach i radach.

Nie kryłaś swych cierni, nie znałaś miłości pokory,

A ja, ślepy egzegeta, karmiłem wdzięcznością te spory.


Lecz ty nie rzeźbiłaś w mej duszy iskry natchnienia,

Wznosiłaś ołtarze dla własnego tylko egoizmu i marzenia.

Głosiłaś surowo, że nic nas w tym świecie nie spina,

A we mnie wciąż tliła się chora, toksyczna gęstwina.


Rzuciłaś: „Odejdź w niebyt!”, ja jednak zostałem,

Przed pustką i brakiem bliskości panicznym drżałem ciałem.

Ty zaś, zamiast uleczyć mnie z tego palącego głodu,

Skazałaś mój umysł na profanację czystego rozsądku i chłodu.


Więc trwam w tej klatce, gdzie miłość z nienawiścią się splata,

Gdy dłoń moja drżąca krawędzi twego cienia dotyka i plata.

„Odegnaj się, mącisz mój ład!” — syczysz jadem z wysoka,

A ja wiem, że i ciebie pochłonie ta otchłań głęboka.


Czy zdołam dorosnąć do praw, które dumnie mi każesz?

Czy zmażesz mnie z pamięci kart, czy w nicości zatrzesz?

Nim zejdę w czeluści bezbrzeżnego duszy zwątpienia,

Niechaj petryfikacja serc niczego już w nas nie zmienia.

11. Dawid Motyka — Polichromia Tęsknoty

Nie odchodź, bądź mi dzisiaj duszy paliatywem,

Ukojeniem tęsknoty, wspomnieniem cierpliwym.

Zostań, daruj swą bliskość w miłosnej szczodrości,

Wszak tyś tchnieniem spoiła me kruche, zliczone kości.


Nie porzucaj mnie, luba, tyś piękna inkarnacją,

Dla pędzla natchnieniem, dla zmysłów kolacji kreacją.

Gdy tkasz polichromie i barwą świat czujesz głęboko,

Pragnę przywdziać twój urok pod własną powłoką.


Nie odchodź, mój ty nimbie solarny, promieniu niezmierny,

Dziś jak wolumin prapamięci jesteś mi bezbrzeżnie wierny.

Rzeźbię słowa w tym liryku, bo łaknę cię szalenie,

Ponad miarę, mym sercem odgadnę twe milczące cienie.

12. Dawid Motyka — Dionizyjski eskapizm

Sączę nektar z żyta i chmielu gorycz chłonę,

Topię w lustrzanej bieli skrzydła słowika spalone.

Spijam trunki pomorskie, dumę tej krainy,

Sącząc wolno esencję każdej ziemskiej godziny.


Piję głębią swej jaźni, piję człowieczeństwem,

Mieszam alkohol z ratunkiem, z pędzla nabożeństwem.

Spijam resztki miłości, które los mi zostawił,

Bym nienasyconym życiem znowu się dławił.


Czy odnajdę iluminacji czuły most w oddali?

Czy mam trawić swą duszę w pragnienia tej fali?

Czy utkam na płótnie solarny bal uniesienia,

Gdy w malignie żalu szukam samouspokojenia?


Pragnę kochać bezbrzeżnie, wydatnie i dumnie,

Trwać przy tobie jak demiurg, nim złożą mnie w trumnie.

Łaknę czystego piękna i bliskości sakrum,

Gdy twój magnetyzm burzy mego życia simulacrum.

13. Dawid Motyka — Eksodus ku światłu

Dokonałem eksodusu z krainy twej wdzięczności,

Choć ty trwasz w transcendencji, ja czuję cię z bliskości.

Odszedłem, bo we mnie nowe zarzewie płonie,

Siła, co w cichej modlitwie złoży swe dłonie.


Opuściłem twój azyl, choć był mi ratunkiem,

Gdy mrok zwątpienia koiłem nocnym trunkiem.

Uciekłem od litości, co serce mi skraplała,

Gdy czarna melancholia mą duszę spowijała.


Lecz oto stoję żywy, z swym losem pogodzony,

Przepełniony czułością, dogłębnie zmieniony.

Wiem, ile mi dałaś w tym numinotycznym schronie,

Więc wielbię przeszłość świętą i twoje czułe dłonie.


Odszedłem w niepamięci bezbrzeżne otchłanie,

Choć w piersi pęka serce i milknie we mnie łkanie.

Pojąłem ogrom dobra, nim świeca się dopaliła,

Choć ty do końca chłodem ode mnie się grodziła.

14. Dawid Motyka — Martyrologia Chwały

Byłaś brzemiennym grzechem syna człowieczego,

Gdy parłaś ku zwycięstwu przez mrok ducha złego.

Nie znałaś odpoczynku w apokalipsy szańcach,

Gdy gasło ludzkie życie w śmierci krwawych tańcach.


To bitwa o swobodę, o honor i męstwo,

Choć podłość i sadyzm kalały zwycięstwo.

Gotowi na skon srodze za wiarę i ziemię,

Pytamy, czy ta blizna uleczy sług brzemię?


Potężne, mroczne siły sojusz tu zawarły,

Zleciały się renegaci, hieny na żer marły.

Lecz polska krew z popiołów niczym feniks wstała,

Bo w czujnej glorii chwały ku wolności rwała.

15. Dawid Motyka — Peregrynacja w marazmie

Wypatruję cię dumnie każdego poranka,

Gdy miłość ma płonie niczym jasna twardzianka.

Czekam, aż przerwiesz me trudne tułanie,

Gdy wokół wszystko niszczeje i kłamie.


Czekam na ciebie, mój ty dobry człowieku,

Bądź mi jedynym panaceum w tym wieku.

Czekam cierpliwie, bo taka twa wola,

Gdy gorzki kielich życia sączy nasza dola.


Wypatruję cię w ciszy, mój wierny druhu,

Mało jest takich czystych splotów i duchów.

Czekam na twój suwerenny głos, na słowa mądrości,

W nich tkwi potęga i azyl czułości.

16. Dawid Motyka — W sidłach olśnienia

Chcę cię pokochać tu i tam,

ja wiem, że czekasz, dobrze cię znam.

Chcę podać ci sekret skrywany na dnie,

czuję twe serce, gdy budzę się w śnie.

Chcę dodać miłości i skrzydeł do lotu,

olśnienia, wdzięczności i słodkich kłopotów.

Chcę dodać rozkoszy, zapomnieć o cieniu —

czy będziesz trwać przy mnie w tym zachwyceniu?

17. Dawid Motyka — Exodus

I ruszyli synowie Izraela ku własnej przystani,

W zręby nowego, bezpiecznego schronienia,

Mijając turnie, nurty i bezbrzeżne tonie,

Gdyż wyboista była ścieżka Pańskiego przeznaczenia.


Przez całe eony uciskiem i mrokiem karmieni,

Wyzuci z tchu, u kresu człowieczego żywotu,

Nie znali już smaku dawnej swej wielkości,

Choć w hartu pancerz zbroili się do odwrotu.


Izraelu, przez Mojżeszowe słowo wykuty z niewoli,

Oto otwiera się przed wami kraina obiecana,

Oto rodzi się ród wasz, wolny i niezłomny,

Kroczcie po chwałę, co w mojej wieczności jest zarania.

18. Dawid Motyka — Słowiczy Sen

Czy o błękitach mórz mógłbym milczeć w natchnieniu?

Czy u podnóża niebios dać upust wzruszeniu?

Tak bardzo wyczekiwałem twego gestu i czułego drżenia,

Byś miłością syciła puste dotąd przestrzenie istnienia.

Pragnąłem cię obdarować falami światłości,

Kwiatem zerwanym o świcie z toni wieczności —

Bo kocham cię czule, jak najskrytszy słowika sen.


Czy zdołam opisać świętość, co serce spowija?

Tę moc, która czas i ziemskie cienie omija?

Ulotne myśli i kruche słowa na brzeg cicho opadają,

Niczym piaszczysty chłód, co nowemu nurtowi początek dają.

Tak bardzo pragnę w pocałunku scalić nasze dłonie,

I w tej wszechpotężnej miłości na zawsze ulec zatraceniu.

19. Dawid Motyka — Hemoglobina świtu. Kantata dla Divy

I

Karminowe łono praprzyczyny zatacza swój krwisty, kolisty bieg,

płoń we mnie, płoń — synchronicznie z tym, com ustami wyrzekł.

Bądź mi suwerenną Monarchinią, żywą Apostrofą, Absolutu Divą,

niechaj palce przeznaczenia nie kładą się na nas pięścią mściwą.

II

Kędy wzrok rzucę — tam pleciony wianek wplata się w gęstwinę twych włosów,

wtedy lżej mi, gdy w ekstazie szukam oczyszczenia w lamentach twych rosów.

Kędy spojrzę na rubin ust twych, na to fosforyzujące, nieme lśnienie,

tam natychmiast w mojej piersi pęka i otwiera się najczulsze Zbawienie.

III

Jesteś hipnotycznym cherubinem, oniryczną miłością wyśnioną z mgły,

w sakramencie cierpliwości i trwania — ty teraz błagalną modlitwę zmów.

Niechaj pęcznieje i rośnie w nas to metafizyczne, wspólne wytrwanie,

gdyż przenika mnie na wskroś twoja obecność — kosmiczne, potężne kochanie.

IV

Gdy zatapiam spojrzenie w głębinach, w samym łonie twojego myślenia,

chce mnie rozszarpać, począć na nowo destrukcyjna siła zranienia.

Tyś jednak jest Teofanią, Boskim ideałem i nieskazitelną pieszczotliwością,

a ja — uwięziony w wieczności — trwałem bezkresny, porażony tą miłością.

20. Dawid Motyka — Ortalionowy szlak. Traktat w ciemni

I

Morska głębia kwintesencji ścieka po nas mroczną, gęstą lurą,

bądź przy tym słowie, Panie, gdy obrastamy monolityczną górą.

Niechaj napłynie pneumatyczna woń, anielska siła wytchnienia —

stój niewzruszenie pod stopami żyta, niech żadna dłoń cię nie zmienia.

II

Arystotelicznym gestem wtaczaj w głąb ciemni ten pierwotny głaz,

niechaj hermetyczna, pancerna zmowa poczuje twój paraliżujący spazm.

Niech oniryczne wyśnienie eksploduje potężną, złotą kryjącą górą,

gdy krew pulsuje palącą tęsknotą — ach, tą purpurową, gęstą słotą!

III

Rozepchnij wrota wygnania, nastaw gigantyczne, żelazne jarzmo drzwi,

niech przesiąknięte pruderii jadem serce mieni się jako wyblakły świt.

Niech zbiorowa histeria ciąży i dławi w tym sinym, bladym tchnieniu,

nie przeklinaj neurotycznych dłoni, wybacz im wszystko w oka mgnieniu.

IV

Złocisty cherubinie, zmartwychwstań otulony moją bezbrzeżną litością,

niech lustra twoich źrenic zapłoną pokorną, wieczystą wdzięcznością.

Niechaj pęcznieje heliocentryczne słońce w samych skroniach myślenia,

daj mi choć raz dotknąć wzrokiem tego pierwotnego ziarna ocalenia.

21. Dawid Motyka — Grzmot niechcenia

I

Grom ogłuszający uderza w bezdenne, ryczące czeluście,

płonie bezbrzeżna fauna w rytualnej, krwawej chuście.

Wznosi się surrealistyczny wiadukt zbędnego, skostniałego poroża,

podczas gdy rzeka posoki spływa obficie wprost do otwartego morza.

II

Oto bezludna wyspa uwalnia swój wiekowy, duszący pył,

to tutaj dogorywa sakralny mit — tu się zbył wiary i nadziei pył.

Wykiełkowało kosmiczne niechcenie, potężniejsze od fizycznego okaleczenia,

gdy ryk pioruna z impetem roztrzaskuje się o monolity srogiego kamienia.

III

Pęcznieje dzika winorośl, kipi destylowana esencja,

w bólach rodzi się duchowa marskość tego ludzkiego bydlęcia.

Te apokaliptyczne grzmoty trajkoczą natrętnie, huczą i złowrogo się mienią,

wymierzone prosto w próżnię, która została nadana głuchym istnieniom.

22. Dawid Motyka — Traktat o głodzie i złocie

I

Nie wszystko, co emanuje blaskiem, niesie w sobie esencję złota,

wszak najświętszym substytutem wieczności na ziemi jest dziatwy naszej istota.

Nie każda krypeta pęka pod naporem kry, którą minionego czasu łuk spycha,

gdy u podstaw egzystencji prymat wiedzie prozaiczna, pełna micha.

II

Nadrzędnym uniwersum nie jest mamona, o którą w katordze zabiegamy,

choć paradoksalnie w jej chłodnym cieniu wciąż w czułym uścisku trwamy.

Ona to sankcjonuje nasz doczesny spokój i karmi tchnienie diabelskiego ducha,

gdy braknie nam powściągliwości — ta rzekoma potęga staje się jakże krucha.

III

Największym wszak fatum jest wegetacja w hermetycznej samotności,

gdy istota ludzka destrukcyjnie blueprints bada własne skłonności.

Przez absencję bratnich dusz sączymy wyłącznie egzystencjalną gorycz,

wtedy to właśnie — w akcie ostatecznej rozpaczy — jedyna siła tkwi w: o, rycz!

23. Dawid Motyka — Gwieździsta fauna

I

Gwieździsto, srogo i dumnie manifestuje się na firmamencie apodyktyczny czas,

to w ten solarny, złoty urok, w ten pierwotny korzeń mistyczny wszedłem, wlazłem na raz.

Mam oto na stopach słone buty, ordynarną słomą przeplecione w kruchym źrebie,

podczas gdy ponury, bezwzględny chronos we mnie na zmianę rodzi się i drzemie.

II

Surowa istota hierarchii budzi w trzewiach niepojętą, metafizyczną więź,

gdy wyrafinowany poliglota chłonie potoki zdań — bezwładny niczym zdechła pięść.

Mrawo, niemal zwierzęco ocieram się o byt, będąc własnym głodnym sprzymierzeńcem,

w wiecznym pytaniu: czy kroczę na barykady z armatą, czy stoję tam jako niechciany jeniec?

III

Lśniąca brzytwa otwiera swój wrogi, rdzawy i bezlitosny gniew,

czuję, o jakże czuję, jak w głąb moich żył wtłacza się czystej złości wlew.

Choć oczy mam doszczętnie otarte z palących, gorzkich łez doczesnego istnienia,

rozprowadź w moich strukturach swoje potężne serce — prosto z głębi pragnienia.

24. Dawid Motyka — Kocham cię, ach kocham

Kocham cię, ach kocham, ma majestatyczna miłości,

Wielbię cię doniośle w twej pruderyjnej czułości.

Kocham cię sromotnie w bezmiarze ideału,

Gdy brnę ku twym stopom w samotności, pomału.


Kocham cię, ach kocham, wyniosłe moje marzenie,

Chłonę smak twego głodu, wzniosłe czując odkupienie.

Oto lśni archetyp twego prawego myślenia,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 53.74