E-book
31.5
drukowana A5
48.75
Moja droga życia XIII

Bezpłatny fragment - Moja droga życia XIII

W szkarłatnej macierzy


Objętość:
85 str.
ISBN:
978-83-8467-893-0
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 48.75

1. Dawid Motyka — Stary strych

Są na strychu miejsca, które można odwiedzić,

dotknąć dłonią.

Skryte przestrzenie, znieczulone na upływ czasu,

zasypane wspomnieniami i postrzępioną myślą

z minionych lat.


Tutaj wydobywają się z cienia zakorzenione czyny.

Owiane tajemnicą jestestwa,

napięte niczym gruba struna,

tworzą afirmację losu.


Odnajduję rzeczy cenne, wciąż jeszcze użyteczne,

ale też stosy chrustu — w sam raz, by rzucić je w ogień.


Przechodzę z jednego końca w drugi

niczym pustelnik, jak bezdomny szukający ocalenia,

by wygładzić poszarpany los.


Aż w końcu trafiam na starą sofę.

Na niej usiądę, by czytać własne wiersze

w ten jesienny czas.

2. Dawid Motyka — Odeszli

Umarli.

„Nie ma was już dzisiaj” — powtarzam,

gdy odchodzicie w tamte strony,

tknięci niewidzialnym światem.


W przypływie żalu, w pustce,

wiruje tylko niespokojny wiatr,

a powietrze nuci cichą pieśń.


Świeca wypala się powoli,

jak drwa w domowym kominku.

Znów szukam cię po kryjomu.

Gdzie jesteś?


Odnajduję cię w ciszy,

w samym środku tętniącego miasta.

Milczysz, a jednak słyszę ten głos,

jakbyśmy wciąż stali ramię w ramię,

połączeni pragnieniem miłości

i przynależności do istnienia.


Serce tyka miarowo,

niczym zegar na głuchej ścianie,

łaknąc dotyku, szukając szczęścia.

Życie nie kłamie: nie ma cię, nie ma was,

odeszliście.


Jednak pamięć nie gaśnie.

Płynie w nas wieczny prąd,

a światło nie potrzebuje zmierzchu.

3. Dawid Motyka — Ocaleni

Ocaleni, a jednak wtrąceni w lochy.

Nie strzegły was armaty ani wypalony proch,

lecz chłodna cisza zapomnienia.

Rzuceni na pastwę losu,

gdzie ludzki głos tracił sens w głuchym echu.


Ocaleni, rzuceni wprost w paszczę bestii.

Naznaczeni rozdarciem — na ciele i w duszy.

Wasza codzienność miała zapach krematorium,

duszna od gazu, osaczona przez bestialską pogardę.


Dziś, ocaleni, idziecie ku światłu.

Ku wolności, która przestała być tylko snem,

gdzie dawny gniew ustępuje miejsca ciszy.


Ocaleni z żelaznego potrzasku rzezi,

wy, którzy tak długo żyliście w cieniu, bez słońca.

Wróciliście.

Okaleczeni, lecz gotowi, by zacząć od nowa.

4. Dawid Motyka — Spóźnione życie

Spóźnia się moje życie.

Twoje bywa spójne, domknięte,

a ja tylko słucham z niechcenia —

mierząc to, czego brak, z tym, czego nigdy nie było.


Składam szepty w bujną wyobraźnię,

szukam schronienia, by oswoić strach,

gdy niewiadome powoli podchodzi pod oczy.


Osamotniony, wpatruję się w przestrzeń,

w niespełnione, męskie ideały.

Szukam pomocnej dłoni,

tak bardzo chcąc odnaleźć w sobie twardość skały.


Lecz jestem tylko deszczem.

Szeptem, który spada mimowolnie,

by nagle runąć głośnym dudnieniem.

5. Dawid Motyka — Cisza

Cisza spogląda na mnie jak ptak,

który za chwilę podrywa skrzydła do lotu,

w stronę wolności.


A jednak powraca niesmak.

Gdy wewnętrzny wulkan unosi słup popiołu,

naruszając kruchą przestrzeń —

chce eksplodować, rozładować się niczym piorun

ślepo ufający sile natury.


Ale po każdej burzy powraca słońce.

To znak, że wreszcie nakarmimy się spokojem.

W tym pędzącym świecie cisza nie jest luksusem —

jest powietrzem, prawem do wytchnienia.


W świecie pełnym nagłych burz i wulkanów

życzę ci jednego:

niech ta cisza delikatnie otuli rany.

Niech gasi dawne zwątpienia

i powoli, bezgłośnie, koi duszę.

6. Dawid Motyka — Kot i pies

Dwa różne światy, połączone wspólnym tętnem.

Łączy je ten sam głód dotyku na karku,

radość ukryta w zabawie i naczynie, z którego piją życie.

To egzystencjalny pakt, ciche przymierze.

Choć mit każe im walczyć,

one lgną do siebie przez niewidzialną grawitację,

wymieniając czułość, łagodnie zdobywając terytoria.

Wychowane w jednym cieniu, zrastają się jak rodzeństwo,

stając się bezpieczną przystanią.


Różni je język i architektura ciała.

Kot — utkany z mgły, zwinny, stąpający bezszelestnie,

bliski tajemnicom ziemi.

Pies — puszysta obecność, z pyskiem gotowym do powitań.


Gdy dom pustoszeje, a gospodarz odchodzi w głąb dnia,

oba stają się strażnikami porzuconego czasu.

Kot zastyga w filozoficznym wyczekiwaniu, licząc sekundy,

pies czuwa na granicy progu, broniąc wspólnego dobytku.


W ich młodości nie ma jeszcze uprzedzeń,

jest tylko czysta, pulsująca zabawa szczeniąt i kociąt.

Dopiero powoli, z cierpliwością,

uczymy te dzikie serca praw ludzkiego ładu,

by wspólny dom nie stał się rozczarowaniem.

7. Dawid Motyka — Namiętność

Namiętność budzi intymność,

rodzącą oddanie —

bezwiedny pomost, przez który wzruszenie

przepływa gwałtownym prądem,

elektryzując tkanki.


Pragnęlibyśmy kochać bezsłownie,

lecz usta — pierwotne narzędzie mowy —

stają się archipelagiem milczenia.

Czy potrafimy nimi pisać na skórze

wiersze piękniejsze niż ludzki język?


Ręce, ten żywy pokarm wdzięczności,

brodzą w otchłani zmysłów.

Są jak pąk róży rzucony na wodę:

płyną powoli, bezwładnie, lecz celowo,

by dotknąć wrażliwej geografii ciał,

gdzie każdy gest waży więcej niż słowo.


Czy ludzkie dłonie mogą pachnieć,

gdy aksamit nieba spogląda na nas

głębią pełną afrodyzjaków?

Gęsty zapach, ciężki od obietnic,

rozlewa się po ciele wybranki.


Można dotykać nieskończenie długo,

w absolutnym ukojeniu, bez sylaby sprzeciwu.

Ciało odpoczywa w ciszy,

zanurzone w ciepłym piasku obecności.

Bo czymże są najdroższe perfumy

wobec naturalnego aromatu bliskości?

Oto morze, które wchłania własną falę,

by ponieść ją ku brzegom szczytowania —

do ostatecznego, czułego ujścia.

8. Dawid Motyka — Róża

Rozkwitła biała róża,

namalowana na płótnie tęczy wschodzącej po burzy.

Mieni się pełnią ukrytych barw,

a jej zapach — gęstszy niż powietrze —

przynosi obietnicę ostatecznego szczęścia.

Mimo kolców, które nosi w milczeniu,

rozlewa wokół czystą, bezwarunkową miłość.


Ta róża jest już dojrzała.

Zna trud pierwszego kwitnienia i smak uwiędłych liści.

Teraz nie żąda niczego dla siebie;

widzi swój los jako podarunek,

jako anielski dar zrzucony z wysokiego nieba.


Ona potrafi zaskoczyć uśpione zmysły.

Mnoży bicie serca, dolewa otuchy,

karmi wiarą i przywraca utracony animusz.

Jest ostoją, bezpieczną przystanią

dla czułości, o której świat dawno zapomniał.


Jej płatki, delikatniejsze od najcieńszego aksamitu,

kochają świat mocniej i wierniej niż człowiek.

Lecz ona stoi w milczeniu, pośród chwastów i tłumu.

I tylko lęk pozostaje — czy ludzkie, ślepe oko

zdoła ją dostrzec, zanim bezgłośnie opadnie,

czy raczej zdepcze w pogoni za grzechotem chłodu?

9. Dawid Motyka — Archipelag gwiazd

Pęcznieje już niebo od gwiazd wyniosłych,

podczas gdy ludzie na ziemi skracają swój bieg.

Biegną na oślep, by choć na chwilę dotknąć szczęścia,

by znaleźć słowo, którym naznaczą swój ulotny ślad.


Te gwiezdne archipelagi milczą w pokorze.

Są na wysokościach niczym daleki łoskot drzew,

niczym liście uwięzione w swej wiecznej, nocnej zmorze,

lub jak ptak o rozpostartych skrzydłach, który budzi świt.

Mówią tak wiele o krańcach naszego świata

i o miejscach, gdzie rodzi się zupełnie nowy ład.


Czy ta najjaśniejsza z nich świeci dziś dla mnie?

Czy niesie ratunek komuś, kto tam, w nieskończoności,

został naznaczony samotnością i karmi się pustką?


Pod dyktando konstelacji życie toczy się tylko w jedną stronę.

One bezlitośnie wskazują, kto na tym świecie nosi koronę,

kto jest królem wszechświata, a kto jedynie milczeniem,

kto stał się kruchym podarunkiem, a kto przelotnym spojrzeniem.


Świeca kosmicznego blasku zatacza pełny krąg.

Kochanie tych małych punktów z perspektywy ziemi

bywa bolesne — bo gdy któraś niespodziewanie gaśnie,

czujemy rozdzierającą, lodowatą pustkę.

Jakby czyjeś ziemskie życie właśnie dobiegło końca.

Jakby żal rozlewał się w nas, tworząc nieodwracalną zgubę,

jakby cały świat w jednej sekundzie drastycznie się pomniejszył.


To nieme niebo pokazuje nam, jak mali jesteśmy.

Uczy nas, kogo powinniśmy słuchać w ciemnościach.

I zostawia z pytaniem, ukrytym głęboko pod powiekami:

czy zdołamy wytrwać w tym narzuconym porządku,

czy raczej utoniemy w kosmicznym chaosie,

który udaje przed nami święty spokój?

10. Dawid Motyka — Śmierć

Zaskakuje nas nagle, niczym pożar na niebie,

przed którym nie ma ucieczki ani schronienia.

Jest nieodwracalnym tąpnięciem ziemi pod stopami,

ostateczną kropką postawioną na końcu drogi.


Czym jest ta chwila?

Może tylko głębokim zaśnięciem, wieczną ciszą,

w której gaśnie wszelka ludzka świadomość.

A może to początek dalekiej wędrówki,

przejście do innego wymiaru nieodkrytych możliwości?

Teraz jesteśmy, oddychamy pełną piersią,

lecz gdy nadejdzie — odbierze powietrze,

skradnie niesniespełnione marzenia i dalekie cele.


Ona zawsze wygrywa ten nierówny wyścig.

Staje się jedyną pewnością, w której na zawsze

zanurzamy codzienne troski i niespokojne pragnienia.

Gdy dobiega końca nasz ziemski bieg,

zamyka się księga osobistej historii —

wszystko to, do czego tak uparcie dążyliśmy przez lata.


Oby ta nieuchronna powinność ludzkiego losu

dosięgła nas dopiero w głębokiej, spokojnej starości.

Niech przyjdzie cicho, pod osłoną nocy, podczas snu,

by przejście było łagodne, bezbolesne i bezbronne.

11. Dawid Motyka — Mrówki

Dzielne, maleńkie rzeźbiarki ziemi,

podrzucają ku górze cały swój świat,

dźwigając bez skargi to, co przyniósł dzień.


Noszą, wznoszą i wynoszą w milczeniu,

obojętne na zmęczenie, nieznające strachu przed trudem,

gdy ich kruche grzbiety znoszą ciężary nadludzkie.

Mogłyby uczyć nas pierwotnej wdzięczności —

od świtu do późnej nocy, bez wytchnienia,

przenoszą ciężar większy niż one same.


Ich determinacja nie ma granic,

a niewidzialne możliwości wydają się niespożyte.


Zrodziła się w nas cicha, ludzka tęsknota:

by posiąść choć cząstkę tej bezwzględnej siły.

By móc pracować tak czysto i nieustępliwie,

aż własny dom napełni się owocem i dojrzałym ziarnem —

by wreszcie nasycić odwieczne potrzeby.

12. Dawid Motyka — Oh miłość!

Miłość,

choć tak ogromna, szuka karzełka,

szuka pieszczotliwie pieścidełka.

Oh miłość!

Czy ty kochać chcesz?

Czy ty pieścisz tak, jak to się mieści?

Co o sobie wiesz?


W sercu niewiele możemy,

w głowie najwięcej chcemy,

lecz gdy kochamy, to nie wiemy,

co nas spotka.


Miłość!

Tyś jasną górą,

tyś miłym piórem,

co dotyka aksamitu majestatycznego zboża.

Dotykasz tego, co się tuli i przywdziewa w natury blaski,

bo kochasz w oklaski, jak czułe wspomnienie.


Miłość staje dębem, gdy człowiek jest okrętem,

nie musisz więc pchać tego dalej.

Miłość sama z siebie idzie trwalej.

13. Dawid Motyka — W moim śnie

I choć po mnie zostały tylko buty, czapka i pas,

przyjdź do mnie po cichu, bo wciąż mamy czas.


Bo miłość prawdziwa nigdy nie umiera,

choć czasem jej śpiew konsternację budzi.

Gdy czuły zmierzch powoli się nazbiera,

moja nagła siła już wcale nie łudzi.


Ja będę wtulony w Twoje ciepłe myśli,

zanim ten piękny tron Ci się wyśni.


Będę cichy niczym koniczyny śpiew,

zapraszam Cię dzisiaj do moich drzew.

14. Dawid Motyka — Aborygen

Jest taki ktoś, kto nuci historię,

to złote myśli, knute w glorię.

Jest taki ktoś, kto słońce zaświeca:

„Daj mi czułości, niech mnie podnieca”.


Jest taki sens, co słowiki upaja,

i archaicznie tutaj się kaja.

Jest rodzynkowe

takie wspomnienie,

że miłość daje nam nagrodzenie.


Jest taki człowiek, co czuje życie,

i upija się czasem nieskrycie.

Jest taki blamaż, co nosi kurtynę,

poproś o wino i jasną krainę.


Bo złoty ktoś to złoty wskroś,

ujarzmił swą siłę w sposób wydatny.

I sam się poskromił niczym bratni,

waleczny być musi, choć nic go nie kusi,

gdy chodzą po sterach w bajecznych literach.

15. Dawid Motyka — Żyć chcę

Tulę cię całym skarbem,

tulę cię całym dniem.

Otulam w bezpieczne bastiony,

czuj mnie swoim snem.


Darzę cię swoim ideałem,

darzę wszystkim, co mam.

Bo wyżej to już tylko parzę,

w mej sile niezmiennie tu trwam.


Kochany człowieku,

żyj tak, jak w duszy ci grało.

Niech wszystko zmienia się z wiekiem,

by na koniec pięknie wydobrzało.


Kochany przyjacielu,

czuj życie bogatym i dostatnim.

Aby nasze jutro było lśniące,

niech rozkwita kwiatem bratnim.


Czuj życie gorącym sercem,

czuj życie jasnym rozumem.

Łącz te wiązki w cudzysłowie,

niech nowa myśl rodzi się w głowie.


Czuj swoim własnym wyczuciem,

czuj tym, co kryjesz na dnie.

Bo to, co czyste i nieskazitelne,

nigdy nie zrani cię.


Przyjdź do mnie jeszcze dziś,

by twój urok we mnie wzrósł.

Podnosząc dumnie swe godło,

podnosisz też i róg.


Przyjdź ze skromnością

wszystkich swoich cnót.

Niech rodzi się czysta miłość,

niech tworzy się złoty miód.

16. Dawid Motyka — Nie proszę o więcej

Nie proszę o więcej, jak o Twoje wsparcie,

Tak pragnę Cię widzieć codziennie, otwarcie.

Stałeś się dla mnie miłością i dniem,

Twoja obecność jest moim snem.


Potrafisz podnieść, wlać siłę w me żyły,

By skrzydła do lotu znów się obudziły.

Gdy dajesz cegiełkę, wiarę w me istnienie,

Otwierasz szkatułkę, gdzie drzemie marzenie.


Me życie usłane jest kolcami róż,

Cierpienie i choroba dotyka mnie już.

Lecz przyjmuję to sercem, pokornie na klatę,

Byleby w glorii dzielić z Tobą tę stratę.


Nie proszę o więcej, jak o parę chwil,

O parę złotych, bym dalej mógł żyć.

Twe wielkie serce ponad chmury mnie wzniesie,

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 31.5
drukowana A5
za 48.75