1. Dawid Motyka — List do nieobecnej
Wszystko jest dzisiaj tobą. Nawet ten chłód o świcie,
który w puste firanki zaplątał się skrycie,
i deszcz, co w szyby stuka rytmem twego imienia,
jakby chciał zmusić pamięć do ponownego ożywienia.
Zostawiłaś w tej izbie niedopitą ciszę,
w której wciąż twój drżący szept i daleki słyszę.
Świat bez ciebie jest tylko pustym, chłodnym kinem,
gdzie czas odmierzam łzą i kwaśnym, tanim winem.
Chciałbym cofnąć zegary, cofnąć wskazówek bieg,
gdy z rąk twoich spływał jasny, złoty brzeg.
Dziś na dnie mojej nocy żaden blask się nie snuje,
tylko wiatr w pustym oknie mą rozpaczą kłuje.
Wróć i przynieś mi światło, nim noc mnie dopadnie,
nim to serce stęsknione pęknie na samym dnie.
Bo bez ciebie poranki są jak brudne cienie,
a miłość to już tylko bolesne wspomnienie.
2. Dawid Motyka — Schowana w jesieni
Znowu noc nas rozdziela, rzuca w różne strony,
świat za oknem jest pusty, chłodny, wygaszony.
Tylko w sercu się tli jeszcze tamto dawne światło,
które przy tobie płonęło tak czule i łatwo.
Pamiętam dotyk twych dłoni, chłodnych jak bursztyny,
gdy szukaliśmy schronienia pośród mgły i gliny.
Mówiłaś wtedy tak cicho, że czas nas nie zmieni,
że miłość przetrwa to wszystko, schowana w jesieni.
Dziś dotykam przestrzeni, w której kiedyś stałaś,
został tylko ten cień, który po sobie zostawiłaś.
Krople deszczu na szybie liczą moje straty,
w pokoju pachną wciąż jeszcze zwiędłe, martwe kwiaty.
Wróć i uratuj mnie dzisiaj przed tym wiecznym głodem,
nim na zawsze skamienieję pod tym samym chłodem.
Niech nas połączy na nowo tamta jasna nić,
bo bez ciebie nie potrafię już umierać i żyć.
3. Dawid Motyka — Mierzenie nieobecności
Zostaliśmy wpisani w tę jesienną szarość,
gdzie każda dawna chwila traci swoją stałość.
Zegar na pustej ścianie mierzy nieobecność,
jakby chciał nam udowodnić, że miłość to wieczność.
Pamiętam chłodne usta i twój szept nad ranem,
gdy całe miasto było mgłą i snem zasłane.
Mówiłaś, że płyniemy przeciw prądom świata,
a każda nasza noc była snem bogata.
Teraz dotykam krzesła, na którym siadałaś,
i liczę puste słowa, których nie wyrzekłaś.
Świeca powoli gaśnie, roniąc łzy ze złota,
wszystko wokół powraca do smutnego wniosku.
Nie pozwól, by ta cisza wygrała mą walkę,
nim mróz na moich oknach namaluje skargę.
Przyjdź, zanim noc zasypie nasze wspólne drogi,
by z duszy mojej zdjąć te samotności trwogi.
4. Dawid Motyka — Symfonia popiołów
Zostawiliśmy serca na dnie chłodnej stacji,
w półmroku brudnych luster, w ciszy rezygnacji.
Pociągi odjechały w noc i w mgłę gęstniejącą,
wioząc naszą tęsknotę, wieczną i bolącą.
Pamiętam zapach włosów i twój szept z oddali,
gdy cały świat wokół nas powoli się palił.
Byłaś moim natchnieniem, jasnym blaskiem świtu,
dziś zostałem sam jeden na krawędzi mitu.
Zegar bezdusznie liczy sekundy rozstania,
nie ma już powrotów, czasu darowania.
Tylko wiatr na pustkowiu moje imię woła,
i rzuca garść popiołu na zatarte koła.
Wróć, choćby jako cień, jako nocna mara,
nim zgaśnie w moim sercu ta ostatnia wiara.
Bo bez ciebie to życie jest tylko agonią,
smutną i cichą pieśnią, rozpaczy symfonią.
5. Dawid Motyka — Światło w ogrodzie
Pamiętam tamten wrzesień w słońcu i w ogrodzie,
gdy świt się cicho przejrzał w chłodnej, czystej wodzie.
Biegłaś do mnie przez trawę, lekka i promienna,
jakby cała ta ziemia była nam przychylna.
Twoje dłonie pachniały wiatrem oraz miętą,
każdą chwilę przy tobie mam w sercu zamkniętą.
Mówiłaś do mnie cicho, głosem tak radosnym,
że w środku chłodnej jesieni czułem zapach wiosny.
Dziś słońce znowu tańczy na pustej alei,
a ja wciąż szukam w liściach śladów twej nadziei.
Choć czas nas rzucił w różne, dalekie już strony,
mój świat bez ciebie jest pusty i zagubiony.
Wróć i przynieś mi znowu tamten ciepły blask,
niech nasza miłość rozkwitnie jeszcze jeden raz.
Zanim wieczór na dobre uśnie w cieniu drzew,
niechaj połączy nas znowu ten tęskny śpiew.
6. Dawid Motyka — Protekcyjnie
Świat iluzji zapada w gęsty kamień,
złota jesień się sączy poprzez ramię.
Czysta woda dziś sprawdza stan istnienia,
gdy się niechęć w głębokie pragnienie zmienia.
Czy poddasz się mojej powściągliwości?
Nic nadaremnie dzisiaj się nie złości.
Nie ma krztyny ratunku ani skażenia,
stań się ukojeniem w godzinie czułości.
7. Dawid Motyka — Niskie loty
Niskie loty dręczą blady sen,
który wierny okiełznał już cień.
Zło dosięga wąskimi ulicami,
gdy się lincz znów rozegrał z draniami.
Światło monstrum okrzepia mą pięść,
niezłomnemu ma odtąd się wieść.
Zgniłe roztocza garną zły ląd,
tak niechciany i obcy stąd.
Złote taśmy na koniec wygrały,
choć złowieszcze demony się bały.
Ilorazy tych niechcianych pól
wypełniają swój taniec i ból.
8. Dawid Motyka — Rosło
Nagle jasne słońce wschodzi,
ogień jego serca chłodzi.
Nagle budzi się zwątpienie,
to miłosne udręczenie.
Z czystej rodzi się pościeli,
w jasnym blasku tej niedzieli.
Czyste mnoży się istnienie —
czy to czułe zapomnienie?
Na tym drzewie wiosło rosło,
w gęstych liściach się rozrosło.
Gdy ucieczkę tam badali,
więźniów w chłoście gnali w dal.
Rosło żywo, małostkowo,
krzywą karmiąc się odnową.
Rosło po to, by w zachwycie
szlochać, kochać ponad życie.
9. Dawid Motyka — Spleen i aksamit
Nad miastem ciężki, ołowiany całun
wisi jak wieko nad trumną ze szkła,
gdy w mrocznych kątach pełnych dawnych chwał,
nuda swą pajęczynę cicho tka.
To ty, o spleenie, pijesz moją krew,
jak kot, co czarnym aksamitem lśni,
w uszach mi brzmi ten potępieńczy śpiew,
gdy gasną resztki purpurowych dni.
O piękno! Jesteś demonem czy wrogiem?
nosisz w swych oczach otchłań oraz jad,
przekraczam cicho twój złowrogi próg,
by w kwiatach zła odnaleźć lepszy świat.
I choć me serce to zrujnowany zamek,
gdzie upiór wspomnień pije gorzki płyn,
wolę ten mrok i wieczny duszy zamęt,
niż pusty spokój oraz ciężar win.
10. Dawid Motyka — W paryskim zgiełku dekadentyzmu
W paryskim zgiełku ulic, gdzie dekadencja gnije,
ludzka, niezatracalna twarz błyska z oddali;
niechciana skamielina, co nad grobem żyje,
patrzy z bliska na lasy z lepkich, czarnych żali.
Modlitwy blade u stóp Boga ślą pokłony,
jak wierne pochodnie gorejące w mroku,
lecz czystości tej wielkiej trwoga dławi dzwony
i zatrważa swym krzykiem na zakrętach mroku.
Czy poczniesz wreszcie, ludu, w tym nieludzkim ładzie,
w tych pętach codzienności, bezmyślnych i głuchych?
czy zaczniesz dzierżyć krew, gdy noc całun kładzie,
nim spoczniesz dla obycia w cmentarzach niszowych?
Tyś złem jest i potępną, podłą karmą złota,
niechcianym losem ślepym, pędzonym przez biesy.
tyś berłem i z pokłosa, gdy uderza psota —
żarliwość czysty płyn zamienia w mroczne kresy.
11. Dawid Motyka — Naturalna siła
Wydaje ci się, że już nic nie możesz,
że wszystkie możliwości się wyczerpały.
Lecz pójdziesz przed siebie, zakosami drogi,
by lęki zamienić w zwycięstwa i progi.
Człowiek nie jest ze skały — los często go łamie,
wszystko przez to, że kryje w sobie wrażliwość.
Lecz w głębi smutku, gdy zrani ci ramię,
budzi się nagle niezłomna cierpliwość.
Walczymy o szczęście każdego dnia na nowo,
niech otacza nas czysta i ukryta siła.
Niech wygasza się gra, co była nam zmową,
by prawda poranki i noce zdobiła.
12. Dawid Motyka — Punkt zwrotny
Gdy milkną wokoło mapy i zegary,
a ziemia pod stopami zwalnia swój szalony bieg,
zostajesz tylko ty — architekt własnej wiary,
samotny w miejscu, gdzie zaczyna się nowy brzeg.
To nie jest kwestia braw, co gasną na wietrze,
ani korony z lodu, która spłynie w świt.
To ta sekunda, gdy wdychasz czyste powietrze
i wiesz, że najwyższy szczyt to już nie jest mit.
Spośród miliardów iskier w tym ciemnym kosmosie,
twoje światło płonie dziś nad pustką miast.
wygrałeś ciszę we własnym, mocnym głosie —