1. Dawid Motyka — Ograna
W jaskrawym karmniku otacza nas czas,
Ta łódź pośród nurtu dryfuje co rusz.
Na dawnym podwórku, gdzie pamięć jest w nas,
Wpleciony w codzienność urokliwy kurz.
Bo nowe litery już pragnie się rwać,
Co serce potrafią tak cudnie czarować,
I nowym nadziejom początek chcą dać,
By piękno miłości na zawsze zachować.
Gdy wielka mierzeja przynosi nam los,
A czułe spojrzenie dotyka porannych ros,
Przytul mnie, proszę, i otrzyj mą łzę,
Gdy serce stęsknione tak bardzo cię chce.
Bo róża ma dzisiaj jest już wysławiona,
Do serca dobrana, w miłości spełniona.
2. Dawid Motyka — Kłos życia
Ubarwiasz, kłosie, złote te zboża,
To twoja chwila, dar prosto z morza.
Uwielbiasz niespodziewanie przynosić raj,
Dajesz mi poczuć ten błogi maj.
Ty jesteś, kłosie, pięknem natury,
Twoje istnienie to cud niepowtórny,
Który dodaje otuchy nam,
By pić ze szczęścia, co spływa do bram.
Kochaj mnie zawsze, tak jak ja chcę,
Przez całe życie prowadź mój sen.
Przynieś mi miłość w tym chlebie powszednim,
Który mi dałeś, bym nie był już biednym.
3. Dawid Motyka — Z urodzajem
W pastwiskach barw
tu starcza nam wszystkiego:
mamy miłość, wdzięczność
i spełnienie pragnienia mojego.
W pastwiskach barw
czasem braknie nam optymizmu,
bo choćby los zawsze
pomyślnie nam wszystko układał,
bywają też ziemie nieżyzne.
Paleta kwiecistych łąk i białych śniegów,
nieme wołanie zwierząt na polach…
To wszystko kiedyś wygaśnie,
gdy świat w cichy sen zapadnie.
W pastwiskach barw,
gdy szczęście na nowo zakwitnie,
cudowne chwile upoją nas znowu.
Tu w strugach deszczu nikt się nie boi,
bo wokół jest czysto i ślicznie.
I raj się otworzy, dotąd tak skryty
wśród gałęzi poszarpanych drzew,
a z braterstwa i czystej wdzięczności
zrodzi się wolny nasz śpiew.
W pastwiskach barw
nigdzie wokoło nie ma piękniejszej tęczy.
Wtedy te cudne chwile powracają,
by wlać w nas nową siłę, co nigdy nie klęczy.
4. Dawid Motyka — Biała dłoń
Byłem orchideą, która na polach
tańczy w blasku gwiazd z pszczołami.
Byłem też zimnem, lecz w późnych latach
radość dawała się okiełznać wieczorami.
Byłem piorunem, byłem też różą,
trąbą powietrzną i groźnym tajfunem,
wyniosłym wzgórzem, potężną górą
i wielką siłą ze zwichrzonym całunem.
Byłem ostoją smutków i radości,
ciszą, gdy wokół burza dudniła.
Gdy groźna chwila do drzwi pukała,
w twoich dłoniach schronienia szukałem,
aż nasza przyjaźń się rozpromieniła.
Między życiem a ciężką tęsknotą
zmieniałem swój los każdego dnia,
wierząc niezłomnie w twoją miłość,
choć przeciwności wokół szalała mgła.
Gdzie jesteś dzisiaj, mój wzorze życia,
gdy słońce gaśnie od chmur opicia?
Jak złote zboże, co w górę wzrasta,
tak we mnie nagłe olśnienie żyje.
Zamykam usta, wyciszam serce,
pamięć o tobie na piersi kryję.
I choć w ekranie szukam twego cienia,
wciąż wokół pusto, czas wszystko zmienia…
Wracam więc myślą do kwiatów bieli,
by kochać ciebie na piedestale,
którego żaden los nie rozdzieli.
5. Dawid Motyka — Na stole
Borowików przyszedł czas,
budzi się leśna fantazja.
Apostrofy długi las,
gdzie grzechu koi nas moc figlarna.
Budzi rozkosz, budzi sen,
dzień jeszcze nienarodzony.
Jednym słowem, jednym tchem,
musi być nowy byt stworzony.
Bo to pięknie tak zaśpiewać,
ocierać oczy ze zdumienia,
choć trzeba nosić brzemię kamienia.
Musi być świat w miłość otulony,
nawet gdy znika pośród cienia.
Graj, hej graj, złote słoneczko,
w ciszy unoś ten cichy rym.
Daj nam słodycz, czerwona porzeczko,
boś ty jest dla nas jak dobry dżinn.
I przynosi za jeden grosz
to, co od nowa się zaczyna.
Słodkich malin pełen kosz,
którymi karmi się ta godzina.
Graj, hej graj, złote słoneczko,
w ciszy unoś ten cichy rym.
Daj nam słodycz, czerwona porzeczko,
boś ty jest dla nas jak dobry dżinn.
6. Dawid Motyka — Wrzosowisko
I spadło coś w jedwabne wrzosowisko,
Ujrzałem nagle: tu już jest wszystko.
I wpadło w miękką, leśną zieleń,
Gdzie pośród mgieł mknie dumny jeleń.
I odnalazło klucz do szczęścia,
Choć minęło już lat dwadzieścia,
Gdy zatonęło na dnie morza,
Gdzie falą tętni brzeg Pomorza.
I złoty budzi się znów raj,
Gdzie księżyc spływa wprost na dłonie.
Z bożych pagórków niesie maj,
A złoty blask w zbożach utonie.
Bo po mnie już tylko czysty rym,
I ule pełne słodkiego miodu,
I unoszony wiatrem pył,
Co wędruje ze złocistego głogu.
Więc daj się ponieść dla westchnienia,
Los ci przyniesie to, co chcesz.
Choć cały świat wkoło się zmienia,
Ty idź przed siebie, drogi strzeż.
7. Dawid Motyka — Namalunkiem słońca
Maluję ciebie promieniem słońca
Na niebie pełnym skłębionych chmur.
Poezją mierzę nasz czas bez końca,
Dla żyznych ziem i zielonych pól.
W obfitość moich długich wierszy
Wplatam tę cichą, nocną więź.
Z czystych dukatów natchnienia lśni
Ten pełen mocy, nośny śpiew.
Morska choinka w ciemności błyszczy,
Zmienia swój blask w złocisty pył.
Ta szklana bańka lęków nie zniszczy,
Lecz jasny czyn przed nami zmył.
I biegnę śmiało przed siebie, w dal,
Przez miejski bruk chcę lekko biec.
Idę po trawie rosnącej z piasku,
I marzę tylko, by ciebie mieć.
Bo złote widać wokół korzenie,
Co na tej plaży rumienią się.
To najpiękniejsze słońca odcienie,
Ukryte dawno za jasnym dniem.
Morska choinka w ciemności błyszczy,
Zmienia swój blask w złocisty pył.
Ta szklana bańka lęków nie zniszczy,
Lecz jasny czyn przed nami zmył.
8. Dawid Motyka — Czuj się godnie
Jedyny taki na świecie dar,
Gdzie czysta miłość przynosi nam moc,
A czuły dotyk ma w sobie ten czar,
Co przegna z serca najgorszą noc.
To wielka radość ludzkiego spojrzenia,
W którym goryczy ni smutku już nie ma.
Dla twego dotyku zrobię dziś wszystko,
Byleby tylko móc być tak blisko.
Przytulać mocno, czuć twój cichy blask,
Gdy na fortepianie grasz kolejny raz.
Kochaj mnie, proszę, nade wszystko, na zawsze,
Niech dni nam płyną w uścisku poranków.
Przy filiżance kawy, gdy oczy masz najłaskawsze,
Oglądam twój uśmiech wpleciony do wianków.
Głodny twych oczu budzę się co dnia,
Niech nasza miłość bez końca tak trwa.
Bądź zawsze w serce wtulona moje,
Gdzie najpiękniejsze gasną niepokoje.
Niech uczucie kwitnie niczym ze snu,
Rozpromieniaj chwile, zostań już tu.
9. Dawid Motyka — Optymizmem
Można być dla kogoś szczerym spojrzeniem
Wśród kwitnących kwiatów na łące.
Można w drugim człowieku odbić swe brzmienie
I budzić marzenia na jawie czekające.
Można witać poranek ze słońcem i napawać się optymizmem,
Pisać czułe wiersze i wzruszeniem leczyć dawne blizny.
Gorycz i rozkosz dobrze się znają na niebie,
Warto więc żyć i zatracić się w tobie.
Kochaj mnie mocno i do snu kołysz,
Dopisz do naszych wspólnych pejzaży,
Że słowa mają wielką moc natchnienia,
Gdy w tej bliskości czas traci znaczenie,
A świat wokół nas po prostu zamiera.
10. Dawid Motyka — Ślepa miłość
Miłość nie przygasa nam żadną porą roku,
Choć czasem pęka niczym lodowce,
Rozrzuca na palecie barw malinowe serca,
Gdy rzuca czułość w czułości ramiona.
Ona nie przetrwa skrajnych niepokojów,
Smutnych spojrzeń i zimnego lata,
Gdy trzeba słowem wygrać bitwę z losem
I pojąć, jak bolesna byłaby to strata.
Prawdziwa miłość nigdy się nie chmurzy,
Ona się raczej zmienia w biały puch.
Zaślepiona opada na zamarzniętą twarz,
Choć była najwyższą z prób w ten zimowy mróz.
11. Dawid Motyka — Przypadkowy dar
Myślałem, że na prawdziwe uczucia
muszę sobie najpierw zasłużyć.
Że jeśli będę na każde zawołanie
i zacznę kochać ponad własne siły,
to los wreszcie przyniesie mi szczęście,
a wielkie serce zdołam sobie wywróżyć.
Myślałem, że na głębokie uczucia
muszę sobie najpierw zasłużyć.
Że jeśli staniesz się moją alfą i omegą,
a ja będę ciszą w samym środku tornada,
to szybciej zdołamy słońce rozchmurzyć.
Dla ciebie nie potrafiłem dokonać cudów,
tak po prostu tylko byłem i wciąż jestem —
i to jest moje jedyne działanie, moje przyrzeczenie.
Nie dokonałem wcale tak wiele,
a jednak stałem się twoim najcudowniejszym blaskiem.
Tak po prostu,
w ten nadzwyczajny sposób.
12. Dawid Motyka — W kierunku nieba
Idę w kierunku nieba,
by upiększyć swą duszę,
którą każdego dnia na nowo
własnym sercem wzruszę.
Idę w kierunku nieba,
by serce otwarło swą moc.
Umiłowaniem i czystym czuciem
ogrzeję nas w tę chłodną noc.
Idę w kierunku nieba po radość,
która zmyje ze mnie dawny trud,
aż znowu w pełni odżyję,
wierząc w ten nocny, wyśniony cud.
Idę w kierunku nieba,
otwieram oczy na oścież,
aż w blasku niebiańskich odcieni
wszystkie me ścieżki zbiegną się prościej.
Zabieram ze sobą księżyca moc,
wprost w moje otwarte ramiona.
Będę z czystej wdzięczności
cały w tobie otulony.
13. Dawid Motyka — Całkiem normalnie
Całkiem normalnie,
w taki zwykły dzień jak zawsze,
żegnać będziemy tych, co odchodzą z pokoleniami,
by uczyć się od tych, którzy zostali tu z nami.
Mijać się z losem i poznawać życie —
ot, ludzkimi drogami.
Na starych drzewach wzejdą liście młode,
gdy nocny chłód ustąpi o świcie.
Ptaki wylecą, by nakarmić pisklęta,
witając nowe, budzące się życie.
Tak całkiem normalnie,
w tej jednej jedynej chwili —
tak bardzo nadzwyczajnie.
14. Dawid Motyka — Jeszcze raz
Nałóż coś,
ubierz się w najśliczniejsze słowa,
gdyż ja już dawno przestałem wierzyć w to,
co przed twym obliczem skrywam
w daremnych rozmowach.
Rozbierz się
ze wszystkich złudzeń i wzajemnych krytyk,
z nieobliczalnych czynów,
z dawnej niewdzięczności,
gdy w milczeniu żal w sercu rośnie.
I zacznijmy od nowa,
potem… jeszcze raz.
15. Dawid Motyka — Idealnie na dnie
Idealnie jest, gdy patrzysz na mnie,
gdy spoglądasz czule w moją stronę.
Ubieraj się w sny pomarańczami tęczy,
nim przyśnione wiśnie w dłoniach złożysz.
Układaj się do snu z paletą żywych barw.
W minioną noc przyniósł mi dwa liście
ten tajemniczy pan, co znał mnie przecież.
Znał doskonale nasz wspólny duet,
gdy cichą melodię grałem na flecie.
I przyszedł czas, aby nakarmić duszę,
by nigdy nie zgasł ten złoty blask w nas.
To czyste dobro, któremu dłoń podać muszę,
dlatego nie zmienię się w ten trudny czas.
Gdy patrzysz na mnie spojrzeniem ukośnym,
wraca nagle radość ku jasnej wiośnie.
Miłość na dnie serca znów się pręży,
by rozkołysać wszystko, co nas dręczy.
Ucisz ten złoty, fantazyjny róż,
i całe to piękno mocno w sercu mnóż.
Niech nas prowadzi ten panieński los —
kocham cię nad życie i twój śpiewny głos.
16. Dawid Motyka — Uwielbiam być twój
Uwielbiam być twój,
tak jak lubi się pochmurne, rozświetlone tęczą niebo.
Jesteś moim natchnieniem, razem z tobą pragnę krzyczeć:
kochać, kochać jeszcze mocniej, gdy przed sobą cię widzę.
Uwielbiam być twój
pośród tylu nieodpowiedzialnych słów.
Uwielbiam być twój
pośród skamieniałych lasów i tylu tępych głów.
Odnalazłem w pamięci
dwa czułe pocałunki w usta.
Wszystko, co złe i co tkwiło we mnie głęboko na dnie,
ustąpiło nagle z malowanych smakiem truskawek.
17. Dawid Motyka — Nienachalnie
Ubieram cię dzisiaj
w cukierki i życia urodzaje.
Wybieram cię sercem,
stań się moim inicjałem.
Podejmuję to wielkie wyzwanie,
by wznieść cię na szczyty gór,
i zdania swojego nie zmienię:
w tobie jest złocisty bór.
I wchodzę w głąb tego lasu,
gdy wokół szarzeje mgła,
chcę prowadzić cię dumnie na czele,
niech krzyk mój w przestrzeni trwa.
I czule łaskoczę twe dłonie,
bo kocham ich miękki gest.
Są pełne miłości, co nie zna gniewu,
jak wolność, co w dzikich koniach jest.
18. Dawid Motyka — Złowroga moc
W nieuchwytnych i kruchych chwilach
Zdobądź się wreszcie na wyżyny,
By ten wspaniały Pałac Elizejski
Znowu otworzył podwoje dla dziewczyny.
Gdyż w dzikim lesie i dzikim śnie
Ktoś cię ujarzmi, a potem minie —
To jest zachłanny i obcy człowiek,
Co niesie mrok, gdy dzień przeminie.
Dlatego właśnie ten blady świt,
I morskich pejzaży wyczekanie,
Choć niesie w sobie drapieżny chwyt,
To nie jest życia uśmiercanie.
Więc noś na swoich dłoniach, noś
Srebrne wisiorki z naszym inicjałem,
By nas nie minął radosny ktoś
Przez długie noce, których nie przespałem,
Gdy na twój powrót wciąż czekałem.
19. Dawid Motyka — Zawirował świat
Z twoich piegów wydostanę miłość,
Bo gdy z ust radosnych potok słów popłynie,
Z rąk spłynie czyste, wielkie przyrzeczenie,
W głowie rozbłyśnie nowe, jasne marzenie.
Będziemy falować na wzburzonym morzu,
Tańczyć lekko niczym rajski ptak.
Będziemy siebie tą miłością raczyć,
By tworzyć wokół piękny, nowy świat.
Z twoich kroków wydostanę wodospad,
Gdy z głębi stóp bije serca gorący rytm.
Z twojej szyi płynie liryczny śpiew,
A z wielkich oczu bije czystych śniegów blask.
Będziemy tak wspólnie w tańcu wirować,
Gdy na pachnącym sianie czas zatrzyma się.
Rozpalimy w sobie najjaśniejszy płomień,
By darem życia czule darzyć się.
20. Dawid Motyka — Jestem wszystkim
Jestem wodospadem, jestem też chmurą,
wszystko nade mną, a życie górą.
Jestem czystym śniegiem i polnym bławatkiem,
monumentem złotych tafl, wiernym morzu statkiem.
Jestem życia szczodrym poczęstunkiem,
głodnym smaku, nagłym podarunkiem,
świeżym kwieciem, poranną rosą i morskim bałwanem,
z całym światem na zawsze zjednany.
Jestem czystym wody głębokim snem,
w czerń nocy tajemniczo przyodziany,
i gitary klasycznej czułymi strunami,
życiem darowany, zrodzony z miłości mamy.
I teraz ponad wszystko chcę rozkochać cię,
chcę uwiecznić nas w fotografii kadrze,
aby razem ponad szary świat wzbić się do gwiazd
i w tej normalności nie zwariować na zawsze.
Chcę cię mocno przytulać do siebie,
w biały pył marzenia rozrzucać po niebie.
Chcę w lazurowe twe spojrzenie wpleść moją dłoń,
by przy tobie na zawsze rozkochać się,
rosnąć w blasku i poczuć miłości woń.
21. Dawid Motyka — Ona
Jestem deszczem, który cicho pada,
którego koń ze skrzydeł chmur pogania.
Jestem gruszką z wierzby, co w zielonym sadzie
ciepłem swym natchnienie w strofy wiersza wplata.
Jestem słowikiem, co bocianom nuci,
by lekko kroczyły po podmokłych łąkach.
Jestem wędrowcem, co w przestrzeni gminy
opisał swe chwile w purpurowych łunach.
I tak bardzo cieszę się, że żyję dla ciebie!
Bądź mą mistrzynią, moim Misterium i chlebem.
22. Dawid Motyka — Złap mnie za rękę
Moje serce uchwyci blask z wyższym Przewodnikiem,
Otwarcie czystych marzeń nowy świat utworzy.
Bez dawnych nałogów i bez złego trudu,
Spojrzy w słowo z kamienia, gdzie nie ma zakłamania.
Najświętsze serce płomiennie dziś kocha
I czyni cuda, gdy grzech z niego znika.
Rozbudzi w ciele najskrytsze płomienie,
Przywoła czyste, z wody ochrzczenie,
Co niesie ulgę po latach westchnienia.
Powoła siebie bez żalu i broni,
Wzniesie się w niebo, dotknie naszej skroni.
Narodzi się na nowo z czystych upodobań,
Wierny tradycji dawnych, świętych podań,
Czułością karmiąc i dobrem osłaniając.
I poczujesz ten czar afrodyzjackiej rozkoszy,
Co zmysły uwrażliwia i serce roznieca,
Rozkochując nas w sobie w tej chwili ulotnej,
Gdy miłość w nas płonie niczym jasna świeca.
Wiosenna tęcza nad ziemią się kłoni,
A ptaki nucą pieśń o świtu chwale.
Jak biała suknia, co na wietrze tańczy,
Tak miłość niesie najpiękniejsze plony —
Oto dar dla mnie, złączone dłonie
Aż do Zbawienia.
23. Dawid Motyka — Takie wołanie słychać tu
I biała flaga zawsze będzie nam powiewać pod wiatr,
Z dawnych podręczników historii wyłaniają się miliony.
Z kamieniem w dłoni, z łucznikiem celującym prosto w skroń,
Przez dzieje pełne bitewnego kurzu i koni dziś powozimy.
Uczynkiem pragniemy poruszać wysoki świat niczym prorocy snu,
Gdzie kwiaty pną się w obłoki, niosąc urok matczynych rad.
Gdy ciemne słońce gasi swój dawny płomień, a szara nić się nawija,
Głupota ludzkich głów u źródła promieni bezwstydnie się upija.
Wśród biurokratycznych awantur i dymiących wokół pochodni,
Wstawiajmy z serdeczności kwiaty na ulicach, by świat stał się owocny.
I pośród awangardy czasu, gdzie sekundnik walczy z trucicielem,
Szukajmy czystej wody natchnienia, ochrzczonej samym Zbawicielem.
W akwareli wieczystych barw, słowami czystej natury owiani,
Idźmy przez ciernie z owocem skruchy, wprost w otwarte ramiona.
24. Dawid Motyka — W Maju
Malowniczo widać leśne szlaki,
Niedaleko szumi gęsty las.
Wszystkie wrony, wszystkie wolne ptaki,
W swym powolnym locie tulą czas.
Widniejące na horyzoncie pagórki
Rozweselą dzisiaj serce me.
Tam na trawie, w cieniu jasnej chmurki,
Myśli moje cicho kładą się.
Współczesne doliny i dalekie morza
Szumem wiatru ukołyszą świat.
Zapach siana niesie łaska boża,
Gdy w wieczornej ciszy milknie ptak.
Niemy bocian, niemy bliski kraj —
To uczucie w żadnym z nas nie minie.
Zapalczywie rwie się serce w pola, daj
Zobaczyć to piękno, nim przeminie.
25. Dawid Motyka — Nim obdarowała
Ta róża, ta piękna róża to moja ukochana,
Ta żywa, ta najjaśniejsza będzie ze mną do rana.
Ta moja, ta twoja miłość dziś pewnie nie spała,
W słodyczy nocnych rozmów cały świat schowała.
W pościeli, pośród poduszek, w ciepłym kocu u nóg,
Gdy blaskiem na stole lśni Pismo Święte u bram,
Wznoszę toast za życie, bym mistrzem stać się mógł,
Natchniony smakiem piernika, co animusz nam dał.
Przepiękna moja i czysta, żyjąca sprawiedliwie,
Przez głuche ulice miast twój obraz znowu błyska.
Przypływaj, przybywaj do mnie, ukryj się w winnicach,
Odkrywajmy tę wiosnę, która w nas wytryska.
Zielona trawa dokoła, błękitna biedronka lśni,
Przy twoim ciepłym ramieniu odnajduję swój schron.
Podnieś swą rękę wysoko, niech syn nasz ujrzy dni,
Wpleciony w moje kochanie, aż po ostatni dzwon.
26. Dawid Motyka — Miłość
Ta największa i ta ukochana,
Miłość moja, od lat wyczekana.
Tylko ty w moim sercu dziś lśnisz,
Tylko ze mną przez życie dziś idziesz.
Miłość, ach, jak ty mocno jaśniejesz!
W moim życiu z każdym dniem przepiękniejesz.
Wydobądź ze mnie ten głęboki spokój,
To, co anielskie, ukryte w głębi mroku.
Bez przerwy myślę o tobie i kocham,
W tym czystym uczuciu sam pięknieję.
Oto miłość moja, światu darowana,
Najdroższa, w dostatku i cieple ubrana,
W ramionach tkliwie roztapiana.
Twoją miłość całym sercem pragnę,
W twoich oczach przeznaczenie odgadnę.
Rozchmurz więc każdą ciemną chmurę,
Gdy przestrzeń wypełniam twą miłością,
Mą czułą prośbą i czystą wdzięcznością,
W tym smaku tak bardzo lazurowym.
27. Dawid Motyka — Zabierz mnie stąd
Zabierz mnie stąd na sam koniec świata,
Gdzie wszystko olśniewa od blasku wszechświata.
Zabierz mnie wyżej, gdzie jest koniec ziemi,
Tam spojrzę w niebo barwami jesieni.
Zabierz mnie stąd, gdzie ktoś zbyt zuchwały
Chce zranić serce, choć los jest tak śmiały.
Zabierz mnie prędko wprost do kołysania,
Bo to jest moja już wieczna mania.
28. Dawid Motyka — Ukochaj mnie miła
Czym prędzej chodź do mnie, mój skarbie świata,
Wspieraj mnie, rozczulaj, niech miłość wygrywa.
Spójrz na mnie w oknie, nim noc nas oplecie,
To ja — twoja siła, co w sercu się skrywa.
Czym milej w uściskach wspomnienia utrwalaj,
Żebym z płomienia swą duszę ocalił.
Czym prędzej wydobywaj słowa z moich ust,
Gdy serce natchnieniem od nowa się chwali.
Miłością zdobędziesz mój świat, mój Aniele,
Rozkwitnie przed nami to jasne wesele.
Spokojnie już teraz śpij i odpoczywaj,
I serce moje na zawsze zdobywaj.
Przybywaj, Najdroższa, kochańsza od słońca,
Czym prędzej do siana zbliż myśli gorące.
Bądź moją miłością, w ramiona mi dana,
Będziemy się kochać bez końca, do rana.
29. Dawid Motyka — Abyś się śmiała
Długo czekałaś, ufając głęboko w Boga,
Długo się śmiałaś, by chwila była błoga.
Niech nikt nie mierzy ukrytych losu zamiarów,
Gdy ziemskie ciosy uczą nas nowych darów.
Swoimi dłońmi i liśćmi zielonej paproci,
Swoimi znakami, co czyste przeznaczenie złoci,
Słowem harcerza ślubuję ci miłość na zawsze,
Gdy białe łabędzie niosą nam więzi najłaskawsze.
30. Dawid Motyka — Zasadnicza różnica
Pędzi klacz dumna, lśni płomień znicza,
W ułańskich losach różnie wszak bywa.
Ktoś na gitarze w wieczorze gra,
Ktoś inny pieśń dawną ciągle śpiewa.
Zagrał też bęben, mały i śmiały,
Gdy z tamtych stron wieści nadeszły.
Idzie dziś bitwa, zawierucha szaleje,
Szuka swej siły w nocy bezgwiezdnej.
Czy czuwały straże, gdy sen go morzył?
Czy Dawid zmęczony przymykał oczy,
Gdy wkoło świat cały tak głośno dudnił?
Czy walczył dzielnie, nim dzień się potoczył?
A kiedy śnił o wolności blasku,
Wiedział, że los go w miłości zaskoczy.
31. Dawid Motyka — Na czerwonym rowerku
Jadę rowerem ciągle przed siebie,
Widzę jasne słońce, lecz nie widzę ciebie.
Zatrzymałem się tam, gdzie czeka moja mama,
Gdy obca mi osoba szła z psem całkiem sama.
Zatrzymam się też chętnie tylko dla ciebie,
Choć los nas wystawia na próby w tej biedzie.
Robię to co chwilę, by mój mały synek —
Mój drogi motylek, najczystszy z całowania —
Miał w życiu ochronę i powód do trwania.
Choć rzeczywistość bywa szara i trudna,
Gdy samotność doskwiera, a wokół noc nudna,
To mknę na swym rowerze, by los nasz odmienić,
By zdobyć chleb powszedni i życie docenić.
32. Dawid Motyka — W barszczu
Oto prawdziwy ja — Dawid Motyka,
złożony z zaimka, słowa i mianownika.
Gdy wokół ludzka pycha mocno staje,
królowa Alp stalowe rządy daje.
Od pół litra do litra los człowieka chudnie,
u licha, kielich siał zgorszenie okrutnie.
Zieleń kryje się w cieniu, zagęszcza w ten gąszcz,
w bziku codzienności mknie chrabąszcz i wąż.
Zabierz stąd ten grosz marny, niech chwila się zmienia,
gdy uszkami w uszka uciekamy od cienia
i w czułej zabawie szukamy wytchnienia.
A tam suknia błyszczy w jasnych salonikach,
ach, suknia i unia w przedziwnych kronikach.
Kto komu, kto czemu rację dziś przyznaje?
Jedwabna suknia jemu władzę daje.
Wszystko pośród piękna, w lukrowanych piernikach,
w zapomnianych prawdach i pośród mnichów w cichach.
Pośród sandaczy, w cieniu wilkołaków,
w samych Dawidowych, bolesnych utratach.
Na stołach, na prostych i zroszonych czołach,
po rosołach jadą, pisząc w starych wołach.
Tam w zakamarkach, gdzie głupota drzyma,
jakaż to dolina zęby mocno trzyma.
Bo gra to jest gra, co w napięciu trzyma,
gdy los całą siłę w lewej dłoni spina.
Wśród pośpiesznych busów i białych obrusów,
przy świętych kropidłach i pyłkach minusów.
Poproś tylko proszę, wstań, a jarzmo zniosę,
nim burza nadejdzie i zegnie nam skronie,
nim słowo zamilknie w wieczornej obronie,
gdy zmęczony człowiek w cichym śnie utonie.
Wśród nocnych zakrętów, gdzie jawa jest rzadka,
gdzie w mroku baśniowa przemyka się kaczka.
Marzymy wciąż skrycie o miłosnym zgraniu,
o wielkim natchnieniu i Bożym nagraniu.
Choć człowiek czasami po stronie zła siada,
a przekorny los nam przeszkody układa —
pośród mętnych myśli i ciągłego znoju,
szukamy przy śniadaniu upragnionego spokoju.
Choć ból nas dotyka, uderza nas w dół,
a żywot uwięziony cierpi niczym ul…
Odrzucam tę nudę, co serce nam mrozi,
wierzę, że szczęście już niczym nie grozi.
Podskoczę najwyżej, los własny uleczę,
ostatni grosz rzucę na szalę człowieczą.
Usiądę przy stole, gdzie prawda się tli —
i zagram o wszystko na resztę mych dni.
Ta ostateczna niezgodność przeraża,
gdy fałsz i niepewność wokół nas zaraża,
szukamy lekarstwa, co serce ocali.
Spójrz prosto w twarz prawdzie, choć ból nas tak pali,
gdy jedna dłoń bije, a druga wciąż pieści,
w tej walce bezpiecznych nie znajdziesz już wieści.
A czarna chmura nad nami opada,
to znak, że na niebie mroczna trwa narada.
Idąc za tą radą, za życiową ladą,
wstyd skrywałem w mroku, pod nocy fasadą.
W kieliszku topiłem me dawne zgryzoty,
by zetrzeć z mej twarzy ten czas bez pozłoty.
Jak sadza nad rzeką, nad mądrą Wisłoką,
tak szare dni biegły nad wodą głęboką.
Przeżyć te letnie wieczory musiałem,
choć sił do poezji już wcale nie miałem,
gdy natchnienie zemdlało w grze pełnej goryczy,
a człowiek w swej biedzie dni puste wciąż liczy.
Pusty wózek przez życie pchałem pod tę górę…
Aż nagle z hałasem, przebijając chmurę,
sąsiad swym autem potężnie nadjechał
i w panią Wronę z impetem wjechał.
Wtem piorun trzasnął, świat cały zamilknął,
w tym huku ziarno nadziei gdzieś znikło.
Wiatr sypnął z drzewa tylko garścią bazi,
by głodną królewnę blask świtu poraził.
Oto pieśń poranna, porwie nas ten nurt,
gdy kogut obwieści dnia nowego cud.
Złocisty chmiel dojrzewa, czas dary wybiera,
czyste, jasne piękno przed nami otwiera.
Wszystko tak łagodne i pobożnie gra,
gdy pod szarym niebem cicha nuta trwa.
A za słodki piernik płaci dziś rzemieślnik,
choć w młynie ze strachu mąka cicho drży,
gdy z drżącej dłoni, pośród gęstej mgły,
płochliwa sarenka ucieka przez sny.
U schyłku tych kresów, gdzie brakuje owocu,
zasiada mój naród w głuchej ciszy nocy.
Słucha opowieści o minionym lądzie,
niechaj złoty ród prawdę dziś opowie.
Pamięć o dzieciństwie w orzechach pomieszczę,
gdy słodycz Mikołaja przynosiła dreszcze.
Choć w głowie zmęczenie, mowa wciąż zalotna,
ciepłym, dobrym słowem karmi się ta chwila.
I pośród zarośli, gdzie głupota drwi,
w grudniowym sadzie prawda we mnie tkwi.
W gąszczu z tajemnicą, tam gdzie astral lśni,
egzotyczny wąż kusi przez te dni.
Gdy duchowny w ciszy niesie czuły powiew,
ty pchnij swój wózek, niechaj świt odpowie.
Niechaj zgrane życie, wolne od banału,
młodość swą odzyska, bez żalu, pomału.
Wlej w serce radość, odrzuć smutku cień,
daj każdemu bliskiemu to, co niesie dzień.
Choć braknie Zagłoby, by wznieść mądry czyn,
to rąk nam nie braknie, by pokonać dym.
Wysoko na koniach jeźdźcy mkną w oddali,
śmiertelni i dumni, w pędzie nocy cali.
Gdy barwny pióropusz wiatr historii rwie,
w szarym asfalcie ziarno marzeń tli się, śni.
Przyjmijmy ten wyrok jakoś tak pogodnie,
by z podniesioną głową odejść stąd swobodnie.
I dać to, co trzeba…
Po cóż było pić, gdy los rzucał cień?
Oto przyszedł kres, zamknął się twój dzień.
Dla ciebie już grób, po człowieku ślad,
taki to jest stary, niełaskawy świat.
Na cichym cmentarzu odnajdę swą zgodę,
żegnaj, drogi brachu, dzielący mą drogę.
Choć odszedłeś płodny w słowa i natchnienia,
wciąż byłeś tak głodny prawdy i istnienia.
To niedoczekanie, by za marne grosze,
wypalić swą duszę, którą w sobie noszę.
To taniec jest w nędzy, bez ratunku wcale,
gdy człowiek zatacza się po żywota fali.
W ustach gorzka chwila, na spust rzucon los,
oto ostateczność, przeznaczenia cios.
Tak być po prostu musi.
33. Dawid Motyka — Muszę Cię obronić
Skąd ubywa nam tak wiele lat,
gdy w głąb pamięci ciągle spoglądamy?
Skąd naznacza się ten nagły blask,
którego w mroku codzienności szukamy?
Z jakich przygód powstają dziś znów
te dawne powieści o ludzkim istnieniu,
skoro bezwzględny los nie szczędzi słów,
by jasne niebo zostawić w cieniu?
Jak dawnych przyjaciół ocenia dziś czas,
co stali w urzędzie czy w cichym kościele?
Na cóż o łaskę prosić tyle razy nas,
skoro to dzieciom nieść światło dziś trzeba?
Gdy bagnet u broni gotowy do cna,
a gorzka kula łzę z oka uroni,
piaszczyste wybuchy rozrywają świat,
okruchy rozpaczy rzucając z dłoni.
Pancerne gąsienice powleką ten pył,
zapiecze ulica w pożogi płomieniach,
naznaczywszy krwawy historii szlak…
I nie pocieszy nas żaden wolny ptak,
co skrzydeł dotykiem o werbel uderza.
Bo nie zbuduje potęgi sztandaru upadły mur,
gdy z ruin chodnika wyłania się pustka.
Za wszystkie te rany, za ból wolnych gór,
litość zapłacze — to znak dla ludzkości.
I nikt już dyktatorów nie da wołać nam,
nie damy zgody na wojny potworne.
Za te przygody, za ból ziemskich bram,
zabierz stąd, Panie, to nieszczęście niesforne.
34. Dawid Motyka — Znad morza
Malownicza kraina i malownicza dziewczyna,
Przemalowniczo w swym sercu zapisała syna.
Przeczuwa łączka ten czuły los pisklątka,
Gdy wiatr niesie zapach i słońce chmury przegania,
By niebo ocalić od sennie mrocznego trwania.
Ździebełko trawy muskając, nóżkami lekko stąpając,
W zielone pastwiska idą, w pięknie natury czuwając.
W cieniu akacji, gdzie niezapominajka śpiewa,
Swoimi dłońmi czułymi świat wokół nas przyodziewa.
Zacałuj chwile, nazbieraj kwiatów bez miary,
Gdy słodko patrzymy na te natury dary.
Łapiemy motyle, wąchając kwitnące ogrody,
Czujemy w sercach rajskiej słodyczy dowody.
Od morskich wód nie błądzimy, na plaży szczęścia życzymy,
Gdy przypływ głośnej fali tchnienie panieńskie nada.
Płatkami miękkich palców i najpiękniejszych róż,
Myślami jesteśmy blisko, już tak blisko, tuż-tuż.
35. Dawid Motyka — Złoty Dawid i złota era
Wszyscy jeździcie dziś w szybkich brykach,
Szukając mądrości w grubych słownikach.
Lecz ludzkie ciało, niczym te trzody,
Wpada w pułapkę grubej przyrody.
Pośród zasadnych tafl złotego zboża,
Głębiej niż skryte są dna oceanów,
Za każdym oknem nowy świat tworzysz,
Mijając drzwi i firanki w domu mamy.
Idziesz pośród piaszczystych, szerokich pól,
Zaglądasz w trawę, w pustynny róż,
Malujesz świat, marząc o pełnym dzbanie u wrót.
Wyrasta nagle tu jeden ptak,
Groźniejszy niż morderca w ciemną noc.
Wyrasta wielka wiara w polny mak —
To miłości czysty, jasny znak,
Ostrzejszy niż bluźniercy sroga moc.
Wyrasta rzeźba na wielkiej chmurze,
Zbieraj orzechy, pnij się ku górze.
Choć snopowiązałka przez boże sadzawki mknie,
Ja w mroźnym słońcu wciąż widzę cię.
Mokniemy za tych, co przed nami żywota dany mieli,
Nie zabierzemy stąd nic, gdy będziemy tonąć.
My i nasze żony, skazani na ziemski próg,
Pragniemy wołać o ratunek do skał i zimnych ścian,
Gdy wylewność serca przynosi bolesny stan.
Urośniemy kiedyś pośród wieczystych ukłonów,
Zawsze tak biedni, stojąc na wzgórzu Michała.
Choć ból nas dotyka, nie uciekniemy stąd, ale
Słodycz braterstwa, wbrew pozorom udawanym,
W modnym świecie i w histeriach morskich opowieści,
Pozwoli w finale zapytać o sens ukrytych wieści.
36. Dawid Motyka — Miłosna zaśpiewniczka
Jeszcze ciepły wiaterek nie powiewa nam w sweterek wełniany,
Lekko schładzając mój upór, gdy pot z czoła chylę w marcu.
Jeszcze dziecię małe nie narodziło się w świecie z koła wszelkiego,
Więc poczekajmy cierpliwie, gdy kwiatek wyrasta z krzewu porzeczkowego.
Nazajutrz widzę ich trzysta, a może to żywego arcydzieła widoki
Na horyzontach uśmiechu, gdzie radość i panieńskie uściski.
Zapachem fiołków w malinach tętni ta kraina urocza,
Turzyca palmowa rośnie, co nigdy nie parzy nas w oczy,
Gdy latem szeptem obrywają ten śpiewny, daleki tłum.
Pąki zielonych pałeczek, skąpane w porannych rosach,