E-book
15.02
drukowana A5
29.9
Mój nieokrzesany charakterek

Bezpłatny fragment - Mój nieokrzesany charakterek

Z pamiętnika katechetki


Objętość:
136 str.
ISBN:
978-83-65543-70-7
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 29.9

ZAMIAST WSTĘPU


Drugoklasista pyta katechetkę: — Czy mogę zaliczyć u pani akt miłosny? Inny uczeń rozbiera się na lekcji. Chłopak poproszony o wyjście z klasy na przerwę mówi „spier…!”. Ale to nie z uczniami katecheci mają największe problemy…


Kiedy Iwona mówi, że jest katechetką, zwykle słyszy: „Naprawdę? Nie wyglądasz!”. Rzeczywiście — drobna, dziewczęca, kolorowo ubrana, z modną fryzurą. — Staram się wyglądać kobieco, dbać o siebie — mówi. — Pamiętam moją nauczycielkę religii z liceum — od lat taka sama fryzura, długie przedpotopowe spódnice, wełniane kamizelki. Modliłam się, żeby nie być taka jak ona. Czasem obserwuję koleżanki katechetki na różnych spotkaniach i jest trochę prawdy w tym stereotypie — większość z nich jest zaniedbana. Może nie mają czasu, bo ta praca tak je pochłania, a może za bardzo utożsamiają się ze swoją rolą? — zastanawia się.

Afro, też często słyszy, że nie wygląda i nie zachowuje się jak katechetka. Kiedy spotykała się z pewnym mężczyzną, na początku nie mówiła, jakiego przedmiotu uczy. Nie chciała, żeby się źle nastawił. — Bo z czym kojarzy się katechetka? Nawiedzona stara panna, w oazowych długich czarnych sukienkach, wiecznie z różańcem w ręku i wodą święconą zamiast herbaty — uśmiecha się.

Ludzie czasem reagują dziwnie. Przy katechetce zaczynają się od razu inaczej zachowywać, nie przeklinają, gaszą papierosa. Przy sklepie na mazowieckiej wsi, gdzie Afro uczy, panowie na jej widok chowają piwo za plecy. Standardem jest, że ludzie zaczynają z nią rozmawiać o Kościele, wylewają swoje żale na księży…

Obydwie kobiety, jak mówią, nie są typowymi katechetkami. Poza pracą mają swoje pasje, Afro fotografię, Iwona… uwielbia samoloty i latanie. Chciałaby być stewardessą, ale — jak mówi — to tylko marzenia. Łączy je to, że piszą blogi, na których pokazują, że katechetki to normalne kobiety. Zawód katechetka. Według informacji MEN w Polsce jest obecnie 31 625 nauczycieli religii, a sam przedmiot w ubiegłym roku był prowadzony w ponad 27 tysiącach szkół. To 72 procent wszystkich placówek.

Iwona nigdy nie sądziła, że zostanie katechetką, zwłaszcza że w jej rodzinie, choć katolickiej, nie chodziło się do kościoła. Zawsze chciała robić coś dobrego, znajomi śmiali się, że chciałaby zbawić świat.

Marzyła o pracy w poprawczaku. Wiedziała, że chce pomagać dzieciom i młodzieży. Nie dostała się na psychologię, zaczęła studia teologiczne, by nauczyć się mówić o Bogu. I już po pierwszym roku wiedziała, że to najlepszy wybór, jakiego mogła dokonać. Na praktykach poczuła się jak ryba w wodzie i było dla niej jasne, że to właśnie chce robić. Uczy od trzech lat, w tej samej szkole podstawowej. Afro wiedziała, kim chce zostać już od szóstej klasy, kiedy spotkała wspaniałą katechetkę. Wcześniej nie przepadała za religią i często wagarowała. Po maturze wybór był dla niej oczywisty — teologia. Pracę w szkole dostała po pierwszym roku i uczy już od dziewięciu lat.

Obydwie kobiety są wymagającymi nauczycielkami. Iwona nie lubi krzyczeć na uczniów, ale wie, że czasami musi. — Nie akceptuję luźnych lekcji religii, na których można robić sobie piknik z chipsami i colą z automatu — mówi. Na jej na lekcjach nie ma odrabiania zadań z innych przedmiotów, za to jest odpytywanie na każdej lekcji. Nie uznaje tłumaczenia, że ktoś nie przygotował się, bo nie ma w domu Biblii. Mówi uczniom: — Wszyscy jesteście na Naszej Klasie, macie w domu internet, więc możecie sobie w nim znaleźć Pismo Święte. Kiedyś wychowawca jednej z klas powiedział: — Aaa, odpyta ich pani z „Ojcze Nasz” i postawi piątki na semestr. — Nie po to studiowałam pięć lat — oburzyła się.

Afro nie czyta gazety na lekcji, nie zajmuje się niczym innym, poza prowadzeniem danej lekcji. Jej uczniowie wiedzą, że muszą wiedzieć, umieć, znać, że na dobrą ocenę muszą zapracować. Ale, jak przyznaje, przede wszystkim ma być sympatycznie i fajnie, bo przecież po latach nie będą pamiętać, czego ich uczyła, tylko jaka była.

Lekcje religii, choć obecne w szkole od 20 lat, wciąż budzą kontrowersje i wciąż powraca pytanie, czy nie powinna odbywać się w parafiach. Według sondażu przeprowadzonego we wrześniu tego roku przez TVN Warszawa 85 procent pytanych opowiada się za wyprowadzeniem religii ze szkół.

Jak mówią obydwie katechetki, dzieci niechodzące na religię to sporadyczne przypadki. Afro miała jedną uczennicę, której rodzice byli świadkami Jehowy i nie wyrażali zgody na udział dziecka w katechezie. Ania przychodziła jednak na każdą lekcję, razem z innymi uczyła się, była aktywna. Nigdy nie przyznała się do tego rodzicom. — Prosiła mnie, żeby się nie wydało. I nie wydało się.

Według Afro religia w szkole to dobre rozwiązanie: — To bardzo dobry pomysł, bardzo dobra droga do Boga — właśnie przez szkołę. Podejrzewam, że w salkach połowa uczniów zwyczajnie nie przychodziłaby na religię. To również odskocznia dla uczniów podczas lekcji — nie, nie godzina relaksu, ale utwierdzenia się w tym wszystkim, że są rzeczy ważne i najważniejsze.

Podobnie myśli Iwona: — Same dzieci wolą mieć religię w szkole, choć powody nie są zbyt inteligentne — chcą mieć to z głowy, nie włóczyć się gdzieś po lekcjach. Ale na religię w szkole mają szansę chodzić wszyscy — wierzący lub nie. W ten sposób poszukujący mogą odnaleźć swoją drogę, a dzieci, nawet jeśli rodzice nie są praktykujący, mają możliwość poznania Boga.

Nie boję się, że się zgorszę. Kiedy Iwona była jeszcze w liceum, jeden z uczniów przyniósł na lekcję religii prezerwatywę. Katechetka rozpłakała się wtedy. Iwona nie boi się, że sobie na lekcji nie poradzi, choć przyznaje, że bywają trudne sytuacje. Dzielnica, w której uczy, nie ma dobrej opinii, ciągnące się blokowiska cieszą się złą sławą wylęgarni patologii. Już w pierwszym tygodniu pracy miała „chrzest bojowy”. Na lekcji w jednej z klas dwóch chłopców pokłóciło się o jakąś mało istotną rzecz. Jeden z nich zareagował bardzo agresywnie, zaczął rzucać krzesełkami. Trudno było go uspokoić. Chwyciła go, żeby go powstrzymać, była cała pokopana i podrapana. Od pani dyrektor usłyszała potem: — Trzeba było uważać, kiedy pani go trzymała, żeby mu siniaków nie narobić. Miała później lekcje z tym chłopcem, był trudnym uczniem, ale bardzo inteligentnym jak na swój wiek. To jego sytuacja w domu sprawiała, że musiał jakoś odreagować.

Najtrudniejsza klasa, jaką przyszło jej uczyć, to 13-latki, większość chłopców. Po raz pierwszy wtedy usłyszała od ucznia, prosząc o wyjście na przerwę, „spier…”. Zrobiła aferę, nie pozwala się tak traktować. Zawsze robi aferę. Oczywiście potem musi odsłuchać swoje, że niepotrzebnie się unosi, że to tylko religia. Ale chce, żeby uczniowie wiedzieli, że nie mogą sobie na wszystko pozwolić i żeby nauczyli się szacunku do drugiego człowieka, bo taka postawa często nie jest im znana. Inna sytuacja — uczeń rozebrał się na jej lekcji do połowy, popisywał się przed klasą. — Po pierwsze, nie mam aparatu, żeby zrobić ci sesję zdjęciową — powiedziała z uśmiechem. — Po drugie, proszę, ubierz się, bo będę miała koszmary. Obróciła to w żart, ubrał się i wrócili do lekcji.

Takie sytuacje bywają czasem pretekstem do rozmowy. Kiedy np. uczeń powie do drugiego „ty daunie” albo „ale się podniecasz”. — Co to znaczy podniecać się? — zapytała. Po dłuższej chwili ciszy i stłumionych chichotów, jeden z uczniów powiedział: — Podniecać się, to być pijanym ze szczęścia. Zamurowało ją. — Muszę zapisać sobie twoją definicję, bardzo mi się podoba — odpowiedziała.

Iwona ma bardzo dobry kontakt z uczniami, wie, że zawsze znajdzie z nimi wspólny język. Raz miała uczennicę, z gatunku tzw. trudnych — wszyscy nauczyciele na nią zawsze narzekali. Kiedyś poprosiła ją o zaniesienie do biblioteki Pisma Świętego. Dziewczyna zaczęła popisywać się, mówiąc coś o szatanie, seksie… Zapytała: — Słuchaj, czemu ty się tak zachowujesz? Przecież nie jesteś ani głupią, ani złą dziewczyną. Uczennica była w szoku: — Jak to nie jestem?! A wie pani, że jest pani pierwszą osobą, która mi coś takiego mówi? Od tej pory nigdy na lekcji nie było problemów, dziewczyna była zawsze przygotowana, zachowywała się poprawnie, może tylko niestosownie się ubierała. Ale zadania odrabiała, miała zawsze zeszyt. Coś do niej trafiało, choć przez chwilę zastanawiała się nad sobą i nad swoim zachowaniem. A nawet wysyłała Iwonie zdjęcia z wakacji. — Kupiłam ją — uśmiecha się — choć nie zrobiłam tego specjalnie, tak wyszło. Zawsze jest jakaś droga, żeby znaleźć sposób na porozumienie. Nie ma złych dzieci. Nie obawiam się, że sobie nie dam rady. Raczej bym się obawiała problemów, z którymi dzieci mogą się zmierzyć w ich jeszcze niewinnym świecie. Już się z takimi problemami spotkała, będąc animatorką — miała dziewczynkę, której mama była w szpitalu psychiatrycznym, chłopca, który w wieku 14 lat był uzależniony od alkoholu.

Na religii porusza się tematy trudne. Bo jak wytłumaczyć dziecku, które pyta: „Skoro Bóg jest dobry, to dlaczego ta pani choruje na raka?”. Nie wystarczy przecież to, co zwykle się powtarza w takiej sytuacji: „Widocznie Bóg tak chce”.

Dzieciom w podstawówce, jak przyznaje Iwona, można niektóre rzeczy wytłumaczyć w prosty sposób, choć czasem ją zaskakują swoją dojrzałością. Czasem poświęca całą lekcję na rozmowę sprowokowaną pytaniem i nie uważa tego za czas stracony.

Czy mogę zaliczyć u pani akt miłosny? Afro pracuje w przedszkolu, w starszych klasach podstawówki i w technikum. Jak twierdzi w przedszkolu trzeba umieć się bawić, w podstawówce mieć cierpliwość, a w szkole średniej… wiedzę. Ma dobry kontakt z uczniami, rozmawia z nimi nie tylko o szkole, idąc korytarzem zagaduje, uśmiecha się. — Na przerwach sami uczniowie przychodzą, ot tak pogadać, przychodzą na moje dyżury, dzieciaki się przytulają, biegną do mnie, jak się pojawiam na korytarzu, mówią, że mnie kochają. A do wszelkich wygłupów swoich uczniów podochodzę z humorem. I chyba to dobra metoda, bo nie mam problemów z prowokacjami, czy wybrykami podopiecznych. Naprawdę nie zdarzyła mi się żadna sytuacja, gdzie ktoś by pozwolił sobie na więcej niż mu pozwolę.


Dzieci, zwłaszcza te młodsze, zaskakują ją swoimi pytaniami. — Czy w niebie jest wiaterek? — zapytała ją jedna z uczennic. Inna nie chciała iść do nieba, bo… bała się, że spadnie z chmurki. Na katechezie o grzechu pierworodnym i o owocach z drzewa poznania dobra i zła, których Bóg zakazał zrywać, z klasy padło pytanie: — A czy te, które spadły z drzewa, można było zjeść? Zdarzają się pytania to, skąd się wziął diabeł i czy Pan Bóg kocha diabły, kto urodził Pana Boga, po co Panu Bogu anioły albo jak wygląda Pan Bóg i po czym go poznamy w niebie. Afro nigdy nie śmieje się z zadawanych pytań, ale stara się na nie odpowiedzieć i wybrnąć z uśmiechem. Najbardziej rozbrajająca sytuacja, jaką pamięta, miała miejsce przed komunią. Dziecko z drugiej klasy przyszło zaliczyć modlitwy pacierzowe i spytało: — Czy mogę zaliczyć u pani akt miłosny? (oczywiście chodziło o Akt miłości).

Niektóre pytania zmuszają ją samą do refleksji, do tego, żeby poszukać odpowiedzi, pogłębić swoją wiedzę. Tak, jak kiedy dziewczynka z drugiej klasy dociekliwie pytała, co stało się z kamiennymi tablicami Dekalogu. Nie satysfakcjonowała ją odpowiedź, że zaginęły. Albo kiedy uczeń z szóstej klasy analizował wygląd całunu turyńskiego, dopytując, dlaczego nie ma na płótnie śladów Jezusowego… pępka. Czasem wchodząc do szkoły, boi się. Niby zawsze jest przygotowana, wie co mam mówić, ale katecheza to nie matematyka, albo polski, gdzie ma się pewną teorię do przekazania. Są chwile, kiedy sięga po Pismo Święte i prosi w duchu o pomoc i mądrość, by dobrze przekazać Słowo Boże.

Katechetka i ksiądz proboszcz. Obydwie katechetki przyznają, że ich zawód nie należy do łatwych. Oprócz wszystkich obowiązków nauczyciela w szkole — posiedzenia, rady, konferencje, szkolenia, dyżury na dyskotekach, imprezach szkolnych, takich jak choinka czy andrzejki, katecheta ma dodatkowo te kościelne — spotkania, msze z dzieciakami, przygotowania do komunii, bierzmowania i spotkania katechetów z parafii. — Mamy nad sobą trzech szefów — dyrekcję, kurię i księdza proboszcza — mówi Iwona. — I każdy ma swoje wymagania. Uczniowie są najlepszą stroną pracy katechetki. Gorzej z całą resztą.

Jak wynika z sondy miesięcznika “Katecheta”, katechetom najtrudniej współpracuje się z księdzem proboszczem — taką odpowiedź wskazała blisko połowa odpowiadających na pytania. — Relacje z księżmi rzeczywiście są najtrudniejsze — potwierdza Iwona. Sama miała ostry konflikt z księdzem, na szczęście jego już nie ma w parafii. — Ale to nie przeze mnie — zastrzega się. — Było na niego zbyt dużo skarg. Teraz jest nowa osoba i zapowiada się, że wszystko ułoży się dobrze. Duchowni, choć nie wszyscy, zastrzega Iwona, zwykle nie potrafią zrozumieć, że świeccy katecheci mają swoje obowiązki, rodziny i najzwyczajniej w świecie swoje życie. Ona jest zwykłą młodą dziewczyną, która od czasu do czasu wyjdzie z przyjaciółmi do kina czy do pubu. Musiała być na każde zawołanie tamtego księdza, nawet w środku wakacji. Nie przyjmował tłumaczenia, że ma jakieś swoje plany. Pracować zaczęła jeszcze na studiach. Była sesja, miała dwa trudne egzaminy następnego dnia, uczyła się. Zadzwonił proboszcz o 17, że za dwie godziny jest spotkanie i ona musi na nim być. Tłumaczyła, że musi się uczyć. — Ale to jest przecież pani obowiązek! — krzyczał.

Iwona chciała wyjechać na święta Bożego Narodzenia do domu rodzinnego. Ksiądz proboszcz nalegał, by została, bo przecież musi chodzić na spotkania, msze. — Czy ja mam sama tu spędzić święta, czy przygarnie mnie ksiądz proboszcz do siebie? — zapytała. Postawiła na swoim. Wymagał też, żeby chodziła na niedzielne msze do konkretnego kościoła, daleko od miejsca swojego zamieszkania, żeby widziały ją dzieci. Afro obecnie ma nad sobą trzech proboszczów i współpracuje z dwoma wikariuszami. — Każdy robi to, co do niego należy, nawzajem sobie pomagamy i nie utrudniamy sobie życia — mówi. Ale przez rok pracowała z proboszczem, przez którego była gotowa się zwolnić. Na szczęście został przeniesiony do innej parafii. — Strasznie nerwowy, gubił się w obowiązkach, utrudniał wszystko, co tylko było możliwe, uważał się za nie wiadomo kogo, nie panował nad emocjami, używał wulgaryzmów…

Potem okazało się, że ten ksiądz przyjmował leki psychotropowe.

Czy oni nie mogliby mniej pisać na tej religii? — Relacje z rodzicami? Generalnie — nie ma takich! — mówi Afro. — Tylko przed komunią się pojawiają, zainteresowani, ile składka i kiedy próby. Bywają wtedy też problemy, zwłaszcza z tymi antykościelnie nastawionymi. Ale poza komuniami czy bierzmowaniem, rzadko rodziców interesuje religia, a tym bardziej katechetka. Raz zdarzyło się, że mama leworęcznej dziewczynki przyszła zbulwersowana, bo upomniałam jej córkę, że nie można żegnać się lewą ręką. Zdarzają się też miłe sytuacje, na przykład zaproszenia na komunię. Kiedyś jedna z mam prosiła, żebym pojechała z nimi na pielgrzymkę do Lichenia — taki wyjazd rodzinny.

Do Iwony rodzice czasem zwracają się „siostro”. W szkole pojawiają się rzadko, ostatnio było większe spotkanie z rodzicami, kiedy jedna z nauczycielek „uświadomiła” uczniów, że wcale nie muszą chodzić na religię, co miało swój widoczny skutek na lekcjach. Czasem tylko rodzice zainteresują się i mówią, że katechetka za dużo wymaga i oni woleliby, żeby lekcja religii była w formie rozmowy. Albo pytają, jak jedna z mam: — Czy oni nie mogliby mniej pisać na tej religii?

Wierzę w to, co robię. Afro mówi, że kocha swoją pracę. Bez tego wykonywanie tego zawodu byłoby pozbawione sensu. Jest wiele sytuacji, które ciągle przekonują ją, że warto być katechetką. — Pamiętam, kiedy pierwszy raz w życiu przygotowywałam dzieciaki do spowiedzi i do komunii świętej. Pamiętam próby w kościele, samą ceremonię, dekoracje, mnóstwo ludzi, dzieciaki śliczne, wzruszone… Kwiaty, podziękowania, zachwyty ludzi, proboszcza… A ja… a ja się zwyczajnie popłakałam ze wzruszenia. Następne komunie były równie piękne, ale tę pierwszą przeżyłam najmocniej. Najprzyjemniejsze chwile to te, kiedy uczniowie docenią jej pracę. Kiedy jedna z uczennic po latach namalowała dla niej obraz, kiedy od Darii z szóstej klasy dostała plik wierszy napisanych specjalnie dla niej, w podziękowaniu za katechezę. Albo kiedy Mariusz na koniec szkoły podstawowej powiedział: — Chciałbym, żeby moje dzieci kiedyś miały taką katechetką, jaką ja miałem szczęście mieć.

Największym komplementem dla Iwony były słowa koleżanki: — Gdybyś Ty mnie uczyła religii, to byłabym wierząca. Lubi uczyć, stara się, by jej lekcje były ciekawe, nie korzysta tylko z podręcznika. W końcu to pokolenie internetu i wiedzę przekazaną „multimedialnie” łatwiej przyswajają. Prowadzi też kółko religijne, na którym prowadzą dyskusje, oglądają filmy albo zwiedzają kościoły innych wyznań, by uczniowie mogli nauczyć się tolerancji i szacunku. I sprawia jej ogromną satysfakcję, że uczniowie nie chcą z tych wycieczek wracać do domu. Na jej lekcjach dzieci robią różańce z kulek Nesquika, a chłopcy grają dla Pana Boga w piłkę, żeby podziękować mu za talent do sportu. Najważniejsze dla niej jest to, że robi coś dobrego i może, choć przez ten krótki czas spędzony z uczniami sprawić, że świat jest lepszy, odrobinę bardziej przyjazny.

Na początku swojej drogi zawodowej była w euforii, teraz może ten entuzjazm trochę ostygł. — Ale to nie przez uczniów — uśmiecha się. — I nie wpadłam jeszcze w rutynę, dalej mam siłę i wiarę w to, co robię. Proszę tylko Boga o dużo mądrości i siły oraz oto, że kiedy już się nie będę nadawać, to żeby dał mi wyraźny znak. Na razie tego znaku nie dostałam.


(Wywiad dla onet. blog przeprowadziła Jolanta Przygoda)


POCZĄTKI


Afro… Marzyła, by kiedyś uczyć religii. Nim skończyła teologię rozpoczęła pracę w małej wiejskiej, i drugiej nieco większej szkole. Pierwsze spotkania z uczniami, pierwsze lekcje, pierwsze radości i smutki uczniów. Marzenia się spełniają! A idąc na pierwszą w życiu lekcję, weszła wraz z klasą do sali i zapędziła się do ostatniej ławki! Zapomniała, że… od teraz biurko pod tablicą jest jej miejscem w sali lekcyjnej! Mijały lata. Nowe placówki. Nowi uczniowie. Można rzec — nowe przygody! Niektóre z nich można poczytać na kolejnych kartach książki, którą właśnie zaczynasz…


4 lipca

Dziś pierwszy czwartek miesiąca, jutro pierwszy piątek — warto może wybrać się na Eucharystię, na Adorację Najświętszego Sakramentu? Pobyć z Nim sam na sam. Podzielić się swoimi przeżyciami, radościami, może troskami i niepokojem… Porozmawiać z Nim — jak Przyjaciel z Przyjacielem. Szczerze, otwarcie, z miłością… Warto też na tej Adoracji dać mówić Panu Bogu! Trzeba DAĆ Bogu mówić — inaczej nigdy nie usłyszymy tego, co On chce nam powiedzieć… No, chyba, że ktoś woli nie wiedzieć.


20 lipca

Od rana Msza święta, potem cmentarz. Postawiłam świeże kwiaty, zapaliłam znicze… Kilka słów, nie tylko modlitwy a w odpowiedzi tylko zimna marmurowa płyta. Życie… Tyle po nas zostanie — napis na nagrobnej płycie i pamięć w sercach innych. Warto zatem dobrze się zapisać!


21 lipca

Piękna dziś Ewangelia. Marta, Maria i Jezus w domu Łazarza. Nie będę powtarzać dzisiejszego kazania — a było naprawdę świetne, ale warto zwrócić uwagę na relacje tych trzech osób. Są takie zwyczajne. Normalne spotkanie Przyjaciół. Rozmawiają. Cieszą się swoją obecnością. Chcą się spotykać. Tak zwyczajnie, normalnie, po ludzku. A my często traktujemy Jezusa jak nie wiadomo kogo! Udziwniamy te spotkania, ubogacamy modlitewkami w ogóle nieświadomie wypowiadając wiele słów — albo w ogóle o nie nie dbamy! A wystarczy przecież tak niewiele — zwyczajna rozmowa, codzienne troski, niepokoje, małe i większe radości — jak Przyjaciel z Przyjacielem — siąść i pogadać. Tak zwyczajnie, normalnie. On naprawdę słucha! On jest! On chce się z Tobą spotkać! A Ty?


25 lipca

Jak go pamiętam? Właściwie nigdy z kościoła, a z naszego domu. A i on sam nie raz wspominał wieczory, z gorącym mlekiem i pajdą świeżego chleba. Bezcenne chwile, kiedy z troską słuchał, żył życiem każdego z nas. Właściwie do końca. Łagodny, ciepły, serdeczny, życzliwy. Z troskliwym gestem, poczuciem humoru i spokojem. I później już, mimo podeszłego wieku — zawsze 6 grudnia nas odwiedzał i, jak przystało na św. Mikołaja — obdarowywał upominkami. Zawsze pamiętał w modlitwie, często we Mszy świętej. Do dziś mam wiele kartek świątecznych, z życzeniami, a i z informacjami o Mszy św. w naszej intencji. Cóż wartościowszego można komukolwiek podarować? Widywaliśmy się, właściwie do końca, często tam u Sióstr, gdzie był Kapelanem. I tam też nasza ostatnia rozmowa kilka miesięcy przed odejściem. Nie należał do zamożnych, a raczej lubiący skromność i taką zwyczajną normalność — bo taki sam był. Kapłan mojego dzieciństwa — ks. Edmund. Dziś kolejna rocznica odejścia [*].


28 lipca

Uf! Skończyłam! Co? Czytać Encyklikę „Lumen Fidei”. Naprawdę niezła! Ok, przyznaję — nie zrobiłam tego z własnej nieprzymuszonej woli — bo w ramach pokuty to było (tak, moi spowiednicy potrafią mi podsunąć ciekawą lekturę) — ale polecam, bo poza tymi wszystkimi, które musiałam przeczytać w ramach studiów — ta daje się nawet czytać. Mądre, jasne przemyślenia. Ciekawe porównania, cytaty znanych świętych, powrót do źródeł Starego Testamentu, ładnie wkomponowane treści Nowego Testamentu. Mądrze Papież to ujął: „Wiara jawi się jako droga, jako szlak, który trzeba przemierzyć, a który zaczyna się od spotkania z Bogiem żywym” — a wakacje to dobry czas na Spotkania — również z Bogiem, obecnym także, a może przede wszystkim w drugim człowieku. Bo przecież „Wiara dąży do tego, by się rozpowszechniać, zapraszać innych do swej radości” — zatem, nie bójmy się, bo, jak pisze dalej Papież Franciszek: „Ten, kto wierzy, nie jest nigdy sam!”


29 lipca

Byłam dziś na Mszy żałobnej za jednego z kapłanów. Poprzez słowa celebransa przelatywały wspomnienia ostatnich 3 lat. Niemal na każde z tym wspomnień — uśmiechałam się.

I, tak sobie właśnie myślę — tyle po nas zostanie… Nie to, co mieliśmy, ani to jakie mieliśmy i ile tego było — ale to co daliśmy innym. Bo zakurzony bibelot z jego półki zostanie usunięty, a ten, który być może komuś ów kapłan ofiarował — właśnie z chwilą jego odejścia nabiera jeszcze większej wartości… Tyle po nas zostanie, co zostawiliśmy po sobie w innych — wspomnienia, ofiarowane dobro, ciepłe słowo, wsparcie, poświęcony czas…

Warto zatem postarać się, by po naszym odejściu — ludzie uśmiechali się, a nie zaciskali pięści i zgrzytali zębami złorzecząc. I wcale tu nie chodzi o tak poważne odejście, jak śmierć — ale zwyczajną zmianę miejsc, małe powroty i odejścia — z domu, pracy, szkoły, z parafii…


15—16 sierpnia

Tak sobie właśnie myślę — łatwo jest być katolikiem w kościele. Łatwo modlić się wśród modlących się. Łatwo być chrześcijaninem w miejscach kultu religijnego. Łatwo być wierzącym wśród wierzących…

Ostatnie dni — oblężenie Jasnej Góry. Obserwowałam tydzień temu ludzi w Jasnogórskim klasztorze. Wyciszeni, rozmodleni, z różańcem w dłoni, na klęczkach przed obrazem i wokół niego. I tak się czasem zastanawiałam — ciekawe, jacy są na co dzień? Czy tę modlitwę przekładają na życie? Czy zarażają na co dzień swoją pobożnością?

Nie trzeba szukać Jasnej Góry — wystarczy popatrzeć w swoim kościele. Zdarza się, że bywa inaczej. Znamy konkretne osoby, a może i my sami tak mamy? Tak sobie właśnie myślę — czy Jezus był inny — wobec Boga i ludzi? Nie. Taki sam! Zatem może warto Go naśladować w swoich codziennych spotkaniach?

A w najbliższych dniach garść wspomnień z Jasnej Góry…


6 sierpnia

O 13.30 Msza św. Przed chciałam pójść do Spowiedzi. Kiedy zobaczyłam kolejki w Kaplicy Sakramentu Pokuty, stwierdziłam, że może jutro… W Kaplicy Cudownego Obrazu mnóstwo ludzi, wiadomo, duszno, ludzie chodzą, kręcą się, wychodzą. Jedyne spokojne miejsce, to schodek pustego konfesjonału. Rozpoczęła się Msza św. Było mi przykro, że bez Komunii św. ale — trudno. Czytanie. Psalm. Kazanie się zaczyna, a z przeciwka idzie kapłan. O lasce, kuli. Powolutku posuwa się z trudem. Zrobiłam miejsce, by przeszedł, a on… siada w „moim” konfesjonale! Niesamowite! Bardzo dobra spowiedź! Mądra nauka, wzruszająca cała sytuacja. Dla obu stron, bo powiedziałam o pragnieniu Komunii św. Co ciekawe, on wcale nie planował spowiadać, po prostu wychodził z kościoła.


7 sierpnia

Na wczorajszą Mszę — w Uroczystość Przemienienia Pańskiego, w Jasnogórskim Sanktuarium — wybrałam kaplicę Najświętszego Serca Pana Jezusa. Siadłam w pierwszej ławce, za mną może ze 30 osób? Więcej pewnie tam by się nie zmieściło. Msza, jak Msza — ale celebrans niecodzienny! Starszy zakonnik… W kilku słowach kazania mówił o tym, ażeby na wzór Jezusa modlić się i wyjść do ludzi z rozpromienioną twarzą. Nie budować Kościoła przymusem, nakazem, rozkazem, a spokojem, radością i pokorą. Modlić się, modlić i jeszcze raz modlić — a potem dopiero iść do ludzi… W sumie — mądrze. A później była modlitwa Ojcze nasz… Wiadomo, jak to ludzie: Ojczenaszktóryśjestwniebieświęć sięimięTwoje… A on z krzykiem: WOLNIEJ! Niby zwolnili, ale… No i było następne kazanie — dłuższe, na temat Modlitwy ze zrozumieniem! Na koniec — zamiast komentarza, też fajnie — bo powtórka obu kazań- z końcowym zawołaniem: BÓG CHCE W WAS DZIAŁAĆ, TYLKO POZWÓLCIE MU NA TO! OTWÓRZCIE SIĘ NA BOGA! Niech Was błogosławi…

Może warto przy tym wpisie chwilkę zatrzymać się nad swoją modlitwą — czy to nie jest właśnie potok słów wyrzucany bezmyślnie w trybie: Ojczenaszktóryśjestwniebie święćsięimięTwoje. Każde słowa zawierają głębię, zatem warto zanurzyć się w niej i zasmakować prawdziwej modlitwy.


8 sierpnia

Jasna Góra. Dziś. Ktoś rano poprosił mnie o pożyczenie pieniędzy. Miałam inny plan, ale ok pożyczyłam, mając nadzieję na bankomat gdzieś w drodze. Kiedy ostatnio byłam na Jasnej Górze był tuż za rogiem, więc pobiegłam i… okazuje się, że nie ma, a najbliższy na tyle daleko, że nie ma możliwości, by tam dotrzeć. Cóż — trudno. Zostało mi 20 zł plus jakieś drobne. Bardzo chciałam zamówić za kogoś Mszę świętą. Licząc pieniądze, które pożyczyłam — była dość przyzwoita ofiara. Staję w kolejce do okienka: Przyjmowanie Mszy św. Ogromne pragnienie zamówienia tej Mszy św. ale i wstyd, że więcej nie mam. Ale, w końcu ofiara to ofiara, tak? Napisałam na kartce intencję, podałam do okienka. Siostra zakonna tam siedząca pyta mnie: zbiorowa, czy indywidualna? Ze wstydem mówię: nie wiem, mam tylko 20 zł… A ona do mnie: nie ma takich Mszy co 20 zł kosztują! Najtańsza 30 zł! Mówię: więcej nie mam. Na co ona, z totalną łaską — no jak pani nie ma to już zapiszę pani tę Mszę! Wypisała dzień, godzinę. Wysypałam z portfela wszystko, co miałam — i dziesięciogroszówki i pozostałe grosze. Nie mam pojęcia ile tego było — do tych 20 zł, może jakieś 3 zł z kawałkiem. Poczułam się, jak uboga wdowa — dając ostatni grosz… Chciało mi się płakać. Nie, nie, że nie mam pieniędzy, ale że tak zostałam potraktowana. Kazała mi zabrać te drobne! Odeszłam…


10 sierpnia

Podczas dzisiejszego duchowego „wędrowania” wraz z pielgrzymami na Jasną Górę wpadło mi w ucho to zdanie: (…) Kościół wypełniony ludźmi zgromadzonymi na niedzielnej Mszy św., czy ten sam kościół pusty w dni powszednie? (…)

No właśnie. Jak to jest, że ten sam kościół w niedziele tętni życiem, wciąż przesuwającymi się wiernymi, szeptanymi modlitwami i śpiewem — a w tygodniu, jakby nikomu nie potrzebny, albo bardzo niewielu… Jak to jest, że jesteśmy w stanie wykrzesać czas na komputer, telewizor, wspólne grillowanie, siedzenie na plaży, czy zupełne nic nie robienie — a nie mamy czasu na Mszę w tygodniu? Czas zapewne mamy, ale…

Tak sobie myślę, jak to ze mną było? W sumie zawsze lubiłam być w kościele. Pamiętam swoją pierwszą świadomą wizytę tam. Miałam trzy lata i do dziś pamiętam to niezwykłe spotkanie z kościołem. Każda następna Msza była odkrywaniem nowych rzeczy, poznawanie zachowań, smakowanie ciszy… Też bywałam zwykle tylko w niedzielę, dopiero pod koniec szkoły podstawowej w codzienność wpisane były nabożeństwa — szczególnie Drogi Krzyżowej, różańcowe, majowe no i pierwsze piątki miesiąca. Często też zaglądałam do kościoła w tygodniu — przed/po szkole. Na krótko, bo biegłam na autobus.

W szkole średniej zaczęłam kilka razy w miesiącu chodzić w tygodniu — na ile dałam radę — rano. Miałam na 9.00, więc mogłam iść na 7.30 (z domu musiałam wychodzić najpóźniej o 6.45!) W trzeciej klasie szkoły średniej już miałam schemat: poniedziałek/środa/piątek + niedziela. Z czasem, gdy otrzymałam prawo jazdy i samochód było częściej — ale też nie codziennie. Dziś widzę, że do wszystkiego trzeba dorosnąć. Nie da się kogokolwiek nakłonić, a tym bardziej zmusić do chodzenia do kościoła. To trzeba samemu chcieć!

W tym roku mija dokładnie 5 lat odkąd codziennie jestem na Mszy świętej. Ktoś zapyta — dlaczego? Od czego to się zaczęło? Ano… Pojechałam 5 lat temu na Rekolekcje. Tam codziennie była Msza św. Konferencje i właściwie niemal namacalne Spotkanie z Jezusem — w Ewangelicznych przypowieściach, Medytacji, Modlitwie, w Sakramencie Pokuty i Eucharystii. Zobaczyłam też wiele ludzi — pięknie modlących się, adorujących Najświętszy Sakrament, mających w sobie to coś… Na koniec rekolekcji o. Tadeusz Hajduk zaznaczył, że te rekolekcje nie kończą się, ale dopiero zaczynają! Mówił też, że kto kocha ten jest! Jest blisko Jezusa! Chce się spotykać z Nim jak najczęściej — nie tylko przy okazji niedzieli… Zaprosił nas do codziennej obecności na Eucharystii… No i tak jakoś wyszło… Po powrocie — nie było łatwo, ale zaczęłam się przyzwyczajać, wraz ze mną inni.

Nie jest tak, że codziennie mi się chce. Czasem zmęczenie, obowiązki — ale im bardziej się nie chce — tym bardziej warto! I idę. I jestem. I nigdy nie odczułam, że to strata czasu. Nigdy nie odczułam, że to marnowanie czasu, bo w tym czasie mogłabym zrobić to, to i tamto… Nie. Bo wiem, że dzięki temu, że tu jestem — wszystko inne pójdzie mi sprawniej.

Czasem bywa, szczególnie podczas wyjazdów — że kościół daleko, Msze nie wiadomo jak, czy podczas pracy, kiedy rada jakaś, albo gdzieś być trzeba, ale bardzo często i tak jakoś się składa, że jestem.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.02
drukowana A5
za 29.9