Mój kochany android
Podziękowania
Dziękuję wszystkim czytelnikom, którzy przez lata wspierali moją twórczość.
W oceanie wątpliwości Wasze komentarze zawsze dodawały mi skrzydeł.
Za każde ciepłe słowo i każdą konstruktywną krytykę — dziękuję.
Mam nadzieję, że ta historia będzie choć częściowym podziękowaniem za to wszystko.
Przedmowa
Cofnijmy się na chwilę do roku 2019, kiedy powstawała ta książka.
Do czasów, gdy świata jeszcze nie zmroziła pandemia, nikt nie słyszał o ChacieGPT ani o generowaniu obrazów przez sztuczną inteligencję. A jednak ludzkość już wtedy — nie po raz pierwszy w historii — zachwycała się humanoidalnymi androidami.
Czy był to zachwyt nad ideą, iż ktoś (a może coś?) mógłby spełnić wszystkie nasze marzenia? Czy pragnienie zrozumienia na ponadludzkim poziomie?
Pewnie wszystkiego po trochu.
W roku 2025 ta miłość zaczyna jawić się jako wizja znacznie mroczniejsza.
Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się pozostawić ten tekst w niezmienionej formie — naiwnie uroczej i niewinnej, patrzącej na rozwój technologii z niemal romantycznym zachwytem.
To dla mnie wyjątkowa książka. Pełna emocji, które po latach wybrzmiewają jeszcze głośniej. Przekazuję ją w Wasze ręce z nadzieją — i z nutą trwogi.
Mam nadzieję, że pozwoli Wam na chwilę zachwytu.
Rozdział 1
Trzymałem go za rękę. Jego dłoń była gorąca, niemalże jak wspomnienie naszego pierwszego wspólnego lata. Wtedy myślałem, że to będzie krótka, chwilowa znajomość. Za bardzo się bałem, by chociażby pomyśleć, że między nami może być coś więcej. Nie wierzyłem, że jeszcze kiedyś będę potrafił komukolwiek zaufać. Dopiero teraz, po tylu latach, w końcu byłem tego pewny. Że ten facet jest mi przeznaczony.
— Powiedz mi… — zaczął, patrząc mi w oczy. Wiedział, że nie umiałbym uciec, gdy świdrował mnie tym swoim błękitnym, porażającym spojrzeniem. — Czy zostaniesz ze mną? Już na zawsze? Zaopiekuję się tobą. I nikt cię nie skrzywdzi.
Serce zabiło mi mocniej. Wyrywało się do niego tak samo, jak całe moje ciało.
— Po tym wszystkim, przez co razem przeszliśmy? Jak mógłbym odpowiedzieć inaczej?
Rozpromieniłem się, ściskając mocniej jego dłonie. Zrobił krok do przodu i pochylił się. Zamknąłem oczy. Poczułem otaczający mnie zapach drogich perfum, a na ustach słodki, gorący pocałunek.
I wcale nie chciałem, żeby trwał wiecznie. Chyba pierwszy raz, od kiedy zgodziłem się, by mnie pocałował. A wszystko dlatego, że teraz wiedziałem, że przed nami całe życie. I jeszcze wiele, wiele pocałunków.
Na horyzoncie zachodziło słońce. Pierwsze w naszym nowym, wspólnym domu i pierwsze na naszej wspólnej drodze życia.
Zapisałem plik i przetarłem zmęczone oczy. Zegarek w laptopie wskazywał czwartą po południu. Do deadline’u miałem jeszcze tydzień, ale ulżyło mi, że wyrobiłem się przed czasem. Miałem teraz kilka dni, by przeczytać całość i upewnić się, że wszystko brzmi sensownie.
Oparłem się o krzesło i przymknąłem oczy. Powróciło znajome uczucie, zaciskające się na sercu i powodujące nieprzyjemny dyskomfort. Pojawiało się zawsze, ilekroć pozwalałem sobie na cień satysfakcji z ukończenia książki. A co, jeżeli to się nie sprzeda? Może tym razem przesadziłem z ilością słodyczy? A może powinienem zrobić to trochę ostrzejsze? Z kolei gdybym spróbował dać tam więcej seksu, albo nawet lekkie BDSM, zastanawiałbym się, czy tego nie jest za dużo. Byłem w pułapce. Pisarskiej pułapce, gdzie każdy krok prowadził mnie w przepaść niekompetencji.
Osunąłem się pod biurko, na szarą, miękką wykładzinę. Przylgnąłem do niej twarzą i nagle cały świat sprowadził się do kawałka podłogi i fragmentu ściany. Rozmyślałem, jednocześnie czując, jak moja psychika tonie, pozwalając demonom dotrzeć do mojego umysłu i udowodnić mi, że nie nadaję się na pisarza. Rozmyślałem, wpatrzony w jasną farbę. Aktualnie nawet ona wydawała mi się ciekawsza niż patrzenie na laptop.
W całym domu pracownia była jednocześnie moim ulubionym i najbardziej znienawidzonym pomieszczeniem, w zależności od tego, jaką miałem wenę. Potrafiłem siedzieć w niej całymi tygodniami, wychodząc tylko po to, by spełniać najbardziej podstawowe potrzeby biologiczne, a później czuć mdłości od samego mijania drzwi do niej.
Podniosłem się na łokciu i na oślep zacząłem przejeżdżać ręką po biurku. Chwyciłem leżący tam telefon i zabrałem go ze sobą na ziemię. Wybrałem pierwszy kontakt na liście, podpisany „Alex”. Nacisnąłem zieloną słuchawkę i czekałem, licząc impulsy.
— Wiesz, Leo, że jesteś jedynym pisarzem, który sam do mnie dzwoni? Wszystkich innych to ja muszę ścigać. — Jego głos był łagodny i spokojny. Wyobraziłem sobie, jak odbiera telefon, siedząc między stertami papierów, czy czymkolwiek zajmowali się redaktorzy.
— Cześć, Alex…
— Nie, nie, nie, nie — jęknął nagle głos w słuchawce, robiąc się nagle dużo bardziej skupiony — Nie rób mi tego, nie mów mi, że znowu masz kryzys twórczy. Ja wszystko rozumiem, ale deadline masz za tydzień i…
— Skończyłem pisać. — W słuchawce najpierw rozległa się cisza, a potem wyraźne westchnienie ulgi.
— Błagam, nie strasz mnie tak więcej. Co się stało?
— Nie czuję, żeby to było to. Mam wrażenie, że to jest…
— Do bani?
Pokiwałem głową, świadomy, że Alex tego nawet nie zobaczy. Wiedziałem jednak, że to poczuje. A kolejne westchnienie po drugiej strony słuchawki wydawało się to potwierdzać.
— Leo, mówisz tak o każdym twoim tekście. Czytałem całość, oprócz kilku ostatnich rozdziałów, i wszystko jest super. To jest bardzo dobre.
— Ale jeżeli nie jest …?
— Leo, błagam, nie osłabiaj mnie. Nie teraz, nie tydzień przed zabraniem tekstu do redakcji. Słuchaj, większość twoich książek to hity, ta też będzie. Nie masz się czym martwić.
— To tylko parę wątpliwości odnośnie do zakończenia… i fabuły. I bohaterów.
— Wiesz, czego ci brakuje? Tak naprawdę? Wyjścia z domu. Spotkaj się ze znajomymi, znajdź sobie chłopaka.
— Ha? Skąd niby pomysł, że jestem gejem?
Zmarszczyłem brwi, patrząc z wyrzutem w spód biurka, jakby to tam stał redaktor. Czekałem, a między nami zapadła dziwna, nieprzyjemna cisza.
— A nie jesteś? — zapytał w końcu. W jego głosie dało się słyszeć wyraźną konsternację. Ten fakt tak mnie zszokował, że nawet nie wiedziałem, co mam odpowiedzieć.
— Nie, oczywiście, że nie.
Ponownie cisza, tym razem trochę dłuższa. Potrafiłem sobie wyobrazić, jak Alex gorączkowo szuka odpowiednich słów, by wybrnąć z niezręcznej sytuacji. Mimo ewidentnego zaskoczenia, gdy się odezwał, jego głos był opanowany.
— Wybacz, mój błąd. Jakoś uznałem, że skoro piszesz gejowskie romanse, to… no wiesz.
Powinienem się oburzyć za tę sugestię. Niby dlaczego boys love miałoby być domeną kobiet i gejów? Nie miałem jednak energii na to, żeby się irytować.
— Tak szczerze to nawet nie wiem, czy jestem hetero. — Patrzyłem beznamiętnie na spód biurka, krzesła i kawałek białego sufitu, którego nie zasłaniały. Wszystko to wydawało się takie… puste. Mimo tego, że wiedziałem, że z drugiej strony mam mój typowy bałagan. — Znaczy… Nie podobają mi się faceci. Chociaż oczywiście mogę stwierdzić, że są przystojni. Tak samo, jak dziewczyny. Ale nie czuję tego „czegoś”. Nie potrafię sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek czułem. Mam wrażenie, że ludzie byli dla mnie od zawsze niewidzialni. Może po prostu jestem aseksualny? Nawet nie wiem, czy kiedykolwiek byłem zakochany. Może nie potrafię kochać? I dlatego wyżywam się na książkach, które piszę? Bo tak naprawdę nikt mnie nie chce, więc tworzę alternatywne rzeczywistości, gdzie ktoś taki jak ja ma szansę na miłość?
W pierwszej chwili odpowiedziała mi całkowita apatia, nieco zagłuszona, przez przyspieszone bicie serca. Nawet jeżeli bardziej je czułem, niż faktycznie słyszałem.
— Zapisałeś się do terapeuty, jak ci mówiłem?
— Myślałem, że mówiłeś, że mam pisać do ciebie, jak będę potrzebować pomocy.
— Nie. — Westchnął ciężko. — Powiedziałem, że ja nie będę twoim terapeutą, ale możesz do mnie dzwonić, jak będziesz potrzebować pomocy. — Znowu zamilkł, zbierając myśli. — Chcesz teraz pogadać o twojej orientacji?
Potrzebowałem chwili, żeby się zastanowić. Czy powinienem powiedzieć coś więcej? Wszystko co czułem, już zostało powiedziane. Brak odpowiedzi Alex zrozumiał idealnie.
— Może daj sobie chwilę, by się z tym uporać. Orientacji nie stwierdza się na podstawie jednego dnia. Jeżeli będziesz chciał o tym porozmawiać, możesz na mnie liczyć. Chociaż nie powiem, żebym się na tym jakkolwiek znał.
— Będę o tym pamiętał.
— I nie przejmuj się książką, to tylko chwilowe załamanie. Wyślij mi ostatnie kilka rozdziałów, powiem ci, czy są dobre i ewentualnie co poprawić. Ale jestem pewny, że to będzie kolejny hit. Nie stresuj się i postaraj o tym nie myśleć. A zanim zabierzesz się za kolejny tekst, zrób sobie trochę przerwy. Skoro nie randka, to może spotkaj się ze znajomymi?
— Wszyscy moi znajomi mają kogoś. Żyjemy w świecie, w którym twój status społeczny określa to, czy i z kim się umawiasz. Masz dziewczynę? Jesteś super. Nie masz? Jesteś smutnym nerdem, który nie radzi sobie nawet w towarzystwie innych nerdów.
— Leo?
— Tak?
— Znajdź sobie kogoś. Albo idź do terapeuty. Spotkaj się z przyjaciółmi, idź na imprezę, wyluzuj się przy alkoholu, ale na litość boską, pozwól mi pracować.
— Przepraszam.
— Po prostu… po prostu przestań się nad sobą użalać. I odpocznij trochę. Czekam na twój tekst. Trzymaj się.
Rozłączył się, pozostawiając mnie samego. Odłożyłem telefon na bok i skuliłem się na miękkiej wykładzinie. Czułem taką przeraźliwą pustkę. Jakbym wraz ze skończeniem książki, stracił kawałek serca, które wypełniała. Została po niej pusta, smutna dziura.
Alex miał rację. Musiałem wyjść z domu. Zawsze, gdy za bardzo pogrążałem się w pracy, łapałem doła. Byłem tego doskonale świadomy, ale wcale nie pomagało mi to wyjść z bagna, w którym wydawałem się tonąć. Jak miałem się oderwać? Kochałem pisać. Nawet wtedy, gdy tego nienawidziłem.
Od tygodnia chciałem umówić się z Kennym, ale ledwo odpisywał na moje wiadomości i zbywał mnie krótkim: „nie teraz, może później, jestem zarobiony” czy „kocham cię, Leo, ale nie mam dla ciebie czasu”. W ostatnim okresie dał radę tylko napisać, że jest zajęty, bo codziennie się spotyka ze swoją dziewczyną.
Zabolało. Chociaż nie byłem pewny, czy mam prawo czuć się zraniony. Czy nie powinienem po prostu zaakceptować, że w tym świecie nawet po dziesięciu latach będę w jego hierarchii niżej, niż każda dziewczyna, którą obdarzy uczuciem? Czy sam postawiłbym nowo poznane zauroczenie nad wieloletnią przyjaźń?
Chyba nie.
Chciałem z nim o tym porozmawiać, ale zbyłby mnie tekstem, że tylko tak mi się wydaje. A ja uśmiechnę się i będę udawać, że mu wierzę. By mógł odezwać się, gdy będzie tego potrzebował.
Może to faktycznie ja byłem zepsuty? Zagubiony w seksualnym świecie, szukający po prostu kogoś, kto będzie obok. Bez obietnic, bez związków, bez niczego. Przyjaciela, który będzie dla mnie. Ale moi przyjaciele zawsze wybierali miłość, a ja chyba nie potrafiłem się zakochać.
Zastanawiałem nad tym, co powiedziałem Alexowi. Ta myśl towarzyszyła mi od dłuższego czasu, ale dopiero, gdy wypowiedziałem ją na głos, wydawała się nabrać znaczenia. Jakbym wcześniej spychał ją na dno podświadomości, a dopiero teraz ją wydobył. Jak przy użyciu magicznego zaklęcia.
Wywlokłem się spod biurka i wróciłem na krzesło. Poczułem się przytłoczony. Laptop wydawał się moim więzieniem. Jasne meble w klimacie podróży i kawowe ściany były ładne, gdy je kupowałem, ale w tej chwili wydawały mi się za bardzo… znajome. Zbyt dużo czasu spędziłem w pokoju, wychodząc z niego tylko do kuchni albo łazienki. Ewentualnie przedpokoju, by odebrać pizzę czy kurczaka. Alex chyba miał rację. Musiałem stąd wyjść. Musiałem spędzić trochę czasu z ludźmi.
Spojrzałem raz jeszcze na tekst. Cóż za ironia losu, że pisarz tworzący opowiadania BL, pełne pasji i miłości, nie potrafił zbliżyć się ani do dziewczyny, ani do chłopaka. Zaśmiałbym się gorzko, gdybym nie był tak zdołowany.
A jednak byli tacy, co lubili moje książki. Czy to przez pryzmat historii, czy wątków między mężczyznami. Niektórzy kochali moje książki. Trochę im tego zazdrościłem.
Czasami się zastanawiałem, czy mam prawo pisać o miłości, jeżeli dla mnie to było puste słowo otoczone tysiącem górnolotnych frazesów. Wyobrażałem sobie romantyczne spacery, oglądanie zachodów słońca, wspólne pikniki i randki, ale sam nigdy nie byłem ich częścią. Bardziej czujnym obserwatorem stalkującym biedną, homoseksualną parę, by przełożyć ją na karty moich powieści. A może po prostu nie nadawałem się do tego świata? Umiałem go opisywać, ale nie umiałem w nim żyć?
Pokręciłem głową. Znowu za bardzo dałem się porwać myślom. Naprawdę musiałem się od tego uwolnić. Nim jednak to zrobiłem, sprawdziłem tekst jeszcze kilka razy, za każdym zmieniając niektóre zdania, coś kasując, coś dodając. Gdy zdałem sobie sprawę, że znowu wpadam w wir nieustannego poprawiania tekstu, który nie jest zły, zapisałem plik i go zamknąłem, nim w oczy rzuciło mi się kolejne zdanie, które mogłoby być lepsze.
Odpaliłem pocztę i wybrałem kontakt podpisany „edytor”. Załączyłem plik z ostatnimi rozdziałami i chwilę wpatrywałem się w puste miejsce na wiadomość. W końcu zacząłem pisać.
„Cześć, Alex,
Przepraszam za ten dzisiejszy telefon. Fakt, trochę przesadziłem. Stwierdziłem, że spotkam się ze znajomymi, o ile znajdą dla mnie czas. No i chcę zacząć się trochę socjalizować. Obiecuję, że zrobię to, nim zacznę pisać cokolwiek nowego.
A tymczasem masz tu ostatnie rozdziały. Nie jestem co do nich całkowicie pewny, zakończenie może być trochę przesłodzone, ale w razie czego mogę je skrócić. Na przykład już bez opisu zachodzącego słońca. Powiedz, co o tym myślisz, mogę to jeszcze poprawić, przed deadline’em. A ja postaram się pożyć, nim znowu zatonę w pracy.
Czekam na odpowiedź.
Leo”
Zamknąłem oczy. Nie patrzyłem na laptop, gdy klikałem „wyślij” i jeszcze kilka sekund potem. Dopiero po czasie je otworzyłem. Nad odebranymi mailami pojawił się kadr z informacją o wysłanej wiadomości.
Odetchnąłem z ulgą. Cokolwiek miało się nie stać potem, miałem to już za sobą. Osunąłem się ciężko na krześle i rozmasowałem obolałe ramiona. Dałem sobie chwilę, nim rzuciłem okiem na skrzynkę pocztową, skoro już się zalogowałem. Większość wiadomości było typowym spamem o jeździe próbnej, darmowych próbkach, promocjach na książki i tak dalej. Parę było od fanów o dziwnych treściach i tytułach w rodzaju: „Kocham cię”, „Sprawdzisz mój tekst?”, czy „Jestem ogromną fanką twoich książek”. Uwielbiałem wszystkie te wiadomości, ale teraz nie miałem siły ich czytać. Szczególnie, że od jakiegoś czasu ta bardziej pesymistyczna część mnie przewidywała, że za niewinnie wyglądającymi tytułami maili kryją się groźby śmierci i wyzwiska za „demoralizowanie młodzieży”, jakie zdarzało mi się otrzymywać.
Propozycje od wydawnictw też chwilowo zignorowałem. Usunąłem niepotrzebny spam i w oczy rzuciła mi się wiadomość o tytule: „Projekt — prosimy o pilny kontakt”. W adresie, z którego to przysłali, znajdowała się nazwa znanej firmy elektronicznej „neWord”. Kojarzyłem ją z nowatorskich rozwiązań, popularnych telefonów i innowacji, ale nigdy za bardzo się nią nie interesowałem. Spodziewałem się po prostu chamskiej reklamy, ale coś w tym „prosimy o pilny kontakt” zwróciło moją uwagę na tyle, bym powstrzymał się od usunięcia wiadomości. Przy okazji zganiłem siebie za naiwność, że to może być coś więcej.
Burczenie w brzuchu przypomniało mi, że nadszedł czas obiadu. W każdej innej sytuacji zamówiłbym coś na wynos, ale ukończenie książki sprawiło, że miałem ochotę pobyć trochę z dala od laptopa. Nawet jeżeli tylko w kuchni. Wziąłem telefon i opuściłem pracownię.
W pierwszej chwili słońce prawie mnie oślepiło. Musiałem zasłonić oczy, by uchronić je przed bólem. Już zdążyłem zapomnieć o zasłanianiu rolet, które sprawiały, że nawet w środku dnia było u mnie wyraźnie ciemniej.
Wyjście z pracowni prowadziło prosto na antresolę. Ta z kolei unosiła się nad głównym pokojem, zajmującym cały parter i będącym połączeniem kuchni, jadalni i salonu. Na piętrze miałem w sumie tylko wejście do sypialni, pracowni i kawałek przestrzeni, gdzie urządziłem sobie bibliotekę. Znajdowała się tuż przy lewej ścianie wypełnionej oknami wychodzącymi na panoramę miasta. W teorii całość powinna wyglądać czysto i jasno, ale wszędzie wciąż walały się pudła, luźne stosy książek i codzienne rzeczy, porzucone w połowie przekładania ich do szafek.
Zszedłem na dół, do aneksu kuchennego, by przejrzeć, czy mam cokolwiek, z czego się da zrobić obiad. Trochę jedzenia miałem. Całe szczęście, uwięziony w domu, traktowałem wyjścia do sklepu niemal jak rozrywkę czy sport. A w każdym razie sposób na złapanie trochę świeżego powietrza.
Przypomniawszy sobie o tym, otworzyłem okna, wpuszczając do środka ciepły powiew wiatru. Spojrzałem do lodówki. Znalazłem paczkę sera, którego data ważności powoli dobiegała końca, a w szufladzie z przyprawami udało mi się odnaleźć suszone drożdże. Zdecydowałem się przygotować pizzę, jako nagrodę za ciężką pracę.
Gdy drożdże powoli rosły w piekarniku, wskoczyłem na blat kuchenny, usiadłem na nim po turecku i sięgnąłem po telefon. Wiedziałem, że to kwestia dni, jak nie lepiej, nim znowu wpadnę w wir pracy. Musiałem wykorzystać ten czas, jak radził Alex. Z listy internetowych grup wybrałem tę podpisaną „grupa wypadowa 1”. Nazwa nie była specjalnie kreatywna, ale było to lepsze od podpisu „gówno” obok zdjęcia moich znajomych. Zmiana nazwy nie przypadła wszystkim do gustu, ale finalnie została.
Leo: Hej, chłopaki, mam teraz trochę wolnego, może jakaś impreza? Dawno się nie widzieliśmy.
Matt: A od kiedy pisarze pracują? xD
Przewróciłem oczami po przeczytaniu wiadomości. Matt był tak czarujący, jak zawsze, odkąd go znałem.
Leo: Przynajmniej ja nie siedzę w fotelu, słuchając paplaniny innych ludzi.
Matt: Praca psychologa to zupełnie coś innego!
Leo: Pisarza też. Napisałbyś coś kiedyś, to byś zobaczył.
Matt: Zaproponowałbym ci, żebyś spróbował przeprowadzić terapię, ale z twoim „nienawidzę psychologów”, jakoś sobie tego nie wyobrażam.
Leo: Nie moja wina, totalnie zasłużyliście sobie na moją antypatię.
Matt: O kurwa, pan pisarz zna trudne słowa, no brawo. xD
Leo: To piszesz się na spotkanie?
Matt: Jasne, bardzo chętnie. Piątek?
Sprawdziłem szybko w kalendarzu, jaki mamy dzień tygodnia. Całe szczęście na razie miałem kilka miesięcy spokoju od spotkań autorskich. Pewnie przynajmniej do czasu, aż będzie trzeba promować nową książkę. W każdym razie, najbliższy czas miałem raczej wolny.
Leo: Może być piątek. Jak innym pasuje, to mnie też”
*Dominic dołączył do chatu*
Dominic: O, jakaś impreza?
Matt: Leo wziął wolne od siedzenia przy laptopie. Masz czas w piątek?
Dominic: Tak, kończę pracę o szóstej, to może ósma? U kogo?
Rozejrzałem się po mieszkaniu. Chciałem zaprosić tutaj chłopaków, ale niedobrze mi się robiło na myśl, że w ciągu dwóch dni miałbym ogarnąć to wszystko. A tym bardziej nie chciałem spraszać ich do takiego syfu.
Leo: U mnie odpada. Jeszcze się nie rozpakowałem do końca. Dajcie mi z tydzień, nim zaczniecie do mnie wpadać.
Matt: Może być u mnie.
Dominic: No to ustalone. Ktoś jeszcze ma przyjść?
Matt: Ja biorę swoją dziewczynę, ty możesz wziąć swoją. I może Kenny też? Siódemka to akurat idealnie na małą imprezę.
Skrzywiłem się przy ostatniej wiadomości. Nie oczekiwałem takiego obrotu spraw. Głupio liczyłem na to, że spotkamy się w trójkę, czy czwórkę, w każdym razie w naszym własnym gronie. Szczególnie, że nigdy nie miałem specjalnej okazji (ani zbyt dużej ochoty) bliżej poznać żadnej z nich, a kojarzyłem je tylko z tego, z kim się umawiały.
Znowu naszły mnie melancholijne myśli.
Czy w ogóle miałem prawo oczekiwać od nich, że dalej będziemy po prostu grupą kumpli, a nie całością, w którą wliczały się też ich dziewczyny? Może to było normalne, że w pewnym momencie traktowało się przyjaciół i ich partnerki jako jedność, zamiast pojedynczych jednostek? Chciałem móc się przy nich bawić tak świetnie, jak wtedy, gdy umawialiśmy się tylko z chłopakami, ale jakoś nie umiałem. Czułem się zagubiony i niepotrzebny, nawet jeżeli żaden z przyjaciół z pewnością nie chciałby, żebym się tam czuł.
Kto wie, może łatwiej by mi się żyło, gdybym sypiał z każdym, zmieniał partnerów i partnerki jak rękawiczki i na każdą imprezę brał inną osobę. Wtedy byłbym pewnie jeszcze podziwiany. A teraz byłem tym, co zawsze jest przyczyną nieparzystej liczby osób na przyjęciu.
Matt: Hej, Leo, napisz do Kennego, czy ma czas w piątek, bo pewnie zanim wejdzie na chat, to zdążymy urządzić przyjęcie gwiazdkowe. xD
Leo: Jasne, zaraz do niego napiszę. Ostatnio jest dość zajęty, ale może da radę wpaść.
Matt: To ekstra, widzimy się w piątek. Na razie.
Poświęciłem chwilę na sprawdzenie innych wiadomości i powiadomień na stronach, gdzie byłem zalogowany i spojrzałem na drożdże. Ładnie urosły, piana już prawie zaczęła się wylewać z kubka. Włączyłem jedną ze składanek proponowanych mi przez YouTube’a i zacząłem ugniatać ciasto.
Pogrążając się w myślach, nie mogłem pozbyć się nieprzyjemnego uczucia. Dlaczego byłem taki… taki… taki inny? To wcale nie tak, że chciałem być sam. Bardziej chciałem, żeby wszyscy inni też byli sami. Wtedy spędzałbym czas z osobami, które lubię, a nie z ich osobami towarzyszącymi. To bolało. Tym bardziej, im boleśnie zdawałem sobie sprawę, że to ja jestem problemem, a nie oni.
Dlaczego tylko w książkach życie może być idealne? Każdy kto chciał, znajdował tam swoją miłość, a reszta żyła swoim życiem bez przeczucia, że coś stracili. Jakby to zresztą wyglądało, gdyby pod koniec jedna z pobocznych postaci, która nie ratuje świata i ludzi, nagle by poczuła, że zrobiła za mało? Że nic nie osiągnęła? Że teraz kujon, z którym się przyjaźnili, jest bohaterem, a on zostaje sam. Nie, tego nikt by nie kupił. Co to za happy end, który nie angażuje wszystkich pozytywnych bohaterów?
Włożyłem gotowe ciasto do ciepłego piekarnika i umyłem ręce. Dopiero wtedy przypomniałem sobie o Kennym.
„Hejka. Robimy małą imprezę z Mattem i Dominiciem, chcesz może wpaść?”, napisałem w SMS-ie.
„Jasne, bardzo chętnie! Zabiorę Ginny ze sobą, dobra?”.
Nie chciałem tego. Chciałem mieć kogokolwiek, z kim będę mógł pogadać bez skrępowania, że zaraz jego dziewczyna się upomni o uwagę.
„Jasne. Chyba każdy z chłopaków kogoś przyprowadza”.
Zastanawiałem się czasami, czy męczyła ich wszystkich moja obecność. Czy wykluczają mnie podświadomie, albo nawet nieświadomie, przez mój brak dziewczyny i prawdopodobnie niepewną, ciężką do stwierdzenia orientację? Naszła mnie myśl, ilu aseksualistów ma podobne wątpliwości. Czy wszyscy są tak zagubieni i nieporadni, czy to ja nie umiałem się odnaleźć w tym świecie?
Coś we mnie uderzyło. Coś więcej niż tylko strach i wątpliwości, do których musiałem przywyknąć w najbliższych dniach. Przynajmniej do czasu, aż Alex nie zaakceptuje ostatnich rozdziałów. Teraz to było przeczucie. Luźna myśl, tak niewyraźnie zakorzeniona w moim umyśle, że w pierwszej chwili nie mogłem się jej chwycić.
Nalałem sobie wody do szklanki i chwilę się w nią wpatrywałem.
— A co, jeżeli — zacząłem niepewnie, próbując w brzmieniu mojego głosu wyłapać to, czego szukałem. — Nie jestem jedyny? Jeżeli nie tylko ja nie radzę sobie w życiu? Jeżeli inni też są… zagubieni?
Każde z tych słów wydawało się mieć swoje własne, wyjątkowe brzmienie dźwięczące mi w uszach. Przymknąłem powieki, chwilę skupiając się na ciemności. Nagle nić myśli przemknęła po podświadomości. Chwyciłem się jej desperacko i wyciągnąłem na światło świadomości. Otworzyłem szeroko oczy.
A gdyby tak… napisać historię o osobie aseksualnej? Odseparowanej od tak naturalnej rzeczy, jaką jest seks i nie potrafiącej się odnaleźć wśród seksualnych przyjaciół? Ale homoromantycznej, żeby nie odchodzić od mojego gatunku. Potrafiącej się zakochać, cierpieć z powodu zawodu miłosnego, tym bardziej wyraźnego, gdy nie może drugiej stronie dać tego, czego oczekują wszyscy ludzie seksualni.
Czułem dreszcz ekscytacji przebiegający po skórze. Jakbym jechał pisarskim rollercoasterem. Jeżeli kończenie książki było bagnem, w którym tonąłem, to zaczynanie nowej przypominało kolejkę górską.
Ludzie aseksualni są niewidzialni, nawet jeżeli wszyscy wiedzą, co to słowo oznacza. Dla ludzi seksualnych — abstrakcję. Kogoś pozbawionego uczuć, odciętego od świata, kogoś, kto nie potrzebuje relacji towarzyskich, nie kocha i nie chce być kochany.
Zupełnie jak ty, przypomniała mi ta bardziej kąśliwa część natury.
Aseksualny gej? Nie, z tego w literaturze się jeszcze nie korzysta. To byłoby ciekawe. Sporo osób woli jednak romantyczne historie, pełne seksualnego napięcia, ale bez pokazania niczego wprost. Oczywiście z drugiej strony były osoby, które mogłyby czytać same sceny seksu, ale cóż, każdy styl miał swoich przeciwników i zwolenników. Chociaż moja ostatnia powieść była raczej urocza niż perwersyjna, napisanie o aseksualiście byłoby czymś zupełnie nowym. Przynajmniej dla mnie. Tworzenie sytuacji jednoznacznych seksualnie dla odbiorcy, ale zupełnie normalnych i aseksualnych dla głównych bohaterów.
Nie, miałem chwilowo odpuścić pracę. Pokręciłem głową, odrywając się myślami od nowej książki. Przynajmniej do poniedziałku miałem mieć wakacje. Obiecałem to Alexowi. Chociaż pomysł już teraz utknął mi w głowie i wiedziałem, że tak łatwo z niego nie zrezygnuję.
*
Skończyłem przygotowywać pizzę i zjadłem ją przy odpalonym na laptopie filmie. Kusiło, żeby zacząć pisać, ale obiecałem sobie i Alexowi, że zrobię przerwę. Zresztą, sam tego potrzebowałem, żeby chociaż trochę się odciąć od ostatniego tekstu.
Po prostu oglądałem film biograficzny o życiu w arabskim haremie i starałem się nie przekładać tego na potencjalną książkę. Dopiero gdy zjadłem pizzę, film się skończył, a napisy końcowe poinformowały, że główna bohaterka wróciła do rodziny i żyje szczęśliwie, przypomniałem sobie o poczcie i tajemniczej wiadomości, która tam czekała. Nie spodziewałem się niczego konkretnego, ale i tak włączyłem maila, aktualnie jedynego nieotwartego — „Projekt — prosimy o pilny kontakt”.
Szanowny panie Evans,
prosimy o potraktowanie tej wiadomości poważnie. Nie jest to ani reklama, ani żart, nawet jeżeli tak to zabrzmi.
Został Pan wytypowany do specjalnego programu finansowanego przez neWord. Nasi specjaliści przejrzeli Pana książki i stwierdzili, że doskonale nadaje się Pan do zadania, które chcielibyśmy powierzyć. Jest ono bardzo odpowiedzialne i wymaga dużej cierpliwości oraz wrażliwości. Uznaliśmy, że Pańskie zdolności do opisywania i postrzegania świata idealnie się do tego nadadzą. Szczegóły pozna Pan, gdy wyrazi Pan zainteresowanie projektem. Zapraszamy na stawienie się w naszym biurze w poniedziałek o godzinę szóstej wieczorem. Prosimy o potwierdzenie daty spotkania w odpowiedzi na tego maila albo dzwoniąc na podany numer telefonu.
Pozdrawiamy i czekamy na kontakt.
NeWord
Wpatrywałem się w wiadomość dłuższy czas. Brzmiała całkiem wiarygodnie, chociaż nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to jakiś dziwny żart. Bo co niby miałem wspólnego z elektroniką? I na co im moje zdolności w opisywaniu świata?
Próbowałem wymyślić jakieś racjonalne wyjaśnienie, dlaczego właściwie mogliby mnie potrzebować. Może tworzyli jakąś aplikację dla niewidomych, która opisuje rzeczywistość? Albo jakiś laptop skierowany domyślnie dla pisarzy?
Szukałem rozwiązań i odpowiedzi, by utwierdzić się w przekonaniu, że to coś więcej niż żart. Gdyby ten mail nie brzmiał tak poważnie, naprawdę pomyślałbym, że to tylko reklama. A może za dużo sobie obiecywałem? Może po prostu liczyli na jakąś współpracę? Może chcieli pojawić się w jednej z moich książek, a ja niepotrzebnie sobie dopowiadałem ukryte znaczenie? Targany wątpliwościami sięgnąłem po telefon i wystukałem na nim numer podany w mailu.
— Biuro neWord, w czym mogę służyć? — Usłyszałem uprzejmy, kobiecy głos, wysoki i pogodny.
— Umm… Dzień dobry, czy to firma neWord? — powiedziałem pierwsze, co przyszło mi na myśl i od razu tego pożałowałem, czując, jak zaczynam się peszyć i stresować. Szczęśliwie kobieta po drugiej stronie telefonu uprzejmie zignorowała moją nieporadność.
— Tak, w czym mogę pomóc?
— Emm… Dostałem maila z państwa biura. Nazywam się Leo Evans i…
— Oczywiście, rozumiem. Dostałam informację, że powinnam spodziewać się telefonu od pana. Chciał pan potwierdzić wizytę czy poprosić o jej przełożenie?
— Ja… yyy… Chciałem się dowiedzieć, o co w tym chodzi… — Byłem skołowany, nie wiedziałem, czego się spodziewać i właściwie w jakiej dokładnie sprawie dzwonię.
— Wszystkiego dowie się pan na spotkaniu. Czy godzina zaproponowana w mailu panu odpowiada?
Tajemniczość całej tej sytuacji tylko bardziej mnie intrygowała. Czułem, że zaczynam się niezdrowo ekscytować, jakbym faktycznie mógł oczekiwać czegoś niesamowitego. Pewnie przez to nie mogłem się zmusić do innej odpowiedzi.
— Cóż, wydaje mi się, że tak…
— Jest pan zainteresowany przyjściem? Pojawienie się na spotkaniu nie jest równe ze zgodą na wzięcie udziału w projekcie.
— W takim razie… Tak, chciałem potwierdzić moje przyjście.
— Doskonale. Czekamy w takim razie na pana w poniedziałek o szóstej wieczorem w głównym biurze neWord. Dokładny adres dostał pan w mailu. Na koniec prosiłabym w imieniu całego biura, żeby w miarę możliwości nie mówił pan nikomu o tym spotkaniu. Dyskrecja w tym wypadku jest dla nas kluczowa. Nie stanowi to problemu? — Na końcu jej wypowiedzi z pewnością był znak zapytania, ale powiedziała to tonem, który sugerował, że to nie miało prawa stanowić problemu.
— Czemu właściwie?
— Ten projekt jest dość poufny. Jeżeli opowie pan komuś o nim, nie będziemy mogli z panem współpracować. Rozumie pan?
— Tak, rozumiem.
— Cieszę się. Czy mogę pomóc w czymś jeszcze?
— Nie, chyba nie. Dziękuję.
— Ja również. Do zobaczenia w poniedziałek.
Dziewczyna się rozłączyła, a ja wciąż stałem, lekko oszołomiony, ze słuchawką przy uchu. To wszystko faktycznie brzmiało tak abstrakcyjnie, czy to ja byłem przewrażliwiony? Może tego typu firmy współpracowały z pisarzami, a po prostu ja się nigdy tym nie interesowałem? W teorii było to całkiem możliwe. Jako pisarz gatunku boys love rzadko dostawałem jakiekolwiek inne propozycje współpracy, niż wydania moich tekstów.
Zżerała mnie ciekawość, ale póki co musiałem uzbroić się w cierpliwość. Potrzebowałem sobie zająć kilka najbliższych dni, przynajmniej do piątku, by nie myśleć za dużo o pisaniu. Spojrzałem na stertę książek czekających na swoją kolej na szafce nocnej i już wiedziałem, co zrobić, by czas szybciej mijał.
Rozdział 2
Nadszedł piątkowy wieczór.
Gdy równo o godzinie szóstej zadzwonił budzik w telefonie, powoli zacząłem się zbierać. Czułem zmęczenie na myśl o wyjściu z domu, ale musiałem trochę odetchnąć. Alex też byłby zły, gdybym to sobie odpuścił. Co innego spotkanie z samymi kolegami, ale gdy myślałem o tym, że idę na potrójną randkę, traciłem jakoś zapał i chęci.
Kilka minut przed ósmą parkowałem na jednym z nielicznych wolnych miejsc pod blokiem Matta. Zabrałem z tylnego siedzenia czarny plecak, w którym normalnie trzymałem notes na pomysły i długopisy, a dzisiaj wyjątkowo trochę przekąsek i alkoholu, które wypełniały większość miejsca.
Wjechałem windą na szóste piętro i już kilka chwil później stałem przed drzwiami mieszkania Matta.
— Hej, Leo — przywitał mnie z uśmiechem, gdy tylko stanął w drzwiach. Był wysokim, patyczkowatym brunetem, o orzechowych oczach i włosach wiecznie w „artystycznym nieładzie”. Jego łagodne spojrzenie i łobuzerski uśmiech potrafiły hipnotyzować. Nie dziwiłem się, że miał takie powodzenie u dziewczyn. Sam musiałem przyznać, że jest on niesamowicie przystojny. Wzorowałem na nim nawet kilku męskich bohaterów moich powieści. Pewnie wkurzyłby się, gdyby tylko się o tym dowiedział, całe szczęście nigdy nie przeczytał żadnego mojego tekstu, więc czułem się z tym całkiem bezpiecznie.
Wszedłem do środka. Dwupokojowe mieszkanie było przytulne i całkiem lubiłem tu przychodzić. Do sypialni nie wchodziliśmy, o ile nie było to konieczne. Zwykle stanowiła skład wszystkiego, co tylko Matt trzymał w domu. Ale dzięki temu salon, w którym zwykle siedzieliśmy, sprawiał wrażenie bardziej przestrzennego, bez masy niepotrzebnych rzeczy. Chociaż i tak większość miejsca zajmowała rozkładana kanapa, której chyba nigdy nie widziałem złożonej, i stół do kawy, wciśnięty miedzy łóżko a szafkę pod telewizorem.
W pokoju dla gości czekała dziewczyna Matta — śliczna dziewczyna o jasnych, blond włosach, szczupłej twarzy i wielkich oczach. Takie przynajmniej sprawiała wrażenie, chociaż musiałem przyznać, że nigdy nie widziałem jej bez mocnego makijażu. Chciałem żywić do niej sympatię. Albo raczej: wierzyłem, że chcę. Ale nawet nie wiedziałem, czy ma to jakikolwiek sens, bo prawdopodobnie maksymalnie za kilka miesięcy zostanie zastąpiona przez „nowszy model”.
Niestety, dziewczyny Matta zawsze były bardzo ładne, ale nie powiedziałbym, że którakolwiek miała do zaoferowania cokolwiek więcej niż wygląd i seks. A przede wszystkim, żadna nie zagrzewała miejsca na dłużej.
— Jestem pierwszy? — Skierowałem się od razu do kuchni umieszczonej obok salonu, zdecydowanie najczystszego pomieszczenia w tym domu, i wyłożyłem na blat alkohol, przekąski oraz napoje gazowane do popicia.
— Dominic będzie lada chwila, skoczył jeszcze do sklepu z Arią. Pokaż, co tam kupiłeś. — Przyjrzał się wyciąganym przeze mnie rzeczom i przytaknął z uznaniem. — Wieści o Kennym?
— Nie, mówił tylko, że będzie. Nie pisał nic, że się spóźni, albo coś.
— Mają jeszcze czas, jak się nie pojawią za pół godziny, to będziemy wydzwaniać.
Matt miał rację. Ledwo rozłożyliśmy kupione rzeczy, a już usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Nie minęło nawet pół godziny, gdy wszyscy już siedzieliśmy w salonie. Ja i Kenny nie zmieściliśmy się na kanapie, więc siedzieliśmy na dywanie, po dwóch stronach niskiego, kawowego stoliku. Jego dziewczyna stwierdziła, że nie może zostać sama, więc solidarnie usiadła z nami, opierając się o swojego chłopaka. Pozostała czwórka zajęła kanapę.
— Leo, to kiedy w końcu zrobisz domówkę u siebie? — zapytał Kenny, odwracając się w moją stronę. — Nawet nie widzieliśmy jeszcze twojego mieszkania.
— No wiem, wiem. Sorki. Dalej nie rozpakowałem wszystkich kartonów. Walają mi się wszędzie po domu, przez co nawet nie mogę posprzątać. Zrobię to w końcu.
— Ile ty już tam mieszkasz? Już z kilka miesięcy, nie? — zauważył Matt. Nieśmiało przytaknąłem.
— Tak, okropnie się z tym guzdram. Ale wiecie, podczas przeprowadzki cały czas pracowałem nad książką i nie miałem czasu.
Prychnął krótko, kręcąc głową z rozbawieniem.
— No co? — Zmarszczyłem brwi, odsuwając szklankę z ginem od ust.
— Nic, nic, tylko… — Rozejrzał się po reszcie towarzystwa, jakby szukał w nich aprobaty, ale wszyscy milczeli. — No wiesz, to wcale nie tak, że pisarze narzekają na brak wolnego czasu.
— Wiesz co, dałbyś już spokój. To, że nie wstaję o ósmej, nie jadę godzinę do biura i nie siedzę tam do szóstej, wcale nie znaczy, że nie pracuję. Czasami siedzę kilkanaście godzin, pracując nad książką.
— Łaaał, piszesz książki, żeby kobiety mogły się jarać dwoma ruchającymi się chłopakami, no szał. — Przewrócił oczami w sposób niemalże brutalnie ostentacyjny. — Wybacz, ale mnie to nie jara.
— Ej, w moich książkach nie ma tylko seksu. — Odłożyłem szklankę na stół z wyraźnym stuknięciem. — Pokazuję tam często zawiłe, skomplikowane relacje i problemy społeczeństwa. Przede wszystkim nietolerancji, nierówności, braku wsparcia dla osób innej orientacji. Ich zagubienia w świecie i przeczucie, że nie mają prawa do miłości, bo kochają inaczej. Każda z moich książek to w mniejszym lub większym stopniu walczenie z samym sobą i światem. Wiedziałbyś, jakbyś jakąkolwiek przeczytał.
— Leo, muszę cię zapytać. — Ginny przerwała naszą dyskusję. Powiedziałbym, że w idealnym momencie, bo Matt szykował się już do odpowiedzi i zaczęło robić się nieprzyjemnie. Skupiłem się na dziewczynie i kiwnąłem głową na znak, że słucham. Odsunęła się od Kennego i oparła na przeciwnej stronie stolika do kawy, obok opróżnionego kieliszka. — Jesteś gejem?
Znieruchomiałem, ogłuszony dosadnością pytania. Wpatrywałem się bez słowa w dziewczynę, by znaleźć najmniej absurdalną odpowiedź.
— Co? Nie. Jasne, że nie. Skąd ten pomysł?
— Nie pytamy złośliwie, żeby nie było. Po prostu… Wiesz, mało który facet pisze historie miłosne o innych facetach — wtrąciła dziewczyna Matta. „My”? Rozmawiali o tym wcześniej? — Zresztą, nie tylko miłosnych, z tego co wiem.
Nagle zostałem otoczony przez ich ciekawskie spojrzenia. Pytanie, którego nigdy chyba nie mieli odwagi zadać, uniosło się w powietrzu niczym gęsta mgła, od której aż ciężko mi się oddychało. Czułem złość, wzmocnioną przez to, że to pytanie słyszałem już drugi w ciągu ostatniego tygodnia.
— Piszę BL, bo jest to pewnego rodzaju nisza. Normalne historie miłosne są nudne i oklepane, wątki homoseksualne dają dużo możliwości rozwoju fabuły, jak chociażby nietolerancja ze strony rodziny, wahania nad swoją seksualnością czy właśnie homofobiczne nastawienie społeczeństwa. Uważam, że jest to po prostu ciekawe, ale nie podniecają mnie faceci.
Zapadła cisza. Ginny wróciła na swoje miejsce, a wszyscy albo skupiali wzrok na swoich partnerach, albo szklankach z alkoholem.
Dominic kaszlnął, zwracając na siebie uwagę. Zawsze był wysoki, ale siedząc na kanapie sprawiał, że czułem, jak jeszcze bardziej nade mną góruje. Był dość masywny, prawie dwa razy szerszy od swojej dziewczyny czy samego Matta, co tylko bardziej potęgowało ten efekt. Patrzył z góry spokojnym wzrokiem, jakby nie odczuwał emocji. Zacisnął wąskie usta, przez co miałem wrażenie, jakby te całkowicie zniknęły. Teraz to na nim skupiała się uwaga każdego w pokoju, gdy czekaliśmy, aż przełamie ciszę. Przejechał palcami po ciemnych, krótkich włosach i, czując widocznie, że nie przeciągnie tego dalej, pochylił się w moją stronę.
— A dziewczyny? — zapytał krótko, znowu stawiając mnie w centrum wszystkich spojrzeń. Nagle poczułem, że chyba nie chcę tu być.
— Nie wiem — powiedziałem i autentycznie zaskoczyła mnie obojętność w głosie. Jakby wyjawienie prawdy i tak nie miało znaczenia, jakbym i tak mógł stracić w ich oczach. Milczałem, poruszając szklanką i tworząc niewielkie fale ze znajdującego się tam ginu. — Podejrzewam, że mogę być aseksualny.
Pokój wypełniła dziwna cisza. Myślałem, że wszyscy się tego spodziewali, ale teraz czułem, że tak naprawdę tylko czekali, aż ogłoszę, że jestem gejem. Teraz jednak byli w takim szoku, jakbym wyznał im, że mam raka.
— Serio? — odezwał się Kenny, wyraźnie niższym głosem niż zwykle. — Znaczy… to wiele by wyjaśniało, ale serio?
— Nie wiem, tak podejrzewam. Nawet nie wiem, czy nie jestem aromantyczny. Po prostu… Nie czuję, żebym potrzebował kogoś do życia, czy do szczęścia.
Wzruszyłem ramionami. Dziwnie mi było o tym opowiadać, szczególnie w towarzystwie dziewczyn, choć nie czułem skrępowania tym spowodowanego. W końcu nie opowiadałem o niczym wstydliwym, jak chociażby przelecenie obcej dziewczyny na imprezie.
— Ale no weź, posiadanie kogoś jest świetnie — Aria, dziewczyna Dominica, w aż nazbyt ewidentny sposób oparła się o niego. Przy nim wydawała się jeszcze drobniejsza niż była w rzeczywistości. A długie włosy i delikatna, niemal dziecięca twarz wcale nie poprawiały tego efektu. — Masz kogoś, kto cię wspiera, pomaga ci we wszystkim.
— Chodzi z tobą na przyjęcia — dodała Ginny, posyłając Kennyemu uśmiech.
Z trudem powstrzymałem chęć przewrócenia oczami i dopiłem gin. Tak, dokładnie tego było mi trzeba: dowodu na to, że marnuję życie, będąc samotnym.
— Kiedy ja tego nie potrzebuję. Zresztą, związki i randki są kłopotliwe. Nie mam czasu, by każdego dnia poświęcać czas drugiej osobie.
— Żartujesz? To jest właśnie ekstra — Znowu odezwała się dziewczyna Matta. — Masz kogoś, z kim się widzisz codziennie. Możecie łazić do restauracji, klubów, do kina… Zawsze masz z kim się zabawić i w ogóle. Jak można się tym nie jarać? Co jest z tobą nie tak?
— Widocznie mam inną definicję szczęścia. Jestem szczęśliwy samotnie. Nie potrzebuję towarzystwa codziennie. A jak chcę się z kimś spotkać, dzwonię do chłopaków.
Czy to ja przesadzałem, czy to oni byli ślepi? Ginny siedziała ubrana w bluzę Kennego, chociaż na jego ramionach widziałem gęsią skórkę. Dominic już ze trzy razy wypijał kolejne drinki Arii, bo jej jednak nie smakowały, Matt co chwila musiał wstawać, by podawać dziewczynie chrupki albo odkładać je na stół. Tak otumanieni związkami nawet nie dostrzegali tego, że wszystko się zmieniło. Nie potrafiłem tego zrozumieć. To na tym miały polegać te mityczne związki? Na poddaniu się całkowicie drugiej osobie?
— Możemy zmienić temat? Jak się zakocham albo spotkam dziewczynę, z którą będę chciał się przespać, to to zrobię, możecie być tego pewni. Jednak teraz nie chcę. Chcę spędzić trochę czasu z kumplami i wyluzować, nim zacznę nową książkę, okay?
Mój ton był ostrzejszy, niż zamierzałem, ale naprawdę ostatnie czego było mi trzeba, to rozmów o związkach. Szczególnie w tym momencie.
— Dobra, zmiana tematu. — Kenny uniósł pojednawczo ręce i rozejrzał się szybko, szukając sprzeciwu. Nie czekał jednak na odpowiedź, tylko kontynuował, za co byłem mu naprawdę wdzięczny. — Leo, opowiedz nam o swoim mieszkaniu.
— Pokażę wam je, jak będę już rozpakowany. Dajcie mi jeszcze trochę czasu. Tak naprawdę to nic wielkiego.
— Super, zrobię sobie rezerwacje na przyszły rok. Wyrobisz się, czy potrzebujesz więcej czasu?
Kilka osób prychnęło i nawet ja pozwoliłem sobie na delikatny półuśmiech, przy pokazywaniu przyjacielowi środkowego palca. W odpowiedzi Kenny uniósł szklankę jak na znak toastu i upił kilka łyków.
— A propos mieszkania — wtrącił się Dominic. — Matt, kiedy się w końcu wyprowadzisz? Mówiłeś o tym już od jakiegoś czasu, że chcesz wymienić to mieszkanie na jakieś większe. Jak ci idzie?
— Myślisz nad większym mieszkaniem? — Dziewczyna Matta gwałtownie się ożywiła, a jej oczy zalśniły. Odwróciłem głowę, by nie patrzeć na zachwyt malujący się na jej twarzy. Byłem niemal pewny, że wyobrażała sobie, że będzie miała klucze albo przynajmniej własną przestrzeń. Jednak my wiedzieliśmy, że prawdopodobnie zerwą ze sobą jeszcze zanim Matt znajdzie sobie pasujące mu miejsce.
— Tak, na razie rozważam — odpowiedział. — W sumie stać mnie, ale wiecie, zawsze jest coś pilniejszego do kupienia. Nie potrafię oszczędzać.
Wieczór trwał w najlepsze, na całe szczęście już schodząc tematem ze mnie. Chłopaki gadali o swoich pracach i osiągnięciach, ale czułem, że momentami atmosfera była sztywna, gdy nie mogli opowiadać o wszystkim, na co można sobie pozwolić tylko przy kumplach. Zresztą, szybko zaczęło mnie to męczyć. Patrzenie na klejące się pary było znośne pierwszą godzinę, ale potem miałem już tego trochę dość. Alkohol dodatkowo ich rozluźniał i żadne z nich nie próbowało się wstrzymywać z przesadnie entuzjastycznymi gestami. Czułem się przy tym wszystkim dość niekomfortowo, powoli nawet żałowałem, że w ogóle tu przyszedłem.
— No, to co teraz robisz, Leo? — zapytał nagle Kenny, po tym, jak dziewczyny skończyły temat jakiejś komedii, która ostatnio weszła do kin. Nie oglądałem jej, więc szybko wyłączyłem się z dyskusji i ocknąłem dopiero po usłyszeniu mojego imienia. — Mówiłeś, że skończyłeś książkę?
Zwalczyłem w sobie chęć powiedzenia, że gdyby częściej się odzywał, a nie zlewał każdą moją wiadomość, wiedziałby, co się u mnie dzieje.
— Tak, skończyłem pisać tę książkę, nad którą pracowałem ostatnie kilka miesięcy.
— Też BL?
— Tak, dokładnie. — Kiwnąłem głową. Wziąłem łyka coli i wytarłem usta z gazowanego napoju, nim kontynuowałem. — Opowiada o chłopaku, który został porwany jako dzieciak i całe życie spędził uwięziony w piwnicy swojego oprawcy.
— Molestował go? — Dominic uniósł pytająco brwi, zaintrygowany tematem.
— Jest to zasugerowane, ale nie powiedziane wprost. I jako osiemnastolatek zostaje znaleziony przez policję i uwolniony. Wraca do domu, ale nie potrafi normalnie funkcjonować.
— Syndrom sztokholmski? — dopytywał Matt.
— Nie, wręcz przeciwnie. Nienawidzi swojego oprawcy i nie potrafi żyć normalnie, bo ma obsesje, że ten go znajdzie i znowu zaciągnie do siebie. Ma bardzo wyraźną fobię, nie potrafi się odnaleźć, nie wychodzi z domu i panicznie boi obcych. Nie może wrócić do społeczeństwa. Dopiero chłopak, który wprowadza się obok i zaczyna się interesować głównym bohaterem, powoli wyciąga go z depresji i niepokoju.
Przypominając sobie fragmenty mojej książki, mimowolnie zacząłem się uśmiechać. Zobaczyłem bohaterów, którzy zbliżali się do siebie z każdą stroną, aż strach i niechęć przerodziły się w sympatię, przyjaźń, a w końcu coś więcej. Czułem niemalże to samo napięcie, które towarzyszyło mi przy samym pisaniu.
— Ale wiesz, że trauma po czymś takim nie przechodzi ot tak? — Matt pstryknął palcami. — To są lata pracy i w ogóle. Na pewno gość będzie miał wstręt do relacji. Powrót do rzeczywistości zająłby mu w chuj dużo czasu i potrzebowałby mega zajebistej terapii.
— Nie powiedziałem, że to się dzieje ot tak. — Powtórzyłem pstryknięcie palcami, ale z wyraźnie mniejszym efektem. Pewnie dlatego, że nie umiałem pstrykać palcami. — To cały proces, jest wiele przeskoków czasowych, fabuła rozgrywa się w trakcie kilku lat. Długo siedziałem nad tym, by to brzmiało wiarygodnie.
— Chyba gdzieś czytałem coś podobnego — powiedział Dominic spokojnym, nieco zmęczonym głosem. Trochę bełkotał, ale nieznacznie. — Tylko bez gejowskiego wątku. Że wiesz, ktoś został skrzywdzony i musi się otworzyć na świat ponownie.
Powstrzymałem się od ciężkiego westchnienia. Gdybym dostawał dolara za każdym razem, gdy to słyszę… Zacisnąłem usta i powoli pokiwałem głową, przełykając przekleństwa.
— No tak, ogólnie to raczej znany motyw. Wiecie, tak naprawdę każda książka, jakby się uprzeć, jest schematyczna. Pisarze bazują na kilkudziesięciu gotowych wątkach, z których tworzą nową fabułę. Nie da się napisać czegoś całkowicie nowego, bo wszystko już zostało napisane pewnie w antycznej Grecji. Chodzi o to, jak to się napisze.
— Sorry, ale muszę o to zapytać — wtrącił Matt, wychylając się zza Dominica, który akurat pochylił się, by sięgnąć do swojej szklanki. — Ludzie serio to czytają? Znaczy… Bez urazy dla twoich książek, ale… ludzie teraz coraz mniej czytają. Widziałeś statystyki? Nie myślałeś, że lepiej byłoby poszukać sobie jakiegoś bardziej pewnego zawodu?
Znowu się skrzywiłem, świdrując Matta zimnym spojrzeniem. Może to wypity alkohol, ale miałem ich już coraz bardziej dość. Gdybym chociaż te wszystkie teksty słyszał po raz pierwszy.
— Mój zawód jest pewny. A moje książki są bardzo popularne. — Nawet jeżeli ja sam nie byłem przekonany co do tego, czy są dobre.
— No nie wiem. Jak o nich opowiadasz, to nie brzmią one jakoś zbyt niesamowicie.
Spojrzałem chłodno na Dominica. Dłonie oparte na nogach zacisnąłem w pięści.
— To kwestia tego, jak się je czyta, a nie, jak brzmi ogólny opis. Gdybyście zagłębili się w to bardziej… pewnie dalej by się wam nie spodobało, bo to gejowska książka, ale… moglibyście najpierw ją przeczytać, a potem się wypowiadać o fabule.
— Czytałem parę stron twojej książki — odezwał się ponownie Matt. — Tej o zawodowym łyżwiarzu z depresją.
— Przeczytałeś pięć stron…
— Ale przeczytałem. No i sorry, ale nie było to zbyt wciągające. Bohater był okropną mimozą.
— Oczywiście, że tak. Przecież miał depresję. No kto jak kto, ale ty chyba powinieneś to rozumieć.
— Ale nie znamy powodu, dlaczego ma tę depresję.
— To się wyjaśnia przez całą książkę. Z każdym rozdziałem rozumiemy więcej jego historii i bardziej się z nim utożsamiamy.
— No ale po co mam czytać dalej książkę, skoro mnie nie zaciekawiła, a główny bohater do siebie nie przekonał?
Alkohol już trochę szumiał mi w głowie. Rozmowa po raz setny o tym samym i tłumaczenie po raz kolejny tego samego sprawiło, że poczułem, jak powoli puszczają mi hamulce.
— Bo jesteś psychologiem, do cholery. Chyba powinieneś dawać ludziom szansę, żeby ich poznać. A nie, że po pięciu minutach ich oceniasz.
— Jestem psychologiem właśnie dlatego, że mam zdolność szybkiego oceniania ludzi i od razu wiem wszystko o nich. Dlatego nie muszę dalej poznawać historii osoby, która mnie nie interesuje.
— Przyznałeś potem, że cię interesuje ta historia, a po prostu nie chce ci się przez nią przebrnąć do tego momentu, aż lepiej poznasz głównego bohatera. Do cholery, wysłałem ci czterdzieści stron, a ty nawet tego nie przeczytałeś.
— Ej, chłopak, chłopaki. — Dominic ożywił się, gdy nasza dyskusja zaczęła się zagęszczać. — Zmieńmy temat, zanim znowu się pokłócicie.
Miałem ochotę kontynuować, ale z drugiej strony wiedziałem, że to mnie jeszcze bardziej zirytuje, a do Matta i tak nie przemówi. To, czego w nim nienawidziłem najbardziej był fakt, że był tak samo uparty, jak ja sam. Dodatkowo nigdy nie brał pod uwagę, że może się mylić, gdy myślał, że ma rację. Albo po prostu lubił mnie irytować.
Prychnąłem pod nosem i nalałem sobie kolejnego drinka. Przecież zawsze się to tak kończyło, dlaczego myślałem, że tym razem będzie inaczej?
— À propos książek. — Chcąc poprawić atmosferę, odezwała się Ginny swoim łagodnym, radosnym głosem. — Przepraszam Leo, nie czytam gejowskich książek, ale ostatnio czytałam tak świetną książkę o…
Zaczęła mówić, a ja poczułem nawet wdzięczność ze zmiany tematu. Chciałem dać sobie trochę czasu na dobrą zabawę, więc nie poruszałem więcej tematów mojego pisania. Dałem się więc wciągnąć w rozmowę o książkach i popkulturze.
*
Wieczór trwał dalej. Od jednej rozmowy do drugiej, wciągaliśmy się w wir intensywnych dyskusji o niczym, wśród wesołych śmiechów i kolejnych drinków. Chciałem powiedzieć o możliwości nowej pracy w neWord, ale bałem się, że jeżeli nic z tego nie wypali, to nasłucham się o tym, jak to zmarnowałem szansę na „prawdziwą pracę”. Zresztą, sam nie wiedziałem, o co w tym chodziło. Postanowiłem na razie zachować to dla siebie.
Starałem się dobrze bawić, ale szybko poczułem, że jednak nie jestem za bardzo w nastroju na relacje międzyludzkie. Szczególnie dzisiaj, szczególnie z moimi kumplami. Po skończeniu książki potrzebowałem nieco oddechu, spokoju i nie myślenia o pisaniu. Tymczasem oni, szczególnie podpici alkoholem, wciąż uwielbiali sobie żartować i traktować moją pracę jak zabawę. Jakbym będąc pisarzem tak naprawdę całe dnie oglądał zabawne koty w internecie. Kochałem ich, na swój własny sposób, ale nie mogłem zaprzeczyć, że byli bandą kutasów i czasami naprawdę miałem ich dość.
Zbliżała się pierwsza, gdy usypiające dziewczyny zaczęły ciągnąć chłopaków do domu. Przez chwilę, zbyt pijany, by się zbierać, nawet myślałem, czy by nie zostać. Jednak Matt, a raczej jego subtelne spojrzenie i półprzytomna od alkoholu laska, jasno mówili, że powinienem jednak zawinąć się do siebie.
Świat wirował. I chociaż przez krótką chwilę naprawdę poczułem się lepiej, samotność i związane z nią przemyślenia, uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą.
Wytoczyłem się na klatkę schodową, gdy tylko dostałem SMS-a, że mój taksówkarz już na mnie czeka. Doczłapałem się do windy, osunąłem na ziemię i zamknąłem oczy, by świat przestał się kręcić. Dopiero gdy głos z głośników oznajmił mi, że dotarłem na parter, podniosłem się na nogi i wyszedłem, zataczając się od jednej ściany, do drugiej. Samochód już czekał na parkingu i zawiózł mnie do domu. Mijając kolejne ulice, leżałem na tylnym siedzeniu i patrzyłem w okno na mijane bloki.
„Nie masz wrażenia, że marnujesz życie, nie mając kogoś?”
„Nie myślałeś, żeby poszukać prawdziwej pracy?”
„Czy naprawdę możesz wyżyć z pisania?”
„Ale nie wstydzisz się nam pokazać swojego mieszkania, prawda?”
„Słuchaj, wiemy, że nie zarabiasz za dużo jako pisarz, nie będziemy dużo wymagać. Chcemy po prostu zobaczyć, jak mieszkasz”.
Dzisiejszy wieczór wciąż siedział mi w głowie. Myślałem o rzeczach, które słyszałem, o drinkach wypijanych między szczebiotaniem par, o tandetnych toastach w stylu: „za miłość” i o tym… czy to przypadkiem faktycznie ja nie jestem problemem.
Nigdy bym nie podejrzewał, że robią to specjalnie, ale potrafili sprawić, że w ich towarzystwie czułem się gorszy. Gdybym pracował od dziewiątej do piątej jako mechanik czy spawacz, czy byłbym dla świata lepszy, niż pisząc książki? Nawet nie chodziło o to, że to BL. Po prostu nie byłem zarejestrowany w żadnej firmie, więc czy można by w ogóle powiedzieć, że pracowałem? Chociaż może gdybym pisał powieści hetero, ktokolwiek z nich by to przeczytał.
Wjechałem windą na ósme piętro, próbując nie pogrążyć się całkowicie w depresji, przynajmniej póki nie znalazłem się we własnym domu.
Oparłem się o drzwi i chwilę walczyłem z kluczem, nim udało mi się go włożyć do zamka. Niemalże wpadłem do środka. Buty i kurtkę wrzuciłem niedbale do rozsuwanej szafy zaraz przy wejściu i rozejrzałem się po mieszkaniu, jakbym widział je pierwszy raz. Zaraz na prawo od wejścia był aneks kuchenny z ciemnymi meblami i blatami. Kawałek dalej czarny stół z czterema wysokimi, barowymi krzesłami. Granicę jadalni wyznaczały ciemne płytki na ziemi. Na reszcie podłogi rozłożona była szara wykładzina. Pod drugą ścianą stał telewizor, a przed nim narożna kanapa. Zza wielkich okien rozciągnął się przepiękny widok na rozświetlone miasto. Patrzyłem na to wszystko i mimowolnie przez głowę przeszła mi myśl, czy to wszystko cokolwiek oznacza. Jeżeli moja praca nie miała znaczenia… to czy cokolwiek w tym mieszkaniu miało? Przeniosłem wzrok na schody, ale nie miałem siły, żeby wchodzić na antresolę.
Powłócząc nogami, poszedłem na kanapę. Byłem zmęczony. Miałem nadzieję, że po tym spotkaniu się wyluzuję, ale tak naprawdę czułem się jeszcze gorzej. Może gdybym spędził czas tylko z chłopakami albo tylko z Kennym. Może gdybyśmy mogli spotkać się jak kiedyś, wszystko byłoby lepsze? Może gdyby… może gdybym bardziej do nich pasował? Znalazł sobie dziewczynę albo chociaż chłopaka. Nawet to byłoby bardziej akceptowalne, niż ta nieszczęsna aseksualność, w którą nawet nie wiedziałem, czy powinienem wierzyć.
Spojrzałem w okna. Widok za nimi był piękny. Miasto o tej porze lśniło jak tysiące świetlików przyklejonych do czarnej narzuty. Cały efekt psuły jednak pudła porozrzucane po pomieszczeniu, część pustych, część nawet nie otworzonych, które czekały na swoją kolej na rozpakowanie.
Padłem na kanapę i skuliłem się. Cisza tego domu była wręcz przytłaczająca. Albo teraz tak myślałem, gdy wszystko się kręciło, a ilość promili we krwi sprawiała, że robiłem się jeszcze bardziej sentymentalny. Tylko tykanie zegara zagłuszało spokój tego miejsca. Nienawidziłem tego spokoju. Chciałem, żeby coś się tutaj działo. Chciałem…
Spojrzałem na tętniące życiem miasto.
Chciałem nie czuć się tak okropnie samotny…
Rozdział 3
Obudziłem się koło dwunastej, zmęczony, obolały, z bólem głowy i silną potrzebą nawodnienia się. Usiadłem i przetarłem piekące oczy. Za dużo wypiłem…
Przeszedłem nad oparciem kanapy, by nie musieć jej obchodzić i powlokłem się do lodówki. Niemal duszkiem wypiłem butelkę wody, która chociaż trochę zminimalizowała suchość w ustach. Z matowych, granatowych szafek wyciągnąłem szklankę, do której wrzuciłem tabletkę z magnezem. Ten jednak nie sprawił, że zminimalizował piekących mięśni, ani nie ukoił bólu w głowie. Jak dobrze, że dzisiaj nigdzie nie musiałem wychodzić…
Noc na kanapie dodatkowo pogorszyła mój stan. Z trudem się zmusiłem, żeby na nią nie wrócić i podszedłem do schodów, niosąc ze sobą kolejną butelkę wody.
Wszedłem na antresolę. Z góry widać było część salonu, ale głównie drzwi wejściowe. Samo piętro było dla mnie głównie czytelnią. Wyłożone wykładziną, z półkami na książki, pufą, kanapą i wiszącym fotelem. Wszystkie siedziska ustawione były przodem do okien. Oparłem się o barierkę przy schodach, by złapać oddech. Słowo daję, że na takie sytuacje powinienem mieć tu windę.
Skierowałem się do pierwszych drzwi na lewo i przeszedłem przez sypialnię, aż do łazienki. Urządzona w jasnym, nowoczesnym stylu, teraz wydawała się razić jak słońce. Prysznic pozwolił mi uspokoić myśli i spłukać z siebie zapach alkoholu, ale dalej czułem się okropnie. A patrząc w lustro widziałem, że tak też wyglądam. Najgorsze było to, że wiedziałem, że to się tak skończy. Najpierw nie widzieliśmy się całymi tygodniami, zajęci własnym życiem i związkami, a gdy udawało nam się spotkać, kończyliśmy tak napruci, że nie pamiętaliśmy, co się stało dzień wcześniej. Najpierw piłem dla towarzystwa, by dobrze się bawić, a w miarę, gdy przytłaczały mnie egzystencjonalne myśli, piłem więcej, by się ich pozbyć.
Nie zliczę, ile razy się to już powtórzyło. Unikałem ludzi, żyjąc w świecie iluzji i moich książek, gdzie wszystkie problemy nie miały znaczenia, bo i tak miały się rozwiązać. Tam wszystko było idealne i, tonąc w nierealistycznych problemach, niemalże zapominałem, że istnieje świat poza nimi. A potem wracałem do rzeczywistości i uświadamiałem sobie, że tutaj tak nie jest. Że jeżeli ludzie nie szanują mojej pracy, to to się nie zmieni. Że jeżeli świat owładnięty jest przez seksualność, to taki zostanie, bez względu na wszystko. A ja… będę w nim coraz bardziej i bardziej pogrążał się w samotności. Bez chęci do życia, bez przyjaciół… prawdopodobnie nawet bez orientacji.
*
W poniedziałek, dwadzieścia minut przed szóstą po południu, zatrzymałem samochód na parkingu, niedaleko biura neWord. Duży budynek z nazwą firmy ogrodzony był bramą. Żeby wjechać czy wejść, należało najpierw minąć ochronę, ale z daleka widziałem, że większość miejsc jest zajęta, więc zatrzymałem się kawałek dalej.
Wziąłem głęboki wdech. Poprawiłem białą koszulę; może trochę zbyt elegancką na takie spotkanie, ale nie wiedziałem, na co powinienem się przygotować. Nie chciałem wyglądać ani zbyt formalnie, ani zbyt nieformalnie, przez co właściwie znalazłem się zupełnie na środku. Głupio mi było wchodzić tak wcześnie, więc odczekałem do dokładnie piątej pięćdziesiąt jeden i wysiadłem z samochodu. Wątpliwości i pytania wciąż krążyły mi po głowie. Gdzieś nawet pojawiła się myśl, że może faktycznie wszystko było tylko zaaranżowanym żartem? I gdy tam będę, to mnie wyśmieją?
Podszedłem do furtki. Strażnik otworzył okienko swojej budki i pochylił się w moją stronę.
— Mogę w czymś pomóc?
— Tak, dzień dobry. Nazywam się Leo Evans i dostałem maila, a potem dzwoniłem tutaj i zostałem zaproszony na rozmowę — powiedziałem trochę zbyt szybko, co mogło zdradzać, jak się stresuję, ale mężczyzna wydawał się tego nie dostrzec. Zerknął do swojego komputera. Gdy wpisywał moje imię i nazwisko, poczułem, jak serce mi przyspiesza.
— Tak, mam pana na liście. Mogę prosić o jakiś dokument?
Kamień spadł mi z serca, gdy upewniłem się, że to wszystko jest na serio. Jednocześnie teraz tym bardziej byłem ciekawy, w jakim celu mnie tu zaprosili.
Rozejrzałem się na dziedzińcu biura. Większość jego miejsca zajmował parking dla pracowników, ale przed samym wejściem postawiona była fontanna otoczona kwiatami, przez co całe miejsce nabierało trochę kolorów.
Wszedłem do środka. Jak się spodziewałem, wnętrze było szare, surowe i formalne, chociaż całkiem ładne. W stronę wind prowadził czerwony dywan, a przy ścianach stały mniejsze fontanny, spuszczające wodę po pionowych, grafitowych ścianach.
Przy recepcji znowu mnie wylegitymowali i sympatyczna dziewczyna z czarnymi włosami związanymi w kucyk poinformowała mnie, że mam pojechać na piąte piętro i kierować się do gabinetu numer pięćdziesiąt cztery, na prawo od windy.
Poszedłem dalej i nagle poczułem, jak to miejsce zaczyna mnie przytłaczać. Wszędzie kręcili się ludzie w garniturach albo kitlach, zapatrzeni w telefony lub notatki na podkładkach. Tym bardziej w zwykłej, białej koszuli, czułem się dość niepewnie.
Wjechałem na piętro, a kierując się do gabinetu, rozglądałem się zaciekawiony. Przez okna w drzwiach mogłem zauważyć naukowców pracujących nad telefonami, aparatami albo siedzących przy komputerach. Nie zawsze mogłem stwierdzić, nad czym się pochylają, a nie chciałem za bardzo się im przyglądać.
— Przepraszam bardzo. — Usłyszałem wysoki, dziewczęcy głos i oderwałem wzrok od kolejnych drzwi.
Stała przy mnie drobna, niska dziewczyna z długimi, czarnymi włosami związanymi w wysoki kucyk. Miała delikatną twarz i duże, zielone oczy.
— Nie zgubiłem się, ja…
— Pan Leo, prawda? — Przerwała mi, a jej oczy niemal zalśniły.
— Eee… Tak, byłem tutaj umówiony.
— Wiem, wiem. Przepraszam, że pana zaczepiłam. Po prostu… — Uśmiechnęła się i lekko zarumieniła, wprowadzając mnie tym w lekką konsternację. — Jestem pana wielką fanką.
— Oh… — Wyprostowałem się zaskoczony i lekko speszony, ale odpowiedziałem szerokim uśmiechem. — Cieszę się, że moje książki ci się podobają.
— Nie powinnam pana zatrzymywać przed spotkaniem, wiem, ale z moją grupą naukową jesteśmy wielkimi fanami pana twórczości i… to zaszczyt pana poznać.
Wyciągnęła sztywno rękę, nie spuszczając ze mnie wzroku. Uścisnąłem ją z szerokim uśmiechem.
— O mój boże, pan Leo? — Usłyszałem kolejne głosy i nagle otoczony zostałem przez grupkę czterech dziewczyn. Ostatnio tak osaczony byłem podczas któregoś z konwentów, ale nigdy w bardziej codziennej sytuacji.
— Więc jednak pana wybrali do tego projektu? — Ekscytowała się ruda, piegowata dziewczyna w białym kitlu, lekko przy tym podrygując.
— Cóż… Czymkolwiek ten projekt jest, wygląda na to, że tak. Nie wiecie, na czym to ma polegać? — Uznałem, że skoro już udało mi się zyskać zainteresowanie, mógłbym dowiedzieć się czegoś więcej.
Dziewczyny wymieniły się porozumiewawczymi spojrzeniami, których nie potrafiłem zrozumieć.
— Nie możemy panu zdradzić, przepraszamy. Dowie się pan lada chwila — wtrąciła wysoka blondynka z wielkimi okularami, które przysłaniały jej pół twarzy. — Ale proszę nam uwierzyć, że nadaje się pan do tego świetnie. Wiemy to po pana książkach. Uwielbiam zwłaszcza tę o daltoniście, który zakochał się w malarzu i udawał przed nim, że nie ma problemów, a ten opisywał mu kolory tak, że ten prawie to widział — powiedziała z i szerokim uśmiechem, a pozostałe dziewczyny ożywiły się nagle. Poczułem przyjemne ciepło w klatce piersiowej, widząc radość na ich twarzach.
— O tak, ta jest świetna — wtrąciła czarnowłosa dziewczyna. — Popłakałam się przy scenie, gdy główny bohater próbował coś namalować i malarz był zachwycony doborem kolorów. Chociaż moja ulubiona książka to ta o tajnych agentach.
— Tak, moja też. — Ruda chwyciła koleżankę za ramię i ścisnęła je mocno.
— Czy pisze pan coś teraz? — Gdy zwróciłem uwagę na czwartą postać, z zaskoczeniem stwierdziłem, że nie jest to dziewczyna. Po prostu w tłumie ożywionych i głośnych koleżanek, niski, delikatny chłopak, z długimi do ramion włosami związanymi w kucyk i grzywką na pół twarzy, w ogóle nie zwracał na siebie uwagi. Tym bardziej ciężko było dostrzec, że rzeczywiście jest to chłopak. Niemniej jednak, poznałem już tylu męskich fanów moich książek, że nawet nie byłem tym zdziwiony.
— Właśnie skończyłem jedną książkę.
Na tę informację trójka dziewczyn wzniosła zgodny, pełen entuzjazmu oddech. Ruda chwyciła mnie za ramię koszuli i uśmiechnęła się, odsłaniając szereg białych zębów.
— Zdradzi nam pan o czym ona jest?
— Tak, jasne. — Bezradny wobec nich, dałem się porwać ekscytacji. Miałem ochotę wypytać ich o wszystkie ulubione fragmenty i postacie, ale uznałem, że nie powinienem im marnować więcej czasu. — To żadna tajemnica. Tym razem jest to książka o chłopaku, który został porwany jako dzieciak i przetrzymywany w piwnicy do czasu, aż został uwolniony w wieku dwudziestu lat. Przez traumę nie może normalnie funkcjonować i dopiero sąsiad jego rodziców, do których się wprowadza, pomaga mu się otworzyć na świat.
Poczułem, jak sam zaczynam się nakręcać, gdy opowiadałem o mojej pracy. Grupka słuchała mnie z ekscytacją, na koniec wydając z siebie ciche „awwwww”.
— Ale to słodkie. — Chłopak zrobił krok w moją stronę, stając tuż przy mnie. — Nie mogę się doczekać, aż to przeczytam.
— Jeju, to zapowiada się tak uroczo. — Ruda dziewczyna znowu szarpnęła współpracownicę za ramię. Uśmiechnąłem się, ale zacząłem mieć wrażenie, że wszyscy stoją odrobinę za blisko i nieświadomie zacząłem się spinać.
— I w ogóle jakie to oryginalne — odezwała się czarnowłosa, lekko rumieniąc się na twarzy.
— No nie, nie jest to jakiś bardzo oryginalny pomysł. Ale jest tam dużo uczuć i problemów i relacja między głównymi bohaterami jest dość skomplikowana, więc… mam nadzieję, że się spodoba.
— Co się tutaj dzieje? — Surowy głos przerwał naszą rozmowę. Wyprostowałem się gwałtownie i przerażony spojrzałem na zegarek na ręce, który bezlitośnie pokazywał, że jestem spóźniony już ponad pięć minut.
Przed nami stanął wysoki, szczupły mężczyzna. Zmarszczki na twarzy, siwiejące włosy i wyraźne zakola wskazywały na jego już sędziwy wiek, ale jego postawa i bystre, ostre spojrzenie odmładzały go o kilka lat. Otaczająca mnie grupka jak na rozkaz odsunęła się o krok i zwróciła do zbliżającego się mężczyzny. — Nie macie co robić? Jeżeli jest za mało pracy, mogę wam dać jakieś dodatkowe zajęcia.
— Przepraszamy, dyrektorze — wymamrotali, błyskawicznie zmywając się do gabinetów dookoła, a ja poczułem się trochę niekomfortowo, zostając sam na sam z tym mężczyzną.
— Pan Evans, prawda? — zapytał, podchodząc do mnie. — Dyrektor Flores, miło mi.
— Może być Leo. Rozumiem, że to z panem miałem porozmawiać? — Uśmiechnąłem się wyciągając rękę na przywitanie. Miał silny, mocny uścisk. — Przepraszam za spóźnienie, ja…
— Nie ma problemu. Gdy usłyszałem ten szczebiot, domyśliłem się, że został pan zatrzymany. Pewne już pan zauważył, ale ma pan tutaj coś w rodzaju własnego fanclubu. Głównie jemu zawdzięcza pan to, że się tutaj teraz znajduje. Bardzo nalegali, byśmy rozważyli pańską kandydaturę.
— Miło mi. I nie ukrywam, że chętnie bym się dowiedział, o co w tym chodzi.
— Oczywiście, zapraszam.
Wprowadził mnie do niewielkiego gabinetu. Duże biurko zajmowało większość miejsca, całą resztę zapełniały półki pełne segregatorów i dokumentów. Dyrektor usiadł na czarnym, skórzanym krześle i gestem wskazał na miejsce naprzeciwko.
— Panie Evans — zaczął, nie pamiętając albo nie przejmując się moją sugestią, by mówił do mnie po imieniu. — nie ukrywam, że sprawa, w jakiej został pan zaproszony tutaj, jest dość delikatna. Chcemy panu powierzyć zadanie wymagające cierpliwości, spokoju, zdolności komunikacji i ogromnej wyobraźni. Współpracowaliśmy wcześniej z kilkoma naukowcami i psychologami, ale nie spełnili swojego zadania. Dlatego grupa, którą miał pan okazję poznać, zaproponowała pisarza. Pana, panie Evans.
— No dobrze, ale do czego właściwie? — Fakt, że dalej nie wiedziałem, do czego byłem idealnym kandydatem, powoli zaczynał mnie irytować.
— Do tego zaraz przejdziemy. Nim podam panu szczegóły, proszę zapoznać się z treścią tego dokumentu. — Sięgnął na bok, do sterty papierów piętrzących się na biurku. Wziął pierwszy z nich i położył przede mną. Na samej górze napisane było: „umowa o poufności”. Podniosłem wzrok na dyrektora, czekając na wyjaśnienia. — Zabezpieczenie. Tak jak wspomniałem, ten projekt jest wyjątkowo poufny. Zależy nam na tym, by do końca naszych badań, pozostały one w całkowitej tajemnicy.
— Czy ta umowa… — zacząłem niepewnie. Przejechałem wzrokiem po tekście, ale na pierwszy rzut oka niewiele rozumiałem z prawniczego bełkotu, który tam był. Nie przypominał umów wydawniczych, z którymi miałem okazję się spotkać.
— Jest całkowicie bezpieczna. To tylko zabezpieczenie z naszej strony, że bez względu na to, co pan zadecyduje, tajemnica tego projektu nie wyjdzie na jaw.
Poczułem przeszywający mnie dreszcz ekscytacji i trochę zacząłem się stresować. Tajemnica zawsze sprawiała, że rzeczy stawały się dużo ciekawsze. Chociaż lekko niepokoił mnie fakt, że nie wiem, na co się właściwie piszę.
— Ummm… pozwoli pan, że na spokojnie to przeczytam?
— Tak, proszę bardzo. Dla bezpieczeństwa nas obu lepiej byłoby, żeby był pan świadomy konsekwencji wydania tajemnicy tej sprawy. Proszę przeczytać to uważnie, ja zajmę się innymi sprawami — powiedział, odwracając się w stronę komputera.
Nieco nerwowo, ale dokładnie zacząłem czytać umowę. Wbrew moim obawom, poza prawniczym bełkotem, gdy dokładnie się w to wczytałem, całość napisana była dość przejrzyście. W skrócie mówiąc: jeżeli wygadam się w jakikolwiek sposób komukolwiek o projekcie, będę miał przejebane. Na widok wielkości kary, którą musiałbym zapłacić, aż zrobiło mi się słabo. Nigdy nie miałem takiej kasy i pewnie długo musiałbym na to odkładać. Wziąłem głębszy wdech i zamrugałem, chcąc pozbyć się czarnych plam przed oczami.
— Dla pewności — podsunąłem papier w stronę dyrektora — gdybym teraz nie przyjął tej pracy…
— Wyjdzie pan tak, jak pan wszedł, a my poszukamy kogoś innego do tego zadania.
— A jeżeli to podpiszę…
— Zdradzimy panu, na czym będzie polegać pańskie zadanie, a wtedy pan zdecyduje, czy jest gotów na wzięcie takiej odpowiedzialności, czy woli pan wyjść i udawać, że nic się nie stało. Oczywiście będzie pan wtedy zobowiązany do tego, by zachować to w jak największej tajemnicy.
— A jeżeli się zgodzę?
— Dostanie pan nową umowę, którą też będzie mógł pan dokładnie przeczytać, weźmie pan udział w całkowicie nieszkodliwym, ale odpowiedzialnym eksperymencie, który nawet nie powinien przeszkadzać panu w pisaniu, a wypłata, którą pan dostanie… powiedzmy, że nie będzie pan musiał pisać czegokolwiek, by na czas trwania eksperymentu, a nawet dłużej, żyć bardziej dostatnio, niż do tej pory.
Spojrzałem na umowę. Serce zabiło mi mocniej. Lęk mieszał się z ekscytacją i ciekawością. Przecież wystarczyłoby, żebym trzymał usta na kłódkę i nie musiałbym nawet brać w tym udziału.
Ciekawość wygrała. Nawet wizja małej fortuny, którą mi proponowali, nie miała aż takiego znaczenia, jak fascynacja. Musiałbym oszaleć, żeby przyjechać aż tutaj i nawet nie dowiedzieć się, po co właściwie. Wyciągnąłem z torby pióro i złożyłem podpis. Dyrektor Flores wziął papier, przyjrzał mu się uważnie i odłożył na bok.
— Zdaje pan sobie sprawę z wagi tajemnicy tego projektu, prawda?
Pokiwałem głową. Nie po to podpisałem zgodę na wypłacenie im mojej rocznej pensji, żeby teraz rozgadywać wszystkim o sekrecie nowego gadżetu.
Mężczyzna pokiwał głową i nacisnął guzik w telefonie stojącym na biurku.
— Proszę go wprowadzić — powiedział i wyprostował się. Splecione dłonie oparł o biurko i czekał. Uciekałem wzrokiem po ścianach, czekając, aż „on” zostanie wprowadzony.
Za sobą usłyszałem trzaśnięcie drzwiami. Odwróciłem się i spojrzałem na stojącego za mną mężczyznę. Był wysoki. Nie musiałem nawet wstawać, by widzieć, że przewyższa mnie przynajmniej o głowę. Był szczupły, ale dobrze zbudowany. Twarz miał smukłą i poważną, a ciemne oczy bystre i spokojne. Chociaż, nie. „Spokojne” to było złe wyrażenie. Były praktycznie puste, poza ich inteligentnym wyrazem. Po dłuższej chwili zrozumiałem, czego mi w nich brakowało. Uczuć. Patrzył na dyrektora tak, jakby tak naprawdę go nie widział. Jakby obserwował coś daleko, daleko za nim. Czarne włosy sięgające ledwo karku, miał starannie ulizane do tyłu. Stał prosto, z rękoma splecionymi za plecami, a ubrany był w prostą, białą koszulkę i dresowe spodnie tego samego koloru. Jak pacjent szpitala psychiatrycznego, przeszło mi przez myśl.
Wbił we mnie spojrzenie ciemnych oczu, aż zadrżałem pod ich presją. Gdy się odezwał, mówił ze zdystansowanym, chłodnym profesjonalizmem..
— Witaj. Jestem twoim androidem usługowym, moja nazwa modelu to „Cole”. Miło mi poznać.
Wpatrywałem się w niego w ciszy przez dłuższy czas, nie mogąc znaleźć żadnych odpowiednich słów. W końcu odwróciłem głowę i z trudnym do określenia pytaniem skierowałem się w stronę dyrektora. Widząc moje zaskoczenie, kiwnął raz głową, potwierdzając słowa poprzednika. Gdyby nie był tak spokojny, powiedziałbym, że żartuje.
— Już panu wszystko wyjaśniam. Projekt Cole jest androidem usługowym, jak zdążył się przedstawić. A raczej jego prototypem, na razie w fazie testów.
— Ale jak?
— Może pan o tym nie wiedzieć, ale badania nad robotyką są prowadzone już od dłuższego czasu. Chociaż, póki co, według powszechnie podawanych informacji, poziom robotyki stoi na dużo niższym poziomie niż jest w rzeczywistości.
— Nie rozumiem, przepraszam.
— Oczywiście, już tłumaczę. Projekt Cole jest naszym najnowszym eksperymentem. Na rynek ma zostać wprowadzony jako ekskluzywna pomoc domowa, zajmująca się obowiązkami, na które ludzie nie mają czasu, jak sprzątanie, gotowanie czy proste naprawy. Póki co jednak jego produkcja jest wstrzymana. Chcemy go wykorzystać do czegoś innego i w zależności od wyników badań, poprowadzić je dalej albo wprowadzić na rynek w niezmienionej formie. Został on obdarzony nadzwyczajną inteligencją jak na robota. Wgraliśmy mu tysiące gigabajtów informacji, ale chcieliśmy, by opanował jeszcze jedną umiejętność. Chcieliśmy zacząć przy nim pracę ze sztuczną inteligencją i wyczulić go na piękno, jednak wciąż myśli jak maszyna. Jak wspomniałem, opiekę nad nim sprawowało już kilku psychologów i ekspertów w dziedzinie robotyki, jednak efekty były znikome. Po kolejnym niepowodzeniu zespół, który go nadzoruje, pańskie fanki — wskazał na mnie długopisem — Zaproponował, że powinniśmy spróbować z kimś bardziej artystycznym. Powiedziały, że w logiczny sposób nie da się określić sztuki czy piękna, więc potrzebny nam artysta. Zgodziłem się pod wpływem ich argumentów, stąd nasza propozycja. — Siedziałem skołowany i lekko otumaniony, nie do końca rozumiejąc, co się dookoła mnie dzieje. — Projekt Cole zamieszka u pana na okres trzech miesięcy, będzie pan regularnie dostawał pensje, a w ramach pracy będzie pan po prostu uczył go estetyki. Jeżeli zauważymy, że rozwinął w sobie zmysł artystyczny, dostanie pan dodatkową premię. Oprócz tego będzie wykonywał zadania, do których został zaprogramowany, jak sprzątanie czy gotowanie. Będzie mógł przetestować go w praktyce. Czy ma pan w związku z tym jakieś pytania?
— To naprawdę jest android?
Pytanie zabrzmiało naprawdę absurdalnie, nawet w mojej głowie, ale to była pierwsza rzecz, którą musiałem wiedzieć. Wszystko to wydawało mi się zbyt absurdalne i jakieś takie… niemożliwe. Spojrzałem na stojącego za mną mężczyznę. Patrzył prosto przed siebie spojrzeniem bez wyrazu, zimny i nieruchomy jak posąg. Poza tym, wyglądał zupełnie jak człowiek. Wyraźnie apatyczny, ale człowiek.
— Proszę się przekonać. — Dyrektor wskazał gestem na androida.
Wstałem z krzesła i spojrzałem na mężczyznę nazwanego Cole. Obserwował mnie spokojnie, nijak nie reagując na moją bliskość. Chciałem go dotknąć, ale uznałem, że to byłoby całkiem nieprzyzwoite, bez względu na to, czy istota przede mną jest świadoma.
— Jesteś maszyną? — zapytałem niepewnie. Czułem się głupio, pytając o coś takiego, ale cała ta sytuacja wydawała mi się dość absurdalna.
— Jestem prototypem androida usługowego, model 0042. Moja nazwa seryjna to „Cole”. — Jego głos był normalny. Niski i głęboki, chociaż teraz, gdy się wsłuchałem, słyszałem w nim coś sztucznego.
— Wyglądasz jak człowiek. I zachowujesz się jak człowiek. Czy… możesz udowodnić, że nim nie jesteś?
— Nietypowa prośba. Zwykle naukowcy proszą mnie o udowadnianie, że jestem człowiekiem — stwierdził spokojnie, a ja czułem się coraz dziwniej, gdy wbijał we mnie spojrzenie. — Naturalnie. Jako android zasilany jestem specjalną, syntetyczną substancją, substytutem ludzkiej krwi. Mój mózg stanowi najbardziej zaawansowany superkomputer, jaki chwilowo jest dostępny dla biura neWord, wgrane mam…
— Nie musisz podawać mi specyfikacji — przerwałem mu, nim zaczął opowiadać o wszystkich jego obwodach i zasilaniu. — Tylko udowodnij jakoś, że jesteś androidem.
Cole zamrugał kilka razy, a jego twarz chwilowo całkowicie straciła wyraz. Doznałem dziwnego wrażenia, jakbym patrzył na zawieszony komputer.
— Rozumiem — odezwał się w końcu. Wyciągnął przed siebie prawą rękę, a gdy przyłożył do niej palce, blada skóra nagle zaczęła znikać.
— Co, kurwa? — Odskoczyłem, prawie przewracając się o krzesło za mną, którego chwyciłem się w ostatniej chwili. — Co to jest?
— Syntetyczna skóra — wyjaśnił. Po zniknięciu, na przedramieniu pozostało coś, co wyglądało jak biała, metalowa proteza. Gdy nacisnął na przedramię, otworzył niewielką klapkę, odsłaniając wszystko, co miał w środku. Z nieukrywanym zaciekawieniem przyglądałem się kablom, procesorom i innym komponentom, jakbym wpatrywał się w otwarty komputer. Otworzyłem szerzej oczy i zrobiłem krok do przodu, by przypatrzeć się temu… czemuś.
— Jak mniemam nie ma pan już wątpliwości, co do prawdziwości naszego androida. Może pan usiąść?
Przez chwilę nie zareagowałem na słowa dyrektora. W końcu szok sprawił, że i tak nie byłem w stanie ustać na nogach. Opadłem ciężko na krzesło. Android? Spodziewałbym się chyba wszystkiego, ale nie tego, że będę musiał uczyć maszynę… czego właściwie? Gustu? Czucia? Sztuki?
Przed oczy została mi podsunięta kolejna umowa. Kwota, jaką tam zobaczyłem, w porównaniu z wcześniejszym szokiem, sprawiła, że o mało co nie zsunąłem się z krzesła.
— Czy mogę to przemyśleć? Jestem w lekkim szoku i…
— Panie Evans, nie jest pan jedynym pisarzem, któremu moglibyśmy zaproponować współpracę. Nie mamy czasu na pana zastanawianie się. Chciałbym, żeby podjął pan decyzję dzisiaj.
— To… trochę nagłe. Nie spodziewałem się tego.
— To nie jest ciężka praca. Jeżeli w ciągu trzech miesięcy model 0043 nie nauczy się niczego, po prostu umowa z panem zostanie rozwiązana, a on zostanie powierzony komuś innemu. Bez kar, bez zabierania otrzymanej już zapłaty. Nie ma pan nic do stracenia.
Pokręciłem głową, by odzyskać świadomość. Spojrzałem na androida, na dyrektora i wciąż nie mogłem w to uwierzyć. Nagle serce zabiło mi szybciej. Ekscytacja, która się we mnie pojawiła, sprawiła, że nie mogłem się nie uśmiechnąć.
— Będę mógł wykorzystać ten pomysł do książki? Bez podawania danych, oczywiście, jako czyste science-fiction.
Dyrektor zawahał się przez chwilę. Spojrzał znowu na umowę i w zastanowieniu pokiwał głową.
— O ile tajemnica modelu Cole nie wyjdzie na jaw, nie widzę przeszkód. Tak długo, jak będzie to traktowane jak fikcja literacka.
— Naturalnie. — Pokiwałem głową. Nie miałem nic do stracenia, a poznanie androida z bliska brzmiało jak niesamowity pomysł na książkę. Może obcowanie z kimś, nawet jeśli była to maszyna, pomoże mi odpocząć od pracy?
Zacząłem wertować wzrokiem nową umowę. Nie wyglądała niebezpiecznie. Dalej znajdowała się tu ogromna kara za wyjawienie mediom tajemnicy „projektu Cole”, a oprócz tego cała masa obowiązków, ale też przywileje. W sumie przypominało to trochę typową umowę o pracę. Jedyną, którą podpisywałem w życiu i najbardziej emocjonująca ze wszystkich, które znam. Z jednej strony była to ogromna odpowiedzialność, ale z drugiej… z każdej chwili mogłem się z tego wycofać. Wzięcie kota ze schroniska wydawało się być bardziej kłopotliwe.
— Więc jak? — Mężczyzna pochylił się w moją stronę i podał mi zostawione wcześniej pióro. — Jest pan gotów pomóc nam z eksperymentem Cole?
Rozdział 4
Dłonie, chociaż wciąż miałem je nerwowo zaciśnięte na kierownicy, i tak wydawały się lekko drżeć. Starałem się skupić całkowicie na jeździe, mimo to napięta i niekomfortowa atmosfera w samochodzie sprawiła, że ciężko mi było normalnie prowadzić.
To było szaleństwo. Jak mogłem zgodzić się zaopiekować androidem? Gdybym chociaż wiedział o nich cokolwiek… Nawet nie miałem czasu, żeby zastanowić się nad tą decyzją. Dali mi do podpisania umowę i miałem szansę albo zrobić to, co mi każą, albo wyjść i prawdopodobnie stracić jedyną taką okazję. Nie. Chciałem spróbować. Chociażby po to, by mieć materiał do książki. Zresztą, fascynował mnie ten android. Nawet jeżeli wyglądał trochę przerażająco, wpatrując się pustym wzrokiem przed siebie.
— Tooo… jak mam ci mówić? Cole to twoje imię, czy…
— Jest to nazwa mojego modelu. Mój numer seryjny to 0043. W momencie, kiedy androidy staną się użytkowe, każdy z nich będzie mógł dostać własne, unikalne imię. Chwilowo nasza ilość jest wystarczająco mała, żeby wystarczyło to do naszej charakterystyki. Jeżeli chce pan mnie jakoś nazywać, Cole będzie odpowiednim określeniem.
Pokiwałem głową. Ten spokojny, robotyczny głos sprawiał, że czułem się jeszcze bardziej nieswojo. Odpowiadał na wszystko tak… chłodno, z opanowaniem, i praktycznie bez uczuć, co trochę mnie to przerażało.
— Jak powinienem się zwracać do pana? — zapytał nagle i odwrócił głowę w moją stronę.
— Wystarczy Leo. Bez żadnego „pan” ani nic. Nie lubię formalności.
— Rozumiem, Leo.
Znowu odwrócił się przed siebie. Było coś dziwnego w sposobie, w jaki wymawiał moje imię. Słyszałem je wypowiedziane w różnych tonach i w wielu językach, ale nigdy tak… nietypowo. Nie potrafiłem tego określić. Głos androida brzmiał jak ludzki, ale miał w sobie coś mechanicznego. Jak krew mająca ten dziwny, niezrozumiały posmak metalu.
— Tooo… pierwszy raz poza biurem neWord, co? — zagadnąłem po ciągnącej się całą wieczność ciszy.
— Jako obecny model, tak. Wcześniej miałem jeszcze kilku opiekunów, którzy dbali o mój rozwój, ale po każdym nieudanym eksperymencie moja pamięć zostawała za każdym razem kasowana. Jeżeli pytasz o moje fizyczne ciało, to opuszczało ono już biuro przynajmniej kilka razy. Jednak bazując na mojej pamięci, można stwierdzić, że jest to mój pierwszy raz. — Wyjaśnił spokojnie, a chociaż mówił o czymś oczywistym, w jego głosie w ogóle nie było słychać frustracji, czy zniecierpliwienia.
— Czujesz się podekscytowany?
— Androidy nie mają uczuć, Leo.
— Ah, no tak. — Wziąłem głęboki wdech. Było mi niekomfortowo. Na samą myśl o tym, że będę musiał znosić to przez trzy miesiące, dostawałem dreszczy. Spokojnie, Leo, dasz radę, wytrzymasz. — To mam cię nauczyć odczuwać emocje? Jak, skoro androidy…
— Wybacz, że ci przerwę, Leo — wtrącił nagle — Ale w twoich wytycznych nie ma nic o nauczeniu mnie emocji. Jest to fizycznie niemożliwe. Mówiąc dość ogólnikowo, twoim dokładnym zadaniem jest wyrobienie we mnie czegoś w rodzaju własnego gustu i zdania. Muszę nauczyć się doceniać coś, co wy nazywacie „pięknem”, a dodatkowo umieć samodzielnie decydować, co jest ładniejsze.
— Wyrobić ci własny gust?
— Takie są wytyczne.
— I pewnie nie może to być po prostu odwzorowanie mojego gustu?
— Według wytycznych mam jak najbardziej zbliżyć się do ludzi. Na tyle, na ile jest to możliwe. Myślałem, że jesteś świadomy swojego zadania.
— No cóż… Nie byli do końca precyzyjni. Chciałem dokładnie wiedzieć, co powinienem zrobić. Żadnych konkretnych zadań nie dostałem, prawda?
— Nie, twoje zadanie polega na tym, by przybliżyć mnie jak najbardziej do ludzkiego myślenia. Według naukowców potrzeba kogoś o bardziej rozwiniętej prawej półkuli i zmysłu kreatywnego, żeby nauczyć mnie mniej analitycznego myślenia.
Zacisnąłem usta i pokiwałem głową. Dobra, początki będą raczej na pewno ciężkie. Najwyżej w razie problemów przeproszę ich za pomyłkę, zwrócę androida i kasę, jaką dostałem. Na pewno nie będzie z tym problemu, gdy się okaże, że się nie sprawdzam.
Pół godziny później obaj wjeżdżaliśmy windą, niosąc pudła z rzeczami Cole’a. Do tej pory nie dowiedziałem się nawet, czego takiego może potrzebować android.
— Pewnie nie masz za dużo do opowiedzenia o sobie, co? — zapytałem z cichą nadzieją, że może jednak opowie mi o czymś ciekawym, byleby przerwać tę ciszę.
— Zacząłem ci mówić o moich specyfikacjach. Jeżeli chciałbyś, żebym kontynuował, mogę to zrobić.
— Nie, nie o to mi chodziło. Bardziej… — Zawahałem się. Jak wyjaśnić androidowi, o co takiego mogło mi chodzić? — Sam nie wiem, jakieś informację o sobie. Co lubisz, czego nie lubisz, czy są rzeczy, których chciałbyś spróbować? — Niepewnie wymieniłem.
Android odwrócił głowę w moją stronę i przechylił ją na bok.
— Z całym szacunkiem, ale zdajesz sobie sprawę, że jestem androidem, prawda?
Westchnąłem. To wszystko przez to, że wyglądał jak człowiek. Nie potrafiłem traktować go inaczej, kiedy kompletnie nie przypominał robota.
— Dobra… usiądę w domu i przemyślę to na spokojnie.
Winda stanęła, a chwilę później wprowadzałem mojego nowego… współlokatora? do środka. Android rozejrzał się po salonie utrzymanym w stonowanych, ciemnych kolorach z przewagą szarego. Z ciekawością przyglądałem się, jak analizuje prawie pustym wzrokiem każdy kawałek pomieszczenia. Nawet nie zdecydował się wejść dalej, jak kot wpuszczony do nowego domu, obserwujący wszystko z uwagą. Odłożyłem rzeczy Cole’a obok drzwi.
— Jak ci się podoba? — zapytałem niepewnie, wychylając się zza jego pleców, by dokładniej widzieć wyraz jego twarzy.
— Jest bardzo przestronne, utrzymane w stonowanych kolorach, urządzone w sposób bardzo wygodny, pozwalający na integrację. Otwarta kuchnia ułatwia rozmowę między pomieszczeniami, chociaż kanapa odwrócona tyłem do niej trochę jednak odcina ludzi od siebie. Miękka wykładzina sprawia, że miejsce wydaje się bardziej przytulne, chociaż te kartony powodują lekki chaos. Widać, że lubisz minimalizm i dużo czytasz. Dzięki dużym oknom, dodającym przestrzenności, jest tu bardzo jasno.
Nie powinienem się spodziewać niczego innego, chociaż sam przed sobą musiałem przyznać, że jednak się spodziewałem. Dopiero poznawałem kim… czym on jest. Wytłumaczyłem sobie, że każda taka odpowiedź jest niejako wskazówką, co robić dalej. Mimo to, liczyłem na bardziej „ludzką” odpowiedź. Przetarłem dłonią twarz, by zebrać myśli. Spokojnie, bez stresu, cierpliwości.
— Podoba ci się? — Spróbowałem ponownie.
— Sprawia wrażenie wygodnego i starannie urządzonego. Sporo o tobie mówi. Pewnie dopiero co się wprowadziłeś, prawda?
Odwrócił się w moją stronę ze spokojnym, wyczekującym wyrazem twarzy. Jego oczy były prawie puste, ale jednocześnie pełne czegoś w rodzaju dziecięcej naiwności i ciekawości, nawet jeżeli nie miał prawa do takich uczuć. Zafascynował mnie ten kontrast, chociaż nie wykluczałem, że drugą część dopowiedziałem sobie sam.
— Cóż… Mieszkam tu już jakiś czas, ale do tej pory byłem zajęty pracowaniem. Właśnie skończyłem pisać książkę, zamierzałem się zabrać za to teraz. — Cholera, tłumaczyłem się przed androidem… i naprawdę czułem się źle, że może mnie oceniać. Nawet jeżeli wiedziałem, że prawdopodobnie nawet nie jest do tego zdolny. Przynajmniej nie świadomie.
— Możesz opowiedzieć o sobie.
— Oh… nie powiedzieli ci, kim jestem?
— Dostałem tylko bardzo ogólne informacje na ten temat, żadnych konkretów. Jeżeli potrzebujesz tematu do rozmowy, która mogłaby sprawić, że przestałbyś czuć się niekomfortowo w moim towarzystwie, mogę posłuchać więcej o tobie. Skoro mamy spędzić razem najbliższe trzy miesiące, wygodne byłoby, żebym lepiej cię poznał. Oh, przepraszam, czy powiedziałem coś niestosownego?
Spojrzał na mnie pytająco, lekko przechylając głowę. Stałem z nerwowo uniesionymi ramionami i lekkim rumieńcem. Odwróciłem szybko wzrok od tych szczenięcych oczu. Bylebym nie czuł się skanowany jego wzrokiem.
— Skąd… skąd pomysł, że czuję się przy tobie niekomfortowo? — zapytałem, nerwowo trąc szyję.
— To bardzo proste do analizy. Najpierw w samochodzie ciągle zerkałeś na mnie, dłonie silnie zaciskałeś na kierownicy. Nie mogło to być wygodne, patrząc na to, że te niemalże zbielały. Miałeś zaciśnięte usta, wyraźnie starałeś się znaleźć temat do rozmowy. Zadawałeś pytania całkowicie sprzeczne z moją naturą, więc zakładam, że wcześniej nie pracowałeś z androidem. To może być początkowo peszące. Później…
— Wystarczyłoby po prostu „to po tobie widać”. — Przerwałem mu, spuszczając głowę i krzyżując ramiona na piersi. TERAZ dopiero czułem się źle, gdy dotarło do mnie, że nawet gdy nie jestem tego świadomy, Cole analizuje każdy mój ruch. Jakby nie wystarczyło mi to, że Matt to robi. — To trochę niepokojące, gdy mnie skanujesz w ten sposób.
— Twierdzisz, że ludziom to przeszkadza?
— Tak. Jeśli masz podawać takie rzeczy, to… bardziej ogólnikowo. To nie jest normalne, żebyś wymieniał każdy jeden gest.
Android chwilę wpatrywał się przed siebie z pustym wzrokiem, nim przytaknął.
— Rozumiem, zanotowałem. W takim razie, większość twoich odruchów wskazywało na to, że nie czujesz się komfortowo w moim towarzystwie. Tak lepiej?
— Uch… lepiej. — Westchnąłem. Wcale nie czułem, żeby było lepiej, ale można powiedzieć, że czyniliśmy jakieś postępy. Chyba…
— Nie masz się czym martwić, to jest normalna, ludzka reakcja na coś nowego. Nie jesteś przyzwyczajony do obecności androidów, twoje obawy co do naszej współpracy są uzasadnione i całkowicie ludzkie.
Zacisnąłem usta i przymknąłem oczy. Jezu, już byłem zmęczony jego obecnością. Nie spodziewałem się, że tak to będzie wyglądać.
— Nie, przepraszam. Nie powinienem się tak zachowywać. To dla mnie nowa sytuacja, ale nie martw się, przywyknę do tego. Po prostu daj mi trochę czasu.
— Nie mam wyboru. Jestem tu od tego, żeby spełniać twoje oczekiwania. Poczekam, aż przyzwyczaisz się do mojej obecności, a tymczasem spróbuję wykonywać jak najlepiej moje obowiązki.
Wypuściłem głośno powietrze. Jak miałem nie czuć się niekomfortowo, gdy zachowywał się tak… tak dziwnie. Przecież on wyglądał jak człowiek, miał mimikę jak człowiek, wszystkie gesty, które wykonywał sprawiały, że wyglądał jak człowiek. Ale we wszystkim, co mówił i jak mówił, było tyle maszyny, że czułem się cholernie niekomfortowo.
— Oh, zapomniałem o najważniejszym, nie mam tutaj pokoju dla gości. — Uświadomiłem sobie nagle, rozglądając się po salonie. — Uch… Wybacz, nic nie wiem o androidach. Wy w ogóle sypiacie?
— Nie w waszym znaczeniu tego słowa. W jednym z tych pudeł jest mój panel indukcyjny. Leżąc na nim, ładuję swoje baterie. Jestem w stanie też podłączyć się do prądu w mniej sprzyjających warunkach.
Więc to to było w tych pudłach… Przynajmniej częściowo się dowiedziałem, co niosłem tu tyle czasu. Przetarłem oczy. Dzisiejszy dzień naprawdę mnie zmęczył.
Spojrzałem przez okno. Miasto tonęło już w mroku i tylko latarnie i życie miasta rozświetlało noc. Była dopiero dwudziesta, ale ilość dzisiejszych wrażeń skutecznie mnie wykończyła.
— Przepraszam cię, Cole, ale chyba wcześniej się dzisiaj położę. Za dużo sensacji jak na jeden dzień. Zaczniemy… — Szukałem chwilę odpowiedniego słowa na to, co właściwie miałem robić. — Zaczniemy cię szkolić od jutra, dobrze?
— Oczywiście. Spadło na ciebie wiele obowiązków. Wyglądasz na zmęczonego, dobrze by było, gdybyś odpoczął. Sen jest ważny dla dobrego samopoczucia, a ten przed północą jest szczególne istotny.
Podniosłem wzrok na androida. Jego spokojna, beznamiętna twarz nagle się rozjaśniła w delikatnym, troskliwym uśmiechu. Nie byłem pewny, jak powinienem go rozumieć, więc grzecznie przytaknąłem.
— Rozgościsz się? Znaczy, nie wiem czego potrzebujesz, ale potrzebujesz czegoś?
— Nie, wszystko co jest mi potrzebne, mam spakowane do kartonów. Twoja obecność nie jest dla mnie niezbędna.
— Cóż… skoro tak. Dobranoc.
Poszedłem w stronę schodów, by móc się położyć. Wszedłem już na pierwszy stopień, gdy nagle odwróciłem się w stronę androida. Wyglądał na pewnego siebie, na pewno bardziej, niż ja, ale jednocześnie wydawał się taki nieporadny, w tym białym stroju żywcem wyjętym ze szpitala.
— Czy potrzebujesz jakiejś piżamy, czy czegokolwiek?
— Tak jak mówiłem, mam wszystko, czego potrzebuję. Nie musisz się przejmować.
Kiwnąłem głową. Czułem się dziwnie. W końcu to było trochę tak, jakby Cole był moim gościem. Ciężko mi było go tak nie traktować. Chyba jednak ja też musiałem się nauczyć paru rzeczy w tej relacji…
Wszedłem zmęczony po schodach, a potem do pierwszego pokoju po lewej na antresoli. Poczułem się niespodziewanie przyjemne w znajomym pomieszczeniu. Okna przy ścianie wychodziły na tonące w mroku miasto. Ściany były jasnoszare, poza jedną, z motywem czerwonej cegły. Przy niej stało duże, dwuosobowe łóżko. Po obu jego stronach stały szafki. Na jednej miałem notes i długopis, a z drugiej stertę książek, które czytałem przed snem. Stało tu też kilka regałów, pełnych lektur; wszystkich tych, które nie znalazły swojego miejsca ani na dole, ani na antresoli. Pozostałe drzwi prowadziły do sypialni i gabinetu.
Ściągnąłem koszulkę i spodnie. Nie miałem siły i ochoty nawet na branie prysznica, więc w samych bokserkach rzuciłem się na łóżko. Rozłożyłem się na jednej poduszce i przytuliłem do siebie drugą. Wpadające przez okno światło księżyca było uspokajające. Wpatrzony w niebo zastanawiałem się, czy dobrze zrobiłem.
Cole wydawał się interesującą osobą… androidem. Uczenie go wydawało się być całkiem emocjonującym zajęciem, ale trochę się tego obawiałem. Wyglądał jak człowiek i w większości zachowywał się jak człowiek, więc nie mogłem go tak nie traktować. Ale ten, jakby mi na złość, cały czas uświadamiał mi, że wcale tak nie jest. Nie byłem pewny, czy powinienem traktować go jak żywą istotę, robota czy może jak nieporadne dziecko. Miałem wrażenie, że jest połączeniem wszystkich trzech. Sam ciągle mi przypominał, że jest tylko maszyną, ale wszystko wskazywało na to, że ma w sobie jakąś duszę. A jednocześnie, dostrzegałem w nim coś z dziecka. Kompletnie zagubiony w rzeczywistym świecie, bez znajomości czegokolwiek Zachowywał się też dużo pewniej niż ja. Miałem się nim opiekować jak dzieckiem, ale finalnie, w tej relacji ja czułem się dużo bardziej nieporadny.
***
Budzik rozbrzmiał irytującą melodyjką, odbijającą się od ścian pokoju i wypełniającą ciszę nieznośnym dźwiękiem. Źle spałem, byłem więc obolały i zmęczony. Przysłoniłem głowę poduszką, by nie musieć wstawać i wyłączać alarmu. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, zadziałało. Zaskoczony odsunąłem od siebie poduszkę, ale w pokoju wciąż panowała cisza. Odwróciłem głowę.
— Co kurwa?!
Zerwałem się z łóżka, niemalże odskakując od niego. Straciłem podporę i poczułem, jak spadam, a w kolejnej chwili boleśnie zderzyłem się z ziemią. Chwyciłem książkę z nocnej półki i zamachnąłem się, by nią rzucić we włamywacza nad moim łóżkiem.
— Oh, przepraszam, czyżbym cię przestraszył? — zapytał Cole, przekrzywiając głowę. Nie wyglądał na zaskoczonego, może bardziej zaciekawionego.
Westchnąłem ciężko i odłożyłem książkę na miejsce. Przyłożyłem dłoń do piersi. Moje serce wydawało się walić jak młotem i dopiero teraz zaczynało się uspokajać. Przez chwilę byłem pewny, że zaraz umrę. Oparłem czoło na łóżku, by uspokoić rozszalałe nerwy.
— Cholera… prawie dostałem zawału… — Spojrzałem z wyrzutem na androida.
— Może powinieneś ograniczyć palenie? Lżejsza dieta, sport i zmniejszenie stresu też mogą pozytywnie wpływać na stan serca i zmniejszyć ryzyko zawału — wyjaśnił z uprzejmą obojętnością.
Zdecydowanie było u niego coś z dziecka. Przetarłem zmęczone oczy, by się rozbudzić i rozładować emocje.
— Ta, dzięki za radę… O co chodzi? — Podpierając się o szafkę, wstałem z ziemi. — Przyszedłeś w jakiejś konkretnej sprawie?
— Miałeś nastawiony budzik na dziewiątą rano. Uznałem, że masz coś ważnego do zrobienia, więc przygotowałem ci śniadanie i przyszedłem cię obudzić, żebyś na pewno wstał o czasie.
Podniosłem wzrok, zaskoczony i lekko oszołomiony.
— Co? Przygotowałeś mi śniadanie? Czemu?
— Androidy przede wszystkim mają być maszynami użytkowymi. Wyrobienie we mnie własnego gustu to bardziej eksperyment, niż rzeczywista potrzeba mojego modelu. Skoro spędzam czas w twoim domu, moim głównym zadaniem jako androida jest spełnianie twoich potrzeb.
— Oh… — To było jedyne, co byłem w stanie z siebie wydusić. Nie spodziewałem się, że Cole będzie w stanie sam się sobą zająć, gdy ja będę robił coś innego. A na pewno nie tego, że będzie chciał robić coś dla mnie. — Ale wiesz, że nie musisz robić… — Chciałem powiedzieć „za służącego”, ale uznałem, że to byłoby nieodpowiednie — takich rzeczy? No wiesz, jestem w stanie sam sobie zrobić śniadanie.
— Od tego tu jestem — wyjaśnił spokojnie. — Moje nauczanie przecież nie będzie zajmować całego dnia. A minimalizując czas, który będziesz spędzał na tak trywialnych rzeczach, jak przygotowanie jedzenia czy sprzątanie, zmaksymalizuję czas, który będziesz mógł przeznaczyć na nauczanie mnie.
— Dobra, dobra, łapię. — Wszystko, byleby tylko nie słuchać kolejnych wywodów Cole’a. Na swój sposób były one urocze, ale też trochę irytujące. — Dzięki.
Twarz androida rozświetliła się przez delikatny uśmiech i kiwnął głową. Z bólem przyznałem, że jego uśmiech był naprawdę ładny. Było w nim coś, czego nie potrafiłem nazwać. Każde słowo, które przychodziło mi na myśl, było albo zbyt wyraziste dla tak stonowanego wyrazu, albo zbyt płytkie.
Gdy zeszliśmy na dół, z zaskoczeniem stwierdziłem, że śniadanie, które przygotował Cole, wygląda i pachnie naprawdę ładnie. Na ciemnym stole leżało kilka tostów, ugotowane jajka, warzywa, ser, szynka, serek pleśniowy, parówki i parujący kubek kawy.
— Nie wiedziałem, że umiesz gotować — powiedziałem, siadając przy stole. Cole stał obok, z rękoma splecionymi za plecami. Wskazałem mu miejsce po drugiej stronie i, ku mojej uldze, zrozumiał przekaz i usiadł na krześle, przy którym nie postawił nawet talerza czy kubka kawy.
— Mam wgrane w pamięci cztery tysiące przepisów i w każdej chwili mogę połączyć się z Internetem, by ściągnąć inne. Jeżeli chciałbyś zjeść coś konkretnego, możesz powiedzieć.
— Ty nie jesz? — zapytałem, nakładając sobie parówki na talerz i polewając je keczupem.
— Jestem androidem. My nie jemy — powiedział z całkowitą obojętnością, chociaż tłumaczył mi to już po raz któryś z kolei, a ja ciągle zapominałem o tym drobnym szczególe.
— No tak… ale nie możecie, czy nie potrzebujecie?
— Nie potrzebujemy. Jesteśmy w stanie spożywać posiłki i napoje, ale zostało to zaprojektowane tylko w celu towarzyszenia ludziom podczas posiłku. Według badań i naszych naukowców, ludzie nie czują się zbyt komfortowo, gdy jedzą przy kimś, kto nie robi tego samego.
Podniosłem wzrok znad talerza. Siedzący po drugiej stronie Cole wpatrywał się we mnie ze spokojem, ewidentnie czekając, aż skończę jeść. Tak… aż za dobrze wiedziałem, co dokładnie ma teraz na myśli.
— Czyli nie chcesz nic zjeść albo się czegoś napić?
— Nie jest to dla mnie potrzebne. Chyba, że ty potrzebujesz, żebym coś zjadł, żebyś poczuł się mniej niekomfortowo. Nasza znajomość byłaby znacznie wygodniejsza, gdyby łatwiej ci było zaakceptować moją obecność obok ciebie.
— Jasne, że akceptuję twoją obecność — powiedziałem, wpatrując się w talerz. Nie patrzyłem na Cole’a, ale i tak czułem na sobie jego spojrzenie. — Tylko po prostu muszę się do tego przyzwyczaić.
— Byłoby ci łatwiej, gdybym zjadł z tobą śniadanie?
Chciałem zaprzeczyć. W końcu jeżeli tego nie potrzebował, jaki miało sens zmuszanie go do jedzenia? Podniosłem wzrok na wpatrujące się we mnie oczy, pełne wyczekiwania i spokoju. Westchnąłem.
— Tak. Chyba byłoby to dla mnie wygodniejsze. Chociażby, gdybyś się napił kawy czy herbaty… Znaczy, jak chcesz coś zjeść, to też możesz.
— Napiję się herbaty. Jeżeli masz przez to poczuć się lepiej, to dotrzymam ci towarzystwa. Wciąż powinien być wrzątek w czajniku.
Wstał i podszedł do kuchni. Nagle naszła mnie obawa, że posiłki będą jeszcze gorsze niż wspólnie spędzane dni. Gdy Cole dosiadł się ponownie, tym razem z kubkiem herbaty, już w mniej niekomfortowej atmosferze wróciłem do jedzenia.
— Nie czujecie smaku, prawda?
— Nie czujemy. Możliwe, że naukowcy zaczną badania nad tym, jeżeli uda mi się wyrobić w sobie własny gust. W końcu smak to taki sam zmysł jak wzrok czy węch. Nauczenie go u androidów nie byłoby trudne, ale póki nie posiadamy własnego zdania, nie ma sensu programować u nas smaku.
— Czyli nie ma nic, co mógłbyś określić, jako rzecz, którą lubisz? — Musiałem znaleźć jakiś punkt zaczepienia. Wtedy wiedziałbym, od czego moglibyśmy zacząć jego „naukę”.
— Nie. Pomoc ci jest moim kluczowym obowiązkiem, ale w moim oprogramowaniu są tylko czynności, które mam wykonywać i których wykonywać nie powinienem.
Pokiwałem głową, biorąc jeszcze łyka kawy. W końcu westchnąłem ciężko z bezradności.
— Przyznam szczerze, że nie jestem przekonany, czy podjąłem słuszną decyzję. Nic nie wiem o robotach czy androidach. Nie wiem, jak mam wyrobić w tobie gust, skoro nie rozumiem nawet, jak działasz. Przepraszam, może to wszystko było błędem.
— Leo. — Cole obszedł stół i usiadł tuż przy mnie. Położył dłoń na moim ramieniu i spojrzał na mnie. Twarz miał spokojną i opanowaną, a oczy wpatrzone we mnie, chociaż pozbawione emocji, w jakiś dziwny sposób wypełnione były determinacją. — Nie wiem tak naprawdę, kim jesteś i jakie masz kompetencje, by wykonywać powierzone ci zadanie. — Uniosłem brwi, zaskoczony tak nieudolną próbą pocieszenia mnie. — Ale skoro zostałeś zatrudniony do tej roli, to z tego powodu, że z całą pewnością się do tego nadajesz. Daj sobie trochę czasu na wymyślenie czegoś. Nie byłoby mnie tutaj, gdybyś miał sobie nie poradzić. — Po chwili zacisnął dłoń na moim ramieniu, by jakoś mnie pokrzepić. — Masz całe trzy miesiące, by naukowcy zobaczyli wyraźne efekty, daj sobie trochę czasu. Jeżeli ci się nie uda, zrezygnujesz, a ja trafię pod opiekę kogoś innego.
Spojrzałem na Cole’a i dalej nie mogłem uwierzyć, że jest on robotem. W tej chwili wydawał mi się nawet bardziej ludzki, niż wiele osób, które miałem okazję poznać. Chociaż byłem niemalże całkowicie pewny, że „pocieszanie” miał w jakiś sposób zaprogramowane, by być bardziej użyteczny.
Mimo starań androida, nie byłem przekonany do tego, co mówi. Praktycznie całe życie pisałem, nawet nie wiedziałem, czy znam się na czymkolwiek innym. Jednak ciężko było nie dostrzec logiki w tym rozumowaniu. Postanowiłem zaufać racjonalności oraz kalkulacji i kiwnąłem głową, uśmiechając się mimowolnie.
— Dzięki, Cole.
— Od tego tu jestem.
Skończyłem jeść i zabrałem się za sprzątanie ze stołu, oczywiście z udziałem Cole’a. Gdy ja nosiłem rzeczy do lodówki, a android zmywał naczynia, zacząłem się zastanawiać, jak go uczyć. Może powinienem właściwie zacząć od poznania się trochę na androidach? W sumie…
Spojrzałem na mężczyznę ubranego dalej w ten swój biały strój przypominający trochę pielęgniarza, który nie zdążył się przebrać po zmianie.
— Cole, mam pomysł, jak zacząć nasze zajęcia.
— To dobrze — powiedział bez jakiegokolwiek entuzjazmu, ale oderwał wzrok od zmywanych naczyń i uśmiechnął się w moją stronę z nieco sztucznym wyrazem twarzy. Może nie zaprogramowali mu prawdziwego? — Jaki to pomysł?
— Chciałbym cię lepiej poznać. — Moje słowa zabrzmiały trochę dziwnie, nawet dla mnie, ale android chyba tego nie zauważył, bo niezrażony wrócił do zmywania naczyń.
— Wydaje mi się, że proponowałeś już tę opcję. Pomijając moją specyfikację i komponenty, nie mogę ci opowiedzieć nic więcej.
— Teraz to będzie co innego. Nie znam się na androidach. Szczerze mówiąc to ani trochę. Zanim dotrę do tego, jak z tobą pracować, muszę trochę cię zrozumieć.
— Rozumiem. Chcesz najpierw dokonać dokładnej analizy, na podstawie której opracujesz typ działania? Jest to bardzo naukowe podejście.
Stwierdziłem, że uznam to za komplement. Chociaż prawdopodobnie nie mówił tego nawet z żadnym konkretnym nastawieniem. Raczej nie spodziewałbym się po androidzie złośliwości.
— Dzięki. Ale nie jestem naukowcem.
— Wiem. NeWord nie potrzebowałoby kolejnego laboranta, jeszcze spoza biura, żeby się mną zająć. Zresztą, twój dom nie wygląda na pracownię uczonego, przynajmniej z dziedziny informatyki. Książki w większości masz fabularne, bez żadnych rozpraw naukowych. Jednak jest tam trochę poradników i encyklopedii — od medycznych i psychologicznych, przez kryminalne, po fantastyczne, jak rzucanie uroków czy hodowanie smoków. Ciekawy rozstrzał zainteresowań, ale ciężko jednoznacznie stwierdzić, czym się zajmujesz. Analiza twojego gabinetu pozwoliłaby mi jednoznacznie określić twoją profesję, ale uznałem, że wejście tam byłoby naruszeniem twojej prywatności.
Odłożył ostatni z talerzy i wytarł ręce o ścierkę przy piekarniku. Westchnąłem. Chyba musiałem omówić z nim jeszcze kilka istotnych kwestii. Jak chociażby nieanalizowanie mnie, szczególnie na głos. Nawet jeżeli po cichu uznawałem to za odrobinę imponujące.
— Tak się składa, że jestem pisarzem. — Wyjaśniłem. Wskoczyłem na blat i założyłem nogę na nogę, przyglądając się androidowi.
— Pisarzem? — Na jego twarzy pojawiła się niemalże całkowita pustka, trwająca może ze dwie sekundy, a potem wyraźne zaciekawienie. — Faktycznie, to pasuje do pełnego profilu. Jakby się zastanowić… — Spojrzał przed siebie z beznamiętnym wyrazem twarzy, nim znowu skierował się do mnie. — Tak, to jest całkiem pasujące rozwiązanie. Pisarze specjalizują się w tworzeniu i opisywaniu rzeczywistości. Mają też wrażliwość typową dla artystów. Wszystko wskazuje na to, że dobrze się spiszesz jako mój nauczyciel.
Pewność jego słów była całkiem pokrzepiająca. Dawno nie spotkałem kogoś tak miłego. Chociaż nie, początki znajomości zawsze były najmilsze. Wszystko zmieniało się w momencie, gdy zaczynaliśmy się poznawać lepiej i obie strony mogły sobie pozwolić na chamstwo. Byłem bardzo ciekawy, czy tak rozwinie się moja relacja z Colem.
— Zgadzam się, że lepsze poznanie może wpłynąć pozytywnie na naszą relację i współpracę. Opowiesz mi coś o swojej twórczości, Leo? — zapytał niespodziewanie, patrząc na mnie z dołu. — Może pozwoli mi ona wyrobić sobie własny gust.
— Cóż, nie jestem pewny. — Przetarłem kark i odwróciłem głowę. Poczułem, jak lekko się rumienię. Nie, żebym wstydził się swojej twórczości, ale zwykle nie chwaliłem się tym nowo poznanym osobom. — Nie jestem pewny, czy by ci się spodobały.
— Leo, jeszcze nie mam wyrobionego stylu. Fizycznie niemożliwe jest, żeby mi się nie spodobała twoja twórczość. Czy jest coś nieodpowiedniego w twoich książkach, że się tego wstydzisz?
— Co? Wcale się tego nie wstydzę — prychnąłem. Policzki coraz bardziej mnie piekły, a spojrzenie ciemnych oczu, wbitych we mnie, wprawiało mnie w jeszcze większe zażenowanie.
— Twoje reakcje jednoznacznie pokazują, że jest inaczej. Unikasz mojego wzroku i się rumienisz. Czy to są właśnie reakcje, których nie powinienem opisywać? — Dodał po chwili, gdy nie zdecydowałem się odpowiedzieć. — Rozumiem. W momencie, w którym czujesz się niekomfortowo, wypominanie tego wprawia cię w jeszcze większą konsternację. Chciałbyś, żebym nie analizował twojego zachowania, gdy jesteś zażenowany?
Westchnąłem, zaciskając dłonie na blacie. Nie mogłem ukryć, że wciąż nie wiedziałem, jak dokładnie zachowywać się przy tak nietypowej istocie. Wyczekujące spojrzenie Cole’a świadczyło o tym, że nie odpuści, dopóki nie odpowiem.
— Tak. Nie mów ludziom, że są zażenowani, kiedy widzisz, że są zażenowani — wyjaśniłem, z trudem zachowując w miarę neutralny wyraz twarzy. Naprawdę nigdy się nie spodziewałem, że będę musiał tłumaczyć tak oczywiste rzeczy.
— Rozumiem. Czy powinienem ograniczyć również ogólne tłumaczenie ludziom ich reakcji?
— Jeżeli o to nie proszą, to to ogranicz do absolutnego minimum.
— Dobrze. Czyli w takim razie nie chcesz odpowiadać na pytanie dotyczące twoich książek?
— Uch… Daj mi po prostu trochę czasu.
— Oczywiście. Nie będę o to pytał w takim razie, póki sam mi nie powiesz.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Dawno nie słyszałem, żeby ktoś z takim spokojem przyjął do siebie informację, że o czymś się nie dowie. Większość osób, które znam, raczej by zaczęło nalegać na odpowiedź, dodatkowo podburzone ciekawością.
— Czyżbym powiedział coś zabawnego? — zapytał zaskoczony, przechylając głowę w niezrozumieniu.
— Nie, przepraszam. Rozbawiło mnie to, że wydałeś mi się bardziej ludzki niż wiele osób, które znam.
— Doceniam komplement, ale nie jestem człowiekiem. Ludzki wygląd i kilka cech wcale tego nie zmienią.
Cole był rozczulający. Miał co prawda rację, ale nie potrafiłem po prostu zacząć o nim myśleć, jak o maszynie. Zachowywał się jak ekscentryczny i zdziwaczały, ale jednak człowiek.
— Mniejsza z tym. Posłuchaj, Cole, masz jakieś inne ubrania, oprócz tego, które masz na sobie?
— Naturalnie, że tak.
— W podobnym stylu co to, co masz na sobie?
— Wszystkie mam dokładnie takie same. Nie potrzebuję innych rzeczy.
— W takim razie zaczniemy od pójścia do sklepu.
— Do sklepu? — Na twarzy Cole’a pojawiło się zdumienie. — Przecież powiedziałem, że mam ubrania.
— Ale są okropne. Wyglądasz jak pielęgniarz. Jeżeli masz być moim gościem, chciałbym, żebyś wyglądał jak… no cóż, człowiek.
— Leo…
— Wiem, wiem, nie jesteś człowiekiem. Ale wolę, żebyś tak się ubierał. Skoro twój projekt ma być tajny, będzie tak bezpieczniej. Daj mi chwilę, zbiorę się i pojedziemy.
Nie czekałem na jego odpowiedź. Pewnie i tak nawet nie próbowałby mi się sprzeciwić. Szczególnie, że nie zamierzałem dać za wygraną i pozwolić mu chodzić w ten sposób. Gdybym stwierdził, że chcę go gdzieś zabrać albo poznać z moimi przyjaciółmi, wyglądałby co najmniej dziwnie. Ja też nie chciałem patrzeć na niego w takich ciuchach. Pożyczyłbym mu moje rzeczy, ale był znacznie wyższy i lepiej umięśniony, niż ja.
Wziąłem jeansowe spodnie i luźny, szary T-shirt. Nie potrzebowałem żadnego eleganckiego stroju na dzisiaj, skoro tylko mieliśmy iść do sklepu. Zostawiłem ubrania na pralce w łazience i wszedłem pod prysznic. Gorąca woda zmywała nieco zmęczenie ostatnich dni. Zamknąłem oczy.
Cole wcale nie wydawał się taki zły. Nieporadny, może trochę zagubiony w kontaktach z ludźmi, ale miły. Nawet jeżeli nie zdawał sobie z tego sprawy. Nie wiedziałem, jak nauczyć go mieć własny gust, ale wprowadzenie go w świat, w którym miał umieć funkcjonować, wydawało się dobrym początkiem. Musiałem tylko rozważyć, czy dawać mu do przeczytania moje książki. Nie byłem pewny, czy powinienem. Czy jego twórcy chcieliby, żeby zaczął interesować się gejozą? Z jednej strony, wiedzieli przecież, co piszę. I raczej android nie zacznie czuć pociągu do mężczyzn. Może za to będzie bardziej tolerancyjny?
Wzdrygnąłem się, słysząc pukanie do drzwi. Zakręciłem wodę, by nie zagłuszała głosu Cole’a.
— Tak? O co chodzi?
— Czy mogę wejść? — Chwilę mi zajęło zrozumienia idiotyzmu tego pytania i, szczerze mówiąc, trochę mnie zatkało. Odezwałem się dopiero, gdy odzyskałem głos.
— Nie może to poczekać dwudziestu minut?
— Dzwoni Alex i mówi, że koniecznie musi z tobą porozmawiać. Mam mu powiedzieć, żeby zadzwonił za dwadzieścia minut?
Panicznie chwyciłem ręcznik i owinąłem nim szybko biodra, podchodząc do drzwi. Otworzyłem je gwałtownie i wyszarpnąłem z ręki androida telefon.
— Tak? — powiedziałem od razu, niemal czując, jak mocno bije mi serce.
— Cześć, Leo. — Głos Alexa był lekko zaskoczony, ale spokojny i ciepły. Znaczy, że nie napisałem nic głupiego w tekście, który mu wysłałem. — Słyszałem, że posłuchałeś mojej rady, cieszy mnie to.
— Co? Ah tak, widziałem się ostatnio ze znajomymi, ale skąd…
— Właściwie to myślałem o twoim dzisiejszym gościu…
— O Cole’u? Ale on…
Nagle poczułem, jak zalewa mnie rumieniec. No tak, zapomniałem, że Alex proponował mi pójście na randkę z facetem. Nie pomyślałem tylko, że może odebrać to w ten sposób.
— Nie, to nic w tym rodzaju…
— Daj spokój, nie musisz się przede mną tłumaczyć. Najważniejsze, że trochę się rozerwałeś.
— Nie, zupełnie źle to interpretujesz. Cole to… poczekaj chwilę. — Przysłoniłem telefon dłonią i spojrzałem na stojącego przede mną androida. — Mógłbyś, proszę, zejść na dół? Chciałbym dokończyć rozmowę na osobności.
— Oczywiście. — Kiwnął głową i opuścił sypialnię, w progu której wciąż stał. Usiadłem na łóżku, żeby spokojnie móc porozmawiać.
— Nie wiem, skąd te głupie domysły, ale naprawdę są niesłuszne.
— No cóż, wybacz. — Słyszałem w jego głosie, że nie do końca mi wierzy. Nawet przez telefon czułem, że palant się uśmiecha. — Po prostu gadaliśmy o tym ostatnio i niby mówiłeś, że nie jesteś gejem, ale pomyślałem, że może zdecydowałeś się spróbować. Dodatkowo, dzwonię do ciebie przed południem, odbiera jakiś dziwny gość, o którym nigdy nie słyszałem i mówi, że jesteś zajęty, bo bierzesz prysznic.
Przyłożyłem dłoń do twarzy i poczułem, jak bardzo jest gorąco. Cholera, nawet nie pomyślałem, jak bardzo dwuznacznie to wszystko wygląda. Ale skąd mogłem wiedzieć, że Alex trafi na tak niefortunny moment?
— Uch… to nie tak. Cole to… — Zawahałem się. Przecież nie mogłem powiedzieć, kim tak naprawdę jest. Cały ten jego projekt miał być tajemnicą. — Mój nowy współlokator — wypaliłem, nim zdałem sobie sprawę, jak bezsensownie to brzmi.
— Współlokator? Przecież ty nie masz nawet pokoju dla gości? — W jego głosie usłyszałem rozbawienie. Brakowało jeszcze tylko tego, żebym powiedział, że śpimy w jednym łóżku.
— Śpi na kanapie. — Wyjaśniłem, chociaż miałem wrażenie, że teraz zaczynam się tłumaczyć. — To trochę bardziej skomplikowane. To… mój daleki kuzyn. Przyjechał do miasta na jakiś czas i póki nie znajdzie sobie pracy, mieszka u mnie. — Przedłużająca się po drugiej stronie telefonu cisza była aż nazbyt wymowna.
— Jak na pisarza, naprawdę wymyślasz okropne kłamstwa.
— Wcale nie kłamię. — Podniosłem lekko głos. — Z Colem naprawdę nic mnie nie łączy. Nie jestem gejem.
— Skoro tak twierdzisz… W każdym razie, dzwonię w innej sprawie. Skończyłem czytać ostatnie rozdziały.
Serce najpierw mi stanęło, a potem zaczęło niesamowicie szybko bić. Wziąłem głębszy wdech, by się uspokoić przed wyrokiem.
— I jak? Trochę czasu jeszcze mamy, wciąż mogę to poprawić.
— Nie, wszystko jest w porządku. Edytorzy sobie z tym poradzą. Dzwonię w sumie po to, żeby powiedzieć, że tekst został przyjęty, wydawnictwo jest zadowolone. — Odetchnąłem z ulgą, mimowolnie pozwalając sobie na uśmiech samozadowolenia. — Hej, Leo, wyluzuj. Twoje teksty są dobre. Przestań panikować za każdym razem, gdy piszesz coś nowego.
— Chciałbym potrafić…
— Jesteś niemożliwy. W każdym razie, posłuchałeś mojej rady i zrobiłeś sobie wolne? Czy już masz pół książki gotowe?
— Nie, nic z tych rzeczy — zaśmiałem się krótko. — Chciałbym pisać z taką szybkością. Mam kilka pomysłów, za co mógłbym się teraz zabrać, ale… — Spojrzałem w stronę drzwi. — Będę wolniej pisał teraz. Mam pewien projekt do załatwienia, niezwiązany z pisaniem.
— Projekt Cole? — Zaśmiał się Alex po drugiej stronie telefonu.
— Nie, nic związanego z Colem. — Prychnąłem. — Po prostu jestem zajęty.
— Dobra, dobra. Cieszę się, że jakkolwiek sobie radzisz. Twój… ekhm… „kuzyn” może pomoże ci się trochę wyluzować. Daj znać, jak zaczniesz pisać coś nowego. Będę się kontaktować w sprawie losów twojej książki.
— Jasne, zdzwonimy się.
— Baw się dobrze z kuzynem. Na razie.
— Dzięki za telefon. Na razie.
— Cześć. — Rzucił jeszcze i rozłączył się.
Odłożyłem telefon na szafkę nocną i przechyliłem się na łóżko. Pościel szybko zrobiła się mokra od niewysuszonych włosów, poczułem to nawet na ramionach.
Odetchnąłem z ulgą. Udało się. Wydałem już sporo książek, ale wciąż nie przywykłem do oczekiwania na akceptacje moich prac. Zbyt często słyszałem, że moje pomysły są słabe, a styl pisania średni. Najczęściej słyszałem to od osób bliskich, ale tym bardziej sprawiało to, że traciłem pewność siebie.
Gdy emocje opadły, a ja już się uspokoiłem, wstałem z łózka i wyszedłem na antresolę.
— Cole! — Zawołałem. Android, ku mojemu zaskoczeniu, stał na dole, dokładnie naprzeciwko schodów, jakby na mnie czekał.
— Tak, Leo?
— Mogę cię prosić na górę?
Cofnąłem się od schodów i poprawiłem ręcznik. Głupie insynuacje Alexa mimowolnie wciąż krążyły mi po głowie i przez to poczułem się odrobinę skrępowany tą sytuacją, nawet jeśli nie miała ona żadnego seksualnego podtekstu.
— Tak, Leo?
— Odebrałeś mój telefon? — zapytałem z wyraźnym wyrzutem. Skrzyżowałem ostentacyjnie ręce na piersi. Co gorsza, Cole nawet nie wiedział, skąd u mnie irytacja. Tak przynajmniej stwierdziłem po wyrazie jego twarzy.
— Tak, odebrałem.
— Dlaczego?
— Dzwonił. Uznałem, że to coś ważnego. Sądząc po tym, jak szybko odebrałeś, miałem chyba rację.
— No tak, był ważny…
— Więc chyba dobrze, że odebrałeś od razu.
— Nie musiałeś od razu odbierać. Wystarczyło, żebyś przyniósł mi telefon. Najwyżej bym oddzwonił.
— W takim razie mam nie odbierać twoich telefonów?
— Nie, nie odbieraj moich telefonów! Nie odbieraj telefonów, nie czytaj wiadomości, nie odbieraj poczty. Chyba, że wprost ci powiem, że możesz, jasne?
— Rozumiem. — Przytaknął. Oczywiście bez wyrazu skruchy, wyrzutów sumienia, czy chociażby oburzenia na bladej twarzy. Brakowało chyba tylko, żeby rzucił „przyjąłem rozkaz”.
Westchnąłem. Jednak w jego zachowaniu brakowało trochę elementarnego, człowieczego zachowania.
— Mam nadzieję, że nie sprawiłem problemów moim zachowaniem.
— Nie, nic się nie stało. — Stwierdziłem, że Cole nie musi wiedzieć o insynuacjach, które podsunął mi Alex. — Musisz tylko nauczyć się niektórych rzeczy o prywatności innych osób. Nie naruszaj jej, dobrze?
— Dobrze — odpowiedział ze spokojem.
— Idę skończyć brać prysznic. A na przyszłość, jak ktoś będzie dzwonił, po prostu mi to przekaż.
Android ponownie przytaknął, kiedy zawróciłem do łazienki.
Rozdział 5
Pół godziny później przejeżdżaliśmy przez jasne, oświetlone południowym słońcem uliczki. Zamknięci w ciasnej przestrzeni samochodu i skazani na swoją wzajemną obecność, znowu całkowicie zamilkliśmy. Chciałem rzucić jakimś tematem, ale wszystkie, które przychodziły mi do głowy, były idiotyczne i pewnie skończyłyby się tak, że Cole znowu by mi przypomniał, że jest androidem. Wszystkie pytania zapoznawcze więc z góry odpadały, a pytanie go o specyfikację albo by mnie zanudziło na śmierć, albo uśpiło za kierownicą.
Cole siedział prosto, z dłońmi na kolanach, wzrokiem wbitym w przednią szybę i całkowicie obojętną twarzą. W takich chwilach było w nim widać robota. Wciąż nie mogłem zrozumieć, jak może wyglądać tak ludzko, będąc androidem. Próbowałem to sobie powtarzać w głowie, by nie popełniać głupich błędów, jak wcześniej, ale było to trudne, nawet jeżeli jego zachowanie odbiegało od normalnego.
Ulice były prawie puste, jak to zwykle w tygodniu o tej porze, chociaż z ładnej pogody korzystało kilka matek z wózkami, pary i starsi ludzie.
— Dostaniesz dzisiaj swoje pierwsze zadanie — powiedziałem, rozglądając się za miejscem do zaparkowania. Cole spojrzał na mnie pytająco. Zatrzymałem się, gdy samochód przede mną właśnie wyjeżdżał z parkingu. Zająłem jego miejsce i wysiadłem. — Wybierzesz sobie ubrania — wyjaśniłem, gdy Cole znalazł się przy mnie.
Pilotem zamknąłem samochód i ruszyłem ulicą. Czekał nas dłuższy spacer, ale dzień był jasny i ciepły, więc jakoś bardzo nie narzekałem. Zwłaszcza, że ostatnio nie znalazłem wystarczająco dobrego powodu, żeby wyjść z domu.
— Co jest nie tak z tymi, które już mam? — zapytał, równając ze mną kroku.
— Wyglądają, jakbyś urwał się z praktyk pielęgniarskich albo intensywnej terapii. Tylko w takich okolicznościach ludzie ubierają się cali na biało.
Kątem oka dostrzegłem, jak Cole rozgląda się uważnie po ulicy. Spojrzał na swoje rzeczy, a potem ponownie na mnie.
— To źle?
Westchnąłem ciężko.
— Tak, Cole, to źle. Masz wyglądać normalnie i nie rzucać się w oczy. Twój projekt to przecież tajemnica, prawda?
— Tak, jest to projekt objęty największą tajemnicą. Jednak nie sądzę, żeby ubrania, które noszę, miały wpływ na postrzeganie mnie przez ludzi.
— Oczywiście, że ma. Musisz wyglądać jak człowiek. Szczególnie, jeżeli będziesz miał okazję poznać innych. Musisz jak najmniej rzucać się w oczy. Zresztą, w tym wyglądasz okropnie.
— W takim razie jakie rzeczy mam nosić, żeby nie wyróżniać się z tłumu?
— Nie jednolitego koloru. Jakieś… normalne. Wybierzesz sobie coś ładnego.
— Leo, pamiętasz, że nie jestem w stanie ocenić, co jest ładne, prawda?
— Czasami trzeba wyjść ze swojej strefy komfortu — oznajmiłem z pewnością siebie, którą miałem nadzieję wszczepić w androidzie. — Po każdym wyborze, kolejny będzie coraz łatwiejszy.
— Leo, androidy nie mają czegoś takiego jak strefa komfortu. Wykonujemy po prostu zadania nam powierzone i do których zostaliśmy zaprogramowani. Nie działamy jak ludzie.
Zwalczyłem w sobie chęć okazania niezadowolenia. Spokojnie, Leo, spokojnie. W końcu nie wytrzymałem i spojrzałem na Cole’a z bólem.
— Czy chociaż raz nie możesz mi tego ułatwić? Proszę?
Uniósł brwi w zaskoczeniu, widząc zbolały wyraz mojej twarzy. Wyprostował się jeszcze bardziej.
— Wolałbyś, żebym okazał więcej entuzjazmu?
— Po prostu nie neguj czegokolwiek, co powiem. Pamiętam, że nie jesteś człowiekiem, dobra? Przestań mi o tym przypominać i… Po prostu nie utrudniaj tego jeszcze bardziej, tylko spróbuj ze mną współpracować, dobrze?
— Spróbuję. — Kiwnął głową, a ja poczułem wyraźną ulgę, że przynajmniej nie zamierza mi tego utrudniać. Wyraz zadowolenia musiał odbić się na mojej twarzy, bo patrzący na mnie Cole uśmiechnął się delikatnie.
Ulice były ciepłe, słońce grzało, otaczał nas gwar rozmów i szelest drzew. O dziwo nabrałem ochoty na spacer po parku. Może nawet jakiś piknik? Jako nastolatek często urządzałem pikniki z przyjaciółmi, ale gdy wszyscy dorośliśmy, straciliśmy czas na takie wygłupy, a niewinne spotkania w parku zmieniły się na dyskoteki i domówki.
Spojrzałem na Cole’a. Uważnie rozglądał się po ludziach i nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ich wszystkich analizuje. Nie mogło to być podyktowane zwykłą ciekawością, bo prawdopodobnie nie mógł odczuwać czegoś takiego. Ciekawe, czy wybrałby się ze mną do parku. Znaczy… na pewno by nie odmówił, ale nie byłem pewny, czy miałoby to jakikolwiek sens. Nie umiałem z nim rozmawiać, on nie jadł, właściwie go nie znałem… Odrzuciłem szybko ten pomysł.
— Odczuwasz radość, Cole? — zapytałem nagle. Skręciliśmy w ulicę między budynkami, odciętą od światła przyjemnym, chłodnym cieniem.
— Jestem… — Zawahał się. — Nie mogę odczuwać radości — wyjaśnił, uprzejmie nie przypominając o tym, że jest androidem.
— Więc czemu się uśmiechasz? To nie jest twoja naturalna reakcja, prawda?
— Nie. Dostosowuję mimikę twarzy do mojego rozmówcy, w tym wypadku w większości do ciebie. Przeszkadza ci to? Nie potrzebuję okazywać emocji, mogę wyłączyć tę funkcję.
— Nie, lubię ją. Wolę, gdy okazujesz tę bardziej ludzką stronę siebie. Na pewno jest to wygodniejsze. Nie wyłączaj tego nigdy.
— Zrozumiałem. — Kiwnął głową i ponownie się uśmiechnął.
Możliwe, że to była zła decyzja. Możliwe, że powinienem pamiętać, że Cole jest robotem, ale… jakoś nie chciałem. Wygodnie mi się żyło z myślą, że jest on po prostu ekscentryczny i zdziwaczały. Zresztą, jeżeli miał stać się bardziej ludzki, to chyba musiałem traktować go jak człowieka. Cóż, mi to na pewno pomoże.
Zatrzymałem się przy dużym wejściu do jednej z popularniejszych sieciówek z ubraniami. Często robiłem tam zakupy, bo mieli ładne, porządne rzeczy z sensownymi cenami. To, że neWord mi płaciło, jeszcze nie znaczyło, że miałem ochotę wydawać pół pensji na niepotrzebnie zbyt drogie ubrania.
Wnętrze było jasne. Duże okna z obu stron wpuszczały do środka światło o każdej porze dnia. Na ścianach biel przeplatała się z lśniącą czerwienią, a ilość ubrań i dodatków sprawiała, że całe wnętrze wydawało się dość kolorowe.
— Dobra, powiedz mi, jak często musisz zmieniać ubrania? Znaczy… — Spojrzałem na niego niepewnie. — Skoro się nie pocisz, zmieniasz rzeczy codziennie?
Mijająca nas kobieta, spojrzała w naszą stronę ze zdziwieniem, więc nie wnikałem w szczegóły chłodzenia się androidów.
— Nie jest to niezbędne. Wymieniam je w przypadku zabrudzenia. Jeżeli chodzi o system chłodzenia, to…
— Opowiesz mi o tym w domu — przerwałem mu, nim zaczął ponownie opowiadać o działaniu androidów. I tak bym z tego nic pewnie nie zrozumiał, ale przy okazji wolałem nie zwracać na siebie jeszcze większej uwagi. I tak wyglądałem, jakbym uprowadził go ze szpitala.
— W takim razie kupimy ci kilka T–shirtów, koszul i jakieś spodnie. Byle nie białe — oznajmiłem, prowadząc Cole’a w stronę działu dla mężczyzn. Ten szedł tuż za mną, uważnie rozglądając się po gościach i manekinach.
Stanąłem przed rzędem wieszaków z męskimi bluzkami. Cole stanął obok, wyprostowany i z rękoma splecionymi za plecami. Przejeżdżał wzrokiem po wieszakach od lewej do prawej, ale nawet nie odsunął ich, by spojrzeć na to, jak wyglądają od przodu. Gdy skończył, odwrócił głowę w moją stronę.
— Wybierz coś sobie — podpowiedziałem, opierając się o jedną z półek. Spodziewałem się, że to może nam chwilę zająć.
Cole sięgnął po pierwszą koszulkę z brzegu. Wyciągnął ją przed siebie i przyglądał jej się przez chwilę. Całkowicie czarna nie miała nawet żadnych ozdób, więc zaskoczyła mnie tak dokładna analiza.
— I co myślisz? — Zapytałem niepewnie, trochę się obawiając odpowiedzi.
— Dobry materiał, porządny, dobrze zszyty, szerokością i wysokością pasuje do parametrów mojego modelu.
No tak… chyba za szybko oczekiwałem rezultatów. Ale spokojnie, był to dopiero początek.
— Podoba ci się?
— Odpowiada moim potrzebom i według twoich wytycznych, nie jest biała. Chociaż wciąż uważam, że kupowanie mi ubrań jest zbędnym wydatkiem.
— Dobra, inne zadanie. Przejrzyj wszystkie bluzki tutaj i weź wszystkie te, które… jak to powiedziałeś? Odpowiadają twoim potrzebom.
— I nie są białe?
— Jeżeli jakaś ci się spodoba, może być nawet biała. Jedną koszulkę przeżyje. Potem z tych ubrań wybierzesz sobie kilka najlepszych.
— Wydaje się to przesadnie skomplikowanym zadaniem, ale spróbuję. Nie chciałbym utrudniać ci pracy.
Skupiony na przeglądaniu ubrań Cole nawet nie zauważył rozbawionego uśmiechu, na który pozwoliłem sobie za jego plecami. Całe szczęście, bo nie wiem, czy umiałbym mu wytłumaczyć powód mojego zadowolenia.
Android uważnie przyglądał się każdej bluzce i każdemu T–shirtowi. Nie patrzył ani na metki, ani nawet na rozmiarówkę na wieszaku. Najpierw chwytał za koniec rękawa dwoma palcami. Gdy materiał mu nie pasował, przechodził do kolejnego ubrania. Jeżeli tak, wyciągał go z wieszaka i przyglądał mu się uważnie. Jeśli wykrój i rozmiar pasował, brałem od niego wieszak. Jak nie, odkładał koszulkę. Kiedy skończył, trzymałem blisko dwadzieścia rzeczy, ledwo je utrzymując w obu dłoniach i zaczepiając na rękach.
— Wykonałem zadanie. Jakimi wytycznymi mam się kierować przy dalszym wyborze? — zapytał, odwracając się w moją stronę, gotów wykonać każde moje polecenie. Szkoda, że to wcale nie było takie łatwe.
— Wybierz maksymalnie pięć koszulek, które chciałbyś kupić.
— Czym mam się kierować?
— Sam nie wiem… przeczuciem? Spróbuj zdecydować, które rzeczy ci się podobają. Może kolorem, może wzorem albo jego brakiem. Więcej ci nie podpowiem. Spróbuj.
Wyciągnąłem ręce na boki, by Cole mógł przyjrzeć się zawieszonym koszulom. Przejechał po nich wzrokiem, uważnie analizując każdą z nich. W końcu wziął trzy z nich: całkowicie szary, luźny T–shirt, białą koszulę z długim rękawem i niebieską koszulkę polo, przypadkowo tę samą, która nałożona była na manekinie zaraz obok nas. Pozostałe dwie rzeczy też wydały mi się wyjątkowo znajome. Odłożyłem resztę rzeczy i przyjrzałem się tym wybranym przez androida. Znalazł sobie dość różne rzeczy. Ciężko mi było zrozumieć, skąd u niego takie decyzje. No, oprócz koszulki polo.
— Wydają się w porządku. Weź sobie jeszcze coś ciemnego i pójdziemy po spodnie.
Cole wrócił do przeglądania rzeczy. Podniósł wzrok i przetasował wzrokiem sklep, potem opuścił go na wieszak i wybrał tym razem czarną koszulę z krótkim rękawem. Pokazał mi ją i spojrzał na mnie pytająco.
— Może być — przytaknąłem. Wolałem już, by nosił czerń niż biel. Wyglądał bardziej poważnie. — Teraz spodnie.
Wzięliśmy wybrane rzeczy i poszliśmy do innego działu. Tam poszło sprawniej. Cole wybrał sobie dwie pary wygodnych, jeansownych spodni i ruszyliśmy do kasy. Ubrania były dość tanie, jak to w tym sklepie, a przynajmniej nie wyglądałem, jakbym łaził po mieście z pielęgniarzem na przerwie.
Gdy tylko zapłaciłem, wysłałem androida do przebieralni, by od razu założył nowe ubrania. Wybrał szarą koszulkę. Ciekawe, że chyba jedną z dwóch, których nie wzorował na żadnym manekinie, przynajmniej z tego, co sam zaobserwowałem. Wciąż jednak nie mogłem się pozbyć wrażenia, że skądś znałem ten styl. Zignorowałem to jednak i ponownie wyszliśmy na jasne ulice.
— Widzisz? Od razu wyglądasz lepiej — powiedziałem, przyglądając się Cole’owi w świetle słońca.
— Jeżeli twierdzisz, że dzięki temu bardziej dostosuję się do otoczenia, to dobrze.
— Mogę wiedzieć, czym się kierowałeś w wyborze tych rzeczy? Może dzięki temu łatwiej nam będzie później nad tym pracować.
— Ubraniami, które nosiły inne osoby i mogłem powiedzieć, że wydają się popularne.
Nie powinienem być zdziwiony, że i to jest z jego strony chłodną kalkulacją. Postanowiłem jednak myśleć pozytywnie i spróbować dostrzec w tym jakiś progres.
— Hmm, a co powiesz na to? — Ożywiłem się nagle. — Zaprezentuję ci różne rodzaje piękna i będziesz mógł sobie wybrać, które ci się podobają.
— Raczej jest to bezcelowe. Mam w pamięci wgrane wszystkie kanony piękna od czasów antycznych z całej Ameryki, Europy, Afryki i Azji. Potrafię zrozumieć japońskie piękno starych, używanych rzeczy i bogactwo stylu rokoko. Niestety w żaden sposób nie sprawia to, że mam wypracowany jakikolwiek gust. Można powiedzieć, że wszystko potrafię uznać za „ładne”. Nie zmienia to faktu, że to nie ułatwia mi dokonywania wyborów według moich własnych preferencji.
Z bólem serca spuściłem głowę i skrzyżowałem ręce na piersi. A już myślałem, że miałem jakiś plan…
— Nie sądziłem, że to będzie aż tak trudne. — Westchnąłem. Cole nie odpowiedział, idąc krok w krok obok mnie. — Dlaczego nie możesz mi po prostu powiedzieć, co takiego mam robić?
— Wyrób we mnie algorytm preferencji — odpowiedział obojętnie.
Zatrzymałem się gwałtownie. Cole zrobił jeszcze kilka kroków, nim zatrzymał się i odwrócił w moją stronę. Na jego twarzy malował się całkowity spokój i opanowanie. Wcale nie tak, ja właśnie podsunął mi rozwiązanie problemu, który męczył mnie od dwóch dni… chyba.
— Co? — Zmarszc kbyzyłem brwi, przyglądając się androidowi pytająco.
— Algorytm preferencji — powtórzył, chowając ręce za plecami. Wciąż nie miałem nawet pojęcia, co to znaczy. Z wyrazem całkowitego niezrozumienia, rozłożyłem bezradnie ręce i pokręciłem głową.
— Algorytm to ciąg czynności, niezbędny do wykonania konkretnego rodzaju zadań. Analogicznie algorytm preferencji to ciąg czynności niezbędnych do uzyskania konkretnych preferencji na konkretny temat.
Zmarszczyłem brwi, dokładnie słuchając każdego wypowiedzianego przez niego słowa. Powoli pokiwałem głową, próbując przełożyć to na moją sytuację.
— No dobrze… czyli co powinienem zrobić, by wyrobić w tobie ten algorytm?
— Według badań, preferencje nie są tak naprawdę spowodowane działaniem waszego mózgu, tylko przeżyciami z całego życia. Weźmy na przykład kolory. To, że nie lubisz białego koloru może być chociażby spowodowane tym, że ktoś, kogo nie lubiłeś w dzieciństwie, ubierał się na biało i podświadomie ten kolor kojarzy ci się właśnie z tą osobą.
— Więc twierdzisz, że tak naprawdę nasz gust bazuje na wspomnieniach? — Cole przytaknął krótko. — To dlaczego nie powiedziałeś mi tego od razu, do cholery? Czemu nikt mi nie podsunął tego pomysłu?
— Nie pytałeś. Dostałem polecenie, by pozwolić ci najpierw samemu pomyśleć nad rozwiązaniem, nim cię jakoś naprowadzę.
— Super… dzięki, to chyba sporo zmienia. — Nie byłem pewny, jak sobie z tym poradzić. Nie miałem pojęcia, jak się do tego zabrać, a rozwiązanie było… może nie jakkolwiek oczywiste, ale jakieś było.
Ruszyłem dalej. Cole w ciszy podążył za mną.
— Dlaczego ci nie wgrają po prostu wspomnień? Tak samo, jak wgrali ci całą tę wiedzę, którą masz?
— Jest to trochę bardziej skomplikowane. Te wszystkie wspomnienia znajdują się w podświadomości i są nacechowane emocjonalnie. Androidy nie czują emocji i nie mają podświadomości, do której można by zaczepić jakiekolwiek uczucia. Dlatego zaproponowano kogoś, kto mógłby spróbować je powiązać w sposób bardziej poetycki lub liryczny. Czasami sztuka potrafi zdziałać więcej, niż jakakolwiek matematyka. Nawet gdyby wgranie pamięci kogoś innego było możliwe, to nie będą to gusta czy emocje stworzone przez mój procesor. Równie dobrze mogliby mi powiedzieć, co mam lubić, a ja bym się do tego dostosował.
— Czy w takim razie to w ogóle możliwe? W sensie, wyrobienie w tobie gustu? Skoro, jak powiedziałeś, nie masz uczuć ani nic takiego?
— Dlatego to tylko eksperyment. Jeżeli to nie zadziała, pewnie będą pracować raczej nad naszą podświadomością.
— I co, myślisz, że będą mogli ci wgrać coś takiego?
— Jeżeli nie mi, to numerowi 0044.
— To co wtedy będzie z tobą? — zapytałem nagle, skonsternowany. Był eksperymentem, jak czterdzieści dwa inne androidy, ale co się w takim razie z nimi stało? — Wtedy moja pamięć zostanie zgrana na dysk przenośny i całkowicie wyczyszczona. Możliwe, że moje fizyczne ciało zostanie też udoskonalone. A z czystym dyskiem wspomnień rozpoczną eksperyment z modelem 0044.
— Co? Przecież… to jak morderstwo. — Miałem wrażenie, że żartuje. Gdyby tylko był do tego zdolny. Na jego twarzy wyczekiwałem rozbawionego uśmiechu, czy chociażby jakiegokolwiek oznak niepokoju. Chciałem wierzyć, że nie przyjmuje tego z taką obojętnością, jak było naprawdę, ale na jasnej twarzy nie dostrzegłem nawet cienia zdenerwowania. Odwrócił głowę w moją stronę i przyjrzał mi się ze spokojem.
— Mylisz się, Leo. Androidy nie umierają, bo tak naprawdę nie żyją. Wyłączenie nas jest jak pozbycie się starego telefonu czy laptopa.
— Jak możesz tak mówić? Przecież… — Musiałem zniżyć głos, żeby nie dać się porwać emocjom. — Mówisz, myślisz, wyglądasz jak człowiek… Nie możesz po prostu zachowywać się, jakby cię nic nie obchodziło.
— Miałem ci nie przypominać więcej, ale jestem androidem, nie człowiekiem. Nie możesz mnie oceniać takimi standardami, jak oceniasz innych ludzi, bo do nich nie należę.
Mówił to z takim spokojem i obojętnością, że aż poczułem gniew. Jak… jak mógł mówić takie rzeczy takim tonem?
Zacisnąłem dłonie w pięści, by jakoś zwalczyć irytację i przyspieszyłem kroku, chcąc chociaż przez chwilę nie patrzeć na ten spokojny, obojętny wyraz twarzy, bez żadnych uczuć, nawet gdy mówił o tym, że miałby umrzeć.
Za sobą wciąż słyszałem aż nazbyt wyraźne kroki, idealnie zgrane z tymi moimi. Ulice były prawie puste, ale nieliczni ludzie, którzy nas mijali, wydawali się zerkać w naszą stronę z zaskoczeniem. Prawdopodobnie było widać, że kipiąc ze wściekłości, próbuję oddalić się od Cole’a. Jakby ktokolwiek widział, że jesteśmy razem.
Szedłem jeszcze parę minut, nim wsiadłem za kierownicę samochodu. Najchętniej po prostu bym odjechał, ale byłem świadomy tego, że bez względu na to, jak miałem dość tego androida, nie mogłem go tutaj porzucić. Nie trwało to długo, gdy Cole usiadł znowu na miejscu pasażera. Zapiął pasy i odwrócił głowę w moją stronę, przypatrując mi się uważnie.
— Czyżbym powiedział coś nietaktownego? — zapytał w końcu, gdy minęło parę chwil, a ja wściekły nie mogłem się nawet zmusić do tego, by wyjechać na ulicę. Zbyt się obawiałem, że w przypływie wściekłości wjadę w czyjś samochód.
— Nie odzywaj się do mnie, dopóki nie wejdziemy do domu — Nie miałem siły tłumaczyć mu, że mam dość słuchania tego, że jest androidem i jak bardzo się mylę, traktując go jak człowieka. A on, posłusznie jak jakiś piesek, nie powiedział ani słowa. Patrzył na mnie spokojnie, praktycznie bez emocji, chociaż gdybym się uparł, mógłbym powiedzieć, że w jego oczach widzę lekkie zdziwienie.
***///
Z ulgą znowu znalazłem się w domu. Zmusiłem się, by poczekać, aż Cole wejdzie do środka i wyładowałem frustrację na drzwiach frontowych. Te huknęły, aż echo rozniosło się po całym pomieszczeniu.
— Chciałbym wiedzieć, co w moim zachowaniu sprawiło, że poczułeś się zdenerwowany — powiedział Cole, gdy tylko zamknęły się za nim drzwi.
— Właśnie dokładnie to. Jesteś… jesteś…
— Androidem — dokończył uprzejmie.
— No właśnie to mam na myśli! Wyglądasz jak człowiek, zachowujesz się jak człowiek, mówisz jak człowiek i myślisz jak człowiek! Mam serdecznie dość tego, że za wszelką cenę próbujesz mi udowodnić, że nim nie jesteś.
— Bo ja…
— Nie jesteś człowiekiem, wiem! Przestań mi o tym mówić za każdym razem!
— Jesteś zły, bo przypominam ci, kim naprawdę jestem?
— Nie! Znaczy… znaczy nie. — Przecież kompletnie nie o to mi chodziło.
— W takim razie nie rozumiem.
— Chodzi o to, że… — Westchnąłem i pomasowałem skronie, by uspokoić się chociaż trochę i zebrać myśli do kupy.
— Wkurzyłeś się, gdy powiedziałem, że nie boję się zostać zdezaktywowany. Jesteś zły, że nie boję się dezaktywacji?
— Nie… tak… nie wiem, chyba. — Usiadłem na kanapie i oparłem twarz na dłoni, dając sobie jeszcze chwilę. — To chore, że mówisz o tym, że możesz umrzeć, jakby nic specjalnego się nie działo. I wkurzam się, że ciągle mi uświadamiasz, że wcale nie jesteś człowiekiem. Jak mam ci wyrobić jakikolwiek gust i ludzkie odruchy, skoro odsuwasz się od tego jak tylko możesz?
Poczułem ruch obok mnie i ciało przylegające do mojego. Spojrzałem zmęczonym, zirytowanym wzrokiem na Cole’a. Przyglądał mi się uważnie ze spokojnym, niemal beznamiętnym wyrazem twarzy.
— Przepraszam, powinienem uwzględnić twoje odczucia przy naszej współpracy. Wiem, że sytuacja jest dla ciebie nowa i przytłaczająca, a nauczanie mnie to dla ciebie spore wyzwanie. Powinienem wziąć to pod uwagę i jak najbardziej dostosować się do twoich potrzeb. Przykro mi, ale zapewniam, że więcej się to nie powtórzy.
— Heh… Sztuczne przeprosiny także ci wgrali? Ci z neWord są nieźli… nie masz w sobie nic ludzkiego? — Spojrzałem na niego wyrzutem. Na spokojnej, opanowanej twarzy nie dostrzegłem nawet śladu poczucia winy, czy jakichkolwiek uczuć.
— Chciałbyś, żebym odpowiedział twierdząco na to pytanie?
Zawahałem się. Czy chciałem, żeby chociaż udawał człowieka? Nawet jeżeli to nie był on? Oczywiście, że tak, do cholery! Nie chciałem spędzić tych kilku miesięcy z czymś, co jest tylko maszyną.
— Tak — odpowiedziałem w końcu, wciąż nie spuszczając z tonu.
— Mam w sobie ludzkie cechy — wyjaśnił, wciąż z całkowitym spokojem. — Ale nie mam emocji. Nie zostałem stworzony do odczuwania czegokolwiek. To tylko wszystko by skomplikowało. My musimy wykonywać nasze zadania, a nie kierować się emocjami. Wyglądam jak człowiek, moja mimika jest dostosowana do ludzkiej, ton głosu i każdy gest też jest stworzony, by jak najbardziej się o was dostosować.
— Ale nie masz w sobie żadnych ludzkich uczuć? — dopytałem, chociaż zdawałem sobie sprawę, jaka będzie odpowiedź.
— Przykro mi, Leo, ale nie.
— Wcale nie jest ci przykro — powiedziałem zimno.
Nie wiedziałem, czemu byłem na niego zły. To nie była jego wina. Przecież nie miał wpływu na to, że nic nie czuje. Nie on się programował. Ale nie potrafiłem zaakceptować tego, jaki jest. Chciałem widzieć w nim coś więcej niż robota. Coś więcej, niż wszyscy inni.
— Nie jest — przytaknął. — Leo, rozumiem, że dla ciebie to zupełnie nowa sytuacja i trochę sobie z tym nie radzisz, ale jestem przekonany, że to kwestia przyzwyczajenia. Jeżeli ci to przeszkadza, może spróbujesz nauczyć mnie emocji?
— Co?
— Same emocje są dla mnie niemożliwe do odczuwania, ale możesz mnie nauczyć, jak bardziej wiarygodnie je odczuwać, dla twojej wygody i naszej lepszej współpracy.
— To możliwe?
Cole zastanowił się. Patrzył przez chwilę przed siebie, jakby się buforował, nim jego spojrzenie znowu padło na mnie.
— Prawdopodobnie tak samo jak wyrobienie we mnie gustu. Przykro mi. Znaczy… Przeszkadza mi to, że moje zachowanie sprawia, że czujesz się zły. Nie jest moim celem sprawić, żeby nasze relacje były nieprzyjemne. Szczególnie, że mamy spędzać razem czas przez kilka najbliższych miesięcy. Może poczułbyś się lepiej, gdybyśmy zaczęli od nowa?
Cholera. Nie dość, że byłem zły, to jeszcze nagle się okazało, że pieprzony android jest bardziej dojrzały niż ja. Chyba naprawdę musiałem do niego się po prostu przyzwyczaić. I przestać się wkurzać za każdym razem, gdy po prostu będzie sobą.
— Masz rację. — Przyznałem z bólem. Gdyby nie to, że Cole miał tak spokojną i obojętną postawę, gdyby okazał chociaż odrobinę drwiny czy niezadowolenia, dłużej pewnie bym się zbierał do pogodzenia się z nim. — Po prostu nie potrafię do końca zaakceptować tego, że wyglądasz jak człowiek, a nim nie jesteś. Spróbuję być bardziej tolerancyjny. I przepraszam za to, że byłem taki wkurzony. Przecież to nie twoja wina, że nie masz emocji.
— Twoje skołowanie jest zrozumiałe. Nie jestem urażony, nie musisz mnie przepraszać.
Uśmiechnąłem się niepewnie. To nie będą łatwe miesiące, ale liczyłem na to, że może jak poznamy się bliżej, będzie nam coraz łatwiej. Cole odpowiedział mi podobnym uśmiechem. Świadomość tego, że robi to tylko dlatego, że ja się uśmiecham, była… rozbrajająca.
— To co, trzeba ci stworzyć miłe wspomnienia związane z różnymi rzeczami? — Przytaknął. — W takim razie, Cole, może to wcale nie będzie aż tak trudne, jak nam się wydaje?
***
— Przykro mi, że nic z tego nie wyszło — powiedział Cole, obserwując mnie z góry.
Leżałem rozłożony na kanapie, z twarzą przyciśniętą do poduszek, skrajnie wykończony i tylko walczyłem sam ze sobą, by nie zamknąć oczu i natychmiast nie zasnąć.
— Nie twoja wina… — Byłem zbyt wyczerpany, żeby się na niego wkurzyć.
Android zaczął zbierać z ziemi albumy ze zdjęciami, atlasy roślin czy zwierząt i wszystkie książki z ilustracjami bohaterów, które tylko znalazłem w domu. Próbowałem przekonać go, by wybrał jakikolwiek z obrazków: między dwoma kwiatami czy zwierzętami, albo wyraził jakąkolwiek opinię o zdjęciach czy rysunkach, ale ten wciąż unikał odpowiedzi, a raczej odpowiadał na ten swój specyficzny sposób, opisując wszystko w całkowicie obiektywny sposób. Nie wyraził nawet jednej, subiektywnej opinii przez cały dzień.
— Może mniej powinieneś się skupić na tym, żeby przekonać mnie do subiektywizmu, a bardziej na budowaniu u mnie wspomnień?
— Spróbujemy jutro. Dzisiaj mam już dość.
— Mieliśmy bardzo intensywny dzień, pewnie jesteś głodny. Przygotuję obiad. Masz ochotę na coś konkretnego?
— Nie musisz mi gotować, wiesz? Mogę sobie coś zamówić albo…
— Jeżeli czujesz się niekomfortowo z tym, że pomagam ci w domu, możesz to uznać nie za mój obowiązek, a za formę podziękowania za gościnę i lekcje.
Odsłoniłem oczy i spojrzałem w stronę Cole’a, który lustrował mnie wzrokiem i wyczekiwał mojej odpowiedzi na propozycję.
— Szybko się uczysz — powiedziałem z zadowoleniem, na który odpowiedział mi tym swoim delikatnym uśmiechem. — Zaczynasz rozumieć ludzi.
— Staram się. Na pewno to ułatwi naszą wspólną relację. Kurczak z serem? Rano przejrzałem lodówkę, mięso niedługo się przeterminuje, warto byłoby z niego coś przyrządzić. Porcja powinna starczyć na dwa dni, więc wystarczy, że jutro odgrzeję obiad. Nie będziesz się czuł niekomfortowo, że dwa dni pod rząd ci gotuję.
Zaniósł książki do biblioteczki i zaczął układać je na półce.
— Leo, może warto byłoby rozpakować w końcu te pudła? — zapytał, zerkając na walające się wszędzie rzeczy. — Wspominałeś, że nie miałeś czasu, bo pracowałeś nad swoją książką, prawda?
— Cóż… tak. — Podniosłem się na łokciach i spojrzałem w stronę androida. — Właśnie ją skończyłem, więc zamierzałem się za to zabrać… jakoś niedługo.
— Może jutro nad tym popracujemy? Masz jakieś plany na ten czas?
Poczułem lekkie rozbawienie. Szybko jednak przypomniałem sobie, że Cole po prostu nie wie, jak wygląda tak naprawdę praca pisarza.
— Nie, właściwie rzadko kiedy mam plany. Tak to wygląda, jak utrzymujesz się z pisania. Wstajesz każdego dnia i piszesz. Czasami pięć godzin, czasami dwanaście. Ludzie wychodzą z pracy o szesnastej, a zdarza się, że ja nawet o trzeciej czy czwartej rano dalej pracuję. W święta i weekendy też. Nie wiem, jak inni pisarze, ale w sumie… Ja rzadko kiedy mam wolne. — Wzruszyłem ramionami z nutą samozadowolenia. Nie myślałem wcześniej o tym w tych kategoriach, ale gdy to zrobiłem, poczułem nawet dumę. Jakbym faktycznie wykonywał dobra robotę. Zaraz jednak zadowolenie zniknęło i poczułem to koszmarne uczucie, które miałem, gdy wszyscy mi mówili, że pisanie to nie jest praca. — Ale jakie to ma znaczenie tak naprawdę? Przecież skoro nie mam umowy o pracę, ani wyuczonego zawodu, skoro nie siedzę w biurze od poniedziałku do piątku, to tak naprawdę nic nie robię…
Nie wiem, czemu mu to mówiłem. Przecież Cole’a pewnie w ogóle to nie obchodziło. Jednak zmęczenie wzięło górę.
Spojrzałem na androida w jego uważne, bystre oczy, które wbijał we mnie i odniosłem dziwne wrażenie, że on naprawdę chce mnie słuchać. A przynajmniej na jego własny, robotyczny sposób tego chce. Zaskoczyło mnie to, jaką satysfakcje sprawiło mi powiedzenie tego na głos, nawet przed „tylko maszyną”.
— Dlaczego tak mówisz? — zapytał, zbierając kolejne albumy z ziemi, by odłożyć je na półkę.
— To był sarkazm. Chodzi o to, że ludzie tak postrzegają pisarzy. Wiesz, siedzą w domu, nic nie robią, tylko piszą. To nie jest prawdziwa praca.
— Poczekaj, analizuję… — Zamilkł na moment, wpatrzony w półkę nad sobą. Trwało to chwilę, podczas której ja nieoczekiwanie obserwowałem go, nie mogąc przestać. Odwrócił się ponownie w moją stronę, więc stonowałem zafascynowany wyraz twarzy. — Według badań społecznościowych, pisarze są bardzo docenianą grupą. Ludzie żywią do nich szacunek i uważani są za swojego rodzaju celebrytów. Skąd pomysł, że nie są doceniani?
— Wiesz… — Usiadłem na kanapie i położyłem łokieć na jej oparciu. Stąd miałem widok na Cole’a, który wciąż układał książki. Poczułem się źle, że teraz to on pracuje, ale póki co nie miałem siły, żeby mu pomóc. — Zostaw na razie tę półkę i usiądź.
Odłożył trzymane książki, a ja wziąłem nogi z końca kanapy, by pozwolić mu usiąść obok mnie, w formalnym siadzie, wyprostowanym i z rękoma na kolanach. W identyczny sposób, jak siedział w samochodzie.
— Właściwie nie chodzi o to, że społeczeństwo uważa, że nic nie robię i w ogóle. Bardziej chodzi o to… jak na to patrzą ludzie, których znam osobiście.
— A jak na to patrzą?
— No cóż… uważają, że powinienem znaleźć „prawdziwą” pracę. Że jeżeli nie pracuję tak jak oni, to właściwie w ogóle nie pracuję. Trochę… trochę drwią z mojego zawodu i książek, które piszę. Ciągle słyszę, że tak naprawdę moje pisanie to nie jest prawdziwy zawód. I że moje książki nie są oryginalne i czegokolwiek bym im nie opowiedział, to i tak mówią, że to będzie słabe i najlepiej by było, żebym napisał coś innego. Moje książki nie są wybitne, ale ludzie je lubią. Ale gdy wysyłam cokolwiek moim znajomym, to słyszę, że jest to nudne, nieciekawe, moje postacie są irytujące, a fabuła do kitu. Wypominają mi najmniejsze rzeczy, nawet jeżeli te nie mają sensu. — Nakręcałem się coraz bardziej i bardziej, przypominając sobie wszystkie niemiłe teksty, które słyszałem całe życie. Korzystając z tego, że czułem, że ktoś mnie słucha, ale naprawdę słucha, nie mogłem już tego opanować. — Jak nie wydawałem książek, to było jeszcze gorzej. Wtedy w ogóle nie byłem żadnym autorytetem i jak zwracałem uwagę na błędy w ich tekstach, to próbowali mnie przekonać, że nagła zmiana czasu w narracji z przeszłego na teraźniejszy, albo z trzeciej osoby do pierwszej, jest zupełnie normalne, a ja się nie znam. A gdy ja im coś wysyłałem, to czepiali się każdej, najmniejszej nawet rzeczy. Jakby próbowali się zemścić na mnie za to, że krytykowałem ich tekst. Ale jest różnica, czy mówię, że zmieniają czas narracji i nie jest to w żaden sposób uzasadnione, czy oni mówią, że nie mogę używać przenośni w prozie, bo przenośnie zarezerwowane tylko dla liryki. Rodzinka też nigdy nie traktowała mojego pisania na poważnie. Znaczy… trzymali za mnie kciuki, tego nie mogłem im odmówić, ale… no wiesz, nie traktowali mojego pisania poważnie. Jeżeli całe dnie siedziałem i pisałem, to słyszałem od nich, że nic nie robię i mógłbym w tym czasie posprzątać, albo zrobić obiad. Za to kiedy im się zdarzało pracować w domu, to była już normalna praca. A teraz, gdy na tym zarabiam, powinienem czuć, że jestem lepszy niż kiedyś, że umiem pisać, bez względu na to, co mówią. Tylko… chyba nie potrafię. Wystarczy, że ktoś, kogo znam i komu ufam, powie mi, że robię coś źle i nawet zrzucając to gdzieś na dno podświadomości, nie mogę przestać o tym myśleć. A dodatkowo, ciągle od nich słyszę, że pisanie to nie jest praca. Wydaje mi się, że im się wydaje, że nic nie robię. Bo „tylko” piszę. Myślą, że nic nie osiągnąłem, że siedzę w jakiejś małej klitce i ledwo mnie stać na czynsz. A ja nawet im jeszcze nie powiedziałem, gdzie mieszkam. Chcę tego. Chcę im pokazać, że sobie radzę i w ogóle, że wcale nie jestem tak beznadziejny w pisaniu, jak im się wydaje. Ale odwlekam to w czasie, aż wszystko będzie idealnie, jak rozpakuję te pudła i wszystko będzie dobrze. Bo… bo chyba się boję, że czegokolwiek bym nie zrobił, oni i tak stwierdzą, że coś jest nie tak i udowodnią mi, ze mój dom jest do bani, bo moje bycie pisarzem jest do bani. I boli mnie to, że nawet nie mogę wytrzymać jednego spotkania, żeby nie słuchać o moich książkach i o tym, że są słabe, a moja praca jest do bani.
Wziąłem głęboki wdech, potrzebując chwili wytchnienia po tym monologu. Zaciskałem dłonie na kanapach i wbijałem wzrok w ziemię. Gdy skończyłem mówić, poczułem się dziwnie. Nigdy nie powiedziałem tych rzeczy na głos. Wstrzymywałem w sobie wściekłość za każdym razem, gdy mówili mi te wszystkie okropne rzeczy, bo nie chciałem pozwolić im myśleć, że robi to na mnie wrażenie. A teraz, gdy to powiedziałem, cała irytacja, którą czułem przez tyle czasu, wydawała się wybuchnąć. Wpatrzony w wykładzinę czułem, jak cały drżę
Niespodziewanie poczułem, jak obejmują mnie chłodne ramiona. Otworzyłem zszokowany oczy, gdy Cole wtulił mnie w siebie. Wpatrywałem się osłupiały w jego szyję przy mojej twarzy i nagle zapomniałem, że byłem wściekły. Irytacja całkowicie zniknęła i jedyne, co zostało, to całkowity szok. Milczałem dłuższą chwilę, nie wiedząc, co dokładnie powinienem powiedzieć.
— Umm… Co ty robisz? — zapytałem w końcu.
— Pojawiło się w tobie wiele negatywnych emocji. Według mojej wiedzy, na negatywne emocje najlepsze jest wyładowanie się i przyjacielski uścisk. Wydajesz się uspokojony, więc terapia pomogła.
Milczałem, nie ruszając się z pozycji, coraz dziwniej czując się w przedłużającej ciszy. Nagle uśmiechnąłem się i nim zdałem sobie z tego sprawę, zacząłem śmiać. Naprawdę, nie znałem drugiej osoby, która mogłaby być tak empatyczna, jednocześnie odzywając się w tak robotyczny sposób.
— Chcesz, żebym cię puścił? — Usłyszałem nad sobą ciepły głos, chociaż wypowiedziany z tym dziwnym, mechanicznym akcentem. Czułem się trochę dziwnie w tej sytuacji, ale dotarło do mnie, że jest zbyt przyjemna, a z każdą chwilą coraz bardziej uchodzi ze mnie złość.
— Jeszcze nie — powiedziałem, opierając czoło na jego piersi. Zabawne, ale jego ramiona, chociaż wykonane ze stali, były wyjątkowo ciepłe. Prawie tak, jakby Cole nie był robotem. Tylko twardość jego uścisku uświadamiała mi, że pod skórą nie ma mięśni, tylko metal.
Wziąłem głębszy wdech i zamknąłem oczy, na chwilę odcinając się od życia.
— Nie znam się na ludzkich emocjach i relacjach, ale wydaje mi się, że twoi znajomi w ogóle nie zachowują się jak przyjaciele.
— To nie tak, że oni są źli. Po prostu… trochę złośliwi. Raczej żartują i, nie wiem, może chcą mnie trochę wkurzać. Ale nie są źli.
— Na ludziach prawdopodobnie znasz się lepiej. Chociaż według mojej wiedzy, raczej nie powinno się tak tratować osoby, którą nazywa się przyjacielem.
— To bardziej skomplikowane niż może ci się wydawać. Nie zrozumiesz.
Sytuacja robiła się trochę niekomfortowa, więc dyskretnie się odsunąłem. Cole na szczęście zrozumiał ten gest, bo od razu mnie puścił.
— Istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie zrozumiem. Czy czujesz się lepiej?
— Tak, o dziwo tak. Dzięki.
— To dobrze. Zrobię obiad — oznajmił obojętnym tonem i poszedł do kuchni.
Powiodłem za nim zaskoczonym spojrzeniem i prychnąłem z rozbawieniem. No tak, nawet z niektórymi zachowaniami wciąż zapominałem, kim jest.
— Leo, może wciąż nie mam swojego gustu i zdania, ale mam sporą wiedzę odnośnie literatury. Mógłbym w miarę obiektywnie ocenić twoje teksty.
— Może kiedyś. — Jeżeli miałem go uczyć, wolałem nie zaczynać od pokazania mu książek BL. Dyrektor Flores mógłby nie być zachwycony z tego powodu. — Dam ci do poczytania inne tytuły. Jakieś… bardziej odpowiednie.
— Twoje książki nie są odpowiednie? — zapytał, krzątając się po pomieszczeniu.
— Można tak powiedzieć. Dam ci je kiedyś do przeczytania. A może sam nawet coś napiszesz?
— Nie sądzę, żebym się do tego nadawał. Nie jestem zaprogramowany do pisania. Mój zasób słownictwa jest wystarczający, ale nie mam odpowiedniej kreatywności i pomysłowości, żeby zostać pisarzem.
— Uznam to za komplement. — Wstałem z kanapy i podszedłem do kuchni, opierając się plecami o blat. — To może malowanie? Jest to kreatywne zajęcie, a tworząc abstrakcję, nie trzeba mieć za bardzo zdolności. Co myślisz?
Cole przerwał krojenie piersi kurczaka i uniósł głowę. Wpatrywał się kilka sekund w ścianę, dając sobie czas na myślenie, nim odwrócił głowę w moją stronę.
— Nie jestem całkowicie przekonany, co do tego pomysłu, ale mogę spróbować.
— Zawsze to jakiś krok naprzód. Malując, odwzorowujesz zdarzenia, wykorzystujesz kolory… To rozwija kreatywność i jest prostsze niż pisanie.
— W takim razie spróbujmy jutro. Wyglądasz na dość zmęczonego, na resztę dnia powinieneś wziąć sobie wolne. Wydajesz się przepracowany.
Patrzyłem z zaintrygowaniem, jak zwinnie i szybko kroił mięso na małe kawałki, siekał składniki i mieszał je starannie. Czułem się, jakbym patrzył na szefa kuchni, a nie osobę, która prawdopodobnie gotowała coś maksymalnie kilkanaście razy w życiu. O ile w ogóle w biurze neWord pozwalali mu gotować.
Niesamowite, jak zdolna była stworzona przez ludzi maszyna. Coś, na co ludzie potrzebowaliby lat, osiągnął android mający kilka tygodni. Czy jeżeli te staną się użytkowe… ludzie będą do czegokolwiek potrzebni? A jak nauczą się pisać? Raczej wątpliwe, by im się to udało jakoś szybko, ale… jeżeli? Czy androidy miały szansę stać się częścią świata, zamiast nas? Właściwie ludzie nad tym rozważali od czasów stworzenia sci–fi. A co, jeżeli te straszne wyobrażenia mogły stać się prawdą?
Cole wrzucił mięso do miski z jajkiem, mąką, majonezem i przyprawami i zaczął energicznie to mieszać. Gdy skończył, wyrzucił całość na rozgrzany olej na patelni, formując z nich grudki na kotlety.
— Nawiązując do twojej wcześniejszej wypowiedzi — zaczął — moglibyśmy faktycznie wykorzystać jutrzejszy dzień, by uprzątnąć kartony. Jeżeli cię to męczy, warto byłoby zabrać się za to czym prędzej. Wtedy będziesz mógł zaprosić tutaj swoich przyjaciół.
Zdziwiłem się, że o tym pomyślał. Nie sądziłem, że słuchał mnie tak uważnie. Uśmiechnąłem się z tą świadomością, czując przyjemne ciepło, na myśl, że naprawdę, naprawdę zostałem wysłuchany.
— Cóż, przydałoby się w końcu. Chociaż nie wiem, czy będę ich zapraszał tutaj w najbliższym czasie. Wiesz… — zawahałem się. Mówienie tego na głos nie było zbyt miłe. Z drugiej strony Cole przecież by się nie obraził. — Nie wiem, czy powinieneś ich poznać.
— Integracja z ludźmi może pozytywnie wpłynąć na moje postrzeganie świata. Poznając gust innych osób, łatwiej wyrobię sobie swój własny. A i chętnie skonfrontuję informację, które o nich mam teraz, z rzeczywistością. Jeżeli oczywiście mi na to pozwolisz.
Zawahałem się. Potrzebowałem chwili, żeby to przemyśleć. Chłopaki traktowali okropnie nawet mnie, a co dopiero Cole’a. Oczywiście nie zamierzałem mówić im, że jest on androidem, nie miałem zamiaru tracić pieniędzy z tak głupiego powodu, ale… jak inaczej miałbym wyjaśnić jego obecność? Pewnie tak, jak Alex zaczęliby snuć jakieś dziwne domysły. Czy nabijaliby się ze mnie bardziej, gdyby wmówili sobie, że jestem homo? I jak potraktowaliby biednego Cole’a? Przecież on kompletnie nie potrafił się socjalizować. Poradziłby sobie w towarzystwie?
Android odwrócił głowę w moją stronę, z wyrazem wyczekiwania na twarzy.
— Pomyślę nad tym.
— To byłoby niesprawiedliwe, gdybyś nie mógł zapraszać do siebie gości przez moją obecność. Ewentualnie mógłbym wrócić na jeden dzień do biura neWord, ale nie jestem pewien, czy jego pracownicy będą zadowoleni z takiego obrotu spraw.
— Nie, do tego na pewno nie dojdzie. — Nie chciałem od razu pokazać mojej niekompetencji i tego, że sobie nie radzę. Nie, żeby jakoś bardzo mi zależało na tym androidzie, ale chciałem być wystarczająco zdeterminowany, by wytrzymać te trzy miesiące. Głupio byłoby po tygodniach czy kilku dniach pokazać, że jednak się do tego nie nadaję. — Najpierw rozpakujmy pudła, potem pomyślimy. W razie czego zawsze się mogę spotykać ze znajomymi u nich czy na mieście.
— Skoro twierdzisz, że tak będzie lepiej.
Wyciągnął talerz i odłożył na niego kotlety z serem z kurczakiem. Miałem już po niego sięgnąć, gdy Cole niespodziewanie go zabrał i odłożył bliżej siebie. Nawet na mnie nie spojrzał, tylko wyciągnął z lodówki warzywa i zaczął na szybko robić sałatkę.
— Zauważyłem, że nie odżywiasz się odpowiednio. Przyda ci się więcej warzyw, póki te jeszcze są świeże. — Przełożył pokrojone warzywa na talerz, który w końcu mi podał. — Masz ochotę na herbatę do obiadu?
— Nie, chyba nie — Poczułem się trochę, jakbym znowu miał czternaście lat i dalej mieszkał w rodzicami. — Napiję się wody. Ale dla siebie możesz zrobić herbatę.
— Rozumiem.
Przewróciłem oczami. Zabrałem jedzenie do stołu i poczekałem chwilę, aż Cole dosiadł się do mnie z kubkiem. Nawet jeżeli nie potrzebował jedzenia, uznałem, że bardziej kulturalnie będzie, gdy na niego poczekam. Zabrałem się za obiad, gdy on spokojnie popijał herbatę, uprzejmie wpatrzony w kubek, a nie we mnie.
Wieczór minął całkiem miło, chociaż… trochę dziwnie. Dużo czasu nam nie zostało, ale i tak przebywanie w towarzystwie androida, z którym nawet nie bardzo miałem o czym gadać, było dość nieprzyjemne. Nie mogłem się doczekać, aż w końcu pójdę spać. Koło dwudziestej w końcu zmyłem się na górę. Wolałem siedzieć u siebie i czytać, niż siedzieć zestresowany na dole.
Wszedłem do sypialni i ściągnąłem koszulkę. Poszedłem z nią do łazienki i już miałem wrzucić ją do brudów, gdy nagle zamarłem. Wyciągnąłem ubranie przed siebie, przyglądając mu się kilka chwil. Ręce zaczęły mi drżeć, a na policzkach poczułem uderzenie gorąca. Westchnąłem głośno, zbierając w sobie siły i wypadłem na antresolę.
— Cole! — krzyknąłem, schodząc po schodach. Android rozkładał właśnie na kanapie lekko świecącą matę podłączoną do prądu. Podniósł na mnie wzrok i wyprostował się, splatając ręce za plecami.
— Tak, Leo? — Jego głos był spokojny i łagodny, z lekką, mechaniczną nutą.
— Miałem na sobie tę koszulkę cały dzień, prawda? — wycedziłem, wyciągając przed siebie T–shirt.
— Tak, od samego rana — przytaknął. — Coś z nim nie tak?
Wziąłem głęboki wdech i odwróciłem głowę. Nie miałem siły patrzeć na androida ubranego w całkowicie szarą koszulkę, niczym nieróżniącą się od tej, którą teraz trzymałem w dłoniach i takież same też spodnie.
— Zdawałeś sobie z tego sprawę, prawda?
— Oczywiście. Rejestruję wszystkie zdarzenia, które tylko widzę i przechowuję je w świadomości przez jakiś tydzień, dopóki nie usuwam najmniej istotnych informacji.
Jeszcze jeden głęboki wdech, spokojnie…
— To czemu do cholery kupiłeś sobie identyczną?
— Algorytm preferencji. Kojarzyło mi się z tobą, bo byłeś tak ubrany. Było to dla mnie najbliższe skojarzenie. Czy coś jest z tym nie tak? Nie jest białe i zaakceptowałeś to jako mój wybór.
— Bo nie wiedziałem, że mam identyczną.
— Przeszkadza ci to, że mam takie same ubrania jak ty?
— Nie. Znaczy tak… znaczy częściowo. Chodzi o reakcję ludzi.
— Ludziom przeszkadza, że jesteśmy ubrani tak samo? — zapytał ponownie z tą swoją dziecinną naiwnością. Przetarłem zmęczony oczy. Jak miałem się wkurzać, gdy patrzył na mnie tym nieporadnym, niepewnym spojrzeniem.
— Nie, nie przeszkadza. Po prostu… to wygląda źle, kiedy dwóch facetów jest ubranych tak samo. Bo… bo… — Cole przechylił głowę w geście zainteresowania, ale także niezrozumienia. — Bo to wygląda, jakby byli parą.
— Oh. — Po jego minie, niby chłodnej i obojętnej, ale z ledwo dostrzegalnym wyrazem niezrozumienia, poznałem, że nie rozumie, skąd moje oburzenie. — To źle?
Musiałem aż usiąść na kanapie, by uspokoić irytację. Raz jeszcze westchnąłem i znowu spojrzałem na Cole’a.
— Tak, to źle. Nie chcemy, żeby myśleli, że jesteśmy parą. Jasne?
— Rozumiem.
— Więc możesz mieć takie rzeczy jak ja, ale nie ubieraj ich wtedy, kiedy ja. Dobra?
— Dobrze — przytaknął krótko, wracając do swojej chłodnej obojętności. — Przepraszam, że znowu sprawiłem u ciebie zirytowanie.
— Nie twoja wina. Nie wiedziałeś.
Tłumaczyłem sobie, że nie mam prawa go winić. Byłem zły na sytuację, w której każda mijająca nas osoba pewnie dopowiedziała sobie własną historyjkę o naszej dwójce, ale Cole nie mógł być tego świadomy. Byłem teraz jedynym odpowiedzialnym za jego zachowanie i reakcje…
I to coraz bardziej mnie przerażało.
Rozdział 6
Rozbrzmiał budzik. Irytującą, głośną melodią, która nie pozwalała mi dłużej spać. Sięgnąłem na oślep do szafki nocnej, próbując trafić na urządzenie i włączyć drzemkę, chociażby na pięć minut. Muzyka w jednej chwili ucichła, a ja położyłem rękę na czymś twardym i ciepłym. Otworzyłem oczy i wyjrzałem znad kołdry. Wystarczyło, że coś mignęło mi przy łóżku.
Zerwałem się gwałtownie i zabrałem rękę. Prawie zacząłem krzyczeć, nim poznałem sylwetkę androida pochylonego nad budzikiem.
— Jezu, przestań tak robić — wydusiłem z siebie, przykładając dłoń do klatki piersiowej. Serce biło mi tak mocno, że aż bolało.
— Wyłączać twój budzik? — zapytał całkowicie poważnie.
— Przychodzić do mnie z samego rana, gdy jeszcze śpię! To jest przerażające, gdy się budzę i stoisz nade mną.
Rzuciłem się na łóżko, chowając twarz w ciepłej i miękkiej pościeli, chociaż wiedziałem, że jestem zbyt rozbudzony, żeby znowu zasnąć.
— Nie chciałem, żebyś zaspał.
— Nie mam, gdzie zaspać… pracuję w domu…
— Czyli mam na przyszłość czekać ze śniadaniem, aż wstaniesz?
— Tak.
— To co mam zrobić z tym, które już przyrządziłem?
Jęknąłem w poduszkę. To był dopiero drugi dzień, a ja już byłem naprawdę zmęczony obecnością Cole’a przez cały czas.
— Zjem je. Ale na przyszłość nie zrywaj mnie z łóżka z samego rana. Mam te budziki, bo mam złudzenia, że uda mi się wstać, ale nigdy się nie wysypiam i śpię dalej, okay? Wśród ludzi to tak działa.
Usiadłem na łóżku i przetarłem oczy. Z szafy zgarnąłem dresowe spodnie, które nałożyłem na bokserki i zszedłem na dół za androidem. Po domu już roznosił się przyjemny zapach kawy i ciepłego jedzenia.
— Co zrobiłeś z tą matą? — zagadnąłem, dostrzegając kątem oka pustą kanapę.
— Matą? — Android spojrzał na mnie i na moje ukradkowe spojrzenie. — To był mój panel ładujący. Wsunąłem go pod szafkę pod telewizorem. Powinienem odłożyć go gdzieś indziej?
— Nie, jest ok. — Usiadłem przy stole. Przy moim miejscu rozłożone były już tosty z serem, jajecznica i kawa, a po drugiej stronie kubek z herbatą. — Byłem po prostu ciekawy. To, um, tym się ładujesz?
— Dokładnie — Pokiwał głową. — Mogę się normalnie podłączyć do prądu za pomocą zwykłej ładowarki, ale znacznie lepiej to działa, gdy leżę na panelu indukcyjnym. Wtedy jednocześnie ładują się wszystkie moje procesory.
Zaczął popijać herbatę, a ja skupiłem się na śniadaniu. Wciąż zaskakiwało mnie, jak dobre dania przygotowywał Cole. Akurat do tego mógłbym bez problemu przywyknąć. Gdybyśmy umieli normalnie rozmawiać, to też nie byłoby złe.
— Czy masz opracowany już plan na dziś? — zapytał spokojnie.
— Jak mówiłem, rzadko miewam plany. — Wziąłem łyk kawy, próbując się rozbudzić i pozbyć zmęczenia związanego z pobudką. — Ale myślałem, czy nie zacząć pracować nad nową książką — powiedziałem, bawiąc się jajecznicą na talerzu. Wziąłem część z niej na widelec i włożyłem do ust. Przyjemny smak cebuli, jajek, soli i pieprzu był miłą odmianą. Obiady robiłem często, ale z rana rzadko kiedy chciało mi się coś przygotowywać. Wolałem jeść coś na szybko i od razu siadać do pracy. — Znaczy najpierw zajmiemy się tobą. Nie bardzo wiem, jak się do tego dzisiaj zabrać, ale coś wymyślę.
— W takim razie możemy wedle ustaleń, zacząć od rozpakowania twoich rzeczy. — Zaproponował nagle. Na spokojnej twarzy dostrzegłem spokój i brak jakichkolwiek uczuć. Dopiero gdy pytająco uniósł brwi, nabrał odrobiny ludzkiego wyrazu.
Powędrowałem wzrokiem w stronę ściany, pod którą szeregiem ustawione były pudła. W większości otwarte — wyciągałem z nich pojedyncze książki, które wiedziałem, gdzie odłożyć, ale kilka z nich wciąż było zaklejone szarą taśmą. Nie miałem siły ich otwierać, zmęczony po przeprowadzce, której nawet nie chciało mi się kończyć. Były podpisane czarnymi markerami, ale znając siebie, w większości z nich było dużo więcej niż mówił napis.
— Nie jestem przekonany. — Zawahałem się. Powinienem w końcu to rozpakować, ale tak bardzo mi się nie chciało…
— Miałeś to zrobić po skończeniu książki, prawda?
— Noo… tak.
— I nic innego cię nie powstrzymywało?
— Ech… tak.
— A teraz nic nie piszesz?
— Tak, tak, nie mam żadnej wymówki, żeby tego nie zrobić. Po prostu mi się nie chce.
— Wiesz, Leo, im dłużej będziesz to odwlekał, tym trudniej będzie ci się za to zabrać. Jak się zabierzesz za kolejną książkę, znowu będziesz to odwlekał w czasie. Czy nie lepiej byłoby…?
— Dobra. — Przerwałem jego monolog. — Zrobię to dzisiaj, wygrałeś. Czuję się przekonany.
Uśmiechnął się lekko, ale nie odwzajemniłem tego, więc uśmiech zaraz znowu zniknął. Android zamilkł, popijając swoją herbatę.
Skończyliśmy śniadanie szybko, a bardziej ja skończyłem. Cole tylko pił swój napój małymi łykami, a gdy skończyłem jeść, wylał resztę do zlewu podczas sprzątania. Czułem się źle, że zmuszałem go częściowo do picia, co ewidentnie nie sprawiało mu przyjemności, a może i było trochę kłopotliwe, ale nie mogłem znieść siedzenia przy nim, gdy tylko się we mnie wpatrywał. Co gorsza, czułem się też źle, że dostawał tylko herbatę. Miałem wrażenie, że to niesprawiedliwe, że jem przy nim obiad czy śniadanie, a on nic nie dostawał. Życie z androidem było ciężkie. Czegokolwiek bym nie zrobił, to i tak czułem się źle, a Cole i tak miał to gdzieś, bo, jak ciągle mi przypominał, był tylko maszyną
— Od czego chciałbyś zacząć? — zapytał, podchodząc do pudeł.
Miałem nadzieję, że może o tym zapomni i jakoś się wymigam albo przełożymy to na za kilka godzin, ale wiedziałem, że prawdopodobnie Cole nie zapomina o niczym, a jego postawa jasno mówiła, że zrobimy to dzisiaj. Dołączyłem do androida, uważnie przyglądał się napisom na pudłach.
— Mogę coś zaproponować?
— Dawaj.
— Myślę, że najbardziej korzystnie byłoby najpierw wypakować książki i je posegregować według tematyki, typu i gatunku, a potem zabrać się do ustawiania tego na półkach.
— Podoba mi się ten pomysł — powiedziałem po chwili. Sam pewnie po prostu wyciągałbym po kolei książki z pudeł i wkładał je na półki, bez żadnego planu. A dopiero gdyby mi się chciało, przekładałbym je w taki sposób, aż w końcu byłbym zadowolony. Czyli pewnie nigdy. — Na pewno chcesz mi pomóc? Wiesz, nie musisz.
— Oczywiście, że muszę. Jestem androidem użytkowym, moim zadaniem jest ci pomagać. Właściwie, to jeżeli podasz mi plan, w jakim chciałbyś, żebym układał te książki, mogę zrobić to sam.
— Nie, nie czułbym się dobrze, gdybyś musiał odwalać za mnie moją robotę. Ale chętnie skorzystam z twojej pomocy. Nie jestem dobry w planowaniu rzeczy. — Zaśmiałem się, lekko spięty, na co Cole uśmiechnął się miło.
Zabraliśmy się do rozpakowywania pudeł. Jak się spodziewałem, oprócz książek, w pudle podpisanym „książki” znalazłem też trochę ubrań wrzuconych pewnie na szybko po zamknięciu odpowiedniego pudła, jakieś notesy, luźno rzucone kartki z zaczętymi opowiadaniami albo tekstami i kilka drobiazgów, choć nawet nie pamiętałem, skąd właściwie je mam. Wszystkie inne rzeczy odłożyłem na bok i skupiliśmy się na książkach. Ja, niemalże odruchowo, dzieliłem je na naukowe, beletrystyczne i poradniki, ale Cole ich nie znał. Patrzył na opisy przez jakąś sekundę i odkładał je na odpowiednie stosy. Praca w ciszy nie była zbyt przyjemna, ale nie mogłem znaleźć odpowiedniego tematu, który mógłby ją przerwać.
— Oh, to koniecznie musisz przeczytać — powiedziałem ożywiony, gdy mój wzrok padł na Wieczną przygodę autorstwa Oliviera Sworta, swojego czasu mojego mistrza w pisaniu. Podałem książkę androidowi, a ten szybkim rzutem oka spojrzał na jej opis. — Rewelacyjna książka. Opowiada o chłopaku zapętlonym w czasie, który wciąż i wciąż musi wykonywać konkretne zadanie. Ale za każdym razem robi jakiś drobiazg inaczej, przez co cała jego przygoda się zmienia. A cokolwiek by się nie stało, ostatecznie i tak wpada w tę pętlę czasową. Znasz pojęcie „efektu motyla”?
Nawet nie zauważyłem, kiedy coraz bardziej nakręcałem się podczas mówienia. Jeżeli coś naprawdę potrafiło poprawić mi humor, to były to książki. I to bez względu na to, czy moje czy czyjekolwiek inne. A Oliver Swort był długo moim mistrzem. Jego pomysły były naprawdę niesamowite, zmuszały do myślenia i wciągały. Już jako dzieciak siedziałem godzinami po nocach, byleby skończyć kolejną jego książkę. Marzyłem o tym, by doceniał moje dzieła, ale moje opowiadania nigdy nie były zbyt popularne. Konkurencja była duża, a ja nie byłem aż tak dobry, jak mógłbym być. A może po prostu miałem pecha i moje prace ginęły w tłumie innych? Dopiero gdy zacząłem tworzyć w niszy BL, zacząłem być doceniany. Choć nie odważyłbym się wysłać mojemu idolowi banalnego romansu o gejach. Lubiłem to pisać, ale wiedziałem, że tworząc w tym klimacie, nigdy nie będę znanym i poważanym pisarzem.
Pokręciłem głową, by pozbyć się dołujących myśli i spojrzałem na androida. Klęczał tuż przy mnie, w dłoniach trzymał książkę, ale wzrok miał wbity gdzieś daleko. Niby patrzył w okno, ale miałem wrażenie, że nie dostrzega niczego, co jest za nim. Jakby w ogóle nic nie widział. Trwało to kilka sekund, nim ponownie spojrzał na mnie.
— Skończyłem.
— Co?
— Ściągnąłem internetową wersję książki i ją przeanalizowałem. Jest ciekawa, widać wyrobiony w niej styl i wiele wątków. Interesujący jest sposób, w jaki zmienia się rzeczywistość przez drobne, z pozoru nic nieznaczące rzeczy.
Zszokowany wpatrywałem się w androida. Odpowiedział znaczącym spojrzeniem, czekając na moją odpowiedź. Uśmiechnął się dodatkowo. Naprawdę miał rozczulający uśmiech. Nie zdążyłem się powstrzymać, gdy poczułem, jak rozbawienie przejmuje kontrolę nad moją mimiką.
Odwróciłem szybko głowę, chociaż Cole nie mógł tego nie zauważyć.
— Nie wiedziałem, że tak potrafisz.
— Potrafię. — Byłem niemal pewny, że za tym jego „potrafię”, kryło się tak naprawdę „bo jestem androidem”, ale doceniałem, że udało mu się powstrzymać od tego jakże oczywistego stwierdzenia.
— I… co myślisz?
— Oprócz tego, co już powiedziałem?
— Nie, chodziło mi bardziej o twoją opinię. Co ty myślisz o tej książce?
Łudziłem się, że może da radę podać jakieś własne odczucia, ale na próżno. Chyba za dużo od niego wymagałem
— Opierając się na danych statystycznych, popularnych książkach i liczbie gwiazdek na stronach internetowych, ta wydaje się obiektywnie dobra.
— Ta, miło z kimś porozmawiać o dobrej literaturze. Cieszę się z twojego wyczerpującego komentarza na ten temat.
Pochyliłem się przed Colem, żeby odłożyć obok niego kolejny tytuł, gdy dostrzegłem jego zaskoczony wyraz twarzy. Na tyle, na ile umiał być zaskoczony.
— Uważasz, że mój komentarz był wyczerpujący? Miałem wrażenie, że oczekujesz czegoś innego?
— Co? Oh, to był tylko sarkazm.
Wyciągnąłem ostatnie kilka książek z pudła i odrzuciłem karton na bok, żeby nam nie wadziło.
— Wybacz, nie wyłapałem tego.
— Jeszcze się wyrobisz. Taką przynajmniej mam nadzieję. Dobra, to będą wszystkie książki. Jak teraz chciałbyś je poukładać?
Cole spojrzał na półkę. Przejechał chłodnymi, ciemnymi oczami wszystkie tytuły. Gdy to robił, jego twarz była całkowicie chłodna, jakby pozbawiona wyrazu. Co dziwne, nawet w tej chwili, gdy analizował dane, kompletnie nie przypominał maszyny, za którą próbował uchodzić. Może to wszystko byłoby łatwiejsze, gdybym ciągle nie myślał tylko o tym, jakim cudem może nie być człowiekiem.
— Układałeś te książki tutaj według jakiegoś konkretnego wzoru? — zapytał, nie odrywając wzroku od tytułów. — Za wyjątkiem albumów, które położyłem tu wczoraj?
— Tak szczerze, to nie. Najważniejsze książki dałem na górę, na antresolę albo do sypialni. Zwykle to tam czytam. Tutaj odłożyłem te tytuły, których nie zmieściłem tam.
— Rozumiem.
Przeszło mnie dziwne wrażenie, że to „rozumiem”, tak pozbawione brzmienia, mechaniczne, ale spokojne, będzie mnie nawiedzać po tych miesiącach w koszmarach. Rozbawiony tym stwierdzeniem, musiałem odwrócić głowę, by Cole tego nie zauważył.
Android spokojne zaczął zabierać książki z półki i układać je na ziemi, obok już stojących stert. Bez dłuższego wahania zabrałem się za pomoc.
Czas mijał, a nasze porządki sprawiały, że bałagan był coraz większy. Przy oknach brakowało już miejsca od kolejnych stosów. Wszystkie albumy wylądowały na dolnej półce, poradniki na samej górze, a cała reszta, czyli książki fabularne, zapełniły pozostałe szafki. O dziwo poszło to dużo sprawniej niż myślałem. Pod tym kątem Cole był niezastąpiony. Dokładnie wiedział, jaka książka będzie gdzie pasować pod względem tematyki, koloru i wielkości i bez problemu znajdywał ją w piętrzących się stertach literatury. Dzięki temu skończyliśmy pracę stosunkowo szybko. Mimo że co którąś książkę z kolei musiałem dokładnie opisać, wracając wspomnieniami do wspaniałych chwil przy czytaniu, a Cole’owi pozwalając poznać moje ulubione historie. Szkoda, że nie potrafiłem z nim porozmawiać o wrażeniach, których przecież nie miał. Potrafił wymienić sytuacje i postacie, o których ja zapomniałem chwilę po zakończeniu książki, ale nie był w stanie nawet powiedzieć mi, co myśli o głównych bohaterach, fabule czy nawet o ogólnym wrażeniu. Poza tym, że książka jest „poprawna”, czy „obiektywnie wydaje się dobra”. Gdybym chciał posłuchać o wszystkich faktach z książki, po prostu przeczytałbym ją jeszcze raz. Sprowadzało się to w sumie do tego samego.
Minęły może ze dwie godziny, gdy skończyliśmy porządki. Rząd pudeł stał tuż obok drzwi, a półka na książki w końcu wyglądała porządnie. Całkowicie zapełniona, stanowiła niejako centrum salonu.
— Dobrze to rozplanowałeś. Ładnie to wygląda — powiedziałem z uznaniem. — Ja bym w życiu tak tego nie zrobił.
— Mogę cię o coś zapytać?
— Jasne, wal.
— Czy jako pisarz nie powinieneś być lepszy w planowaniu? Jak tworzysz fabułę bez konkretnego planu?
Na pewno nie miało to brzmieć tak nieuprzejmie, jak brzmiało, więc przemilczałem ewidentną obrazę. Uznałem to nawet za dobry znak, że interesuje się, w jaki sposób powstają książki.
— Raczej na spontanie. Zapisuję kilka głównych wątków, które chcę umieścić w książce, a potem… — Zawahałem się, szukając odpowiednich słów. — Pozwalam chyba bohaterom żyć własnym życiem. Jeżeli coś wymyślę, to to dopisuję i… trochę tak jak w życiu. Historia tworzy się sama. W sumie, chodź, pokażę ci.
Zgarnąłem ubrania, jakie wziąłem z kartonów i poszedłem na górę. Idąc do mojego gabinetu czułem niezdrowe podekscytowanie. Nawet nie rozumiałem, czemu na twarzy wciąż gościł mi uśmiech. Przecież to tylko android, sam ciągle mi o tym przypomniał, ale i tak nie mogłem uspokoić emocji na myśl o tym, że kogokolwiek interesuje moja praca. Z fanami nie potrafiłem normalnie rozmawiać, bo czułem się, jakby traktowali mnie jako kogoś lepszego, niż w rzeczywistości byłem, a moje książki za lepsze, niż sam czułem. Z kolei ktokolwiek, kto normalnie był moim kumplem, wydawał się znudzony moimi historiami.
Wrzuciłem ubrania do kosza na brudy i wycofałem się znowu do gabinetu. Dzień był jasny, więc nawet mimo firanek w oknach cały pokój tonął w przyjemnym blasku. Cole rozglądał się po pomieszczeniu, jakby był tu po raz pierwszy. Właściwie… prawdopodobnie tak było. Nie dostał polecenia, by tu wejść, więc pewnie tego nie zrobił.
— Spójrz tutaj.
Wskazałem tablicę korkową na ścianie tuż obok biurka. Znajdował się na niej dość spory chaos, w skład którego wchodziły wymieszane kartki różnych rozmiarów i kolorów, trochę rysunków miejsc, postaci i szkiców. Ale głównie notatki dotyczące postaci, czy właśnie fabuły albo dopiero co skończonej przeze mnie książki, albo tych, które wciąż były w fazie projektu. Chociaż było tu też kilka pomysłów na teksty, które raczej były chwilowymi zachciankami, przerwanymi, gdy przeszła mi faza na pisanie ich. Smutne, ale nie każdy projekt nadawał się do wydania. Na samym dole tablicy przyczepiona była kartka A4 z napisanym na górze: „fabuła” i kilkunastoma podpunktami napisanymi koślawo, bo na ścianie, powykreślanymi, pomazanymi i z całą masą strzałek, gdy uznawałem, że tak wygodniej będzie zaznaczyć, że chcę zmienić kolejność wydarzeń, niż przepisywać wszystko na nowo.
— Cóż, to cały mój plan pisania — przyznałem, lekko onieśmielony, że wygląda to tak niechlujnie i chaotycznie. — Wiem, że nie jest zbyt dokładny i wydaje się mało czytelny… pewnie dlatego, że jest cholernie nieczytelny… — Przyłożyłem palec wskazujący do ust, przyglądając się dokładnie zabazgranym kartkom, poukładanym bez ładu i składu, których jedyna wspólna cecha to zbliżone miejsce notatek jednej książki. A że pisałem na raz ich co najmniej kilka, tablica przypominała mapę z kilkoma skupiskami.
— Pasuje do ciebie — stwierdził nagle. Zatracony w myślach, na chwilę zapomniałem o obecności Cole’a, więc tym bardziej skołowało mnie jego stwierdzenie. Patrzył spokojnie na tablicę, a na jego twarzy widziałem, jak analizuje każdy jej punkt. I znowu miałem wrażenie, że mnie obraża. Szczególnie, gdy spojrzałem na zakorkowany chaos zawieszony na tablicy.
— Dzięki? — bardziej zapytałem niż stwierdziłem, ponownie patrząc na Cole’a ze zmarszczonymi brwiami.
— Proszę. — Android wydawał się nie dostrzegać wahania i niepewności w moim głosie. Dopiero, gdy wpatrywałem się w niego pytająco, dostrzegł moje spojrzenie.
— Czy to jest moment, w którym powinienem opowiedzieć o moich spostrzeżeniach?
— Tak. — Irytacja połączona z rozbawieniem i rozczuleniem sprawiły, że nie okazałem żadnej z tych emocji. Zamiast tego pokiwałem po prostu głową.
— Widać w tym lekki chaos. Na pierwszy rzut oka wydaje się rozmieszczone bez sensu. Jest dużo rzeczy pokreślonych, co z początku sprawia wrażenie, jakbyś nie był pewny tego, co piszesz, ale gdy się przyjrzeć, da się zauważyć, że wszelkie skreślenia i numerowanie tak naprawdę są skutkiem tego, jak wiele masz pomysłów i próbujesz je upchnąć do notatek, które już masz. Nie jest to chaotyczne niezorganizowanie, ale bardziej niepohamowana pasja i potrzeba tworzenia. Ograniczona tak bardzo, jak tylko się da przez ramy tablicy korkowej i może średnio zorganizowana, ale na pewno pełna energii. Też na początku sprawiasz wrażenie niepewnego i niezorganizowanego. Działającego pod wpływem impulsu. Ale jest to coś, co możesz pokazać przez ograniczające cię ramy. Trzeba się przyjrzeć bliżej, żeby poznać cię lepiej. Te wszystkie nieświadome skupiska to kolejne twoje książki. Nie są może jakoś bardzo dobrze rozplanowane, ale widać w nich pasję. Taką samą, jaką po tobie widać, gdy opowiadasz o książkach. To dokładnie odwzorowanie ciebie.
Zakończył i spojrzał w moją stronę. Uśmiechnął się, a gdyby był człowiekiem, na pewno na jego twarzy byłoby widać dumę. Takie przynajmniej miałem przeczucie. Zagryzłem dolną wargę, by dać sobie chwilę na przeanalizowanie, czy powinienem się ucieszyć czy nie pokazać nic, póki nie zastanowię się, co właściwie powinienem czuć.
— Niezła analiza — powiedziałem w końcu i pozwoliłem sobie na delikatny, z trudem tonowany uśmiech. — Ciągle mi przypominasz, że jesteś androidem, ale potrafisz myśleć jak człowiek.
— Twoje przypuszczenia są błędne, Leo. Moja analiza była całkowicie chłodna i matematyczna.
— Zostałeś zaprogramowany do analizowania obrazów?
— Obrazów, tekstów, książek, ludzi. Jest to niezbędne, żebym był w stanie wyrobić u siebie własne zdanie. Przełożenie tego na jakiekolwiek zachowania czy sytuacje jest kwestią dodatkowych linijek kodu.
— Nie znam się na informatyce ni cholery, ale brzmi mi to jak coś bardziej skomplikowanego niż mówisz.
— Chciałbyś, żebym wdawał się w szczegóły?
— Raczej niekoniecznie. — Bez żadnej złośliwości dla Cole’a, ale byłem niemal całkowicie pewny, że jego wytłumaczenia, o ile będą dla mnie zrozumiałe, to kompletnie niepotrzebne i mało interesujące.
— W takim razie, upraszczając, to tak, jest to dość skomplikowane. — Przytaknął spokojnie. — Ale to niewielka część kodu w porównaniu z całością, którą mam wgraną.
Nie patrzył na mnie. Wzrokiem cały czas jeździł po wszystkich kartkach, które niechlujnie miałem przypięte na tablicy. Aż ciężko mi było uwierzyć, że notatki, które tak chaotycznie i niestarannie pisałem, mogły mówić o mnie cokolwiek pozytywnego.
— Może nie wygląda na pierwszy rzut oka, ale dla mnie to bardzo dobry schemat — dodał po chwili i uśmiechnął się w moją stronę, a ja, nim zdałem sobie z tego sprawę, odpowiedziałem tym samym. Cóż mogłem poradzić, to było naprawdę urocze. Dawno nie słyszałem żadnych komplementów od osób innych niż moi fani. Szczególnie, gdy nie dawałem całości tekstu, a tylko jakiejś pojedyncze jego fragmenty, jak opis czy luźny zarys. Gdybym pokazał moim kumplom tę tablicę, o ile w ogóle by chcieli ją zobaczyć, na pewno by mnie wyśmiali i stwierdzili, że to tylko nieczytelne bazgroły.
— Dzięki, Cole — powiedziałem, wpatrując się z lekkim speszeniem w ziemię.
Poczułem się dziwnie… szczęśliwy. Może to była tylko chłodna, matematyczna analiza, ale jedna z bardziej uroczych, jakie słyszałem w życiu. Gdy do mnie dotarło, że peszę się jak nastolatek, zażenowałem się jeszcze bardziej.
Kaszlnąłem w zaciśniętą pięść, żeby dodać sobie nieco pewności siebie. Mimo to, sama myśl o tym, jak dziwnie mogło to wyglądać, sprawiła, że coraz bardziej stresowałem się tą sytuacją. Cole przecież nie mógł zobaczyć, że coś jest ze mną nie tak…
— Leo?
Mechaniczne brzmienie mojego imienia sprawiło, że aż się wzdrygnąłem. Pokręciłem szybko głową, by uspokoić myśli i wrócić do teraźniejszości i odwróciłem się tyłem do androida.
— Tak, wszystko w porządku. Myślałem o tym, co mówiłeś.
— Twoja twarz jest czerwona. Czy wszystko w porządku?
— Mówiłem ci coś o analizowaniu mnie bez wyraźnego polecenia, prawda?
— Twierdzisz, że nie powinienem powiadamiać lekarza o twoim stanie?
A było już tak miło. Prawie zapomniałem, jak irytująco bezpośredni potrafił być Cole. Na swój sposób mogłoby to być zabawne, gdyby tylko dotyczyło kogoś innego.
— Nie, nie powinieneś. Nic mi nie jest. Zmęczyłem się tym całym układaniem książek i w ogóle.
— Nie wydajesz się zmęczony.
— Cole, są momenty, w których powinieneś po prostu przestać zadawać pytania.
— Czy to jeden z tych momentów?
— Tak, jak najbardziej.
— Rozumiem. W takim razie, według ludzkich norm społecznych, co powinienem zrobić w takiej sytuacji?
Przyłożyłem dłoń do twarzy, a jej pieczenie tylko bardziej mnie uświadomiło, jak bardzo nie umiem się odnaleźć w tej sytuacji.
— Zamilknąć. Albo subtelnie zmienić temat.
— Rozumiem. Czy jest coś, co chciałbyś zjeść na obiad? — Spojrzałem na androida z wyrazem uznania w spojrzeniu. Wychwycił to, bo zaraz dodał. — Zostałem do tego zaprogramowany, Leo. Zapamiętam każdą otrzymaną od ciebie instrukcję.
A przez chwilę byłem z niego dumny. Przewróciłem oczami. Zmęczenie osobą Cole’a mieszało się z rozbawieniem odnośnie jego nieporadności w ludzkim świecie. Chociaż na swój sposób było to całkiem urocze. Chyba finalnie mógłbym się do tego przyzwyczaić na te kilka miesięcy.
****
Kiedy Cole krzątał się w kuchni, przy stole w jadalni próbowałem rozpisać, co takiego mógłbym robić razem z nim w trakcie lekcji „uczłowieczania”:
— Czytanie książek i rozmawianie o nich
— Wspólne oglądanie filmów
— Puszczanie muzyki
Wpatrywałem się w te trzy punkty i gorączkowo myślałem, co jeszcze dodać. Bezskutecznie. Wiedziałem trochę więcej, ale wciąż ten cały „algorytm preferencji” był dla mnie zagadką. W teorii samo spędzanie wspólnie czasu powinno mieć jakiś wpływ na postrzeganie świata androida, ale nawet gdybym chciał, przecież nie miałem pojęcia, co właściwie jeszcze moglibyśmy razem robić albo o czym rozmawiać. Właściwie, to trochę niepokoił mnie fakt, że mógłbym spędzać z nim czas podczas normalnego dnia. Byłem niemal pewny, że w pewnym momencie zacząłbym liczyć, ile razy powie albo będzie chciał mi przypomnieć, że jest androidem. A tego bym nie wytrzymał.
— Cole, nie masz jakiegoś pomysłu na to, jak mógłbym rozwinąć u ciebie ten algorytm?
— Sprawiając, że konkretne rzeczy będą mi się pozytywnie kojarzyć.
— A mógłbyś podać mi jakieś bardziej szczegółowe informacje?
— Niestety na obecną chwilę nie mogę ci udzielić tych informacji. Powinieneś zacząć od przemyślenia techniki samemu. Jeżeli będziemy stać w miejscu albo udzielenie bardziej szczegółowych informacji ewidentnie wpłynie na moje zachowanie, będę mógł ci powiedzieć.
Przewróciłem oczami i wróciłem myślami do mojej listy. Wciąż wahałem się, czy zaproszenie Cole’a na spotkanie z moimi przyjaciółmi nie byłoby dobrym rozwiązaniem. W końcu na pewno to wywarłoby w nim jakieś uczucia. Może niekoniecznie pozytywne, ale negatywne wspomnienia też są ważne w końcu. Tylko sam nie byłem pewny, czy to dobry pomysł. Czy chcę, żeby moi przyjaciele poznali Cole’a i czy Cole powinien poznać moich przyjaciół?
Spojrzałem na krzątającego się po kuchni androida. Chociaż jego ruchy były całkowicie płynne, a głos miał w sobie tylko odrobinę mechaniczne brzmienie, musiałem nauczyć go jeszcze odpowiedniego zachowania, nim przedstawię go komukolwiek. Może kiedyś się do tego przekonam.
— Po obiedzie znajdę ci kilka książek, o których potem będziemy mogli porozmawiać. Od tego zaczniemy. Zawsze to już coś, prawda?
— Prawda.
Nie byłem przekonany, czy mówi szczerze. To jedno słowo wypowiedziane tym niskim głosem z lekko robotycznym brzmieniem, brzmiało trochę fałszywie. Chociaż może to bardziej przez to, że ludzie raczej tak nie mówili. Brzmiało to raczej, jakby po prostu chciał mnie za wszelką cenę zbyć. Gdyby nie to, że Cole nie był chyba do tego zdolny, naprawdę pomyślałbym, że po prostu ze mnie teraz drwi.
Westchnąłem. Naprawdę, mieliśmy spędzać całe dnie razem, nawet nie wiedząc, co dokładnie mamy robić? Chyba lepiej byłoby, gdybym zamykał się na kilka godzin u siebie i pisał. Już teraz mi tego brakowało. Przyłapywałem się co jakiś czas nad myśleniem o fabule opowiadania o aseksualistach, a nowe pomysły na postacie czy wątki ciągle wpadały mi do głowy, nawet gdy zajęty byłem androidem.
— Słuchaj, chyba nie muszę spędzać z tobą dwudziestu czterech godzin na dobę, prawda?
— Nie jest to niezbędne. Nawet wskazane byłoby, gdybym miał możliwość przeanalizowania wcześniejszych danych w spokoju. W tym czasie mógłbym też zająć się moimi domyślnymi zobowiązaniami i zajmować się chociażby sprzątaniem mieszkania. Te funkcje też są wciąż testowane, mógłbyś sprawdzić, jak sobie radzę ze sprzątaniem i zgłosić ewentualne uwagi do biura neWord.
Mówił spokojnie, nawet na mnie nie patrząc, skupiając całą uwagę na krojeniu warzyw, smażeniu mięsa i gotowaniu sosu pomidorowego. Tak, tego zdecydowanie musiałem go oduczyć, nim przedstawię go komukolwiek. Chociaż musiałem przyznać, że jego sposób mówienia nawet zaczynał mnie bawić.
— W takim razie nie miałbyś nic przeciwko, gdybym na kilka godzin dziennie zamykał się pisać?
— Nie jestem tu od tego, żeby sprzeciwiać się twoim decyzjom. Zgodzę się na wszystko, cokolwiek zaproponujesz. Sądząc po tym, jak podchodzisz do swojego pisania, jestem przekonany, że pisząc przez kilka godzin dziennie, na pewno będziesz lepiej się czuł i bardzo prawdopodobne, że będziesz dzięki temu bardziej kreatywny. Zajmowanie się swoją pasją bardzo dobrze wpływa na rozwój i nadmierny stres. Popieram ten pomysł.
Przewróciłem oczami i przyłożyłem dłoń do twarzy, by stłumić rozbawione prychnięcie. Cholera, wciąż nie radziłem sobie z emocjami do androida. Był zaradny, odpowiedzialny i opanowany, a ja wciąż łapałem się na tym, że postrzegam go jak nieporadne dziecko. Nasza relacja robiła się coraz ciekawsza.
— W takim razie, skoro dzisiaj rozmawialiśmy trochę o książkach, po obiedzie poszedłbym popisać. — Brzmiało to tak, jakbym się przed nim tłumaczył albo prosił go o zgodę.
— Wydaje się to bardzo odpowiednim rozwiązaniem. Masz już jakiś pomysł na nową fabułę?
— Cóż, mam, ale na razie wolałbym zachować go dla siebie. — Gdybym powiedział mu o tym, że chcę napisać o aseksualnych facetach, musiałbym mu zdradzić, że piszę książki BL, a na to jeszcze nie byłem gotowy. Musiałem poczekać jeszcze trochę czasu, nim się na to zdecyduję. — Ale będzie to dramat psychologiczny, raczej obyczajowy. Nic bardzo kreatywnego i odkrywczego.
— Czemu tak mówisz? Każda książka na swój sposób jest odkrywcza i kreatywna. Do jakiegokolwiek tematu nie podejdziesz, zawsze robisz to na swój własny, indywidualny sposób, czego nie zrobił nikt wcześniej. Nawet schemat wykorzystywany do każdego tekstu może być odkrywczy, bo jest pierwszy raz stworzony tylko i wyłącznie przez ciebie.
— Łał, to było… naprawdę całkiem ludzkie, wiesz?
— To tylko matematyczna, komputerowa analiza. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jest mniej ludzkie, niż ci się wydaje.
— Ale zabrzmiało miło. Zdajesz sobie sprawę z tego, że bywasz czasami ludzki?
Postanowiłem spróbować trochę innej taktyki. Jeżeli będę mu wmawiać, że ma w sobie ludzkie cechy, tak często, jak on przekonuje mnie, że jest androidem, może uda mi się go do tego przekonać? Nie miałem pojęcia, czy to zadziała, czy to ma jakiekolwiek psychologiczne czy informatyczne uzasadnienie, ale co miałem do stracenia? Ponoć kłamstwo powtórzone tysiąc razy stawało się prawdą. Chociaż gdybym przedstawił mój pomysł ludziom z neWorld pewnie zabiliby mnie śmiechem. Ale kto wie? Może miało to szansę zadziałać.
— Jeżeli tak twierdzisz. Nie mogę negować twojej opinii, bo jest to twoje, całkowicie subiektywne zdanie.
A może jednak nie…
Rozdział 7
Usiadłem do laptopa. Serce zabiło mi mocniej. Po tak długiej abstynencji od pisania, nie mogłem się doczekać, aż do tego wrócę. Najpierw obiecałem sobie przerwę, a potem skupiony na uczeniu Cole’a, czułem się w obowiązku poświęcić mu całą uwagę. Teraz, z odpalonym Wordem, czułem przypływ ekscytacji. Przez ostatni czas powstały w mojej głowie pomysł kiełkował i dojrzewał, aż w końcu mogłem go przelać na komputer.
Wcześniej się wahałem, czy książka o aseksualizmie to był dobry pomysł. Nawet nie byłem pewny, czy rzeczywiście będę to pisał, ale czas sprawił, ze z luźnego pomysłu, przerodziło się to w całkiem realny plan. Przyznałem się głośno do aseksualizmu i żyłem z tą świadomością ostatni czas, a to tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że chcę o tym napisać. Chcę stworzyć postać, która podobnie jak ja, jest zagubiona w seksualnym świecie.
Patrzyłem na pusty jeszcze plik i zastanawiałem się, jak zacząć. Pierwsze zdania były ważne. Dla niektórych to one definiowały książkę.
Coś jednak wytrącało mnie z rytmu. Początkowo nie byłem przekonany, co to takiego, ale nie mogłem się skupić. Dopiero po dłuższej chwili zdałem sobie z tego sprawę. Nie byłem przyzwyczajony do tego, że dom nie jest całkowicie pusty. Dźwięki krzątającej się na dole osoby były czymś nowym i… niespodziewanym. Aż dziwnie było pisać, gdy wiedziałem, że nie jestem tutaj sam.
Podjąłem kilka decyzji odnośnie do książki. Przede wszystkim, wiedziałem, że chcę na pewno napisać o dwóch aseksualistach. Dookoła mnie pojawiło się za dużo związków, których miałem dość, przesyconych seksualnością i niemalże wzajemną obsesją. Miałem ochotę napisać coś uroczego, gdzie bohaterowie nie porzucają swoich przyjaciół, a związek jest… „normalny”. Nie przesycony seksualnością, skupiony tylko i wyłącznie na cielesności. Związek, którego kłótni nie da się naprawić pójściem do łóżka, którego nie zniszczy zdrada, jednorazowy skok w bok po pijaku. Związek pewnie niemożliwy do wyobrażenia dla osób, które nie mają pojęcia o aseksualistach. Że nie są oni tylko maszynami bez serca i w większości potrafią się zakochiwać.
Wziąłem kartkę czystego papieru i spojrzałem na moją tablicę korkową. Notatki z ostatniej książki nie były mi już potrzebne. Odpiąłem je więc, robiąc sobie trochę miejsca, spiąłem agrafką i odłożyłem do pudełka na szafce. Na czarnym kartonie drukowanymi literami napisane było: „KSIĄŻKI”. W środku było około kilkanaście spiętych kompletów kartek, różnych moich projektów, skończonych albo przerwanych. Najbarwniejszy z szarych światów, widniał napis na górze sterty. Chwilę wpatrywałem się dumnie we wszystkie rysunki, plany i konspekty rozpisane i rozrysowane przez lata. Jeżeli z czegoś w życiu byłem naprawdę dumny, to właśnie z tego. Właściwie poza pisaniem nie udało mi się chyba nic osiągnąć w życiu. To jedno pudło to był zbiór moich największych sukcesów. Nawet jeżeli nie wszystkie ujrzały światło dzienne.
Znowu usiadłem do biurka. Teraz, gdy miałem miejsce na tablicy, mogłem zapełnić ją ponownie. Zacząłem od rozpisania najważniejszych wątków, które chciałbym umieścić. Na razie nie było tego dużo. Zaznaczyłem tylko parę punktów:
— Aseksualny bohater jest wyszydzany przez przyjaciół;
— Gdy znajduje aseksualnego chłopaka, zaczyna kłamać, że jest gejem, bo w ten sposób łatwiej zyskuje akceptację;
— W końcu wychodzi na jaw, że ich związek jest czysto platoniczny, a oboje nie interesują się seksem. Wtedy obaj zostają skrytykowani.
Oparłem twarz o dłoń i w zastanowieniu przejeżdżałem palcami po klawiszach. Myślałem, co jeszcze mógłbym tutaj dodać, ale póki nie zacząłem, nie bardzo miałem na to pomysł.
Postanowiłem rozpocząć delikatnie. Musiałem najpierw przedstawić głównego bohatera, nim dam mu jakikolwiek wątek miłosny. Niech czytelnicy dostaną szansę poznania go, potem dodam jego problemy jako aseksa wśród osób seksualnych… Cóż, te nie będą się bardzo różnić od moich własnych przeżyć. A potem dodam coś w stylu, że spotykają się przypadkowo. Początkowo drugi chłopak ukrywa to, że jest seksualny, ale ujawnia się, gdy w głównym bohaterze dostrzega swoją bratnią duszę.
Uśmiechnąłem się do siebie na samą myśl o tym, co mnie czekało. Kilkaset stron pełnych ekscytacji, prowadzenia wątków, postaci, kreowania napięcia, o którym jak będę myślał, będę dostawał gęsiej skórki.
Uśmiech nie schodził mi z twarzy przez cały początek, gdy przedstawiałem czytelnikom i sobie samemu postać, z którą miałem spędzić tyle czasu. W głowie układałem już sobie sytuacje, które przeżyje i aż czułem przebiegające po plecach ciarki.
Po kilku akapitach uśmiech zszedł mi z twarzy, a pozostał tylko dreszcz ekscytacji. Zatonąłem we wspaniałym świecie pisarza, gdzie istniał tylko kreowany przeze mnie świat, dźwięk klawiatury i kolejne akapity zapełniające wirtualne kartki. Wciągnięty w tworzenie, całkowicie zapomniałem o wszystkim wokół mnie. Gdy sam już zacząłem się zastanawiać, jak poprowadzona będzie dalej fabuła, nagle lodowata dłoń strachu zacisnęła się na moim ramieniu. Podskoczyłem i odwróciłem się. Chwyciłem pierwszą rzecz, którą miałem pod ręką i dopiero wtedy przypomniałem sobie, że Cole tu w ogóle mieszka. Odłożyłem lampkę na stół, nim wyrwałem ją razem z kablem i odetchnąłem z ulgą.
— Czy możesz przestać to robić? Proszę?
— Przepraszam. Dostałeś wiadomość. Byłem trochę głośno, więc uznałem, że mogłeś nie słyszeć. Czego właściwie powinienem nie robić?
— Nie… nie zakradaj się tak do mnie. I nie stój nad moim łóżkiem, gdy się budzę. Ogólnie, kiedy nie wiem, że jesteś obok mnie, to trzymaj dystans. Jeśli będę wiedział, że jesteś chociażby w pokoju, to nie musisz trzymać dystansu.
— Rozumiem, zanotowane. Telefon?
— Dzięki…
Wziąłem komórkę i ku mojemu zaskoczeniu zauważyłem wiadomość od Matta. Dziwne. Co mogło być tak ważnego, że aż do mnie napisał? Szczególnie, że widzieliśmy się ledwo kilka dni temu.
„Hej, Leo, co powiesz na spotkanie w najbliższy weekend? Dziewczyny Dominica i Kennyego planują gdzieś wyjść, a ja załatwiłem świetny towar. Piszesz się?”
Podniosłem wzrok znad wyświetlacza na Cole’a. Czy mogłem go zostawić na cały wieczór i iść zabalować? W teorii przecież androidy były w stanie radzić sobie same, zostały do tego stworzone. Mimo to czułem się źle, że miałbym nie pilnować go przez cały dzień. Jak pracowałem nad książką, to było to co innego. W końcu byliśmy w tym samym domu. Mogłem go zabrać też ze sobą, ale nie odnalazłby się w takiej sytuacji. Dodatkowo, bałbym się dać mu alkohol, a co dopiero coś mocniejszego. Nigdy w życiu.
— Cole… Poradziłbyś sobie sam przez jeden dzień?
— W jakim sensie?
— No, miałbyś coś przeciwko, gdybym wyszedł spotkać się ze znajomymi w weekend?
Cholera, pytałem o zgodę, jakbyśmy byli parą albo małżeństwem. Ale w sumie to byłem czymś w rodzaju jego opiekuna. Nie mogłem od tak, bez jego zgody, zostawić go w domu.
— Oczywiście, że możesz. Nie masz obowiązku pilnować mnie przez cały czas. O ile zamierzasz wykonywać powierzone ci zadanie.
— Wyszedłbym w weekend, dobrze? Zostawię ci jakieś filmy i książki, ok?
— Rozumiem.
Uśmiechnąłem się niepewnie i znowu spojrzałem w telefon, próbując udawać, że nie widzę spokojnego spojrzenia androida, które czułem nad sobą.
„Jasne, że się piszę. A co z twoją dziewczyną?”.
„To już nieaktualne xD Było miło, ale po ostatniej imprezie zaczęła się okropnie jarać wspólnym mieszkaniem i ciągle o tym gadała. No coś mnie trafiało, więc się rozstaliśmy”.
Uniosłem brwi, odczytując wiadomość. Dlaczego mnie to nie dziwiło? Matt chwilowo nie miał partnerki, dlatego nagle miał dużo więcej czasu dla znajomych. To było dla niego tak typowe, że nawet mnie już nie dziwiło. Niemniej jednak… stwierdziłem, że przyda mi się odrobina odpoczynku od Cole’a. Minęły wieki, od kiedy razem zapaliliśmy.
„Jak ustalisz z chłopakami termin, to daj mi znać”.
„Spoko. Ty możesz się zapytać Kennego. Zrobimy sobie męski wieczór”.
Uśmiechnąłem się. W sumie ciężko mi było się wściekać na to, że wszyscy potrzebują wolnego od dziewczyn, żeby normalnie się spotkać we czwórkę, skoro dzięki temu w końcu mogliśmy spędzić czas tak, jak dawniej. W końcu ostatnio miałem wrażenie, że wszyscy dookoła żyli tylko związkowym życiem, a nie mieli już swojego własnego.
— Wydajesz się zadowolony — powiedział android, a gdy podniosłem na niego wzrok, na jego twarzy dostrzegłem delikatny uśmiech, prawie czuły. Zagryzłem dolną wargę, by stłumić emocje i odłożyłem telefon.
— Można tak powiedzieć. Umówiłem się z przyjaciółmi.
— To dobrze, spotkania z przyjaciółmi zmniejszają stres. Jednak lepiej byłoby dla ciebie, gdybyś nie pozwolił im na pomiatanie tobą. Ostatnio nie byłeś w najlepszym stanie, gdy o nich mówiłeś. Wydawałeś się wtedy zdołowany.
— To nic takiego. Czasami są okropni, ale tak to bywa w gronie przyjaciół. Zresztą, nawet mój edytor mówi, że powinienem spędzać więcej czasu z ludźmi.
— Zapewne zna się lepiej na ludziach niż ja. Skoro tak twierdzisz, to z całą pewnością będziesz zadowolony. Przygotowałem obiad i przeanalizowałem książkę, którą kazałeś.
— Wcale ci nie kazałem. Po prostu zaproponowałem ci przeczytanie tego, żebyś mógł wyrobić sobie gust.
Nie chciałem wydawać mu rozkazów. Chciałem, żebyśmy mieli normalną relację. Nie planowałem być jego właścicielem, jeżeli już to opiekunem. By traktować go jak człowieka, nie jak rzecz czy robota.
— Oczywiście. — Przytaknął z całkowitą obojętnością i chłodem.
Traktować go jak człowieka. Cokolwiek by się nie stało…
— No dobra, kończę pisać i zejdę na dół.
Cole przytaknął ponownie i wyszedł. Pokręciłem głową z dezaprobatą i usiadłem znowu do komputera, mając wciąż z tyłu głowy fakt, że Cole czeka na mnie na dole z obiadem. Kurde… Znowu się poczułem, jakbym był nastolatkiem piszącym całe dnie w pokoju i wychodzącym z niego tylko po to, by zjeść posiłek przygotowany przez matkę. Szczerze mówiąc nie sądziłem, że od kiedy wyprowadziłem się z domu i zamieszkałem na swoim, jeszcze kiedykolwiek będę w takiej sytuacji. A tym bardziej nigdy bym nie przypuszczał, że mamę zastąpi facet… o tym, że to android, wolałbym nawet nie wspominać.
Dokończyłem akapit i zszedłem na dół, gdzie już roznosił się zapach pieczonego kurczaka. Cole rozłożył jedzenie oraz kubek herbaty dla siebie. Chyba przywykł do tego, że czuję się lepiej, gdy jest czymś zajęty.
Usiadłem na krześle naprzeciwko i zabrałem się za jedzenie. Android spokojnie popijał napój, wpatrując się w swój kubek.
— Mówiłeś, że czytałeś tamte książki, prawda? — zagadnąłem, wypełniając męczącą ciszę.
— Przeskanowałem je i przeanalizowałem.
— To co o nich myślisz? Czy byłbyś w stanie określić, która ci się podobała, a która nie?
Specjalnie zaproponowałem Cole’owi kilka książek, które naprawdę lubiłem i te, których nie sprzedałem tylko dlatego, że dostałbym za nie o wiele mniej, niż zapłaciłem, a wtedy byłoby mi za bardzo szkoda tej różnicy. Liczyłem na to, że tak skrajne rodzaje wzbudzą w nim jakieś emocje.
— Wszystkie napisane były poprawnie, chociaż część z nich posiadała sporo błędów logicznych i merytorycznych.
— A która ci się najbardziej podobała?
— Leo, doceniam twoje starania, ale na obecnym poziomie nie jestem w stanie subiektywnie ocenić książki. Potrafię ocenić ją odnośnie poprawności i błędów logicznych, ale jeżeli różne teksty będą napisane zupełnie innym stylem, a będą całkowicie poprawne, nie będę potrafił ich ponumerować wedle moich upodobań.
— Dobra, dobra, zrozumiałem. — Oblizałem wargi z sosu, którym Cole oblał kotlety i przetarłem usta serwatką. — Swoją drogą, naprawdę rewelacyjny kurczak.
— Dziękuję za komplement. Dobrze wiedzieć, że ci smakuje. Jeszcze dokładnie nie znam twojego smaku, ale będę dokładał wszelkich starań, żeby ci się podobało.
— Dobra, czyli po prostu czytanie książek niezbyt ci pomaga się rozwijać?
— Przed wyjściem z laboratorium zostały mi wgrane do pamięci osiem tysięcy czterysta trzydzieści dwie książki z różnych gatunków i epok. Żadna nie miała wpływu na mój odbiór innych tekstów.
— Dobra, trzeba wymyślić coś innego, skoro to nie działa. A rozmawiali z tobą o nich? — zapytałem z nagłym ożywieniem.
— Moi twórcy nie mieli na to czasu. Zbyt skupieni byli na programowaniu kolejnych funkcji. Wszelkie nauki relacji międzyludzkich zostawili tobie.
— Dobra, nowy plan. — Wskazałem widelcem na Cole’a z szerokim uśmiechem i ekscytacją. Nawet jeżeli mój trop był dość słaby, to zawsze jakiś. Ten cały algorytm w końcu działał bazując na przeżyciach i wspomnieniach. Przynajmniej tak to rozumiałem. Może jeżeli zmuszę go, by zaczął myśleć o konkretnych książkach pozytywnie i negatywnie, to nauczy się, które są dobre, a które nie. Prawdopodobnie będzie to jednak moja opinia, ale od czegoś trzeba zacząć. — O każdej przeczytanej przez ciebie książce będziemy dyskutować. Spróbuję nauczyć cię zwracać uwagę na rzeczy, które są po prostu dobre lub nie. Przynajmniej moim zdaniem. To… co dzisiaj czytałeś?
Cole zastanowił się chwilę, wpatrując się pustym spojrzeniem przed siebie. Gdy skończył analizowanie, spojrzał znowu na mnie.
— Według internetowych opinii, najwięcej emocji wzbudzał Rozkwit oraz Desperacja. To pierwsze zyskało raczej pozytywne oceny, kiedy drugie raczej nie jest najlepiej komentowane. Niemniej jednak oba są dość popularne.
— Uch, ta Desperacja była okropna. — Skrzywiłem się na samo wspomnienie tego koszmaru. Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, ze wywrze to jakieś wrażenie na Cole’u, ale patrząc na niego, nie wzbudziło w nim to najmniejszych nawet emocji, co z kolei mnie zirytowało jeszcze bardziej. — Dobra, co o tym myślisz?
— Ciężko zaprzeczyć temu, że jest ona pełna logicznych błędów. Styl jest bardzo prosty i chaotyczny, autorka nieudolnie przeskakuje między czasami, łącząc wspomnienia z teraźniejszością. Praktycznie zerowa ilość opisów sprawia, że ciężko stworzyć sobie w głowie obraz świata. Z pojedynczych, szybko rzuconych słów, tworzy wrażenie, jakby całe miejsce akcji osadzone było w środku lasu, ale ciężko konkretnie to stwierdzić. Bohaterowie zachowują się często irracjonalnie, momentami brakuje im instynktu samozachowawczego. Wiele sytuacji ewidentnie jest nieprzemyślanych, a dodanych tylko dla dramatyzmu, jakby autorka pomyślała o nich tylko w chwili ich napisania. Według internetowych forów, sporo osób uskarża się na te rzeczy i sam styl oraz zachowanie rzeczonej autorki. Tłumaczenie swojej książki przed czytelnikami pod każdym negatywnym komentarzem prezentuje się mało profesjonalne. Sama fabuła jednak wydaje się poprawna, ortografia i interpunkcja podobnie.
Gdy skończył, wpatrywałem się chwilę w niego w całkowitej ciszy. Szczerze mówiąc, byłem przekonany, że nie potrafi on kompletnie wyrażać swojej opinii, a tu proszę… coś takiego?
— No, no… Jestem pod wrażeniem. To całkiem dokładna opinia. I bardzo ludzka, Cole.
— Nie chciałbym wyprowadzać cię z błędu, ale jest to całkowicie obiektywna opinia. Brak opisów jest sporym błędem, bo przez to ciężko zrozumieć, jak dokładnie wygląda świat. Jeżeli co chwilę mamy po prostu rzucone, że obok jest las, to tak naprawdę czytelnikowi nic to nie mówi. Tak samo błędy logiczne, których nie sposób się wyprzeć, nawet jeżeli autorka bardzo się stara i tłumaczy je na wszelkich możliwych stronach. Zaczynając od błędów w rodzaju nagłego pojawienia się broni, którą znajduje bohaterka, po drobnostki w rodzaju zmiany konsystencji gleby mimo takich samych warunków pogodowych.
A przez chwilę byłem z niego taki dumny… No cóż, przynajmniej w swój pokręcony sposób przyznał, że tekst był zły. To był krok w dobrym kierunku.
— Czyli ci się nie podobała?
— Miała sporo błędów, ale również w internecie jest wiele jej popleczników. Nie potrafię jednoznacznie stwierdzić, czy była dobra. — Dokończył i uśmiechnął się lekko. Powinienem docenić jego pracę i uznać, że naprawdę się starał, chociaż nie byłem co do tego przekonany. — A co ty myślisz o tej książce? — zapytał nagle, lekko przechylając głowę.
— Ja? Cz-czemu pytasz?
Lekko skołowany spojrzałem na niego. Nie rozumiałem, czemu chce znać moją opinię.
— Wydaje mi się, że dobrze wpłynęłoby na moje postrzeganie świata, gdybym poznał opinię kogoś, kto potrafi wyrażać swoje własne zdanie.
— Oh… T-to ma sens… chyba.
Zmarszczyłem brwi, by zastanowić się nad tym chwilę. Jak bardzo szczery powinienem być teraz w tej kwestii? Bo sam szczerze tej książki nienawidziłem, ale czy powinienem przerzucać na Cole’a mój własny gust? Chyba nie byłoby w tym nic złego, gdyby poznał różne opinie. Od tego trzeba zacząć, żeby zrozumiał, jak ludzie odbierają różne teksty.
— To tak… — Wziąłem głęboki wdech, szykując się na falę irytacji. — Nienawidzę tej książki. Z całego serca jej nienawidzę. Reklamuje się jako coś dobrego, a w rzeczywistości jest to jeden z najgorszych szajsów, jakie tylko czytałem. Nienawidzę tego, że autorka w ogóle nie daje żadnych opisów. Kilkanaście razy podczas czytania zastanawiałem się, gdzie dokładnie znajduje się ta cała szkoła i dom głównego bohatera. Najpierw mamy informację, że bohater jest w parku, potem niespodziewanie pod domem, następnie w lesie i nie ma żadnego, najmniejszego opisu, jak daleko są te miejsca od siebie i czy coś je dzieli, czy jest dom głównego bohatera, park i potem od razu szkoła. Nie mówiąc o tym, jaką okropną mimozą był ten cały Ben. Mam wrażenie, że lepiej byłoby, gdyby autorka dała mu wielką koszulkę z napisem: „jestem emo, nikt mnie nie rozumie”. Wyszłoby dokładnie na to samo. W ogóle nic sobą nie prezentuje, tylko cały czas narzeka, jaki to świat nie jest zły, ludzie źli i nikt go nie rozumie. Jeszcze gdyby to było dobrze przedstawione, to jeszcze, ale nie. Mamy kompletnie płaskiego i nieudolnie napisanego emo bez żadnego charakteru, który istnieje chyba tylko po to, żeby narzekać na cały świat. Bohaterowie poboczni też są całkowicie i kompletnie beznadziejni. A styl jest tak cholernie dziecinny i uproszczony, że nie da się tego czytać. Ja rozumiem, że to książka dla nastolatków, rzekomo, ale i tak, nawet nastolatkowie nie posługują się takim językiem. No dobra, może w mowie potocznej jeszcze tak, ale nie w książkach. Te mają ich edukować i rozwijać ich słownictwo, tymczasem to jest napisane po prostu słabo i źle. No i sama fabuła jest tak kompletnie nijaka. Nawet nie wiedziałem, po co właściwie to czytam. Rzekomy motyw snu był tak niepotrzebny i źle poprowadzony, że się zastanawiałem, czy nie jest to po prostu sposób na wprowadzenie jakiejkolwiek akcji, bo poza tym jej kompletnie nie ma.
Skończyłem mówić, ledwo łapiąc oddechy. Poczułem rosnącą we mnie frustrację na samą myśl o tym, jak wiele czasu zmarnowałem na czytanie tych trzystu stron suchych faktów i narzekania, bez nawet śladowej ilości fabuły.
Przetarłem oczy i podniosłem wzrok na Cole’a. Wpatrywał się we mnie uważnie z dziwnym wyrazem twarzy, częściowo obojętnym, ale trochę zbyt intensywnym. Aż poczułem się źle, czując na sobie to spojrzenie. Odkaszlnąłem w zaciśniętą pięść, chcąc odzyskać rezon i spojrzałem w niemal pusty talerz.
— Więc tak, bardzo mi się nie podobała.
— Rozumiem. W takim razie mógłbyś mi wyjaśnić, skąd taki zachwyt tą książką? Część czytelników daje maksymalną ilość gwiazdek i pisze o tym w naprawdę pozytywny sposób.
— Cóż, nie wszyscy mają wysokie wymagania. Czasami sprzedają się najgorsze gnioty, które po prostu, sam nie wiem, trafiają w czyjś gust. Wiesz ilu jest fanów naprawdę beznadziejnych i źle napisanych książek, które mają w sobie po prostu trochę seksu? Zdarza się, że ludzie czytają takie książki, które nie mają fabuły, sensu i logiki, tylko dlatego, że przykładowo marzą o przeżyciu podobnej historii miłosnej.
Westchnąłem. Były rzeczy, których kompletnie nie potrafiłem zrozumieć. I nigdy nie udało mi się po prostu odcinać od złych książek. Gdy tylko zdawałem sobie sprawę, że zmarnowałem dzień albo dwa na przeczytanie czegoś, co jest kompletnym gniotem, marnowałem kolejne godziny, by czytać recenzje, chcąc zrozumieć, skąd taki zachwyt. Zwykle bezskutecznie.
— To całkiem interesujące, że nawet ludzie czasami nie rozumieją innych ludzi i ich poczucia estetyki.
— Tak, można tak powiedzieć. Ludzie są zapewne znacznie bardziej skomplikowani, niż maszyny. Wyjaśnić nasze zachowanie jest trudno, a co dopiero zrozumieć.
Zaśmiałem się krótko. Ta, sam nie rozumiałem ludzi. Dlaczego właściwie miałem uczyć o nich kogoś innego? Chyba byłem do tego najgorszą możliwą osobą. Całe szczęście nasza nauka miała się ograniczać do filmów czy książek, a nie ludzi. Nie wiem, czy potrafiłbym pokazać androidowi, jak znajdować sobie znajomych wartych zaufania czy choćby odczytywać ich emocje.
— Czy coś się stało? — zapytał Cole, gdy zamilkłem na jakiś czas. Pokręciłem głową, by rozbudzić się z zamyślenia i uśmiechnąłem się słabo.
— Nie, wszystko w porządku. Wybacz, trochę odpłynąłem.
Spojrzałem na telefon i znowu pojawiła się u mnie szalona myśl. Byłem absolutnie pewny, że nie chcę, żeby Cole poznał moich przyjaciół, ale… teraz zacząłem się wahać.
Każdy z nich był bardziej ludzki niż ja. Na każdej płaszczyźnie. Prawdopodobnie też lepiej by się nadawali, by nauczać kogokolwiek o relacjach. Może faktycznie to tego potrzebował android, żeby się trochę rozwinąć? Zagryzłem dolną wargę, chwilę analizując wszystkie za i przeciw, a potem znowu spojrzałem na androida. Gdy ten przechwycił mój wzrok, przechylił głowę z beznamiętno-pytającym wyrazem twarzy.
— Cole… jak myślisz, jak wpłynęłaby na ciebie interakcja z innymi ludźmi, poza mną?
— Jestem przekonany, ze pozytywnie. Poznawanie innego zdania i opinii jest ważne dla rozwoju.
— Bo wiesz, zastanawiałem się nad jedną rzeczą. Jeszcze nie jestem przekonany, ale może gdy będziesz zachowywał się bardziej jak człowiek, mógłbym przedstawić cię moim przyjaciołom.
— Myślę, że poznanie ich może być cennym doświadczeniem.
Musiałem to jeszcze przemyśleć, ale uznałem, że tak zróżnicowane towarzystwo może pomóc Cole’owi.
Nie… to było tylko jednym z powodów. Byłem ciekawy, jak oni zareagują. Jak poradziliby sobie z kimś tak ekscentrycznym, niedopasowanym do społeczeństwa, kogo się nie da wyprowadzić z równowagi czy obrazić. Najbardziej samolubna część mojej natury chciała za to mieć u boku kogoś, kto obiektywnie oceni, po czyjej stronie stała racja. Czy to ja jestem podły i nie umiem się dostosować do świata, czy świat mógłby okazać mi trochę zrozumienia.
Poczułem się dziwnie. Nagle ogarnęło mnie zmęczenie i senność, a dodatkowo miałem wrażenie, że wielki kamień zaległ mi na sercu. Cholera, dlaczego zawsze na myśl o moich kumplach zaczynałem czuć się tak beznadziejnie samotny i porzucony?
— Cole? — zapytałem cicho.
— Tak, Leo?
— Może obejrzymy wieczorem jakiś film?
— Dobrze, Leo.
Pokręciłem głową, by pozbyć się z głowy dziwnych myśli, że naprawdę lubię ten częściowo mechaniczny dźwięk głosu Cole’a, kiedy wypowiada moje imię.
***
Gdy android siedział na kanapie, lustrując mnie uważnym spojrzeniem, jakby analizował każdy mój ruch, ja starałem się udawać, że wcale tego nie widzę i przeglądałem strony internetowe w poszukiwaniu czegoś w miarę dobrego. Skoro wcześniej gadaliśmy o złej książce, dla kontrastu wolałem pokazać mu coś wartościowego.
Przez chwilę kusiło mnie, by odpalić jakiś film o sztucznej inteligencji albo sci-fi, jak Matrix, aaaale… dla własnego bezpieczeństwa wolałem nie pokazywać Cole’owi, że mógłby się zbuntować i zacząć mordować ludzi. Nie, żebym się spodziewał, że byłby do tego zdolny… Wolałem tego nie sprawdzać. Ci z neWord nie byliby zachwyceni, gdybym zamiast wyrobić w Cole’u jego własny gust, sprawiłbym, że ten chciał zniszczyć świat.
Wahałem się długo, szukając najbardziej odpowiedniego filmu. Dobrego i ciekawego, by mój android mógł się czegoś nauczyć.
Określenie „mój android” pojawiło się u mnie nagle, całkowicie mnie zaskakując.
Zganiłem się szybko. Przecież miałem go traktować jak przyjaciela, a nie przedmiot. Chociaż w ogóle nie myślałem tak o Cole’u, pewien niepokój związany z tą myślą pozostał.
Ostatecznie wybrałem dramat, który miałem okazję obejrzeć kilka lat wcześniej. Sam nie przepadałem za tą tematyką, ale była doskonała, żeby uczyć o ludzkich emocjach. Na pewno jakiś ciężki film mógł nauczyć go tego bardziej niż moja socjopatyczno-introwertyczna natura.
Zdecydowałem się na film o uzależnieniu od narkotyków. Opowiadał o grupce osób, których życia w luźny sposób były ze sobą powiązane, a każdy z nich walczył z jakimś nałogiem. Oglądałem go kiedyś, bardzo dawno temu, i pamiętałem, że był naprawdę ekscytujący. Mimo mojego znienawidzenia do dramatów, ten całkiem mnie wciągnął. Chociaż wspominałem go naprawdę niemile, bo pierwszy raz oglądałem go, by dobić się po odrzuceniu mojego pierwszego tekstu. Miałem wtedy siedemnaście lat.
— Co to za film? — zapytał Cole, wciąż uważnie mi się przypatrując.
Siedział prosto na kanapie ze złączonymi nogami, dłońmi na kolanach i prostymi plecami. Nawet jego postawa była całkowicie nienaganna.
— Dramat. Pokazuje o ludzkich słabościach. Kiedy uzależniają się od różnych substancji, momentami przestają nad sobą panować. Zachowują się całkowicie irracjonalnie, szkodzą sobie i innym. To ta mroczna część bycia człowiekiem. Nie oceniaj tylko wszystkich ludzi na podstawie tego filmu — dodałem, gdy zdałem sobie sprawę, że mógłby to tak odebrać.
— Poznanie was z innej strony niż znam do tej pory, może być wartościowym doświadczeniem.
— Cieszę się. Wiesz, ludzie z neWord nie byliby zachwyceni, gdyby się dowiedzieli, że zniechęciłem cię do ludzi.
— Nie sądzę, żeby to w ogóle było możliwe.
— Mam taką nadzieję.
Poszedłem jeszcze do kuchni. Wziąłem z lodówki piwo, a do miski wsypałem precelki i chipsy. Cole pewnie nie jadłby tego tak czy tak, ale zawsze przyjemniej się oglądało z przekąskami i czymś do picia.
— Leo, nie sądzisz, że lepiej byłoby, gdybym po prostu zgrał sobie do pamięci ten film? Przeanalizowałbym go całego w ciągu kilku sekund i od razu moglibyśmy o nim porozmawiać.
Przewróciłem oczami, zostawiając rzeczy na stoliku do kawy między kanapą, a telewizorem. Zwalczyłem w sobie irytację i powstrzymałem się, żeby nie okazać Cole’owi jawnej agresji. Znowu.
— Nie, nie byłoby lepiej — powiedziałem z wymuszonym spokojem, który utrzymywałem z najwyższym trudem. — Cole, miałem zrobić cię jak najbardziej ludzkim. Zgrywanie ci do pamięci wszystkich tych książek, jak widać, nic nie dało. Dlatego będziesz oglądał filmy zupełnie jak każdy normalny człowiek. Może to chociaż trochę posunie naszą naukę do przodu.
— Rozumiem. W takim razie obejrzę z tobą. Prawdopodobnie masz rację i faktycznie będzie to bardziej pomocne, niż zwykła analiza.
No i jak miałem się na niego gniewać? Nawet gdy miałem go dość, ten spokojny, beznamiętny głos i niewinne spojrzenie, nieskażone irytacją czy gniewem, wystarczyło, żeby całkowicie mnie ugasić. Nie mogłem przecież gniewać się na osobę tak kompletnie odciętą od jakichkolwiek emocji.
Usiadłem na kanapie tuż przy nim, rozkładając się wygodnie na poduszkach. Miałem już włączać play, kiedy mój wzrok padł na mężczyznę obok mnie.
— Wiesz, że możesz się trochę wyluzować? W sensie… nie siedź aż tak sztywno.
— Taka pozycja jest dla mnie optymalna. Powinienem ją zmienić?
Zawahałem się z odpowiedzią. Wolałem, żeby zachowywał się bardziej ludzko, ale nie chciałem też, żeby robił coś wbrew sobie. Chociaż… czy mógłbym powiedzieć, że cokolwiek robił zgodnie z sobą? Jego ciągłe uświadamianie mnie, że jest androidem, sprawiło, że coraz ciężej było mi o nim myśleć, jak o prawdziwej osobie.
— Siedź tak, jak ci wygodnie. Tylko no. Jeżeli kiedyś zabrałbym cię do moich znajomych, musiałbyś zachowywać się bardziej ludzko.
Cole spojrzał przed siebie, a jego wzrok ponownie stał się całkowicie beznamiętny. Byłem już przygotowany na dłuższą analizę, więc otworzyłem puszkę piwa i wziąłem kilka łyków, nim android znowu zwrócił spojrzenie na mnie.
— Uważasz, że behawioralne upodobnienie się do ludzi może mieć wpływ na moje postrzeganie waszej rzeczywistości, a przy tym łatwiejsze wyrobienie mojego algorytmu preferencji, bazującego na wspomnieniu zachowań ludzkich?
— Dokładnie. — Przytaknąłem, kiwając głową.
— Brzmi to sensownie. Jak powinienem w takim razie usiąść?
— Sam nie wiem… Po prostu tak, jak ci będzie wygodnie… Chociaż… Nie wiem. Po prostu trochę się rozluźnij.
Wziąłem miskę z chipsami i rozłożyłem na kanapie. Nogi oparłem o stolik do kawy i odpaliłem film.
W ciągu kilku minut, gdy na ekranie pojawiały się postacie, które mieliśmy okazję dopiero poznać, na razie jeszcze całkiem niewinne i nieuzależnione, zerkałem na Cole’a. Gdy zmienił pozycję, siedział z rękoma założonymi na brzuchu i nogami opartymi o stolik do kawy. Z ciekawości poprawiłem się i usiadłem po turecku, a android, chociaż wciąż patrzył na telewizor, przyjął dokładnie tę samą postawę, co ja. W jakiś sposób to było zabawne, że obrał mnie sobie za swoisty wzór. Nie, żeby miał jakikolwiek wybór. Nawet gdy skupiałem się na filmie, mój wzrok ciągle mimowolnie lądował na nim. Cholera, w tym wszystkim było coś naprawdę uroczego. Chociaż to, że zaczynałem tak myśleć, trochę mnie przerażało.
Cole siedział cały czas wpatrzony w ekran, zmieniając pozycję tylko wtedy, kiedy ja to robiłem. Z tą różnicą, że nie próbował nawet sięgnąć do przekąsek, które miałem przygotowane na stole. Nawet nie oglądał. Analizował. Wpatrzony w sam środek telewizora wydawał się dostrzegać nawet najmniejsze szczegóły, których ja sam nigdy nie zauważyłem.
W kluczowych momentach zerkałem na androida, oczekując jakiejś reakcji, ale jego twarz pozostawała całkowicie obojętna. Chciałem całkowicie się skupić na historii, ale co jakiś czas mój wzrok błądził do drugiego końca kanapy.
Historia rozgałęziała się i łączyła losy trójki bohaterów w różnym wieku. Chciałem, by Cole czerpał z tego jak najwięcej, więc w ważnych chwilach głośno wyrażałem swoją opinię, nie zawsze obiektywną. Było to mniej zabawne niż oglądanie z ludźmi. Ci zwykle zgadzali się ze mną albo twierdzili, że kompletnie się mylę. Czasem po prostu kazali mi się zamknąć, bo przeszkadzałem im w oglądaniu. Cole nie komentował, czasami przytakiwał, więc czułem się trochę tak, jakbym mówił do siebie. Ale przynajmniej miałem pewność, że mnie słucha. Pewnie pamiętał każde moje słowo dużo lepiej niż ja sam.
— Jak ci się podobało? — zagadnąłem, gdy skończyliśmy. Siedział oparty o kanapę ze skrzyżowanymi nogami, trzymając dłonie na kostkach. Identycznie, jak ja w tej chwili.
— Nie mam wystarczającej wiedzy, by ocenić, jak zachowują się ludzie po poszczególnych narkotykach, więc ciężko mi ocenić wiarygodność tego filmu, ale pod każdym innym względem wydaje się poprawny.
— To… super.
— A jaka jest twoja opinia o tym filmie? Bardziej ogólna niż twoje dotychczasowe uwagi?
— Lubię go — odpowiedziałem bez większego wahania. — Znaczy… jest cholernie smutny. Zawsze chce mi się płakać. Ogólnie nie lubię dramatów, bardzo rzadko je oglądam. Mimo to, mam pewien sentyment do tego filmu. Wzbudza we mnie wiele emocji. Nie zawsze pozytywnych, ale takie też są ważne. Podoba mi się odwzorowanie problemów tych osób. W porównaniu z nimi moje wydają się… mniej dołujące.
— To dlatego ludzie oglądają dramaty?
— Cóż, chyba częściowo tak. A częściowo dlatego, że lubią takie rzeczy. Wiesz, ciężko wytłumaczyć po prostu bycie człowiekiem. Tak samo niektórzy uwielbiają horrory, tylko po to, by odczuwać strach. To bardzo silne uczucie i… — Nagle mnie olśniło. A mógł to być plan genialny, albo najgorszy z możliwych. Hej, no właśnie, może chciałbyś obejrzeć jakiś horror?
— Cokolwiek zadecydujesz, dostosuję się do ciebie.
Nie wdawałem się w dalsze dyskusje. Nienawidziłem horrorów, od dziecka byłem tchórzem, ale może strach to była emocja, której potrzebował Cole? Nie miałem nic do stracenia. Poza nadszarpniętą psychiką.
Przejrzałem listę dostępnych horrorów i już same ich miniaturki powodowały u mnie dreszcze. Szukałem czegoś mimo wszystko lekkiego, co z dużą dozą prawdopodobieństwa pozwoli mi zasnąć przez kolejny miesiąc. Zdecydowałem się na klasyk o morderczym klaunie, korzystając z tego, że ich akurat bałem się mniej, niż demonów czy zdeformowanych potworów.
Usiadłem bliżej Cole’a z cichą nadzieją, że tego nie zauważy. Czułem się nieco pewniej, przylegając do jego ramienia. Jakoś wtedy łatwiej znosiło mi się patrzenie na psychopatów rozcinających nieuważnych nastolatków na części. Jego skóra była miękka, ale pod nią czułem twardość metalu. Biło od niego ciepło. Było jakoś mniej przerażająco, gdy wiedziałem, że jest tuż obok.
Od pierwszych scen czułem, jak serce mi przyspiesza. Niewinny najazd na pokój już powodował u mnie ciarki na karku. Gdy w ciągu pierwszych minut poznaliśmy parę przyjaciół, ja już czułem uścisk w sercu spowodowany świadomością, że jeden z nich na pewno umrze.
Początek wydawał się dłużyć, chociaż może przez to, jak bardzo się spinałem. Czułem, jak się trzęsę, a każdy dźwięk czy najazd na ciemność, chociażby chwilową, sprawiał, że aż podskakiwałem, pesząc się na myśl, że Cole to widzi, a już z całą pewnością czuje.
Klaun pojawił się na ekranie telewizora, a mi serce podeszło do gardła. Niemalże zmuszałem się, by nie odwrócić wzroku, gdy patrzył pustym spojrzeniem w bohatera. Lekko rozjechane oczy ledwo prześlizgiwały się po kamerze, a i tak miałem wrażenie, że patrzy prosto na mnie. Przeszywał mnie wzrokiem i nawet namalowany uśmiech miał w sobie coś złowrogiego. Podciągnąłem kolana do piersi, jakbym mógł w ten sposób odgrodzić się od…. Tego.
Ledwo rozumiałem sens jego słów, gdy kusił niewinnego chłopca, a wzrastające napięcie tym bardziej sprawiało, że czekałem na najgorsze, w jakiś paradoksalny sposób sprawiając, że tym bardziej nie mogłem odwrócić wzroku od ekranu. Miałem ochotę krzyczeć „uciekaj!” do młodego bohatera, ale wiedziałem, że jego los jest przesądzony.
Muzyka uderzyła niczym młot, gdy w jednej chwili pomalowane usta rozszerzyły się nienaturalnie, ukazując paszczę pełną ostrych zębów.
Krzyknąłem, skuliłem się i schowałem za tym, co było najbliżej — plecami Cole’a. Ściskałem jego ramię, drżąc i zaciskając oczy, gdy docierały do mnie tylko krzyki i obrzydliwe odgłosy miażdżonych kości i mięsa.
Gdy zelżały, ścieżka dźwiękowa się uspokoiła, ale ja nie byłem w stanie. Nawet gdy byłem już pewny, że po wstępie wróciliśmy do normalnej fabuły, pozbawionej potworów.
Próbowałem złapać oddech, drżąc jak małe dziecko jeszcze przez kilka minut, pozwalając lękowi stopniowo opadać, a wzrastać zażenowaniu, gdy uświadamiałem sobie, w jakiej sytuacji się teraz znajduję.
W telewizji rozbrzmiały już normalne rozmowy. Dopiero wtedy nieśmiało się odsunąłem. Czułem, jak się rumienię, więc tym usilniej starałem się odwrócić od Cole’a. Nie chciałem, żeby patrzył na mnie w ten sposób. Widział, jaki jestem przerażony i żałosny.
Próbowałem skupić się na filmie, chociaż wciąż czułem dreszcze. Nie byłem tylko do końca pewny ich źródła — strachu czy zażenowania. Trwało to niemalże cały film, a z każdą kolejną sceną coraz śmielej chowałem się za Colem, gdy nie mogłem znieść tego, co się dzieje na ekranie. Czasami siedziałem w ten sposób przez całe sceny. Dopiero gdy muzyka stawała się cichsza albo moje serce przestawało tak szaleńczo bić, z lekkim zażenowaniem znowu skupiałem się na filmie. Cole jednak ani razu nie zwrócił mi na to uwagi. Siedział wpatrzony w telewizor, nawet gdy ja przyglądałem się jego twarzy, oczekując reakcji.
Poczułem nieukrywaną ulgę, gdy po finałowej scenie walki z potworem, wszystko się unormowało, a bohaterowie wrócili do codzienności. Chociaż wciąż pozostała w nich świadomość, że to wcale nie jest koniec, a znak zapytania po końcowym „the end” wydawał się tylko to potwierdzać, pozostawiając strachliwego odbiorcę w przekonaniu, że to wcale nie jest szczęśliwe zakończenie.
Chwilę wpatrywałem się w napisy końcowe, uspokajając szybsze bicie serca. W końcu zwalczyłem wrażenie, że każdy kawałek ciemnego pokoju chce mnie zamordować i z lekko przerażonym, wymuszonym uśmiechem, spojrzałem na Cole’a.
— To pewnie bez różnicy, co obejrzymy teraz, prawda?
Wciąż było wcześnie, mogliśmy zaszaleć i pozwolić sobie na jeszcze jeden film. A po horrorze miałem naprawdę ochotę na jakąś komedię, która odwróci moją uwagę od tego, że o czymkolwiek teraz nie myślałem, pojawiał się tam psychopatyczny morderca, który wdzierał się nawet do moich szczęśliwych miejsc, by mnie dorwać i zniszczyć.
— Właściwie to uważam, że przydatna byłaby analiza kolejnego horroru. Zachowania i reakcje bohaterów podczas niebezpiecznych sytuacji momentami sprawiają wrażenie irracjonalnych. Łatwiej byłoby mi to zrozumieć, gdybym mógł porównać ten film do jakiegoś innego.
— Uch… W horrorach postacie nie zachowują się racjonalnie. Chodzi o to, żeby wzbudzić jak największe napięcie. Gdyby bohaterowie zachowywali się, no wiesz, jak normalni ludzie, nie wpakowywali się w sytuacje, które sprawiają, że film jest ciekawy — powiedziałem z niepewnym wyrazem twarzy. Naprawdę miałem dość straszenia jak na jeden dzień, ale była to pierwsza prawie całkowicie subiektywna opinia Cole’a. Wcześniej dostosowywał się do mnie albo w ogóle nie wyrażał swojego zdania, ograniczając się do obiektywnych uwag. Pierwszy raz tak naprawdę zainteresował się jakimś tematem.
Po prostu nie mogłem w takiej sytuacji odmówić. Szliśmy w zbyt dobrym kierunku, żebym mógł teraz z tego zrezygnować. Potem na pewno plułbym sobie w brodę, że nie wykorzystałem takiej opcji, by nieco uczłowieczyć Cole’a.
— Niech będzie.
Westchnąłem. Nie sądziłem, że przekona się akurat do horrorów. Nie wiedziałem, czy powinienem z tego powodu bardziej się cieszyć czy być wkurzonym, że w bliskiej przyszłości mogę być narażony na ten okropny gatunek.
Z bólem serca odpaliłem kolejny horror. Tym razem kierując się listą tych najbardziej polecanych, włączyłem klasykę: o psychopacie, który mordował ludzi we śnie.
Ponownie, wedle wszelkich moich obaw, na zmianę siedziałem przyklejony do Cole’a i chowałem się za nim, nerwowo ściskając jego ramię. W najbardziej emocjonujących scenach właściwie nie puszczałem jego ręki, cały czas się trzęsąc.
Film powoli dobiegał końca, a ja robiłem się coraz bardziej senny. Przyłapywałem się na tym, że mimo adrenaliny i coraz szybciej bijącego serca, nie mogę powstrzymać się przed ziewaniem. Oparłem głowę na ramieniu androida, którego i tak się cały czas trzymałem na wypadek kolejnej strasznej sceny. Powieki zaczęły mi się kleić i ciężko mi było się skupić na tym, jak bohaterowie próbowali pokonać dręczące ich przez cały film zło.
Zmęczone oczy nie chciały pozostać otwarte, nawet podczas najważniejszej sceny w filmie. Mimo prób, w końcu same mi się zamknęły. Próbowałem skupić się chociażby na dźwiękach z telewizora.
Bezskutecznie.
Rozdział 8
Z błogich objęć snu bezlitośnie próbował wyrwać mnie budzik. Przerzucałem się z boku na bok, starając pozostać w świecie sennych marzeń. Niestety, dźwięk alarmu jak na złość nie chciał zamilknąć.
Wyciągnąłem rękę i na oślep chciałem włączyć drzemkę. Nim zdążyłem to zrobić, muzyka zamilkła. Ściągnąłem poduszkę z głowy i podniosłem wzrok. Mimo zaspania, spodziewałem się zobaczyć Cole’a przy moim łóżku, więc zdziwiłem się, gdy go tam nie było.
Ledwo dostrzegłem w kącie ruch, tuż poza zasięgiem mojego wzroku. Zarejestrowałem wysoką postać i podskoczyłem przerażony, nim rozpoznałem w niej androida. Przyłożyłem dłoń do piersi i westchnąłem. Jakby maraton horrorów nie wystraszył mnie już wystarczająco…
Spojrzałem na postać zmęczony i lekko skołowany. Przetarłem oczy i z trudem usiadłem na łóżku. Cole wyglądał nieco niepokojąco, wpatrując się we mnie z daleka. Nie potrafiłem stwierdzić, czy nie wygląda jeszcze bardziej przerażająco niż gdy był tuż przy moim łóżku.
— Dlaczego tam stoisz?
— Powiedziałeś, że mam nie stać przy tobie, gdy się budzisz. Czy taka odległość jest wystarczająca, żebyś czuł się komfortowo?
Milczałem. Walczyłem z frustracją, trzymając łokcie oparte na kolanach, a na splecionych dłoniach opierając twarz. Zastanawiałem się, czy w ogóle miałem siłę, żeby mu cokolwiek tłumaczyć. Dla własnego dobra psychicznego powinienem, ale było na to zdecydowanie za wcześnie.
— Tak, może być. Ale nie stój tak nigdy w nocy, bo dostanę zawału. Chwila…
Rozejrzałem się po pokoju, gdy do rozbudzonego umysłu dotarła myśl, która powinna pojawić się w mojej głowie na samym początku.
— Cole…
— Tak, Leo?
— Czy nie zasypiałem na dole, na kanapie?
— Tak, Leo.
Wziąłem kolejny głęboki wdech. Żeby zadać następne pytanie musiałem zachować całkowity spokój, inaczej naprawdę mógłbym się wkurzyć.
— Czy ty zaniosłeś mnie do łóżka?
— Tak, Leo.
Spodziewałem się tej odpowiedzi. Właściwie nie oczekiwałem żadnej innej. Jakoś nagle minęła mi senność.
Wziąłem kilka głębszych wdechów i przetarłem oczy, nim spojrzałem znowu na Cole’a, powściągając irytację.
— To jest, kurwa, przerażające.
— Dlaczego?
— Bo… bo po prostu to jest przerażające. Dorosły facet może nieść drugiego faceta tylko wtedy, gdy ten pierwszy jest pijany albo umiera.
— Rozumiem. Co powinienem w takim razie zrobić następnym razem, gdy zaśniesz na kanapie?
— Obudzić mnie! — Wziąłem kolejny głęboki wdech. — Albo zwyczajnie tam zostawić. Następnym razem, gdy zasnę, możesz zająć moje łóżko. Albo… nie wiem, zrzucić mnie na ziemię, przynieść koc… cokolwiek, byle nie to.
— Dobrze. — Przytaknął krótko. Był naprawdę niemożliwie niemożliwy. — Przygotowałem śniadanie.
— Mhmm… Zaraz zejdę. Możesz poczekać na mnie na dole?
— Oczywiście.
Dopiero, gdy wyszedł, pozwoliłem sobie na delikatny uśmiech, który dotychczas ukrywałem dłońmi. Zagryzłem dolną wargę, powstrzymując się od śmiechu. Nawet nie wiedziałem, skąd u mnie to rozbawienie. Jeszcze chwilę temu byłem wściekły. Przyzwyczajając się do Cole’a, jednocześnie coraz bardziej i coraz mniej wkurzałem się na jego dziwaczne zachowania, a te wydały mi się coraz zabawniejsze, gdy o nich myślałem na spokojnie. I… cóż, na swój pokręcony sposób było to wyjątkowe. Nienawidziłem się za to, że tak mnie to bawiło, ale z dnia na dzień chyba coraz bardziej zaczynałem lubić androida. Zacząłem się nawet obawiać, że przez te trzy miesiące tak się do tego przyzwyczaję, że będę za tym tęsknił. No bo… kto inny zachowywał się jak Cole? Na swój nieporadnie-irytująco-uroczy sposób był naprawdę wyjątkowy. Nawet nie rzucił żadnym złośliwym komentarzem, gdy kleiłem się do niego pół wieczoru.
Zarumieniłem się nagle, gdy przypomniałem sobie wczorajszy maraton. Nie mogłem nic poradzić na to, że byłem tchórzem, ale gdy teraz odtwarzałem sobie ten wieczór, czułem ogromne zażenowanie. Czy Cole uważał to za żałosne, czy całkowicie normalne, należały mu się chyba przeprosiny.
Poszedłem do łazienki i przemyłem twarz, by się rozbudzić, nim zszedłem na dół. Android już czekał na swoim miejscu, z parującym kubkiem herbaty stojącym przed nim.
— Umm… Cole, mam sprawę. — Usiadłem naprzeciwko niego i wbiłem speszony wzrok w kawę. — Czy możemy porozmawiać o wczorajszym wieczorze?
— Oczywiście. Myślę, że będzie to nawet dość adekwatne. Warto byłoby omówić filmy, które wczoraj obejrzeliśmy.
— Nie, nie o to chodzi.
Moje zażenowanie było coraz bardziej widoczne na czerwieniejącej twarzy. Gdybym rozmawiał z kimkolwiek innym, łudziłbym się, że tego nie zobaczy, ale wiedziałem, że android widział moje speszenie na długo, nim zacząłem się rumienić.
— Słuchaj, chciałem powiedzieć tylko, że jest mi trochę głupio, jeżeli chodzi o wczorajsze sytuacje przy horrorze. A właściwie to… o moje zachowanie — mówiłem coraz mniej pewnie, wpatrując się w napój. Wiedziałem, że Cole nawet nie wie, że zrobiłem coś, co może nie było do końca w porządku dla heteroseksualnego faceta. Czułem jednak, że muszę mu to powiedzieć. — Wiem, że pewnie ci to nie przeszkadzało, ale to, że, no wiesz, chowałem się za tobą i trochę… trochę się do ciebie kleiłem. Przepraszam…
Nie sądziłem, że powiedzenie tego będzie aż tak trudne. Miałem świadomość, że Cole nie ma mi nic za złe i nawet nie wie, że to mogłoby być coś dziwnego, ale i tak czułem się źle, że postawiłem go w takiej sytuacji.
— Nie rozumiem. Co nietaktownego było w twoim wczorajszym zachowaniu?
— No że… Ogólnie wiesz… Społeczeństwo uważa, że mężczyźni nie powinni za bardzo się do siebie zbliżać. Gdybym zachowywał się podobnie w miejscu publicznym, wiele osób mogłoby mieć o to pretensje.
Milczał chwilę, wpatrzony w przestrzeń, jakby analizując wczorajszy wieczór. Dopiero potem znowu spojrzał na mnie.
— Wciąż nie rozumiem. Twoje zachowanie podyktowane było naturalnym odruchem, jakim jest strach. Nie zarejestrowałem żadnych dwuznacznych odruchów.
— Po prostu… wolałem się upewnić, czy to jest w porządku dla ciebie. Wiesz, w tego typu bliskości tak ogólnie… nie ma nic złego. — Starannie dobierałem słowa, próbując jak najlepiej wyjaśnić androidowi zawiłości uwarunkowań kulturowych. — Ale… wielu mężczyzn poczułoby się niekomfortowo w takiej sytuacji, bo… no nie życzą sobie fizycznego kontaktu z drugim mężczyzną. Kwestia… przestrzeni osobistej jest bardzo umowna i zależy od wielu czynników.
— Nie powinienem w przyszłości pozwolić ci na taką bliskość?
— Nie, chodzi o coś zupełnie innego. Nie powinieneś pozwalać na to obcym ludziom. Czekaj, może tak… Poziom bliskości, na jaki powinieneś zezwalać innym, zależy od tego, jak zażyłą relację macie.
— Odniosłem wrażenie, że nasza relacja jest wystarczająco bliska, by tego typu zachowania były normalne. Jeżeli podświadomie uznałeś, że jesteś gotowy na traktowanie mnie jako wsparcie w takiej sytuacji, powinienem chyba odpłacić się tym samym, prawda?
— Cóż, chyba tak.
— Rozumiem. Będę w takim razie zachowywał bezpieczny dystans w stosunku do obcych ludzi. Jednak jeżeli chodzi o ciebie, wzorując się na zachowaniach ludzi, wydaje mi się, że powinieneś być dla mnie wystarczająco bliską osobą, żeby taki dotyk nie powodował we mnie wrażenia dyskomfortu, gdybym był w stanie takowy odczuwać.
— Cóż, dobrze, że o tym porozmawialiśmy i nie masz mi tego za złe. Chciałeś porozmawiać o tym filmach…
Modliłem w myślach, żeby Cole nie próbował ciągnąć wcześniejszego tematu. Ku mojej uldze, nie zrobił tego.
— Tak, mam dokładnie trzydzieści cztery pytania nawiązujące do waszych zwyczajów i zachowań, jeżeli to nie problem. Po pierwsze, chciałbym zrozumieć, skąd u was potrzeba zejścia do ciemnej piwnicy, w momencie, gdy w domu dzieją się dziwne rzeczy, a stamtąd słychać niepokojące dźwięki?
Uśmiechnąłem się rozbawiony, nie mogąc się po prostu powstrzymać. Czasami nie wiedziałem, czy bardziej zabawna była jego nieporadność życiowa, czy tłumaczenie mu idiotycznych rzeczy, które robią ludzie. Może w świecie, gdzie my i roboty by koegzystowały razem, to ludzie byliby tymi dziwnymi?
Dzień zapowiadał się naprawdę pięknie. Poranne promienie słońca wpadały przez wielkie, świeżo umyte okna, kawa zrobiona przez Cole’a była pyszna i aromatyczna, miałem wenę do pisania, moja nowa książka zapowiadała się całkiem obiecująco, a w najbliższych dniach miałem się spotkać z kumplami, jak za starych, dobrych czasów. Szkoda tylko, ze Kenny wciąż nie dał znać, czy zamierza przyjść czy nie. Albo raczej — czy zamierza przyjść, skoro jego dziewczyna nie jest zaproszona — ale nie zamierzałem się tym przejmować. Wcześniejsza niepewność i lęk związany z Colem jakoś mi przeszły.
Patrząc na widoki za oknem, pierwszy raz od dłuższego czasu pomyślałem sobie, że życie wcale nie jest aż tak beznadziejne, jak mi się wydawało.
Rozdział 9
— Halo? Alex?
— Cześć, Leo. — Głos w telefonie był spokojny. W tle słyszałem przerzucane papiery i ciche rozmowy w tle. — Coś się stało?
— Można tak powiedzieć. Zacząłem pisać nową książkę.
— O, to super. Myślałem, że robisz sobie wolne.
— Zrobiłem na prawie tydzień.
Uśmiechnąłem się, prawie dumny z siebie, że wytrzymałem aż tyle.
— Ale po głosie wydajesz się całkiem pogodny. Chyba posiadanie „współlokatora” ci służy, co?
— Czy ja słyszałem sarkazm w twoim głosie? — zapytałem z nutą oburzenia.
— U mnie? Skąd. — Nawet przez telefon słyszałem rozbawienie w jego głosie. — Czyli co, już nie wybierasz się do terapeuty?
— Nie planuję. Jeśli będę miał jakiś problem, zawsze mogę się z nim zgłosić do ciebie, prawda?
W słuchawce usłyszałem westchnienie i wyobraziłem sobie, jak Alex kręci głową, na co roześmiałem się krótko. Faktycznie, miałem dzisiaj niespodziewanie dobry humor.
— To co z tą książką?
— Chciałbym napisać o dwóch aseksualnych facetach.
Rozbrzmiała chwilowa cisza, która sprawiła, że zacząłem się stresować. Poprawiłem się na wiszącym koszu na antresoli, a ten zabujał się delikatnie i odwrócił w stronę wnętrza mieszkania. Wstrzymałem oddech, czekając nerwowo na ocenę, a cała moja pewność siebie zatrzymała się za murem wątpliwości. Czy problemem był brak seksu? Może było to zbyt sztampowe? Nudne? Zdążyłem wyobrazić sobie najgorsze scenariusze, nim usłyszałem odpowiedź.
— I oni będą w związku?
— No tak — przytaknąłem niepewnie.
— Jak?
— Będą homoromantyczni. W sensie, wiesz, nie będą czuć pociągu seksualnego, ale się zakochają w sobie. — Wyjaśniłem z ulgą, że jedyną rzecz, na jaką Alex zwrócił uwagę, mogłem bez problemu wyjaśnić.
— Hm, w tym sensie. Wydaje się w porządku. Czyli tym razem całkowicie rezygnujesz ze scen seksu?
— Tak. — Uśmiechnąłem się z ulgą, ściskając telefon w obu dłoniach. — Skupię się na samych emocjach. Emocjach i o tym, jak osoby aseksualne są nierozumiane przez społeczeństwo. I jak błądzą w tym okropnym świecie pełnym seksu, aż znajdują siebie nawzajem i odkrywają, że cały ten świat… — Mimowolnie zerknąłem z antresoli na krzątającego się w kuchni Cole’a. Pokręciłem głową, by wrócić myślami do teraźniejszości. — Nie jest aż taki zły.
— Powiem ci, że brzmi całkiem interesująco. Masz już coś? Plan wydarzeń, jakieś pierwsze rozdziały?
— Kilka pomysłów na rozwinięcie fabuły i kilka stron. Niedawno zacząłem, ale powstrzymywałem się przed zadzwonieniem do ciebie. Wiesz, musiałem poczuć, że to jest „to”.
— No wiem, no wiem. Podeślij mi to, co masz, powiem ci, co o tym myślę. Aseksualność to w sumie ciekawy temat, a chyba mało eksplorowany w literaturze, co?
Przeszukałem w głowie znane mi książki i filmy.
— Nie kojarzę tekstów, w których bohater jest otwarcie aseksualny.
— Ja chyba też nie. Chociaż nie powiem, żebym zwracał na to zbytnią uwagę. Może trafisz na kolejną niszę. Tylko — zrobił pauzę, a mi serce podeszło do gardła. — Ostatni twój tekst był dość delikatny. Myślałem, że dla równowagi mógłbyś napisać coś ostrzejszego. Wiesz, ludzie kochają twoje teksty i w ogóle, ale mógłbyś dodać do nich nieco więcej pikanterii. Erotyki się bardzo dobrze sprzedają w ostatnim czasie.
Mocniej ścisnąłem telefon. Kosz odwrócił się w stronę okna, a widok miasta z góry, w połączeniu ze stresem, zaczął mnie przytłaczać.
— Mogę napisać erotyka następnym razem… Jeśli mnie coś zainspiruje.
— Cóż, mam pewne wątpliwości co do tego pomysłu. Aseksualiści przecież też mają jakieś… powiedzmy przeżycia erotyczne.
— Alex, ale ja nie chcę dodawać tam seksu. Gdyby jedna ze stron była seksualna, to nie ma problemu. Ale obaj bohaterowie będą aseksualni. Jeżeli tego nie potrzebują, to po co mają uprawiać seks? Zresztą chcę się skupić na czymś więcej. Chcę pokazać relację nie opartą na fizyczności, ale na czystym uczuciu. I to głębszą, niż romans w powieściach dla nastolatków. Tam para nie zważa na seks, bo to są dzieci, ich zbliżenie kończy się na pocałunkach. A co ze związkami w książkach dla osób dorosłych? Pięćdziesiąt stron i już lądują w łóżku. A przecież miłość nie polega tylko na seksie. Raz jeden decyduję się pokazać związek aseksów i naprawdę nie chcę sztucznie tworzyć między nimi napięcia, by zadowolić ludzi.
— Cóż, chyba pozostaje mi się cieszyć, że wiesz, co chcesz stworzyć i masz na to pomysł. Mimo to, zastanów się nad moją propozycją. Seks się dobrze sprzedaje. A to też dobra okazja, by pokazać, jak odczuwają to osoby aseksualne. Bo mogą uprawiać seks, nie?
— Jasne, że mogą. Ale nie chcą.
— No to słuchaj, to kolejny poziom twojego pisania. Napisanie czegoś takiego na pewno nie będzie łatwe, ale może zrobić wrażenie na ludziach. Pokazanie, że osoby aseksualne uprawiają seks i co wtedy czują. Bo czują coś podczas seksu, prawda?
Otworzyłem już usta, by odpowiedzieć, ale zamilkłem. Głośniejszy wdech musiał mnie zdradzić, bo po drugiej stronie słuchawki usłyszałem pełne zrozumienia mruknięcie.
— Leo, to kompletnie nie moja sprawa. Przepraszam, że o to pytam. Ale po prostu ostatnio zacząłeś mówić o tym i…
Wpatrzony w ziemię rumieniłem się coraz bardziej i bardziej. Jak miałem to powiedzieć na głos? Alex był moim kumplem, poza tym, że był moim redaktorem, ale nie wyobrażałem sobie zwierzania się z moich spraw intymnych.
— Wiesz co? Pomyślę nad tą sceną seksu — odezwałem się, nim zdążył zadać pytanie, które jednoznacznie zmusiłoby mnie do odpowiedzi, albo nerwowej ciszy, która powiedziałaby znacznie więcej, niż jakiekolwiek słowa. — A teraz będę już kończyć. Na razie.
Nie czekałem na odpowiedź. Nacisnąłem czerwoną słuchawkę i schowałem zarumienioną twarz w dłoniach. Nie spodziewałem się, że redaktor będzie próbował zapytać mnie, czy jestem prawiczkiem. Nawet jeżeli miał prawo się nad tym zastanawiać, bo ostatnio mówiłem o tej aseksualności i w ogóle… To nie spodziewałem się, że zada to pytanie.
Nawet jeżeli tak naprawdę go nie zadał.
Wolałem nawet sobie nie wyobrażać, co teraz o mnie myśli. Nie dość, że w wieku dwudziestu pięciu lat wciąż nie byłem z nikim w łóżku, to jeszcze udawałem, że wiem, o czym piszę. Ciekawe, co by powiedzieli moi czytelnicy, gdyby wyszło na jaw, że nawet nie zdaję sobie sprawy z tego, jak wygląda seks. Przynajmniej nie w praktyce.
Co z tego, że byłem prawiczkiem? Przecież nie musiałem uprawiać seksu, żeby o nim pisać. I nie musiałem tego robić, żeby być prawdziwym facetem. Mimo tego, co próbowały nam wmówić środki masowej kultury.
Więc czemu czułem się z tym tak okropnie?
Rzuciłem telefon na wykładzinę i skuliłem w moim kokonie. Chwilę wpatrywałem się w widok za oknem, pozwalając sobie na rozmyślania.
Był piękny dzień, miasto lśniło dzięki promieniom słonecznym, po niebie latały ptaki. Wyglądało jak idealny czas, żeby spotkać się z kumplami i porządnie odpłynąć.
Sięgnąłem po podstawkę do pisania, którą oparłem na kolanach i w zastanowieniu zacząłem rozmyślać nad fabułą. Normalnie wolałem pracować na spontanie, ale tym razem chciałem wszystko dokładnie przemyśleć. Tak naprawdę o aseksualizmie nie wiedziałem za dużo. Sam dopiero zacząłem podejrzewać u siebie tę orientację, a nawet nie byłem co do niej całkowicie pewny. Chyba ciężko stwierdzić, że jest się jednoznacznie aseksualnym, bo skąd wiedzieć, kiedy się powinno poczuć „to coś” i do kogo? W każdym razie, o tym chciałem napisać jak najlepiej. Oddać charakter postaci, nawet głębiej niż w ostatniej książce.
Próbowałem sięgnąć po laptop, ale szybko skończyło mi się miejsce do siedzenia, więc przeniosłem się na pufę rozłożoną na podłodze. Z laptopem odpalonym obok siebie, włączonymi stronami o aseksualizmie i podkładką na kolanach, puściłem muzykę na słuchawkach i… zacząłem rysować. Szybko się wciągnąłem i całkowicie oddałem nigdy niezrealizowanej pasji. Wśród zamkniętych w pudle kartek znajdowało się kilka lub kilkanaście szkiców. Większość raczej mniej niż bardziej udanych. Styl, o ile mogłem tak nazwać moje bazgranie, był bardzo uproszczony. Rysów twarzy nie dawałem wcale, a jedną postać od drugiej głównie odróżniały włosy.
Chciałem się kiedyś nauczyć rysować, ale szybko traciłem do tego chęci. Dawne plany wracały wtedy, gdy planowałem pracować nad książką, a zamiast tego bazgrałem, by odwlekać skupienie się na pracy, a wmawiać sobie, że jest wręcz przeciwnie. Chociaż… teraz o dziwo wcale nie czułem się źle. Dopiero zaczynałem pisać, nie miałem żadnego deadline’u, więc mogłem trochę się poobijać.
— Leo, wspominałeś, że dzisiaj wychodzisz, prawda? — odezwał się głos z dołu. Odwróciłem się w stronę parteru i Cole’a, ustawionego obok schodów, skąd mógł mnie widzieć bez wchodzenia na górę.
— Tak, wychodzę.
— W takie razie przygotuję obiad wcześniej.
— Dobra, na pewno nie będzie ci przeszkadzać, że wyjdę?
— Oczywiście, że nie.
Ołówek zamarł nad niewyraźnym szkicem oczu, które nie dość, że były kompletnie bez wyrazu, to jeszcze niesymetryczne. W zastanowieniu przyłożyłem gumkę do ust. Obecność Cole’a w domu stała się już dla mnie czymś naturalnym, ale wciąż nie byłem pewny, czy mogę go zostawić samego. Dałbym mu jakieś zajęcie w tym czasie, ale nawet nie miałem pojęcia, co takiego mógłby zrobić. Czegokolwiek bym mu nie polecił, zrobiłby to w ciągu kilku minut. A samo czytanie książek w żaden sposób mu nie pomagało. Musiał mieć kogoś, z kim mógłby o tym rozmawiać.
Znowu zacząłem się zastanawiać, czy nie zacząć zabierać Cole’a na imprezy. Ale na pewno nie na tę i na pewno nie jeszcze teraz. Musiałem go poduczyć zachowywania się przy ludziach. Czułem, że w końcu musi do tego dojść. Im częściej ta myśl pojawiała się w mojej głowie, tym bardziej byłem świadomy, że jest to nieuchronne. W końcu Cole pozna moich przyjaciół. Jeżeli przebywałby tylko w moim towarzystwie, zapewne miałby gust dosłownie taki, jak ja sam, a przecież nie o to chodziło. Cóż, nie żebym chciał, żeby brał przykład z moich kumpli, ale zawsze to dodatkowe wzorce. Nie powinien bazować tylko na moim charakterze. Mimo to, nikt nie mógł wiedzieć, że jest androidem. A na chwilę obecną… Na chwilę obecną ciężko byłoby mi to ukryć.
Minęło może z pół godziny, gdy zszedłem na obiad. Powoli robiło się późno, a ja z coraz większą ekscytacją wyczekiwałem spotkania z kumplami.
— Wydajesz się podekscytowany — stwierdził android, przyglądając mi się uważnie znad kubka herbaty.
— Chyba faktycznie… Tak, jestem podekscytowany.
— To w związku z twoim dzisiejszym spotkaniem?
— Nie da się ukryć.
— Interesujące. Wcześniej odniosłem wrażenie, że twoi znajomi raczej nie wpływają na ciebie zbyt dobrze. Co się zmieniło?
— Widzimy się w męskim gronie. — Stwierdziłem z nieukrywaną satysfakcją. Cole przechylił lekko głowę, ewidentnie wyczekując dalszej części odpowiedzi. — Wiesz, bez ich dziewczyn i w ogóle. Normalnie na takich imprezach czuję się jak piąte koło u wozu. Wszyscy są w parach, a ja siedzę obok, całkowicie samotnie. Nie, żeby mi przeszkadzało jakoś bardzo, że nie mam nikogo, ale czasami przez to czuję się gorszy. No a teraz w końcu robimy typowo męski wypad, bez dziewczyn. W końcu będzie tak, jak kiedyś. Gdy wiesz… wszystko było jakoś prostsze… — Westchnąłem, starając się pozbyć ze świadomości negatywnych emocji. — No więc wiesz, teraz zobaczymy się z samymi kumplami. Będziemy mogli się powydurniać, pożartować, pogadać o innych dziewczynach i takie tam.
— Jesteś zadowolony z tego wyjścia?
— Nie da się ukryć, że tak. — Kiwnąłem głową ze słabo powstrzymywanym uśmiechem.
— W takim razie dobrze, że się tam wybierasz. Spędzanie czasu ze znajomymi odpowiednio wpływa na rozwój i rozładowywanie napięcia.
— No wiem, no wiem… Myślę, że będzie fajnie.
— W ogólnie przyjętych ludzkich normach powinienem powiedzieć: „też mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawił”, prawda?
Spuściłem głowę, by włosami zakryć wyraz twarzy, pełen zażenowania i rozbawienia. Gdy stonowałem uśmiech, znowu spojrzałem na Cole’a.
— Tak. Ale na przyszłość, jak będziesz wiedział, że jest zwrot używany przez ludzi i miałbyś zdanie „ogólnie przyjęte w normach ludzkich”, to odpuść sobie ten wstęp. Jeżeli powiesz coś niewłaściwego, w niewłaściwej sytuacji, to po prostu cię upomnę.
— W takim razie też mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawił.
— Bardzo dobrze.
Kiwnąłem głową z aprobatą, na co Cole uśmiechnął się szeroko. Wróciłem do jedzenia zapiekanki z serem. Czego jak czego, ale jego jedzenia z całą pewnością będzie mi brakować. Nigdy nie przepadałem ani za gotowaniem, ani za jedzeniem. Gdybym mógł, żyłbym na prądzie, zupełnie, jak android. Ale nie mogłem zaprzeczyć temu, że jego jedzenie było naprawdę przepyszne.
— Czy przed wyjściem powinniśmy jeszcze omówić ze mną jakąś książkę albo film?
— Obawiam się, że się nie wyrobię. — Spojrzałem przez ramię na wiszący za mną zegar. — Muszę się szybko ogarnąć i będę się zwijać. Może jutro? Znaczy, jak odeśpię imprezę. Właśnie, mógłbyś proszę nie budzić mnie jutro przed dwunastą?
— Chcesz, żebym obudził cię o dwunastej?
— Po prostu wcale mnie nie budź, dobrze? Wstanę, jak będę w stanie.
— Rozumiem.
Spać, do której chcę… Dawno już tego nie doświadczyłem. Plus tego był taki, że teraz nie użalałem się nad sobą, że przesypiam pół dnia. Nawet nie byłem zbyt senny. Ciężko było zasnąć, gdy android szykował ci pobudkę jak z horroru.
— Potem możemy coś obejrzeć. Albo porozmawiać o jakiejś książce. W sumie… Może wybrałbyś sobie jakąś z tych, których jeszcze nie przeczytałeś?
— Oczywiście, spośród książek, które zostały ci na półce, wiele z nich jest dość wysoko ocenianych przed czytelników, nie będzie problemu wybrać z nich te, które zdaniem ludzi są najlepsze.
— A twoim zdaniem? — Cole podniósł na mnie wzrok i uśmiechnął się lekko, a ja już wiedziałem, co chce powiedzieć. — Dobra, zapomnij, że pytałem. Wybierz coś sobie, jutro o tym porozmawiamy. Będę się zbierał.
W kilku gryzach dokończyłem obiad i odniosłem talerz do zlewu.
Poszedłem założyć coś wygodniejszego i zabrać telefon oraz portfel. Gdy się upewniłem, że mam wszystko, a godzina była idealna do tego, żebym zdążył na czas, zacząłem zakładać kurtkę i buty.
Stałem już przy drzwiach, gdy nagle się zawahałem. Dziwne odczucie, że coś jest nie tak, nie chciało dać mi spokoju. Sprawdziłem, czy miałem klucze, portfel, telefon, kartę, gotówkę… Ale miałem wszystko. A jednak czułem, jakbym miał zostawić coś ważnego.
Rozejrzałem się po mieszkaniu, w nadziei, że zauważę coś istotnego, ale nic nie rzuciło mi się w oczy. Tylko Cole, stojący obok z wyczekiwaniem, żeby móc zamknąć drzwi, wpatrywał się we mnie spokojnie. Gdy moje spojrzenie padło na niego, nieprzyjemne wrażenie, że zapomniałem o czymś ważnym, jeszcze bardziej się wzmogło.
Cholera… Serio czułem się winny, że zostawiałem, jakby nie było, dorosłego faceta, samego w domu? To było chore. Poradziłby sobie, na pewno, więc czemu czułem się tak źle?
— Na pewno ci nie przeszkadza, że zostaniesz tutaj sam, tak?
— Nie przeszkadza. Dla mnie to żadna różnica, czy jesteś poza domem czy w swoim pokoju.
— Jasne. — Nacisnąłem klamkę, ale nie zdobyłem się, by pociągnąć drzwi do siebie i wyjść. Znowu spojrzałem na androida, walcząc z wątpliwościami. — Gdyby coś się stało, masz możliwość zadzwonienia do mnie?
— Tak. Pozwoliłem sobie zgrać do swojej pamięci twój numer telefonu. Mogę się połączyć z zasięgiem i wykonać do ciebie numer w razie konieczności. Na wszelkie numery alarmowe tak samo.
— Na pewno sobie poradzisz?
— Tak, Leo, z całą pewnością.
— Nie będziesz się czuł samotny?
— Nie potrafię odczuwać samotności.
— Nie zrobisz sobie krzywdy?
— Potrafię przewidzieć konsekwencję 90% moich działań i w 80% dostrzec niebezpieczeństwo, które ewentualnie mogłoby mi zagrażać. W każdej sekundzie analizuję wszystko w zasięgu mojego wzroku. Praktycznie niemożliwe jest, żeby cokolwiek mi się stało, gdy będę sam w domu.
Odpowiadał spokojnie i cierpliwie, bez względu na to, jak idiotyczne i nielogiczne pytania zadawałem. A na pewno idiotyczne i nielogiczne były, bo przecież te wszystkie rzeczy tak naprawdę wiedziałem.
— No dobra… Jakby cokolwiek się działo, to dzwoń. Albo wiesz co? Daj mi do siebie numer, ja będę dzwonił, gdy będę się martwił.
— Czy poczujesz się mniej niepewnie, mając ze mną stały kontakt?
Zacisnąłem z irytacją usta, powstrzymując się od nadmiernego okazywania irytacji. Nieznośny android…
— Czujesz się niekomfortowo przez fakt, że zwracam na to uwagę?
— Tak, Cole. Czasami… Mógłbyś po prostu robić to, o co cię proszę.
— Rozumiem. Wysłałem na twój telefon wiadomość. Możesz dzwonić na ten numer.
— Masz telefon w głowie?
— Tak.
— Oh… — Lekko zaskoczony, poczułem wibracje wiadomości w kieszeni. Z pewną nieufnością spojrzałem na wyświetlacz. Pod numerem telefonu znajdowała się krótka wiadomość — „To ja, Cole”.
— No dobrze, to… Trzymaj się.
— Baw się dobrze.
Pożegnał mnie delikatnym uśmiechem, a ja niemalże się zmusiłem, by otworzyć drzwi i wyjść na klatkę schodową. Te się za mną zamknęły, a ja westchnąłem, nagle niesamowicie zmęczony. Nie sądziłem, że będzie mi tak ciężko opuścić androida. Nawet kiedy nie potrafiłem sobie wyobrazić jakiegokolwiek niebezpieczeństwa, które groziłoby Cole’owi, i tak bałem się, że stanie mu się krzywda. Jakakolwiek. Czułem się, jakbym pierwszy raz zostawił dziecko samo w domu. Szkoda, że to „dziecko” wyglądało jak dorosły mężczyzna. Pewnie radził sobie w wielu kwestiach lepiej niż ja. Ale wciąż nie mogłem pozbyć się narastającego niepokoju.
Spokojnie… Cole był dorosły… tak jakby. I odpowiedzialny. Nie potrzebował jedzenia, więc na pewno nie będzie sobie gotował, więc nic nie podpali. Nie potrzebował ryzykownych zabaw i adrenaliny. W sumie jedyne co robił, to gotował dla mnie i sprzątał. Był całkowicie bezpieczny. Miał do mnie numer, a ja miałem numer do niego.
Już w windzie wyciągnąłem telefon z obawy, czy nie dostałem przypadkiem wiadomości. Co z tego, że wyszedłem pół minuty wcześniej, skoro już mógł mnie potrzebować?
Cholera, Cole siedział na dole prawie sam całe godziny, gdy ja pracowałem w biurze! Ale był piętro niżej, a nie po drugiej stronie miasta. Boże, czym ja się tak przejmowałem? Zdecydowanie byłem za bardzo przewrażliwiony na tym punkcie. Musiałem się ostro wyluzować. I już wiedziałem, w jaki sposób.
***
— Czyli co, Kenny nie wpadnie? — Matt siedział rozwalony na kanapie, która teraz, gdy została nas tylko trójka, nagle wydała mi się dużo większa.
— A nie wiem, nie odpisał mi w końcu — powiedziałem zaskakująco obojętnie, po raz kolejny zerkając na telefon. Ilekroć to robiłem, już bardziej podświadomie niż z rzeczywistej obawy, czułem się coraz bardziej sfrustrowany.
— Oho, tylko mi nie mów, że się pokłóciliście, co? — zapytał Dominic, a uważne spojrzenie bystrych oczu wbił we mnie tak intensywnie, że nie potrafiłbym skłamać, nawet gdybym chciał.
— Nie, nie pokłóciliśmy się. Po prostu… Właściwie ostatnio prawie w ogóle nie gadamy.
— No tak, Kenny jest teraz zakochany i w ogóle. Pamiętam, jak wyglądały początki z moją. — Dominic uśmiechnął się lekko, ale wciąż patrzył na mnie. Prychnął rozbawiony, gdy przewróciłem oczami. — Daj spokój, Leo, to piękny stan. Już nawet abstrahując od seksu. Zakochasz się, to zrozumiesz.
— Skoro mowa o zakochaniu. — Matt usiadł nagle przy mnie i z szelmowskim uśmieszkiem oparł się o moje ramię. — Co ty tak zerkasz ciągle na telefon?
— Co? Ah, to nic takiego. Czekam na informację od znajomego.
— Jakąś ważną?
Spojrzałem kątem oka na siedzącego obok mnie chłopaka. Nie podobał mi się ton jego głosu i pełne kpiny spojrzenie. Naprawdę to moje ciągłe zaglądanie do telefonu było tak widoczne? Chyba faktycznie za bardzo się martwiłem. Właściwie nie chciałem mówić jeszcze o istnieniu Cole’a, ale może powinienem ich uprzedzić, że mam znajomego, którego mogę przyprowadzać na spotkania?
— Nie, nic takiego. Stary znajomy chwilowo nie ma gdzie mieszkać i zatrzymał się u mnie. Wolę być pod telefonem, jakby miał spalić dom albo coś takiego…
— Serio? Ile on ma lat? Dziesięć? — Matt prychnął śmiechem.
— Śmieszne… Nie, nie o to chodzi. On po prostu jest… dziwny. Nie do końca mu ufam, wolę być pod telefonem.
— I mówisz, że on u ciebie mieszka, co?
Nagle stałem się głównym tematem rozmów. Chłopaki otoczyli mnie, jak jakieś stado piranii, każdy z wyrazem ekscytacji wymalowanym na twarzy. Jakbym nagle stał się znacznie bardziej interesujący niż kiedykolwiek.
— No tak. Póki nie znajdzie sobie własnego mieszkania. O co wam chodzi?
— A kto powiedział, że nam o coś chodzi? Pytamy o twojego nowego kolegę, przez którego nie możesz się oderwać od telefonu.
— Dobra, widzę, do czego to zmierza. — Westchnąłem. Po rozmowie z moim redaktorem, nie miałem wątpliwości, jak ludzie odbierają Cole’a, kiedy nie mogłem powiedzieć im prawdy. — Cole jest TYLKO moim znajomym.
— Hmm… A to ciekawe, bo żaden z nas nic nie mówił, że coś więcej was łączy.
— Daruj sobie, panie psychologu, wiem, co znaczą wasze spojrzenia i uśmieszki. Nic nas nie łączy. Może i jestem aseksualny, ale nie jestem gejem. Dlaczego wszyscy myślą, że jestem?
Dostrzegłem aż nazbyt wyraźne spojrzenia, którymi się wymienili.
— Wiesz, Leo — Matt zrobił dość znaczącą pauzę — jakby ci to powiedzieć, ilu znasz heteroseksualnych facetów, którzy piszą gejowskie romanse?
— Mówiłem wam, że piszę to dlatego, że jest to nisza i się sprawdza. Zresztą, to że piszę o związkach facetów, nie znaczy, że jestem którymś zainteresowany.
— Ale dziewczynami za bardzo się nie interesujesz, prawda? — Kontynuował. — I nie przepadasz za związkami hetero, prawda?
— To jeszcze nie znaczy, że jestem gejem. Może po prostu jestem antyseksualny?
— Wymyślasz te wszystkie orientacje na poczekaniu, przyznaj się. — Dominic zaśmiał się krótko, kręcąc głową z niedowierzaniem. Skąd ty bierzesz takie nazwy?
— Jestem pisarzem. Muszę wiedzieć wszystko. Poza tym, pisząc BL, często tworzę postacie o innej seksualności. Znam się na tym.
— Dobra, jak tam chcesz. To co z twoim kolegą?
Nie brzmiał, jakby mi wierzył, ale chociaż chwilowo odwrócił ode mnie wzrok, skupiając się na rozlewaniu coli do szklanek.
— Nic. Mieszka u mnie tymczasowo. Co wyście się na to uwzięli? W życiu nie byłem w związku, dlaczego miałbym się nagle zainteresować jakimś facetem?
— No sam nie wiem. Może to, że ciągle zerkasz na telefon? — Nawet nie odwróciłem głowy, gdy na ramieniu poczułem mocniejszy uścisk drugiego z przyjaciół.
— Jezu chłopaki, dajcie spokój. Jestem aseksualny, nie kręcą mnie faceci. To tylko mój kolega.
— Skoro tak twierdzisz, zapoznasz nas z nim? — Drążył, a kątem oka dostrzegałem coraz wyraźniejszy uśmieszek z łobuzerską iskrą. Ten sam, w którym zakochiwały się dziewczyny. Ten sam, którego sam używałem w książkach. Na mnie jednak nie działał.
— Nie wiem. Zobaczymy. Ale jak tak, to jako kumpla, który wpada na imprezę.
Wziąłem jedną ze szklanek, by piciem chwilowo uniemożliwić sobie odpowiedzi na kolejną falę pytań. Wytarłem usta i zmieniłem temat.
— A co z twoją dziewczyną, Matt? — zagadnąłem, odwracając się w stronę przyjaciela. — Coś mówiłeś, że zerwaliście.
— Coś takiego… Ledwo wspomniałem o mieszkaniu, a ona zaczęła się niezdrowo ekscytować. Jeszcze trochę i zaciągnęłaby mnie, żebym kupił jej pierścionek. Nie, dziękuję, jeszcze żenić się nie zamierzam. No ale laska za szybko zaczęła się ekscytować i wyobrażać sobie nie wiadomo co. Sorki, nie jestem stworzony do stałych związków.
— Niech zgadnę, powiedziałeś jej, że jesteś niedojrzały i nie zasługujesz na nią? — wtrącił Dominic, unosząc brwi z pewną dezaprobatą.
— A co innego miałem jej powiedzieć? Że mnie osacza i nigdy się jej nie oświadczę? Że jest chwilową przygodą i nawet nie ma co liczyć na mieszkanie razem?
— Matt, wybacz, że to mówię, ale kutas z ciebie — stwierdziłem chłodno.
— Wybacz, Leo, może jestem aromantyczny? — odparł z sarkazmem, bez większego przejęcia. — Mam jeszcze czas na ślub, teraz liczy się dla mnie wolność i satysfakcja. Jak nie teraz mam się cieszyć życiem, to kiedy, co? Nie każdy jest jak nasz Leo, że zachowa dziewictwo do ślubu.
Uśmiechnął się w moją stronę, a ja poczułem, jak się rumienię. Wziąłem kolejnego łyka gazowanego napoju, ale nie zamierzałem tego komentować
— Jak na razie nie planuję brać ślubu. Słuchaj, Cole…
— Cole? — Uniósł brwi, a w jego oczach błysnęła iskra satysfakcji.
— Znaczy się Matt. — Pokręciłem szybko głową.
— Cole to ten twój znajomy, tak? Wymówiłeś wcześniej jego imię.
— To nieistotne. Chciałem po prostu powiedzieć, że możesz żyć, jak chcesz, ale uważam, że wykorzystywanie dziewczyn w ten sposób nie jest fair.
— Rycerz się znalazł. — Prychnął, przewracając oczami. — One też czerpią z tego przyjemność. Mają super związek przez jakiś miesiąc czy dwa. Dostają prezenty, kolacje, randki. Myślcie sobie, co chcecie, ale traktuję je z szacunkiem i troską. Nie krzywdzę ich i nie zdradzam. Nie moja wina, że oczekują czegoś, czego nie mogę im dać.
— Raz jeszcze… Kutas z ciebie, Matt.
— Ciężko się chociaż częściowo nie zgodzić z Leo. — Spojrzałem w stronę Dominica. Ze wzrokiem dezaprobaty, nalewał sobie kolejną szklankę. — W sensie… Nie, żebym miał cokolwiek do twojego stylu życia, ale kutas z ciebie.
— Dobra, możemy stanąć na tym, że kutas ze mnie. Ale chociaż dobrze się bawię. Nie to, co poniektórzy, którzy siedzą zamknięci w piwnicy. — Spojrzał znacząco w moją stronę.
— Nie siedzę w piwnicy, tylko w moim gabinecie.
— Cóż, tego akurat nie wiemy. Jeszcze nigdy nas u ciebie nie było — zauważył, niestety dość trafnie, Dominic.
Zrozumiałem subtelną sugestię. Chciałem ją zignorować, skupiając się na piciu, ale obaj wpatrywali się we mnie, wyczekując odpowiedzi na niezadane pytanie. Nie miałem wyboru, musiałem im odpowiedzieć.
— Dobra, następnym razem możemy się umówić u mnie. — Po rozpakowaniu kartonów, gdy mieszkanie było „idealne”, przynajmniej dla mnie, nie wstydziłem się aż tak, by zapraszać do siebie znajomych. Tylko najpierw wolałem zapoznać ich z androidem na neutralnym gruncie.
— No, w końcu — Dominic z ekscytacji aż szturchnął mnie w ramię, aż poczułem lekki ból, przez jego rozmiary i siłę — co tak długo?
— Ale mam warunek. Sorry, chłopaki, ale jeśli mamy się spotkać, to w naszym gronie. Nie chcę potrójnej czy poczwórnej randki.
Po wymianie niezadowolonych spojrzeń mogłem stwierdzić, że chłopakom naprawdę nie podobał się mój pomysł. Cóż, ja się tym aż tak nie przejmowałem. Nikt nigdy mi nie mówił, że jako przyjaciel mam obowiązek przyjaźnić się i wiecznie zapraszać wszędzie dziewczyny moich przyjaciół. Jeżeli chociaż raz mogłem zadecydować o czymkolwiek, to zamierzałem to wykorzystać. A nie siedzieć znudzony i zdołowany i czekać na koniec imprezy.
— Leo, ty serio masz problem. Czemu nie akceptujesz naszych dziewczyn? — zapytał Matt, przyglądając się mojej twarzy bardzo uważnie, jak na psychologa przystało.
— Uch… To nie tak, że ich nie akceptuję. Właściwie to ich nie znam. Chodzi o to, że czasami mam ochotę się spotkać tak jak dzisiaj. Spić się i zjarać, a nie patrzeć, jak robicie sobie potrójną randkę.
— Wiesz, Leo, to brzmi naprawdę chujowo. — Matt mówił spokojnie, ale czułem w jego głosie, że jest lekko zirytowany.
— No sorry, że czasami mam ochotę spędzić wieczór bez słuchania w ogóle o babskich sprawach.
— Inaczej byś mówił, gdybyś sam był w związku.
— Wiesz co, Matt? Jak kiedyś będę w związku i będę wszędzie chciał zabierać moją dziewczynę, to macie pełne prawo mnie walnąć. I pozwolę wam zabierać ze sobą dziewczyny, kiedykolwiek będziecie chcieli.
— Zapamiętamy to sobie. — Wskazał na mnie palcem, trzymając w tej samej ręce szklankę. Przez chwilę miałem wrażenie, że ją upuści, ale nie zrobił tego.
— Ale na razie zasady są jasne. Spotkamy się wtedy, jak będziecie mogli sobie pozwolić na jeden dzień wolnego od swoich dziewczyn.
— Dobra chłopaki, nie spotkaliśmy się tutaj, żeby się kłócić. — Dominic przerwał naszą wymianę zdań, unosząc pojednawczo dłonie.
Sięgnął do plecaka i nagle nasze dyskusje przestały mieć znaczenie. Patrzyliśmy, jak wyciąga lufkę oraz mały słoiczek zamykany na metalowe zatrzaski. Gdy go otworzył, po pomieszczeniu rozniósł się wyraźny, intensywny zapach.
— Tylko, żeby porządnie się zjarać.
— Ja jestem za. — Zgodziłem się z entuzjazmem. — Spizgajmy się tak, żebyśmy nie mogli się podnieść z podłogi.
Paliłem od dawna. Zacząłem mając osiemnaście lat. Na jednej z imprez, próbując dopasować się do otoczenia, wziąłem dziwnie i intensywnie pachnącego papierosa. Wtedy nawet tytoniu nie paliłem. Zacząłem kaszleć jak opętany, w pierwszej chwili myślałem, że zwymiotuję. Mimo to, gdy się uspokoiłem, ze śmiechem podali mi kolejnego bucha, a ja, kierowany chyba chęcią zaimponowania reszcie, bo przecież nie rozsądkiem, dałem się skusić.
Pamiętałem pierwszą chwilę, gdy mnie kopnęło. Przestałem kontrolować głowę, która nagle sama unosiła się i opadała, jakbym cały czas przytakiwał. Ktoś wyprowadził mnie na dach, bo zrobiło mi się duszno, więc przed sobą miałem miasto.
Jego światła migały, gdy na zmianę patrzyłem na nie, na podłogę i na ledwo widoczne gwiazdy.
To było niesamowite. Czułem jak moja kreatywność się uwalnia, docierając na zupełnie nowy poziom. Jednocześnie ciężko było mi skupić myśli chociaż na tak długo, by to zapamiętać. Wszystko nabrało nowego, nieznanego mi wcześniej wymiaru — żarty, jedzenie, picie, rozmowy z ludźmi. Wszystko było inspiracją. Wszystko było magiczne.
Zacząłem zapisywać, najpierw moje odczucia, a potem zabawne sytuacje z imprezy, które potem czytaliśmy kilkukrotnie, ku rozbawieniu wszystkich zgromadzonych.
Zostało to ze mną, a ja nie miałem specjalnej potrzeby, by czuć się z tego powodu winnym. Paliłem czasami na imprezach i bardzo okazjonalnie sam, gdy akurat coś miałem i chciałem wyluzować. Pozwalało mi to nawet całkowicie wykluczyć alkohol ze spotkań towarzyskich i nie cierpieć kaca następnego dnia, a wrażenia bywały nawet jeszcze lepsze. Mimo to, pozostał we mnie lęk o uzależnienie, więc gdy zaczynałem palić za często, porzucałem to na jakiś czas, by się upewnić, że nie będzie mi tego brakowało.
Teraz po prostu chciałem zapomnieć o wszystkim i całkowicie móc się wyluzować. Szczególnie, że już dawno nie miałem okazji naprawdę poważnie się sponiewierać. Nie myśleć o niczym, nie myśleć o Cole’u…
— Zacznijcie beze mnie, muszę zadzwonić.
Póki jeszcze byłem przytomny, musiałem się upewnić, że u niego wszystko jest w porządku. Potem zamierzałem całkowicie się odciąć od martwienia i przejmowania.
Odprowadzany rozbawionymi spojrzeniami przyjaciół, opuściłem ciasny salon i przeszedłem do kuchni. Od wyjścia z domu zdążyłem się już uspokoić, ale teraz, gdy ziarno niepewności zostało zasiane w moim umyśle, ponownie poczułem niepokój i lęk o androida.
Z telefonem przy uchu niecierpliwie odliczałem impulsy. Po ilu telefon zaczynał dzwonić? Trzech? Czterech? Wystarczyło ich pięć, by niepokój we mnie jeszcze bardziej się wzmógł. Ile czasu potrzebował Cole, żeby odebrać pieprzony telefon w jego głowie?
— Tak, Leo? — Znajomy, mechaniczny głos, chociaż nieco przekształcony przez słuchawkę komórki, był niesamowicie kojący w tej chwili. Odetchnąłem z ulgą, gdy nie usłyszałem żadnych dźwięków pożaru ani syren straży. Oparłem się o ścianę kuchni, nagle niesamowicie słaby przez chwilowy stres.
— Cześć. Ja dzwonię tak kontrolnie. Czy wszystko jest w porządku i w ogóle. Dom stoi, ty… radzisz sobie?
— Tak, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Dlaczego dom miałby nie stać?
— W sensie… czy wszystko jest w porządku. Po prostu.
— Ah, w takim wypadku to tak, dom stoi.
— A jak z tobą? Wszystko w porządku?
— Tak, wszystko jest w porządku. Posprzątałem po obiedzie, umyłem naczynia i przetarłem kurze w twoim gabinecie.
— Czyli radzisz sobie?
— Leo, zostałem zaprogramowany do tych wszystkich czynności, fizycznie niemożliwe jest, żebym sobie nie radził.
— Czyli wszystko jest dobrze?
— Tak, wszystko jest w jak najlepszym porządku. Twoje obawy są całkowicie nieuzasadnione, możesz odpocząć w towarzystwie przyjaciół.
— Dobra, wolałem się upewnić. Jakby coś, to dzwoń.
— Tak, Leo.
— Dobra… To na razie.
— Baw się dobrze, Leo.
— Dzięki. Ty też.
Wpatrywałem się chwilę w tapetę telefonu, wciąż pełen wątpliwości. Dlaczego tak się tym martwiłem? Zostawiłem w domu dorosłego faceta, a nie małe dziecko.
— Leo! Skończyłeś gadać ze swoim chłopakiem?! — Dotarł do mnie krzyk z sąsiedniego pokoju. Pokręciłem głową i schowałem telefon do kieszeni. Przecież nie mogłem cały dzień się zamartwiać. Dałem sobie chwilę na opanowanie emocji i wróciłem do salonu.
— To nie jest mój chłopak. Ale przynajmniej dowiedziałem się, że dom nadal stoi.
Matt podał mi nabitą lufkę z żarzącą się w środku marihuaną. Unosił się nad nią ostry, silny dym o bardzo specyficznym zapachu. Ludziom on wyjątkowo przeszkadzał. Rozumiałem ich opinię, chociaż w mojej głowie od kilku lat kojarzyło się to tylko z wolnością.
Wziąłem głęboki wdech, napełniając płuca palącym, nieprzyjemnym dymem, który wypuściłem zaraz, wraz z potężnym napadem kaszlu.
— Khe… Dobre… — szepnąłem przez ściśnięte gardło, niemalże ze łzami w oczach.
— No nie? Znajomy mi załatwił. — Dominic odebrał lufkę i mocno zaciągnął się ziołem, a potem podał je dalej. — Sam hoduje. Mówił, że to jakaś zajebista odmiana.
— O kurwa… — Matt, lekko się krztusząc, podał mi ponownie lufkę. — Genialne… Ej, czuję, jakby ten dym przytulał moje płuca…
Prawie zakrztusiłem się wodą, którą próbowałem zabić ostry, duszący kaszel i wybuchłem śmiechem.
Wziąłem jeszcze bucha, chociaż czułem, że cholerstwo mocno mnie weźmie. Zresztą, czerwone oczy i durnowaty śmiech moich kumpli świadczyły o tym, że ci już są lekko zjarani. Musieli ostro dawać w palnik już wtedy, kiedy ja na chwilę zniknąłem w kuchni.
Czułem, jak moje ciało się rozluźnia, a głowę zajmuje rozkoszny, przyjemny chaos.
***
Życie było piękne. Humor miałem świetny, otaczał mnie kosmos, a powietrze osiadło na moich ramionach, powodując na nich przyjemne dreszcze. Winda zatrzymała świeże, wieczorne powietrze i przyjemnie się kołysała. Myślałem o dzisiejszym wieczorze, rozmowach z chłopakami, których w sumie nie pamiętałem zbyt dobrze, ale pamiętałem, że były fajne i bardzo zabawne. Dominic chwalił się ukończeniem jakiejś strony internetowej, ale mimo najszczerszych chęci, nie zrozumiałem za dużo z programistycznego monologu. Wyciągnąłem za to, że zrobił jakąś ważną stronę i to duży, ważny projekt, więc pogratulowałem mu i wybuchłem śmiechem. Nie pamiętałem już powodu, ale Dominic i Matt też zaczęli się śmiać.
Ta noc była super. Najpierw spotkanie z przyjaciółmi, a potem spacer od taksówki do domu. Między chmurami było tyle gwiazd…
Co prawda nie mogłem ich zobaczyć, ale czułem ich obecność. Myślałem o istocie wszechświata, o gwiazdach i powodzie ich istnienia. A co, jeżeli gwiazdy istniały po to, żebyśmy mogli je podziwiać?
Winda się zatrzymała. Wstałem z ziemi, chociaż nie pamiętałem, żebym siadał. Na korytarzu automatycznie zapaliło się światło. Przyłożyłem palec do ust, by je uciszyć, nim obudzi sąsiadów. Oj, Cole nie będzie zachwycony z mojego stanu… Musiałem udawać, że wszystko jest ok.
Oparłem się całym sobą o drzwi. Ich drewno było takie przyjemne i gładkie. Musieli je lakierować niedawno jakimś czymś do lakierowania.
Niemalże na oślep wymacałem dzwonek. Miał naprawdę ładny, krótki dźwięk, jak typowy dzwonek. Rozbrzmiał delikatnie po mieszkaniu i zamilkł.
Nacisnąłem go jeszcze raz. I jeszcze raz i jeszcze raz. Jakbym słuchał orkiestry złożonej z jednego, bardzo ładnego trójkąta.
Drzwi wydawały się mnie wciągać. Czułem, jakbym mógł przejść przez nie bez ich otwierania i znaleźć się w mieszkaniu. Ale czy wtedy zatrzymałbym się na podłodze, czy przez nią też bym przeniknął i spadł na ziemię? A jak przez nią też bym przeszedł? Kiedy bym się zatrzymał? Przy jądrze ziemi? A może na drugiej stronie świata? A może poleciałbym jeszcze dalej i został w kosmosie?
Odsunąłem się, nim zostałem pochłonięty. Nie chciałem trafić do kosmosu. Jak miałbym tam sprzedawać książki i pisać? Musiałbym wziąć laptopa. Gdybym mógł wejść po prostu do mieszkania, mógłbym wziąć mój sprzęt. Ale wtedy już nie trafiłbym do kosmosu, więc po co miałem go brać?
Zamek szczęknął. Oprzytomniałem szybko, żeby się ogarnąć, nim Cole zauważy, że jestem zjarany.
Wziąłem wdech i gdy drzwi się otworzyły, byłem całkowicie opanowany. Android stanął w progu, ubrany w luźny, wygodny T-shirt i jeansowe spodnie.
Zagryzłem dolną wargę i w jednej chwili wybuchnąłem śmiechem. Zgiąłem się w pół, obejmując swój brzuch i próbowałem powstrzymać napad. Uspokoiłem się w końcu i wyprostowałem. Spokojna twarz Cole’a, ale z lekkim wyrazem niezrozumienia, znowu spowodowała u mnie śmiech, aż w oczach zakręciły mi się łzy.
Ledwo złapałem oddech i wszedłem do mieszkania. Odwróciłem się nagle do androida i chwyciłem go za koszulę. Wesołość momentalnie ze mnie zeszła, gdy patrzyłem wielkimi, błagalnymi oczami na androida.
— Cole… — zacząłem, ściskając jego ubranie. Na bladej twarzy, zwykle tak spokojnej, opanowanej i bez emocji, widziałem, chociaż może bardziej wyczułem, zdziwienie.
Zdziwienie spowodowane zapewne jakimś magicznym kodem, które wgrali mu do głowy, żeby przybierał taką mimikę, gdy dookoła będzie się działo coś nielogicznego. Mimo to widziałem w nim więcej uczuć niż kiedykolwiek.
— Tak, Leo? — Robotyczne brzmienie jego głosu sprawiło, że przeszły mnie kolejne dreszcze, niczym mrowienie po całym ciele, tuż pod skórą. Jak brzmienie mojego imienia mogło być tak… obce?
— Coooole… jestem bardzo, bardzo głodny. Będziesz dobrym androidem i przygotujesz mi coś?
— O tej godzinie? — Niemal czułem, jak impulsy z informacją o godzinie przechodzą do jego robotycznego mózgu. Czułem to, bo każdy z nich powodował przyjemne drżenie i u mnie. Może byliśmy już tak blisko ze sobą, że połączyliśmy się umysłami? — Leo, jest prawie pierwsza w nocy, jedzenie o tej godzinie nie jest zbyt dobre dla twojego zdrowia.
— Ale Coooole — jęknąłem, osuwając się przed nim na kolana. Android musiał się schylić, bo zaraz za sobą pociągnąłem jego koszulę. — Proooooooszęęęęęę. Ten jeden raz.
— Czy coś się stało, Leo? Zachowujesz się inaczej.
— Bo jestem bardzo, bardzo głodny.
— W takim razie przygotuję ci coś. Czy masz ochotę na coś konkretnego?
— Coś na szybko. O, grzanki! Albo pizzę! Grzanki na pizzy! O! Albo wiem! Małe pizze na dużej pizzy!
— Wiesz, że zrobienie pizzy zajmie mi przynajmniej godzinę?
— To nie. To grzanki bez pizzy. A mamy coś słodkiego? Ooo… A gdyby takie czekoladowe dropsy dać na grzanki albo pizzę?
— W takim razie grzanki?
— Tak. — Przytaknąłem, wpatrując się wciąż w mojego androida. „Mój android”, jak to dziwnie brzmiało. Prawie jak „mój chłopak”, co tak usilnie próbowali mi wmówić Dominic i Matt jeszcze długo po tym, jak zaczęliśmy jarać.
Oprzytomniałem w końcu na tyle, by uwolnić Cole’a z mojego uścisku i, siedząc na podłodze, odprowadziłem go wzrokiem do kuchni.
— Na pewno wszystko w porządku? Wydajesz się nieco osłabiony i nie do końca przytomny. Może powinienem zadzwonić po lekarza?
— Nie, nic mi nie jest. Jestem zmęczony po imprezie.
Kłamstwa tak łatwo przechodziły mi przez gardło, jakbym wraz z nimi pozbywał się z płuc nadmiernego ciężaru.
Spojrzałem na Cole’a, szykującego mi grzanki. Chciałem mu powiedzieć prawdę. Ciekawe, jak by zareagował, gdyby wiedział. Czy by się wkurzył? Pewnie tak. Chociaż pewnie nie potrafił być wkurzony. Może by doszło do jakiegoś spięcia? Jak u tych wszystkich postaci z kreskówek? Pojawiłyby się iskry i kłęby dymu. Ale to byłoby zabawne.
Stanąłem przy blacie kuchennym, by obserwować, jak wyciąga chleb, kroi ser i mozzarellę, a potem układa je z niemalże idealną precyzją na kanapki. Ciekawe, jak wyglądał kod, który programował go w ten sposób. Może tak, jak w Matrixie? A co, jeśli Cole miał w sobie takie zielone rzędy numerów na czarnym tle? Wyobrażałem sobie, jak rozcinam go na pół, a na jego niby skórze pod skórą przejeżdżają takie zielone cyfry.
— Może zrobić ci herbatę? Bez wiedzy medycznej i konkretnych informacji o twoim stanie, nie powinienem podawać ci żadnych leków, ale herbata uznana jest za najlepszy domowy środek na wiele dolegliwości.
— Jesteś czasami taki uroczy, wiesz? — powiedziałem, chwilę wcześniej uznając, że będzie zabawnie to powiedzieć. Android odwrócił głowę w moją stronę, a uważne, ciemne oczy lustrowały mnie przez chwilę.
— Dziękuję — odparł beznamiętnie i włożył chleb do piekarnika. Zaśmiałem się, zaskoczony jego chłodną, zimną odpowiedzią i zacząłem po szafkach szukać jedzenia. W jednej z nich, ku mojej satysfakcji, odnalazłem paczkę orzechów nerkowca. Niecierpliwie próbowałem rozerwać plastikowe opakowanie, ale ręce mi się ślizgały, a głupia paczka za nic nie chciała się otworzyć.
Podniosłem wzrok na Cole’a stojącego teraz bezpośrednio przede mną, z rękoma za plecami i spokojnym wyrazem twarzy.
— Cooole… — jęknąłem, wyciągając bezradnie orzechy w jego stronę.
Android zrozumiał moją prawie niemą prośbę i otworzył paczkę. Uśmiechnąłem się z wdzięcznością, a chwilę potem moją uwagę całkowicie pochłonęło jedzenie.
W życiu nie jadłem tak pysznych orzechów. Czułem, jak ich smak rozchodzi się po moim języku wraz z przyjemną falą mrowienia. Jęknąłem z rozkoszy, odrzucając głowę do tyłu. Najlepsze orzechy, jakie kiedykolwiek jadłem. Czy to czuli ludzie, gdy uprawiali seks? Jeśli tak, doskonale ich rozumiałem.
— Musisz tego spróbować. — Wyciągnąłem jedzenie w stronę Cole’a.
— Leo, nie mam wgranych kubków smakowych. Nie czuję smaku.
— To poczujesz. To najlepsze orzechy na świecie.
Stanąłem tuż przy androidzie i chwyciłem jego dłoń, by wysypać na nią trochę jedzenia. Ten spojrzał na mnie, ale bez dłuższego wahania, włożył je do ust. Jego twarz nie okazywała za wiele emocji, gdy powoli przeżuwał i przełykał to, co mu dałem.
— I jak, i jak? — zapytałem z ekscytacją.
Byłem niemal pewny, że Cole teraz poczuje smak i wyrobi sobie gust, a ten całkowicie będzie oparty na orzechach. I będziemy jedli orzechy od rana do wieczora.
Piknięcie piekarnika świadczyło o tym, że zrobiły się grzanki. Cole przełożył je na talerz, a ja z ożywieniem zabrałem je do salonu. Boże, moja kanapa była taka wygodna… A widok za oknem taki piękny. Gwiazdy za oknem i za chmurami lśniły, jak jeszcze nigdy wcześniej. Wydawały się nawet jaśniejsze niż całe miasto, zatonięte w ciszy i mroku.
Wpatrywałem się w nie z takim zafascynowaniem, że nawet nie zauważyłem, kiedy wszystkie grzanki zniknęły.
— Cooole… Podałeś mi te grzanki, prawda?
— Tak, Leo. Dalej masz ślady keczupu na twarzy.
Przetarłem dłonią usta i z bólem stwierdziłem, że są na niej czerwone plamy. Chyba wolałbym, żeby była to krew. Gdyby to była krew, miałbym jeszcze grzanki. A tymczasem keczup był jednoznacznym dowodem mojej winy.
Wpatrywałem się w pusty talerz i nagle zrobiłem się okropnie zmęczony. Oparłem się o kanapę i zamknąłem oczy. Cały świat zaczął wirować. Czyżby faza znowu mi wróciła?
Poruszałem głową, czując, jak napinane mięśnie przyjemnie mrowią. Czułem się, jakbym był na jakiejś karuzeli, która kręci się dookoła mnie.
— Leo, muszę przyznać, że twoje zachowanie jest wysoce niepokojące. Może powinienem zadzwonić do lekarza?
O nie, Cole się o mnie martwił… Na swój typowo robotyczno-nieczuły sposób. Nie mogłem pozwolić, żeby tak było.
— Dobra, siadaj… — Poklepałem miejsce obok siebie, a potem przysunąłem się tak blisko androida, jak byłem w stanie, gotów zdradzić mu mój sekret. Zniżyłem głos do konspiracyjnego szeptu. — Tylko nikomu nie mów… Jestem cholernie zjarany.
Mężczyzna odsunął się i zmierzył mnie uważnym spojrzeniem.
— Nie widzę po tobie śladów poparzenia słonecznego. Twoja temperatura też wydaje się optymalna dla ludzi.
Otworzyłem szerzej oczy, a gdy dotarło do mnie, o czym on mówi, wybuchnąłem śmiechem. Moje ciało nie wytrzymało takiego ciężaru, przechyliłem się i oparłem głowę na miękkim, elektronicznym ramieniu, nim uspokoiłem się i odsunąłem. Spojrzałem na Cole’a przekrwawionymi oczami i spróbowałem jeszcze raz.
— Nie o to chodzi… Wiesz, waliłem wiadro.
Widząc zaskoczenie na jego twarzy i wzrok przejeżdżający po moim ciele, ucieszyłem się, że zrozumiał.
— Wszystko w porządku, Leo? Uderzenie metalowej powierzchni może być niebezpieczne dla twojej dłoni.
Nie zrozumiał.
Zmęczony oparłem głowę na jego ramieniu. Westchnąłem ciężko i jednocześnie zacząłem się śmiać. Jak mógł być tak irytujący i zabawny jednocześnie? Jak sos słodko-kwaśny albo słodko-ostry. Chociaż nie, słodki był na pewno, ale nie był ostry. Kwaśny też nie. Nie przypominał też Chińczyka. Zaraz… nie o tym. Dlaczego zacząłem myśleć o chińszczyźnie? Ah, bo sos słodko-kwaśny. Zjadłbym chętnie kurczaka w takim sosie. Albo kurczaka w cieście. Albo może w orzechach? O tak, mieliśmy dzisiaj najlepsze orzechy na świecie. A może kaczkę po pekińsku? Pekin był daleko, ale kaczki mieliśmy w parku niedaleko… ciekawe, czy Cole potrafił łapać kaczki. Chciałbym to zobaczyć.
Poczułem nagle, jak android chwyta mnie za nadgarstek. Odsunąłem się od jego ramienia i spojrzałem na niego zszokowany. Wpatrywał się uważnie w moją dłoń, lustrując ją z każdej strony. Wziął potem drugą i ją też przeskanował.
— Co robisz?
— Szukam śladów uderzenia.
— Czemu?
— Mówiłeś, że uderzyłeś wiadro. Ale nie widzę żadnych śladów ani zaczerwienienia. Wygląda na to, że nie odcisnęło się to na twoim zdrowiu.
A właśnie… Myślałem o sosie… Znaczy o wiadrach. Znaczy o paleniu. Przysunąłem się tak blisko, jak mogłem, patrząc prosto w oczy androida.
— Cole, skup się. — Kiwnął głową. Jak mniemam, chodziło mu o to, że rozumie. Jego ciemne oczy przypomniały mi o orzechach. — Chciałem coś powiedzieć. Ah, wiem. Cole, paliłem trawkę.
— Ale, Leo, wypalanie terenów zielonych pod uprawy zostały prawnie zabronione. Możesz mieć kłopoty.
Nie wytrzymałem. Przechyliłem się do tyłu i padłem plecami na kanapę. Przetarłem zmęczoną twarz i lekko piekące oczy i zacząłem cicho się śmiać. Naprawdę, czasami mnie tak bardzo rozczulał i tak bardzo wkurzał jednocześnie.
— Cole…
— Tak, Leo?
— Uwielbiam cię, wiesz?
— Nie, Leo.
— Nie zapominaj o tym, nigdy. Nawet jak będę mówił inaczej.
— Dobrze, Leo.
Poczułem się senny. Byłem zbyt ciężki, żeby wstać i iść do łóżka. Kanapa przyciągała mnie do siebie, jak jakiś łóżkowy potwór. Chciałem spać. Przytuliłem się do poduszki, a kołysanie fal utuliło mnie do snu.
Rozdział 10
Obudziłem się, gdy nie mogłem dłużej ignorować słońca wpadającego przez okna do mojego pokoju. Powoli otworzyłem piekące oczy i odwróciłem się tyłem do źródła światła. Spod na wpół zamkniętych powiek dostrzegłem na budziku godzinę jedenastą. No tak… Cole pewnie wyłączył alarm, żebym mógł pospać.
Przetarłem zaspaną twarz i usiadłem powoli. Byłem zmulony i dalej chciało mi się spać. Wczoraj z chłopakami ostro daliśmy w palnik. Kurwa, ale ja się wtedy zjarałem. Było zajebiście.
Ledwo pamiętałem, jak doszedłem do łóżka, ale miałem mgliste wspomnienie wspinania się po schodach i opieranie się o ramię Cole’a. Cóż, przynajmniej tym razem nie zaniósł mnie na rękach.
Ku mojemu zaskoczeniu, na szafce obok zauważyłem kubek. W jednej czwartej wypełniony był ciemnym płynem, pachnącym kawą, a obok niego stał termos. Była też karteczka. Napis na niej sprawiał wrażenie, jakby napisany był na komputerze jakąś najprostszą czcionką. Kompletnie nie wyglądał jak odręczne pismo. Gdy zwalczyłem spaczenie pisarza, skupiłem się na samym tekście.
„NA ROZBUDZENIE. WRZĄTEK MASZ W TERMOSIE”
Uśmiechnąłem się rozczulony. Jednocześnie z bólem stwierdziłem, że Cole naprawdę zachowuje się jak matka. Było to naprawdę urocze, ale też trochę niepokojące.
Gorącą wodą zalałem kawę. Odczekałem chwilę i wziąłem kilka łyków. Gdy senność przeszła chociaż odrobinę, zszedłem na dół.
Czułem się okropnie. I musiałem wyglądać okropnie. Moje odbicie, które zobaczyłem w szybie, tylko utwierdziło mnie w tym przekonaniu. Byłem rozczochrany, a oczy miałem zjarane i podkrążone. Możliwe, że byłem blady, ale równie dobrze mogła to być wina ciemnych chmur, które dzisiaj zakrywały całe niebo.
— Dzień dobry, Leo — przywitał się Cole. Jego głos był miły, przyjemnie radosny. Gdy na niego spojrzałem, widziałem, jak wparuje się w trzymany przeze mnie kubek. — Widzę, że znalazłeś kartkę.
— Tak, dzięki za kawę. To było miłe.
— Jesteś głodny? Mogę przygotować jajecznicę.
— Tak, poproszę.
Gdy usiadłem przy stole, Cole podał miskę z orzechami nerkowca. Tymi samymi, którymi objadałem się wczoraj. Uśmiechnąłem się niepewnie. Gdyby był do tego zdolny, stwierdziłbym, że drwi ze mnie, ale jak go znałem, pewnie po prostu uznał, że skoro tak uwielbiam orzechy, to mi je poda. Nie miałem serca mówić mu, że to wszystko to tylko gastrofaza, a te orzechy są całkowicie przeciętne. Zacząłem po prostu jeść.
— Może ci jakoś pomóc?
— Nie jest to niezbędne. Przygotowuję tylko jajecznicę, a robinie posiłków należy do moich obowiązków.
Przytaknąłem bez słowa, obserwując postać Cole’a krzątającą się w kuchni. Wziąłem jeszcze łyka kawy, by rozbudzić zaspany umysł, do którego jeszcze nie do końca docierało, skąd nagłe poczucie wyrzutów sumienia.
Cholera…
Nagle uświadomiłem sobie, że od kiedy Cole się tu pojawił, nie robiłem nic, poza uczeniem go i pisaniem książki. Nawet przestałem sam sobie gotować. Naprawdę traktowałem go jak androida, a przecież miałem nauczyć go człowieczeństwa. Znaczy… miałem wyrobić w nim ten cały algorytm preferencji i tak dalej. Miał pozostać androidem użytkowym, ale ja sam ciągle próbowałem wydobyć z niego ludzkość. A jednocześnie traktowałem go jak sprzątacza i osobistego kucharza.
Z bólem serca uświadomiłem sobie swoją hipokryzję. I fakt, że jeżeli chciałbym z nią walczyć, musiałbym wrócić do domowych obowiązków, których szczerze nienawidziłem, dodatkowo mnie dołował. Przyjemnie się pracowało, kiedy nie musiałem ani sprzątać, ani przygotowywać sobie posiłku. Ale nie mogłem tak traktować Cole’a. To byłoby nie fair.
— Leo, czy możemy porozmawiać? — zapytał nagle, stawiając przede mną talerz z jajecznicą. Wyrwany z zamyślenia, w pierwszej chwili nie zrozumiałem, co powiedział. Chciałem już go poprosić, żeby powtórzył, gdy z opóźnieniem dotarł do mnie sens jego słów. Zaciekawiony i zaskoczony, przytaknąłem, chociaż miałem złe przeczucia.
Z kubkiem herbaty usiadł przede mną. Jego twarz była spokojna i prawie bez emocji, jak zawsze. Jednak, gdy tak na niego patrzyłem, znając go już trochę, w oczach mogłem dostrzec lekki niepokój. Zapewne wgrany przez mózgowców z neWord, ale tak wyraźny, jakby naprawdę był osobą.
— Coś się stało?
— Właściwie to tak. W ciągu nocy przeanalizowałem twoje zachowanie z ostatniego wieczoru.
Spojrzałem na niego niepewnie. Będąc kompletnie zjarany, uznałem, że to genialny pomysł, by wiedział o moim stanie, ale w tej chwili miałem co do tego wątpliwości. Ale jeżeli nie załapał, nawet gdy mówiłem wprost, że jarałem zioło, to czułem się całkiem bezpiecznie z nadzieją, że niczego tak naprawdę się nie domyśli.
— Tak, wiem, że zachowywałem się dziwnie. Przepraszam za to. Wiesz, z chłopakami trochę nam odwalało i nie byłem w zbyt dobrym stanie. Czasami tak jest po imprezach.
— Twoje zachowanie wydało mi się niepokojące, więc postanowiłem dokładnie je przeanalizować. Początkowo ciężko było mi stwierdzić, co ci się stało. Zastanawiałem się nawet, czy nie powinienem skonsultować twoich objawów z lekarzem.
— To nic takiego, Cole, serio. Ludzie tak czasami mają.
— Leo, muszę cię o coś zapytać. Nie chcę cię urazić, ale jest to niezbędne. Czy brałeś wczoraj może marihuanę?
Zakrztusiłem się kawą. Kaszlałem chwilę, nim załzawionymi z bólu oczami, spojrzałem na mężczyznę przede mną. Naprawdę nie sądziłem, że w ogóle jest w stanie zrozumieć, że ludzie obok niego naprawdę biorą narkotyki. Trochę przerażony, uśmiechnąłem się niepewnie, chcąc ukryć stres.
— Ja? Żartujesz? Przecież… marihuana jest nielegalna. — Nerwowo odwróciłem wzrok. Bałem się, że nie zniosę tego wyczekującego, spokojnego spojrzenia ciemnych oczu, które skanowałyby mnie jak komputer. Czy podałby mnie na policję, gdybym się przyznał? Czy wydałby mnie do biura neWord? Możliwe, że zaprogramowali mu taką funkcję? Coś à la walka z narkotykami? Chyba raczej nie, ale i tak wolałem uważać.
— Leo, twoje odruchy jednoznacznie wskazują na zestresowanie i to, że nie mówisz prawdy. To znaczy, że brałeś marihuanę — stwierdził już, nie zapytał.
Zmarszczył brwi, by okazać niezadowolenie, a ja poczułem jeszcze większe zestresowanie.
Spuściłem głowę, jak zganiony dzieciak, a serce jeszcze bardziej mi przyspieszyło, bijąc niemalże boleśnie mocno. Nie wiedziałem, co teraz zrobi Cole, jak zareaguje i w ogóle, jak bardzo mnie zniszczy, mając taką wiedzę. Czy będzie miał skrupuły, gdy będzie zastanawiał się, czy wydać mnie policji? Z nerwów poczułem, jak drżą mi ręce.
Odłożyłem widelec i spojrzałem prosząco na androida.
— Dobra, przyznaję, brałem marihuanę. Ale proszę cię, Cole, nie mów tego nikomu. Ja naprawdę mogę mieć przez to kłopoty. Wiem, że to nielegalne i złe, ale jak to wyjdzie na jaw, to będzie mój koniec.
Złożyłem ręce w błagalnym geście. Czułem, że jeżeli miał wprogramowane cokolwiek, co kazałoby mu mnie wydać, żadne prośby nic nie dadzą, ale musiałem chociażby spróbować.
Zaskoczenie malujące się na twarzy androida spowodowało u mnie mieszane uczucia, bo nie wiedziałem, czy dziwi go, że od razu zakładam, że mnie wyda, czy że jestem tak głupi, żeby o to prosić.
— Dlaczego miałbym komukolwiek o tym mówić? Przecież miałbyś przez to kłopoty.
Ogromny kamień spadł mi z serca. Wypuściłem ciężko powietrze, z ulgą zdając sobie sprawę, że chyba jestem chociaż chwilowo bezpieczny.
— Wybacz… Myślałem, że wiesz… To coś, co masz wgrane w programie i tak dalej.
— Nie mam wgranego zachowania związanego z działaniami antynarkotykowymi. Właściwie nie mam nawet informacji odnośnie tego, jak one oddziałują na ludzki organizm.
— To skąd wiedziałeś? — zapytałem niepewnie.
— Połączenie wiedzy zaczerpniętej z internetu, ale pierwszym tropem był film, który mi pokazałeś. Ten o narkotykach. — Westchnąłem. Gdybym wiedział wtedy, że tak się tym zdradzę… — Bezsensowne i nieodpowiednie byłoby informowanie kogokolwiek o tym, że bierzesz narkotyki. Poza tym, samo zażywanie nie jest w żadnym stopniu nielegalne. Gdybyś posiadał przy sobie nieodpowiednie substancje, mógłbyś mieć kłopoty, ale w takiej sytuacji nic ci nie zagraża.
— Więc nie wydasz mnie też przed biurem neWord? — Oczami wyobraźni już widziałem, jak oburzeni moim nieodpowiednim zachowaniem, zrywają ze mną współpracę.
— Moim zadaniem było przesyłanie raportów odnośnie mojego postępu w edukacji, a nie odnośnie twojego zachowania. Nie jest niezbędne, żebym ich o tym informował.
Ponownie odetchnąłem z ulgą, teraz już niemal całkowicie się rozluźniając. Jeżeli Cole nie zamierzał informować o tym policji ani neWord, chyba tym razem mi się upiekło.
— Cholera, myślałem, że tutaj zejdę. — Przyłożyłem dłoń do piersi. — Czyyli… nie mam kłopotów?
— Nie, ale chciałem wyrazić moją dezaprobatę odnośnie twojego zachowania. Marihuana, razem z innymi narkotykami, jest środkiem nielegalnym. Spożywanie go jest szkodliwe i niebezpieczne. Gdybyś został na tym przyłapany, miałbyś spore kłopoty.
— Ja wiem, ja wiem… — Uspokoiłem się nieco, gdy upewniłem się, że ze strony Cole’a czeka mnie tylko reprymenda. — Ale to była jednorazowa sytuacja. Ja normalnie nie palę i nie biorę narkotyków. Chciałem tylko spróbować.
Wolałem nie tłumaczyć mu, że zioło wcale nie jest aż takie złe i tak naprawdę szkodzi mniej niż alkohol. Nie potrafili tego zrozumieć ludzie, a Cole był… No cóż, ciężko było go przekonać do zmiany opinii, skoro nigdy własnej nie miał.
— Nie mam prawa wyciągać jakichkolwiek konsekwencji z twojego zachowania, o ile nie dostanę wprost takich wytycznych.
— To…
— Nie zmienia to faktu, że jestem zdania, że twoje zachowanie jest wysoce nieodpowiedzialne i jestem zobowiązany, by upomnieć cię, że nie powinieneś tego robić.
— To był pierwszy i ostatni raz.
Miałem nadzieję, że Cole nie wyczyta z mojego wyrazu twarzy ewidentnego kłamstwa. Przecież nie mogłem mu wytłumaczyć, że zioło nie jest tak złe, jak myśli. Ani że brane z umiarem nie zrobi mi krzywdy.
— Leo, naprawdę powinieneś zrezygnować z narkotyków. Widziałeś na tym filmie, co się dzieje z osobami, które je zażywają.
— Nie biorę twardych narkotyków, to tylko zioło. Nie ma na mnie negatywnego wpływu.
— Każdy tak mówi o narkotykach.
— Marihuana jest też stosowana w ziołolecznictwie jako środek przeciwbólowy.
— Ale na wyraźne zalecenie lekarza.
— Może miałem zalecenie lekarza?
— Twój głos stał się niepewny, stwierdzam po tym, że raczej nie miałeś.
— Uch… No dobra, nie miałem. — Westchnąłem. — Ale proszę, zaufaj mi. Potrafię o siebie zadbać.
— Ale Leo, branie narkotyków jest bardzo szkodliwe, możesz być nawet tego nieświadomy, że powoli się uzależniasz.
— Cole, daj spokój. Widziałeś raz, jak palę. Od pierwszego razu się nie uzależnia.
— W tym filmie też tak mówili. Od jednego się zaczyna.
W sumie Cole niepotrzebnie szykował mi kawę. Po tej rozmowie ciśnienie podniosło mi się na tyle, że w ogóle nie potrzebowałem już kofeiny. Przetarłem zmęczone oczy i westchnąłem ciężko.
— Cole, mogę mieć do ciebie prośbę?
— Tak, Leo?
Byłem już zmęczony tą dyskusją. Nie mogłem jej zakończyć zwykłym kłamstwem, bo byłem niemal pewny, że Cole zauważy, że nie mówię tego szczerze. A nie mogłem z całą stanowczością i pewnością siebie powiedzieć, że nigdy więcej nie zapalę. Równie dobrze mógłbym obiecać, że nigdy więcej nie wezmę do ust alkoholu. To po prostu nie miało sensu.
Splotłem dłonie na stole i spojrzałem w ciemne oczy przede mną. Całkowicie spokojne, niemalże bez wyrazu, wyczekujące tylko na moją wypowiedź.
— Czy możesz po prostu mi zaufać? Że nie zrobię nic głupiego i potrafię o siebie zadbać? Jestem dorosły, naprawdę. Po prostu mi zaufaj, dobrze?
Cole milczał. Cisza między nami stawała się coraz bardziej nieznośna, gdy prawdopodobnie w głowie androida wszelkie możliwe kody próbowały stworzyć algorytm, który sprawi, że mi zaufa. W końcu znowu na mnie spojrzał.
— Cóż, dobrze w takim razie. — Zgodził się w końcu, a ja poczułem sporą ulgę, że na tym zakończymy. — Ale kiedy znowu wrócisz pod wpływem marihuany, będę musiał podjąć bardziej stanowcze kroki.
— Dzięki. Doceniam to.
Postanowiłem, że nigdy więcej nie pozwolę Cole’owi widzieć, jak jestem zjarany. Nie wiedziałem, co dla niego znaczą „stanowcze kroki”, ale troszeczkę się tego bałem. Następnym razem, gdy wrócę do domu, wcześniej wytrzeźwieję. Gdziekolwiek, byle nie u siebie. Jeszcze następnym razem byłby gotów rzeczywiście dać mi szlaban.
— Zmieniając trochę temat. Chciałbym od dzisiaj pomagać ci przy przygotowywaniu posiłków. I przy sprzątaniu też.
Tak nagły przeskok zapewne zaskoczyłby każdego, ale miałem wrażenie, że nie w trzymaniu się tematu Cole ma problem, gdy zobaczyłem w jego oczach zaskoczenie.
— Leo, przygotowywanie posiłków i sprzątanie to są moje obowiązki jako androida.
Cóż, robiliśmy postępy w tej kwestii, ale pewne rzeczy się nie zmieniały.
— Ale ja nie chcę cię traktować jak androida. Robiłem to już wystarczająco długo, robiąc z ciebie mojego służącego. Od dzisiaj oficjalnie mianuję cię moim pełnoprawnym współlokatorem.
Uśmiechnąłem się z pewną dumą, mimo zmęczenia, które czułem po zerwanej nocce, że w końcu dostrzegłem dzielącą nas granicę, której nie dostrzegłem ani razu do tej pory. Wyraz twarzy mężczyzny był jednak obojętny, może tylko z lekką konsternacją.
— Leo, obawiam się, że to nie działa w ten sposób.
— A mi ludzie mówią, że to ja jestem pesymistą. Nie mógłbyś chociaż spróbować się ze mną zgadzać?
— Cóż. Dobrze, Leo. W takim razie czego dokładnie ode mnie oczekujesz?
— Raz w tygodniu będziemy wspólnie sprzątać, razem z odkurzaniem i w ogóle. Możesz mi pomagać przy sprzątaniu po obiedzie, ale to będzie głównie moje zajęcie. Za to ja będę ci pomagać przy gotowaniu. Znasz się na tym lepiej niż ja.
— Dobrze, Leo. A co ze śniadaniami? Zwykle przygotowuję je, gdy jeszcze śpisz.
— Uch, no tak. Śniadania możesz robić, ale tylko to. Resztę robimy razem.
— Dobrze, Leo. — Kiwnął głową.
Prawdopodobnie nie dostrzegał mojej chęci pomocy w tym, a bardziej traktował to jak rozkaz, ale to nie miało znaczenia. Czułem, że zrobiłem krok w dobrą stronę. Chociaż nie wykluczałem możliwości, że nadmiar empatii był spowodowany wczorajszym paleniem. Odsunąłem od siebie tę myśl i pochyliłem się w stronę już oficjalnie współlokatora.
— To jak? Masz jakieś przemyślenia odnośnie ostatnio przeczytanych książek?
Wziąłem ostatni kęs jajecznicy i dopiłem kawę. Cole już wstał, by posprzątać po mnie, ale sam odniosłem naczynia do zlewu i je umyłem. Mojemu „współlokatorowi” pozwoliłem tylko na umycie kubka po herbacie, z którego on sam pił.
— Myślę, że warto byłoby pomówić o kilku książkach, które wydają mi się wątpliwe pod kątem logicznym. Szczególnie tyczy się to książek z gatunku harlequinów.
— Ta, harlequiny są okropne. Czytałem ich trochę, by wiesz, przygotować się do pisania… — Zamilkłem nagle, z otwartymi ustami i uniesioną podczas gestykulacji dłonią. Zacisnąłem pięść i ścisnąłem usta, w ostatniej chwili powstrzymując się przed powiedzeniem o gatunku, który piszę. — Potrzebowałem do wątku w mojej książce. Nieistotne. W każdym razie, nie znoszę tej tematyki. Jest alogiczna, płytka i żałosna. Jak mam czuć sympatię do grupy ludzi, którzy uważają, że jedynym osiągnięciem człowieka, czy może raczej kobiety, bo do tego to się sprowadza, jest znalezienie sobie chłopaka czy męża? Ja wiem, że w normalnym świecie jest tak samo, ale… To i tak irytujące. Jeszcze zazwyczaj kompletnie nie trzymają się faktów i logiki. Uch… Nienawidzę tego.
— Faktycznie, znalazłem tam kilka błędów logicznych. Zachowanie głównej bohaterki często było dość nielogiczne, powodując późniejsze komplikacje. Nie rozumiem, dlaczego za każdym razem próbowała rozwiązać sytuację sama, bez pomocy osób, które faktycznie się na tym znają. Potem i tak wszyscy musieli ją ratować. No i ciężko mi zrozumieć, dlaczego przez cały czas jest wychwalana, skoro technicznie rzecz biorąc nie zrobiła nic wielkiego.
Spojrzał na mnie pytająco, przechylając głowę. Zmrużyłem oczy i spojrzałem z nienawiścią na półkę z książkami, chociaż nawet nie było tam potworka, o którym rozmawialiśmy. A Cole wybrał chyba jedną z bardziej znienawidzonych przeze mnie książek, gdzie logiki było tyle, ile charakteru w głównych bohaterach. Jeżeli zamierzał gadać o harlequinach…
Potrzebowałem więcej kawy.
***
— Dlatego właśnie ta kobieta nie powinna zabierać się za pisanie! Jak można wmawiać ludziom, że osoby chore na jakieś zaburzenie psychiczne, to niebezpieczni psychopaci?! TO jest chore i szkodliwe. Szkodzi nie tylko ludziom, którzy wstydzą się tej choroby, ale też tym, którzy teraz będą inaczej oceniać osoby dotknięte tą przypadłością. Ale nie, po co się tym przejmować. Lepiej każdemu przykleić łatkę psychopaty. I jak mają się poczuć tacy ludzie, czytający rzekomo piękną książkę o marzeniach i miłości? Albo osoby otyłe, które przedstawiane są jako ci źli. Bo wiadomo, to jest pieprzona bajka dla dzieci z lat dziewięćdziesiątych, gdzie każda zła osoba musi być szkaradna. Kurde, żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, a ona próbuje nam wmówić, że jeżeli ktoś jest gruby, to musi być zły. Ale to nie wszystko, o nie… Najbardziej mnie wkurwiało, jak nagle w książce pokazywała gwałt jako coś dobrego. Przepraszam, ale nosz kurwa. Autorka pisze książki dla kobiet, o miłości, o księciu na białym koniu i podobnych temu bzdurach, a tu nagle zaczyna pisać o romantyznowaniu gwałtu. Ciekawe, czy gdyby „ukochany” głównej bohaterki nie był niezwykle przystojny, to też byłoby takie super. Nie, nie byłoby. Gwałt to gwałt. DLACZEGO, do cholery, ktokolwiek miałby pisać, jak kobieta się zakochuje po czymś takim?! No dobra, jest syndrom sztokholmski i tak dalej, ale to też nie następuje z dnia na dzień. I na pewno nie tylko dlatego, że facet był mega przystojny, a seks wbrew woli kobiety tak przyjemny!
Wkurzony od kilku minut chodziłem po pokoju, chcąc wyładować rosnącą we mnie irytację. Cole, który zamilkł już jakiś czas temu, tylko wodził za mną wzrokiem, siedząc na kanapie. Wiedziałem, że rozmowa o harlequinach się tak skończy, po prostu wiedziałem. Agresja rosła we mnie coraz bardziej, gdy przypominałem sobie o coraz to kolejnych bzdurach, które czytałem w znienawidzonym przeze mnie gatunku. Nie miałem nic przeciwko erotykom czy romansom. Sam pisałem BL, które w niczym nie było od nich lepsze. Nawet dobre harlequiny byłem w stanie zaakceptować
Tymczasem większość fanów tego gatunku sięgała po najgorsze, najbardziej nielogiczne i szkodliwe teksty, gdzie autor nie zadał sobie nawet trudu wzięcia odpowiedzialności za własne słowa.
— No dobra, to myślę, że możemy zakończyć omawianie tego chłamu. — Zmusiłem się do lekkiego uśmiechu, żeby nieco schłodzić swoją wściekłość. Usiadłem obok Cole’a i wziąłem kilka wdechów. — Czytałeś coś jeszcze?
— Leo, mam w głowie wgrane ponad…
— Tak wiem, dużo książek. Ale jak chcesz omawiać kolejne romanse, to ja potrzebuję przerwy. — Oparłem się o kanapę i przymknąłem oczy. Nie byłem pewny, czy robimy jakiekolwiek postępy. Miałem przeczucie, że tak naprawdę stoimy w miejscu, a moje starania nie wnoszą nic więcej do tysięcy wgranych pozycji w głowie androida.
— Cole… — Zacząłem niepewnie. Usiadłem do niego przodem i spojrzałem mu w oczy, zbierając w sobie odwagę. — Co myślisz o tym, bym zapoznał cię z moimi przyjaciółmi?
— Mam specyficzne wrażenia, jeżeli chodzi o twoich przyjaciół, ale spotkanie z nimi może pozytywnie wpłynąć na mój algorytm preferencji.
— W takim razie, musisz zacząć mówić jak człowiek. Nie chcemy, żeby ktokolwiek wiedział, że jesteś androidem, prawda?
— Prawda, Leo.
— Pamiętasz, jak ci mówiłem, że nie możesz opisywać każdej jednej mojej reakcji, gdy na ich podstawie oceniasz moje zachowanie?
— Oczywiście, Leo. Aktualnie robię to tylko w wyjątkowych okolicznościach. Mogę stworzyć listę zasad, których muszę przestrzegać, upodabniając się do was. Chciałbyś, żebym to zrobił?
— Tak, zrób to, zdecydowanie.
— Oczywiście. W tej chwili na komendę: „nowa zasada” będę dodawał kolejne zachowanie do mojego folderu.
— Świetnie. — Nie podobało mi się określenie „komenda”. Jakbym miał mówić do psa. Ale z drugiej strony wolałem przystać na to, jeżeli miało mu to pomóc, niż ryzykować, że odwali coś głupiego przy moich kumplach. — W takim razie nowa zasada. Kiedy wyjaśniasz mi coś, co łączy się z tym, że jesteś androidem, nie mów konkretnych specyfikacji. Wystarczy… wystarczy, że wymienisz książki, które czytasz albo po prostu przytakniesz. Na pewno nie podawaj dokładnej liczby. Mów, że czytałeś wiele albo niewiele, albo kilka.
— Rozumiem, zanotowane. Przynajmniej na tyle, na ile zrozumiałem. Postaram się to przenieść na inne, podobne temu sytuacje — powiedział i lekko się uśmiechnął. Było w tym nieco sztuczności, robił to zbyt nagle i zbyt… cholera, to był zbyt uprzejmy i miły uśmiech, żeby był prawdziwy w takiej sytuacji. Niemniej jednak wystarczył, żeby zeszła ze mnie cała zła energia i żebym sam uśmiechnął się delikatnie.
— No dobra, to jeszcze raz. Czy czytałeś coś jeszcze?
— Oczywiście, Leo. Zapoznałem się ze sporą ilością książek. Czy to jest sposób, w jaki powinienem odpowiedzieć?
— Lepiej. — Prychnąłem nagle z rozbawieniem. — To… jest jakaś, o której chciałbyś porozmawiać?
— Nie. Wydaje mi się, że lepiej byłoby, gdybyś ty zadecydował, o czym mielibyśmy porozmawiać.
Oparłem się o kanapę i chwilę zastanawiałem, co takiego wybrać. Znałem całą masę książek, a w razie czego Cole mógł przeanalizować drugie tyle w ciągu kilku chwil. Całkiem przyjemnie nam się omawiało postacie i fabułę, ale miałem wrażenie, że to kompletnie nic nie daje. Cole zyskiwał wiele w moich oczach, coraz bardziej dostrzegałem w nim człowieka, którego w niego wgrali, ale wciąż ewidentnie był maszyną. Własnego gustu też zbyt nie miał.
— Jak myślisz, czy nasze rozmowy cokolwiek ci dają? — zapytałem, odwracając się w stronę androida.
Spokojna cisza wypełniła pokój. Patrzyłem, jak wbija wzrok w przestrzeń, a jego… elektroniczne zwoje mózgowe? czy jakiś dysk pamięci albo obliczeniowy, cokolwiek miał jako android, pracowało na najwyższych obrotach, żeby odpowiedzieć mi na pytanie. W końcu jego wzrok znowu padł na mnie.
— Nie potrafię ci odpowiedzieć na to pytanie, Leo. Nie potrafię określić, co mi się podoba, a co nie. Jednak nie mogę powiedzieć, żeby nic się we mnie nie zmieniło. Na pewno wiele się nauczyłem, jeżeli chodzi o ludzi i ludzkie zachowanie. Wydaje mi się, że w ciągu tych trzech miesięcy biuro neWord będzie bardzo zadowolone z naszych wspólnych wyników.
— Skoro tak twierdzisz. A potrafisz stwierdzić, co ci najwięcej daje?
— Nie, Leo. Myślę, że każdy aspekt spędzania czasu razem z tobą wpływa korzystnie na moje postrzeganie świata. Nawet jeżeli nie analizujemy wspólnie tekstów. Sama twoja obecność może być dla mnie przydatna.
— Jeżeli tak twierdzisz, to cóż, cieszę się. — Nawet nie kłamałem. Naprawdę cieszyłem się z faktu, że mogę mu pomóc. — Chociaż wolałbym bardziej widoczne oznaki twojej nauki.
— Nauka zawsze wymaga czasu. Możesz nie dostrzegać jej powolnego trybu, bo powolnych zmian często się nie zauważa, szczególnie, gdy jest się obecnym przez cały czas ich trwania. Jednak, kiedy będziemy zdawać sprawozdanie z moich osiągnięć, myślę, że z dużym prawdopodobieństwem zauważysz wtedy znaczącą zmianę.
— Cóż, zaufam ci, skoro tak twierdzisz. Jeżeli masz wrażenie, że to cokolwiek ci daje, to najważniejsze.
W odpowiedzi Cole tylko uśmiechnął się tym swoim tak okropnie zaraźliwym uśmiechem. Spuściłem wzrok, by nie patrzeć na ten prostolinijny wyraz twarzy i zastanawiałem się chwilę.
— Dobra, spróbujemy dzisiaj czegoś nowego. Myślę, że to może być krok naprzód. A co najlepsze, możesz praktykować to, nawet podczas mojej nieobecności.
— Co to takiego, Leo?
— Jesteś ciekawy? — Wyczułem w tym szansę na jakiekolwiek emocje ze strony androida, ale nie dostrzegłem żadnych na jego twarzy.
— Nie, Leo. — Mimo lekkiego zawodu, byłem wdzięczny, że tym razem odpuścił sobie przypominanie mi, że jest on androidem i nie potrafi być ciekawy. Chociaż z całą pewnością zamierzał to zrobić. — Ale taka informacja mogłaby być przydatna, żebym mógł się przygotować na zajęcia z tobą.
— Czyli nie będziesz miał nic przeciwko, gdybym powiedział ci o tym dopiero wieczorem? — Oczekiwałem, że chociażby spróbuje nalegać. Nawet pytanie, czemu nie mogę mu powiedzieć teraz, byłoby już jakimś krokiem naprzód.
— Jak tylko postanowisz, Leo.
No cóż… przed nami wciąż była długa droga.
— Skoro tak, to dowiesz się wieczorem.
— Dobrze, Leo. Dzisiaj znowu będziesz pisać?
— Tak, zamierzam. Przynajmniej częściowo. Ale muszę też skoczyć do sklepu po zakupy.
— Ja mogę to zrobić. Skompletuję najważniejsze rzeczy, których może brakować w twojej diecie, oraz to, co sam mi podyktujesz.
Przez chwilę wizja pustego domu i braku konieczności pójścia na zakupy była obiecująca, ale z bólem przypomniałem sobie, że wtedy znowu traktowałbym Cole’a jak sługusa, a nie współlokatora. Poza tym trochę się bałem puszczać go samego gdziekolwiek. Ba, nawet zostawianie go samego w domu dalej było dla mnie wyzwaniem, a co dopiero wypuszczenie go na ulice.
Z zaskoczeniem stwierdziłem, że nawet nie wiem, czego się dokładnie obawiam. Wyobraziłem sobie, jak android wychodzi sam na ulicę i miałem wrażenie, że mi go… ukradną. To słowo zabrzmiało dziwnie, ale nie potrafiłem pozbyć się z głowy obrazu, jak podjeżdża jakiś samochód, chwytają Cole’a i wciągają go do środka. Jakby był małym, niewinnym dzieckiem, skuszonym na słodycze, który nie potrafi się bronić. A gdyby walnął go samochód? Z jakiegoś powodu nie potrafiłem uwierzyć, że kierowca go dostrzeże czy stanie na światłach. A jak zatrzyma go policja? Nie widziałem żadnego racjonalnego powodu, czemu miałaby to zrobić, ale ta myśl też zalęgła w moim mózgu i nie mogłem się już jej pozbyć.
— Nie, to byłoby nie fair. Pójdziemy razem. Pomożesz mi w noszeniu rzeczy i wybieraniu jedzenia. Na gotowaniu akurat znasz się lepiej.
— Chcesz, żebym przygotował listę produktów do kupienia?
— Gdybyś mógł, pewnie by się to przydało.
— Byłoby znacznie łatwiej, gdybyś pozwolił mi na przygotowanie planu twojej diety na najbliższy tydzień.
— Jasne. — Wzruszyłem ramionami. — Zwykle nie mam żadnych konkretnych wymagań. Polegam na tobie.
— Rozumiem. Czy w takim razie jest coś, czego nie lubisz albo nie możesz jeść?
— Mogę jeść wszystko, ale nie lubię… jedzenia, które niemal tonie w sosie, jak w indyjskiej kuchni i gotowanych warzyw, szpinaku… — Zawahałem się, szukając w głowie innych rzeczy. Wolałem powiedzieć to teraz, a nie wtedy, gdy Cole nakupuje rzeczy, których nie będę mógł przełknąć, ale nic więcej nie przychodziło mi do głowy. — I to będzie wszystko.
— Dobrze, będę potrzebować dziesięciu minut na stworzenie ci diety i stwierdzenie, których składników potrzebujesz, bazując na zawartości szafek.
— To ja pójdę się zebrać w tym czasie. Skoczę pod prysznic.
Zatrzymałem się nagle w drodze na schody. Odwróciłem się i spojrzałem na androida. Od kilku dni nosił tę samą, czarną koszulkę, którą mu kupiłem. Niezbyt mi to przeszkadzało, w końcu sam z siebie ich nie brudził, ale na ciemnym materiale aż zbyt wyraźnie było widać kurz, który ścierał, i ślady po gotowaniu.
— Przebierz się przed wyjściem, dobrze? A koszulkę możesz dać do prania.
— Dobrze, Leo.
Kiedy tak się nad tym zastanawiałem, to może trzy koszulki i dwie pary spodni to było za mało? Nawet jeśli Cole się nie pocił, więc nie musiał zmieniać rzeczy codziennie. W teorii pewnie w ogóle nie musiał ich zmieniać, ale brudził je, jak każdy człowiek. Szczególnie, gdy zajmował się gotowaniem. Poza tym, chociaż sam lubiłem chodzić przez jakiś czas w tej samej koszuli, to miałem wrażenie, że w pewien sposób uczę go przez to złych nawyków.
Właściwie wybieranie ubrań każdego dnia, to też rodzaj wyboru. I mógłbym tym samym nieco go uczłowieczyć. To nie był w sumie taki zły pomysł. Zapamiętałem, by poszukać czegoś, gdy będziemy wracać.
***
Piętnaście minut później jechaliśmy w stronę osiedlowego supermarketu. Z pewnym rozbawieniem zerkałem w stronę Cole’a ubranego w zwykły, szary T–shirt i jeansowe spodnie. Dokładnie te same, które miał podczas naszego pierwszego wyjścia. „Nie chciałeś założyć tego samego, prawda? Jeżeli tak, mogę się przebrać”. Byłem ciekawy, czy gdyby miał więcej rzeczy do wyboru, też brałby tę koszulkę na wyjścia. Może zakładając ją przypadkiem, ten pierwszy raz, niejako dałem mu do zrozumienia, że to dobry strój do tego? Albo po prostu to była jedyna rzecz, która kojarzyła mu się z opuszczaniem domu?
Zaparkowałem pod sklepem. Miałem wychodzić, ale ponownie zalała mnie fala wątpliwości.
Spojrzałem na siedzenie pasażera i się zawahałem. Byliśmy już w sklepie, ale na pewno nie w tak tłocznym. Czy poradzi sobie w tłumie ludzi? Czy nic mu się nie stanie?
— Cole, spróbuj się zachowywać normalnie, dobra? Nie zagaduj ludzi, a najlepiej w ogóle z nimi nie gadaj. Chyba, że cię o coś zapytają. Trzymaj się mnie i nie zachowuj się dziwnie, dobrze?
— Tak, Leo.
Zastukałem palcami w kierownicę, myśląc, co takiego Cole mógłby schrzanić. Kurde… jeszcze trochę i zacznę go naprawdę trzymać na smyczy albo w klatce. Powstrzymałem wątpliwości i wysiadłem z samochodu. Byłem spięty i nerwowy, ale przecież musiałem, prędzej czy później, wprowadzić Cole’a do tego świata. Jeżeli chciałem zapoznać go z moimi przyjaciółmi, to musiał on umieć odnaleźć się wśród ludzi.
W sklepie nie było dużego ruchu, chociaż miejscami musiałem się przeciskać między regałami i pozostawionymi wózkami. Nerwowo wodziłem wzrokiem po każdej mijanej osobie, żeby sprawdzić, czy przypadkiem ktoś nie zwraca uwagi na Cole’a. Ku mojej uldze, chyba nikt nie dostrzegał jego obecności.
Może poznając lepiej Cole’a, po prostu zacząłem dostrzegać, jak bardzo różni się od ludzi i jak łatwo może zostać zdemaskowany? Ale ludzie, prócz zdawkowych spojrzeń w naszą stronę, wydawali się nie dostrzegać nic dziwnego w naszym zachowaniu.
— Cole, masz już listę rzeczy, które trzeba kupić?
— Wszystko mam zanotowane w głowie. Chcesz, żebym ci wyrecytował?
— Nie, nie trzeba. Wyślij mi je SMSem. I bierz rzeczy, które uważasz, że są potrzebne. Chyba że wezmę je wcześniej.
— Zrozumiałem.
Mijając kolejne alejki powoli wypełnialiśmy wózek. Cole brał głównie zdrowe rzeczy, jak warzywa, owoce, kasze i jedzenie, z którego mógł przygotować pożywne posiłki przez co najmniej tydzień. Ja za to skupiłem się na rzeczach bardziej… dla mnie. Tabliczka czekolady na gorszy dzień, trochę energetyków, napojów gazowanych i posiłków instant, gdybym nabrał na takie ochotę albo miał kolejną gastrofazę. Cóż, moja część zakupów skupiała się raczej na przyjemnościach, kiedy Cole dbał o to, żebym dobrze się odżywiał, kiedy mi się nie chciało o to dbać.
Akurat wkładałem do wózka gumę do żucia i miętówki, gdy podszedł Cole z dwiema paczkami orzechów.
— A to po co?
— Lubisz orzechy. Stwierdziłem, że wezmę kilka paczek na przyszłość.
— Oh…
Uśmiechnąłem się niepewnie. Głupio było mi przyznać, że na gastrofazie zjadłbym cokolwiek, a orzechy były akurat na miejscu. Cóż… teraz musiałem wziąć odpowiedzialność za swoje czyny i po prostu jeść te nieszczęsne orzechy tak długo, aż będzie wypadało mi powiedzieć, że mi się po prostu przejadły.
Przeszliśmy do działu z ubraniami, gdy nagle zatrzymałem się obok sklepowych wieszaków, przyglądając im się uważnie.
— Cole, co ty na to, by wziąć ci jeszcze kilka par ubrań?
— Wydaje mi się, że nie jest to potrzebne. Ubrania, które mam w zupełności mi wystarczają.
— No tak, ale brudzą ci się na przykład przy gotowaniu czy sprzątaniu. Jakbyśmy mieli gdzieś wychodzić, warto byłoby, żebyś miał więcej niż trzy koszulki.
— Jeżeli tak twierdzisz, to dobrze.
— Zobaczymy, czy może nauczyłeś się podejmować decyzje i wybierzesz coś fajnego?
— Spróbuję. Chociaż nie powiedziałbym, że jestem na to gotowy.
— Nieważne. Chodź, poszukamy ci czegoś.
Wprowadziłem go w dział pełen męskich koszulek i T–shirtów. Postanowiłem zostać z tyłu i puściłem Cole’a przodem. Rozglądał się obojętnie, analizując każdą rzecz, którą tylko widział, a w moich oczach wyglądał niemal jak zagubione zwierzę.
Obserwowałem go zaciekawiony, patrząc, jak podchodzi do wieszaków, dotyka materiałów, by ocenić ich jakość, a potem szybkim rzutem oka sprawdza rozmiar i odkłada je na bok. Ku mojemu zadowoleniu, od razu zignorował wszystko, co białe.
Kiedy on szukał rzeczy dla siebie, zerknąłem na listę zakupów dostarczoną w wiadomości i zacząłem porównywać ją z tym, co mieliśmy w koszyku. Nie byłem pewny, czy byłem zaskoczony, że większość rzeczy z mojej listy było już zapakowane i to nie przeze mnie.
Minęło kilka chwil, gdy Cole wrócił, trzymając całe naręcze koszul i koszulek.
— Czy jest jakakolwiek, którą chciałbyś wziąć? — zapytałem z nadzieją, że może przytaknie.
Zastanowił się chwilę, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w przestrzeń i spuścił wzrok na trzymane ubrania.
— Nie musi to być ubranie, które ci się podoba. Może po prostu poczułeś „coś”, widząc to? Cokolwiek?
Chwilowo odłożył rzeczy na wózek i zaczął je przeglądać, aż znalazł czarną koszulkę z kolorowymi pigułkami na nich. Ciekawe, czy skojarzył je jakoś z filmem o narkotykach, czy była to tylko podświadoma sugestia.
Wziąłem od niego T–shirt i przyjrzałem mu się dokładnie. Był ładny, chociaż pewnie nie kupiłbym go dziecku. Na szczęście póki co żadnego nie miałem.
— W porządku. Coś jeszcze?
Cole bez wahania sięgnął do reszty koszulek i znowu zaczął je przeglądać. W końcu podniósł na mnie wzrok.
— Nie potrafię się zdecydować na żadną z tych rzeczy, Leo.
— To wybierz dwie jakiekolwiek.
Liczyłem, że w ten chytry sposób przekonam Cole’a, by nawet wbrew sobie wybrał coś jeszcze, ale on po prostu wziął dwie koszulki z góry stosu i wyciągnął je w moją stronę, czekając na opinie.
Rzeczy były całkiem ładne, ale trochę żałowałem, że zostały wybrane całkowicie losowo, właściwie ograniczając wybór do minimum. Jedna czarna koszulka miała na sobie jaskrawożółte logo Batmana, a druga była typowym T–shirtem w kolorze moro. Rozmiarowo też wydawało się pasować, ale chyba akurat Cole prędzej był w stanie stwierdzić, czy to był jego rozmiar. Wyglądało na to, że będzie mu to pasować. Będzie się wtapiał w tłum, może nawet wtedy, gdy przedstawię go swoim przyjaciołom?
— Bierzemy to. Chciałbyś coś jeszcze? — Uśmiechnąłem się sarkastycznie w stronę androida, pakując „wybrane” przez niego koszulki do reszty zakupów. Naiwnie wierzyłem, że Cole wyłapie żart, ale na jego spokojnej twarzy, niemalże bez wyrazu, nie dostrzegłem zrozumienia. Prędzej usilną chęć powiedzenia, że on nie jest w stanie niczego „chcieć”. Nie czekałem więc na odpowiedź. — No nic, chodźmy dalej.
Poprowadziłem wózek dalej, rozglądając się za rzeczami, które mniej lub bardziej mogłyby mi się przydać. Zatrzymałem się gwałtownie w dziale gastronomicznym i przyjrzałem rozwieszonym dookoła garnkom, patelniom i rękawicom kuchennym.
Odwróciłem się w stronę Cole’a, który stał krok za mną, wyczekując, aż pójdę dalej. Zmierzyłem go uważnym spojrzeniem, a idiotyczna myśl, która pojawiła się w mojej głowie, robiła się coraz bardziej i bardziej sensowna.
Bez słowa przeszedłem na koniec alejki, gdzie poukładane były zamknięte w folię kuchenne fartuchy.
— Cole, chciałbyś taki? — zapytałem, odwracając się w jego stronę. Spojrzał on na stertę ubrań do gotowania, a potem na mnie.
— Wydaje mi się, że fartuch mógłby być wygodny, biorąc pod uwagę, że jednym z moich zadań jest gotowanie.
— Może spróbujesz sobie jakiś wybrać?
Gdy zanalizował wszystkie dostępne wzory, a jego spojrzenie ponownie padło na mnie, nie miałem złudzeń, że nie będzie w stanie nic sobie wybrać. Nawet nie potrafiłem dokładnie stwierdzić, skąd to przekonanie. Beznamiętny wyraz oczu, spokojne rysy bez żadnego wyuczonego wyrazu i ten błogi spokój, który emanował z jego twarzy.
— Wybacz, Leo, ale nie jestem w stanie podjąć decyzji.
Szkoda, że nie zdążyłem się z nikim założyć, nim Cole zdążył odpowiedzieć.
Trochę byłem już zmęczony, więc nie próbowałem zmusić mojego towarzysza do wybrania sobie kolejnej rzeczy. Ostatecznie, z pewnym rozbawieniem wziąłem fartuch z żółtym napisem „najlepszy szef kuchni” i szarymi wzorami narzędzi kuchennych, rozjaśniającymi nieco czarny materiał. Przyjrzałem się dokładnie metce, nim wrzuciłem fartuch do reszty zakupów w koszyku.
— Musimy coś jeszcze kupić, czy to wszystko? — zapytałem, powoli kierując się w stronę kas.
— Według mojej listy mamy już wszystko.
— Czy coś jeszcze… A właśnie, chciałem kupić ci piżamę.
— Piżamę? — Uniósł brwi w lekkim, wymuszonym wyrażeniu zaskoczenia. — W jakim celu?
— Żeby w niej spać, duh! — odparłem, niebyt już się przejmując gadaniem w stylu: „nie jestem człowiekiem, jestem an–dro–i–dem”.
— Tylko, Leo, ja nie śpię. Fizycznie nie jestem do tego zdolny.
— Ale ładujesz każdej nocy baterię, prawda? — zapytałem, kompletnie niezrażony brakiem entuzjazmu z jego strony.
— Owszem, ale to nie jest sen. Jestem wtedy w trybie czuwania.
— To prawie jak sen. Od teraz w nocy, gdy będziesz wchodził w tryb czuwania, zakładaj piżamę, a każdego ranka znowu ubrania.
— Czy ma to jakiekolwiek sens? Nie potrzebuję piżamy ani ubrań.
— Ma to na celu… — Zawahałem się, szukając bardziej racjonalnego wyjaśnienia niż: „uczłowieczenie”. — Wtedy każdego dnia będziesz musiał podejmować decyzję, dzięki temu wyrobisz sobie ten swój algorytm preferencji i kto wie, może nawet będziesz miał jakąś ulubioną koszulkę? Warto sprawdzić.
— Brzmi racjonalnie — odpowiedział tym swoim spokojnym, beznamiętnym tonem kogoś, komu wszystko jest obojętne. Pokręciłem głową, z bólem stwierdzając, że lubię ten ton. W jakiś nienormalny, popieprzony sposób, naprawdę to lubiłem.
Podeszliśmy do działu z ubraniami i Cole wybrał sobie luźny T–shirt i dresowe spodnie. Do bólu przypominające te, w których ja sam spałem. Niechętnie, ale je wziąłem. W końcu każdy krok do uczłowieczania go, był krokiem do przodu. Nawet jeżeli potrafił wzorować się tylko na mnie.
Rozdział 11
Odwlekałem to tak długo, jak tylko mogłem. Liczyłem, że w robotycznym umyśle Cole’a pojawi się chociaż iskra zaciekawienia. Gdy zbliżał się wieczór, przestałem za bardzo mieć na to nadzieję, ale postanowiłem spróbować po raz ostatni.