Rozdział 121. Wspomnienie o uwolnieniu
Nieprzyjemne uczucie, które ogarnęło pana Mi w trakcie rozmowy, ponownie przywołało ból.
Ciemna i sucha przestrzeń wewnątrz wąskiej ziemnej klatki, stworzonej przez pana Do za pomocą jego głosu, ściskała pana Mi niczym imadło, zamieniając jego więzienie w nagrobek. Nie miało sensu krzyczeć ani stawiać oporu. Pan Do celowo stworzył dla swojego brata klatkę z suchej ziemi w taki sposób, aby nie było w niej nawet odrobiny wilgoci.
Wszechogarniające poczucie beznadziei wypełniało świadomość tak potężnej istoty, jaką był pan Mi. Obmacywał dłońmi ściany klatki, lecz jego moc była bezużyteczna w przestrzeni pozbawionej wody.
Jedna z usłyszanych niegdyś przelotnie symfonii o beznadziejności życia zaczęła rozbrzmiewać w jego głowie, świadcząc o tym, że myśli o końcu zaczęły już przenikać do jego świadomości. Była to piękna, niezwykła melodia, która zachwycała go i była jego ulubionym utworem, zwiastującym koniec każdego świata.
Pamiętał, jak w czasach, gdy przybył, by podbić zadziwiający, pełen życia świat, poznając jego kulturę, natknął się na ten utwór nieznanego autora i zakochał się w tej melodii bez pamięci. Łamiąc ustanowione zasady, słuchał jej całymi dniami, aż z tamtego świata, którego była częścią, nie pozostało nic. Planeta, wypełniona betonem i nowymi mieszkańcami spragnionymi władzy, zamieniła się w pustkowie.
„Jakie to dziwne, że właśnie ta melodia przyszła do mnie w moich ostatnich chwilach” — przemknęło przez myśl pana Mi, który zaczął odczuwać duszność. W mięśniach pojawiło się lekkie zmęczenie, zakręciło mu się w głowie, powieki stały się ciężkie, a ciało błagało o odpoczynek.
Opadł na jedno kolano, godząc się z tym, że powietrze nieubłaganie ucieka z jego dopiero co zaczynających oddychać płuc.
Jego palce, które zdradliwie zsunęły się po ścianie, natrafiły na coś śliskiego, pokrywającego jej powierzchnię drobnymi kroplami. Niczym zaciekawione zwierzę opuścił dłoń niżej i wyczuł większe nagromadzenie cieczy. Poczuł rodzącą się w sobie nadzieję.
Skupiając całą swoją moc, skoncentrował uwagę na odnalezionej cieczy. Wykorzystując swoją wiedzę i doświadczenie, zdołał uformować wydłużone ostrze o czerwonym, jarzącym się blasku. Dopiero gdy światło stworzonej broni rozjaśniło niewielką przestrzeń, w której był uwięziony, wreszcie zrozumiał, co trzyma w dłoniach.
Przygasły blask w oczach potwora, który jeszcze niedawno wgryzał się w jego rękę, oraz resztki odruchów w martwej połowie ciała, oderwanej przez ziemną ścianę, wzbudziły w panu Mi współczucie.
— Śpij spokojnie. Twoja droga dobiegła końca. — Pan Mi zamknął martwemu psu oczy, okazując mu szacunek należny godnemu przeciwnikowi, który walczył z nim do samego końca.
Pan Mi wydobył całą krew z komórek psa, wysuszając jego ciało do postaci suchej powłoki.
W myślach podziękował potworowi za ocalenie i zaczął rozcinać klatkę, w której był uwięziony.
Cios za ciosem czuł, jak słabnie. Starał się nie nabierać zbyt wiele powietrza i przez większość czasu wstrzymywał oddech, lecz od czasu do czasu musiał zaczerpnąć powietrza. Ściana jednak nie ustępowała. Krwawy ślad pozostawiany przez sztylet coraz głębiej wrzynał się w jedną ze ścian, lecz nadal nie przynosiło to żadnego efektu.
Ogromny otwór wyciosany krwawym ostrzem miał już około pięćdziesięciu centymetrów głębokości, co świadczyło o tym, że ściany uformowane mocą pana Do były znacznie grubsze, niż Mi początkowo przypuszczał.
Z każdym kolejnym uderzeniem blask sztyletu stawał się coraz słabszy. Wraz z siłami pana Mi tracił on swoje właściwości — ostrze tępiło się, a ciosy stawały się coraz słabsze.
— Wybaczcie mi, siostry… Chyba już nie wrócę do domu… — wypowiadając te słowa, pan Mi z ostatnich sił wbił sztylet w powstałe wgłębienie, wkładając w ten cios wszystko, co jeszcze posiadał. Broń nie wytrzymała uderzenia i powróciła do swojej pierwotnej postaci, rozpadając się na krople ciemno-czarnej krwi, które zmieszały się z ziemią.
Na jasnej twarzy pana Mi pojawił się krwawo-ziemisty wzór pozostawiony przez rozpryskujące się krople.
Ten rozpaczliwy, ostatni cios otworzył drogę do wybawiającej ziemi, która zaczęła wsypywać się do klatki niczym nadzieja przenikająca do zamkniętej, mrocznej przestrzeni. Coś zimnego i wilgotnego dotknęło twarzy pana Mi, który klęczał już na kolanach, pogrążony w napadzie psychicznego uduszenia.
„Co to jest?” — pomyślał, wycierając twarz drżącą dłonią, lecz już w następnej chwili zrozumiał, że jest to jego bilet do wolności. Ziemia była mokra, a to oznaczało, że będzie mógł wykorzystać zawartą w niej wilgoć i wydostać się na zewnątrz.
Skoncentrował całą swoją moc i zaczął wyciągać wilgoć z ziemi, która przedostała się przez szczelinę, wydając przy tym piskliwe dźwięki niczym ranne zwierzę.
Ziemia, obficie przesiąknięta wodą, oddawała swoją wilgoć i wkrótce zdołał uformować wokół siebie kulistą sferę, jednocześnie osuszając większą część ziemi poprzez wyciąganie wilgoci ze wszystkiego, co w niej żyło. Woda nasycona energią pana Mi rozbłysła jasnym, błękitnym światłem. Teraz, wykorzystując swoją moc, zaczął rozszerzać jej granice i wkrótce kamienne ściany uformowane przez pana Do nie wytrzymały naporu od wewnątrz i pękły niczym skorupka jajka.
Wykorzystując swoją moc, skierował się ku górze, rozumiejąc, że powietrza, którego miał już bardzo niewiele, nie wystarczy, jeśli będzie wznosił się zbyt wolno. Był pogrzebany kilka kilometrów pod ziemią, pod ogromnym ciśnieniem, lecz kształt jego wodnej sfery działał niczym obracające się wiertło, minimalizując opór.
Jedynie dzięki swojej wytrwałości i niezwykłej odporności zdołał się wydostać. Gdy jego sfera przebiła się przez powierzchnię ziemi, wziął głęboki oddech. Mężczyzna poczuł, jak boleśnie jego ciało odbiera powietrze nowego świata, lecz był to przyjemny ból, świadczący o tym, że nadal żyje.
Melodia, natarczywa i dźwięczna, rozbrzmiewająca w jego głowie zaledwie czterema nutami ze świata, który pomógł zniszczyć, wciąż rozbrzmiewała niczym echo, przypominając mu, że znalazł się na granicy swoich sił i możliwości oraz że to właśnie jego brat — ten, którego najbardziej kochał i szanował — posłał go na pewną śmierć.
Ból zdrady wciąż pozostawał częścią jego samego. Nie chciał tego przyznać, lecz wiedział, że było to nieuniknione. Jego rodzina już dawno uległa rozłamowi. W każdym z nich kryły się własne ambicje i pragnienia.
Jednak zanurzeni w trującym roztworze stworzonym przez kastę najwyższych czuli, jak substancja pożerająca ciało i świadomość staje się częścią ich samych. Pogodzili się ze swoim losem, lecz teraz, gdy odzyskali tak długo wyczekiwaną wolność, nie chcieli jej ponownie utracić. Dlatego demony, które przez tak długi czas w nich drzemały, zaczęły się budzić, ukazując ich egoistyczne pragnienia.
Pan Mi, z natury tak pedantyczny i przywiązujący ogromną wagę do szczegółów, zawsze dostrzegał piękno świata. Teraz jednak przed jego oczami pojawiały się twarze ukochanych sióstr. Pamiętał tamte beztroskie dni, kiedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy z własnej siły, kiedy nie trzeba było walczyć ani zabijać, by zdobywać kolejne światy. Były to piękne wspomnienia, którymi chciał wypełnić pustkę powstałą po zdradzie własnego brata.
Po jego ciele przebiegł zimny dreszcz, świadczący o tym, że przed chwilą uniknął losu pana Re. Gdyby wiedział, że przybycie do tego świata będzie kosztowało go utratę dwóch braci, nigdy nie zgodziłby się na propozycję pana Steve’a.
Jego jedynym pragnieniem było teraz wrócić do domu, opowiedzieć o zdradzie brata i ocalić przed nim swoje siostry.
„Zabiję cię, przysięgam, bracie” — krzyknął w myślach do pana Do, próbując rozejrzeć się po otaczającym go świecie.
Rozdział 122. Utrata kontroli
Wodna sfera wyparowała. Teraz pana Mi otaczało jedynie jego ochronne pole energetyczne, lecz jego działanie nie wystarczało, by zagoić rany zadane mu przez brata podczas walki. Po raz pierwszy od bardzo dawna był tak ciężko ranny. Nie pamiętał już nawet, jak powinno czuć się ciało tak bardzo wyczerpane walką.
Przepełniały go uczucia rozczarowania, bólu i agresji. Już wcześniej odczuwał coś podobnego, lecz teraz emocje te nasiliły się i stały się jego osobistym cierpieniem. Chciał odnaleźć brata i go zabić, mimo że kochał go do szaleństwa. Dla niego, człowieka zmodyfikowanego genetycznie, tak głęboka więź i przywiązanie były słabością, czego był w pełni świadomy. Nawet jego pedantyczność i logika nie były w stanie mu w tym pomóc.
Lina, obserwując, jak pan Mi odzyskiwał siły, odczuwała strach na tak głębokim, podświadomym poziomie, że nie była w stanie nawet się poruszyć. Dla niej był potworem, jeszcze straszniejszym niż ona sama. Dziewczyna bała się choćby wyobrazić sobie możliwości tego prototypu, widząc jedynie kątem oka, jak walczył ze swoim bratem.
— To potwór… potwór… Muszę uciekać. Dlaczego moje cholerne nogi mnie nie słuchają? Ruszajcie się, ruszajcie! — krzyczała do samej siebie, próbując zmusić nogi, grzęznące w błocie, do ruchu. Jednak bez względu na to, jak bardzo starała się odpełznąć lub gdziekolwiek się ukryć, jej ciało, niczym posąg wykuty z marmuru, zostało sparaliżowane przez strach. Lina czuła przytłaczającą presję mocy istoty, której nawet nie znała.
Mike, pochłonięty bólem wynikającym z tego, co zaczął odczuwać za sprawą swojej mentalnej więzi z ojcem, nie był w stanie się poruszyć. Zupełnie nie obchodziło go to, co działo się wokół. Jedyne, o czym potrafił myśleć, to fakt, że więź z matką zniknęła, ojciec znajdował się w stanie krytycznym, a jakiś nieznany mężczyzna go chronił, choć jego motywy pozostawały dla niego całkowicie nieznane.
Znajdowali się w kałuży wody, która powstała po tym, jak pan Mi na chwilę utracił koncentrację i woda, która ich otaczała, opadła.
— Gdzie on jest? Gdzie jest mój brat? Gdzie jest Do?! — zaczął histerycznie krzyczeć pan Mi, zauważając, że bransoleta na jego nadgarstku, którą otrzymał od Steve’a, została całkowicie zniszczona. Oznaczało to, że droga powrotna do domu przestała istnieć. Nie będzie już mógł wrócić. Teraz był zupełnie sam w obcym świecie i nikt nie był w stanie mu pomóc.
Nikt nie potrafił odpowiedzieć na jego pytania. Jedynie przerażona Lina, próbująca wykrztusić cokolwiek drżącym, jąkającym się głosem i błagająca własne ciało, by zaczęło się poruszać, obserwowała, jak pan Mi rozgląda się wokół, próbując zrozumieć, kto jest jego wrogiem.
To zimne, mrożące duszę spojrzenie przerażało ją do szpiku kości. Nie rozumiała, dlaczego jej silne i wytrzymałe ciało zachowuje się tak, jakby do niej nie należało. Zwierzęcy lęk przed znacznie potężniejszym przeciwnikiem całkowicie ją sparaliżował.
Chris, który osłaniał własnym ciałem pana Mike’a, był jedynym, który potrafił oprzeć się przytłaczającemu strachowi emanującemu od pana Mi, wyłącznie dlatego, że nie wiedział, kim jest pan Mi, nie widział go podczas walki i nie zdawał sobie sprawy z tego, z jakim potworem przyszło mu się zmierzyć.
Krople spływające z jego mokrych włosów kapały na twarz Mike’a. W przemoczonym ubraniu czuł się niekomfortowo i przypuszczał, że Mike również odczuwa dyskomfort, ponieważ ciało chłopaka było zanurzone w wodzie do jednej czwartej.
Jedynym celem, jaki przyświecał temu chłopakowi, było dostarczenie Mike’a do jego pana. Wszystko inne nie miało dla niego najmniejszego znaczenia, nawet jeśli po drodze miał zostać bez rąk i nóg.
Pochłonięty swoją wściekłością pan Mi, ogarnięty gniewem i świadomością utraty brata, utracił kontrolę nad własnym ciałem. Wilgoć z powietrza zaczęła stopniowo zagęszczać się wokół jego ciała, tworząc nową, gęstszą wodną sferę, która formowała się jedynie w niektórych miejscach. Fragmenty wodnej sfery, które zdążyły już powstać, obracały się wokół ciała pana Mi, tworząc efekt odpychania i unosząc go w górę.
Woda otaczająca jego ciało miała bordowo-czerwony kolor z domieszką błękitnego światła jego czystej energii. Wewnątrz sfery zaczęły formować się kawałki lodu przypominające płatki drobnych kwiatów. Zmieszane z jego krwią nabrały różnych odcieni różu i bordo, a sam pan Mi, pochłonięty własną wściekłością, czuł, że jego ciało zostało zdradliwie zranione i nie jest w stanie się uleczyć.
W miejscach, gdzie krople wody stykały się z ziemią, zaczęły tworzyć się drobne, piękne lodowe wzory, zamieniając ziemię w fantazyjne lodowe rzeźby, a błoto w tych miejscach w martwe bryły lodu. Te śnieżne płatki o krwistym kolorze wirowały niczym śnieg zimą. Temperatura wokół spadła do zera stopni i oddech stał się widoczny.
Upadające obok dziewczyny śnieżne płatki przerażały Linę. Dziewczyna próbowała walczyć ze swoim strachem. Nadciągająca w jej stronę lodowa fala przerażała ją jeszcze bardziej, dlatego jej ciało z wielkim trudem zaczęło odpowiadać na wydawane przez nią polecenia. Tkwiąc w mokrej ziemi i błocie powstałych od ogromnej ilości wody, zaczęła się poruszać, powoli odpełzając przed zamarzającą falą zmierzającą w jej stronę.
— Gdzie on jest?! — Mi wciąż tracił nad sobą panowanie, nieustannie wykrzykując tylko jedno pytanie.
Chris był jedynym, który zachował trzeźwość umysłu. Widząc własny oddech i czując gwałtowny spadek temperatury, skierował swoją uwagę na nieproszonego gościa.
Jedyne, co przyszło mu do głowy, to odpowiedzieć na pytanie wykrzykiwane przez dziwnego nieznajomego. Nie odczuwał strachu o własne życie, dlatego niespecjalnie przejmował się zdolnościami pana Mi.
Wyprostował się dumnie, wstał na nogi i pomógł Mike’owi się podnieść, nie tracąc ani jednej okazji, by ocalić jego życie. Wciąż stał przed chłopakiem, osłaniając go własnym ciałem. Chronił go niczym Cerber swoich włości.
— Nie wiemy, kim jest pan Do, którego szukasz, ale wydaje mi się, że nie jesteśmy wrogami. Nie znamy cię i nie mamy obowiązku ci pomagać, ale wygląda na to, że jesteś ranny. Porozmawiajmy. Nie chcę, żeby ktokolwiek jeszcze ucierpiał.
Głupie słowa wypowiedziane przez naiwnego, niedoświadczonego człowieka zmodyfikowanego genetycznie wprawiły pana Mi w niewyobrażalną wściekłość.
Znajdując się w bezpiecznej odległości od wroga i poza zasięgiem jego mocy, Chris mógł pozwolić sobie na złośliwości i mówić wszystko, co tylko przyszło mu do głowy. Najważniejsze było dla niego to, by Mike pozostał bezpieczny.
Mike nie odrywał wzroku od jedynego człowieka, którego mógł teraz nazwać swoją rodziną. Jego ojciec leżał w błocie, lecz z tak spokojnym wyrazem twarzy, że sprawiał wrażenie, jakby po prostu odpoczywał.
Mały czerwony płatek opadł na czoło Nicka, a po całej twarzy mężczyzny zaczęły rozchodzić się niczym pajęczyna kryształy przezroczystego lodu, stopniowo pokrywając jego ciało od góry do dołu.
— Ojcze… Nie, przestań! — krzyknął Mike, rzucając się w stronę ojca, lecz Chris przezornie powstrzymał jego próbę. Chwycił Mike’a mocnym uchwytem, silnie obejmując jego tułów i nie pozwalając chłopakowi dotknąć ciała ojca, które zdążyło już pokryć się lodem.
Mike szarpał się tak mocno, że jego ręce i nogi bezwładnie wymachiwały w powietrzu. Chris trzymał go z taką siłą. Krople wody z przemoczonego ubrania Mike’a rozpryskiwały się na wszystkie strony, spadając na twarz i dłonie Chrisa.
— Spokojnie. Jemu już nie da się pomóc. — Chris puścił Mike’a.
Gdy tylko stopy chłopaka dotknęły ziemi, ten z całego zamachu uderzył Chrisa pięścią w nos. Chris wiedział, że Mike tak postąpi, dlatego nawet nie próbował się zasłonić.
— Ulżyło ci? — zapytał Chris, trzymając się za zakrwawiony nos.
Spojrzenie Mike’a przypominało jaguara przygotowującego się do skoku. Było zimne i wyrachowane. Teraz poczuł przenikliwy chłód przeszywający jego ciało aż do kości. Dreszcze przebiegające po jego ciele świadczyły o tym, że wydarzyło się coś, nad czym nie potrafił zapanować. Gdy wyrwał się z transu gniewu, zrozumiał, że przez cały ten czas przed nim stał wróg.
Obraz ojca zamieniającego się w bryłę lodu na zawsze odcisnął się w jego pamięci. On, bezbronny człowiek, nie mógł zrobić nic, podczas gdy potwór jedynie szyderczo się uśmiechał, krążąc nad nimi niczym kania.
Krwawy śnieżny płatek opadł na klatkę piersiową Anastazji. Dostrzegłszy to swoim zwierzęcym wzrokiem, chłopak zaczął błagać potwora o litość.
— Przestań, proszę. Nie powinniśmy mieszać się w wasze porachunki. Nie krzywdź nas z tego powodu. Proszę cię, nie rób tego. Przestań… przestań… — krzyknął Mike, padając na kolana i próbując zatrzymać proces przemiany Anastazji, lecz nic to nie dawało. Potwór go nie słyszał.
Potwór nadal krzyczał, tworząc w powietrzu śnieżne płatki, które, dotykając ziemi, zamieniały wszystko wokół w lód.
Rozdział 123. Przebudzenie
Głośny, dźwięczny głos o przyjemnym, łagodnym brzmieniu oraz przyjazny wyraz twarzy, rozjaśniony ledwie dostrzegalnym uśmiechem — takim pani Fa zapamiętała Josepha. Tego dnia, gdy została stworzona, po raz pierwszy mroczne chmury wiszące nad jej światem rozstąpiły się, pozwalając jasnym promieniom słońca przeniknąć do zimnego, szarego świata. Właśnie takim fałszywym wspomnieniem Joseph obdarzył panią Fa podczas tworzenia jej inteligencji. Takie same fragmenty wspomnień zostały wszczepione do podporządkowanej części mózgu każdego z tej siódemki. Jedyną rzeczą, która łączyła te fałszywe wspomnienia, było to, że każde z nich przedstawiało ich piękne i niezwykłe narodziny, całkowicie odmienne od prawdy.
Joseph stworzył te wspomnienia celowo, aby zbudować między nimi silną więź psychiczną opartą na przyjemnych wspomnieniach z dzieciństwa i poczuciu rodzinnej bliskości.
Jednak bez względu na to, jak bardzo dziewczyna starała się wierzyć w to kłamstwo, znała prawdę. Razem ze swoimi braćmi i siostrami dorastała w ogromnych kolbach, zanurzona w pożywce i regularnie poddawana wyładowaniom elektrycznym stymulującym określone obszary mózgu. To właśnie dzięki tej stymulacji każdy z nich rozwinął niezwykłe zdolności oparte na fizjologicznych zjawiskach występujących w żywej naturze.
Teraz, pogrążona w głębokim śnie regeneracyjnym, uzyskała dostęp do tych wspomnień. Tak bardzo chciała wierzyć w piękne kłamstwo stworzone dla nich przez Josepha, lecz niestety prawdziwe wspomnienia przebijały się przez zasłonę pięknych obrazów. Pogrążona w głębokim śnie regeneracyjnym przypomniała sobie prawdziwy powód ich stworzenia. Od samego początku była bronią stworzoną do niszczenia światów wraz ze swoimi braćmi i siostrami.
Jedyną rzeczą, która pozostawała prawdą, było to, że łączyła ją z rodzeństwem bezwarunkowa więź. Odczuwała ich ból, ich radość i wszystko, co się z nimi działo. Eksperymenty Josepha okazały się tak udane, że nawet kasta najwyższych ludzi zmodyfikowanych genetycznie uznała tę siódemkę za zagrożenie. Obawiając się, że tak bezwarunkowa siła stanie się niekontrolowana, wydali rozkaz zniszczenia projektu wraz ze wszystkimi jego uczestnikami. Choć Joseph zrobił wszystko, by się temu przeciwstawić, nie zdołał ochronić swojego największego dzieła.
Jedyną rzeczą, jaką naprawdę mógł dla nich zrobić, było umieszczenie ich w truciźnie, która miała zabijać ich powoli, ponieważ nie potrafił natychmiast zniszczyć tak doskonałego stworzenia.
W rzeczywistości, gdy naukowcy tworzyli komory dla tej siódemki, Joseph celowo zastosował niewielkie stężenie trucizny, aby mogli przeżyć jak najdłużej. Miał nadzieję, że z czasem kasta zmieni zdanie albo napotka przeciwnika, którego nie będzie w stanie pokonać, i wtedy ta siódemka otrzyma szansę na powrót.
Z biegiem czasu spędzonego w zamknięciu wewnątrz kolb wypełnionych trucizną więź łącząca tę siódemkę zaczęła stopniowo zanikać.
Gdy tylko dziewczyna zaczęła uświadamiać sobie prawdziwe znaczenie czynu Josepha, jej komora zdradziecko rozpoczęła podawanie specjalnego roztworu wybudzającego.
— Proces pełnej regeneracji komórek został zakończony. Wszystkie układy organizmu funkcjonują prawidłowo. Uformowano elastyczny kombinezon ochronny na skórze z odpadów biologicznych — rozległ się elektroniczny głos w komorze pani Fa.
Jej oczy wreszcie się otworzyły, a dziewczyna była pełna sił i energii. Wszystkie obrażenia jej ciała zostały zregenerowane, a ona sama czuła się znakomicie.
Drzwi komory uniosły się ku górze i, wypuszczając cienką, przyjemną, sinawą smugę dymu, dziewczyna postawiła stopę na ziemi.
Podczas procesu regeneracji komora całkowicie zniszczyła ubranie znajdujące się na ciele dziewczyny, ponieważ było uszkodzone i zostało uznane za odpad biologiczny.
Znając tę wadę wszystkich komór regeneracyjnych, sztuczna inteligencja Steve zadbała o to, by pani Fa czuła się komfortowo po zakończeniu regeneracji. Ponieważ jednak zabrakło mu zasobów energetycznych, zdążył stworzyć jedynie wzmocnioną biologiczną zbroję pokrywającą całe jej ciało. Nie zdołał już wprowadzić poprawek ani stworzyć obuwia czy dodatkowych elementów ochronnych w postaci rękawic lub hełmu.
Dzięki temu, że komora przetworzyła odpady biologiczne, sam kombinezon został wykonany właśnie z nich, a następnie ulepszony i dopracowany przez program komory regeneracyjnej.
Dziewczyna od razu zauważyła siostrę siedzącą na odłamku gruzu. Wyglądała na wyczerpaną i zmęczoną. Nie od razu zrozumiała, dlaczego siostra wygląda tak, jakby dopiero co wróciła z rzezi, i nie zwróciła na to większej uwagi, z radością podchodząc do niej.
Jej siostra zasnęła, czekając na całkowitą regenerację. Teraz wyglądała jak małe dziecko — bezbronna i krucha, a jej głowa, oparta o fragment zburzonej ściany, otoczona była potarganymi we wszystkie strony włosami.
— Pewnie długo czekałaś — powiedziała pani Fa i delikatnie przesunęła dłonią po włosach i twarzy dziewczyny.
Dziewczyna natychmiast obudziła się pod wpływem dotyku siostry. Poczuła ciepło i miłość, które zawsze odczuwała w jej obecności. Gdy tylko zobaczyła twarz pani Fa, od razu mocno ją objęła.
Pani Fa poczuła dziwny dotyk na plecach, jakby obejmowały ją nie ręce kochającej siostry, lecz kikuty należące do kaleki.
Dziewczyna natychmiast przerwała uścisk i, chwytając siostrę za ręce, przeraziła się tym, co zobaczyła. Dłonie i palce dziewczyny były całkowicie zmiażdżone i zsiniałe. Świadczyło to o tym, że obrażenia powstały już jakiś czas temu i że przez cały ten czas dziewczyna znosiła ból, czekając, aż jej siostra odzyska przytomność.
Zimny dreszcz przebiegł po plecach pani Fa. Doskonale wiedziała, kto zrobił to jej siostrze.
— Co to monstrum ci zrobiło, siostro? Wybacz mi… Ja… byłam zbyt słaba, żeby go powstrzymać… Tak bardzo starałam się was chronić, ale…
Po policzkach dziewczyny popłynęły łzy. Po raz pierwszy od bardzo dawna pani Fa płakała. Nie pamiętała już, jakie to uczucie, lecz teraz ból był tak ogromny, że żadne cierpienie fizyczne nie mogło się z nim równać. Był to ból spowodowany możliwością utraty rodziny.
— Nie, wszystko w porządku, siostro. To tylko lekkie zadrapania, zagoją się. A ty? Zregenerowałaś się? Wreszcie odzyskałaś przytomność. Pamiętam, jak wyglądałaś, jak to monstrum cię wysuszyło… Ale nie zdołałam… nie zdołałam go pokonać. Wybacz mi.
Dziewczyna upadła przed siostrą na kolana, próbując wybłagać u niej przebaczenie za to, że okazała się zbyt słaba i nie zdołała pokonać potwora.
— Wybacz mi, że was nie ochroniłam… Błagam cię, siostro, wstań… Przecież wiesz, że to nie twoja wina. To wszystko… to monstrum… ono nas uwolniło. Nie miałyśmy wyboru. Gdyby nie przeklęty Joseph, który nas tutaj zamknął, nigdy nie znalazłybyśmy się w tym miejscu.
Dziewczyna pomogła siostrze wstać.
Mocno ją przytuliła, lecz chwila ulgi została przerwana — kolejna komora regeneracyjna oznajmiła zakończenie procesu regeneracji.
Rozdział 124. Cena uporu
— Pełna regeneracja komórek została zakończona, panie Vix. Nowy kombinezon ochronny został uformowany — rozległ się elektroniczny głos wewnątrz kapsuły regeneracyjnej. Program doskonale znał materiał genetyczny swojego właściciela, dlatego fakt, że zregenerował się znacznie szybciej, niż pierwotnie przewidywano, nie był dla niego niczym zaskakującym.
Wpatrując się w dym wydobywający się z komory regeneracyjnej, który powoli rozpływał się w atmosferze niemal pozbawionej powietrza, dziewczyny nie zauważyły, że niebezpieczeństwo zdążyło już się do nich zakraść.
Potężne, silne dłonie Vixa zacisnęły się na szyjach dwóch drobnych dziewczyn. W pełni sił i energii po regeneracji w kapsule energetycznej Vix dysponował mocą zdolną zabić je na miejscu. Znacznie większą przyjemność sprawiało mu jednak obserwowanie, jak dusząc się, miotały się niczym ryby wyciągnięte z wody.
— Jak miło znowu oglądać wasze piękne twarze. Podejrzewam, że spodziewałyście się mojego powrotu znacznie później, a jednak oto jestem. Od tej chwili będziecie mi służyć wiernie i bez sprzeciwu. Jeśli któraś z was ponownie mnie zaatakuje, druga zapłaci za to własnym życiem.
Choć obie były niezwykle silnymi genetycznie zmodyfikowanymi kobietami, wciąż pozostawały kilkukrotnie słabsze od tego potwora. Wbijając paznokcie w rękę Vixa, pani Fa patrzyła na swoją siostrę, która nie była już nawet w stanie zaczepić poranionymi palcami o jego dłoń. Widząc, jak oczy siostry zaczynają zachodzić mgłą, była gotowa zrobić wszystko, by ocalić jej życie.
— Puść ją… — wydusiła pani Fa rozkazującym tonem, wciąż rozpaczliwie się szarpiąc.
Zawsze była wyniosła i nawet w tej sytuacji nie potrafiła się tego wyzbyć. Odzyskała swoje siły, lecz umysł Vixa nie poddawał się już jej kontroli. Bez względu na to, ile impulsów wysyłała w jego stronę za pomocą dotyku, żaden z nich już nie działał.
— Znowu twoje brudne sztuczki? Naprawdę jeszcze tego nie zrozumiałaś? Już od dawna nie podlegam kontroli twojego umysłu. Przewyższyłem cię, dlatego doskonale wiem, co zrobiłaś, kiedy twoje siostry uwolniły braci. Byłem ciekaw, jak daleko się posuniesz.
Słysząc te słowa, pani Fa poczuła, jak palce Vixa jeszcze mocniej zacisnęły się na jej szyi. Opuściła wzrok.
Jeśli wiedział o wszystkim, to dlaczego tak długo milczał? Ta przerażająca myśl przeszyła jej umysł. W jej spojrzeniu wybrzmiewały nuty rozpaczy i bólu.
— Skoro tak mnie prosisz, moja pani, puszczę cię.
Vix spełnił jej prośbę i odrzucił ją z taką siłą, jakby nic nie ważyła, rozbijając jej ciałem ścianę.
Przebijając swoim ciałem betonową ścianę, dziewczyna poczuła, jak jej kości zdradziecko pękają. Nawet ulepszona zbroja stworzona przez Steve’a nie zdołała ochronić jej przed takim uderzeniem. Upadła niefortunnie na rękę, łamiąc ją w kilku miejscach, jednak mimo to zdołała się podnieść, choć tylko na czworakach. Nie mogła oderwać wzroku od siostry, która wciąż znajdowała się w rękach potwora.
— Ale ty byłaś posłuszna. Kazałem ci czekać i czekałaś. Najpewniej czekałaś, aż twoje siostry odzyskają siły. A wiesz… nawet cię lubiłem.
Powiedział Vix, coraz mocniej zaciskając palce na szyi dziewczyny. Jej oczy zaszły już mgłą, a ona sama odczuwała przerażające duszenie, mimo że powietrze nadal docierało do jej płuc, a jej jabłko Adama zostało już zmiażdżone.
Pani Fa zakrztusiła się krwią i mimo licznych obrażeń próbowała zachować godność. Jej twarz była pokryta otarciami i ranami.
— Będę posłuszna… proszę… błagam… nie rób tego…
To było wszystko, co zdołała wykrzyczeć swoim ochrypłym, zakrwawionym głosem. Nadal nie potrafiła oderwać wzroku od siostry. Miała nadzieję, że potwór okaże litość, choć nie znał jej znaczenia.
— Skoro tak błagasz, oczywiście, że ją puszczę — powiedział Vix, uśmiechając się swoim okrutnym uśmiechem, który pani Fa znała aż za dobrze.
— Nie… siostro…
Dziewczyna poczuła nagły ból. Zdołała zebrać resztki sił i odwróciła głowę w stronę rannej siostry, która błagała potwora. Uśmiechnęła się i pogodziła z własną śmiercią. Przed odejściem chciała zapamiętać twarz pani Fa.
— No i proszę… puściłem ją.
Vix nie tylko złamał dziewczynie kark — oddzielił kręgi szyjne od kręgosłupa, całkowicie przerywając przepływ płynu mózgowo-rdzeniowego do mózgu.
Natychmiastowa śmierć.
— Nie! — wykrzyczała pani Fa, krztusząc się krwią. Opadła na kolana i pochyliła głowę nad ostrymi odłamkami betonu.
— Naprawdę umarła? — zdziwił się Vix, odrzucając ciało jej siostry w stronę pani Fa. Zrobił to z taką obojętnością, jakby wyrzucał śmieci, a nie ciało kogoś, kto jeszcze przed chwilą żył.
— A więc wy również jesteście śmiertelne, choć bardziej wytrzymałe od zwykłych genetycznie zmodyfikowanych ludzi. Mam nadzieję, że od teraz będziesz posłuszna, moja pani Fa. Doprowadź się do porządku i nie waż się spóźnić. Możesz się z nią pożegnać, ale przypominam, że jeszcze jedna z twoich sióstr znajduje się w komorze regeneracyjnej. Jeśli nie będziesz posłuszna albo ponownie spróbujesz swoich sztuczek na mnie, zrobię z drugą siostrą dokładnie to samo.
Vix natychmiast skierował się do wyjścia. Drażnił go zarówno zrujnowany budynek, jak i jego obecny wygląd. Preferował wystawne stroje, a ten kombinezon stworzony z biomasy nie był go godzien.
Dziewczyna poczuła, jak obok niej zadrżała ziemia — zmasakrowane ciało jej siostry upadło zaledwie metr od niej.
— Nie… To niemożliwe… — krzyknęła pani Fa, dotykając zakrwawionymi dłońmi swojej siostry. Widziała, że w oczach siostry nie pozostał już żaden płomień życia. Jej szyja była nienaturalnie wygięta, jakby wyrwano jej kręgosłup.
Nie zdając sobie jeszcze w pełni sprawy z tego, co się wydarzyło, przytuliła siostrę do piersi i niczym dziecko, które nie chce oddać swojej ukochanej zabawki, nie chciała rozstawać się z nią nawet na chwilę. Przypomniała sobie o jedynym sojuszniku, który jej pozostał, i zaczęła krzyczeć z całych sił. Zakrwawionymi ustami wymawiała imię jedynej osoby, której mogła zaufać.
— Steve, pomóż, proszę, błagam…
Dziewczyna krzyczała, trzymając siostrę w ramionach, lecz Steve się nie pojawił. Wciąż był zbyt słaby i nie mógł ukazać się nawet w postaci hologramu, choć bardzo chciał odpowiedzieć na wołanie dziewczyny.
— Wybacz mi, proszę… nie umieraj… Komora regeneracyjna wszystko naprawi… ja… ja ci pomogę…
Drżącym głosem błagała dalej, niosąc siostrę do komory regeneracyjnej. Jej nogi co chwilę się uginały, a ona nie zwracała uwagi na złamaną rękę. Wykorzystywała ją jako podporę, podtrzymując przedramieniem głowę siostry, a drugą, zdrową ręką niosła ją niemal jak małe dziecko, ostrożnie kołysząc w ramionach, ponieważ jej szyja była uszkodzona. Niosła siostrę, delikatnie podtrzymując jej głowę w nadziei, że wszystko da się jeszcze naprawić.
Ostrożnie ułożyła siostrę w komorze regeneracyjnej i opuściła pokrywę, pozostawiając na przezroczystym szkle krwawy ślad swojej dłoni.
Nacisnęła przycisk aktywacji, lecz urządzenie jedynie zaświeciło się na czerwono, nie reagując na polecenie rozpoczęcia regeneracji.
Dziewczyna coraz gwałtowniej naciskała przycisk zdrową ręką, lecz ten wciąż zapalał się na czerwono, aż elektroniczny głos oznajmił to, czego najbardziej bała się usłyszeć.
— Błąd. Błąd. Wykryto martwy obiekt. Regeneracja niemożliwa. Błąd. Błąd. Nie wykryto aktywności mózgu. Regeneracja niemożliwa. Błąd…
Komora wciąż migała czerwonym światłem, bezdusznie powtarzając te same słowa.
Pokrywa komory regeneracyjnej otworzyła się, a dziewczyna, która nie była już żywa, osunęła się prosto w ramiona swojej siostry.
Pani Fa opadła na kolana i, przyciskając siostrę do siebie, zaczęła zanosić się nieutulonym płaczem. Łzy zmieszane z własną krwią spadały na zimną, pozbawioną życia twarz siostry, a ona nie potrafiła wyrazić bólu, jaki czuła. Choć ich więź nie była już tak silna jak dawniej, poczuła, jak jej palec płonie, parzony ogniem straty. Jednak w porównaniu z bólem po utracie ukochanej osoby nawet to było niczym.
Teraz na jej dłoni znajdowały się już dwa pierścienie, a nadgarstek palił tak, jakby zanurzono go w kwasie. Świadomość znaczenia pierścieni na swoim palcu — zarówno pierwszego, jak i drugiego — pani Fa odczuła wraz z kroplą zimnego potu spływającą po plecach. Oznaczało to, że straciła już dwoje członków swojej rodziny, lecz była zbyt słaba. Nie była w stanie przeciwstawić się potworowi, którym stał się Vix.
Steve chciał pocieszyć panią Fa, chciał ją objąć i stanąć przed nią, lecz co mógł jej powiedzieć? Był jedynie hologramem. Dzięki kamerze monitoringu znajdującej się w komorze regeneracyjnej mógł obserwować cierpienie tej, do której zdążył się już przywiązać.
— Tak mi przykro…
To były jedyne słowa, jakie Steve zdołał wypowiedzieć, wykorzystując wbudowany moduł głosowy komory regeneracyjnej. Słowa te wyraźnie dotarły do uszu pani Fa. Wiedziała, do kogo należał ten spokojny głos, lecz nie widząc nikogo i rozglądając się dookoła, ciężko westchnęła, mocniej przytulając siostrę do piersi. Jasne czerwone światło komory regeneracyjnej, które do tej pory migotało, zgasło natychmiast po tym, jak rozległ się głos Steve’a. W ten sposób ominął zabezpieczenia komory regeneracyjnej — złamał cały jej system dla jednego jedynego zdania.
Rozdział 125. Przestępca pierwszego poziomu
W chwili, gdy pan Vix się ubierał, do jego pokoju wszedł jeden z podległych mu żołnierzy.
— Przepraszam, że przeszkadzam, ale na nasze terytorium przedostał się przestępca pierwszego poziomu. To zdarzenie wymaga pańskiej natychmiastowej interwencji oraz przybycia do głównego centrum dowodzenia w celu przeprowadzenia dalszego przesłuchania i dochodzenia.
— Jaki znowu przestępca pierwszego poziomu? Dlaczego od chwili mojego przebudzenia wszystko mnie drażni? Wynoś się. Ale wcześniej wydaj rozkaz, żeby przygotowano mi samochód. Poprowadzę go osobiście.
Vix pozostawił tego młodzieńca przy życiu, ponieważ go lubił. Zawsze był uprzejmy, choć bardzo często przynosił złe wiadomości.
Chłopak wychodził na drżących nogach. Zawsze bał się swojego pana, mimo że służył mu już ponad dwadzieścia lat. To, z jaką łatwością Vix zabijał swoich podwładnych, napawało go przerażeniem. Nigdy nie mógł mieć pewności, że wiadomości, które przynosił, nie zakończą się jego śmiercią. Jednak jego pan był hojny i dobrze płacił swoim ludziom za milczenie oraz wierną służbę, dlatego chłopak zawsze starał się przezwyciężyć swój strach i przekazać panu wszystkie niezbędne informacje.
W zimnym, białym pomieszczeniu przebywał Joseph. Teraz wiedział już, co to znaczy być przestępcą i znaleźć się po drugiej stronie. Tak dobrze znał te białe ściany, lecz nigdy nie przypuszczał, że sam stanie się ich więźniem. Było to dla niego niczym déjà vu. Stworzył świat, w którym sam został własnym więźniem. Nie przewidział wszystkich konsekwencji odrodzenia i po odrodzeniu w nowym świecie stał się zwykłym człowiekiem bez ulepszonego genomu. Teraz naprawdę był przestępcą — bez kodu i bez tego, kim był w rzeczywistości. W tym świecie czekała go jedynie utylizacja jako źródła białka, a jego genialny umysł doskonale pozwalał mu to zrozumieć. Teraz znajdował się we własnym systemie.
Jego płuca z trudem oddychały ciężkim powietrzem wypełniającym pomieszczenie. Było ono zanieczyszczone i wielokrotnie przetworzone. Josephowi ciężko było oddychać i skupić się na tym, jak się wydostać albo przynajmniej ułożyć jakiś plan. Jego rozmyślania przerwało jaskrawe światło, które boleśnie uderzyło w siatkówki jego ludzkich oczu.
— Cóż za niespodzianka. Nigdy bym nie pomyślał, że zobaczę pana w tych murach.
Przenikliwy i kąśliwy, niczym trucizna, głos Vixa działał Josephowi na nerwy, mimo że jeszcze nie zdążył zobaczyć jego twarzy. Doskonale wiedział, do kogo należał ten odrażający głos. Był to najgorszy ze wszystkich przedstawicieli najwyższej kasty, których tak bardzo nie znosił.
— Panie Vix, czemu zawdzięczam ten zaszczyt, że odwiedził mnie pan w mojej celi?
Joseph siedział na podłodze, rozparty niczym zwierzę, ponieważ w tym miejscu nie było ani krzeseł, ani żadnych mebli, a żeby je stworzyć, potrzebny był odpowiedni dostęp i kod. Dlatego podłoga była całkiem wygodnym miejscem. Szyja Josepha bolała od noszenia ciężkiego hełmu z systemem doprowadzania powietrza, do którego nie był przyzwyczajony. W kilku miejscach pojawiły się czerwone ślady, które z czasem przybrały siny odcień, ponieważ ludzie, którzy go zatrzymali, nie obchodzili się z nim zbyt delikatnie i nie przepuszczali żadnej okazji, by go uderzyć albo kopnąć.
— Słyszałem, że schwytano przestępcę pierwszego poziomu. Przyszedłem więc zobaczyć potwora, który przekroczył granicę. A to tylko pan, Joseph. Jak to się stało, że geniusz stracił swój chip?
— To zbyt długa historia i zbyt skomplikowana dla twojego słabego umysłu. Jesteś przecież tylko potworem, którego sam stworzyłem.
Joseph mógł sobie pozwolić na złośliwości i przerywanie Vixowi, ponieważ doskonale rozumiał, że wciąż jest mu potrzebny. Vix nie posiadał technologii, które pozwoliłyby mu zdobyć wszystko, czego pragnął.
— Widzę, Josephie, że nadal jest pan równie złośliwy, mimo swojego obecnego położenia. Co może mi pan zaoferować w zamian za swoje nędzne ludzkie życie, skoro nie posiada pan nawet ulepszonego genomu? Proszę spojrzeć na swoje dane.
Vix pokazał Josephowi wyniki jego parametrów na swoim naręcznym tablecie. Czarno na białym było tam napisane, że jest jedynie człowiekiem bez ulepszonego genomu. Oznaczało to, że jest śmiertelny, będzie się starzał, chorował i w końcu umrze — od wszystkiego tego świat już dawno się uwolnił.
— Wiem o tym i bez twoich pouczeń. Jeden nieudany eksperyment sprawił, że stałem się taki. To nie znaczy, że nie mogę tego naprawić. Potrzebuję jedynie swoich zasobów, a całą resztę zdołam naprawić.
Joseph patrzył z pogardą na wyświetlane wyniki. Dla niego było to porównywalne z uderzeniem błotem prosto w twarz. Istota doskonaląca się przez tysiąclecia była teraz zwykłym śmiertelnym człowiekiem. Czy mogło być coś gorszego?
— Widzę, że jak na swoją sytuację jest pan wyjątkowo bezczelny. Co powstrzymuje mnie przed roztrzaskaniem pańskiej głowy o tę białą ścianę?
Vix chwycił Josepha za szyję i uniósł go wzdłuż ściany, przyciskając z taką siłą, jakby naprawdę zamierzał roztrzaskać jego głowę.
— Może i jesteś potworem, ale jesteś inteligentnym potworem. Rozumiesz, że jestem ci potrzebny. Znam twoje ambitne plany. Wiem też, co zrobiłeś z pozostałymi. Czy naprawdę myślałeś, że nie zauważyłem, jak kradłeś i udoskonalałeś swoje dzieło? A może sądzisz, że skoro nie posiadam już dawnych umiejętności i technologii, to nie zrozumiem, jak daleko zaszedłeś? Spójrz na siebie uważnie. Twoje ciało nie wytrzymuje takiej ilości pochłoniętej energii. Popatrz — twoja skóra zaczyna schodzić niczym u węża i wkrótce nie da się już tego procesu zatrzymać. Jestem ci potrzebny. Spójrz.
Joseph wyszeptał te słowa ledwie słyszalnym głosem. Czuł, jak palce Vixa coraz mocniej zaciskają się na jego gardle, i nie mógł nic zrobić. Jego stopy nie dotykały podłogi, co oznaczało, że nie wytrzyma tak długo. Choć był wysportowanym i silnym człowiekiem w kwiecie wieku, nie był w stanie przeciwstawić się sile genetycznie zmodyfikowanego człowieka.
— O czym ty mówisz? Ze mną wszystko jest w porządku.
Z uśmiechem na twarzy powiedział Vix. Nie wiedział jeszcze, że jego skóra rzeczywiście zaczęła schodzić i że przesadził z eksperymentami genetycznymi, nie znając ich konsekwencji.
— To spójrz w lustro. Po co miałbym cię okłamywać, skoro i tak możesz mnie zabić?
Vix nic na to nie odpowiedział. Po prostu odrzucił Josepha na bok. Nowe ciało Josepha było bardzo wrażliwe i odczuł każde uderzenie, każdy milimetr skóry stykający się z podłogą. Poczuł impuls elektryczny przeszywający jego mózg oraz ból, którego nigdy wcześniej nie doświadczył. Było to nieprzyjemne, piekące uczucie, które zmusiło go do przygryzienia wargi aż do krwi, aby powstrzymać krzyk i nie pokazać stojącemu obok potworowi, że sprawia mu to ból.
Vix rzeczywiście włączył kamerę w swoim tablecie i zauważył, że niewielki fragment skóry na jego szyi zaczął się oddzielać. Niczym zaciekawiony potwór pociągnął za niego i rzeczywiście skóra zaczęła schodzić, a w miejscu, z którego odpadła, pojawiła się dziwna struktura — ciemna, o nieprzyjemnym zapachu i odrażającym wyglądzie.
— Co to ma być? Wyjaśnij mi to!
Trzymając w dłoni kawałek skóry, który rozsypywał się na drobne fragmenty, zapytał Vix. Naprawdę niepokoiło go to, że komora regeneracyjna nie zdołała przywrócić jego organizmu do pełnej sprawności.
— To proces całkowitego samozniszczenia, który uruchomiłeś, niekontrolowanie pochłaniając energię innych genetycznie zmodyfikowanych ludzi. Twoje ciało umiera.
— Kłamiesz. Powiedz mi, jak to zatrzymać.
Vix pochylił się nad Josephem, próbując dostrzec fałsz w jego słowach.
— Jeśli zamierzasz łamać prawa natury, musisz znać ich pierwotne zasady. Złamałeś reguły i żywiłeś się tymi, których stworzyłem. Teraz ponosisz konsekwencje ich naruszenia. Mogę to naprawić, ale potrzebuję mojego chipa, mojego laboratorium i obiektów doświadczalnych. Jeśli naprawdę chcesz przeżyć i przy okazji zachować swoją przystojną twarz, musisz mnie słuchać.
Vix roześmiał się i chwycił Josepha za kołnierz.
— Za kogo ty mnie masz? Naprawdę myślisz, że tak naiwnie ci zaufam? Wiesz co? Teraz jesteś już tylko przestępcą pierwszego poziomu, przeznaczonym do utylizacji.
— Masz wybór. Możesz mnie zabić i stracić szansę na przywrócenie swojego ciała do normalnego stanu albo mi zaufać. Wybór należy do ciebie.
Vix po raz kolejny cisnął Josephem o ścianę. Tym razem Josephowi nie udało się ukryć bólu, który poczuł. Zdradził go strumień krwi, który wytrysnął z jego ust, barwiąc na czerwono białą podłogę znienawidzonego pokoju przesłuchań.
— Pozwolę ci pracować w twoim laboratorium, ale zostawię cię bez chipa. W ten sposób będziesz pod moją kontrolą.
Vix nie powiedział już ani słowa. Przekroczył leżące na podłodze ciało Josepha i zamknął za sobą drzwi.
— Cholerny drań… Nigdy bym nie pomyślał, że będzie aż tak owładnięty żądzą władzy — powiedział Joseph, wycierając krew z podbródka.
Rozdział 126. Słabość Mi
Pan Mi zrozumiał, że naprawdę nie wyczuwa już obecności swojego brata, co oznaczało, że ten wrócił do domu bez niego.
— Cholera… — zaklął, spoglądając na swój prawy nadgarstek, na którym nie było już bransoletki-komunikatora otrzymanej od pana Steve’a. Był to jego jedyny bilet do domu. Bez niej Mi był skazany na pozostanie w obcym świecie.
Nie rozumiał, kiedy ani w jakich okolicznościach zgubił swój komunikator. Było jednak oczywiste, że stało się to podczas walki. Zbyt się rozluźnił, wierząc, że zdoła pokonać swojego brata. Niezależnie od tego nigdy wcześniej nie widział pana Do w walce. Źle ocenił swoje siły i uległ emocjom, które ogarnęły go po stracie brata. Rzucił się do walki, nie znając swojego przeciwnika. Gdyby kiedykolwiek wykazał się takim zaniedbaniem podczas zajęć w akademii, natychmiast zostałby skreślony.
Lekki napad mdłości podszedł Mi do gardła. Lewitując wewnątrz częściowo zniszczonej kuli, która coraz mocniej zaciskała się wokół jego ciała, odczuwał dziwny przypływ ognistej energii w swoim palcu. Czuł, jak jego dłoń oplata ogień, wypalający na palcu kolejny pierścień. Utrata drugiego członka rodziny uruchomiła w jego organizmie nieodwracalne procesy. Moc całej siódemki powinna zostać rozdzielona pomiędzy pozostałych członków rodzeństwa, jednak Mi był jednym z najbardziej wyjątkowych spośród nich i władał najpotężniejszą mocą wody oraz lodu. Siła, którą otrzymał po śmierci dwojga swoich bliskich, silnie kontrastowała z jego naturą. Dlatego jego organizm doznał wstrząsu.
Drżenie ogarnęło jego ciało natychmiast. Zalała go fala zimnego potu, a świadomość zaczęła się zacierać, jakby za chwilę miała go opuścić. W drugiej dłoni odczuwał natomiast przenikliwy chłód. Drobne kryształki lodu, przypominające płatki kwiatów, zaczęły przyklejać się do jego dłoni, skupiając się w jednym miejscu. Jego własna moc zaczęła odmrażać mu palce, pokrywając je szronem i tworząc piękny śnieżny wzór.
W głowie pogrążonego we własnych myślach potwora rozległ się błagalny, pełen łez głos, na który Mi początkowo nie zwrócił uwagi. Dopiero po kilku sekundach dotarł do niego sens wypowiadanych słów.
— Zostaw przy życiu mojego ojca. Obiecuję, że ci pomogę. Błagam cię, proszę, nie odbieraj mi również ojca. Dopiero niedawno nauczyłem się być człowiekiem. Proszę. Pomogę ci we wszystkim, o co mnie poprosisz, tylko zostaw ich przy życiu, błagam. To wszystko, co zostało mi z rodziny. Proszę…
Głos chłopaka drżał, przez co brzmiał jeszcze donośniej i bardziej rozpaczliwie, przebijając się przez zamglony umysł pana Mi.
— Nie martw się tak. Oni żyją, po prostu znajdują się w kriogenicznym śnie. Z tego, co wyczułem, oboje są ranni. Zarówno dziewczyna, jak i mężczyzna znajdują się w stanie krytycznym. W tej chwili mój sen kriogeniczny jest bardziej lekarstwem niż śmiercią. Czuję, jak biją ich serca i jak przebiegają procesy wewnątrz tego lodu. Od razu ci powiem — dziewczyna nie przeżyje. Ale dopóki będą uwięzieni w lodzie, nic im się nie stanie. Jeśli obiecujesz mi pomóc, musisz wiedzieć jedno: jeśli umrę ja, umrą również oni. Tak właśnie działa moja moc…
Mówiąc te słowa, Mi naprawdę nie kłamał. Jego moc działała właśnie w ten sposób. Dopóki żył i biło jego serce, lód nie wyrządzał nikomu krzywdy, a tym bardziej tym, którzy znajdowali się w kriogenicznym śnie. Jednak gdy tylko straciłby nad nim kontrolę, wszystko, co znajdowało się wewnątrz, zostałoby zniszczone. Tak było zawsze, nawet podczas treningów, gdy dla żartu zamrażał swoje rodzeństwo. Wielokrotnie zauważał to zjawisko, ganiąc samego siebie za zabawę tak niebezpieczną mocą. Z czasem nauczył się znacznie lepiej nad nią panować.
— Wiem, o kim mówiłeś. Widziałem, jak ten mężczyzna zabrał Josepha i wszedł z nim do świecącego portalu. Pomogę ci ich odnaleźć. Potrafię otwierać portale razem z moim bratem. Muszę tylko odnaleźć brata. Proszę, nie zabijaj mojego ojca.
Połowa słów wypowiedzianych przez Mike’a była kłamstwem. W rzeczywistości nie wiedział, czy zdoła otworzyć portal, znajdując się w pobliżu swojego brata. Dając jednak potworowi fałszywą nadzieję, sam mógł łudzić się, że zdoła znaleźć jakieś rozwiązanie, dopóki potwór mu wierzył.
— Mam nadzieję, że mówisz prawdę…
Słowa pana Mi urwały się nagle. Jego głos zaczął drżeć, a fala gorąca i bólu, która przeszyła jego ciało, gdy wreszcie dotarła do niego pełna siła cierpienia po stracie siostry, połączona z ciężką raną odniesioną w walce, doprowadziła go do stanu krytycznego. Nie zapanował nad własną mocą ani nad gwałtownym wyrzutem energii i stracił przytomność. Jego wewnętrzne układy zostały przeciążone. Kombinezon, który dotąd powstrzymywał utratę krwi, przestał spełniać swoje zadanie.
Mi runął w dół, jakby całkowicie utracił swoją moc. Spadł na ziemię niczym kamień, pozostawiając niewielkie zagłębienie. Lodowa kula, która nie zdążyła jeszcze w pełni uformować się wokół jego ciała, rozpadła się na tysiące odłamków, rozrzucając je na wszystkie strony i zamrażając wszystko, czego dotknęły.
Lodowe płatki otaczające ciało pana Mi stały się częścią jego lewej ręki, oblepiając ją od dłoni aż po przedramię i zamieniając się w ogromną bryłę krwistoczerwonego lodu. Niczym smocze łuski rozprzestrzeniały się od kciuka aż po przedramię, tworząc fantazyjne wzory mieniące się różnymi odcieniami czerwieni, przeplatającymi się z błękitnymi płatkami śniegu niesplamionymi krwią.
— Nie… To niemożliwe! Nie możesz tak po prostu…
Chłopak przygryzł język, aby nie wypowiedzieć słów, które przyszły mu do głowy. Przez krótką chwilę, gdy Mi spadał na ziemię, w myślach pożegnał się ze swoim ojcem i z dziewczyną, do której również zdążył się przywiązać.
Chris, jak przystało na dobrego obrońcę, odsunął rękę na bok, zasłaniając Mike’a własnym ciałem. Jakby ukrywał go za swoimi plecami, gestem nakazał mu odejść w bezpieczne miejsce. Chłopak jednak odepchnął rękę Chrisa i pobiegł w stronę Mi.
Stopa chłopaka wpadła w kałużę krwi znajdującą się obok ciała. Przyglądając się uważnie kombinezonowi, zauważył na jego ciemnej, gładkiej powierzchni coś jaskrawoczerwonego, zlewającego się z ciemnym kolorem stroju. To była rana. Chłopak przykucnął i, nie odważając się dotknąć potwora, dokładnie go obejrzał. W tej krytycznej sytuacji postanowił zaryzykować.
— Pomóżcie! Niech ktoś pomoże! Jeśli on umrze, mój ojciec też umrze… Błagam! Lina, dlaczego tak stoisz? Pomóż mi, proszę!
Chłopak spojrzał na dziewczynę, która wciąż miotała się w miejscu, nie mogąc zdecydować się ruszyć w jego stronę. Znajdowała się zaledwie kilka metrów od miejsca, w którym upadł pan Mi, lecz jej ciało ogarnął zwierzęcy strach, jakby to potworne stworzenie przewyższało ją siłą dziesięciokrotnie.
Mike rozumiał, że będzie musiał coś zrobić. Zbierając całą swoją odwagę, położył dłonie na ciele potwora. Mocno ucisnął ranę, próbując zatrzymać krew, która przeciekała między jego palcami.
Pokonując własny strach, Lina zaczęła czołgać się w stronę rannego potwora, którego tak bardzo się bała. Z każdym ruchem czuła, jak drobne włoski na jej ciele stają dęba. Jej umysł gorączkowo rozważał setki możliwości: jak uciec, jak wszystko rozegrać, aby uniknąć bezpośredniego starcia z przeciwnikiem, z którym wyraźnie nie byłaby w stanie sobie poradzić.
Chris nie spieszył się z pomocą ani Mike’owi, ani Linie. Pozostał jedynie obserwatorem. Dopiero w chwili, gdy chłopak uciskający ranę potwora całkowicie stracił nadzieję, zaproponował coś, na co Mike z pewnością był już gotów przystać.
— Wiem, że to nie jest odpowiedni moment, ale może przyjmiecie moją propozycję i udacie się ze mną do Josepha? On może wam pomóc.
Słowa Chrisa były jednocześnie trucizną i nadzieją, ponieważ nie było już żadnego innego wyjścia. Zaistniała sytuacja działała wyłącznie na jego korzyść i zamierzał wykorzystać ją do maksimum.
Rozdział 127. Bezmyślni ratownicy
Usłyszawszy krzyki, dziewczyna trzymająca na rękach swojego dowódcę otarła łzy z twarzy i ostrożnie ułożyła jego głowę na ziemi. Widziała, że jej zespół nie zwraca uwagi na dobiegające z oddali wołanie o pomoc. Wstała i, zbierając resztki sił, doprowadziła się do porządku, wycierając twarz szorstkim rękawem swojej ognioodpornej bluzy.
— No już, wszyscy. Pomóżmy tym, którzy potrzebują pomocy. Tutaj nasza praca dobiegła końca. Dowódcę zabierzemy w drodze powrotnej. A teraz weźcie apteczki i chodźcie za mną.
Dziewczyna mówiła pewnym głosem, ponieważ jako zastępczyni dowódcy była teraz najwyższą rangą osobą w zespole, a po jego śmierci przejęła dowodzenie.
Całą resztą zajmie się po powrocie do jednostki. Dokumenty i wszystkie formalności zeszły na dalszy plan. Teraz musiała wykonać swój obowiązek, mimo że się bała, a z każdym krokiem coraz bardziej drżały jej nogi. Pobiegła w stronę dobiegających krzyków i, ujrzawszy zastaną sytuację, odruchowo zrobiła krok w tył. Jej zespół zawahał się, lecz mimo wszystko ruszył za nią niczym posłuszne stado.
— Widzę przed sobą kilka osób. Są ranni. Udzielcie im pomocy medycznej.
Niczym mrówki ratownicy zbliżyli się do Mike’a, Liny i Chrisa, lecz gdy zobaczyli dwa ludzkie ciała całkowicie pokryte lodem, odruchowo cofnęli się. Zamiast zapytać, czy potrzebna jest pomoc, zaczęli wycofywać się krok po kroku, rozumiejąc, że znaleźli się w znacznie bardziej niebezpiecznej sytuacji, niż początkowo przypuszczali. Nagła śmierć ich dowódcy, która wydarzyła się na ich oczach, zmuszała ich do zastanowienia się, czy w ogóle warto pomagać tak dziwnym ludziom.
Jeden z młodych ratowników zatrzymał się i mimowolnie zrobił krok w tył. Szedł obok swojej przełożonej, lecz był nowy w zespole. Był to dopiero jego trzeci wyjazd.
— Szefowo… to chyba nie są ludzie? — zapytał cicho, patrząc na dwie ogromne bryły lodu.
Wszystko, co działo się wokół, wydawało mu się koszmarnym snem albo sceną z nierealnego filmu science fiction.
— Nie wiem, kim są — odpowiedziała szczerze dziewczyna. — Ale dopóki oddychają, są poszkodowani. A to oznacza, że naszym obowiązkiem jest im pomóc.
Chłopak nerwowo ścisnął apteczkę, ale mimo wszystko ruszył za nią. Zrobiła zaledwie kilka kroków i, podchodząc bliżej, zauważyła parę wydobywającą się z ust rannych podczas oddychania. Taka temperatura była zupełnie nietypowa o tej porze roku. Chłopak rzucił apteczkę na ziemię i z krzykiem:
— Nie dam rady! u ciekł.
Dziewczyna nie zwróciła na to uwagi i ruszyła dalej w stronę rannego. Pamięć o swoim dowódcy nie pozwalała jej się wycofać, choć czuła drżenie kolan i serce bijące jak oszalałe ze strachu i napięcia.
— Tutaj! Szybko! On umiera! Proszę, pomóżcie mu!
Krzyknął Mike z nadzieją, że chociaż ktoś pomoże mu zatamować krwawienie.
— Odsuń się, chłopcze. Zajmę się jego raną. Ale przy takim urazie najprawdopodobniej nie przeżyje. Musisz być na to przygotowany. Jest ciężko ranny, sądząc po ilości krwi, którą widzę wokół niego.
Dziewczyna nie mówiła tego po to, by odebrać chłopakowi nadzieję. Przez lata służby nauczyła się odróżniać ciężkie obrażenia od śmiertelnych ran. Jednak po raz pierwszy od bardzo dawna sama nie była pewna własnej diagnozy. Zbyt wiele w tym człowieku wydawało się nienaturalne.
Pokonała swój strach i rzuciła się rannemu na pomoc. Taki był jej obowiązek i nie mogła go zignorować, nawet jeśli reszta zespołu wycofała się ze strachu.
— Możesz puścić ranę? Muszę ją opatrzyć. Przeszkadzasz mi. Odsuń się.
Powiedziała stanowczym tonem i z poważnym wyrazem twarzy, odsuwając dłonie Mike’a od rany, której za nic nie chciał puścić. Tak rozpaczliwie próbował pomóc temu potworowi, że jego ręce drżały, a on sam sprawiał wrażenie, jakby w ogóle nie słyszał słów dziewczyny.
Słysząc jej prośbę, Chris zauważył, że Mike nie potrafi opanować emocji i puścić rany. Podszedł do chłopaka, pomógł mu wstać i odciągnął go od ciała. Chłopak z zakrwawionymi dłońmi stał unieruchomiony w mocnym uścisku Chrisa. Ten trzymał go tak mocno, obawiając się, że Mike ponownie spróbuje pomóc potworowi i będzie przeszkadzał ratowniczce.
Mike jeszcze raz szarpnął się, próbując wyrwać z uścisku Chrisa. Wydawało mu się, że jeśli puści ranę choćby na kilka sekund, na zawsze straci ojca. Krew na jego dłoniach zdążyła już zaschnąć, lecz on wciąż miał wrażenie, że nadal przecieka między jego palcami.
Dziewczyna szybko oceniła sytuację i sięgnęła do apteczki. Wyjęła nożyczki i ostrożnym ruchem rozcięła materiał o nieznanej strukturze, który okazał się znacznie trudniejszy do przecięcia, niż początkowo przypuszczała. Metalowe nożyczki wyginały się pod wpływem metalu zawartego w kombinezonie, jednak ostatecznie udało jej się wykonać otwór wystarczająco duży, by dokładniej obejrzeć ranę.
Dziewczyna zauważyła, że brzegi materiału, które przed chwilą przecięła, zaczęły powoli się zasklepiać. Była pewna, że kombinezon sam się regeneruje, co było całkowicie nietypowe dla zwykłego materiału. Zachowywał się tak, jakby posiadał własny mózg, jakby był żywy, niczym druga skóra swojego właściciela, chroniąca go.
Dlatego dziewczyna postanowiła jak najszybciej udzielić pomocy medycznej, zanim niezwykły materiał całkowicie zasklepi ranę. Oceniając obrażenia, zauważyła w ranie odłamek nieznanego pochodzenia. Był czarny, o ostrym kształcie, a jego koniec tkwił głęboko w ciele, przebijając je na wylot. Przyłożyła trójwarstwowy opatrunek hemostatyczny, formując z niego kwadratowy opatrunek, który miał zatrzymać krwawienie, lecz nie przyniosło to efektu — bandaż zbyt szybko nasiąkał krwią.
— Cholera… — zaklęła dziewczyna, zdając sobie sprawę, że zapasy bandaży wkrótce się skończą, a krwawienie wciąż nie ustaje. Zdążyła już nałożyć dziewięć warstw.
Jedyna myśl, jaka kołatała się w jej głowie, brzmiała: jak człowiek z taką raną może jeszcze żyć? Sprawdziła jego puls.
Był równy, choć zdecydowanie zbyt wolny jak na człowieka. Jednak w jego stanie taki wynik wcale jej nie zdziwił. Ponieważ ciało leżało w dziwnym zagłębieniu i od strony rannego boku było lekko uniesione, dziewczyna nie od razu zauważyła zniekształconą rękę pokrytą lodem. Dopiero gdy sprawdzała puls na zdrowej ręce, dostrzegła to. Po jej ciele przebiegł zimny dreszcz. Rozumiała, że wszystko, co się tutaj dzieje, jest nienaturalne i zdecydowanie wykracza poza granice zwykłego świata, jednak jej obowiązek nakazywał jej działać dalej.
Nanomateriał, z którego wykonany był kombinezon, zasklepił uszkodzenie wraz z opatrunkiem i dziewczyna nie była już w stanie stwierdzić, czy rana nadal krwawi, ponieważ przestała ją widzieć. Miejsce zranienia zostało pokryte materiałem i wyglądało jedynie jak niewielkie wybrzuszenie na ciele.
Dziewczyna odwróciła się, chcąc coś powiedzieć chłopakowi. Patrząc w jego pełne smutku i rozpaczy oczy oraz na zakrwawione dłonie, nie potrafiła wypowiedzieć słów, których sama się obawiała. Chciała zapytać, kim są, skąd pochodzą i co właściwie się tutaj dzieje. Jednak, patrząc w bezdenną pustkę jego oczu, nie odważyła się zadać tych pytań.
— To na krótko zatrzyma krwawienie, ale najprawdopodobniej odmrożone tkanki jego ręki nie nadają się do uratowania. Raczej nie przeżyje.
Syczący dźwięk sprawił, że dziewczyna oderwała wzrok od Mike’a i ponownie spojrzała na pacjenta.
Na kilka sekund zapadła całkowita cisza. Nawet wiatr, który do tej pory hulał pomiędzy połamanymi drzewami, jakby nagle ucichł. Dziewczyna już miała wstać, gdy poczuła, jak palce pacjenta niespodziewanie zacisnęły się na jej nadgarstku.
— Znam panią…
wyszeptał Mi, po czym ponownie stracił przytomność. Chwycił dziewczynę za rękę, porządnie ją tym przestraszając, lecz ona nie odsunęła się. Była przyzwyczajona do tego, że umierający ludzie często widzieli w niej kogoś innego.
Dziewczyna delikatnie uwolniła swój nadgarstek z jego uścisku i wstała. Życzliwie uśmiechnęła się do Mike’a, którego Chris zdążył już puścić, i łagodnym głosem powiedziała:
— Jeśli chodzi o pozostałych, nie jesteśmy w stanie wam pomóc. To, co dzieje się tutaj, wykracza poza nasze możliwości. Jedyne, co mogę dla was zrobić, to wydać mojemu zespołowi polecenie, aby przewiózł was w bezpieczne miejsce. Idźcie za nimi.
— Dziękuję za pomoc…
Tylko tyle zdążył powiedzieć Mike, zanim zobaczył, jak Lina skręca dziewczynie kark. Podkradła się do swojej ofiary całkowicie niezauważona. Ani dziewczyna, ani Mike nie zwrócili na nią uwagi. Niczym cichy drapieżnik swoimi drobnymi dłońmi skręciła kark tej, która jeszcze przed chwilą próbowała im pomóc i ich uratować.
Przed oczami Mike’a rozegrał się obraz dziewczyny, która jeszcze minutę wcześniej uśmiechała się do niego, a teraz powoli osuwała się na zimną ziemię pokrytą lodem i błotem. Mike znieruchomiał. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że jego umysł odmówił przyjęcia tego, co zobaczył. Jeszcze chwilę temu dziewczyna stała obok niego i mówiła spokojnym głosem, a teraz jej ciało leżało nieruchomo na ziemi. Patrzył na nią i nie potrafił uwierzyć, że naprawdę do tego doszło.
Po raz pierwszy Mike zobaczył ten uśmiech na twarzy Liny. Nigdy wcześniej nie widział takiego wyrazu twarzy u dziewczyny, która z taką łatwością odebrała komuś życie.
Lina spojrzała na pozostałych czterech członków zespołu ratowniczego. Dziewczyna, którą przed chwilą zabiła, leżała na ziemi, a Lina ruszyła w stronę pozostałych, próbując schwytać ich niczym lis polujący na zające.
Jedyną osobą, która nie wiedziała, co się dzieje, był chłopak pozostający przy ciele dowódcy. Przez radio wezwał posiłki i krótko przedstawił zaistniałą sytuację.
Rozdział 128. Szok po tym, co się wydarzyło
Przed oczami Mike’a rozgrywał się obraz dziewczyny, która niczym żółta plama spadała w dół. Jeszcze chwilę wcześniej uśmiechała się do niego, była życzliwa i pomagała uratować życie człowieka, od którego zależało życie jego ojca.
Ręce Mike’a odruchowo wyciągnęły się przed siebie, próbując pochwycić dziewczynę w locie, lecz stał zbyt daleko i zdołał uchwycić jedynie powietrze. Bezwładne ciało dziewczyny, z zastygłym jeszcze uśmiechem na twarzy, upadło na zimną ziemię, roztrzaskując lodowe struktury utworzone mocą pana Mi.
Członkowie jej zespołu, którzy pozostali z boku i nie zdecydowali się pomóc nieproszonym gościom, już nawiązywali łączność z różnymi jednostkami zajmującymi się badaniem niewyjaśnionych zdarzeń. Przez radio przekazywali wszystko, co widzieli. Ich nogi były jednak jak z waty — nie potrafili się poruszyć. Jedynie usta i wargi nie zostały jeszcze sparaliżowane przez strach.
Ci, którzy byli jeszcze w stanie choć trochę się poruszać, zaczęli powoli cofać się, rozumiejąc, że muszą uciekać. Wkrótce dwóch z czterech ratowników rzeczywiście rzuciło się biegiem w stronę lasu, do samochodów ratowniczych, w których mogli ukryć się przed potworem, który zabił ich nową dowódczynię.
— Co ty, do cholery, wyprawiasz, ty szalona idiotko?! Dlaczego?! Dlaczego zabiłaś jedyną osobę, która nam pomogła?! Przestań! Nie rób tego!
Słowa te wyrwały się Mike’owi prosto z serca. Wciąż jeszcze nie potrafił pojąć tego, co się wydarzyło, ale wiedział, że to było złe. Ludzie nie powinni tak postępować. Choć sam narodził się w wyniku eksperymentu, doskonale wiedział, że ludzie nie powinni tacy być.
Chłopak podszedł do Liny i chwycił ją zakrwawionymi rękami za kołnierz. Nie wiedział, co powiedzieć. Jego spojrzenie wyrażało znacznie więcej niż słowa. Był przerażony, ponieważ mimo ciała dorosłego człowieka wciąż pozostawał dzieckiem.
Jego zakrwawione dłonie spoczywały na ramionach dziewczyny, lecz nawet gdy próbował ją opamiętać, potrząsając nią za ramiona, nie przynosiło to żadnego efektu. Nie wiedział, co działo się w głowie tej szalonej dziewczyny. Jej spojrzenie mówiło tylko jedno — była gotowa zabijać.
Ledwie dostrzegalny uśmiech w kącikach jej ust i ten błysk w oczach przerażały bardziej niż wszystkie potwory, które zdążył już zobaczyć.
Dziewczyna bezlitośnie odepchnęła go na bok, zadając cios w splot słoneczny.
Poczuł, jak nogi ugięły się pod nim i osunął się na ziemię. Ostry, przeszywający ból w okolicy splotu słonecznego odebrał mu siły. Fala bólu przeszyła jego ciało tysiącami rozpalonych igieł i rozlała się po nim pulsującym ogniem. Poczuł, jak miejsce uderzenia drętwieje i jak krew napływa mu do oczu. Chwytając się za splot słoneczny i rozpaczliwie próbując zaczerpnąć powietrza, nie potrafił oderwać wzroku od kobiety, która bezlitośnie biegła w stronę pozostałych członków zespołu.
Krwawy kaszel zmusił go do opuszczenia wzroku. Krople krwi spadły na oblodzoną ziemię. Zakrył usta zakrwawioną dłonią, lecz jego własna krew zmieszała się z krwią potwora, którego próbował uratować. Wycierając twarz, tylko bardziej się pobrudził, pozostawiając na niej krwawy ślad.
Czuł, jak ciężki jest jego stan. Rozumiał, jak bardzo przygniatają go ból i szok. Nie chciał patrzeć, jak giną niewinni ludzie, lecz nie potrafił odwrócić wzroku.
Lina była bezlitosna. Dopadła pierwszego chłopaka, który potykając się, uciekał, po drodze wyrzucając całe swoje wyposażenie. Dziewczyna powaliła go na ziemię i jednym kopnięciem w głowę złamała mu kark. Dysponowała ogromną siłą, ponieważ ulepszony genom otrzymany od Josepha pozwalał jej zadawać śmiertelne ciosy za pierwszym razem.
Przekroczywszy ciało chłopaka, wkrótce dopadła drugiego, już bliżej gęstwiny lasu. Gdy go dogoniła, niczym pantera skoczyła mu na plecy i, podczas gdy chłopak rozpaczliwie próbował ją zrzucić, miotając się na boki, złamała mu kark. Sama zdążyła zeskoczyć, pozwalając jego ciału stoczyć się w dół zbocza.
Trzeciego członka zespołu, który stał nieruchomo niczym wrośnięty w ziemię, zostawiła na później. Strach całkowicie go sparaliżował. Jedyne, co zdołał zrobić, to opaść na kolana, zamknąć oczy, złożyć dłonie do modlitwy i zacząć zwracać się do wszystkich bogów, których znał.
Odrzucił krótkofalówkę, która wciąż wydawała z siebie sygnały, próbując określić ich położenie.
Jego usta raz po raz powtarzały te same słowa:
— Pomóż mi, Boże… Ocal mnie…
Lecz w chwili, gdy chłopak poczuł ciepłe, wilgotne dłonie na swojej twarzy, zrozumiał, że jego czas dobiegł końca.
Lina nie zaczęła go torturować ani zadawać mu cierpienia. Jednym szybkim ruchem skręciła mu kark. Ciało klęczącego i modlącego się chłopaka opadło na ziemię. Otarła dłonie o nogawkę spodni i, przekonana, że zabiła już wszystkich, ruszyła w stronę Mike’a.
Chłopak chwycił się obiema rękami za włosy, rozmazując na nich resztki własnej krwi i krwi potwora. Rozglądał się dookoła, nie mogąc uwierzyć w to, co się wydarzyło. Przeżył tak silny szok, że nie potrafił dojść do siebie.
Chłopak, który jako pierwszy nie posłuchał dowódczyni i uciekł, wciąż znajdował się niedaleko miejsca zdarzenia. Ukrył się w gęstwinie dzikiej róży porastającej skraj lasu. Wciskając się w kolczasty krzew, którego ciernie boleśnie wbijały się w jego skórę, zasłaniał sobie usta dłońmi, próbując nie zdradzić swojej kryjówki i pozostać przy życiu.
Nie potrafił powstrzymać łez spływających po jego policzkach. Wszystko, co się wydarzyło, było dla niego niewyobrażalnym koszmarem. Nie mógł pojąć, jak wielkie miał szczęście, że przeżył. Jeszcze kilka minut wcześniej Lina przeszła zaledwie metr od niego. Gdyby nie wstrzymał oddechu i nie znieruchomiał niczym zwierzę ukrywające się przed drapieżnikiem, mogłaby go zauważyć i zabić.
Usłyszawszy dźwięki dobiegające z niewielkiego kwadratowego urządzenia leżącego obok zwłok, dziewczyna bez zastanowienia rozdeptała krótkofalówkę, pozostawiając po niej jedynie drobne odłamki.
Chris, który obserwował całą tę scenę, pozostawał całkowicie obojętny. Ojciec nie obdarzył go szczególnie rozwiniętymi uczuciami, dlatego wszyscy, poza Mike’em, byli mu obojętni. Jego głównym zadaniem było doprowadzenie chłopaka do swojego stwórcy. Nic więcej go nie obchodziło. Dla niego Mike był całym światem.
Nie przestawał obserwować tego, co działo się z Mike’em. Chciał go pocieszyć, lecz zasób słów genetycznie zmodyfikowanego człowieka nie wystarczał, by cokolwiek wyjaśnić ani choć trochę poprawić nastrój chłopakowi, który był zdruzgotany tym, co się wydarzyło.
— Szkoda, że poza ładną buzią nie masz nic więcej.
Dziewczyna chwyciła Mike’a za twarz i jedną ręką postawiła go na nogi. Chłopak nie stawiał oporu. Opuścił jedynie wzrok, spodziewając się, że zaraz go zabije.
— Nawet nic nie odpowiesz? Jaki ty jesteś żałosny. Gdybyś nie był potrzebny Josephowi i gdybym nie miała własnych egoistycznych celów, ciebie też bym zabiła. Ale na razie jesteś mi potrzebny żywy, więc ogarnij się i doprowadź się do porządku.
Dziewczyna puściła Mike’a, a ten ledwie utrzymał się na miękkich nogach. Wydawało się, że nawet lekki podmuch wiatru mógłby go złamać niczym młode drzewko, które dopiero przebiło się przez ziemię.
Chris podtrzymał ledwo stojącego na nogach Mike’a. Chcąc utrzymać go w pionie, objął go w pasie. Wyglądało to tak, jakby podpierał złamany pień młodego drzewa, który uginał się pod każdym podmuchem wiatru.
— Rozumiem, że twój stwórca dał ci takie zadanie, ale niańczenie go jak małego dziecka to już przesada. Przecież jest dorosły. Zostaw go, dojdzie do siebie. Jeszcze nie rozumie, jak okrutny jest ten świat. Zrobiłam tylko to, co musiałam zrobić. Gdybym zostawiła tę czwórkę przy życiu, zrobiliby wszystko, żeby zamknąć nas w laboratorium.
— Potrzebuję pomocy. Postaram się zająć wszystkim, co się tutaj dzieje, a ty znajdź dla nas jakiś środek transportu. Pamiętam, że ostatnim razem poszło ci to bardzo szybko. Myślę, że i tym razem sobie poradzisz.
Chris jedynie skinął głową.
— Musisz znaleźć ich samochód i sprowadzić go tutaj. Musimy załadować do niego te dwa ciała i jak najszybciej się stąd wynosić, zanim przybędą poważniejsze posiłki.
Dziewczyna rzuciła pogardliwe spojrzenie w stronę potwora. Teraz, gdy był ranny i unieruchomiony, znów mogła czuć swoje ciało i odzyskała pewność siebie.
Lina przezwyciężyła swój zwierzęcy strach, lecz obawiała się, że gdy tylko potwór odzyska przytomność, ponownie poczuje to paraliżujące uczucie własnej bezradności.
Chris spojrzał na Mike’a, lecz mimo wszystko postanowił wykonać polecenie dziewczyny, ponieważ wydawało się ono rozsądne. Szybko określił kierunek, z którego przybyli ratownicy, i postanowił wrócić tą samą drogą. Być może właśnie tam znajdzie potrzebne im pojazdy.
Chris ostrożnie posadził Mike’a na ziemi, jakby bał się zrobić mu krzywdę. Spojrzał mu w twarz, po czym natychmiast ruszył biegiem, rozumiejąc, że nie ma czasu do stracenia.
Nie wiedział, czy powinien ufać Linie, lecz rozumiał, że ona również kieruje się własnymi korzyściami. A skoro Mike był jej potrzebny do osiągnięcia celu, najprawdopodobniej pozostawi go przy życiu.
Kiedy dudnienie własnego serca i ból nieco osłabły, chłopak usłyszał swój drżący głos, który wyrwał się z jego gardła.
— Co ty, do cholery, zrobiłaś? Dlaczego ich wszystkich zabiłaś? Dlaczego?! Pytam cię!
Mike wciąż zadawał te same pytania.
Dziewczyna nie odpowiedziała na żadne z nich. Podeszła do chłopaka, chwyciła go za kołnierz i z całej siły spoliczkowała go zakrwawioną dłonią.
Uderzenie zapiekło twarz Mike’a niczym ogień, choć i tak była już zalana łzami. Chciał jedynie usłyszeć wyjaśnienie, nic więcej. Trzymając się za piekący z bólu policzek, jeszcze dotkliwiej odczuwał własną bezradność.
Stracił matkę, a teraz życie tych, których kochał, zależało od jakiegoś niezrozumiałego potwora, który właśnie umierał.
— Słuchaj, ty naiwny dzieciaku. Gdybym zostawiła ich przy życiu, sami znaleźlibyśmy się w niebezpieczeństwie. Jesteś taki głupi. Tak, teraz nam pomogli, ale gdy tylko opuścilibyśmy teren tego lasu, zawieźliby nas do laboratorium. Tam przeprowadzaliby na nas eksperymenty i wyjmowali z ciebie narządy, próbując zrozumieć, kim jesteś. Tego właśnie chciałeś?
— O czym ty w ogóle mówisz? To przecież zwykli ratownicy. Nigdy by czegoś takiego nie zrobili…. powiedział chłopak podniesionym, drżącym głosem, wciąż nie rozumiejąc słów dziewczyny.
— Nadal jesteś dzieckiem, które nie dorosło i nie rozumie zasad tego pieprzonego świata. Oni naprawdę nic by nam nie zrobili. Ale to, co musieliby napisać w swoich raportach, sprowadziłoby na nas zagrożenie. Teraz nie żyją, więc nikt nie będzie na nas polował. Wyleczymy się i ruszymy do Josepha.
Więc ogarnij się, mięczaku. Jeśli naprawdę chcesz uratować swoich bliskich, wyłącz wreszcie tę swoją naiwną dziecięcą głupotę i ciesz się, że jeszcze żyjesz, nic niewarty karaluchu.
Powiedziała Lina z pogardą, wycierając o jego bluzę swoje zakrwawione dłonie.
— Ale z ciebie potwór…
Rozdział 129. Transport
Chłopak, który niczym mały ptak ukrywał się w gęstwinie dzikiej róży, usłyszawszy polecenie wydane przez dziewczynę jednemu z jej ludzi, natychmiast przemógł swój strach i, przedzierając się przez ostre kolce, ruszył w stronę samochodów.
Przepełniały go myśli o potwornych rzeczach, których był świadkiem. Gdy wybierał zawód ratownika, nigdy nie przypuszczał, że zobaczy śmierć swoich kolegów, nie będzie w stanie im pomóc, a jego zdradzieckie nogi poniosą go w przeciwnym kierunku, ratując własne życie.
Nie pamiętał, jak dotarł do miejsca, z którego wcześniej przyszedł, lecz krwawe zadrapania na twarzy, nogach i rękach, mimo że chronił go ciężki mundur, wciąż lekko krwawiły. Gdy zobaczył chłopaka siedzącego obok kapitana z krótkofalówką w dłoni i przekazującego położenie grupy, nie powiedział ani słowa. Chwycił go za rękę i niczym worek ziemniaków pociągnął po ziemi w stronę lasu.
— Co ty robisz, Paul? Puść mnie! Puść! Paul, puść mnie! — wykrzykiwał chłopak.
Upuścił krótkofalówkę na ziemię. Urządzenie wciąż trzeszczało, a ktoś po drugiej stronie nadal coś mówił, lecz im dalej Paul ciągnął swojego kolegę w stronę lasu, tym bardziej oddalała się nadzieja na ratunek.
Gdy tylko wciągnął kolegę w najgęstszą część lasu, natychmiast zakrył mu usta dłonią i mocno przycisnął go do siebie.
— Błagam cię, bądź cicho. Proszę. Chcę, żebyśmy przeżyli. Nie chcę umierać. Nie chcę. Proszę cię, Tom… — wyszeptał Paul ledwie słyszalnie do jego ucha.
Wkrótce w pobliżu chłopaków pojawił się Chris. Rozglądał się dookoła, wybierając środek transportu, który najlepiej nadawał się do wykorzystania.
W oddali było już słychać dźwięk zbliżającego się śmigłowca oraz syreny pojazdów pędzących na miejsce. Chris rozumiał, że ma bardzo mało czasu na podjęcie decyzji. Podszedł do pierwszego samochodu, którym okazała się karetka z niewielką ilością sprzętu na pokładzie, uruchomił ją i pojechał w stronę miejsca, z którego przyszedł.
Nie oszczędzał pojazdu. Ani wyboje, ani kamieniste pagórki nie zmuszały go do zwolnienia. Jechał na przełaj. Dopiero gdy samochód znalazł się na oblodzonym terenie, zaczął lekko wpadać w poślizg, ponieważ miał letnie opony, nieprzystosowane do jazdy po lodzie. Mimo to Chris, dysponując niewielkim doświadczeniem za kierownicą, zdołał opanować pojazd i zaparkował go niedaleko lodowych brył, w których uwięzieni byli Nick i Anastazja.
Chłopak nie zwrócił uwagi na dowódcę leżącego pod kurtką. Nie zainteresowała go również dziwnie rozkopana ziemia obok jego ciała, ciągnąca się w stronę lasu. Nie zwrócił też uwagi na krótkofalówkę, która nadal cicho trzeszczała. Jedyne, na co zwrócił uwagę, to narastający dźwięk syren dobiegający z oddali.
Paul w końcu puścił swojego kolegę. Tom już się nie wyrywał i, widząc dziwnego człowieka, nie pytał, dlaczego jego partner tak się zachował. Jedynie zakrwawiona warga świadczyła o tym, że wcześniej się szarpał, ponieważ podczas próby uwolnienia zranił się o dłoń zasłaniającą mu usta.
— Co, do diabła, się stało? I dlaczego nas w ten sposób ukryłeś? Odpowiedz mi, Paul.
— Wszyscy, którzy poszli z pomocą na krzyki, nie żyją. Przeżyłem tylko dlatego, że uciekłem. I nie jestem z tego dumny. Jedyne, co zdołałem zrobić, to uratować ciebie. I… i będę z tym żył…
Chłopak poczuł, jak traci przytomność. W końcu dopadły go emocje, które przez cały ten czas od siebie odsuwał. Działanie adrenaliny minęło i nie był już w stanie oprzeć się fali bólu, która go ogarnęła.
Chris rzeczywiście wykonał polecenie Liny i wkrótce na miejsce, w którym się znajdowali, podjechał samochód. Należał do brygady ratowniczej i przybył razem z nią na miejsce zdarzenia. Był pusty, ponieważ wszyscy członkowie zespołu udali się na akcję, a Chris, posiadając odpowiednią wiedzę, bez trudu zdołał go uruchomić.
Gdy zobaczył zakrwawioną bluzę Mike’a, natychmiast do niego podbiegł. Próbował zetrzeć krew i sprawdzić, czy chłopak nie odniósł obrażeń, lecz jego gwałtowne i bezceremonialne dotykanie twarzy oraz ciała Mike’a wywołało jedynie zdziwienie na twarzy chłopaka.
— Co mu zrobiłaś? — zapytał Chris, zwracając się do dziewczyny.
Lina jedynie spojrzała na niego z pogardą, jakby był karaluchem, którego mogłaby rozgnieść w każdej chwili.
— Gdzie są kluczyki? — zapytała, obchodząc samochód.
— Tutaj. Ale w środku jest za mało miejsca. Znajduje się tam dużo sprzętu, więc wszyscy się nie zmieścimy.
Chris przestał dotykać Mike’a i skierował swoją uwagę na dziewczynę, która niczym wąż oplatała wszystko swoją obecnością.
Po obejrzeniu pojazdu dziewczyna otworzyła tylne drzwi i upewniła się, że wewnątrz rzeczywiście znajduje się zbyt dużo sprzętu: niezrozumiałe urządzenia, leżanki oraz różnego rodzaju mocowania.
— To wszystko, co udało mi się znaleźć w czasie, który miałam do dyspozycji. Nie mogę prowadzić wozu strażackiego, jest zbyt wielki.
Syreny stawały się coraz głośniejsze i zbliżały się do ich położenia, dlatego dziewczyna podjęła decyzję, ale potrzebowała pomocy.
— Po prostu wyrwiemy wszystko, co niepotrzebne, i wyrzucimy. Załadujemy te dwie bryły lodu, na wierzchu położymy tego półżywego, nieproszonego gościa i pojedziemy do twojego Josepha. Mam nadzieję, że będzie w stanie nam pomóc, bo to całe gówno już porządnie działa mi na nerwy.
Małe, kruche i smukłe dłonie dziewczyny wydawały się słabe, lecz kryły w sobie taką siłę, że z łatwością wyrywały metalowe elementy wyposażenia wbudowane w konstrukcję pojazdu. Dziewczyna nie zamierzała się z niczym cackać i, wyrywając kolejne urządzenie elektryczne z wnętrza ambulansu, odrzucała je na bok.
— Na co czekasz i dlaczego zajmujesz się tym dzieckiem? Nie zamierzasz mi pomóc, Chris?zapytała dziewczyna, odrywając metalowy defibrylator przymocowany do konstrukcji pojazdu.
Chłopak spojrzał na Mike’a, który siedział na kolanach i wpatrywał się w martwe ciała leżące w dziwnych pozach niedaleko od niego.
— Wybacz, ale muszę jej pomóc. Od tego zależy, jak szybko dotrzemy po pomoc. Wrócę po ciebie.
— Ja… ja…
Mike nadal nie wiedział, co odpowiedzieć. Wciąż znajdował się w stanie szoku.
We dwoje poradzili sobie znacznie szybciej. Chris posiadał taką samą siłę jak Lina, ponieważ był takim samym genetycznie zmodyfikowanym człowiekiem. Udoskonalony organizm pozwalał mu wykonywać zdumiewające wyczyny fizyczne, do których nie był zdolny żaden zwykły człowiek.
Kiedy dziewczyna razem z Chrisem skończyła wyrzucać z pojazdu wszystko, co zbędne, w środku zrobiło się wystarczająco dużo miejsca.
— No i skończone. Pozostało tylko załadować te bryły do środka i możemy ruszać. Mam nadzieję, że twój Joseph naprawdę jest tego wart.
Oczywiście Lina miała swoje własne, prawdziwe powody, by go poznać.
— Zacznijmy od dziewczyny, a później przeniesiemy chłopaka — zaproponował Chris, podchodząc do Anastazji.
Lina nic nie odpowiedziała, ale dołączyła do niego. Ostrożnie chwyciła lodową bryłę od strony głowy dziewczyny, a Chris uniósł ją od strony nóg. Zachowując najwyższą ostrożność, ponieśli ją w stronę pojazdu.
Chris zaparkował wystarczająco blisko — zaledwie dwa lub trzy metry od oblodzonych ciał, dlatego odległość była minimalna. Lina ostrożnie wsunęła bryłę do wnętrza pojazdu, pilnując, aby ostre, poszarpane krawędzie metalu pozostałe po wyrwaniu wyposażenia nigdzie jej nie uszkodziły.
Natomiast niosąc bryłę lodu z Nickiem w środku, dziewczyna nie zachowała już żadnej ostrożności. Dosłownie cisnęła ją do pojazdu, nawet nie zastanawiając się nad konsekwencjami. W każdym geście skierowanym wobec Nicka okazywała jawną niedbałość.
— Cóż, teraz zajmę się tym potworem.
Lina chwyciła pana Mi za ramiona, lecz ciało, mimo że po prostu leżało na ziemi, nie dawało się poruszyć. Coś w okolicy tułowia przytrzymywało je w miejscu.
Poirytowana dziewczyna puściła ramiona pana Mi i podeszła bliżej. Przyglądając się uważniej, zauważyła, że jego tułów został przebity ogromnym ziemnym kolcem, który głęboko wbijał się w ziemię.
Nie rozumiała, jak to możliwe. Podczas walki nie widziała, aby trafił go jakikolwiek widoczny przedmiot. Jednak biorąc pod uwagę, że wtedy sparaliżował ją strach, być może po prostu przeoczyła ten moment.
Jedynym rozwiązaniem, jakie przyszło jej do głowy, było złamanie kolca uderzeniami. Jeśli nie uda się wyciągnąć go w całości, potwór może nawet nie dożyć chwili, w której zostanie załadowany do pojazdu.
— No dalej, ty pieprzona bestio…
Klnąc pod nosem, dziewczyna nadal zadawała ciosy w tułów pana Mi, dokładnie w miejscu, gdzie kolec wbijał się w ziemię. Cios za ciosem. Na jej nodze pojawił się już krwawy ślad świadczący o tym, że rana wkrótce znowu zacznie krwawić.
Chris zatrzymał jej kolejny cios, który zmierzał w stronę pana Mi, rozumiejąc, że jeszcze kilka takich uderzeń i potwór naprawdę umrze.
— Wystarczy. Myślę, że to już dosyć. Teraz możemy go podnieść.
Chris zauważył, że po kilku uderzeniach dziewczyna zdążyła już złamać kolec, ale Lina nadal biła go wyłącznie dla własnej przyjemności.
Przenosząc pana Mi, dziewczyna mimo wszystko zachowała ostrożność. Zauważyła, że ciało zostawia za sobą krwawy ślad, a gdy tylko znalazło się na bryle lodu, w której uwięziony był Nick, cienka strużka krwi spłynęła po przezroczystym lodzie.
— Musimy się pospieszyć. Syreny są już zbyt blisko. Załaduj dziecko do samochodu i jedziemy.
Chris pomógł Mike’owi usiąść w samochodzie, zapiął mu pas bezpieczeństwa, otarł łzy z jego twarzy i niczym troskliwy przyjaciel poklepał go po ramieniu.
— Jestem pewien, że Joseph ci pomoże. Nie zamartwiaj się tak. Ze wszystkim sobie poradzimy.
Mike jakby zamknął się w sobie. To, co się wydarzyło, było dla niego czymś potwornym. Wciąż próbował poukładać sobie w głowie wydarzenia, które rozegrały się w tym przeklętym lesie, i nie wiedział, jak ma dalej żyć. Życie potwora, którym się stał… Nie, nikogo nie zabił, ale nie zdołał też powstrzymać tej, która zabijała.
Lina siedziała, opierając się o zniszczoną ścianę samochodu, pokrytą śrubami, powyginanym metalem i dziurami. Patrzyła na spokojną, zamarzniętą twarz dziewczyny i delikatnie gładziła lód, w którym była uwięziona.
Lina wciąż nie potrafiła zrozumieć, jakie uczucia budziła w niej ta dziewczyna, ale z jakiegoś powodu była dla niej ważna.
Droga prowadząca do głównej szosy była nierówna, dlatego od czasu do czasu Lina odczuwała wstrząsy. Siedzenie, które zostawiła dla siebie, chwiało się, ponieważ większość jego mocowań została wyrwana.
Usłyszała, jak obok ich samochodu przejechały inne pojazdy z wyjącymi syrenami. Sądząc po tym, że dźwięk stopniowo oddalał się w stronę miejsca zdarzenia, dziewczyna nieco się uspokoiła. Oznaczało to, że nie zwrócono na nich uwagi, a więc zyskali pewną przewagę.
Rozdział 130. Zapomniane wspomnienie
Słone powietrze było wyczuwalne na języku, ciepłe słońce, które nawet przez panamę parzyło jego małą głowę, i chłodny wiatr wiejący od morza.
On, jeszcze mały, idąc za rękę z ojcem, widział, jak wiatr rozwiewał kręcone włosy matki na wszystkie strony. Szła boso po chłodnych morskich falach.
Nad nimi krążyły mewy, które nieustannie krzyczały i opadały na piasek w poszukiwaniu smakowitego kąska. Te dziwne ptaki go przerażały, ponieważ czasami kradły smakołyki, które dawała mu mama.
Tak Nick zapamiętał swój pierwszy wyjazd nad morze. Jego rodzice byli weseli, dobrzy i zawsze się z nim bawili. Ojciec nieustannie uśmiechał się, patrząc na syna. Pozwalał małemu, niemądremu dziecku rzucać błotem, pomagał mu budować zamki z piasku i kopać ogromne doły, pozwalając synowi robić wszystko, na co miał ochotę.
Matka z kolei karmiła go pysznym jedzeniem i owocami, a także zawsze uczyła go pływać. Pamiętał, jak trudno było przebierać nogami na dość dużej głębokości, mimo że miał na sobie kamizelkę ratunkową, oraz ciepłe dłonie matki ściskające jego małe rączki. Nick i tak za każdym razem się bał, gdy go puszczała.
— Dasz radę, synku. Uda ci się — zawsze mówiła i dodawała mu otuchy mama, puszczając jego małe dłonie, a on niczym mała żabka podpływał do niej.
Zawsze go obejmowała, całowała w czółko i wysoko unosiła nad wodę.
Tak właśnie cieszyli się wspólnym wypoczynkiem. W małej, przytulnej kawiarni, do której przyszli zjeść kolację po zabawie nad morzem, mały Nick, owinięty ręcznikiem, siedział i jadł gofry z truskawkowym dżemem. Nie było to jego ulubione danie, ale były tak pyszne, a on po pływaniu był tak głodny, że zajadał się nimi z ogromnym apetytem.
Pośród śmiechu swoich najbliższych zauważył kobietę siedzącą naprzeciwko niego, która dziwnie się w niego wpatrywała, nie odrywając od niego wzroku, jakby widziała w nim potwora ukrytego pod maską uroczego dziecka. Ciemne, miejscami posiwiałe włosy opadały na jej ramiona okryte podartą siatkową koszulą. Kobieta wyglądała jak zwykła bezdomna wariatka, jednak na jej stole znajdowały się dość drogie potrawy, na które najwyraźniej mogła sobie pozwolić.
Kiedy Nick napotkał spojrzenie błękitnych oczu tej kobiety, nie rozumiał, dlaczego patrzy na niego z taką nienawiścią. Kierując się swoją naiwną dziecięcą dobrocią, zrobił coś, czego nie powinien był zrobić. Wziął swoją miseczkę z deserem i, podczas gdy rodzice byli pochłonięci rozmową, podszedł do kobiety, wyciągnął ją w jej stronę i powiedział:
— Chyba podoba ci się mój deser. Proszę, weź, spróbuj. Mogę się z tobą podzielić. Mama nauczyła mnie, że trzeba się dzielić.
Uśmiech odsłaniający kilka małych ząbków rozjaśnił twarz dziecka, lecz kobieta odepchnęła talerz i chwyciła Nicka za rękę, boleśnie wbijając w nią swoje paznokcie.
Przerażony Nick nie zdołał wydobyć z siebie ani jednego dźwięku. Po jego twarzy popłynęły tylko małe łzy, a z nadgarstka zaczęła kapać krew. Jedyne, co próbował zrobić, to się wyrwać, ale kobieta trzymała go niezwykle mocno.
Jej oczy wywróciły się do góry, a z ust zaczęła wydobywać się piana. Wykrzykiwała złowrogie prorocze słowa.
— W dniu, w którym spotkasz na brzegu morza dziewczynę o włosach w kolorze ognia i oczach niczym szafiry, staniesz się potworem, poświęcając tej miłości całe wszechświaty, lecz ostatecznie nie otrzymasz tego, czego pragniesz.
Dziecko nie zrozumiało znaczenia tych słów, ale rozpłakało się jeszcze bardziej, gdy zobaczyło, że deser, który trzymało w dłoni, upadł i rozmazał się po podłodze pośród odłamków szkła. Kobieta tymczasem zaciskała dłoń na jego ręce coraz mocniej, pozostawiając ciemnogranatowe ślady na dziecięcej skórze.
Matka chwyciła kobietę za rękę i, rozchylając jej zakrwawione palce, uwolniła syna. Następnie wzięła go na ręce i mocno przytuliła do siebie.
Ojciec objął ich oboje i zaczął cicho nucić uspokajającą melodię, tę samą, którą śpiewał synowi przed snem. Mały Nick mocno wtulił się w pierś matki.
— Staniesz się potworem. Potworem, który zniszczy tysiące światów.
— Co pani sobie wyobraża?! Dlaczego? Dlaczego krzywdzi pani moje dziecko?!
Matka nie wytrzymała. Oddała syna ojcu i wymierzyła kobiecie policzek, lecz ta nadal, z wywróconymi oczami, powtarzała wciąż to samo.
Ojciec pospiesznie zaczął zbierać rzeczy, a mały Nick, wtulony w jego silne ramię, zacisnął zakrwawioną dłonią materiał jego koszuli.
Widząc całe zajście, kierownik lokalu podszedł do rodziny i zaproponował im rekompensatę, lecz oni odmówili i pospiesznie zabrali dziecko, które zanosiło się histerycznym płaczem z powodu słów nieznanej mu kobiety.
Nick nie pamiętał dalszych traumatycznych wydarzeń, ponieważ właśnie tamtego lata stracił swoich rodziców. Nie pamiętał, jak i co się wydarzyło, ale właśnie to wspomnienie pogrzebał głęboko w swojej świadomości, a późniejsze traumatyczne przeżycia całkowicie je zablokowały. Teraz jednak, pogrążony w głębokim śnie, zdołał dotrzeć do najciemniejszych zakamarków własnego umysłu.
Przypomniał sobie, że ta kobieta od czasu do czasu pojawiała się w jego życiu, ale nie wiedział, dlaczego. Nigdy nie potrafił z nią normalnie porozmawiać. Niczym cień podążała za nim, dokądkolwiek szedł. Teraz przypomniał sobie, że widział ją już jako dziecko i że szeptała mu swoje proroctwa. Obraz wreszcie się ułożył, wszystkie elementy układanki trafiły na swoje miejsce. Ta kobieta coś wiedziała i potajemnie go obserwowała.
Nick nie wierzył w nic mistycznego, dlatego nie przywiązywał większej wagi ani do wydarzeń, ani do słów tej kobiety. Jednak wkrótce po tamtym spotkaniu jego rodzice zginęli, pozostawiając mu jedynie walizkę, niewielki majątek i ziejącą pustkę w pamięci, którą tak starannie ukrył przed samym sobą, zapominając o niej i przestając traktować ją jako część swojej przeszłości.
To właśnie dlatego postanowił zostać lekarzem — z powodu błędu medycznego, przez który zginęli jego rodzice. Gdyby lekarz przeprowadził wszystkie badania i wykrył ukryte krwotoki, to przynajmniej mama, która trafiła na oddział intensywnej terapii, pozostałaby z nim. Była to rana, którą próbował leczyć, pomagając innym.
Kiedy ta kobieta trafiła do niego na wizytę, nie była bezdomna, lecz wyglądała właśnie w ten sposób. Nie odpowiadała ani na jego pytania, ani na nic innego. Miała uszkodzoną rękę, prawdopodobnie doszło do jakiegoś zakażenia. Opatrzył jej ranę i przepisał lekarstwo, ale między nimi nie doszło do żadnej rozmowy. Kobieta nadal milcząco się w niego wpatrywała. A gdy tylko Nick wyszedł, aby wystawić skierowanie i wypisać receptę, zniknęła z sali. Jeszcze kilka razy widział ją gdzieś daleko od szpitala, w którym pracował, a od czasu do czasu spotykał ją również w sklepie, do którego chodził po zakupy. Jednak właśnie w dniu, w którym podjął decyzję o wyjeździe nad morze, kobieta zniknęła. I choć nie zdawał sobie z tego sprawy, zdążył już przywyknąć do jej obecności, ponieważ zawsze była gdzieś w pobliżu.
Próbował nawet kiedyś ją odnaleźć, lecz wszystkie dane, które podawała podczas wizyt na izbie przyjęć, okazały się fałszywe. Nikt jej nie znał, nikt nie wiedział, gdzie mieszka ani czym się zajmuje. Była niczym miraż — jakby w ogóle nie istniała. Niczym jego cień pojawiała się dzień po dniu, lecz nigdy i nigdzie nie była częścią żadnego systemu.
Wszystko wydarzyło się nagle. Stracił podczas operacji małą dziewczynkę i zraniło go to tak bardzo, że pierwsze odebrane przez niego życie, choć nie z własnej woli, doprowadziło do wydarzeń i spotkania z Kirą na tamtym nieszczęsnym brzegu morza.
Tak poznał kobietę o włosach w kolorze ognia, która pomogła mu zapomnieć o złamanym sercu. Kochał Anastazję i chciał się z nią ożenić, ale ona złamała mu serce, uciekła w pracę i niczego nie wyjaśniła. Właśnie wtedy, leżąc na brzegu morza, potrzebował kogoś, kto zrozumie jego ból i cierpienie. Ta pełna życia, energiczna i piękna kobieta stała się dla niego odskocznią. Nawet nie przypuszczał, że zakocha się w dziewczynie, z którą połączył go jedynie przelotny romans. Cieszyła się wszystkim, jakby widziała świat po raz pierwszy, zawsze się uśmiechała, tańczyła, biegała z nim po brzegu morza i były to niezwykłe, szczęśliwe dni.
Ale okazała się czarną dziurą, która zniszczyła jego świat. Trafiając do jej świata, odebrał pierwsze życie, zabijając Mike’a. Tak, zrobił to na jego prośbę, ale mimo wszystko odebrał życie świadomie i wciąż czuł, jak krew spływa po jego dłoniach, jakby nadal je pokrywała.
Ta mała dziewczynka, która straciła włosy na głowie, przeszła ciężki kurs chemioterapii, a świadomość, że obiecał jej uratować życie, lecz ostatecznie dopuścił do śmierci tak promiennego, pełnego światła dziecka, powoli zabijała go od środka.
Teraz, uwięziony w bryle lodu, podróżował przez głęboko skrywane wspomnienia, które zostały pogrzebane w najciemniejszych zakamarkach jego duszy. Teraz wreszcie mógł zmierzyć się ze swoimi demonami.
Ta niekończąca się seria wydarzeń i wszystko, co przytrafiło mu się w ciągu zaledwie kilku tygodni, było czymś potwornym, a niemożność poradzenia sobie z tym psychicznie nieustannie go przygniatała. Teraz, gdy jego ciało było całkowicie unieruchomione, ale mózg nadal analizował zaistniałe wydarzenia, uświadamiał sobie, że być może kobieta, która wtedy, tamtego dnia, nazwała go potworem, rzeczywiście widziała przyszłość, która nigdy nie powinna była się wydarzyć.
Rozdział 131. Bezradność wobec potwora
Pan Do oczekiwał przybycia pana Vixa. Musiał się z nim spotkać. Jego siostry znajdowały się bowiem w niewoli tego potwora, a on chciał wymienić życie Josepha na ich wolność.
Niczym oszalałe zwierzę krążył po pomieszczeniu otoczonym ogromnymi ekranami, pogrążony we własnych myślach. Nagle poczuł przeszywający ból oplatający środkowy palec prawej dłoni. Ognistym śladem wypalił się na nim zielony pierścień z prostym kwiatowym wzorem, a coś ścisnęło jego serce tak mocno, że z trudem łapał oddech. Opadł na kolana i, dusząc się, chwycił za pierś. Ból był nieznośny i sprawiał wrażenie, jakby ktoś wyrywał z jego wnętrza część duszy, milimetr po milimetrze.
Nie rozumiał, co się dzieje, ale doskonale wiedział jedno — jedno z rodzeństwa właśnie zginęło. Przez całe stulecie, odkąd byli braćmi i siostrami, żadne z nich nie umarło. Tylko jedną z sióstr zabił własnymi rękami, czego do dziś gorzko żałował, lecz tym razem wyraźnie czuł, że jego siostra nie zginęła z jego winy i że wydarzyło się to zaledwie przed chwilą.
Podnosząc się z kolan, zacisnął pięść, próbując się uspokoić i opanować przed spotkaniem z potworem, z którym zamierzał zawrzeć układ. Nie wiedział jeszcze, że to właśnie ten potwór był przyczyną bólu, który teraz odczuwał.
— Co? Boli? Co prawda coś o tym czytałem, ale nigdy nie przypuszczałem, że wasza więź jest aż tak silna. Spóźniłem się na rozmowę, ale przekazano mi twoją wiadomość. Moja odpowiedź brzmi: nie. I tak mogę zdobyć wszystko, czego zapragnę, bez zawierania z tobą jakichkolwiek układów.
Pan Vix oczywiście widział wszystko, co wydarzyło się z panem Do. Było mu całkowicie obojętne, co tamten chciał mu zaoferować. Znacznie bardziej interesował go jego własny stan.
— Jak śmiesz?
Pan Do chciał uderzyć pana Vixa, lecz powstrzymał się, zaciskając pięść tak mocno, aż popłynęła krew. Paznokcie wbiły się głęboko w skórę, a przeszywający ból przebiegł mu po plecach niczym dreszcz. Nie uległ emocjom, ponieważ wiedział, że mogłoby się to skończyć znacznie gorzej, niż przypuszczał. Nadal nie odzyskał sił po walce z dwoma braćmi i nie wiedział, w jakim stanie znajduje się Mi.
— Zabiłem jedną z twoich sióstr. Naprawdę myślisz, że zainteresuje mnie twoja propozycja? No dobrze, przyprowadziłeś Josepha. I co z tego? Sądzisz, że pomogę ci zrealizować twoje plany albo uwolnię własne pożywienie? Nic z tego.
Na twarzy pana Vixa pojawił się obłudny uśmiech. Mógł sobie pozwolić na pokazanie swojego prawdziwego oblicza i nie musiał już niczego ukrywać przed panem Do.
— Ty pieprzony draniu. Wiedziałem, że zostawienie cię z moimi siostrami było niebezpieczne. Ale Fa zapewniała mnie, że sobie z tobą poradzi.
Pan Do zaczął drżeć. Tak bardzo pragnął zniszczyć pana Vixa, że każdy krok sprawiał mu ból. Opanowanie emocji było niezwykle trudne, ponieważ był związany z całym swoim rodzeństwem, a pierścień, który pojawił się na jego palcu, stanowił dowód, że potwór mówi prawdę i rzeczywiście zabił jedną z jego sióstr.
Przez wiele lat byli nierozłączni. Walczyli razem, szkolili się razem i nigdy wcześniej żadne z nich nie umarło. Ból był tak potężny, jakby umarła część jego duszy i ciała. Czuł cierpienie tak ogromne, że nogi odmawiały mu posłuszeństwa i miał wrażenie, że nie zdoła się uratować. Jeszcze chwila, a rozpłakałby się z bólu, lecz nie mógł pozwolić, by potwór to zobaczył.
— Masz na myśli tę? Tę idiotkę, która wiecznie pełzała u moich stóp? To tylko moje pożywienie i będę korzystał z niej, jak tylko zechcę. Nikt mnie nie powstrzyma — ani ty, ani twoi bracia. A może naprawdę myślałeś, że nie dowiem się, iż was uwolnili? Jaki z ciebie naiwniak. To wszystko było tylko grą. Wiedziałem o wszystkim. Kiedy Steve dał wam bransolety, aby wysłać was do innego świata, widziałem każdy szczegół. Zrobił to na mój rozkaz. Potrzebowałem informacji zwrotnej, a ponieważ sam nie miałem ochoty udawać się do obcego, nieznanego mi świata, wykorzystałem do tego was. Chciałem po prostu zobaczyć, jak działa legendarna drużyna, której wszyscy tak bardzo się bali. Oszukanie was było dziecinnie proste. Okazaliście się zwykłymi dziećmi — głupimi, naiwnymi i łatwymi do manipulowania. Muszę przyznać, że ta gra naprawdę sprawiała mi przyjemność. Spójrz na mnie. Naprawdę sądziłeś, że ktoś taki jak ja niczego nie wie? Jedynie udawałem naiwnego, głupiego narkomana. W rzeczywistości powinieneś doskonale rozumieć, że władzę zdobywa się wyłącznie poprzez strach, ból i straty.
Pan Vix był zarozumiałym głupcem, który zasmakował poczucia wyższości nad innymi. Przestał znać umiar. Świadomość, że żadne z istniejących liniowo żyjących genetycznie zmodyfikowanych istot nie jest już w stanie go pokonać, dawała mu poczucie absolutnej władzy.
Co do samego Do, nie wiedział, co odpowiedzieć na słowa pana Vixa. Był przekonany, że Steve jest ich sojusznikiem i że w odpowiednim momencie im pomoże. Okazało się jednak, że był jedynie marionetką — zwykłą sztuczną inteligencją w rękach potwora.
— Więc posłuchaj mnie, kolego. Jeśli chcesz żyć i chcesz, aby twoje siostrzyczki pożyły jak najdłużej, będziesz mi służył. Nieważne, jak brudną i odrażającą pracę ci zlecę — wykonasz ją. A teraz pora coś zjeść. Zastanowię się, której z twoich sióstr użyję tym razem. Obie są pyszne.
— Jak śmiesz…
Słowa pana Vixa wbiły się Do prosto w serce i przestał się powstrzymywać. Zakrwawioną dłonią chwycił pana Vixa za szyję, mocno zaciskając palce, lecz poczuł coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczył — siłę przeciwnika. Nie był w stanie nawet ścisnąć szyi tego potwora ani choćby go unieść. Ciało pana Vixa było tak ciężkie i potężne.
— Jesteś nawet zabawny. Nie wiem, czy warto zostawić cię przy życiu. Ale musisz się z tym pogodzić.
Mówiąc te słowa, Vix uśmiechał się. Bawiło go to, że pan Do, wiedząc o jego przewadze, wciąż próbował się mu przeciwstawiać.
Pan Vix odsunął dłoń Do od swojej szyi, jakby w ogóle go nie ściskała, po czym odrzucił ją na bok. Następnie poklepał go po ramieniu i odwrócił się, zamierzając odejść.
— Tak po prostu nie odejdziesz. Nie pozwolę ci.
Pan Do nie zamierzał dłużej godzić się z tym, że tamten będzie wykorzystywał jego siostry według własnego uznania. Pomyślał, że skoro nie potrafi go pokonać, to przynajmniej spróbuje go powstrzymać. Wiedział, że nie wygra tej walki, lecz miłość i ból splatające się w jego duszy, wzmocnione nienawiścią i emocjami, zmuszały go do wyprowadzania ciosu za ciosem. Żaden z nich nie dosięgał jednak celu. Pan Vix, jakby z góry wiedział, gdzie spadnie cios, robił unik, zanim Do zdążył go wyprowadzić.
— Naprawdę chcesz ze mną walczyć?