Rozdział 91. Nieoczekiwany kierowca
Joseph jako twórca zaszedł bardzo daleko. Ważne było dla niego, by wiedzieć, że może kontrolować te istoty, lecz siódemka nie wykonywała jego rozkazów, dlatego dał im prawo wyboru. Zbyt mocno się do nich przywiązał i popełnił niewybaczalny błąd w swoim okrutnym świecie, tworząc potwory, których nie dało się naprawić.
Nigdy tak naprawdę nie zastanawiał się, w jaki sposób będzie mógł je zniszczyć, ponieważ stworzył dla tych prototypów zadziwiająco wytrzymałe ciała. Dodatkowo dał im niewrażliwe pole ochronne generowane ruchem ich komórek i obdarzył ich unikalnymi zdolnościami — w istocie mogli zastąpić całą armię, stając się czymś na wzór źródeł niosących wyłącznie zniszczenie.
Do stworzenia tych prototypów wybrał najokrutniejszych i najniebezpieczniejszych drapieżników, stabilizując ich genami meduz morskich, które potrafią regenerować komórki i powracać do swojej pierwotnej formy. Gdy dopiero badał możliwości regeneracji, którymi obdarzył tę siódemkę, był zdumiony. Potrafili odrastać nowe kończyny i całkowicie odbudowywać narządy wewnętrzne, niezależnie od tego, który organ został utracony. Dlatego, gdy kasta podjęła decyzję o ich zniszczeniu, naukowiec wymyślił jedyne rozwiązanie — umieścić ich w roztworze silnego kwasu. Gdyby przebywali tam wystarczająco długo, najprawdopodobniej zamieniliby się po prostu w odpady.
W drapieżnym spojrzeniu Re można było dostrzec tylko jedno pragnienie — zabijać, i było ono związane raczej z traumą natury psychicznej niż z prawdziwą naturą jego mocy. Z powodu zdolności przekształcania własnego głosu w ogień najczęściej wysyłano go na misje bojowe i powierzano mu najbrudniejszą pracę, którą wykonywał bez większej chęci. Jednak przez stulecie jego umysł został wypaczony i pochłonięty przez najmroczniejsze demony, jakie mógł stworzyć bezduszny świat — w istocie stał się potworem.
Uwięziony w kolbie z kwasem przeżywał raz za razem chwile, w których krok po kroku stawał się potworem. Wspominał, jak zabijał niewinne istoty zapędzone w pułapkę, obracając je w popiół za niechęć do podporządkowania się najeźdźcom. Z czasem jedynym sposobem, by nie oszaleć, stało się zaakceptowanie własnej okrutnej natury i nauczenie się czerpania przyjemności z tego procesu, co też uczynił.
Im dłużej żył Joseph, tym mocniej uświadamiał sobie swoje błędy, lecz nie mógł już cofnąć przeszłości i teraz to ona go doganiała. Był bardzo stary i być może z powodu wieku zaczął czasami żałować tego, co zrobił i co utracił w procesie dążenia do doskonałości.
— Jesteś mój, tylko mój. Zabiję cię… — powtarzał sobie Re, szepcząc to niczym mantrę po tym, jak zabił i zniszczył wszystkich, którzy przybyli, by go schwytać i udzielić pomocy. Znów był gotowy wrócić do zadania, które pierwotnie przed nim postawiono.
Po tym, jak ciało syna Nicka się zregenerowało, chłopak odzyskał przytomność. Obejmując wzrokiem całą sytuację, która się wydarzyła, uświadomił sobie, jak wielkie grozi im niebezpieczeństwo. Jedyną osobą, której naprawdę mógł pomóc, był jego ojciec, ponieważ znajdował się obok niego, lecz nie był w stanie się poruszać z powodu rozległych oparzeń.
— Ojcze, wytrzymaj, wyciągnę cię stąd. Teraz trochę pocierp, będzie bolało. — Młodzieniec wziął ojca na plecy. Choć Nick bardzo starał się powstrzymać swoje emocje, krzyki bólu i tak wyrwały się z jego gardła.
Na jego plecach prawie nie było już ubrania, a skóra była pokryta ogromnymi pęcherzami, miejscami przepalona aż do mięsa wraz z materiałem odzieży, dlatego przy każdym gwałtowniejszym ruchu obrażenia się pogłębiały. W miejscach, za które chłopak trzymał ojca za ręce, pojawiły się krwawe rany, ponieważ pęcherze po oparzeniach popękały, i teraz trzymał w dłoniach praktycznie odsłonięte mięso, czując zapach przypalonej skóry oraz czując, jak krew ślizga się po jego dłoniach.
Jedną zakrwawioną ręką chłopak pokazał pozostałym, którzy ukrywali się nieco dalej, że muszą odejść. Nie wiedział dokąd, nie wiedział jak, ale rozumiał, że nie mogą tu zostać. Nie poradzi sobie z takim przeciwnikiem, a poza tym nie posiada wystarczającej siły.
— Obudź się, czas iść… — krzyknęła Lina, szarpiąc Anastazję za włosy.
Dziewczyna była tak pochłonięta przerażeniem wywołanym tym, jak Re rozprawił się z jej ludźmi, że na chwilę znieruchomiała niczym posąg, bojąc się nawet odetchnąć. Na jej ciele nie wystarczyłoby miejsca, aby uczcić pamięć wszystkich tych, których straciła tego dnia, nawet jeśli większości z nich nawet nie znała. Byli jednak jej współpracownikami, choć należeli do innego wydziału.
Jedyną rzeczą, z którą naprawdę nie mogła się pogodzić, była śmierć pułkownika Mila. Był dla niej jak ojciec, a teraz, obserwując, jak po prostu zamienia się w pył, nie mogła ani płakać, ani krzyczeć, a nawet oddychać.
Ostry ból spowodowany pociągnięciem za włosy na moment przywrócił ją do rzeczywistości. Dziewczyna po prostu podążyła za pozostałymi jak robot, nie pozwalając emocjom zalać jej falą. Dobrze znała ten stan i gdyby teraz pozwoliła sobie na tę słabość, po prostu umarłaby od bólu, który musiałaby przeżyć.
Niebo pociemniało, a jasne błyskawice, którym towarzyszyły grzmoty, przerwały ciszę wiszącą nad ruinami.
Rozbijając betonowe odłamki, omijając kawałki szkła i ramy okienne, z ogromną prędkością tuż obok Nicka i jego syna zatrzymał się wielki szary pickup, wzbijając tumany kurzu.
— Na co się gapicie? Szybciej, wsiadajcie do środka! — krzyknął Christopher i otworzył boczne drzwi.
Nie zadając zbędnych pytań, chłopak z Nickiem na plecach wskoczył do paki pickupa.
Joseph dość szybko, w swoim nowym ciele, dotarł do paki pickupa i jednym zwinnym ruchem, opierając się wyłącznie na jednej ręce, wskoczył do środka.
Jeśli chodzi o Anastazję, ledwo przebierała nogami, nie mając możliwości poruszania się szybciej z powodu przytłaczających ją uczuć.
Lina, która zdążyła już znacznie wysunąć się do przodu, zauważywszy powolność dziewczyny, nie wytrzymała i, uderzając ją w wątrobę, syknęła:
— Dlaczego z tobą zawsze są jakieś problemy?
Korzystając z chwili, gdy dziewczyna zgięła się z bólu, zarzuciła ją sobie na ramię i również znalazła się na pace pickupa.
Gdy tylko wszyscy pasażerowie znaleźli się na pokładzie, pickup ruszył z miejsca niczym koń wyścigowy. Pokonywał kolejne odcinki drogi, wyprzedzając krople deszczu, które goniły ich po piętach.
Kierowca siedzący za przyciemnianymi szybami pozostał nieznany większości pasażerów, lecz sposób, w jaki prowadził pojazd, nie uszedł ich uwadze. Zręcznie omijał odłamki rozrzucone po całym terenie, objeżdżał przeszkody i pilnował, aby żaden z pasażerów nie opuścił pojazdu przed czasem.
Gdy pył wzniecony przez pickupa opadł, stało się jasne, że ci, którzy przeżyli, uciekli.
Pan Re był tak pochłonięty niszczeniem ekipy ratunkowej, że nie zauważył ucieczki.
Dopiero rozglądając się dookoła, uświadomił sobie to, gdy jego oczy nie znalazły ani jednej żywej duszy. Z przerażeniem spojrzał na pana Do, który już zacisnął pięść. Najbardziej nie znosił nieposłuszeństwa i surowo za nie karał. Ponieważ był najsilniejszy spośród całej siódemki, zajmował wysoką pozycję w ich hierarchii, choć w istocie był ich bratem.
Re nie odważył się zrobić nawet kroku w stronę brata, obawiając się tego, co ten może mu zrobić za to, że pozwolił uciec osobie, którą miał zabić. Wystarczyło jedno spojrzenie na dowódcę, by znieruchomieć ze strachu.
Z powodu nierównej drogi, silnego deszczu oraz braku schronienia Nick odczuwał potworny ból, ponieważ krople deszczu dotykały odsłoniętych części jego ciała, wywołując piekący ból i przypominając z każdą kroplą, jak bardzo ucierpiała jego skóra.
— Trzymaj się, ojcze… — uspokajał go chłopak, trzymając jego głowę na swoich kolanach i starając się maksymalnie ograniczyć kontakt jego ciała z zimnym metalem.
Anastazja patrzyła lodowatym wzrokiem na poparzone i okaleczone ciało — twarz i dłonie niegdyś genialnego lekarza — i nie mogła wybaczyć sobie własnej bezradności. Dziewczyna nie miała już nawet siły płakać — tak bardzo była wyczerpana wydarzeniami, które rozegrały się w ciągu zaledwie kilku godzin.
Pozostali pasażerowie milczeli i jedynie cieszyli się z tego, że opuścili laboratorium. Było to jedynie krótkie wytchnienie na ich drodze, ale teraz znajdowali się we względnym bezpieczeństwie.
Ubrania przemokły, ale przynajmniej schłodziły skórę i przyniosły świeżość oraz ulgę po doznanych zniszczeniach.
Był to pierwszy deszcz, jaki Lina zobaczyła i poczuła na swojej skórze. Przyjemny chłód i dreszcze przebiegające po ciele wraz ze spadającymi kroplami były niczym małe, orzeźwiające westchnienia samej natury. Niebo było ciemne, a od czasu do czasu po głośnym grzmocie rozświetlało się jasnym blaskiem błyskawicy. Był to zdumiewający widok dla kogoś, kto oglądał go po raz pierwszy. Dziewczyna rozkoszowała się każdą sekundą, unosząc głowę ku górze i zamykając oczy, całkowicie pogrążona we własnych odczuciach.
Kira przyglądała się twarzy nieznanego jej chłopaka, który przedstawił się jako jej syn, i dostrzegała coraz więcej podobieństw do własnych rysów — bez wątpienia był jej synem.
Gdy Do zrobił pierwszy krok w stronę Re, przerażony chłopak zaczął wzmacniać swój ogień oraz pole ochronne wokół siebie. Przyjął pozycję bojową i przygotował się na karę, która miała za chwilę nastąpić. Istniało duże prawdopodobieństwo, że zostanie pozbawiony ręki, nogi albo oka.
W przeszłości właśnie w taki sposób Do karał swoich braci i siostry za nieposłuszeństwo. Teraz jednak chłopak dopiero zaczął odczuwać smak życia: świeża wilgoć spadała na jego skórę, po czym w jednej chwili odparowywała i wracała ku niebu w postaci małych, puszystych obłoczków.
— Uspokój się, Re — zabrzmiał miękki baryton tuż przy uchu chłopaka.
Re zamknął oczy zaledwie na sekundę, lecz to wystarczyło, by Do znalazł się za jego plecami i położył mu rękę na ramieniu. W jego odczuciu ważyła ona całą tonę, a kolana same ugięły się pod ciężarem tego nacisku. Odwrócił się, by spojrzeć na twarz brata, który właśnie miał go ukarać.
— Ja… ja się na chwilę rozproszyłem — próbował znaleźć usprawiedliwienie dla tego, dlaczego nie wykonał bezpośredniego rozkazu, lecz wystarczyło to, by poczuć, jak ręka Do zsunęła się i zacisnęła na jego dłoni. W tej samej chwili ogień zgasł, a chłopak zaczął czuć, jak kości w jego ręce powoli i z chrzęstem pękają. Do wykręcał mu rękę w bolesny i powolny sposób.
— Nie rób tego, bracie, wybacz mi, wybacz… — cały ogień otaczający chłopaka zgasł. Teraz, klęcząc, błagał, by pozostawić mu rękę, i po raz pierwszy od bardzo dawna Do po prostu go puścił i nie wyrwał mu ręki — jedynie ją złamał.
— Po prostu popełniłeś błąd. Następnym razem tego nie powtarzaj, ponieważ mogę nie być tak dobry jak teraz — powiedział z uśmiechem chłopak i nastawił bratu rękę, którą wcześniej wykręcił mu za plecy.
Re poczuł, jak jego serce zaczęło bić szybciej: brat nie tylko nie oderwał mu ręki, ale jeszcze nastawił ją z powrotem. Było to coś zupełnie niezwykłego — zawsze surowy i bezlitosny Do stał się łagodniejszy.
— Jaka szkoda, braciszku. Wasz główny cel uciekł, podczas gdy wy zajmowaliście się całą resztą. Następnym razem moja kolej. Nie zapominaj o tym — uśmiechnął się młodszy brat i poklepał chłopaka po obolałym ramieniu. Jego kości zrosły się dość szybko, co pozwoliło mu kontynuować drogę.
Osłabiony koniecznością przejścia poważnej regeneracji Re przez dłuższy czas nie byłby w stanie korzystać ze swojej mocy, dlatego teraz ciężko westchnął, wyprostował się, podniósł z kolan i uśmiechnął się, uświadamiając sobie, że mógł stracić znacznie więcej niż tylko swoją dumę.
— Dosyć zabawy. Mamy zadanie do wykonania. Spójrzcie na swoje bransolety — nasz czas wkrótce się skończy, a to oznacza, że zostanie otwarty portal powrotny i zostaniemy wciągnięci z powrotem. Musimy się więc pospieszyć, jeśli chcemy uwolnić siostry.
— Tak, braciszku, zrozumiałem, że nie mogę już nabijać się ze średniego brata, zwłaszcza że dostał przez ciebie naganę — to zdarza się dość rzadko.
— Mi, przestań się wygłupiać i poszukajmy czegoś przydatnego w tych ruinach. Jestem pewien, że Joseph nie wybrałby tego laboratorium, gdyby nie było w nim ukrytych miejsc, które mogłyby mu się przydać.
Pickup zaczął wydawać dziwne dźwięki i wyraźnie zwolnił, co wzbudziło pewne obawy.
Pasażerowie, którzy zdążyli już nieco przywyknąć do wilgoci i nieprzyjemnego uczucia na skórze, poczuli lekkie zaniepokojenie, gdy samochód się zatrzymał.
— No cóż, dzieciaki, dalej będziemy musieli rozbić obóz. Problem polega na tym, że nie zadbałem o paliwo — właśnie się skończyło. Tak więc robimy postój — powiedział kierowca, ukrywając twarz za zielonym parasolem.
Anastazja ożywiła się — już wiedziała, do kogo należy ten głos, ale nie mogła uwierzyć, że chłopak tak bardzo wydoroślał.
— Ty… jak nas znalazłeś? — Anastazja wyskoczyła z paki pickupa i podeszła do chłopaka. Odsunęła parasol, a jej podejrzenia się potwierdziły — przed nią stał Christopher.
— Pamiętasz, jak mówiłem, że znajdę sposób, żeby ci pomóc i spłacić dług? Właśnie dlatego tu jestem. — Chłopak uśmiechnął się serdecznie. W tym uśmiechu można było dostrzec nie tylko dumę z tego, że rzeczywiście dotrzymał słowa, ale także to, że dziewczyna mu się podobała.
— Czy ty w ogóle rozumiesz, w jakie bagno znowu się wpakowałeś? — Anastazja boleśnie uderzyła chłopaka w ramię, jakby był jej młodszym bratem.
— Nie przejmuj się tak. Wyjdę z tych kłopotów. To wy macie znacznie większe problemy. — Chłopak wyciągnął telefon i uruchomił nagranie.
Dziewczyna na ekranie opowiadała o wybuchu w laboratorium, o prowadzonym śledztwie i o poszukiwaniu sprawców, a następnie pokazała zdjęcia Anastazji i Kiry, ponieważ zostały zauważone w pobliżu laboratorium i zarejestrowane przez kamery monitoringu.
Dziewczyna wyrwała telefon z rąk chłopaka i wpatrzyła się w ekran. Teraz uświadomiła sobie, w jak beznadziejnej sytuacji się znaleźli: nie mogli zwrócić się do nikogo o pomoc, ponieważ jej twarz widniała na wszystkich ekranach miasta jako twarz przestępczyni, a to oznaczało, że nie mogli liczyć na żadną pomoc.
Nick dostał ataku drgawek z powodu rozległej utraty krwi i poważnych uszkodzeń skóry. Ponieważ mężczyzna leżał na boku, wszystko przebiegło nieco łagodniej: jego nogi, ręce i tułów drżały przez kilka minut, a potem się uspokoiły, nie powodując przy tym dodatkowych poważnych obrażeń.
To jednak bardzo przestraszyło syna Nicka, który trzymał ojca na swoich kolanach i podtrzymywał jego ciało, minimalizując obrażenia. Był to jednak wyraźny znak, że nie mogli już dłużej zwlekać.
Pogoda nie sprzyjała pozostawaniu na otwartej przestrzeni, ale nie mieli żadnego schronienia.
Rozdział 92. Odpoczynek
Idąc pośród ruin, Re czuł już, jak jego ręka się regeneruje, a to oznaczało, że już wkrótce odzyska pełną zdolność bojową i będzie mógł wreszcie przynosić pożytek. Chłopak niczym cień podążał za bratem i od czasu do czasu spoglądał w jego stronę, nie odważając się rozpocząć nieprzyjemnej rozmowy, jednak słowa i tak wyrwały się z jego ust, zdradziecko opuszczając jego myśli.
— Wybacz mi, bracie, zagalopowałem się. To się już więcej nie powtórzy.
Jego głos lekko drżał, a sama uprzejmość, z jaką to powiedział, była fałszywa. Re tak naprawdę nie szanował swojego brata. Nie dlatego, że był zły, lecz dlatego, że jako przywódca często podejmował dziwne decyzje, których nie można było kwestionować ani się im sprzeciwiać. Po tym, jak uwolnili się ze swoich cel, w których spędzili wiele lat, Do bardzo się zmienił. Było to widoczne nawet w sposobie, w jaki okazał mu pobłażliwość.
Z laboratorium nie zostało prawie nic. Większość została stopiona przez moc Re albo spalona, zamieniając się w ruiny. Tak ogromna siła w rękach jednego genetycznie zmodyfikowanego prototypu, który słabo panuje nad własnymi emocjami, była niedopuszczalnym luksusem nawet dla tego, kto stworzył potwory.
— Zachowaj swoje uszczypliwości dla siebie. Jeśli jeszcze raz nie wykonasz mojego rozkazu, osobiście cię zabiję. Dlatego nie kuś swojego losu — powiedział Do spokojnym tonem do brata, kontynuując poszukiwania i nie odrywając się nawet po to, by spojrzeć w jego stronę.
W rzeczywistości znał sekret, jak zabić Re. Chodziło o to, że podczas uwięzienia miał możliwość przeanalizowania wszystkich ich zdolności. A ponieważ posiadał wysoki intelekt, którym obdarzył go Joseph, wszczepiając mu geny największych sawannowych ssaków na świecie, komunikujących się za pomocą echolokacji, był w stanie badać otaczający go świat, wydając ciche, ledwie słyszalne dźwięki. Tak rok po roku zdobywał nową wiedzę, poznawał nowe światy, do których ludzie przemieszczali się wraz z jego światem.
Jeśli chodzi o młodszego brata Mi, to nie przepadał za grzebaniem w brudnych rzeczach, preferując znacznie czystszą pracę. Obserwował to, co się działo, oraz rozmowę pomiędzy braćmi i w żaden sposób się do niej nie wtrącał, zachowując neutralność.
Pomimo tego, że został obdarzony uprawnieniami do kierowania swoimi braćmi i siostrami, nigdy nie bał się brudnej pracy i teraz również, odgrzebując zawalone laboratorium, ruiny oraz głęboko wbite odłamki, nie obawiał się ubrudzić rąk. W ten sposób odnaleziono tajne drzwi ukryte za ceglaną ścianą, która była w połowie zasypana gruzem, dzięki czemu ukazało się ukryte przejście.
— No proszę, jednak coś znaleźliście — powiedział złośliwie Mi, klaszcząc.
Re, przyzwyczajony do takich kpin ze strony młodszego brata, nie reagował na tego rodzaju zachowanie. Zaczął pomagać dowódcy odgrzebywać zawalone przejście, aby dostać się do środka. Jakby specjalnie rzucał kamienie i duże odłamki w stronę młodszego brata, zmuszając go do przechodzenia z jednej strony na drugą, niczym w tańcu.
— Może zaczniesz patrzeć, gdzie rzucasz tymi głazami?
Zmęczony udawaniem młodszy brat zaczął złośliwie się oburzać, ale nadal nie dołączył do swoich braci, by im pomóc.
— A może zamkniesz usta i po prostu odejdziesz gdzieś na bok, podczas gdy my pracujemy?
Powiedział Do rozkazującym tonem i dalej usuwał duże kamienie. Fizycznie przewyższał obu braci i był w stanie podnieść więcej niż oni obaj razem wzięci. Dzięki temu bez trudu unosił ogromne i ciężkie betonowe bloki.
Ból nieco ustąpił, pozostawiając przyjemny chłód. Wiatr rozgonił chmury i spod nich wreszcie zaczęło wyłaniać się słońce znikające za horyzontem. Teraz jasnobordowe niebo z domieszką czerwieni oświetlało gęste leśne zarośla.
Christopher na ostatnich kilku kilometrach skręcił w głąb sosnowego lasu, aby na krótko ukryć się przed współczesnym światem i możliwym pościgiem.
Syn Kiry nie miał już napadów bólu głowy i mógł przebywać obok matki, która nadal go nie pamiętała. Były one wywołane tym, że po odrodzeniu wrażliwość połączeń neuronowych w mózgu Kiry wzrosła, a część odpowiedzialna za wspomnienia nie nadążała z przetwarzaniem informacji z szybkością, z jaką mózg tworzył nowe neurony.
— Czy ktoś ma jakiś pomysł, dokąd powinniśmy jechać?
Zapytała Anastazja, patrząc na niemal pusty bak samochodu. Rozumiała, że obecnie szanse mieli właściwie tylko Christopher i syn Kiry, ponieważ nie byli poszukiwani, ale nawet to nie rozwiązywało problemu: paliwa w baku raczej nie wystarczy, by odjechać daleko. A przemieszczanie się pieszo na duże odległości nie wchodziło w grę z powodu obecności rannych.
— Mój dom zniszczyłaś, Anastazjo, nie mam dokąd wracać — odpowiedział z trudem Nick, cierpiąc piekielny ból spowodowany oparzeniami. Mimika jego twarzy nie została uszkodzona, a zęby prześwitujące przez przezroczysty policzek nieprzyjemnie kontrastowały z resztkami włosów. Jego głos był zachrypnięty, a mamrotanie trudno było zrozumieć.
Dziewczyna pochyliła się nad Nickiem, aby usłyszeć, co chciał powiedzieć.
Próba powtórzenia zakończyła się kaszlem i kroplami krwi, które spadły na kolana jego syna.
— Przestań, ojcze. Potrzebujesz odpoczynku. Zostanę przy nim, a wy zdecydujcie, co robić dalej bez nas.
Lina tylko pokręciła głową, ponieważ nie wiedziała absolutnie nic o tym świecie. Kira również nie miała nic do powiedzenia, ponieważ znała ten świat równie słabo.
— Potrzebujemy mojego urządzenia. Mam kilka pomysłów, ale nie wiem, czy w waszym świecie istnieją takie miejsca — powiedział Joseph, który naprawdę pamiętał, że kiedyś w jego świecie istniały niewielkie laboratoria, w których pracowało mało ludzi, ale znajdowało się dużo sprzętu niezbędnego im teraz do zwykłego przetrwania.
— Mów, Josephie! Słucham cię — powiedziała Anastazja, myśląc, że Joseph ma jakiś plan awaryjny albo budynek, w którym mógłby jeszcze pracować.
— Potrzebujemy niewielkiego laboratorium, w którym prowadzi się badania parametrów ludzkiego organizmu. Każde się nada. Tam będę mógł stworzyć lekarstwo i pomóc wielu z nas. Wiesz, gdzie mogą znajdować się takie laboratoria? — zapytał Joseph Anastazję, wprawiając ją tym pytaniem w prawdziwą panikę.
— Nigdy nie miałam do czynienia z czymś takim. Nie wiem, gdzie mogą znajdować się takie laboratoria, ale jest problem. Skończyło nam się paliwo. Dalej będziemy musieli iść pieszo — stwierdziła ze smutkiem Anastazja, rozumiejąc, że jest to nierealne rozwiązanie, i spojrzała na Nicka.
Samochód zatrzymał się pośrodku gęstego lasu. Nie było tu żadnej drogi, absolutnie niczego poza drzewami i nadchodzącą nocą.
— Słuchajcie, mam w pickupie namiot kempingowy oraz podstawowy sprzęt do rozpalenia ognia i tym podobne rzeczy. Jakoś przetrwamy tę noc. Ale martwi mnie stan tego chłopaka w moim pickupie. Wątpię, żeby długo wytrzymał…
Anastazja przyłożyła palce do ust chłopaka, nie pozwalając mu wypowiedzieć na głos strasznych słów, o których sama również myślała.
— Będziemy musieli rozbić tutaj obóz, dalej nie pojedziemy. Nie mamy paliwa. Christopher ma absolutną rację — zaproponowała jedyne rozsądne rozwiązanie ze wszystkich możliwych. Nie mieli już siły na dalszą wędrówkę pieszo, dlatego musieli złapać oddech.
— To niezły pomysł, ale wielu z nas jest rannych. Co zrobimy? — Lina poparła pomysł Anastazji, by zostać na miejscu, ale jednocześnie wyraziła swoje zaniepokojenie stanem wszystkich obecnych.
— I tak nie mamy wyboru, dlatego teraz rozpalimy ogień i zrobimy niewielkie schronienie. Odpoczniemy tutaj. Joseph obejrzy rany wszystkich. Być może będzie w stanie nas podleczyć, jego urządzenie i tak jest przy nim.
— Zobaczymy, co da się z tym zrobić.
Joseph oczywiście zabrał urządzenie ze sobą. Nie wypuszczał go z rąk niczym niemowlęcia. Nie uwzględnił jednak jednego małego szczegółu: urządzenie przeleżało tak długo w jego ukrytej, skompresowanej przestrzeni, że rozładowało się pod wpływem skumulowanych sił ciśnienia i działania przestrzeni. Po krótkim przeszukaniu ustawień urządzenia Joseph odkrył problem: pozostał tylko jeden ładunek, a to oznaczało, że może pomóc tylko jednej osobie.
— O ile dobrze zrozumiałam, to urządzenie powinno przekształcać jedne geny w inne. Przynajmniej tak wywnioskowałam z waszych opowieści i wszystkiego, czego dowiedziałam się przez te kilka godzin. W lesie jest wystarczająco dużo rzeczy, które można wykorzystać. Nie widzę żadnego pościgu, więc najprawdopodobniej będziemy mieli trochę czasu na odpoczynek, ale i tak trzeba będzie wystawić wartę na wypadek, gdyby jednak ktoś nas ścigał.
Anastazja mówiła pewnym głosem, choć sama tej pewności nie miała. Czuła, że jej palec jest już stracony, ponieważ przybrał martwy, sinawy kolor. Dziewczyna rozumiała, że go straci, ale niewiele ją to obchodziło. Znacznie bardziej martwił ją stan Nicka, którego całe ciało pokrywały oparzenia.
— W takim tempie wszyscy pozdychamy — powiedziała złośliwie Lina i wyciągnęła z kieszeni saszetkę z mieszanką proteinową. Zachłannie opróżniła ją dosłownie w minutę. Kilka par oczu obserwowało ją, nie rozumiejąc, co się właściwie dzieje.
— Co się tak na mnie gapicie? — oburzyła się dziewczyna, rzucając pustą saszetkę na ziemię.
— No i świetnie, zapasy się znalazły. Cieszę się, że jesteś taka zachłanna i napchałaś sobie kieszenie jedzeniem.
Problem jedzenia został rozwiązany, dlatego dziewczyna zajrzała do wnętrza samochodu, aby wyciągnąć sprzęt kempingowy. Dobrze znała sposób rozkładania namiotu, a także oczywiście rozpalania ognia.
Po wyjęciu namiotu z pokrowca próbowała umieścić metalowe pręty we właściwych miejscach, ale z powodu uszkodzonej ręki było to trudne. Chwyciła jeden koniec namiotu zębami, a zdrową ręką zaczęła wciskać stalowy pręt w odpowiedni otwór, jednak szło jej to bardzo opornie.
Patrząc, jak dziewczyna męczy się przy rozkładaniu namiotu, Christopher nie wytrzymał i ruszył jej na pomoc. Nie powiedział ani słowa, po prostu zabrał jej wszystko, co było potrzebne do rozłożenia namiotu, i w ciągu kilku minut rozstawił go samodzielnie.
Między nimi odbył się bezgłośny dialog. Dziewczyna po prostu skinęła mu głową w odpowiedzi, okazując wdzięczność. Pomógł rozpalić ogień i rozstawić małe krzesła, a akurat było ich dokładnie cztery.
Lina nie zaproponowała nikomu nic ze swoich zapasów. Po prostu w milczeniu patrzyła, jak pod wpływem wysokiej temperatury trzaskają deski wyciągnięte z worka, specjalnie przygotowane na taką okazję, a iskry unoszą się ku górze. Od razu zrobiło się cieplej. Wyciągnęła ręce w stronę ognia, delektując się tą chwilą, lecz w jej pamięci zaczęły pojawiać się wspomnienia o tym, z jakim potworem przegrała walkę.
— Lina, będziesz musiała podzielić się swoimi zapasami. Wiem, że gromadziłaś je wyłącznie dla siebie, ale znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia i sama wiesz, że jeśli nie odzyskamy sił, staniemy się dla ciebie ciężarem.
Anastazja zastosowała wobec Liny najbardziej bolesną metodę, jaką można było wykorzystać w praktyce — próbę przekonania przez pryzmat brutalnej rzeczywistości. Pokazała jej, że jeśli odmówi pomocy innym, straci więcej, niż gdyby im pomogła. Ku zaskoczeniu wszystkich ten sposób zadziałał. Dziewczyna wyciągnęła kilka saszetek z mieszanką i rzuciła je w stronę Anastazji oraz Christophera.
— Jedzcie. Tym dwóm oczywiście też dajcie. Nie chcę, żeby zdechli, a potem obwiniali mnie o to.
Anastazja zaniosła jedzenie Nickowi i jego synowi. Było jasne, że czasu zostało bardzo niewiele. Choć Nick znajdował się teraz w stanie nieprzytomności wywołanym mechanizmem obronnym organizmu, jego stan był krytyczny.
— Proszę, weź. To pomoże ci odzyskać siły. A kiedy Nick się obudzi, pozwól mu też to wypić. Może choć trochę złagodzi mu to ból.
— Myślę, że mogłabyś zostać dobrą przyjaciółką, gdybyśmy poznali się lepiej. Szkoda, że spotkaliśmy się w takich okolicznościach.
Chłopak uśmiechnął się i wziął saszetkę z jedzeniem. Po kanapce przygotowanej przez ojca zawartość saszetki wydawała się bezsmakowa i dziwna.
Rozdział 93. Właściwa decyzja
Joseph z poważną miną podszedł do ogniska i usiadł na krześle, trzymając w rękach urządzenie zdolne ocalić komuś życie. Po raz pierwszy od bardzo dawna odczuwał wątpliwości związane z wyborem osoby, której miałby podarować życie uratowane jednym naciśnięciem przycisku urządzenia, tracąc przy tym swoją przewagę i być może jedyną szansę na zwycięstwo nad wrogiem.
Anastazja uprzedziła jego pytanie i zadała je jako pierwsza.
— Proponuję wykorzystać cały ładunek urządzenia dla Nicka. To on najbardziej ucierpiał podczas walki. Mam nadzieję, że wszyscy zgadzają się z tą decyzją? — Dziewczyna spojrzała na obecnych w migoczącym świetle ogniska i nikt nie odważył się jej sprzeciwić.
— Ale przecież ty też jesteś ranna. Czy nie byłoby rozsądniej oddać ten ładunek komuś, kto z pewnością będzie bardziej przydatny w walce niż jakiś żałosny człowiek? — zaprotestowała Lina, chwytając dziewczynę za uszkodzoną rękę i mocno ją ściskając.
— Nie zgodzę się na to. Poza tym nie chcę stać się takim bezdusznym potworem. Przeżywałam już znacznie poważniejsze obrażenia. — Dziewczyna podciągnęła bluzę, pokazując ogromną bliznę poniżej pępka. Ukryła jednak fakt, że był to ślad po wycięciu wyrostka robaczkowego w warunkach polowych, a nie po ciężkiej ranie odniesionej w walce.
— Zrozumiałam, opuść już tę bluzę.
Lina sama do końca nie rozumiała, dlaczego tak bardzo chciała uratować tę dziewczynę. Było w niej coś przyciągającego, żywego i interesującego, co sprawiało, że nie mogła przestać obserwować jej niczym ogrodnik kwiat w swoim ogrodzie.
— Anastazjo. Tak naprawdę jeszcze nie obejrzałem twojego palca. Teraz mamy wystarczająco dużo czasu, mogę obejrzeć go teraz.
W stronę dziewczyny wyciągnęła się ręka naukowca, lecz spotkała się z reakcją Liny, która odruchowo uderzyła ją na bok.
— Nie dotykaj jej.
Joseph chciał pomóc Anastazji za to, jak troszczyła się o niego. Dziewczyna nic nie odpowiedziała, tylko wyciągnęła w jego stronę swoją rękę.
Lina demonstracyjnie odeszła, rozumiejąc, że nie jest tu teraz potrzebna.
— Pójdę przynieść więcej drewna… — wyszeptała i, jakby próbowała uciec, skierowała się w stronę lasu.
— Zaczekaj. Porozmawiajmy. — Christopher chciał uspokoić dziewczynę i ruszył za nią, zostawiając Josepha samego z Anastazją.
Szedł za Liną niemal biegiem, ale dziewczyna oddalała się coraz bardziej w głąb lasu.
Mężczyzna od razu zauważył, że palec nabrał nieprzyjemnego zapachu oraz sinociemnego koloru. Dla Josepha było oczywiste, że palec obumarł, a jedynym wyjściem była jego całkowita amputacja.
Dłoń dziewczyny była gorąca i lekko drżała. W niektórych miejscach gips był uszkodzony, a jego odłamki boleśnie wbijały się w skórę aż do krwi, ale ona milczała o swoim bólu, ponieważ przywykła do przetrwania w każdych warunkach.
— Sama to rozumiem, nie musisz bać się powiedzieć mi tego wprost. Stracę palec, prawda? — Dziewczyna nie była lekarzem, ale rozumiała, że sytuacja, w której się znalazła, prowadzi wyłącznie do amputacji palca. Tkanki obumarły, a jeśli nie usunąć uszkodzenia, może rozwinąć się zgorzel.
— Mogę ci pomóc i wyleczyć twoją rękę, ale ładunku w moim urządzeniu wystarczy tylko dla jednej osoby: albo dla ciebie, albo dla Nicka. Musicie sami zdecydować, komu bardziej potrzebne jest leczenie.
Jeśli chodzi o naukowca, wolałby, aby dziewczyna zgodziła się na leczenie, ponieważ byłaby bardziej przydatna w walce.
Dziewczyna bez chwili wahania wyciągnęła pistolet i wycelowała go w Josepha. W magazynku wciąż znajdował się jeden nabój.
— Posłuchaj mnie bardzo uważnie. Może i jesteś nieśmiertelny, ale z tego, co rozumiem, wykorzystałeś już swoją jedyną możliwość odrodzenia. Co się stanie, jeśli strzelę ci prosto w głowę?
— Nie zrobisz tego, Anastazjo. Nie jesteś aż tak głupia.
Zaskoczony słowami dziewczyny naprawdę uświadomił sobie, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż nie będzie już w stanie się odrodzić. Nie mógł ryzykować.
— Chcesz to sprawdzić? Nie sądzę, żeby strzelenie z broni, którą tak troskliwie trzymasz w rękach, było szczególnie trudne. Myślę, że poradzę sobie nawet jedną ręką. — Dziewczyna wstała i gestem nakazała Josephowi wstać oraz iść w stronę samochodu.
— To wielki błąd.
Joseph poczuł, jak lufa broni mocno opiera się o jego potylicę. Chłód metalu dotykającego jego głowy sprawił, że poczuł adrenalinę krążącą po jego ciele i przyspieszającą przepływ krwi w żyłach. Pod wpływem tego intensywnego uczucia Joseph zrozumiał, że popełnił błąd, nie odradzając się do końca w nieśmiertelnym ciele. Teraz musiał je chronić, dopóki nie odzyska swojej dawnej, udoskonalonej struktury ludzkiego genomu.
— Chcę, żebyś wykorzystał ładunek dla Nicka. Wiem, że mój palec będzie trzeba amputować, i jestem na to gotowa, ale on nie może się o tym dowiedzieć. Najpierw wylecz jego, a potem udawaj, że dopiero teraz zauważyłeś uszkodzenia mojej ręki. Proszę cię o to. Ponieważ szczerze życzę mu dobrze. A także dlatego, że jego obrażenia są znacznie poważniejsze od moich.
Joseph jedynie skinął głową na znak zgody. Zadziwiały go opanowanie i rozsądek Anastazji. Gdyby nie wiedział, że jest człowiekiem, mógłby spokojnie uznać ją za jeden ze swoich prototypów.
— Mam nadzieję, że nie pożałujesz swojej decyzji.
— Zamknij się i rób to, co ci powiedziałam. Nie wystawiaj mojej cierpliwości na próbę. — Głos dziewczyny drżał, ale była całkowicie pewna tego, co mówi. Nie było żadnych wątpliwości, że jeśli jej nie posłucha, naprawdę pociągnie za spust.
Syn Nicka odczuwał potworny ból, który przeżywał jego ojciec. Posiadał zdolności empatyczne, dlatego potrafił wyczuwać oboje rodziców, a teraz jego zmysły były wyostrzone do granic możliwości, ponieważ oboje znajdowali się obok niego.
Tępy, pulsujący ból rozchodził się po całym jego ciele, a co jakiś czas przeplatały go ostre ukłucia w miejscach, gdzie chłodny wiatr dotykał skóry. Wszystko było odczuwane tak, jakby jego ciało nadal płonęło w tamtym ogniu.
— Słuchaj, mały, odejdź stamtąd. Joseph łaskawie zgodził się pomóc twojemu ojcu. — Dziewczyna uśmiechała się pogodnie zza pleców wyższego od niej Josepha.
Chłopak ostrożnie położył głowę ojca na pace pickupa i zeskoczył na ziemię.
— Będę obok, ojcze. — Odszedł kilka kroków, a dopiero gdy znalazł się w odpowiedniej odległości od Anastazji, zauważył, że dziewczyna grozi Josephowi bronią, zmuszając go do wykonania jej polecenia.
Joseph nie zwlekał. Wziął swoje urządzenie i ustawił je na regenerację głębokich tkanek.
— Odsuńcie się na bezpieczną odległość. Wszystko, co znajdzie się w zasięgu promienia, zostanie rozłożone i wykorzystane do zastąpienia uszkodzonych komórek.
— Jak daleko, Josephie?
— Na kilka metrów. Daję słowo, że mu pomogę.
— Nie martw się, trafię cię nawet z większej odległości. Dobrze strzelam. — Dziewczyna krok po kroku oddalała się od Josepha, stąpając po nierównej ziemi pokrytej sosnowymi igłami i szyszkami. Ani na chwilę nie spuszczała z niego wzroku, ponieważ nie ufała naukowcowi.
— Cóż, dałem słowo. Czas do pracy.
Joseph nacisnął spust urządzenia, kierując na Nicka jasny strumień ładunku protonowego pędzącego z ogromną prędkością. Po trafieniu w ciało ładunek równomiernie rozprzestrzenił się po całym organizmie, koncentrując się szczególnie w miejscach największych uszkodzeń.
Nick stał się teraz centrum tego ładunku, a z jego ciała rozeszła się fala światła, która zamieniała wszystko, czego dotknęła, w nowe komórki Nicka. Trawa i stojące w pobliżu drzewa zostały pochłonięte i przetworzone w komórki, lecz fala nadal rosła, pożerając wszystko na swojej drodze i pozostawiając za sobą jedynie wypaloną, jałową ziemię.
— Wycofać się! — krzyknął Joseph, rzucając się do ucieczki. Machał rękami, pokazując, że trzeba oddalić się jeszcze bardziej.
Anastazja nie mogła nic widzieć ani słyszeć, ponieważ zacisnęła powieki pod wpływem oślepiającego światła, które wyrosło z ciała Nicka niczym kokon otaczający go ze wszystkich stron.
Dziewczyna poczuła, jak jej stopy oderwały się od ziemi, a wokół talii zacisnęło się umięśnione ramię. Chwyciła tę rękę, próbując zatrzymać swój niekontrolowany lot. W następnej chwili poczuła jednak, jak jej tułów uderza o czyjeś ramię, a dłoń z talii przesuwa się na jej pośladek. Kręciła się, próbując zmienić pozycję, ale nic z tego nie wychodziło — im mocniej się szarpała, tym silniej trzymała ją ta ręka.
Zauważywszy, że coś poszło nie tak podczas eksperymentu Josepha, chłopak zarzucił sobie na ramię Anastazję, która zacisnęła powieki od oślepiającego światła, i rzucił się do ucieczki przed wszystko pożerającą falą, niezbyt przejmując się tym, za jakie części ciała ją chwyta.
— Puść mnie… — wrzeszczała dziewczyna, dopóki gałąź nie uderzyła jej w twarz.
Nick czuł, jak jego rany się zamykają, a tkanki w uszkodzonych miejscach skóry regenerują się. Wyraźnie odczuwał, jak drobne włókna wplatają się w jego ciało, zastępując uszkodzone fragmenty. Było to nieprzyjemne, lecz jednocześnie, gdy tylko kolejne uszkodzone miejsce się zagoiło, ból stawał się mniejszy…
Nick nie miał siły krzyczeć z bezsilności. Poddał się temu dziwnemu stanowi pochłaniania przez światło — odradzał się.
Fala stawała się coraz większa, pochłaniając coraz większe obszary otaczającej ją przestrzeni.
— Co do cholery, Joseph… — zaklęła Lina, zauważywszy jasne światło pożerające wszystko na swojej drodze.
— Christopher, nie stój tam, biegnij, idioto!
Lina chwyciła chłopaka za rękę, próbując odciągnąć go od fali, ale było już za późno. Światło zdążyło pochłonąć połowę jego głowy i tułowia, przetwarzając je w nowe komórki Nicka, a ona zdołała odciągnąć jedynie część jego ciała.
Gdy pozostała część ciała upadła na ziemię, dziewczyna z pogardą odrzuciła rękę chłopaka, która pozostała jej w dłoni po oddzieleniu się od tułowia. Fala nadal pożerała odciętą część ciała niczym głodna bestia swoją zdobycz.
— No jasna cholera…
Nie czekała, aż fala całkowicie pochłonie ciało chłopaka, i rzuciła się do ucieczki, tylko od czasu do czasu oglądając się za siebie. Nie zdążyli nawet porozmawiać, dlatego dziewczyna nie wiedziała, jakie uczucia powinna żywić wobec tego nieznajomego. Był tylko kierowcą. Po prostu uratował ich przed wrogiem.
Coś ścisnęło ją w piersi i przypomniała sobie twarz Anastazji. Właśnie teraz, gdy uciekała przed potencjalnym zagrożeniem, przypomniała sobie tę, którą jeszcze niedawno sama próbowała zabić. To dziwne ciepło w podbrzuszu wydało jej się tak bardzo ludzkie, lecz nie pozwoliła temu uczuciu przejąć nad sobą kontroli.
Fala powoli rozpuszczała ciało Christophera milimetr po milimetrze, przekształcając je i przebudowując w nowe komórki ciała Nicka. Zdawała się posiadać własną inteligencję — koncentrowała się i pochłaniała wszystko, co żywe na swojej drodze, ostrożnie omijając wszystko, co nie było pochodzenia organicznego i nie nadawało się do przetworzenia.
Trwało to zaledwie kilka minut, lecz wydawało się, jakby minęło całe stulecie. Ból powodowany przez nowe komórki przyczepiające się swoimi włóknami do uszkodzonych miejsc był potworny.
Gdy tylko ładunek energetyczny zaczął słabnąć, ponieważ proces pełnej regeneracji ciała został zakończony, ból ustąpił, zamieniając się w przyjemny przypływ energii. Wszystkie uszkodzone miejsca oraz narządy wewnętrzne uszkodzone przez wibracje i ogień zostały odbudowane.
Energia zgromadzona w pojedynczym ładunku urządzenia została całkowicie wyczerpana, ponieważ przetwarzanie i odbudowa tkanek wymagały ogromnych nakładów energii. Dlatego wróciła do ciała Nicka tą samą drogą, stopniowo zanikając i przekształcając się w ostatnie komórki jego organizmu.
Syn Nicka odczuwał przypływ energii i sił w swoim ciele. Było to związane z mentalną więzią z ojcem, który właśnie przechodził pełną transmutację komórek organizmu, a on jako empata odczuwał to na własnym ciele: każde miejsce, które się regenerowało, płonęło ogniem na ciele chłopaka.
Wraz z tym, jak fala słabła, odczucia stawały się coraz bardziej komfortowe i przyjemne. Gdy jasne światło zaczęło gasnąć, więź psychiczna stała się pusta. Nie czuł już bólu, a to oznaczało, że jego ojciec był całkowicie zdrowy.
Kiedy światło oślepiające oczy zgasło i znów zapadła ciemność, Nick podniósł się na nogi. Miał na sobie podarte ubranie. Zakrywało ono wszystkie niezbędne części ciała, nie powodując dyskomfortu u pozostałych.
— Trzymaj, posil się. — Naukowiec rzucił Nickowi saszetkę z proteinami.
— Znowu to świństwo — zaklął Nick, łapiąc saszetkę w rękę. Przypomniał sobie, że właśnie tym karmił go Mike.
Nie miał jednak wyboru. Był strasznie głodny. Choć regeneracja odbudowała wszystkie utracone i uszkodzone komórki, obudziła również w nim wilczy głód, ponieważ zdrowy organizm zawsze potrzebuje dodatkowej energii. Dlatego Nick zachłannie wypił zawartość saszetki.
— Dziękuję, Josephie. Gdzie jesteśmy i co tu się, do diabła, wydarzyło? — Nick zadawał pytania, ponieważ wokół niego nie było niczego. Wszystko zostało doszczętnie wypalone. Nie było ani jednej rośliny, sosny czy czegokolwiek podobnego — tylko on i naga ziemia ciągnąca się na kilka metrów wokół.
— Nie zadawaj pytań, na które naprawdę nie chcesz znać odpowiedzi. — Joseph odzyskał swoje urządzenie. Kamień zasilający je został całkowicie zniszczony podczas użycia ładunku. Następnie skierował się do swojego krzesła przy ognisku. Tego miejsca fala nie dosięgła, ponieważ skierowała się w stronę żywych istot ukrytych w głębi lasu oraz najbliższych roślin.
— Ojcze, tak się cieszę! — rozległy się krzyki dobiegające z lasu.
Widząc, że ojciec jest cały i zdrowy, chłopak zrzucił dziewczynę z ramienia na ziemię i popędził na złamanie karku w stronę ojca.
Objął go tak mocno, wskakując do paki pickupa, że omal nie połamał mu kości.
— Co tu się właściwie dzieje? Gdzie są wszyscy pozostali?
Nick odczuwał lekką dezorientację, ponieważ pamiętał jedynie ból sprzed utraty przytomności, a teraz znalazł się pośrodku wypalonego lasu.
— Nie martw się, ojcze, jesteśmy bezpieczni. Po prostu odpocznijmy. — powiedział chłopak, oglądając dłonie i twarz ojca oraz dotykając jego nowej skóry.
Rozdział 94. Cena uzdrowienia
Joseph mamrotał coś pod nosem o uratowaniu kogoś innego. Nick miał dobry słuch i wyraźnie usłyszał fragment zdania o ocaleniu jeszcze kogoś. Te słowa mocno go poruszyły, pozostawiając nieprzyjemny ślad w jego duszy.
Jego syn nadal dotykał jego pleców, przesuwając palcami po miejscach, które wcześniej były uszkodzone. Przypominało to lekkie, ale bardzo charakterystyczne badanie przeprowadzane przez lekarza w przychodni.
Nick rozejrzał się dookoła. Zauważył leżącą na ziemi Anastazję w dziwnej pozycji, ognisko i rozstawione krzesła, na jednym z których siedział Joseph, wpatrując się w ogień, a także samochód lekko pokryty rdzą. Był to pierwotnie szary pickup. Spojrzał na swoje bose stopy i podarte ubranie. Sprawiał wrażenie szaleńca, który walczył z psem o kawałek chleba i najwyraźniej tę walkę przegrał. W powietrzu unosił się przyjemny chłód pozostawiony przez deszcz.
Wokół samochodu, na kilka metrów we wszystkich kierunkach, rozciągało się wypalone pustkowie, jakby sama ziemia utraciła wszystkie swoje właściwości i zamieniła się w stwardniałą powierzchnię przypominającą beton dojrzewający przez dwa tygodnie — na tyle twardą, że można by na niej spokojnie postawić dom bez fundamentów.
Wokół miejsca, w którym wcześniej leżało jego ciało, pojawiły się przypominające gazowe ślady na pace pojazdu, co świadczyło o tym, że to właśnie on — człowiek, który dopiero co odrodził się w ciele i krwi — był epicentrum wszystkich tych wydarzeń i zniszczeń.
Gdy pełny obraz sytuacji dotarł do jego świadomości, Nick nie był w stanie nawet nabrać powietrza. Jakby zapomniał, jak się oddycha, zaczął nerwowo chwytać się za gardło, nie rozumiejąc, dlaczego nie może zaczerpnąć oddechu. Dopadł go potężny atak paniki, a wszystko wokół zaczęło go przytłaczać, jakby sama przestrzeń zaciskała się wokół niego niczym imadło, zmuszając go, niczym małe dziecko, do przykucnięcia i zasłonięcia uszu oraz oczu rękami w próbie uspokojenia się i odzyskania oddechu.
Pomimo chłodnego i świeżego powietrza pozostawionego po deszczu Nickowi trudno było oddychać.
— Uspokój się, ojcze, wszystko jest dobrze, jestem przy tobie — powiedział chłopak, chwytając niemal w locie osuwające się ciało ojca. Był przerażony. Widział, jak jego ojciec, który dopiero co odzyskał sprawne ciało, zaczyna się dusić.
Ostrożnie zaczął gładzić włosy Nicka i przytulił go do siebie. Głaskał go po plecach i lekko poklepywał niczym małe dziecko, próbując uspokoić jego stan psychiczny. Wkrótce jednak i jego dopadło to uczucie. Poczuł napad duszności i narastającego lęku, jakby ktoś w jego wnętrzu napinał strunę coraz mocniej.
Jednak stopniowo, wraz z uspokajaniem się Nicka, uspokajał się również jego syn. To, co Nick dostrzegł i zrozumiał wcześniej, zanim ta myśl przyszła mu do głowy, poruszyło chłopaka tak bardzo, że przygryzł sobie język, byle tylko nie wypowiedzieć słów, których tak bardzo się obawiał. Wiedział, że zawsze istnieje cena, a eksperyment Josepha od samego początku polegał na zniszczeniu czegoś jednego, aby stworzyć coś innego.
Pozostawało już tylko odpowiedzieć na pytanie: kto stał się kolejną ofiarą w pogoni za uratowaniem jego życia i czy cena zapłacona przez tę osobę była tego warta.
Ojciec i syn leżeli na pace pickupa, patrząc w niebo pokryte ciężkimi chmurami, które od czasu do czasu odsłaniały gwiazdy, jakby bawiły się z nimi w chowanego. Leżąc teraz półnagi, z nowo zagojonymi plecami opartymi o zimny metal wciąż mokry po deszczu, Nick odczuwał chłód i dreszcze, ale możliwość spędzenia w ten sposób czasu z synem łagodziła te odczucia. Atak paniki ustąpił równie nagle, jak się pojawił. Odepchnął od siebie ciężkie myśli i pozwolił sobie po prostu być, cieszyć się chwilą, którą miał. Pytania mógł zadać później. Jego oddech się wyrównał i uspokoił, co pozwoliło również jego synowi osiągnąć podobny stan komfortu i wewnętrznej ulgi.
— Spójrz, synku, widzisz? Ten układ gwiazd nazywa się Wielką Niedźwiedzicą, a tam obok, trochę mniejszy, to Mała Niedźwiedzica. A ta największa i najjaśniejsza gwiazda, ukryta za tamtą szarą chmurą, którą widzieliśmy przed chwilą, to Gwiazda Polarna.
Nick wskazywał palcem układy gwiazd i tłumaczył je swojemu synowi. Dla kogoś, kto narodził się zaledwie kilka godzin wcześniej, możliwość oglądania tak niezwykłego przejawu piękna natury była czymś zachwycającym. Chłopak odczuwał jednocześnie dumę i miłość płynącą od ojca, a także wilgoć i chłód unoszące się w powietrzu.
Po prostu słuchał w milczeniu, delektując się tą chwilą. Pomimo wszystkich wydarzeń, które rozegrały się w ciągu ostatnich kilku godzin, było to najpiękniejsze, czego mógł doświadczyć. Najpierw jego oczom ukazał się niezwykły skraj zachodzącego słońca, a teraz oglądał gwiazdy — ten świat wydawał się piękny.
— To bardzo piękne.
Głośny huk uderzenia o pakę pickupa wstrząsnął ich małym światem, w którym ukryli się, obserwując gwiazdy.
— Pobudka.
Ten głos Nick już znał i pamiętał — należał do Liny. Z całą swoją wściekłością uderzyła pięścią w metalową pakę, pozostawiając w niej wgniecenia. Była zła i nawet nie próbowała tego ukrywać. Choć teraz była ich sojuszniczką, nie miałaby nic przeciwko temu, by któregoś z nich zabić.
Chłopak natychmiast poderwał się na nogi. Nie pozwolił ojcu wstać i przytrzymał go ręką w pozycji leżącej.
— Gdzie jest ten sukinsyn? — zaklęła Lina, już rozglądając się za Josephem.
Odpowiedź na jej pytanie znajdowała się przy ognisku. Joseph siedział i patrzył na płonące drewno, milcząc. Przeżywał właśnie psychiczne załamanie związane z tym, że stał się śmiertelny, a to oznaczało, że mógł go zabić każdy wirus i każdy nieostrożny krok. Tworząc mechanizm odrodzenia, ani razu nie korzystał z niego aż do tej chwili i nie wiedział, że nie uwzględnił śmiertelności nowo narodzonego ciała. W urządzeniu nie pozostał już żaden ładunek, co oznaczało, że nie miał możliwości wzmocnienia nowej regeneracji. Przez pewien czas odczuwał swoją bezbronność i zdążył się już z nią oswoić. Teraz, jeśli nie wróci do swojego świata, pozostanie mu los zwykłego śmiertelnika. Dodatkowo ludzkie emocje, którym towarzyszyły wyrzuty hormonów do krwi, wcale go nie cieszyły.
— Co ty zrobiłeś?
Lina chwyciła pogrążonego w rozmyślaniach Josepha za marynarkę. Poczuł, jak jego stopy odrywają się od ziemi, a materiał marynarki boleśnie wbija się pod pachy pod ciężarem jego ciała.
— Postaw mnie natychmiast na ziemi, jeśli nie chcesz spędzić reszty życia bez moich uroczych rąk.
Joseph powiedział to spokojnym, opanowanym tonem, maskując strach swoim zwyczajowym chłodem i obłudą.
Kira milcząco obserwowała wszystko, co działo się wokół niej, ale nie reagowała, jakby ktoś zamknął ją wewnątrz nieruchomego ciała. Z każdą chwilą coraz bardziej pogrążała się we własnej świadomości, aż całkowicie zapadła się w otchłań ciemnego nurtu, któremu towarzyszyły jedynie pustka i mrok.
Anastazja poczuła w ustach smak ziemi i sosnowych igieł. Jej jedyna zdrowa ręka zaczęła badać teren wokół niej. Palce natrafiały na igły i szyszki, a miejscami na mokry, śliski mech.
Rozsuwając palce na boki, dziewczyna znalazła oparcie i z jego pomocą przewróciła się na plecy. Wokół panowała ciemność, słychać było śpiew świerszczy. Nad głową rozciągało się ciemne niebo z małymi szarymi chmurami, spomiędzy których od czasu do czasu przebłyskiwały gwiazdy.
Ostatnim, co pamiętała, było to, że ktoś ją niósł, a potem przyszła pustka i chłodny smak ziemi w ustach, który wypluła na bok.
Wycierając twarz dłonią, dziewczyna zrozumiała, że jej policzek spuchł, a miejsce po dawnym zębie zaczęło pulsować bólem. Przeszywający, pulsujący ból napływał falami — raz ustępował, a raz się nasilał. Raz było jej zimno, raz gorąco, co świadczyło o tym, że zaczynała się u niej silna gorączka, lecz nie mogła dać tego po sobie poznać.
— Dalej, dasz radę. Skup się.
W ten sposób próbowała dodać sobie otuchy i doprowadzić się do porządku, żeby pozostali nie zauważyli, co naprawdę się z nią dzieje. Była gotowa poświęcić samą siebie, ale nie była gotowa patrzeć, jak umiera człowiek, którego kochała i do czego bała się przed sobą przyznać.
Udało jej się zebrać myśli, uspokoić oddech i poczuć chłód ziemi, na której leżała. Była ona nasiąknięta wilgocią po deszczu. Wilgoć wsiąknęła w jej skórę i ubranie, dlatego dziewczynie pozostało tylko jedno — podejść do ognia i się ogrzać.
Po prostu podeszła do krzesła i usiadła na nim. Nie powiedziała ani słowa, nie zareagowała na sytuację z Kirą, która nadal siedziała nieruchomo, wpatrzona w ogień. Nie zwróciła też uwagi na kłótnię Liny i Josepha.
Czuła, jak na jej czole pojawiają się drobne krople potu świadczące o tym, że zaczęła się gorączka.
Wkrótce na krzyki Liny przyszli Nick i jego syn, którzy również zmarzli i podeszli ogrzać się przy ognisku oraz zobaczyć, co się dzieje.
Uwadze mężczyzny nie umknęło to, że twarz Anastazji była mocno opuchnięta, a sposób, w jaki ukrywała swoją rękę, świadczył o tym, że coś zataja. Przez rok spędzony z nią nauczył się zauważać nawet najmniejsze zmiany w jej zachowaniu.
— Pokaż mi swoją rękę! — powiedział stanowczym tonem, podchodząc do Anastazji.
Dziewczyna przecząco pokręciła głową i udawała, że jest zbyt zajęta dokładaniem gałęzi do ognia.
— Powiedziałem, pokaż rękę! Natychmiast.
Nick był stanowczy i nie zamierzał ustąpić. Rozumiejąc, że Anastazja udaje, iż wszystko jest w porządku, dziewczyna ponownie przecząco pokręciła głową i nie pokazała mu ręki.
Nick nie zamierzał już prosić. Chwycił ją za gips i zobaczył zsiniały, ciemny palec. Rozumiał, że palec będzie trzeba amputować, aby uratować rękę.
— Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? — Był zły na dziewczynę, domyślając się, o czym wtedy mamrotał Joseph.
Dziewczyna jedynie spojrzała na niego pełnym poczucia winy wzrokiem i przygryzła wargę. Wiedział, że zawsze, gdy to robiła, czuła się winna.
— Wszystko jest w porządku, nie martw się. To minie, po prostu jest tutaj ciemno i zimno.
Nick był jedyną osobą, której dziewczyna nie potrafiła okłamać. Zawsze rozpoznawał jej kłamstwa, ponieważ to właśnie ona go tego nauczyła.
— Zapomniałaś, że jestem lekarzem? Otóż to nie minie. Już stąd widzę, że palec trzeba będzie amputować. Czy ty w ogóle rozumiesz, na jakie ryzyko się narażasz? Dlaczego oddałaś mi ostatni ładunek z urządzenia Josepha? Wszystko wiem i nie próbuj się wypierać.
Nick znał już prawdę, ale potrzebował, by dziewczyna uświadomiła sobie, w jak trudnym położeniu go postawiła. Nie mając narzędzi ani możliwości naprawienia choćby istniejących już uszkodzeń, był bezradny. To go przerażało i jednocześnie doprowadzało do złości.
Po usłyszeniu tych słów Lina usiadła na ziemi po turecku, z jedną nogą ułożoną w improwizowanej pozie, i zaczęła w milczeniu patrzeć w ogień, mając nadzieję, że wypali on z niej to przeklęte empatyczne uczucie wobec dziewczyny, którą kiedyś chciała zabić.
Teraz odczuwała współczucie, patrząc na opuchniętą twarz Anastazji. To natrętne uczucie i pragnienie pomocy dziewczynie wgryzło się w jej serce niczym kleszcz.
Jeśli chodzi o samą Anastazję, przestała się usprawiedliwiać i przyznała przed sobą, że rzeczywiście poświęciła część siebie, aby ocalić człowieka, którego kochała, i dać mu szansę na odkupienie wobec kobiety, która urodziła mu syna. Gdzieś głęboko w duszy nadal chciała mieć go tylko dla siebie, lecz teraz odpychała od siebie te uczucia, tłumiąc je bólem, który przez niego odczuwała.
Nickowi pozostało jedynie się z tym pogodzić, ale nie wiedział, jak poradzić sobie z nienawiścią do samego siebie, z faktem, że jest zdrowy i otrzymał drugą szansę kosztem życia kogoś innego.
Pytanie o to, jaką cenę Joseph zapłacił za przywrócenie mu zdrowia, nadal pozostawało bez odpowiedzi.
Rozdział 95. Utrata człowieczeństwa
W laboratorium, przy migającym świetle lampy nad głową, Joseph przeprowadzał różnorodne eksperymenty i analizy, jakie tylko można było wykonać na tym świecie.
— Niech to szlag trafi tę lampę. — Joseph uderzył dłonią w stół, po czym chwycił stołek. Wszedł na niego i uderzył lampę, jak zwykle, aby przestała migotać, lecz właśnie tego dnia lampa drwiła z naukowca i nadal migała. Coraz bardziej irytowało to Josepha i, popełniając błąd oraz robiąc krok do tyłu, z hukiem spadł na podłogę, pociągając za sobą lampę i wyrywając ją z sufitu. Naukowiec boleśnie uderzył się w łokieć, a lampa roztrzaskała się obok niego, zdradziecko migając po raz ostatni, oślepiając go światłem i rozrzucając odłamki we wszystkie strony.
Odrzucając włosy do tyłu ze zwyczaju, naukowiec podjął przełomową decyzję. Miał włosy do ramion i bardzo często opadały mu one na czoło.
„Potrzebuję pomocnika”.
Ta myśl przyszła Josephowi do głowy całkowicie spontanicznie, jakby wewnętrzny głos podpowiadał mu, że nie ma już sensu odkładać swoich prawdziwych pragnień i nadszedł czas, by poddać się własnej naturze.
Joseph wstał i, przestępując przez odłamki szkła oraz wystające przewody, skierował się do innego pomieszczenia laboratoryjnego, gdzie spokojnie spało dziecko w swojej kapsule. Powoli zbliżając się do drzwi tego pomieszczenia, coraz mocniej odczuwał narastające napięcie wynikające z tego, że nie był w stanie łamać zasad ewolucji.
Już dawno nauczył się wplatać do swojej struktury DNA ulepszony genom, lecz wciąż nie tworzył ulepszeń dla nikogo innego. Coraz częściej nawiedzały go myśli o stworzeniu zmodyfikowanego człowieka, ale odkładał je ze względów moralnych: czym innym było zabijanie własnych klonów, a czym innym niszczenie niewinnych ludzi.
Niczym ukryty obserwator patrzył zza ogromnego panoramicznego okna na urządzenia spokojnie odmierzające upływ czasu.
Jego dłoń pozostawiła krwawy ślad na szybie i dopiero opuszczając ją, Joseph zauważył, że rękaw przesiąkł mu krwią.
— Pieprzona lampa. — Joseph z irytacją wyciągał odłamki szkła z dłoni. Naukowiec nie wytrzymał i podjął zdecydowaną decyzję, że nadszedł czas, aby stworzyć sobie pomocnika. Chociaż rany na jego dłoni nie były poważne — były to raczej płytkie zadrapania, które natychmiast się zagoiły — nadal odczuwał irytację z powodu tego, że całą pracę musiał wykonywać sam.
Poza tym co kilka minut sprawdzał stan dziecka, licząc na nowe rezultaty, których jednak nie było. Surowice, którymi je karmił, nie przynosiły żadnych efektów, a badania krwi wskazywały po prostu na zwykłego człowieka.
Wielokrotne próby wybudzenia dziecka i przeprowadzenia jakichkolwiek eksperymentów związanych z jego strunami głosowymi kończyły się niepowodzeniem, ponieważ dziecko budziło się zaledwie na kilka sekund i natychmiast ponownie zasypiało. Joseph nie rozumiał, z czego to wynikało, ale bardzo utrudniało mu to pracę.
W strukturze DNA dziecka Joseph nie wykrył żadnych anomalii, jednak jego stan budził niepokój: miał wrażenie, że świadomość znajduje się gdzieś poza samym dzieckiem.
Jeżeli chodziło o coś, czego Joseph nie potrafił naprawić, zawsze znajdował rozwiązanie. Zmieniając koszulę na czystą i wyrzucając starą do kosza, podjął ostateczną decyzję, że stworzy nowe życie. Na podstawie teoretycznych obliczeń wiedział już, że będzie potrzebował pięciu lub sześciu osób, aby stworzyć ulepszony genom i wzmocnić wszystkie cechy zwykłego człowieka.
Dlatego musiał wybrać takie miejsce, w którym nie znalazłby się w polu widzenia kamer i mógł przeprowadzić swój eksperyment. Nadal martwił go aspekt moralny tego przedsięwzięcia, a serce podpowiadało mu, że jest to niewłaściwa decyzja, lecz umysł, pochłonięty chciwością i pragnieniem tworzenia, mówił mu, że jest to najwłaściwsza decyzja w jego życiu. Rozdzierany sprzecznymi emocjami, wjechał windą na górę, trzymając w rękach przerażającą broń zdolną zarówno niszczyć, jak i tworzyć, posłuszną wyłącznie woli swojego pana.
Na ostatnich piętrach, tuż przed opuszczeniem laboratorium, Joseph przeraził się tym, co zamierzał zrobić. Jego dłonie spociły się, a oddech stał się płytki i ciężki. Serce zaczęło walić mu w piersi, wywołując wyrzut hormonów i przypływ adrenaliny, która błyskawicznie rozchodziła się po całym organizmie. Wydawało się, że za chwilę zwymiotuje pod wpływem napływających emocji.
Gdy tylko Joseph poczuł zapach drewna bijący od ścian domu, zostawił wątpliwości za sobą — było już za późno, by zawrócić. W jego rękach znajdowała się broń, a drogi odwrotu nie było.
Naukowiec wiedział, że o tej porze roku rzadko kto tu przyjeżdża, lecz ku swojemu szczęściu zauważył dym z ogniska unoszący się niedaleko niewielkiego schronienia, obok którego się znajdował.
Gdyby nie jego ekstrawagancki strój i broń o dziwnym kształcie, mógłby uchodzić za myśliwego. Tak jednak nie było — jego zdobyczą mieli stać się zwykli ludzie.
Ruszył w stronę unoszącego się dymu niczym prawdziwy myśliwy. Zaledwie kilka kroków dalej, przechodząc przez płytki nurt rzeki, Joseph natknął się na obóz, w którym przebywało kilkoro nastolatków przybyłych na kemping, by odpocząć. Wesoło się śmiali, pili alkohol, rzucając wokół siebie metalowe puszki, i piekli pianki nabite na patyki nad ogniskiem. Była już dość późna pora i na niebie zaczęły pojawiać się pierwsze gwiazdy.
Ponieważ młodzi ludzie byli już pijani i opowiadali sobie przy ognisku straszne historie, nikt nie zauważył, jak zbliżyło się do nich prawdziwe monstrum. Obserwując tych ludzi żyjących własnym życiem, Joseph zawahał się. Opuścił broń i odwrócił się, próbując odwieść samego siebie od popełnienia czynu skrajnego okrucieństwa.
— Patrzcie, co znalazłem! — pochwalił się jeden z chłopaków, trzymając w ręku bezbronną wiewiórkę. Trzymał ją za ogon nad ogniskiem. Małemu, biednemu zwierzęciu przypaliły się wąsy, a sierść zaczęła się zwęglać.
Joseph zdążył już zrobić pierwszy krok, lecz gdy usłyszał śmiech i namowy, by wrzucić bezbronne małe zwierzę do ognia, coś w nim pękło.
Patrząc na to, jak nastolatkowie znęcają się nad wiewiórką, Joseph bezlitośnie nacisnął spust. Nadal go naciskał, wysyłając sygnał elektryczny w stronę chłopaków. Nie zdążyli nawet poczuć ani uświadomić sobie bólu — dosłownie kilka sekund później zamienili się w świecący pył rozszczepiony na poziomie atomowym. Natychmiast zaczął on unosić się ku górze i parować, tworząc piękną falującą chmurę. Ponieważ urządzenie było ustawione na ludzi, wiewiórka nie ucierpiała i, korzystając z okazji, uciekła, wyskakując z dłoni chłopaka w ostatnim momencie, gdy jego palce rozluźniły się pod wpływem bólu. Uniknęła wpadnięcia do ognia, lecz straciła sierść na pyszczku i łapkach.
— Nikt bardziej niż wy nie zasługiwał na taką śmierć — powiedział Joseph, schodząc ze zbocza, na którym stał. Urządzenie nie emitowało jasnego światła, więc nie potrzebował okularów.
Po krótkiej regulacji urządzenia przestawił je na tworzenie genetycznie ulepszonego człowieka. W ten sposób pięciu nastolatków, którzy nie szanowali natury, zamieniło się w zbiór atomów rozrzuconych po niewielkim obszarze wokół ogniska.
Joseph zebrał wszystkie niezbędne materiały do specjalnego pojemnika, który wcześniej zabrał ze sobą. Niczym odkurzacz wciągnął wszystkie rozszczepione geny, a gdy pojemnik rozbłysnął intensywnym błękitnym światłem, został całkowicie wypełniony. Powinno to wystarczyć do stworzenia jednego pełnoprawnego genetycznie zmodyfikowanego człowieka.
Oczywiście Joseph najpierw ugasił ogień i stworzył wrażenie, że nikt nie zaatakował obozowiska. Zebrał wszystkie rzeczy, spakował je i zarzucił sobie na ramię. Ponieważ posiadał określony poziom siły uzyskany dzięki ulepszeniom, niesienie czterdziestu kilogramów nie sprawiało mu żadnej trudności. Schodząc nieco dalej w dół rzeki, wyrzucił wszystkie rzeczy, zacierając ślady. Nawet gdyby ktoś znalazł te przedmioty dalej z nurtem rzeki, nigdy nie byłby w stanie określić, skąd pochodzą ani jak długo tam się znajdowały, ponieważ wody tej rzeki były bardzo głębokie i pełne skał.
Po zatarciu śladów swojej zbrodni skierował się do laboratorium. Szczelnie zamknął drzwi i, zjeżdżając windą w dół, zastanawiał się, czy postąpił właściwie. Jednak przed jego oczami wciąż pojawiał się obraz bezbronnego zwierzęcia i obrzydliwego śmiechu, przez co natychmiast miał ochotę zabić ich ponownie. Niektórzy ludzie nie zasługują na szansę życia w pięknym świecie — właśnie takimi ludźmi Joseph gardził i właśnie takich chciał ulepszyć.
— Przystąpmy do pracy.
Joseph udał się do laboratorium numer pięć, w którym znajdował się niewielki szklany zbiornik. Wsypał do niego zawartość przenośnego pojemnika i odsunął się na odległość dwóch metrów. Broń przeznaczoną do tworzenia nowego życia skonfigurował jeszcze na miejscu zdarzenia, zbierając myśli i wprowadzając odpowiednie parametry. Pozostało jedynie nacisnąć spust.
Podniósł broń i położył palec na spuście, lecz przez długi czas nie potrafił go nacisnąć. Jego ręka zdradziecko drżała, a dłonie miał spocone. Po plecach przebiegł mu zimny dreszcz — świadomość, że nie będzie już odwrotu.
— Wybaczcie mi — powiedział Joseph i, zaciskając powieki, nacisnął spust. Nie wiedział, co powstanie z materiału, który zebrał, i obawiał się, że nawet jeśli zniszczył niezbyt wartościowych przedstawicieli społeczeństwa, zrobił to na próżno, a jego eksperyment zakończy się porażką. Gdy poczuł, że drgania emitowane przez urządzenie ustały, przez kilka kolejnych sekund nie odważył się otworzyć oczu i spojrzeć na rezultat swojego eksperymentu.
Otwierając oczy i patrząc prawdzie w twarz, na jej przyjemne rysy, uśmiechnął się. Urządzenie zadziałało, a on widział, jak formuje się atrakcyjne, harmonijnie zbudowane ciało wysokiego i szczupłego mężczyzny.
Obserwował, jak tworzy się szkielet, a następnie narastają na nim mięśnie, ścięgna, żyły i skóra. Proces trwał dość długo — przez kilka minut obserwował formowanie się niezwykłego szkieletu, narządów wewnętrznych i wszystkich parametrów organizmu.
Jednak gdy ciało zostało już uformowane, zaczęło się deformować: tkanki i skóra zaczęły obwisać w niektórych miejscach, sprawiając wrażenie, jakby w tych obszarach minęły dziesiątki lat. Joseph drżącymi rękami wprowadził dodatkowe zmiany do urządzenia, mające ulepszyć organizm, i ponownie wystrzelił w już uformowany prototyp, próbując zminimalizować szybką mutację i starzenie się komórek wywołane nieznanymi przyczynami.
Oddając kolejny strzał i zaciskając powieki, naukowiec bał się otworzyć oczy i zobaczyć porażkę. Ku jego szczęściu niewielkie zmiany, które wprowadził do ustawień urządzenia, oraz poprawa jakości struktury ciała przyniosły rezultaty — przed nim stał w pełni ukształtowany człowiek.
— Niewiarygodne, udało mi się! — wykrzyknął Joseph niczym małe dziecko i zaczął podskakiwać w miejscu, całując i obejmując swoje urządzenie.
Naukowiec bez żadnych ceregieli odstawił urządzenie na szafkę i zaczął badać dłonie, tułów i plecy prototypu, oglądać jego twarz oraz analizować jego zachowanie.
Stworzony przez Josepha człowiek jedynie obserwował dziwne zachowanie swojego twórcy, lecz nie stawiał oporu, gdy naukowiec dotykał jego rąk i nóg oraz przyglądał się budowie jego ciała. Nie sprzeciwiał się nawet wtedy, gdy Joseph wsunął palce do jego ust i policzył wszystkie zęby, ani gdy rozchylał mu powieki, aby obejrzeć gałki oczne. Stał niczym posłuszny żołnierz i czekał, aż jego pan się do niego odezwie.
— Nazwę cię Chris. Ja nazywam się Joseph i to ja cię stworzyłem.
Joseph dotykał włosów chłopaka — były średniej długości i miały jaskraworudy kolor. Miał on czystą twarz, starannie zarysowane zielone oczy, jasną skórę, wysoki wzrost — metr osiemdziesiąt — oraz dobrze rozwinięte, umięśnione ciało.
— Tak jest, panie Josephie — głos prototypu był mocny i równy. Jedynie obserwował, jak jego twórca miota się z jednej strony na drugą niczym małe dziecko, badając jego palce, mimikę i wszystko inne.
— Zaraz przyniosę ci ubrania, żebyś mógł się ubrać i czuć się komfortowo. Potem omówimy niektóre zadania, które dla mnie wykonasz, Chris. Mam nadzieję, że rozumiesz, co do ciebie mówię.
— Doskonale rozumiem, czego oczekuje ode mnie mój pan. Stworzył mnie pan z pięciu ludzi. Odziedziczyłem wspomnienia każdego z nich, ale dzięki panu i pańskiemu urządzeniu otrzymałem ulepszony genom. Pamiętam niemal wszystko — od chwili stworzenia aż do tego momentu.
— Zaczekaj tutaj, zaraz wrócę.
Prototyp jedynie skinął głową.
Wychodząc, naukowiec mimo wszystko zamknął drzwi pomieszczenia, w którym został Chris. Wciąż nie wiedział do końca, na ile rozumna jest ta istota. Poza tym stworzył ją z niezbyt wartościowego materiału genetycznego — jakichś niedojrzałych nastolatków. Nie było żadnej gwarancji, że nie odziedziczyła po nich odrażających cech charakteru.
Joseph biegł korytarzem, zamiast iść. Tak bardzo chciał jak najszybciej ubrać swój prototyp i zbadać go jak najdokładniej.
Jednak palce zdradliwie odmawiały mu posłuszeństwa i przez dłuższą chwilę nie potrafił otworzyć pokoju, w którym zwykle nocował. Trzymał tam rzeczy na kilka dni, ponieważ bardzo często zostawał tutaj na całe tygodnie, dlatego przywoził ze sobą więcej ubrań.
Nagle rozległ się niezrozumiały huk, a ziemia pod stopami Josepha zadrżała. Poczuł jeden wyraźny wstrząs o sile około jednego lub dwóch stopni. Drobne szklane przyrządy znajdujące się w pokoju pospadały na podłogę i potłukły się. W szafce przewróciło się zdjęcie przedstawiające go podczas gry na fortepianie, a jego ramka pękła. Było to jego najcenniejsze wspomnienie z życia, które okazało się fałszywe.
Joseph zdążył już wyjąć z szafy wszystkie potrzebne rzeczy i, niosąc je korytarzem, poczuł kolejny wstrząs. Zachwiał on jego równowagą i wszystkie ubrania wypadły mu z rąk na podłogę. Wstrząsy stawały się coraz częstsze i co jakiś czas powracały, co było bardzo dziwne.
Nigdy wcześniej nie dochodziło tu do trzęsień ziemi, a tym bardziej do tak częstych wstrząsów połączonych z nasilającym się zjawiskiem przestrzennym. Wstrząsy stawały się coraz silniejsze.
Joseph zbierał rzeczy rozrzucone po korytarzu, gdy nagle zobaczył przed sobą pięć palców stopy. Dostrzegł je tylko dlatego, że stopa nadepnęła na nogawkę spodni, które próbował podnieść.
— Co ty tutaj robisz? Przecież zostawiłem cię w pokoju.
Naukowiec podniósł się, odczuwając strach, ponieważ nie zabrał ze sobą urządzenia. Oznaczało to, że gdyby prototyp go zaatakował, musiałby bronić się własnymi siłami. A choć sam był ulepszoną wersją człowieka, nie posiadał cech, którymi obdarzył swój prototyp.
— Martwiłem się o pana, twórco. Kiedy zaczęły się te wstrząsy, pomyślałem, że może potrzebować pan pomocy, dlatego wyłamałem zamek i przyszedłem.
Chris nadal trzymał w dłoniach wyrwany zamek wraz z klamką i fragmentem drzwi.
— Rozumiem. Przyniosłem ci ubrania, możesz się ubrać.
Naukowiec porzucił próby zbierania rzeczy i pozostawił to zadanie swojemu nowemu podopiecznemu. Ku własnemu zaskoczeniu zauważył, że Chris ubrał się szybko i założył wszystkie elementy garderoby prawidłowo, co świadczyło o jego inteligencji.
Kolejny wstrząs miał już siłę trzech stopni, a pomieszczenie zaczęło poruszać się coraz mocniej. Na suficie pojawiły się drobne pęknięcia. Czując te wstrząsy, Chris przycisnął Josepha do ściany i osłonił go własnym ciałem. Chociaż budynek nie został uszkodzony, z sufitu zaczęły sypać się drobiny kurzu.
Naukowiec był oszołomiony zachowaniem stworzonego przez siebie genetycznie zmodyfikowanego człowieka i w żaden sposób nie spodziewał się, że ten będzie go chronił nawet przed lekkimi wstrząsami, próbując osłonić go własnym ciałem.
— Puść mnie, wszystko w porządku. To tylko niewielkie wstrząsy. Nic nam nie grozi.
Joseph odepchnął swój prototyp i otrzepał się z pyłu osypującego się z sufitu.
— Dziękuję, Josephie. Jest pan moim twórcą. Zawsze będę pana chronił.
Powiedział prototyp bez emocji. Joseph wyposażył go jedynie w podstawową znajomość języka i zachowań społecznych, dlatego Chris był ograniczony w wielu aspektach funkcjonowania. Dzięki swojemu wyjątkowemu pochodzeniu szybko tworzył nowe połączenia neuronowe w mózgu i z łatwością przyswajał nowe umiejętności.
— Patrzę na ciebie, Chris. Jesteś bardzo posłuszny, ale musisz rozwinąć w sobie odrobinę kreatywnego myślenia. Ludzie zawsze będą wokół ciebie, dlatego powinieneś zachowywać się naturalnie w tym świecie. Chodź za mną, chcę ci coś pokazać.
Joseph wiedział, że nie ma czasu na szkolenie prototypu, ale sam nie dałby sobie rady — naprawdę potrzebował pomocnika. Prototyp szedł krok w krok za swoim twórcą, lecz pojawiły się u niego pytania.
— Co dokładnie ma pan na myśli, mówiąc „naturalnie”? Dla mnie pańskie słowo, Josephie, jest prawem i nie będę go łamał. Jeśli powie mi pan, co mam zrobić, wykonam to.
Chris uważnie obserwował Josepha, starając się zapamiętać jak najwięcej jego ruchów i zachowań.
— Obawiam się, że nie wziąłem pod uwagę tego, że będąc aż tak posłusznym, będziesz mało samodzielny. W przyszłości będę musiał zmienić ustawienia tej funkcji w moim urządzeniu. Podoba mi się to, jaki jesteś, więc nie zamierzam już niczego w tobie zmieniać. Teraz będziesz musiał nauczyć się wielu rzeczy.
Joseph zaprowadził Chrisa do dziecka. Wstrząsy ponownie się nasiliły. Chris odruchowo chciał znów osłonić Josepha, lecz ten odsunął się od niego.
Zwykle ciche urządzenia podłączone do dziecka zaczęły intensywnie piszczeć i migać. Wszystkie parametry pracy serca i ciśnienia gwałtownie wzrosły, jakby dziecko na coś reagowało. Im bliżej Chris podchodził do dziecka, tym bardziej aktywne stawały się wskazania aparatury.
Joseph, który liczył choć na jakiekolwiek nowe rezultaty, był zaskoczony. Jedyna myśl, jaka przyszła mu do głowy, przeraziła go.
„Czyżby to dziecko reagowało na genetycznie zmodyfikowanych ludzi?”
Rozdział 96. Napięcie
Nick zerwał się z miejsca i zaczął przeklinać. Anastazja już dawno nie widziała go w takim stanie. Był zazwyczaj człowiekiem opanowanym i ostrożnym w słowach, lecz teraz zachowywał się chaotycznie i nieprzewidywalnie — tak działały na niego emocje i bezsilność. Znał już to uczucie, ponieważ doświadczał go wcześniej w świecie Kiry, kiedy nie mógł pomóc ukochanej kobiecie, a teraz sytuacja się powtarzała.
Gdyby dziewczyna miała siłę, prawdopodobnie płakałaby albo przynajmniej próbowała go uspokoić. Musiała jednak przyznać, że była wyczerpana i czuła, jak opuszczają ją siły. Lekki dreszcz przebiegał falami po jej plecach, a ona pociła się coraz bardziej.
— Hej, uspokój się. Jak poważny jest jej stan?
Ponieważ Nick nic nie odpowiedział Linie i całkowicie ją zignorował, dziewczyna zwróciła się do Anastazji.
— Już wcześniej wyczułam od ciebie nieprzyjemny, charakterystyczny zapach, ale nie przywiązałam do tego większej wagi. Jak poważna jest sytuacja?
— Wszystko jest w porządku. — Anastazji trudno było kłamać nawet Linie. Wszystko było przecież wypisane na jej twarzy.
— Anastazjo, nie umiesz kłamać. Widzę to, a poza tym czuję zapach, który od ciebie dochodzi. Co się dzieje? — Lina była uparta i dostrzegała rzeczy, które wszyscy próbowali ukryć. Im więcej pytań zadawała, tym większy stawał się gniew Nicka wobec Josepha.
Wszystko w Nicku wrzało od przepełniającej go złości. Nie wytrzymał i uderzył Josepha z całej siły, powalając go na ziemię. Joseph nie spodziewał się takiego zachowania ze strony Nicka, dlatego nie zdążył obronić się przed ciosem.
— Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? Po co jej posłuchałeś? Dlaczego milczysz, Josephie? Odpowiadaj mi! — krzyczał Nick, nadal bijąc Josepha po twarzy, siedząc na nim okrakiem. Joseph nie stawiał oporu i przyjmował wszystkie ciosy Nicka, ponieważ rzeczywiście postąpił niewłaściwie. Ku własnemu zdziwieniu zauważył jednak, że im mocniej Nick go bił, tym bardziej czuł, że żyje. Czuł adrenalinę i przypływ strachu — to poczucie śmiertelności zaczynało sprawiać mu przyjemność. Chciał poznać własne granice, a odczuwanie bólu było przyjemne. Po raz pierwszy od wielu lat wróciło do niego uczucie żywego ciała.
Anastazja gwałtownie zerwała się na nogi, przez co obraz przed jej oczami się zamazał. Lina zdążyła jedynie złapać lecącą w dół dziewczynę. Chcąc powstrzymać Nicka, który wpadł w szał, Anastazja ujawniła prawdziwy stan swojego zdrowia — była na granicy wytrzymałości. Lina natychmiast poczuła gorące ciało dziewczyny, która wręcz płonęła.
Trzymając w ramionach rozpalone ciało Anastazji, Lina czuła strach. Po raz pierwszy od bardzo dawna bała się kogoś stracić. Nie wiedziała, czym są te uczucia ani dlaczego odczuwa je wobec swojej ofiary, ale pozwoliła im przeniknąć do swojego wnętrza. Powstrzymała kolejną próbę dziewczyny, by zatrzymać Nicka bijącego Josepha, i delikatnie ją objęła, kładąc jedną dłoń na jej piersi, a drugą na głowie. Trzymała ją teraz mocno i nie zamierzała puścić. Po trzeciej próbie Anastazja przestała się wyrywać i jedynie w milczeniu obserwowała, jak człowiek, któremu kiedyś oddała swoje serce, popada w szaleństwo.
— Nie milcz. Odpowiedz mi, Josephie… — Nick nadal bił Josepha, lecz ten milczał. Nie miał nic do powiedzenia. W rzeczywistości nie była to jego decyzja, lecz decyzja Anastazji. Nick nie potrafił pogodzić się z tym, że po raz kolejny uratowała go słaba kobieta.
Lina poczuła, jak ciało Anastazji się rozluźnia, i pomyślała, że wygrała. Poluzowała uścisk, aby dziewczyna nie odczuwała już dyskomfortu i nacisku. To jednak okazało się błędem. Gdy tylko Anastazja wyczuła, że uścisk osłabł, oparła się zarówno na zdrowej, jak i chorej ręce, i wyrwała się do przodu, wymykając się z rąk Liny niczym miraż.
Dziewczyna chwyciła zakrwawioną rękę Nicka i zatrzymała ją tuż przed twarzą Josepha.
— Nick, przestań. Proszę cię. To moja wina. On zrobił tylko to, o co go poprosiłam. Wycelowałam w niego broń.
Nick wyrwał rękę i ponownie zamachnął się na Josepha, lecz Anastazja go powstrzymała, osłaniając Josepha własnym ciałem. Z jej oczu popłynęły łzy, a ona, spazmatycznie szlochając, zaczęła krzyczeć, że to właśnie ona go o to prosiła, że cała wina spoczywa na niej.
— Dlaczego go bronisz? To przecież nasz wróg i przy pierwszej okazji nas zniszczy. Dlaczego nadal jesteś po jego stronie? — Nicka dręczyło wiele uczuć, których sam nie rozumiał. W tak trudnej sytuacji nie istniało jedno właściwe rozwiązanie.
— Przestań, proszę cię, Nick. Joseph nie jest niczemu winny — to ja go o to poprosiłam. Byłeś ranny, a ja uznałam, że twoje obrażenia są poważniejsze niż moje. Uprzedził mnie, że w urządzeniu został tylko jeden ładunek. Poprosiłam go, żeby użył go na tobie. Po prostu nie mogłam patrzeć, jak cierpisz z bólu. Wybacz mi. Nie chciałam, żebyś nas spowalniał i był martwym ciężarem utrudniającym poruszanie się.
Pięść Nicka rozluźniła się i zamieniła w otwartą dłoń. Chłopak nie wiedział, co ma zrobić, i stanął obok Josepha, rozumiejąc, że nie będzie już w stanie go uderzyć, choćby bardzo tego chciał.
— Przecież zawsze wybierałaś siebie. Dlaczego tym razem postąpiłaś inaczej?
Nick wstał i odszedł. Tak bardzo bał się przyznać przed samym sobą do swoich uczuć, że miał wrażenie, iż jeśli teraz nie odejdzie, zrobi coś nieodwracalnie głupiego.
— Ja… — dziewczyna nie zdołała dokończyć zdania, które tak bardzo chciała wypowiedzieć, i przestać przejmować się tym, że przekreśli ono wszystko. Chciała go przytulić, lecz resztkami sił powstrzymywała się. Zacisnęła powieki, próbując się uspokoić i zatrzymać strumień łez, lecz poczuła, jak ktoś gwałtownie pociągnął ją za rękę i przytulił do siebie. Bała się otworzyć oczy, zdając sobie sprawę, że to tylko jej wyobraźnia, ale czuła ten tak dobrze znany zapach i bicie serca, którego rytm znała tak doskonale.
Nick nie potrafił się powstrzymać — przytulił dziewczynę mocno i szczerze, jak nigdy wcześniej. Nawet w chwilach bliskości, które ich kiedyś łączyły, nie czuła się tak jak teraz, jakby chroniła ją sama dusza tego człowieka. Poczuła czułość i troskę, ale także ból i strach, które tak wyraźnie odczytywała w drżeniu jego rąk.
Lina nie potrafiła patrzeć na to bez obrzydzenia. Kipiała z zazdrości. Niczym rozwścieczony, zły pies chciała rozerwać tę więź, rozdzielić ich i już nigdy więcej nie pozwolić im się spotkać, lecz dzięki swojej powściągliwości i niechęci do przyznania przed samą sobą, że ta kobieta stała się dla niej kimś więcej niż tylko ofiarą, powstrzymała się, zaciskając pięści do krwi.
Wciąż przyciskając ją do siebie, Nick wyszeptał tylko jedno zdanie, które mogła usłyszeć wyłącznie ona, ponieważ powiedział je prosto do jej ucha.
— Zawsze cię kochałem…
Dziewczyna usłyszała te słowa wyraźnie i gdy tylko opuściły jego usta, zebrała całą swoją wolę oraz ból, który miała przez to odczuć, po czym odepchnęła go. Założyła na swoje serce i duszę maskę człowieka ze stali i podjęła stanowczą decyzję, że już nigdy nie przekroczy granicy, która zniszczyłaby życie człowieka, którego kocha. Miał rodzinę, miał dziecko i miał cel, a teraz pozwalał sobie na takie zachowanie wobec osoby, która była jego drugą połową.
Mimo wszystko, co się działo, Kira w żaden sposób nie zareagowała na uścisk Anastazji i Nicka. Sprawiała wrażenie, jakby się resetowała i zanurzała w wydarzeniach ostatnich dni. Jej mózg próbował połączyć wszystko, co utraciła, w jedną całość, dlatego dziewczyna była nieco oderwana od rzeczywistości — nie słyszała i nie widziała niczego z tego, co działo się wokół niej. Jej sieć neuronowa tworzyła nowe połączenia, aby ciało mogło nadążyć za umysłem.
Wzrok Anastazji padł na Kirę, która nic nie robiła i na nic nie reagowała, i od tego zabolało ją jeszcze bardziej. Tak rozpaczliwie chciała ochronić ich związek, a sama przy tym cierpiała, podczas gdy tamtej było wszystko jedno — nawet nie mrugnęła, widząc, co dzieje się tuż przed jej oczami. Jakby w ogóle dla Kiry nie istnieli.
Twarz Josepha wróciła do normy. Wystarczyło zaledwie kilka minut, by płytkie otarcia i siniaki zniknęły. Ciosy Nicka były niczym w porównaniu z jego silnym, wytrzymałym i odpornym ciałem. Ból odczuwał bardzo krótko, więc było mu wszystko jedno — rany się zagoiły, a on otrzepał się, ponownie usiadł przy ognisku i dorzucił kilka kawałków drewna.
Monologi i rozmowy toczące się obok niego niewiele go interesowały. Był oderwany od ludzkich emocji, lecz nawet on rozumiał, że między tą dwójką dzieje się coś więcej niż przyjaźń czy wzajemne korzyści.
Dziewczyna odeszła. Nie pozwoliła Nickowi pójść za sobą, porozmawiać z nią ani zrobić czegokolwiek innego. Po prostu odwróciła się i szybkim krokiem, niemal biegiem, zniknęła w lesie.
— Nie idź za nią, jeśli chcesz zachować nogi — zagroziła Nickowi Lina.
Pozwoliła dziewczynie odejść. Widziała, w jakim jest stanie, i nie mogła pogodzić się z myślą, że jeśli ten chłopak pójdzie za nią, może wydarzyć się coś więcej niż tylko zwykła rozmowa. Jej chłodne, okrutne spojrzenie, a także fakt, że wyciągnęła nóż z pochwy, przekonały Nicka, by został przy Josephie.
— Chciałem uratować ją, a nie ciebie. Gdyby nie groziła mi bronią, właśnie tak bym postąpił, nawet nie pytając jej o zdanie. Ale ta głupia dziewczyna uznała, że twoje życie jest ważniejsze od jej własnego. Więc masz odpowiedź — to była jej decyzja. Ja tylko wykonałem ją pod przymusem. Gdybym musiał wybierać jeszcze raz, wybrałbym ją. Jest znacznie bardziej użytecznym żołnierzem niż ty, bezużyteczny człowieczku bez umiejętności, wiedzy, doświadczenia bojowego i jakiejkolwiek wartości. Powinieneś więc być jej wdzięczny, zamiast grozić i pytać, dlaczego tak postąpiła.
— Następnym razem właśnie tak zrób…
Nick był zły na samego siebie, ale nie miało sensu ciągnąć tej rozmowy. Wpatrywał się w ogień, próbując choć na chwilę zapomnieć.
Korzystając z tego, że Nick rozmawiał z Josephem, a Kirze było obojętne wszystko, co się działo, Lina wyruszyła na poszukiwanie dziewczyny, która uciekła.
— Anastazjo, gdzie jesteś? — krzyczała Lina, chodząc między drzewami.
Nie usłyszała wyraźnej odpowiedzi, ale usłyszała czyjś płacz. Od razu zrozumiała, że to Anastazja, i ruszyła w kierunku dochodzącego dźwięku. Miała rację — znalazła Anastazję siedzącą na powalonym drzewie i płaczącą.
— No i cię znalazłam, moja droga. Przestań płakać, nie warto. — Linie niezbyt dobrze wychodziło okazywanie ludzkich uczuć, ale tym razem naprawdę było jej żal tej dziewczyny.
— Po co tu przyszłaś? Chcę pobyć sama. — Anastazja otarła łzy i znalazła w sobie siłę, by odpowiedzieć Linie. Ostatnią osobą, którą chciała teraz widzieć, był ten bezlitosny potwór.
— Wiem, co należy zrobić. — Lina miała już konkretny plan dotyczący palca Anastazji.
— Ten palec można już tylko amputować — powiedziała ze złością Anastazja, patrząc Linie w oczy, choć w ciemności niewiele było widać. Podsunęła dziewczynie pod nos swoją rękę w gipsie.
Jednak gdy Lina wyczuła zapach, chwyciła Anastazję za rękę i mocno ją ścisnęła.
— Chcesz, żebym oderwała ten palec już teraz?
Rozdział 97. Palec
— Zrób to! Oderwij go! No dalej, on sprawia ból wszystkim, łącznie ze mną.
Dziewczyna czuła pulsowanie dłoni i palców, które Lina mocno ściskała. Nie czuła siły, z jaką to robiła, ale trzask gipsu sprawił, że zaczęła się zastanawiać, czy nie używa zbyt dużej siły. Przyglądając się dokładniej urazowi ręki i widząc go z bliska, nawet w ciemności, Lina doszła do przerażającego wniosku: nie skończy się już na jednym palcu. Obszar uszkodzenia znacznie się powiększył, a zasinienie objęło również sąsiedni palec.
— Spójrz na swoją rękę — powiedziała z niepokojem Lina, patrząc na Anastazję. Jej głos drżał, a ona puściła jej rękę, nie chcąc sprawiać jej jeszcze większego bólu.
— Co zobaczyłaś, Lino? Co się stało?
Dziewczyna spojrzała na swoją rękę w świetle gwiazd. Księżyc nie był w pełni, dlatego światło było słabe, ale nawet w tym nikłym blasku zauważyła, że drugi palec również pokrył się sinizną. Przysuwając rękę bliżej twarzy, zrozumiała, że konieczna będzie amputacja dwóch palców, ponieważ uszkodzenie zaszło znacznie dalej, a charakterystyczny zapach rozkładających się tkanek stał się już częścią niej samej.
— Mogę oderwać te dwa palce, ale będzie to cholernie bolało. Będę musiała rozerwać twoją dłoń na pół. Czy jesteś na to gotowa?