E-book
11.6
drukowana A5
23.38
Mój Chłopak Demon

Bezpłatny fragment - Mój Chłopak Demon

„InnI” Tom 1


Objętość:
77 str.
ISBN:
978-83-8126-207-1
E-book
za 11.6
drukowana A5
za 23.38

Rozdział 1

Marielle


Świat był pełen dziwactw. Ja jednak nie wiedziałam o tym, dopóki nie pojechałam do Irlandii, gdy miałam dwanaście lat.

Byliśmy na wakacjach… a przynajmniej ja tak myślałam, dopóki moi rodzice nie oznajmili, że tu zostajemy.

Pewnie sądzicie, że byłam smutna — no cóż, byłam, ale to tylko dlatego, że zostawiliśmy babcię w Polsce, a ja bardzo ją kochałam. Poza nią i rodzicami, właściwie nie miałam nikogo.

Dlaczego tak było? No cóż, to nie dlatego, że się nie starałam, bo się starałam. Zawsze byłam otwartym dzieckiem, łatwo nawiązywałam kontakt… to z utrzymaniem go miałam problem.

Im dłużej ludzie mnie znali, tym czułam, że bardziej się ode mnie oddalają. Aż w końcu słyszałam te słowa:

— Jesteś dziwna, nie lubię cię!

Czy naprawdę byłam tak odpychająca? Co było we mnie takiego, że wszyscy ode mnie uciekali lub nawet nie chcieli ze mną rozmawiać?

Dlatego właśnie nie tęskniłam za Polską. Nie było tam nikogo, kto chciałby, bym została.

Wprowadziliśmy się do niedużego domku na jakiejś wsi. Rodzice zawsze chcieli w takim mieszkać, a i mnie się tam spodobało.

Jednak czekała mnie szkoła, którą miałam zacząć zaraz po wakacjach. Nie miałam problemów z językiem — mój tata stąd pochodził i uczył mnie go od najmłodszych lat, więc byłam dwujęzyczna.

Kiedy nadszedł ten pierwszy dzień i weszłam do klasy uśmiechnięta, miałam nadzieję, że mi się uda. Nowy kraj, nowy start.

I z początku było fajnie. Wydawało mi się, że nawiązuję z kimś kontakt, lecz wkrótce znów usłyszałam to słowo: „Dziwna”.

Dlaczego? Czy to dlatego, że lubiłam różne historie? Że interesowałam się mangą, że uwielbiałam różne legendy? Czasami miałam wrażenie, że lepiej dogadałbym się z prawdziwym demonem, niż z drugim człowiekiem.

W końcu nadeszła ta sama chwila, co w szkole, w mieście, w którym mieszkałam.

W klasie utworzyły się grupki. Lecz ja nie należałam do żadnej z nich.

„Znowu” — słyszałam samą siebie, siedząc z tyłu klasy, i patrząc przez okno pustym wzrokiem. — „Znowu jestem sama”.

Kiedy tamtego dnia zadzwonił dzwonek kończący lekcje, czekałam na mamę na huśtawce na placu zabaw z przodu szkoły. Wiele dzieci tak jak ja czekało na nim na rodziców, jednak nikt do mnie nie podchodził, gdyż sami bawili sie we własnych grupkach. Słyszałam ich podszepty na swój temat. Słowo „dziwna” padało co chwilę z ich ust.

Moje ręce w pewnym momencie zacisnęły się na łańcuchach huśtawki zaskoczyłam z niej i zawołałam:

— Odczepcie się ode mnie!

I wybiegłam ze bramę szkoły.

Prosto na ulicę.

Widziałam, jak spanikowany kierowca próbuje mnie ominąć, lecz ja stałam skamieniała, oszołomiona przez strach.

Dopóki ktoś nie złapał mnie mocno i wylądowałam na ziemi.

Otworzyłam oczy — bolała mnie noga, ale nic poza tym mi nie było. Jak podniosłam wzrok zobaczyłam, że leżę na chłopcu z klasy wyżej. Wszystkie dziewczynki w szkole wzdychały do niego, bo był śliczny, tajemniczy i z tego co wiem, jego rodzice byli bogaci. Ja jednak byłam przestraszona, bo mimo, że czułam, że mnie nadal trzyma, to nie otwierał oczu.

— Dob… — zaczęłam, ale on w tym momencie mocno otworzy oczy.

Aż się zaczerwieniłam, widząc po raz pierwszy z bliska tak piękne, zielono-niebieskie oczy.

— Czyś ty oszalała! — nagle wydarł się na mnie. — Prawie zginęłaś!

— Ja… — zaczęłam i poczułam w końcu łzy — szok i adrenalina odeszły. — Przepraszam… przepraszam — chlipałam, a on nagle zaczął głaskać mnie po głowie, aż zaskoczona uniosłam zapłakany wzrok.

— Dobrze, już dobrze — powiedział i odetchnął. — Tylko nie rób takich rzeczy więcej — poprosił.

Spuściłam wzrok.

Jego ręka od razu znieruchomiała na mojej głowie.

— Obiecaj — powiedział.

Nie chciałam obiecywać. Bo czułam, że tak będzie jeszcze nie raz.

— Ob… — nagle urwał, bo zostaliśmy otoczeni.

Moja mama zdjęła mnie z niego i uścisnęła płacząc, a jego widocznie podniósł ojciec.

— Dante, synu, dobrze się czujesz?

— Tak tato.

— A ty Marielle? Córeczko? — mama płakała.

— Tak… D… Dante mnie uratował — wyznałam, na co ona zaczęła mu od razu dziękować.

— Nic nie zrobiłem proszę pani — powiedział skromnie. — Tylko ją zabrałem z ulicy. A ty — wskazał na mnie nagle palcem. — Masz teraz u mnie dług.

Wtedy byłam zaskoczona tymi słowami i tak naprawdę nie miałam pojęcia, co będzie się z nimi wiązało.

Rozdział 2

Marielle


Kiedy następnego dnia przyszłam do szkoły, inni patrzyli na mnie, jakby nie wiedzieli, co zrobić — ci w mojej klasie byli wyraźnie zmieszani, bo wiedzieli, że to przez nich niemal wpadłam pod samochód. Jednak nikt ze mną nie rozmawiał — odwracali tylko zawstydzeni wzrok.

A przynajmniej do pierwszej przerwy.

— Hej, hej, ty jesteś Marielle, prawda? To ciebie uratował Dante?

— Yyy… — zmieszana nie wiedziałam, co robić, ani gdzie podziać oczy. Byłam otoczona chyba wszystkimi dziewczynami z części gimnazjalnej.

— On jest taki boski! — zaczęły się rozpływać. — Jest w pierwszej gimnazjum, a to takie ciacho… — mówiła to bez wątpienia dziewczyna z ostatniej klasy gimka.

Nagle na dworze rozległy się piski jak w jakimś filmie i tamte zostawiły mnie, by pognać do bramy. Zerknęłam przez okno i zobaczyłam, że to owe „boskie ciacho” przyszło do szkoły.

Normalnie traktowali go jak jakiegoś bożyszcza albo gwiazdę filmową.

Przyglądałam sie chwilkę.

Mimo, że wyraźnie to on przyjął na siebie cały impet naszego upadku, szedł normalnie, bez problemu — podczas gdy ja miałam zwichniętą kostkę i szłam o kuli.

Zerkałam za nim cały dzień, próbując znaleźć okazję, by mu podziękować. Zawdzięczałam mu życie — nie mogłam tak po prostu tego zignorować.

Uratował mnie. Mnie — największe szkolne dziwadło.

Kogoś, kto dla wszystkich nie był nawet wart cichych słów przeprosin.

Mijał dzień, a ja czułam się coraz bardziej bezsilna — cały czas był otoczony innymi ludźmi. Nie miałam nawet jak do niego podejść.

Zaskoczona jednak, zaraz na drugiej przerwie, coś zauważyłam, tak próbując chyłkiem wyczuć moment, by to zrobić.

Było widać, że mimo, iż wokół niego było pełno ludzi, on wyraźnie ich ignorował — wyglądało to, jakby myślał „gadajcie sobie co chcecie, mnie to i tak nie interesuje” albo nawet: „Boże, róbcie co chcecie i się odczepcie w końcu”.

Podejrzewałam, że była to jedna z tych rzeczy, które powodowały, że był taki tajemniczy i zarazem przez to tak ludzie się koło niego kręcili — słowa „intrygujący bad boy” pojawiły się w mojej głowie.

Kiedy w końcu skończyły się lekcje, byłam już zmęczona i sfrustrowana. Nie udało mi się go złapać, do tego pewnie już dawno pojechał do domu — jego fanki w pewnym momencie znikły.

— Cholera — powiedziałam po polsku, gdy jeszcze na dodatek torba zaczęła mi ciążyć na ramieniu.

Naprawdę źle się chodzi z plecakiem na ramieniu, gdy się ma skręconą kostkę i łazi o jednej kuli.

Stanęłam i próbowałam ją poprawić — wiedziałam, że nie ma sensu pytać kogokolwiek o pomoc, bo i tak bym jej nie otrzymała.

Wtedy usłyszałam:

— Nie masz języka? — I zdjęto mi torbę z ramienia. — Cholera, co ty tam masz? Cegły?

Obróciłam głowę i zobaczyłam Dantego.

— Co się tak dziwnie patrzysz? — zapytał.

Zamrugałam zaskoczona i palnęłam:

— Gdzie twoja świta?

— Świta? — zapytał, wyraźnie rozbawiony. — Chodzi ci o tych natrętów? Zgubiłem ich — wyznał z chytra miną. — Pewnie siedzą nadal pod męskim kiblem i czekają aż wyjdę.

Ruszył do przodu z moim plecakiem, ale zaraz przystanął i spytał:

— Idziesz?

Zaskoczona bez słowa poczłapałam za nim, idąc trochę z tyłu, ale w pewnym momencie zwolnił i się zrównaliśmy.

— Gdzie twój plecak? — zapytałam.

— W łazience — znów ten chytry uśmiech. — To da nam jakieś piętnaście minut, nim się połapią, że mnie tam niema.

Zamrugałam z wrażenia.

— Po co zwiałeś? — nie pojmowałam. — Chyba nie po to, żeby tu przyjść… — zamilkłam, oszołomiona samym tym, że wpadło mi coś takiego do głowy.

— Sorki, na pewno nie dlatego, co ja gadam — zaczęłam spanikowana, stojąc przerażona w miejscu.

Znowu, znowu się dziwnie zachowuję. On zaraz…

Poczułam, jak podnosi mi brodę, i napotkałam jego oczy.

— A nawet jeśli, to co? — zamrugałam na tę szczerość. — Widziałem cię na każdej przerwie — wyznał — ale nie podchodziłaś, to sam się pofatygowałem — jego wzrok nagle stał sie ciemny, a uśmiech… — Chyba masz mi coś do powiedzenia, prawda?

Aż przełknęłam ślinę. Wyglądał jak jakiś złośliwy chochlik skrzyżowany z elfem.

— T-tak! — zawołałam, przypominając sobie wszystko — Dziękuję. Bardzo dziękuję. Uratowałeś mi życie, chciałam ci podziękować cały dzień ale…

Wtedy przybliżył bardziej twarz, ciągle trzymając moją brodę.

— C-co się stało? — zapytałam trochę podenerwowana.

Wtedy uśmiechnął się, ale nie był to serdeczny uśmiech. Był to uśmiech pełen rozbawienia.

— Myślisz, że takie przeprosiny wystarczą?

Moje powieki znów opadły i uniosły się.

— A co mam jeszcze zrobić? — zapytałam, czując nagle podejrzliwość. — W lekcjach ci nie pomogę, a tym bardziej…

— Mam pewną myśl, ale pogadamy o niej później.

Wtedy poczułam, jak zmrużają mi się oczy.

— Co ty knujesz?

Wtedy jego uśmiech — czułam, że mimowolnie, ale jednak — poszerza się.

— Ktoś tu chyba nie jest taką myszką, za jaką wszyscy ją biorą.

Wtedy mnie puścił i wyprostował się.

— Chodź. Twoja mama pewnie już na ciebie czeka.

Skołowana poszłam za nim.

I faktycznie, jak wyszliśmy przed budynek, mama juz czekała.

Byłam pewna, że Dante odda mi plecak i wróci do szkoły, by nikt go nie zauważył, on jednak poszedł dalej, i odprowadził mnie do samochodu.

— Och, to ty — mama wyszła z samochodu i jeszcze raz mu podziękowała.

— Niech pani nie dziękuje — poprosił. — Mam jednak do pani prośbę. Czy przywiozłaby pani Marielle do domu moich rodziców? Wiem, że ma problemy z matematyką i z chęcią jej pomogę.

Patrzyłam na niego z rozdziawioną gębą i miną osła.

— Och… oczywiście, każda pomoc się jej przyda. — I zaczęła ubolewać nad moimi stopniami.

— Proszę, tu jest adres — wyciągnął skądś karteczkę. — Może być szesnasta?

— Oczywiście — mama była wyraźnie szczęśliwa.

A ja nie wiedziałam, co myśleć.

Mama poszła usiąść za kierownicę, a ja chciałam otworzyć drzwi od samochodu. Te jednak otworzyły się przede mną ze słowami:

— Proszę aniołku.

Kiedy zobaczyłam jego psotny uśmiech, bez słowa wsiadłam, a on zamknął za mną drzwi. Zapukał jednak zaraz w szybę, którą mama skwapliwie odsunęła w dół.

— Do zobaczenia — powiedział, a ja tylko kiwnęłam głową.

Kiedy odjeżdżałyśmy, mama zasypywała mnie zaskoczona pytaniami.

Pytaniami, na które sama nie znałam odpowiedzi.

Rozdział 3

Marielle


Kochanie… nie mów mi, że Tak chcesz się tam pokazać — mina mamy była pełna jednego słowa: cierpienia.

Skrzyżowałam ręce na za dużej białej koszulce z wizerunkiem Goku, bardziej znanego w Polsce jako „Songo” z japońskiego anime Dragon Ball.

— A jest jakiś problem?

— No wiesz… miałam wrażenie, że mu się podobasz… nie sądzisz, że dobrze by było się pokazać z jak najlepszej strony? — uśmiechnęła się, chcąc mnie podejść.

Ale ja od razu poczułam smutek.

— Mami, wiesz, że to i tak bez znaczenia. Na początku będzie dobrze, jak zawsze. Potem się znudzi, jak każdy.

Czułam, że mama próbuje przywołać w sobie jakieś dobre słowa, ale ona także zauważyła, że tak się dzieje — i to od zawsze.

— Może tym razem będzie inaczej — powiedziała w końcu.

Uśmiechnęłam się ze smutkiem.

— Nie podsuwaj mi tego, dobrze? — poprosiłam, czując, jak oczy robią mi się mokre. — Już zbyt często łapałam się nadziei.

Odwróciłam się tyłem i zgarbiłam, a ona mnie przytuliła.

— Nie rozumiem tego — wyznała. W jej głosie także czułam łzy. — Jesteś taka kochana i ciepła. Martwisz się o każdego, gdybyś mogła przygarnęłabyś każdego zwierzaka do siebie i każdego obdarzyła bezgraniczną miłością. Dlaczego więc…

Płakałyśmy przez chwilę razem, tuląc się do siebie.

— Kochanie, obiecaj mi jedno — poprosiła. — Nie poddawaj się.

— Okej — zdołałam powiedzieć.

I tak nie miałam większych nadziei. Dante pewnie był tylko zaciekawiony.

Bo nie było szans, żeby takiemu chłopakowi, podała się dziewczyna taka jak Ja.


Pół godziny później byłyśmy w drodze. Mama namówiła mnie tylko na zmianę za dużej koszulki, na taka „akurat” — był na niej również Goku, ale z limitowanej wersji bluzki, na której był dorosły ze swoim synkiem Gohanem.

Nie miałam zamiaru się stroić. I tak nic by mi to nie pomogło.

— Spory dom — zauważyła, gdy wjechałyśmy na podjazd i spojrzała z paniką na moją bluzkę.

Poczułam, że mam ogromną ochotę wybuchnąć śmiechem na jej cierpiętnicza minę.

Gdy parkowałyśmy przed domem, trzęsłam się już od powstrzymywanego śmiechu, widząc jak jej mina robi się coraz bardziej cierpiętnicza.

Kiedy ktoś otworzył drzwi, usłyszałam jej jęk i nie wytrzymałam — wybuchłam radosnym, gromkim śmiechem, aż się poryczałam.

— Mari, zlituj się nade mną… — błagała mnie szeptem.

Ja jednak śmiałam się dalej, dopóki nie usłyszałam:

— No proszę, czyli umiesz się śmiać.

Zerknęłam przez łzy na Dantego, który stał przy moich drzwiach — nadal trzęsłam się z rozbawienia. Próbowałam się uspokoić, więc zatkałam usta, ale jak usłyszałam kolejny jęk mamy wybuchłam ponownie.

Mój wzrok znów padł na Dantego — jego twarz także rozciągał uśmiech — szeroki i na dodatek inny niż w szkole.

Wyglądał po prostu na szczery.

Na ten widok trochę się uspokoiłam, czując się po prostu miło, że go takiego zobaczyłam.

Usłyszałam teraz pełne cierpienia westchniecie mamy, po czym powiedziała:

— Pomogę ci wyjść.

— Nie trzeba, poradzimy sobie — odezwał się od razu Dante i wyciągnął do mnie ręce.

— Czekaj — próbowałam się pozbierać, wycierając dłońmi twarz, bo jak zwykle nie miałam przy sobie chusteczek. — Jestem cała mokra od tych łez.

— I co z tego? — zapytał i bez ceregieli złapał moje ręce, ciągnąc je.

Gdy niemal wypadłam z samochodu i stanęłam zwichnięta stopą na ziemię, złapał mnie tak, że mnie podniósł. I to dosłownie!

W jednym momencie byłam w samochodzie, w drugiej trzymał mnie na rękach. I to trzymał jak jakąś księżniczkę!

Kiedy uniosłam głowę, by coś powiedzieć, spotkały się nasze spojrzenia i on… wyglądał, jakby sam był zaskoczony tym, co robi.

— Um… — zaczął nagle i zobaczyłam, że się zmieszał. — Tak, lepiej żebyś nie stawała na tą nogę — rzekł i postawił mnie ostrożnie.

Jednak zdziwiona czułam, że nadal mnie podtrzymuje, sięgając po moją kulę — poczułam rumieniec, bo pierwszy raz byłam tak blisko chłopaka, który nie był moim tatą.

— Umm… to… zostawiam ją w twojej opiece — rzekła mama.

Po raz pierwszy widziałam, by była tak czerwona.

Choć, bądźmy szczerzy, nie byłam lepsza. Zaraz jednak się otrząsnęłam, bo mama odjechała i zostaliśmy we dwoje.

— Trzymaj — Dante podłożył mi kulę pod ramię i mnie puścił. Poczułam lekki smutek. Zaraz jednak spytał: — Czemu tak się śmiałaś?

— Um… — chyba zaczęłam rozumieć mamę. Mogłam założyć coś ładniejszego… — Nie — powiedziałam na głos i otrząsnęłam się.

— Co „nie”? — nie rozumiał.

— Ja… — zaczęłam. Już miałam myśl, by ściemnić, ale uznałam, że to nie ma znaczenia. — Miałam właśnie głupią myśl, że mogłam ubrać się lepiej, jadać tutaj — wyznałam brutalnie szczerze. — Ale uświadomiłam sobie, że to i tak byłoby bez znaczenia.

— Dlaczego? — zapytał.

Wyglądał na szczerze zaciekawionego.

— Bo będzie jak zwykle — rzekłam i zaczęłam kuśtykać w stronę domu.

Przez chwilę tak szłam, gdy nagle przebiegł obok mnie i mnie zatrzymał.

— To znaczy jak? — zapytał.

Już otwierałam usta, ale zamiast wyjaśnić, zapytałam:

— Nie skomentujesz tego? — wskazałam swoją bluzkę.

Wtedy zmrużył oczy.

— A co chcesz, żebym powiedział? — zapytał, krzyżując ręce na piersi, patrząc podejrzliwie.

— Prawdę — powiedziałam tylko.

— Chcesz prawdę? — zapytał. — Okej — wtedy podszedł bliżej i po prostu złapał za dół mojej bluzki, by lepiej się jej przyjrzeć. Trochę mnie zaskoczył taką bezpośredniością.

Nagle zamrugał i spojrzał na mnie z rozdziawioną gębą.

— To limitowana wersja „Goku i Gohan”. Skąd ty ją wytrzasnęłaś? — zapytał w wyraźnym szoku.

Zamrugałam zaskoczona.

— Znalazłam w internecie — wyjaśniłam z szeroko otwartymi oczami — a rodzice dołożyli mi do tego co uzbierałam i sprowadziłam ze stanów.

Wtedy jego twarz ponownie rozciągnął ten szeroki, szczery uśmiech.

— Nie wiesz, czy jakieś jeszcze są? — zapytał, a ja byłam w takim szoku, że zapomniałam o zawstydzeniu.

— Hm… — zamyśliłam się. — Wiem, że było jeszcze kilka sztuk, ale co jakiś czas pojawiają się nowe wzory…

— Widziałaś tą wersję z Goku i jego żoną? — zapytał nagle.

— Jasne! — zawołałam od razu. — Ta koszulka jest jeszcze z czasów, gdy Chichi uczestniczyła w turnieju w pierwszym sezonie…

— No, świetne to było — przyznał od razu skwapliwie. — Byłem ciekaw, czy będą mieć dzieciaki, a tu dwóch synów!

— Uhm, a spodziewałeś się, że Bulma będzie z Vagetą? — zapytałam, coraz bardziej zaskoczona i szczęśliwa.

Pierwszy raz rozmawiałam z kimś, kto tak dobrze zna tą serią.

— Za cholerę — przyznał. — I do tego mają syna i córkę.

— A Vegeta to nadopiekuńczy tatuś! — zawołałam ze śmiechem.

— Jak to zobaczyłem, to myślałem że padnę! — śmiał się razem ze mną.

Nagle spojrzał na mnie zaskoczony.

— Nie sądziłem, że spotkam dziewczynę, która tak dobrze zna Dragon Ball. Ba, że w ogóle to ogląda — kręcił głową w szoku. — Myślałem, że dziewczyny nie znoszą takich rzeczy, że tylko im kiecki i kosmetyki w głowach… — zamilkł i nagle zlustrował mnie wzrokiem.

Od razu poznałam to spojrzenie. Nie wiedział, gdzie mnie wcisnąć.

— Co? — zapytałam, krzyżując ręce na piersi. Nie miałam zamiaru dać się zwątpieniu. Niech myśli, co chce. — Myślałeś, że wszyscy będę za tobą chodzić sznurkiem? — zapytałam go wojowniczo.

— No cóż… — zaczął, ale zamilkł, patrząc na mnie w skupieniu. — Wiesz, szczerze mówiąc, to jesteś pierwsza osobą, która przychodząc tutaj nie…

— Podlizuje się? — zapytałam.

Kiwnął bez słowa głową.

— No dodatek — mówił dalej. — Ubrałaś się…

— Jak? — zapytałam znów buntowniczo. — Brzydko?

— Normalnie — sprecyzował, a ja wyczułam jego szczerość. — Zwykle… — od razu dostrzegłam, że zacisnął pięści. I zrozumiałam, że coś mi tu nie gra. — No nic. Chodźmy lepiej do domu… — odwrócił się w stronę budynku i usłyszałam jego burkniecie: — No i czego się gapicie?

Zamrugałam zaskoczona i spojrzałam tam gdzie on. Gwałtownie spaliłam buraka — wyglądało to tak, jakby wszyscy z domu przyszli, żeby się po gapić.

— Dzi… dzień dobry — powiedziałam, nagle zestresowana.

Wszyscy uśmiechnęli się do mnie z taką sympatią, że poczułam jeszcze większy rumieniec.

— Witaj skarbie — zobaczyłam ojca Dantego jak schodzi ze schodów. — Miło cię widzieć. Jak noga? — jego głos był pełen szczerej troski.

— Jest lepiej — wyznałam, poruszona tym uczuciem. — Doktor powiedział, że ze dwa tygodnie i będzie jak nowa.

W jego oczach było widać prawdę — szczerze się o mnie martwił.

— Naprawdę — dodałam, chcąc go jakoś uspokoić. — Gdyby nie Dante, pewnie bym tu nie stała.

— No to… — zaczął, ale Dante mu przerwał:

— Oj, dajcie spokój — poczułam zaskoczona, jak Dante mnie unosi i aż pisnęłam ze strachu, bo już widziałam oczami wyobraźni, jak jego nogi się łamią pod moim ciężarem.

Nie byłam drobnym kwiatkiem jak większość dziewczyn w moim wieku — miałam trochę nadwagi, musiałam ważyć więcej niż On!

Kiedy ruszył do domu byłam w szoku — musiał być dużo silniejszy niż sie wydawało. Uniosłam wzrok, żeby sprawdzić, czy nie niesie mnie po prostu siłą woli albo czymś, ale nie zobaczyłam na niej żadnych oznak wysiłku. Był nadąsany i zirytowany… a na jego twarzy był najprawdziwszy rumieniec.

Dante niósł mnie tak i niósł, aż w pewnym momencie wydało mi się to dziwne.

— Czy ty w ogóle nie odczuwasz czyjegoś ciężaru?

— Co? — zamarł i nagle postawił mnie. — Przepraszam, to chyba był rzut adrenaliny, czy coś… — tłumaczył, ale było to jakieś nienaturalne.

Zerknął na mnie — moja mina, wiedziałam, była podejrzliwa.

— No co? — nagle to on przybrał wojowniczą postawę. — Masz jakiś problem? Tak? To już cię nie będę nosił. Zadowolona?

I ruszył przed siebie.

Milczałam, patrząc na jego plecy. Zwykle ludzie w takich wypadkach mnie olewali. Najprawdopodobniej w takiej sytuacji u kogoś innego usłyszałabym „dzwoń po mamę, nie chcę cię tu już więcej widzieć”.

Tymczasem on znów mnie zaskoczył. Zobaczyłam jak przystaje, a jego drobnym, choć dużo wyższym ode mnie ciałem wstrząsa mocne westchnięcie.

— Czemu tak sterczysz?

— Czekam, aż każesz mi jechać do domu — wyznałam.

Wtedy obrócił się z autentycznym szokiem na twarzy.

— Dlaczego miałbym cię wygonić?

Zamrugałam z nie mniejszym szokiem.

— Jak to „dlaczego”? Tak… — zamilkłam, spuszczając wzrok i cofnęłam się lekko, obejmując wolną ręką swój łokieć.

Podszedł do mnie powoli.

— Wiesz, nie raz widziałem cię w szkole — wyznał nagle, a ja uniosłam zaskoczona wzrok. — Słyszałem dość sporo na twój temat — przyznał. — Do tego większość tego, co do mnie docierało, nie trzymało się kupy.

— No cóż — wyminęłam go niezdarnie i zaczęłam kuśtykać w stronę, gdzie przed chwilą szedł. — Pewnie i tak większość to prawda — wyznałam i wtedy przystanęłam. — To dlatego — powiedziałam nagle. — To dlatego mnie tu zaprosiłeś. — Pojęłam. — Pewnie chciałeś się po śmiać ze szkolnego dziwadła. Gdzie jest reszta? — zapytałam ostro.

— Jaka reszta?

— Reszta dzieciaków, które pewnie teraz mnie nagrywają, patrząc jak robię z siebie kretynkę.

— O czym ty gadasz? — zapytał zirytowanym tonem, a ja się obróciłam do niego krzycząc:

— Nie kłam! Założę się, że jutro będę jeszcze większym pośmiewiskiem, bo głupia dałam się tu zaprosić!

Jak mogłam być taka głupia? Jaki mógł być inny powód tego, że taki chłopak mnie do siebie zaprosił?

— Przestań do cholery! — zawołał. — Nikt cię nie nagrywa!

— A więc po co mnie tu zaprosiłeś?! — zawołałam.

Niech to wyzna, niech w końcu powie prawdę…

— Bo jesteś mi coś winna! — zawołał wtedy.

— Ach tak? Jestem ci coś winna? — zapytałam zranionym tonem. — Dobra, więc kończmy tę farsę i gadaj co chcesz! Mam goła pobiec po twoim domu? Czy może wyznać coś kompromitującego do kamery, a potem ty to wszystkim pokażesz?!

Milczał. Byłam tak zraniona tym, że dałam się oszukać, że dopiero po chwili zrozumiałam, co wyraża jego twarz.

Był… niemniej zraniony jak ja.

Kiedy zobaczyłam, jak jego głowa opada i jak się odwraca, miałam wrażenie, jakbym patrzyła we własne lustro.

I zrozumiałam, że nie miałam racji.

On Naprawdę chciał mnie poznać.

Kiedy usłyszałam jego pusty głos:

— Dobrze, zapomnijmy o sprawie — powiedział cicho. — Chcę tylko, byś wiedziała, że to nieprawda. Nigdy się z ciebie nie śmiałem i nie miałem zamiaru… Poproszę tatę, żeby odwiózł cię do domu.

Popłakałam się. Po raz pierwszy ktoś wyciągnął do mnie rękę… a ja ją ze strachu odrzuciłam.

— Czemu? — wychlipałam. — Czemu ja wszystko robię źle? Czemu ja muszę zawsze się przez to bać? Czemu nie mogę być po prostu normalna? Czemu…

Niechcący nacisnęłam mocniej zranioną stopą o ziemię i zaczęłam mocniej płakać, bo przeszył mnie jeszcze ból nogi. Nie oczekiwałam pomocy, nie po raz drugi — nie po tym, jak wyraźnie go skrzywdziłam.

— Nie stawaj na tą stopę — usłyszałam nagle i poczułam jak Dante mnie podtrzymuje.

Szarpnęłam się gwałtownie zaskoczona jego dotykiem — nawet go nie usłyszałam i zaczęłam lecieć w dół.

Kiedy padłam na plecy, od razu zorientowałam się, że nawet tyłek mnie nie boli.

Poczułam za to, jak obejmują mnie od dołu chłopięce dłonie.

— W końcu naprawdę się zabijesz — powiedział pode mną, a ja obróciłam się lekko.

Zobaczyłam, że jest wyraźnie zmęczony.

— Przepraszam — powiedziałam i pociągłam nosem.

On mnie znów uratował… nawet po tym, jak go oskarżyłam…

— Nic mi nie jest, także nie przepraszaj… — poprosił cicho.

— Nie za to przepraszam — powiedziałam i uniosłam się z niego, by usiąść na ziemi. Czy mi wybaczy? Czy… dałby mi jeszcze jedną szansę? Wątpiłam, ale… chciałam spróbować,

Kiedy również się uniósł, wyznałam ze wstydem:

— Chciałam cię przeprosić ze to, co powiedziałam. Nie chciałam cię zranić — patrzyłam w ziemię, próbując opanować potok łez.

— Nie jesteś pierwszą osobą, która to zrobiła — wyznał cicho. — Dlatego nie przejmuj się — uniosłam spojrzenie i zobaczyłam jego uśmiech — znów ten ze szkoły, całkowicie nieszczery. — Jestem już zaprawiony w tego typu bojach.

— Do nich nie można się zaprawić — szepnęłam.

— Tak ci się wydaje, ale…

— Nie można! — krzyknęłam, widząc po raz pierwszy, jak bardzo ten rozchwytywany, traktowany jak szkolna gwiazda chłopak cierpi. Wyznałam, nim się połapałam, co chcę powiedzieć: — Ja od lat próbuję i zawsze boli tak samo! Dlatego nie mów proszę, że można się przyzwyczaić do pustki, to… — to jest przerażające. Człowiek czuje się jak kawałek gówna za każdym razem, gdy ludzie odpychają go tylko dlatego, że jest inny!

Popłakałam się ponownie, a moje wielkie łzy skapywały na dywan. Miałam zamknięte oczy, ale nawet to ich nie powstrzymywało.

— Skąd w takim małym ciele tyle bólu? — usłyszałam jego ciche słowa. — I dlaczego… to akurat Ty tak bardzo mnie rozumiesz?

Poczułam, jak opiera czoło o moją głowę. Otworzyłam zapłakane oczy i zobaczyłam, że obok moich łez skapują inne.

Milczeliśmy, nawzajem zasłaniając swoje twarz, pozwalając lecieć łzom, zrodzonym z naszego bólu.

Ta chwila była dla nas bardzo ważna. To w niej zrozumieliśmy, że dzielimy ten sam rodzaj cierpienia. Mimo różnic między nami, oboje byliśmy samotni.

Kiedy łzy wyschły, nieświadomie nadal opieraliśmy o siebie nasze głowy.

— Zostaniesz? — poprosił Dante. — Czy… czy opowiesz mi?

Pociągłam nosem.

— A ty też powiesz prawdę? — zapytałam.

Chciałam go zrozumieć. Chciałam… chciałam go poznać. Prawdziwego Dantego. Nie tego ze szkoły. Tylko tego, który siedział teraz tu ze mną, który był zupełnie inny niż ten, którego widywałam na co dzień.

Poczułam, jak kiwa głową i wyznaje:

— Powiem. Choć nie do końca wiem jak — wyznał z bólem.

— Ja też — wyznałam z nie mniejszym cierpieniem. — Rodzice nigdy nie zrozumieli…

— Moi także — wyznał. — To… może my spróbujemy?

Odsunęliśmy się i spojrzeliśmy na siebie.

Uśmiechnęłam się przez łzy.

— Dobrze.

Zamrugał wtedy i zobaczyłam, jak zasłania usta dłonią.

— Wszystko okej? — zaniepokoiłam się widząc to.

Wstał w odpowiedzi i na chwilę się odwrócił — wydawało mi się, że bierze głęboki oddech. Zaraz jednak wyciągnął do mnie dłoń i pomógł wstać.

— Chodź. Tam jest mój pokój.

Patrzyłam na niego przez chwilę.

— Co? — zapytał, widząc to.

Wyznałam cicho:

— Jesteś… bardzo miły, wiesz?

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 11.6
drukowana A5
za 23.38