E-book
29.99
drukowana A5
70.86
Moim domem jesteś Ty

Bezpłatny fragment - Moim domem jesteś Ty


Objętość:
453 str.
ISBN:
978-83-8455-060-1
E-book
za 29.99
drukowana A5
za 70.86

Marika

— Tak to właśnie powinno wyglądać! Znacie się… jakieś pół życia, przetestowałaś go we wszelkich możliwych sytuacjach. A że nie jesteście parą? Trudno. Żeby wyjść za mąż, wcale nie trzeba darzyć faceta dozgonną miłością. Miłość platoniczna do przyjaciela w zupełności wystarczy. Wszystkiego mieć nie można — oznajmiła Olka zdecydowanym tonem i wychyliła się, żeby wziąć z miski cebulowego chipsa.

— Technicznie rzecz biorąc, to jednak znamy się mniej niż pół życia — mruknęłam, na co Olka przewróciła oczami z rozdrażnieniem, jakbym tymi wyliczeniami umniejszała wagę jej wypowiedzi.

Nieco zażenowana omiotłam wzrokiem ustawione na stole talerzyki i miski. Gotowanie nigdy nie należało do moich pasji. Także tym razem poszłam na łatwiznę, przywożąc z okolicznego marketu do domu rodziców gotowe przekąski — chipsy, krakersy, winogrona, sery i faszerowane papryczki. Z tego wytwornego zestawu najbardziej pracochłonne okazało się pokrojenie sera i ułożenie go na desce. Trzeba było zrobić choćby przekąski z ciasta francuskiego — pomyślałam.

Sytuacja była zdecydowanie z gatunku tych, które wymagają większego rozmachu. Początkowo zmylenie zaproszonych gości — rodziców, brata i bratowej oraz przyjaciółki Olki — niezbyt wyszukanym poczęstunkiem wydawało mi się dobrym pomysłem, jednak teraz poczułam się głupio. W końcu i tak wszyscy wyczuli po moim niecodziennym zaproszeniu, że święci się coś dużego. Teraz za to rozmawiamy o moim rychłym zamążpójściu, popijając mrożoną kawą… cebulowe chipsy. Nieładnie, Marika.

— Olka, przez ciebie to akurat przemawia trwający rozwód, ale zakładam, że Marice właśnie o to chodzi. W sensie, o różne punkty widzenia. Prawda? — zwrócił się do mnie mój młodszy brat Wojtek, ale nie czekał na moją odpowiedź. — To kto następny? Mamo? Tato? — zapytał jeszcze, patrząc na rodziców.

— Hej, ale to prawda — obruszyła się Olka. Przeszła zza stołu na kanapę i usiadła na niej po turecku. — Szalona, romantyczna miłość po ostatniej akcji z Tomkiem wyszła mi już bokiem, więc jeśli kiedykolwiek wyjdę jeszcze za mąż, to tylko z rozsądku — zastrzegła, odrzucając do tyłu długie włosy i patrząc zadziornie na wszystkich.

No tak, cała Olka. Wydaje się pewna siebie i stanowcza, ale w gruncie rzeczy to bardzo ciepła, ufna i troskliwa osoba. Niestety jej prawie już były mąż okazał się być patologicznym kłamcą, na dodatek tonącym w skrywanych przed nią długach. Moja przyjaciółka nie wybaczyła mu ani jednego, ani drugiego.

— Córeczko — zaczęła mama ostrożnie, splatając dłonie na kolanach i prostując się. Najwidoczniej postanowiła udać, że nie słyszy zaczepnego komentarza Oli. — Wiesz, że bardzo lubimy Czarka. Zresztą, kto w naszym mieście go nie lubi? Chyba nie ma tu osoby, która nie miałaby choć jednego mebla z jego warsztatu. Chciałabym tylko, żebyś była pewna tego, co robisz i co możesz stracić. Może nie warto się poddawać i wychodzić za mąż z rozsądku? Za przyjaciela? To trochę za mało, żeby utrzymać małżeństwo — tu już do głosu mamy wkradła się nuta paniki, a ona sama spojrzała na mnie błagalnie.

— A ja bym chciała wiedzieć, czy ty będziesz z nim sypiać? — zainteresowała się nagle moja młodsza siostra Marcelina, która uczestniczyła w tym spotkaniu za pomocą kamerki na WhatsApp i, jak to ona, nie czuła oporów przed wyciągnięciem na światło dzienne wszystkich aspektów sprawy.

Mama aż się zapowietrzyła.

— Na Boga, Marcela. Nie wypada pytać o takie rzeczy dorosłej kobiety!

Na chwilę zapadła niewygodna cisza.

— Ale… będziesz? — spytała po krótkiej pauzie, a w jej oczach zobaczyłam ciekawskie chochliki.

— Oczywiście, że będzie — powiedziała Olka obojętnie. — Marika ma trzydzieści pięć lat i zapewniam panią, że Czarek nie jest jedynym mężczyzną, z którym prześpi się lub już przespała, nie będąc w nim beznadziejnie zakochaną. Prawda, Marika? Poza tym, ja bym wcale nie dała sobie ręki uciąć, że ona się w Czarku nie podkochuje. I to od lat.

Tego było już trochę zbyt wiele.

— Przepraszam was bardzo, ale nie będę z wami wszystkimi omawiać mojego życia intymnego — powiedziałam gwałtownie, czując, że ta rozmowa idzie za daleko.

Musiałam szybko interweniować, zanim Marcelina lub Olka postanowią opowiedzieć wszystkim o moich łóżkowych ekscesach. Może i byliśmy otwartą i zżytą rodziną, ale co za dużo, to niezdrowo.

— Pytam was o zdanie dlatego, że zależy mi na waszej opinii, nawet jeśli decyzja jest już podjęta. Bo jest — oznajmiłam twardo. — Ślub się odbędzie i to już postanowione. Poczułam, że mam ochotę się ustatkować i nie liczę na pojawienie się księcia na białym koniu. Chcę zmienić mieszkanie na większe, a sama nie zdołam wziąć kredytu na dwupoziomowe mieszkanie z tarasem. On też nie, a też by chciał. Niby możemy to zrobić razem bez ślubu, ale jednak ślub daje nam lepsze zabezpieczenie finansowe. A wiecie dobrze, że z Cezarym przyjaźnimy się od piętnastu lat. Przynajmniej od ostatnich trzech lat żadne z nas nie spotykało się już z nikim na dłużej. Dlaczego więc nie? Nie mam już ochoty szukać wielkiej miłości i liczyć na to, że ją spotkam. On też nie. Ile można liczyć na cud? Chcę tylko wiedzieć, czy będziecie po mojej stronie. To jak? Team Marika? — dodałam już łagodniejszym tonem, rozglądając się.

— Córcia, my zawsze jesteśmy team Marika — roześmiał się tata, jak zwykle rozładowując atmosferę. Powietrze w salonie od razu stało się lżejsze. Taka właśnie była supermoc taty. Objął przy tym ramieniem mamę, z której również w wyniku tego gestu wyraźnie zeszło napięcie. — Jesteś przecież dorosła. Uważam, że skoro tak postanowiłaś, to miałaś ku temu powody. Wiem, że to nie jest desperacka próba dopasowania się do społeczeństwa, bo przecież doskonale radzisz sobie sama. Ja jestem z tobą i odprowadzę cię nawet do ołtarza lub urzędu, jeśli tylko o to poprosisz — mrugnął do mnie.

— Ok, to chyba wszystko ustalone — powiedziała Olka rzeczowo. — Wszyscy są team Marika, tak? Bez wyjątków? Mogę już organizować wieczór panieński?

— Ja jestem — powiedział tata bez wahania.

— Ja też — dodała Marcela z ekranu telefonu.

— I ja — powiedziała mama po chwilę dłuższej przerwie, ale jednak stanowczym tonem.

— I my z Amelką oczywiście też — podsumował Wojtek. — Ale trudno nie zauważyć, że stara miłość nie rdzewieje — dodał, uśmiechając się błogo do swojej świeżo upieczonej żony, Amelii.

Przewróciłam oczami. Brat i bratowa znali się od podstawówki.

Amelia położyła ręce na mocno już zaokrąglonym brzuchu i odwzajemniła uśmiech.

— A nawet jak trochę rdzewieje, to nadal człowiek woli sprawdzone rozwiązania niż nowości. Każdy facet, choćby nie wiem jakie motyle i skowronki fruwały na początku, w końcu zaczyna szwankować, gubić skarpetki w drodze do kosza i chrapać przez sen. To ja już wolę stary model, przynajmniej wiem jak naprawiać… Swoją drogą, zrobiłbyś coś z tym chrapaniem — ziewnęła przeciągle, zwracając się do Wojtka. — Niedługo i tak będziemy musieli pożegnać się ze snem, wolałabym jeszcze skorzystać, póki mamy na to czas.

— Moja żona jak zawsze romantyczna — odburknął Wojtek, mimo woli trochę jednak rozbawiony. Pod każdym względem z trójki rodzeństwa to właśnie jemu życie idzie jak z płatka — wybrał najbystrzejszą i najładniejszą dziewczynę w klasie, poszedł z nią na studia i oboje ukończyli architekturę, następnie wzięli ślub i teraz wspólnie planują otworzyć rodzinny biznes architektoniczny. Na razie jednak Wojtek znalazł pracę w renomowanym biurze w Warszawie, gdzie zdobywa cenne doświadczenie pod okiem znanego w branży architekta. Nie da się ukryć, że na tle starszych sióstr jego życie było najbardziej uporządkowane.

— A Patryk już o wszystkim wie? Co on na to? — przypomniało się nagle bratu.

Patryk to młodszy brat mojego przyjaciela i narzeczonego w jednym, czyli Czarka. Nasi bracia chodzili razem do klasy, bawili się razem na podwórku i do dziś są najlepszymi przyjaciółmi. Dzięki nim się też poznaliśmy.

— Właśnie się dowiaduje — powiedziałam. — Specjalnie zaplanowaliśmy te rozmowy jednocześnie, żebyście nie zdążyli zabawić się z Patrykiem w głuchy telefon i zepsuć nam zabawę z patrzenia, jakie macie miny.

Moje myśli powędrowały w kierunku Cezarego. Jak sobie radzi? Czy jego rodzina z równym spokojem przyjęła wiadomość o naszej decyzji? Wątpiłam, żeby poszło tak dobrze jak u mnie, ale może nie było najgorzej.

Cezary

Marika wiedziała, że ta sama rozmowa przebiegnie w naszych rodzinach w zupełnie odmienny sposób. Chociaż nasi rodzice się znają, a nawet darzą sympatią, to jednak od zawsze atmosfera w naszych rodzinnych domach była zupełnie inna. Dom Mariki mnie zadziwiał — tam wszyscy zdawali się nie tylko słuchać siebie nawzajem, ale też akceptować swoje wzajemne wybory i nie wartościować ich na lepsze i gorsze. Ja natomiast jestem synem pary sadowników spod Tarczyna, prowadzących gospodarstwo rolne, dystrybuujące jabłka do okolicznych sklepów i cukierni. Tutaj też od urodzenia mieszkam. Moi rodzice wyznają raczej tradycyjne wartości, dlatego spodziewałem się nieprzychylnych reakcji na bombę, którą zamierzałem zrzucić im dzisiaj na głowy. Wiedziałem, że ostatecznie zaakceptują mój wybór — nigdy nie umieli jednak zrobić tego od razu, zwykle poprzedzone to było zupełnie zbędnym i krzywdzącym upustem rozczarowania i pretensji. Postanowiłem więc załatwić temat krótko i konkretnie, bez zbędnych ceregieli. Nie zamierzałem dawać im zbyt wiele czasu na zepsucie mojego entuzjazmu.

Spojrzałem na rodziców oraz brata, którzy w odpowiedzi na moje nagłe wezwanie zajęli miejsca obok siebie przy stole i powiedziałem:

— Mamo, tato i Patryku, mam dla was informację. W lipcu żenię się z Mariką. Uprzedzając wasze pytania, nie wróciliśmy do siebie i nie zaczęliśmy spotykać się na nowo. Po prostu oboje uznaliśmy, że nie ma sensu dłużej czekać na miłość życia, a przyjaźń może być równie dobrym fundamentem małżeństwa. Uznaliśmy, że wyjdzie nam to na dobre — dogadujemy się, tak czy inaczej spędzamy razem mnóstwo czasu, a na randki i tak już od dawna nie chodzimy. A jak nawet chodzimy, to kończy się to tylko kolejną smętną dyskusją przy pizzy, że nie było warto. Zdaję sobie sprawę, że to może być wbrew wartościom, które wyznajecie, ale będę wdzięczny, jeśli okażecie trochę wyrozumiałości. Z czasem przekonacie się, że to świetne rozwiązanie.

Dawno już przemyślałem, jak to powiedzieć i jakich słów użyć, żeby okazać stanowczość i dać im do zrozumienia, że decyzja została już podjęta. Jednocześnie nie chciałem zabrzmieć obcesowo. Wstrzymałem oddech i spojrzałem na nich z wyczekiwaniem.

Mama skrzywiła się z niesmakiem.

— Dlaczego chcesz się ożenić akurat z Mariką? Przecież ona nawet nie ma solidnej pracy! I wydaje mi się, że nie pasuje do ciebie, nawet jak się na was spojrzy, to… eehh…

— Mamo, wiele razy ci tłumaczyłem, że copywriting to też zawód, a Marika prowadzi własną działalność i nie brakuje jej klientów — odpowiedziałem cierpliwie. — To, że pracuje z domu, nie oznacza, że pracuje mniej albo wcale. A do tego w niektóre popołudnia uczy dzieci hiszpańskiego w szkole językowej, więc naprawdę ma co robić. Co do jej wyglądu, mamy dwudziesty pierwszy wiek, tatuaże i kolorowe pasemka nikogo już nie szokują — zakończyłem spokojnie. Byłem przygotowany na takie komentarze. — A nie ciekawi cię, dlaczego chcę wziąć ślub z przyjaciółką?

— Masz już swoje lata, lepiej z przyjaciółką niż wcale. Poza tym wolę, żebyś jednak miał żonę, niż żebyś był sam albo… no wiesz… — wzruszyła ramionami mama.

— Albo z facetem, tak jak ja? — wtrącił łagodnie Patryk, uśmiechając się do niej. — Nie martw się mamuś, Łukasz mnie kocha i dba o mnie, ja o niego też.

Podziwiałem mojego młodszego brata za ten spokój i wyrozumiałość wobec staroświeckich poglądów rodziców. Dlatego właśnie chciałem, żeby był przy tej rozmowie. Kiedy ja zaczynałem się wściekać i pieklić, Patryk przypominał mi swoim nastawieniem, że rodzice chcą dla nas tylko dobrze.

— A co do ciebie — brat zwrócił się do mnie tonem, w którym pobrzmiewało politowanie — to uważam, że to super pomysł, ale wcale nie dlatego, że bierzesz ślub z przyjaciółką. Przecież ty ją kochasz, głąbie, tylko z jakiegoś powodu od piętnastu lat udajesz, że wcale tak nie jest. Gratulacje, w końcu poszedłeś po rozum do głowy. Ona też wierzy w to białe małżeństwo z najlepszym kumplem, czy jest bardziej domyślna od ciebie?

— Jakie białe małżeństwo… znaczy, ekhem — odchrząknąłem. — Nieważne. No oczywiście, że wierzy. Patryk, między nami nie ma absolutnie nic od dawien dawna, a w międzyczasie ona była nawet zaręczona. Nie ma tu żadnej bajki. Po prostu rozsądek i praktyczne względy, to wszystko.

Wtedy mama postanowiła całkowicie mnie zaskoczyć.

— Wiesz co, właściwie to dobrze. Nie będziesz sam, może ona faktycznie o ciebie zadba, ugotuje coś, posprząta. Skoro już i tak siedzi w domu… Sąsiedzi przestaną gadać, co taki przystojny i zaradny chłopak do tej pory robi sam. No i ślub będzie, wesele! — klasnęła w dłonie, ucieszona perspektywą zabawy i pokazania całej wsi, że syn się żeni.

No tak, mogłem się domyślić. Perspektywa zaimponowania sąsiadom połączona z organizowaniem imprezy weselnej to dla niej gratka. Jakiś czas temu — mniej więcej wtedy, kiedy Patryk zjawił się w domu z Łukaszem — mama zorientowała się, że jednak na jego weselu na pewno się nie pobawi. A przynajmniej nie w Polsce i nie w najbliższym czasie. Mnie natomiast już dawno spisała na straty, aż tu nagle przyniosłem dobre nowiny. Poczułem się jednak w obowiązku sprostować jedną rzecz.

— Mamo, wesele rzeczywiście będzie, chociaż niewielkie. Ale ślubu kościelnego nie planujemy, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że jest to czysty układ przyjacielski.

— JAK TO? — zagrzmiał nagle ojciec, do tej pory milczący. Z wrażenia aż wstał. — Synu, bój się Boga! Najpierw oznajmiasz nam ni stąd ni zowąd, że się żenisz, a teraz okazuje się, że żenisz się jak bezbożnik? A gdzie jakaś wiara, tradycja? Chcesz się żenić — żeń się, dorosły jesteś! Marika przecież śliczna dziewczyna… — mama zgromiła tatę wzrokiem. — To znaczy wiadomo, pod warunkiem że włosy pomaluje na jeden kolor jak normalny człowiek, ale w końcu ładna, zgrabna… — mama spojrzała z niedowierzaniem na tatę, który jakby skulił się pod jej spojrzeniem i wytracił impet. — Nie tak cię wychowaliśmy z mamą! Nie tak! — zakończył w końcu tyradę, chociaż daleko już mu było do grzmienia. Usiadł i odsapnął.

— Uspokoiłeś się już? — zapytałem spokojnie, odginając się na krześle, zakładając nogę na nogę i splatając ręce tuż nad karkiem. Zmęczyła mnie już ta rozmowa. — Z całym szacunkiem, tato, ale to moje życie i moje wybory. O ile dobrze się orientuję, póki nie robię nimi nikomu krzywdy, masz ograniczone, a właściwie to żadne prawo nimi sterować. Może kiedyś dojdziemy do tego, żeby ten kościelny ślub wziąć. Na razie szykuj się na cywilny. Garnitur masz?

— Kupię — burknął tata. — W końcu ślub syna, prawdopodobnie jedyny.

— Jedyny — potwierdził Patryk, wzdychając.

— No dobrze, skoro tak… — wtrąciła mama. — To w takim razie w czym mogę ci pomóc?

— Po prostu bądźcie przy mnie i szanujcie moje wybory, dobrze? — zapytałem, nieco przybity przebiegiem tej rozmowy.

— Dobrze — powiedzieli jednocześnie mama i Patryk.

Tata tylko kiwnął głową.

Westchnąłem. Tak było zawsze. Wiedziałem, że rodzice nie chcą dla mnie źle i finalnie będą musieli zaakceptować moje decyzje. Zanim to jednak nastąpi, padnie z ich strony kilka przykrych, nieprzemyślanych i niepotrzebnych słów, które zepsują nastrój nie tylko mnie, ale także im. Nawet Patryk oberwał rykoszetem.

— Swoją drogą — mamo, jak śmiesz krytykować kolor włosów Mariki? To ja farbuję jej włosy od kilku lat — wtrącił Patryk, udając oburzenie. On zdecydowanie szybciej umiał otrząsnąć się z przykrego efektu tych niefortunnych rozmów.

— Ojej, przepraszam synku — powiedziała zmieszana mama. — Po prostu wiesz, to wasze pokolenie funkcjonuje zupełnie inaczej niż nasze, nie mogę się przyzwyczaić…

— Najwyższa pora, mamo. Poza tym wypraszam sobie, moje pokolenie, a pokolenie Mariki i Czarka to dwa różne światy. Odnośnie mojego pokolenia, Wojtek już wie? — zainteresował się Patryk.

— Wie — powiedziałem, zerkając na telefon. Marika dzwoniła dziesięć minut temu, a potem wysłała wiadomość. — Leć i dzwoń do niego.

— To sayonara! — rzucił tylko Patryk i pomknął z telefonem do innego pokoju.

— Sayonara — mruknąłem pod nosem.

Pożegnałem się z rodzicami i również wyszedłem z salonu.

Marika

— No i jak? — rzuciłam do telefonu, kiedy Czarek w końcu oddzwonił.

— Standardowo. Powiedziałem co miałem powiedzieć, ale zanim ktokolwiek przemyślał odpowiedź zwrotną, to zdążyli już zepsuć mi humor. Teraz czeka nas więc parę cichych dni, a potem zaczną się zachowywać jak gdyby nic się nie stało. A spodziewałaś się czegoś innego? — odpowiedział.

— Właściwie nie. Bardzo zły masz ten humor?

— Gdyby to wydarzyło się dziesięć lat temu, to miałbym gorszy. A dzisiaj, hhm… na skali od „zjadłbym coś niezdrowego i popił piwem” do „mam ochotę upić się na smutno” to zdecydowanie to pierwsze.

— A, to spoko, spodziewałam się czegoś gorszego. W takim razie przyjedź po mnie i pojedziemy do mojego mieszkania, myślę, że coś da się z tym zrobić.

— Ok, zbieram się.

— A gdzie jesteś? — w tle słyszałam jakieś trzaski, a Czarek mówił do telefonu jakby z daleka.

— Wiążę buty i za pięć minut jestem w Tarczynie — odpowiedział. — Jesteś na głośniku.

Rozłączyłam się i wróciłam do pokoju, w którym siedziała moja rodzina wraz z Olką. Kiedy weszłam, rodzice dyskutowali o czymś zawzięcie z Wojtkiem i Amelią, a Olka siedziała z telefonem w ręku i rozmawiała z Marcelą.

— Planujemy właśnie twój wieczór panieński — oznajmiła zadowolona Ola, która przestała już się ceregielić i położyła sobie na kolanach miskę z chipsami. Wetknęła sobie do ust całą garść i zaczęła chrupać.

— Chryste, dziewczyny, co za tempo. Dobra, niech wam będzie. Ale żadnych striptizerów, żadnych głupich zabaw w przekonywanie facetów, żeby przyszyli mi guzik czy postawili drinka, mało alkoholu. Zrozumiano?

— Jasne, już zapisuję — Marcelina chwyciła za notes i zaczęła coś pisać. — Zamówić panów w skórzanych stringach, baniak ginu z tonikiem, zrobić listę sprośnych zabaw na panieński… Coś jeszcze, Mari?

Pokazałam im obu język, a dziewczyny zaczęły się śmiać.

— Halo wszyscy, zgaduję, że sobie poradzicie? Ja lecę, zaraz przyjedzie po mnie Czarek. Musimy was trochę poobgadywać. A właściwie to bardziej jego rodziców, ale was jednak też.

— A możemy się z nim przywitać? — zapytała Olka, szczerząc zęby.

— O, to świetny pomysł! — dodała Marcela.

— Pod żadnym pozorem! — krzyknęłam. — Na razie, dzięki za wszystko. Zawsze mogę na was liczyć. Widzimy się niedługo.

Kiedy wyszłam, stary Passat Cezarego stał już na podjeździe domu moich rodziców.

— Cześć — powiedziałam, pakując się niezgrabnie do środka. — Opowiadaj.

Czarek przyciszył Damiano Davida z grupy Måneskin, który śpiewał swoje najnowsze „Baby said” i spojrzał na mnie. Już po doborze muzyki domyśliłam się, że jest zirytowany.

— Co mam ci mówić? Teoretycznie nic się nie stało. Mama coś tam pokręciła nosem, a finalnie ucieszyła się, że będzie mogła pobawić się na weselu syna. I pochwalić sąsiadom i rodzinie, bo przecież o to w tym wszystkim chodzi. O szopkę. Tata pokrzyczał coś na temat ślubu kościelnego, ale chyba bardziej dla zasady. Mi w końcu przejdzie, im też przejdzie. Wiesz co mnie irytuje? Że nie mogę od razu poczuć się zrozumiany, albo przynajmniej zaakceptowany. Najpierw muszę poczuć, że po raz kolejny ich zawiodłem. — powiedział z wyraźnym żalem w głosie.

Dłuższą chwilę milczałam. Było mi przykro, że wciąż go to spotyka i że przez takie sytuacje jak ta wciąż zmaga się z poczuciem, że nie spełnia czyichś oczekiwań. Byłam zdumiona — rodzice Czarka to byli naprawdę sympatyczni ludzie. Nie wiedziałabym nawet o tym, jak wyglądają ich wewnętrzne relacje rodzinne, gdyby nie moja przyjaźń z Czarkiem. Z jakiegoś powodu najwyraźniej bardzo zależało im na pozorach i opinii innych ludzi, co dawali odczuć zwłaszcza swoim synom.

Samo to było dla mnie niepojęte — Cezary od lat prowadził własny warsztat stolarski, w którym cała okolica zamawiała drewniane meble na wymiar. Był też przystojny, uprzejmy i solidny jak skała. Usamodzielnił się, mając niewiele ponad dwadzieścia lat i jedyne, co wciąż trzymało go przy rodzicach, to warsztat umiejscowiony na ich działce — spuścizna po dziadku. Oraz odpowiedzialność, którą czuł za wszystkich swoich bliskich. Oczywiście od dawna mógł sobie pozwolić na postawienie własnej stolarni, jednak wiedziałam, że darzy swoje miejsce pracy ogromnym sentymentem. Brat Czarka był za to właścicielem salonu fryzjerskiego, a jego talent do koloryzacji i pogodne usposobienie sprawiały, że bardzo chętnie odwiedzały go mieszkanki Tarczyna i okolic. Młodsze klientki podkochiwały się w nim, nie zdając sobie sprawy, że nie mają u niego szans. Zresztą, w obu braciach Dąbrowskich spokojnie można się było zakochać, o czym lata temu przekonałam się na własnej skórze.

— Co mogę dla ciebie zrobić? — zapytałam w końcu, kiedy już oderwałam się od swoich myśli.

— Nic. Zjeść ze mną pizzę i wypić piwo — poinformował mnie Czarek, zjeżdżając na dwupasmówkę.

Spojrzałam na niego z uśmiechem. Choć moje damsko-męskie uczucia do niego ostygły dawno temu, to jednak uwielbiałam jego spokój i poczucie humoru. Doceniałam, że przez wszystkie lata przyjaźni nauczył się rozmawiać ze mną szczerze i mówić wprost o swoich uczuciach i oczekiwaniach. Musiałam też przyznać, że mimo upływu lat nadal miał w sobie to coś — ten chłopięcy wdzięk, który przyciągał uwagę kobiet. Może chodziło o jego zielone oczy, może o blond włosy, które sprawiały wrażenie roztrzepanych i opadały mu miękko na czoło, a może o dołeczek w policzku — tego nie wiem. Cieszyłam się, że moim mężem będzie nie tylko mój najlepszy przyjaciel, ale też po prostu przystojny facet.

Do ulubionej pizzerii pod moim warszawskim mieszkaniem dojechaliśmy w ciszy, słuchając najnowszego krążka Måneskinu. Typowa muzyka w samochodzie mojego przyjaciela, wielbiciela cięższych brzmień. Widziałam, że Cezary uspokaja się i odpręża. Po odebraniu dużej quattro formaggi udaliśmy się do mojego dwupokojowego mieszkania, w którym od kilku lat spędzaliśmy wspólnie niemal każdy weekend. Był sobotni wieczór i wiedziałam, że Czarek wróci do siebie dopiero w niedzielę popołudniu. Nie zdążyłam jeszcze zdjąć butów, kiedy o nasze nogi zaczął się ocierać mój kot Saturn. Po kilku godzinach nieobecności byłam mu winna trochę przytulasów, drapania za uszkiem i, rzecz jasna, kilka kocich kabanosków. Jednak jak zawsze, kiedy byłam w domu z Czarkiem, puchaty futrzak ostentacyjnie wybrał właśnie jego.

— Wygląda na to, że nie mam wyjścia — oznajmił Cezary, pieszczotliwie drapiąc Saturna za uchem. — No już, twój ulubiony człowiek się tobą zajmie, a zapasowy przygotuje w tym czasie talerze, sztućce i sosy do pizzy, ok? — zamruczał do kota.

Przewróciłam oczami, mimo woli jednak rozbawiona. Kiedy po paru minutach Saturn zarządził koniec czułości i udał się na parapet, usiedliśmy do kolacji.

— Chciałabym tylko, żebyś wiedział — powiedziałam, odgryzając kęs pizzy i odsuwając ją od siebie. Ser z końcówki kawałka rozciągnął się na kilkadziesiąt centymetrów. — Że niezależnie od tego, jak się teraz czujesz, jesteś super gościem. Co więcej, twoi rodzice też o tym wiedzą i w gruncie rzeczy są z ciebie dumni. Z Patryka też. Mają naturę malkontentów i nie przewidują, jak ich słowa na was wpływają, ale chcą dla was dobrze — dodałam, kiedy już uporałam się z serem. Pizza jak zwykle była przepyszna.

— Wiem o tym. Dzięki. Chodzi o to, że kiedy jestem tutaj z tobą, w swoim warsztacie albo gdziekolwiek indziej, czuję się dorosłym mężczyzną znającym swoją wartość. Oni natomiast mają magiczną moc sprawienia, że czuję się jak pryszczaty nastolatek, któremu znowu nie udało się zaimponować dziewczynie — powiedział Czarek, odkrawając zgrabny kawałek pizzy nożem i przytrzymując go widelcem. — Ale nieważne, przywykłem i z każdym kolejnym razem obchodzi mnie to mniej. Serio. Zastanawia mnie co innego. Czy jako stateczna mężatka zaczniesz w końcu jeść pizzę jak człowiek, czy nadal będę zmuszony podziwiać twoje wyczyny z rozciąganiem sera na pół metra?

— Ja jem jak człowiek, to ty z jakiegoś powodu dalej uskuteczniasz te wygłupy z widelcami i nożami — powiedziałam, ostentacyjnie oblizując palec z sosu i sięgając po kolejny kawałek. Trochę sosu spadło mi na bluzkę. — Nie dość, że zapychasz mi zmywarkę dodatkowymi naczyniami, to jeszcze we własnym domu czuję się jak neandertalczyk.

— Mhm, bo w ogóle nim nie jesteś — powiedział wymownie Cezary, patrząc na plamę z sosu na mojej bluzce. — Z jakiegoś powodu zawsze nalegam, żebyśmy zabrali pizzę na wynos, nie zauważyłaś?

— To akurat dlatego, że jesteś domatorem. No i nie lubisz, kiedy kobiety się na ciebie gapią, bo jesteś z natury nieśmiały. Nie nabierzesz mnie.

— A niech się gapią. Jestem zaręczony — powiedział Czarek, wskazując na moją rękę. — Co prawda o pierścionku zapomniałem, o oświadczynach też, ale żonę będę miał.

Parsknęłam śmiechem.

— Opowiedziałeś w ogóle rodzince, jak to się stało, że postanowiliśmy się pobrać?

— Nie. Nikt nie spytał — wzruszył ramionami i sięgnął po piwo.

Byłam ciekawa, czy ktokolwiek w historii przyjaźni damsko-męskich podjął taką decyzję jak my. Znam wiele osób, które jako dwudziestoparolatkowie zawarły pakt ze swoim najlepszym przyjacielem czy przyjaciółką, że jeśli nadal będą singlami za kilka czy kilkanaście lat, to wezmą ze sobą ślub. Zawsze jednak kończyło się to tak samo — albo ich drogi rozchodziły się w naturalny sposób o wiele wcześniej i nie było już mowy nawet o przyjaźni, a co dopiero małżeństwie, albo poznawali swoje drugie połówki i po latach śmiali się z tych paktów. Wszyscy wiedzieli, że takie układy to ściema — ot, luźny żarcik do opowiadania w towarzystwie, anegdotka. Nikt nie brał tego na poważnie.

Ja też nie, aż do pewnego sobotniego wieczoru miesiąc temu.

Był początek maja. Właśnie kończył się długi weekend majowy, podczas którego wyjechaliśmy z Cezarym do agroturystyki w okolicach Kielc. Od kilku lat niemal wszystkie wyjazdy planowaliśmy wspólnie — nasi znajomi przeważnie mieli już dzieci i rodziny, a my nie chcieliśmy siedzieć w domach tylko dlatego, że jesteśmy singlami. Oczywiście również dlatego, że lubiliśmy spędzać ze sobą czas. Przez kilka dni na zmianę chodziliśmy po górach świętokrzyskich i leniuchowaliśmy. Przyjechaliśmy do domu w przedostatni wolny dzień i Czarek postanowił przenocować jeszcze u mnie, zanim kolejnego dnia wróci do swojego mieszkania w Tarczynie.

Zaczęło się niewinnie. Wypakowywałam właśnie swoje ubrania z walizki i wrzucałam je do pralki, kiedy Czarek rzucił jednym ze swoich typowych żartów.

— Mogłabyś wyprać też moje. Do jutra zdążą wyschnąć, zanim wrócę do siebie.

— Zapomnij. Śpisz w moim salonie, korzystasz z mojej toalety, ale prać twoich skarpet to na pewno nie będę. Mogłabym zrobić wyjątek tylko dla mojego przyszłego męża– mruknęłam, ustawiając program w pralce.

— A zatem już całkiem niedługo będę mógł się cieszyć tym przywilejem. Pamiętasz, dlaczego?

— Oświeć mnie, bo chyba coś mi umknęło.

— Dziesiątego czerwca są moje trzydzieste piąte urodziny, a dwudziestego ósmego czerwca twoje. Mówi ci to coś?

— Mówisz o naszym absurdalnym pakcie? — spojrzałam na niego z rezerwą, zdumiona, że tak luźno wspomniał o tej umowie. — W takim razie powinieneś tu już stać z pierścionkiem zaręczynowym, a nie z workiem brudnym ubrań. Trochę kultury, Czarek.

— Na razie musisz przyjąć worek brudnych ubrań. Albo dać mi dostęp do pralki, jak wolisz — rzucił nonszalancko, ale zauważyłam, że on również sprawiał wrażenie zaskoczonego własną bezpośredniością.

— Ja nic nie muszę. Ale niech ci będzie, wrzucisz sobie ubrania, kiedy moje pranie się skończy.

Kiedy tamtego dnia jedliśmy kolację, oglądając jakiś film w telewizji, wisiało między nami jakieś niedopowiedzenie, co rzadko nam się zdarzało. Oboje doskonale wiedzieliśmy, czym było ono spowodowane. Od piętnastu lat żadne z nas nie wracało nigdy do tematu naszego dawnego, młodzieńczego związku ani do tematu paktu, który zawarliśmy wtedy tuż po rozstaniu. Raz po raz zerkałam na Czarka, próbując wyczuć, czy również myśli o tym, co powiedział do mnie godzinę wcześniej, stojąc w progu łazienki. Nie mogłam jednak nic wyczytać z jego twarzy.

W końcu Cezary wyłączył telewizor.

— Mari, albo mam coś na twarzy, albo chcesz mnie zamordować i planujesz właśnie, jak to zrobić. Co się dzieje?

— Czarek, dlaczego wróciłeś do tematu naszego paktu o małżeństwie? — wypaliłam, zanim zdążyłam się rozmyślić.

Dłuższą chwilę milczał.

— Nie wiem. Jakoś tak mi się powiedziało. Ale… — zaczął z wahaniem, ale zamilkł. — Nieważne. Chcesz herbatę? — spytał, wstając trochę zbyt szybko i nie patrząc na mnie.

— Ale co? — powiedziałam, drepcząc za nim w stronę kuchni.

— Nieważne, to głupie.

— Przecież ci teraz nie odpuszczę. Gadaj.

— Nie wiem, chyba mi odbiło. Ale nie uważasz, że ten pakt akurat w naszym przypadku mógłby mieć sens? — powiedział w końcu z pewnym wysiłkiem, opierając się plecami o blat kuchenny i patrząc na mnie przenikliwie.

Przystanęłam, zupełnie zbita z tropu.

— Zwariowałeś? Mam wzywać pomoc? Egzorcystę?

— Nie, Mari, słuchaj. Przysięgam, nie myślałem o tym wcześniej, ale… przecież od lat jesteśmy sami. Spędzamy razem praktycznie każdy urlop, a na dodatek prawie każdy weekend. Jesteśmy jak stare dobre małżeństwo, tylko że nie uprawiamy seksu i pozwalamy sobie wzajemnie chodzić na randki z innymi. Na dodatek każde z nas chciałoby w końcu kupić większe mieszkanie, ale w pojedynkę to wcale nie jest łatwe przedsięwzięcie. Znamy się jak łyse konie, od lat wkurza nas w sobie to samo, ale to wytrzymujemy i właściwie całkiem dobrze nam idzie. Powiedz mi szczerze, czekasz jeszcze na księcia na białym koniu?

— Nie czekam. Ale… — zająknęłam się, bo poraziła mnie jego argumentacja. Wbrew wszelkiej logice, to miało sens. — Czarek, przecież… — podjęłam próbę po raz kolejny, ale zamilkłam. Spojrzałam na niego zdumiona.

— No właśnie. Może więc byłabyś gotowa zamiast księcia na białym koniu, zadowolić się stolarzem w srebrnym Passacie?

— Tak po prostu?

— No chyba tak. A chciałabyś jakoś nie po prostu? Sam się dziwię, że to mówię, ale… brzmi to dobrze. Co o tym myślisz?

— Zaskoczyłeś mnie. Możemy to przemyśleć i wrócić do tematu za tydzień?

— Sam siebie też zaskoczyłem… Możemy. Dobra, chodź. Na razie nie było tematu.

Kiedy wróciliśmy z herbatą na kanapę i włączyliśmy film, nadal było między nami dziwne napięcie, którego nie czułam od lat. Do kolejnego dnia nie rozmawialiśmy zbyt wiele, a kiedy Czarek pojechał do domu, padłam na łóżko i zaczęłam wyliczać w myślach plusy i minusy jego szalonego pomysłu.

Tak, spędzaliśmy razem dużo czasu. Przez ostatnie kilka lat wręcz absurdalnie dużo, jak na parę przyjaciół, których nie łączy nic więcej. Wzbudzało to niezdrowe zainteresowanie rodziny i znajomych oraz masę pytań, jednak zawsze mogłam szczerze odpowiedzieć, że nie ma między nami żadnej chemii i podtekstów. Naprawdę tylko się przyjaźniliśmy.

Tak, oboje chcieliśmy zmienić nasze niewielkie mieszkanka na większe.

Tak, wspólnie byłoby o wiele łatwiej to zrobić. To znaczy sprzedać jedno z naszych mieszkań i wziąć kredyt na większe, a drugie wynająć. Na wszelki wypadek.

Czy ja właśnie planowałam ślub z przyjacielem?

Starałam się nie nakręcać i pomyśleć o minusach. Czy będziemy w stanie wytrzymywać ze sobą więcej niż tylko weekendy i okazjonalne wyjazdy? Oczywiście, że będziemy. Przecież to wielokrotnie testowałaś — podpowiadał natrętny głosik w mojej głowie. Co z seksem? Żadne z nas nie było przez ostatnich kilka lat w związku, ale zdarzały nam się sporadycznie jakieś przygody łóżkowe. Uczciwie rzecz biorąc, coraz rzadziej, a ostatnio praktycznie wcale, ale nadal mam dopiero trzydzieści pięć lat, nie chciałabym utkwić w białym małżeństwie w tak młodym wieku. Może związek otwarty? A może… poczułam, że pieką mnie policzki, kiedy przed moimi oczami stanęły mi obrazy, które przez ostatnie piętnaście lat trzymałam zamknięte na kluczyk w najciemniejszym zakamarku swojego umysłu.

Ciepła dłoń Czarka na moich plecach i zachłanne pocałunki na wąskim łóżku w moim dawnym pokoju. Film „Wszystko za życie”, który próbowaliśmy kilkakrotnie obejrzeć, ale nie mogliśmy się powstrzymać przed pieszczotami i zdejmowaniem z siebie ubrań. Do dziś nie obejrzałam tego filmu, bo na samą myśl o nim mam wypieki na twarzy. Dotyk miękkich, przydługich włosów Czarka, kiedy całował moją szyję, twarda wypukłość w jego dżinsach pomiędzy moimi udami, kiedy kładł się na mnie, ciężko oddychając. Nasze niedoświadczone, ale gorące i spragnione bliskości ciała, niesione pierwszą „dorosłą” miłością.

Stop, przestań — pomyślałam i szybko wyszłam na balkon, żeby ochłonąć. Odchyliłam głowę i wplotłam palce we włosy nad czołem. Naprawdę oszalałam. Nigdy nie zaprzeczałam, że Cezary jest i był bardzo atrakcyjnym mężczyzną, ale pamiętałam też wyraźnie, z jakiego powodu nasz krótki związek nie przerodził się w nic większego. Ja pragnęłam zmian, szaleństw młodości, nowych doświadczeń i świeżych wrażeń. On — stałości i poczucia bezpieczeństwa. I choć od zawsze ceniłam lojalność Czarka, jego poczucie humoru i troskliwość, to jednak czas i splot wydarzeń pokazał, że nie ma dla nas wspólnej drogi — takiej, która nie zmuszałaby żadnego z nas do rezygnacji ze swoich marzeń. I tego należało się trzymać. Teraz sytuacja jest już inna, a my o wiele starsi, ale… nie wyobrażałam sobie, żeby ciepłe, platoniczne uczucie, które łączyło mnie z przyjacielem, mogło kiedykolwiek jeszcze zapłonąć ogniem. Zbyt wiele się już wydarzyło.

Przez kilka kolejnych dni w mojej głowie cały czas mimowolnie powstawała lista plusów i minusów małżeństwa z moim przyjacielem. Nie mogłam przestać o tym myśleć. Wiedziałam, że to szaleństwo, ale… poza kilkoma kwestiami, które musielibyśmy ustalić już teraz, cała ta idea coraz bardziej mi się podobała. Przecież chyba o to chodzi w małżeństwie, żeby się lubić, wspierać i spędzać ze sobą czas? To, że nie było nami typowego damsko-męskiego uczucia i pożądania, przestało wydawać mi się aż tak ważne. Ludzie latami tkwią w związkach, w których nawet się nie lubią, więc i tak byliśmy o kilka ważnych kroków dalej. Na plus były też wszelkie kwestie praktyczne, takie jak wspólny kredyt czy załatwianie różnych spraw w instytucjach publicznych.

Postanowiłam chwilowo ograniczyć kontakt z Czarkiem do minimum, żeby dać sobie przestrzeń na rozważania. Jednak kiedy i on milczał, zaczęłam zastanawiać się, czy przypadkiem nie żałuje swojej lekkomyślnej propozycji. Może rozważa właśnie, co strzeliło mu do głowy, że zasugerował coś tak głupiego i nie wie, jak z tego wybrnąć? A jeśli tak właśnie jest, to czy w takiej sytuacji możliwy jest jeszcze powrót do przyjaźni? Spanikowałam, chociaż rzadko mi się to zdarza. Dotarło do mnie, że traktowałam obecność Czarka w moim życiu jako coś pewnego i stałego, a przecież wcale nie musiało tak być. Uświadomiłam sobie, jak bardzo zależy mi na jego przyjaźni i że wizja życia bez niego jest dla mnie wstrząsająca.

Ostatecznie spędziłam długie godziny, nie mogąc opędzić się od czarnych scenariuszy. Wyobrażałam sobie, że Czarek przyjeżdża do mnie, ale jest wyraźnie skrępowany i przez cały weekend brakuje nam odwagi, żeby wrócić do tematu małżeństwa. Potem widujemy się coraz rzadziej, bo żadne z nas nie jest w stanie znieść tej niezręczności, która się między nami pojawiła. Aż w końcu całkowicie urywamy kontakt. Lata później wspominam swojego przyjaciela, chociaż od dawna już nie wiem gdzie jest i co robi, pijąc samotnie wino i zastanawiając się, który serial wypełni kolejny z wielu samotnych wieczorów. A jeśli nawet nie urwiemy kontaktu i nie wydarzy się nic wielkiego, ale Czarek znajdzie sobie kogoś, kogo pokocha i nie będzie miał już dla mnie czasu? A co jeśli nasz nietypowy, weekendowy układ ma swój termin ważności i on właśnie dobiega końca? Nigdy o tym nie myślałam. W mojej głowie pojawiła się myśl, że takie obsesyjne myśli i panika są zupełnie do mnie niepodobne, ale nie mogłam nad tym zapanować.

Kiedy więc w piątek Czarek jak gdyby nigdy nic napisał do mnie wiadomość, a wieczorem stanął w moich drzwiach, wielki kamień spadł z mojego serca. Niewiele myśląc przytuliłam się do niego z całej siły, łamiąc w ten sposób jedną z niepisanych zasad naszej przyjaźni — unikanie kontaktu fizycznego. Zignorowałam fakt, że mój przyjaciel był mokry od stóp do głów.

— Hej, zaczniesz w końcu zamykać drzwi na klucz? I co to za czułości? Wystarczy zaproponować ci ślub, a już wpadasz mi w ramiona na przywitanie? — zapytał Czarek rozbawiony. — Daj mi chociaż zdjąć kurtkę, przez tą ulewę przemokłem w drodze z samochodu do klatki schodowej. Jak na złość, zaciął się bagażnik i nie mogłem wyjąć torby — powiedział, ale odwzajemnił uścisk i trwaliśmy tak dłuższą chwilę.

— Przysięgam, w końcu kupię ci parasolkę, żebyś trzymał ją na wszelki wypadek w samochodzie — wymruczałam, czując pod policzkiem mokry materiał jego bluzy. — Nie wiem, co się ze mną dzieje — odsunęłam się od niego i zobaczyłam, że na bluzce mam wielkie mokre plamy. Chwilowo nie dbałam ani o te plamy, ani o to, co pomyśli Czarek. Ulga, że go widzę i że nie jest w wisielczym nastroju, była zbyt duża. — Chyba za dużo myślałam w tym tygodniu i przegrzały mi się zwoje mózgowe. Sorry.

— A nad czym tak myślałaś?

— Wiesz, nad czym.

— Wiem. To dobrze, bo ja też. Mari, ten temat ma potencjał do pozostania nieporuszonym przez kolejne dni i kolejne weekendy, a to by nie wyszło nam na dobre. Dlatego lepiej będzie to przegadać, zanim się rozmyślimy i zrobi się niezręcznie. Daj mi chwilę, przebiorę się tylko i porozmawiamy, ok?

— Ok, zamówię coś do jedzenia.

Przez moje czarne myśli nie pomyślałam ani o planach na ten weekend, ani o zakupach, ani o niczym innym. Usiadłam na kanapie i zamówiłam w aplikacji dwie porcje naszego ulubionego indyjskiego butter chicken z chlebkami naan, a potem przykryłam się kocem. Poczułam spokój, ale też ogromne zmęczenie — moje rozważania i dramatyczne scenariusze pochłonęły wszystkie moje siły. Dotarło do mnie, że przecież Czarek nie zerwałby ze mną kontaktu. Nie zrobiłby mi czegoś takiego po tych wszystkich latach. Co ja w ogóle sobie myślałam? Kiedy przyjaciel wyłonił się z łazienki w suchych dresowych spodniach i czarnym t-shircie, a jego wilgotne włosy opadały na czoło, spojrzałam na niego z jakimś nowym, nieznanym uczuciem, które nagle pojawiło się w moim sercu. Pomyślałam, że ta nagła czułość to po prostu fala ulgi, że nie stracę osoby, która jest mi obecnie najbliższa na świecie. Taka była prawda.

— Marika, żeby nie przedłużać — myśl co chcesz, ale ja nadal uważam, że wzbiłem się z tą propozycją na wyżyny geniuszu. Jeśli chcesz czekać na kogoś, kogo naprawdę pokochasz — uszanuję i zapytam ponownie za rok, za dwa albo trzy lata. Ale jeśli też uważasz, że warto się pobrać, zamieszkać razem i po prostu żyć na co dzień tak fajnie, jak zwykle żyjemy tylko w weekendy, to możemy wziąć ślub jeszcze dzisiaj.

Moje serce zrobiło fikołka z radości. Uświadomiłam sobie, że ono podjęło decyzję już tydzień temu i umysł niewiele miał do gadania. Zamierzałam się zgodzić.

— Dzisiaj to nie, nie zdążyłam odebrać sukni ślubnej od krawcowej — w odpowiedzi Czarek uniósł brwi. — Żartuję. Wchodzę w to, ale musimy ustalić kilka rzeczy. Na przykład co się wydarzy, kiedy któreś z nas się zakocha?

— Jakoś to rozwiążemy. Jeśli będzie trzeba, damy sobie wolność. No hard feelings. Ale przeglądając w myślach historię naszych randek i związków, wątpię, żeby to się wydarzyło. Chciałbym powiedzieć, że po tych wszystkich miłosnych porażkach mamy wygórowane wymagania, ale myślę, że z większym prawdopodobieństwem staliśmy się zbyt wygodni i nie chce nam się przechodzić przez te wszystkie fazy docierania się z kimś nowym. Nie wspominając o tym, że w naszym wieku motyle w brzuchu i strzały z dopaminy są już chyba niebezpieczne dla zdrowia.

— Też tak myślę, staruszku. Od stu lat nie byłam zakochana i raczej już nie będę — powiedziałam, ignorując przebłysk radości, że i Czarek nie przewiduje obdarzania kogoś szaloną miłością.

— Pieniądze? — spytałam.

— Wspólne konto na wspólne wydatki, a do tego każdy ma osobne.

— Zgoda. Święta?

— Będziemy planować na bieżąco i jeździć razem. Daleko nie mamy.

— Mieszkanie?

— Twoja decyzja.

— A zatem sprzedamy moje, wynajmiemy twoje i kupimy jedno większe w Tarczynie. Albo Grójcu. Z małym ogrodem. Takie, o jakim zawsze rozmawialiśmy, że byłoby fajnie mieć.

— Też tak pomyślałem, ale nie chciałem decydować o sprzedaży twojego mieszkania. Twoje mieszkanie plus moje oszczędności powinny dać nam możliwość zakupu czegoś fajnego.

— Zwłaszcza, że zmniejszą się wydatki na paliwo — wyszczerzyłam zęby. To planowanie miało w sobie coś fajnego. Czułam, że się rozluźniam i zaczynam układać w głowie nowe plany na przyszłość.

— No to zostało nam jeszcze jedno ważne pytanie — zaczął Czarek i po jego minie domyśliłam się, o co chce zapytać. Wyglądał na nieco zmieszanego i pocierał dłońmi o uda, jakby nie wiedział, co zrobić z rękami. — Seks?

— I tu dochodzimy do najważniejszego dylematu. Chociaż słowo „dochodzimy” jest tu niefortunne — dodałam, patrząc na niego wymownie i unosząc brwi. Mimo woli parsknął śmiechem, więc uznałam próbę rozładowania atmosfery za udaną. — Proponuję, żebyśmy w tym względzie nic nie ustalali i nie robili nic na siłę. Przez ostatnie lata zdarzało się, że sporadycznie z kimś sypialiśmy, więc i teraz tak może pozostać. Wiesz, o czym mówię. Związek otwarty, jak zwał tak zwał. Jesteśmy dorośli. A że tylko się przyjaźnimy, to nie będę o ciebie zazdrosna i vice versa. Byle nie w naszym wspólnym mieszkaniu — mrugnęłam do niego i, jak na ironię, poczułam dziwne ukłucie zazdrości. Co się ze mną działo?

— Ok, mi to pasuje — powiedział Czarek, chociaż przez jego twarz przemknął jakiś ledwo zauważalny cień. Widziałam, że jeszcze o czymś myśli. — A dzieci?

— Nie ma mowy — odpowiedziałam szybko. Chyba trochę za szybko, bo Czarek spojrzał na mnie podejrzliwie. — Jak chcesz mieć dzieci, skoro nie zamierzamy ze sobą sypiać? Miałeś na myśli adopcję? — dodałam łagodniej.

— Zapytałem, bo wiem, że kiedyś o nich marzyłaś. Nie myślałem o niczym konkretnym. Coś się zmieniło w tym względzie?

— Tak. Po prostu już nie chcę mieć dzieci. Dobry czas na macierzyństwo przeminął, już tego nie czuję. A Ty?

— Ja też chciałem być ojcem, ale prawdę mówiąc jakiś czas temu pogodziłem się z tym, że już nim nie będę. Mniej więcej wtedy, kiedy przestałem wierzyć, że kogoś odpowiedniego spotkam — powiedział Czarek, patrząc na mnie uważnie, jakby zauważając subtelną zmianę w moim zachowaniu.

— Ok, no to kwestię dzieci mamy z głowy.

Panuj nad sobą — skarciłam się w myślach. Kiedy pomyślałam, jak wspaniałym ojcem mógłby być Czarek, serce mi się ścisnęło. Wiedziałam, że dałby swoim dzieciom bezwarunkową akceptację, której jemu brakowało w domu rodzinnym, a do tego całą tonę miłości i specyficznej, czarkowej troskliwości. Zrobiło mi się żal, kiedy zrozumiałam, że pogodzenie się z bezdzietnością to z jego strony kapitulacja. Co innego ja. Ja swoją szansę straciłam.

Poczułam, że nie wytrzymam dłużej rozmowy na ten temat. Zmusiłam się do uśmiechu. Na ratunek przyszedł mi dostawca naszej kolacji, który zadzwonił domofonem. Z ulgą wstałam i podeszłam, żeby mu otworzyć.

Myśli o tym, że jako małżeństwo moglibyśmy rozważyć okazjonalny seks ze sobą nawzajem, schowałam głęboko w zakamarkach umysłu. Tam, gdzie znajdowały się wszystkie wspomnienia z naszego związku. Ale skłamałabym, że o tym nie myślałam. Czarek bardzo mi się podobał. Był idealnie w moim typie — wysoki, dobrze zbudowany, z ujmującym uśmiechem, łagodnym spojrzeniem i dłuższymi, niesfornymi jasnymi włosami. Było też w jego naturalnym zapachu coś, co niegdyś przyciągało mnie jak muchę do miodu. Ale… nie mogłam pozwolić sobie na to, żeby o tym myśleć. Długo nie dawałam sobie przyzwolenia na rozpamiętywanie przeszłości i wierzyłam, że właśnie to było receptą na naszą udaną, wieloletnią, niepodszytą wzajemnym damsko-męskim przyciąganiem przyjaźń. Jeśli nasz małżeński układ ma dobrze działać, musimy znaleźć nowy sposób, żeby zbliżyć się do siebie i czuć swobodnie, ale nie wzbudzać dawnych emocji.

Po tamtej rozmowie i ustaleniu kilku kolejnych drobiazgów przeszliśmy do planowania ślubu, a nasza relacja powoli zaczęła się zmieniać. Na lepsze. Zachowywaliśmy się przy sobie inaczej i pozwalaliśmy sobie na więcej w swoim towarzystwie, ale po początkowym etapie delikatnej niezręczności nasze nowe zwyczaje stawały się coraz bardziej naturalne. Przenosiliśmy naszą platoniczną relację na nowy poziom i znosiliśmy stare bariery. Tak przynajmniej mi się wydawało. Kiedy więc miesiąc później, po złożeniu wizyt naszym rodzinom i poinformowaniu ich o ślubie siedziałam z Czarkiem przy kuchennym stole jedząc pizzę, czułam się lekka i szczęśliwa.

Cezary

Do ślubu zostało jeszcze kilka tygodni. Wynajęliśmy salę w naszej ulubionej włoskiej restauracji, zarezerwowaliśmy termin w urzędzie i zamówiliśmy obrączki u lokalnego jubilera. Nie interesowało nas to, co zwykle zajmuje narzeczonych — wybór piosenki do pierwszego tańca, kolory dekoracji czy podziękowania dla rodziców. Skoro wszyscy zaproszeni goście — nasze rodziny, mój kumpel z rodziną plus Olka — wiedzieli, że to małżeństwo pary przyjaciół, nie chcieliśmy robić z tego wydarzenia cyrku.

Zdecydowanie bardziej skupiliśmy się na wyborze miejsca, w którym zamierzaliśmy spędzić wakacje. I tak mieliśmy w planach wspólny wakacyjny wyjazd, więc uznaliśmy, że równie dobrze możemy nazwać go podróżą poślubną. Po obejrzeniu niemal wszystkich możliwych ofert na stronie biura podróży wybraliśmy w końcu Maderę. Głównie dlatego, że Marika słyszała wiele dobrego o tej wyspie od swoich klientów i koleżanek ze szkoły językowej, które chętnie latały tam ze swoimi partnerami, ale też dlatego, że zachwyciły nas widoki w Google Street View, czyli naszym ulubionym narzędziu krajoznawczym.

W pracy robota paliła mi się w rękach. Jak zawsze miałem sporo zamówień, ale teraz miałem też motywację, żeby chociaż część z nich zakończyć przed urlopem. W lipcu zamierzałem zrobić sobie co najmniej dwutygodniową przerwę na ślub, podróż poślubną i związane z nimi sprawy. Cieszyłem się tym zapałem, bo była to miła odmiana po kilku miesiącach stagnacji, w trakcie których pracowałem pod przymusem. Było to obce mi uczucie — należałem w końcu do tych osób, które mogą nazwać pracę swoją pasją i wolałem, żeby tak pozostało. Cały tydzień pracowałem więc od rana do wieczora, robiąc sobie jedynie krótkie przerwy na posiłki, krótki spacer po sadzie rodziców czy odpisywanie Marice na wiadomości.

Mój warsztat mieścił się na działce należącej do moich rodziców, we wsi pod Tarczynem. Kiedyś swoją stolarnię miał w nim dziadek. To właśnie on zaszczepił we mnie miłość do drewna. Kiedy byłem nastolatkiem, dziadek dawno już nie pracował zawodowo, jednak zdarzało mu się siedzieć w warsztacie i rzeźbić dla własnej przyjemności różne figurki, małe ozdobne stoliki kawowe, akcesoria kuchenne czy zabawki dla małego jeszcze wtedy Patryka. Opowiadał mi o różnych rodzajach drewna i jego twardościach, a także pokazywał rozmaite narzędzia i tłumaczył, do czego służą. Z czasem zacząłem mu pomagać i szybko okazało się, że sprawia mi to wiele przyjemności. Zacząłem rozróżniać różne dłuta i noże rzeźbiarskie, sprawnie posługiwać się masą polerską i kamieniem szlifierskim. Dziadek był przeszczęśliwy i kiedy już spodziewał się, że będę chciał pójść w jego ślady, zakazał komukolwiek rozbiórki warsztatu, kiedy jego zabraknie. Nie martwiłem się tym zbytnio — zarówno on, jak i babcia mieli się dobrze. A przynajmniej tak wtedy sądziłem. Rzeczywistość sprowadziła jednak całą naszą rodzinę brutalnie na ziemię — kiedy kończyłem liceum, u dziadka zdiagnozowano ostatnie stadium nowotworu żołądka. Trzy miesiące później już go z nami nie było. Miesiąc po śmierci dziadka zmarła nagle babcia, doznawszy znienacka rozległego zawału serca.

Nagłe odejście seniorów Kowalczyków sprowadziło mnie gwałtownie na ziemię i sprawiło, że musiałem podjąć szybkie, ale i bardzo wiążące decyzje. Zupełnie nie byłem na to gotowy. Rodzice oczekiwali, że zdecyduję, czy rzeczywiście chcę przejąć warsztat dziadka i rozwijać interes stolarski. Oczywiście oni woleli, żebym ukończył studia ogrodnicze i zajął się w przyszłości ich biznesem sadowniczym. Chociaż z całego serca ciągnęło mnie do drewna i stolarni, podjąłem racjonalną decyzję i wybrałem studia, a w wolnych chwilach pomagałem rodzicom. Robiłem opryski jabłonek, zbierałem jabłka, jeździłem z tatą do kontrahentów i brałem udział w negocjacjach biznesowych.

Czasami jednak zamykałem się na kilka godzin w warsztacie i rzeźbiłem. Wtedy czas się dla mnie zatrzymywał, ciało rozluźniało, a myśli płynęły swobodnie. Spod moich rąk wychodziły całkiem już przyzwoite krzesła, stoliki i szafeczki, które zdobiły mieszkania rodziców, a potem też cioć, wujków czy starszego kuzynostwa. Rodzice przymykali oko na tę pasję, uznając ją za kreatywny sposób na spędzanie wolnego czasu. Rok spędzony na studiach i w firmie rodziców to był czas, kiedy najmocniej czułem, że rodzice są ze mnie zadowoleni. Tata coraz chętniej przedstawiał mnie innym sadownikom, a mama, choć przygnębiona po nagłej śmierci swoich rodziców, zaczynała widzieć w tej całej sytuacji promyk nadziei na przyszłość.

Ja natomiast z każdym miesiącem czułem się tak, jakbym ubrał za małe buty, które uwierały mnie coraz mocniej i coraz dotkliwiej. W głowie wciąż miałem wyraz twarzy dziadka, który patrzył na mnie z dumą, kiedy spod moich rąk wychodziły pierwsze drewniane akcesoria. Chadzałem do dziadkowego warsztatu coraz częściej i zostawałem w nim coraz dłużej, zaniedbując naukę i dostając coraz gorsze oceny. Nie mogłem nic na to poradzić — czułem, że tonę, a jedynym miejscem, w którym mogłem odetchnąć pełną piersią, była pachnąca świeżym drewnem stolarnia. I wtedy poznałem Marikę.

Otrząsnąłem się z tych wspomnień i włożyłem do zmywarki talerz po obiedzie. Zanim jednak opuściłem swoje niewielkie tarczyńskie mieszkanie, żeby pojechać z powrotem do warsztatu, postanowiłem zadzwonić do Mariki. Był już czwartek, a my nie mieliśmy jeszcze planów na nadchodzący weekend.

— Haaaalo. — powitała mnie zadowolona Marika.

— Hej. Co u ciebie słychać? Nie odzywałem się zbyt dużo w tym tygodniu, bo mam taką wenę do pracy, że po prostu muszę to wykorzystać.

— Domyśliłam się. Korzystaj i nie przeszkadzaj sobie. Zostaw mi tylko klucze do swojego mieszkania w salonie u Patryka, bo będę w Tarczynie za godzinę. Właśnie wyjechałam z domu.

— Co? — lekko spanikowałem i rozejrzałem się po mieszkaniu. Tragedii nie było, ale do posprzątania na błysk sporo brakowało, a ja miałem zamiar właśnie wyjść. Od poniedziałku głównie tu spałem, jadłem obiady i wrzucałem brudne ubrania do kosza w łazience. Nie wiem nawet, czy zdążyłem choć raz puścić od tego czasu program w zmywarce. Przyzwyczaiłem się do tego, że w ostatnich tygodniach nasza relacja i panujące w niej zwyczaje stale się zmieniały, ale mimo wszystko nie spodziewałem się Mariki tutaj, a przynajmniej nie dzisiaj. — Skąd ten pomysł? Coś się stało? Przecież jest czwartek.

— Myślę, że nie stało się niiiic… — zaśpiewała Marika w rytm znanej, polskiej piosenki. Najwyraźniej była w wyśmienitym nastroju. — Wiem, że jest czwartek, Czaruś. Spokojnie, pójdziesz jutro do warsztatu, nie zamierzam dezorganizować ci dnia. Skoczę w tym czasie do rodziców albo porobię coś innego. Pomyślałam tylko, że przyda nam się trochę odmiany i oddechu od Warszawy. Latem w mojej branży nie za wiele się dzieje, moja szkoła językowa skończyła już zajęcia w tym semestrze, więc i tak nie mam co robić.

— No dobra — odpowiedziałem. Po pierwsze, Marika najpewniej już była w drodze, a po drugie, perspektywa jej przyjazdu mimo wszystko szczerze mnie ucieszyła. — Ale obiecujesz, że nie przestraszysz się mojego mieszkania?

— Nie, nie przestraszę się. Za dobrze cię znam, żeby się wystraszyć tych zapowiedzi. Założę się, że nie jest wcale tak źle. Leć już do tego warsztatu, ja się wszystkim zajmę. I nie musisz się spieszyć do domu. Bye!

Rozłączyła się. Westchnąłem, ale w sercu poczułem ciepło. Tak chyba czuje się człowiek, kiedy wie, że wieczorem ktoś go w domu przywita. Nawet, jeśli ten ktoś to po prostu najlepsza przyjaciółka. Czas się przyzwyczajać.

W drodze do warsztatu zajechałem jeszcze do salonu Patryka. Kiedy stanąłem w drzwiach „Tęczowego Studia”, Patryk z drugiego końca salonu kiwnął głową w stronę kontuaru, który pełnił rolę recepcji. Siedziała przy nim młoda dziewczyna z kolczykiem w nosie i niebieskimi włosami związanymi w kucyk. Brat mieszał właśnie farby w miseczce, a na wolnych krzesłach przed zdobionymi lustrami siedziały aż trzy kobiety. Obok niego krzątała się druga fryzjerka, Aneta, mistrzyni odważnych cięć i fikuśnych upięć.

— Zostaw te klucze Patrycji. I, na Boga, przyjedź do mnie albo do Anety w wolnej chwili przed ślubem, zrobimy ci porządek z tą fryzurą. Przypominasz już księcia z bajki ze Shreka, tylko on nie miał grzywki. I to nie jest komplement, w razie gdybyś miał wątpliwości.

— Marika do ciebie dzwoniła? — spytałem, uśmiechając się do niebieskowłosej Patrycji i kładąc przed nią klucze. Dziewczyna zarumieniła się i przygryzła wargę.

— Dzwoniła niedawno, przyjedzie po klucze i przy okazji trochę ją przemalujemy na wakacje. A właśnie, Patka, nie rób maślanych oczu, bo mój brat za dwa tygodnie bierze ślub — zwrócił się do swojej pracownicy, szczerząc zęby. Patrycja pokazała mu język i odebrała dzwoniący telefon. Patryk przewrócił oczami.

Mój brat był jednym z najlepszych kolorystów w okolicy i od trzech lat prowadził własny salon fryzjerski, do którego przyjeżdżały nie tylko kobiety i mężczyźni z okolic Tarczyna, ale też z Warszawy. Dla odmiany on nigdy nawet nie próbował zainteresować się sadem rodziców i uprawą jabłek, ostatecznie rozwiewając nadzieje rodziców na to, że któryś z ich synów przejmie kiedyś gospodarstwo. Poszedł do technikum fryzjerskiego, a następnie rozpoczął praktyki w renomowanym warszawskim salonie, gdzie potem pracował i szkolił się jako etatowy fryzjer. Kiedy zyskał grono wiernych klientów, ceniących sobie nie tylko jego umiejętności, ale też bezpretensjonalny styl bycia, wrócił w rodzinne strony i otworzył „Tęczowe Studio”. Nazwa salonu miała być nawiązaniem do jego specjalizacji, czyli koloryzacji, ale złośliwa konkurencja szeptała między sobą, że to odzwierciedlenie jego orientacji seksualnej. Patryk, co dla niego typowe, miał to w nosie.

— No dobra, to ja spadam do pracowni. Bawcie się dobrze.

Kolejne godziny w warsztacie ciągnęły mi się niemiłosiernie. Postanowiłem rzeczywiście nie spieszyć się dzisiaj do domu i dokończyć zamówienia, żeby jutro zrobić sobie dzień wolny i spędzić go z Mariką. Kiedy kończyłem, była już prawie dziewiąta wieczorem. Trąc zmęczone oczy, wysłałem jeszcze do kilku klientów wiadomości z prośbą o kontakt telefoniczny w celu umówienia terminu odbioru zamówień, które udało mi się w tym tygodniu sfinalizować. Potem wsiadłem do samochodu i pojechałem znaną mi na pamięć trasą w stronę Tarczyna, rozmyślając o nadchodzącym weekendzie. Wracałem do domu nieziemsko zmęczony, ale spokojny i zadowolony.

Marika

Do stojącego na stole wąskiego wazonu włożyłam kwiat słonecznika i rozejrzałam się zadowolona po świeżo wysprzątanym mieszkaniu Czarka. Dziś przed południem nudziłam się jak mops i, napędzana letnią beztroską, wpadłam na spontaniczny pomysł, żeby zmienić nieco naszą weekendową rutynę. Nie zastanawiając się zbyt długo, zadzwoniłam najpierw do Patryka. Okazało się, że szczęście mi dopisało, bo zwolniło mu się dziś jedno miejsce, co raczej nie zdarza się w jego salonie zbyt często. Spakowałam naprędce torbę i chciałam zadzwonić do Czarka z samochodu, ale kiedy tylko ruszyłam, zobaczyłam jego numer na wyświetlaczu.

W Tarczynie rozpoczęłam od wizyty u Patryka, który po mistrzowsku zmienił fioletowe refleksy w moich włosach w wiśniowe, a potem wklepał w moje długie, nieokiełznane loki tonę preparatów. Wyszłam od niego zrelaksowana i pachnąca odżywkami, a moje włosy wydawały się nieco bardziej ujarzmione niż zazwyczaj. Następnie zrobiłam porządne zakupy spożywcze, dorzucając w ostatniej chwili białe wino i czekoladę. Kiedy obładowana reklamówkami i ze sportową torbą na ramieniu weszłam do mieszkania Czarka, zachichotałam.

W łazience głośno wirowała pralka, a w kuchni cicho buczała zmywarka. Byłam przekonana, że Cezary wstawił pranie i naczynia, kiedy tylko dowiedział się o mojej niezapowiedzianej wizycie. Jego łóżko było niepościelone, na kanapie w salonie leżał zwinięty w kłębek koc, a w śmietniku brakowało worka. Śmieci najwidoczniej zabrał w ostatniej chwili, wychodząc do warsztatu. No cóż, cały Czarek — wiedział, że kocham porządek i będę chciała posprzątać, kiedy zastanę bałagan, więc chciał zaoszczędzić mi problemu, mimo że się spieszył.

Zwykle to Cezary dbał się o mnie i przyznam szczerze, przyzwyczaiłam się do jego wyniesionej z domu, praktycznej troskliwości. Teraz chciałam mu się odwdzięczyć. Starłam kurze i umyłam lustro w łazience, a na kosz na śmieci założyłam nowy worek. Otworzyłam na oścież okna, żeby wpuścić do mieszkania świeże powietrze, a następnie zmieniłam pościel w łóżku Czarka i zasłałam je. Przygotowałam też dla siebie drugi komplet, który ułożyłam w rogu na kanapie w salonie. Po odkurzeniu i umyciu podłogi wypakowałam zakupy i zabrałam się za przygotowanie kolacji. Nie cierpię gotować, więc mimo że zrobiłam tylko ciasto francuskie z kurczakiem, mieszanką warzyw na patelnię i mozzarellą, traktowałam to jako nie lada poświęcenie z mojej strony. Zanim przyjechał Czarek, zdążyłam jeszcze przełożyć jego pranie do suszarki i wyjąć ze zmywarki czyste naczynia.

Kiedy usłyszałam dzwonek do drzwi, był już kwadrans po dziewiątej.

— Cześć, Mari — rzucił Czarek i wszedł do mieszkania, rozglądając się z aprobatą. — Sprzątałaś tutaj? Dzięki, naprawdę nie musiałaś. Widzę też, że Patryk zrobił kawał dobrej roboty na twojej głowie.

— Nie ma za co. Przecież wiesz, że nie odpoczęłabym w bałaganie, więc poniekąd zrobiłam to dla siebie. A co do włosów, to już od jakiegoś czasu miałam ochotę na zmianę koloru. I nie ukrywam, że z nowym kolorem wiąże się pewna koncepcja weselna.

— Powiesz jaka? — spytał, ziewając przeciągle.

— Oczywiście, że nie. A nie zapytasz, co tak pachnie?

— Chcę, ale się boję. Sama to upichciłaś?

— Ej, wypraszam sobie, aż tak źle nie gotuję! Siadaj, wszystko już przygotowałam.

Zaprowadziłam Czarka na kanapę, przed którą na stoliku kawowym ułożyłam na talerzu moje zapiekanki na cieście francuskim, a obok stała butelka z białym winem.

— Popatrz, wybrałam już dla nas odcinek „Przyjaciół” na dziś — wskazałam dłonią telewizor.

— Dzięki — Czarek spojrzał na mnie z wdzięcznością. Zwykle oglądaliśmy „Przyjaciół” wtedy, kiedy nie mieliśmy siły na nic innego i chcieliśmy po prostu uciec choć na chwilę do znajomego świata — mimo, że znaliśmy wszystkie odcinki na pamięć. — Czy tak już będzie codziennie, kiedy będziemy małżeństwem? Kolacje, sprzątanie, wino?

— Zapomnij, zanim w ogóle ta myśl rozsiądzie się na dobre w twojej głowie. A na razie korzystaj — machnęłam ręką w kierunku stolika.

Przez kilkanaście minut oglądaliśmy serial jedząc kolację. Poczułam błogie rozluźnienie i nalałam nam po kieliszku wina. Kiedy jednak spojrzałam na Czarka, odkryłam, że przyjaciel oparł głowę na zagłówku i zasnął. Wyłączyłam więc serial, dopiłam swoje wino i wyniosłam do kuchni puste talerze. Kiedy wyszłam z łazienki, wykąpana i przebrana w piżamę, zawahałam się. Nie chciałam budzić Czarka, więc po cichu podeszłam do niego, wzięłam przygotowaną wcześniej dla siebie kołdrę i przykryłam go, po czym poszłam do jego łóżka w sypialni. Trudno. Domyśli się, że postanowiłam nieco zmienić plany sypialniane, żeby mu nie przeszkadzać.

Po kilku godzinach snu usłyszałam szelest i zobaczyłam, że Czarek w samych bokserkach gramoli się do łóżka. Podniosłam się lekko i spojrzałam na niego zdziwiona. Zaczęłam niezdarnie wstawać, by przenieść się do salonu, ale Czarek powstrzymał mnie:

— Śpij, nie musisz wychodzić. Jutro ci wyjaśnię.

Nie miałam ani siły, ani chęci oponować. Po prostu przekręciłam się na bok i zasnęłam, uznając, że porozmawiamy rano. Być może dowiem się, dlaczego właśnie przełamujemy kolejne bariery. A już na pewno powinnam zastanowić się, dlaczego w ogóle mi to nie przeszkadza.

Cezary

Marika przygotowała bardzo miły wieczór. Nie pamiętałem nawet, kiedy ostatnio poczułem, że ktoś o mnie tak dba. Zwykle to ja byłem tym, który troszczy się o innych, biega po świeże bułeczki i naprawia sprzęty w domu. Nie miałem nic przeciwko temu, ale odmiana okazała się niezwykle przyjemna. Kiedy wszedłem do mieszkania, moją uwagę przykuł nie tylko porządek, ulubiony kwiatek Mariki w wazonie i boski zapach dobiegający z pokoju, ale też fakt, że przyjaciółka wyglądała kwitnąco. Nowy kolor refleksów w jej włosach dodawał jej świeżości, ale to nie było tylko to. Chodziło o coś jeszcze — o jakąś nieuchwytną radość i błysk w oku. Miała na sobie ciemnoczerwoną bawełnianą sukienkę, która odsłaniała tatuaż z jaskółką na obojczyku, a jej długie, świeżo ułożone przez mojego brata falowane włosy podtrzymywała biała apaszka w kropki, zawiązana jak opaska. Jeśli chciała mnie uszczęśliwić, to udało jej się to w stu procentach.

Niestety byłem tak koszmarnie zmęczony i obolały po kilku dniach fizycznej pracy, że zasnąłem na kanapie.

Po około dwóch godzinach tej nieplanowanej drzemki przebudziłem się i odkryłem, że Marika przykryła mnie kołdrą i zniknęła. Domyśliłem się, że jest w mojej sypialni. Poszedłem do łazienki, żeby się przebrać i umyć zęby, a potem wróciłem na kanapę, rozłożyłem ją i próbowałem ponownie zasnąć.

Daremnie. Kanapa była strasznie niewygodna. Nie pomagał fakt, że bolały mnie plecy i zwykle po kilku cięższych dniach pracy potrzebowałem chwili przerwy oraz maty do akupresury, żeby się zregenerować.

Kręciłem się dobre dwie godziny, nie mogąc znaleźć sobie odpowiedniej pozycji. Wiedziałem, że jeśli nie prześpię chociaż kilku godzin, kolejnego dnia będę nieprzytomny. W końcu poddałem się, wziąłem pościel i poszedłem do sypialni, żeby po cichu położyć się na skraju łóżka.

Kolejnego dnia obudziłem się i zerknąłem na godzinę w telefonie. Ósma. Kiedy przypomniały mi się wydarzenia minionej nocy, obróciłem się gwałtownie. Marika siedziała w łóżku oparta o zagłówek i scrollowała coś na telefonie. Uśmiechnęła się do mnie rozbawiona.

— Serdecznie witam księcia na ziarnku grochu.

— Cześć — powiedziałem lekko zachrypniętym głosem. Odchrząknąłem. — Sorry. Chciałem ci tak czy inaczej odstąpić moje łóżko, ale sytuacja zmusiła mnie do podjęcia innych kroków.

— Czy przez sytuację rozumiesz to ziarnko grochu, które utkwiło w kanapie? — uniosła brew.

— Nie. Przez sytuację rozumiem to, że w przeciwnym wypadku musiałabyś mnie dzisiaj nosić na barana.

Przeciągnąłem się i z ulgą odkryłem, że moje plecy mają się już lepiej. Odkryłem też, że Marika ma na sobie wyjątkowo ładny czarny top z koronką. Jej wiśniowo-brązowe włosy były splecione w luźny warkocz. Choć to moja przyjaciółka i od dawna nie przywiązywałem zbyt wielkiej wagi do jej urody — a raczej się do niej przyzwyczaiłem — to jednak jej obecność w moim łóżku obudziła we mnie jakieś bliżej nieokreślone uczucie.

Decyzja o małżeństwie sprawiła, że do naszej relacji wkradło się coś nowego, co trudno mi było jednoznacznie zdefiniować. Już nie unikaliśmy tak bardzo kontaktu fizycznego i pozwalaliśmy sobie na różne spontaniczne zmiany, czego najlepszym dowodem była jej obecność w moim mieszkaniu. Choć wcześniej nie sądziłem, że tak się stanie, to teraz takie poluzowanie utartych zasad w obliczu planowanego ślubu wydawało mi się nieuniknione. Jednak zanim ostatecznie wypracujemy nową rutynę, należy trzymać się na baczności. Nasze dawne uczucie i tak już nie wróci — lata temu Marika postawiła sprawę jasno i od dawna nie miałem złudzeń, że mogłaby mnie pokochać. Po czasie jednak uświadomiłem sobie, że miejsce romantycznego uczucia naturalnie przejęła przyjaźń. I za bardzo tę przyjaźń ceniłem, żeby cokolwiek w tym układzie mieszać. Z zamyślenia wyrwał mnie głos Mariki.

— Haaaalo, co się z tobą dzieje? Coś cię boli? — zapytała.

— Zamyśliłem się, nieważne. Już jest lepiej — zerwałem się z łóżka i zacząłem ubierać spodnie. — Pamiętasz, kiedy mówiłem ci jakiś czas temu, że zamówiłem nową kanapę? No więc okazało się, że jest okropnie niewygodna, a mnie na dodatek bolały plecy. Sorrki, Mari, naprawdę nie zamierzałem ładować się z tobą do łóżka.

— Przecież to twoje łóżko. Dziwię się tylko, że nie wyrzuciłeś mnie do salonu.

— To już chyba wygodniejsze byłoby dla ciebie spanie w legowisku Saturna. A właśnie, co z nim zrobiłaś na czas wyjazdu do mnie? — zaciekawiłem się.

— Podrzuciłam go do Wojtka. Amelia niezbyt często wychodzi teraz z domu, zwłaszcza w te upały, więc z chęcią przygarnęła go na kilka dni. Założę się, że kiedy go odbiorę, będzie domagał się kabanosów co pół godziny.

— Ach. Ok. Odnośnie dzisiejszego dnia, to nie zdążyłem ci wczoraj powiedzieć, że nie idę do warsztatu. Przypomniało mi się za to, że w Grójcu otworzyła się nowa kawiarnia i chciałbym tam z tobą pojechać, co ty na to?

— Idealnie — Marika klasnęła w dłonie. — A nie musisz przypadkiem kupić garnituru na nasz ślub?

— Chciałem to zrobić w poniedziałek. A co?

— A bo zrobimy to dzisiaj. Pan młody nie może zobaczyć panny młodej w sukni, ale ja ciebie oglądać mogę. Powiem ci więcej, chcę.

Spojrzałem na nią z zainteresowaniem.

— Chcesz? Czy to znaczy, że rzeczywiście chcesz zobaczyć mnie w garniturze, czy po prostu obawiasz się, że sam wybiorę okropny model i spalisz się ze wstydu podczas ślubu?

— Niech ci będzie, że i jedno, i drugie.

— To zostawiam cię na chwilę samą i lecę po świeże bułki. Zrobię śniadanie. Głupio mi, że tak wczoraj odleciałem, a ty się napracowałaś, żeby mi było fajnie — rzuciłem już z przedpokoju, zawiązując buty. — Chcesz jajka po benedyktyńsku w bułce ze szczypiorkiem? — zapytałem, a Marika stanęła w drzwiach do sypialni, sięgając do górnej framugi i przeciągając się. Top zadarł jej się do góry, odsłaniając kawałek brzucha z małym diamencikiem w pępku. Wykorzystałem całą siłę woli, żeby patrzeć na jej twarz.

— Pasuje. Szczypiorku i jajek nie kupuj, są już w lodówce. To ja zrobię herbatę — odwróciła się na pięcie i poszła w kierunku kuchni.

Po śniadaniu pojechaliśmy w stronę Grójca. Zapowiadał się przepiękny, ciepły czerwcowy dzień — niebo było zupełnie bezchmurne, a przez okna mojego Passata wpadało słońce. Włożyłem okulary przeciwsłoneczne. Pojedyncze sady, a wśród nich sad moich rodziców znajdowały się już w okolicach Tarczyna, ale to nic w porównaniu z widokami, które rozciągały się po obu stronach drogi na trasie do Grójca i jeszcze kawał drogi za nim. Nie bez powodu rejon grójecki jest nazywany „największym sadem Europy”. Jego ogrodnicze tradycje sięgają aż pięćset lat wstecz. Dojeżdżając do miasta, w milczeniu podziwialiśmy równe rzędy jabłonek i czereśni, a w radiu grała muzyka. Jeśli to uczucie, które mnie wtedy rozpierało, dałoby się zamknąć w pudełeczku i wracać do niego każdej smętnej jesieni, to chętnie bym to zrobił. Była to wakacyjna weekendowa beztroska, świadomość zbliżającego się urlopu i pewność, że w moim życiu wszystko jest w porządku. Moje szczęśliwe zakończenie będzie inne niż standardowe, ale cieszyłem się na nie równie mocno.

— Wiesz, nigdy ci tego nie mówiłam, ale zauroczyłam się tobą już od pierwszego razu, kiedy cię zobaczyłam, wtedy na festynie z dzieciakami — powiedziała nieoczekiwanie Marika, patrząc w zamyśleniu gdzieś w dal, kiedy zaparkowałem w grójeckim rynku.

— Naprawdę? — zapytałem, lekko wstrzymując oddech i gasząc silnik. — Dlaczego mówisz o tym teraz?

Marika gwałtownie obróciła się w moją stronę i spojrzała na mnie tak, jakby zdziwiła się, że wypowiedziała swoje myśli na głos, a ja na nie odpowiedziałem. A potem zarumieniła się i wskazała ręką na wciąż grające samochodowe radio.

— To jedna z najbardziej znanych piosenek Afromental. Tak mi się jakoś skojarzyło… bo ich wokalista z tamtego czasu, czyli sprzed kilkunastu lat, przypomina mi trochę ciebie. Swego czasu podkochiwało się w nim mnóstwo dziewczyn.

— Czyli zauroczyłaś się mną wtedy, na festynie, bo… przypominałem ci jakiegoś gościa z boysbandu? — spytałem, a gdzieś w środku poczułem ukłucie.

Spojrzała na mnie dziwnie i zmarszczyła czoło.

— Nie. Tak jak powiedziałam, to on przypominał mi ciebie, a nie ty jego. Zespół stał się rozpoznawalny już po naszym rozstaniu.

— Aha.

Zrobiło mi się głupio i nie wiedziałem, jak zareagować. Wbiłem wzrok w swoje uda. Nie potrafiłem zebrać myśli i racjonalnie ocenić, czy to wszystko cokolwiek oznacza, na razie jednak wiedziałem jedno — że głęboko w moim sercu obudziło się coś, co nie powinno już nigdy się budzić. Wątła nadzieja. W takich chwilach jak ta czułem się bezradny, wiedziony słabościami i pozbawiony kontroli nad swoimi uczuciami.

— Czasem nadal nie rozumiesz, że zasługujesz na bycie czyimś numerem jeden — Marika chyba wyczuła mój nagły spadek nastroju i odezwała się łagodnym tonem, nachylając się lekko w moją stronę. — A moim jesteś. Gdybyś nie był najlepszym facetem, jakiego znam, to nie zgodziłabym się na to małżeństwo. To, że nie jesteśmy w romantycznym związku, nie ma tu nic do rzeczy.

Przyjemne ciepło rozlało się w moim wnętrzu i sprawiło, że uniosłem głowę, a kąciki ust same powędrowały do góry.

— Dokładnie to samo mógłbym powiedzieć o tobie — odpowiedziałem.

Wtedy Marika rozchyliła delikatnie usta i zwilżyła językiem swoją pełną, dolną wargę, cały czas wpatrując się we mnie niewinnie swoimi wielkimi, błękitnymi oczami. Nie patrzyła tak na mnie od bardzo dawna. Doskonale wiedziałem, od kiedy. Nagłe uczucie deja vu uderzyło mnie z siłą błyskawicy, a żołądek zjechał mi gdzieś w okolice pępka. Ostatni raz z takim samym wyczekiwaniem przyglądała mi się wtedy, kiedy wyznała mi miłość. I wtedy, i teraz wyraz jej twarzy mógłby być definicją szczerości. A jednak nie mogłem nie pamiętać o tym, że niedługo później mnie rzuciła. Nagle coś w jej oczach niemal niezauważalnie się zmieniło.

— Też jestem najlepszym facetem, jakiego znasz? — spytała rozmarzonym głosem, najwyraźniej próbując sprowadzić swoje wyznanie — przynajmniej częściowo — do żartu.

— Wiesz, o czym mówię — odparłem krótko, nie dając się sprowokować do wygłupów.

— Wiem — powiedziała już poważnie i ponownie spojrzała na mnie. — Po prostu chcę, żebyś wiedział, że to wszystko… to nie jest dla mnie koło ratunkowe przed samotnością. Czy coś w tym stylu. To jest coś, czego chcę i co wybrałam.

Przez chwilę studiowała uważnie moją twarz, jakbym był dawno niewidzianym znajomym, a ona nie mogła sobie przypomnieć, skąd mnie zna. W końcu zatrzymała się na moich oczach. Siedzieliśmy jeszcze przez chwilę w pełnej napięcia ciszy, a potem Marika zamrugała i otrząsnęła się z zadumy. Wyszła szybko z samochodu.

Marika

Cała moja relacja z Czarkiem była właśnie w momencie gruntownego przewartościowania. To było tak, jakby ktoś włączył wentylator w pomieszczeniu pełnym konfetti i wszystko zaczęło wirować i potrzeba było czasu, żeby w zupełnie nowej konfiguracji osiadło na miejscu. Dlatego właśnie w samochodzie wróciłam do tematu naszego dawnego związku, zanim zdążyłam ułożyć sobie w głowie listę argumentów za tym, żeby tego nie robić. Dopóki nie zdecydowaliśmy się na ślub, omijanie tego tematu może nie było dla mnie komfortowe, ale do przyjęcia. Od kiedy jednak zapadła decyzja o małżeństwie, nagle nie byłam w stanie dłużej funkcjonować z tabu, które zaczęło uwierać mnie jak źle przyszyta metka w dżinsach.

Mimo wszystko muszę się pilnować. Moje szczere wyznanie nie tylko zdecydowanie zagęściło atmosferę w samochodzie, ale też poruszyło w moim sercu zapomnianą strunę. Ogarnęła mnie fala piekącej tęsknoty, a kiedy spojrzałam na Czarka, żołądek zacisnął mi się ze wzruszenia, nostalgii i niezdefiniowanego, ciepłego uczucia. Oto mój najlepszy przyjaciel, moja ostoja i podpora, a do tego przyszły mąż.

Wysiadłam z auta, żeby nie przeciągać tej emocjonalnej chwili. Nie mogłam sobie pozwolić na rozbudzanie dawnych uczuć, zwłaszcza że Czarek nie znał mojego największego sekretu i nie mógł go poznać. Nie chciałam sobie nawet wyobrażać, co pomyślałby o mnie, gdyby poznał prawdę. Chowanie problemów w swojej głowie tak, żeby zupełnie przestać o nich myśleć było moją ulubioną taktyką rozprawiania się z trudnymi sprawami, choć zdawałam sobie sprawę, że niezbyt zdrową. Na ogół się jednak udawało, więc dlaczego tym razem miałabym postąpić inaczej?

Kiedy poszliśmy w kierunku sklepu z garniturami, zaczęłam rozmowę na temat dalszych planów na ten weekend. Czarek chętnie ją podjął, przyjmując z wyraźną ulgą zmianę tematu. Po chwili było już normalnie, a napięcie, które wytworzyło się podczas rozmowy w samochodzie, uleciało bez śladu. To była jedna z cudownych cech naszej relacji — niezmiernie rzadko pojawiały się między nami niezręczne chwile.

— Dzień dobry, w czym mogę pomóc? — zapytała sprzedawczyni w sklepie, zalotnie patrząc na Cezarego, który przełożył właśnie okulary słoneczne na włosy. Musiałam przyznać, że wyglądał fantastycznie. Miał na sobie popielatą koszulkę polo, którą upolowałam dla niego w zeszłym tygodniu w ulubionym lumpeksie i dżinsy, ale przy jego szczupłej, w naturalny sposób muskularnej sylwetce nawet taki prosty zestaw wyglądał bosko. Sam Czarek należał do tych mężczyzn, którzy w kwestii wyglądu przejmują się jedynie tym, żeby ubrania były czyste, ale w jego przypadku tyle w zupełności wystarczało. Korzystał z tego, że chętnie kupowałam mu ubrania, które z zamiłowaniem znajdowałam w przeróżnych sklepach z odzieżą używaną i sieciówkach. On nie cierpiał zakupów, ja nie miałam ochoty naprawiać sprzętów w domu, przykręcać listew czy jeździć z samochodem na przeglądy — układ idealny.

— Szukam garnituru na ślub z tą panią — powiedział Czarek z uśmiechem.

— Ma pan jakieś preferencje co do koloru i wzoru? Musi być garnitur, czy może być smoking? Chyba, że pozwoli pan, że po prostu pana ubiorę i nie będzie pan protestował? — zapytała elegancka blondynka, zwracając się do Czarka, ale patrząc pojednawczo na mnie.

— To zależy, czy ubierze go pani tylko przyzwoicie, czy tak, żeby moim koleżankom opadły szczęki — odpowiedziałam za Cezarego, wyczuwając w blondynce osobę z humorem i dystansem. — Bo jeśli ta druga opcja, to proszę bardzo, droga wolna.

— A ja w ogóle mam coś do powiedzenia? — odpowiedział Czarek unosząc ręce w geście poddania, najwidoczniej jednak zadowolony z obrotu sytuacji. — Jeśli o mnie chodzi, to wszystkie chwyty dozwolone, byle było klasycznie. Czernie, szarości, te sprawy.

— Dobrze — zgodziła się sprzedawczyni. — Nie, żeby ktoś pytał. — dodała półgębkiem, mrugając do mnie i odchodząc w kierunku swojego stanowiska.

Po chwili wróciła z miarką krawiecką i wprawnymi ruchami zmierzyła Czarka w pasie, a potem sprawdziła obwód jego klatki piersiowej. Zastanowiła się przez chwilę i zniknęła pomiędzy rzędami garniturów. Po chwili wyłoniła się z klasycznym, czarnym smokingiem i białą koszulą w ręku. Widząc trzymany przez nią zestaw od razu miałam przeczucie, że to strzał w dziesiątkę.

— Proszę zmierzyć ten. Mówią, że czarny to niekoniecznie dobry wybór na taką okazję jak ślub, ale przy pana jasnych włosach taki kolor to fenomenalny wybór.

Czarek zniknął za kotarą w przymierzalni, a blondynka znów na chwilę zniknęła. Usiadłam na eleganckim taborecie z welurowym obiciem naprzeciwko przymierzalni i czekałam. Wyciągnęłam telefon i zaczęłam przeglądać pocztę.

— No i jak? — usłyszałam nagle głos przyjaciela. Uniosłam głowę i zamarłam. Cezary wyglądał świetnie. Czarny smoking leżał na nim doskonale, podkreślając jego ładne ciało. Jak zwykle miał też w sobie pewną nonszalancję i chłopięcy urok, ale w tak poważnym stroju wyglądał… no cóż, musiałam to przyznać. Wyglądał nieziemsko seksownie.

— Wooooow — jęknęłam, podchodząc do niego. — Pokaż się w całości — powiedziałam, obchodząc go z każdej strony. Nie znalazłam najmniejszego defektu.

— Wygląda cudownie — rzuciłam z aprobatą w stronę sprzedawczyni, która właśnie podchodziła do nas z muszką w małym pudełeczku.

— Tak, zdecydowanie zostaniemy przy tym kroju smokingu, nie ma sensu szukać dalej. Nogawki do lekkiego skrócenia, marynarka przydałaby się rozmiar mniejsza ale poza tym — mamy to. Założę jeszcze panu tę muchę — powiedziała, wspinając się na palce i zapinając na jego szyi czarną muszkę z białym, delikatnym wzorem. — I voila!

— Nie wiem, jakim cudem znalazła pani jeszcze jakieś niedociągnięcia — powiedziałam, kręcąc głową. Czarek przyglądał się sobie w lustrze wyraźnie zadowolony. Ciekawe, czy bardziej cieszy się z efektu, czy z tego, że będzie można już zakończyć zakupy, czyli tę mniej oczekiwaną przez niego część dnia — pomyślałam.

— Ja jestem specjalistką, a pani jest w nim zakochana, to zupełnie co innego. Pani go widzi przez różowe okulary — powiedziała blondynka, uśmiechając się do mnie ciepło.

— No… tak — lekko się zawstydziłam, a Czarek zerknął na mnie przez ramię z łobuzerskim błyskiem w oku. Moje zakłopotanie najwidoczniej sprawiło mu przyjemność.

— Proszę stanąć koło narzeczonego, naprawdę piękna z was para. Pasujecie do siebie — powiedziała blondynka, znowu sięgając po miarkę. Przysunęłam się do Czarka, który zdecydowanym ruchem objął mnie i przyciągnął do swojego boku, najwyraźniej wchodząc już w pełni w rolę przyszłego męża. Poczułam jego zapach i natychmiast piekące ciepło rozlało się po moim ciele. Przypomniałam sobie, dlaczego wolałam unikać kontaktu fizycznego — on tak zawsze na mnie działał, najwidoczniej była to kwestia feromonów. Poza absurdalną chęcią rzucenia mu się na szyję i pocałowania go, poczułam coś jeszcze, co w ciągu ostatnich kilku tygodni czułam coraz częściej — przebłyski szczerej radości, kiełkujące i nieśmiałe. Od kilku lat nie pozwalałam sobie na nie zbyt często. Spojrzałam na nas w lustrze. Dla kogoś z zewnątrz rzeczywiście mogliśmy wyglądać jak idealnie dopasowana para. Wysoki, przystojny blondyn i, uczciwie rzecz biorąc, ładna brunetka z krągłościami i kolorowymi pasemkami. Nagle przyszło mi coś do głowy.

— A czy ma pani czerwoną muszkę? — zapytałam.

— Jasne. Chce pani, żeby pasowała do pani włosów — bardziej stwierdziła niż spytała ekspedientka, sięgając do gabloty po ciemnoczerwoną muchę.

— Tak. I nie tylko — Czarek spojrzał na mnie zaciekawiony. — Nie patrz, bo i tak nic ci nie powiem — rzuciłam w jego stronę. — Dziękuję, ta jest idealna.

— W tej kwestii też nie mam nic do powiedzenia? — zapytał Czarek.

— Nie — odpowiedziałyśmy z blondynką jednogłośnie, kiedy Cezary przymierzył muszkę i jakimś cudem wyglądał w niej jeszcze lepiej — choć nie sądziłam, że to jeszcze możliwe.

— To dobrze, że zgadzam się z werdyktem. Biorę go. Najlepiej razem z butami, spinkami i wszystkimi akcesoriami — odpowiedział.

Kiedy już cały strój mojego przyjaciela został skompletowany, włożyliśmy torby do samochodu i spacerem udaliśmy się w stronę nowej, polecanej kawiarni, którą Cezary znalazł ostatnio w internecie. Nazywała się „Niezwykła kawa” i poza klasycznymi wyborami, takimi jak latte czy cappuccino miała w ofercie wiele różnych, nietypowych kaw. Rzeczywiście, menu na ścianie za ladą było zapisane gęstym maczkiem, a kolejka sięgała do połowy lokalu. Mimo to stanęliśmy na jej końcu i zajęliśmy się rozmową.

— Powiesz mi w końcu, do czego jeszcze ma pasować moja czerwona muszka? — drążył temat Czarek. Wypytywał już od kilku minut.

— Nie ma takiej opcji. Ale mam nadzieję, że pozytywnie się zaskoczysz — odpowiedziałam, uśmiechając się do niego. Niespodzianka, którą dla niego szykowałam, zdecydowanie była warta tego, żeby nie dać za wygraną i nie powiedzieć mu ani słowa aż do dnia ślubu.

— Dobra, już dobra. To powiedz mi lepiej, jaką kawę wybierasz z tego festiwalu rozmaitości — skapitulował i przeniósł wzrok na menu. — Ja mam mroczki w oczach od samego patrzenia na tak szeroki wybór, ale doceń, że cię tu przywiozłem.

— Oj tam. W zwykłej kawiarni też bym się dobrze bawiła, wiesz o tym. Chętnie spróbuję kopi luwak, jeszcze nigdy nie miałam okazji jej pić.

— To ta kawa z kupy lemura? Boże, trzymaj mnie — przewrócił oczami Cezary. — Ja chyba wypiję kawę kuloodporną, brzmi trochę bardziej męsko niż, dajmy na to… frappuccino z lawendową chmurką — powiedział, przesuwając wzrokiem po tablicy.

— Dokładniej rzecz biorąc, kopi luwak to kawa z ziaren wydobywanych z odchodów łaskuna palmowego — powiedziałam, czytając na głos informacje z wyszukiwarki w telefonie. — Ale niech ci będzie, że z kupy lemura. Pij sobie tę swoją kawę z tłuszczem. Ale daj mi spróbować.

— Nie z tłuszczem, tylko z… olejem, masłem klarowanym i przyprawami — zrewanżował się Czarek, czytając ze swojego telefonu.

— Doobra. Nieważne. A zmieniając temat, to nie haruj tak bardzo w przyszłym tygodniu, żebyś miał siły na sobotę.

— A co się będzie działo w sobotę?

— Nie wiesz? Dzieciaki przygotowują dla ciebie wieczór kawalerski. Patryk mówił mi wczoraj w salonie, zresztą potem rozmawiałam też przez telefon z Wojtkiem, który to potwierdził. Mieli ci przekazać. Ja w tym czasie będę miała panieński. Nawet Marcelina przyleci z Hiszpanii na dwa tygodnie i zostanie do wesela, a potem posiedzi trochę u rodziców.

— Czyli w przyszłym tygodniu się nie zobaczymy? — zapytał Czarek z lekkim żalem w głosie, na który od razu zwróciłam uwagę. To też była nowość. Wcześniej, kiedy spędzaliśmy osobno weekendy, żadne z nas się tym zbytnio nie przejmowało. Nie byliśmy parą, więc nie czuliśmy się w obowiązku wszystkiego robić razem. Mimo wszystko zawsze kiedy jedno z nas nie mogło się spotkać, to drugie też wykorzystywało ten weekend na sprawy, których nie mogliśmy załatwić wspólnie, żeby nie tracić potem na nie kolejnych wolnych dni. To zdawało się być kolejną, niepisaną częścią naszej przyjacielskiej umowy.

— Raczej nie — odpowiedziałam i odnotowałam, że również odczułam ukłucie żalu. — Marcelina przylatuje w piątek i zostaje u mnie na noc, a w sobotę mamy babską imprezę. Ale nie martw się Czaruś, niedługo mnie zaobrączkujesz, zamieszkamy razem i jeszcze zdążysz mieć mnie totalnie dość.

Kiedy usiedliśmy z zamówionymi kawami i ciastkami przy stoliku, w dalszym ciągu omawialiśmy ślubne plany i planowaliśmy, jak mają wyglądać ostatnie dni przed ślubem. Ustaliliśmy też, że dopóki nie sprzedamy mojego mieszkania, będziemy spędzać tydzień u Czarka w Tarczynie, a weekendy u mnie w Warszawie. Tak było praktycznie ze względu na warsztat Czarka, bo ja i tak pracowałam zdalnie. Saturn miał podróżować z nami, odnotowałam więc w myślach, by sprawić mu drugą kuwetę i inne kocie akcesoria. Wylot na Maderę mieliśmy zaplanowany na dwa dni po ślubie, więc postanowiliśmy do czasu wesela nie myśleć na ten temat. I tak działo się wystarczająco dużo.

— Daj spróbować tej kupy lemura — powiedział w końcu Czarek, sięgając po moją filiżankę z kawą. Upił łyk i skrzywił się. — O matko, jak ty możesz to pić?

— To nie jest kawa dla plebejskiego podniebienia — mrugnęłam do niego, sięgając bez pytania po jego kubek, w którym dla odmiany pływały duże, żółte oka tłuszczu. — Twoja za to wygląda jak rosół wymieszany z błotem, ale pachnie nieziemsko — upiłam łyk. — O rety, i smakuje też nieziemsko!

— Ha — odparł zadowolony Czarek. — Zawsze w związku jest osoba, która lepiej wybiera pozycje z menu. Zwykle to jestem ja, tym razem też się sprawdziło. Chcesz więcej mojej? — dodał, oddając mi swój kubek.

— Tak, daj jeszcze trochę — odpowiedziałam, podnosząc jego kubek do ust. Kiedy Cezary określił naszą relację związkiem, jakieś dziwne uczucie przebiegło po mojej klatce piersiowej. Coś jak mrowienie i ciepło naraz.

Snucie planów i spędzanie czasu z Cezarym miało w sobie coś, co wprawiało mnie w świetny nastrój. Sprawiała mi przyjemność myśl, że po ślubie będziemy spędzać więcej czasu razem i — choć wiedziałam, że nie powinnam myśleć w tych kategoriach — że będę miała Czarka dla siebie. Coraz trudniej przychodziło mi za to myślenie o tym, że będzie mógł spotykać się z innymi kobietami i sypiać z nimi, a kiedyś może nawet się zakochać. Odganiałam jednak od siebie te myśli jak natrętne muchy, rozprawiając się z nimi niemal w tej samej sekundzie, w której się pojawiały.

W pewnym momencie zauważyłam, że siedząca przy stoliku obok ładna brunetka uważnie się nam przygląda. Kiedy na nią spojrzałam, uśmiechnęła się do mnie z aprobatą. Dotarło do mnie, że wyglądamy na zakochaną parę, która omawia właśnie przy kawie plany ślubne i dobrze się bawi, próbując wzajemnie swoich wymyślnych kaw. W ułamku sekundy zapragnęłam, żeby choć na chwilę taka właśnie była prawda — prosta i prozaiczna.

Niewiele myśląc, odwzajemniłam więc uśmiech brunetki, a potem lekko uścisnęłam ciepłą dłoń Czarka i spojrzałam w jego zielone oczy, nie próbując tym razem w żaden sposób ukrywać moich poplątanych uczuć, które od jakiegoś czasu zajmowały moje serce i zaprzątały umysł.

Cezary

Kiedy Marika uścisnęła moją dłoń i spojrzała na mnie, poczułem czystą radość i motyle w brzuchu. W jej wzroku ponownie pojawiło się coś, co zapamiętałem z czasów naszego związku — zwykle patrzyła na mnie w podobny sposób chwilę przed tym, jak wpadała w moje ramiona i zachłannie mnie całowała. Po chwili jednak radość zastąpiło bolesne ukłucie zawodu, kiedy uświadomiłem sobie, że tamten czas już dawno minął. Teraz łączy nas zupełnie co innego. Jeśli chcę mieć Marikę obok, muszę ochłonąć i wrócić w stu procentach do trybu przyjaciela, odkładając na bok młodzieńcze sentymenty, co nie będzie łatwe. Jeszcze do niedawna nie myślałem o tym, z kim ona sypia czy będzie sypiać, ale teraz ta myśl nie dawała mi spokoju. Ona nie będzie już Twoja w taki sposób jak kiedyś — przypominał głos rozsądku w mojej głowie.

W drodze powrotnej do mojego mieszkania spekulowaliśmy na temat wieczoru panieńskiego i kawalerskiego, próbując zgadnąć, jakie atrakcje przygotowali dla nas przyjaciele i rodzina. Marika obstawiała, że ze strony Patryka i Wojtka mogę się spodziewać bardziej szalonych atrakcji, niż ona ze strony Marceliny i Oli. Dzieciaki, jak od chwili naszego poznania piętnaście lat temu do dziś nazywaliśmy naszych młodszych braci, od początku miały bowiem szczególny wkład w budowanie naszej więzi.

W czerwcu 2008 roku miałem dwadzieścia lat i byłem pod koniec pierwszego roku studiów ogrodniczych. Był to dla mnie trudny okres. Właśnie wtedy coraz poważniej biłem się z myślami i rozważałem rzucenie studiów na rzecz warsztatu stolarskiego.

Kilka tygodni przed rozpoczęciem letniej sesji egzaminacyjnej, w pewną słoneczną niedzielę odbywał się w Tarczynie festyn z okazji Dnia Dziecka. Już od jakiegoś czasu byłem w fatalnym nastroju i miałem świadomość, że mogę oblać kilka egzaminów. Kiedy więc rodzice poprosili mnie, żebym zabrał Patryka na festyn, zgodziłem się bez wahania — uznałem, że przewietrzenie głowy i chwilowe oderwanie od swoich ponurych myśli dobrze mi zrobi. Poza tym, mimo swoich dwudziestu lat nadal uwielbiałem watę cukrową. Przed wyjściem podekscytowany, dziesięcioletni wówczas Patryk trajkotał coś o tym, że na festynie umówił się ze swoim najlepszym przyjacielem i że koniecznie musimy go tam znaleźć. Wiedziałem doskonale, o kim mówi. Wojtek Bańko, czyli brat Mariki był wesołym, inteligentnym chłopcem, którego mama albo tata przywozili czasem do nas, żeby pobawił się z moim bratem. Chłopcy lubili też nocować u siebie nawzajem, za czym akurat średnio przepadałem, bo przez pół nocy z pokoju Patryka wydobywały się wtedy piski i krzyki.

Wiedziałem, że tata Wojtka jest znanym w Tarczynie radcą prawnym. Moi rodzice korzystali kiedyś z jego usług, kiedy mieli problem z nieuczciwym kontrahentem. Jego mama była za to wykładowczynią na Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, a moja mama znała ją z wywiadówek szkolnych chłopców. Wojtek miał też dwie sporo starsze siostry, Marcelinę oraz Marikę, która była moją równolatką. W tamtym czasie kojarzyłem jedynie Marcelinę, która pracowała sezonowo w naszej lokalnej, tarczyńskiej cukierni. Starsza od niej o dwa lata Marika umykała dotąd mojej uwadze, bo jako nastolatka uczyła się w warszawskim ogólniaku, podczas gdy ja chodziłem do lokalnego liceum.

Kiedy pojawiliśmy się z Patrykiem na festynie, brat natychmiast zaczął gorączkowo rozglądać się w poszukiwaniu Wojtka.

— Patryś, spokojnie. Zaraz go znajdziemy. Chodź, kupię ci najpierw watę cukrową — powiedziałem, ujrzawszy kolejkę do stanowiska z watą.

— Tam jest! — wrzasnął nagle Patryk i puścił się pędem w stronę końca kolejki. Zanim do niego doszedłem, zbijał już żółwika ze swoim najlepszym kumplem.

Wtedy zauważyłem, że z Wojtkiem stoi ładna, ciemnowłosa dziewczyna z długimi, lekko kręconymi włosami. Była uderzająco podobna do Marceliny, choć nieco wyższa i krąglejsza, więc domyśliłem się, że to właśnie musi być Marika. Miała na sobie krótkie, dżinsowe spodenki i czarną koszulkę z dużym wycięciem na plecach. Nosiła białe tenisówki. Przestępowała z nogi na nogę, zaglądała do przodu kolejki i chyba trochę się nudziła.

— Cześć — powiedziałem, podchodząc do dzieciaków i Mariki. Zbiłem piątkę z małym Wojtkiem, po czym podałem rękę Marice. — Czarek, starszy brat Patryka.

— Marika, starsza siostra Wojtka — odpowiedziała, nagle rozpromieniona. Jej uśmiech natychmiast przykuł moją uwagę. — Cieszę się, że tu jesteś. Uznałam, że skoro już jestem w domu, to zabiorę Wojtka na ten festyn w ramach budowania relacji rodzinnych — poczochrała w tym momencie brata po głowie, a on, nie odrywając się od rozmowy z Patrykiem, próbował uszczypnąć ją w udo — ale młodzież nie wydaje się tym faktem przejęta. No cóż, przynajmniej mam ciebie. I watę cukrową.

— Chyba też się na nią skuszę — powiedziałem.

— Chyba?! Daj spokój, jest Dzień Dziecka. Nie wierzę, że w ogóle bierzesz pod uwagę scenariusz, w którym nie będziesz oklejony cukrem z góry do dołu.

— No dobra, masz mnie. Nie wiem, czy wata cukrowa nie jest jedynym powodem, dla którego tu jestem — odpowiedziałem, czując, że coraz bardziej lubię tę dziewczynę.

— No, teraz lepiej — odparła, uśmiechając się do mnie. Miała przepiękny, szczery uśmiech i myślę, że już w tamtym momencie byłem w niej odrobinę zakochany.

— Skoro mamy trochę czasu, to opowiedz mi coś o sobie. Dużo o tobie słyszałem w domu, ale nie miałem okazji cię spotkać — powiedziałem. — Mamy przed sobą przynajmniej dwadzieścia minut kolejki po watę, a chłopcy są nami ewidentnie niezainteresowani.

Patryk i Wojtek trajkotali więc piskliwymi, chłopięcymi głosami o jakiś niezmiernie ważnych szkolnych perypetiach, a my z Mariką zaczęliśmy rozmawiać. Nie mam pojęcia, kiedy zleciało nam te dwadzieścia minut, ale kiedy odchodziliśmy z czterema puchatymi watami cukrowymi w kierunku innych atrakcji, do których ciągnęli nas bracia, ku własnemu zdziwieniu zdążyłem powiedzieć jej już o sobie niemal wszystko. Marika opowiadała mi o studiach na filologii hiszpańskiej i planach na wakacje, a ja o studiach ogrodniczych i sadzie rodziców. Kiedy wspomniałem o warsztacie dziadka, a ona zaczęła drążyć temat, niespodziewanie wylały się ze mnie wszystkie moje rozterki, o których nie miałem komu opowiedzieć. Marika była świetną rozmówczynią i miała niewątpliwy dar zaskarbiania sobie sympatii otoczenia. To, z jaką uwagą mnie słuchała, było dla mnie nowością. Moi rodzice byli troskliwi, ale w bardzo praktycznym względzie, którego nie obejmowały moje rozterki życiowe, emocje i przemyślenia. Myślę, że właśnie od tamtego spotkania z Mariką zaczął się mój proces uczenia się, że można żyć inaczej.

— Wiesz, znam cię dopiero chwilę — zerknęła na zegarek. — I to dosłownie chwilę, ale brzmisz tak, jakbyś podjął już decyzję, tylko bał się ją wypowiedzieć na głos. Wiesz o tym?

— Nie wiem. Nie chcę zawieść rodziców, ale też nie chcę robić czegoś wbrew sobie, tylko i wyłącznie w imię rodzinnych tradycji. Które zresztą też nie trwają jakoś wybitnie długo, bo sadownictwem zajęli się dopiero moi rodzice, dziadków to zupełnie nie dotyczyło. Przemyślę to jeszcze, na razie mam inny problem. Tona egzaminów i kolokwiów, do których zupełnie nie mam serca się uczyć — westchnąłem.

— Ach, spoko, mam to samo. Uwielbiam moje studia, ale to nie działa tak, że w związku z tym uwielbiam też egzaminy. Słuchaj, mam propozycję — jej oczy rozbłysły. — Umawiajmy się na wspólną naukę. Ja wynajmuję pokój w Warszawie, więc w tygodniu możemy łączyć się przez Skype, a w weekendy możemy spotykać się u mnie albo u ciebie w Tarczynie. Oczywiście tylko po to, żeby się uczyć. Nie będziesz odchodził od komputera, tylko będziesz się uczył, bo będę patrzyła i będzie ci głupio. I tak samo ja. Co ty na to?

— Jesteś genialna — odpowiedziałem szczerze. Takiej właśnie motywacji było mi potrzeba — zewnętrznej, bo nie wierzyłem już, że sam zdołam zmusić się do nauki. Musiałem też przyznać, że pomysł patrzenia na Marikę z taką częstotliwością, choćby przez kamerkę, bardzo przypadł mi do gustu. Po tej rozmowie już nie wydawała mi się ładna, ale prześliczna. Nie mogłem i nie chciałem odrywać od niej wzroku.

— No to ustalone. I jeszcze obiecaj mi na mały paluszek — wyciągnęła swój mały palec w moim kierunku — że nie będziesz przez najbliższy miesiąc chodził do warsztatu dziadka. To dla twojego dobra. Kiedy zaliczysz ten rok, będziesz się na spokojnie zastanawiał co zrobić i rzeźbił, co tylko ci się podoba. Ale teraz głupio by było, gdybyś tak bez zastanowienia zawalił naukę — zaproponowała Marika.

Ok, umowa stoi — owinąłem swój mały palec wokół jej palca. — Nie wiem, jak ci się odwdzięczę. Może jeszcze jedną watą cukrową? — powiedziałem, wyrzucając patyczek do pobliskiego kosza i wypatrując naszych braci, którzy wbiegli właśnie w robioną przez lokalnych strażaków pianę i zniknęli nam z pola widzenia.

— Nie ma opcji. Ona smakuje tak dobrze tylko dlatego, że jemy ją raz na rok. Poza tym kolejka jest już dwa razy dłuższa — zauważyła Marika, machając ręką w stronę ludzi, którzy stali w długim zygzaku przed stanowiskiem.

— Masz rację. To chodź, kupię ci kawę — powiedziałem, wziąłem ją za rękę i pociągnąłem w stronę budki z mrożoną kawą.

Od tamtego czasu przez kilka tygodni rzeczywiście spotykaliśmy się co weekend, a w tygodniu raz lub dwa razy zdzwanialiśmy się na wspólną naukę przez Skype. Starałem się zagadywać Marikę i dowiadywać się o niej coraz więcej, ale konsekwentnie pilnowała, byśmy oboje się uczyli. Kiedy więc uczyliśmy się podczas naszych internetowych spotkań, spędzaliśmy dwie godziny w ciszy, czytając książki i robiąc notatki. Oczywiście nie mogłem się powstrzymać, by ukradkiem na nią nie zerkać, ale nie zwracała na mnie najmniejszej uwagi. Dopiero na koniec pozwalaliśmy sobie na kilka minut luźnej rozmowy. Chciałem wiedzieć o niej wszystko. Czekałem na te ostatnie minuty naszych rozmów i z upodobaniem wyciągałem z niej różne informacje — że wybrała filologię hiszpańską, bo podoba jej się brzmienie języka, który pamięta z telenoweli oglądanych w dzieciństwie z babcią, że kocha słoneczniki, że planuje zrobienie dużego tatuażu na obojczyku, że kocha pizzę i włoskie jedzenie, że nie słodzi kawy i że chce w życiu dużo próbować, doświadczać nowych rzeczy i podróżować. Jej marzeniem było napisanie w przyszłości książki. Ja opowiadałem jej o tym, czego dziadek nauczył mnie na temat rzemiosła stolarskiego i drewna, jak wygląda życie w rodzinie zajmującej się sadownictwem, że uwielbiam gotować i dużo czytam. Słuchałem jej jak urzeczony i chłonąłem każdą informację, którą się dzieliła wiedząc, że zapamiętam wszystko, czym zdecyduje się ze mną podzielić. Cieszyłem się też, kiedy widziałem, że i ona słucha w skupieniu i uważa mnie za interesującego. Kiedy spotykaliśmy się w Tarczynie, również sporo się uczyliśmy. Kiedy szedłem do Mariki, jej mama przynosiła nam małe rogaliki z konfiturą i parzyła kawę. Bardzo chciała poznać mnie lepiej i kilkakrotnie próbowała usiąść z nami na chwilę, ale Marika niezmordowanie odprawiała ją z kwitkiem obiecując, że kiedy zaliczymy wszystkie egzaminy, to zaprosi mnie na dłużej i wtedy będzie pytała, o co tylko zechce. Za to podczas spotkań u mnie własnoręcznie tworzyłem różne cuda z jabłek — szarlotkę, domowy cydr bezalkoholowy i kruche ciasteczka jabłkowe z cynamonem, a do tego parzyłem dzbanek herbaty z mięty zrywanej w naszym ogrodzie. Chwaliła moje zdolności kulinarne, zajadała ze smakiem, goniła mnie do książek i obiecywała, że po sesji spotkamy się już bez obstawy podręczników i bez widma egzaminów.

Pomiędzy spotkaniami pisaliśmy do siebie SMSy i rozmawialiśmy na Gadu Gadu. Coraz częściej flirtowaliśmy i rozmawialiśmy do późnych godzin nocnych, cały czas się ucząc i w efekcie zasypiając nad książkami. Jakimś cudem zdałem wszystkie kolokwia i egzaminy — co prawda nie zdobyłem najwyższych ocen, ale zawziąłem się i zrobiłem wszystko, żeby zaliczyć pierwszy rok studiów. Coś w środku mówiło mi, że staram się głównie po to, żeby nie wypaść źle przed moją nową przyjaciółką, ale w tym momencie efekt był dla mnie bardziej istotny od źródła motywacji.

Pod koniec czerwca wypadały dwudzieste urodziny Mariki. Tego dnia rano miałem dostać oceny z ostatniego egzaminu. Na popołudnie zaprosiłem natomiast Marikę do włoskiej restauracji w Grójcu, żeby wspólnie świętować jej urodziny. Ona zaliczyła już sesję kilka dni wcześniej, więc przez ostatnie dni dopingowała mnie na ostatniej prostej. W dzień naszej randki w pizzerii pojechałem rano na uczelnię, gdzie na drzwiach sali wykładowej wisiała już kartka z ocenami. Kiedy w tabeli wyłowiłem w końcu swoje nazwisko i przypisaną do niego ocenę 3,5, chwyciłem za telefon i od razu do niej zadzwoniłem. Udało się. Czułem się lekki, szczęśliwy i wolny. Do domu wracałem jak na skrzydłach, a potem wziąłem prysznic, ubrałem się wyjątkowo starannie i samochodem taty pojechałem po Marikę. Otworzyła mi ubrana w długą, zwiewną sukienkę w słoneczniki, a włosy miała związane w kucyk. Spojrzałem na jej sukienkę z uśmiechem, a potem wymownie spojrzałem jej w oczy. Odwzajemniła uśmiech.

— Ładna sukienka. Świetnie w niej wyglądasz — powiedziałem.

— Chodź do mojego pokoju. Uznałam, że będzie pasowała do czegoś, co dzisiaj dostałam. Pokażę ci.

Doskonale wiedziałem, co ma na myśli, ale zrobiłem duże oczy i udałem, że nie mam pojęcia, o czym mówi. Kiedy weszliśmy do jej pokoju, na stoliku w dużym wazonie stał ogromny bukiet słoneczników.

— Od kogo dostałaś takie piękne kwiaty? — zapytałem z miną niewiniątka.

Marika podeszła bliżej i stanęła obok mnie. Była zbyt blisko i oboje doskonale o tym wiedzieliśmy.

— Myślę, że wiesz kto je tu przysłał — powiedziała cicho i spojrzała na mnie.

— Jesteś sama w domu? — spytałem, przysuwając się jeszcze bliżej.

Niecierpliwie musnąłem jej usta swoimi, jeszcze zanim zdążyła odpowiedzieć, a ona zarzuciła mi ręce na szyję i oddała pocałunek. Miała pełne, słodkie wargi. Całowałem ją bez wytchnienia, a czas się dla mnie zatrzymał. Spotykałem się wcześniej z dwoma czy trzema dziewczynami, ale przy żadnej z nich nie czułem nawet połowy tego, co przy Marice. Kiedy przesunąłem palce delikatnie po jej szyi, kierując się w stronę ucha, zadrżała i przywarła do mnie całym ciałem, wsuwając ciepłą dłoń pod moją koszulkę i kładąc ją na moich plecach. W końcu pchnęła mnie lekko w stronę swojego łóżka. Położyliśmy się na nim, nie przestając się dotykać.

— Boże, jak ty pachniesz — powiedziała Marika, wtulając nos w moją szyję.

— To Adventure od Davidoffa — powiedziałem, gładząc jej włosy.

— Och, nie używaj go więcej. To znaczy… to ładne perfumy, ale mówię teraz o twoim naturalnym zapachu. Pachniesz tak… słodko i jednocześnie rześko. Jak miód z cytryną. Mogłabym cię przytulać do jutra — powiedziała, przytulając się do mojego boku i zarzucając mi nogę na biodra.

— Ja ciebie też — szepnąłem, odwracając się do niej i całując ją w czoło. Pachniała jak jej ukochane słoneczniki.

Tamtego dnia nie dotarliśmy do włoskiej restauracji. Ani nigdzie indziej. Nasza rezerwacja dawno przepadła, więc zamówiliśmy pizzę i obiecałem Marice, że zaproszę ją na kolację przy pierwszej możliwej okazji. Mieliśmy w końcu przed sobą całe wakacje. Problemy z wyborem pomiędzy sadownictwem a warsztatem stolarskim wydawały mi się teraz odległe i nierzeczywiste.

Tamtego lata spędzaliśmy razem każdą wolną chwilę. Zabieraliśmy naszych braci na lody i na basen. Poznaliśmy nawzajem swoich rodziców, którzy byli zachwyceni, że jesteśmy razem, bo obie nasze rodziny znały się i lubiły. Zaprosiłem Marikę do warsztatu dziadka, gdzie na jej oczach zrobiłem dla niej małą szafkę nocną. Autem mojego taty jeździliśmy też do Warszawy, gdzie spędzaliśmy czas sami lub z naszymi znajomymi ze studiów. Przesiadywaliśmy też w cukierni, w której pracowała Marcelina, korzystając z jej pracowniczych zniżek na lody i kawę, a ona przewracała oczami zza kontuaru, gdy patrzyliśmy sobie w oczy i trzymaliśmy się za ręce. W wolnych chwilach nadal pomagałem w sadzie, ale tata sporo mi odpuścił, widząc moją pierwszą, prawdziwą młodzieńczą miłość.

Byłem pewien, że kocham Marikę. Wyznałem jej to po miesiącu. Zabrałem ją wtedy na wycieczkę nad pobliskie jezioro — sam upiekłem ciasto, zabrałem owoce i zrobiłem kawę do termosów, a potem, przytulając ją na wypłowiałym kocu, wyznałem jej miłość. Zareagowała tak, jak się spodziewałem — spojrzała na mnie tak, że nie musiałaby nic mówić, a i tak wiedziałbym, że czuje to samo. Mimo to odwzajemniła moje wyznanie, siadając mi okrakiem na kolanach, przytulając się do mnie całym ciałem, wplatając ręce w moje włosy i całując każdy kawałek mojej twarzy.

To lato było też wypełnione po brzegi erotyzmem i na samo wspomnienie o nim czuję przyjemne mrowienie. Żadne z nas nie spało wcześniej z nikim innym, więc nie spieszyliśmy się i powoli odkrywaliśmy swoje ciała, coraz odważniej sprawiając sobie przyjemność. Pożądanie wypełniało mnie po brzegi, ale czekałem, aż i ja, i Marika będziemy gotowi na pełne zbliżenie. Nie było to dla mnie problemem. Chciałem, żeby nasz pierwszy raz był wyjątkowy.

Pod koniec wakacji sielankę zaczęły powoli zakłócać dawne rozterki. Mimo miłości, która wciąż mnie rozpierała w takim samym stopniu, musiałem wrócić do dylematu związanego z wyborem warsztatu czy sadu. Okazało się, że Marika miała rację. Moje serce podjęło decyzję już dawno, musiałem tylko zracjonalizować swoje argumenty i zakomunikować swój wybór rodzicom, co okazało się trudniejsze, niż sądziłem. W międzyczasie wpadłem na pomysł, będący rozsądnym kompromisem — kontynuację studiów w trybie zaocznym i połączenie ich z pracą w warsztacie, jednak przynajmniej na starcie musiałem wtedy liczyć na finansową pomoc rodziców w opłaceniu studiów. Im dłużej nad tym myślałem, tym bardziej uważałem, że to słuszne rozwiązanie. Marika mocno mnie wspierała i również uważała, że może to być dla mnie idealny sposób na zostawienie sobie furtki do sadownictwa w razie, gdybym kiedyś zmienił zdanie. Jasne, pracować w sadzie mogłem i bez studiów — jednak dzięki wyższemu wykształceniu mógłbym kiedyś przenieść biznes rodziców na wyższy poziom.

Jednak było coś jeszcze. Marika coraz częściej unikała rozmów o nadchodzącym roku akademickim. Widziałem, że coś ją gryzie, ale nie chciała powiedzieć, o co chodzi. Mówiła, że musi podjąć jakieś decyzje związane ze studiami, ale wszystko mi opowie, kiedy sama ułoży sobie wszystko w głowie. Niepokoiło mnie to, ale nie na tyle, żeby podejrzewać, że wydarzy się coś złego. A jednak się pomyliłem.

Pewnego ciepłego, wrześniowego poranka moja dziewczyna pojawiła się niezapowiedziana pod moim domem. Wyszedłem do niej, kiedy zobaczyłem, jak parkuje na podjeździe samochód swojej mamy. Jej mina nie zwiastowała nic dobrego.

— Musimy porozmawiać — powiedziała Marika z rozpaczą w oczach. Przeraziłem się. Nigdy jej takiej nie widziałem.

— Dobrze, chodź — poprowadziłem ją w kierunku ogrodu, gdzie usiedliśmy na żeliwnej ławce w pobliżu jabłoni. Kawałek dalej w równych rzędach rosły już małe, zgrabne, typowe dla sadów przemysłowych jabłonki, jednak akurat przy tej ławce rodzice posadzili tradycyjną, dużą jabłoń. Było to w tej części ogrodu, która stanowiła ich prywatny teren. Cały sad o tej porze roku wyglądał przepięknie — wszystkie jabłonki mieniły się na zielono i czerwono. Tego dnia były zaplanowane pierwsze zbiory.

— Wyjeżdżam niedługo na Erasmusa do Hiszpanii — powiedziała szybko Marika, jakby chciała mieć to już za sobą. — Nie będzie mnie do stycznia.

— Ojej — zdziwiłem się, ale poczułem, jak kamień spada mi z serca. — To fantastycznie, gratuluję kochanie. Odwiedzę cię tam i zrobię wszystko, żebyśmy spędzili razem święta. Ale dlaczego nie powiedziałaś mi o tym wcześniej? Przykro mi, że będziemy musieli się rozdzielić na kilka miesięcy, ale przecież to nie jest tragedia.

Marika przygryzła wargę. Była sztywna jak struna.

— To nie wszystko. Od kolejnego semestru będę studiowała we Wrocławiu.

— Ale… — zaniemówiłem. Odchrząknąłem. Czułem się tak, jakby w mojej głowie coś wybuchło i zabrało mi zdolność racjonalnego myślenia. Usilnie chciałem wierzyć, że przecież to nic takiego, ale doskonale wiedziałem, że nie miałaby takiej miny, gdyby to wszystko było żartem.

— Marika, przecież musiałaś o tym wiedzieć wcześniej. I nic mi nie powiedziałaś — powiedziałem w końcu. Byłem zdruzgotany.

— Nie miałam pojęcia o Erasmusie. Zaproponowano mi miejsce z listy rezerwowej, ktoś się wykruszył w ostatniej chwili. Dawno już postawiłam krzyżyk na tym wyjeździe, bo pierwsza odmowa przyszła jeszcze w maju. Wyjazd jest za tydzień. Ale… o Wrocławiu rzeczywiście wiedziałam od dawna. Zawsze marzyły mi się studia w tym mieście. I w ogóle, wiesz… podróże. Czarek, chcę być z Tobą, ale znamy się dopiero trzy miesiące i… — zawiesiła głos.

— I nie jestem wart tego, żeby wiedzieć z wyprzedzeniem o twoich planach? — powiedziałem i zdałem sobie sprawę, że zabrzmiało to żałośnie.

— To nie tak — wyszeptała Marika, a w jej oczach zalśniły łzy. — Kocham cię. Ale nie chcę rezygnować ze swoich marzeń i nie chcę, żebyś ty rezygnował ze swoich. Chciałam cię prosić, żebyś też przeniósł się do Wrocławia na te dwa lata i dokończył studia tam. Ale… nie mogę ci kazać zostawić warsztatu. Czekałam na twoją decyzję, ale teraz już ją znam i… — spojrzała na mnie bezradnie.

— I podjęłaś własną decyzję?

Powoli skinęła głową, a po jej policzkach potoczyły się kolejne łzy. Przez chwilę trwałem w bezruchu, a przez moją głowę przelatywały tysiące myśli. Wśród nich taka, że ona ma rację i rzeczywiście nie mogę zostawić warsztatu dziadka, skoro chciałem zacząć budować swój biznes.

— Chodź do mnie — byłem roztrzęsiony, ale mimo to chciałem ją przytulić. Marika przylgnęła do mnie i płakała w moich ramionach, a ja głaskałem ją po głowie. Też płakałem. To było bez sensu. A najgorsze było to, że w pewien sposób ją rozumiałem, więc nie umiałem zareagować złością. Nagle w mojej głowie błysnęła myśl. Ostatnia iskierka nadziei.

— Bądźmy ze sobą te dwa lata na odległość. Tak po prostu — zaproponowałem.

— Nie. To będzie tak, jakbyśmy skazali naszą relację na długą i powolną śmierć w męczarniach. Wolę zachować piękne wspomnienia i dać sobie czas. Jeśli jesteśmy sobie pisani, na pewno odnajdziemy do siebie drogę. Po dwóch latach tu wrócę i jeśli wciąż będziemy wolni, damy sobie drugą szansę. Co ty na to? — powiedziała po długiej przerwie, podnosząc głowę z mojego ramienia i patrząc na mnie. Miała zapuchnięte oczy, ale i tak wyglądała pięknie. Nie byłem w stanie wyobrazić sobie, jak miałbym bez niej funkcjonować.

— Nie umiem się tak poddać — pokręciłem głową. — Nie z tobą. Nie teraz.

Biliśmy pianę w ten sposób jeszcze długo. Kiedy o tym myślę, mam przed oczami wielogodzinną, bolesną rozmowę Rossa i Rachel z „Przyjaciół”, zakończoną ich rozstaniem. U nas było tak samo — na zmianę rozmawialiśmy rzeczowo i spokojnie, płakaliśmy, znowu przedstawialiśmy argumenty, a z nadmiaru emocji i stresu bolała mnie głowa. W końcu jednak poddałem się, a na dodatek postanowiliśmy rozstać się w przyjaźni i nie urywać kontaktu. Nie miałem pojęcia, jak to przetrwać, ale nie chciałem jej tracić całkowicie. W tamtym momencie wolałem być dla niej przyjacielem niż mglistym wspomnieniem.

— Zawrzyjmy pakt. Weźmiemy ślub, jeśli skończymy trzydzieści pięć lat i nadal będziemy wolni — zaproponowała Marika na koniec tej rozmowy.

— To absurd. Założę się, że do trzydziestki będziesz już dawno mężatką z trójką dzieci — oznajmiłem, choć bolała mnie sama myśl o tym, a wypowiedzenie tych słów na głos było prawdziwą torturą.

— A jeśli nie? — spytała.

— Ok. Zgadzam się — wzruszyłem ramionami, nie wierząc ani przez sekundę, że to rzeczywiście mogłoby się wydarzyć.

A jednak mamy 2023 rok, a to wszystko, co wtedy było absurdem, dzieje się naprawdę.

Marika

Resztę piątku spędziliśmy u Czarka. Było tak gorąco, że zasunęliśmy wszystkie zasłony, Cezary przywiózł z warsztatu dodatkowy wentylator, a na obiecany obiad zamiast polędwiczek w sosie zrobił wypasioną sałatkę, byle tylko nie trzeba było włączać piekarnika. Wieczorem czytałam książkę, leżąc na kanapie i popijając wodę z cytryną i lodem, a mój przyjaciel siedział przy laptopie i zajmował się firmowymi sprawami.

Kiedy przyszła pora snu, wyszłam z łazienki i poszłam w stronę sypialni. Zabrałam stamtąd kołdrę i poduszkę, chcąc ruszyć z nimi do salonu, ale Czarek natychmiast zaoponował.

— Mari, śpij ze mną. Jeśli nie chcesz, to ja pójdę do salonu. W każdym razie oficjalnie zabraniam ci spania na tamtej kanapie — powiedział. — I masz tu prześcieradło, dzisiaj nie będzie się dało spać pod kołdrą — rzucił mi poskładane w kostkę zawiniątko.

— No doooobra — powiedziałam wesoło, zajmując w łóżku miejsce koło niego. Prawda była taka, że nie miałam ochoty spać na kanapie, ale dla porządku wolałam poczekać na zaproszenie do sypialni.

— Czuję, że to było zaplanowane — odezwał się Czarek z uśmiechem.

— Z premedytacją — powiedziałam z rozbrajającą szczerością. Zrzuciłam z łóżka swoją kołdrę i rozłożyłam prześcieradło, a potem zaciągnęłam rolety i zamknęłam drzwi do sypialni.

Zapadła cisza. Spojrzałam na Czarka, który został w łóżku w samych bokserkach. Zobaczyłam jego nagi, subtelnie umięśniony tors i delikatnie owłosiony, szczupły brzuch. Jasne, niejednokrotnie widywałam go w podobnym wydaniu choćby na plaży i choć miło było na niego popatrzeć, to nie wywoływał u mnie gęsiej skórki. Było jednak coś intymnego w tym, że byliśmy teraz oboje w jego łóżku, sami i w zacienionej sypialni. Na dodatek wszystko tutaj pachniało nim. Nie mogłam oderwać wzroku od jego ciała, a moje myśli odpłynęły w niebezpieczne rejony. Bo czy normalne jest zastanawianie się, jak najlepszy przyjaciel zareagowałby na delikatne przesunięcie palcami po jego klatce piersiowej i brzuchu, zmierzające powoli w stronę gumki bokserek? Nagle rozpaczliwie zapragnęłam dotknąć go, choćby na ułamek sekundy, żeby to sprawdzić.

Jejku, kiedy ja ostatni raz uprawiałam seks? Trzy lata temu? Poczułam, że w podbrzuszu pojawia się znajome ciepło. Czy ja mam ochotę na seks z moim przyjacielem?

Zerknęłam ukradkiem na Czarka. Po jego minie wywnioskowałam, że nasze myśli pobiegły w podobnym kierunku. W jego zielonych oczach płonął ogień, a wzrok przesuwał się po półprzezroczystym materiale mojego topu. Czułam, że któreś z nas musi coś zrobić — w przeciwnym wypadku mogłabym nie utrzymać rąk przy sobie, a to miałoby katastrofalne skutki i najprawdopodobniej unieważniło nie tylko cały pakt z małżeństwem, ale i naszą przyjaźń. W końcu spojrzeliśmy sobie w oczy. Powietrze było gęste i nie była to tylko wina upału.

— Przyniosę wentylator — powiedział szybko Czarek i wyskoczył z łóżka. Po chwili wszedł z powrotem do sypialni, wpiął kabel do gniazdka i ustawił sprzęt na najwyższe obroty.

Buczenie wentylatora rzeczywiście rozładowało trochę napięcia. Nakryłam się prześcieradłem i wpatrzyłam w sufit. Myślałam o tym, co dzieje się w moim sercu — bo nie miałam już wątpliwości, że coś było na rzeczy. Moje ciało po kilkunastu latach uśpienia zaczynało na Czarka reagować tak jak wtedy, kiedy byłam dwudziestolatką. Ale nie chodziło tylko o to — czułam też potrzebę dbania o niego i to w zupełnie inny sposób, niż dotychczas. Nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy, żeby sprzątać jego mieszkanie lub zastanawiać się nad tym, czy ma czas przygotowywać sobie obiady do pracy, a teraz właśnie takie myśli przychodziły mi do głowy. Gdyby nie to, że czułam też przemożną chęć pocałowania go, to być może tłumaczyłabym sobie to zjawisko przyjacielską troską o przyszłego męża. Ale to było coś więcej. To musiały być reminiscencje z okresu naszego związku, które podświadomie przenosiłam do naszej nowej sytuacji.

— Śpisz? — usłyszałam ciche pytanie ze strony Czarka. Obróciłam głowę. Również leżał pod prześcieradłem.

— Nie — szepnęłam.

— Dziękuję za ten dzień — powiedział, odwracając głowę w moją stronę.

— A czym się on różnił od innych weekendowych dni, które spędzamy razem? Oczywiście poza tym, że normalnie nie szukamy ci garnituru na nasz ślub? — zapytałam.

Dłuższą chwilę milczał.

— Nie wiem. Nie potrafię tego nazwać — odnotowałam, że nie zaprzeczył. Czyli także zauważył, że coś się zmieniło. — Śpij dobrze, jutro musisz być w formie, żeby stawić czoła moim rodzicom.

— Daj spokój, nie demonizuj ich. Dobranoc, Czaruś — wiedziona dziwnym impulsem podniosłam się lekko i pocałowałam go w policzek. Co ja wyprawiam?

Wymowna cisza wypełniła pokój.

— Widzisz? Właśnie tym różnił się ten dzień — odpowiedział Czarek z nutką rozbawienia w głosie. — Dobranoc, Marika — powiedział i obrócił się do mnie tyłem, nie czekając na odpowiedź.

Reszta weekendu przebiegła już bez żadnych niespodzianek. Odwiedziliśmy moich rodziców, którzy jak gdyby nigdy nic kazali nam opowiedzieć ze szczegółami całą historię pomysłu ze ślubem, a potem przepytali nas o różne logistyczne kwestie poślubne, między innymi o to, co zrobimy z mieszkaniami. U rodziców Cezarego panowała zdecydowanie sztywniejsza atmosfera, choć zgodnie z moimi przewidywaniami zachowywali się uprzejmie, a nawet zadawali zdawkowe pytania. Widziałam, że nie mogą oderwać wzroku od kolorowej jaskółki, dobrze widocznej nad hiszpańskim dekoltem mojej białej bluzki. Tatuaż był dziś doskonale widoczny, zwłaszcza że ze względu na upały upięłam włosy w wysoki kucyk. Po ich minach wywnioskowałam, że ten widok bynajmniej ich nie zachwyca. Zdawałam sobie sprawę, że prawdopodobnie niewiele już zostało z dobrego wrażenia, które zrobiłam na nich jako dwudziestolatka — byli tradycjonalistami i nie przemawiała do nich ani moja nieregularna praca, ani mój wygląd. Mogłam jedynie mieć nadzieję, że jako synowa ponownie zaskarbię sobie ich sympatię. Ostatnią noc w mieszkaniu Czarka rzecz jasna znów przespałam w jego łóżku, ale tym razem żadne z nas nie zaczęło nawet tematu przeniesienia na kanapę.

Kiedy w niedzielne popołudnie pakowałam się na powrót do Warszawy, czułam niedosyt i żal, że zobaczę przyjaciela dopiero przed ślubem. Byłam wdzięczna Oli i Marcelinie za organizację mojego wieczoru panieńskiego, ale cały czas zastanawiałam się co zrobić, żeby choć raz zobaczyć Czarka podczas kolejnego weekendu. Ostatecznie postanowiłam jednak nie robić nic. Cokolwiek nagle zaczęło ciągnąć mnie w stronę mojego narzeczonego, musiało ostygnąć dla naszego dobra. Uspokoiłam samą siebie, że ten nagły pociąg to tylko efekt uboczny zmiany warunków naszej przyjaźni, który niebawem odejdzie w zapomnienie. Obiecałam sama sobie, że nie będę świrować, zajmę się pracą i oczyszczę swoje myśli przed ślubem.

Miałam teraz inne rzeczy na głowie. W piątek przyjeżdżała do mnie Marcela i zapowiedziała, że zostanie przez kilka dni. Po ostatnim tygodniu rozprężenia zawodowego musiałam też zebrać się w sobie i domknąć pozostałe sprawy przed dłuższym urlopem. Mniejsza ilość pracy nie oznaczała, że nie miałam zupełnie nic do zrobienia — niestety takie były uroki prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Po powrocie do Warszawy zajechałam więc do Wojtka i Amelki, żeby odebrać Saturna z jego krótkich wakacji, a kiedy w domu naburmuszony kot wyszedł z transportera i od razu zaczął domagać się przekąsek, poczułam się o wiele lżej. Wszystko było na swoim miejscu.

Cezary

Po wyjeździe Mariki poczułem pustkę. Okazało się, że jej niespodziewana, za to trwająca aż trzy dni obecność w moim mieszkaniu była wyjątkowo przyjemna. Nie wspominając nawet o jej obecności w moim łóżku.

Czułem się zagubiony. Widziałem w oczach Mariki, że nie tylko ja cierpię na nagłe przebłyski uczuć do niej, jednak ona miała dużo większe umiejętności powracania do statusu quo niż ja. Brałem pod uwagę ewentualność, że to wszystko mi się przywidziało i dostrzegałem tylko to, co chciałem dostrzec. Dla Mariki spontaniczne decyzje to rzecz powszednia, zdecydowanie łatwiej niż mnie przychodziło jej też okazywanie uczuć. Całus w policzek czy dłuższe niż zazwyczaj spojrzenie wcale nie musiały wynikać z tego, że poczuła do mnie coś więcej — równie dobrze te drobne oznaki mogły świadczyć o tym, że jako moja przyszła żona Marika stara się nieco skrócić dystans pomiędzy nami. Musiałem uważać. Przede wszystkim na swoje własne myśli i uczucia. Wiedziałem, że gdybym tylko miał pewność, że ona poczuje to samo co ja, odkopanie dawnej miłości do przyjaciółki mogłoby mi przyjść z zatrważającą łatwością. W naszym małżeńskim układzie byłoby to najgłupszą rzeczą, jaką mogłem zrobić — nie tylko naraziłbym naszą relację, ale też prawdopodobnie po raz kolejny cierpiałbym z powodu jej odrzucenia. Do tej pory, kiedy przypomnę sobie pierwszy rok po zakończeniu naszego związku, mam ciarki na plecach.

W poniedziałek w warsztacie czekałem na klientów, którzy przyjeżdżali po swoje zamówienia, zamawiałem materiały na kolejne meble i robiłem kalkulacje kosztów. Po raz kolejny dziękowałem sobie w duchu za to, że kilka lat temu podjąłem decyzję o ukończeniu kursu lakierniczego, co dawało mi możliwość tworzenia mebli od A do Z w swojej stolarni. Ciągłe przygotowywanie, zawożenie mebli i ich odbieranie od lakierników zabierało mi niegdyś mnóstwo czasu, a do tego podnosiło koszty prowadzenia działalności. Teraz byłem już samowystarczalny i miałem komfort pracy, o jakim kiedyś mogłem pomarzyć. A był on niezbędny, bym teraz w trzydziestostopniowym upale mógł popijać mrożoną kawę i zajmować się księgowością, zamiast krążyć busem bez klimatyzacji pomiędzy stolarnią a siedzibą lakiernika.

Praca przyjemnie mnie wciągnęła i oderwała moje myśli od Mariki. Z każdą upływającą godziną byłem coraz bardziej pewien, że podczas ostatniego weekendu dałem się ponieść wyobraźni. Przecież nie wydarzyło się między nami nic znaczącego. Mieliśmy w planach ślub, który był rozsądnym, dającym nam obojgu wiele korzyści rozwiązaniem i tego trzeba było się trzymać. W sobotę czeka mnie wieczór kawalerski, a za dwa tygodnie wylot na Maderę. Wszystko jest w porządku. Popołudniu całkowicie odrzuciłem ponure myśli towarzyszące mi od wyjazdu przyjaciółki i odzyskałem humor. Ostatni raz wymieniliśmy z Mariką kilka wiadomości w niedzielę wieczorem. Na fali dobrego nastroju i poczucia, że mam sytuację pod kontrolą napisałem więc do niej krótką wiadomość.

— „Po powrocie z Madery będę już robił takie kawy dla nas dwojga — napisałem, dołączając do wiadomości zdjęcie lodowej frappe, którą raczyłem się przy laptopie.

— „Taki mąż do skarb! Tylko jak będziesz mi tę kawę przynosił, skoro będę pracowała w twoim mieszkaniu, a ty będziesz w warsztacie?” — odpisała po chwili Marika. Uśmiechnąłem się.

— „Czasem robię sobie przerwy i przyjeżdżam na chwilę do domu, na przykład na obiad. Wtedy mógłbym ci taką zrobić. Albo nauczę cię, jak ją zrobić samodzielnie, kiedy mnie nie będzie” — odpisałem.

— „Czekaj. A w jaki sposób robisz sobie taką wypasioną kawę w warsztacie? Masz tam ekspres?” — zapytała.

— „Kiedy byłaś tutaj ostatnio??? Kupiłem ekspres do pracy kopę lat temu, a ostatnio też zaopatrzyłem się w mini lodówkę z zamrażarką” — napisałem. Rzeczywiście, Marika od dawna nie widziała mojej stolarni. Bardzo dużo się tu zmieniło.

— „Wow! Dużo masz jeszcze przede mną tajemnic?” — brzmiała kolejna wiadomość od niej.

— „Zależy, ile to jest dużo. Możliwe, że mam coś jeszcze w zanadrzu” — wystukałem odpowiedź.

— „Będę jak Sherlock i wytropię je wszystkie. Co porabiasz? Ja napisałam dwa artykuły, odpisałam na maile i teraz leżę z Saturnem na balkonie. Wstępne opalanie przed tropikami. Przydałaby się ta twoja kawa tutaj” — napisała Marika, wysyłając zdjęcie swoich długich nóg, splecionych na ratanowym stoliku kawowym. Na jej udzie wytatuowany był delikatny łapacz snów. Obok, na podłodze wygrzewał się puszysty, biały kot rasy ragdoll.

— „Dzisiaj głównie wydaję meble klientom, mam luźniejszy dzień. Używaj filtra, Mari. Inaczej będę musiał smarować cię kefirem na Maderze” — odpisałem i odłożyłem telefon. Dłuższą chwilę nie dostawałem wiadomości zwrotnej, wróciłem więc do pracy. W końcu usłyszałem sygnał komunikatora i podniosłem telefon.

— „To mogłoby być całkiem przyjemne… Ale wolałabym jeden z tych zimnych, żelowych balsamów na oparzenia” — napisała do mnie Marika.

Czy to był flirt? Czytałem wiadomość wielokrotnie, starając się wyobrazić sobie głos przyjaciółki, ale mój umysł zawiesił się na dobre, jakby doszło do złamania domyślnych ustawień. Kilka razy wystukiwałem odpowiedź, którą ostatecznie kasowałem.

„Tych, które w zetknięciu z gorącą, sparzoną skórą dają takie samo uczucie, jak wiadro lodowatej wody na głowie po wyjściu z sauny? Zastanów się dwa razy. Bo jeśli chciałabyś po prostu masaż, wystarczy poprosić” — napisałem w końcu, nie mogąc powstrzymać myśli krążących wokół jej gładkich pleców, jędrnej pupy i ud.

Szczęśliwie niedługo później rozmowa zeszła na inne sprawy, a następnie niepostrzeżenie przekształciła się w kilkudniową wymianę wiadomości. Ostatni raz pisaliśmy do siebie z taką częstotliwością piętnaście lat temu na Gadu Gadu, w trakcie pamiętnej letniej sesji egzaminacyjnej, kiedy nasza znajomość dopiero się rozwijała.

Marika pisała, co dostała rano pod drzwi w ramach cateringu pudełkowego, z którego ostatnio korzystała, a ja wysłałem jej zdjęcia mebli, które wydawałem. Ona pisała, że zamierza odwiedzić w tym tygodniu Olę i kupić strój kąpielowy na Maderę, a ja relacjonowałem, że po pracy zamierzam skoczyć do Patryka i pomóc jemu oraz Łukaszowi w wymianie oleju w aucie. Towarzyszyło mi przyjemne uczucie, że możemy być przy sobie w tej codzienności. Rano życzyliśmy sobie udanego dnia, a późnym wieczorem, po wymianie coraz bardziej niejednoznacznych wiadomości, spokojnej nocy.

Gwoli ścisłości, żadna z nocy w tamtym tygodniu nie była spokojna. Przewracałem się z boku na bok, tęskniąc za obecnością Mariki w moim łóżku, a moje sny zaczęły przypominać bezładną plątaninę kadrów z naszej wspólnej przeszłości, wymieszanych z gorącymi wyznaniami i gorączkowym poszukiwaniem spełnienia moich erotycznych pragnień. Codziennie szedłem spać i budziłem się z pulsującą erekcją.

Kulminacja nastąpiła w czwartkowy wieczór. Pod wpływem impulsu zadzwoniłem wtedy do Mariki i przegadaliśmy dobrą godzinę, siedząc na swoich oddalonych o trzydzieści kilometrów balkonach i podziwiając wciąż jeszcze jasne z powodu letniego przesilenia niebo. Poczułem błogie rozluźnienie i nagła myśl rozjaśniła mój umysł: niech się dzieje co chce. Jestem gotów płynąć z prądem.

Tymczasem wielkimi krokami zbliżał się mój wieczór kawalerski. Miałem przygotować się na sobotni wieczór. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak wiele on zmieni.

Marika

W tym tygodniu spłynęła na mnie zupełnie nowa energia i skłamałabym twierdząc, że nie miała ona nic wspólnego z Czarkiem i naszą intensywną wymianą wiadomości. Napisałam wszystkie artykuły, które miałam napisać przed urlopem, wysprzątałam na błysk mieszkanie, zamówiłam Saturnowi tonę saszetek i smakołyków na czas naszej podróży poślubnej, uporządkowałam kwestie księgowości i wystawiłam klientom faktury. Zrobiłam sobie dwie przerwy — jedną na wycieczkę do galerii handlowej, w której kupiłam strój kąpielowy i drugą na szybką kawę z Olką.

Kilka razy byłam o krok od napisania Czarkowi wprost, że za nim tęsknię i chciałabym go zobaczyć, ale jednak postanowiłam zatrzymać to dla siebie. I tak wystarczająco mocno kusiliśmy los. Najpierw sama musiałam się rozeznać w swoich uczuciach… choć jeśli mam być szczera, wolałam na razie się z nimi nie konfrontować. Tak było przyjemniej i bezpieczniej.

W piątek przed południem wyruszyłam po Marcelinę na lotnisko. Zobaczyłam siostrę wśród tłumu ludzi, kiedy czekała na swój bagaż przy ruchomym torze.

— Witaj w domu, obywatelko świata! — powiedziałam radośnie, zachodząc ją od tyłu.

— Marika! — wrzasnęła Marcela, rzucając mi się na szyję.

Marcelina jest bardzo podobna do mnie. Ma ciemne, choć w odróżnieniu ode mnie proste długie włosy i niebieskie oczy, ale jest niższa i drobniejsza. Ma też zupełnie inny styl. Ubiera się klasycznie, w stonowane wzory i kolory, zupełnie nieodzwierciedlające jej pełnego podróży i wrażeń życia. Teraz miała na sobie białe trampki, dżinsy i białą, prostą koszulkę, a na włosach okulary przeciwsłoneczne. Obie byłyśmy idealnymi przykładami na to, że pozory mylą. Gdyby ktoś patrząc na sam wygląd miał wskazać tę z nas, która w ciągu dziesięciu lat kilkakrotnie przenosiła się z kraju do kraju, z pewnością wskazałby mnie.

— Mam pomysł. Co powiesz na to, żebyśmy zamówiły jakieś jedzenie, a potem je odebrały i zjadły u mnie? — zaproponowałam, pomagając Marceli zdjąć walizkę z toru.

— Pewnie. Tylko błagam, niech to będą pierogi, schabowe i żurek. Zjem każdą ilość. Nie mogę już patrzeć na te wszystkie kuchnie świata, a w szczególności na tortille, paelle i inne hiszpańskie cuda — skrzywiła się siostra.

— Czyżby szykowała się kolejna przeprowadzka? — zapytałam, podnosząc wymownie brwi.

— Być może. To znaczy tak, kiedyś na pewno.

— Kiedy? Gdzie?

— Nie wiem kiedy. I nie wiem gdzie. Ale niewykluczone, że tym razem zaskoczę cię bardziej, niż się spodziewasz.

— Nie no, nawet nie żartuj. Chyba nie uciekniesz do Ameryki? — spytałam przerażona. Dotychczas Marcelina mieszkała w różnych krajach, ale zawsze na terytorium Europy, co dawało mi poczucie, że w każdej chwili mogę do niej polecieć bez większych przeszkód i kosmicznych kosztów.

— Na razie nie mogę ci nic więcej powiedzieć. Jeszcze sobie tego wszystkiego nie ułożyłam do końca w głowie. Ale dość o mnie — powiedziała, ładując bagaż do mojego samochodu. Zanotowałam gdzieś w głowie, że taka powściągliwość jest zupełnie do niej niepodobna, ale jednak postanowiłam jej nie męczyć. Zamknęła klapę bagażnika i spojrzała na mnie wyczekująco. — Liczę na to, że opowiesz od początku do końca, o co chodzi w tym całym zamieszaniu z Cezarym. W końcu jestem tu z powodu twojego ślubu.

— Zaraz ci opowiem, daj mi tylko zamówić pierogi i resztę wyżerki. Sekunda.

Kiedy już zadzwoniłam do restauracji i zamówiłam wszystkie smakołyki, którymi miałyśmy zamiar raczyć się przez resztę dnia, zaczęłam opowiadać Marcelinie o ślubie. Trasa z lotniska do mojego domu wraz z przystankiem na odebranie zamówienia zajęła nam bite czterdzieści minut, podczas których bez przerwy mówiłam. Marcelina nie przerwała mi ani razu. Opowiedziałam jej wszystko. Włącznie z tym, że ostatnio spaliśmy z Czarkiem w jednym łóżku, że świetnie wygląda w smokingu, który razem kupowaliśmy i że od kilku dni nieustannie do siebie piszemy.

Kiedy skończyłam, byłyśmy już w moim domu, a Marcela rozkładała pudełka z jedzeniem na podłodze, ignorując kompletnie stół i krzesła. Na koniec wyjęła z walizki świetnie wyglądające hiszpańskie wino i zrzuciła na podłogę kilka poduszek z mojej kanapy.

— Już? — zapytała. — Jeśli tak, to przynieś dwa kieliszki, sztućce i korkociąg. Tylko nie do białego wina, weź największe jakie masz. Nie ma co się oszukiwać.

Posłusznie przyniosłam wszystko, co chciała Marcelina.

— No. Marika… nigdy nie chciałaś o tym rozmawiać, ale wyjaśnij mi coś. Dlaczego właściwie rozstaliście się z Czarkiem przed twoim wyjazdem na Erasmusa? — zapytała, nabijając pieroga na widelec.

Chwilę się zastanowiłam, wracając myślami do tamtej jesieni.

— Przede wszystkim, to nie był tylko wyjazd na Erasmusa. To była przede wszystkim przeprowadzka do Wrocławia. Poza tym on wtedy miał zamiar rozpocząć praktykę stolarską w swoim zakładzie i nie chciałam, żeby przeze mnie rezygnował ze swoich marzeń. A ja nie chciałam rezygnować ze swoich. Na Boga, Marcela, mieliśmy wtedy po dwadzieścia lat! Nie mogłam wymagać od dwudziestolatka, żeby przeniósł warsztat do innego miasta. Jak miałby to zrobić? Za co? On po prostu musiał zostać tutaj. Kochałam go, ale… — zająknęłam się.

— Ale co? — spytała Marcelina.

— Ale nie mogłam być pewna, czy to związek na przyszłość. Byłam za młoda, żeby to dobrze ocenić i byliśmy ze sobą zbyt krótko.

— Tak, to prawda. Doskonale to rozumiem. Ale myślę, że jest coś jeszcze i możliwe, że nigdy dotąd nie nazwałaś tego po imieniu. Po prostu wiedziałaś, że gdybyś już wtedy związała się z nim na stałe i na zawsze, to nie spróbowałabyś niczego innego. Nigdy nie byłabyś z innym facetem, nie wiedziałabyś, jak by to było. Cezary był twoim pierwszym poważnym chłopakiem. Nawet jeśli chciałaś, żeby był jednocześnie tym ostatnim, to kusiło cię, żeby zaznać czegoś jeszcze. W przeciwnym razie zgodziłabyś się, żeby ta relacja trwała pomimo odległości. Czy bardzo się mylę? — zakończyła swój wywód siostra, spokojnie sięgając po kieliszek wina. Nieźle. Popijałyśmy właśnie pierogi ruskie wytrawnym białym winem. Pomyślałam o tym, żeby zrobić zdjęcie naszego wykwintnego posiłku i przesłać Czarkowi.

— Halo? — z zamyślenia wyrwał mnie głos Marceliny. — O czym tak intensywnie myślisz?

— Prawdę mówiąc o tym, żeby pokazać Czarkowi naszą absurdalną ucztę — machnęłam ręką w stronę pudełek z pierogami i schabowym z mizerią oraz kieliszków z winem. Marcela spojrzała na mnie z politowaniem i pokręciła głową. Westchnęłam. — Nieważne, w każdym razie słuchałam cię. Nie wiem, czy się mylisz, czy nie. Jeśli nawet chciałam spróbować czegoś innego, to musiało być to podświadome pragnienie, bo jak pamiętasz, kochałam Czarka na zabój. Naprawdę bałam się, że nie wyjdzie nam żaden związek na odległość i po naszej relacji zostanie jedynie mnóstwo żalu i pretensji. Liczyłam na to, że będziemy umieli się przyjaźnić, bo bardzo mi na nim zależało. I tu się jak widać nie przeliczyłam. Nie myliłam się też w kwestii tego, że Cezary doskonale odnajdzie się tutaj, w naszych rodzinnych stronach. Przeceniłam za to moje własne zamiłowanie do przygód i wrażeń. Sama widzisz, że z nas dwóch to ty jesteś szaloną podróżniczką, a ja ostatecznie osiadłam w Warszawie, rzut beretem od rodziców.

— A zanosiło się, że będzie zupełnie na odwrót — skwitowała siostra w zamyśleniu.

— Ano, zanosiło. Mało tego, kiedyś myślałam, że Wrocław to tylko początek moich doświadczeń z różnymi miejscami kraju i świata, że w pewnym momencie spakuję dobytek i ruszę dalej. Wyobrażałam sobie, że zwiążę się z kimś, z kim będę wiodła koczownicze życie i jeździła kamperem po Europie, zarabiając na życie jako zdalna tłumaczka hiszpańskiego. Fantazjowałam, że w pewnym momencie Czarek rzuci wszystko i do mnie dołączy… Teraz chce mi się z tego już głównie śmiać, bo chyba jednak jestem na takie życie zbyt wygodna. A po związku z Kubą to już całkiem oklapłam, skapitulowałam i finalnie osiadłam w miejscu. Zresztą jak wiesz, wbrew pozorom wcale nie prowadziliśmy ekscytującego życia polegającego na podróżach, jak można było przypuszczać ze względu na fakt, że związałam się z zawodowym pilotem. To było życie polegające na spełnianiu jego zachcianek i wpędzaniu mnie w poczucie winy, że najwidoczniej nie jestem aż tak wymagająca jak on, jeśli chodzi o formy spędzania wolnego czasu.

Marcelina rozejrzała się po moim mieszkaniu, zdziwiona.

— Marika, czy ty nazywasz TO kapitulacją? Odkąd tu zamieszkałaś, odżyłaś i rozkwitłaś. Założyłaś firmę. Połączyłaś pracę z wykształceniem, a na dodatek pracujesz na własnych warunkach. Może i masz blisko do rodziny, ale widać, że służy ci ten powrót do korzeni. I mów co chcesz, ale uważam, że dużą rolę odegrało w tym wszystkim widywanie się z Czarkiem częściej niż raz na kwartał. Na dodatek jesteś innym człowiekiem, odkąd wymyśliliście ten ślub, od miesiąca słyszę to w twoim głosie. Radośniejszym, jeszcze silniej stojącym na własnych nogach. Tobie nigdy nie brakowało pewności siebie i masz talent do zaszczepiania jej w innych, ale pod jednym warunkiem — że sama czujesz się ze sobą dobrze. Nie czułaś się do końca dobrze ani we Wrocławiu, ani kiedyś podczas pobytu w Hiszpanii. — oznajmiła siostra, patrząc na mnie wymownie.

Poprawiłam poduszkę, na której siedziałam i wyciągnęłam nogi przed siebie.

— W Hiszpanii nie czułam się dobrze przez sytuację z Czarkiem. Kochałam go i tęskniłam. I to była kolejna rzecz, którą przeceniłam w związku z tym rozstaniem — w głębi ducha liczyłam jednak na to, że kiedy wrócę po tych dwóch latach we Wrocławiu, być może znajdziemy jakiś kompromis i sposób na to, by być razem. Wyobrażałam sobie, że Czarek mógłby pracować w warsztacie sezonowo, a w pozostałym czasie jeździć ze mną po świecie… czy coś w tym stylu. Nie śmiej się, byłam jeszcze wtedy młoda i miałam utopijne wizje. A tymczasem on szybko się otrząsnął i zaczął z kimś spotykać, podczas gdy ja nadal wypłakiwałam sobie oczy w akademiku w Maladze. I nawet nie mogłam mieć o to do niego pretensji, bo sama tego właśnie chciałam — żebyśmy korzystali z życia. No to skorzystał — westchnęłam. — Resztę historii znasz.

— Znam, znam — Marcela smętnie pokiwała głową, sięgając po pudełko ze schabowym. — Przecież sama go z tamtą laską zobaczyłam. Tylko wiesz, od tamtego czasu minęło piętnaście lat. PIĘTNAŚCIE. On już pewnie tej dziewczyny nawet nie pamięta. Nie myślałaś o tym, żeby wyjaśnić z nim tamte stare dzieje i spróbować zacząć od nowa?

— Oczywiście, że myślałam. Kiedyś. Ale jakoś samo się tak porobiło, że nigdy nie wracaliśmy do tematu Malagi i mojego wyjazdu, a dobry kontakt odzyskaliśmy dopiero po mojej przeprowadzce do Wrocławia. A do tamtego czasu nasze uczucie już się rozmyło i przestałam sobie wyobrażać, że mogłabym do niego wrócić. Oczywiście w sensie romantycznym. Dopiero teraz coś mi odbija… Ale minęło już tyle lat, że nawet gdybym chciała, to nie wiedziałabym jak poruszyć z nim tamte tematy. To się wydaje takie… błahe, szczeniackie — wzruszyłam ramionami, gryząc w końcu pieroga, którego od dłuższego czasu miałam nabitego na widelec.

— A ja myślę, że wy już je niechcący ruszyliście, Mari. Może nawet nie stare tematy, ale połączone z nimi emocje. I właśnie stąd się biorą twoje nagłe przypływy zachwytu nad Cezarym, chęci przytulenia go, ukłucia zazdrości i inne rzeczy, o których mówisz. Ja ci się zresztą nie dziwię, twój przyszły mąż to mega ciacho — oznajmiła siostra takim tonem, jakby mówiła o pogodzie. — To naprawdę zdumiewające, że do tej pory żadna ci go nie sprzątnęła sprzed nosa. A może nie chciał i czekał, aż będzie mógł wykorzystać wasz pakt i ożenić się z tobą? — Marcela mrugnęła porozumiewawczo.

— Ha, ha, ha. Przecież w międzyczasie był w poważnym związku. Myślałam nawet, że się zaręczy, jak ja i Kuba. Pamiętasz? — zapytałam.

— Pamiętam, przecież chodziłam z Asią do klasy w liceum. Ale ona do niego nie pasowała. Była cicha, nieśmiała i pracowita, zawsze robiła to, czego od niej oczekiwano. To miła dziewczyna, ale według mnie Czarek potrzebuje kogo innego.

— Czarek też nie jest najbardziej przebojowym facetem świata.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 29.99
drukowana A5
za 70.86