Miłość przyszła niespodziewanie,
Okrzykiem radości i ciepłem wiosny.
Dniem była i słońcem wschodzącym.
Lawendowym fioletem pachnąca —
Ideałem kobiecej urody.
Szybko jednak ciemnością zasnuta,
Zjadliwym krzykiem rozpaczy utopiona.
Konaniem radości z bycia razem,
Aktem krwawego zbliżenia skończona.
Niektóre wydarzenia
łamią serce,
ale poprawiają wzrok.
Wstęp
Drogi Czytelniku, oddaję w Twoje ręce książkę, która na pewno jest mocno kontrowersyjna. Jestem pewien, że wzbudzi wiele pozytywnych jak i negatywnych emocji. Część z Was może w niej odnaleźć siebie.
Choć opowieść osadzona jest w realnych miejscach, ilustrowanych fotografiami, a w tle przewijają się autentyczne wydarzenia, tożsamość postaci oraz niektóre wątki zostały przetworzone na potrzeby literackiej narracji. Z kolei wplecione w treść wiersze stanowią intymny, emocjonalny zapis stanów i są wytworem wyobraźni autora na potrzeby książki.
Ze względu na śmiałe opisy erotyczne książka przeznaczona jest wyłącznie dla dorosłego odbiorcy. To nie jest jednak tani romans. To thriller psychologiczny inspirowany faktami, wzbogacony o poezję, która nadaje całości unikalny, głęboko osobisty charakter.
Tytułowa „Modliszka” jest kobietą, która zjada swoich partnerów po odbytym akcie miłosnym. Może być odczytana jako osoba zła, nieporadna i zagubiona, ale też osoba wrażliwa, szukająca miłości oraz zrozumienia. Potrzebująca rozmowy, bliskości i ciepła. Szukająca pomocy i wsparcia u kogoś, kto zapewni jej i jej dzieciom przyszłość.
Książka zmusza do myślenia i wyciągania wniosków. To czytelnik ma możliwość wyrobienia sobie własnego zdania o bohaterach. Na pewno część z Was będzie identyfikowała się z głównymi postaciami, przecież wielu z nas przechodziło podobne życiowe zawirowania i kryzysy emocjonalne, które towarzyszą ludziom w każdym wieku.
Ta historia nie jest odosobniona. Liczę, że obie postacie zostaną poddane ostrej krytyce, a ich postawy wzbudzą w Was przemyślenia i doprowadzą do refleksji nad relacjami wobec siebie, najbliższych, przyjaciół i osób żyjących obok nas. Takie historie zdarzają się w każdym społeczeństwie i w każdej grupie społecznej.
Jako autor staję się tutaj nie tylko narratorem, ale i głównym uczestnikiem zdarzeń. Opowiadam tę historię w formie intymnego pamiętnika, wyłącznie ze swojego punktu widzenia. Świadomie rezygnuję z obiektywizmu, co z pewnością spowoduje dodatkową dyskusję i krytykę postaci przeze mnie kreowanej. Przejdziemy razem przez sielankowy początek w szkole mundurowej, zmysłową fascynację, narastającą paranoję kontrolowaną przez ekran telefonu, aż po bolesne moralne przebudzenie.
To opowieść o toksycznej, zakazanej miłości ludzi, którzy posiadali własne światy, obowiązki i rodziny. To zapis fascynacji, którą dzieliła spora różnica wieku, a połączyła wspólna codzienność i praca. Choć tłem tych wydarzeń jest konkretne środowisko zawodowe, podobny dramat mógłby rozegrać się w każdym urzędzie, biurze czy korporacji — wszędzie tam, gdzie spędzamy większość życia i gdzie rutyna otwiera drzwi dla niebezpiecznych złudzeń. Główny bohater nie kończy jako złamany, żałosny człowiek, ale jako mężczyzna, który odzyskał kontrolę nad własnym życiem i wyciągnął najcięższą lekcję.
Chciałbym, aby ta historia skłoniła Was do refleksji nad zawirowaniami, które mogą dotknąć każdego z nas: kryzysem wieku średniego, syndromem opuszczonego gniazda czy nagłą, ślepą potrzebą ucieczki od rzeczywistości. Przede wszystkim jednak to przestroga przed tym, jak łatwo budować pozorne, egoistyczne szczęście na krzywdzie tych, którzy nam najbardziej ufają.
Najtrudniejsza żałoba
to ta po kimś, kto żyje.
Ma się dobrze.
Funkcjonuje.
Śmieje się.
Po prostu… nie z Tobą.
Nie ma pożegnania.
Nie ma grobu.
Nie ma rytuału.
Jest tylko świadomość,
że ktoś, kto kiedyś był całym światem,
jest teraz jak obcy przechodzień.
Świat mówi: „przesadzasz, przecież żyje”.
Serce odpowiada: „ale nie dla mnie”.
Szkoła
Pamiętam dobrze ten czas w jednej z podwarszawskich szkół. Choć spędziłem lata w surowych, wojskowych realiach, to właśnie ten moment — gdy po zrzuceniu munduru rozpocząłem pracę jako nauczyciel — okazał się jednym z najpiękniejszych okresów mojego życia. Bardzo polubiłem to zajęcie. Każdy dzień spędzony w szkolnych murach był dla mnie czystą radością. Moi uczniowie początkowo patrzyli na mnie z dystansem. Byli to młodzi ludzie, którzy świadomie wybrali profil klasy mundurowej i przygotowywali się do przyszłej służby wojskowej. Uczyłem ich „przedmiotów wojskowych”, a z czasem zostałem ich wychowawcą. Byłem z nich niesamowicie dumny. Mimo że powszechnie uznawano ich za „trudną klasę” — pełną nastoletniego buntu, silnych charakterów i niespożytej energii — ta młodzież potrafiła czasami głęboko zaskoczyć i sprawić mi najpiękniejszą niespodziankę.
Wprowadziłem w klasie wojskowy dryl, który, o dziwo bardzo im zaimponował. Każdego dnia uczniowie karnie stawali przed salą, a wyznaczony dyżurny składał mi oficjalny meldunek. Tak było też w kwietniu pewnego roku.
Szedłem korytarzem na kolejną lekcję. Z daleka zauważyłem, że przed salą stoi zaledwie kilku uczniów. Poczułem lekkie zaniepokojenie, ale nie dałem po sobie nic poznać. Dyżurny klasy natychmiast wyprężył się jak struna i złożył mi meldunek donośnym głosem, który poniósł się echem po korytarzu:
— Klasa, baczność! Na prawo patrz! Panie pułkowniku, uczeń Jan Kowalski melduje
klasę 2c gotową do lekcji.
— Spocznij — odpowiedziałem.
Spojrzałem na tę skromną, kilkuosobową grupę. W jednej chwili krew we mnie zawrzała, a serce zabiło mocniej. Byłem wściekły. Klasa mi zwiała! Dla pedagoga, a tym bardziej dla byłego oficera, taka sytuacja to wizerunkowa porażka. Kiedy uczniowie masowo uciekają z lekcji, dla nauczyciela jest to jasny sygnał, że coś nie działa najlepiej, że autorytet pękł. W systemie wychowawczym tkwi poważny problem.
— Gdzie reszta klasy? — zapytałem, starając się opanować drżenie głosu.
— Uciekli, panie pułkowniku — usłyszałem w odpowiedzi.
— Do sali, rozejść się — podałem krótką, suchą komendę.
Wszedłem do klasy, rzuciłem dziennik na biurko i zacząłem krążyć od ściany do ściany. Byłem potwornie zły. Zastanawiałem się gorączkowo, co z nimi zrobić, jaką karę dyscyplinarną wyciągnąć, by zapamiętali to do końca roku. Jednocześnie przez głowę przewalały mi się gorzkie myśli. Było mi po ludzku przykro. Pomyślałem, że moje dotychczasowe wysiłki, te wszystkie rozmowy i starania wychowawcze, nie przyniosły żadnego skutku.
Usiadłem za biurkiem, otworzyłem dziennik i zaciętą miną zacząłem sprawdzać obecność. Nagle zamek w drzwiach kliknął, a skrzydło gwałtownie się otworzyło.
Do sali lekcyjnej z impetem wparowała kilkunastoosobowa grupa brakujących uczniów. Na przedzie nieśli wielki tort ze świeczkami.
— Sto lat, sto lat, niech żyje, żyje nam! — potężny, zgrany śpiew rozległ się w całej sali, wprawiając w drżenie szyby w oknach.
Siedziałem jak zamurowany. Byłem w głębokim szoku. Cała złość wyparowała ze mnie w ułamku sekundy, a gardło tak mocno mi się ścisnęło, że prawie się rozpłakałem. Przez dłuższą chwilę nie mogłem wydobyć z siebie słowa, tylko patrzyłem na te uśmiechnięte, dumne z siebie młode twarze. Takiego numeru w życiu bym się nie spodziewał! Moi uczniowie zrobili mi najwspanialszy prezent, a jednocześnie sprawili niesamowitą, czystą radość. To był dzień moich urodzin, o którym sam w natłoku obowiązków niemal zapomniałem.
Gdy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że na torcie z lukru misternie uformowano czołg oraz napisano moje imię: „Adam”. Prawdziwej lekcji tego dnia już nie zaczęliśmy. Odłożyliśmy podręczniki i bawiliśmy się świetnie aż do dzwonka na przerwę, zajadając tort i rozmawiając o wszystkim.
Ci młodzi ludzie udowodnili mi wtedy dwie rzeczy: po pierwsze, potrafią działać w grupie i doskonale planować operacje z zaskoczenia, a po drugie — byłem dla nich kimś ważnym. Autorytetem. Byłem z nich dumny jak nigdy wcześniej.
To był jeden z wielu takich dni, które utwierdziły mnie w przekonaniu, że szkoła to moje miejsce na ziemi.
Nauczanie i wychowywanie młodzieży stało się dla mnie misją. Odszedłem z armii, zamieniając poligon na szkolne korytarze, ale nigdy tego kroku nie żałowałem. Spełniałem się w nowej roli. Uwielbiałem te dzieciaki — z całym ich buntem i wrażliwością — i to z absolutną wzajemnością. Najbardziej cieszyło mnie to, że młodzież widziała we mnie nie tylko surowego nauczyciela od musztry, ale kogoś bliskiego, komu można zaufać.
Pamiętam, jak podczas jednego z obozów szkoleniowych pewna dziewczyna od dłuższego czasu kręciła się w pobliżu mojego stanowiska. Widziałem po mowie jej ciała, że bije się z myślami, że bardzo chce podejść, ale paraliżuje ją strach. Miałem intuicję, że potrzebuje wyrzucić z siebie coś bardzo trudnego. W wolnej chwili, gdy wokół zrobiło się spokojniej, podszedłem do niej i po prostu zaczęliśmy luźną dyskusję o obozie. Nagle ta dziewczyna otworzyła się przede mną całkowicie. Zaczęła drżącym głosem rozmawiać ze mną o swojej tożsamości i korekcie płci. Opowiedziała o swoim wewnętrznym zagubieniu, o ogromnych problemach z tożsamością i — co bolało ją najbardziej — o całkowitym braku akceptacji i zrozumienia ze strony własnych rodziców. Słuchałem jej z pełną uwagą i empatią, nie oceniając ani przez moment.
To nie była moja bezpośrednia wychowanka, uczyłem ją tylko historii, a jednak to właśnie do mnie przyszła ze swoim największym sekretem. Czułem dumę i ogromną odpowiedzialność, że obdarzyła mnie tak dorosłym zaufaniem.
Co ciekawe, los bardzo często stawiał na mojej drodze osoby, które z różnych powodów nie zawsze były akceptowane przez konserwatywne społeczeństwo. Wśród nich była Weronika, moja bezpośrednia uczennica i wychowanka. Weronika była niezwykle silną osobowością; jawnie i bez lęku przyznawała, że jest lesbijką. Okazuje się zresztą, że we współczesnej szkole jest coraz więcej osób o odmiennych orientacjach seksualnych, które szukają przestrzeni dla siebie. Weronika była na tyle odważna i pewna siebie, że na nasz bal studniówkowy postanowiła przyjść oficjalnie ze swoją partnerką. Dla mnie, człowieka z nieco innego pokolenia, było to początkowo pewne zaskoczenie. Jednak jeszcze bardziej zaskoczyła mnie reakcja reszty klasy — a raczej jej brak. Na rówieśnikach ta sytuacja nie wywarła większego wrażenia. Przyjęli dziewczynę Weroniki naturalnie, bawiąc się z nią ramię w ramię. To pokazało mi, jak bardzo zmienia się świat i jak tolerancyjną młodzież udało mi się wychować.
Grono pedagogiczne w tej szkole również należało do bardzo sympatycznych. Wydawało mi się, że wszyscy doskonale czują specyficzną, patriotyczną atmosferę szkoły mundurowej. Przynajmniej tak uważałem na samym początku mojej pracy.
Wśród wielu nauczycielek moją szczególną uwagę przykuła jedna — pani od języka francuskiego. Miała na imię Teresa. Była drobną, filigranową i niezwykle sympatyczną kobietą. Bardzo mi się podobała. Miała w sobie coś niesamowicie dziewczęcego, delikatnego i uroczo subtelnego. Kiedy się uśmiechała, na jej twarzy pojawiały się dołeczki, które potrafiły rozjaśnić najgorszy dzień. W jej uśmiechu było coś, co jednocześnie mnie urzekało i sprawiało, że czułem dreszcz, którego nie potrafiłem wyjaśnić. Miała już piątkę dzieci, ale kiedy ktoś słyszał to po raz pierwszy, po prostu nie wierzył. Wizualnie niewiele różniła się od starszych uczennic — ta sama młodzieńcza energia i lekkość.
Teresa miała lekcje w mojej klasie mundurowej, co stało się świetnym pretekstem do częstych rozmów na przerwach. Kiedyś nadarzyła się okazja i pojechaliśmy razem jako opiekunowie na kilkudniowy obóz wojskowy. W stosunku do niej byłem zawsze niezwykle szarmancki, grzeczny i opiekuńczy. Czasami w przypływie serdeczności delikatnie ją przytulałem na powitanie, a kiedy indziej — muskając przelotnie ustami jej włosy czy czoło — dawałem jej subtelnie do zrozumienia, jak bardzo jest mi bliska.
W sumie na początku nie miałem sprecyzowanego zamiaru jej podrywać. Dzieliła nas spora różnica wieku — Teresa była ode mnie znacznie młodsza. Ja miałem już w pełni dorosłe, samodzielne dzieci, podczas gdy jej maluchy biegały jeszcze do przedszkola. Byliśmy na zupełnie innych etapach życia. Wtedy, na tamtych szkolnych korytarzach, nawet przez myśl mi nie przeszło, że tak mocno połączy nas los. Nie przypuszczałem, że przez następnych kilka lat będziemy iść przez życie razem, a znajomość z tą drobną nauczycielką francuskiego wywróci mój poukładany świat całkowicie do góry nogami.
Teresa szybko polubiła moją klasę, a oni odwzajemniali to uczucie. Moi uczniowie może i nie byli wybitnymi orłami z nauk ścisłych czy języków obcych, ale mieli ogromne serca i po prostu dawali się lubić. Na pewno nigdy nie brakowało im zapału do pracy fizycznej i wspólnych inicjatyw. Razem odnieśliśmy wiele mniejszych i większych sukcesów.
W każdej typowej szkole znajdują się specjalistyczne pracownie: chemiczne, matematyczne czy językowe. Moi uczniowie, nieco zazdrośni o inne przedmioty, postanowili stworzyć własną, unikalną salę wojskową. To był genialny projekt, który błyskawicznie zyskał pełną aprobatę dyrekcji. Prace ruszyły pełną parą. Pod sufitem rozciągnęliśmy wielką siatkę maskującą, która nadawała wnętrzu surowy klimat. Na ścianach zawisły profesjonalne plansze poglądowe z budową broni i strategią taktyczną. Uczniowie po lekcjach sami przynieśli pędzle, wałki i pomalowali ściany na wojskowe barwy. Zaczęliśmy wspólnie zbierać rekwizyty: stare hełmofony, menażki, atrapy sprzętu. Osobiście zaangażowałem się w tę akcję, przeszukując prywatne zbiory i dzwoniąc do znajomych z armii, by zdobyć wszystko, co mogło wzbogacić naszą dekorację. Ukoronowaniem ich wysiłków było dzieło jednej z uczennic, która miała talent plastyczny — nad drzwiami wejściowymi namalowała piękne, szczegółowe godła: orły wojsk lądowych, lotnictwa oraz marynarki wojennej. Sala wyglądała imponująco. Niestety, kilka lat później, już po moim odejściu z pracy i generalnym remoncie budynku, cała ta nasza ciężka praca została bezwzględnie zniszczona i zamalowana. Do dziś głęboko nad tym ubolewam.
Jednak sercem mojego przedmiotu była praktyka. Każde zajęcia na placu apelowym oznaczały twardą naukę musztry. Zbiórka, wyrównanie, odliczanie do dwóch.
Dla nastolatków, którzy wcześniej nie mieli do czynienia z taką dyscypliną, skoordynowanie ruchów nie było proste. Oni jednak naprawdę się starali, zaciskali zęby i z pełnym skupieniem wykonywali każde moje polecenie. Podstawa wojska to przecież nienaganna musztra. Nasze pierwsze spotkania na placu przypominały naukę chodzenia na nowo. Niełatwo jest młodemu człowiekowi zsynchronizować ruch rąk z pracą nóg w równym marszu. Niektórym uczniom wychodziło to jednak niemal od razu, jakby mieli to we krwi. Prawa ręka do przodu, lewa noga dynamicznie ruszająca z miejsca, dłoń uniesiona idealnie ponad klamrę pasa. Wyprostowana, dumna sylwetka, wzrok wbity przed siebie i noga sztywno wyprostowana w kolanie.
Z zapartym tchem obserwowałem ich postępy. Widziałem na własne oczy, że wśród tych dzieciaków ukryte są prawdziwe, nieoszlifowane diamenty. Moje oko starego wojskowego się nie myliło — po latach jedna z moich podopiecznych, ta sama, która uczyła się u mnie stawiać pierwsze kroki na asfalcie, trafiła do elitarnego Batalionu Reprezentacyjnego Wojska Polskiego. Zresztą wielu moich wychowanków do dzisiaj z dumą nosi mundury i pełni zawodową służbę wojskową w różnych jednostkach w kraju.
Czasami, gdy zamykam oczy, wciąż słyszę tamte chwile.
— Baczność! — niosła się moja komenda po szkolnym boisku. — Na wprost… marsz!
Ruszali pojedynczo, jeden za drugim, idealnie w takt. Wyprostowana sylwetka, stopa precyzyjnie obciągnięta ku dołowi. W ciszy popołudnia słychać było tylko miarowe, rytmiczne uderzenia butów o czarny asfalt. Wyłapywałem wzrokiem tych najlepszych. Nakazywałem im maszerować najpierw dwójkami, potem czwórkami, aż cała formacja zaczęła przypominać jeden sprawnie działający organizm.
Pewnego dnia, patrząc na ich zaangażowanie, postanowiłem pójść krok dalej i stworzyć z nich oficjalną drużynę reprezentacyjną szkoły, która uświetniałaby lokalne i szkolne uroczystości patriotyczne. Uczniowie natychmiast podchwycili ten pomysł, a w ich oczach zapaliły się iskry zdrowej ambicji. W kolejnych latach udział w tej elitarnej formacji uważany był za ogromną nobilitację i wielu prosiło mnie, by móc do niej wstąpić. Niedługo potem udałem się do gabinetu dyrektora z gotowym projektem. Wywalczyłem fundusze na zakup profesjonalnej szabli paradnej dla dowódcy oraz eleganckich, niebieskich apaszek dla wszystkich członków drużyny.
Kiedy pierwszy raz wyszli w pełnym rynsztunku na miejskie obchody, prezentowali się po prostu wspaniale. Maszerowali równo, z podniesionymi głowami, budząc podziw mieszkańców i zazdrość innych szkół. A mnie, stojącego skromnie z boku w cywilnym ubraniu, rozpierała tak ogromna żołnierska i nauczycielska duma, że ledwo mogłem powstrzymać wzruszenie. Wiedziałem, że dałem tym dzieciakom coś więcej niż tylko wiedzę z podręczników — dałem im wiarę w siebie i zasady, które poniosą dalej w dorosłe życie.
Teresa
Teresa nie brała w tym wszystkim udziału. Wtedy jeszcze trzymała się na uboczu, nie angażując się w hałaśliwe, codzienne życie szkoły. Była jak cień przemykający po korytarzach — obecna, ale nieuchwytna. Wszystko zmieniło się jednego roku, kiedy dyrektor, z właściwą sobie pragmatyczną fantazją, postanowił wysłać ją ze mną na obóz wojskowy dla młodzieży.
Jako kierownik zgrupowania uznałem, że skoro jedzie na poligon, musi wyglądać jak żołnierz. Zorganizowałem dla niej przepisowy mundur polowy. Kiedy go założyła, ze zdumieniem stwierdziłem, że nie różni się niczym od moich nastoletnich uczennic. Pomimo swojego metrykalnego wieku Teresa miała w sobie coś filigranowego, wręcz dziecięcego. Ta jej kruchość była jednak pozorna. Tak jak uczniowie, bez taryfy ulgowej uczestniczyła we wszystkich ćwiczeniach. Do dziś mam przed oczami ten widok: drobna kobieta, ramię w ramię z wyrośniętymi nastolatkami, z uporem kopiąca w sypkim piasku okopy.
Męski instynkt nakazywał mi roztoczyć nad nią parasol ochronny. Starałem się o nią dbać na każdym kroku. Zabierałem ją na wszystkie odprawy, pilnowałem na stołówce, kontrolowałem, czy pobyt na obozie zbytnio jej nie nadwyręża. Chciałem po prostu, żeby nic się jej nie stało.
Na koniec obozu, tradycyjnie już, robiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie na pancerzu czołgu. Przy schodzeniu Teresa boleśnie się potknęła. Odruchowo ruszyłem z pomocą, chcąc chwycić ją pod ramię i pomóc zejść na ziemię. Wtedy po raz pierwszy uderzyła we mnie ściana lodu. Zareagowała ostro, wręcz agresywnie, odpychając moją dłoń.
W ułamku sekundy ujrzałem jej drugą, nieznaną dotąd twarz — gniewną, nieprzyjemną, wykrzywioną dziwnym grymasem wściekłości i absolutnej niedostępności.
Po powrocie z obozu Teresa powiedziała mężowi, iż ją podrywałem. Być może z boku moja nadopiekuńczość tak wyglądała, ale przysięgam — nie miałem wtedy takich intencji. Byłem po prostu lojalnym kolegą z pracy i starałem się nią opiekować tak jak pozostałymi uczestnikami. Nie roztrząsałem tego dłużej. Wkrótce potem Teresa odeszła ze szkoły, przenosząc się do „podstawówki”. Moje życie toczyło się dalej, a jej zniknięcie kwitowałem obojętnością. Nawet tego porządnie nie zauważyłem.
Niespodziewanie, po równym roku, Teresa wróciła. Ponownie zaczęła uczyć moich uczniów, a los znowu splótł nasze ścieżki na tych samych korytarzach. Tym razem jednak coś się zmieniło. Zacząłem zwracać na nią uwagę znacznie częściej niż kiedyś. Jej obecność przestała być neutralna — zaczęła mnie przyciągać.
Lubiłem przebywać w jej towarzystwie. Godzinami rozmawialiśmy w pustych klasach lub podczas dyżurów. Opowiadałem jej o świecie, o swoich pasjach, o szkole. Widziałem wtedy w jej oczach ten magnetyczny błysk zainteresowania, który działa na każdego mężczyznę jak narkotyk. Sama często powtarzała, że lubi moją klasę, że dobrze się u nas czuje.
Zaczęła się między nami rodzić specyficzna, fizyczna poufałość. Coraz częściej, niby przypadkiem, starałem się ją przytulić. Miałem silne, wręcz niezachwiane wrażenie, że ona też tego potrzebuje — że łaknie mojego ciepła, bliskości i miłości. Zawsze, gdy wchodziła do szkoły, witała mnie promiennym uśmiechem. Wyczekiwałem końca każdej przerwy. Gdy dzwonek wzywał nas do porządku, odprowadzałem ją wzrokiem. Zawsze na pożegnanie delikatnie, niemal niezauważalnie, muskałem dłonią jej włosy.
Sala lekcyjna Teresy mieściła się na parterze, moja na pierwszym piętrze. Często stawałem przy barierce schodów i ukradkiem patrzyłem za nią, gdy szła na zajęcia. Miała nienaganną, przyciągającą wzrok sylwetkę i poruszała się z niezwykłą gracją. Kilka razy zdarzyło mi się zawołać za nią, rzucić jakiś żart z góry, ale nigdy się nie odwróciła. Szła dalej, nie reagując. Miałem niejasne wrażenie, że po prostu mnie ignoruje, ale w tamtym stanie euforii łatwo to bagatelizowałem. Dopiero znacznie później dowiedziałem się o jej problemach ze słuchem. Pamiętam nawet, że czując przypływ czułości, zacząłem gorączkowo zastanawiać się, jak mógłbym jej pomóc, jak zdobyć pieniądze na aparat słuchowy, który w tamtych czasach był towarem luksusowym i piekielnie kosztownym.
Tego dnia nie zapomnę do końca życia. Zostaliśmy sami w pokoju nauczycielskim podczas tak zwanego okienka. Wokół panowała głęboka, rzadko spotykana w szkole cisza. Rozmawialiśmy o jakichś bzdurach, jak zawsze. Stałem oparty o kserokopiarkę, czekając, aż maszyna wypluje kolejne kartki. Niespodziewanie Teresa podeszła do mnie bardzo blisko. Zanim zdążyłem zareagować, założyła mi ręce na szyję. Spojrzała mi prosto w oczy i uśmiechnęła się tak radośnie, tak bezbronnie, że przez całe moje ciało przeszedł paraliżujący dreszcz czystej ekscytacji.
— Mogę cię pocałować? — zapytałem, a mój własny głos wydał mi się wtedy idiotycznie cichy i speszony.
Kiwnęła tylko głową. Nasze usta się zetknęły. Spodziewałem się delikatnego, nieśmiałego muśnięcia, tymczasem poczułem, jak jej język pewnie i głęboko wślizguje się pomiędzy moje wargi. Zalała mnie fala obezwładniającego pożądania. Całowałem ją namiętnie, z jakąś dziką zachłannością, wciąż podświadomie nie wierząc, że to dzieje się naprawdę. Była słodka, miękka i absolutnie hipnotyzująca.
W tym jednym ułamku sekundy wszystko runęło i ułożyło się na nowo. Przestałem myśleć o niej jako o koleżance z pokoju nauczycielskiego. W mojej głowie Teresa stała się nieosiągalnym ideałem kobiety, ucieleśnieniem wszystkich moich pragnień.
Od tamtej chwili szukałem jej bez przerwy. Byliśmy razem na każdej przerwie, na każdym okienku, w każdej wolnej minucie, którą udawało nam się wykraść szkolnej rutynie.
Niedługo potem pojechaliśmy po raz pierwszy do „naszego lasu”. Tak go nazwałem w pamięci, bo z czasem stał się on niemym świadkiem naszej historii. Spacerowaliśmy wąskimi ścieżkami wśród gęstych drzew. Tam, z dala od ciekawskich spojrzeń uczniów i innych nauczycieli, mogłem wreszcie bez strachu zamknąć ją w ramionach.
Pociągała mnie z siłą, której nie potrafiłem kontrolować. Działała na moją wyobraźnię w sposób bezwzględny. Chciałem się z nią kochać… a może — patrząc z dzisiejszej perspektywy i obdzierając ówczesne emocje ze złudzeń — chciałem ją wtedy po prostu bezczelnie „zdobyć”. Był we mnie silny, samczy głód. Próbowałem posunąć się dalej, dotykać jej śmielej pod ubraniem, ale Teresa stawiała delikatny, acz stanowczy opór. Cofałem się wtedy. Nie chciałem być nachalny. Tym bardziej że zakorzeniło się we mnie przekonanie, że muszę chronić tę jej rzekomą niewinność. Nie chciałem jej skrzywdzić.
Nasze ucieczki do podmiejskiego lasu stały się rytuałem. W tamtym okresie nie byłem grzecznym chłopcem, miałem swoje grzechy i przeszłość. Nie wiem, jaka siła mną kierowała, ale podczas tych leśnych spacerów zacząłem opowiadać Teresie o innych kobietach. O tych, które spotykałem wcześniej na swojej drodze, z którymi łączyły mnie skomplikowane przyjaźnie albo czysto fizyczna relacja w łóżku. Słuchała tego z zapartym tchem. O dziwo, nie gorszyła się — wręcz przeciwnie, dopytywała o najdrobniejsze, intymne szczegóły.
Oczywiście nie do wszystkiego się przyznawałem. Mówiąc o moich dawnych znajomych, uciekałem się do drobnych kłamstw i niedomówień. Koloryzowałem, pomijałem fakt, jak naprawdę wyglądały tamte spotkania. Panicznie bałem się, że w swojej czystości Teresa zrazi się do mnie, że uzna mnie za kogoś godnego pogardy. To był chyba jedyny raz w trakcie całej naszej znajomości, kiedy nie byłem z nią do końca szczery. Nigdy więcej jej nie okłamałem.
Jej kłamstwa przychodziły znacznie łatwiej. Miały w sobie lekkość, której wtedy jeszcze nie potrafiłem zdiagnozować.
Opowiadałem jej o swojej przeszłości tak swobodnie, ponieważ wtedy, na samym początku, nie czułem jeszcze do niej tej bezgranicznej, niszczycielskiej miłości, która spaliła mnie w późniejszym czasie. To wszystko dopiero w nas kiełkowało, zapuszczało pierwsze, zdradliwe korzenie. Pamiętam, jak podczas jednego ze spacerów powiedziałem jej prosto w twarz, że słowo „kocham” to świętość — słowo, którego nigdy nie używałem w stosunku do kobiet, z którymi sypiałem. Dodałem też, że czerwone róże to kwiaty, które podarowałem zaledwie dwóm kobietom w całym moim życiu. Zarówno to wyznanie, jak i te kwiaty były w moim świecie zarezerwowane wyłącznie dla kobiet, które kochałem nad życie. Dla tych, które miały stać się moją przyszłością. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Teresa wkrótce odbierze mi te insygnia mojej świętości. Wyrwie je razem z sercem i rzuci pod nogi, a ja będę jej za to wdzięczny. Nasz las przestał być schronieniem, a stał się pułapką, z której nie było już ucieczki.
Nie pamiętam już, w którym momencie ta granica pękła. Nie wiem, kiedy po raz pierwszy powiedziałem Teresie, że ją kocham. Gdy jednak tama puściła, wyznawałem jej miłość na okrągło, jakby nadrabiając lata milczenia. Stała się centrum mojego wszechświata. Odkąd weszła w moje życie, nieustannie dostawała róże — z okazji imienin, urodzin, Dnia Kobiet czy walentynek. Kwiaty pojawiały się także wtedy, gdy między nami dochodziło do spięć.
Zawsze to ja byłem tym, który wyciągał rękę. To ja przychodziłem z bukietem, upokorzony, błagając o wybaczenie i przepraszając za winy, których często nawet nie rozumiałem. Zawsze czułem się winny. Dopiero z perspektywy długich lat, kiedy opadły emocje i mogłem chłodno przeanalizować tamte dni, zrozumiałem jedno: to nie ja byłem zarzewiem naszych konfliktów. To Teresa, z precyzją chirurga, prowokowała każdą kolejną awanturę.
Wtedy jednak byłem ślepy. Nie miałem pojęcia, jaka jest naprawdę. Widziałem tylko fasadę — kruchą, wrażliwą istotę, która potrzebuje ochrony. Nie wiedziałem, że z zewnątrz jest jak płonąca, fascynująca lawa, a w środku pozostaje lodowata, wyrachowana i przerażająco przebiegła. Dla mnie była po prostu moją kochaną, słodką Terenią.
Z tamtego dzikiego, pełnego złudzeń okresu zostały mi już tylko wiersze. Pisane pod wpływem impulsu, pełne pasji i bezgranicznego uwielbienia. Były świadectwem mojej ślepej wiary w to, że los wreszcie się do mnie uśmiechnął. Jeden z nich, zatytułowany „Światło z mroku”, najlepiej oddaje to, co wtedy czułem. Byłem przekonany, że Teresa wyciągnęła mnie z życiowego marazmu i dała mi drugie życie:
Odejść jest ciężko, dziś dobrze to wiem,
gdy stary świat rozpada się w pył.
Długo stałem w milczeniu i mgle,
w martwej ciszy, bez celu i sił.
Nagle z mroku, co wokół mnie stał,
błysło światło, jakiego nie znałem od lat.
Zrzuciłem ciężar, co serce mi rwał,
i z pełną ulgą znów witam ten świat.
Dziś patrzę w górę, nie liczę już strat,
z uśmiechem witam każdy nowy dzień.
Ktoś wreszcie przyszedł i ogrzał mój świat,
a dawny smutek rozpuścił jak cień.
Patrzę przed siebie w nieznaną mi dal,
moje serce nie liczy już tamtych dni.
Obok jest ktoś, kto moim krokom nowy,
szczęśliwy ton, co w duszy brzmieć da.
Ten pierwszy raz
Wracam pamięcią do dnia, kiedy po raz pierwszy pojechaliśmy z Teresą do hotelu „Roberts” w Obrazowie. Oboje skończyliśmy wcześniej lekcje. Pragnąłem być z nią, spędzić razem choćby parę minut. Wcześniej bywaliśmy już w pobliskim lesie na spacerach, ale tamtego dnia moje zmysły szalały. Tak bardzo jej pragnąłem. Chciałem ją kochać, dać jej radość, miłość i przyjaźń. Otoczyć ciepłem, którego — jak wówczas myślałem — mąż jej nie dawał. Zależało mi, aby ten pierwszy raz stał się dla niej najcudowniejszym wspomnieniem. Nie wiedziałem, co wtedy miała w głowie, ale ja pragnąłem podarować jej przysłowiowe BMW: bezpieczeństwo, miłość, wierność. Tego samego oczekiwałem od niej. Chciałem, aby wszystko odbyło się w jak najlepszych warunkach. Podczas jazdy zapytałem wprost, czy pojedziemy do hotelu.
— Chcesz mnie przelecieć? — zapytała.
To pytanie na zawsze we mnie pozostało. Brzmiało tak niewinnie, wręcz naiwnie w jej ustach. Ubawiło mnie to do łez, bo sam nigdy nie używałem takiego określenia.
Od tamtej pory zrozumiałem, że z kobietą można się kochać albo ją „przelecieć” — choć dla niej wtedy te słowa znaczyły to samo.
— Nie chcę cię przelecieć. Chcę cię kochać — odpowiedziałem.
Po chwili zastanowienia na jej twarzy pojawił się radosny uśmiech. Skinęła głową.
Po raz pierwszy kochałem ją bardzo powoli, oddając to, co miałem w sobie najlepsze — delikatność i namiętność. Rozbierałem ją niespiesznie, wchłaniając każdy skrawek jej ciała. Całowałem delikatną skórę, delektując się jej najbardziej intymnymi miejscami. Każdy akt uniesienia sprawiał, że krzyczała z rozkoszy na cały hotel. Trochę mnie to peszyło, ale byłem najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, widząc jej spełnienie. Czekałem na każdy jej orgazm. Kochaliśmy się przez kilka godzin. Tamtego dnia zrobiliśmy to trzykrotnie, a mnie wciąż było mało. Powiedziała mi później, zszokowana, że nie wiedziała, iż można kochać się w taki sposób.
Przez kilka kolejnych lat ten lasek i hotel „Roberts” stały się naszą intymną świątynią. Z czasem to samochód przejął rolę naszego łóżka. Spotykaliśmy się każdego dnia, a każde spotkanie kończyło się spontaniczną, wręcz dziką namiętnością. Kolejne randki w hotelu zaczynały się od włączenia telewizora w pokoju. Teresa myślała, że skoro zaczynam od TV, to mam na nią mniejszą ochotę. Bawiło mnie to, więc nie wyprowadzałem jej z błędu. Prawda była taka, że jej krzyki podkręcały moje podniecenie, a telewizor zapewniał nam odrobinę dyskrecji. Oszalałem na punkcie jej delikatności. Odbierałem ją jako bezbronną dziewczynkę, skrzywdzoną przez męża, który — jak sama mówiła — nic nie potrafi oprócz robienia dzieci. To właśnie te skrajne emocje przelałem na papier, pisząc dla niej wiersz: „Erotyk.”
Drżącą dłonią dotykam ust, przesuwam powoli,
zgarniam pozostałości pocałunków
gorących, namiętnych, zmysłowych,
wkładam w usta i czuję chwile rozkoszy.
Zapach twego ciała odurza do nieprzytomności,
żar bije z głębi mojej duszy,
myśli fruwają, wirują i szaleją,
karuzela namiętności porywa zmysły.
Dotykam twojego rozgrzanego, nagiego ciała,
ustami muskam twoją szyję,
całuję piersi, głaszczę włosy,
coraz szybciej oddycham z otwartymi ustami.
Czy też byś wciąż tego chciała,
byśmy zaczęli krzyczeć z rozkoszy,
by nasze oddechy jednym się stały,
by nasze ciała wreszcie się poznały?
Niech ciszę przetną dwa krzyki długie:
powoli…
szybciej…
wiesz, że tak lubię…
Kochaliśmy się wszędzie i o każdej porze. Zdarzało się nam kochać w jej domu, gdy dzieci akurat wychodziły, ale były to pojedyncze przypadki. Nie czułem się wtedy komfortowo — nie bałem się o siebie, ale o nią. Wizja, że nakryją nas jej własne dzieci, była zbyt paraliżująca.
Pamiętam letnie wakacje. Przyjechałem do niej, rozpaczliwie szukając bliskości. Dzieci były w domu, więc musieliśmy uciekać. Pojechaliśmy nad Wisłę, niedaleko jej osiedla. Przedzieraliśmy się przez krzaki szeroką, wydeptaną ścieżką. Choć miejsce wyglądało na często uczęszczane, tamtego przedpołudnia było pusto. Gdy tylko skryliśmy się między drzewami, przytuliłem ją i zacząłem całować. Miała na sobie króciutką sukienkę, która obłędnie podkreślała jej kształty. Nie mogłem już dłużej czekać ani szukać innego schronienia. Byliśmy rozpaleni do białości. Całowałem ją tak łapczywie, jakbym chciał wyssać z niej gorące serce.
Szybko zsunąłem z niej bieliznę. Teresa wręcz płynęła z podniecenia, pragnęła mnie tak samo mocno. Podniosłem ją, a ona oplotła ramionami moją szyję, zaciskając nogi na moich biodrach. Kochaliśmy się na stojąco. Było cudownie, mimo że cały czas musiałem zachować czujność, by nikt nas nie zaskoczył. Bałem się wyłącznie jej reakcji — zawsze najbardziej na świecie zależało mi na jej reputacji. Po wszystkim schowałem jej stringi do kieszeni. Nosiłem je tam jak trofeum, jak dowód naszej tajemnicy.
Dopiero po latach zrozumiałem, jak dobrze potrafiła udawać ofiarę losu. W rzeczywistości to dzięki jej mężowi dom był zadbany, a dzieci nakarmione i bezpieczne. Po czasie wszystko zaczęło się zmieniać, choć nie potrafię wskazać konkretnego dnia, w którym pękła ta magia. Poczułem bolesną różnicę między kochaniem się a zwykłym „przeleceniem”. Teresa, która kiedyś oddawała mi całą siebie, w łóżku stawała się zimna. Unikała bliskości, a zwłaszcza nie pozwalała się już całować w usta.
Jej mąż powiedział mi kiedyś, że od razu wiedział, kiedy pojawił się w jej życiu inny facet — po prostu przestała z nim sypiać. Po kilku latach ja również doświadczyłem tego samego syndromu. Czułem w łóżku, że ma już kolejnego kochanka. Sypiała ze mną pewnie tylko po to, by się zabezpieczyć na wypadek, gdyby tamten zbyt szybko się na niej poznał. Koło się zamknęło. Z perspektywy czasu wiem, że na początku Teresa się ze mną kochała. Potem… potem chciała już tylko, żebym ją „przeleciał”.
Miłość
Pamiętam mroźny, zimowy dzień, kiedy zakradliśmy się do sali lekcyjnej Teresy. Nie zamierzaliśmy się wtedy kochać. Potrzebowaliśmy po prostu odrobiny intymności, schronienia przed całym światem. W klasie panował jednak taki chłód, że nawet nie zdjęliśmy kurtek. Zamknęliśmy drzwi na klucz — tak jak robiliśmy to zawsze. Nie chcieliśmy, żeby ktokolwiek widział nas razem, a już szczególnie uczniowie.
Tamtego dnia na kamerach szkolnych wypatrzyła nas jednak dyrekcja. Kiedy siedzieliśmy na ławce, blisko siebie, rozmawiając szeptem, do drzwi nagle zaczęli dobijać się dyrektor z wicedyrektorką. Szarpali za klamkę, jakby wybuchł pożar. Byli przekonani, że przyłapią nas na gorącym uczynku i zaskoczą w dwuznacznej sytuacji.
— Spokojnie — szepnąłem do Teresy, poprawiając kołnierz. — Popatrz na mnie. Wyglądamy, jakbyśmy obradowali przed radą pedagogiczną. Tym razem ich plan spalił na panewce. Otworzyłem im spokojnie, zapięty pod samą szyję. Teresa stała obok, trzymając w ręku jakiś podręcznik.
— Dzień dobry panu dyrektorowi, pani dyrektor — powiedziałem z nienaganną uprzejmością. — Omawiamy właśnie plan hospitacji na przyszły tydzień. W pokoju nauczycielskim jest zbyt głośno.
Dyrektor zmierzył nas wzrokiem, zerkając za moje ramię, jakby szukał porzuconej garderoby.
— Oczywiście, zaraz kończymy — uśmiechnęła się Teresa, idealnie wchodząc w rolę.
Gdy tylko odeszli, a ich kroki ucichły na korytarzu, złapał nas cichy, tłumiony śmiech.
Ta gra, to ciągłe balansowanie na krawędzi, tylko dodawało nam skrzydeł. Nasza czujność i nieustanne szukanie odosobnienia stały się stałym elementem tamtej rzeczywistości.
Kiedy dzieci Teresy chodziły jeszcze do przedszkola, odkryliśmy idealną polankę w pobliskim lesie, tuż obok placówki. Któregoś razu, po długim spacerze, nie wytrzymałem. Wtuliłem ją w siebie i zaczęliśmy się kochać tuż przy ścieżce rowerowej. W trakcie zbliżenia, kątem oka zauważyłem, że tuż obok nas przejechał jakiś rowerzysta. Nam to jednak zupełnie nie przeszkadzało. Całą swoją namiętność i uwagę kierowaliśmy wyłącznie na siebie. Świat zewnętrzny, ludzie, ryzyko — to wszystko przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie. Liczyliśmy się tylko my.
Zastanawiała mnie jednak dwoistość jej zachowania. Jesienią, gdy kochaliśmy się w samochodzie zaparkowanym głęboko w lesie, w pobliżu zaczął kręcić się jakiś starszy mężczyzna. W ręku trzymał koszyk, udając, że szuka grzybów, choć akurat w tym młodniku szanse na ich znalezienie były marne. Ja zupełnie nie powiązałem jego obecności z nami, ale Teresa zareagowała odmiennie.
— Co on tu robi? Widzi nas? — zapytała ze złością, a jej głos stracił całą dotychczasową miękkość.
— Kochanie, to tylko grzybiarz, nawet nie patrzy w tę stronę — próbowałem ją uspokoić, gładząc ją po policzku.
To był jedyny raz, kiedy widziałem na jej twarzy autentyczny, paraliżujący stres związany z okolicznościami naszego zbliżenia. Mimo tego incydentu w kolejnych dniach chętnie wracaliśmy autem w te same leśne gęstwiny. Raz nawet przyjechała tam inna para, najwyraźniej szukająca tego samego co my — ustronnego miejsca na chwilę zapomnienia. Gdy tylko zauważyli nasz samochód, natychmiast zawrócili i odjechali.
W pobliżu szkoły znajdował się „Zajazd Leśny”. Bardzo często uciekaliśmy tam na obiady. Było to kameralne miejsce, do którego zawsze chętnie zabierałem Teresę. Podczas gdy na dworze szalało zimno, my siadaliśmy głęboko na miękkiej kanapie przy trzaskającym ogniem kominku, mocno wtuleni w siebie.
— Co dla mojej dziewczynki? — pytałem, odgarniając jej włosy z czoła.
— To co zawsze — odpowiadała, mrużąc oczy z zachwytu nad ciepłem bijącym od paleniska. — Herbatę z cytryną i ruskie pierogi.
To były niezapomniane, niezwykle romantyczne chwile. Mogłem godzinami siedzieć i po prostu patrzeć, jak je te swoje ulubione pierogi, jak bardzo jej smakują. Czasami miałem ochotę karmić ją widelcem, jak małe dziecko. W tamtych momentach z dala od podejrzliwej dyrekcji, wścibskich oczu grzybiarzy i chłodu szkolnych korytarzy, była po prostu moją kochaną, bezpieczną dziewczynką. Była „Objawieniem”, a ja byłem jej obrońcą. Przynajmniej tak długo, jak długo byłem jej do czegoś potrzebny.
Spotkałem Boga
w tobie.
Nie w kościele.
Nie w książce.
Nie tam,
gdzie kazano mi szukać.
Był po prostu miłością
ukrytą w uśmiechu.
Po prostu spokojem
w leśnej ciszy.
Czymś świętym
bez żadnych praw.
A kiedy oparłaś się o moje ramię,
ciemność
straciła nade mną
swoją władzę.
Żadna święta odpowiedź
nie przyszła z góry.
Tylko ty pokazałaś mi,
co Bóg miał na myśli,
mówiąc o miłości.
Spotkałem Boga
w tobie.
Sandomierz
Pamiętam, kiedy pierwszy raz wyjechaliśmy do Sandomierza. To nie była zwykła ucieczka od codzienności; to było radykalne odcięcie pępowiny od całego naszego dotychczasowego życia. Jej mąż został z dziećmi w domu, pilnując bezpiecznej, rodzinnej prozy, a my pojechaliśmy w naszą „podróż poślubną” — bez ślubu, bez prawa do legalnego szczęścia, skradzioną światu. Wtedy, gdy koła samochodu połykały kolejne kilometry dzielące nas od Warszawy, zapomniałem o wszystkim. Zostawiłem za sobą mój dom, moich chłopców, moją żonę. Odciąłem te myśli jak niepotrzebny balast. Nie interesowali mnie jej mąż i jej dzieci. To było nieważne, wręcz nierealne, jakby istnieli tylko w jakiejś innej, odległej galaktyce.
Ważna była ona — moja Wenus. Byłem nią absolutnie zafascynowany, zszokowany jej obecnością tuż obok mnie i chyba z każdą minutą coraz bardziej, bezpowrotnie zakochany. Każdy akt miłości, który tam przeżywaliśmy, kończył się jej niesamowitym, głębokim uśmiechem — uśmiechem kobiety spełnionej, która na chwilę zapomina o całym świecie. Miałem wrażenie, że mnie zniewala, że rzuca na mnie urok, z którego nigdy się już nie otrząsnę. Nic nie mogło się stać ważne oprócz niej. Ta podróż miała być dla niej bajką, ucieczką do zamku ze snów. Ja w moich własnych oczach byłem tylko żabą — szarym, zwyczajnym facetem — a ona księżniczką, istotą wyższą, dla której byłem gotów zrobić rzecz niemożliwą: nawet ściągnąć gwiazdy z nieba, którymi potem, w wyobraźni, ozdobiłbym jej aksamitne, rozgrzane ciało.
Zamieszkaliśmy w pięknym hotelu w pobliżu Sandomierza, z dala od miejskiego zgiełku, gdzieś na uboczu, gdzie nikt nie mógł nas rozpoznać. Sam pokój był wspaniałym apartamentem z wielkim, królewskim łóżkiem i dużą przestrzenią, która dawała nam poczucie wolności. Teresa miała na sobie śliczną sukienkę, która idealnie leżała na jej ciele, bezbłędnie podkreślając jej seksowne, kobiece kształty. Nie mogłem się oprzeć narastającemu podnieceniu, które rozsadzało mnie od środka, od momentu gdy przekroczyliśmy próg pokoju. Kiedy tylko zamknęły się za nami drzwi, cały dystans runął. Natychmiast wbiła we mnie swoje gorące, spragnione usta, jakby też bała się, że ta chwila zaraz ucieknie. Równie namiętnie zacząłem ją całować po twarzy, chłonąc jej zapach. Schodziłem niżej, ku jej szyi. Moje dłonie, dotąd powściągliwe, teraz bezwstydnie wędrowały po jej złocistych włosach, gubiąc się w nich, gładziły jej plecy i pieściły piersi, które unosiły się w przyspieszonym oddechu. Podciągając delikatnie materiał sukienki, centymetr po centymetrze, poczułem pod palcami jej gładkie, rozpalone ciało. W tym samym czasie, w miłosnym amoku, zrzuciłem z siebie spodnie i koszulkę, chcąc zlikwidować każdą barierę między nami. Znowu wbiła się w moje usta, a ja myślałem już tylko o jednym — o całkowitym zatraceniu. Na dotyk mojego ciała cichutko westchnęła i przymrużyła powieki, całkowicie oddając się tej chwili. Całowaliśmy się namiętnie, wciąż stojąc na środku tego wielkiego pokoju, spleceni tak mocno, jakbyśmy byli jednym organizmem. Nasze ręce błądziły bez końca, obejmowały i pieściły najczulsze miejsca, wywołując dreszcze. Moje podniecenie było potężne, wręcz bolesne w swojej intensywności. Kochaliśmy się z taką czułością, z takim oddaniem i pasją, że w pewnym momencie miałem ochotę krzyczeć z uniesienia rozsadzającego moją klatkę piersiową. Jej specyficzny, słodki zapach i aksamitne ciało były czymś najcudowniejszym, co spotkało mnie w życiu. Całowałem jej każdy, najmniejszy kawałek ciała, jakby to był święty rytuał. Patrzyłem na nią bez przerwy, studiowałem wyraz jej twarzy, każdą zmianę w grymasie rozkoszy. Z obawy, żeby jej nie sprawić bólu, żeby nie zniszczyć tej delikatności, kochałem ją bardzo powoli, celebrując każdy ruch. Jej oddech był coraz szybszy, urywany, a ja czułem niesamowitą, paraliżującą zmysły rozkosz. W pewnej chwili jej ruchy i oddech gwałtownie przyspieszyły. Czułem, że za chwilę nastąpi eksplozja, że zaraz będzie koniec. Nasze podniecenie było u kresu wytrzymałości, na samej granicy szaleństwa.
To był cudowny, oczyszczający koniec. Byłem nieskończenie szczęśliwy i — co samo mnie zadziwiało — nadal gotowy, napędzany jej bliskością. Sprawiało jej to widoczną, głęboką rozkosz, którą widziałem w jej maślanych, półprzymkniętych oczach. Wciąż tuliliśmy się do siebie, nie potrafiąc przerwać tego uścisku, całując się nawzajem bez końca. Chyba oboje krzyczeliśmy wtedy na cały hotel, nie dbając o to, czy ktoś nas usłyszy.
Spędziliśmy tam trzy niezapomniane dni. Kochałem ją kilka razy dziennie, rano, w południe, w nocy. Pewnie w ogóle nie wychodzilibyśmy z łóżka, zatracając się w tej przestrzeni, ale zależało mi, żeby ona też odpoczęła psychicznie, złapała oddech i zwiedziła okolicę. Szczególnie ten pobliski, legendarny Sandomierz. Po śniadaniu pojechaliśmy do miasta.
To był piękny, bezchmurny, letni dzień. Słońce zalewało ulice złotym światłem. Sporo ludzi kręciło się na rynku Starego Miasta. Panował tam gwar, a my, jakby odcięci od tego tłumu niewidzialną ścianą, łaziliśmy ścieżkami ojca Mateusza, śmiejąc się z tego serialowego skojarzenia. Obeszliśmy majestatyczny, gotycko-renesansowy ratusz, zatrzymując się co chwilę i podziwiając kolorowe, bogato zdobione zabytkowe kamienice. Koło ratusza znajdowała się charakterystyczna, zabytkowa studnia, a wokół niej tętniło życie — stały kramy z pamiątkami, bursztynami i rękodziełem. Zeszliśmy w dół, do bazyliki katedralnej Narodzenia Najświętszej Marii Panny. Niestety, ku naszemu rozczarowaniu, świątynia była w remoncie. W środku stały wielkie, metalowe rusztowania, unosił się zapach pyłu, więc nie mogliśmy w pełni cieszyć się architektonicznym pięknem tego miejsca. Nie chcąc psuć nastroju, postanowiłem, że przejdziemy się podziemną trasą. To był fascynujący, chłodny system połączonych ze sobą dawnych piwnic kupieckich, gdzie echo naszych kroków mieszało się z szeptami.
Kolejny punkt na naszej mapie to Brama Opatowska — wdrapaliśmy się na samą górę. Ten doskonały punkt widokowy pozwolił nam podziwiać zapierającą dech w piersiach panoramę miasta oraz malownicze ujście Sanu do Wisły. Rzeka błyszczała w słońcu jak rozlane srebro.
Następnie zabrałem ją poza mury Starego Miasta, w nieco cichsze rejony, gdzie obok surowych murów stał mały, skromny kościół św. Józefa. W krypcie tej świątyni znajdują się zmumifikowane zwłoki jej imienniczki — Teresy Izabeli Morsztynówny, córki wojewody sandomierskiego. Zmarła, mając zaledwie osiemnaście lat, u progu życia, a jej ciało, w niewytłumaczalny sposób, nie uległo rozkładowi. Osoby, które odwiedzają grób Teresy Izabeli Morsztynówny, modlą się w głębokim skupieniu przy jej przeszklonej trumnie i przedkładają jej swoje najskrytsze potrzeby oraz życiowe troski, ufając w szczególną skuteczność jej wstawiennictwa u Boga. Nie pamiętam już dokładnie, czy też się wtedy, w tym chłodzie krypty, modliłem o to, abyśmy byli razem na zawsze, na przekór światu. Jeśli tak, to moje modły nie zostały wysłuchane, zatonęły w próżni. Może Morsztynówna wiedziała, co robi, widziała przyszłość i postanowiła mnie w ten sposób ochronić przed tym, co miało nadejść. Pamiętam, że wejścia do krypty pilnowała starsza pani o mądrym spojrzeniu, ale pozwoliła nam wejść i zostać sam na sam z historią. Podziękowałem jej ciepło, zostawiając na odchodnym odpowiedni, hojny datek.
Tak jak tamta młoda wojewodzianka odeszła wieki temu z tego świata, tak po latach dla mnie umarła Teresa. Pozostała z niej w mojej głowie tylko mumia — wspomnienie dawnej formy. Już nie taka piękna, zniekształcona przez czas i ból.
Pozostawiła po sobie głęboki ślad, bliznę, która trwale odbiła się na moim zdrowiu psychicznym i całym późniejszym życiu.
Teresa często mi się śniła, zwłaszcza w tamtych trudnych okresach, kiedy zrywaliśmy ze sobą, szarpiąc sobie nerwy. Zawsze mówiłem jej o tym przy kolejnych spotkaniach, szukając w niej zrozumienia, ale odnosiłem wrażenie, że mi nie wierzy, że traktuje moja wyznania jak kolejną grę. Te sny były koszmarami. Nie objawiała mi się już tamta piękna dziewczyna z sandomierskiego hotelu, która krzyczała z rozkoszy. W moich nocnych wizjach Teresa miała twarz z kamienia, patrzyła na mnie lodowatym wzrokiem, jak z wnętrza czołgu. Powoli, bez słowa, zaciskała pętlę wokół mojej szyi. Budziłem się z krzykiem, zlany zimnym potem. Wtedy jeszcze nie rozumiałem, że moje sny próbowały mnie po prostu ostrzec przed jawą. Potem, zmęczony tym murem, nawet już nie starałem się zapamiętać, w jakich okolicznościach i miejscach mi się śniła. Niestety, mimo upływu lat, nadal tak bywa — budzę się z jej obrazem pod powiekami. Mam nadzieję, głęboką i rozpaczliwą, że przyjdzie kiedyś taki dzień i taka noc, kiedy jej wspomnienie wreszcie przestanie mnie prześladować jak zły duch.
Podczas tamtego wyjazdu nie chodziliśmy po zielonej okolicy naszego hotelu, nie spacerowaliśmy po lasach czy łąkach. Nie było na to czasu, każdą chwilę kradliśmy dla siebie w pokoju. Raz tylko wyszliśmy na krótki spacer, gdy skończyły się nam zapasy i dotarliśmy do jakiegoś pobliskiego dyskontu. Niestety, pamięć płata figle — nie pamiętam już, co to był za szyld i jaki to był dokładnie sklep, ale zrobiliśmy tam małe, codzienne zakupy, kupując jakieś drobiazgi do jedzenia. Ten wyjazd, mimo tych prozaicznych momentów, był najcudowniejszym, najbardziej czystym czasem, który spędziliśmy razem.
W niedzielę czar pękł. Musieliśmy bezwzględnie wrócić do rzeczywistości, do ról, które narzuciło nam życie. Podróż powrotną do Warszawy odbyliśmy w ponurych, ciężkich nastrojach — milczenie ważyło tonę, tak jak zawsze, kiedy musieliśmy wracać do naszych oficjalnych domów. Gdy wjechaliśmy w granice miasta, uświadomiłem sobie, że jeszcze nigdy w życiu czas nie uciekał mi tak szybko — minuty mijały jak sekundy. Z tamtych ostatnich kilometrów nawet nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy, myśli były zbyt chaotyczne. Kiedy skręciłem samochodem koło ratusza na Woli, w radiu, jak na ironię, leciała piosenka „Bal wszystkich świętych” Budki Suflera. Słowa wokalisty uderzyły we mnie z potężną siłą:
„Wszyscy święci balują w niebie
złoty sypie się kurz
a ja włóczę się znów bez Ciebie
i do piekła mam tuż”
To było niedzielne popołudnie, a na dodatek — żeby dopełnić ten melancholijny obraz — z ołowianego nieba zaczął padać gęsty deszcz. Nie był to dzień, który nastrajał mnie do radości. Rozstawaliśmy się co prawda tylko na noc — oboje wiedzieliśmy przecież, że jutro rano w szkole znowu się zobaczymy, staniemy obok siebie. A jednak ciężko, niewyobrażalnie ciężko było nam się rozstać w tym samochodzie. W radiu usłyszałem kolejny fragment: „Ta niedziela jest jak film / tani, klasy B”. Wtedy coś we mnie pękło. Po raz pierwszy przy niej się popłakałem, łzy bezwiednie popłynęły mi po policzkach. Niestety, potem w trakcie naszej skomplikowanej relacji zdarzało mi się to jeszcze wielokrotnie. Nie raz padaliśmy sobie w ramiona na pożegnanie i ze łzami w oczach, łamiąc własne postanowienia, wracaliśmy do siebie. Całowałem jej oczy zalane łzami, gorące i wilgotne. Pragnąłem za wszelką cenę oczyścić je z tego wszechobecnego smutku, który nas dławił. Zlizywałem te łzy z jej policzków, piłem jej rozpacz, łącząc ją z własną.
Jakże inną osobą wtedy była w tym samochodzie! Kobieca, bezbronna, pełna autentycznych uczuć, czuła, delikatna i krucha. Ja za każdym razem, po tych powrotach do domu, stawałem się jednak wewnętrznie twardszy, budowałem pancerz.
Chyba tym, co ostatecznie sprowadziło mnie z chmur na twardą ziemię, były słowa Teresy, które padły znacznie później. Kiedy przyszedłem do niej skruszony, jak zbity pies skamlący o odrobinę miłości i uwagi, usłyszałem z jej ust słowa, które podziałały jak kubeł lodowatej wody: „Skończ ten teatr”. Kiedy widzieliśmy się ostatni raz w podobnych okolicznościach, oznajmiła mi z zimną krwią, że „udaję dramat”.
To było brutalne, bezwzględne i niesamowicie bolesne dla kogoś, kto oddał jej serce. Te słowa skłoniły mnie do podjęcia twardej decyzji: żeby nigdy więcej, za żadną cenę, nie pokazać jej słabości. Zawsze w głębi duszy wstydziłem się łez. Wychowano mnie w przekonaniu, że mężczyźnie po prostu nie przystoi płakać, że to oznaka braku kontroli, ale przy niej ten kanon nie obowiązywał. Nie wstydziłem się okazywać najgłębszych emocji, obnażałem przed nią duszę. Wtedy naiwnie wydawało mi się, że ona jest równie czułą, skrzywdzoną przez los i wrażliwą osobą jak ja. Od tamtej pory, po tych słowach o teatrze, już nigdy przy niej nie zapłakałem. Moje oczy wyschły na kamień. Potem, z perspektywy czasu okazało się, że takie instrumentalne traktowanie ludzi i ich uczuć było po prostu w jej stylu. Podobne, raniące kwestie po kilku latach stały się normalnymi, codziennymi komunikatami kierowanymi w moją stronę. Nie zdawałem sobie sprawy, tam na Woli, że za kilka lat ta radiowa piosenka stanie się dla mnie klątwą i będę nucił ją w myślach w puste wieczory. Może nawet, w chwilach największego żalu, będę żałował tych sandomierskich dni i tego, że dałem się tak bez opamiętania zakręcić Teresie.