E-book
7.88
drukowana A5
29.56
Modliszka

Bezpłatny fragment - Modliszka


Objętość:
111 str.
ISBN:
978-83-8440-491-1
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 29.56

Niektóre wydarzenia

łamią serce,

ale poprawiają wzrok.

WSTĘP

Drogi Czytelniku. Oddaje w Twoje ręce książkę, która na pewno jest mocno kontrowersyjna. Jestem pewien, że wzbudzi wiele pozytywnych jak i negatywnych uczuć. Część z Was może w niej odnaleźć siebie. Zbieżność opisanych postaci z osobami realnymi jest jednak całkowicie przypadkowa. W treści opowiadania odnajdziemy kilka wierszy, które są wytworem wyobraźni autora. Powieść nie jest dokumentalną relacją mimo, że czytelnik znajdzie w niej zdjęcia związane z miejscami, w których toczy się akcja książki i autentyczne wydarzenia historyczne. To tylko tło wydarzeń i relacji zawartych w powieści. W książce Czytelnik natrafi na wiele treści erotycznych, dlatego powieść jest kierowana do dorosłego odbiorcy.

Tytułowa „Modliszka” jest kobietą, która zjada swoich partnerów po odbytym akcie miłosnym. Może być odczytana jak osoba zła, nieporadna i zagubiona, ale też osoba wrażliwa, szukająca miłości oraz zrozumienia. Potrzebująca rozmowy, bliskości i ciepła. Szukająca pomocy i wsparcia u kogoś, kto zapewni jej i jej dzieciom przyszłość. Książka zmusza do myślenia i wyciągania wniosków. To czytelnik ma możliwość wyrobienia sobie zdanie o bohaterach tego opracowania. Na pewno część z Was będzie identyfikowała się z głównymi postaciami. Przecież wielu z nas przechodziło takie życiowe problemy. Kryzys wieku średniego, syndrom opuszczonego gniazda i wiele innych kryzysów emocjonalnych, które towarzyszą ludziom w każdym wieku. Ta historia nie jest odosobniona. Liczę, że obie postacie zostaną poddane ostrej krytyce a ich postawy wzbudzą w Was przemyślenia i doprowadzą do refleksji nad postawami wobec siebie, najbliższych, przyjaciół i osób żyjących obok nas. Takie historie zdarzają się w każdym społeczeństwie i w każdej grupie społecznej. Autor staje się nie tylko narratorem, ale i głównym bohaterem tej powieści. To on opowiada historie dwojga ludzi ze swojego punktu widzenia. Nie jest w tym opowiadaniu obiektywny, co może spowodować dodatkową dyskusję i krytykę postaci przez niego kreowanej. Poznajemy historie toksycznej, zakazanej miłości. Miłości dorosłych ludzi posiadających swoje rodziny. Miłości pełnej erotyzmu, fascynacji i szaleństwa. Kochanków dzieli znaczna różnica wieku, ale łączy wspólna praca i zainteresowania. Historia miłości, która spowodowała dramat dwóch rodzin i rozpad jednej z nich.

W tle zobaczymy skutki dla najbliższych i dwie skrajne postawy wobec zdrady małżeńskiej. Tragedie dzieci, które są w środku konfliktu między dorosłymi i skutki jakie mogą być tym konfliktem spowodowane. Historia jest wpisana w środowisko nauczycielskie. Główni bohaterowie to nauczyciele pracujący w szkole średniej. Równie dobrze tłem tej powieści mógłby być każdy urząd, biuro, zakład pracy, środowisko urzędnicze, biurowe i każde inne, w którym spędzamy znaczną część swojego życia.

Najtrudniejsza żałoba to ta, po kimś,

kto żyje.

Ma się dobrze.

Funkcjonuje.

Śmieje się.

Po prostu… nie z Tobą.


Nie ma pożegnania.

Nie ma grobu.

Nie ma rytuału.

Jest tylko świadomość,

że ktoś kto kiedyś był całym światem,

jest teraz jak obcy przechodzień.


Świat mówi: „przesadzasz, przecież żyje.”

Serce odpowiada: „ale nie dla mnie”.

SZKOŁA

Pamiętam dobrze ten czas w jednej z podwarszawskich szkół. Rozpocząłem pracę jako nauczyciel. Bardzo ją lubiłem. Każdy dzień w szkole był dla mnie radością. Moi uczniowie okazali się wspaniali. Przygotowywali się do służby wojskowej. Uczyłem ich tzw. „przedmiotów wojskowych”. Zostałem wychowawcą „klasy mundurowej”. Byłem dumny z moich uczniów. Mimo, że to bardzo trudna klasa, młodzież tam ucząca się potrafiła czasami pozytywnie zaskoczyć i sprawić miłą niespodziankę. Każdego dnia uczniowie stawali przed salą i jeden z uczniów składał mi meldunek. Tak było w kwietniu jednego roku. Szedłem na lekcję, a przed nią stało kilku uczniów. Dyżurny klasy złożył mi meldunek.

— Klasa baczność. Na prawo patrz. Panie pułkowniku, uczeń
Jan Kowalski melduje klasę 2 c gotową do lekcji.

— Spocznij — odpowiedziałem.

Spojrzałem na tę kilkuosobową grupę. Byłem zły. Klasa mi zwiała. To była dla mnie porażka. Kiedy uczniowie nie chcą chodzić na lekcje, to sygnał dla nauczyciela, że coś nie działa najlepiej. Gdzieś musi tkwić problem.

— Gdzie reszta klasy? — zapytałem.

— Uciekli, panie pułkowniku — usłyszałem.

— Do sali rozejść się — podałem komendę.
Byłem bardzo zły. Zastanawiałem się, co z nimi zrobić… Jednocześnie było mi przykro, że moje działania wychowawcze nie przynoszą żadnego skutku. Kiedy zacząłem sprawdzać obecność, otworzyły się drzwi. Do sali lekcyjnej wparowała kilkunastoosobowa grupa z tortem.

— Sto lat, sto lat… — w całej sali rozległ się śpiew.
Byłem w szoku. Prawie się rozpłakałem. Nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Takiego numeru w życiu bym się nie spodziewał. Moi uczniowie zrobili mi prezent, a jednocześnie niesamowitą radość. To był dzień moich urodzin. Na torcie znalazły się czołg i imię „Adam”. Lekcji już nie zaczęliśmy. Bawiliśmy się do przerwy. Uczniowie pokazali, że potrafią działać w grupie, a ja jestem dla nich autorytetem. Byłem z nich dumny — to jeden z wielu takich dni w szkole.

Nauczanie w szkole było dla mnie bardzo ważne. Odszedłem z armii, ale nie żałowałem tego, bo spełniałem się jako nauczyciel i wychowawca. Uwielbiałem te dzieciaki — i to z wzajemnością. Najbardziej mnie cieszyło, że młodzież często przychodziła do mnie jak do kogoś bliskiego.

Pamiętam, kiedy na jednym z obozów pewna dziewczyna kręciła się koło mnie. Miałem wrażenie, że czegoś chce, że potrzebuje coś powiedzieć. W wolnej chwili podszedłem do niej i zaczęliśmy dyskusję. Dziewczyna tak bardzo się otworzyła, że zaczęła ze mną rozmawiać na temat zmiany płci. Mówiła o swoich problemach i o braku akceptacji jej rodziców. Słuchałem jej z uwagą. To nie była moja wychowanka, ja ją tylko uczyłem historii, ale cieszyło mnie, że mi zaufała. Co ciekawe, to często trafiałem na osoby, które nie zawsze są akceptowane w naszym społeczeństwie. W śród nich była Weronika. Była moją uczennicą i wychowanką. Jawnie przyznawała się, że jest lesbijką. Okazuje się, że we współczesnej szkole jest coraz więcej osób z innymi orientacjami seksualnymi. Weronika była na tyle odważną osobą, że na studniówkę przyszła ze swoją partnerką. Dla mnie to było zaskoczeniem, ale zaskoczyło mnie to, że na uczniach ta sytuacja nie wywarła większego wrażenia.

Nauczyciele w tej szkole byli bardzo sympatyczni i czuli atmosferę szkoły mundurowej. Przynajmniej tak uważałem na początku. Wśród wielu pedagogów zwróciłem uwagę na jedną nauczycielkę — na panią uczącą języka francuskiego. Miała na imię Teresa. Drobna i bardzo sympatyczna. Bardzo mi się podobała. Była taka dziewczęca, delikatna i urocza… Pięknie się uśmiechała. Miała piątkę dzieci, ale nikt w to nie wierzył. Niewiele różniła się od uczennic. Miała lekcje w mojej klasie. Często rozmawialiśmy. Kiedyś nawet pojechaliśmy razem na tzw. „obóz wojskowy”. Byłem bardzo grzeczny i miły w stosunku do niej. Czasami ją przytulałem, gdzieś tam musnąłem jej głowę ustami. Dawałem jej do zrozumienia, że ją lubię. W sumie to nie miałem zamiaru jej podrywać. Była sporo młodsza ode mnie. Ja miałem dorosłe dzieci, a ona — jeszcze maluchy w przedszkolu. Nawet do głowy mi nie przyszło, że przez następnych kilka lat będziemy razem i znajomość z nią wywróci moje życie do góry nogami. Widziałem, że lubi moją klasę. Uczniowie nie byli orłami, ale dawali się lubić. Na pewno zawsze byli chętni do wszystkich prac. Odnieśliśmy wiele sukcesów. W szkołach znajdują się pracownie chemiczne, matematyczne, językowe — moi uczniowie postanowili stworzyć swoją salę wojskową. To był super pomysł i szybko zyskał aprobatę dyrekcji. Na suficie zawisła siatka maskująca, a na ścianach — plansze poglądowe. Uczniowie sami pomalowali ściany i zbierali rzeczy, które wiązały się z wojskiem. Osobiście też włączyłem się w zbieranie wszystkiego, co mogło wzbogacić dekoracje. Na ścianie nad drzwiami jedna z uczennic wymalowała orły wojsk lądowych, lotnictwa wojskowego i marynarki wojennej. Niestety wszystko to zostało zniszczone po moim odejściu i remoncie szkoły. Każda lekcja to nauka musztry. Zbiórka, wyrównanie, odliczanie. Nie jest to proste, ale uczniowie starali się i wykonywali każde polecenie. Podstawa wojska to musztra. Pierwsze lekcje z przedmiotu podstawy wojskowości to nauka chodzenia. Niełatwo zsynchronizować ręce z nogami… Niektórym uczniom jednak całkiem dobrze to wychodziło. Prawa ręka, lewa noga, dłoń ponad klamrę pasa. Wyprostowana sylwetka i noga wyprostowana w kolanie. Było całkiem dobrze. Widziałem, że wśród moich uczniów są diamenty. Potem nawet jedna z moich uczennic trafiła do batalionu reprezentacyjnego Wojska Polskiego. Wielu moich uczniów do dzisiaj pełni służbę wojskową.

— Baczność — pada komenda. — Na wprost marsz! — Ruszają pojedynczo, jeden za drugim. Wyprostowana sylwetka, stopa obciągnięta. Słychać rytmiczne uderzenia w asfalt. Wyłapuję tych najlepszych i kolejny raz maszerują dwójkami, a potem czwórkami. Pomyślałem, że warto byłoby z nich zrobić drużynę reprezentacyjną szkoły. Zauważyłem, że moi uczniowie też wykazują zainteresowanie tym pomysłem. Wkrótce dyrektorowi szkoły zaproponowałem zakup szabli dla dowódcy drużyny reprezentacyjnej, a dla jej członków — niebieskich apaszek. Wspaniale się prezentowali, a mnie rozpierała duma.

TERESA

Teresa nie brała w tym udziału. Wtedy jeszcze nie angażowała się w życie szkoły. Chociaż jednego roku dyrektor wysłał ją ze mną na obóz wojskowy. Nawet zorganizowałem jej mundur polowy. Nie różniła się niczym od moich uczennic. Pomimo swojego wieku wyglądała jak dziewczynka. Tak jak uczniowie uczestniczyła we wszystkich ćwiczeniach. Nie zapomnę, jak z naszymi podopiecznymi kopała w piasku okopy. Starałem się o nią dbać. Wszędzie ją zabierałem i pilnowałem, żeby tylko nic się jej nie stało. Na koniec obozu robiliśmy sobie zdjęcie na czołgu. Boleśnie się potknęła. Chciałem jej pomóc z niego zejść, ale ostro zareagowała. Po raz pierwszy zobaczyłem jej gniewną twarz. Nieprzyjemną, z grymasem gniewu i niedostępności. Po obozie powiedziała swojemu mężowi, że ją podrywałem. Być może tak to wyglądało, ale nie miałem takiego zamiaru. Wtedy nie zwróciłem na to większej uwagi. Wkrótce odeszła do szkoły podstawowej. Nawet tego nie zauważyłem. Po roku niespodziewanie wróciła i znowu uczyła moich uczniów. Coraz częściej zwracałem na nią uwagę. Lubiłem przebywać w towarzystwie Teresy. Dużo rozmawialiśmy. Wiele jej opowiadałem. Widziałem błysk zainteresowania w jej oczach. Sama mówiła, że lubi moją klasę. Często starałem się ją przytulić. Miałem wrażenie, że też lubi być ze mną, że potrzebuje ciepła i miłości. Zawsze się do mnie uśmiechała. Witałem ją serdecznie, kiedy przychodziła do szkoły. Zawsze delikatnie muskałem jej włosy, kiedy kończyła się przerwa i rozchodziliśmy się do klas. Sala lekcyjna Teresy była na parterze, a moja — na pierwszym piętrze. Ukradkiem patrzyłem za nią, kiedy szła na zajęcia. Miała ładną sylwetkę i poruszała się z gracją. Kilka razy krzyknąłem za nią, ale się nie odwróciła. Miałem wrażenie, że nie słyszy, ale nie zwróciłem na to większej uwagi. Potem okazało się, że ma problemy ze słuchem. Nawet zastanawiałem się, jak jej pomóc, ponieważ aparat słuchowy był dość kosztowny.

Pamiętam ten pierwszy raz. Zostaliśmy sami w pokoju nauczycielskim. Mieliśmy tzw. okienko. Jak zawsze rozmawialiśmy. Stałem przy kserokopiarce. Niespodziewanie podeszła Teresa. Założyła mi ręce na szyję, spojrzała mi w oczy i uśmiechnęła się tak radośnie, że przeszył mnie dreszcz rozkoszy.

— Mogę cię pocałować? — zapytałem z głupia.
Kiwnęła głową. Nasze usta zetknęły się i poczułem, jak jej język wślizguje się głęboko pomiędzy moje wargi. Czułem rozkosz. Całowałem ją namiętnie, nie wierząc, że to robię. Była słodka i taka rozkoszna. Teraz już nie myślałem o niej jak o znajomej ze szkoły. Stała się nieosiągalnym ideałem mojej kobiety. Zacząłem częściej z nią bywać — na każdej przerwie, na każdym okienku, w każdej wolnej chwili. Pamiętam, kiedy pierwszy raz pojechaliśmy do „naszego lasu”. Tak go nazwałem, bo spędzaliśmy tam wiele czasu. Spacerowaliśmy wśród drzew. Tam mogłem spokojnie ją przytulić. Coraz bardziej mnie pociągała. Działała na moją wyobraźnię. Chciałem się z nią kochać… a może wtedy chciałem ją tylko „przelecieć”. Próbowałem jej dotykać, ale delikatnie się opierała, a ja nie chciałem być nachalny. Tym bardziej nie chciałem jej skrzywdzić. Coraz częściej wyjeżdżaliśmy do okolicznego lasu. Nie byłem grzecznym chłopcem. Nie wiem dlaczego, ale zacząłem jej opowiadać o kobietach, które spotykałem, z którymi łączyły mnie przyjaźń i łóżko. Słuchała tego z zainteresowaniem, dopytywała o szczegóły. Nie do wszystkiego się wtedy przyznałem. W sumie opowiadając o moich znajomych, trochę ją okłamałem — nie mówiłem, jak wyglądały nasze spotkania. Nie chciałem jej zrazić do siebie. Chyba tylko raz w trakcie naszej znajomości nie powiedziałem całej prawdy. Nigdy więcej jej nie okłamałem. Jej kłamstwa znacznie łatwiej przychodziły. Opowiadałem to wszystko Teresie, bo jeszcze wtedy nie czułem do niej takiej miłości jak w późniejszym czasie. To wszystko kiełkowało. Pamiętam, że wtedy powiedziałem jej, że słowo „kocham” to słowo, którego nigdy nie używałem w stosunku do kobiet, z którymi się spotykałem, a róże są kwiatami, które dałem tylko dwóm kobietom w moim życiu. Słowo „kocham” i róże były zarezerwowane dla najważniejszych osób. Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy powiedziałem Teresie, że ją kocham. To słowo było dla mnie zbyt ważne. Jej mogłem wyznawać miłość na okrągło. Kiedy poznałem Teresę, często dostawała ode mnie róże. Zawsze z okazji imienin albo urodzin, Dnia Kobiet czy w Dniu Zakochanych, ale też kiedy się pokłóciliśmy. To ja zawsze wyciągałem rękę i ją przepraszałem. Zawsze czułem się winny, chociaż z perspektywy lat to chyba nie ja byłem tym, który powodował konflikty. To Teresa zawsze prowokowała awanturę. Jeszcze nie wiedziałem, jaka jest naprawdę. Z zewnątrz — lawa, a w środku — zimna i przebiegła. Wtedy była moją kochaną Terenią. Z tego okresu zostały mi wiersze zainspirowane tą relacją.

TEN PIERWSZY RAZ

Wracam pamięcią, kiedy po raz pierwszy z Teresą pojechaliśmy do hotelu „Roberts” w Obrazowie. Oboje skończyliśmy wcześniej lekcje. Znowu pragnąłem być z nią, spędzić z nią chociaż parę minut. Jechaliśmy do pobliskiego lasu. Bywaliśmy tam już kilka razy na spacerach. Bardzo jej pragnąłem, moje zmysły szalały. Chciałem ją kochać. Chciałem jej dać radość, miłość i przyjaźń. Otoczyć ją ciepłem, którego wtedy myślałem, że mąż jej nie daje. Chciałem, żeby ten pierwszy raz ze mną był dla niej najcudowniejszym wspomnieniem i przeżyciem. Nie wiem, co ona wtedy myślała, ale ja pragnąłem dać jej przysłowiowe BMW — bezpieczeństwo, miłość, wierność. Tego samego oczekiwałem od Teresy. Oczywiście chciałem, żeby ten nasz pierwszy raz odbył się w jak najlepszych warunkach. Podczas jazdy zapytałem Teresę, czy pojedziemy do hotelu.

— Chcesz mnie przelecieć? — zapytała.

Tego pytania nigdy nie zapomniałem, na zawsze we mnie pozostało. Wtedy było to dla mnie bardzo zabawne i takie niewinne, a w jej ustach brzmiało wręcz naiwnie. Ubawiło mnie to do łez, bo nigdy nie używałem takiego słowa. Od tamtej pory wiem, że można się z kobietą kochać albo ją przelecieć. Dla niej te słowa miały to samo znaczenie. Po kilku latach przekonałem się, że Teresa kiedyś się ze mną kochała, a potem po prostu chciała, żebym ją przeleciał. Nie jestem w stanie określić, kiedy to się zmieniło, ale po jakimś czasie poczułem, jaka jest różnica między kochaniem się a „przeleceniem”. Jej mąż kiedyś mi powiedział, że od razu wiedział, że ma faceta. Stało się to w chwili, kiedy przestała z nim chodzić do łóżka.

Po kilku latach też wiedziałem, że już ma kolejnego faceta. Ja też to czułem w łóżku. Pewnie chciała się jeszcze zabezpieczyć, gdyby facet zbyt szybko poznał się na niej.

W łóżku stawała się zimna. Unikała spotkań, a zwłaszcza nie dawała się pocałować w usta.

— Nie chcę cię przelecieć, ale chcę cię kochać — odpowiedziałem.

Po chwili zastanowienia na jej twarzy pojawił się radosny uśmiech i skinęła głową. Przez kilka lat ten lasek i hotel „Roberts” stały się naszym miejscem miłości.

Na następne lata samochód stał się naszym łóżkiem. To była namiętna miłość. Po raz pierwszy kochałem ją bardzo powoli, dając to, co miałem najlepsze — delikatność i namiętność. To miało być dla mnie, ale przede wszystkim dla niej niezapomnianym przeżyciem. Rozbierałem ją powoli, wchłaniając każdy skrawek jej ciała. Całowałem jej delikatną skórę i delektowałem się jej najbardziej intymnymi miejscami. Każdy akt uniesienia powodował, że krzyczała z rozkoszy na cały hotel. Trochę mnie to peszyło, ale byłem szczęśliwy, że jest jej dobrze. Czekałem na każdy jej orgazm. Kochaliśmy się przez kilka godzin. Tego dnia kochaliśmy się trzykrotnie i wciąż było mi mało. Wtedy powiedziała mi, że ją zaskoczyłem, że można się tak kochać. Spotykaliśmy się każdego dnia i każde nasze spotkanie kończyło się namiętną i spontaniczną miłością. Kolejne nasze spotkania zaczynały się od włączenia telewizora. Jej wydawało się, że jak zaczynam od TV, to mam na nią mniejszą ochotę. Bawiło mnie to, ale nie wyprowadzałem jej z błędu. Tym bardziej że jej krzyki powodowały u mnie jeszcze większe podniecenie. Nie chciałem, żeby to się zmieniło. Oszalałem na punkcie jej niewinności, jej delikatności i jej miłości. Przynajmniej tak wtedy ją odbierałem — jako dziewczynkę skrzywdzoną przez męża, który nic nie potrafi oprócz robienia dzieci.

Te słowa najlepiej oddają nasz pierwszy raz.

Napisałem wiersz „Erotyk”.

Drżącą dłonią dotykam ust, przesuwam powoli,

zgarniam pozostałości pocałunków

gorących, namiętnych, zmysłowych,

wkładam w usta i czuję chwile rozkoszy.


Zapach twego ciała odurza do nieprzytomności,

żar bije z głębi mojej duszy,

myśli fruwają, wirują i szaleją,

karuzela namiętności porywa zmysły.


Dotykam twojego rozgrzanego, nagiego ciała,

ustami muskam twoją szyję,

całuję piersi, głaszczę włosy,

coraz szybciej oddycham z otwartymi ustami.


Czy też byś wciąż tego chciała,

byśmy zaczęli krzyczeć z rozkoszy,

by nasze oddechy jednym się stały,

by nasze ciała wreszcie się poznały?


Niech ciszę przetną dwa krzyki długie

powoli…

szybciej…

wiesz, że tak lubię…

Myślę, że dobrze udawała ofiarę losu. Tak naprawdę uważam, że to dzięki mężowi jej dom był dobrze utrzymany, a dzieci — nakarmione i zadbane.

Kochaliśmy się wszędzie i o każdej porze, gdzie i kiedy było to tylko możliwe. Zdarzyło się nam kochać w jej domu, kiedy akurat nie było dzieci, ale to raczej pojedyncze przypadki. Nie czułem się wtedy najlepiej. Nie bałem się o siebie, ale o nią. Nakrycie nas przez jej dzieci byłoby przede wszystkim dla niej bardzo stresujące. Oczywiście ja też nie czułbym się komfortowo.

Pamiętam, kiedy przyjechałem do Teresy i chciałem ją kochać. Były wakacje. Dzieci w domu, a my zastanawialiśmy się, gdzie jechać. Pojechaliśmy nad Wisłę, dość blisko osiedla, na którym mieszkała. Dzisiaj bym tam nie trafił. Przechodziliśmy przez krzaki, ale szeroką ścieżką. Widać było, że to miejsce często uczęszczanie. Akurat tego dnia było jednak pusto, rzecz działa się przed południem. Kiedy tylko weszliśmy pomiędzy drzewa, przytuliłem Teresę do siebie i zacząłem ją całować. Ubrana była w króciutką spódniczkę, wyraźnie podkreślającą jej kształty. Nie mogłem już dłużej szukać innego miejsca. Czułem coraz większe podniecenie, coraz bardziej jej pragnąłem. Chyba oboje byliśmy już rozpaleni do białości. Całowałem ją z taką namiętnością, że chciałem wyssać z niej gorące serce. Moje dłonie wędrowały po jej ciele, a myśli wirowały w obłokach. Kochaliśmy się na stojąco. Szybko ściągnąłem z niej stringi. Teresa płynęła z podniecenia. Czułem, że pragnie mnie nie mniej niż ja jej. Podniosłem ją do góry, a ona objęła rękami moją szyję a nogami moje biodra. Było cudownie, mimo że dodatkowo musiałem zwracać uwagę, żeby nas nikt nie zaskoczył. Tak naprawdę ja się tym nie przejmowałem, ale bałem się reakcji Teresy, gdyby ktoś nadszedł. Zawsze w takich sytuacjach najbardziej zależało mi na reputacji Teresy. Po wszystkim nosiłem jej stringi w kieszeni.

MIŁOŚĆ

Pamiętam zimowy dzień, kiedy poszliśmy do sali lekcyjnej Teresy. Nie zamierzaliśmy się kochać. Potrzebowaliśmy tylko trochę intymności. W sali było tak zimno, że nawet kurtek nie zdejmowaliśmy. Zamknęliśmy drzwi, bo nie chcieliśmy, żeby nas ktoś razem widywał, szczególnie uczniowie. Zresztą zawsze tak robiliśmy. Tego dnia wypatrzyła nas dyrekcja. Kiedy siedzieliśmy w klasie, zaczęli dobijać się do nas dyrektor z wicedyrektorką. Myśleli, że nas zaskoczą w jakiejś intymnej sytuacji. Tym razem im się nie udało. Otworzyłem, ubrany w kurtkę, Teresa była ubrana podobnie.

Kiedy jej dzieci chodziły do przedszkola, znaleźliśmy też miejsce na jednej z polanek w lesie niedaleko placówki. Kiedyś, po kolejnym spacerze, wtuliłem ją w siebie i zaczęliśmy się kochać tuż przy ścieżce rowerowej. Obok jechał jakiś facet na rowerze. Nam to jednak nie przeszkadzało. Całą swoją namiętność i uwagę kierowaliśmy na siebie. Wszystko to, co było obok, w ogóle się nie liczyło. Zastanawiało mnie tylko jedno. Któregoś jesiennego dnia kochaliśmy się w aucie. Do lasu przyjechał jakiś gość, który szukał grzybów. Fakt, że kręcił się blisko naszego auta, gdzie raczej grzybów nie było, ale ja tej sytuacji w żaden sposób nie kojarzyłem z nami. Dokładnie odwrotnie było z Teresą. Oburzyła się. To chyba było jedyny raz, kiedy widziałem stres na twarzy Teresy związany z okolicznościami naszego zbliżenia. W kolejnych dniach często jeździliśmy do tego lasu autem. Raz chyba nawet przyjechała jakaś para też szukająca miejsca dla siebie. Na szczęście jak zobaczyli nasze auto, odjechali.

W pobliżu naszej szkoły oraz miejsca, gdzie odbywaliśmy nasze intymne randki, znajdował się „Zajazd Leśny”. Bardzo często jeździliśmy tam na obiady. Sympatyczne, kameralne miejsce, gdzie z radością zabierałem Teresę. Na dworze było zimno, a my siedzieliśmy na kanapie, przytuleni do siebie, przy kominku. Zamawiałem dla niej herbatkę i coś do jedzenia. To były niezapomniane chwile — i jakże romantyczne. Bardzo lubiła ruskie pierogi. Lubiłem patrzeć, jak je spożywa, jak jej smakują. Chciałem ją karmić jak małe dziecko. Była przecież moją kochaną dziewczynką.

SANDOMIERZ

Pamiętam, kiedy pierwszy raz wyjechaliśmy do Sandomierza.

Jej mąż został z dziećmi, a my pojechaliśmy w naszą „podróż poślubną”. Wtedy zapomniałem o wszystkim — o moim domu, moich chłopcach i o mojej żonie.

Nie interesowali mnie jej mąż i jej dzieci. To było nieważne. Ważna była ona — moja Wenus. Byłem zafascynowany i chyba coraz bardziej zakochany. Każdy akt miłości kończył się jej niesamowitym uśmiechem. Miałem wrażenie, że mnie zniewala. Nic nie mogło się stać ważne oprócz niej. Ta podróż miała być dla niej bajką. Ja byłem żabą, a ona księżniczką, dla której byłem gotów nawet ściągnąć gwiazdy, którymi ozdobiłbym jej ciało. Zamieszkaliśmy w pięknym hotelu w pobliżu Sandomierza. Sam pokój był apartamentem z wielkim łóżkiem i dużą przestrzenią. Teresa była w ślicznej sukience podkreślającej jej seksowne kształty. Nie mogłem się oprzeć narastającemu podnieceniu. Kiedy tylko weszliśmy do pokoju natychmiast wbiła we mnie swoje gorące usta. Równie namiętnie zacząłem ją całować po twarzy i szyi. Moje dłonie wędrowały po jej złocistych włosach, po plecach i jej piersiach. Podciągając delikatnie sukienkę poczułem jej ciało. W tym czasie zdjąłem spodnie i koszulkę. Znowu wbiła się w moje usta. Teraz myślałem tylko o jednym. Po dotknięciu jej ciała cichutko westchnęła i przymrużyła powieki. Całowaliśmy się namiętnie wciąż stojąc. Nasze ręce obejmowały i pieściły nasze najczulsze miejsca. Moje podniecenie było niesamowite. Kochaliśmy się z taką czułością, że chciało mi się już krzyczeć z rozkoszy. Jej zapach i aksamitne ciało było cudowne. Całowałem jej każdy kawałek ciała. Patrzyłem na nią i na jej wyraz twarzy. Z obawy, żeby jej nie sprawić bólu kochałem ją bardzo powoli. Jej oddech był coraz szybszy a ja czułem niesamowita rozkosz. W pewnej chwili jej ruchy i oddech przyśpieszyły. Czułem, że zaraz będzie koniec. Nasze podniecenie było u kresu wytrzymałości. To był cudowny koniec. Byłem szczęśliwy i nadal gotowy. Sprawiało jej to widoczną rozkosz. Wciąż tuliliśmy się do siebie całując się nawzajem. Chyba oboje krzyczeliśmy na cały hotel. Spędziliśmy tam trzy dni. Kochałem ją kilka razy dziennie. Pewnie nie wychodzilibyśmy z łóżka, ale chciałem, żeby też odpoczęła i zwiedziła okolicę. Szczególnie pobliski Sandomierz.

Po śniadaniu pojechaliśmy do miasta. To był piękny, letni dzień. Sporo ludzi kręciło się na rynku Starego Miasta, a my łaziliśmy ścieżkami ojca Mateusza. Obeszliśmy gotycko-renesansowy ratusz, podziwiając kolorowe, zabytkowe kamienice wokół niego. Koło ratusza znajdowała się zabytkowa studnia, a wokół niej stały kramy z pamiątkami. Zeszliśmy do bazyliki katedralnej Narodzenia NMP. Niestety była w remoncie. W środku stały rusztowania, więc nie mogliśmy w pełni cieszyć się pięknem tego miejsca. Postanowiłem, że przejdziemy się podziemną trasą. To system połączonych ze sobą piwnic kupieckich. Kolejny punkt na naszej mapie to Brama Opatowska — doskonały punkt widokowy pozwalający podziwiać panoramę miasta oraz ujście Sanu do Wisły. Zabrałem ją poza Stare Miasto, gdzie obok murów stał mały kościół św. Józefa.

W krypcie świątyni znajdują się zmumifikowane zwłoki jej imienniczki — Teresy Izabeli Morsztynówny, córki wojewody sandomierskiego. Zmarła, mając osiemnaście lat, a jej ciało nie uległo rozkładowi. Osoby, które odwiedzają grób Teresy Izabeli Morsztynówny, modlą się w skupieniu przy jej trumnie i przedkładają jej swoje potrzeby i troski, ufając w szczególną skuteczność jej wstawiennictwa u Boga. Nie pamiętam, czy też się wtedy modliłem o to, abyśmy byli razem. Jeśli tak, to modły nie zostały wysłuchane. Może Morsztynówna wiedziała, co robi, i postanowiła mnie ochronić. Pamiętam, że wejścia do krypty pilnowała starsza pani, ale pozwoliła nam wejść. Podziękowałem jej, zostawiając odpowiedni datek.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 7.88
drukowana A5
za 29.56