E-book
16.38
drukowana A5
37.52
Mistyfikacja uczuć

Bezpłatny fragment - Mistyfikacja uczuć


5
Objętość:
273 str.
ISBN:
978-83-8221-059-0
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 37.52

„W każdym człowieku tkwi jakaś obsesja, która z czasem pogłębia się bardziej, jeśli jej na to pozwolimy. Jednych niszczy, innych rozwija — w zależności od tego, co kto zrobi ze swoimi skłonnościami”.

Ewa Bagłaj


„Kiedy usiłujemy ukryć nasze najskrytsze uczucia, zdradzamy się całym sobą.”

Frank Herbert


„Miłość to jedyne, o co warto walczyć.”

Lauren Kate

Rozdział 1

— Niech to szlag! — rzuciłam, wkurzona na siebie za to, że nie zabrałam parasola, i przyspieszyłam kroku.

Obcasy moich ulubionych, lawendowych szpilek stukały głośno o chodnik. Deszcz nasilił się. Kałuże rosły w zastraszającym tempie. Do wiaty przystankowej miałam jakieś sto metrów, a wydawało mi się, że jest dużo dalej, ponieważ strugi deszczu skutecznie pogarszały widoczność.

Nie pamiętałam, kiedy ostatnio tak lało.

Nie znosiłam takiej pogody.

Przemarznięta i przemoknięta ponownie zaklęłam, widząc, w jakim stanie znajdują się moje piękne, zamszowe pantofle.

To była moja najnowsza para butów!

Kostium w bordowym kolorze też nie był najodpowiedniejszym strojem, ale skąd mogłam wiedzieć, że nagle rozpada się ulewny deszcz?

Kwietniowa pogoda była nieprzewidywalna. Ja jednak musiałam elegancko wyglądać, bo tego wymagała firma.

Zmarszczyłam brwi, potrząsnęłam ciemnymi lokami, żeby strząsnąć z nich wilgoć i, osłaniając twarz dłonią, wydłużyłam krok.

W takich chwilach żałowałam, że nie posiadam samochodu ani prawa jazdy. Stwierdziłam, że może kiedyś się zdecyduję. Brakowało mi jednak odwagi. Nie widziałam się w roli kierowcy, lęk przed prowadzeniem auta był silniejszy niż chęć posiadania samochodu.

Dlatego teraz musiałam moknąć w deszczu i biec na przystanek autobusowy.

Niespodziewanie kątem oka dostrzegłam zatrzymujący się przy krawężniku samochód.

Zerknęłam odruchowo w jego stronę i z lekkim zaskoczeniem dostrzegłam za kierownicą Piotrka, prawnika pracującego od miesiąca w naszej firmie.

Znałam go jedynie z widzenia, czasem mijaliśmy się w biurze, wymieniając zdawkowe uprzejmości.

Mężczyzna dał mi znak ręką, żebym wsiadała.

Niewiele myśląc, podeszłam do krawędzi jezdni i otworzyłam drzwi samochodu, po czym szybko wskoczyłam na siedzenie pasażera, ciesząc się z ciepłego i suchego wnętrza Piotrkowego auta.

— Co za fart, że akurat przejeżdżałeś. Gdyby nie ty, jak nic przemokłabym do suchej nitki. — Uśmiechnęłam się lekko i rzuciłam mu spłoszone spojrzenie spod rzęs, domyślając się, jak muszę wyglądać.

Włosy wciąż miałam poplątane, tusz do rzęs rozmazany, bluzkę przemoczoną, nie mówiąc już o spódnicy, bo wyraźnie czułam wilgoć pod pośladkami, gdy wcisnęłam się bardziej w skórzany fotel.

Nie tracąc czasu otworzyłam torebkę i wyciągnęłam z niej srebrną puderniczkę z lusterkiem i kilkoma wprawnymi ruchami poprawiłam rozmazany makijaż.

Ostatnie spojrzenie w lusterko upewniło mnie, że wyglądam nadzwyczaj dobrze.

— Cała przyjemność po mojej stronie. — Piotrek uśmiechnął się, a ja dopiero wtedy mogłam mu się uważniej przyjrzeć.

Ze zdziwieniem dostrzegłam, jaki jest przystojny. Spojrzenie jego brązowych oczu nabrało blasku, gdy mówił o czymś z ożywieniem, a w pokrytym trzydniowym zarostem policzku pojawił się uroczy dołeczek.

Poczułam chęć dotknięcia go, przesunięcia po nim opuszką palca, docierając aż do kącika ust.

Kinga, weź ochłoń  zganił mnie wewnętrzny głos, próbując przywołać do porządku.

Od dawna byłam sama, więc moje wygłodniałe zmysły reagowały tak na widok każdego atrakcyjnego faceta.

A ja zdałam sobie sprawę, że wpatruję się w Piotrka równie intensywnie jak sroka w gnat.

Fakt, miałam słabość do seksownych brunetów, ale to jeszcze nie znaczyło, że mam zachowywać się jak „wołoduch” na widok słodyczy.

Tak byłam pochłonięta własnymi myślami, że dopiero po dłuższej chwili zdałam sobie sprawę, że mężczyzna czeka na moją odpowiedź.

— To, co zgodziłabyś się? — zapytał, patrząc na mnie wyczekująco.

W duchu przeklinałam swoje roztargnienie. Że też w takim momencie musiałam odpłynąć myślami, gdzie indziej. Zauroczona jego wyglądem i bliskością, nie zwracałam uwagi na to, co mówi.

I to był mój błąd. Musiałam jakoś ratować sytuację, więc siląc się na swobodny ton odparłam:

— Jasne, czemu nie...

— Cieszę się, że się zgodziłaś. Ratujesz mi życie. Nie wiem, tylko jak ja ci się odwdzięczę, ale coś wymyślę… — Mówiąc to, posłał mi kolejny czarujący uśmiech, a jego oczy o hipnotycznej mocy przyciągały mnie do siebie jak magnes.

Ten mężczyzna działał na mnie zbyt silnie…

W dodatku zgodziłam się na jego propozycję, nie zdając sobie sprawy, czego dotyczyła.

W myślach łudziłam się, że jakoś uda mi się wybrnąć z tej sytuacji, gdy już dowiem się, o co chodzi i co to za przysługa, którą nieopatrznie zgodziłam się spełnić.

Do końca podróży już nie odezwałam się do Piotrka ani słowem, tak byłam zaprzątnięta własnymi myślami. Oprzytomniałam dopiero, gdy wjeżdżaliśmy na parking przed naszym biurowcem.

Wyjrzałam przez okno, chcąc zobaczyć, czy jeszcze pada. Na szczęście dla mnie przejaśniło się i nawet słońce nieśmiało wychyliło się zza wielkiej, szarej chmury.

— Przyjdź w porze lanczu, to omówimy szczegóły — zaproponował Piotrek, gdy wysiedliśmy z auta i szybkim krokiem szliśmy do biura.

Było już pięć po ósmej, co stwierdziłam ze zdziwieniem, gdy zerknęłam przelotnie na zegarek.

Przytaknęłam więc tylko, jednocześnie myśląc o tym, że szef urwie mi głowę za kolejne spóźnienie.

W dodatku, gdy zobaczyłam, że jako ostatnia podpisuję się na liście obecności, serce zaczęło mi szybciej bić.

Dziś bez upomnienia się nie obędzie…

Szybko pożegnałam się z Piotrkiem, który chwilę później zniknął za drzwiami gabinetu szefa, a ja przez moment stałam na korytarzu jak ten słup soli, odurzona czarującym uśmiechem, który mężczyzna rzucił mi na pożegnanie.

Był to uśmiech, który przywodził mi na myśl upalne lato, gorący i rozpalający do czerwoności.

Tak przynajmniej ja go odebrałam…

Och, Kinga, co się z tobą dzieje? Czyżbyś za długo była singielką? Wystarczy, że facet się do ciebie uśmiechnie, a ty już lgniesz do niego jak mucha do miodu. Opanuj emocje! — zganił mnie wewnętrzny głos.

Zreflektowałam się i ruszyłam nieco pewniejszym krokiem wzdłuż holu do działu kadr, gdzie mieściła się administracja i gdzie miałam „przyjemność” pracować.

Szczerze mówiąc, niespecjalnie lubiłam swoją pracę, bo była po prostu nudna i na kilometr wiało od niej rutyną, ale cieszyłam się, że w ogóle pracuję, podczas gdy wielu moich znajomych bezskutecznie szukało stałego zatrudnienia, godząc się na „śmieciówki” i pracować od rana do nocy.

Moja praca, choć nielubiana przeze mnie, przynajmniej była dobrze płatna i na stałe. Nie musiałam się martwić o niezapłacone rachunki, nie mówiąc już o tym, że mogłam sobie pozwolić na zakup szpilek i torebek. Kochałam piękne stroje, szpilki, dodatki, wariowałam na widok skórzanej torebki albo designerskiego paska. Dlatego większość swojej pensji przeznaczałam na ubrania.

Będąc singielką nie miałam większych wydatków. Jadłam niewiele, zwykle brałam coś na wynos, albo przygotowywałam dania szybkie i łatwe, najczęściej jakiś makaron albo ryż z warzywami. Nie lubiłam za długo stać przy kuchni.

Kiedy weszłam do pokoju, Oliwia, moja koleżanka z działu, siedziała za biurkiem i malowała swoje tipsy. Tym razem zdecydowała się na kolor jaskrawożółty.

Brr, potworność — wzdrygnęłam się, widząc to.

— Cześć — rzuciłam jej na powitanie i przemknęłam obok do swojego biurka najszybciej, jak mogłam.

Usiadłam z westchnieniem ulgi na krześle, gdy dobiegł mnie piskliwy ton głosu Oliwii.

— Szef był tutaj przed chwilą, pytał, czemu cię jeszcze nie ma. Nie był zadowolony. Pilnie potrzebuje ostatniego zestawienia, dodał coś o goniących go terminach, spóźniających się oraz pracujących jak muchy w smole pracownikach. Mnie pochwalił — oznajmiła, posyłając mi złośliwy uśmiech, i nadęła się, a jej bujny biust nieomal wylewał się z wydekoltowanej sukienki w kolorze fuksji. — Powiedział, że jestem jego najlepszą pracownicą. Co więcej, zabiera mnie ze sobą na konferencję do Poznania jako asystentkę, bo Malwina się rozchorowała, a ja ze swoimi kwalifikacjami doskonale będę potrafiła ją zastąpić — paplała jak najęta. Usta jej się nie zamykały nawet na chwilę.

Przestałam jej słuchać. Od razu włączyłam się na tryb „Oliwia: wycisz”, co miałam opracowane do perfekcji.

Tak, jasne, masz kompetencje, bo zostajesz po godzinach i większość tego czasu spędzasz na jego biurku. Jeszcze trochę i mu się znudzisz, ciekawe, czy wtedy też będzie tak pochlebnie wypowiadał się o twojej pracy i wszędzie cię zabierał…

Oliwia nie wiedziała, że pewnego razu, całkiem niechcący, przyłapałam ją w sytuacji świadczącej o tym, że łączą ją bardzo zażyłe stosunki z naszym szefem, który jest żonaty i dużo starszy od niej.

Szybko się wtedy wycofałam, cicho zamykając drzwi, oni na szczęście mnie nie zauważyli. Tak bardzo byli zajęci sobą, że nic nie byłoby w stanie oderwać ich od siebie.

Na wspomnienie tej koszmarnej sceny do dziś przechodzą mnie nieprzyjemne dreszcze. Nigdy więcej nie chciałabym tego zobaczyć.

Co prawda nie zamierzałam z nikim dzielić się informacją o romansie Oliwii z szefem, ale straciłam resztki szacunku i sympatii dla koleżanki.

Z jednej strony byłam zdania, że to jej sprawa, co robi ze swoim życiem, a z drugiej wkurzała mnie jej wybujała pewność siebie i dążenie do celu po trupach.

W tym przypadku najprostszą drogą, czyli przez łóżko do awansu.

A nie, pardon, biurko — zaśmiałam się w duchu do swoich myśli, a na głos zapytałam:

— A twój narzeczony nie będzie zazdrosny?

— No coś ty, Marek? A o co niby? Przecież to moja praca. On doskonale rozumie, że mam różne obowiązki zawodowe i nie widzi problemu w tym służbowym wyjeździe. Sam bardzo często wyjeżdża w delegacje i ja jeszcze ani razu nie zapytałam go, o to, co na nich robi, bo mu ufam. Ufam, rozumiesz? W naszym związku przestrzegamy ustalonych zasad, a jedną z nich jest właśnie wzajemne zaufanie. Poza tym Marek zna Witolda, bo łączą ich wspólne interesy i nawet kilka razy byliśmy na wspólnej kolacji z nim i jego żoną. To bardzo mili i sympatyczni ludzie, choć nieco sztywni — oświadczyła obłudnie, z uwagą obserwując swoje świeżo pomalowane paznokcie.

Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Co za hipokrytka.

Gdyby tylko Marek wiedział, że przyprawiasz mu rogi i z kim, pewnie po waszym związku zostałyby jedynie wspomnienia… — przemknęło mi przez myśl.

— No proszę, ty to masz dobrze! — wyraziłam głośno swoje uznanie. — Wyrozumiały narzeczony, świetna praca, szef, który cię docenia, czego chcieć więcej… — Mój głos aż ociekał sarkazmem, czego ona najwyraźniej nie dostrzegła, bo pojaśniała jak zorza polarna i niedbałym tonem rzuciła:

— Jestem w czepku urodzona, nie wiedziałaś o tym? Jak tylko skończyłam osiemnaście lat, postanowiłam, że będę miała wszystko to, co zechcę i tak jest do dzisiaj. Widzisz Kinga, mi po prostu jest pisane zdobywać to, co najlepsze. Jest to zasługa nie tylko mojego uroku osobistego, ale i wysokich kwalifikacji. — Jej uśmiech stał się jeszcze szerszy.

Chyba siana zamiast mózgu i braku jakichkolwiek zasad moralnych — pomyślałam.

Włączyłam komputer, starając się ją zignorować poprzez udawanie pilnie zajętej czytaniem papierów rozłożonych na biurku.

Na szczęście w tym samym momencie zadzwonił jej telefon. Chyba dzwonił jej narzeczony, bo zaczęła szczebiotać i mruczeć do słuchawki jak zawodowa call girl.

Dłużej tego nie wytrzymam — stwierdziłam.

Nie chcąc dłużej słuchać tych przesłodzonych rozmów, zabrałam ostatnie zestawienie ze swojego biurka i wybiegłam z pokoju w takim tempie, jakby się za mną paliło.

Rozdział 2

Kiedy tylko udało mi się uwolnić od towarzystwa Oliwii, poczułam ulgę. Odetchnęłam, poprawiłam żakiet i raźnym krokiem ruszyłam korytarzem, kierując się w stronę sekretariatu. Chciałam zapytać Martę, sekretarkę szefa, czy ktoś jest w jego gabinecie.

Nie zdążyłam tego zrobić, bo w tej samej chwili drzwi z napisem „PREZES” otworzyły się i wyszedł z nich Piotrek.

— Kinga! Świetnie się składa, że cię widzę, bo mam chwilę przerwy. Może teraz omówilibyśmy moją propozycję? — zapytał, gdy tylko mnie zobaczył.

Spojrzałam na zegarek i stwierdziwszy, że pięć minut mnie nie zbawi, zgodziłam się i ruszyłam za nim do pokoju socjalnego, gdzie mieliśmy nowoczesny ekspres do kawy, lodówkę oraz mały aneks kuchenny.

Włączyłam ekspres i wyciągnęłam z szafki dwie filiżanki oraz cukierniczkę, a z lodówki śmietankę.

W duchu zastanawiałam się nad tym, czego mogła dotyczyć jego propozycja.

Może mam mu pomóc z jakimś pilnym raportem?

A jeśli to coś niezwiązanego z firmą? — na samą myśl przeszył mnie nagły dreszcz.

Kinga, nie ekscytuj się tak — upomniał mnie mój wewnętrzny głos.

Piotrek cierpliwie przeczekał te kuchenne rewolucje.

— Chcę ci podziękować za to, że się zgodziłaś — powiedział, patrząc na mnie z wdzięcznością. — Tak jak ci mówiłem, ten ślub jest dla mnie bardzo ważny, bo to ślub mojego ojca. Tydzień temu powiedziałem mu, że przyjdę z narzeczoną. I nawet znalazłem dziewczynę, która zgodziła się odegrać rolę mojej ukochanej. Niestety, wczoraj miała wypadek i jest unieruchomiona na co najmniej dwa miesiące — westchnął z rezygnacją w głosie.

— Przykro mi. Kiedy jest ten ślub? — spytałam, próbując opanować drżenie, a przyspieszone bicie serca na chwilę zagłuszyło wszystko inne.

— Za tydzień. Ojciec żeni się w przyszłą sobotę. Przecież mówiłem ci o tym, jak jechaliśmy do pracy? — zdziwił się i spojrzał na mnie uważnie tymi swoimi przeszywającymi do głębi brązowymi oczami.

Zmieszana odparłam:

— Kilka dni to niewiele…

Piotrek dostrzegł wahanie na mojej twarzy.

— Przecież się zgodziłaś, chyba się teraz nie wycofasz? Kinga, jesteś moją ostatnią deską ratunku. — Spojrzał mi błagalnie w oczy, a ciepła męska dłoń ujęła moją.

Był tak blisko i z taką niezwykłą czułością mnie dotykał, jakbym była jakimś delikatnym kwiatem.

W kontakcie z jego skórą czułam przenikające mnie po całym ciele cudowne dreszcze.

I tak pięknie pachniał drzewem cedrowym i chyba wanilią.

Ciekawe, jaki smak ma jego skóra — przebiegło mi przez myśl, skoro sam już jego zapach oszałamiał.

Ten mężczyzna działał na mnie tak, jak żaden inny.

Coś mnie do niego przyciągało i z trudem zachowywałam zdrowy rozsądek.

A jeśli on robi to wszystko tylko po to, bym mu uległa i się zgodziła? Co jeśli w ten sposób udało mu się skusić tamtą kobietę?

Jest taki przystojny, czarujący, uwodzicielski. W tym jak na mnie patrzy, jak dotyka, nie ma wahania. Są pewne siebie ruchy, spojrzenia, które rozpalają zmysły.

Co jeśli to tylko strategia?

Jakaś część mnie kazała mi zachować ostrożność. Ostrzegawczy alarm zabrzmiał mi w głowie. Przecież my się prawie nie znaliśmy…

Nie mogąc wytrzymać intensywności jego spojrzenia, spuściłam wzrok i ze zdziwieniem dostrzegłam, że Piotrek przez cały ten czas trzyma moją dłoń w swojej, silnej i opalonej.

Drżałam, z trudem łapiąc oddech, a przecież tylko trzymaliśmy się za ręce.

Co będzie, gdy on mnie pocałuje?

Na tę myśl zarumieniłam się po koniuszki uszu.

Mój opór zaczął słabnąć. Chciałam poznać go bliżej. Nikt od dawna tak na mnie nie działał, rozpalając zmysły i powodując zamęt w głowie.

— Och, no dobrze — uległam w końcu, przerywając chwilę niezręcznej ciszy.

Wciąż czułam się niepewnie, dlatego rzuciłam chcąc nieco rozładować napięcie:

— Pewnie jeszcze mam udawać przed tatusiem twoją narzeczoną, tak jak tamta dziewczyna? — i się roześmiałam.

Piotrek spoważniał, ku mojemu najwyższemu zdumieniu.

— Owszem, tak byłoby najlepiej... - przyznał.

Zachwiałam się, czując, jak zaczyna brakować mi tchu.

Zaraz zemdleję — pomyślałam.

Piotrek chyba zauważył, jak pobladłam, słysząc jego odpowiedź, bo jednym wprawnym ruchem ujął mnie pod łokieć i pociągnął w stronę najbliższego krzesła.

Opadłam na nie z wyraźną ulgą.

Odetchnęłam raz, drugi, trzeci, podczas gdy Piotrek patrzył na mnie uważnie, nie spuszczając wzroku ani na chwilę z mojej twarzy.

— Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć — rzekł tonem pełnym troski — ale powinniśmy wyglądać jak para zakochanych. Tylko wtedy mój ojciec da mi wreszcie spokój i nie będzie mnie męczył wyszukiwaniem kolejnych potencjalnych kandydatek na żonę. Sam bierze ślub po raz trzeci i uważa, że małżeństwo to najlepsza rzecz, jaka może spotkać mężczyznę. Ja nie podzielam jego poglądów, ale nie chcę mu robić przykrości w tym szczególnym dla niego dniu — przyznał, a mi zrobiło się go żal.

W sumie, co mi szkodzi? — pomyślałam. — To może być nawet zabawne.

— Dobrze, będę udawała twoją narzeczoną — oznajmiłam po chwili milczenia — ale nie miej do mnie pretensji, gdy ta cała farsa się nie uda albo wyda…

Słysząc moją odpowiedź, Piotrek odetchnął z wyraźną ulgą.

— Nie martw się. Zadbam o to, żeby było tak jak trzeba. Jedyne, co musimy teraz zrobić, to trochę lepiej się poznać przez te parę dni, które zostały nam do wesela, żebyśmy wiarygodnie wypadli. Ustalimy też szczegóły i podstawowe informacje na temat naszego związku. Takie jak… od jak dawna się spotykamy, gdzie się poznaliśmy… Nie możemy przecież polec na jakimś szczególe. Wszystko musi się udać — rzekł stanowczym głosem, jakby chciał sam siebie przekonać, że jednak ma rację w tym, co robi i że jego plan nie jest wydumanym kaprysem.

Jego słowa miały wiele sensu, więc chcąc nie chcąc musiałam przyznać mu rację.

Skinęłam głową i odwzajemniłam uśmiech.

— Co więc proponujesz? — zapytałam ugodowo.

— Zapraszam cię na kolację dzisiaj wieczorem. A jutro zabieram cię na zakupy. Wybierzemy dla ciebie coś z najwyższej półki. Olśnisz wszystkich — uśmiechnął się, skupiając wzrok na mojej twarzy. — Nie musisz się martwić kosztami. Wszystko pokryję z własnej kieszeni — dodał, widząc moją niepewną minę.

— Ale nie… — chciałam zaprotestować, lecz Piotrek uciszył mnie stanowczym gestem.

— Kinga, proszę, chociaż na tyle mi pozwól. Chcę ci się jakoś odwdzięczyć za to, co dla mnie robisz. Gdy poznasz mojego ojca, zrozumiesz, jakie to dla mnie ważne…

— Widzę, że lubisz mieć wszystko pod kontrolą — mruknęłam. — Musisz jednak wiedzieć, że nie należę do kobiet, które dają sobą rządzić. To nie leży w mojej naturze — wyznałam z rozbrajająca szczerością.

Piotrek, muszę to przyznać, inteligentny z niego facet, dostrzegł między wierszami mój przekaz i nawet lekko się zmieszał, co tylko dodało mu uroku.

Musiałam się mieć na baczności, bo zachowywałam się jak pszczoła zwabiona nektarem. Zbyt łatwo mogłabym się nim zauroczyć.

O ile to już się nie stało — pomyślałam w panice, a serce zaczęło mi mocniej bić.

— Źle mnie zrozumiałaś, Kinga, nie to miałem na myśli — wyjaśnił. — Chodziło mi o to, że tak bardzo jestem ci wdzięczny, że mógłbym cię nosić na rękach. Przez myśl mi nie przeszło, żeby cokolwiek ci narzucić. To jaka jest twoja decyzja?

I uśmiechnął się tak, że skapitulowałam.

Jego męska aura roztaczała wokół taki blask, że tylko będąc ślepa i głucha mogłabym na to nie zareagować.

— Dobrze, pójdę z tobą na ten ślub — powiedziałam. — Mam tylko nadzieję, że nie będę tego żałowała — dodałam.

— Nie będziesz, masz moje słowo — obiecał Piotrek.

I ani przez chwilę żadne z nas nie podejrzewało, że los spłata nam porządnego figla.

Rozdział 3

Kiedy wróciłam do swojego działu z rozmowy z Piotrkiem, a później jeszcze z półgodzinnej dysputy z szefem, czułam się jak przeżuta przez wyżymaczkę i wypluta.

Oliwia zerkała podejrzliwie w moją stronę i wiedziałam, że aż ją język świerzbi, żeby zapytać, czy dostałam burę za zwłokę w sprawozdaniach, bo wierciła się nieustannie na krześle, jakby oblazły ją mrówki i raz po raz na mnie spoglądała.

Pewnie czeka, aż sama pękniesz i się wygadasz — utwierdził mnie w przekonaniu mój wewnętrzny głos.

Chcąc zrobić jej na złość, postanowiłam milczeć jak głaz.

Nic jej nie powiem, choćby nie wiem co!

Udałam, że jestem zajęta pisaniem nowego raportu, ale myślami błądziłam zupełnie gdzie indziej.

Zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam, godząc się towarzyszyć Piotrkowi na ślubie ojca. Nie byłam przekonana, czy udawanie narzeczonej dopiero co poznanego mężczyzny to dobry pomysł.

Wszystko dodatkowo komplikował fakt, że Piotrek bardzo mi się podobał.

I jeszcze ta kolacja wieczorem.

Wystarczyła chwila roztargnienia, bym wpadła jak śliwka w kompot.

W duchu ganiłam się za tę lekkomyślność. Mogłam mieć tylko nadzieję, że wszystko się uda i nie popełnię żadnej gafy. Spaliłabym się ze wstydu, gdyby tak się stało.

Moje rozmyślania przerwała Oliwia, głośno oznajmiając:

— Wychodzę, szef dał mi wolne do końca dnia, bo muszę się przygotować do wyjazdu.

I, nie czekając na odpowiedź, zabrała swoją torebkę i wyszła z pokoju.

A niech idzie, szybciej skończę swój raport, gdy nic nie będzie mnie rozpraszało — odetchnęłam z ulgą.

Gdy Oliwia ze mną pracowała, bez przerwy dzwonił jej telefon, co działało mi na nerwy i burzyło moją koncentrację.

W dodatku czekał mnie stresujący wieczór. Westchnęłam na myśl o kolacji z Piotrkiem.

Trzeba skoncentrować się na pracy — starałam się przywołać do porządku.

Tego dnia byłam zupełnie rozkojarzona. Na niczym nie mogłam się skupić, a chciałam jak najszybciej uporać się z pracą.

Podejrzewałam, że szef nie byłby taki wyrozumiały, gdybym kolejny raz nie oddała w terminie swojego sprawozdania.


Raport skończyłam kwadrans przed końcem pracy. Zadowolona wyłączyłam komputer, zabrałam torebkę i telefon i wyszłam z pokoju. Klucze zostawiłam w sekretariacie i, pożegnawszy się z Martą, opuściłam biuro.

Deszcz padał przez cały dzień, dopiero chwilę przed szesnastą niebo się uspokoiło. Dziękując opatrzności, która nade mną czuwała, truchtem ruszyłam w kierunku przystanku.

Autobus przyjechał po dwóch minutach.

Przez całą drogę do domu rozmyślałam o wieczornym spotkaniu. Co prawda nie musiałam się spieszyć, bo umówiliśmy się z Piotrkiem dopiero na dziewiętnastą, ale wolałam mieć więcej czasu na przygotowanie się do kolacji.

Mężczyzna zabierał mnie do swojej ulubionej restauracji, gdzie często pojawiali się znajomi jego ojca. Chciał w ten sposób wprowadzić narzeczoną do swojego życia i zacząć oswajać z nią otoczenie, biorąc pod uwagę, że ktoś mógł zobaczyć nas razem.

Godziłam się na to, wierząc, że po weselu wszystko wróci do normy, a ja odzyskam święty spokój.

Mieszkałam w spokojnej dzielnicy, w której dominowały domy jednorodzinne. Ten, w którym się wychowałam znajdował się na samym końcu uliczki, prawie przy rzece.

Był to niski, parterowy dom zaprojektowany przez mojego ojca. Domek, jak go pieszczotliwie nazywałam, pokrywała jasna elewacja, która kontrastowała z ciemnym kolorem dachu. Od frontu znajdował się niewielki, drewniany taras. Duże, przestronne okna wychodziły na południe, dzięki czemu przez większą część dnia w domu było bardzo jasno.

Oprócz pomieszczeń na parterze, czyli obszernego salonu połączonego z kuchnią, dwóch sypialni i łazienki, znajdowało się jeszcze jedno zagospodarowane pomieszczenie na poddaszu i kiedyś znajdował się tam mój pokój.

Spędziłam w nim mnóstwo beztroskich chwil. Teraz pomieszczenie to zagospodarowałam na domową biblioteczkę. Całe wyposażenie pokoju zajmowały regały z półkami, biurko i wygodny fotel.

Od czasu do czasu, głównie wieczorami, zdarzały mi się momenty kryzysu, kiedy dopadała mnie chandra. Lekarstwem na nią były gorące romanse.

Oczywiście, książkowe. Zwłaszcza lubiłam te pisane przez Norę Roberts, Tiffany Snow i Janet Evanowich, bo oprócz wątku romansowego zawierały też wątki sensacyjne. A dla mnie takie połączenie było idealne. W życiu, jak i w literaturze, nie znosiłam nudy i marazmu. Musiały być emocje, akcja, napięcie.

Poza tym uważałam, że życie samotnej singielki nie było wcale takie złe. Mogłam spędzać czas tak jak chciałam, nikt mi nie mówił co mogę robić a czego nie, nikt mnie nie ograniczał. Ceniłam sobie swoją wolność i niezależność. Podobało mi się to, jaki prowadziłam tryb życia, wbrew pozorom samotność nie była dla mnie czymś przykrym.

Ale tak było, zanim poznałam Piotrka.


Po wejściu do domu z ulgą zdjęłam przemoczone szpilki. Płaszcz powiesiłam na wieszaku, a torebkę położyłam na szafce koło toaletki.

Rzut okiem w lustro upewnił mnie, że wyglądam na zmęczoną. Cera była poszarzała, a oczy zaczerwienione od pracy przy komputerze.

W tamtej chwili marzyłam jedynie o pachnącej jaśminem kąpieli, dzięki której zrelaksuję się i odpocznę po całym dniu pracy. Musiał mi wystarczyć szybki prysznic, bo trzeba było się przygotować do kolacji z Piotrkiem.

Zwykle, gdy gdzieś się wybieram, przygotowanie się zajmuje mi kilka godzin. Trzeba przecież nie tylko wybrać odpowiednią sukienkę i buty, ale też zrobić makijaż, ułożyć włosy, pomalować paznokcie. Mogłoby się wydawać, że jestem próżna, ale tak nie było. Lubiłam dobrze wyglądać, bo dzięki temu nabierałam więcej pewności siebie.

Pół godziny później, owinięta grubym ręcznikiem, przeszłam do garderoby.

Zastanawiałam się, co mam na siebie włożyć, bo była to jedna z najelegantszych restauracji w naszym mieście i nie wypadało przyjść w byle czym.

Otworzyłam szafę na oścież i krytycznym okiem oceniłam sukienki wiszące ciasno na wieszakach jedna przy drugiej.

Jedni uwielbiają słodycze, inni biżuterię, jeszcze inni szybkie samochody lub dzieła sztuki.

Moją słabością były ciuchy. No i buty oczywiście. Samych szpilek miałam chyba z pięćdziesiąt par, w przeróżnych kolorach i fasonach. Oddałabym za nie duszę diabłu, gdyby było trzeba.

Stojąc przed szafą pełną sukienek, nie wiedziałam, na co się zdecydować. W takich chwilach żałowałam, że nie mam jednej spódniczki, o ile łatwiej byłoby mi wybrać.

Mała czarna? Nie, zbyt oficjalnie.

Pudrowa z cekinami? Zbyt świecąca.

Biała z koronką przy rękawach? Bardziej nadawała się na lato.

A może kremowa sukienka z jedwabiu? Nie, zbyt elegancka.

Ciężki wybór…

Kinga, weź się zdecyduj, bo do kolacji zostało ci coraz mniej czasu — upomniał mnie wewnętrzny głos.

Spojrzałam na zegarek — było pięć po szóstej — i z paniką w oczach rzuciłam się w kierunku szafy, by ją przeszukiwać.

Wreszcie znalazłam strój idealny na spotkanie, była to czerwona sukienka z baskinką.

Przymierzyłam ją i krytycznie przyjrzałam się swojemu odbiciu w lustrze, wpierw obróciwszy się wokół własnej osi. Sukienka świetnie na mnie leżała, jak szyta na miarę, co było zasługą idealnej figury.

Nie jest źle — ocenił mój wewnętrzny głos, na co ja parsknęłam śmiechem.

Wrócił mi dobry humor. A ja miałam wrażenie, jakby skrzydła urosły mi u ramion; tak byłam podekscytowana, wyobrażając sobie minę Piotrka, gdy mnie zobaczy w tej kuszącej sukience.

Jeśli chodzi o dodatki, to zdecydowałam się na czarne, wysokie, skórzane szpilki. Pikowana kopertówka w kształcie puzderka dopełniała całość.

Jedyną biżuterię stanowiły perłowe kolczyki i zegarek imitujący bransoletkę.

Makijaż wieczorowy w stylu smokey eyes podkreślający moje zielone oczy wydał mi się odpowiedni. Czerwoną szminką pociągnęłam usta.

Włosy, które miałam ciemnobrązowe i długie, podkręciłam na lokówce. Jeszcze tylko odrobina ulubionych perfum o zapachu angielskiej frezji i byłam gotowa.

W lustrze ujrzałam bardzo atrakcyjną kobietę, która śmiało mogłaby konkurować z celebrytkami z kolorowych czasopism.

Piotrek będzie pod wrażeniem — pomyślałam zadowolona.

Czekał mnie niezwykle interesujący wieczór.

Rozdział 4

Piotrek zjawił się krótko przed dziewiętnastą. Gdy otworzyłam drzwi i ujrzałam stojącego za nimi mężczyznę, z wrażenia aż dech mi zaparło.

Wyglądał oszałamiająco i jeszcze lepiej pachniał. W dopasowanym garniturze, w kolorze przydymionej czerni i stalowoszarym krawacie wyglądał jak model z okładki.

Brązowe oczy rozbłysły na mój widok, a kuszące wargi drgnęły, by po chwili rozciągnąć się w czarującym uśmiechu.

— Witaj, pięknie wyglądasz — przywitał się i wyciągnął zza pleców bukiet kremowych róż.

Wręczając mi go, nachylił się i pocałował mnie w policzek, a ja poczułam wstrząsający moim ciałem nagły dreszcz.

Zarumieniłam się, a serce zaczęło mi szybciej bić.

— Są piękne, dziękuję. Pójdę je wstawić do wazonu, a ty się rozgość. — Zrobiłam zapraszający gest ręką i Piotrek wszedł do salonu, a ja czmychnęłam do kuchni.

Kinga, ochłoń, nie zachowuj się jak pensjonarka, bo facet ci zwieje, zanim się obejrzysz — odezwał się mój wewnętrzny głos.

Tym razem postanowiłam go zignorować.

Wyciągnęłam wazon z palonego szkła z szafki nad zlewem i nalałam do niego wody, po czym wstawiłam róże do wazonu, który zabrałam ze sobą do salonu.

Postawiłam go na komodzie i dopiero wtedy dostrzegłam, że Piotrek stoi zamyślony przy kominku.

Podeszłam do niego i lekko dotknęłam jego ramienia.

— Jestem gotowa, możemy jechać.

Drgnął zaskoczony, jakby dopiero zdał sobie sprawę z czyjejś obecności, i odwrócił się w moją stronę.

Zerkając mu przez ramię, zobaczyłam, że — nim weszłam — patrzył na fotografię, na której jestem w towarzystwie mojej koleżanki Jolki i znajomej z pracy — Oliwii. Razem spędziłyśmy urlop.

Wtedy jeszcze Oliwia mnie tak nie irytowała, co więcej uważałam ją za całkiem miłą i fajną, dopóki nie zaczęła zadzierać nosa.

A z Jolką dosyć dobrze się rozumiałyśmy, bo miałyśmy podobne doświadczenia życiowe. Ją też kiedyś ktoś zranił, równie mocno jak mnie.

Jednak nie chciałam o tym teraz myśleć.

Zamierzałam dobrze się bawić w towarzystwie Piotrka, co ułatwiał mi fakt, że mężczyzna był przystojny, seksowny i pociągający.

W garniturze i pod krawatem wyglądał jeszcze lepiej niż w moich najśmielszych fantazjach…

— Wszystko w porządku? — zapytałam, starając się ukryć troskę w głosie.

Piotrek uśmiechnął się lekko odrobinę zmieszany, po czym odparł:

— W idealnym. Chodźmy, bo spóźnimy się na kolację.

Domyśliłam, że coś jest nie tak, ale nie chciałam naciskać. Miałam nadzieję, że prędzej czy później nadarzy się okazja, żeby porozmawiać o tym, co go tak zmartwiło.

Wyszliśmy przed dom i wtedy ujrzałam jego samochód.

Rano nie miałam okazji dobrze przyjrzeć się autu, bo strugi deszczu skutecznie mi to uniemożliwiły, i nie było na to czasu, ale teraz nie mogłam nie zauważyć tego pięknego, ale i trochę demonicznego pojazdu.

Miej się na baczności  szepnął mój wewnętrzny głos Tylko niegrzeczny facet może poruszać się czymś takim. Facet z charakterem. Nie żaden mdły maminsynek.

— Jaka to marka? — zapytałam, chcąc ukryć zmieszanie, bo Piotrek zauważył, jak z uwagą wpatruję się w stojącą na chodniku perłę motoryzacji.

Kryjąc rozbawienie, odparł:

— Porsche cayenne. To prezent od ojca, podarował mi go na moje trzydzieste urodziny. — Otworzył przede mną drzwi auta.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 16.38
drukowana A5
za 37.52