E-book
23.63
drukowana A5
43.95
Miramare

Bezpłatny fragment - Miramare

Objętość:
186 str.
ISBN:
978-83-8440-680-9
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 43.95

Historia ta jest fikcją literacką.

Wszelkie podobieństwo

do osób rzeczywistych, żyjących lub zmarłych, wydarzeń i miejsc jest przypadkowe. Jeśli jednak czytelnik odnajdzie w niej echa prawdziwych zdarzeń lub osób — należą one do wspólnej przestrzeni ludzkiego doświadczenia.

Tak kobieta płacze tylko raz

Zdjęłam z głowy koc. Nic się właściwie nie zmieniło od początku procesu. Ośmiu uczestników leżało na materacach ułożonych w okręgu, tuż obok mnie. Wyglądali tak, jakby te kilka godzin minęło niepostrzeżenie, niczym na przyjemnej drzemce. Tylko ja, w tym czasie, płakałam i zużyłam stosy chusteczek, które zgniecione i mokre leżały nieopodal zdradzając cel mojej podróży.

Warsztaty oddychania holotropowego.

Nie, nie miłość. To nie to. Raczej zdrada. Byłam znacznie starsza niż inni. Nie pasowałam tam. Zastanawiałam się, dlaczego Anka mnie zaprosiła. Była doświadczoną falicytatorką, psychoterapeutką, psycholożką, pedagożką. Kim ona nie była. Zawsze ją podziwiałam. Ale miała latynoską urodę i swoje tajemnice. Jeśli mnie zdradziła, po co to zaproszenie….

Patrzyła na mnie. Rzuciłam w jej stronę minę, coś na kształt słów: „Czuję się tu intruzem”.

W końcu podeszła do mnie:

— Jak tam Beciu?

— Dobrze — odpowiedziałam lekceważąco.

Spuściła wzrok i uśmiechnęła się pod nosem, ale tak tylko do siebie. Więc w pospiechu zaczęłam zbierać chusteczki, chciałam już pójść do swojego pokoju.

— Wróć na sesję sittingu… — powiedziała odchodząc.

— Ok. Oczywiście.

Mieszkaliśmy we Włoszech, w Toskanii, na krańcu świata, jak to było w modzie. Anka odziedziczyła domek, chyba po dziadkach, chociaż nie jestem pewna. Dwa piętra mieściły kuchnię, obszerny salon, salę warsztatową, pokoje gości, łazienki, tarasy, balkony. Do domu prowadziła prosta szosa. Ciągnęła się kilometrami. Można było stojąc u progu drzwi wejściowych widzieć po horyzont aleję cyprysów wzdłuż drogi i okalające ją pola. Widok był obłędny. Jednak to, co mnie najbardziej się podobało w tym miejscu, to ogród.

Niezliczona ilość drzew owocowych, cytrusowe, jabłonie, śliwy i wiśnie tworzyły gęstwinę cienistych przestrzeni wokół całego właściwe domu. Anka postawiła w pewnych odstępach ławy i małe stoły tak, że można było zaszyć się tam samotnie lub w małej grupce. Były też hamaki.

Dom nie był ogrodzony. Poza obszarem owocodajnych drzew rozciągał się, zawsze idealnie przystrzyżony trawnik, który dalej, po lewej stronie przechodził płynnie w łąkę pełną dziko rosnących kwiatów. Były tam między innymi amerykanki. Moje ulubione. Były też przyprawy, rozmaryny, bazylie, liście laurowe i mięty. Tajemnicza drewutnia stała nieopodal. Kupa kamieni leżała przywleczona z pola. I dalej już tylko przestrzeń, pola, pola, pola. Aż po horyzont. Gdzie nie gdzie, w dali widać było domostwa. W nocy migotały więc światła i słychać było jadące pociągi.

Po prawej stronie domu rozpościerał się dębowo-bukowy las. Wgłąb prowadziła do niego zwykła leśna droga. Wówczas jeszcze zupełnie mi nieznana. Czy wtedy, czy mogłam to wszystko jeszcze zatrzymać?

Uciec. Zbiec. Zapaść się pod ziemię. Żyć innym życiem, gdzieś indziej. Czy wszechświat podsunąłby mi po prostu te same doświadczenia w innym przebraniu… Wierzycie w przeznaczenie?

Więc zostaję. Umyłam zęby i twarz. Zimna woda dodała mi odrobiny świeżości. Oczy były nadal opuchnięte od płaczu. „Jestem w żałobie”. Zastanawiałam się tylko, czy im powiem.

Nie minęło dużo czasu i w przestrzeni rozległ się dźwięk dzwonka. To wezwanie do spotkania w salonie.

W domu słychać było poruszenie. Ktoś trzasnął drzwiami i zbiegł szybko po schodach, Potknął się chyba na dywanie i śmiał się z tego głośno, krzycząc coś do innych. Zrobiło się gwarno. Dom ożywał. Skrzypiały deski.

W salonie zastałam już prawie całą grupę. Siedzieli na dwóch kanapach i dwóch fotelach ułożonych w prostokąt. Były jeszcze wolne miejsca na poduszkach do medytacji, przysiadłam więc sobie na podłodze chowając twarz w dłoniach. Masowałam sobie policzki, ale gest ten zwiastował chęć ucieczki. Cały czas zastanawiałam się, co im powiem. A raczej, czego nie mogę powiedzieć ze względu na Ankę. Czasem ważniejsze jest to, czego się nie mówi. To skleja narrację. Jak założenia w geometrii. Nikt o tym już nie myśli, działa, tworzy, ale wiadomo, że bez nieświadomie przyjętych założeń wszystko się sypie.

Naprzeciwko mnie, na fotelu, siedziała Julia. Młoda dziewczyna, może trochę ponad dwudziestoletnia, przeciętnej urody, za to z nieprzeciętnymi zaburzeniami, tak wtedy myślałam. Coś miała do mnie. W ogóle miała coś do świata. Jakiś żal. Więc zaczęła sesję od stwierdzenia:

— Mam tu problem z niektórymi osobami.

„OMG” — pomyślałam, chodzi o mnie. Poruszyłam się nieznacznie wzburzona. Anka uśmiechnęła się pod nosem, jakby od razu wiedziała o co chodzi, ale powiedziała dość stanowczo, tak, jakby nie oczekiwała odpowiedzi:

— Dasz radę, Julia! Możesz się trochę postarać!

Julia zrobiła niezadowoloną minę, ostentacyjnie poprawiła nogi na fotelu, zgięła je do pozycji lotosu i obrzuciła wszystkich pogardliwym spojrzeniem.

— Obrażam się, gdy ktoś mnie zdradzi, mnie nie wolno zdradzać, ale sama zdradzam — spojrzała wymownie na kucharza. On zamarł na chwilę, ale wytrzymywał dzielnie jej wymowne spojrzenie. Zrobiło się strasznie niezręcznie.

Anka też zamarła na moment. Podobnie jak my wszyscy. Co za sytuacja. Przypomniało mi się, że słyszałam, że ktoś nad ranem wraca z dołu do pokoju obok, więc to była Julia. Coś już zaczęło mi się układać. Pomyślałam, że następna wariatka, potrzebująca widza i uwagi, jak nic. Podwójne standardy, demaskowanie innych, problem z granicami, intymnością, balansowanie na granicy. Borderline, może nawet i narcyz, jakieś spektrum na pewno… Spojrzałam na innych, wszyscy tu jesteśmy jacyś połamani….

Oprócz Anki, w zespole falicytatorów i organizatorów byli jeszcze Bożena, kucharz Włoch, Marco de Luca, no i Jaśmin. Partner Anki. Tak naprawdę nazywał się Damian Waserski, ale człowiek ten tak szybko skracał dystans, że w domu był po prostu dla wszystkich Jaśminem. Białym kwiatem, żeby nie powiedzieć Piotrusiem panem. Nie darzyłam go sympatią, wydawał mi się sztuczny i zakłamany. Nie pasował mi do Anki. Widziałam go tylko przez chwilę, coś naprawiał na dachu, ale widać było, że stronił od uczestników. I to było dziwne.

Oprócz Julii, na kanapach siedział Krzysztof, ponad trzydziestoletni tancerz, wytatuowany Seba, Grzegorz i Mariusz. Kobiety były jeszcze trzy: Marzena, Joasia i Roksana. Ja nazywam się Rebeka Licht. Ale w domu rodzinnym mówili do mnie Bogna. Tutaj jestem Beka.

Krzysztof był tak zwanym rozrywkowym facetem, gdy dowiedział się, że jestem chora na raka dał mi bardzo prostą, złotą radę: „Ja bym się cały czas pieprzył, z kim mi się podoba. Co ci pozostało?”. No tak, co mi pozostało? Młodzi to mają mniemanie. Myślę, że na pewno ćpał coś notorycznie, trwale w dobrym nastroju i do tego wysoko funkcjonujący. Przystojny, zawsze uśmiechnięty, komunikatywny i uroczy. Brał udział w różnych, ważnych tanecznych wydarzeniach. Miał piękną żonę, również tancerkę. Świetnie się razem dopasowali, zdobywali nagrody, byli rozpoznawalni i popularni, nawet w telewizji.

Seba oprócz wielu agresywnych tatuaży miał dodatkowo wielki aparat na zębach. Budził we mnie strach. Zwłaszcza jego szczęki, gdy mówił, nawet o pogodzie wyczuwałam wielkie pokłady nieświadomej złości i żalu. Zawsze mu coś wypaliło, na zasadzie: „Chciał być miły, ale wyszło, jak zawsze”. Był kelnerem. I kibolem. Na mnie, Rebekę wiadomo patrzył nieufnie. Czekałam tylko, kiedy zapyta o moje pochodzenie.

Mariusz, mąż, ojciec trójki dzieci, psychoterapeuta z dużym stażem. W wielkim dystansie, podobnie jak ja obserwował i diagnozował nas wszystkich. Grzegorz, podróżnik, jakiś bogaty gość, przedsiębiorca. Przyjechał z bębnami ze skóry jelenia. Chciał sprzedać mi jednego. Po oddychaniu na materacach stwierdziłam, że może to bardzo dobry pomysł. Proces integracji nabierał więc swojego tempa.

Były i kobiety. Marzena, młoda piękna blondynka, taka, która bardzo pociąga mężczyzn. Kiedyś, bez ogródek zwierzyła mi się: „Ze wszystkimi tu sypiam, ale to moi koledzy”. Zaśmiała się trochę zawstydzona, trochę szczęśliwa, oszołomiła mnie tą informacją. Takie miałam wrażenie jakby dom miał swoje drugie dno. Warsztaty, warsztatami, ale zakulisowo działy się tu ważniejsze rzeczy. Może wystarczyło tylko uważnie słuchać. Co tu się wydarzyło, gdy na poprzedniej edycji był mój mąż? Czy mnie zdradził? Z Marzeną? Z Anką? Czy oni kpią ze mnie teraz wiedząc o mojej lekkiej obsesji?

Z Joasią? Joanna, poważna trzydziestoparoletnia panna, certyfikowana instruktorka jogi. Chwaliła się, że często jeździła do Indii, była związana z jakimiś ważnymi nauczycielami, medytowała w klasztorach. Namaszczona, czasem, bardzo odrealniona, ktoś inny powiedziałby uduchowiona. Ja miałam wątpliwości, czy to nie duchowy bajpas. Była bardzo szczupła, trudno było jej ukryć, że miała problemy z odżywianiem, ubierała się co prawda zawsze w bardzo obszerne, kwieciste, długie suknie, ale to zdawało się na nic. Szkielet a na niego naciągnięta skóra. Wydawało się, że pęknie. Jakby była za bardzo nadęta, sztywna. Zawsze nosiła piękną, orientalną biżuterię. To trochę odwracało uwagę od ciała, ale problemem były chyba również włosy. Na głowie miała straszny nieład, z jakiegoś powodu ciągle kryła twarz pod ich gęstwiną. Chyba zbyt często ich nie czesała. Często za to dotykała. Zdawały się tłuste i brudne.

I Roksana. Roksana była świeżo upieczoną absolwentką psychologii. Zbuntowaną, upartą i jeszcze do tego lesbijką. Nosiła się jak chłopak, sprawiała wrażenie jakby chciała zmienić płeć, ale zapytana, zawsze temu zaprzeczała.

I tak siedzieliśmy wszyscy razem w salonie.

Anka przejęła inicjatywę prowadzącej spotkanie.

— Przypominam, że mamy tutaj bezpieczną przestrzeń, bez oceny, pouczania, dawania rad. Możemy siebie po prostu wysłuchać, dawać wsparcie, obecność. Każdy jest w swoim doświadczeniu. To nie jest psychoterapia. Obiecujemy sobie poufność. To, co tu powiemy zostanie na zawsze w tym pokoju. I tylko tu. Zatem, jak się macie?

Większość z nas jakoś się poruszyło w miejscu, niektórzy westchnęli głośno.

— Ciekawe doświadczenie. Czułem, że to ceremonia” — pierwszy odezwał się Krzysztof. — I muzyka była niezwykła. Te energie płynęły.

— To zasługa Bożeny i Kacpra — dodała pośpiesznie Anka — Dziś oni układali playlistę.

— Ja miałem kilka wglądów, coś mi to zrobiło. Nie chcę się tu zwierzać, ale było grubo — Seba rzucił od niechcenia. Anka z aprobatą pokiwała głową. Widać było, że jest zadowolona.

— A ja nie mam nigdy wizji niestety, chyba nie potrafię tak wyobrażać sobie i czuć, ale muzyka też mi się podobała — Julia dodała swoje.

Marzena uśmiechnęła się, wstała, by podejść do Anki i się przytulić. Wymowny gest, wzruszyła się nawet, ale otarła szybko łzy i wróciła na kanapę. Anka była zaskoczona, ale jak zawsze wspierająca i obecna. Muszę przyznać, że jako nasz opiekun spisywała się wręcz wzorcowo. Nigdy nie oceniała, reagowała na nasze procesy w otwartości emocjonalnej i delikatnie. Ale ja znałam ją też prywatnie i wiedziałam, że im jaśniejsze światło, tym większy cień. Nie chciałam długi czas widzieć tych cieni, majaczyły w oddali, jakby oderwane od reszty. Ale teraz przyszedł czas integracji. Wiedziałam już, że mam uogólnioną chorobę nowotworową. Wyczytałam gdzieś, że mediana przeżycia wynosi dwa lata. Nie chciałam już jednak agresywnego leczenia, chciałam zostawić sprawy losowi. Nie mówiłam o tym jeszcze nikomu, nawet mężowi. Był to znak ewidentnego kryzysu. I w małżeństwie i w perspektywie sensu mojego życia. Myślę dziś, że wtedy podjęłam pewne decyzje, nie do końca byłam jednak świadoma jakie. Ale takie poprzez działanie, zawsze przecież coś robimy. To też jest decyzja tyle, że nie do końca odpowiedzialna. Bo widać po fakcie co się dziej. „Retrospektywa zawsze przegrywa” — moje ulubione powiedzenie, może nawet sama je wymyśliłam. W końcu ja zaczęłam mówić, zaczęłam dość cicho i nieśmiało:

— Ja miałam wizje. Po tym mocnym, przeponowym oddychaniu czułam jakby moja świadomość rozszerzyła się nagle i pojawiły się obrazy i głosy. Ktoś powiedział: „to wszystko dla ciebie”. Był to głos jakby boga albo przewodnika.

Julia zaśmiała się głośno. Wyśmiała mnie. Zamarłam na moment. Mimo to kontynuowałam, już bardziej nerwowo.

— Na początku się przestraszyłam, ale później pojawiły się piękne kształty, obrazy, fraktale, zobaczyłam różne zdarzenia ze swojego życia, w zupełnie nowym świetle. To były głębokie wglądy. Wtedy, pod kocem intuicyjnie jasne i zrozumiałe. Teraz trudno zebrać to w sensowne myśli.

Czułam, że moja opowieść się nie klei, zwłaszcza z płaczem, brnęłam więc dalej, słowa płynęły jeszcze bardziej nerwowo i szybko: „Miałam wrażenie, że roztapiam się, jestem wszystkim, ziemią, niebem, wibracją, przechodziłam tak gładko w różne kształty, w końcu byłam…. jeleniem. Widziałam zimę i że gdzieś w tajdze, może na Syberii, zostałam upolowana i zabita. Jacyś koczownicy cieszyli się przy ognisku mięsem z mojej klatki piersiowej. Dzieci śpiewały, tańczyły, były przeszczęśliwe chrupiąc członki mojego ciała. W transie byłam tym zszokowana, że mnie jedzą, że jestem tego świadoma… ale głos upomniał mnie: „A co ci to przeszkadza? Przecież żyjesz? Oni się cieszą? Ktoś cię zjada. Karmisz kogoś…”.

Zamarłam. Zrozumiałam sens swoich słów jeszcze dobitniej.

— Nie musisz nam wszystkiego opowiadać — Bożena spojrzała na mnie wymownie — To nie jest terapia.

Trochę zaskoczyła mnie taka reakcja. Zrobiło mi się głupio, wszyscy patrzyli na mnie w skupieniu. Jedynie Marco aż poruszył się na krześle, widziałam kątem oka jego dezaprobatę. Zamilkłam. Co miałam zrobić. W głowie poczułam pustkę, czy chciałam coś jeszcze powiedzieć? Czemu przerwała mi w tym momencie?

W końcu Anka po prostu podziękowała za relację. Inni również zaczęli dziękować. Tak się zrobiło jakby milej, może, według Bożeny, nie zrozumiałam konwencji? Krzysztof w końcu się ośmielił i też opowiedział trochę o swoich wizjach. Byłam mu w cichości ducha bardzo wdzięczna. Chciałam móc mówić. Pierwszy raz w życiu, chcę mówić wszystko, co chcę.

Grzegorz wyjął bębny, część osób zaczęła grać i śpiewać. Niektórzy tańczyli. Zrobiło się radośnie i lekko. Ja tylko kiwałam się niemrawo, ale w końcu czułam, jak powoli się rozluźniam i relaksuję. Wtapiam w tło.

Kolacja była przepyszna. Nasz kucharz Marco wymyślał takie potrawy, o jakich mi się nie śniło. A śniło mi się o nim dziwnie, bo gdyby nie sypiał z Julią, chciałabym by sypiał ze mną. Ale nie była to kwesta woli. Ciało wybrało samo. Gdy był w pobliżu czułam go wręcz fizycznie każdym wrażliwym organem. Czasem trudno mi było ukryć to, że go pragnę. Wiedziałam, że to moje deficyty i jego południowy temperament oraz otwartość tworzą takie zapętlenie i przestrzeń otwartą na wszystko. Że moje niespełnione potrzeby dochodzą do głosu. Ciało krzyczy o czułość. Trochę z tym walczyłam, trochę odpuszczałam. W końcu zauważył. Ale, wiadomo, przystojny Włoch działał tak na wszystkie kobiety, oprócz Roksany oczywiście, adorowały go i uwielbiały, więc nic wielkiego pod słońcem. Byłam bezpieczna.

Słońce

Obudziłam się dość późno. Wyjrzałam przez okno, na łące trwała sesja jogi. Niebo było błękitne i bezchmurne, świeciło piękne, włoskie słońce. Kwitnące drzewa migotały i zapraszały do ogrodu. Mnie przypomniał się jednak wiersz Charlesa Simica. Przeczuwałam najgorsze:

„Jak w momencie, gdy ktoś

Kogo przedtem nie zauważyłeś

Podnosi się w pustym kinie

I rzuca cień

Pomiędzy bajecznych jeźców

Galopujących na ekranie

A ciebie przenika dreszcz

Gdy zdajesz sobie sprawę

Że to ty sam

W drodze ku oślepiającemu słońcu

Ulicy”.

„Sam. Czy mam tu sprzymierzeńca? Czy głos spod koca jest Bogiem, czy może tylko moim wewnętrznym narcyzem? Albo sabotażystą, sadystą? Hmmm”. Myślałam dużo o wczorajszym procesie. Dopiero prysznic oderwał mnie trochę od splatania myśli. Ubrałam dres. Spięłam włosy w mało finezyjny kok z tyłu głowy. Założyłam ciemne okulary i udałam się do ogrodu.

Na hamaku leżał Mariusz. Reszta, ale nie wszyscy byli na łące i ćwiczyli jogę.

— Cześć — zagadałam by go nie przestraszyć, chyba drzemał sobie.

— A cześć, cześć — podniósł się i spojrzał w moją stronę.

— Ciekawa ta twoja historia — zdziwiło mnie to, że zaczął rozmowę. Prawdę mówiąc chciałam szybko się oddalić, ale z jakiegoś powodu zostałam.

— Z jeleniem? — uśmiechnęłam się już naprawdę szczerze. Odwzajemnił moje rozbawienie.

— Tak, to, że cię jedli — spojrzał okiem prawdziwego psychoanalityka, mistrza podejrzeń.

— Mam raka — Jak lekko przyszła moja odpowiedź. Dziwiło mnie to, co mówię.

— Tak myślałem, że to musi być to. Bardzo mi przykro, współczuję.

— Dziękuję — Czułam, że mówi szczerze — Mam też rozpadające się małżeństwo i chęć, by uciec od tego wszystkiego, by wszystko zostawić.

— Trochę tu może ci się to udać — zdziwiłam się taką odpowiedzią.

— Zawsze czułam, że ty widzisz na wskroś, dużo więcej — uśmiechnęłam się mimochodem.

— Wiesz, jak to się mówi, zboczenie zawodowe. Dwadzieścia lat w gabinecie daje takie złudne myślenie, że wiemy więcej, ale tylko ty jesteś ekspertem od swojego życia — zawahał się na moment i dodał:

— A z tym Marco, to widać. Myślę, że wszyscy wyczuwamy tę chemię między wami — uśmiechnął się jakby odkrył księżyc albo przyłapał mnie na czymś zdrożnym — Nic nie dostaniesz. Tam nie ma szans

Zdenerwowałam się rzecz jasna. Po co mi to tak nachalnie uświadamiał? Myśli zaczęły miotać się w głowie. Aż zrobiło mi się słabo. Szybko zmieniłam więc temat.

— Co dzisiaj mamy zaplanowane? Chodzi mi o warsztaty?

— Będzie wykład z teorii schematów a później procesiki, grzybki, psylocybina.

Zdziwiłam się. Niestety nie czytałam programu, więc naprawdę było to dla mnie zaskoczenie.

— Czy to tu legalne? — zapytałam naiwnie.

— Nie chcę nawet tego rozkminiać. Zakładam, że tak. Moja etyka zawodowa tak zakłada. Oboje zaczęliśmy się śmiać porozumiewawczo wymieniając głębokie spojrzenia.

— A Ty Rebeko czym się zajmujesz?

— Jestem nauczycielem akademickim, skończyłam filozofię. Mam doktorat z psychoanalizy. Wyczytałam to sztucznie, jak z kartki. Poczułam jak głupio to zabrzmiało.

— Stąd to zainteresowanie procesami astralnymi? — odpowiedział szybkim pytaniem. — Wiesz, że w niektórych krajach psylocybina jest stosowana w stanach terminalnych. Pacjenci nie boją się po tym śmierci. Metafizyczne przeżycia dają nadzieję i obeznanie, które niweluje wiele objawów.

Zdziwiłam się, jak mówi o tym bez ogródek.

— Coś tam słyszałam, ale chyba nie miałam do końca świadomości na co się tu piszę. Anka jest moją… — zawahałam się prze moment — przyjaciółką. Przyjechałam, bo ona uznała, że będzie to dla mnie dobre. Teraz widzę jaki nieświadomy skok w nieznane wykonałam, że więcej się tu dzieje, niż myślę… no moje świadome intencje były jednak inne. Mój mąż przeszedł te warsztaty w zeszłym roku. Bardzo się od tamtego czasu zmienił.

Mariusz spojrzał badawczo. Urwałam opowieść trochę speszona. Nie chciałam tego już bardziej tłumaczyć, poczułam się idiotycznie, że w ogóle to powiedziałam. Żeby to ukryć wstałam i zaczęłam wąchać kwiaty na drzewach.

— Po procesach wszyscy, mam wrażenie, jesteśmy wyczuleni sensualnie. Zapachy, dźwięki, kolory … są mocniejsze, bardziej głośne, wyraźniejsze….

Mariusz był dobrym terapeutą, miał ogromne wyczucie sytuacji, więc nie zagadywał mnie więcej.

Nagle z domu wyszedł Marco. Trzymał garnek w rękach. Spojrzeliśmy na siebie i posłaliśmy sobie spontanicznie uśmiech, tak naturalnie to wyszło i szczerze. Po prostu radość, że się spotkaliśmy, Zadziwiała mnie ta lekkość reakcji. Zawsze spinały mnie takie sytuacje, gdy interesowali się mną mężczyźni. Zawsze byłam taka poukładana, skontrolowana, przewidywalna, zimna. To mnie przerasta, ta sytuacja z Marco, jakby rzeczywistość wydarzała się bez mojej świadomej woli. Dopiero po fakcie sprawdzam, co zrobiłam. A raczej, co chciałabym zrobić? Jak działa na mnie jego obecność? Jak słońce? Ogrzewa, rozpuszcza spięcia… otwiera?

Przypomniał mi się Norbert, mój mąż. Wysoki, kościsty mężczyzna o surowej urodzie i takowym sposobie bycia. Zamknięty, niedostępny emocjonalnie. Sztywny. Zupełne przeciwieństwo. „Co za banał”. Pomyślałam. Oboje mają taką urodę ciemną… ciemne włosy i karnację.

— Słońce świeci, chodź do nas Bogna! — słyszę, jak woła mnie Joasia.

— Już idę.

Zdjęłam buty, by świadomie pochodzić boso po trawie. Zapragnęłam jeszcze położyć się na Ziemi. Czerpać energię Kosmosu. Rozpuścić się w przestrzeni. Poczułam, jak słońce oblewa ciepłem całe moje ciało. Przeszło mi przez myśl, że umrę, że na nic da się szukać jakiejś przyczyny, zdrady. Nawet jak to zrozumiem, czy to mnie uzdrowi, czy dobije? Łzy zaczęły płynąć mi po policzkach, ale to nic, trochę zakryły to okulary, trochę wystarczy. Otarłam szybko twarz. Tylko Joasia patrzyła na mnie z badawczym współczuciem.

— Nasz jeleniu, my cię nie zjemy. Uśmiechnęła się uroczo. „Jej chodzi o jedzenie, no tak”. Pomyślałam.

Małe, pierwsze śmierci

Następna sesja otwarła jeszcze bardziej przestrzeń wizji i wyobraźni… Procesy, podróże były bogate treściowo, barwne, mocne i pogłębiające. Nie da się tego w pełni oddać, opisać tak, jak by na to zasługiwał proces wglądu. Opis jest już interpretacją, jest już lekko zafałszowany. Wglądy są bezpośrednie i intuicyjne.

W procesie miałam wrażenie wyjścia z ciała, poszerzenia świadomości, obecności totalnej… we wszystkim. Czułam się tam bezpiecznie i lekko. Wizje były naturalnie piękne. Prowadził mnie głos. „Wszystko jest dla ciebie”. Muzyka w czasie sesji była głośnia, tak dobrana by trans był większy i większy. Nagle w głośnikach zabrzmiało The Doors… Nikt nie mógł wiedzieć, że w liceum słuchałam tego namiętnie na walkmanie, którego dostałam od przyjaciela, Adriana.

Późnym wieczorem rzucał kamykami w okno mojego pokoju na pierwszym piętrze komunistycznego bloku na Śląsku i szliśmy na spacer. Czasem w ciszy siedzieliśmy po prostu w moim pokoju. Przychodził często po spotkaniu ze swoją dziewczyną. Miał piękne ciemne, lekko falowane, długie włosy i taki typ urody, że zachwycał wszystkich. Od tak, bez powodu. Piękny chłopak. Podobny do Marco. Byłam szczęśliwa, że mnie zauważył. Taka ślepa. W końcu powiedział mi, że mam piękną duszę, ale gdybym miała takie ciało, jak jego dziewczyna, coś by było. Nie było. Ale oznajmił kiedyś, że „on zawsze chce czegoś więcej”. Wzięłam nogi za pas i uciekłam. Takie miałam wtedy prymitywne mechanizmy obronne.

Później, gdy wodził palcem po krawędzi szklanki, z której piłam z nim herbatę, nic już nie czułam. Zamrożenie. Miałam chyba nawet myśli samobójcze, bo żeby odreagować wspinałam się na 10 piętrze na okno korytarzowe i siedziałam tam w zimie, na balustradzie, by machać nogami i łapać płatki śniegu spadające mi na twarz. I rozważać decyzje, skoczyć, czy nie? Czułam, że tchórzę. Że trzeba było już wtedy coś udowodnić…, że było to wyzwanie rzucone mi niczym rękawica na dziewiętnastowieczny pojedynek. Rozczytywałam się wtedy w Dostojewskim, nic dziwnego, że takie miałam skojarzenia.

Pamiętam, że pocięłam tylko nadgarstek, może by upuścić trochę krwi? Po latach, mój psychoterapeuta stwierdził, że chciałam się wtedy otworzyć. To był czas, że zrobiło się dość symbolicznie, ale nierealnie.

Ale tu jestem w innym procesie. Głos mówi do mnie, że podjęłam wtedy decyzję, chciałam umrzeć. I wszechświat mnie w tym wspiera. Choroba, różne trudne sytuacje są konsekwencją tej jednej decyzji.

I nagle widzę cmentarz, z nagrobkiem, moim imieniem i nazwiskiem, datą urodzenia i śmierci. Ta druga data jest zakryta liśćmi. Mogę je odgarnąć, lekkim ruchem nogi, mam ciało, mogę to zobaczyć. Ale nie chcę, czuję opór i strach, przeogromny. Taka wiedza mnie przeraża. Mam ochotę uciec, zostawić… Muzyka staje się głośna i się zacina, ciągle wraca ten sam fragment. Od nowa i od nowa, jak na karuzeli. Nie mogę już tego znieść. Wszystko się zatacza, to samo wraca nieskończoną ilość razy. Utknęłam. Tracę sprawczość, nie mogę iść. Wizje wciąż krążą, niczym sępy, ciągle podpowiadają datę śmierci. Ktoś na sali się śmieje, zaczynam płakać. Odsłaniam.

24 października 1995 rok.

Muzyka płynie łagodnie dalej, już nie przewierca mi wnętrzności, mogę iść.

— Podejmij decyzję! — Marco słysząc moją opowieść rzuca mi wyzwanie. Anka potakuje głową. Jaka prosta wizja.

— Ale ja mam umrzeć — nie wiem, czemu to mówię. Wydaje mi się to oczywiste. Na kanapach jest zamieszanie. Uczestnicy poruszają się nerwowo, chcieliby coś powiedzieć. Anka studzi zapał:

— Nie radzimy, dajemy akceptację wszystkiemu, to jest proces. Niech się toczy swoim torem. Dziękuję Beko za podzielenie się.

— Dziękujemy.

Słyszę z sali wdzięczność. Tylko Marco wydaje się skonfundowany. Tak dobrze mówi po polsku. Ciekawe, skąd on się tu wziął?

Wieczorem palimy ognisko. Gadamy, tańczymy. Staramy się nie oceniać, nie dawać rad, słuchamy uważniej. Mam wrażenie, że rodzi się poczucie wspólnoty, że przestrzeń jest pełna dobrych fluidów. Jakbyśmy byli w polu bezwarunkowej miłości. To samo płynie, gdy nikt nie blokuje przepływu. Aż kręci się w głowie. Anka mówi, że jest się w tym podniosłym stanie jeszcze dwa tygodnie po warsztatach. Uczula, by nie podejmować wtedy żadnych ważnych życiowo decyzji, żeby dać sobie nawet pół roku. Marco chce mojej decyzji, jakiej?

Jest więc słodko i bezpiecznie. Jedynie Seba siedzi zawsze zasępiony i zamyślony. Mam ochotę zapytać go o Norberta, ale z jakiegoś powodu tego nie robię.

— Seba — Krzysztofowi również trudno znieść ten nastrój — chłopie, co jest?

Marzena i Joasia przestały świergotać i spojrzały w badawczym oczekiwaniu odpowiedzi. Seba drgnął i rzekł, jak gdyby nigdy nic:

— Tam z tyłu, za nami, niedaleko ściany domu stoi ciemna postać — wszyscy spojrzeliśmy we wskazaną stronę, ale nie było widać żadnej postaci.

— Od dziecka widzę duchy zmarłych.

Zamarliśmy na chwilę przerażeni. Pierwszy zareagował Krzysztof:

— Ale jak? Widzisz ich i co? Czego chcą?

Wykrzyczał to tak głośno, że przestraszyliśmy się, że duch to usłyszy i wszyscy przerażani patrzyliśmy w stronę rzekomej zjawy.

— Nie wiem, jako dziecko jeszcze byłem ciekawy, ale teraz to ignoruję. Chodzą po prostu. Ja funkcjonuję normalnie. Muszę, bo inaczej chyba bym zwariował.

— A jak rodzice, wiedzą o twoim — Marzena zawahała się jak dobrać słowo — darze?

— Tak, w mojej rodzinie zdarzają się nawet przypadki jasnowidzenia, mamy takie przypadłości. Ale to przekleństwo, nie dar. Gdybym mógł nie chciałbym tego widzieć. Na przykład teraz. Mam takie poczucie bliskości śmierci. I nie wiem czemu.

Skuliłam się wewnętrznie. Znowu o mnie?

— Ja też widziałam kiedyś ducha — Roksana była wyraźnie rozbawiona — Kurta Cobaina, już po jego samobójstwie. Byłam małą dziewczynką zafascynowaną tą historią. I tak mnie wciągnęła, że pewnego dnia widziałam go na balkonie kamienicy, którą mijałam.

— Może ci się przywidziało, albo był to ktoś podobny — powątpiewała Joasia.

— Nie, to był na pewno on! A kamienica była do rozbiórki, pozabijana deskami. Jak on mógł tam być? Ubrany jak w teledysku, zupełna kopia.

— Może umysł podpowiada nam obrazy, które bardzo chcielibyśmy zobaczyć? — rzuciłam swoje trzy grosze.

— Tak, wątpmy we wszystko, co dziwne i inne! W swoje zmysły! Świat na pewno będzie ciekawszy, na pewno go też poznamy lepiej. Tak jak i siebie. Roksana zakpiła. Chyba zdenerwowała się moją wątpliwością. Zerknęła mi głęboko w oczy i zastygła tak dłuższą chwilę. Było to bardzo przejmujące, to, jak bardzo potrzebowała tamtego objawienia.

— Wcale nie myślę, że to fikcje. Raczej, że tworzymy, kreujemy swój świat. Był taki filozof, Leibniz, który nauczał, że świat, który się wydarza tu i teraz jest najlepszym z możliwych. Że istnieje przedustawna, boska harmonia wszystkiego ze wszystkim. Każdy z nas jest też indywidualną monadą. Monada działa od wewnątrz, mówił, że ona: „nie ma okien”, Jest zamkniętym kosmosem, również najdoskonalszym z możliwych. Wszystko wydarza się więc dokładnie tak, jak jest dla nas i dla wszystkich istot dookoła najlepiej. Przeczył istnieniu zła jako czegoś pozytywnego. To, jego zdaniem, brak, cień. Ale konieczny. Bez światła nie ma cienia. Tak jak, na przykład bez cierpienia nie ma współczucia… Monady są wolne, nie mechaniczne, dlatego na świecie jest zło, cierpienie. Z powodu wolności. Świat, który nie jest doskonały, ale jedyny, najlepszy możliwych.

Uśmiechnęłam się lekko. Zawsze czuję się idiotycznie mówiąc znajomym o filozofii.

— No, ale czemu niektórzy tak bardzo cierpią? Zło w tym świecie stanowi przecież dla niektórych dawką krytyczną. Aż trudno to znieść. Są takie rejony świata, w które nikt nie chciałby się wybrać na wycieczkę. I nawet na to patrzeć, co się tam dzieje — Joasia dodała szczerze poruszona.

— To jak w teorii Junga. Jest światło i cień, bez jednego nie byłoby drugiego. Taka polaryzacja daje możliwość poznawania — dodałam, ale nikt mnie już nie słuchał.

Rozmowa wróciła do dzieciństwa Seby, który opowiadał o swoich spotkaniach z duchami.

Pomyślałam o zmarłej jakiś czas temu mamie, której duszny zapach towarzyszył w trakcie podróży autem nad morze. Pomyślałabym pewnie wtedy, że mi się wydaje, ale Norbert czuł go tak samo. Jechaliśmy więc z mamą, byliśmy tym trochę rozbawieni, trochę przerażeni, i nawet rozmawialiśmy z nią wtedy. Zniknęła nad morzem. Na plaży.

Wróciła dopiero we śnie. Dziś. Miała balową suknię i surowy wyraz twarzy. Przeczuwałam, że wybiera się na jakieś ważne spotkanie, może z samym stwórcą. Była poważna, tak, jak to tylko możliwe, do bólu. Zapytałam od razu: „Czy mam iść z tobą?”

— Nie — odpowiedziała jednoznacznie.

Ocknęłam się, była noc.

Lisek

Zerknęłam na zegarek. 5:45. Świtało. Zabrałam cicho szlafrok i zeszłam po schodach do salonu. Podeszłam do szklanych drzwi, już chciałam je otwierać, gdy przede mną, na zewnątrz pojawił się lis. Prawdziwy, spokojny, zastygły na mój widok. Patrzyliśmy na siebie dłuższą chwilę. Poczułam przypływ ogromnej radości. Uśmiechnęłam się szczerze, wtedy odszedł. Dostojnie.

— To był lis? — z fotela odezwał się głos Marzeny — O rety… przyszedł do ciebie przewodnik! Zaraz sprawdzimy, co to za symboliczne zwierzę mocy… — zaśmiała się wyciągając z kieszeni komórkę.

— Spałaś na fotelu? — zapytałam z troską.

— A tak, nie mogę spać i czasem lubię posiedzieć tu w nocy. Obmyślam plan na siebie. Chciałbym też robić takie warsztaty. Może bez psychodelików, ale rozwojowe. Gdzieś w pięknym miejscu, może nad oceanem.

— No tak, to chwytliwe. Wydaje mię, że te biznesy robi się wykorzystując prosty mechanizm narcystyczny. Uwodzenie, zalewanie bezinteresownym wsparciem, troską, miłością, pysznym jedzeniem, widokami itp. Czujemy się wyjątkowi, chciani. Nasze deficyty z dzieciństwa wydają się być zaspokajane. Ale czy na długo? Po powrocie do domu, wszystko, co trudne wraca, więc lecimy na inne warsztaty i tak w kółko. Ten rynek się w ten sposób rozwija. Lepiej iść na prawdziwą psychoterapię… Zauważyłaś jak Bożena mnie zgasiła, że za dużo mówię, jakby bała się, że wejdę za głęboko, że będzie trudno, o ciężkich sprawach. Że wysokie wibracje spadną.

Zaśmiałam się jakoś głupio.

— Tak, było to dziwne, ale ty się tym nie przejęłaś, I to było mega. Może i tworzymy swój świat, taki, jakiego potrzebujemy — Joasia szybko zajrzała do komórki i zaczęła czytać:

— Lis jako zwierzę mocy symbolizuje przede wszystkim inteligencję, spryt, szybkie myślenie oraz wybitne zdolności adaptacyjne. Pomaga omijać przeszkody, uczy kamuflażu i zachęca do zaufania własnej intuicji w trudnych sytuacjach. Jako duchowy przewodnik lis wspiera niezależność, elastyczność oraz umiejętność znalezienia wyjścia z niepewnych okoliczności. W kulturach azjatyckich lis bywa mądrym czarodziejem i posłańcem bogów. W tradycji europejskiej kojarzony jest częściej z chytrością, sprytem, a czasem fałszem.

— Widzę, że numer z lisem się udał?! — Marco wyszedł z kuchni wyraźnie rozbawiony naszą rozmową. Wziął miotłę i zaczął sprzątać w okolicy, gdzie siedziałyśmy z Joasią.

— Bogna ma szczęście, już zwierzęta mocy się tu pchają do nas — Joasia była wyraźnie rozbawiona tą sytuacją. Ja się zarumieniałam, z wiadomych względów.

— A ty, co myślisz o tym lisie? Zwróciłam się do niego.

— Nie myślę o tym w ogóle. Odparł na odczepnego. Zbił mnie z tropu. Totalnie. Zamarłam.

— Chodźmy na pola, na wschód słońca! — Joasia podała świetny pomysł.

— Chodźmy.

Powtórzyłam trochę bez przekonania.

Usiadłyśmy na kamieniach. Było spokojnie, ale świat budził się już do życia. Słońce powoli wyłaniało się zza horyzontu oślepiając nas świeżym blaskiem. Ptaki śpiewały radośnie. Lekki wiatr muskał nam czoła i włosy, czułyśmy się jak boginie brzasku. Wystawiałyśmy więc twarze rozciągając szyje tak, jakbyśmy chciały złapać to, zatrzymać w sobie. To, co przypomniałyśmy sobie. To, kim jesteśmy.

— „Masz dzieci? — znowu padło to pytanie, rzucone, jak kamieniem.

— Nie, tylko dwa koty i męża.

— W tej kolejności? Joasia zaśmiała się szyderczo.

— A tak. Zauważyłam aluzję, nie chciałam temu zaprzeczać.

— Koty mam ze schroniska, takie psychiatryczne. Jeden jest bardzo lękowy, Był siłą wyciągany z domu, gdy umarła jego pierwsza właścicielka. Miał kilka miesięcy. Od tego czasu boi się ludzi, syren alarmowych, gdy je słyszy wpada w amok i atakuje drugiego kota. Traci zdolność czucia, takiego adekwatnego do sytuacji. Walczy o przetrwanie, tak na serio. Drugi jest wtedy zdezorientowany, nie wie, co się dzieje. Gdy ucieka jest atakowany, gdy nie ucieka, to tak dziwi tego pierwszego, że z czasem agresja zostaje w ten sposób w zarodku uśpiona. Ale akcje były takie, że strach się bać. Wallki kotów w bloku to jednak duże przeżycie dla właściciela.

Joasia uśmiechnęła się dwuznacznie:

— Masz lustro.

— Co? — prawie krzyknęłam ze zdziwienia.

— No, wszystko ci pokazują.

— Ale że co? — byłam naprawdę zdezorientowana jej analizą. Nie wiedziałam o co jej chodzi. Denerwowało mnie, że patrzy teraz z wyższością mędrca, tak jakby rozszyfrowała całe moje życie. Czułam się otumaniona. Za szybko to wszystko się tu dzieje. Oni mnie rozgrywają, nie nadążam. Gubię się w szczegółach. A może nie mam czasu zintegrować tych treści?

Joasia wzięła mnie pod ramię i przytuliła. Słońce grzało nas i tuliło swoim światłem. Wypaliłam zdenerwowana:

— A Norbert? Powiesz mi, co tu zaszło? Mówił Wam o mnie, o naszym małżeństwie? Czemu wyjechał? — zapytałam brzmiąc wręcz rozpaczliwie.

— Jego zapytaj. Beka, przecież nikt ci nic nie powie — Joasia wstała i zaczęła otrzepywać sukienkę z ziemi i trawy. Poszła powoli w stronę ogrodu.

„Czyli wiedzą, ale nie powiedzą”. Westchnęłam cicho spuszczając powietrze z płuc. Zaczęłam żałować, że tu przyjechałam.

Romeo i Julia

Wieczorem można było odbyć indywidualną rozmowę z falicytatorem. Zerknęłam w grafik, który leżał na stoliku. Byli tam wpisani wszyscy opiekunowie, łącznie z Marco. Julia siedziała obok, jakby chciała kontrolować wpisy. Zawahałam się przez moment, chciałam z nim porozmawiać, ale Julia wpisała się jako ostania osoba, na końcu, do niego. Spojrzałam na nią wymownie.

— Marco powiedział, że jak wrócę do niego na konsultacje da mi ten sprzęt grający. — Julia pokazała mi jakieś nowoczesne urządzenie, które montowała sobie do uszu. „O mój Boże” pomyślałam. „Tak traktujesz kobiety?” Odwróciłam się na pięcie i odeszłam ochłonąć. Później wpisałam się do Anki.

Zaczęłam doceniać obecność Julii, niech bierze to na siebie. Dość mam zranień. Dość sporo.

Postanowiłam tego nie czuć. Odwołać. Zignorować jego rzucone mimo chodem na schodach: „Słuchaj ciała Beciu”.

Czekaliśmy wszyscy na konsultacje, więc w salonie było gwarno i wesoło. Marco brylował. Julia patrzyła mu głęboko w oczy wymuszając kontakt. Denerwowało mnie to. Bardzo. On zerkał na mnie wymownie, ale Juli też nie skąpił dwuznacznych spojrzeń. Żenada. Takie gierki młodych wilczków. I ja stara baba, nie wiadomo czego by chciała.

Nagle zaczął opowiadać swoje sny. Że łosie chodziły mu po domu, że powiedział swojej dziewczynie, by zaprowadziła je do windy, bo kopytami uszkodzą im podłogę. Żeby zawalczyła. Śmiechu było co nie miara. Wszyscy byli rozbawieni jego opowieścią. Mieli dobrą zabawę. Ja jednak myślałam: „Łosie?… To, ile jest tych kobiet? Ile o niego ma walczyć? Coraz bardziej przerażał mnie jego dobry nastrój. Wydawał mi się naćpany. Zamarłam.

Julia pląsała przy nim, wyraźnie zdeterminowana. On tym bardziej ją wtedy ignorował i patrzył dwuznacznie na mnie. Czerpał energię z takich teatralnych przedstawień. Julia potrafiła robić hipnozę sceniczną, Była w tym naprawdę niezła. Zrobili więc dobre, przeszarżowane przedstawienie. Dla mnie katharsis.

Muszę się otrząsnąć. Nadeszła kolej mojej rozmowy z Anką.

Pierwszy raz mogłyśmy być sam na sam.

— Jak tam? Jak się masz — zapytała jak zawsze.

— Źle. Dostałam miesiączkę, mam lęki i paranoję, że wszyscy wiedzą coś o mnie od Norberta, nie chcą mi powiedzieć. Wchodzę w procesy tak głęboko, jak nie chcę. Zaczynam tracić poczucie kontroli i sensu. Boję się, że lada moment wybuchnę i wyjdę z siebie.

— Po to tu jesteś. Wiesz przecież — Ania spojrzała na mnie zbyt surowo — Jesteś trochę sadystyczna dla Marco.

— Wiem, miałam takiego ojca. Wiem.

Odpowiedziałam na odczepnego. Wiele razy rozmawiałyśmy o tym wcześniej, zwłaszcza w kontekście mojej relacji z Norbertem. „Po co do tego wracać?” — pomyślałam. Chciałam zapytać, co mam zrobić, ale zmieniłam temat na bezpieczny.

— Boję się tego psychodelika. Po operacji trudno było mnie przywołać, jeśli będę tam za długo, po prostu mnie zawołaj, przyjdę.

— Ok. Ania odpowiedziała lekko zdziwiona moim lękiem. Wyjaśniła mi później wszystko, co i jak będzie się działo. Czym się różnią substancje, jak działają. Że to dobrowolne itd.

Gdy skończyliśmy, okazało się, że Julia i Marco gdzieś zniknęli na dłuższy czas. Znowu wiem, że dobrze nie przekraczać pewnych granic, zwłaszcza, gdy partner buduje fosy i przeszkody. Jakby chciał złapać coś w pułapkę. W upokorzenie. Niebezpieczny facet. Pomyślałam, mściwy.

Proces pochłonął mnie na wiele godzin. Wszystko było bardziej intensywne, barwne, głośne niż po psylocybinie. Grzyby rozchodzą się po ciele niczym głębsza inteligencja, otulają, uzdrawiają, naprawiają. Ten specyfik konfrontuje, wymaga. Całe życie przeleciało mi przed oczyma niczym taśma zdarzeń. Rozumiałam każdą jej cześć. Każde schematy.

Wszystko zapomniałam, gdy się ocknęłam. Trudno było mi przywołać to sensowymi myślami. Byłam fizycznie wykończona i odwodniona. I zła, że w tak roztarganym umyśle zgodziłam się na proces. Dlatego nic nie pamiętam.

Roksana mówiła o swoim OBE. Out-of-Body Experience. Doświadczenie poza ciałem.

— Normalnie mnie zabiera. Jest takie szarpnięcie w ciele, jakby przesunięcie i lecę. Czasem nie wiem po co i gdzie. Kiedyś musiałam jakiejś lasce powiedzieć, że zginęła w wypadku.

Przypominało mi się, gdy kiedyś nad ranem, na granicy jawy i snu, pojawił mi się typ z wąsem. Ni to człowiek, ni to AI. Powiedział mi tylko: „Mów prawdę”. Hmm Czyli co? Czy? Czyli, że ja znam prawdę?

Prawda

Wieczorem siedziałam sama na swoim balkonie. W salonie panowała wrzawa, puścili muzykę i tańczyli. Dudniło niemiłosiernie. Który to już dzień? Czwarty. Nagle zza okna wychylił się Mariusz.

— Mogę? Pukałem do drzwi, ale nie słyszałaś. Przepraszam, że wszedłem.

— Wchodź. Nie przepraszaj. Wskazałam na drugie krzesło na balkonie. Wyjął papierosy, dyskretnie gestem zapytał, czy może.

— Jasne, pal. Było mi to obojętne.

— Światy równoległe… Zaczął mocno i mocno się zaciągnął.

Machinalnie zwróciłam wzrok ku niemu.

— Równoległe ścieżki życia, naszych wyborów. Czasem czuję, jak przeskakujemy z jednej wersji zdarzeń w inną albo integrujmy obie.

Teraz patrzyłam już z zainteresowaniem.

— A niby jak to się, twoim zdaniem, manifestuje? — zapytałam z zaciekawieniem.

— Tak, jak w tripie. Nie wiem jak inaczej to ująć. Idziesz przez wszystko, co jest, nawet jak nie pasuje. Jest sprzeczne. I w końcu pasuje.

— Chyba łapię to. Może tak się tu czujemy.

— A Norbert mnie zdradził?

— Tak.

„Hmm” chrząknęłam nie spodziewałam się odpowiedzi. Takiej szybkiej odpowiedzi.

— Na Boga, z kim?

— Nie odbiorę ci zabawy odkrywania tego na własną rękę. Zaśmiał się szyderczo. Poczułam bezsilność.

— Wyjechał do Tybetu. Dwa miesiące temu. Nie daje znaku życia, ale uprzedził mnie, że tak będzie.

— Czasem lepiej się oddzielić, łatwiej wtedy coś przemyśleć. Wiesz, że Mindell uważał, że żeby pozbyć się raka trzeba totalnie zmienić środowisko życia, odciąć się od ludzi, toksyn i zacząć wszystko od nowa. Bo rak to informacja, że źle żyjesz, że decyzje były złe, że wszystko jest nie tak.

— Wspak — dodałam od niechcenia.

— Tak, właśnie tak.

— W Japonii, ludzie tak nagle, po prostu znikają. I jest na to społecznie przyzwolenie. Że można tak zaczynać od zera, w nowym miejscu. Nikt nikogo nie szuka na siłę. Nie nawraca — pomyślałam na głos.

— To, kiedy ty wyjedziesz? Uśmiechnął się czule.

— Co?! — zaskoczona byłam tempem naszej rozmowy.

— Myślisz, że chcę? Że chcę się ratować za wszelką cenę?

— A nie? Nie chcesz? Był wyraźnie zdziwiony.

Rozpuściłam włosy i zaczęłam masować skronie, Bolała mnie cała głowa.

— A ty? Po co tu jesteś? — zapytałam cicho.

— Chodzi ci o warsztaty? Skinęłam lekko głową.

— Anka poprosiła, bym z tobą rozmawiał.

— Ooo Nie kryłam prawdziwego zdziwienia. Przeciągnęłam to z nutką szczerego oburzenia.

— Szpieg z krainy deszczowców. Uśmiechnęłam się do swoich myśli.

— Mówię, jak jest. Anka martwi się o ciebie. O to, co zrobisz lub czego nie zrobisz.

— Ile ty o mnie wiesz? Spojrzałam na niego rozczarowana. Znałam doskonale odpowiedź.

Nie odpowiedział. Dał mi papierosa i tak paliliśmy razem do świtu. Opowiedział mi wiele rzeczy o światach równoległych. Interesował się działalnością i nauką niejakiej Dolores Cannon. Był rozsądny. Potrafił mówić tak, by zawsze zachować klasę. Nigdy nie wiedziałam, czy mówi o jej teoriach z przymrużeniem oka, czy naprawdę w nie wierzy, Sama również nie zdradzałam swojej opinii. Ale coś było na rzeczy. Nie wszystko kleiło się sensownie, ale nie potrzebowałam wtedy już sensu. Potrzebowałam magii.

Marco okazał się częścią schematu. Cierpiałam. Ciągle widziałam w nim coś więcej. Czułam metafizyczną tęsknotę. Może łudziłam się, że to ważne? Że to mnie może przemienić? Chciałam ratować małżeństwo, czy je zakończyć?

Mariusz mówił dalej z wielkim zaangażowaniem, udawałam, że rozumiem, ale myślami długo byłam zupełnie gdzie indziej. Biedak, nawet nie zauważył. W końcu zapytał donośnym tonem, może nawet musiał powtórzyć to pytanie kilkakrotnie:

— Widziałaś film Mela Gibsona „Apocalypto”?

— Nie, a co? Zapytałam lekko speszona.

— Jesteś jak ten wojownik. Miałem taką wizję, że kiedyś ktoś cię bardzo skrzywdził. Widzę cię jak golisz głowę, przybierasz wojenne barwy przodków, malujesz się tajemnymi miksturami i idziesz walczyć albo się mścić — spojrzał na mnie wymownie — Odpuść! Taką mam radę dla ciebie.

— Ale że co? Co ty pieprzysz? Zaczęłam histerycznie się śmiać. Jakby coś mnie opętało. Nie mogłam przestać, chociaż wiedziałam, że zachowuję się absurdalnie.

Nagle wszystko zaczęło wirować, pojawiły się piękne kalejdoskopy, barwy, kształty, jaśniały i wirowały razem ze mną. Przenikały mnie i tuliły swym urodzajem. Doświadczałam mnogości bytowania i połączenia, świadomość rozlewała się coraz szerszej i szerzej… Pojawił się jakiś statek kosmiczny, albo laboratorium. Nikogo w nim nie było, przenikałam przez ściany, ale czułam jakaś obecność…. Coś zaczęło się zakrzywiać…. Coś słyszę….

— „Bogna!? Kochana wróć! — rozległ się jakiś rozpaczliwy krzyk. Nagle spadłam boleśnie jakby ktoś wrzucił mnie z powrotem w jakiś wymiar, w którym nie chciałam być. Zobaczyłam nad sobą sylwetki lekarzy, „Już po operacji, pani Rebeko”. „Nie, to Anka, mówi płaczliwym, proszącym tonem: Dzięki bogu, ale nam narobiłaś strachu”. Przytuliła się unosząc mnie lekko z podłogi. Dopiero teraz poczułam, jak boli mnie głowa. Musiałam upaść na potylicę. Skrzywiłam się nieznacznie szukając bezpiecznej pozycji.

— Chodź na łóżko. Anka i Mariusz podnieśli mnie z podłogi i zaprowadzili do łózka.

— To Ty!! Z Tobą ma romans, wiem to teraz. To wiem. Boże, wiem wszystko! Zaczęłam krzyczeć i podskakiwać, jak oszalała. Szarpałam Ankę jakbym chciała ją rozerwać. Odskoczyła przerażona.

— Tak! To ja.! My…. Zakochaliśmy się po prostu. Beka, wiesz, jak było. Ty go zostawiłaś. Kilka lat… ciągle się martwił, że umrzesz, że odejdziesz… tak nie można żyć…! Dwa razy próbowałaś się zabić! On też jest ze schematu, tego z Adrianem. Odpuść, przecież widzisz jak to się powtarza, powiela. Marco…? Ty…? Ciągle w kółko. Kiedy to przejrzysz? … On już nie mógł. Naprawdę… Kochał cię, ale nie mógł … Przy mnie dopiero żyje…. Chcemy być razem.

Usiadła na krześle opuszczając ramiona w geście rezygnacji. Może nie chciała tego wszystkiego powiedzieć? Może faktycznie go kochała? Może kręcę się w kółko nazywając to przeznaczeniem….

— Dlatego uciekł do Tybetu? — jedynie to pytanie przyszło mi do głowy.

— Nic mu nie jest. Anka powiedziała to w złości.

— Wyjdźcie, proszę. Chcę pobyć sama.

Byłam już tak wykończona, że wydawało mi się, że wszystko jedno co zrobią. Anka westchnęła jakby chciała zaprzeczyć, ale wyszła. Mariusz został. „Dwa razy próbowałaś się zabić”. — zatrzymało mnie to stwierdzenie. „Nieświadomie wzięłam raz za dużo leków, miałam doświadczenie chyba śmierci klinicznej. Byłam w świetle, z którego nie chciałam wracać, ale wróciłam. Cholera wie po co…, ale drugi raz? Niby kiedy?”. Myślałam trochę opornie. W końcu zasnęłam. Spałam 14 godzin.

Przeznaczenie

Był już wieczór. Patrzyłam w okno, Mariusz siedział na krześle obok.

— Anka krzyknęła: „Ale nam narobiłaś strachu”, jakbym narobiła w majtki — powiedziałam cicho pierwszą myśl, jaka się pojawiła.

— „Tak, puściły ci zwieracze, musieliśmy cię umyć. Mariusz powiedział to bardzo spokojnie.

— Ty…? — odparłam przerażona.

— Nie, dziewczyny. Byłaś poza ciałem, może z pół godziny. Baliśmy się. Naprawdę. Jak się teraz czujesz?

— Dobrze, trochę oszołomiona, ale dojdę do siebie.

— Potrzebujesz czegoś? Może przyniosę ci kolację.

— Ok. dziękuję.

Marko przygotował pożywną indyjską zupę oraz pizzę. Bardzo dobry zestaw, bogaty smakowo. Taki, jaki uwielbiam. Bazylia w cieście była wyborna. Karafka soku pomarańczowego dopełniła zmysły. Miałam wrażenie, że ucztuję.

— Odkryłam bolesną prawdę. Wykrzyczano mi ją prosto w twarz. Nie wiem jednak, czy to moja prawda? Są razem. Raczej powiedzieli mi więc o sobie — myśli znowu kołatały w mojej głowie — Zawsze chcę więcej i dalej. Nic na to nie poradzę. To mi nie wystarcza. Nie na ten moment. Nawet nie chodzi o wyjaśnienia, nie o ciąg zdarzeń. Możemy odtworzyć to, co do tego doprowadziło. Oczywiście, że tak. Brałam w tym udział. Chodzi o intencje. O tą jedną decyzję. Kiedy zapadła. Czy w szale namiętności? Czy w ruchu myśli, kombinacji, manipulacji? Jak to się dzieje, że znikam w kalejdoskopach, schematach a wy nie? Kto tu jest wolny?

Mariusz słuchał uważnie, ale minę miał nie tęgą.

— Zadajesz dużo pytań — powiedział zamyślony.

— Sama sobie odpowiem. Uśmiechnęłam się w końcu.

Naprawdę lubiłam jego towarzystwo. Wszystkich innych wyrzuciłabym wtedy z pokoju. Jego chciałam mieć przy sobie. Ten głos był ważny. Znał się na filozofii i jakimś cudem wydawało mi się, że wie, co przeżywam. Zwłaszcza kiedy nic tym nie mówię.

— Chcesz być sama? — zapytał troskliwie.

— Nie, zostań, jeśli możesz. Boję się trochę być teraz sama.

— Rozumiem.

— Byłeś tu cały czas?

— Nie, spałaś spokojnie. Też odpoczęliśmy. Anka zaglądała często. Ma poczucie winy. Możesz jej odpuścić. Dla nikogo to nie jest łatwe.

„Już mnie urabia”, pomyślałam lekko rozczarowana tempem rozmowy.

— To dobrze.

Wstałam i poprawiłam piżamę, w którą mnie ubrali. Włosy miałam rozpuszczone. Nie lubię. Zazwyczaj spinam je po przebudzeniu, ale teraz zaczęłam je czule gładzić. Mariusz zerknął zdziwiony. Może było to nie na miejscu, może zbyt intymne. Pod piżamą widać było, że jestem po jednostronnej mastektomii. Zauważył to. Może dlatego rozpuściłam włosy. Otuliły mnie niczym płaszcz. Były dość długie. Dość.

Uśmiechnął się do mnie zupełnie szczerze. Wykonał gest, jakby chciał mnie przytulić, ale odeszłam do łazienki. Wzięłam naprzemienny zimno-ciepły prysznic, nic lepszego na uziemienie chyba nie ma. Woda dawała mi wytchnienie, jakby spływały ze mnie lata zdarzeń. Ciągi myśli i algorytmów. Nie znanych mi zupełnie, ale widzianych. Przeczutych, boleśnie i w ciszy. Usłyszałam domknięcie drzwi.

— Przyjdę później! Mariusz krzyknął na odchodne.

— Dobrze. Powiedziałam już bardziej do siebie.

Długo mi zajęło suszenie włosów. Ubrałam się i wyszłam na balkon. W domu było podejrzanie cicho. Zastanawiałam się, co robi grupa, dlaczego nie słychać codziennej krzątaniny. Poczułam się jakby ktoś wystrzelił mnie w kosmos. Wróciłam, ale jakby nikt mnie nie powitał. Nikt nie czekał.

Teraz mam pójść i ukazać się niczym matrona. Czułam niemiłe zdenerwowanie, jak przed maturą. „Anka widziała moje okaleczone ciało”, to mnie bolało. Materialne potwierdzenie myślowego schematu. Dowód rzeczowy.

Gdybym naprawdę kochała Norberta, życzyłabym mu takiej kochanki, jak Anka. Czułam to podskórnie, że był z nią szczęśliwy. Znaliśmy się 25 lat. „Uciekł. Pewnie, że uciekł. Chciał mi czegoś oszczędzić. Może tego, bym nie widziała jego szczęścia, zadowolenia. Ich szczęścia. Tak. Ich.” Powtarzałam w myśli. „Nigdy nie wystarczam. Nawet samej sobie”.

Zeszłam powoli po schodach. W salonie była Joasia, słuchała czegoś przez słuchawki. Leżała na sofie z przymkniętymi oczami.

— Gdzie wszyscy? — zapytałam głośno. Joasia ocknęła się z półsnu.

— Poszli do lasu. Medytować w ruchu.

— Wiem już wszystko. Powiedziałam mając nadzieję, że zrozumie.

— Hmm — tylko chrząknęła potakująco — Wiem. Spałaś prawie cały dzień.

— Tak, paliliśmy i gadaliśmy z Mariuszem prawie całą noc. Musiałam odespać.

Joasia patrzyła na mnie wyczekująco, jakby chciała dłuższej opowieści. Usiadłam obok na fotelu.

— Robiliście dziś coś ciekawego?

— Tak były warsztaty psychodramy albo takich jakby ustawień. Bardzo ciekawe doświadczenie. Energia mojego ojca okazała się dla uczestników bardzo złą. Byli przerażeni, ja też, chyba to poczułam….

Joasia była wyraźnie zmartwiona.

— Mama drwiła z niego a my, dzieci udawałyśmy, że tego nie widzimy i jesteśmy szczęśliwe.

— Mocne. Nic innego nie przyszło mi do głowy.

— Panchakarma — Joasia powiedziała, jakby do siebie — Najsilniejszy ajurwedyjski rytuał oczyszczania ciała, umysłu i energii. To zrobię. Reset.

— Tak zrób.

Chyba zrozumiałam w czym tkwi jej problem.

— To pomaga, na pewno. Z odpowiednią intencją, tak.

Teraz ja się zamyśliłam nad sobą. Joasia ukryła twarz w dłoniach i zaczęła szlochać jak dziecko. Podeszłam do kanapy i przytuliłam ją do łona. Złapała mnie mocno i łkała jakiś czas. W końcu odepchnęła mnie w geście dezaprobaty. Podążałam za tym bezwiednie. Byłyśmy jak w transie. Obecne, nieobecne. Świadome. Nie trzeba było nic mówić więcej. Joasia poprawiła włosy, obtarła łzy, wysmarkała nos i usiadła prostując plecy trochę nienaturalnie i sztucznie. Jakby chciała nastawić kręgi, ruszała szyją na prawo i lewo. Wykonywała chyba jakąś pozycję jogi. Wydała mi się piękna i dojrzała. Może to rozluźnienie sprawiło, że dostrzegłam w niej grację, jej ruchy stały się takie czułe. Zniknęło napięcie. Poczułam ulgę.

— Przepraszam. Wypaliła nagle, zupełnie niepotrzebnie.

— Daj spokój. Wszystko zostaje między nami.

— Wszystko zostaje w tym pokoju. Uśmiechnęła się cytując Ankę.

— Właśnie, w tym pokoju — powtórzyłam, by wybrzmiało — Mariusz jest dobrym terapeutą. Pogadaj z nim. Powiedziałam nieśmiało.

Joasia kiwnęła tylko głową i założyła słuchawki na uszy. W tle słyszałam jakieś dźwięki. Klasyka. Wyszłam do ogrodu. Znowu przypomniał mi się wiersz Simica, jak podnoszę się w pustym kinie i rzucam cień pomiędzy bajecznych jeźców galopujących na ekranie. Według Junga cień to to, co wyparte, niechciane, nieakceptowalne. Ale do zintegrowania., w procesie rozwoju, indywidualizacji. To są tylko archetypy, wzorce. Może w wieku średnim wszystko się wszystkim rozpada, żeby ułożyć się na nowo. Mnie się ciało rozpada. Ale świadomość trwa mimo tego. Poczułam lekkie rozbawianie tym, że straciłam przecież zupełnie kontrolę. Podziało się to, co się podziało. Odkryłam prawdę. Nie do końca potrafię opowiedzieć: jak? Dokonało się to skokowo. Wykładniczo? Nie pasowało mi to, że Norbert mnie zostawił. W takim momencie. Choroba była jednak jak fatum. Cieszył mnie Joasi proces i moja w nim rola. Chociażby dla tego warto było tu być. Cały czas szukałam powodu. Szukałam sensu, znalazłam magię. Nie wiem, jak to inaczej nazwać. Mój warsztat filozoficzny wydawał mi się nieprzydatny. Majaczył mi Schopenhauer i głód. Wieczne nienasycenie. Powieści Jozefa Kariki i opowiadanie „Gagarin” niedawnego Noblisty. Gagarin spojrzał na ziemię z Kosmosu i uznał ją za cud i raj. To było jego oświecenie. Później, po powrocie na Ziemię zapił się i został prawdopodobnie zabity przez służby specjalne. Jako niewygodny. Wybrał przeznaczenie, jak ja wczoraj. Może to nie na miejscu teraz myśleć o tym, ale Jezus też pozwolił się zabić. Jakie mądre nauki z tego płyną. My jednak nie zmartwychwstaniemy.

Teoria wiecznych powrotów

Po obiedzie siedzieliśmy przed domem. Część poszła poleżeć na łące, ale Seba, Krzysztof i Roksana byli ze mną w ogrodzie. Leżałam w hamaku i przysłuchiwałam się ich rozmowie.

— Czyli wszystko wraca niezliczoną ilość razy, ciągle na nowo. — Seba tłumaczył teorię wiecznych powrotów Fryderyka Nietzschego — Można zwariować… I to test tego, czy żyjemy takim życiem, które mogłoby powracać w nieskończoność. Czy jesteśmy w stanie to wytrzymać?

— Chyba rzadko się zdarza, że ktoś by tak chciał… tak żył… i to wytrzymał nieskończona ilość razy. Sama myśl jest przerażająca — Krzysztof dodał smutnie.

— Miałam kiedyś takiego tripa, z którego wynikało, że wszystko to symulacja i że nie można tego wyłączyć — Roksana włączyła się do rozmowy — Było to przerażające. To, że się to nigdy nie skończy. Są ludzie, którzy wierzą, że jesteśmy więzieni przez wyższe istoty, które tkwiły w stanie nirwany, ale było to tak nudne, że stworzyły nas, byśmy poprzez przyjemność lub ból, ruch, działanie, powielanie poznawali siebie, wszechświat. Te istoty karmią się naszymi emocjami, nieważne czy dobrymi, czy złymi, nie dbają o to, czy cierpimy, czy nie. Ważne by się coś działo. Życie to ruch, wieczna zmiana…

— To jak opis konsumpcjonizmu, ważne żebyśmy mieli deficyty, pseudopotrzeby i kupowali, kupowali, kupowali — zaśmiał się Seba.

— Tak — Roksana wtórowała mu radośnie. — Zwał, jak zwał, chodzi o to samo. Jesteśmy w czarnej d… i wiemy tyle, co nic.

— Nasza pani filozof może się wypowie — Seba zwrócił się do mnie zuchwale — Jak opcja filozoficzna dziś wygrywa?

Zawsze męczyły mnie takie pytania. Odpowiedziałam więc, jak najbardziej szczerze:

— Dziś mamy wielość narracji, kryzys myślenia systemowego, bo można łatwo wykazać, że takie myślenie jest obarczone ryzykiem totalitaryzmu….

— Eee — Seba przerwał mi w pół zdania — Znowu ta poprawność polityczna… Myślałem, że powiesz coś ze swojego tripa…

— Po ostatnim nic nie pamiętam — odparłam zupełnie szczerze.

— Mnie się przypomina… — Roksana rozsiadła się wygodnie na ławie z dzieciństwa, że był taki ważny moment, że mój śp. tata rzucił na mnie zaklęcie. Coś na kształt klątwy, która działa do dziś. Uświadomiłam sobie to na poprzednim warsztacie. Moja mama pokłóciła się z nim, tak nie na żarty, mało brakowało a doszłoby do rozwodu. Spakowała walizki i zabrała mnie do swojej koleżanki. Zostałyśmy tam na noc. Mama i ta koleżanka rozmawiały całą noc, wypiły chyba kilka butelek wina. Rzecz jasna o mnie zapomniały, spałam sobie sama w innym pokoju. Rano wparował tato. Wyrwał mnie w piżamie ze snu i krzyknął: „jesteś taka, jak matka”. Cokolwiek to miało znaczyć. Zrobił również awanturę mojej mamie. Pamiętam, że od tamtego czasu zaczęłam nosić chłopięce rzeczy. Nie chciałam być taka jak mama. Anka mi to uświadomiła, że to był proces oddzielenia się od tego fatum. Moja mama piła, może bałam się, że będę taka sama. Albo bałam się jej wersji kobiecości.

— A jaką była kobietą? — zapytałam szczerze zainteresowana.

— Hmm — Roksana zamyśliła się prze chwilę. Wiedziałam już, że będzie kłamać.

— Była wybuchowa. Taka histeryczna. Zmieniała często zdanie. Chciała coś zrobić, ale wycofywała się w ostatniej chwili. Raz, gdy byliśmy już spakowani na wyjazd na wakacje, rozmyśliła się i w ogóle nas nie obudziła. Spóźniliśmy się na pociąg. Pojechaliśmy następnego dnia, ale poziom naszego rozczarowania był tak wyskoki i humory tak złe, że psuło nam to cały wyjazd. Potrafiła zabić w nas całą radość i życie.

Brzmi jednak bardzo prawdziwie. Pomyślałam.

— Jako chłopczyca ocaliłaś więc radość i życie — powiedziałam niczym echo.

— Takie to proste, nie? — Roksana zamyśliła się na moment — Musi być taki podatny grunt, moment działania tej klątwy…

— Dziś powiedzielibyśmy hipnozy — wtrąciłam — Sugestie hipnotyczne kojarzą się z czymś pozytywnym, ale mogą być też negatywne. Wszyscy mamy takie zdolności hipnotyzowania innych i samych siebie. Nie tylko wykształceni specjaliści.

— Roksana i wiesz to teraz, i co? Co to zmienia? — Seba wtrącił zaciekawiony.

— Nie wiem jeszcze. Ale poczułam, że to był dziecinny bunt. Zaczęłam myśleć o tym, jaką jestem kobietą. Uśmiechnęła się zalotnie.

— I Gestalt się domknął. Krzysztof mrugnął porozumiewawczo do Seby.

— Co? Roksana skrzywiła się mocno.

— Byłem kiedyś w terapii w nurcie Gestalt — Krzysztof przybrał już bardziej poważny ton — I tam, żeby iść dalej trzeba coś domknąć, zamknąć… nazywają to Gestalt, figurą, która wyłania się z tła. Może być kształtem, myślą, czymś, co pochłania twoją uwagę…. I tobą steruje. U ciebie była to ta klątwa. No i domknięte. Finito”.

— Czy to nie jest niesamowite!? Roksana wpadła w jakiś rodzaj nieudawanego zachwytu — To dowód na to, że możemy dowolnie kreować swoją rzeczywistość. Tak jak Beka mówi, autohipnoza. To jest rzeczywistość każdego z nas.

— Wiecie, że jutro już wyjeżdżamy. Zmieniłam temat.

— Tak. Szybko minęło. Roksana zamknęła nowy wątek.

Pożegnanie

Hłasko uważał, że największym grzechem jest stracenie miłości drugiego człowieka. I że nie umie o tym pisać. Zastanawiałam się, co w ogóle można by napisać po takiej stracie.

Nazajutrz, po śniadaniu zebraliśmy się wszyscy ostatni raz w salonie. Anka przywitała nas uśmiechem i oczekiwaniem krótkiego podsumowania procesów. Pierwszy odezwał się Krzysztof:

— Ja pierwszy, bo będę leciał zaraz. Długa droga przede mną. Chciałbym bardzo podziękować organizatorom i uczestnikom. To była wielka przyjemność być tu z wami i doświadczać.

Inni włączyli się do rozmowy. Zrobiło się trochę gwarno, każdy mówił jeden przez drugiego. Podziękowania, słowa uznania, wdzięczności, ktoś zaczął się przytulać i żegnać. Marco próbował złapać mój wzrok, ale celowo tego unikałam. „Zamknąć Gestalt”. To chciałam zrobić, zamknąć temat. Anka i Bożena zapraszały na kolejny warsztat, który miałby odbyć się za miesiąc. Część osób przywitała ten pomysł z wielkim entuzjazmem. Przez moment zapragnęłam tu być ponownie, z nimi, w rozmowach, w bliskości, ale przypomniał mi się Norbert. Wzroku Anki unikałam jak ognia. Mało rozmawiałyśmy od czasu ujawnienia tajemnicy. Tylko o codziennych, pragmatycznych sprawach.

Mój powrót do domu był trochę skomplikowany. Czekałam na przyjazd mojej przyjaciółki Wioletty. Znamy się od dzieciństwa. Wspólna szkoła, wakacje spędzane z rodzicami. Taka przyjaźń umocowana latami zdarzeń, obecności i nieobecności. Możemy nie widzieć się latami, ale później przychodzi taki moment, że jesteśmy dla siebie tak, jakby nic się nie zmieniło. Jeśli jest potrzeba. I jest.

Wioletta to bogaty i beztroski obieżyświat, wszędzie jej pełno. Ma własny biznes i niby radzi sobie świetnie. Ale jest zagubiona, zwłaszcza w związkach romantycznych Niestety ma wielką niechęć do wszelkich psychoterapeutycznych, naprawczych działań, więc nie rozmawiam z nią o moich procesach. Ale mogę zawsze na nią liczyć i to jest najważniejsze.

Teraz też „akurat była na jakiś czas w pobliżu” i zaofiarowała, że przyjedzie, zabierze mnie do siebie a potem zobaczymy. Zgodziłam się, bo nie bardzo wiedziałam, co ze sobą zrobić. Nie chciałam być sama. Z smsów wiedziałam już jednak, że się spóźni, że „różne sprawy wyniknęły, ale oczywiście pogadamy”. To u niej norma. Nastawiam się więc, że będzie z tym zamieszanie. Ale poczekać na nią mogę już poza domem. Pomyślałam, że zabiorę się z kimś na pobliski przestanek autobusowy albo gdziekolwiek. Byle by już ruszyć w drogę powrotną. Tak też zrobiłam.

Podążyliśmy autem Seby aleją cyprysów. Cienie migotały mi po twarzy, zamknęłam oczy i próbowałam uspokoić oddech.

— Gdzie chcesz, że cię wysadzić? — Seba zapytał bez ogródek. Zaczęłam więc wypatrywać jakiegoś miejsca. „Już chce się mnie pozbyć” — pomyślałam. Mógłby jeszcze dalej od domu Anki. Przeciągałam więc moment wyboru. Marudziłam. W końcu jednak się zirytował i sam je wybrał.

Walizka był ciężka. Usiadłam na niej pod dużym kasztanowcem wzdłuż drogi, przy przystanku. Autobus miałby mnie uratować, gdyby Wioletta zawiodła.

— Będziesz miała autobus za dwie godziny, nawet na lotnisko dojedziesz — zaśmiał się Seba i zniknął w swoim nowym BWW.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 23.63
drukowana A5
za 43.95