MINY FLORENCJI
CIESZ SIĘ ŻYCIEM. RESZTA TO PYŁ
[zdjęcie 1]
Każdy kto choć raz ją [stąd] ujrzał, zapamięta to miasto już przez cale życie. (Pawel Muratow, „Obrazy Włoch Florencja”.
SPIS TREŚCI
Florencja sama przez się
Miasto od kwiatka
Rysa Florencji. Wygnanie Dantego
Florencja i Kraków
Diabeł w kopułce
Jak Nowy Jork
Dawid — głupawy zbir, bezmózgowy mięśniak
Kosma, boli mnie głowa
Santa Croce i Machiavelli
Makaron na uszach
Kłótnia nad winem
Schabowy we Florencji
Sklepiczki
Mój Boże… Słucham
Póki żyjesz — możesz wszystko
FLORENCJA SAMA PRZEZ SIĘ
Najbliższy Florencji będzie ten, kto kocha.
Dla pielgrzymów miłości jest to miejsce święte:
tu, w tym świetlistym powietrzu, łatwiej i czyściej płonie serce.
Szczęście miłości jest tu wznioślejsze,
cierpienie — piękniejsze,
rozłąka — słodsza. [Paweł Muratow, Obrazy Włoch Florencja]
[zdjęcie 2]
Jeśli widzieć historię, to tu. Jeśli czuć oliwę i makaron, to tu. Jeśli smakować wino, to tu. Jeśli łączyć chleb i oliwę, to tu. Jeśli dotykać sztukę, to tu. Jeśli kochać, to tu. Nawet jeśli umierać, to tu — by zimą zimno nie było w ziemi — jak słyszałam.
Nigdzie indziej. Tu — być wszystkim i doświadczać wszystkiego. Wyglądać poza ulicę, poza okno, poza szybę, poza czytaną gazetę, poza róg budynku. I jeszcze coś.
Być kobietą, to tu.
Raj ma to do siebie, że jest idealny. Lecz zbyt to proste i nijakie stwierdzenie, gdyż nie do końca jest to jednoznaczne.
Florencja zdecydowanie nie jest najpiękniejszym miejscem na Ziemi. Wiele jej brakuje i nie skupia w sobie wszystkiego, co można by chcieć mieć na wyciągnięcie ręki. Ma też wiele niedoskonałości, wad i braków.
Ale Florencja uosabia elementy, aurę, klimat, okoliczności, historię, które sprawiają, że zwyczajna osoba, żyjąca zwyczajnym życiem, dostrzega, w odbiciu szarych dni, jakie ono jest wyjątkowe. I tylko Florencja na to pozwala. Tylko bycie tutaj uzmysławia to człowiekowi. Dlatego każdy tu odnajduje swoje szczęście i doznaje chwil intelektualnego, emocjonalnego i duchowego uniesienia. To czyni Florencja z człowieka, czego nie czyni żadne inne miejsce na świecie.
Tu robimy zwykłe, normalne rzeczy, które, nagle, w zaskakujący sposób, nabierają wyjątkowych cech. Same w sobie nie są wyjątkowe, są zwykłe, normalne, ale czynione w innych okolicznościach, z innym nastawieniem, z innym uczuciem w środku. Jest się przeświadczonym, że to najprawdziwsze z prawdziwych wersji, jakie można wygenerować na Ziemi. Nigdzie indziej — cokolwiek doznane tutaj — nie będzie jednocześnie bardziej oryginalne i nowe, a także zdumiewiająco powtarzalne, uosabiające oczekiwane wrażenie, za którym się tęskniło.
To za sprawą zmysłów. Zmysły definiują odczucia, wrażenie, a potem bardziej lub mniej rozsądną i logiczną interpretację i odbiór. Co zmysły wywołują, co z człowiekiem robią, do czego zmuszają, czego nie zabraniają, na co pozwalają, co przypominają, do czego skłaniają. Co w życiu zmieniają.
Gdyby wymyślono urządzenie, być może już takie jest, które jak promienie Roentgena, przeniknęłoby powietrze wokół w Toskanii, z pewnością to, co byśmy ujrzeli, nie byłoby zrozumiałe, ale wiedzielibyśmy, co w powietrzu się unosi, jakie składniki to powietrze zawiera. Powietrze wokół Florencji i w całej Toskanii jest gęste i życiodajne jak krew — jak składniki krwi, która daje życie organizmowi, tak powietrze nasycone jest wszystkim, co z ziemi wybucha, co z roślin, sadów, kwiatów, pól, drzew, owadów, podgrzewane upałem się wydobywa — jest w tym powietrzu. Jak krew, która daje życie Toskanii, Florencji i nam.
Nie ma takiej drugiej krainy, gdzie jest wszystko w jednym miejscu. Gdzie tak zmysły się budzą, gdzie wariują, gdzie pobudzają, gdzie ożywiają, gdzie leczą. No mącą, co tu dużo mówić. Mącą i mącą. I człowiek się zmienia. Kobieta się zmienia. Mężczyzna się zmienia.
Nie wiem, czy Toskania pachnie Florencją, czy Florencja Toskanią. Co przenika bardziej co. Ale jest to jedność. Co najdziwniejsze jednak w tej jedności — według mnie — będąc we Florencji, nie szukam Toskanii, a jeżdżąc poza Florencją, już w Toskanii, nie szukam jej tam. Są jednością, bez Toskanii nie ma Florencji, bez Florencji nie ma Toskanii, a jednak każdy z tych bytów ma swoją odrębność i indywidualność.
Gdy rozpatruję i porównuję oba te byty, i Florencja, i Toskania są dla mnie tak samo ważne. Ale Toskania to nie tylko Florencja. Florencja to jeden wielki, przepiękny, przeogromny kwiat. A kwiat to nasiona, rozpylane po całym regionie. Florencja jest jak pestka, a Toskania jak soczysty miąższ wokół niej.
Toskania to zatem wiele tysięcy florenckich nasion, które z wiatrem oderwały się od Florencji i padły to tu, to tam, dając początek miasteczkom i mieścinom, z których każde ma jakąś domieszkę Florencji, wyraźnie wyczuwalny zapach.
Florencja zawsze przodowała. Nie tylko w Toskanii. Przodowała wszędzie. We Włoszech, w Europie. Florencja zawsze była najlepszą w sobie reklamą.
Wiele składowych tego przodowania można wymienić i one też zostaną tutaj wyliczone. Florencja „zagarnęła” dla siebie wszystkie te dziedziny życia, w których inne miasta mogłyby czymś się wyróżnić. I może nawet próbowały, ale niestety, sukcesu nie udało się osiągnąć. Nie wytyczyły szlaków. Może pojedyncze, jakieś symboliczne lub bardzo wysublimowane gałęzie ludzkiej twórczości czy produkcji zaczepiły się gdzieś indziej. Ale to strzępy tego, co wydała z siebie Florencja.
Dlaczego właśnie tam, dlaczego nie w Neapolu albo Wenecji, Mediolanie lub Rzymie?
[…]
Wszystkie te miasta były wystarczająco bogate i wyrafinowane, miały też wiele imponujących kontaktów z powodu prowadzenia handlu międzynarodowego. Jednak w każdym z nich było coś, co działało destrukcyjnie, co utrudniało nowatorstwo i ograniczało niezależność poglądów mogących wywołać tak gruntowną transformację, jaką był Renesans.
[…] Florencja uważa się za quasi-demokratyczną republikę […]. Być może jednak to ten brak politycznej stabilności tak sprzyjał innowacjom. Miasto miało również długą tradycję mecenatu obywatelskiego. [Barbara Beuys Świat Miasta — Miasto świata]
Niejedno wielkie miasto zadziwia w dzisiejszym świecie. Coraz nowocześniejsze, wyższe, błyszczące budynki czy hotele, stojące na głowie, bądź na piasku, by zadziwić, zaskoczyć, onieśmielić i przytłoczyć. I może większość takich miast jakiś swój cel osiągnęło. Do każdego z osobna należy ocena, czy strzeliste, szklane drapacze chmur, z kawiarniami na najwyższym piętrze, blask, światła, migotające neony, obrotowe, zjeżdżające, śmigające, latające, wymyślne schody ruchome, wejścia, wyjścia, podjazdy, parkingi, parki i centra rozrywki i sklepy — wypełniają definicję, jakże szeroką, idealnego miejsca „do bycia i rozrywki” jakkolwiek rozumianej. Nie do pracy, nie do odpoczynku, nie do jedzenia, nie do spania, nie do plażowania, nie do kupowania, ale do „całego bycia”. Do bycia „kompletnym”. Tylko każdy z osobna może stwierdzić, ile może potrwać nasycenie mózgu zdefiniowanymi dla niego podnietami. Nie miejsce tu ni pora rozprawiać o tym, co komu odpowiada, o gustach się bowiem nie dyskutuje.
Bezowocne wydają się tłumaczenia i próby przekonywania, bo ani to moje stwierdzenie, ani tym bardziej odkrycie, że świat coraz bardziej nieprzytomnie podąża w kierunku krótkotrwałych podniet. Po wielekroć krótkotrwałe to i od razu ulotne, by nie podsumować — prymitywne podniety, które nie mają w sobie niczego głębszego, przemyślanego, żadnej hierarchii ani historii. Nie pozostawiają nigdzie żadnego śladu ani koncepcji wyłonionej w pocie i bólu. Może i ktoś doznaje ekstremalnego wypoczynku i skrajnych emocji, siedząc w szklanej kawiarni w kształcie piramidy. Każdy ma inne życie, każdy inaczej wypoczywa i nie dla każdego Toskania, ani nawet Florencja, nie musi być niczym nadzwyczajnym.
Więc za co pokłon należy jej złożyć? By od razu w pytaniu wyeliminować wszelkie kontrzdania.
Za co? Czy Florencja jest nowatorska? Tak. Czy Florencja stworzyła wybitność? Tak. Czy Florencja wyniosła cywilizację na szczyty? Tak. Czy Florencja pokazała doskonałość umysłu człowieka? Tak. Czy Florencja stworzyła dzieła nieśmiertelne? Tak. Właśnie za to i za tysiąc innych pomniejszych dokonań.
I faktów, potwierdzonych historią, dziełami, na kartkach, na płótnach, w kamieniu, w ceramice. Wszędzie.
I nie tylko o fakty chodzi. W przypadku Florencji wyrażenie „suche fakty” w ogóle się nie sprawdzi. To tylko baza, która daje początek wyjścia do uzasadnionego, popartego właśnie faktami analizowania pod każdym innym kątem. Tu fakty są mokre, nasycone wonią, zapachami, które narodziły się pięćset lat temu i rosną, narastają, gromadzą się, potężnieją, zagęszczają się i pomimo upływu czasu spowijają Toskanię z Florencją w jej środku. Jak florenckie freski, zasychają szybko, zamykają czas i wrażenia, słowa i myśli, i już nic nie można w nich poprawić. Tak i Florencja ma zamknięte wszystko, co było w kopule nie do naruszenia. I tak jak chodzimy wokół fresków, można je podziwiać, marudzić, kiwać głowami, zachwycać się lub odejść. Ale nic nie można zmienić. Ideału się nie udoskonala i z nim się nie dyskutuje. Kocha i tylko kocha. Absolutnie nie nienawidzi.
Jakowaś kontrowersja, jakiś paradoks, jakiś wręcz dysonans nieodparcie wiąże się z estymacją wartości tego wszystkiego, co zrodziła Florencja. Z jednej strony twarda historia i fakty, które notarialnie wręcz przystawiają pieczęć poświadczenia prawdy. Z drugiej strony — emocje, powodowane nieograniczonym pięknem, które bez walidacji krążą w umysłach i sercach odwiedzających Florencję osób. I chociaż problem ze zmysłami jest zawsze jeden i ten sam — nie mają one nic wspólnego z merytoryką, argumentami, sensem, logiką, przewidywalnością czy tym podobnym, to jakże łatwo i niewinnie i niepowściągliwie można oddawać się infantylnym zachwytom, gdy ciągle z tyłu głowy mamy tego potwierdzenie w faktach.
Wymóg merytoryczności, którym obciążone są z zasady wszystkie książki odnoszące się do miejsc geograficznych, zabytków, miast lub regionów, jest w sposób utarty nieodłączonym elementem sukcesu udanej pozycji. Wiarygodność wszystkie pęta i jednocześnie hamuje wszelkie niepohamowane, rwące się myśli czy gesty. Jak potwierdzić wiarygodność odczuć, jak ją autoryzować i przekazać światu, że odczucia są autentyczne i faktycznie nieszablonowe. To chyba jedyne, co ludzkości zostało — zmysły i uczucia, szał namiętności i autentyczności, nieweryfikowalne uczucia i myśli, które umykają weryfikowalnym danym.
Myśląc o weryfikowaniu życia i człowieczeństwa, nie mogę nigdy zapomnieć o rozmowie, jaką toczył John Nash, oświadczając się przyszłej żonie, kiedy podał w wątpliwość miłość jako coś nieweryfikowalnego, co nie ma dowodu. Poprosił swoją wybrankę o dowód na to, że miłość istnieje, wybieg był nadzwyczaj zmyślny.
— Jak duży jest Wszechświat?
— Duży.
— Jak duży?
— Ogromnie.
— Skąd to wiesz?
— Wszystkie dane na to wskazują.
— Ale jesteś pewny? Widziałeś granice Wszechświata?
— Nie.
— Tak samo jest z miłością. [Film „Piękny Umysł” reż Ron Howard]
Zatem uczucia, zmysły i myśli związane z Florencją, jak i każdym obiektem miłości, są nie do zweryfikowania. Mnogość reakcji bowiem czyni je nieweryfikowalnymi i jednocześnie tak bardzo ludzkimi.
By książka taka o cechach przewodnika była wiarygodna, musi stać za nią niewątpliwie cała masa źródeł, przekopanych faktów i danych, najlepiej, żeby wnosiła jeszcze coś nowego, odkrywczego — coś w stylu znaleziska wykopanego spod gruzów, jak niedawno buty Michała Anioła. W każdej kolejnej książce o Florencji pojawiają się nowe fakty, które doprowadzają do oczywistego wniosku, że Florencja jest niezwykła.
Wszakże co nowego można w tym mieście odkryć? Z jednej strony z pewnością jest wiele do odkrycia, w regionie, gdzie zaledwie kilkanaście procent wykopalisk jest uwidocznionych, a reszta nadal spoczywa pod ziemią. Ale z drugiej, czy odkrywanie ciągle czegoś nowego jest lepsze niż kochanie tego samego na nowo, miłością stałą i nie do podważenia?
Nie jestem niestrudzonym badaczem, bo nie wydaje mi się, że Florencja potrzebuje czegoś nowego, że jej czegoś brak. Florencja — Florencji czar oparty jest na wszystkim naraz. Mnogość odczuć i czas podszyty przeszłością i wyjątkowością, głód za nią, spokojnie obejdzie się bez kolejnych odkryć. Nie wiem bowiem, czy jestem w stanie odkrywać coś, co ma w sobie tyle zachwycających rzeczy, nie pora chyba odkrywać kolejne. Zachwycanie się Toskanią — Florencją nie jest niczym ani odkrywczym, ani wysublimowanym. Po prostu jest czymś oczywistym. Czymś bardziej oczywistym niż jej odkrywanie.
Beletrystyka emocjonalna — piśmiennicze powiązanie opisów miejsc z podkreśleniem subiektywnych odczuć autora — raczej taki gatunek literacki przychodzi mi na myśl. Moja książka jedynie „zaczepia” o fakty historyczne. Muska, a muśnięcie to delikatne jest. Nie ma przytłoczyć. Fakt jest też taki, że nie da się poruszać we Florencji, bez trzymania się ukutych haseł, podstawowych dat, najważniejszych nazw i najznamienitszych nazwisk. Stanowią one pewien wręcz uszlachetniający szkielet, na którym wszystko się trzyma w bardziej konkretnych granicach. Nie poruszamy się po pustyni, ale terenie, gdzie każde ziarnko owej pustyni to wszakże punkt do odniesienia. Każde ziarenko jest tak samo ważne, że samo sobie wytycza szlak. Ale ziarenek jest tyle, że do piramidy nawet nie znajdziemy drogi, gdyż tak wiele znajdziemy po drodze. Mnogości atrakcji nie sposób zliczyć. Daty i temu podobne okoliczności usadawiają wydarzenia w epoce. Bez historii nie sposób przenieść się mentalnie tam, gdzie piękna stolica Toskanii — Florencja, postrzegana przez nas obecnie jako światowa perła wszystkiego, zawiązała się. To Wenus, która stoi w perle, z rozwianymi lokami, nie wyszła z niej przecież przed chwilą. Historia ma tu więc dużo do powiedzenia. W pewnym sensie najwięcej. Bo wszystko, co we Florencji podziwiamy, skądś się wzięło.
Nie umieszczając, z przesadną częstotliwością, numerycznych faktów, dat, nazwisk i nazw w centrum swojego zamysłu na książkę, od zupełnie innej strony chciałam podążać w stronę Florencji i swoiście badać jej niezwykłość — wejść do tego miasta i nie pamiętać wszystkiego, co o nim napisano. Tylko odkryć je po swojemu. Czy zatem nie tak samo jak inni? Nie sądzę. Nie sądzę, by pamiętano, że w tym wszystkim Florencja jest kobietą.
Ilekroć słyszę „po swojemu”, od razu widzę przed oczami „mało wiarygodnie dla innych”, bo polegać będę na tym, co nie jest wiarygodne — na zmysłach, tam gdzie mnie prowadzą, to co podpowiadają, tam gdzie wzrok wiedzie. Subiektywnie. A jak subiektywnie, to — przychodzi mi na myśl — nieprawdziwie. A jednak, w przypadku Florencji, w oparciu o wspomniane zmysły — to właśnie subiektywne odczucia dopiero oznaczają dla mnie jak największą prawdziwość i autentyczność. Nic, co jest na pozór ulotne, nieuchwytne, odczuwane, nigdzie indziej nie jest tak autentyczne jak we Florencji właśnie. Każdy Florencję poczuje inaczej. Zachwyt dla oczu, dla nosa, ust, skóry, umysłu. Z niczym (prawie z niczym) nie jest porównywalny moment, gdy stawiam stopę na toskańskiej ziemi, gdy ogarnia mnie niewytłumaczalny komfort i spokój, niemający żadnej konkretnej genezy.
Czy zachwyt powinien być stonowany? A może adekwatny do wieku? A może nie taki impulsywny i opanowany? A najlepiej ukryty? Głupota. Najczystsza. Lub dorosły prymitywizm świętego przekonania, że to, co niepokazywane, jest prawdziwe. Prawdziwe to drzemie w nas dziecinne, bo tylko to jest autentyczne. Nie wiem, jaki sposób zachwycania się jest właściwy. Właściwy dla siebie, dla innych. Z pewnością różnimy się, każdy ma inne wyobrażenia, każdy czego innego oczekuje i każdy w inny sposób realizuje swoje potrzeby i wówczas w indywidualny dla siebie sposób wypełnia definicję, która jest jednak nie w pełni spisana.
Zachwyt jest dziś nie tyle deficytowy, co infantylny, i może dlatego deficytowy? Co pierwsze? Automatycznie zachwyt jest deficytowy, ponieważ go unikamy? Zachwycać się nie wypada. By nie było za infantylnie, za słodko. Za słodko o Florencji. Może cytaty autorytetów, podróżników, znawców nadadzą temu zachwytowi zacną wartość, choć trochę zniwelują poziom dziecinnego podekscytowania? Czy okrzyk „ojej!” jest bardziej wartościowy niż odczyt w sali wykładowej? Kto to definiuje? Kto każe się zachwycać lub nie? A co się stanie, jeśli się czymś zachwycimy, a ktoś to zobaczy? To nas określa? To może lepiej nie? A w związku z tym jak żyć, a tym bardziej odpoczywać, gdy nie można się zachwycać? Czemu zachwyt zawsze jest infantylny? Czyżby zachwycać się nie wypadało? Czy kupno obrazu za kilka milionów jest czymś dojrzalszym niż okrzyk na widok tegoż obrazu w muzeum? Jaka postawa jest bardziej niedojrzała? Głupia…? Któryż zachwyt jest bardziej autentyczny? Prawdziwy? A który naturalny? A jak wypada się zachwycać?
**
Ograniczenie odczuwania. By treść była poważna, sucha i zwięzła, szorstka i konkretna, gdyż to w powiązaniu z moim, jak już się przyznałam, infantylnym zachwytem nada spokojnego tonu wyważonej opowieści o pięknym mieście.
Ale nie, nie… Z uwagi na to, że według mnie Florencja to idealne miasto dla czczenia kobiecości, a kobiety z zachwytu powinny sobie pokrzyczeć. Trudno powiązać mi swoje odczucia i zakuć w kajdany, gdy chodzę po uliczkach, skąpana w słońcu i oliwnym pocie na skórze. Zakłopotana w pewnym sensie swoim zachwytem, który poza rumieńcami i młodzieńczym wyrzutem histaminy zdradza moje zakochanie, zwróciłam się o „pomoc” do wszelkich możliwych i dostępnych autorów, którzy kiedykolwiek dotknęli temat Florencji. Nazwisk szacownych nie brak i co dla mnie ważniejsze — poważnych, dostojnych mężczyzn, z pewnością z mniej egzaltowaną naturą niż ja. Herbert, Goethe, Henry James, Stendhal… Te wtrącone cytaty czcigodnych owych dżentelmenów to jedynie próba stonowanego podkreślenia aury Florencji, której ja — nieliteracka kobieta — nie potrafię oblepić zacnie poetyckimi frazami.
Jakże bardzo się rozczarowałam, a jednocześnie jak to rozczarowanie okazało się dla mnie ulgą, że nie uczestniczę w jednoosobowej halucynacji. Zbiorowa również nie stanowi umysłowej nobilitacji żadnego rodzaju, ale przynajmniej lekko od szaleństwa odżegnuje. Stoicka powaga, którą próbowałam w sobie wyhodować, prysnęła w jednej chwili, gdy wertowałam kartka po kartce kolejne źródła, szukając zwątpienia autorów w cud Florencji, i by samej się trochę ostudzić. Nie sądziłam, że w źródłach znajdę tak wiele wypowiedzianych opisów miasta zawierających słowo „kocham”. Wyrażana wprost miłość do Florencji przez pisarzy polskich, angielskich, francuskich i amerykańskich wydaje się nie mieć sobie równych i równie wyczerpujących. Aż czasem sama w lekkiej konfuzji podziwiałam czyjś zachwyt wprost. Nadmienię — pisarzy mężczyzn głównie.
Przy ostatniej wizycie nieopodal florenckiej katedry puściły mi emocje całkowicie. Stanęłam początkowo spokojnie i świadomie. W lipcowy wieczór obróciłam się na pięcie wokół własnej osi: idylliczny, wpasowany doznaniami i pełnymi uczuciami malowniczy obraz dopełniała upalna pogoda, jednak nie męcząca, snujący się grajkowie i śpiewający tenorzy w zaułkach świątynnych murów, toczące się wolno setki ludzi, krążących niczym naturalne satelity. Wszyscy jak na gumce od majtek — w pasie pięknej Duomo.
**
Ogarnął mnie żal, że nie widzimy, jak wiele nie widzimy. Że nie widzimy Florencji. Wiemy coś tam, ale nie widzimy jej, nie czujemy. A to skarb. Większość nas wpada w pułapkę braku. A w jeszcze większą, gdy próbujemy ten brak uzupełnić. Nieustanna gonitwa za uzupełnieniem tych braków daje mylne wrażenie, że po osiągnięciu celu, już niczego nie będzie brakować. Pojawiają się inne braki. Wracamy do stanu sprzed braku. Bezmyślne zapełnianie czasu podszyte konsumpcją i automatyzm w robieniu przyjemności SOBIE stają się wszakże przygnębiająco normalne. Z czasem — celem życia. Gdy nastaje BRAK, życie traci sens. Sensem staje się BRAK. No to trzeba nadrabiać braki, w znany sobie sposób. Jakikolwiek, czymkolwiek i szybko. Dlaczego młoda para — nie każda rzecz jasna — poświęca większość swojej energii na wyszukanie najbardziej nietypowego i zaskakującego miejsca na podróż poślubną? Czy z ukochanym/ukochaną nie wystarczy jechać choćby i pod szałas? Czy szczęście wymaga reklamy? Czy miłość wymaga reklamy? Obnoszenia się? Czy miłość i szczęście muszą być wystawione na widok publiczny, by zostały uznane za wartościowe? Dlaczego obnoszenie się ze wszystkim ma wypełniać definicję szczęścia? Czy szczęście eksponowane w celu wytknięcia komuś braku szczęścia ma być szczęściem? Czy to nie jakiś labirystyczny, pełen zaułków, obłęd? A gdzie w tym jest człowiek? Czy jego obecność tylko sama w sobie nie jest szczęściem…?
Przecież to ukochana osoba tworzy raj dla Ciebie. Raj jest z kimś, a nie gdzieś. Raju z kimś nie kupi się za żadne pieniądze. Straszny banał. Ale w raju z kimś niestraszne żadne piekło. W sercu czy na ziemi. Bez względu na to, kto je opisuje, przez ile kręgów Dantego trzeba iść.
Jeśli jedziesz do Toskanii — szukaj raju — znajdziesz. Znajdziesz coś, o czym nie wiedziałaś/eś, że za tym tęsknisz.
Gdy kochasz kogoś, wszystkie emocje zachowujesz tylko dla siebie. Bo tylko Ty je rozumiesz, tylko Ty umiesz je tak skonfrontować z codziennym życiem, i dzięki tej osobie to codzienne życie nie jest takie codzienne. Ale ono jest Twoje, z tym kimś w tym codziennym życiu, które staje się niezwykłe dzięki tej Osobie.
Gdy kochasz coś, pilnujesz tego, dbasz o to, starasz się by było w Twoim pobliżu jak najczęściej.
Gdy kochasz miasto, często o nim myślisz, wspominasz, chcesz do niego wracać i wracać do tego stanu, który osiągasz, będąc tam. Czy jest duże, czy jest znane. Jest „Twoje”, bo tam uchwyciłaś/eś te szczęśliwe chwile. Chwytać je trzeba, bo ulecą, bo miną.
Florencja to miasto, które kocham. Chwytam je więc zmysłami, bo według mnie, tylko tak można oddać jej piękno. A czasem jak się uda, właśnie za pomocą zmysłów, można je zabrać ze sobą do domu, by zmysły pomagały wprowadzić się na sekundę w stan błogości i ciepła, właśnie bez zmysłów nieosiągalny w zimie, w samotności.
Kocham to miasto zmysłami, tym co tam widzę, jak się tam czuję, co czuję, co smakuję. Kocham ją zmysłami.
Florencja to dużo więcej niż miasto o ciekawej historii, niezwykłych zabytkach, unikalnych walorach. I naturalne jest to, że chyba niewielu zaczyna się interesować Florencją ze względu na jej bez wątpienia ciekawą przeszłość. Przede wszystkim najpierw uwagę przyciąga jej niezwykła teraźniejszość. I ta teraźniejszość z czasem uzmysławia, że warto by cofnąć się do przeszłości, by dowiedzieć się, co sprawiło, że jest taka jak teraz.
Florencja od razu robi wrażenie na wszystkich. Zakładam się, że bez wyjątku. (No może…) I wspominanie o niej już mi nie wystarcza. Tyle rzeczy jest dla mnie zachwycających, że zaczynam zapominać o jednych, pamiętać o drugich, dostrzegać jeszcze inne. Wracać do tych pierwszych i określać je na nowo.
Czyste piękno ginie zdecydowanie za szybko. Ale to właśnie we Florencji można się przekonać, że naprawdę istnieje, i to w wielu formach.
Czystość Florencji to jej czyste piękno w sztuce, która tam spoczywa. Wenus Botticellego, Dawid Michała Anioła, kopuła Katedry Matki Boskiej Kwietnej Brunelleschiego…
Czystość wina… doskonałość nasycenia wina szczepem pod nazwą Krew Jowisza. Doskonałość smaku, koloru, formy, konsystencji…
Czystość oliwy… z doskonałych drzew, owoców dojrzewających w doskonałym słońcu…
Czystość miast… mających duszę, ślady historii, broniące tożsamości, odrębności, a jednak scalające się z resztą…
Czy my, ludzie, też do tego piękna się zaliczamy? Ponoć tworzymy tyle tego piękna, a już podziwianie go to nie dla nas zgoła obszar, ani czas, ani ochota.
Ostatnio, rzec można, niechlubnie raczej niszczymy, niż tworzymy. Raczej giniemy, niż się rodzimy. Raczej nic nie robimy, niż coś robimy. Raczej nic nie zmieniamy. Albo zmieniamy za dużo, lub w złą stronę, jakby w szale błędów i braku sprawczości, prowadząc do zniszczenia. Wiemy, wiemy i nic z tego nie wynika. Umiemy, umiemy i dalej nic z tego nie powstaje. Za wolno, za mało stanowczo, za mało pewnie, za mało zdecydowanie. Za dużo rzeczy, chwil, emocji nam umyka. Chwile, a czasem całe życie. Nie ma równowagi, spokoju, wytchnienia.
A Florencja i Toskania? Przypomni. Przypomni i znajdzie się. Może nie wszystko, ale na pewno przypomnimy sobie, jak brzmi nasze hasło, jak je powiedzieć, by dla nas sezam Florencji się otworzył. Eureka!
Często sama łapię się na tym, że umyka mi to, co za darmo. Przychodzi opamiętanie — na zawołanie wszystko doceniam. Trudno zatrzymać się na dłużej, gdy na chwilę opamiętania nie znajdujemy chwili. Nie wiem, czy to paradoks, czy wręcz śmieszność, że dziś, żeby wypić na letnim śniadaniu na trawie kubek świeżego krowiego mleka i zjeść ziemniaka z ogniska, trzeba albo za grube fundusze wyprowadzać się na wieś, i do tego jeszcze zamieszkać w wysublimowanym domu w odpowiednio wiejskim stylu, albo słono zapłacić w restauracji za ziemniaka z grilla dosuszonego suszarką (sama to widziałam).
Gdy przyjeżdżamy do Florencji, znajdujemy tam wszystko to, czego nam brak, i to od razu. I do tego od razu wiemy, że nam tego było brak. Ciepło i zapachy koją nas i poszarpane nerwy. Słońce i radość innych ludzi są zaraźliwe. Co chwilę napotykane dowody starości, świetności i historii uspokajają. Tu nie trzeba się leczyć z nerwów ani szukać oddechu. Miasto od razu wprowadza w inny stan. Spowolnienie, spokój, ale jednocześnie radość i beztroska.
Taka jest Toskania. Taka jest Florencja.
Piękna, tajemnicza, nieodkryta, zaskakująca, delikatna, urocza, smukła, smakowita, romantyczna, solidna, niepokonana, nieogarniona.
**
Do napisania tej książki zachęciła mnie moja Mama oraz moi Bliscy. Gdy rozmawiam z nimi o podróżach, temat zawsze schodzi na Florencję. Nie nudzi powtarzanie ciągle tych samych opisów zakątków, sytuacji, spostrzeżeń. Różne i różnie wspominamy miejsca, ale gdy pojawia się Florencja, nikt nie panuje nad tym, co mówi i jak szybko. Gadamy o niej w każdym momencie, gdy jest nam smutno, radośnie, ciepło, zimno. Każdy wtrąca coś od siebie, ale cała reszta rozumie.
Liczba wypowiadanych zdrobnień, słóweczek, określeń i uśmiechów przy takiej rozmowie jest niezliczona. I właśnie ktoś, kto nie był we Florencji, takiej rozmowy za cholerę nie zrozumie.
Ostatnio, na jednym ze spotkań, w naszym towarzystwie pojawiły się osoby, które nie były we Włoszech. Grunt do rozmowy się znalazł. Powiastki o Florencji się rozwinęły. Każdy z nas dał się ponieść chwili i wrzucał co rusz jakieś swoje krótkie wspomnienia, z wypiekami na twarzy, czy to po alkoholu, czy to z podniecenia towarzyszącemu żarliwemu opowiadaniu. Po chwili jedna z osób, które nie były we Florencji, zapytała mnie: „Nawijasz bez końca o Florencji, no ale powiedz, co cię tak w niej ruszyło”. A ja na to: „Nie wiem…”.
Cóż może być trafniejsze… Cudu nie można określić tysiącem słów, gdy za cudem budynków idzie tysiąc zmysłów, skojarzeń, odczuć i wspomnień indywidualnych dla każdego. Każdego z osobna.
Praktycznie książkę tę można teraz zamknąć, bo żadna z książek nie da odpowiedzi na powyższe pytanie. Bardzo proszę. Proszę ją zamknąć.
Spakować się i otworzyć ją w drodze do Florencji.
Może zbyt pochlebiam sobie, gdyż kimże jestem, by zachęcać do czegoś, przekonywać, co jest dumą świata od setek lat. Nie jestem historykiem ani znawcą Florencji w jakiejkolwiek skali. Ale mogę powiedzieć, że znam ją zmysłami. Nie jestem Florencją. Jestem kobietą i widzę ją oczami, czuję dotykiem, mlaszczę ze smakiem i wchłaniam zapachem. I tego właśnie nie da się poznać, czytając jakąkolwiek książkę, więc…
Ponownie — proszę ją zamknąć — i tam jechać.
MIASTO OD KWIATKA
[zdjęcie 4]
Wszystko, co tu powstało, stworzyła miłość.
Świątynia, obraz, fresk i płaskorzeźba. […]
Florencja dotychczas przyjmuje każdą oznakę miłości,
gotowa wieńczyć ją gałązkami oliwek i laurów, fiołkami i różami. [Paweł Murator „Obrazy Włoch Florencja”
Florentia! — krzyknął Juliusz Cezar, gdy pewnego kwietniowego dnia w roku 59 p.n.e. o brzasku został rozbudzony mocnym zapachem kwiatów i olejków eterycznych, drażniącym nozdrza, wywołującym pieczenie oczu, kręcenie w nosie, może alergię, kichanie, smarkanie i inne tego typu objawy, dobiegającym z pobliskich, aczkolwiek pewnie niewidocznych dla zaspanego oka łąk, podbijanym gorącem budzących się promieni słonecznych, które w tej części Toskanii są wyjątkowe intensywne. Wszystko jeszcze o tej porze roku dopiero co przeciąga się po zimowym śnie, choć już czuwając ostrożnie, by nie przegapić gorących, zbawiennych promieni słońca, które to uwalniają uśpioną niczym w granacie eksplozję.
Jak pisze Niccolò Machiavelli w Historiach florenckich:
[…] różne są zdania co do tego, skąd nazwa Florencja się wzięła. Jedni twierdzą, że nazywa się tak od Florina, jednego z naczelników kolonii. Inni zaś dowodzą, że początkowo mówiono nie Florencja, a Fluenzia, a to z powodu przepływającej w pobliżu rzeki Arno, co poświadczają słowa Pliniusza: „Fluentczycy osiedleni są nad płynącym w pobliżu Arnem”.
Ze swoją znaną gracją Machiavelli podsumowuje:
[…] sądzę, że jakakolwiek była tego przyczyna [nazwy] zawsze nazywano ją Florencją.
Ot i mamy wytłumaczenie. Coś w stylu — tak się nazywa i już.
**
Florencja to esencja przyjemnych skojarzeń i artystycznych doznań dla oka. Tu po prostu wszystko dobrze się kojarzy. Miłe są barwy, miłe są kształty, miłe są zapachy, miłe jest powietrze, miła jest pogoda, miły jest wiatr. Plastyczna mozaika nienaciąganej i nieprzesadnej harmonii.
Na pewno jednym z jej charakterystycznych elementów jest kwiat lilii widniejący na każdym kroku — na lampkach od wina, na miejskich ujściach — hydrantach, bramach, na kratkach odpływowych na ulicy, na śmietnikach, na obrusach. Symbol Florencji — kwiat lilii — to oznaka czystości, ale i rychłej pomyślności. Uwielbienie Włochów do zawierzania szczęścia i pomyślności symbolom i przedmiotom nie ma nic wspólnego z zabobonami czy tępym i chorobliwym uwielbieniem przedmiotów. Raczej to zawierzenie Naturze — jakże by inaczej podsumować to, że w Neapolu symbolem szczęścia i pomyślności jest mała papryczka — koniecznie musi Ci ktoś ją wręczyć, nie można kupić jej sobie samemu. Potem nosimy ją w portfelu, na bransoletce. Ale Natura równie hojnie użyczyła swojego symbolu Pompejom. Zwiedzanie Pompejów graniczy z cudem, gdy chodzimy po odzyskanych uliczkach tego miasta, oglądamy, jak kiedyś wyglądały bary, banki, domostwa i przy każdym musiała być płaskorzeźba męskiego członka — jako gwarant obfitości, szczęścia i pomyślności. Florencja ma skromną lilię. Chociaż męski członek — można by zaryzykować stwierdzenie — nie przyniósł Pompejom szczęścia, ale uratował je od zapomnienia i Pompeje po setkach lat odnaleziono i istnieją, prawie jak nienaruszone, dzięki zbawiennemu działaniu tufu, który przykrywał miasto i konserwował je przez wieki. Wniosek — maseczkę z tufu trzeba sobie zafundować na Capri, gdzie są znane ośrodki wzniecania młodości, gdyż tuf świetnie konserwuje, jak widać po Pompejach.
Florencja — mając za symbol lilię — od wieków cieszy się bogactwem, zwycięstwami, korzyściami i zwykłym szczęściem.
Jakie jest bowiem drugie takie miejsce na Ziemi, które skupia w sobie po prostu WSZYSTKO — Michała Anioła, Leonarda da Vinci, największą ceglaną kopułę na świecie z jeszcze większą katedrą, oliwę, oliwki, trufle, makaron, prosciutto, parmezan, ceramikę, skórzane buty i torebki, jaśmin, gobeliny, Dawida, pecorino, maki, słoneczniki, złoto, słońce, lody. Gdzie?
„Tak jak we Florencji nie żyje się nigdzie indziej” — rzekł J.W. Goethe w Podróży włoskiej. Zbigniew Herbert musiał spacerować po Florencji nocą, bo dnia było mu za mało. „Na ulicach Florencji historia sztuki przemienia się w żywą materię” — ocenił Wojciech Karpiński.
Dante, pisząc swoją Boską komedię, umiłowanie do świata i owych chwil krótkiego życia wziął z Florencji.
Czy to miasto nie sprawia, że życie każdego z nas, jego przelotnych gości, nabiera jak gdyby większej ceny? To miasto, takie zwyczajne, gdy spoglądamy na tutejsze sklepy, na nowe domy i na nowe ulice, przechowuje dla każdego istny skarb jakichś jeszcze nieznanych uczuć i niedoświadczonych subtelnych wrażeń. [Paweł Murator [Obrazy Włoch Florencja]
A historia? No cóż… pod względem historii, wielkości i chwały Florencja z pewnością się wyróżnia. Zawsze — na przestrzeni wielu wieków — przyciągała ludzi do siebie.
Odkąd zatem Juliusz Cezar wykrzyczał zachwyt nad tym miejscem, to średniowiecze jest momentem, gdy Florencja zwraca uwagę świata.
We wczesnym średniowieczu miasta północnych Włoch i Toskanii były prekursorami polityki, stylu życia i kultury, a Florencja w tym przodowała. Ówczesny europejski świat, zdominowany przede wszystkim przez ciasnotę umysłową, absolutyzm władzy, przemoc państwa wobec obywateli, obcość idei wolności — świat, w którym nie było Ameryk — wytworzył jednak żyzny grunt do stworzenia czegoś, co nazwano obywatelem, mieszczaninem, mieszkańcem kultury miasta, a — wraz z rosnącą potęgą Florencji — obywatelem świata. Z Florencji wyszedł pierwszy impuls owej nieodwracalnej przemiany z ciasnego średniowiecza na jasność człowieczego renesansu, która przeniknęła wszystkie instytucje kulturalne, społeczne, wychowawcze, polityczne i religijne chrześcijańskiego świata, znacząc nową jasną erę ludzkości.
Florencja — miasto od kwiatka — to kwiat wolności, piękna i renesansu — odrodzenia tego, co w historii ludzkości zaistniało w starożytności, a teraz w czasach ciemnoty i prymitywnego średniowiecza pomogłoby tej samej ludzkości odrodzić się bez kajdan, w kwiecie wolności, historii, sztuki i piękna człowieka. Jakie inne miejsce do tego by się nadawało, jeśli nie Florencja?
Z dawnej Florencji emanuje przede wszystkim uczucie trwałej szczęśliwości, zbawczego zdrowia, czegoś solidnego i ludzkiego, stwarzając klimat, w którym wciąż da się żyć. Wynika to do pewnego stopnia z „sympatycznej” natury, umiarkowanej radości florenckiej sztuki w ogóle — wyjąwszy jedynie Dantego, wielkiego mistrza literatury. Przyczyniła się do tego również czułość czasu, który z nielicznymi wyjątkami przemijał, nie czyniąc szkody, jakoby świadom, że gdyby przygasił i rdzą przeżarł te cudowności, nie znalazłby już nic równie słodkiego, co mógłby nadgryźć swoim zębem.
I pewnie Henry James, pisząc o tym w swoich Godzinach włoskich, nie znalazłby rozgrzeszenia.
Podniecenie — tak to nazwijmy z braku lepszego słowa — które wywołuje myśl o podróży do Florencji, zostało już wyrażone na wiele sposobów. Wydaje mi się czasem, że różni ludzie, których cytatami będę podpierała się w swojej książce, próbują jak najtrafniej, najdosadniej, a jednocześnie najzwięźlej oddać ten cud.
Każdy, kto choćby raz ją […] ujrzał, zapamięta to miasto na całe życie. Nie ma chyba takiego człowieka, którego ten tak dobrze znany „ogólny widok” Florencji [ze wzgórz pomnika Michała Anioła — przypis autora] nie przybliżałby do piękna wyśnionego ponad wszelkie uroki ziemskie. Henry James „Godziny Włoskie]
Tudzież nic dziwnego, że atmosfera zmieszana z unoszącym się gorącym piaskiem dosyć skutecznie zmąciła Cezarowi i tak przytłumiony starożytnymi wspomagaczami umysł, każąc mu wykrzyknąć najbardziej oczywistą w tych okolicznościach nazwę. Nie zbudowano w przyszłej Florencji wtedy z tegoż powodu ani kościoła, ani żadnego piazza. Wszakże posłano zmęczonych rzymskich żołnierzy do założenia koszarów — w miejscu, dokąd woń wiodła. I jak się później okazało — przetrwała ta najbardziej oczywista i najprostsza z nazw. Florencja — „Kwitnąca”.
Nie sposób nie zgodzić się z myślą, że:
[…] powstała [tu] czysto intelektualna atmosfera, w której można się chronić przed nowoczesnym światem i wypełnić płuca tchnieniem zapomnianej wiary. W dodatku tutejsze zabytki przeszłości otwierają się przed nami jakąś nieznaną życzliwością, uprzejmością, jakie trudno znaleźć w innych estetycznie uprzywilejowanych miejscach i epokach. Wenecja, ze starymi pałacami, które zapadają się pod ciężarem swoich skarbów, wydaje się nieznośnie smutna. Dochodzą mnie słuchy, że Ateny, ze swoimi pokaleczonymi murami i zbezczeszczonymi wspomnieniami; przyprawiają wrażliwego widza o chroniczny zachwyt serca. [Henry James „Godziny Włoskie]
We Florencji żaden ból nie chwyta za serce. Żadnego przytłoczenia, smutku nie czuję, a nawet chyba i powagi mi brak.
Tożsamość Florencji uderza tym, że nie jest zapożyczona znikąd. Tu nie ma motywów z tego lub innego miejsca, z tego lub innego stylu. Napotkana rzecz od razu trafia w gust, a oryginalność w prostocie i surowości ozdób wręcz pozbawia zwykłych odruchów tak częstych na widok blichtru i błyskotek.
Chodzenie po Florencji samo w sobie jest jakieś tajemnicze. Tu się wydaje, że przemknął Medyceusz, tu stoi Dawid, ale nie wiadomo, czy zza jego pleców nie wyjdzie Michał Anioł z uciemiężoną twarzą znowu nierozwiązanej tajemnicy ludzkiej anatomii. Mam też często wrażenie, że jak wejdę w wąską uliczkę, to ktoś wyjdzie zza tajemnego przejścia, jak u nas w Zamku Czocha. Dziecinne skojarzenia wyłaniają się zaskakująco w mojej głowie, gdy wchodzę na Most Złotników. Nie czuję się jak w jednym z najdroższych sklepów jubilerskich, ale raczej jak na ulicy Pokątnej, szukając starych książek. Zaskakujący miraż skojarzeń i niespodziewanych obrazów brwi podnoszących.
Patrząc w uliczkę pod światło, widać bruk błyszczący słońcem, po bokach sklepiający się z budynkiem, który lekko nadkruszony, w swoim genialnym odcieniu brązu, jakby wyrasta z ziemi, niczym z gliny, gładki jak lustro, pnie się do góry, ściskając w sobie kawałeczki żwiru.
Czasami, kiedy przystajemy, aby przyjrzeć się im bliżej, pragnąc dostrzec snujące się po nich cienie, wyglądają jak korytarze z przeszłości, mistyczne niczym drabina Jakubowa. Kiedy więc widzimy zbliżającą się postać, nieomal boimy się zaczekać, aż podejdzie — zanadto bowiem przypomina zjawę, posłańca z zaświatów. [Henry James Godziny Włoskie]
Kluczenie w labiryntach florenckich uliczek to raj, rytuał — nie wiem, jak to określić, ale na pewno to cud przeżywania miasta. Za każdym zakrętem czyha coś i na pewno ktoś, wychodzący, niepewny, skręcający, szukający, turysta, mieszkaniec, tak samo w oszołomieniu, niewiedzący, gdzie jest, gdzie idzie, skąd wychodzi, a jak tam wrócić? To robią uliczki Florencji. Znowu mącą. Ale jak. Że krążysz i krążysz. Nie boisz się, to nie labirynt z Harry’ego Pottera, że później już tylko cmentarz. Chodzisz i jak dziecko szukasz zabawki, kończy się uliczka, docierasz do rozwidlenia, widzisz już skręt, a tu raptem odwracasz głowę i przed oczami jest inna uliczka, zaskakująca, niespodziewana, ale tu trzeba wejść, a co tam jest, a może sklepik, a może niezwykła, nikomu nieznana restauracja… i tak ciągle, i tak w kółko. Florencja więc to bajkowy naszyjnik, z milionem pereł, gdzie każdy taki klejnot — uliczka — jest jak piękna ozdoba sznura, nie dusząca, a zdobiąca, nie tłamsząca, a błyszcząca, a wszystkie perełki razem tworzą jeden piękny sznur unikatów zdobiących Florencję, wijących się wokół pięknej głowy — Katedry.
Jak spojrzymy w taką uliczkę jeszcze raz — jest wąska, ciepła, w półmroku, ciasna, ale przyjazna. Można wówczas zamknąć oczy i wyobrazić sobie obraz sprzed 500 lat — ścisk tłoczących się florentczyków. Poświata, którą widzimy, jak ślady duchów krążących nad Florencją i pilnujących, by czas nie zabił tego, co było. Pilnują, chodzą, zaglądają, oddychają tym samym powietrzem, szepcą do ucha i utrzymują ciągle nasze upojenie tamtymi czasami, tamtą wielkością, by nigdy stąd nie odeszła.
Ich ciężkie szaty dalej suną po bruku. Dlatego i nasze chodzenie jest ważne — bo chodzimy razem z nimi, chodzimy ZA nimi, ich uliczkami, za ich myślami, my jemy lody i mamy klapeczki z koralikami na stopach, oni ciężkie szaty, złote paski, buty zdobione perłami, wykwintne fryzury, my okulary słoneczne. Ale idziemy razem. Czyżbyśmy naprawdę wierzyli, że chodzimy uliczkami Florencji, bo mamy uzasadniony cel? Bo wiemy dokąd? Bo wiemy którędy? Nic bardziej naiwnego. Florencja dzisiejsza jest tak przesiąknięta Florencją z XV wieku, że to obie Florencje współistnieją jednocześnie. Nie chcę powiedzieć tego na głos — więc piszę — chodzimy po myślach, zamiarach, drogami, wydeptanymi śladami. Chodzimy dosłownie wodzeni za nos zapachami Medyceuszy. To dlatego odkrywamy nieodkryte uliczki, to dlatego wchodzimy tak, jakby jeszcze nikt tam nie był. Chodzimy powoli, oglądamy, a to oni kroczą przed nami, pokazując nam palcem. Oni nam pokazują. Nie wiecie tego?
Most Złotników jest najstarszym istniejącym dziś mostem we Florencji, choć wcale nie był historycznie pierwszym wybudowanym. W tym samym miejscu istniał most już w czasach starożytnego Rzymu, a później wybudowano dwa inne — ale żaden nie przetrwał do naszych czasów. Most Złotników miał też dużo szczęścia — był jedynym mostem we Florencji, który nie został zniszczony przez nazistów, wszystkie inne wysadzono. Ten też miał być zniszczony, zaminowano go, ale nie zdążono wysadzić w powietrze — plotka mówi, że zaniechano tego na osobiste życzenie Hitlera.
Most Złotników nie należał od początku do branży jubilerskiej. Początkowo handlowali tu rybacy i masarze, ale w XVI wieku, chcąc podnieść prestiż mostu, wyrzucono ich i ograniczono handel wyłącznie do złotników. To prawo obowiązuje do dziś — kramy po obu stronach mostu to niemal wyłącznie sklepy jubilerskie oraz z pamiątkami. Most „rósł” na wysokość, z czasem dobudowywano kolejne kondygnacje przeznaczone na sklepy, a górną część zajął tzw. korytarz Vasariego — naziemny tunel, który łączył w średniowieczu ratusz miejski z Palazzo Pitti — główną siedzibą władców Florencji, Medyceuszy.
Ciekawostka: legenda mówi, że to właśnie na Moście Złotników powstało pojęcie bankructwa. W średniowieczu handlarze sprzedawali swoje dobra na stołach wystawionych przed kramami na moście. Gdy kupiec nie był w stanie regulować swoich długów, żołnierze niszczyli stoły przed jego kramem. Banco to ławy, na których wykładano towary, rotto oznaczało ich łamanie. Banco rotto, czyli złamany stół, prawdopodobnie jest pierwszą wersją określenia bankructwa. Kupiec bez stołów nie był w stanie dalej handlować i kończył działalność, zwalniając miejsce dla innych.
**
W pracy zbiorowej Z kamienia i złota zaprezentowano siedem wieków z dziejów Ponte Vecchio, czyli Starego Mostu, bo tak — oficjalnie — Most Złotników się nazywa.
Jak wynika z omówionych w książce odnalezionych dokumentów i zebranych po latach relacji, na początku sierpnia 1944 roku hitlerowcy chcieli wysadzić budowlę, podobnie jak inne florenckie mosty. Niemcy przygotowali też ewakuację wszystkich znajdujących się w tym rejonie osób. Jeszcze w 1939 roku, na rozkaz Benito Mussoliniego, wykuto w ścianach korytarza niewielkie okna, żeby Adolf Hitler, podczas wizyty we Florencji, mógł stamtąd podziwiać przepiękną panoramę na rzekę Arno. Ponte Vecchio jest jedynym florenckim mostem, który przetrwał drugą wojnę światową. Pozostałe zostały wysadzone 4 sierpnia 1944 roku. Przewodnicy opowiadają dziś turystom, że przeważyła o tym właśnie wspomniana wyżej wizyta — Führer był tak zachwycony Mostem Złotników, że wydał rozkaz, by go oszczędzić. Inne źródła podają, że atrakcja, podobnie jak inne mosty, była zaminowana, ale cofające się oddziały wojsk niemieckich nie zdążyły zdetonować ładunków. Dostęp do mostu został natomiast zablokowany przez wysadzenie okolicznych budynków (tym samym ucierpiał wówczas Korytarz Vasariego.
Dwóch pracowników sklepów złotniczych, znajdujących się na moście, dostrzegło, w których miejscach Niemcy zaczepili ładunki wybuchowe. Zakradli się tam i przecięli przewody, nie dopuszczając do detonacji bomb, a następnie opuścili teren z innymi florentczykami. Według autorów książki nikt nie podejrzewał, że doszło do sabotażu. Historię tę odtworzono na podstawie opracowanych niedawno relacji.
Ponte Vecchio (w dokładnym tłumaczeniu „stary most”) na rzece Arno został zbudowany w połowie XIV wieku w miejscu drewnianej konstrukcji z czasów rzymskich, ale jego początki sięgają 996 roku. W 1345 roku został przebudowany, względem jego zbalansowania, i tak stoi do tej pory. Początkowo handlowano tam rybami i mięsem. Od końca XVI wieku stragany te zostały zastąpione przez warsztaty złotników. Most Złotników, początkowo jako drewniana budowla, powstał tu już w X wieku, a handlarze odkryli potencjał tego miejsca około 300 lat później. Dzisiejszy, zbudowany z ciosów kamiennych w XIV wieku, jest czwartą z kolei konstrukcją nad rzeką Arno. Od XVI wieku znajdują się tu warsztaty jubilerów i złotników. Nad kramami dobudowano w tamtym okresie wyjątkową konstrukcję — główną część słynnego Korytarza Vasariego, który łączy budynki po dwóch stronach rzeki Arno — Palazzo Vecchio i Palazzo Pitti).
Na północnym brzegu Arna, między Ponte Vecchio a Ponte Santa Trinita, stoi rząd wiekowych domostw. Odwracają się tyłem do rzeki, w której kąpią swe opuchnięte stopy. Nie sposób wyobrazić sobie czegoś bardziej zmęczonego i zbrukanego, spękanego i rozpadającego się, równie brudnego, ponurego i zaniedbanego. Wyglądają, jakby pięćdziesiąt lat temu zalało je płynne błoto, a potem się wycofało, zostawiając je na zawsze obleczone warstwą odrażającej mazi. Ale doprawdy rzeka jest żółta i żółte światło, a gdzieniegdzie, na jakiejś zmurszałej powierzchni, plamka koloru czy kaprys pogody przyjmują ten osobliwy ton. […] te kamienne fasady, nudne jak kawał papieru ściernego, te żałosne mieszkania zamiast spędzać sen z powiek pracowitym inspektorom higieny, po prostu budują własny wzorzec szczęścia i pieczołowicie go pielęgnują. [Henry James Godziny wloskie]
Moim zdaniem nie ma nigdzie w literaturze bardziej odpowiedniego opisu Mostu Złotników i wszelkich sprzecznych uczuć, jakie on wywołuje. Patrząc na ten rząd domków, nie wiem, czy one się za chwilę nie rozpadną, i strach wejść na ten most, szeregi chatek na kurzej łapce, niezdarnych, tu wystaje listewka, tu pełno drzazg, tu okno się nie domyka, tu zmurszała ściana, traci swą intensywną żółć. Okienka malutkie, jak to u Baby Jagi, szybki popękane, brudne zakurzone, oblepione i w tym wszystkim błyszczące, lśniąco wyczyszczone kolekcje klejnotów. I to wszystko tworzy taką harmonię, jak gdyby piękne diamentowe pierścionki sprzedawano w pobliżu kopalń przez starych robotników, którzy zakurzeni, brudnymi rękami prezentują bransoletki — a jednak kupowanie od nich biżuterii jest autentyczniejsze niż w salonie w szklanym pałacu.
Jeśli przejdziemy przez Most Złotników, na drugą stronę Arno, to już prosta droga do jednego z najmilejszych miejsc we Florencji. To widok na Florencję z Placu Michała Anioła, na wzgórzu po drugiej stronie Arno. Okazja objęcia tego miasta wzrokiem, zauważenia jego układu, rozmieszczenia. Mimo że oglądane z góry, z pewnej wysokości i odległości, to wystająca znad płaskiej zabudowy kopuła Katedry wydaje się tak wielka, że dostępna niemalże na wyciągnięcie ręki.
Wycieczki autokarowe nie zawsze przywożą turystów w to miejsce. Może być i tak, że ktoś z małą ilością czasu lub po prostu mniejszym zmysłem poszukiwania nigdy tu nie trafi. Dlatego proszę, nigdy nie zapominajcie, że nad Florencją, tam u góry jest plac, na którym stoi Michał Anioł i patrzy z uśmiechem na to, co przyszło mu oglądać przez wieczność… Jak Brunelleschi patrzący na swoją kopułę, Michał Anioł patrzy na swoją Florencję.
Dojście jest bardzo proste bez mapy. Przechodzimy przez Most Złotników, skręcamy w lewo i idziemy wzdłuż rzeki. Po około 20 minutach powinniśmy wysoko po prawej stronie zobaczyć wzgórze z rzeźbą i latarniami. Skręcamy wówczas w prawo, przechodzimy przez ulicę i pniemy się do góry, jakąkolwiek uliczką.
Jak już chodzimy po tej Florencji, to zwróćmy uwagę po czym. W roku 1339 Florencja stała się pierwszym miastem w Europie z brukowanymi drogami. Tu nawet bruk jest na wagę złota.
Czyż nie byłoby wręcz czymś nieprzyzwoitym chodzenie między XV-wiecznymi budynkami medycejskimi po chodnikach? Z płyt betonowych? Gładkich, wygodnych, bez nierówności? Właśnie nie. Musisz czuć, po czym chodzisz. Każdy odcisk pojedynczej kostki brukowej na Twojej stopie to odcisk historii, zdeptane brudne stopy latem w upale i kurzu. Przynajmniej się nie przewrócisz, gdy co chwilę będzie trzeba zadrzeć głowę, by zobaczyć Katedrę Santa Maria del Fiore. Raz zadrzeć głowę, by ją zobaczyć.
Zachwyt ma zawsze w sobie coś naiwnego, dziecinnego, może głupiego. Czasem nawet, niepowściągnięty ciszą i zadumą, zawstydza reakcjami osób, tymi najbardziej dziecinnymi, spontanicznymi, wywołując postękiwania, pokrzykiwania. Nie wiem, jak brzmi „O rany”, „O matko”, „o Boże” w innych językach niż powszechnie znany angielski czy w naszym narodowym, ale chyba spoglądający do góry, mrużący oczy i kiwający głową, do tego coś „popiskujący” turyści to chyba mają na myśli i to bez względu na miejsce, gdzie ów emocjonalnie rozpastwiony widz akurat przycupnął. Jedni doznają ekstazy na widok kopuły, inni — Mostu Złotników, jeszcze inni, patrząc na wspaniały makaron z porcini właśnie podany, a jeszcze inni chodzą i ciągle coś z siebie słownie wyrzucają, raczej nieświadomie lub w lekkim półśnie, pocierając czoło co chwila, niedowierzając temu, gdzie w ogóle są, po czym i wokół czego kroczą.
Jednakże czujmy się bardziej doniośle, gdyż nie jesteśmy w byle jakim gronie. Moje słodzenie, zachwyt i podkreślanie tego, niejednokrotnie w nieopanowany sposób, chyba nie jest nietrafione, skoro wielu doznawało niewyjaśnionych odczuć, będąc we Florencji.
Stendhal, słynny pisarz, odbywając swoje podróże we Włoszech, opisał w pamiętniku rodzaj zaburzenia psychofizycznego, jakiego doznał w czasie odwiedzenia Florencji. Jego symptomy doczekały się wręcz naukowego określenia stanu psychicznego pod nazwą „syndrom Stendhala”, którego ów pisarz doznał po wizycie w Galerii Uffizi, odwiedzeniu grobu Dantego w kościele Świętego Krzyża i obejrzeniu Dawida Michała Anioła. Skończyło się to na kołataniu serca i kilku dniach spędzonych w łóżku z gorączką. Kiedy ponownie zdecydował się wyjść na miasto, objawy się powtórzyły.
Znalazłam taką oto przypowiastkę: Dnia 22 stycznia 1817 roku Stendhal, wszedłszy do kościoła Santa Croce (katedra może nie tyle doniosła z zewnątrz, co pysznie, acz z powagą bogata wewnątrz — grobowce znamienitych postaci), podziwia jego piękno, widzi grobowiec Michała Anioła, Canovy, Machiavellego, odkrywa tysiące cudów, więc czuje się nimi przytłoczony.
Pogrążony w kontemplacji wzniosłego piękna, widząc je z bliska, jakbym go dotykał. Osiągnąłem taki punkt wzruszenia, w którym spotykają się niebiańskie doznania płynące ze sztuki i namiętne uczucia. Wychodząc z Santa Croce, miałem przyspieszone bicie serca, byłem wyczerpany, szedłem, bojąc się, by nie upaść.
Nadmiar wspaniałości architektonicznych i malarskich, na dodatek znajdujących się na małej przestrzeni, przyprawił go o kołatanie serca, halucynacje, zawroty głowy i dezorientację. Musiał tę wizytę przez kilka dni odchorować. [Rzym, Neapol i Florencja w 1917 roku, Stendhal]
Teoretycznie stan upojenia umysłów, który umysłom ich podstawową funkcję odbiera, można podciągnąć poniekąd pod wszystkie osoby podróżujące do wszystkich krajów i w odniesieniu do wszystkich zabytków. Można by wykryć ewentualne prawdopodobieństwo wystąpienia takich objawów we wspomnianych okolicznościach, ale w innych miejscach na świecie. Ale czy faktycznie jest prawdopodobne doznanie wstrząśnienia serca i umysłu w innym miejscu? Wiele osób — jak i badań naukowych — choć co do nich nie jestem przekonana, a już tym bardziej do ich powielania lub walidowania, do czego kwalifikacji nie posiadam — uznaje, że moment zakochania daje odczucie podobne do tego, które nam towarzyszy przy zjedzeniu tabliczki czekolady. Być może, i niech tak będzie, skoro przypomnienie sobie takiej definicji uratuje komuś styraną duszę po doznaniu zawodu miłosnego lub po zdradzie. Może pomoże to komuś znaleźć sobie wygodne wytłumaczenie nieudanie ulokowanego uczucia, tłumacząc błahość tego wszystkiego, co z zakochaniem jest związane. Wiem jedno — moje nieprzespane noce nie są związane z tym, że zabrakło mi w domu czekolady.
Jakiekolwiek więc sensacje, czy to żołądkowe, czy umysłowe, wywoływane przez piękno — to przypadłość pojawiająca się również w przypadku brzydoty. Tu wszakże zjawisko przybiera nazwę symptomu paryskiego — czyli poczucia rozczarowania związanego z ujrzenia wieży Eiffla.
Z pewnością wiele jest miejsc, które trzeba odwiedzić, książek, które trzeba przeczytać, oper, które trzeba zobaczyć. Ale jak zaskakująco trafnie zauważył Robin Williams w filmie Buntownik z wyboru, mówiąc do Matta Damona, zachwyconego sobą samym i tym, ile przeczytał: „Możesz przeczytać wszystkie książki o Michale Aniele i analizować wszystkie jego obrazy, ale nie znasz zapachu Kaplicy Sykstyńskiej”.
Podobnie jest z Florencją i innymi miastami, nie ujmując im tajemnego uroku, nie czytaj przewodników — pakuj się i jedź. Wjedź do dziesiątków miasteczek i miast — szukaj Sieny, San Gimignano, Volterry, Lukki, Arezzo, Cortony, Greve in Chianti, Montepulciano, Pienzy, Pistoi, San Casciano in Val di Pesa, Castelliny in Chianti, i malutkich, nieznanych: Tavarnelle Val di Pesa, Certaldo, Sambuki, Poggibonsi.
Makaron zjedzony w domu to nie makaron jedzony w małej restauracji wśród gwaru włoskich kelnerów.
À propos, już dawno zauważyłam, że Włosi nie zjadają posiłków, oni je jedzą. Jakby mieli nigdy nie skończyć. Jedzą i gadają, gadają i jedzą. Zachowali tradycję, która u nas upadła. Spotkań przy niedzielnych obiadach u mamy już nie ma. Jest za to wypad do McDonalda i szybki hamburger. To nie tędy droga. Ale o jedzeniu później…
…gdyż zachwyt nad regionem, miastem, jego atmosferą, zapachem, słońcem i radością życia — to wszystko nie wynika z niczego i z pewnością. Prapoczątki renesansu we Florencji to zwrócenie się ku człowiekowi i jego pochwała. Renesans człowieka odczuwany nie wtedy, gdy chodzimy po tych samych ulicach, po których kroczyli Michał i Leonardo, ale wraz z codzienną świadomością, jak bardzo dla Florencji liczył się i liczy nadal człowiek. Człowiek spacerujący po florenckim bruku, jedzący lody, rozkosznie uśmiechnięty i cieszący się z siebie i swojego życia — czy to nie renesans człowieka? W którym innym miejscu na świecie wpadamy w taki zachwyt i dumę nad tym, jaki gatunek reprezentujemy? Szczególnie dziś, gdy niewiele mamy powodów do dumy z tego, jak praktykujemy swoje człowieczeństwo…
Może w dobie upadku humanizmu, brutalnych, prymitywnie szkalujących naszą rasę, zmian klimatu, wymierania gatunków, choroby Ziemi, uchodźców, braku poszanowania ludzkiej godności i w poczuciu bezcelowości istnienia, jakie nieustannie sami sobie nakreślamy, TRZEBA pojechać do Florencji i obudzić zaśniedziałe zmysły, otworzyć oczy i doświadczyć zwycięstwa człowieczeństwa, twórczości, innowacyjności, pomysłowości. Pojechać — póki można, by wiedzieć choćby właśnie tu, że człowiek był, jest i może być, i chyba będzie jednak tworzył piękno i dobro, które przetrwa setki lat.
Florencja to nie punkt wycieczki, adresy parkingów, restauracji i najtańsze ceny noclegów. Szczerze powiedziawszy, niektóre informacje, w odniesieniu do takich miast, choć przydatne i poszukiwane przez niektórych, są dla mnie profanacją. Nie chodzi o to, że nie należy ich brać pod uwagę, ale nie mogą stać się priorytetem.
Wypicie kawy we Florencji na stojąco przy ladzie jest tańsze niż przy stoliku — i jedno, i drugie jest celebrowaniem picia kawy i otaczającego scenariusza wydarzeń. Pijąc kawę na stojąco, niejako uczestniczymy w życiu Włochów — krzyczą nad nami, wycierają filiżanki śnieżnobiałymi ścierkami, jakby do każdej z osobna mieli nową ściereczkę. Może też, gestykulując, omawiają, jaki makaron będzie na obiad, albo czy Filippo z baru obok już wyzdrowiał. Albo czemu karczochów nie dowieźli. Picie kawy przy stoliku — to już prawie wersal. Serwetka, chipsy, kawa, no i widok, którym można napawać się tyle, ile pijemy tę kawę. Tak czy owak, jakie ma tu znaczenie 2 euro w tę czy w tamtą stronę, w obliczu możliwości obserwowania charakteru Florencji podczas picia kawy.
A kawa to osobna dyscyplina we Włoszech. Każdy z nas ma swój stosunek do kawy i każdy pije ją ze swoich powodów i przyzwyczajeń. Czasem w ogóle jej się nie pije.
We Włoszech wszystko jest rytuałem. Nie — wróć. Drobne rzeczy są rytuałem. To wszystko łączy się z postrzeganiem człowieka jako istoty wyjątkowej dla świata, które to przekonanie Florencja ciągle wbijała w umysły. Dlaczego należy hołubić i chwalić tylko osiągnięcia człowieka i wielkie czyny, pozostawiając drobne czynności wypełniające jego dzień bez echa? Czynności zwykłe, jak picie kawy, zjedzenie rogalika, rozmowa, czytanie gazety, odpoczynek przy kieliszku wina, podnoszone są do rangi równie ważnej jak namalowanie Damy z łasiczką. Tylko uspokojona dusza, wprowadzona w stan medytacji, spokoju, relaksu, błogości, która odpowiednio szereguje przyziemne problemy — jest w stanie dokonać czegoś wielkiego. Nikt z nas nie jest ani skuteczny, ani twórczy, ani płodny w pomysły, gdy choruje jego dusza. Gdy cierpi, gdy się denerwuje, gdy jego aura spokoju jest zaburzona i nie może odnaleźć równowagi.
We Florencji znajdziesz taką równowagę. A potrzebne są do tego zwykłe rzeczy, zwykłe czynności, ciepło innych ludzi i Twoje przekonanie, do którego dochodzisz — że odnajdujesz siebie w tym jedynym miejscu na Ziemi.
Gdyby ktoś czytał tę książkę we Florencji, jedząc cornetto — a mówiąc bardziej poprawnie — brioche, zawsze tylko proszę znać różnicę między pojedynczym słowem caffé a tym słowem w powiązaniu z nazwą. Gdy zamówimy una caffé– dostaniemy zawsze espresso. Jeśli chcemy mieć wybór, trzeba po słowie caffé dodać określenie: americano, latte, con amaretto etc.
Jeśli w jakikolwiek sposób chcemy choć trochę Toskanii przywieźć do Polski, kupmy kafarkę. Kawa w niej parzona smakuje inaczej, wygląda inaczej, a przede wszystkim jej przygotowanie wymaga rytuału.
Skupmy się zatem na rytuałach. Na hołubieniu drobnych rzeczy, które nas określają.
Rogalik do kawy we Florencji to poważna sprawa. To nie pączek ani ciastko. To historia, procedura i rytuał. Wszystko we Florencji ma swoją historię. Nawet rogalik jest czymś. Skąd kształt i popularność rogalików do śniadania we Włoszech?
Rogalik po włosku to cornetto, ale lepiej mówić brioche. I choć nadzienia są dostępne bez liku, najbardziej popularna jest wersja vuote (bez nadzienia, pusty). Natomiast jakość rogalika otrzymanego we Włoszech, jeszcze ciepłego po wyjęciu z pieca, nie ma sobie równych w żadnej innej kawiarni w Europie. Historia rogalika jest ugruntowana, a jego kształt nieprzypadkowy. Został wymyślony przez piekarzy, którzy wcześniej bohatersko podnieśli alarm w obronie miasta podczas bitwy pod Wiedniem. Upiekli oni słodkie pieczywo, formowane na kształt tureckiego półksiężyca. Miał to być znak triumfu nad Imperium Ottomańskim, którego półksiężyc był symbolem, ale równocześnie także podzięką Sobieskiemu i walczącym w obronie chrześcijaństwa żołnierzom. Rogale stały się bardzo popularne, bez konotacji politycznych ani historycznych, po prostu dzięki intensywnej wymianie handlowej Republiki Weneckiej z Austrią.
**
Spożywanie posiłków przez Włochów to temat fascynujący, zwłaszcza dla nas Europejczyków z północnej części kontynentu wręcz dziki. Delikatne zdziwienie wywołuje śniadanie. — Bo jak nie jeść śniadania? Omletu, jajecznicy, parówki, kiełbaski? Jak Europa wzdłuż i wszerz, od Londynu do Warszawy — jemy śniadania, mniej lub bardziej obfite, ale jemy. I to z herbatą!
Z rozrzewnieniem wspominam i opowiadam jedną z przygód jaką przeżyłam na wycieczce w Londynie, kiedy po intensywnym dniu w tym pięknym mieście siedzimy w autokarze, a pilotka wieńczy dzień następującą klamrą: „Szanowni Państwo dziękuję za kojelny dzień, punktualność, życzę dobrej nocy, wokół są puby i otwarte sklepy. A rano spotykamy się na jajecznicy zalewanej świeżym wrzątkiem”! To co działo się w autokarze potem to dziki wrzask przeplatany śmiechem osób, które nie mogły opanować reakcji na tę świetną zapowiedź. Zatem takiego śniadania nie znajdziemy i raczej w ogóle żadnych wpadek kulinarnych we Włoszech nie musimy się obawiać, bowiem to skaza na honorze. Smakowanie kuchni właśnie w Toskanii jest taką celebracją, ponieważ Włosi bardzo cenią przygotowywanie posiłków według receptur sprzed wieków, na produktach, o które troszczono się z sercem od pokoleń. Ale prośba gorąca o zwracanie zawsze uwagi, czy na pewno nie ma gdzieś w menu w restauracjach, które są oblegane, małej gwiazdki, która wskaże, że pizza jest głęboko mrożona…..
Herbata we Włoszech to kolejna dzicz. Teraz Włosi są zahartowani i wiedzą, że my dzikusy z Północy zamawiamy bolognese, którego oni nie mają, zamawiamy herbatę, której picie dla nich jest objawem choroby, mówimy beztrosko pene zamiast penne, i domagamy się pizzy przeładowanej dodatkami, bez tego uważamy, że jest uboga. Dla nich kunszt jedzenia jak zwykle oznacza jakość, a nie ilość. Liczy się towarzystwo, a nie szybkość podania i zjedzenia, i nie cena, a miejsce. Nie rozumiemy tego wszystkiego, a może bez karcącego tonu — nie pamiętamy. Północnoeuropejski pośpiech i kapitalistyczny, chłodny racjonalizm zazwyczaj bez wyrzutów sumienia, podstępnie i niezauważanie zabija to co stoi za kazdą oszczędnością — zabranie autentyczności. Autentyczność jest rzadka i ceniona. A więc droga, bo niedostępna. To fraza oczywista, obecna i prawdziwa w odniesieniu do wszystkiego, w każdym wieku i w każdej części świata. Każda z tych rzeczy, o którą tak bardzo zabiegamy, bowiem nie jest dla nas oczywista ani typowa. Włoch nie zrozumie, dlaczego pizza ma być naładowana ananasem — nie wiadomo, skąd pochodzi taki pomysł, którego Włosi nie rozumieją, ale za to rozumieją doskonale, że ciasto ma być cienkie, zwarte, brzegi spieczone, a nie rozrywać się pod spodem z nadmiaru wszystkiego, co kucharzowi wpadło w ręce. Pizza to nie śmietnik. Pizzę się ja dla ciasta, a nie dodatków. Jedzenie jest czynnością wykonywaną przypadkiem w trakcie naszego życia. Nie żyjemy po to, by jeść. Ale jedzenie jest częścią życia, więc jak już jemy, to jedzmy, by pamiętać co jedliśmy, a nie wpychajmy w siebie po to, by zapchać to i owo.
Jeść — Włosi nie jedzą, żeby się najeść. Dlaczego nie jedzą śniadań? Bo dnia poprzedniego zaczynają jeść około dwudziestej, po pracy, gdy chłodny wieczór następuje po upalnym dniu, spotkają się z rodziną i znajomymi i ze szczęścia, że ich widzą, przytulają się, całują i do późnych godzin cieszą się z kolejnego dobrego dnia, wysłuchują smutków i radości. A jedzenie jest przy okazji. Dlatego Włosi nie jedzą jak my. Nie wpadają do restauracji i nie zamawiają jednego trzykilogramowego steka albo schabowego na cały talerz. Tylko trochę tego i tamtego, wino. Potem tego trochę, kawa i wino. Potem trochę tamtego i wino. Kilka posiłków z zamiarem degustowania. Obrazki szybkiego obżarstwa, przysłowiowe zmiecenie wszystkiego z talerza, z wylewającymi się posiłkami z ust, i siedzenie potem z poluzowanym paskiem u spodni i wzdętym brzuchem to nie jest ani biesiadowanie, ani degustacja. Oczywistym faktem jest niesprzyjająca sytuacja, gdy jesteśmy na zorganizowanych wycieczkach, gdy niedostatek czasu — zawsze obecny przy tego rodzaju wyjazdach — nie pozwala ani skrupulatnie wybrać miejsca degustacji, ani jego czasu.
Dlatego następnego dnia rano tylko kawa i koniec. Bez kolejnego obfitego posiłku, bo jeszcze podniebienie pamięta smak wieczerzy z poprzedniego wieczora i śmiech otaczających głosów. Więcej śmiechu przy gotowaniu, więcej spokoju przy zamawianiu, więcej uwagi przy rozmowie, więcej czasu na jedzenie. To daje dystans to wszelkich innych rzeczy.
**
Florencja nie jest miastem, które się kocha lub nienawidzi. Ani miastem, które jest dla koneserów trudno dostępne. Nie. We Florencji zakochasz się od razu, a późniejsze zakochanie przybiera formy szaleństwa wybuchającego od jednego do drugiego przyjazdu do niej lub kameralnej platonicznej miłości objawiającej się siedzeniem i wzdychaniem bez pamięci za nią. Tym bardziej, że zawsze, gdy jestem w miastach tego typu — wyjątkowych, naszpikowanych wartością, historią, sztuką — zadzwia mnie, że w nich można wydzielić obszar wokół historycznego centru z zakazem wjazdu samochodów. To w dużej mierze pozwala osobom zwiedzającym czuć się wyróżnionym, uspokojonym. Zostaw że samochód gdzieś z dala, a zajmij się szukaniem i zwiedzaniem na piechotę. Nic nie ma w turystyce cenniejszego — bez samochodu. Bez wjeżdżania nim do pokoju.
Każdy na pewno w swoim życiu powiedział, że coś kocha. (zostawmy czy kogoś). Ale miłość to i szacunek. Wizyta w każdym kraju, mieście, oczywiście i we Florencji również, wymaga więc wspomnianego szacunku do miasta, mieszkańców, tradycji, kultury, zwyczajów. We Florencji, najbardziej przyjaznym mieście na świecie, gdzie człowiek uśmiecha się naokoło głowy od rana do wieczora, nie ma zwyczajów sztywnych, niewybaczalnych. Każdy, kto przyjeżdża i jest „nowy” — jeśli tylko będzie szedł „za kołataniem serca” — wszystkie braki w niewiedzy i zwyczajach nadrobi od razu. A przemili, rozgadani Włosi nie pozwolą mu się czuć zagubionym. Ale szacunek — według mnie — to też język. Szacunek do każdego kraju, miasta nie przejawia się tylko w zostawieniu nazbieranych pieniędzy i zakupieniu niezbędnych — wyczytanych w nieszczęsnych przewodnikach — pamiątek. Jak ja czytam — „co warto przywieźć skądś tam”. A po diabła?! Zostaw pieniądze na kolejną wycieczkę. Zamiast szukać i szukać i tracić czas, nasyć się tam na miejscu ile wlezie i przywieź to, czego nikt Ci nie zabierze — wspomnienia zapamiętane zmysłami. Patrz, oglądaj, wąchaj, smakuj, pij, zmoknij, zmarznij, ogrzej się, jedz oliwę, sery, wszystko — chodź z zadartą głową, oglądaj patrząc w górę na kopułę katedry, aż kark Ci nie pozwoli jej opuścić. Nie opuszczaj głowy na dół. Patrz i patrz na budynki, na kopułę, na obrazy, na żygacze, na okna, na niebo, na chmury. Zamknij oczy i zatrzymaj to. Napchaj się tego makaronu, niech zaschnięty sos pozostanie na Twoim nosie i będzie Ci przypominał połknięte potrawy i ciepło wnętrza talerza z makaronem posypanym parmezanem.
Jedziesz do innego kraju, to naucz się z pragmatyzmu i próżności zaimponowania innym — w dobie dzisiejszych możliwości — kilku prostych zwrotów, zamów sam posiłek w innym języku, zamów coś regionalnego, poczytaj o tym, co jesz, zapytaj kelnera, co to jest, jak to się robi, i wróć. To więcej niż pięćdziesiąt magnesów z 15 krajów. Nie wyciągaj google translatora. Boże nie tam!!
Ile warte jest szaleńcze fotografowanie? Być — to nie fotografować. Być — to być wszystkim i robić wszystko, co mieszkańcy danego regionu. Jak raz nie wystarczy — trzeba przyjechać znowu, by poczuć „być”. Jak zawsze więc „być” jest ważniejsze od „mieć”. Chodzić, smakować, szukać i zgubić się we Florencji (co jest bardzo pożądane — później do tego wrócę) i słuchać ulicy, rozmawiać z nią, odpowiadać jej — po włosku.
**
Przewodniki po Florencji powinny zaczynać się od uwagi na czerwono: „Co do cen — Florencja jest bezcenna”. Faktem jest, że podróż do Florencji wymaga środków. Zresztą nie jest to prawda objawiona — wszystkie podróże wymagają środków, a środki wymagają wyrzeczeń (bądź nie). Więc zajmowanie się tylko tym, gdzie szybko i najtaniej, raczej nie przystoi naszym wyrzeczeniom, które ponieśliśmy, by gdzieś (tu) dojechać. Lepiej przeżyć wyrzeczenia o kilka miesięcy dłużej, ale przyjechać i wynająć hotel tak, by otwierając rano okno w pokoju, widzieć Kopułę. Warto. Uwierzcie mi.
Nie wiadomo, czy z tego okna wyjść i chodzić wokół niej bez przerwy, jak robią to wszyscy od wieków, czy siedzieć w tym oknie i patrzeć na nią dalej. Pomiędzy bajki należy włożyć opowieści za 10 złotych lub co gorsza za jeden uśmiech. Gdyby ten wyjazd miał być jedynym do Florencji, należy z niego wycisnąć tyle, ile zdołamy. I uwierzcie mi, żadne przewodniki wam tego nie dadzą. Musicie tam być.
O Florencji można pisać tylko słodko. Może za słodko. Jak o kwiecie, słodkiej czekoladce, promieniejącej z miłości kobiecie. Bo jak inaczej… Ci, tak jak ja, którzy nieustannie muszą z siebie ten zachwyt nad Florencją wyrzucać — nigdy nie mają dość. Tylko tutaj we Florencji zgromadzono jedną trzecią dzieł ludzkości, tylko tutaj jest największa ceglana kopuła katedry na świecie, tylko tutaj w upale lodowata woda tak smakuje, tylko tutaj wszystko jest takie… inne. Niepowtarzalne. Żywe. Bo pochodzi z przeszłości i wyjątkowo, powtarzam wyjątkowo pasuje do teraźniejszości. To dlatego Florencja jest tak wyjątkowa.
Historia Florencji nie jest motywem przewodnim tej książki, jedynie lekko zarysowanym wątkiem, który jak zasłona pozwala odsłaniać pewne aspekty tego miasta, ukazując okoliczności, w których rodziło się to, co Florencja dawała niepowtarzalnego światu.
Ilekroć podróżujemy po Florencji, warto sobie przypomnieć i wiedzieć, że uniknęła ona większych zniszczeń w czasie drugiej wojny światowej. Hitler sam zabronił bombardowania Mostu Złotników — najbardziej charakterystycznego z mostów we Florencji. Nie narysuję tu ani mapki, jak dojść do tego mostu — bo powtarzać będę przez całą książkę –do zwiedzania Florencji — chyba według mnie jedynego miasta w tym względzie — nie są potrzebne żadne mapy, ani przewodniki. Po prostu idziesz za ludźmi. I żaden krok nie jest krokiem w złą stronę. Idziesz, idziesz i raptem o Most Złotników. I wiesz, że to ten.
Wracając do wspomnianej powyżej powodzi, warto też wyobrazić sobie, chodząc wokół Katedry, że kiedyś miasto nawiedziła powódź, w której chodziłoby się w wodzie po kolana.
Natomiast w 1966 roku miało miejsce wydarzenie, które należałoby mieć ciągle przed oczami. Rzeka Arno, po wielogodzinnych opadach deszczu, wylała i ruszyła na miasto z prędkością 60 km na godzinę. Most Złotników ledwo opierał się fali. „Obywatele Florencji, zahartowani przez wieki w miłości do miasta, walczyli z rzeką, która próbowała wyrwać miastu jego przeszłość”.
Oto kolejny cytat z książki Firenze i giorni del diluvio Franco Nenciniego:
W galeriach sztuki wszyscy, od dyrektora do woźnego, starali się zabezpieczyć zbiory, wynosząc je jak najwyżej. Łączność telefoniczna zaraz z rana została pozrywana — komórek jeszcze nie było!! Woda wdarła się do Biblioteki Narodowej, położonej nad samą rzeką, i książki, manuskrypty, inkunabuły i dokumenty pływały w błotnisku — oleistej mazi, dopływając aż do kościoła Santa Croce [około 250 m], gdzie zakonnicy usiłowali je wyławiać. W samym Santa Croce impet wody zniszczył w 70 procentach przepiękny krucyfiks Cimabuego, najwspanialsze dzieło sztuki, które uległo kataklizmowi. […] Zniszczeniu uległo 1400 dzieł sztuki. Po powodzi cały świat pomagał Florencji, również konserwatorzy dzieł sztuki z Torunia.