Żelazna Dama
Etiuda filmowa: „Żelazna Dama z Łochowa”
Czas trwania: ok. 20 minut.
Miejsce: wieś Łochowo pod Bydgoszczą.
Gatunek: czarna komedia obyczajowa.
POSTACIE:
— KAMILANDA (68 lat) — kiedyś nauczycielka śpiewu. Postura wyprostowana, spojrzenie ostre, chłodno analityczne. Ubrana w elegancką, beżową sukienkę kostiumową i jedwabny szal. Wygląda jakby zaraz miała dyrygować orkiestrą, a nie prowadzić spotkanie gospodyń.
— MAREK (70 lat) — jej mąż, emerytowany skrzypek. Człowiek o łagodnych oczach i wiecznie lekko rozczochranych, siwych włosach. Ubrany w wygodny sweter. Stoi z boku, nerwowo strojąc skrzypce.
— PANIA ZOSIA (60 lat) — kobieta o bystrym spojrzeniu i suchym, ironicznym poczuciu humoru. Siedzi przy stoliku z…
— PANIĄ GENIĄ (75 lat) — najstarszą w Kole, o dobrodusznej, pomarszczonej twarzy, ale i pewnym uporze.
— INNE GOSPODYNIE (4—5 kobiet w różnym wieku) — rozmawiają, plotkują, nalewają herbatę.
SCENA 1: NOWE OTWARCIE
MIEJSCE: świetlica wiejska w Łochowie.
CZAS: popołudnie, wczesna jesień.
OPIS ŚWIETLICY: Ściany wyłożone boazerią, ozdobione tarczami z dożynek i wyblakłymi zdjęciami z przeszłości. Na jednej ze ścian — telewizor plazmowy (pozostałość po unijnej dotacji), obok — regał z porcelanowymi kotami i wycinankami. Centralnie — kilka stolików, na nich: termosy, kubki, talerzyki z domowym sernikiem i szarlotką. Zapach kawy i wanilii. Atmosfera jest gwarliwa, ciepła, nieco senna. Na honorowym miejscu stoi POJEDYNCZY, NIEZWYKŁY FOTEL: stary, drewniany, ale odrestaurowany, pomalowany na złoto, z aksamitną, bordową poduszką. Wygląda jak mały tron.
1. UJĘCIE: SZEROKIE — ŚWIETLICA
Kamera pokazuje całe pomieszczenie. Gospodynie w półświetle popołudniowego słońca, które wpada przez wysokie okna. Marek stoi przy fortepianie, od niechcenia pociąga smyczkiem po strunach — wygrywa cichą, nostalgiczną melodię (może „Łowiczankę” w molowym arr.).
PANIA ZOSIA (do Pani Geni, głosem pełnym podziwienia i lekkiej zawiści) Patrz, Geniu, na ten fotel. Wygląda jak z „Gra o Tron”, tylko mniej śmierdzący.
PANI GENIA (ssąc landrynkę) A ja myślałam, że to z „Tańca z Gwiazdami”. Marek, a ty nie będziesz grał „Mazurka Dąbrowskiego” jak będzie wchodziła?
MAREK (przestaje grać, uśmiecha się niepewnie) Kamila prosiła o „Marsz Radeckiego”, ale… zapomniałem nut. Zagram coś radosnego.
Odgrywa kilka żywszych taktów, które niezgrabnie przechodzą w „Sto lat”.
2. UJĘCIE: ŚREDNIE — DRZWI
Drzwi do świetlicy otwierają się z rozmachem. W progu staje KAMILANDA. Nie wchodzi — pojawia się. Stoi przez chwilę, jakby pozwalając światu ją dostrzec. W dłoni trzyma skórzaną teczkę z monogramem „K.D.”.
Cisza zapada natychmiast. Przerywa ją tylko dźwięk łyżeczki upadającej na podłogę.
KAMILANDA (głos donośny, dykcja idealna) Drogie Koleżanki! Dziękuję, że przyszłyście. Punktualnie. To cenna cecha.
Przechodzi przez świetlicę jak po wyznaczonej ścieżce. Kobiety cofają się o pół kroku, tworząc dla niej korytarz. Marek przestaje grać, chrząka.
3. UJĘCIE: ZBLIŻENIE — FOTEL
Kamilanda podchodzi do złoconego fotela. Nie siada od razu. Obchodzi go, ocierając palcem oparcie (sprawdza kurz — nie ma). Wreszcie siada z godnością. Układa sukienkę. Kładzie teczkę na kolanach. Jej spojrzenie powoli, jak snajperski celownik, przesuwa się po twarzach zebranych kobiet. Uśmiecha się. Uśmiech jest szeroki, ale wąski, jak pasek światła pod zamkniętymi drzwiami.
KAMILANDA Zakończyłyśmy epokę pierogów i pierdzeń. (Pauza. Słyszy się, jak Pani Genia krztusi się landrynką). Przepraszam — pierdzeń przy ploteczkach. Czas na nową jakość. Czas na markę. „Łochowo — tradycja z wizją”.
PANIA ZOSIA (szeptem do Geni) A ja myślałam, że to spotkanie Koła, a nie konferencja PR-owa.
KAMILANDA (jakby usłyszała, jej wzrok pada na Zosię) Pani Zofio! Widzę niedowierzanie. To dobrze. Zdrowy sceptycyzm to podatny grunt pod innowację.
Otwiera teczkę. Wyjmuje plik wydrukowanych prezentacji w kosztownych, plastikowych koszulkach.
KAMILANDA Przeanalizowałam naszą działalność. Jarmarki, festyny, „poczciwe” ciasta… Nisza. Rynkowa nisza bez potencjału skalowania.
(nieśmiało) A… a smakowało ludziom, Kamilko.
KAMILANDA (uśmiechając się pobłażliwie) Smak, droga Geniu, to kwestia odpowiedniej narracji. A my stworzymy nową narrację. (Podnosi pierwszy slajd — widać schemat organizacyjny). Punkt pierwszy: militaryzacja czasu. Punkt drugi: dywersyfikacja przychodów.
Marek w tle nieśmiało próbuje zagrać jakąś kojącą melodię. Kamilanda odwraca głowę w jego stronę, nie zmieniając wyrazu twarzy.
KAMILANDA Marku, kochanie. Cisza jest też muzyką. Proszę.
Marek natychmiast milknie, kładąc skrzypce. Cięcie na jego zmartwioną twarz.
4. UJĘCIE: ŚREDNIE — GRUPA KOBIET
Twarz Pani Zosi staje się kamienna. Genia wygląda na zagubioną. Młodsze kobiety wymieniają niepewne spojrzenia. Nikt nie wie, jak zareagować.
KAMILANDA (kontynuuje, jak wykładowca) Widzę potencjał w rękodziele. Nie w szydełkowych serwetkach, które kupi tylko ciocia na emeryturze. W produktach premium. Na przykład… skarpetki.
PANIA ZOSIA (nie mogąc się powstrzymać) Skarpetki? Kamilando, my robimy na drutach od dzieciństwa, to nie jest żadna nowość.
KAMILANDA (jej oczy błyszczą) Nie robimy „skarpetek”. Wytwarzamy „łochowskie skarpety do jogi z ekologicznej wełny owiec zagrodowych”. Target: świadomi, bogaci miejscy. Cena: nie mniej niż osiemdziesiąt złotych za parę. Zaczynamy jutro. Szkolenie z kontroli jakości o szóstej rano.
Zebranym opadają szczęki.
KAMILANDA (zamyka teczkę z głośnym klik) Musimy działać wspólnie! Ciężką pracą osiągniemy sukces! Nasze hasło? (Wstaje z fotela, wyprostowana). „Łochowo — nie śpimy, dziergamy!”
Wstaje i zaczyna bić brawo — miarowym, głośnym, samotnym aplauzem. To akt przymuszenia.
5. UJĘCIE: SZEROKIE — REAKCJA
Przez sekundę panuje martwa cisza. Kobiety patrzą na siebie. Pani Genia, poddana presji tego spojrzenia, nieśmiało uderza dłońmi o siebie raz. To pęka tama. Inne, z poczucia obowiązku i dezorientacji, dołączają. Powstaje słaby, niepewny, ale jednak aplauz.
Kamilanda stoi przed nimi, w świetle zachodzącego słońca, które teraz wydaje się ją oświetlać jak reflektory. Jej cień, wydłużony i ostry, sięga po twarze klaskających kobiet. Na jej twarzy gości wyraz czystego, nieskalanego triumfu.
Marek patrzy na żonę, a potem na przerażone, ale posłuszne gospodynie. Powoli podnosi skrzypce do brody. Zamiast grać, przygląda się smyczkowi, jakby widział w nim coś niepokojącego. Jego dłoń lekko drży.
KAMILANDA (głos triumfalny, przekrzywiając słaby aplauz) Świetnie! Pierwsze zebranie strategiczne uważam za zamknięte! Jutro, 4:00, zbiórka. Proszę zabrać druty i… (uśmiecha się enigmatycznie) odpowiednie nastawienie.
6. UJĘCIE: ZBLIŻENIE — RĘCE KAMILANDY
Jej dłoń spoczywa na aksamitnej poduszce fotela. Palce lekko, niemal pożądliwie, gładzą materiał. W tle słychać zamierający, niezgrabny aplauz i szmer niepewnych głosów.
FADE OUT.
DŹWIĘK: Aplauz przechodzi w jednostajny, natrętny dźwięk — który w naszej świadomości łączy się z GWIZDKIEM z następnej sceny. Muzyka Marka całkowicie zamiera.
SCENA 2: TYRANIA
MIEJSCE: Łochowo — różne lokalizacje.
CZAS: Kilka tygodni później. Cykl jednego typowego dnia.
OPIS SCENY: Scena jest dynamiczna, zbudowana z szybkiego montażu, przypominającego tryptyk piekła. Rytm wyznaczają dźwięki: gwizdek, klaskanie bata, jęki, szuranie narzędzi. Kolorystyka zmienia się z porannej szarości, przez żółć upalnego pola, po betonową szarość placu budowy.
(SEKWENCJA A: PORANNA POBUDKA)
MIEJSCE: Ulica wiejska, świetlica. CZAS: 4:00. Noc jeszcze trzyma się mocno.
1. UJĘCIE: EXTREMALNE ZBLIŻENIE — GWIZDEK
Czarny ekran. Przenikliwy, agresywny DŹWIĘK GWIZDKA rozdziera ciszę. Wibracja wypełnia kadr. Kamera odsuwa się, pokazując wargi KAMILANDY zacięte wokół gwizdka. Jej oczy, szeroko otwarte, są zimne i jasne w świetle czołówki, którą ma przypiętą do klapy munduru harcerskiego (wzór sprzed 1976 roku).
2. UJĘCIE: SZEROKIE — ULICZKA
Kamilanda stoi na środku ulicy, jak komendant koszar. Obok niej na stołku stoi duży, turystyczny MEGAFON. Jest ubrana w pełny strój: mundur, rogatywkę, skórzany pas. Wygląda groteskowo i przerażająco. Podnosi megafon.
KAMILANDA (głos zniekształcony przez megafon, metaliczny, nieludzki) POBUDKA! ŁOCHOWO, DO BRONI! CZAS TO PIENIĄDZ, A MY JESTEŚMY BANKRUTAMI! ŚWIETLICA, DWIE MINUTY!
3. UJĘCIE: SZYBKI MONTARZ — OKNA DOMÓW
Kamera przelatuje wzdłuż domów. W oknach zapalają się światła. Pojawiają się w nich zmęczone, zapłakane twarze gospodyń.
— OKNO PANI GENII: Ona sama w starym szlafroku, z mokrymi włosami (widoczna jeszcze folia po farbie). Patrzy z przerażeniem.
— OKNO PANI ZOSI: Zosia stoi w koszuli nocnej, zaciśnięte pięści opiera o parapet. Patrzy z niemym, gotującym się buntem.
— OKNO MŁODEJ GOSPODYNI (ASIA, 35 lat): Trzyma na ręku płaczące dziecko. Sama wygląda, jakby zaraz miała wybuchnąć płaczem.
4. UJĘCIE: ŚWIETLICA — WNĘTRZE, 4:07
Gospodynie wpadają do środka w kapciach, szlafrokach, z podpinkami na włosach. Są półprzytomne. Kamilanda, już bez megafonu, stoi przy tablicy ścieranej na sucho. Na niej narysowana jest tabelka z imionami i normą: „10 par / dzień. JAKOŚĆ = BYT”. Obok, na stole, leżą sterty szarej, ekologicznej wełny i proste drewniane druty.
KAMILANDA (krokiem mistrzyni szermierki przechadza się między rzędami krzeseł) Dzień dobry, drogie Panie! Czy „dzień dobry” to właściwe słowo? Raczej: „dzień produktywny”. Pani Zofio, proszę poprawić lewy ścieg, wczorajsze skarpety miały asymetrię. Asia, dziecko zostaw w przedszkolu, nie w głowie. Twoja uwaga jest potrzebna tu, na oczku.
ASIA (ledwie zipiąc) Przedszkole… o szóstej… nie działa…
KAMILANDA To załatwiłam opiekunkę. Babę Janinę zza rzeczki. Ma 82 lata i świetny refleks. Będzie biegać za twoim Antkiem. Zaczynamy. Czas start.
Włącza stoper na dużym elektronicznym zegarze. Rozlega się piskliwy dźwięk BIP. Kobiety z niemym przerażeniem chwytają za druty.
PANIA ZOSIA (szeptem do Geni, ruszając drutami) Ekologiczna wełna od zagrodowych owiec… Moje owce chwasty zajadają, a wełna gryzie jak pokrzywy.
PANI GENIA (szeptem, dziergając) Ja już nie czuję palców… Myślisz, że ona naprawdę sprzedaje to po osiemdziesiąt złotych?
PANIA ZOSIA A ty widziałaś choć grosz z tych jarmarków? Ja nie. Mówię ci, to nie koło gospodyń, to nielegalny warsztat.
Kamilanda staje za nimi, nasłuchując. Jej cień pada na ich ręce.
KAMILANDA (głos nad ich głowami, cichy, ale lodowaty) Ploteczki obniżają produktywność o trzydzieści procent. Pani Zofio, za karę — dodatkowe pięć par do wieczora. „Asymetria” musi zostać wyrównana.
Uśmiecha się. To najstraszliwszy uśmiech, jaki widziały.
(SEKWENCJA B: POLNE PRACE PRZYMUSOWE)
MIEJSCE: Ogromne, zaniedbane pole po PGR-ze. CZAS: 7:30. Ostre, jesienne słońce.
5. UJĘCIE: LOT PTAKA
Z góry widać pole jak szachownicę. Na każdym „polu” grupka kobiet wykonuje inną, archaiczną pracę: ciągną pług (dosłownie, jak woły), grabią, plewią. Wyglądają jak mrówki. Po „alejce” między polami przechadza się sylwetka Kamilandy.
6. UJĘCIE: ZBLIŻENIE — BAT I PORTRET
W dłoni Kamilandy, obok smartfona (sprawdza coś na mapach), dzierży ozdobny, egipski BAT (korbacz) ze skórzanymi rzemieniami. Co chwila głośno KLASKA nim w dłoni. To nie bicie, to ZAGRAŻANIE DŹWIĘKIEM. Jej twarz jest opalona, skupiona. Na szyi ma przewieszony jaspisowy wisiorek „na kreatywność”.
PANI GENIA (prostuje się z jękiem, trzymając się za krzyż) Kamilo… kochanie… może pięciominutowa przerwa? Stara jestem…
KAMILANDA (podchodzi, patrzy na nią jak na maszynę, która się zacina) Geniu, droga. Starość to stan umysłu. A umysł musi być zajęty celem. Nasz cel? Samowystarczalność agro. Optymizmem i pracą ludzie się bogacą! (Klapnięcie bata). Ruszać się! Ziemia sama się nie zaorze!
7. UJĘCIE: ZZA PŁOTU — PERSPEKTYWA MARKA
Marek stoi za starym, drewnianym płotem, ukryty w cieniu. W ręku trzyma termos i paczkę kanapek owiniętą w papier śniadaniowy. Na jego twarzy maluje się rosnąca groza i bezsilność. Widzi, jak jego żona, niegdyś nauczycielka śpiewu, terroryzuje kobiety batem. Widzi wyczerpanie na twarzy Pani Zosi. Chce coś zrobić. Otwiera usta…
MAREK (woła nieśmiało) Kamila… może… może herbatki?
KAMILANDA (odwraca się. Jej spojrzenie jest jak szpilka). Marku, nie przeszkadzaj. Nie widzisz, że tu trwa rewolucja produktywności? Herbatka będzie o wyznaczonej porze. Idź grać. Ćwicz Etiudę Kreutzerą. Słyszałem wczoraj dysonanse.
Marek cofa się jak sparaliżowany. Opuszcza głowę, zawraca. Jego rola została zdefiniowana: ma grać w domu. Nie tu.
(SEKWENCJA C: PRZERWA I MURARSTWO)
MIEJSCE: Plac budowy „Osiedla Słoneczna Dolina” oraz oświetlona ławka.
CZAS: 14:00. Przerwa.
8. UJĘCIE: STATYCZNE — ŁAWKA
Kobiety siedzą na betonowej ławce. Mają 15 minut. Wyglądają jak po apokalipsie. Ubrane w brudne dresy. Pani Genia trzęsącymi się rękami zapala papierosa. Asia je suchy obwarzanek, patrząc w dal pustym wzrokiem. Pani Zosia próbuje naprawić podpórkę w okularach taśmą izolacyjną. Wszystkie milczą. Ta cisza jest głośniejsza niż krzyki.
PANIA ZOSIA (wypuszcza dym) Piętnaście minut. To nie przerwa, to… resuscytacja.
ASIA (monotonnie) Antek nazwał dziś rano Babę Janinę „upiorną mumią”. Uciekł jej na tory.
PANI GENIA A bat… ona nie bije, ale jak tym klaszcze… to gorzej niż bicie.
9. UJĘCIE: PLAC BUDOWY — SZEROKO
Futurystyczny kontrast: na tle wiejskiego krajobrazu stoją szkielety 3 nowych domków w stylu „nowoczesna stodoła”. Na banerze: „Osiedle Słoneczna Dolina. Deweloper: Kamilanda & Partnerzy. Sprzedaż przedsezonowa trwa!”. Gospodynie, w za dużych kaskach budowlanych (różowe, żółte), wykonują prace murarskie. To absurdalny widok.
10. UJĘCIE: ZBLIŻENIE — PANI GENIA I KIELNIA
Pani Genia, z jękiem, próbuje nałożyć zaprawę na cegłę. Zaprawa spada. Kielnia drży jej w dłoni jak liść.
PANI GENIA (głos pełny łez) Kamilo… ja już… ja już nie dam rady. To nie dla nas. My mamy serca do ciast, nie do cementu.
KAMILANDA (stoi obok, w białym kasku „szefa budowy”. Trzyma w ręku tablet z planem architektonicznym. Patrzy na Genię nie jak na człowieka, ale na wadliwy element systemu). Geniu, przestań. Negatywne auto-sugestie to blokada mentalna. Pomyśl: każda cegła to przyszłość Łochowa. Twoja wnuczka będzie tu mieszkać. W nowoczesnym, ekologicznym domu. (Pauza. Patrzy na jej ręce). Chyba że zawiedzie… Wtedy jej miejsce zajmie ktoś bardziej zmotywowany.
To zdanie, wypowiedziane spokojnie, jest bardziej porażające niż krzyk. Pani Genia zbiera resztki sił, łapie kielnię, nakłada zaprawę. Jej twarz jest maską rozpaczy.
(SEKWENCJA D: ZARODEK BUNTU — NOC)
MIEJSCE: Świetlica, noc. CZAS: 23:45. Ciemność, oświetlona tylko jedną żarówką.
11. UJĘCIE: ŚRODOWE — PRZY STOLE
Przy stole siedzi pięć kobiet: Zosia, Genia, Asia i dwie inne. Dziergają ostatnie skarpety z dziennej normy. Ich ruchy są automatyczne, powolne. Pod stołem, w torbie, widać butelkę taniego wina i plastikowe kubki. Nie otworzyły jej jeszcze.
ASIA (głucho) Antek śpi u mamy w Bydgoszczy. Powiedział, że nie chce wracać do „wioski niewolników”.
PANI GENIA Mój reumatyzm… już nie czuję kolan.
Długa, ciężka cisza. Tylko stukot drutów.
12. UJĘCIE: ZBLIŻENIE — RĘCE PANI ZOSI
Jej dłonie, poorane żyłami, z odciskami od drutów i kielni, zwalniają. Kładą druty na stole z ostatecznym, głośnym STUKIEM, który rozbrzmiewa w ciszy jak wystrzał.
PANIA ZOSIA (nie podnosząc wzroku, mówi do stołu, ale każdy słowo słyszy) Dość. (Podnosi wzrok. Jej oczy są płomienne, suche, wolne od łez). Dość tego. To nie jest życie. To nie jest Koło. To obóz.
Inne kobiety podnoszą na nią wzrok. W oczach Asi pojawia się nadzieja, jak iskra. W oczach Genii — strach, ale i głęboka, stłamszona zgoda.
PANIA ZOSIA (ciągnie, cicho, ale twardo) Nie jesteśmy owcami. Nie jesteśmy robotnicami. Jesteśmy Zosią, Genią, Asią… I mamy dość. Co wy na to?
Asia powoli odkłada druty. Kiwa głową. Jedna z innych kobiet otwiera butelkę wina, nalewa do kubków. To nie jest toast. To rytuał zawiązania spisku.
PANI GENIA (bierze kubek drżącą ręką) Ale… ona nas zje. Z batem i megafonem.
PANIA ZOSIA (uśmiecha się pierwszy raz od tygodni. To ostry, niebezpieczny uśmiech) Nie zje. Bo od jutra… nie będzie komu. Rozumiecie? Nie będzie komu.
Patrzą sobie w oczy. Wszystkie po kolei kiwają głowami. To milczące przyrzeczenie. Nie ma już strachu. Jest tylko zimna, zbiorowa determinacja.
13. UJĘCIE: Z ZEWNĄTRZ — OKNO ŚWIETLICY
Z zewnątrz widać tylko przygaszone światło i sylwetki pięciu kobiet pochylonych nad stołem w milczącym porozumieniu. To wygląda jak obrazek z tajnego zebrania ruchu oporu. W oddali, w swoim domu, w oknie na piętrze, pali się światło. To pokój Kamilandy. Prawdopodobnie kreśli kolejne wykresy produktywności.
FADE TO BLACK.
DŹWIĘK: Cisza nocna, potem dalekie pianie koguta (z ironią — zapowiada świt, ale ten świt będzie inny). Ciche dźwięk nalewanego wina.
SCENA 3: BUNT I PAMIĄTKA
MIEJSCE: Świetlica, pole PGR-u, plac budowy, dom Kamilandy. CZAS: Następny poranek, oraz kilka tygodni później.
(SEKWENCJA A: PORANEK ZEMSTY)
MIEJSCE: Świetlica wiejska.
CZAS: 3:59. Brzask.
1. UJĘCIE: EXTREMALNE ZBLIŻENIE — CYFROWY ZEGAREK
Cyfry zmieniają się z 3:59 na 4:00. Bezwzględnie, bezlitośnie. DŹWIĘK: Głośne, rytmiczne TIK-TAK przechodzi w przenikliwy GWIZD.
2. UJĘCIE: ŚREDNIE — PRZED ŚWIETLICĄ
KAMILANDA stoi na swoim posterunku. Mundur wyprasowany, rogatywka pod kątem. W ustach gwizdek, w dłoni megafon. Jej postawa pełna oczekiwania. Oczekuje na maszerujący, senny tłum. Przed świetlicą — pustka. Tylko kilka liści przetacza się po asfalcie. Kamilanda obniża megafon. Jej twarz maluje lekka irytacja, jak przy drobnym opóźnieniu pociągu.
KAMILANDA (przez megafon, ale już mniej donośnie) Pobudka! Druga seria! Punktualność to podstawa!
Cisza. Zaczyna miarowo klaskać w dłonie, jak do maszerującego wojska.
KAMILANDA Raz, dwa! Raz, dwa! Świetlica, w drogę!
Nic. Nawet pies nie szczeka. W jej oczach pojawia się pierwsza iskra niepewności. Spogląda na zegarek. 4:03.
3. UJĘCIE: PUNKT WIDOKOWY KAMILANDY — PRZYDRZWI ŚWIETLICY
Kamilanda ostrożnie, jak żołnierz wkraczający do podejrzanego budynku, otwiera drzwi do świetlicy. Wnętrze jest OŚLEPIAJĄCO CZYSTE. Podłoga lśni, stoły ustawione idealnie, na nich — klucze do świetlicy i KARTKA A4. Kamera podąża za nią. Podchodzi do stołu. Czyta kartkę. Widzimy jej twarz z profilu.
4. UJĘCIE: ZBLIŻENIE — KARTKA
Druk komputerowy, czcionka Comic Sans MS (ostateczna pogarda). Treść:
Droga Kamilando. Odpoczywamy.
Zarząd Koła Gospodyń Wiejskich w Łochowie
PS. Wełnę zabieramy Bo nasza
Pod spodem — odręczne podpisy: Zosia, Genia, Asia i inne. Genia podpisała się koślawym, drżącym charakterem pisma.
5. UJĘCIE: ZBLIŻENIE — TWARZ KAMILANDY
Emocje przetaczają się po jej twarzy jak burza:
— Niedowierzanie (zmrużenie oczu).
— Gniew (zacięcie warg, drgnięcie szczęki).
— Obrażona duma (uniesienie głowy).
— I wreszcie: ZIMNA, CZYSTA FURIA. Jej oczy stają się wąskie jak szparki. Nie krzyczy. Wyprostowuje się. Wyjmuje telefon. Wybiera numer Pani Zosi. Słyszymy tylko jej stronę rozmowy.
KAMILANDA (głos cichy, stalowy) Zosiu. To… nieterminowe. To sabotaż. (Pauza). Co proponujesz? Strajk? Negocjacje? (Dłuższa pauza. Jej palce zaciskają się na telefonie). Rozumiem. To wasza ostateczna decyzja. Pamiętajcie… bez wizji nie ma postępu. Rozłącza się. Stoi nieruchomo przez chwilę. Potem odkłada telefon, bierze klucze i kartkę. Kartkę zgniata w kulę z chirurgiczną precyzją i wrzuca do kosza. Klucze chowa do kieszeni. Wychodzi. Jej krok jest nadal miarowy, ale jest w nim coś z automatu.
(SEKWENCJA B: UPADEK IMPERIUM)
MIEJSCE: Pole PGR-u, plac budowy.
CZAS: Kilka godzin później oraz dni tygodnie.
6. UJĘCIE: SZEROKIE — POLE
Kamilanda stoi na skraju ogromnego pola. Jest sama. Wiatr targa jej mundur. Przed nią — niedokończone rzędy warzyw, narzędzia porzucone w nieładzie. Bez armii robotnic, pole wygląda jak pole bitwy po przegranej wojnie. Podchodzi do pługa, który ciągnęły kobiety. Próbuje go ruszyć. Pług nie drgnie. Pcha go z całej siły. Pług przesuwa się o centymetr i wywraca na bok, ciągnąc za sobą Kamilandę. Ląduje na kolanach w błocie. Podnosi się. Jej mundur jest pobrudzony. Patrzy na swoje brudne, drżące dłonie. To pierwszy raz, gdy widzi na nich ziemię, a nie teczkę lub tablet.
KAMILANDA (do siebie, szeptem, jakby testowała nowy język) To… nieskuteczne. Niewydajne. Nielogiczne.
7. UJĘCIE: PLAC BUDOWY — TYDZIEŃ PÓŹNIEJ, DESZCZOWY DZIEŃ
Plac budowy to obraz melancholijnej klęski. Niedokończone domki sterczą jak szkielety. Na banerze „Osiedle Słoneczna Dolina” ktoś domalował sprayem wąsy i napis „DUPA”. KAMILANDA, w żółtym płaszczu przeciwdeszczowym, stoi na środku. Obok niej — TACZKI z mokrym piaskiem. Próbuje je popchnąć. Koła grzęzną w błocie. Zza stosu cegieł wyłania się MAREK z wielkim parasolem.
MAREK Kamila… wróć do domu. Zupa pomidorowa jest. I… i próbowałem nowej etiudy. Jest ładna.
KAMILANDA (nie patrząc na niego, walcząc z taczką) Nie ma czasu, Marku. Muszę… (taczki nie ruszają się) …zoptymalizować proces. Samodzielnie.
MAREK (ostrożnie) A… a gdzie twoje… partnerki?
KAMILANDA (przestaje pchać. Jej ramiona opadają. Mówi w pustkę, a nie do niego). Zawiodły system. Odeszły. (Odwraca się do niego. Jej twarz jest mokra od deszczu, czy łez? To nie do rozstrzygnięcia). Myślałam… że wizja ich zmotywuje. Że zrozumieją wielkość planu.
MAREK Może… wielkość ich przeraziła? Może chciały po prostu… swoich piętnastu minut, ale na ławce, a nie z kielnią?
Kamilanda patrzy na niego. Po raz pierwszy nie widzi w nim oponentki, tylko męża. Jej wzrok się rozmywa. Odwraca się i patrzy na swoje niedokończone imperium.
KAMILANDA (cicho, jak wyznanie) To miało działać. Wszystko było przecież… tak logicznie rozpisane.
Marek podchodzi, osłania ją parasolem. Nie obejmuje jej. Po prostu staje obok. To już jest dużo.
(SEKWENCJA C: PAMIĄTKA I NOWY DZIEŃ)
MIEJSCE: Świetlica wiejska, dom Kamilandy. CZAS: Kilka tygodni później. Słoneczne popołudnie.
8. UJĘCIE: ŚWIETLICA — WNĘTRZE
Atmosfera wróciła do tej ze Sceny 1, ale jest lżejsza, swobodniejsza. Kobiety piją kawę, grają w remika. Pani Genia przyniosła szarlotkę. Pani Zosia opowiada coś, gestykulując, inne się śmieją. ZŁOCONY FOTEL ZNIKNĄŁ. Na jego miejscu stoi zwykłe, wygodne krzesło wiklinowe.
ASIA (trzymając na kolanach Antka, który bawi się autkiem) A ten bat egipski? Co z nim?
PANIA ZOSIA (z przebiegłym uśmiechem) Oddaliśmy go do sklepu z pamiątkami w Bydgoszczy. Leży obok figurek trolli i magnesów na lodówkę. Tabliczka: „Pamiątka z Egiptu — autentyczna (prawie)”. (Wszystkie się śmieją).
9. UJĘCIE: ZBLIŻENIE — ŚCIANA
Kamera płynnie przesuwa się po ścianie: stare zdjęcia z dożynek, wycinanka z kogutem… i zatrzymuje się. W centralnym miejscu wisi pięknie oprawiona, czarno-biała FOTOGRAFIA KAMILANDY z czasów jej „rządów”. Stoi na tle tablicy z normami, w mundurze, z gwizdkiem przy ustach. Wyraz twarzy — surowy, ale i komiczny w swojej przesadzie. Poniżej — mosiężna tabliczka z wygrawerowanym napisem:
„ŻELAZNEJ DAMIE ŁOCHOWA — w podziękowaniu za trzy miesiące piekła, które tak nas zjednoczyły. Dziękujemy i… śpimy do 6:00.”
Pani Genia podchodzi, ociera z tabliczki niewidzialny pył.
PANI GENIA (z czułością) No… bez niej byłoby nudno. I… no, wiesz, szczuplejsze nie jestem, ale za to teraz szarlotka smakuje jak dawniej. Bez pośpiechu.
10. UJĘCIE: Z ZEWNĄTRZ — WERANDA DOMU KAMILANDY I MARKA
KAMILANDA siedzi na bujanym fotelu. Nie ma już munduru. Ma na sobie zwykły, miękki sweter. Patrzy w dal, na wieś. Jej twarz jest spokojna, zamyślona. Zza okna dobiegają dźwięki skrzypiec — Marek gra spokojną, refleksyjną melodię. Przez ogród przechodzi PARA MŁODYCH MIESZKAŃCÓW (turystów?).
MŁODY MĘŻCZYZNA (do dziewczyny, wskazując nieznacznie głową na Kamilandę) Patrz, to ta… „Żelazna Dama z Łochowa”. Podobno zbudowała pół osiedla gołymi rękami i hodowała ekologiczne skarpety.
DZIEWCZYNA Wygląda… spokojnie.
MŁODY MĘŻCZYZNA No, legendy mają to do siebie, że po burzy zawsze jest cisza.
Kamilanda ich słyszy. Nie reaguje. Na jej ustach pojawia się ledwo widoczny, prawdziwy uśmiech. To nie uśmiech triumfu, ani nawet nostalgii. To uśmiech kogoś, kto wreszcie usłyszał. Może nie muzykę, ale ciszę po niej. Podnosi filiżankę z herbatą. Pije. To zwykły, codzienny ruch. Żaden reżyser nie krzyczy „akcja!”. Z wnętrza domu melodia Marka cichnie. Słyszymy, jak mówi:
MAREK (zza okna) Kamila? Zagram ci coś? Nowego się nauczyłem.
KAMILANDA (głośno, ale bez megafonu, naturalnie) Zagraj, Marku. Tylko… ciszej.
FADE OUT.
DŹWIĘK: Delikatna, piękna melodia skrzypiec (może ta sama, co na początku, ale zagrana z czułością, bez nut przymusu). Powoli zanika, zastąpiona przez śpiew ptaków i daleki śmiech dzieci z podwórka.
Studnia
Czas trwania: ok. 20 minut
Gatunek: dramat obyczajowy z elementami baśniowego realizmu, suspens.
Miejsce: wieś Łochowo, ogród i dom Marka i Kamilandy.
BOHATEROWIE:
— MAREK (70 l.) — emerytowany skrzypek. Racjonalny, praktyczny, zanurzony w codziennej rutynie.
— KAMILANDA (68 l.) — emerytowana nauczycielka śpiewu. Marzycielska, wrażliwa na głosy świata, pełna niespełnionego żaru.
— WODNIK (wieczny, istota z pogranicza materii) — ucieleśniona tęsknota, obietnica czystego piękna i absolutu.
MUZYKA/DŹWIĘK: W pierwszej scenie — suchy, nudny dźwięk skrzypiec Marka kontra magiczne, naturalne echo kapiącej wody i hipnotyczny głos Wodnika. W podwodnym świecie — oniryczna, chóralna muzyka elektroniczna lub głosy alikwotowe, połączone z naturalnymi dźwiękami wody. Głos Wodnika — przetworzony, czysty, bez źródła. W scenie finałowej — cisza przerywana naturalnymi odgłosami nocy i szmerem-wspomnieniem, które jest ledwo słyszalne.
SCENA 1: WABIK
SEKWENCJA 1A: RUTYNA, CZYLI DUET NA DWA GŁOSY
1. INT. DOM MARKA I KAMILANDY — KUCHNIA — SŁONECZNE, LENIWE POPOŁUDNIE
Atmosfera jest gęsta od zapachów i dźwięków, które utknęły w czasie. Zapach suszonego lubczyku, starej drewnianej szafki i lekko stęchłej tapety. Słoneczny pył tańczy w smudze światła.
Przy drewnianym stole KAMILANDA (68), w eleganckim, lnianym fartuchu, z precyzją chirurga rozdziela płatki nagietka od szypułek. Układa je na bibule jak klejnoty. Jej ruchy są piękne, ale powolne, jak w rytuale, który dawno stracił sens.
Przez otwarte okno dobiega dźwięk, który wypełnia cały dom: SUCHE, METRONOMICZNE, WCIĄŻ TE SAME GAMY NA SKRZYPACACH. To MAREK (70). Ćwiczy. Dźwięk jest technicznie bezbłędny, czysty i absolutnie pozbawiony życia. To audycja dźwiękowa o doskonałości, nie muzyka.
Kamilanda przerywa na sekundę. Jej dłoń z płatkiem zawisa w powietrzu. Jej oczy, pełne inteligencji i tłumionej frustracji, wpatrują się w pustkę. Wzdycha. To nie westchnienie zmęczenia, to westchnienie… nudy kosmicznej.
KAMILANDA (zwraca się w stronę okna, głosem cichym, ale nośnym, jak nauczycielka na próbie chóru) Marek. Kochanie. Ten pasaż C-dur osiągnął już stan nirwany. Jest doskonały, czysty i kompletnie wyzwolony z potrzeby bycia ciekawym. Możemy wypuścić go na emeryturę? Dać mu domek nad morze?
Dźwięk urywa się w pół taktu. Cisza, która zapada, jest prawie bolesna. Po chwili w drzwiach kuchni pojawia się MAREK. Trzyma skrzypce i smyczek jak żołnierz na warcie. Ma na sobie wyświechtany sweter, w którym wygodnie się gra.
MAREK (z powagą) Perfekcja, Kamilando, nie jest stanem. To jest proces. To jak dbanie o trawnik. Tniesz, nawozisz, podlewasz. I nigdy nie mówisz: „OK, ten trawnik jest już wystarczająco trawiasty”. Bo zaraz wyrośnie mlecz.
KAMILANDA (patrzy na niego z czułą ironią, opierając brodę na dłoni) Nasz trawnik, drogi, od dawna jest głównie mleczem, babką i nostalgią. A wiesz, co w naszym ogrodzie rośnie naprawdę wyjątkowo? Bez żadnej naszej ingerencji?
MAREK (mrużąc oczy, jakby rozwiązywał zagadkę) …tuje? Chociaż te też schną od strony sąsiada.
KAMILANDA (wstaje, podchodzi do okna, wskazuje) Studnia, Marku. Stara, kamienna studnia. Rośnie sobie sama: mech, bluszcz, tajemnica. Nie trzeba jej przycinać. I ma swój… głęboki głos.
MAREK (chrząka, strojąc mimowolnie jedną strunę) Głos? To echo po cegle. I komary. Tam się lęgną. To nie jest atrakcja, to zagrożenie sanitarne. Powinno się ją zasypać.
Kamilanda odwraca się do niego. Jej oczy błyszczą wyzwaniem.
KAMILANDA Zasypać? Studnię? To jak zasypać… ucho ziemi. Chodź ze mną. Tylko na chwilę. Tylko zajrzyjmy. Posłuchajmy, co tam na dole słychać, oprócz twoich upartych gam.
MAREK (odwraca się, by wyregulować klucz na skrzypcach) Ty idź, jeśli chcesz mieć romanse z echami. Ja muszę dokończyć tę etiudę. Mózg potrzebuje rutyny, Kamilando. Linii prostej. Nie… studziennych kręgów.
Jego słowa wieszają się w powietrzu. „Rutyna”. „Linia prosta”. Kamilanda patrzy na jego plecy, na ten sweter, na te dłonie, które potrafią wydobyć z drzewa i strun wszystko, tylko nie niespodziankę. W jej spojrzeniu jest morze rzeczy niewypowiedzianych: miłość, irytacja, rezygnacja, tęsknota.
Nie mówiąc ani słowa, odwiązuje fartuch i wiesza go na kołku. Jej ruch jest pełen godności. Wychodzi tylnymi drzwiami do ogrodu.
Marek podnosi wzrok znad skrzypiec. Patrzy na drzwi, które się za nią zamknęły. Patrzy na pusty kołek po fartuchu. Jego palce, same z siebie, odtwarzają początek tej nieszczęsnej gamy. Przestaje. Cisza w kuchni jest teraz głośniejsza.
SEKWENCJA 1B: PIERWSZE WEZWANIE
2. EXT. OGRÓD — PRZY STUDNI — CIĄG DALSZY
Ogród jest dziki i piękny w swej nieładzie. W głębi, pod rozłożystą jabłonią, stoi STUDNIA. To prawdziwa staruszka. Potężne, omszałe cembrowiny z polnego kamienia, drewniany daszek pokryty porostami, zbutwiały kołowrót. Wygląda jak wejście do innego, starszego, bardziej cierpliwego świata.
Kamilanda podchodzi powoli. Jakby zbliżała się do ołtarza. Odsuwa delikatnie pędy bluszczu, odsłaniając czarny, kwadratowy otwór. Z głębi sączy się chłód i zapach — wilgotnego kamienia, zgniłych liści i czegoś jeszcze… absolutnej ciszy.
Pochyla się. Nie woła „halo!”. Wsłuchuje się. Z początku nic. Potem, z głębokości, dobiega KAP. Pojedyncza kropla wody odrywa się od wilgotnego sklepienia i spada na taflę daleko w dole. PLUM. Echo tego dźwięku jest niesamowite. Odbija się od okrągłych ścian, mnoży, nakłada, tworząc krótką, złowrogą i hipnotyczną FRAZĘ. Plum-um-um… sz-sz-sz…. Kamilanda wstrzymuje oddech. Jej profesjonalne ucho analizuje: naturalny pogłos, czysta akustyka. Ale jej dusza słyszy coś więcej. Muzykę. Niezapisaną.
KAMILANDA (szeptem, do studni) Posłuchaj tego… to jak… recitativo secco. Sucha recytatywa. Tylko wody.
Pochyla się jeszcze bardziej. Jej odbicie w czarnej tafli wody jest rozmyte, zniekształcone. Nagle, w tej czarnej tafli, GŁĘBOKO, bardzo głęboko, pojawiają się dwa ZIELONE PUNKTY ŚWIATŁA. Nie poruszają się. Tylko świecą. Jak zapomniane latarnie na dnie świata.
Kamilanda mruży oczy. To nie odbicie. To jest COŚ.
KAMILANDA (głośniej, ale nie krzyczy) Jest tam… ktoś?
Zielone światła nie drgną. Ale w odpowiedzi, z samej głębi, nie jako dźwięk, ale jako wrażenie dźwięku wypełniające jej czaszkę, dochodzi GŁOS.
GŁOS WODNIKA (G.O.) (niski, aksamitny, pozbawiony echa, idealnie czysty) Kamilando… Nauczycielko głosów, które kończą się w gardłach… czy słyszysz głos, który nie ma początku?
Głos nie jest przerażający. Jest przyciągający. Jak najczystszy ton, po którym całe życie tęskniła. Kamilanda nie czuje strachu. Czuła tęsknotę, a tu jest jej odpowiedź. Jej dłoń — ta sama, która przed chwilą układała płatki nagietka — sama się unosi i wyciąga nad otwór, jakby chciała dotknąć tego głosu.
GŁOS WODNIKA (G.O.) (melodyjniej, jak zachęta) Pochyl się… niech cisza między kroplami wody opowie ci resztę…
Jak we śnie, Kamilanda opiera się brzuchem o zimny, mokry kamień cembrowiny. Pochyla głowę niżej, niżej. Jej odbicie w wodzie znika całkowicie. Widzi tylko nieskończoną czerń przetykaną tymi dwoma zielonymi światełkami, które wydają się teraz bliższe, większe. To oczy.
I wtedy, z nieruchomej tafli wody, wyłania się RĘKA. Nie jest ludzka. Jest utkana z samej wody, ale wody żywej, skupionej — prześwitującej, o opalizujących refleksach. Nie ma paznokci, linii papilarnych. Jest formą, ideą dłoni. Płynną rzeźbą.
Wyciąga się powoli, z gracją. Jej świetliste „palce” dotykają nadgarstka Kamilandy.
Dotyk jest lodowaty. Przenikliwy do szpiku kości. Ale nie jest to ból. To jest przypomnienie. Przypomnienie czegoś pierwotnego, zapomnianego.
Kamilanda wydaje z siebie cichy, zduszony okrzyk ZACHWYTU. Nie strachu. Jej artystyczna dusza, głodna prawdziwego piękna, niezwykłości, zostaje porażona. W tej sekundzie traci równowagę.
Nie spada gwałtownie. Wodna dłoń podtrzymuje jej ciężar, spowalnia upadek. Wpada do studni nie z pluskiem, ale z głuchym, miękkim szelestem, jakby czarna woda była płynnym aksamitem, który chłonie ją bez oporu.
Na górze zostaje tylko koszyk z ziołami, porzucony u stóp studni. I cisza, przerywana teraz tylko odległym, suchym dźwiękiem skrzypiec z domu, który nagle wydaje się nieprawdopodobnie mały i daleki.
(Dźwięk skrzypiec Marka stopniowo zanika, zastępowany przez narastający, niski szum wody i odległe echo).
3. EXT. OGRÓD — TARAS DOMU — KILKA MINUT PÓŹNIEJ
Marek kończy etiudę. Spogląda na pusty fotel obok siebie. Zazwyczaj Kamilanda przynosiła mu w tym momencie szklankę soku. Cisza jest zbyt głośna.
MAREK (głośniej niż do siebie) Kamilando! Sok się kisi! A raczej… mój sok!
Żadnej odpowiedzi. Zaniepokojenie, które jest u niego rzadkie i niezgrabne jak niedźwiedź w składzie porcelany, zaczyna się budzić. Wstaje, odkłada skrzypce.
MAREK (już ciszej, do siebie) Poszła do sklepu? Nie. Torby nie wzięła. Do sąsiadki? Nie znosi ich psa.
Jego wzrok omiata ogród. Widzi otwartą furtkę do części warzywnej. Idzie tam. Jego kroki są szybkie, nerwowe. Widzi puste grządki z ziołami, porzuconą łopatkę.
MAREK Kamilando? Ta gama już skończona! Możesz wracać do krytyki!
Tylko świergot ptaków odpowiada. Jego serce zaczyna bić szybciej. To nie jest jej styl. Nawet gdy była zirytowana, zawsze dała znać, gdzie jest. Racjonalne wytłumaczenia kończą się jedna po drugiej.
Wtedy jego wzrok pada na KOSZYK WIKLINOWY, leżący na ziemi u podnóża… studni. Koszyk jest przewrócony, ziele rozsypane. W sercu Marka zapada lód.
Podbiega. Na mokrym od rosy kamieniu cembrowiny widzi wyraźny odcisk — ŚLAD DŁONI z rozpostartymi palcami. To jej dłoń. Wygląda, jakby się o coś złapała… albo jakby coś ją złapało.
MAREK (przy studni, jego głos jest niski, pełen niedowierzania) Kamilando…? Co ty…?
Zagląda w czarny lej. Widzi tylko swoje własne, przerażone odbicie, zniekształcone w ciemnej tafli wody daleko w dole. Nic więcej. Tylko czerń. Jego racjonalny umysł szaleje: Zawrót głowy. Spadła. Tona wody. Nie może być.
MAREK (krzyczy, a echo w studni zniekształca jego głos w groteskowy sposób) KA-MI—LAN-DO! ODEZWIJ SIĘ! ECHO: „…się… się… się…”
Cisza po echu jest jeszcze straszniejsza. Marek chwyta się kamienia, by nie osunąć się na kolana. Jego dłonie, te pewne dłonie skrzypka, drżą. Patrzy w dół, a czarna woda zdaje się patrzeć na niego.
Nagle, impuls. Odwraca się, szuka czegoś, cokolwiek. Jego wzrok pada na połamaną, starą CEGŁĘ leżącą przy kompoście. Bierze ją. Jest ciężka, chropowata. Bez namysłu, z całej siły frustracji i lęku, rzuca ją do studni.
Cegła znika w czerni. Liczy sekundy. Jedna… dwie… trzy… W końcu dobiega go GŁUCHE, MOCNE UDERZENIE o wodę. BUM.