E-book
13.65
drukowana A5
25.34
Miłostki małe i duże

Bezpłatny fragment - Miłostki małe i duże


Objętość:
149 str.
ISBN:
978-83-8155-177-9
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 25.34

Dla wszystkich, którzy zostali, kiedy łatwiej było odejść. Dziękuję.

Rumianek

wczoraj głaskałeś po włosach

w mym sercu zakwitł rumianek

nie czułam że śnię dopóki

nie zbudził mnie jasny poranek


załkałam w poduszkę cicho

jak kwili serce stęsknione

z rumianku zrobiłam herbatę

aż usta miałam sparzone


dotknęłam niechcąco twych uczuć

i lód mnie przeszył do kości

nawet bym nie pomyślała że można

być tak pozbawionym miłości

Czasem patrzy na mnie jakby tęsknił

Chłopiec któremu oddałam serce

Którego latem trzymałam za ręce

Siedzi gdzieś w kącie z głową spuszczoną

A twarz ma smutną może zmęczoną


Chłopiec którego za mocno kochałam

Którego utracić tak bardzo się bałam

Z którym pociągiem uciekać lubiłam

To w jego oczach tak się zgubiłam


Gdy nasze spojrzenia się spotykają

Wszystkie zegary odliczać przestają

Po dwóch stronach pełnej ludzi sali

Jesteśmy sami, zupełnie sami


Potem odwraca wzrok któreś z nas

Wracają ludzie, powraca czas

Tak nie powinni patrzeć na siebie

Dziewczyna co tęskni i chłopiec co nie wie

Szara mgła

Księżyc znów mi powiedział

Że cię widział jak przy ulicy

Paliłeś papierosy

To cię niszczy

Dodał jeszcze że trzymałeś jej dłoń

(To zaś niszczy mnie)

Ale kochanie, mam nadzieję

Że teraz jesteś szczęśliwy

Nie chciałabym abyś cierpiał gdzieś beze mnie

Może to samolubne

Ale z fiołkowej pościeli wyłapuję twój zapach

Który dawno już się ulotnił

Ze starych fotografii

Wyłapuję twoją twarz

Która dawno się zmieniła

I ze wspomnień wyłapuję tego chłopaka

Którego już nie ma


Zniknąłeś w szarej mgle

Ale o dwudziestej pierwszej każdego dnia

Wciąż czekam na wiadomość

Zapewne nie ostatni wiersz o tobie

Już od miesięcy

Próbuję ubrać cię w słowa

I sama się waham

Chyba wciąż nie jestem gotowa

Albo dalej nie wierzę


Lecz skoro to piszę

To chyba zrozumiałam

Bo wiersze są ostatnią deską ratunku

Dla tonącego (w uczuciu)


Każdego dnia

Spuszczam głowę

Bo liczę że gdy w końcu

Zmuszona będę ją podnieść

Ujrzę ciebie


To niedorzeczne

Niewiarygodne

Niemożliwe

Niezrozumiałe

Ale przegraliśmy bitwę

W której oboje chcieliśmy walczyć


Zabrakło powodu

Odwagi

Siły

Chęci

Sensu

Już nie wiem czego zabrakło

Choć zarzekałeś się że masz cały zapas

Nawet na najmroźniejszą zimę


(Nie przetrwaliśmy nawet jesieni)


Pod powiekami widzę

Pudrowe goździki

I błyszczące oczy

Zerkające na mnie po cichu

zbyt cicho

By usłyszeć coś poza

Zgodnie bijącym sercami


Byliśmy jedyni na świecie

W deszczu, z lodami

Nogami w trawie

Głową w chmurach


Teraz się nie znamy

Zaczynam myśleć że o to chodzi w miłości;


Najpierw istniejemy tylko my

A potem nie istnieje żadne z nas

Gdybyś

milion zapłakanych deszczem ulic przeszłam

a ty jesteś tam gdzie cię nie brakuje

skrywałam nadzieję że na mój widok

może cię serce choć lekko zakłuje


przyznam nawet niewiele myślałam

nie myśli się przecież dłońmi drżącymi

nie myśli się sercem, nie myśli głową

tylko iskrami przypadku tlącymi


nie chciałam się wcale poddać tak łatwo

lecz smutek tę postać znienacka przybiera

przecież nie mogę poradzić nic na to

że ciebie uparcie nie było i nie ma


a skrycie liczę na jakieś głupstwo

choć listów nadal nie adresuję

może któregoś jasnego poranka

twoją obecność sobie wysnuję


zbyt pewna byłam że mnie powstrzymasz

lub blizny i usta me ucałujesz

jednak przemknęło mi nieraz przez myśl

że tylko cierpieniem się delektujesz


gdybyś się teraz nagle dowiedział

że z bólu ostrzem wściekle szarżuję

szepnąłbyś chociaż z nutą goryczy

tak bardzo przepraszam, wszystkiego żałuję?

Chyba zgubiłam się w tobie

halo?

nie dzwoniłam

nawet nie wybrałam numeru

ale chciałam

kiedy znów się zaczęło sypać

pomyślałam że może tym razem

posłuchasz


twoje ręce dotykały mojej skóry

krople morskiej wody na szyi

i pocałunki z ziarnami piasku

a potem koszmar przeciął sen

wystarczyła cicha prośba o trzeciej nad ranem

by znajome ramiona mnie objęły


czasem nadal zdarza mi się

stać nad torami

i nieobecnym wzrokiem patrzeć

na twoją nieobecność

chciałam wsiąść i pojechać na wschód

ale wiem że nie byłabym mile widziana


chciałam tylko przypomnieć sobie

jak śmiałam się na różowym fotelu

jak przy zachodzącym słońcu

spacerowaliśmy zrywając trawę

i znów zbudziłam cię w środku nocy

żeby po raz pierwszy wyznać miłość


nadal wiem co gdzie leżało

pewnie gdybyś chciał już bym była

znów włosy owinęła w ręcznik

i splotła ręce wokół ciebie

jak to robiłam

w błogiej nieświadomości końca


halo?

każdej nocy pojawiasz się w snach

ale co mi z tego

skoro nie ocierasz łez


chyba tym razem zbyt wiele kawałków

jest do poskładania

i chyba tym razem sobie nie poradzę

tak pragnęłam być

gdy świat ci się walił na głowę

mam nadzieję że ona cię naprawiła

bo gdyby tak się nie stało

chyba bym sobie nie wybaczyła


czasami cię winię

że zabrałeś mi wiersze

ale później przypominam sobie

ile razy czułam się szczęśliwa

bo byłeś obok

jak mogę się gniewać?


halo?

nadal tu jestem

i czekam

na jedno słowo

wróć.

proszę.

nie umiem odnaleźć siebie.


chyba zgubiłam się w tobie.

Nie znają umiaru

Wszystko wszędzie

Nie na swoim miejscu

Pełno myśli w głowie

Pełno uczuć w sercu

Jak te wstęgi długie

Plączą się, miotają

Ktoś chce je uprzątnąć?

Umiaru nie znają.

Oczy koloru oceanu

zawsze chciałam pojechać nad ocean

ale do tej pory

twoje oczy mi wystarczały

mogłam codziennie topić w nich smutki

Rozmawiałam z ciszą

rozmawiałam z ciszą

na scenie

reflektory w płomieniach

i kurtyna skutecznie oddzielająca

rzeczywistość od gry aktorskiej


rozmawiałam z ciszą

na scenie

nie tak, źle, inaczej

obróć się, stań

mów to co im się spodoba

graj tak by cię pokochali

nie krzyw się

unieś głowę w górę

krok do przodu


rozmawiałam z ciszą

na scenie

tamci mnie oglądali

jedni się śmiali

inni płakali

wszyscy tacy nieprawdziwi

klaskali jakby im się podobało

to kiepskie przedstawienie


rozmawiałam z ciszą

w życiu

bo życie jest sceną

a ja tylko marną aktorką

która gra by ją pokochali

bo zbyt boi się ludzi

by być sobą

Teraz nie ufam swojej głowie

Odkąd cię nie ma

Moje dłonie rozpaczliwie próbują złapać nicość

Wsiadam do pociągu bez biletu

Nie odróżniam łez od deszczu uderzającego o moje policzki

Znalazłam serce rozkruszone na betonie


Twoje włosy rozproszone na wietrze

Przeczesuję je tak jak robiłam to o trzeciej nad ranem

Fale znów rozbijają się o piaszczysty brzeg

Zachody są smutniejsze niż zwykle


Wierzę że twoje oczy nie kłamią

Kiedy zerkasz na mnie ukradkiem z cieniem tęsknoty

Bo dusza tego chłopaka którego znam z przypadku

Nie jest tak delikatna jak twoja była

A ja powoli gubię się w udawaniu kogoś kim nie jestem


Kiedy zniknąłeś

Musiałam wszystko ułożyć sobie inaczej.

Częściej patrzeć w sufit przepełniona nieobecnością

Trzy razy ronić łzę

I kasować połączenie po pierwszym sygnale


Teraz nie ufam swojej głowie.

Z trudem oddycham, dźwięki są takie głośne

Uderzam ręką o ścianę, by poczuć ból

O, ironio.


Chciałabym wszystko ci opowiedzieć

Zgubiłam się i nie widzę białego światła

Pozwól mi ostatni raz pomyśleć trzeźwo zanim utonę

Pospiesz się, proszę.

Sieć się zacieśnia. Wir mnie porywa.

Kłamstwo

— Czy pamiętasz jak to było?

— Nie i nie chcę, zamilcz proszę.

Wtedy pewnie to wiedziałeś

Że wciąż w sercu dziurę noszę


— Czy pamiętasz jak się czułaś?

— Nie pamiętam, już minęło.

Czemu gdy się pogodziłam

Ciebie na wspominki wzięło?


— A czy nadal czasem tęsknisz?

— Nie, nie tęsknię. I to wcale.

Łzy już oczy wypełniły

Dobrze wiemy — słabo kłamię.

Tu, obok kwitnącej wiśni

Wzniosła oczy ku górze i dłonie zatopione w blasku

Z grymasem na twarzy może przez słońce

Spytała głosem który lekko już się załamywał

Dlaczego stąpa po coraz cieńszym gruncie

Uroniła łzę, może dwie

I zacisnęła zęby jak na damę przystało

Bo płakać nie wypada, gdy wokół ludzie podziwiają kwiaty


I tak będą szeptać

Że ta dziewczyna taka smutna

Ktoś nie szczędził jej cierpienia

Ale dumnie pomaszeruje przed siebie

Chociaż wszystkie niespełnione obietnice

Na karku ciążyć jej będą


Kim się stała, kiedy zrozumiała

Jaki los spotka tych którzy tęsknią po cichu

Już wtedy wiedziała jakie trudne będą kroki

Stawiane w stronę drugiego końca tęczy

Ale nie pozwoliła sobie na to by bezsilnie uderzać

dłońmi o mury

Przy których niegdyś całowali się

Tu, obok kwitnącej wiśni.

Paranoja

Może sobie uroiłam

Twą obecność w moim życiu

Może byłeś tylko światłem

Prowadzącym mnie w ukryciu


Może miałeś mi umilić

Te dni pozbawione słońca

Może miałeś przyzwyczaić

Do nadchodzącego końca


Wczoraj zakochani w sobie

Teraz nieznajomych dwoje

Może czas mi gdzieś ucieka

Albo łapię paranoję

Ironia

tak bardzo bałam się

że złamię ci serce

a teraz to ja

siedzę w dworcowej poczekalni

i wypatruję pociągu

donikąd

Wszystkiemu brakuje sensu

nie potrafię stworzyć wiersza

o złamanym sercu

więc stworzę serce

o złamanym wierszu


(wszystkiemu brakuje sensu…)

(Nie)powodzenia

wstajesz pewnego dnia

gdy promienie słońca wpadają przez okno

podciągasz kolana pod brodę, dotykasz swojej twarzy

istniejesz tutaj

najpierw sprawdzasz pogodę

lawenda kwitnie na balkonie

błękitne niebo przecinają ptaki — żywe istoty

w kuchni czeka na ciebie ciepła herbata

a może wcale nie czeka

ale w każdej chwili możesz zagotować wodę

czy zapach herbaty nie jest piękny?

jest lato, jest słońce, jest przyjemnie

chociaż jak wychodzisz do sklepu po czekoladę

masz dość upałów

ale możesz spakować plecak i pojechać nad jezioro

a wtedy woda wydaje się być idealna, prawda?

jeśli wolisz — zostań w łóżku

kołdra przesiąknięta twoim zapachem

dobra książka na poduszce

to też jakieś rozwiązanie

czeka na ciebie mama, tata, siostra

przyjaciel, pies, świnka morska

a może wydaje ci się że nikt nie czeka

ale posadzone przez ciebie kwiaty też chcą być o nie dbała

i dbają o ciebie, rozwijając się na twoich oczach

nie zapomnij ich podlać

nie zawiedź ich

życie może uciekać przez palce

czas może płynąć szybciej niż rzeka

teraz jesteś bez siły, bez wyjścia, bez punktu

ale nadejdzie

wierzę że nadejdzie moment

w którym chęć do walki da ci najmniejsza iskra

najzwyklejszy drobiazg

najsłabszy uśmiech, najcichszy śpiew skowronka o poranku,

najpyszniejszy deser, najwspanialszy zachód słońca

tylko nie zamykaj oczu

nie opuszczaj powiek

nie przegap szansy

Czy ludzie w ogóle ją widzą?

Tam, w lewym rogu ruchliwej ulicy

Stoi dziewczynka z zapałkami

Bajkowo, pomyślą

W pudełku niewiele zostało

A ogień w jej sercu już dawno przestał

ocieplać lodowate dłonie

Od połowy deszczowego listopada

Ludzie? Czy ludzie ją w ogóle widzą?

Czapkę naciąga na sam czubek nosa

Ale wcale nie chce

Pozostać niezauważona

Gdyby tylko miała parasol

Kto to?

Czy ta dziewczyna z burzą rudych loków

Podchodzi do niej?

Tak! Na pewno!

Zerka na prawie puste pudełko

W ustach trzymając papierosa

I prosi o iskrę

Jakby mogła jej odmówić? Choć może

Gdyby wiedziała

Zostaje sama. W kieszeni upycha zapałki

Kolejną gubi na dworcu

Wśród rozkołysanych pasażerów

I następną.

Aż nie zostaje żadna

Dróżka pełna przeterminowanych liści

Prowadzi pod dom w którym kominek

Powoli trawi gałęzie drzew

Ale zamiast wrócić

Stoi pod otwartym niebem

U(bo)lewa.

Sny

Widziałam cię we śnie

A spałam głęboko

Więc ponieść się dałam

Miłości obłokom


Przez zamknięte oczy

Przez powieki cienkie

Widziałam jak trzymasz

Kurczowo mą rękę


Zbudziłam się cała

zalana potem

Zbyt boję się pływać

Miłości obłokiem

Blizny po ogniu

nawet gdy blizny po ogniu

palą skórę

uskrzydla mnie myśl

że gładzisz moje włosy

i ciernie oplatają serce

a ty trzymasz moją dłoń

szepcząc

że się ułoży

i senna mara

ogarnia umysł

o północy

a ja wybudzona

łkam cicho w poduszkę

dopóki nie czytasz

mi wierszy

Chaos

Jeszcze jedna łza

Jeszcze jeden zdradliwy pocałunek

Jeszcze jedna dłoń

wyrwana ze splotu

Bo świat i tak już jest

Pogrążony w chaosie


Jeszcze jedna tafla wody

rozproszona

bo ptaki wciąż

przylatują i odlatują

jak ludzie

donikąd


Wokół mnie pusto

Jakby wszyscy

uciekli od prawdy

może wiedzą

chociaż nikt im nie mówił

może widzą

choć zamykają oczy

Sami to stworzyli


Plączą się

pośród znajomych twarzy

i udają

że wcale nie zmieniają świata

jedną łzą

jednym zdradliwym pocałunkiem

jedną dłonią

wyrwaną ze splotu

na zawsze

Wyglądasz pięknie kiedy płaczesz

Ogrzeję twe serce słowami

Które składają się na moje wiersze

Poprowadzę cię rytmami

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 25.34