E-book
8.45
drukowana A5
22.72
MIŁOSNY SZTORM

Bezpłatny fragment - MIŁOSNY SZTORM

Objętość:
139 str.
ISBN:
978-83-8155-049-9
E-book
za 8.45
drukowana A5
za 22.72

Prolog

Silne porywy wiatru smagały spienioną powierzchnię morza. Raz po raz pojawiały się białe grzywacze. Pomiędzy szybko pędzącymi chmurami, raz po raz przeświecało słońce. Szeroka, piaszczysta plaża powoli pustoszała. Letnicy widząc co się dzieje, przemieszczali się ku ogródkom piwnym. Miłośnicy wodnego szaleństwa również zmykali na brzeg. Na potężniejących z każdą minutą falach pozostał jeden, samotny żagiel. Powoli zbliżał się do linii plaży, by niemal w ostatniej chwili zawrócić. Ściągnięty do połowy kombinezon piankowy ukazywał muskularny tors surfera. Mięśnie grały pod skórą, gdy mężczyzna manewrował żaglem. Nawet na moment nie tracił równowagi. W zapamiętaniu walczył z żywiołem. Wreszcie skierował się ku plaży. Z wprawą zatrzymał się na piasku. Kilkoma silnymi szarpnięciami przesunął deskę surfingową poza linię fal. Dopiero wtedy pozwolił sobie na założenie góry kombinezonu. Kilka nastolatek, odzianych w kuse stroje, obserwujących z pomostu wyczyny samotnego surfera, przyjęły jego gest z jękiem zawodu. Musiał zdawać sobie z tego sprawę, bowiem jego usta skrzywiły się w ledwie uchwytnym uśmiechu. Jedynie oczy pozostały nieprzeniknione, skrywające głęboki żal. W ciągu kilku minut, bacznie obserwowany, spakował sprzęt i energicznie ruszył przez nadbrzeżne zarośla, na pożegnanie machając opaloną dłonią. Ten gest wzbudził piski na pomoście. Na tyle głośne, że co baczniejsi rodziciele nazbyt wyrośniętych pociech, poczęli z niepokojem wyglądać zza budek z szaszłykami.

Mężczyzna przekroczył wąską drogę, kierując się w stronę czterech niskich domków kempingowych. Świeża farba bieliła się już z daleka, świadcząc o solidnej ręce gospodarza tego terenu. Szeroki napis ponad ogrodzeniem krzyczał dużymi czarnymi literami „SEBA — Szkoła surfingu”. Widząc nadchodzącego szefa, chudy jak patyk osiemnastolatek zerwał się jak oparzony z leżaka. Nieporadnie usiłował za plecami ukryć papierosa. Wreszcie zdecydował się rzucić go w piasek przed siebie. Przydeptanie dymiącego peta nagą stopą nie było przyjemne. Chłopak zrobił się czerwony na twarzy, ale nawet nie pisnął. I tak było już za późno, gdyż szef otwierał bramkę.

— Grzesiu, przynajmniej się przekonałeś, że fajki szkodzą… — skruszony przestępca nie wiedział co odpowiedzieć. Przypalenie na stopie piekło jak diabli, ale nie zamierzał tego po sobie pokazać. Mężczyzna pokiwał głową w udawanym strapieniu.

— I co ja mam z tobą zrobić? Leć opatrzyć tą stopę. Sezon dopiero się zaczyna, na jednej nodze niewiele zwojujesz… — ostatnie słowa wypowiedział z lekką nutą ironii.

— Natychmiast panie Sebastianie — chłopak podskakując na jednej nodze, podążył w stronę nieodległej apteki, widocznej na zakręcie uliczki.

Właściciel szkółki otworzył jeden z domków, zamieniony na magazyn sprzętu. Deskę i żagiel oparł o ścianę, pozwalając im wyschnąć. Zamknął na chwilę oczy, wciągając głęboko powietrze przesycone zapachem igliwia i sosen, rosnących wokół. Tylko to trzymało go przy życiu, przypominało, że warto budzić się każdego dnia….

Ocknął się. Zawsze, gdy miał zbyt dużo czasu, jego myśli dryfowały w niebezpiecznym kierunku…. Spojrzał na staromodny zegar w formie koła sterowego. Właśnie wybijał trzecią. Zły na samego siebie, mruknął pod nosem coś niecenzuralnego. Nagle, ku jego zaskoczeniu, przed bramę zajechał niski, sportowy wóz. Burza kruczoczarnych, rozwianych włosów, nie pozostawiała złudzeń, co do właścicielki. Wychuchana dziewczynka bogatych rodziców, która już w wieku niespełna dwudziestu lat agresywnie brała od życia, ile się da. Mężczyzna przywołał na twarz uśmiech i pomachał na powitanie. Wiele by dał, by nadchodząca kobieta miała więcej umiejętności, nawet kosztem gotówki. Tyle, że nie miał wielkiego wyboru. Jego własna szkółka żeglarska istniała głównie dzięki takim klientom.

— Cześć Sebuś — dziewczyna szeroko się uśmiechnęła, ukazując śnieżnobiałe, równe zęby. Efekt intensywnych zabiegów dentysty. Otaksowała sylwetkę mężczyzny, dodając energicznie.

— Dziś mam ochotę przekroczyć wszystkie możliwe limity — porozumiewawczo mrugnęła okiem. Podeszła bliżej, z rozmysłem ocierając się pokaźnym biustem o jego tors.

— Mała Patrycja chce wycisnąć z deski wszystko? — umiejętnie wycofał się z pułapki, zastawianej przez dziewczynę.

— Mam, już mam opatrunek… — zza samochodu rozległ się triumfalny okrzyk wracającego Grzegorza. Kobieta obrzuciła go złym spojrzeniem, pod którym chudzielec aż się skulił.

— Znakomicie mały — w głosie Sebastiana pobrzmiewała nuta wesołości. Dwornym gestem wskazał na otwarte drzwi magazynku.

— Z czego szanowna pani będzie wyciskać dziś soki? Surfing, a może dziś spróbujemy kite-surfingu? Mamy doskonały wiatr….

Patrycja, wciąż ze złością czającą się w oczach, przesunęła smukłą dłonią po umięśnionym przedramieniu mężczyzny. Sięgnęła po arsenał środków do tej pory nie używanych. Zbliżyła się do jego ucha i mruknęła.

— Ojciec zarejestrował mnie w zawodach za miesiąc. Szlifujmy zatem kite’a — poczuła drżenie jego mięśni. Pewna zdobytej władzy nad Sebastianem, przesunęła szyję, chcąc musnąć wydatnymi ustami policzek mężczyzny. Ten wykonał gładki unik, wyślizgując się niczym piskorz. Z przepraszającym uśmiechem chwycił pakunek, zawierający skrzydło. Zarzucił sobie na ramię. Podaną przez Grzesia deskę wsunął pod pachę i rzucił z ukrytą ironią, w której przebijał smutek.

— Zacznijmy od treningu na wodzie…


Czuł nadchodzące zmęczenie, ale nie dawał tego po sobie poznać. Robiło się coraz chłodniej, plaża opustoszała. Zerknął na przebierającą się nieopodal Patrycję. Nie zauważyła jego zainteresowania. Solidny wycisk na falach uspokoił nieco hormony dwudziestolatki. Zwinnie wsunęła się w zwiewne pareo. Rzucony w nieładzie skafander piankowy był poklejony piaskiem.

— Czeka cię sprzątanie samochodu — zauważył, wskazując głową na osprzęt dziewczyny. Ta uśmiechnęła się krzywo i odpowiedziała z nonszalancją.

— Zajmie się tym któryś z pracowników taty — podeszła bliżej i nim Sebastian zdołał zareagować, pocałowała go w policzek.

— W każdym razie, dziś nie mam już chęci na żadne przygody… — pogroziła mu palcem — … ale ci nie odpuszczę. Dziękuję za dziś… — odpowiadając jej skinął głową. Wydawał się całkowicie pochłonięty składaniem drugiego skrzydła. Wzruszyła ramionami i odeszła, nie oglądając się za siebie. Na wszelki wypadek, gdyby jednak przykuła uwagę nauczyciela, wprawiła w ruch krągłe biodra.

Sebastian westchnął z cichym żalem, przez ledwie uchwytną chwilę spoglądając za dziewczyną. Nie znał wielu swoich kolegów, którzy nie skorzystaliby z takiej okazji. Bogata małolata, szukająca wrażeń. Cóż chcieć więcej?. W oczach mężczyzny, zamiast pożądania, pojawił się smutek. Ciemne włosy Patrycji przywołały bolesne wspomnienie. Potrząsnął głową, jakby chciał je przepędzić. Spojrzał na zachód słońca. Gorejąca kula powoli chowała się za horyzontem, dając wspaniałe widowisko.

Dzwonek telefonu oderwał Sebastiana od tego widoku. Sięgnął do torby. Odebrał, nie patrząc na ekran.

— Słucham?

— No stary, nie mów mi, że zapomniałeś… — głos przyjaciela, promieniujący wesołością, przypomniał mu o wieczornym spotkaniu.

— Nie zapomniałem — naprędce sklecił niewinne kłamstewko — lekcja mi się przeciągnęła. Sam rozumiesz… — po drugiej stronie słuchawki rozległ się chichot.

— Gdybym cię nie znał, to może i bym ci uwierzył, że gdzieś na plaży przeprowadzasz dodatkowe korepetycje kursantce… — w tle dało się słyszeć fuknięcie małżonki przyjaciela. Pomny jej niezadowolenia, dokończył myśl spokojniej.

— … ale nie zapominaj, że doskonale cię znamy. Czekamy na ciebie z kolacją, więc nie ociągaj się.

Sebastian mruknął coś na potwierdzenie i zakończył dyskusję. Rzucił ostatnie spojrzenie w stronę niknących słonecznych promieni.

— Zachodzi zupełnie jak moje życie — szepnął pod nosem, zarzucając sobie na ramię pakunek z osprzętem. Nie zwracając uwagi na chłód nadchodzącej nocy, pieszo dotarł do składziku. Grzegorza już dawno nie było. Na oknie pozostał jedynie zeszyt z zapisanymi lekcjami na następny dzień. Ku swojemu zadowoleniu dostrzegł kilka pozycji, nie zaczynających się od imienia „Patrycja”.

Tuż za płotem przeszła grupka podchmielonych małolatów. Głośno przekrzykiwali się, raz po raz przechylając puszki z tanim piwem. Nie zwracając na nich uwagi, zamknął składzik, bramkę i skierował się do odrapanego forda. Pośród domków letniskowych pojawiało się coraz więcej miłośników złocistego trunku. W końcu noc dopiero się rozpoczynała. Spoglądał przez chwilę na eksplozję radości z życia. Przymknął oczy. Nie potrafił być już tak beztroski, jak ci wszyscy ludzie wokół. Energiczne wytarcie nosa powstrzymało go przed łzą. Uruchomił silnik i powoli wytoczył się na asfaltową drogę. Dopiero teraz zaczął doceniać inicjatywę Marka. Gdyby nie on, siedziałby samotnie, patrząc w puste ściany. Widział starannie utrzymany ogród i jasny domek, ledwie widoczny pośród zieleni przyciętych krzewów i drzew. W drzwiach dostrzegł potężną sylwetkę gospodarza. Okrągłe oblicze promieniowało zadowoleniem.

— Wreszcie, panie pracoholik — tubalny głos był doskonale słyszalny, nawet poprzez gong silnika. Sebastian uśmiechnął się pod nosem. Przekręcił stacyjkę i zabrał kluczyki wysiadając. Dopiero teraz usłyszał hawajskie rytmy, dobiegające z wnętrza domu. Uścisnął prawicę przyjaciela, wyciągniętą w geście powitania. Krótko, silnie, po męsku. Marek badawczo spojrzał na zmęczoną twarz Sebastiana. Odetchnął z ulgą, nie dostrzegając nic podejrzanego.

— Uporządkuj fryzurę, załóż koszulę, dziś mamy gościa na kolacji, panie Grabski — mrugnął okiem, domyślnie wskazując na bujne włosy opadające falą na opalone ramiona mężczyzny. Sebastian z krzywym uśmiechem spiął je w kuc. Sięgnął po ubranie przez otwarte okno samochodu, jednym ruchem wdziewając lnianą koszulę. Marek dokonał pobieżnej inspekcji wzrokiem i zadowolony zaprosił gestem do wnętrza.

— I pamiętaj, dziś jesteśmy gentelmanami — rzucił, gdy diabeł siedzący mu za uchem podpowiedział zaczepkę. Sebastian pogroził mu palcem.

— Spokojnie, panie gawędziarzu — ukryta nuta ironii uspokoiła wreszcie Marka, który przepuścił przyjaciela przodem. Przeszli wąski korytarzyk, w stronę pokoju gościnnego, skąd dobiegały kobiece rozmowy. Sebastian łowił uchem nowy głos w tej dyskusji. Przyjemny, ciepły, poruszający w jego duszy dawno zapomniane struny. Stanął w wejściu, napotykając uśmiechniętą, przysadzistą brunetkę. Razem z Markiem tworzyli parę niemal doskonałą. Oczywiście, były też ciemniejsze strony — jak choćby podwójne nazwisko Kuchniewicz-Grzeń brzmiało jakby miała drugiego męża. Tak przynajmniej twierdził Marek. Jak na związek o piętnastoletnim stażu, tego typu problemy można było śmiało nazwać nieistotnymi.

— Witaj Justynko — Sebastian przytulił kobietę na powitanie. Ta żywiołowo pocałowała go w policzek i pociągnęła za sobą. I wtedy zobaczył Ją. Obróconą przodem do stołu. Drobne dłonie rozkładały sztućce. Fala złocistych loków łagodnie opadała na smukłe, jasne ramiona, szczupła, niska sylwetka.

— Ala, poznaj, Sebastian Grabski… — zaczęła Justyna rozbawionym głosem. Dziewczyna obróciła się. Wtedy dostrzegł jej ciemnoniebieskie oczy. Na moment ich spojrzenia spotkały się.

— Alicja — rzuciła nieśmiałym tonem, podając dłoń.

— Sebastian — przedstawił się Grabski, pożerając ją wzrokiem. Ku swojemu niezadowoleniu zorientował się, że jego twarz oblewa się rumieńcem. Miał nadzieję, że nie widać tego pod opalenizną. Nim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej, powitanie przerwał tubalny głos Marka

— Skoro już się poznaliście, to czas siadać do stołu, ssie mnie w brzuchu jak nigdy — otoczył ramieniem przyjaciela i rzucił jowialnie.

— Jeszcze sobie pogruchacie gołąbki. Ala dopiero co przyjechała — przyjaciółka Justyny zmarszczyła gniewnie brwi. Na całe szczęście, natychmiast zareagowała gospodyni.

— Cwaniaczku, do piekarnika po pieczeń. W te pędy — pogroziła mężowi palcem.

— I tak się kończy sen o samcu alfa — westchnął Marek, posłusznie idąc do kuchni. Sebastian uśmiechnął się pod nosem.

— Ala jest naszą koleżanką — wyjaśniła Justyna — razem studiowałyśmy. I nie widziałyśmy się kupę lat…

— …ordynarnie chcę wykorzystać naszą Jusię, by odpocząć trochę nad morzem — Alicja weszła w słowo gospodyni. Ich wzrok spotkał się. Po ledwie uchwytnej chwili spojrzała w stronę kuchni i mówiła dalej.

— A państwo Kuchniewicze byli łaskawi przygarnąć taką drobinkę jak ja… — zakończyła z humorem. Sebastian pokiwał głową w zadumie. Uderzył go obraz jej oczu. Bez radości, pomimo uśmiechu na drobnej twarzyczce o regularnych rysach. Jakby ujrzał w nich odbicie samego siebie…

— To już drugi dobry uczynek — uśmiechnął się Sebastian — prawdziwi złoci ludzie, gdzie ja bym się bez nich podział — dodał z ukrytą nutką ironii.

— Zapamiętam to sobie niecny bezecniku! — gospodyni pogroziła palcem gościowi. Wkrótce pojawił się Marek z jedzeniem. Przekomarzając się, rozpoczęli posiłek. Grabski raz po raz zerkał w stronę nowej twarzy przy tym stole. Nigdy nie przyznał się, nawet przed sobą, jak bardzo potrzebował tych kolacji, przynajmniej raz w tygodniu. Pozwalały mu naładować emocjonalne akumulatory, uwierzyć, że na każdego czeka szczęście…

Rozdział I

Ciepła noc, rozgwieżdżone niebo i szum fal towarzyszył samotnemu mężczyźnie, przechadzającemu się brzegiem morza. Lubił przed snem przyjść tutaj, z dala od szumu turystycznego miasteczka, ludzi, nastolatków zerwanych z rodzicielskiej smyczy. Tak po prostu, czuć naturę pełną piersią. Zazwyczaj poszukiwał tu swoistego stanu cichej melancholii. Wyciszenia, pozwalającego zasnąć bez koszmarów, bez uczucia tęsknoty ściskającej serce. Tym razem jednak było inaczej. Nie potrafił jeszcze tego nazwać, ale kolacja w towarzystwie przyjaciółki Justyny całkowicie zaburzyła kruchy spokój, jaki budował wokół siebie. Twierdza umysłu, w której ukrył się przed emocjami, rozpadała się jak domek z kart.

Dlaczego? Przymknął oczy i położył się na chłodnym piasku. Czy to były jej oczy? Jakby znajome, podobne…. Może sylwetka? Dawno zapomniane gesty? Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Z niezadowoleniem stwierdził, że serce bije mu szybciej, a na policzkach wykwitł mu rumieniec.

— Za stary jestem na to … — mruknął pod nosem sam do siebie i otworzył oczy. Musiał chwilę się zdrzemnąć, bowiem księżyc stał już wysoko na niebie, zalewając plażę jasną poświatą. Oparł się łokciami o piasek i uniósł w górę. Niemal natychmiast usłyszał za sobą spłoszony, kobiecy pisk. Obrócił głowę i natychmiast skierował ją w drugą stronę. Gdy leżał, jakaś para upatrzyła sobie ten skraj plaży. Poczynała sobie całkiem śmiało, gdy nagle pojawił się on, budząc przerażenie u młodej, nagiej kobiety. Jej partner nieporadnie próbował założyć spodnie.

— Już idę — mruknął Sebastian, walcząc z całej siły, aby nie wybuchnąć śmiechem — nie przeszkadzajcie sobie… — ruszył truchtem, płynnie przechodzącym w bieg. Zazwyczaj wieczorne wyjście na plażę kończył spokojnie, bez wysiłku, ot by dobrze się wyspać. Tym razem jednak czuł, że potrzebuje się zmęczyć, ukoić skołatany umysł. Nie myśleć chociaż przez chwilę. Przyspieszał, dając z siebie wszystko. Mknął po mokrym fragmencie plaży, wybierając drogę tak, aby nie tracić sił biegnąc przez fale wślizgujące się na ląd.

Zadbany organizm nie poddawał się prędko. Pędził niczym zawodowy biegacz. Wyćwiczone mięśnie niosły go jak na skrzydłach. Widoczna w oddali, oświetlona promenada wiodąca wzdłuż wybrzeża, zbliżała się w szybkim tempie. Zwolnił, bowiem w piasku pojawiły się kamienie. Plaża kończyła się, przechodząc w kamieniste wybrzeże. Trzysta metrów dalej, w głąb morza wchodziły łamacze fal wyznaczając koniec strefy dla turystów. Nie czuł się zmęczony. Te kilka kilometrów szybkiego biegu było właściwie rozgrzewką. Do głowy przyszedł mu pomysł, aby zawrócić i jeszcze raz przebyć cały dystans. „Kto wie” — pomyślał nie bez drobnej złośliwości — „może napędzę stracha tym z plaży”. Wtedy zobaczył jej sylwetkę, idącą powoli skrajem promenady. Wydawało mu się, że go dostrzegła. Nie zdołał się zatrzymać w miejscu. Następny krok poprowadził jego stopę pomiędzy dwa wyślizgane kamienie, niczym w najlepszą pułapkę kłusownika.

Syknął z bólu, starając się upaść tak, aby ograniczyć potencjalne szkody. Gruchnął na piasek, zmieszany z setkami otoczaków ciężko, niczym worek ziemniaków.

Jego nagły upadek obserwowało kilku przechodniów. Nikt jednak nie kwapił się ruszyć z pomocą. Ból nie pozwolił pechowemu biegaczowi zastanawiać się nad ludzką znieczulicą. Nie panując nad sobą, zaklął cicho pod nosem, usiłując wydobyć stopę z piekielnej pułapki.

— Sebastian? — usłyszał nad sobą jej zdziwiony głos. Podniósł wzrok, starając się zignorować obolałą kostkę. Szczupła sylwetka Alicji stała tuż nad nim. Dziewczyna uśmiechała się, zaskoczona niespodziewanym spotkaniem.

— Przechodziłam kurs pierwszej pomocy — wyjaśniła, klękając przy mężczyźnie. Uzyskawszy podparcie, zdołał się oswobodzić.

— Pięknie — skomentowała, spoglądając na puchnącą w ekspresowym tempie kostkę — co najmniej zwichnięta… — pobiegła do morza, mocząc apaszkę. Spoglądał za nią, patrząc na jej zgrabną sylwetkę, rozwiane włosy. Nocna nimfa, wychodząca na zew księżyca…

Syknął, czując improwizowany kompres na urazie. Delikatnie przewiązała bolące miejsce.

— Dziękuję — mruknął, nie potrafiąc oderwać od niej oczu. Na kolacji jakoś potrafił się opanować. Za sprawą mroku, kryjącego błyszczący wzrok, a może bólu, jakiejś atawistycznej reakcji na zagrożenie.

— Na dziś koniec biegania — wprawnie wsunęła mu się pod ramię, tak aby stanowić podparcie dla rannego. Z jej pomocą dźwignął się w górę. Starając się nie urazić kontuzjowanej nogi, ruszyli w stronę promenady. Krok za krokiem. Mężczyzna próbował nie obciążać swej wybawicielki, raz po raz przenosił obciążenie na skręconą stopę, sycząc z bólu.

Po kilku takich szarpnięciach, usłyszał cichy wyrzut Alicji.

— Naprawdę możesz się na mnie oprzeć. Chyba nie sądzisz, że cię upuszczę… — mruknął coś przepraszająco. Poczuł, że się czerwieni, dziękując w duchu za ciemności. Oparł się mocniej.

— I jak ci się podoba nad morzem? — zaryzykował po chwili.

— Wszędzie jest lepiej, niż tam, skąd przyjechałam — odpowiedziała po kilku minutach ciszy smutnym głosem.

— Przepiękne widoki… — pomogła mu usiąść na ławce. Zerknęła na Sebastiana spod burzy jasnych włosów.

— I jak noga?.

— Jako facet, nie mogę powiedzieć, że słabo — mężczyzna odzyskał fantazję — zaraz przestanie pobolewać i będę mógł w podziękowaniu zaprosić cię na kolację….

— Na pewno… — skwitowała kpiąco, patrząc to na niego, to na spuchniętą stopę. Kostki już nie było widać. Zaczęła szperać w torebce. Po długiej chwili, z triumfującym uśmiechem wyciągnęła telefon. Chwycił ją za przegub ręki.

— Co ty robisz?

Szarpnęła się gwałtownie do tyłu, jak oparzona. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Nie potrafiła zamaskować przerażenia. Sebastian spoglądał na nią, zdezorientowany nagłą, gwałtowną reakcją dziewczyny.

— Coś się dzieje, skarbie? — oboje, jak na komendę, obrócili głowę w stronę pary staruszków, która zainteresowała się zamieszaniem przy jednej z ławek. Dziadek przypomniał sobie zapewne lepsze lata, odgradzając dziewczynę od Sebastiana.

Reakcja starszego małżeństwa otrzeźwiła Alicję. Z dużym opóźnieniem, na jej bladej twarzy pojawił się słaby uśmiech. Pokręciła przecząco głową.

— Dziękuję państwu, wszystko w porządku. Kolega nie potrafi podszczypywać z wdziękiem… — próbowała wybrnąć z sytuacji. Starsza kobieta spojrzała na nią uważnie, ale nie znalazła nic niepokojącego. Dziadek, oceniwszy, że ze strony kontuzjowanego mężczyzny nic mu nie grozi, pokiwał mu groźnie palcem i poradził.

— Szanuj swoją kobietę, młody człowieku, traktuj jak skarb, nie jak podlotka — żona chwyciła go pod rękę. Chwilę jeszcze rozmawiali z Alicją, po czym ruszyli w dalszy spacer.

— Przepraszam cię… — zaczął Sebastian, nie bardzo wiedząc, jak ma zaradzić niespodziewanej sytuacji. Znał przecież tę dziewczynę zaledwie kilka godzin. Wydawało mu się, ze nikłe nici porozumienia, jakie zaczęły się między nimi tkać, zerwał brutalnie.

— Przedwojenne maniery — próbowała zmienić temat, podchodząc bliżej do ławki. Nie dało się jednak nie zauważyć, że stanęła o krok od ławki.

— Zobacz, trzymają się za ręce — patrzyła na idącą pomostem starszą parę — niewielu ma szczęście znaleźć taki związek…. — odetchnęła głęboko i niemalże szepnęła.

— Nie masz za co przepraszać. Zadzwonię na pogotowie. Przecież ta noga sama ci się nie zagoi…


Chłodne powietrze poranka wpadało przez otwarte okno, wymiatając smród stęchlizny z magazynku żagli. Na słomkowej wersalce leżał Sebastian. Dopiero nad ranem przykrył się kocem. Widział stąd zamkniętą bramę, fragment reklamy własnej szkoły. Po raz pierwszy od wielu dni nie zerwał się o brzasku, aby pracą zagłuszyć myśli. Czuł ciężar świeżego gipsu na nodze. Uśmiechnął się pod nosem. Znał siebie. Może, gdyby druga noga była też unieruchomiona, nie ruszyłby się z miejsca. Tym razem jednak, nie czuł takiej potrzeby. Wciąż miał w pamięci nocny rajd na pogotowie, czekanie do pierwszej w nocy, kilka godzin wspólnej rozmowy z nową znajomą. Nie potrafił przestać myśleć o tym uśmiechu, skromnym, tajemniczym spojrzeniu. Po tej jednej nocy wydawało mu się, że zna ją od dawna. Jej obecność trącała te struny w jego duszy, które nie były poruszane od bardzo dawna.

Za oknem rozległo się skrzypnięcie furtki. Rozwiana fryzura Grzegorza pojawiła się w oknie. Nastolatek zdziwiony przystanął. Ósma rano minęła już dawno, a domki były pozamykane na cztery spusty…

— Szefie? — rzucił bezradnie, rozkładając ręce.

— Nie spóźniłeś się dzisiaj! — Grabski postanowił sobie zażartować z młodego. Wstał z wersalki, nagle pokazując się w oknie.

Nastolatek, nie panując nad sobą odskoczył do tyłu, w stronę furtki. Uniósł w górę dłonie, jak gdyby chciał się zasłonić przed ciosem.

— Nie sądziłem, że z ciebie taki strachliwiec — zachichotał Sebastian, wychodząc z pakamery. Pracownik natychmiast zwrócił uwagę na kuśtykanie szefa.

— Wygląda na to, że już pan kogoś nastraszył? — Odciął się złośliwie, wskazując na gipsowy opatrunek, zasłaniający nogę Grabskiego aż do kolana. Ten w odpowiedzi wzruszył ramionami. Nie chcąc kontynuować słownej przepychanki, odpowiedział.

— Fakt, za dużo biegałem nocą… — nie chciał wyjaśniać nocnych przygód na plaży. Liczył się dzień i zrealizowanie zobowiązań wobec klientów. I ich grubych portfeli…. Grzegorz uśmiechnął się szeroko. Wydawało mu się, że nikt nie wie, że podkochuje się w Patrycji. Kontuzja szefa dawała mu możliwości, szansę wykazania się. Kto wie, może uda się z nią porozmawiać?

— Od dziewiątej do dwunastej mamy naszą zawodniczkę — nieproszony zaczął referować — potem rodzina z dwójką dzieci. Chcą spróbować kite-surfingu — w odpowiedzi Sebastian uniósł w górę dłoń, przerywając raport podwładnego.

— Będę potrzebował, żebyś zaniósł sprzęt na plażę dla Patrycji i potem dla całej rodziny. Weź chłopaków z piwnej górki. Dostaną po dwie dyszki na głowę, ale muszą wytrzymać do południa bez alkoholu.

— Szefie, damy radę — obruszył się nastolatek, odruchowo napinając mięśnie. Za wszelką cenę chciał zostać na plaży z Patrycją.

— Jasne, jasne — Sebastian wydął wargi — po dwie deski pod pachę, a ja wskoczę ci na plecy. Skoczysz po naszych tragarzy, potem zaniesiesz mi sprzęt dla Patrycji. Pieniądze dostaną dopiero po robocie — widząc zawiedzioną minę nastolatka, dodał z przekąsem — spokojnie zdążysz się uwinąć, żeby pooglądać idealne ciało naszej studentki… — doskonale zdawał sobie sprawę z uczuć młodego względem brunetki. Zapewne nie była to miłość, z pewnością pożądanie. Dostrzegał ironię całej sytuacji, gdy dziewczyna próbowała go uwieść ze wszystkich sił, nie dostrzegając psiego, poddańczego spojrzenia Grześka. Miał tylko nadzieję, że młody nie widzi tego w ten sam sposób, że nie weźmie go za konkurenta do ręki młodej dziedziczki fortuny ojca.

Za plecami usłyszał dudniący odgłos sześciocylindrowego silnika. Znał go doskonale.

— Rany boskie, co się stało? — Dźwięczny głos Patrycji wydawał się pobrzmiewać autentyczną troską. Grabski westchnął cicho i obrócił się na pięcie, próbując nie obciążać kontuzjowanej nogi. Żal mu było trochę beztroskiego poranka. Pierwszego od bardzo dawna, gdy nie dręczyły go upiory przeszłości.

— Wypadek przy wieczornym bieganiu… — gips na nodze zadziałał jak kotwica. Tym razem nie zdołał się uchylić i dziewczyna wpadła całym impetem. Poczuł jak napiera na niego pokaźnym biustem.

— Czy mogłabym ci w jakiś sposób pomóc? — Oparła dłoń na jego policzku — wygląda na to, że dziś zastąpię ci pielęgniarkę — poczuł, jak przesuwa palce po jego torsie w dół. Dopiero teraz zdołał cofnąć się o krok, czując jak krew napływa mu do twarzy. Ciało zareagowało na dotyk bez jego wiedzy. Dziewczyna skwitowała to uśmiechem pełnym satysfakcji. Podniosła wzrok z jego spodenek.

— Cieszy mnie, że trzymasz formę — wydawała się nie zauważać wściekłego Grześka, który przemknął obok, przez otwartą bramkę i pobiegł wzdłuż drogi.

Dziewczyna kocim ruchem przesunęła się w stronę Sebastiana. Obdarzyła go triumfalnym spojrzeniem. Oto po kilku tygodniach zabiegów, miała go w garści. Ukochana córeczka tatusia, której nigdy się nie odmawiało.

— Dziś mam ochotę na inne ćwiczenia — szepnęła mu do ucha, przypierając do ściany. Poczuł uderzenie gorąca. Zmysły przejmowały kontrolę nad rozumem.

— Szefie! — przepity głos jednego z tragarzy przywrócił Sebastianowi opanowanie. Delikatnie odsunął dziewczynę. Widząc jej wściekłą minę, dodał pojednawczo.

— Dzień się jeszcze nie skończył… — mrugnął okiem, starając się opanować sytuację. Mina Patrycji złagodniała. Ku swojemu zdumieniu poczuł jej dłoń na swoich spodenkach.

— Żebyś wiedział — cofnęła się z diabelskim uśmiechem, pozwalając, aby krótka spódniczka podwinęła się dużo bardziej, niż powinna. Sebastian dopiero po dłuższej chwili oderwał wzrok od opalonych ud dziewczyny.

— Panowie, niesiemy osprzęt na plażę. Stawka, taka jak zwykle… — trzej koneserzy tanich trunków przystanęli przy bramie. Zarośnięte, poczerwieniałe oblicza wpatrywały się w wysportowane ciało dziewczyny, wyrażając jedno, dobitne pragnienie, będące poza ich zasięgiem.

— Cóż się w nóżkę stało? — Pijak, ironiczne pytanie zakończył głośnym beknięciem — szefuńciu, z taką pielęgniarą w try miga ozdrowiejecie. — zawtórował mu rechot kompanów. Patrycja obróciła się bokiem, wyzywająco oparła dłoń na biodrze.

— Do roboty, mendy! — prychnęła i z miną udzielnej księżnej powędrowała do samochodu po torbę turystyczną. Odprowadziły ją pożądliwe spojrzenia mężczyzn. Żaden z nich nie odezwał się już do dziewczyny, niepewni reakcji pracodawcy. Sebastian, zły, że piwosze byli świadkiem sceny przed domkiem, raz po raz pomrukiwał groźnie. Pomimo gipsu, nadał całej kawalkadzie spore tempo.

— Idziemy panowie — zachrypnięty głos pana Zdzisia dodatkowo popędzał całą grupę — dziś szefuńcio nie ma nastroju do żartów… — popatrzył spode łba na milczącego Sebastiana, czy zrozumiał zawoalowane przeprosiny. Na zachmurzonym obliczu pojawił się zdawkowy uśmiech. Nie wiadomo, czy skierowany do nieformalnego przywódcy „chłopców z piwnej górki”, czy do morskiego horyzontu, wyłaniającego się właśnie ponad grzebieniem wydm.

Silny wiatr wiał wzdłuż plaży, podnosząc smugi drobin piasku. Niska, długa fala biła skośnie o brzeg. Warunki idealne do pływania. Obrócił głowę, tęsknie spoglądając na krótką, tępo zakończoną deskę do kitesurfingu. Niestety gipsowa kotwica na nodze przykuła go do plaży. Tragarze zrzucili sprzęt tuż przy wydmach, z krzywymi uśmiechami nadstawiając niecierpliwe dłonie na pieniądze. Przezorny Sebastian rzucił każdemu po pięciozłotowej monecie. Zawsze tak było. Umawiał się na płacenie po robocie, ale ci, jak prawdziwi zawodowcy, zawsze potrzebowali „zaliczki”.

— Szefuńciu, chociaż po dyszce — mina pana Zdzisia mówiła więcej niż jego zbolały głos.

— Jasne — prychnął w odpowiedzi Sebastian, dostrzegając ponad karnym szeregiem piwoszy zwinną sylwetkę Patrycji zbiegającą po wydmie.

— Jesteście mi potrzebni o czwartej po południu. Wszystko trzeba będzie zanieść z powrotem. Dopiero wtedy będzie czas na fajrant — odwrócił się, dając znać, że zakończył negocjacje. Tragarze, prowadzeni przez Zdzisia przepadli między wydmami, biorąc nieomylny kurs na najbliższy sklep spożywczy.

— Wreszcie sami — z daleka krzyknęła zadowolona Patrycja. Wydawało się, że przewrotny los, tak długo pozwalający Sebastianowi opierać się jej zabiegom, dziś sprzyjał dziewczynie. Uśmiechnął się blado, obserwując, jak zrzuca skromny strój i przebiera się w piankowy kombinezon, bacząc aby nic nie umknęło jego spojrzeniu. Materiał przylegał ściśle do jej ciała. Tym krzywiznom niewiele brakowało do doskonałości. Mężczyzna powiódł wzrokiem po wysuniętej nodze, zaokrąglonym biodrze, pokaźnym biuście, aby na koniec napotkać zaczepne spojrzenie dziewczyny.

— No, panie trenerze, za te widoki trzeba będzie popracować! — Roześmiała się głośno, dźwięcznie, odrzucając do tyłu głowę. Ciemne, gęste włosy dziewczyny rozwiały się na wietrze. Górę wziął instynkt. Wpatrywał się w tę scenę, żywcem wyjętą z najlepszych romantycznych komedii. Wtedy Patrycja delikatnie rozsunęła suwak. Dostrzegł w jej wzroku pożądanie. Nie panując nad sobą, postąpił krok naprzód.

— Jestem… — głos Grześka zburzył atmosferę, misternie tkaną przez Patrycję. Oboje, jak na komendę spojrzeli na nowo przybyłego. Dziewczyna z gniewną miną, mężczyzna z odrobiną melancholii w oczach.

— Znakomicie — Sebastian wskazał na napompowane skrzydło przeznaczone dla kursantki — pomóż Patrycji…

— Obejdzie się — fuknęła, ze złością spoglądając na chłopaka, który pokrzyżował jej plany. Energicznie zasunęła suwak, nie pozwalając zajrzeć Grześkowi w dekolt.

— Sama potrafię się obsłużyć! — Istotnie. Wprawnie, bez żadnych problemów spięła uprząż i spojrzawszy wyzywająco na Sebastiana mruknęła z przekąsem.

— Co teraz mój mistrzu? — W odpowiedzi wskazał na długi jęzor mielizny, usypany przez ostatni sztorm.

— Zacznijmy od tej linii. Będziesz miała dodatkową, krótką falę — Sebastian starał się profesjonalnie podejść do treningu. Jak gdyby sytuacja sprzed chwili nie miała miejsca.

— Oczywiście — skinęła głową. Starała się uchwycić jego wzrok, ale unikał jej spojrzenia. „Ach tak” wydęła wargi, nie zwracając uwagi na bezczelne zaglądanie Grzegorza. „No to będziesz musiał zszywać spodnie” — pomyślała, z premedytacją przeciągając się przed rozpoczęciem treningu. Umiejętnie zaprezentowała swe wdzięki. Grzesiek podtrzymujący jej skrzydło do startu patrzyli na nią razem z Sebastianem nie mogąc wydusić ani jednego słowa.

Wtedy szybkim rozpędem chwyciła wiatr w kite i pomknęła naprzód z szumem rozpryskiwanej wody. Grzegorz usiadł na plaży, obserwując jej manewry. Nie zwracał uwagi na to, że fala raz po raz moczyła mu nogi. Nie odrywał od niej wzroku.

Grabski obserwował przez chwilę podopieczną. Potrząsnął głową, a twarz wyciągnęła się. Nie znał nikogo spośród swoich znajomych, wliczając w to chyba nawet Marka, który w takiej sytuacji odmówiłby kobiecie pokroju Patrycji. Wysportowanej, znającej swoją wartość, potrafiącej zdobywać…. Każdy z nich dokończyłby trening znacznie przyjemniej — ot choćby za rozpiętym parawanem. Chwila zapomnienia, rozkoszy pośród szumu fal….

Pokuśtykał do miejsca, gdzie złożona była reszta sprzętu. Bez pośpiechu podpiął pompkę i zaczął napełniać powietrzem drugie skrzydło.

Z poczucia obowiązku spojrzał po dłuższym czasie na morze. Patrycja była w swoim żywiole. Zapomniała na moment o podboju serca nieugiętego trenera. Morze było tym, co ich łączyło. Szaleństwo na falach. Gdzie zapominało się o wszystkim, poza chwilą bieżącą. Gdy serce pompowało adrenalinę zamiast krwi.

Sebastian obserwował wyczyny uczennicy z nutką zazdrości. Gips wyłączył go z akcji na co najmniej trzy tygodnie. W szczycie sezonu…. Zaklął cicho pod nosem, rozwijając uprząż. Grzegorz, który miał mu pomagać, wciąż siedział na skraju plaży, pożerając wzrokiem sylwetkę dziewczyny ślizgającej się na falach. Grabski zawahał się, chcąc przez chwilę huknąć na młodziana. W końcu nie płacił mu za gapienie się na damskie wdzięki. Przyszło mu do głowy, że jeśli ci dwoje zbliżą się do siebie, pozbędzie się kłopotu. Pokręcił głową, a na jego twarzy pojawił się zdawkowy uśmiech. Kilkoma szarpnięciami sprawdził trwałość zapięć i sięgnął po drugi komplet, wyciągając go z marynarskiego worka.

— Tu jesteś… — uprząż i linki wylądowały na gorącym piasku. Obrócił się na zagipsowanej nodze, zaskoczony widokiem, którego się nie spodziewał.

Uśmiechnięta Alicja spoglądała nań roziskrzonym wzrokiem, autentycznie ciesząc się ze spotkania.

Odziana w zwiewne pareo, z rozwianymi włosami na wietrze, stąpała z wydmy na podobieństwo greckiej bogini.

— No, ciebie się nie spodziewałem… — wyjąkał, nie bardzo wiedząc co powiedzieć. Niczym spłoniony nastolatek ukradkiem spojrzał w Jej oczy.

— Justynka powiedziała mi, gdzie pracujesz… — wskazała smukłą dłonią na odległy, morski horyzont i dodała z nutką zazdrości.

— Niektórzy za taką pracę daliby się pokroić. Słońce, rozkołysane morze… — przerwała dostrzegłszy powietrzne ewolucje uczennicy Sebastiana.

— … piękne dziewczyny — zakończyła prześmiewczo, bacznie lustrując twarz swego rozmówcy. Ten słysząc ostatnie zdanie zmieszał się.

— No tak, prawie jak w „Słonecznym patrolu” — burknął bezradnie rozkładając ręce…. Zostawił sprzęt, zapraszającym ruchem dłoni wskazując na plażę, łagodnie schodzącą ku linii wody.

— Może pomóc ci w wędrówce — spojrzała znacząco na nogę. Ten pokręcił przecząco głową. Autentyczna troska w jej głosie trąciła w jego duszy strunę męskiej dumy.

— Nie z takimi kontuzjami sobie radziłem — rzuciwszy przechwałkę, chwycił ją za rękę i powoli powiódł wzdłuż wydm. Już po chwili zatopili się w rozmowie. Grzegorz, który wreszcie oderwał wzrok od obiektu swoich westchnień, z opuszczoną szczęką obserwował swojego szefa, nie wierząc w to, co widzi. Ukradkiem podejrzewał, że może gustować w męskiej części populacji, zwłaszcza, że uparcie przeciwstawiał się zabiegom Patrycji. Obawiał się, że nieomal doskonałe kształty brunetki zmuszą Sebastiana do zmiany orientacji, z kretesem grzebiąc jego własne szanse na romans. A tu taka niespodzianka…. Rozmyślania przerwał mu sygnał budzika w telefonie. Sięgnął po urządzenie. Na ekranie wyświetlało się nazwisko następnego klienta. Miał być za kwadrans. Jeden rzut oka na sprzęt poderwał go do działania. Drugie skrzydło leżało smętnie tuż przy wydmach, sponiewierane przez wiatr. Zaczął je energicznie pompować. Obrócił się akurat, aby dostrzec jak Patrycja niknie pod falą. Skoczył na równe nogi, aby jej pomóc, ale dziewczyna jednym rzutem ciała znów była na desce. Patrzyła na parę, idącą wzdłuż brzegu. Zagadani, nie zauważyli, jak daleko odeszli od miejsca treningu. Brunetka wprawnie ustawiła skrzydło, złapała wiatr i pomknęła w ich stronę. Z premedytacją wylądowała na plaży tuż przed idącymi. Sprawnie wypięła się z uprzęży, ze zwycięskim uśmiechem stając na drodze idącym.

— A pan gdzie mi ucieka panie trenerze…? — Zapytała z przekąsem, prezentując pokaźny dekolt, umyślnie rozpinając suwak jeszcze bardziej.

— Ostatni kwadrans liczy się tak samo, jak pierwszy — niewiele robiąc sobie z obecności Alicji, pocałowała mężczyznę w szorstki policzek, nieomal ocierając się o niego, jak kotka. Dopiero wtedy mruknęła

— Patrycja — stanęła tak blisko konkurentki, że ta, chcąc nie chcąc, musiała puścić ciepłą dłoń Sebastiana.

— Ala — odpowiedziała zakłopotana blondynka, spoglądając to na dziewczynę, to na swego towarzysza. Ten ze zmarszczonym czołem, zły, że nie zdołał się uchylić przed pocałunkiem dziewczyny odpowiedział szorstko.

— No właśnie, piętnaście minut wystarczy na przećwiczenie skoków, zwłaszcza, że wiatr masz idealny — zdawał się nie zauważać zabiegów swej podopiecznej.

— Oczywiście — obdarzyła go najponętniejszym ze swych spojrzeń — chciałam tylko, żebyś mi doradził… — zapadła chwila niezręcznej ciszy, podczas której Patrycja z gracją profesjonalistki zapięła uprząż i ustawiła skrzydło.

— Juuuhuuu! — chwyciła silny wiatr i z szumem pomknęła naprzód. Rozpędzała się błyskawicznie, wyskakując wysoko w górę. Bryzgi słonej, zimnej wody raz po raz spadały na odkryty dekolt, ale nie zamierzała zapinać suwaka, choćby miała przypłacić to przeziębieniem. „Gwiazda musi zrozumieć, kto tu jest górą” — zacisnęła zęby, pozwalając silniejszemu podmuchowi podnieść się do góry. Wykonała szybką ewolucję i idealnie wylądowała na grzbiecie fali.

— Ładna i zdolna — zauważyła po dłuższej chwili Alicja. Kucnęła, sięgając po muszlę, którą nocne fale wyrzuciły na piasek. Chciała czymś zająć ręce. Po tym, co zaobserwowała, nie wydawało się dobrym pomysłem kontynuowanie spaceru. Potrafiła czytać między wierszami. Ot dobrze się stało, że sytuacja wyjaśniła się na samym początku.

— Tak, rozkapryszona smarkula z bogatym tatusiem — mruknął zamyślony Sebastian, uważnie obserwując ewolucje podopiecznej — niestety, takie młode wilczki to dla mojej szkoły być albo nie być

— No ta akurat jest wilczycą — uśmiechnęła się pojednawczo Ala. Podniosła w górę muszlę, aby pochwalić się zdobyczą.

— Mam już to, czego dziś szukałam nad morzem. Dziękuję za spacer — obróciła się na pięcie. Gdy poczuła na ramieniu delikatny dotyk jego dłoni przymknęła na chwilę oczy, walcząc z całych sił, aby nie zareagować gwałtownie.

— Spotkamy się dziś wieczorem? — usłyszała ciche pytanie. Mężczyzna uśmiechnął się nieśmiało — chciałbym dokończyć naszą rozmowę. — w odpowiedzi Alicja powoli skinęła potakująco głową, zerkając na wyczyny swej konkurentki, robiącej wszystko aby przykuć uwagę swego nauczyciela.

— Tak, oczywiście, bardzo chętnie. Może na promenadzie, około siódmej wieczorem — ożywiła się. Ostatecznie, może rzeczywiście to, co wyglądało na pilnowanie mężczyzny, było końskimi zalotami dziewczynki z bogatego domu?. W oczach Sebastiana, podczas tego krótkiego spaceru dostrzegła jakiś głęboki smutek, tajemnicę. Zaintrygował ją na tyle, że bez wahania zgodziła się na następne spotkanie…

Rozdział II

Drewniany domek zagubiony pośrodku lasu, wydawał się być wyjęty wprost z bajki. Dachówka opadająca stromą falą przykuwała oczy czerwienią. Pnącza oplatające okiennice zdawały się mówić, że budynek od dawna jest opuszczony. Przeczyła temu jednakże czysta weranda, wybudowana w starym stylu. Smużka dymu unosiła się z komina.

Gdzieś z oddali dał się słyszeć warkot silnika. Rósł, płosząc ptaki. Pomiędzy drzewami, na wąskiej dróżce pojawił się skuter, walcząc z miałkim piaskiem. Ciężkie, starannie rzeźbione, dębowe drzwi wiodące do wnętrza uchyliły się. Stanął w nich Sebastian, odziany w zwiewną koszulę i białe szorty, kontrastujące z opalenizną muskularnego ciała. Niepewnie stawiał nogę, wczoraj uwolnioną z gipsowego opatrunku. Wydawało mu się, że jest zbyt lekka, zbyt delikatna, aby stawać na niej całym ciężarem. Nic dziwnego, w końcu była to jego pierwsza tak poważna kontuzja….

Spojrzał na przybysza, stojącego już przed werandą. Nie spodziewał się tu osoby Grzegorza, zwłaszcza po ostatnim tygodniu, w którym ich wzajemne relacje znacznie się ochłodziły. Doskonale zdawał sobie sprawę, dlaczego tak się dzieje. Maślany wzrok swego pracownika, wodzący za Patrycją, mówił wszystko. Prawdziwego uosobienia demonicznych możliwości kobiety. Oczywiście, wykorzystywanych w złym celu. Postanowił, że jeśli przybysz rozpocznie od dyskusji o kursantce, utnie rozmowę na samym początku.

— Szefie — ku zdumieniu Sebastiana, podwładny wydawał się całkowicie panować nad sobą. Na jego twarzy dostrzegł nawet cień uśmiechu.

— List polecony. Przyszedł, jak zamykałem składzik. To nic ze skarbówki, więc odebrałem — podniósł w górę dłoń z białą kopertą.

— I dobrze zrobiłeś — Grabski przywitał się silnym uściskiem dłoni. Sięgnął po list. Nadawcą był Urząd Miasta. Nieco zdziwiony rozerwał kopertę.

— Chcesz coś do picia? — Zapytał półgębkiem wyłuskując bogato zdobiony kartonik. Grześ pokręcił przecząco głową. Przebiegł oczyma po kaligrafowanych maszynowo literach.

— …zaprasza Sebastiana Grabskiego wraz z osobą towarzyszącą na Bal Sportu i Biznesu… — zmarszczył brwi. Nie miał bliższych kontaktów z ratuszem. Wegetujących szkółek żeglarskich, podobnych do tej, jaką prowadził, było kilka w okolicy. Nie zdążył się wśród nich wyróżnić. Jego pierwszym, nieoszlifowanym jeszcze diamentem była właśnie Patrycja. Na efekty jeszcze trzeba było poczekać.

— Złe wiadomości? — Grzegorz uważnie obserwował paletę uczuć przewijającą się na twarzy szefa. Ten uśmiechnął się krzywo i pokazał zaproszenie. Podwładny chwycił je drapieżnie. W jego oczach natychmiast pojawiła się obawa granicząca z pewnością. Do tej pory miał nadzieję, że może kiedyś Patrycja mu ulegnie. Teraz był pewien, że wspólne wyjście Sebastiana z podopieczną na imprezę tej rangi z pewnością przekreśli jego szansę na związek.

Grabski wpatrywał się w zaproszenie. Oczywiście to była dla niego ogromna szansa na reklamę, poszerzenie kontaktów, zdobycie bogatej klienteli. Z niepokojem zastanawiał się nad tym, jak wymigać się od zaproszenia Patrycji. Smarkula z pewnością wiedziała o tej imprezie. Na odwrocie, wśród głównych sponsorów, dało się dostrzec nazwisko jej ojca. Nagle, niespodziewanie dla samego siebie, uśmiechnął się szeroko. Ponury, jak chmura gradowa Grzegorz oddał zaproszenie, obrócił skuter i odpalił go. Opacznie zrozumiał wesołość szefa. Zamierzał podjechać na górkę i w „doborowym” towarzystwie raz na zawsze utopić ciche uczucie do dziewczyny, którą właśnie miał zdobyć Sebastian.

— Będziesz musiał przejąć dwie ostatnie godziny treningu z Patrycją w sobotę — dogonił go głos Grabskiego.

Chłopak, trzymający rękę na sprzęgle, puścił je. Skuterem szarpnęło, silnik zgasł. Nie zważał na to. W sercu poczęła mu się tlić iskierka nadziei, że jeszcze nie wszystko stracone.

— Nie zdąży się przygotować do balu… — rzucił z premedytacją, modląc się w duchu, aby Sebastian zaprzeczył.

— Ma się szykować do zawodów, nie na imprezę… — odpowiedział enigmatycznie Grabski obracając w palcach kartonik — zbierzemy tam takich klientów… — mrugnął okiem do Grzegorza.

— …i zabieram ze sobą Alicję — spojrzał uważniej na podwładnego. Wpadł mu do głowy pomysł, który od ręki mógł załatwić problem narzucającej się kursantki.

— Po godzinach masz wolną rękę. Ostatecznie, obaj jesteśmy potomkami łowców… — nic nie usłyszał w odpowiedzi. Grzegorz stał z opuszczoną szczęką. Nocami roił sny o Sebastianie i Patrycji, splecionych w miłosnych pozach, jak w najgorszych koszmarach. Nigdy się nie spodziewał, żeby ten postawny, przystojny mężczyzna odstąpi mu kobietę o takich kształtach. Jej charakteru nie brał pod uwagę.

Sebastian, widząc jego konfuzję, poklepał go po plecach.

— Bierz się za nią tygrysie — roześmiał się głośno. Ten impuls wytrącił Grzegorza z odrętwienia. Zaczął jednocześnie dziękować, odpalać skuter, szukać czegoś w kieszeniach. Jak gdyby tysiąc myśli przebiegało mu jednocześnie przez umysł.

Katowany silnik, zalany benzyną, wreszcie odpalił, rzygnąwszy chmurą białego dymu z rury. Wtedy ruszył naprzód z dzikim okrzykiem, jak gdyby szarżował na wroga.

Sebastian patrzył za nim z uśmiechem. Spodziewał się, że nawet gdyby młody rozbił się gdzieś o drzewo, nie zauważyłby tego, pewnie do samego wieczora. Testosteron objął we władanie ciało wielbiciela Patrycji przynajmniej na dwadzieścia cztery godziny — albo do pierwszego zawodu miłosnego..


Sebastian, ubrany na sportowo, kończył krótki jogging przez park. Trening zaprowadził go w pobliże domu przyjaciół. Cały ranek zachodził w głowę, skąd wzięło się tajemnicze zaproszenie. Dedukcja zaprowadziła go do osoby Marka. Osobiście znał zastępcę burmistrza. Grzeń musiał maczać palce we wpisaniu go na listę uczestników balu. Biegł coraz wolniej, aż zatrzymał się przy szeregu drewnianych, białych ławek odświeżonych zaraz po zimie. W sumie nie zamierzał dziś odwiedzać znajomych. Miał jeszcze do załatwienia sporo spraw formalnych, w tym wizytę w urzędzie skarbowym, którą odwlekał tak długo, jak tylko się dało. Nienawidził stać w kolejkach i czekać cierpliwie na zmiłowanie urzędnika…. Niewesołe rozmyślania przerwał mu kobiecy głos.

— Proszę, proszę, cały czas na posterunku. Forma, rzecz święta — obrócił się z uśmiechem, z uczuciem ulgi dostrzegając sylwetkę Alicji. Los sam mu zsyłał okazję do rozwiązania części problemów. Przytuliła się doń na powitanie, naturalnie, jak gdyby nie widzieli się nie wiadomo jak długo.

— Ogromnie się cieszę, że cię widzę — bąknął przez ściśnięte gardło. Jak zawsze podczas spotkania z nową znajomą, jego organizm zachowywał się, jakby był nastolatkiem. Nie bardzo wiedząc, co zrobić z rękoma, zawahał się przez chwilę, po czym przytulił dziewczynę.

— Załapię się na trening z profesjonalistą? — Cofnęła się, chwytając jego dłonie — zamierzam ci dziś zająć całe popołudnie — widać było, że spotkanie z Sebastianem wprawiło ją w dobry nastrój. Jej słowa wyrwały wreszcie mężczyznę z przesadnego zawstydzenia, dodając mu odwagi.

— O nie, to ja porywam cię na wieczór i całą noc najbliższego weekendu — wypalił, wkładając w tę przemowę całą siłę swego głosu. Cudem uniknął wysokich tonów.

W odpowiedzi uśmiechnęła się, przesuwając dłoń po jego policzku.

— Zazwyczaj sama decyduję o wieczorze — przekomarzała się, cofając krok za krokiem. Starannie wystudiowana poza pozwalała jej rozmówcy dostrzec gustowny, skromny dekolt.

Ośmielony Sebastian postąpił kilka kroków do przodu rozkładając szeroko ręce.

— Mi nie uciekniesz… — głos uwiązł mu w gardle. Reakcja dziewczyny była odwrotna od tej, jakiej się spodziewał. Widząc nagły ruch, zasłoniła się, a z jej ust wydobył się stłumiony okrzyk strachu. Kilku przechodniów zwolniło kroku, jak gdyby spodziewali się sceny kłótni pary.

— Spokojnie — zatrzymał się, pokazując otwarte dłonie — nie miałem nic złego na myśli — niepewny, spoglądał na Alicję. Zdążyła się otrząsnąć. Z jej twarzy zniknęło przerażenie.

— Przepraszam cię — rzuciła, starając się przykryć niespodziewany wybuch emocji przepraszającym uśmiechem.

— O jakim porwaniu mówiłeś? — Próbowała zatrzeć złe wrażenie. Sebastianowi nie umknęło jednak uwagi, że nie podeszła bliżej, zachowując dystans. Nagła reakcja dziewczyny wytrąciła go z równowagi, dlatego skwapliwie podjął temat.

— Bal sportu i biznesu, organizowany przez miasto — wyjaśnił, zastanawiając się, czy nie przekroczył jakiejś granicy. Nie, to musiało być coś innego…. Zrodziło się w nim przypuszczenie, że dziewczyna udaje przyjaźń ze względu na powiązania towarzyskie z Grzeniami. To brzydkie podejrzenie musiał natychmiast skonfrontować z rzeczywistością.

— Chcę, żebyś rozświetlała mi na nim drogę, niczym morska syrena — nawet dla niego brzmiało to sztucznie, ale właśnie taki był zamysł tych słów. Alicja uśmiechnęła się, rozweselona i zażenowana zarazem. Odczytała jego intencję lepiej, niż on sam. Z wyraźnym oporem pokonała odległość między nimi i delikatnie chwyciła go za dłoń. Spojrzał na nią. Przez dłuższą chwilę nie odrywali od siebie oczu. Wydawało się, że usta kobiety lekko zwilgotniały.

— Panie! Zabierz stąd tego gówniarza, rozwali mi cały stragan! — Wrzask przekupy tuż za nimi brutalnie zniszczył magię chwili. Alicja przykryła ją szczerym, głośnym wybuchem śmiechu, odrzucając głowę do tyłu.

— Domagam się długiego spaceru wzdłuż plaży. I dokładnej opowieści o balu. Skoro mam na nim być księżniczką, a nie kopciuszkiem — pocałowała go w policzek i pociągnęła w stronę morza, nie bacząc na niskie, szpilki, w jakich wyszła na przechadzkę.


Lekkie powiewy wiatru z trudem unosiły skrzydło kitesurfingu do góry. Gdyby nie to, że Patrycja ważyła niewiele, z pływania nic by dzisiaj nie wyszło. Ale nawet ona mogła sobie pozwolić jedynie na spokojne pływanie. O ślizgu można było zapomnieć. Zazwyczaj odpuszczała sobie taki trening, tym razem jednak zawzięła się. Chodziła podekscytowana od samego rana, gdy w notatkach ojca zauważyła zaproszenia na bal. Słowo po słowie wyciągnęła wszystkie informacje i uzyskała jego obietnicę, że dostanie jedną rezerwację, oczywiście z osobą towarzyszącą. Dlatego dziś, mimo chłodnego dnia, śmigała po falach w dwuczęściowym kombinezonie odsłaniającym gładki, umięśniony brzuch. Górna część uwydatniała i tak pokaźny biust dziewczyny. Zamierzała wykorzystać wszystkie atuty swego ciała, aby ponętny nauczyciel nie miał najmniejszych szans obrony przed seksapilem. Istotnie, wydawało się, że dziś częściej obserwuje jej wyczyny, chociaż przy takiej flaucie nie było czego podziwiać. Jej plan działał…

Wykonała zwrot, przy tej sile wiatru, idealny. Z uśmiechem znów spojrzała na plażę. Dostrzegłszy w oddali sylwetkę Grzegorza, zaklęła cicho pod nosem. Jego się nie spodziewała. Naiwne, szczeniackie zauroczenie jej osobą zauważyła już dawno. Zazwyczaj było to powodem jej wesołości. Czasami nawet go podpuszczała, doskonale się bawiąc jego nieudolnymi próbami podrywu. Tym razem jednak mógł pokrzyżować jej plany. Wydawało się, że nawet los jej sprzyja, bowiem wiatr przybrał na sile, pozwalając w szybkim ślizgu dotrzeć do plaży.

— Mała, z powrotem na fale — Sebastian zareagował natychmiast. Jeszcze nie wchodził na deskę, zadowalając się instruktażem z brzegu. Dziewczyna z uśmiechem położyła latawiec, wypinając się zeń.

— Chyba żartujesz — Grabski stanął przy niej, tęsknie spoglądając na powierzchnię morza, marszczącą się pod wpływem coraz silniejszego wiatru.

— Szkoda takich warunków… — w ostatniej chwili uniknął ust Patrycji. Z refleksem godnym mistrza sztuk walki, wykonał unik. Wiedząc, do czego zmierza, postanowił obrócić wszystko w żart

— Takie warunki nie zdarzają się co dzień mała. Wskakujesz na deskę… — w odpowiedzi Patrycja jednym ruchem dłoni zsunęła kaptur neoprenowy, pozwalając aby długie, czarne włosy rozsypały się na ramionach.

— Wrócę na wodę, jak zgodzisz się pójść ze mną na bal sportu. Ojciec załatwił wejściówki — wypaliła z szerokim uśmiechem, wkładając w to maksimum dziewczęcego wdzięku. Chwyciła go za dłonie, których nie zdołał ukryć za sobą. Wpatrywała się w niego dużymi, ciemnymi oczami, wyglądając niewinnie, niczym dziewczynka z dobrego domu. Tuż obok ramienia widziała zbliżającą się sylwetkę Grzegorza i chyba po raz pierwszy w życiu, czekała na odpowiedź mężczyzny z żywszym biciem serca. Zazwyczaj było odwrotnie. „Karma wraca” pomyślała, nie zmieniając wyrazu twarzy. Gdy Sebastian przecząco pokręcił głową, jej uśmiech powoli znikł.

— Jak..to...nie — wyjąkała, niepewna tego, co właśnie usłyszała.

— Wiesz, już wcześniej dostałem to zaproszenie i nie mogłem odmówić — Sebastian łgał jak najęty, starając się zapobiec katastrofie. Nie mogło wydarzyć się nic gorszego, jak kłótnia z córką głównego sponsora balu…

Dopiero teraz dostrzegł swego pracownika. Nastolatek nachmurzył się, sądząc, że oboje się całują.

— O — Grabski obrócił się bokiem do Patrycji, puszczając jej dłonie. Dziewczyna, zaskoczona odmową nie protestowała.

— Możesz przecież zabrać Grześka — mrugnął porozumiewawczo do chłopaka — zaopiekujesz się naszą piękną kursantką, prawda?

Nastolatek energicznie skinął głową potakująco, wzrokiem dziękując Grabskiemu.

— Oczywiście, jak długo będzie trzeba… — zaczął wysokim z napięcia głosem. Jego niepewność przywróciła Patrycji zdolność do działania. Znów poczuła się jak ryba w wodzie.

— Nie trzeba będzie ani trochę– mruknęła chłodno, piorunując wzrokiem Sebastiana. Takiego rozwoju sytuacji się nie spodziewała. Zła była na siebie, że nie zaczęła tej rozmowy wcześniej, zanim nie przypałętał się ten nieszczęsny Grzegorz. Ot gdyby tylko wiedziała. Odwracała się już ku desce, gdy do głowy przyszedł jej nowy, szatański pomysł. Przeciągnęła się, umyślnie pozwalając się obserwować nastolatkowi. Dłuższą chwilę milczała, dręcząc go niepewnością.

— W sumie… — posłała zalotne spojrzenie do zdziwionego Sebastiana — ...jeśli Grześ nie ma nic ważniejszego do roboty… — młody oczywiście natychmiast potwierdził, że jest wolny dziś, jutro i za miesiąc. Dlatego właśnie nie zwróciła nań uwagi, chociaż wyglądał całkiem nieźle. Jadł jej z ręki, bez najmniejszego wysiłku ze strony Patrycji. Co innego Grabski. Niedostępność mężczyzny, to było coś, z czym atrakcyjna brunetka zderzyła się dopiero w szkole kitesurfingu…

Przeciągnęła dłonią po zgrabnej kibici.

— Jeszcze mu pozazdrościsz, panie trenerze… — obróciła się na pięcie i niczym modelka powędrowała w stronę deski, diabelsko kręcąc biodrami. Żaden z nich nie był w stanie oderwać wzroku od zgrabnego ciała dziewczyny. Udało się to dopiero wtedy, gdy chwyciła wiatr i pomknęła z szumem przed siebie…


Dom Marka i Justyny zawsze tętnił życiem. Wiecznie pojawiał się jakiś gość, gwar był tu stanem normalnym. Popołudniowa cisza kłuła wręcz w uszy. Niepokoiła. Wielki telewizor w pokoju gościnnym razem z paletą głośników kina domowego milczał. Katowany wszystkimi możliwymi gatunkami filmowymi, a nade wszystko zestawem do karaoke, dziś miał szansę odpoczynku. Gospodyni wykorzystywała wolny dzień, pomagając przyjaciółce w wyborze kreacji na wieczór. Wszystkie okoliczne kanapy, fotele, a nawet stół przykrywały części garderoby.

— Piękna — skomentowała Alicja, widząc jak gospodyni przymierza „małą czarną”. Doskonale komponowała się z jej urodą. Szyta chyba na miarę, ukrywała braki, uwydatniała zalety ciała Justyny.

— Wiem — gospodyni uśmiechnęła się zamyślona — ale zabranie jej na bal, to proszenie się o kłopoty. Marek, jak mnie w niej widzi, zachowuje się jak zwierzę — oblizała się lubieżnie, mrugając porozumiewawczo.

— Na ostatniej imprezie musieliśmy zniknąć na kwadrans…

— Najwyżej pięć minut? — przerwała jej domyślnie Alicja, śmiejąc się szeroko. Uwielbiała towarzystwo wesołej przyjaciółki. To jej poczucie humoru, wyzwolenie z okowów zasad i porządku pozwalało jej naładować mentalne akumulatory.

— Niestety — pokiwała z udawanym strapieniem Justyna, ostrożnie rozpinając suwak na biodrze — jeszcze nie jest tak źle, ale u Marka powoli trzeba się liczyć ze wsparciem farmakologicznym…

— Jasne — Alicja sięgnęła po szerokie, zwiewne spodnie. Przymierzyła się do nich, raz po raz spoglądając na gimnastykującą się przyjaciółkę, wciąż zdejmującą ciasną sukienkę. Po cichu zazdrościła udanego i szczęśliwego małżeństwa. Kibicowała im od samego początku.

— Tak sobie myślę, że Sebastian może być w lepszej formie… -mruknęła, odrzucając ubranie na stos przebranych rzeczy.

— Z pewnością — skwapliwie przytaknęła Justyna, której wreszcie udało się wydostać z pułapki „małej czarnej”. Obejrzała ją krytycznie i z głośnym westchnieniem odłożyła ją na fotel. Elegancki bal z pewnością nie był miejscem na aż taką ekstrawagancję. Musiała tonować temperament, chociaż na myśl o ostatniej imprezie, rumieńce wykwitały na jej śniadej, krągłej twarzyczce.

— Myślisz, że długo jest sam? — Zaryzykowała Alicja, przymierzając jasną, beżową spódniczkę nad kolano. Zaniepokojona nagłą ciszą, podniosła wzrok do góry. Wydawało się jej, że przyjaciółka pobladła pod opalenizną.

— Niewygodne pytanie? — zapytała ponownie z mniejszą werwą, czując się ni stąd, ni zowąd nieswojo.

— No cóż, nie — może jej się wydawało, ale oczy Justyny zaszkliły się.

— Nic ci nie mówił… — nagła zmiana w głosie przyjaciółki sprawiła, że Alicja odłożyła spódniczkę i podeszła do swojej rozmówczyni.

— Nie wiem, czy powinnam… — gospodyni zaczął łamać się głos.

— Mój Boże, co mu się stało? — Alicja przestraszyła się nie na żarty. Wydawało się przez chwilę, że brunetka się rozpłacze. Istotnie, przełknęła łzę, ale opanowała się. Dłuższą chwilę w pokoju panowała cisza.

— Miał żonę — rozpoczęła Justyna. Wydawało się, że szuka słów, mogących opowiedzieć historię, którą chciała przekazać. Pokręciła głową, jak gdyby walczyła wewnętrznie sama ze sobą.

— Znałam ją, była pierwszą osobą, jaką tu poznałam po przeprowadzce. I ona… — odetchnęła głęboko i rzuciła jednym tchem.

— Odeszła… — Alicja przez chwilę zinterpretowała te słowa rozwodem, ale wyraz twarzy koleżanki świadczył wyraźnie, że koniec związku był tragiczny.

— Komplikacje w szpitalu… — zdołała jeszcze wyszeptać i zamilkła. Alicja przytuliła ją do siebie. Nie pytała o nic więcej. Widziała, jak wiele kosztuje przyjaciółkę te kilka słów. Nie potrafiły wrócić do beztroskiego przymierzania, szykowania kreacji, przekomarzania się. Przynajmniej na te kilkanaście minut….


Szopa mieszcząca większość majątku szkoły kitesurfingu trzeszczała w szwach. Sebastian, pracując w milczeniu, przeklinał sam siebie. Ot znalazł sobie zajęcie na kilka godzin przed balem. Zwolnił młodego, aby ten zajął Patrycję, która gotowa była zapewne wywinąć mu jakiś niestworzony numer tuż przed imprezą. Aby zabić czas, stwierdził, że świetnym pomysłem będzie uporządkowanie wiecznie zagraconego hangaru. No i zaczął porządkować…. Zaczęło się od pęknięcia głównego stelaża trzymającego półki ze sprzętem. Potem było już tylko gorzej. Teraz walczył w zasadzie jedynie o to, żeby wszystko upchnąć w jednym miejscu. Tak, aby można było skorzystać przynajmniej z części lin i uprzęży.

Przerwał na chwilę, krztusząc się od pyłu i kurzu. Wyszedł, ściągając przepoconą koszulkę. Cisnął ją ze złością na ścianę szopy. Stos rupieci wysypujący się na zewnątrz wydawał się być taki sam, jak trzy godziny temu. Przymknął oczy, licząc w myślach minuty. Pozostało mu niewiele czasu. Nagle drgnął, poczuwszy na rozgrzanych plecach dotknięcie chłodnej, kobiecej dłoni. Przesunęła się od łopatki w dół. Na ułamek sekundy poddał się temu elektryzującemu dotykowi, ale opanował się, obracając na pięcie.

— Niespodzianka — roześmiała się głośno Patrycja, patrząc roziskrzonym wzrokiem na zaskoczonego instruktora. Krótka, czarna sukienka wyglądała niczym druga skóra.

— Wstąpiłam do klubu na małe co nieco — nie przejmując się niczym, oparła dłoń na jego nagim torsie. Zmarszczył brwi, cofając się pół kroku.

— Nie za wcześnie zaczynasz imprezę? — Próbował ratować sytuację. Ukradkiem rozejrzał się. Jak na złość, nikogo nie było w pobliżu.

— Oj, starszy pan się złości — zachichotała niczym nastolatka. Niezrażona jego unikiem, wysunęła naprzód prawą nogę, pozwalając, aby „mała czarna” podjechała ponad miarę wszelkiej przyzwoitości.

— Zauważ, że na tę imprezę nie zakładam bielizny — językiem zwilżyła wargi. Jej spojrzenie mogło przyprawić o zawał serca nawet kamienny posąg. Sebastian przymknął oczy, czując bicie serca. Tracił kontrolę nad ciałem. Wspomnienia, przeszłość, zacierały się. Znikały na te kilka chwil zapomnienia. Nie liczyło się już nic. Ich spojrzenia spotkały się…

— Tu jesteś stary draniu! — Głos Marka zza ogrodzenia zburzył napiętą atmosferę. Grabski w jednej chwili odzyskał kontrolę nad sobą. Nie zwracał uwagi na zawód w oczach dziewczyny. Do sukcesu zabrakło jej kilku sekund. Przyjaciel Sebastiana doskonale widział całe zajście i wkroczył w nie z premedytacją.

— Dziś nie możesz się spóźnić. Nie mogę świecić oczami przed burmistrzem — rzucił z humorem, znacząco spoglądając na Patrycję. Ta burknęła coś ze złością do siebie, poprawiając sukienkę.

— Do zobaczenia na balu — fuknęła. Obróciła się na pięcie i odeszła. Marek odprowadził ją wzrokiem do samochodu, zdając sobie sprawę, że każdy ruch jej krągłych bioder był przeznaczony dla nich obu — ot żeby pożałowali, że nie mogą jej dotknąć. Spojrzała na Grzenia ze złością, potem przeniosła wzrok na Sebastiana, odpaliła silnik i pomknęła z piskiem opon, katując silnik wysokimi obrotami.

— No no no — Marek obejrzał zdetonowanego przyjaciela od stóp do głów — przyjechałem w ostatnim momencie, co nie?

— Nie wiem, o co ci chodzi — próbował wykręcić się Sebastian. Do niczego przecież nie doszło, a czuł moralnego kaca. Czy miało tak być już zawsze?. Dlaczego nie wolno mu było dać się ponieść emocji, pożądaniu…

— Cicha woda brzegi rwie — Grzeń nie dał się zbić z tropu — przecież ta mała na starcie rozrywa każde spodnie. Co za sztuka… — rozemocjonował się.

— Trochę cię ponosi… — Grabski poczuł się odrobinę lepiej, mogąc wejść w rolę moralizatora.

— O tak — westchnął z nutką żalu Marek, spoglądając spode łba na przyjaciela — prześwięty Sebastian czysty jak śnieg. Gdybym nie miał żony… — przerwał, zorientowawszy się, że przeholował

Szybkim spojrzeniem ocenił stężałą naraz twarz Grabskiego. Ten jednak, przyzwyczajony do wyskoków kamrata, westchnął ciężko.

— Gdybyś nie miał żony, ale masz, pozostaje ci więc tylko zawód erotoman gawędziarz — ruchem głowy wskazał na szopę — pomożesz mi z tym? Inaczej spóźnię się, a ty będziesz miał przekichane u burmistrza…

Rozdział III

Sala bankietowa była wypełniona po brzegi. Podstarzali politycy, wbici w zbyt małe garnitury, krążący niczym satelity wokół najbliższego otoczenia burmistrza, szukający swojej szansy. Pomiędzy nimi tłum starszych kobiet mieszających się z gromadą podlotków. Żony i kochanki w jednym miejscu. Wymieniane spojrzenia iskrzyły ledwie skrywaną nienawiścią. Obie strony wiedziały o sobie, chociaż za wszelką cenę starały się utrzymać pozory normalności.

Właśnie dlatego Sebastian unikał takich spędów. Chmura zakłamania, złości i nienawiści, zaprawiona sosem cwaniactwa męskich połówek nie zachęcała do wizyt na szanowanych imprezach, organizowanych przez miejski ratusz. Tym razem jednak, poza grupą miernych karierowiczów pojawiło się kilkanaście interesujących postaci spośród lokalnych przedsiębiorców czy utytułowanych sportowców. W normalnych okolicznościach Grabski reklamowałby się już na całego, zwłaszcza, że Marek bezwstydnie lansował się w towarzystwie, wykorzystując małżonkę odzianą w kusą spódniczkę. Machnął nawet w ich stronę kilka razy, ale zamiary Sebastiana odnośnie balu zmieniły się z chwilą, gdy przyjechał do domu Grzeniów. Alicja, ubrana w zwiewną, jasną sukienkę sięgającą kolan, dyskretnym makijażem, skromną, gustowną fryzurą skradła mu serce za jednym zamachem. Gdy pojawiła się w pokoju, nieśmiała, jak gdyby zawstydzona, nie potrafił wykrztusić z siebie słowa. Raz po raz, niczym uczniak, rzucał spojrzenia, nie mogąc się nasycić jej widokiem. Musiała to dostrzegać. Chwytał przecież jej ukradkowe uśmiechy, przymykanie oczu obciążonych długimi rzęsami. Te subtelne znaki akceptacji. Jak gdyby wrócił do młodzieńczych lat, gdy odkrywał, że miłość jest czymś więcej, niż pożądaniem.

— Zapraszam — Grabski kurtuazyjnie odsunął krzesło. Alicja skinęła głową z podziękowaniem. Usiedli, witając się ze współbiesiadnikami. Marek doskonale wiedział co robi, sadzając ich w towarzystwie młodych, ale posażnych biznesmenów. Jak zwykle starał się upiec kilka pieczeni na jednym ogniu. Mając głęboki dług wdzięczności wobec Sebastiana, wychodził ze skóry, żeby jego szkółka przynosiła dochód adekwatny do wysiłku wkładanego w jej utrzymanie. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego facet z głową na karku, inteligentny, wciąż trzyma się tak niepewnej branży. Składał to na karb jego ciężkich przeżyć. Bal był idealnym momentem, aby pchnąć karierę Sebastiana do przodu. Marek dostrzegłszy znajomą parę przy stoliku, zostawił na chwilę burmistrza, przepchnął się przez tłum.

— Panowie! — Przywitał się hałaśliwie z biesiadnikami — Oto przedstawiam wam najlepszego trenera kitesurfingu w tej części wszechświata — zamaszystym ruchem postawił na środku stołu butelkę bursztynowego trunku o ustalonej renomie.

— Alkohol jest co prawda wliczony w koszta, ale nie taki — jego oświadczenie przywitała burza oklasków, budząc poruszenie wśród otoczenia.

— Wychowawca przyszłych mistrzów. Wy możecie być wśród nich — gromkie okrzyki zagłuszyły skromne protesty Sebastiana. Natychmiast zasypały go pytania o terminy i możliwości treningów. Nawet nie zdążył podziękować Markowi, choćby spojrzeniem. Ten zaś z uśmiechem obserwował reakcję młodych przedsiębiorców. Tajemnicą poliszynela był fakt, że to właśnie osoba Grzenia otwierała podwoje ratusza. Marek, uznawszy, że wypełnił misję na dziś, powrócił do żony, otoczonej wianuszkiem podstarzałych adoratorów. Objął ją wpół, całując w pełne, dziś pociągnięte krwistą pomadką usta. ot takie podkreślenie, kto tu rozdaje karty.

— Porywam cię kochanie — mruknął jej do ucha. Dopiero wtedy cofnął się pół kroku i z prześmiewczym uśmiechem oświadczył.

— Panowie wybaczą, pani Justyna jest proszona na parkiet… — oboje ruszyli w tan.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 8.45
drukowana A5
za 22.72