Miłosna Alchemia

Bezpłatny fragment - Miłosna Alchemia


Objętość:
493 str.
ISBN:
978-83-8104-080-8

Ludziom, którzy przy mnie trwali
i tym, którzy odeszli — bez nich ta książka nigdy nie zostałaby napisana.

Rozdział 1
Pies i list

Receptura

— Dwoje ludzi

— Krąg symbiozy

— Czas

— Odrobina szczęścia

Po pierwsze: doprowadzić do spotkania obiektów, zwanych ludźmi.

Po drugie: dać im czas na poznanie.

Po trzecie: dodać odrobinę szczęścia i zrządzeń losu.

Wywar odstawić na parę tygodni, aż dojrzeje.

Reakcje zachodzące w ludziach wytworzą przyjaźń. Następnie należy zastosować prawo równej wymiany. Po pewnym czasie w powietrzu zacznie unosić się specyficzny zapach miłości, a wszystko za sprawą transmutacji. Owa rzecz jest znana od wieków i nie trzeba być alchemikiem, aby to rozumieć.


•••


Gwiazdy migotały cicho, a nieśmiały księżyc od czasu do czasu wyglądał zza chmur. Był wyjątkowo jasny, jakby świecił specjalnie dla nich. Otulała ich ciepła, wiosenna noc, jedna z tych, które chce się spędzić na dworze, leżąc na zielonej trawie, aż do samego rana.

Stali naprzeciw siebie, okryci bezwietrzną ciemnością. Wydawało się, że jedna z gwiazd dotknęła bladych policzków dziewczyny, przyprawiając ją o rumieńce. Chłopak uśmiechnął się ciepło. Spojrzał w górę, a potem w jej oczy. Ze zdziwieniem stwierdził, że pięknem dorównywały one gwieździstemu niebu.

Zerknął ukradkiem na swój zegarek. Było już późno, a oni zdecydowanie powinni wrócić do domu.

— Powinniśmy już wracać — niechętne mruknięcie rozerwało ciszę.

— Zostańmy jeszcze trochę! Proszę! — Mimo że miała siedemnaście lat, przypominała małe dziecko, proszące o jeszcze parę minut zabawy.

— Nie sądzę, by to był dobry…

— Proszę! Tylko piętnaście minut!

Westchnął.

— Dobrze… Ale tylko piętnaście minut i ani minuty dłużej.

Chichocząc, popędziła w kierunku huśtawek, usiadła na jednej i zawołała:

— Pohuśtasz mnie?

Podszedł powolnym krokiem niczym zmęczony życiem starzec, stanął za nią i pchnął delikatnie w przód. Znów się zaśmiała. Ten śmiech przypominał mu dziecięce lata. Zabawy w piaskownicy i wspomnienia o wspaniałych zamkach z piasku nabrały koloru.

— Mocniej! Mocniej! — Zaśmiała się głośno.

— A jeśli spadniesz? — Wyszczerzył zęby.

— To mnie złapiesz!

— A jeśli nie?

— Wtedy pocałujesz miejsce, w które się zraniłam!

— Hm… Wydaje mi się, że to uczciwy układ.

— Ben…

— Tak, Madeline?

— Kocham cię, braciszku.


•••


Uwagi dla młodego alchemika:

Wysoce nieroztropne jest wybierać ludzi dzielących jedną krew. Reakcja symbiozy i równej wymiany między nimi prowadzi tylko do jednego. Grzechu.

Adepcie, wyobraź sobie soczyste, czerwone jabłko. Trzymasz je, licząc, że dojrzeje i będzie jeszcze słodsze. Ale jabłko zaczyna gnić i pojawiają się w nim robaki. To się właśnie dzieje, gdy łączysz ludzi z tej samej krwi. Czy może być coś bardziej odrażającego niż kazirodztwo?


•••


Kolejny wiosenny poniedziałek przyniósł ekscytację, która osiadła na dnie jej brzucha i wierciła się niespokojnie. To był dla niej wielki dzień. Trema dawała się we znaki, jednak na jej twarzy gościł uśmiech.

Wstała pospiesznie z łóżka i pobiegła na boso do łazienki, porywając po drodze parę ubrań. Umyła się, ubrała, uczesała i umalowała, potem zbiegła po schodach na śniadanie.

Ben stał przy kuchence, w samych spodniach; jego blade ciało skąpane było w świetle poranka. Pod skórą rysowały się mięśnie, a brązowe, nieco kręcone włosy odstawały na wszystkie strony.

Właśnie smażył na patelni tosty, takie jakie lubiła najbardziej.

Nie zauważył jej. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, poprawiła bluzkę i powiedziała głośno:

— Dzień dobry, braciszku!

Wzdrygnął, a po jego nagich plecach przebiegł dreszcz. Spojrzał na nią przez ramię szmaragdowym wzrokiem, odpowiedział jej uśmiechem i wrócił do pichcenia.

Madeline usiadła przy stole, czekał już na nią biały talerzyk wraz z nożem i widelcem.

Cały Ben, pomyślała.

Zawsze pamięta o wszystkim.

Chwilę później podszedł do niej z tostami, położył je na talerzu, mówiąc:

— Smacznego.

Spojrzała na niego uważnie. Pod oczami miał fioletowe wory jakby nie spał od tygodni.

— Nie wyspałeś się, Ben?

— Nie mam na co narzekać — mruknął.

— Przyznaj się, znowu siedziałeś do późna i pisałeś artykuł! — Powiedziała groźnie, ale jej złość budziła w nim jedynie rozbawienie.

— Dobra, przyznaję się! Tylko mnie nie bij! — Zaśmiał się.

Pokręciła głową i zaczęła jeść tosty pachnące ziołami. Pierwszy kęs był niesamowity. Drugi, trzeci i czwarty nie ustępowały pierwszemu. Ben był świetnym kucharzem i potrafił zmienić najprostsze produkty w symfonię cudownych smaków.

W końcu wyłączył gazówkę i usiadł przy stole.

Tego dnia był jakiś… Milczący. Co prawda nigdy nie był zbyt wylewny, ale zawsze rozmawiał z nią podczas śniadania, teraz natomiast milczał. Jadł powoli, wbijając wzrok w talerz. Wyglądał jakby myślał o czymś ważnym.

Jej orzechowe oczy łapczywie go pożerały. Omiatała swym spojrzeniem wydatne obojczyki, silne ramiona, smukłą szyję. Napawała się widokiem jego policzków i lśniących włosów.

— Ben, wszystko dobrze?

Spojrzał na nią zaspanymi oczami. Milczał jeszcze przez chwilę, zerkając na siostrę.

— W porządku, jestem po prostu zmęczony.

— Może się połóż? Odrobina snu by ci nie zaszkodziła.

— Dziś twój wielki dzień, co? — Uśmiechnął się, zmieniając temat.

Westchnęła, kiwając głową. Wiedziała, że z nim nie wygra.

Wepchnął do ust resztki ciepłego tosta, przeżuł go powoli i obdarzył dziewczynę ostatnim, długim spojrzeniem, potem wstał od stołu i umył swój talerz.

— Masz dziś jakieś plany? — Założyła kosmyk włosów za ucho.

— Nie, raczej nie — wymamrotał.

— To… Może przyjdziesz do mojej szkoły? Poczułabym się pewniej, gdybyś był na sali podczas występu.

— Nie wiem… Zobaczy się.

— Proszę, przyjdź!

— Madeline… Zobaczę, dobrze?

Dziewczyna skinęła głową, skończyła posiłek i wstała od stołu. Zabrała swoją torbę i wyszła z domu, wołając:

— Do zobaczenia!

Benjamin został sam, z głową wypełnioną ponurymi myślami. Tak naprawdę, gdy skończył pisać artykuł, położył się, ale nie mógł zasnąć. Natłok myśli mu na to nie pozwalał.

Był się rozdarty. Targało nim pożądanie, zatrzymywały wyrzuty sumienia. Czy to, czego chciał było w porządku? Wiedział, że społeczeństwo nigdy tego nie zaakceptuje… Bo ludzie widzieli w nich tylko wspólną krew.


•••


Miała duże, brązowe oczy i długie blond włosy. Nosiła grzywkę, która niczym jesienny, złoty liść, opadała delikatnie na jej czoło z obu stron.

Madeline zwróciła swoją krągłą twarz w stronę wiosennego słońca. Promienie zatańczyły w jej włosach, nadając dziewczynie anielskiego wyglądu.

Złapał się na tym, że znów się na nią gapi. Z żalem odwrócił wzrok od pięknie wyeksponowanych ramion i błękitnej sukienki na ramiączkach, która była jedyną rzeczą okrywającą jej wspaniałe, drobne ciało.

Zarzucił plecak na ramię i ruszył do budynku. Powietrze było tam duszne, przesiąknięte ostrym zapachem farby.

Remontu im się zachciało!

Miał lekcję w klasie numer sto trzy. Chemia. Idąc w tamtym kierunku, minął grupkę dziewczyn, dyskutujących o czymś żywo.

— Weź się w garść, Lizzy, to tylko chłopak! Znajdziesz innego!

— Ale… Ale… Ja go kocham! — Zaszlochała druga.

Glen przeszedł obok nich obojętnie. Obchodziła go tylko jedna dziewczyna. Marzył o niej. Pragnął z nią być… Chciał, by go dostrzegła i odpowiedziała na jego uczucia, ale był zbyt nieśmiały, aby do niej podejść.

Dzwonek wypełnił korytarze, a uczniowie zaczęli schodzić się do klas. On również to zrobił, wtapiając się w morze jednakowych mundurków.

Kiedy usiadł w ławce, kontynuował swoje rozmyślała o pięknej Madeline. Podziwiał ją od pierwszej klasy. Śnił o niej prawie każdej nocy. Rozpływał się, fantazjując o jej nieskazitelnej skórze. Była dla niego zmaterializowaną formą szczęścia.

Główną przeszkodą stojącą między nim, a zdobyciem swojej wybranki serca, był jego wygląd. Nie był raczej chłopakiem w jej typie. Średniego wzrostu, z twarzy średnio przystojny, po prostu zwykły przeciętniak. Miał dość długie, ciemne włosy z grzywką zasłaniającą szare oczy. Z usposobienia był cichy. Nie lubił być w centrum uwagi, dlatego zawsze trzymał się na uboczu. Myśląc o tym wszystkim, uświadomił sobie, że nie ma u niej żadnych szans.

Westchnął z rezygnacją i skupił się na lekcji. Jego nauczyciel — pan Brown, prowadził właśnie dość ciekawy wykład na temat katalizy enzymatycznej.

— W ten sposób enzymy są kwalifikowane do jednej z sześciu klas — mówił mężczyzna. — Oksydoreduktazy, transferazy, hydrolazy, liazy, izomerazy oraz ligazy.

Chłopak nawet nie spostrzegł kiedy minęło czterdzieści pięć minut. Spakował swoje rzeczy do plecaka i wyszedł na dziedziniec szkoły, by trochę się przewietrzyć. Miał dość duszącego zapachu farby.

Będąc na zewnątrz ponownie pogrążył się w myślach o swojej wybrance. Wyobrażał sobie jak wspaniale byłoby dotknąć jej delikatnej, miękkiej skóry, powąchać jej lśniących, idealnie ułożonych włosów… Myślał jak cudowne mogłoby być bawienie się tymi złotymi kosmykami…

Nagłe zderzenie wyrwało go z rzeki myśli. Miał już krzyknąć coś nieprzyjemnego, ale gdy spojrzał na osobę, która na niego wpadła, otworzył szeroko oczy i natychmiast zrezygnował z agresywnego podejścia do sprawy.

Na początku myślał, że to tylko przewidzenie, ale po chwili zrozumiał, iż wcale mu się nie wydawało. Stał przed nim anioł! Nie była to istota pozaziemska, lecz coś bardziej realnego. Dziewczyna jego marzeń i snów. Madeline w białej sukni, ze skrzydłami z tektury pokrytej puchem, przytwierdzonymi do pleców. Nad jej głową widniała złota aureola, podtrzymywana przez drucik wystający z tyłu, zza kołnierza sukni.

— Hej… Eee… Wybacz — bąknęła, oblewając się obfitym rumieńcem.

Sparaliżowało go. Nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Patrzył na nią bezradnie, czując jak jego uszy, przybierają barwę piwonii.

Dziewczyna zaczerwieniła się jaszcze bardziej, zrobiła parę kroków w tył i uciekła. A on trwał w swojej pozie, przypominając marmurowy posąg. Jedyne co mógł zrobić, to podążać za nią wzrokiem. Dopiero gdy zniknęła za rogiem, zrozumiał co się stało.

Zmarnował szansę.

Zapach Madeline pozostał powietrzu jeszcze przez parę sekund. Delikatna, kwiatowa woń subtelnie pieściła jego nos, pobudzając zmysły.

Więc tak pachnie miłość, pomyślał.

Słodko i delikatnie.

To był naprawdę wyjątkowy dzień, mający miejsce tylko raz do roku. Tą rzadką okazją był Dzień Otwarty. Na korytarzach i w auli rozstawiono tuziny stoisk, obleganych przez ocean uczniów.

Ale Glena to nie obchodziło. Tego dnia interesowało go tylko jedno. Pewna wyjątkowa atrakcja, na którą czekał od bardzo dawna. Przedstawienie z piękną Madeline w roli głównej. Czuł jak wnętrzności skręcają mu się z ekscytacji. Radość mieszała się z narastającym podnieceniem, doprowadzając go do szaleństwa.

Występ miał odbyć się już za chwilę, a on zaczął szukać wolnego miejsca w auli. Sala wypełniona była długimi rzędami krzeseł, w większości już zajętych przez uczniów i gości. Przeciskał się między nimi, przepraszając wszystkich półszeptem.

W końcu udało mu się znaleźć wolne miejsce. Usiadł obok jakiejś grubej dziewczyny w różowym swetrze, która obdarzyła go wrogim spojrzeniem, zupełnie jakby chciała pożreć nieszczęśnika. Nie miał jednak zbyt wielkiego wyboru. Bardzo chciał zobaczyć Madeline, dlatego musiał wytrzymać. Postanowił po prostu ignorować wrogo nastawioną sąsiadkę.

Skupił wzrok na zielonej kurtynie, przecinającej scenę w pół. Zza materiału dobiegały stłumione, nerwowe szepty. Wydawało mu się, że wśród głosów słyszał słodki głosik Madeline.

Zasłonięto okna, przygaszono światła. Kurtyna rozsunęła się powoli, ukazując drobną dziewczynę w białej sukni ze skrzydłami. W niewielkiej dłoni trzymała mikrofon. Omiotła oczami całą salę, jakby kogoś szukała.

Nagle posmutniała, jej spojrzenie wypełniło się rozczarowaniem. Zadrżała lekko na całym ciele. Cofnęła się niepewnie o krok i jeszcze raz rozejrzała. Mimo iż Glen siedział daleko od sceny, mógłby przysiąc, że dostrzegł jak srebrzyste łzy napływały jej do oczu.

Co się stało? Dlaczego posmutniała?

Patrzył na wspaniałą i wyniosłą, a jednocześnie delikatną i kruchą niczym mały kryształ lodu dziewczynę. Coś ścisnęło mu serce, odbierając mu dech. Nie wiedział co było zmartwieniem pięknej Madeline, jednak dzielił jej smutek.

Wtedy się wyprostowała, starła łzy dłonią i uniosła mikrofon do ust.

— Dziękujemy wszystkim za przybycie na przedstawienie pod tytułem „Świat miłości”. Mamy nadzieję, że spodoba się państwu spektakl, który my — uczniowie, dla państwa przygotowaliśmy.

Po tych słowach dziewczyna uciekła szybciutko za kotarę i na scenie pojawiły się dwie nowe osoby.


•••


Przedstawienie dobiegło końca. Ludzie się rozeszli, pozostawiając po sobie puste krzesła oraz duszną mieszankę potu i perfum.

Tego dnia liczyła tylko na jedną rzecz… Miała jedno marzenie, które się nie spełniło… I mimo że spektakl odniósł ogromny sukces, ona czuła ból. Siedziała zapłakana na bocznych schodach sceny, wycierając łzy dłonią. Oczy ją piekły, a policzki były rozpalone do czerwoności. Nie wyglądała już tak wspaniale jak podczas występu.

Nie było przy niej żadnych przyjaciół, którzy by ją pocieszyli. Pozostawiono ją samą sobie, aby utonęła się w rzece smutku i łez. Kiedy na nią patrzył, budziło się w nim współczucie; jej cichy szloch sprawiał, że chciał do niej podejść, przytulić i wyszeptać „wszystko będzie dobrze”. Dlaczego był jedyną osobą, która to widziała? Dlaczego nie było tam nikogo innego?

Toczył wewnętrzną walkę między nieśmiałością, a chęcią pomocy dziewczynie. Nieznośne wiercenie w żołądku dawało o sobie znać, paraliżując go, nie pozwalając się do niej zbliżyć. Jednak miłość do Madeline była równie silna, co skrytość.

Przygryzł mocno wargę i drżąc na całym ciele, postawił pierwszy krok do przodu. Serce zabiło jak szalone. Chciało uciec z klatki piersiowej i pomknąć ku zapłakanej dziewczynie. Drugi krok był o wiele łatwiejszy od poprzedniego, mimo to wciąż się trząsł.

Noga za nogą, metr za metrem, kroczył powoli i bardzo niepewnie w jej stronę. Już za chwilę będzie tak blisko… Będzie mógł wyciągnąć rękę ku pięknym włosom… Dotknie ich… Już zaraz…

Serce tłukło się coraz mocniej i szybciej.

Trzy metry…

Co powinienem powiedzieć?! Boże, co ja wyprawiam?!

Dwa metry…

To był durny pomysł! Zrobię z siebie idiotę!

Metr…

Stanął przed nią, cały zesztywniały. Uszy chłopaka po raz kolejny przybrały barwę piwonii. Dłonie drżały mu tak mocno, że wyglądało to na jakiś dziwaczny atak padaczki. Nie wiedząc co z nimi zrobić, wcisnął je pospiesznie do kieszeni. Na dnie jego żołądka osiadła ciężka sztaba ołowiu. Zakręciło mu się w głowie, już myślał, że runie na ziemię, ale w ostatniej chwili odzyskał równowagę.

Zebrał się w sobie i wydukał:

— H… H… He… Hej… W… W… Wszystko w… Porządku?

Najdurniejsze pytanie jakie mogłeś zadać, idioto!

— Co… Się stało? — Zapytał nieco pewniej. W odpowiedzi dziewczyna zaszlochała jeszcze głośniej.

Wtedy wszystko zniknęło. Cały stres przepadł. Działał machinalnie, nie mając pojęcia co robi. Zbliżył się do niej i przysiadł obok. Milczał przez chwilę, patrząc przed siebie, wsłuchując się w płacz.

— Nie przyszedł, prawda? — Odezwał się w końcu, wciąż patrząc na wprost.

Łkanie ustało na chwilę. Uniosła głowę i spojrzała zapłakanymi oczami na Glena. Trafił. Wiedział, że trafił. Gdyby było inaczej, nawet by na niego nie spojrzała.

— S… Skąd wiesz?

— Po prostu wiem — mruknął ponuro. — To było dla ciebie ważne, mam rację?

— Chciałam… Chciałam dziś tylko… Żeby… Żeby przyszedł… Ale… Ale się nie zjawił…

— Rozumiem. Jest ci bardzo bliski?

— Wiesz… Jest dla mnie jak brat — uśmiechnęła się przez łzy.

Zrozumiał, że życie daje mu niepowtarzalną szansę, z której nie skorzystać byłoby grzechem. Mógł zbliżyć się do swojej wybranki serca. Stać się jej przyjacielem, a potem…

— Zrobię wszystko, żeby ci pomóc.

— Zrobisz… Wszystko?

— Tak! Tylko już nie płacz.

— Naprawdę mi pomożesz? — Otworzyła szerzej oczy, kąciki jej ust uniosły się lekko w górę.

— Oczywiście! Dam z siebie wszystko!

— Będziesz mi wierny… Jak piesek?

— Co? — To pytanie go zdezorientowało, ale nie ostudziło jego entuzjazmu. — Ach tak, dla ciebie zrobię absolutnie wszystko!

Twarz dziewczyny rozjaśniła się niczym niebo po burzy, ślady łez znikły całkowicie, ustępując miejsca szerokiemu uśmiechowi. Jej oczy zabłyszczały tajemniczo.


•••


To był prawdopodobnie najszczęśliwszy dzień w całym jego życiu. Nigdy nawet nie śmiał spodziewać się takiego obrotu spraw. Serce biło mu jakoś mocniej niż zwykle, a na twarzy pojawiło się coś naprawdę rzadkiego — uśmiech. Nie był to krzywy grymas ani fałszywy półuśmieszek. Prawdziwy, szczery uśmiech.

Podekscytowanie łaskotało go przyjemnie po brzuchu, a w środku czuł dziwne ciepło. Nigdy wcześniej nie doświadczył takiego stanu, wszystko to było nowe, świeże i pociągające. Zanurzył się w tym uczuciu po sam czubek głowy i dał ponieść miłosnemu nurtowi, nie dbając o konsekwencje.

Powodem tej nieujarzmionej radości była rzecz prozaiczna, zdająca się nie mieć jakiegokolwiek znaczenia. Rzecz tak banalna odmieniła życie nieszczęśliwego do tej pory chłopaka. Madeline poprosiła go o numer telefonu. Zapytała też gdzie mieszka, aby mogła po niego przychodzić w drodze do szkoły.

Gdy przekroczył próg swojego domu, zawołał radośnie:

— Cześć wszystkim!

Pobiegł na górę, do swojego pokoju. Entuzjazm wręcz się z niego wylewał. To było dla niego nietypowe zachowanie, biorąc pod uwagę jego usposobienie. Zazwyczaj wracał ponury, mrucząc coś pod nosem, z trudem wlokąc się po schodach.

Otuliły go szare ściany niewielkiego pokoju. Przy oknie stało biurko, a na nim monitor, obok mebla znajdował się komputer. Nad miejscem do odrabiania lekcji, wisiała szeroka półka, wypełniona po brzegi książkami.

Chłopak rzucił się na niepościelone łóżko i zaśmiał się głośno. Czuł, że jest w stanie przenosić góry. Był wypełniony niesamowitą ilością energii, którą pragnął jakoś spożytkować. Jego rechot niósł się po całym domu, budząc niemałe zainteresowanie rodziny. Rzadko kiedy był szczęśliwy. To mogła być jego szansa na odszukanie sensu w tym smutnym, szarym świecie.


•••


Zerwał się z łóżka, przestraszony faktem, że coś tłucze się na biurku. Hałas przypominający bzyczenie gigantycznej pszczoły zmusił go do spojrzenia w kierunku telefonu, rzucającego się wściekle po meblu. Pochwycił go czym prędzej i odebrał, nie zwracając uwagi kto dzwoni. Przystawił komórkę do ucha i natychmiast tego pożałował. Z drugiej strony słuchawki dobył się krzywdzący uszy wrzask.

— GŁUPI PSIE! ILE MAM NA CIEBIE CZEKAĆ?! WYŁAŹ PRZED DOM, IDIOTO!

Glen bez namysłu nacisnął czerwoną słuchawkę i rzucił komórkę na łóżko, zastanawiając się, kto jest na tyle niedojrzały, żeby robić tak głupie żarty.

Westchnął ciężko i podrapał się po głowie. Zaczął się przeciągać, gdy znów rozległ się dźwięk wibracji. Tym razem spojrzał spokojnie w tamtym kierunku. Na wyświetlaczu widniał napis „Madeline Lane dzwoni”. Serce chłopca zabiło radośnie, niemal uciekając z klatki piersiowej przez gardło. Sięgnął drżącą dłonią w kierunku telefonu, podniósł go ostrożnie i odebrał połączenie.

— Halo?

— Czy możesz już wyjść przed dom? — W słuchawce zabrzmiał przepełniony słodyczą głos. — Nie lubię czekać.

— Yyy… Tak… Już… Chwilę! — Rozłączył się i popędził do łazienki, łapiąc w biegu jakieś ubrania.

Odpuścił sobie poranny prysznic i od razu zaczął naciągać na siebie spodnie, skacząc przy tym po całym pomieszczeniu. Potem pośpiesznie wyszorował zęby, przez co lustro wyglądało jak poprószone śniegiem. Paskudne połączenie śliny i pasty do zębów, tworzyło białe plamki, osadzające się prawie na każdej powierzchni.

Gdy skończył, założył koszulę i pobiegł dalej, starając się nie marnować czasu. Skarpetki, buty, potem z powrotem na górę po plecak i krawat. Znów na dół, tłukąc się po schodach, budząc przy tym wszystkich domowników.

Wybiegł z domu bez śniadania; znalazł się na ulicy i rozejrzał.

Po drugiej stronie jezdni stała śliczna dziewczyna w mundurku szkolnym. Biała koszula; wokół szyi, pod kołnierzykiem przebiegała bordowa wstążka, zapleciona z przodu w kokardkę; czerwona spódniczka w czarną kratę oraz czarne zakolanówki. Na stopach miała czarne lakierki, wypolerowane tak, że można było się w nich przejrzeć.

Chłopak po raz tysięczny zachwycił się Madeline. Była niepospolicie piękna. Kształtna figura, lśniące, zadbane włosy, prosty, niewielki nosek, drobne, miękkie dłonie. Była tak urodziwa, że świat wokół niej stawał się bajkowy jakby jedyną porą roku, mogącą istnieć, była wiosna — pełna kwiatów, ptaków, promieni słońca i miłości.

I te oczy… Ciemne, ale czułe i radosne. Gdy na kogoś patrzyła, wydawało się, że chce przelać na tę osobę wszystkie swoje uczucia. Niesamowite spojrzenie… Zupełnie jak anioł.

Glen postawił pierwszy krok na chropowatym asfalcie, chcąc jak najszybciej dotrzeć do swojej wybranki serca. Już stawiał kolejny krok, gdy usłyszał długi, przeraźliwy pisk opon.

Zadrżał na całym ciele i natychmiast zalała go potworna fala gorąca. Spojrzał w lewo. Parę centymetrów dalej znajdował się samochód o srebrnej karoserii.

Za kierownicą siedziała kobieta o kruczoczarnych włosach; na jej twarzy zastygło przerażenie, usta miała nieco rozchylone, jakby ktoś ją uderzył. Wlepiała swoje niebieskie oczy w zdezorientowanego chłopca.

Drgnął, otrząsając się ze stagnacji. Ostrożnie, wciąż patrząc na kierowcę, odsunął się od pojazdu, kierując się w stronę dziewczyny. Jego głowę wypełniała pustka, jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że mógł przed chwilą stracić życie.

Znalazł się na chodniku. Stanął przy Maddy i spojrzał nieśmiało w jej oczy. Drobne, jasne wargi dziewczyny drżały jakby chciała się rozpłakać. Oddech miała przyśpieszony, jej klatka piersiowa falowała niespokojnie.

Trwali jeszcze przez chwilę w milczeniu, potem stało się coś naprawdę dziwnego.

— TY GŁUPI PSIE! DLACZEGO PAKUJESZ SIE WPROST POD KOŁA SAMOCHODU?! MOGŁEŚ ZGINĄĆ! W DODATKU SIĘ SPÓŹNIŁEŚ! MUSIAŁAM CZEKAĆ CAŁE DZIESIĘĆ MINUT!

Glen otworzył usta ze zdziwienia, potem powoli je zamknął. Stał w bezruchu, próbując zrozumieć, co się właśnie stało. Tak gromki głos, był ostatnią rzeczą, jakiej się po niej spodziewał. Zastanawiał się czy stojąca przed nim osoba, na pewno była Madeline Lane. Przecież… Nigdy wcześniej nie widział, aby robiła coś takiego. Zawsze była taka idealna, cicha i uśmiechnięta…

Wtedy przypominał sobie poranny telefon. Pomału zaczął zdawać sobie sprawę, że to wcale nie był czyjś głupi żart… To była ona… Ale… Jak to możliwe? Co się z nią stało? Przecież nigdy się tak nie zachowywała…

— Nieważne! Chodźmy już — westchnęła głośno i ruszyła przed siebie.

Nigdy nie widziałem, żeby na kogoś krzyczała. Może… Porwali ją kosmici? Nie… Nie bądź głupi. Może… Może… Może ma TE dni?

Jego rozmyślania zostały przerwane przez delikatny głos dziewczyny.

— I co, wymyśliłeś jak mi pomóc?

Szlag!

Zapomniał o tym całkowicie. Był zbyt przejęty zdobyciem jej numeru, by móc myśleć o innych sprawach. W myślach wyzywał się od najgorszych idiotów, jednocześnie próbując wymyślić jakikolwiek sensowny sposób, mogący pomóc w rozwiązaniu jej miłosnego kłopotu.

— Powinnaś napisać list miłosny, to pasuje do dziewczyn. Chyba… — Poczuł jak pąsowieje.

— Ja mam pisać listy miłosne do niego?! To on powinien…

— Chcesz go zdobyć czy nie? — Przerwał jej nagle, dziwiąc się własną śmiałością.

— Ale… Widzisz… — Teraz to ona się zarumieniła. — Ja nie umiem ładnie pisać, wycinać serduszek, i takich tam… Pomożesz mi?

Miał jej pomóc z pisaniem listu miłosnego? Zadanie to napawało go złością, a jednocześnie nieopisaną radością. Gniew, bo to nie on był jej wyborem, szczęście, bo poprosiła o pomoc właśnie jego.

Zaczął się zastanawiać czy tak idealna istota jak Madeline naprawdę może nie umieć napisać listu. Wydawało mu się to być tak niemożliwe, jak oddychanie pod wodą.

— Oczywiście, że ci pomogę. Kiedy chcesz to zrobić?

— Może dziś w szkole?

— Szkolna czytelnia się nada. Nikt nam tam nie będzie przeszkadzał. I nikt nie podsłucha treści. W końcu uczniowie tam nie chodzą. Tylko kompletne odludki.

Zaczerwienił się, spostrzegając, że mówi o sobie samym. Glen Drew nie mógł wpasować się w żadną grupkę uczniów z jego klasy. Nie pasował do tych przystojnych i popularnych. Nie było dla niego miejsca u sportowców. Nawet kujony go nie chciały. Został skazany na całkowite wykluczenie z życia społecznego w szkole.

Dlatego niemal każdą przerwę między lekcjami, spędzał w bibliotece, kładąc głowę na ławce i czekając do dzwonka. Tam nikt nie posyłał mu wrogich spojrzeń i nie wytykał palcami. Stawał się niewidzialny.

Przyczyna jego wyklęcia była bardzo prozaiczna. Miała związek z ostatnią wigilią klasową w gimnazjum i z dziewczyną o imieniu Eli. Natychmiast odpędził od siebie to wspomnienie. Zawsze tak robił. Tamten dzień należał do najbardziej żenujących dni w jego życiu i wolałby o nim nie pamiętać.

Szli właśnie mostem, rozciągniętym nad szeroką, rwącą rzeką. Mijali przechodniów; część z nich śpieszyła się do pracy, inni do szkoły, a jeszcze inni do domu. Byli też tacy, którzy spacerowali spokojnie, czerpiąc przyjemność ze słonecznego poranka. Ludzie ci, beztrosko i z uśmiechem przyglądali się nutowi rzeki, z lubością wsłuchiwali się w ledwo słyszalny chlupot wody, zagłuszany przez skowyt miasta. Wydawali się nie mieć żadnych zmartwień. Nawet wiatr, targający ich włosy i próbujący strącać kapelusze z głów im nie przeszkadzał.

— Zatrzymajmy się tu na chwilę!

— Co? — Wyrwał się z zamyślenia.

— Popatrzmy trochę jak płynie rzeka! — Zachichotała niewinnie i opierając się o białą barierkę, spojrzała w dół.

Glen wymruczał coś, co nie przypominało nawet słów i stanął u boku pięknej dziewczyny, zerkając w toń równie mętną co jego myśli. Ciemne odmęty umysłu, tworzyły coraz to nowe, ponure wnioski.

Wcześniejsza radość ze spotkania panny Lane, przeminęła bezgłośnie. Czyżby chodziło o to, jaka była naprawdę? Bo jaka w końcu była? Słodka, zawsze miła i uśmiechnięta? A może agresywna, wyrachowana i zimna? Tak zimna jak woda, tam na dole…

Znów zaśmiała się radośnie, wychylając niebezpiecznie poza barierkę. Jej ciało pochyliło się ku dołowi, ślizgając na metalu. Pisnęła przeraźliwie, wypadając niemal poza poręcz. Radość w ułamku sekundy przemieniła się w strach.

Chłopaka zalała lodowata fala lęku. Nim zdążył cokolwiek pomyśleć, jego ręka wystrzeliła w kierunku dziewczyny, owinęła się wokół jej tali i przyciągnęła ją tak blisko, że ich ciała się zetknęły. Poczuł jej ciepło na swoim torsie. Jej przerażony, drżący oddech smagał koszulę nastolatka. Zapach szamponu i delikatnych perfum wdarł mu się do nosa, sprawiając, że puścił wodze fantazji.

Wyobraził sobie, że tuli ją pośrodku łąki pełnej kwiatów, na której nic im nie grozi. Nikogo poza nimi tam nie było. Słodka, kusząca samotność, którą pragnął tak bardzo wykorzystać. Dalecy od wrogich spojrzeń. Dalecy od szumu miasta i warkotu silników. Dalecy od smutku. Cieszyli się wzajemną obecnością. Łaknęli się coraz bardziej i mocniej, upojeni miłosnymi oparami, unoszącymi się nad ich głowami. Ich dusze i ciała wzajemnie się wypełniały, tworząc wspaniałą jedność.

Nagle bańka pełna marzeń pękła. Poczuł mocne pchnięcie na klatce piersiowej. Wrócił do rzeczywistości, spoglądając na Madeline. Wyrwała się z jego ramion, cofając o dwa kroki. Na jej twarzy malowała się wściekłość, a brązowe oczy świdrowały go gniewnie.

Znów to samo… Ta słodka, drobna osóbka… Wypełniona po brzegi nienawiścią i oburzeniem… Jak to było możliwe?

— Jesteś psem! Znaj swoje miejsce! — Krzyknęła groźnie, budząc zainteresowanie przechodniów.

— Mogłaś spaść — wyjaśnił spokojnie, czując jak coraz więcej par oczu skupia się na nim.

— Masz mnie nie dotykać! — W jej głosie pojawiła się jakaś… Rozpacz.

— W porządku. To się już nie powtórzy — powiedział cicho, próbując opanować rosnący rumieniec.

— No ja myślę!

Resztę drogi spędzili w milczeniu, oboje zakłopotani wcześniejszą sytuacją. Gdy dotarli na miejsce, rozeszli się do swoich klas, nie zamieniając ze sobą nawet słowa.

Glen był nieobecny podczas lekcji. Nie skupiał się na słowach nauczycieli; niewiele go one obchodziły. Jego myśli zaprzątała inna sprawa. Myślał o cieple, które czuł na swoim ciele, o jej oddechu, ocierającym się delikatnie o materiał koszuli. Często wracał do marzeń o pustej polanie, tak bardzo przypominającej raj. Rozpływał się na samą wizję tego, że mógłby przytulić Madeline, a ona odpowiedziałaby tym samym, szepcząc „kocham cię”.

Po trzeciej lekcji znów udał się do czytelni, nie mając ochoty przebywać w towarzystwie klasy. Wszedł do biblioteki, powłócząc nogami. Rzucił bibliotekarce krótkie „bry” i usiadł na swoim miejscu, kładąc głowę na blat ławki.

Zza drzwi dobiegał stłumiony szmer szkolnego życia, w którym nie miał ochoty uczestniczyć. Miał dość smrodu, roztaczającego się wokół tych fałszywych ludzi; dość mentalnej zgnilizny, wypływającej z ich podłych ust, zalewającej całe korytarze. Nie chciał mieć z nimi nic wspólnego.

— Gardzę wami — wyszeptał. — Gardzę wami wszystkimi.

Wtem drzwi czytelni uchyliły się lekko i zajrzała przez nie niewielka głowa, ozdobiona pięknymi blond włosami. Jej krągła, idealna twarz rozejrzała się po wnętrzu, jakby czegoś szukała. Duże, brązowe oczy zatrzymały się na smutnym chłopaku.

Madeline weszła do środka, stukot podeszew o podłogę niósł się po całym pomieszczeniu. Drew uniósł głowęe. Ciężko opisać jego zdziwienie, gdy ujrzał pannę Lane, stojącą przed nim z kilkoma kartkami kolorowego papieru.

— Byliśmy umówieni — powiedziała pod nosem cicho jakby się wstydziła. — Mogę usiąść?

Pokiwał głową.

Dziewczyna odsunęła krzesło i usiadła, kładąc różnobarwny papier na stoliku. Wbiła spojrzenie w chłopaka jakby czegoś oczekiwała, jednak on nie wykonał żadnego ruchu.

— Więc… Pomożesz mi?

— Pewnie. Zatem list miłosny, tak?

— Czy… Mógłbyś napisać go za mnie? Ale tak, żeby pismo wyglądało na dziewczęce. Mi z ekscytacji będą drżeć ręce.

— Co ma być w tym liście? Masz jakieś gotowe pomysły, wyznania lub słowa, którymi chciałabyś się z nim podzielić?

— Sama nie wiem…

— Może zacznijmy tak: Jeśli życie byłoby snem, to byłyby to sen o Tobie.

— Całkiem nieźle jak na psa! Nie wiedziałam, że jesteś takim romantykiem! Co dalej?


•••


Chyba każdy młody człowiek gna do dorosłości, chcąc stać się dojrzałą, dobrze postrzeganą osobą. Ludzie próbują dokonać tego na wiele sposobów. Jedni idą wcześnie do pracy, inni wyprowadzają się z domów, a jeszcze inni wyznają komuś miłość. Często ta ostatnia metoda jest najtrudniejsza ze wszystkich. Czasem poza staraniami potrzebna jest niesamowita odwaga, by się przełamać i wypowiedzieć dwa proste, ale jakże ważne słowa.

Miłość i zawarcie poważnego związku, mogącego zaowocować w dzieci. Czy tego właśnie chciała Madeline? Najbardziej na świecie pragnęła być z Benjaminem. Dzielić z nim swoje szczęście i smutki, sukcesy i porażki, zmartwienia i niepewności. Chciała być blisko, aby zawsze mógł na nią liczyć, znaleźć dla niej czas i okazywać jej czułość.

Ale Ben się powstrzymywał. Byli rodzeństwem i społeczeństwo nigdy nie zaakceptowałoby ich relacji. Jej brat był człowiekiem za bardzo przejmującym się tym, co mówili inni. Był wrażliwy, ciężko znosił krytykę, zawsze starał się każdemu dogodzić i dlatego nie chciał zdecydować się na związek ze swoją siostrą.

Weszła do domu, zmęczona po całym dniu w szkole, jednak szczęśliwa. Przez całe trzy przerwy pisała z Glenem list do Bena. Efekt końcowy był zachwycający. Była pewna, że jej brat doceni to, ile wysiłku włożyła, by okazać mu swoje uczucia.

Dom wydawał się być pusty.

Bena nie ma?

Przemknęła na palcach przez przedpokój, salon i kuchnię. Nikogo. Pobiegła na górę, przeszukała łazienkę, strych, a nawet własny pokój. Pusto. Jeśli jej brat był nieobecny to… Miała szansę zostawić mu liścik!

Zbiegła na dół, zakradła się pod drzwi jego pokoju i upewniając się, że nikogo nie ma w okolicy, nacisnęła klamkę. Drzwi jęknęły przeciągle. Niepewnie weszła do środka.

Ciepłe, nieco duszne powietrze, wypełniało błękitny pokój. Pod oknem leżał materac, na którym znajdowała się skotłowana pościel i parę ubrań. Obok stał czarny kubek z niedopitą kawą, która już dawno wystygła. Z drugiej strony pokoju stało masywne biurko, zasypane najróżniejszymi papierami i notatkami. Gdzieś pod tym wszystkim leżał laptop, służący chłopakowi do pracy.

Zaraz przy biurku znajdowała się szafa. Madeline powoli rozchyliła skrzydła mebla. Uśmiechnęła się szeroko, gdy przyjemny zapach dotarł do jej nosa.

Jego perfumy.

Zaciągnęła się kilkukrotnie, marząc o bliskości z jedynym mężczyzną jej życia. Wyobraziła sobie jego silne ramiona, które przyciągają ją do siebie… Smukłe palce, błądzące po nagiej skórze i te ciepłe usta…

Szczęk zamka drzwi wejściowych.

Ben!

Wzdrygnęła się, zimny dreszcz przebiegł po jej plecach. Błyskawicznie zamknęła szafę, rzuciła różową kopertę z namalowanym sercem na stertę innych papierów i uciekła z pokoju. Benjamin nie lubił, kiedy wchodziła do pracowni bez pozwolenia.

Popędziła na górę, do swojego pokoju, zamykając się w nim. Z podekscytowania było jej ciepło i mrowiło ją w brzuszku — zawsze to czuła, kiedy jej brat był w pobliżu. Tak bardzo go kochała…

— Wróciłem! — Na dole rozległo się jego wołanie.

Uśmiechnęła się na myśl, że już lada chwila jej starszy brat odnajdzie liścik. To była kwestia sekund. Z dołu dochodziły jego głośne kroki, stawiane na drewnianych panelach przedpokoju.

Nie ściągnął butów, pomyślała wciąż się szczerząc.

Podeszła po cichu do drzwi i zaczęła uważnie nasłuchiwać. Przeszedł do kuchni, otworzył lodówkę, wyciągnął z niej parę rzeczy, potem ją zamknął i poszedł do pracowni. Chwila ciszy, a następnie głośny szelest porządkowanych papierów.

Zauważył kopertę?

Cisza. Sekunda, dwie, trzy… Pół minuty… Minuta… Nerwowe kroki w przedpokoju, potem na schodach.

Wspinał się się na górę.

Idzie tu!

Odskoczyła od drzwi, pośpiesznie siadając na łóżku. Chwyciła najbliższe czasopismo, leżące gdzieś na biurku i zaczęła udawać, że czyta.

Nie musiała długo czekać, żeby wszedł do pokoju. Jednak… Nie wyglądał na szczęśliwego. Jego soczyście zielone oczy błyskały się groźnie, kuszące wargi tworzyły teraz jedną, jasną linię, będącą jakimś dziwnym grymasem, a czoło miał zmarszczone. Był zły. Rzadko go takiego widziała.

— Och, cześć Be… — Uśmiechnęła się słodko, ale nie pozwolił jej skończyć.

— Co to ma być?! — W dłoni trzymał różowy, nieco pognieciony fragment papieru.

— Mój… List miłosny… Do… Do… On jest do ciebie!

Dlaczego się nie cieszy? Przecież ten list jest cudowny! Glen bardzo się postarał! Dodatkowo odbiłam na kartce całusa! Dlaczego Ben tego nie docenia? Dlaczego jest zły? Ma kiepski dzień? Może ktoś go zdenerwował?

— Zachowujesz się jak głupi, rozpieszczony dzieciak. Dorośnij. Listy nic nie zmienią… Nie możemy… Jesteśmy rodzeństwem…

— Może i jesteśmy rodzeństwem, ale przede wszystkim jesteśmy kobietą i mężczyzną!

— Maddy… Dobrze wiesz jak wszyscy zareagują — powiedział miękko. — Będą nas wytykać palcami… Będą chcieli nas rozdzielić…

— Ale… Braciszku…

— Nie, Madeline… To niemożliwe…

Poczuła jak do oczu napływają jej łzy. Z każdą sekundą Ben stawał się coraz bardziej niewyraźny.

Nienawidziła świata, za to, że nie chciał ich zaakceptować, za to, że nie mógł zrozumieć ich uczucia. Przecież… Byli ze sobą od zawsze… Odkąd pamiętała… Zawsze o nią dbał, zawsze jej pomagał, zawsze miał dla niej czas… Co się zmieniło? Dlaczego tak się zachowywał? Przecież wtedy… Wśród blasku księżyca i tańca gwiazd… Było im tak dobrze… Jakby zmartwienia nie istniały…

Ciepłe łzy spłynęły po jej policzkach, pozostawiając po sobie wilgotne smugi. Podkurczyła nogi pod brodę, objęła ramionami kolana i zaszlochała cicho. Jej oddech stał się płytki i szybki, jakby wpadła w panikę. Poczęła bujać się w przód i w tył, chcąc uciec od tego wszystkiego, chcąc zapomnieć o problemach.

Benjamin rozpłynął się całkowicie w słonym morzu łkania.

— Hej… — Usłyszała jego głos, a potem szmer.

Usiadł obok niej, na tyle blisko, że była w stanie poczuć ciepło jego ciała. Przez parę kolejnych chwil panowała cisza, przerywana co jakiś czas pochlipywaniem Madeline.

Poruszył się. Miękka, czuła dłoń wylądowała na czubku jej głowy, głaszcząc ją łagodnie. Potem objął siostrę drugą ręką, przyciągając do siebie, przyciskając do swojego torsu. Był bardzo delikatny i ciepły.

Jej nozdrza zapełniły się przyjemnym zapachem męskich perfum. Uspokoiła się nieco. Oddech się wyrównał, a łzy przestały płynąć nieprzerwaną kaskadą.

— Kocham cię, braciszku — jęknęła z trudem.

— Wiem, Maddy, wiem… — Wyszeptał cichutko, wprost do jej ucha. — Nie płacz już, wszystko będzie dobrze, zaufaj mi.

Resztę wieczora spędziła w jego objęciach, próbując się uspokoić. Co jakiś czas wybuchała płaczem, szlochając cicho, jednak po chwili jej przechodziło na myśl, że jest obok brata. W końcu zasnęła, opierając swoją śliczną główkę o jego tors.

Ułożył ją ostrożnie w łóżku, starając się jej nie obudzić. Przykrył różowym kocem, aż po samą szyję, poprawił poduszkę, na której spała i już chciał wyjść, jednak zatrzymał się przy drzwiach.

Odwrócił się i znów spojrzał na swojego drobnego aniołka. Była taka piękna i spokojna… Cichy, wolny oddech poruszał złotymi kosmykami włosów niczym delikatny wiosenny wiaterek.

Podszedł do łóżka, nachylił się nad dziewczyną. Bez pośpiechu złożył na jej policzku lekki pocałunek.

— Też cię kocham, moja mała Maddy — wyszeptał, odsuwając się od łóżka.

Rozdział 2
Pies i ciastka

Była sobota, jej ulubiony dzień tygodnia. Jak zwykle wstała po dziewiątej i w swojej różowej piżamie, zeszła na dół do kuchni, wabiona słodkim zapachem naleśników i kakao. Kochała poranki spędzane z bratem. Nigdzie nie musiała się śpieszyć, nie było potrzeby ubierania się, mogła zwyczajnie usiąść przy stole i obserwować Bena jak przygotowuje śniadanie.

Jej starszy brat w kuchni przypominał ludzką ośmiornicę. Jedną ręką podrzucał na patelni naleśniki, drugą mieszał kakao, pierwszą wyciągał talerze, drugą opiekał chleb nad gazem. Wyglądał wspaniale, robiąc te wszystkie rzeczy, tylko po to, by sprawić siostrze radość.

Ciepłe promienie poranka, wpadały do środka przez okno, bawiąc się w złocistych włosach Madeline. Na jej twarzy nie było nawet śladu po wczorajszym smutku. Była uśmiechnięta i radosna jakby tamte wydarzenia nie miały miejsca.

Benjamin podał jej talerzyk, na którym leżał naleśnik polany syropem klonowym. Dziewczyna uśmiechnęła się szerzej na znak wdzięczności i zaczęła pałaszować. Smak jak zwykle był nieziemski. Co jak co, ale jej starszy brat naprawdę znał się na gotowaniu.

Uwielbiała patrzeć na półnagiego Bena, poruszającego się zgrabnie wśród sprzętów kuchennych. Był wtedy pełen gracji niczym leciutki tancerz, unoszący się nad ziemią jak jakaś nieziemska istota. Jego ruchy były precyzyjne, wręcz idealne. Przykładał ogromną wagę do wszystkiego co robił. Zupełnie jakby występował w teatrze, jakby… Grał dla niej.

Spojrzał na nią i posłał jej słodki uśmiech.

— I jak spałaś, Maddy? Śniło ci się coś miłego?

Dziewczyna zachichotała cicho.

— Spało mi się cudownie i śniły mi się równie cudowne rzeczy.

— No to opowiadaj!

— Przykro mi, to mój sekret! — Zaśmiała się, pożerając wzrokiem jego tors.

— Doprawdy? — Uniósł brwi. — No skoro tak mówisz.

W nocy śniła o nim. O jego umięśnionym, smukłym ciele. O tym, że byli razem szczęśliwi. Z trudem oponowała rumieniec, który pojawił się przez chwilę na jej twarzy.

Szybko skończyła jeść naleśnika i natychmiast poprosiła o następnego, posyłając przy tym słodkiego buziaka w kierunku Benjamina.

— Widzę, że faktycznie masz dobry humor — zauważył, po czym dodał nieco uszczypliwie — tylko nie przesadzaj z jedzeniem, bo przytyjesz!

— Och, ty złośniku! — Krzyknęła z udawaną złością. — Nic się nie martw, nie przytyję! A nawet jeśli… To mężczyźni lubią krągłości!

Właśnie dlatego kochała soboty. Mogła wtedy normalnie z nimi porozmawiać, pożartować i nieco się pośmiać. Nie musiała się niczym martwić, bo w soboty mogła być przy nim cały czas.

— Co dziś będziemy robić?

— A na co masz ochotę, kruszyno?

— Może gdzieś wyjdziemy? Dawno tego nie robiliśmy. Ciągle pracujesz i pracujesz!

Ben westchnął głośno, kręcąc głową.

— Zrozum, że muszę prawować, żeby nas utrzymać. Pieniądze nie rosną na drzewach.

— Ale… Ja cię potrzebuję… Jesteś jedyną osobą, która mi została… Boję się, że zostanę w końcu sama… Ja… Ja boję się samotności… Tej pustki, która się pojawiła po…

Urwała w połowie zdania, czując jak łzy napływają do jej oczu. Nie chciała znowu przy nim płakać.

— Wiem, skarbie, wiem — podszedł do niej i przytulił, nim pierwsze łzy zdążyły pociec po jej policzkach.

Doskonale wiedział, że się bała. Zadręczał się tym każdego dnia od śmierci rodziców. Zdawał sobie sprawę, że nie mógł jej teraz opuścić, bo jeśli by to zrobił… Zraniłby ją bardziej niż ktokolwiek inny.

Z tęsknotą przypomniał sobie twarze rodziców. Były rozmazane, niewyraźne jakby widziane spod wody. To było tak dawno… Jakby od tamtego wydarzenia dzieliły go setki lat. Jednak… Jakieś szczątki wspomnień pozostały…

Srebrne auto pędziło krętymi, nierównymi drogami. Tej nocy nie było gwiazd… Nad ich głowami zawisły gęste, ciemne chmury, wylewające hektolitry wody.

To był udany dzień, cała rodzina wracała z lunaparku, wciąż rozpamiętując niedawne przeżycia. Bawili się wyśmienicie. Udało im się nawet wygrać parę maskotek, o które dzieci tak prosiły.

Czerwona, długa wskazówka prędkościomierza czasem wspinała się po okręgu, a czasem opadała nieco w dół. Ogromne krople deszczu tłukły o przednią szybę, zmniejszając widoczność. Na tyle samochodu siedziała dwójka dzieci. Sześcioletni chłopiec i czteroletnia dziewczynka. Kłócili się o ogromnego, pluszowego miśka. Wewnątrz pojazdu panowała luźna atmosfera, dlatego nikt nie zauważył wyłaniającej się z lasu sarny. Dalej… Słabo pamiętał co było dalej. Krzycząca matka; ojciec, rozpaczliwie próbujący wyhamować; zbliżające się drzewo i… Rozdzierający płacz Madeline.

Nie, nie… Nie mogę teraz o tym myśleć.

Zauważył, iż sam płacze. Łzy spadły na włosy Madeline. Wzdrygnęła się od gorących kropel, które dotknęły jej skóry. Spojrzała niepewnie w górę, bojąc się tego co zobaczy. Widok wilgotnych śladów na twarzy brata ścisnął jej serce.

Miał rację… Przysparzam mu tylko kłopotów. Muszę dorosnąć.

— Ben… Nie płacz… Proszę… Przepraszam, że jestem dziecinna… Przepraszam, że zadaję ci ból…

— Nie, Maddy… To nie twoja wina… Już dobrze…

— N… Naprawdę?

— Tak, już w porządku. Więc co chcesz dziś robić?

— Może… Zostaniemy po prostu w domu? — Zaproponowała nieśmiało.

— Nie chcesz nigdzie wyjść?

— Wolę… Się tobą nacieszyć… Ostatnio spędzamy ze sobą mało czasu.

— No dobrze… Możemy zostać.

Wypuścił ją powoli ze swoich ramion, odsuwając się nieco. Wrócił szybko do garów, zauważając, że spod naleśnika wydobywa się siwy dym. Duszący, paskudny zapach rozpełzł się po całej kuchni.

— Ratuj naleśniki!

— Staram się! — Zawołał, próbując zeskrobać z patelni poczerniałe resztki.

Po śniadaniu Madeline umyła naczynia, czego zazwyczaj nie robiła. Szorowanie patelni zajęło jej dobre piętnaście minut. Najpierw musiała porządnie ją namoczyć, a potem zażarcie zdrapywać łopatką przypalone fragmenty jedzenia. Nienawidziła zmywać, ale postanowiła, że od teraz zawsze będzie pomagać bratu, nawet w pracach, których nie znosiła. Musiała dorosnąć i chciała dokonać tego jak najszybciej.

Gdy skończyła, poszła do salonu, w którym siedział Ben. Chłopak rozłożył się na kobaltowej kanapie, z oczami wlepionymi w ekran telewizora. Jego okrągłe małżowiny uszne kusiły, by wyszeptać do nich cichutko „kocham cię”.

Usiadła obok. Zerknęła na niego ukradkiem, a potem niepewnie oparła głowę o jego tors. Nie zareagował. Złożyła głowę na jego kolanach i spojrzała w stronę telewizora.

— Lubisz ten serial?

— Jest nawet okej — mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu.

— Rozumiem — uśmiechnęła się pod nosem. — Kocham cię, braciszku.

— Na pewno nigdzie nie chcesz wyjść?

— Nie, możemy trochę pooglądać.

Serial jej się nie podobał. Nigdy nie lubiła kiedy bohaterowie biegali po ekranie i strzelali. Nudziło ją to, poza tym niewiele z tego rozumiała. Ben natomiast lubił takie filmy. Uwielbiał wybuchy, fontanny krwi i deszcze kul. W końcu był chłopakiem.

Wszyscy chłopcy tacy są, prawda?

Na ekranie pojawił się kolejny wybuch. Krzyki umierających ludzi i poszarpane ciała. Nigdy nie rozumiała przemocy. Dlaczego człowiek krzywdził drugiego człowieka? Jaki w tym sens? Przecież można żyć ze sobą w zgodzie, nikogo nie raniąc… Tak jak ona i Benjamin.

Podniosła się, wspierając na rękach. Spojrzała na niego rozmarzonym wzrokiem, wypełnionym pożądaniem i namiętnością. Powolutku, bardzo ostrożnie zaczęła zbliżać się do jego ust. Centymetr po centymetrze dążyła do celu… Obfity rumieniec wystąpił na jej policzkach, a w brzuszku pojawiło się przyjemne mrowienie. Wewnętrzne ciepło roztapiało jej serce, odbierając jednocześnie kontrolę nad ciałem.

Gdy chłopak oderwał oczy od ekranu i spojrzał w jej stronę, ich wargi musnęły się na ułamek sekundy. W Madeline eksplodowało milion uczuć, niemal pozbawiając ją przytomności. Krew uderzyła do mózgu…

Przez ten ułamek sekundy przeniosła się do raju. Chciała więcej, dlatego spróbowała zanurzyć się w pocałunku, ale Ben się odsunął. Jego oczy świdrowały ją wściekle jakby chciał skarcić dziewczynę. Po chwili dziwny grymas spełzł z jego twarzy i zastąpił go pozorny spokój.

— Maddy, nie możemy… Dobrze wiesz…

— Ale… Ja cię kocham, braciszku… Proszę… Daj mi szansę…

— Madeline. Nie.

— Ale… Ale… Ale… — Wtedy przypomniała sobie o swoim postanowieniu. — D… Dobrze. Przepraszam, poniosło mnie nieco.

Benjamin otworzył usta ze zdziwienia.

Podniosła się z kanapy i powoli wyszła z salonu. Chwilę później słychać było kroki na schodach. Potem trzaśnięcie drzwiami. Cisza.

Nie wiedział co powinien zrobić. Sam z się trudem powstrzymywał, dlatego nie mógł jej winić za to, że żywiła do niego podobne uczucie.

Przecież nie mogę jej karać za miłość…


•••


Telefon wibrował uporczywie tuż obok jej ucha. Dlaczego go tam położyła? Nie mogła sobie przypomnieć. Po tamtej sytuacji z Benem długo płakała w łóżku, nie mogąc się uspokoić. Potem zasnęła. Sama nie wiedziała kiedy.

Musiało minąć parę godzin, ponieważ niebo za oknem stało się już pomarańczowe, a słońce chyliło się ku zachodowi. Złotawe chmury sunęły leniwie po oranżowym niebie, podróżując do jakiegoś dalekiego miejsca.

Oplotła telefon zwiotczałymi palcami, podniosła go na tyle, by zobaczyć kto dzwoni. Gdy ujrzała na wyświetlaczu „Głupi Pies”, poczuła jednocześnie gniew i radość.

— Yyy… Halo? Madeline?

— Czego chcesz, głupi psie?

— I jak poszło? Dałaś mu ten list? — Spytał, a w jego głowie można było wyczuć wyraźne podniecenie.

— Zupełna klapa.

— Och… — Wydawało się, że nie wie co powiedzieć. W końcu się odezwał. — Wiesz… Nie przejmuj się tym. Będziemy próbować dalej.

— Mówisz serio?

— Oczywiście, że tak! — Zaśmiał się sztucznie. — Przecież obiecałem, że ci pomogę! Mam już nawet kolejny pomysł jak ci pomóc!

— Jaki?

— Spotkajmy się, wtedy ci wszystko opowiem. Kiedy masz czas?

— W sumie nic teraz nie robię.

— Więc za trzydzieści minut u mnie?

— W porządku, zaraz będę.

Była niego w ciągu półgodziny, tak jak się umówili.

Weszła przez skrzypiącą, metalową bramkę, pokonała schodki i stanęła u progu domu. Nieśpiesznym ruchem uniosła dłoń na wysokość dzwonka i zadzwoniła. Ktoś z drugiej strony zbiegł po drewnianych schodach. Parę sekund później pojawił się przed nią Glen. Uśmiechnął się od ucha do ucha i gestem zaprosił ją do środka.

Madeline nieśmiało zrobiła parę kroków naprzód i nim się obejrzała, znalazła się w ciasnym, ale przytulnym przedpokoju, oświetlonym przez mętne światło, wydobywające się spod mlecznobiałego żyrandola. Spojrzała niepewnie na chłopka i zapytała niemal szeptem:

— Czy… Czy powinnam zdjąć buty?

— Jeśli masz ochotę.

Pośpiesznie zaczęła ściągać obuwie ze swoich drobnych stópek, odkrywając bieluteńkie skarpetki.

Zmierzył ją wzrokiem. Miała na sobie naprawdę krótką, granatową spódniczkę, która nie sięgała nawet do połowy ud. Dostawał gorączki na samą myśl, co znajduje się pod tym ciemnym skrawkiem materiału. Górną część jej ubioru stanowiła obcisła, błękitna bluzka, podkreślająca kształt jej talii i piersi.

Drugi trampek zszedł z jej stopy i Maddy wyprostowała się, ponownie spoglądając na chłopaka, ten natomiast zanurzył się w jej orzechowym spojrzeniu, niemal w nim tonąc.

Odchrząknęła lekko, przypominając mu o swojej obecności.

— Dam ci kapcie — zaproponował gorączkowo, próbując ukryć swoją spąsowiałą twarz. Wygrzebał jakieś puchate, różowe laczki i złożył je przed dziewczyną.

— Dzięki — powiedziała cicho, po czym dodała — jesteś sam?

— Nie, są wszyscy. Ale nie przejmuj się tym, to żaden problem.

— N… Na pewno?

— Tak, tak. Chodź, przywitasz się z moimi rodzicami i możemy zaczynać.

— Co? Ja… To będzie wyglądało… Jakbyśmy byli.. No wiesz… Ten… Parą! — Policzki miała koloru dojrzałych pomidorów.

Na te słowa Glen również się zawstydził, ale szybko się opamiętał. Przecież przyszła do niego w innym celu.

Zaciągnął ją do salonu, w którym siedzieli rodzice chłopca. Odpoczywali wspólnie na sofie, popijając popołudniową kawę i oglądając telewizję. Ich wzrok skupił się na dziewczynie. Nie kryli zdziwienia.

— Mamo. Tato. To jest Madeline.

Ojciec się zachłysnął, wypluwając ciecz z powrotem do filiżanki. Minęła dłuższa chwila, zanim mężczyzna zapanował nad kaszlem. Matka natomiast patrzyła na gościa z lekko rozchylonymi ustami jakby nie mogła uwierzyć w to co widziała. Jej syn nigdy nie sprowadzał do domu kolegów, a co dopiero dziewczyn!

Nie trzeba było długo czekać, aż w pokoju pojawiła się Daisy — młodsza siostra Glena. Wpadła do salonu jak przestraszone, dzikie zwierzę. Czekoladowa burza loków, zafalowała niespokojnie, niebieskie oczy spojrzały na drobną blondynkę i natychmiast się rozszerzyły. Otwarła usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Odczekała parę sekund, wzięła głęboki wdech i dopiero wtedy krzyknęła:

— Braciszek ma dziewczynę?!

Madeline poczerwieniała na twarzy do tego stopnia, że można było odnieść wrażenie, iż zaraz ulegnie samozapłonowi. Jej kolana trzęsły się jak galareta, a ręce założone do tyłu, pocierały o siebie nerwowo. W myślach błagała o jakikolwiek ratunek z tej niezręcznej sytuacji. Liczyła, że Glen wyprowadzi swoją rodzinę z tego koszmarnego błędu.

— To nie jest moja dziewczyna… To moja… Przyjaciółka… Będziemy piec ciastka. Jedna z jej koleżanek ma urodziny.

Matka zaśmiała się sztucznie, ojciec próbował się uśmiechnąć. Zapadła długa, żenująca cisza.

— Więc my pójdziemy już do kuchni i zajmiemy się wypiekami, dobrze? — Uśmiechnął się i wyprowadził Maddy z salonu.

Zniknięcie pąsów z jej policzków zajęło długą chwilę, jednak gdy to już nastąpiło, o dziwo nie zaczęła się na niego wydzierać. Milczała, wbijając wzrok w podłogę. Nie chciała pokazywać przed jego rodzicami swojego drugiego oblicza?

Czy ona zawsze tak gra?

Zaczynał wątpić w swoje uczucie. Z każdym dniem okazywała się być coraz mniej idealna. Mimo to, wciąż coś go do niej ciągnęło.

— C… Ciastka? — Zapytała niepewnie, po paru minutach ciszy.

— Tak, sądzę, że to dobry pomysł. Wiesz, przez żołądek do serca. A ciasteczka własnej roboty to miły gest, na pewno go doceni. Wiesz może, jakie ciacha lubi?

— Chyba… Chyba czekoladowo orzechowe.

— No proszę, to tak jak ja. Więc nie będzie żadnych problemów.

— Więc… Więc… Ty umiesz piec?

— Piekę, gotuję. Nic trudnego.

— On… On… On też gotuje… W dodatku świetnie…

— To dobrze — uśmiechnął się, tłumiąc swój wewnętrzny smutek. — Będzie miał ci kto gotować, kiedy będziecie już razem.

— Tak… Na to wygląda…

— Będziemy potrzebowali mąki, masła, cukru, jednego jajka, proszku do pieczenia, czekolady i orzechów. Czy mogłabyś wyciągnąć mąkę? Jest w szafce, tam na samym dole.

— Tak, pewnie — uśmiechnęła się pod nosem i pochyliła.

Wypięła się do niego pupą tak, że spod kusej spódniczki wyjrzały różowe, koronkowe majteczki. Nie umknęło to uwadze Glena. Natychmiast się zaczerwienił, próbując odwrócić wzrok, ale widok ten mimowolnie przyciągał jego spojrzenie. Kontury krągłych, gładkich pośladków działały na wyobraźnię chłopaka. Wiedział, że nie powinien patrzeć, ale w żaden sposób nie potrafił przestać.

W końcu udało jej się znaleźć mąkę. Wyprostowała się i spojrzała na niego przez ramię. Natychmiast uciekł wzrokiem, udając, że jest wielce zainteresowany rysami na blacie stołu, pozostawionymi przez nóż.

— To ta?

— Co? Ach… Tak! To znaczy… Tak, to ta. Więc… Ja… Zajmę się krojeniem orzechów i czekolady, a ty patrz uważnie! Przy mnie szybko załapiesz!

Zaczął siekać najpierw orzechy, a następnie czekoladę. Robił to bardzo dokładnie, aby nie przegapić jakiegoś większego fragmentu. Madeline patrzyła zaintrygowana na jego sprawne ruchy.

Potem wyciągnął mikser i z jego pomocą utarł cukier wraz z masłem, następnie dodał jajko.

— Możesz zacząć dodawać mąkę.

— Sypać powoli?

— Tak, żebym nadążył miksować.

Madeline ujęła w obie ręce torbę z mąką, nachyliła ją nad naczyniem i zaczęła powolutku ją wsypywać. Wszystko to zaczęło stawać się jednolitą masą, gdy nagle ręce Maddy drgnęły i nadmiar mąki dostał się do miski.

Pisnęła z przerażeniem, na myśl, że mogła zepsuć ciastka.

— Nic się nie stało. Teraz dodamy trochę proszku do pieczenia — uspokoił ją z uśmiechem na twarzy.

Gdy to już zrobili, przyszła pora na dodanie czekolady i orzechów. Glen mieszał masę drewnianą łyżką, nie chcąc ryzykować rozrzucenia przez mikser sypkich składników po całej kuchni. W końcu odstawił miskę z ciastem i spojrzał na swojego gościa.

— Teraz trzeba je uformować. Jaki kształt wybierasz?

— Serduszka… Serduszka będą chyba dobre?

— Będą okej. Spróbuj — podsunął jej naczynie.

Niepewnie zanurzyła dłoń w misie i wyciągnęła z niej kulkę ciasta. Położyła ją na deskę i nieco spłaszczyła, potem zaczęła formować krzywe, niezbyt ładne serce.

Rety, faktycznie jest niezdarą.

W milczeniu zaczął nadawać kształt przyszłym ciasteczkom. Patrzył na nią ukradkiem, niby obserwując jej postępy. Była piękna. Kaskada złotych włosów opadała na drobniutkie ramiona i spływała po plecach, sięgając niemal do pasa.

I jak tu się nią nie zachwycać… Prawdziwy anioł.

Swojej pracy poświęcała ogromną uwagę. Ze śmiertelną powagą na twarzy formowała kolejne ciastka, z każdą sztuką wychodzące coraz lepiej. Musiała bardzo kochać chłopaka, dla którego je robiła. W końcu, kto by wkładał tyle wysiłku w jakąś pracę, nie robiąc tego z miłości?

— Dobrze ci idzie — Spoglądnął na niemal idealne serduszko.

Uśmiechnęła się. Doceniała jego pochwały. Pod pewnym względem przypominał jej nieco Bena. Był opiekuńczy i… kochany…

Szybko odrzuciła te myśli.

Odgarnęła włosy, które zleciały jej na twarz, kiedy się pochylała nad swoimi wyrobami i założyła je za ucho. Włożyła rękę do miski, zerkając za okno. Słońce niemal całkowicie zaszło i zaraz powinno się ściemnić. Nie lubiła wracać domu po ciemku.

Nagle na swojej dłoni poczuła ciepło czyjegoś dotyku. Natychmiast cofnęła rękę, zdając sobie sprawę, że dotknęła Glena. Na jej twarzy po raz kolejny tego dnia wystąpił obfity rumieniec. Przez chwilę chciała krzyknąć, zwyzywać go od głupich psów, lecz szybko sobie przypomniała, że w pokoju obok siedzą jego rodzice.

Odwróciła zawstydzony wzrok.

— No, skoro skończyliśmy lepić serduszka, to teraz powinniśmy dać je do piekarnika.

— D… Dobrze… Do ilu stopni należy go rozgrzać?

— Myślę, że sto osiemdziesiąt wystarczy. Ciasteczka postoją w nim mniej niż kwadrans i będą gotowe. W tym czasie… Masz ochotę się czegoś napić? Herbaty, może soku?

— Poproszę herbaty, jeśli to nie problem.

Pośpiesznie nastawił wodę, wybrał najładniejsze kubki i wrzucił do nich po torebce najlepszej herbaty. Gdy woda się zagotowała, zalał kubki wrzątkiem podał jeden dziewczynie.

— Cukru? — Sięgnął po kryształową cukierniczkę.

— Tak, poproszę.

Naczynko stuknęło lekko o blat stołu, a potem zachrobotało, gdy Madeline ściągała z niego pokrywkę. Posłodziła sobie dwie łyżeczki i zamieszała powoli, przykładając wagę do tego, by nie uderzać o ścianki kubka.

Kątem oka zauważyła, że Glen zaczął pić. Nie dość, że napój był gorący, to w dodatku nieposłodzony. Nagle przypomniała sobie, że Ben także nie słodzi herbaty; zawsze uparcie twierdził, że zabija to cały aromat. Zirytowało ją nieco kolejne podobieństwo między nimi, ale nie powiedziała niczego uszczypliwego. W końcu była gościem…

— Nie słodzisz?

— Nie, to zabija cały aromat — Zaśmiał się.

Poczuła się jakby ktoś raził ją prądem.

Dlaczego to powiedział?! Przecież Ben zawsze tak mówi! Czy on… Czy on czyta w moich myślach?! Nie… Nie bądź głupia! To był zwykły przypadek… A jeśli nie?

— Coś się stało?

— Nie… Zupełnie nic — wyszeptała cicho, wpatrując się w parujący napój.

Ciepły, aromatyczny obłoczek dotykał jej twarzy, czyniąc ją nieco wilgotną. Było to całkiem przyjemne uczucie. Zaglądała uparcie na dno kubka, obserwując jak kryształki cukru powoli się rozpuszczają. Nie było to interesujące, jednak czuła na sobie wzrok chłopca i wstydziła się podnieść głowę. Jakoś nie mogła mu spojrzeć w oczy…

Siedzieli tak w ciszy, oboje myśląc o miłości, próbując zachować pozory. Ślepa miłość do ludzkiego anioła i… Niepewne, ciche rozdarcie między bratem a… psem…

— Chyba już możemy je wyciągnąć — uklęknął przy piekarniku, by ocenić stan ciastek, parę sekund później dodał — tak, są już gotowe.

Otworzył piekarnik i poczuł jak w nogi uderzyła go fala gorąca. Szybko wziął ścierkę i za jej pomocą wyciągnął gorącą blachę z ciachami. Gdy miał już stawiać blachę na drewnianej desce do krojenia, omsknął mu się palec i dotknął rozgrzanego metalu. Chłopak syknął z bólu i upuścił formę na blat.

— Nic ci nie jest?!

— Nie, w porządku… — Mruknął, wciąż się krzywiąc.

— Na pewno? Pokaż! — Chwyciła go za rękę, nie zważając na jego rumieńce i uważnie obejrzała oparzenie. Na zaczerwienionej skórze zaczął pojawiać się biały bąbel. — Szybko pod wodę!

Nie czekała, aż posłucha jej rozkazu. Pociągnęła go w kierunku zlewu i odkręciła kurek z zimną wodą, wpychając jego dłoń pod strumień. Trzymała go za nadgarstku; nie zamierzała pozwolić, by rana się rozrosła. Ale… Skąd ta nagła troska?

Pokryła się obfitym rumieńcem, ale ani myślała, żeby go puścić.

On natomiast patrzył na nią ze zdziwieniem, wciąż nie mogąc uwierzyć. Wybranka serca trzymała go za rękę i starała mu się pomóc. Skoro się martwiła… To musiało jej zależeć. Czyżby okrywająca ją twarda skorupa była tylko podpuchą?

— Sądzę, że już jest dobrze — odezwał się nieśmiało.

— Będzie dobrze, kiedy ja tak powiem — w jej słowach złość wymieszała się z troską.

— Ale…

— Żadnych „ale” — powiedziała to czule, niemal jakby chciała powiedzieć żadnych „ale”, kochanie. Speszyła się i szybko dodała — głupi psiaku…

— „Psiaku”? — Uśmiechnął się lekko.

— Cicho! — Zapiekły ją uszy i policzki.

— Już siedzę cicho — uśmiechnął się jeszcze szerzej, mając pewność, że jednak jej na nim zależy.

Gdy upewniła się, że zrobiła już wszystko, co było w jej mocy, puściła rękę chłopaka, wracając do swojej herbaty i przyglądając się ciastkom. Wyraz jej twarzy zmienił się w sekundę. Znów stała się twarda i zimna jak głaz. Znów trzymała go na dystans.

Oceniała ich wygląd i kształt, ze wstydem przyznając sama przed sobą, że jej pierwsze ciastka wyglądały beznadziejnie, i nie powinna ich dawać bratu. Wzięła jedno z najbrzydszych i pąsowiejąc na twarzy, wyciągnęła rękę w stronę Glena.

— To dla ciebie. Nagroda za pomoc… I naukę.

— Dzięki — wziął od niej smakołyk, czerwieniąc się obficie.

— To… To… To ja dziękuję — wydukała jakby była najbardziej nieśmiałą osobą na całym świecie.

Uśmiechnął się w duchu. Nie spodziewał się, że mu podziękuje.

— Nic wielkiego.

Dopił herbatę, potem poszukał ładnej, papierowej torebki. Znalazł w szufladzie. Niewielką, różową, z serduszkami. To chyba Daisy dostała w niej jakiś prezent w zeszłe walentynki. Rozłożył ją i zaczął ostrożnie pakować ciasteczka, uważając żeby ich nie połamać.

Kiedy skończył, zrozumiał, że obecna sytuacja jest dla niego całkiem wygodna. Przecież wcale nie musiał być z nią w związku, aby czuć jej ciepło. Mógł ją kochać i bez tego. Był to taki… Udawany związek. Bez czułych gestów i słodkich słów. Ale lepiej tak, niż wcale…

Dostał od życia szansę, dlatego postanowił wykorzystać ją jak najlepiej potrafił. Co z tego, że nie był to prawdziwy związek? Co z tego, że nie byli prawdziwą parą? Nie zamierzał pozwolić, aby ktokolwiek odebrał mu tę okazję. I nawet jeśli musiałby kogoś zabić… Zrobiłby to bez wahania, gdyby od tego zależało jego małe szczęście.

Wręczył Madeline papierową torebkę, uśmiechając się.

Zarumieniona kiwnęła głową na znak wdzięczności. Do tej pory we wszystkim wspierał ją tylko Ben… We wszystkim, poza jedną rzeczą… I tu pojawiał się Glen, wypełniając tę lukę. Starał się ze wszystkich sił, by osiągnęła swój cel. Był naprawdę kochany… Ale nie mogła mu tego powiedzieć. Nie chciała, aby zbliżył się za bardzo. To mogłoby przeszkodzić w jej działaniach.

Zatopiła w nim słodkie spojrzenie, a przez jej głowę przebiegała pewna myśl.

Mógłby być moim przyjacielem. Kimś z kim mogłabym porozmawiać o moich uczuciach. Jest dobrym słuchaczem, zawsze chętnie mi pomaga. Kto wie, może naprawdę mógłby zostać kimś wyjątkowym?

Pochyliła się lekko w jego stronę, jakby chciała go pocałować. Jej piękne, orzechowe oczy wciąż się w niego wpatrywały. Nie miała pojęcia co robi jakby wpadła w jakiś dziwaczny trans. Chłopak odsunął się odruchowo, pytając ze zdziwieniem:

— Coś się stało, Madeline?

— N...Nie...Wszystko w porządku… Po prostu… Zakręciło mi się w głowie. To pewnie przez to gorące powietrze.

Spojrzała szybko za okno. Zdążył już zapaść zmrok.

Niedobrze… Powinnam być już w domu. Nie mogę chodzić sama po nocy… To niebezpieczne, w dodatku mogłabym zmartwić Benjamina. Wysłać mu SMS-a, że już wracam?

Nie… Wtedy specjalnie po mnie przyjdzie, odrywając się od pisania artykułu. Jakoś dam radę sama, w końcu nie jestem już małym dzieckiem.

— Będę się już zbierać — powiedziała cicho, zaciskając palce nieco mocniej na uchwycie torebki.

— Dobrze — uśmiechnął się szeroko i odprowadził ją na korytarz. — Poczekaj chwilę.

Pobiegł po schodach na górę i wrócił za chwilę, trzymając w rękach granatową, bluzę z kapturem, zapinaną z przodu na zamek. Wręczył ją dziewczynie, patrząc jej w oczy. Zdziwiła się, ale jednocześnie ucieszyła, że o niej pomyślał. Przyjęła ubranie i już miała wyjść, gdy zatrzymało ją pytanie.

— Gdzie idziesz? Poczekaj, aż założę buty, przecież nie pójdę na boso.

— Co? — Spojrzała na Glena, ubierającego adidasy.

— Odprowadzę cię do domu, głuptasie. Nie pozwolę przecież, żebyś szła sama po nocy.

Na te słowa zrobiło jej się ciepło w sercu. On naprawdę się o nią martwił… Może faktycznie nie był głupim psem, a kochanym psiakiem? Z zamyślenia wyrwał ją jego głos.

— No to co, gotowa do wyjścia? Ubierz bluzę, na dworze jest chłodno.

— D… Dobrze… — Posłuchała go i szybko założyła bluzę.

— Wychodzę! — Zawołał do rodziców, którzy wciąż siedzieli w salonie.

— Do widzenia! — Odezwała się także Maddy.

Na niebie iskrzyło się parę gwiazd. Powietrze było chłodne i rześkie. Dookoła dobiegały ich odgłosy świerszczy i odległe szczekanie psów, wymieszane z nocnym szumem miasta.

Ruszyli wolnym krokiem, patrząc przed siebie. Od czasu do czasu wchodzili w żółte kręgi światła, roztaczające się na chodniku, których źródłem były latarnie ponad ich głowami.

Milczeli, mimo że mieli sobie wiele do powiedzenia. On przez wzgląd na nową, kruchą relację, której nie chciał zepsuć. A dla niej na takie słowa było jeszcze za wcześnie. Czuła, że na razie będzie lepiej, jeśli nie powie mu o uczuciu żywionym do brata. Mógłby tego nie zrozumieć.

Milczenie jej nie przeszkadzało. Odnosiła wrażenie, że nie musiała niczego mówić, aby ją zrozumiał. W końcu wtedy, na auli… Zdecydował jej się pomóc i jak do tej pory wywiązywał się ze swojej obietnicy. Wciąż nie mogła uwierzyć, że znalazła kogoś tak wspaniałego. Kogoś, kto znosił złe traktowanie i wciąż chciał jej pomóc. Niczym wierny psiak.

W końcu dotarli na miejsce. Wszystkie światła, poza jednym, były pogaszone. Okno, za którym znajdował się pokój Bena, wypełniał blask lampy, używanej przez niego do pracy. Znów się zasiedział i nawet nie zauważył jej nieobecności? Nic dziwnego, nie powiedziała mu, że wychodzi. Wyślizgnęła się po cichu z domu, kiedy on zarabiał na ich życie.

To naprawdę nic dziwnego, że nie zauważył…

Mimo wszystko zrobiło jej się przykro, a w brzuchu poczuła zimne ukłucie smutku.

— Wszystko w porządku? Jesteś smutna?

— Nie… — Szepnęła cichutko. — Wszystko jest w porządku.

— Jesteś pewna?

— Tak. Spójrz, tam mieszkam — wskazała palcem dom przed nimi. — Dalej dam radę sama.

Skinął głową i odwrócił się na pięcie, chcąc odejść.

— Glen — powiedziała miękko.

Chłopak zesztywniał. Po raz pierwszy użyła jego imienia… To dziwne uczucie, usłyszeć swoje imię z ust anioła.

— Dziękuję ci za dzisiaj.

— N...N...Nie ma sprawy — wydusił z trudem.

— To pa — pożegnała się z nim i pobiegła do domu.

Zatem to jest prawdziwa miłość. Bezinteresowna i bezwarunkowa. Kiedy nie oczekuję niczego w zamian… Kiedy nawet nie marzę, że odpowie na moje uczucia.

To myśląc, udał się z powrotem do siebie. Gdy przekraczał próg mieszkania, zauważył, że Maddy nie oddała mu bluzy.

Nie… To nic. Nie będę się teraz po nią cofał. Może kiedyś odda.

Już miał wejść po schodach, na górę, gdy z salonu usłyszał wołanie swojej mamy.

— Glen, chodź tu na chwilkę.

— Tak, mamo? — Stanął przed rodzicami.

— Ta Madeline… Wydaje się być bardzo miłą dziewczyną. Byłoby fajnie, gdybyście zostali parą.

— To tylko przyjaźń — zapewnił ją pośpiesznie.

— Szkoda — westchnęła rozczarowana.


•••


Madeline weszła do domu równie cicho jak z niego wyszła. Nie chciała, aby Benjamin przyłapał ją na takim przemykaniu się. Zaraz zaczęłyby się pytania wymieszane z niepokojem i ze złością, a na to nie miała ochoty. W dodatku ciasteczka… To miała być niespodzianka, którą chciała dać mu dopiero następnego dnia.

Poszła do swojego pokoju, zostawiła torebkę na biurku i rzuciła się na łóżko. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że zapomniała oddać Glenowi bluzę. Przestraszyła się nieco, jednak natychmiast się uspokoiła. Przecież mogła mu ją oddać w poniedziałek.

A jeśli ktoś nas zobaczy i pomyśli, że jesteśmy parą?

Potem do głowy przyszła jej kolejna myśl. Z początku się opierała, walczyła z nią na tyle, na ile było to możliwe, ale w końcu uległa. Ze wstydem przyłożyła skrawek bluzy do nosa i zaciągnęła się. Na jej policzkach wystąpił rumieniec.

Pachnie całkiem ładnie… Zawsze tak pachnie? Jakby pomyśleć… Byłam już kilka razy całkiem blisko niego i ani razu nie zwróciłam uwagi na to jak pachnie. To naprawdę przyjemny zapach…

I z tą myślą zasnęła.

Następnego poranka obudził ją zapach jedzenia. Powolutku spełzła z łóżka, zauważając, że wciąż ma na sobie bluzę Glena. Ogarnęło ją dziwne zakłopotanie i wstyd przed samą sobą.

Przebrała się w czyste ubrania, wzięła ze sobą ciastka i zeszła powoli na dół, myśląc co powinna powiedzieć bratu. Ostatnio dał jej jasno do zrozumienia, że nie mogą być razem, ale nie zamierzała rezygnować z tego powodu. Nie obchodziło jej co powiedzą ludzie, ani jak będą na nich patrzeć. Kochali się i to było najważniejsze. Dla uczucia, łączącego dwie dusze, nie liczyły się z góry narzucone normy społeczne.

Bose stopy dziewczyny dotknęły zimnej podłogi w kuchni. Przy kuchence stał on. Ubrany jedynie w bokserki. Jego szerokie, dość umięśnione plecy przykuwały jej spojrzenie. Ręce chłopaka poruszały się szybko, obracając coś na patelni.

Nie zdawał sobie sprawy z jej obecności. Podkradła się do niego niczym maleńka myszka. Krok za kroczkiem, coraz bliżej i bliżej. Objęła go od tyłu, oplatając ramionami wokół tułowia. Był ciepły i pachniał jeszcze pościelą. Dopiero wstał. Nie widziała jego twarzy, ale była przekonana, że się uśmiechnął.

— Mam coś dla ciebie, braciszku — wyszeptała, wciąż przylegając do jego pleców.

— Naprawdę? Co takiego?

— Coś, co zrobiłam sama. Prezent prosto z mojego serduszka.

Mówiąc to, odsunęła się od niego o parę centymetrów, poczekała aż się obróci i wyciągnęła w jego kierunku różową torebkę w serduszka. Spoglądnął najpierw na pakunek, a potem na siostrę, podrapał się po głowie z zakłopotaniem i przyjął podarek. Wyciągnął jedno ciastko, uniósł je na wysokość twarzy i przyjrzał mu się dokładnie.

— Sama je upiekłaś?

— Tak!

— Przecież ty nie umiesz piec — uniósł wysoko brwi.

— No… Może pomagał mi… Taki jeden przyjaciel.

— Przyjaciel? — w jego głosie pojawiła się nuta niepokoju.

— Tak — uśmiechnęła się jak gdyby nigdy nic. — Jest dla mnie bardzo miły i zawsze stara się pomóc. Widzisz, nawet nauczył mnie piec! Spróbuj!

Ugryzł ciastko. Było przepyszne. Orzechy i czekolada — jego ulubione. Nie spodziewał się tego po niej. Nie spodziewał się, że jest wstanie się nauczyć nawet piec, by dostać to, czego chciała.

Serce wypełnił mu ból. Kolosalne wyrzuty sumienia zaczęły go trapić i nawet pyszne ciastko straciło smak. Tak się dla niego starała… A jego odpowiedź musiała pozostać taka sama… Bo co powiedzą ludzie, gdy się dowiedzą? Plotka dojdzie do redakcji, a on straci pracę. Idąc tym tokiem — nie pozostaną im żadne środki do życia, a wtedy… Benjamin wolał nie myśleć co wtedy.

Spostrzegła jego smutne, szklane oczy i pomyślała, że ciastka są paskudne. Nie przyszło jej do głowy, żeby ich spróbować przed podarowaniem bratu. Czyżby ten głupi pies wcale nie był taki dobry w wypiekach? Fala gniewu uderzyła w nią z potworną siłą, niemal zwalając z nóg, jednak starała się zachować pozory spokoju.

— N… Nie smakują ci?

— Nie, Maddy… Są pyszne… Naprawdę… Chodzi o coś zupełnie innego.

— O coś… Innego?

— Bardzo doceniam, że się starasz… Wiem, że ci na mnie zależy, że jestem dla ciebie najważniejszy… Ale już ci mówiłem… Nikt nas nie zrozumie. Nikt. Ja stracę pracę, ciebie wyrzucą ze szkoły. Nie chcę tego i jestem pewien, że ty też tego nie chcesz. Oboje będziemy nieszczęśliwi, a ludzie nieszczęśliwi potrafią robić naprawdę potworne rzeczy.

— Tak jak wtedy, kiedy próbowałeś się…

— Tak, właśnie wtedy. Za nic w świecie nie chcę tego powtarzać… Nie zamieram cię zostawić samej. Wtedy byłem samolubny, myśląc, że kończąc ze sobą, skończą się moje problemy. Ale ty zostałabyś sama… — wyszeptał, bliski płaczu.

— A więc… Jestem dla ciebie problemem? — Cofnęła się o krok, głos jej drżał.

— Nie, nie to chciałem powiedzieć…

— Więc dlaczego?! — Gorące łzy popłynęły po jej policzkach. — Dlaczego mnie nie chcesz?! Skoro nie jestem problemem, to dlaczego nie możesz ze mną być?! Błagam… Błagam, przestań zasłaniać się tym co powiedzą ludzie!

— Maddy, mylisz się — powiedział sucho. Nie podobało mu się w jakim kierunku zmierzała ta rozmowa.

— Mylę się? Mam dość tej niepewności i niespełnionych marzeń, Ben! Potrzebuję cię. Potrzebuję cię jako brata, przyjaciela i… I mężczyzny. Nie chcę nikogo innego. Nikogo, rozumiesz? Wiesz jaki ból sprawia mi to, że odrzucasz mnie każdego dnia?

— Madeline, to prowadzi donikąd. Proszę, przestań zachowywać się w ten sposób. Wcale nie zasłaniam się innymi ludźmi. Po prostu wiem jak to się skończy.

— Rozumiem — szepnęła cicho, tak cicho, że nikt nie usłyszał jej słów. Cofnęła się o kolejny krok, potem o jeszcze jeden. Powoli, roztrzęsiona zaczęła wycofywać się z kuchni, pozostawiając go samego.

Miał dużo racji, ale nie chciała mu tego przyznać. Potrzebowała jego miłości… Chciała go. Chciała go jak nikogo innego na całym świecie. Był jedyną osobą, której mogła zaufać, której mogła się oddać. Wiedziała, że nigdy jej nie skrzywdzi. Ale ten paskudny świat uparcie próbował go wyszarpnąć z ramion Madeline, aby w końcu pozostała sama. A samotność była rzeczą, której bała się najbardziej.

Dziewczyna poszła na górę, zamykając się w pokoju. Niemy krzyk próbował wyrwać się z jej płuc, ale wszystko na nic. Znowu została sama. Na tę myśl skuliła się w ciasnym kącie i zaczęła cicho szlochać, żeby nikt jej nie usłyszał. Zimne szpilki przekłuwały jej serce z lubością; raz za razem zadawały coraz większy ból, odbierając chęć do życia.

Podniosła głowę. Na łóżku leżało coś od kogoś wyjątkowego.

Dźwignęła się z podłogi i chwiejnym krokiem dotarła do swojego posłania. Bluza Glena — pachnąca, gruba, ciepła… I o wiele na nią za duża. Ujęła ją w dłonie, przytykając do nosa, zaciągnęła się jej zapachem. Nie myśląc wiele, założyła ją, zapinając pod samą szyję i naciągnęła na głowę kaptur.

Poczuła się bezpiecznie, a smutek gdzieś uleciał. W jej pachnącym kokonie było miejsce tylko dla niej i dla nikogo innego. Będąc w środku żadne złe myśli nie miały prawa jej dręczyć; nie mogły przebić się przez grube, szczelne ściany. Mogła tam spokojnie leżeć, oczekując na przemianę w pięknego motyla, który zachwyci wszystkich na około.

Może wystarczy zaczekać? Czekam już od tylu lat, że rok czy dwa nie robią żadnej różnicy. Zaczekam, aż w końcu przestanie się bać. Nie opłaca się prowadzić walki z tym, co powie społeczeństwo. Kiedyś zrozumie, że nie mają nic do gadania  to nasze życie i nasza spawa.

Osunęła się w lepkie odmęty snu, który ją pochwycił i ukołysał.

Śniło jej się, że stała przed ogromnym kościołem, przystrojonym w białe wstęgi i piękne wieńce. Śnieżnobiałe gołębie latały nad ich głowami, gruchając głośno. Była odziana w nieskazitelną biel, pokrytą wymyślnymi wzorami, wyszytymi z koronek. Długi welon; rękawiczki sięgające do łokci. Prawdziwy anioł, nikt nie śmiał temu zaprzeczyć.

Weszła przez główne drzwi kościoła, kierując się wprost ku ołtarzowi. Stąpała wolnym, majestatycznym krokiem po szkarłatnym dywanie. Mijała bez pośpiechu rzędy ławek, pozwalając, aby zebrani mieli okazję obejrzeć jej kreację z bliska. Każdy patrzył na nią z niemym zachwytem, dziwiąc się w myślach, że ktoś tak piękny jak ona, może należeć do tego świata.

Przy ołtarzu czekał Benjamin, w czarnym garniturze i rubinowym krawacie. Pocierał nerwowo wierzchem dłoni o udo, wpatrując się w dziewczynę z niecierpliwością. Chciał już z nią być, stać się jedną duszą, jednak ona jakby dla zabawy szła coraz wolniej.

Droczyła się z nim. Była to zemsta za to, że kazał jej czekać tak długo na ten dzień. Latami o nim marzyła, a on zawsze go odwlekał. W końcu nadszedł czas, by się pobrali — chciała, aby poczuł się jak ona przez te wszystkie lata.

Dotarła na miejsce, z lekkim uśmiechem — takim, na jaki przystało w kościele. Stanęła u jego boku, spuszczając głowę. Stare organy odezwały się, wypełniając kościół uroczystą melodią.

— Jesteśmy gotowi? — Zapytał ksiądz.

— Tak — odpowiedzieli zgodnie jednym głosem narzeczeni.

— Doskonale. A zatem… W tak wyjątkowym dniu, tych dwoje młodych ludzi postanowiło w wobec was, jak i wobec Boga, zawrzeć związek małżeński i żyć zgodnie z Bożymi przykazaniami. Podajcie mi swoje ręce — obwiązał ich dłonie białą stułą. — Benjaminie Lane, czy ślubujesz przed miłosiernym Bogiem i wszystkimi tu zgromadzonymi, że bierzesz sobie za żonę tą oto niewiastę i ślubujesz jej wierność, i miłość w zdrowiu, i chorobie, i że nie opuścisz jej aż do śmierci?

— Tak — odparł z całą szczerością będącą w jego sercu i ściskając nieco mocniej dłoń Maddy.

— Madeline Lane, a czy ty ślubujesz przed miłosiernym Bogiem i wszystkimi tu zgromadzonymi, że bierzesz sobie za męża tego tu młodzieńca Benjamina Lane, i ślubujesz mu wierność, i miłość w zdrowiu, i chorobie, i że nie opuścisz go aż do śmierci?

— Tak — wydusiła z siebie natychmiast. Wypełniało ją ogromne szczęście, że ten dzień nadszedł. W końcu naprawdę byli razem.

— Na mocy nadanej mi przez Kościół i Boga, ogłaszam was mężem i żoną. Możesz pocałować pannę młodą.

Uczynił tak jak mu powiedziano. Nachylił się nad nią i zatopił w czułym pocałunku.

W tym momencie coś zbudziło ją ze snu, sprawiając, że wróciła do smutnej, szarej rzeczywistości. Z dołu dobiegał głośny warkot odkurzacza.

Ben sprząta. Ile spałam?

Przeciągnęła się, zerknęła na zegarek w telefonie. Ze zdziwieniem stwierdziła, że błąkała się po krainie Morfeusza aż trzy godziny. Odłożyła komórkę i przewróciła się na drugi bok.

Przyłożyła do nosa skrawek rękawa bluzy i zaciągnęła się jej przyjemnym zapachem.

Twój właściciel mi pomoże, wiesz? On zawsze mi pomaga i robi to z taką radością… Dziwny z niego chłopak, ale to dobrze. Czym byłby świat bez odrobiny dziwactwa?

Rozdział 3
Pies idzie do kawiarni

Po niedzieli nastał szary poniedziałek.

Uporczywy pisk budzika wyrwał go ze snu. Zaraz po wyłączeniu urządzenia, wciąż leżąc na łóżku, spojrzał na kalendarz. Czternasty kwietnia.

W końcu wstał, pozbierał szkolne ubrania porozrzucane po podłodze i powłócząc nogami udał się do łazienki. Po prysznicu odpuścił sobie śniadanie; i tak był już spóźniony. Zresztą rzadko kiedy jadał śniadania. Rano nie był w stanie niczego zjeść — zawsze kiedy próbował, brało go na wymioty.

Z domu wyszedł w pośpiechu, po drugiej stronie ulicy czekała już Madeline. Wydawała się być w dobrym humorze. Zastanowiło to chłopaka.

Czyżby plan z ciastkami się powiódł? Nie napisała mi SMS-a.

Przeszedł przez jezdnię, tym razem uważając na nadjeżdżające samochody. Dotarł do krawężnika i zatrzymał się przy dziewczynie. Spojrzał na nią pytająco, a ona uśmiechnęła się, mówiąc:

— Smakowały mu — ruszyła przed siebie, nucąc pod nosem „Most londyński wali się”.

Chłopak skinął głową i ruszył za nią, nie odrywając od niej wzroku. Naprawdę dzięki niemu Madeline miała szansę na zdobycie swojego wybranka? Dopiero teraz zdał sobie sprawę z, że im bardziej jej pomagał, tym bardziej się od niego oddalała. Wznosząc dziewczynę coraz wyżej, sam pogrążał się coraz głębiej w ruchomych piaskach miłości.

Spochmurniał; poprawił swój plecak, spoglądając w stronę rzeki, nad którą rozciągał się most. Zaczął gryźć wewnętrzną stronę policzka do tego stopnia, że odniósł wrażenie, iż usta wypełnia mu welurowa tapeta. Dlaczego miał takiego pecha? Nie dość, że osoba, którą kochał, była zadurzona w innym, to w dodatku sam został wepchnięty w friendzone.

Nienawidził poniedziałków, zawsze nachodziły go najbardziej ponure myśli. Cykl tygodnia zaczynał się od nowa; ludzie w szkole znów będą z niego szydzić. Nie miał ochoty tam iść. Nie miał ochoty tego słuchać.

Często zastanawiał się dlaczego padło właśnie na niego. Dlaczego nie mogli zapomnieć o tamtym żenującym zdarzeniu, mającym miejsce tak dawno? Zawsze mijał się z odpowiedzią, ale nigdy z wrogością innych.

Maddy jest dziś jakaś weselsza niż zwykle. Faktycznie musiało pójść jej dobrze. No proszę, pomogłem jej, samemu się unieszczęśliwiając. Przynajmniej jedno z nas jest zadowolone.

Dziewczyna zatrzymała nagle się i spojrzała na niego jakby przypomniała sobie o czymś ważnym. Pośpiesznie zdjęła z ramion plecak i rozpinając go, zaczęła gorączkowo w nim grzebać.

Czego ona szuka? Zapomniała czegoś z domu? Rety, ona faktycznie jest niezdarą.

Czekał cierpliwie, aż dziewczyna skończy. W końcu wydobyła z torby ciemną kulę materiału i lekko się rumieniąc, wyciągnęła ją w jego stronę.

— D… Dzięki za bluzę…

— Nic wielkiego.

— A, i… P… Przepraszam — to słowo ledwo przeszło przez jej gardło. — Przepraszam, że nie oddałam ci jej w sobotę.

— Nie przejmuj się, nic się nie stało — uspokoił ją i ruszył przed siebie.

Skinęła nieśmiało głową, zarzuciła szelki plecaka na ramiona i pobiegła za Glenem, uśmiechając się ukradkiem. Była stworzona po to, by się uśmiechać. Kiedy wypełniało ją szczęście, była najpiękniejszą istotą na Ziemi.

Zanim schował bluzę, odruchowo ją powąchał. Czując delikatną woń perfum Madeline, serce zabiło mu o wiele mocniej, sprawiając, że nieco się rozchmurzył.

W końcu dotarli do szkoły i rozeszli się do klas. Glen nie miał ani grama ochoty, aby pójść na lekcję matematyki z tą starą, wredną babą, która niewątpliwie chciała go zapytać. Zawsze to robiła — w imię krucjaty przeciwko tumanom nieumiejącym liczyć.

A gdyby tak… Uciec z lekcji? Na pewno się domyśli, że specjalnie zwiałem i zapyta mnie przy następnej okazji. Odpada.

Westchnął głośno, wchodząc do gabinetu; ociągał się przy tym tak, jak było to tylko możliwe. Jak się okazało, wcale się nie pomylił. Pani Weissmuller wzięła go do odpowiedzi i trzymała przy tablicy dobre piętnaście minut, ku uciesze pozostałych uczniów. Koniec końców udało mu się jakoś wybronić i dostał dwóję.

Po ciężkim boju na polu matematycznym udał się do czytelni. Wyciągnął z plecaka bluzę i podłożył ją pod głowę, wciągając pozostałości po słodkim zapachu swojej ukochanej. Tego teraz potrzebował. Odrobiny spokoju.

Kiedy zabrzmiał dzwonek, podniósł się z krzesła, spakował rzeczy i wyszedł, podążając żwawo do klasy fizyki. Pod gabinetem zastał całą grupę uczniów, gorączkowo wertujących strony podręczników i wymieniających się ściągami.

Zaklął pod nosem, wściekając się sam na siebie. Na śmierć zapomniał o sprawdzianie. Jego oceny pozostawiały wiele do życzenia, zatem miał powód do zmartwień. Wiedział, że nikt nie zechce się z nim podzielić „pomocami naukowymi”.

Westchnął.

Wpakowałem się z buciorami na minę przeciwpiechotną.

Fizykę prowadził pan Carson, starszy mężczyzna, koło pięćdziesiątki. Był surowy i bezlitosny, a pytania, które przygotowywał na testy, siały grozę w całej szkolę.

Wkrótce się zjawił. Nerwowe spojrzenia, spuszczone głowy i ostatnie zerknięcia do książek. Doskonale wiedzieli, co się zapowiada. Kolejna rzeź niewiniątek.

Usiedli do ławek z posępnymi minami, otrzymali arkusze i zabrali się do ich wypełniania. Glen spojrzał na pierwsze zadanie i natychmiast się załamał. Nie rozumiał nawet treści polecenia. Czytał je raz za razem, wciąż próbując zrozumieć o co może chodzić. Litera po literze, przecinek po przecinku… Po dziesięciu minutach doznał olśnienia i jakoś przebrnął przez szereg liczb i wzorów.

Podniósł głowę, aby sprawdzić ile zostało czasu. Wielki zegar wisiał nad głową nauczyciela, czytającego spokojnie gazetę, nie zwracającego najmniejszej uwagi na uczniów. Jego szare oczy poruszały się szybko za szkłami okularów, jakby tekst, na który patrzyły, był najciekawszym zjawiskiem na świecie.

Wracając wzrokiem, Glen coś zauważył. Jedna z dziewczyn, tych wytapetowanych rur po solarce, z włosami w odcieniu platyny, otwarła książkę na podłodze i wyszukiwała w niej odpowiednich wzorów oraz regułek.

Chłopak westchnął głośno i skupił się na swojej kartce. Wciąż miał tylko jedno zadanie, a i jego poprawność była wysoce wątpliwa. Po niedługim czasie zabrzmiał dzwonek. Drew gorączkowo nabazgrał ostatnie obliczenia i oddał swoją pracę. Klasę opuścił w podłym humorze. Na dziesięć zadań rozwiązał jedynie sześć i w dodatku nie wszystkie były dobrze.

Swoje kroki skierował do czytelni, gdzie czekała go niespodzianka. Przy jego stoliku siedziała Madeline, rysując coś w zeszycie. Na chłopca zwróciła uwagę dopiero, gdy trzasnęły drzwi biblioteki. Na jego widok uśmiechnęła się promieniście i powiedziała półgłosem:

— Chodź tu szybko!

Posłusznie wykonał polecenie. Pierwsze co rzucało się w oczy, to dziwne podekscytowanie dziewczyny. Wyglądała jakby chciała zdradzić mu jakiś wstydliwy sekret lub złożyć dziwną propozycję. Patrzyła mu w oczy jeszcze przez chwilę, po czym w końcu się odezwała, powoli dobierając słowa:

— Wiesz… Tak sobie myślę… Że nawet psy muszą być czasem wynagradzane… Dlatego… Dlatego… Chciałabym zaprosić cię do kawiarni, w ramach podziękowania za pomoc.

Szczęka mu opadła.

Czy ona właśnie zaprosiła mnie na… Randkę? Nie… Nie randkę. Chce mi podziękować za pomoc przy ciastkach. Ale… Skąd jej się to wzięło? Poszło jej aż tak dobrze? A może są już razem?

— Więc… Przyjmujesz zaproszenie?

— Yyy… Tak, pewnie, że tak! — Zmieszał się.

— Po lekcjach ci pasuje?

— Tylko… Jest taki problem… Nie wziąłem pieniędzy.

Dziewczyna zachichotała, jakby usłyszała jakiś żart.

— Nie przejmuj się, ja zapłacę. W końcu to ja cię zapraszam.

— Oddam ci wszystko co do grosza… — Zaczął gorączkowo, jednak zamilkł natychmiast, gdy zmierzyła go groźnym wzrokiem.

— Powiedziałam, to forma podziękowania. Nie pozwolę ci zapłacić. No, skoro mamy już wszystko ustalone, to spotkamy się po lekcjach przed szkołą.

Oczekiwanie na koniec lekcji trwało w nieskończoność. Sekundy zmieniały się w minuty, a minuty w godziny. Czas ciągnął się niczym karmelowa krówka. Czekanie doprowadzało go do szaleństwa; wpatrywał się uporczywie we wskazówki zegara, ale mimo jego usilnych starań, te nie zamierzały poruszać się szybciej.

Im dłużej czekał, tym bardziej wydawało mu się, że to wszystko jest jedynie snem, figlem spłatanym przez umysł; że przestał rozróżniać rzeczywistość od urojeń.

Na pewno mnie zaprosiła? Nie wymyśliłem tego? Nie chcę wyjść przed nią na idiotę… Chociaż i tak ma mnie już za psa…

Gdy lekcje dobiegły końca, dźwięk dzwonka wypełnił korytarze. Glen spakował się i wybiegł z klasy; popędził schodami w dół, w kilku susach pokonał hol i dostał się na dziedziniec szkoły.

Nie było jej tam.

Ale… Dlaczego?

Parę sekund później uświadomił sobie, że Maddy zwyczajnie nie zdążyła nawet wyjść z klasy.

I po co ja tak leciałem? Zachowuję się jak kretyn…

Dziewczyna zjawiła się w umówionym miejscu dopiero po kilku minutach. Jak zwykle była pełna wdzięku, skupiała uwagę wszystkich naokoło. Szła dumnie, ze wzrokiem skierowanym przed siebie. Nie rozglądała się na boki, nie zwracała uwagi na innych ludzi. Szła w kierunku Glena, skupiając na nim całą swoją uwagę. W końcu zatrzymała się koło niego, pytając radosnym tonem:

— To co, możemy już iść?

Oczy uczniów, znajdujących się na dziedzińcu przylepiły się do Maddy. Ciekawskie, zazdrosne i szydercze. Szum szeptów, morze niezbyt miłych uwag i stłumione chichoty. Wszyscy zachodzili w głowę dlaczego szkolna piękność odezwała się do tak niepopularnego chłopaka.

— Odezwała się do niego? Nie wierzę!

— Od kiedy ona rozmawia z gównem?

— To obrzydliwe, spójrz jak się ślini na jej widok!

— No! I te jego paskudne, rybie oczy…

— Nooo… Z oczu mu takim świrem patrzy…

— Jak ona może gadać z takim dziwakiem? Bo jest dziwny, no nie?

— No. I chodzi taki smętny ciągle.

Słyszał wszystkie te uwagi. Żaden komentarz nie ominął jego uszu, żaden uśmiech nie został niezauważony przez jego oczy. Wszyscy mówili o nim… Wszyscy z niego drwili… Wszyscy obrażali… Za co? Czym sobie na to zasłużył?

Dziewczyna także to spostrzegła; pąsowiejąc na policzkach, zacisnęła dłonie w pięści i zaczęła drżeć. Była to rozpacz czy wściekłość? Nie potrafił powiedzieć. W jej oczach błyszczały srebrzyste łzy, ale na twarzy malowała się furia. Wyglądała jakby miała zaraz eksplodować, zabijając wszystkich w okolicy.

Patrzył z przerażeniem jak kryształowe ściany zamku zaczynają pękać. Kawałek po kawałku, okruchy odrywały się od reszty, a ona nie mogła nic uczynić, by te pozostały na swoim miejscu. Słodka otoczka rozpadała się na drobniutkie niczym ziarna piasku cząsteczki, odsłaniając kogoś, kogo Maddy chowała przed światem. Zacisnęła pięści jeszcze mocniej, odwróciła się do nich twarzą, posłała wszystkim lodowate spojrzenie. Potem zaczęła mówić; z początku cicho, niewyraźnie, ale z każde następne słowo było głośniejsze od poprzedniego, nabierało mocy.

— Nie macie prawa tak o nim mówić… Nie macie prawa tak o nim mówić. NIE MACIE PRAWA O NIM TAK MÓWIĆ! GLEN JEST ŚWIETNYM CHŁOPAKIEM I PRZYJACIELEM, ODCZEPCIE SIĘ OD NIEGO, WY BEZWATOŚCIOWE WORY GNOJU! ON, W PRZECIWIEŃSTWIE DO WAS, PRÓBUJE KOMUŚ POMÓC! Traktujecie go w taki sposób… Nie macie prawa…

Ucichła. Po jej policzkach popłynęły łzy. Na dziedzińcu zapanowała grobowa cisza, która prawdopodobnie nie miała miejsca nigdy wcześniej w całej historii szkoły. Nikt nie śmiał odezwać się słowem. Wydawało się, że boją się nawet oddychać, by nie skupić na sobie uwagi rozwścieczonej panny Lane. Nieznośne milczenie świdrowało powietrze, a łzy jego obrończyni odrywały się od podbródka dziewczyny i rozbijały o ziemię.

— Madeline — położył dłoń na jej ramieniu. — Już wystarczy. Nie płacz. Nie przejmuj się nimi. Chodźmy stąd.

Skinęła powoli głową, odwróciła się i zaczęła iść przed siebie szybkim krokiem, przez co Glen musiał za nią biec. W jego głowie wciąż panowała pustka, próbował zrozumieć co się właśnie stało.

Stanęła w mojej obronie? Zaczęła wrzeszczeć na wszystkich, tylko po to, by mnie bronić? Dlaczego? Przecież ciągle nazywa mnie głupim psem… A teraz… Co się z nią dzieje? Nic nie rozumiem. Może ma gorączkę?

Spojrzał na jej twarz. Wciąż pozostawały na niej resztki gniewu.

Pewnie nie ma już ochoty ze mną nigdzie iść, mimo to nic nie mówi… To miłe z jej strony. Naprawdę stara się mi podziękować. I jak tu jej nie kochać, kiedy jest taka słodka?

Madeline prowadziła go w kierunku jej ulubionej kawiarni. Wszyscy ją tam znali i zawsze witali z szerokim uśmiechem. Czasem nawet dostawała darmowe mochaccino, które było jej ukochanym napojem. Obsługa była miła i życzliwa, często ktoś pytał o samopoczucie dziewczyny albo o jej dzień. Czasem bywała tam z Benem, kiedy ten miał na to czas. Było to dla niej wyjątkowe miejsce, do którego zabierała tylko wyjątkowe osoby.

Kiedy weszli do środka, od razu przykuli uwagę młodej brunetki o niebieskich oczach. Uśmiechnęła się i pomachała w kierunku Madeline, a ta odpowiedziała jej tym samym. Glen odniósł wrażenie, że nie powinno go tam być. Nie wiedział dlaczego, ale teraz jego jedynym pragnieniem było zapaść się głęboko pod ziemię.

— Zajmij tamten stolik — powiedziała do niego łagodnie, po czym sama podeszła do lady, by porozmawiać ze swoją znajomą.

Chłopak usłuchał i ruszył w głąb sali, wymijając rzędy pustych lub zajętych stolików. Przy niektórych z nich siedziały zakochane pary, cieszące się sobą, a przy innych samotne osoby, pogrążone w zadumie nad filiżanką kawy.

Doszedł do wskazanego miejsca i usiadł, ściągając z ramion swój plecak. Z każdą chwilą czuł na sobie coraz więcej spojrzeń, przez co jego uszy barwą zaczynały przypominać dorodne piwonie.

Dlaczego się na mnie gapią? Powinienem stać przy kasie i zapłacić?

Zrobiło mu się koszmarnie głupio; ochotę uciec na zewnątrz. Jakimś cudem powstrzymał to silne pragnienie i pozostał na swoim miejscu, uparcie wbijając wzrok w blat stolika.

W tym samym momencie przy jego stoliku pojawiła się Madeline, a tuż za nią szła ta sama brunetka, z którą przed chwilą rozmawiała. Kelnerka niosła tacę z dwoma śnieżnobiałymi filiżankami i z taką samą liczbą talerzyków, na których leżało po kawałku ciasta czekoladowego.

Dziewczyna do piersi miała przypiętą żółtą plakietkę z imieniem.

Cassie. Ładne imię.

Uśmiechnęła się do niego, a on w zamiast odpowiedzieć tym samym, zaczerwienił się jeszcze bardziej, mając wrażenie, że zaraz spłonie żywcem. Odwrócił wzrok i wbił go w stolik.

— To dla ciebie — powiedziała, kładąc przed nim najpierw talerzyk, a potem filiżankę. Następnie przyszła pora na zamówienie Madeline. Gdy wszystko zostało już ułożone, życzyła im smacznego i odeszła.

Spróbował westchnąć, chcąc wyrazić swoją bezradność i zażenowanie, ale zanim zdążył wypuścić powietrze, Madeline zakryła mu usta, mówiąc:

— Za każdym razem, gdy wzdychasz, tracisz odrobinę szczęścia.

Poczuł się jakby raził go piorun.

Czy… Czy ona właśnie dotknęła moich ust? To musi być sen, nie ma innej opcji… Co powinienem teraz zrobić? Wyznać jej moje uczucia? Nie… Nie mogę.

Dziewczyna spostrzegła jego zagubienie i zachichotała, mrużąc przy tym powieki.

— Mam dziś dobry humor, wiesz?

— Dlaczego?

— Sama nie wiem. Po prostu mam się dobrze.

— Rozumiem…

— Hej… — Zaczęła niepewnie. — Nie jesteś zbyt lubiany w szkole, prawda? Wiele razy słyszałam jak ludzie mówią o tobie złe rzeczy. No i jeszcze dzisiaj… To było… Potworne.

— Nic wielkiego. Nie przeszkadza mi to, przywykłem.

— Ale mi to przeszkadza. Jesteś moim psem, tylko ja mogę cię obrażać. Nie pozwolę, by ktokolwiek inny ci dokuczał. Pójdę z tym do dyrektora, dobrze?

— Madeline…

— Cicho! Jesteś moim przy… Psem. Nie zgadzam się, by ktoś traktował cię w zły sposób.

Podniosła do ust filiżankę i upiła łyk ulubionego napoju, potem wzięła widelczyk i skosztowała ciasta. Było wyborne. Bogactwo doznań smakowych dawało niesamowitą rozkosz, nieporównywalną z niczym innym. Dziewczyna delektowała się każdym kęsem i łykiem, przymykając z zadowolenia powieki.

Glen nie jadł. Dręczyła go burza myśli, zalewająca jego serce zimnym deszczem uczuć.

Dlaczego tak uparcie nazywa mnie swoim psem? Dlaczego nie może powiedzieć, że jestem jej przyjacielem? Bo tym w końcu jesteśmy, prawda? Przyjaciółmi… Chciałbym być doceniony chociaż raz w życiu i nie być traktowany gorzej od reszty… Ona… Mimo że jestem jej kundlem, to jest dla mnie miła. Stwarza tylko pozory twardej i niedostępnej, ale… Dlaczego?

— Dlaczego nie jesz? Jesteś smutny?

— Ja? Ja… Nie — skłamał.

Przekrzywiła głowę i spojrzała na niego swoimi dużymi, błyszczącymi oczami. Była prawdziwym uosobieniem piękna. Nigdy w życiu nie widział piękniejszej istoty. Dlaczego padło na niego? Dlaczego to właśnie on został ogromnym szczęściarzem i pechowcem jednocześnie?

— Masz smutne oczy, Glen — powiedziała z żalem. — Proszę, nie okłamuj mnie nigdy.

— Wybacz — odwrócił wzrok, potem napił się mochaccino. Zjadł kawałek ciasta i zerknął w kierunku swojego aniołka. Wciąż wpatrywała się w niego uporczywie, jakby czegoś oczekiwała. — O co chodzi, Madeline?

— Obiecaj, że porzucisz smutek.

— Co? Dlaczego miałbym…

— Obiecaj!

— Nie mogę obiecywać ci czegoś, czego nie jestem w stanie spełnić…

— Racja… Zatem obiecaj, że postarasz się nie być smutny.

Stałem się dla niej kimś ważnym? A może po prostu potrzebuje mnie do spełnienia swojego celu, a gdy już go osiągnie, to mnie wyrzuci jak zwykłego śmiecia?

— Zatem ty obiecaj, że mnie nie porzucisz.

— Obiecuję — powiedziała bez chwili zastanowienia.

Zamurowało go. Zrobiła to tak po prostu, bez wahania, nie myśląc nad tym ani sekundy. Naprawdę nie zamierzała go porzucić? Była słowną osobą? Byłoby cudownie… Więc jeśli i on złożyłby przysięgę to… Byliby nierozłączni?

— Ja także obiecuję.

— Wspaniale! — Zaśmiała się i dopiła swoją kawę.

— Wiesz… Dziękuję ci — jego policzki zapłonęły żywym ogniem.

— Za co? — Uniosła brwi.

— Za dzisiaj. Za to, że stanęłaś w mojej obronie, za to, że mnie tu zabrałaś i za to, że jesteś dla mnie taka dobra. Jesteś pierwszą osobą, która okazała mi tyle ciepła…

— Głupi psiak — szepnęła jakby do siebie. — Nawet psy potrzebują czasem trochę ciepła.

Szum słów wypełniał kawiarnię, nadając jej przyjemnej atmosfery. Uczucia falowały powoli w powietrzu, poruszane podmuchami czułych słówek i gestów. Pomarańczowe, soczyste niczym dojrzała pomarańcza słońce, powoli opadało w stronę horyzontu. Ostatnie promienie nostalgicznie zaglądały przez szyby lokalu, zalewając go aksamitnymi barwami.

Słońce znikało, a on siedział przy jednym stoliku z ludzkim aniołem. Nigdy nawet nie śmiał pomyśleć, że to ona gdzieś go zaprosi. Mimo wszystkich tych sprzeczności, przez które tak ciężko było zdefiniować tę dziewczynę, wciąż była słodka i potrafiła zrobić coś miłego. Nazywała go psem, ale kiedy przychodziła potrzeba, stawała w jego obronie. Więc jaka była naprawdę? Z każdym kolejnym spotkaniem ta zagadka stawała się coraz bardziej poplątana.

Potem wypili jeszcze po kubku gorącej czekolady. Glen zamówił napój z orzechami, a Madeline z cynamonem. Dziewczyna lubiła aromat tej przyprawy. Ben pachniał w ten sposób… Szczególnie na święta, kiedy piekł pierniczki.

Spojrzała na Glena i uśmiechnęła się ciepło. Chciała mu się odwdzięczyć, za wszystko, co dla niej robił. Za to, że czynił to, nie oczekując od niej niczego w zamian. Znosił nawet jej humory i grymasy. Wytrzymywał krzyki i wyzwiska, zawsze starał się być dla niej miły. Prawdziwy przyjaciel.

Ale nie mogła traktować go zbyt ciepło. Musiała nazywać go głupim psem. Bo gdyby tego nie robiła… Mógłby się w niej zakochać. Bała się tego. Doskonale wiedziała, że kiedy ktoś zakochuje się w swoim przyjacielu, przyjaźń pęka, rozpadając się na milion kawałków.

Zresztą miała swojego Benjamina, którego kochała bezgranicznie i nie zostawiłaby go dla nikogo innego. Na samą myśl o nim zrobiło jej się cieplutko w brzuszku. Nie pojmując do końca co robi, nakreśliła palcem na blacie stołu serduszko, potem uśmiechnęła się sama do siebie, wyobrażając sobie brata.

Rozmarzyła się, zapominając o obecności Glena.

Glen uniósł wzrok, wyłapał jej uśmiech, lekkie rumieńce i nieobecne spojrzenie.

Myśli o czymś miłym. Ciekawe o czym. Może o tym chłopaku?

Spochmurniał, zerkając przez okno na ulicę. Przechodnie mijali witrynę kawiarni, każdy innym tempem. Zakochane pary, spacerujące po betonowych płytach chodnika, grupy roześmianych nastolatków i ludzie samotni. Jedni śpieszyli się do domów, inni do sklepów, a jeszcze inni do pracy. Tuziny twarzy o najróżniejszych wyrazach. Radosne, smutne, złe, zamyślone, roztargnione, znudzone, zmęczone i obojętne.

Wrócił spojrzeniem do dziewczyny. Wciąż błądziła po swojej tajemniczej krainie marzeń. Chciał dotknąć jej skóry, przytulić z całych sił, ale dzielił ich stolik i mur przyjaźni. Przyjaźń bywa najgorszą rzeczą na całym świecie, jeśli zakochasz się w swoim przyjacielu. Dlatego warto znać zasady miłosnej alchemii.


•••


Miłosna alchemia to nauka zajmująca między innymi transmutacją ludzkich uczuć. Opiera się na takich elementach jak przyjaźń, pożądanie, potrzeba bliskości. Wspólnym celem miłosnych alchemików jest odkrycie uniwersalnej metody łączenia dwojga ludzi w jedność.


•••


Zmęczone oczy błądziły po kolorowych witrynach sklepów i szarych chodnikach. Ciężko było mu dostrzec piękno prawdziwego świata, tak nieidealnego, pełnego wad i rozczarowań. Świat, tworzony przez niego, był doskonały, wszystko było w nim przemyślane i jasne. Ten świat, rzeczywisty i brutalny, rządził się własnymi prawami. Był nieposkromiony i nie słuchał nikogo. Niszczył słabych, trzymał stronę silnych.

Przetarł oczy i spojrzał przez szybę jednego z zakładów jubilerskich. Jego uwagę przykuła srebrna, bogato zdobiona bransoletka.

Byłaby idealna dla Madeline.

Dlaczego ten świat wydawał się być taki pusty i bezwartościowy? Dlaczego to wszystko nie miało dla niego jakiegokolwiek znaczenia? Dlaczego czuł się obcy, mimo że to właśnie tu się urodził?

Tworzenie rzeczy na papierze jest o stokroć łatwiejsze, niż robienie tego tutaj… Tu nie mam żadnej władzy, nie jestem królem, lordem czy rycerzem. Nie jestem twórcą, wszechpotężnym władcą, mającym wpływ na losy całej krainy. Tu mogę jedynie stać i przyglądać się temu wszystkiemu, być namiastką narratora.

Zanurzony w ponurych myślach, szedł chodnikiem, mijając obojętnych ludzi, którzy zdawali się nawet go nie dostrzegać.

Całkiem możliwe, że wielu z nich czyta moją twórczość, w gazecie, którą kupują codziennie. Mam wielu fanów, ale nie wiedzą nawet jak wyglądam. Mijam ich na ulicy, a oni nie mają pojęcia, że właśnie przeszli obojętnie obok swojego idola. Ludzie to naprawdę zabawne istoty.

Kiedyś był pracownikiem jednej z sieci kanapkowych, tę robotę załatwił mu jego kumpel Mark, mający sporo dziwnych znajomości i masę najróżniejszych wizytówek. Jednak tej znajomości Benjamin nie mógł zaliczyć do najlepszych. Mark załatwia mu pracę, a kilka tygodni później, celuje w niego pistoletem. Ludzie to naprawdę dziwne istoty.

Poznali się zupełnie przypadkiem podczas jednego ze spotkań grupy wsparcia. Ben długo nie mógł uporać się ze śmiercią rodziców. Na spotkaniach mówili im, że utrata bliskich osób jest rzeczą naturalną, że to tylko kolejny etap podróży. Nigdy w to nie wierzył. Podobnie jak Mark Cook, którego dziewczyna przesadziła z narkotykami.

Obaj stali na krawędzi, której przekroczenie mogło skończyć się tylko jednym. Samobójstwem. Kiedyś nawet tego spróbowali… Ale czasem próbowanie to za mało.

— To wszystko jest tylko grą — mówił, świdrując wzrokiem jego klatkę piersiową, mierząc w nią lufą pistoletu.

Był wtedy naćpany. Znowu. Benjamin przeklinał się za to, że nigdy nie zwrócił na to szczególnej uwagi, wychodząc z założenia, że to nie jego sprawa. Błąd. Tego wieczora to stało się jego sprawą.

— Tak naprawdę nie umieramy — szczerzył perłowo białe zęby. — Po prostu wędrujemy dalej, pamiętasz? Nie jesteś ciekaw co jest dalej?

Nie był ani trochę ciekaw i nie miał ochoty się o tym przekonywać.

Mark Cook zawsze roztaczał wokół siebie atmosferę kłopotów. Gdy się na niego patrzyło, to na pierwszy rzut oka było widać, że to gość z problemami. Ale kto by się spodziewał, że pewnego dnia przyjdzie do baru z kanapkami i zacznie wymachiwać bronią?

Za dużymi szybami, pokrytymi reklamami, można było ujrzeć skrawki księżyca, wyłaniającego się zza chmur.

Sprzedawca podniósł głowę, akurat gdy ktoś wszedł do środka. Postać w czarnej bluzie z kapturem naciągniętym na głowę. Trzymała coś w dłoni. To była broń.

Szybkim krokiem podszedł do lady i wycelował w Lane’a. Minęła chwila, zanim chłopak otrząsnął się ze strachu i rozpoznał uzbrojonego mężczyznę.

— Mark?

— Cześć, Benny.

Gdy powiedział, że tak naprawdę nie umierają, chciał udowodnić Benowi, że jego słowa są stuprocentową prawdą. Dlatego przestał mierzyć w Lane’a i przyłożył sobie gnata do skroni. Uśmiechnął się szeroko… Benjamin zapamiętał ten uśmiech do końca życia. Przerażająco zdesperowany, obłąkany, zrozpaczony, a jednocześnie szczęśliwy. Nikt o zdrowych zmysłach nie potrafi się tak uśmiechnąć.

Nacisnął spust.

Skrzywił się, otrząsając z przykrych myśli.

Szedł w kierunku kawiarni, do której chodzili często z Madeline. Jego siostra uwielbiała to miejsce, ponieważ podawali tam najlepsze mochaccino w całym mieście. Mieli świetne ciasta i czekolady, doskonałe naleśniki i babeczki. Istny raj dla smakoszy.

Było to naprawdę wyjątkowe miejsce. Pamiętał jak Maddy zabrała go tam w jego urodziny. Cukiernicy, pracujący w kawiarni, wykonali specjalny tort czekoladowy. Uśmiechnął się pod nosem, nie do końca świadomy, że to robi.

Był coraz bliżej Słodkiej krainy. Z dala widział brązowy szyld w kształcie czekoladowej babeczki z wisienką na samym jej czubku. Rozchmurzył się — miał wiele dobrych wspomnień, związanych z tym miejscem.

Zbliżył się do lokalu, mijał jego witryny, przyozdobione naklejkami przedstawiającymi najróżniejsze słodkości. Orzechowe ciasteczka, różowe torciki, bielutkie bezy, rurki z kremem, złociste naleśniki. Poczuł jak ślina zbiera mu się w ustach na samą myśl o tych pysznościach. Przez chwilę chciał tam wstąpić, ale szybko sobie przypomniał, że śpieszy się do domu, w którym czekała na niego siostra.

Mijając kolejną z dużych szyb, rzucił okiem w kierunku ich ulubionego stolika. Zdziwił się, gdy dostrzegł tam dwie osoby, z czego jedna do złudzenia przypominała Madeline. Miała identyczne włosy, policzki, nos i usta. Jej twarz pokrywał delikatny rumieniec, identyczny jak ten, którym zawsze oblewała się jego siostrzyczka. Naprzeciwko dziewczyny siedział jakiś chłopak o długich włosach i ostrych rysach twarzy. Gapił się na nią, zupełnie jakby chciał ją zjeść. Zakochał się w niej? A może byli przyjaciółmi?

Wcisnął ręce do kieszeni. Upewnił się czy dalej są w nich pieniądze, które dostał od redakcji.

Od kiedy w niej pracował? Może jakiś rok po incydencie z Cookiem. W nowej pracy nie zarabiał kokosów, ale zawsze starczało im na utrzymanie domu, wyżywienie i jakieś drobiazgi. Wielokrotnie słyszał od siostry, że powinien wydać książkę, zamiast pisać dla gazety. W końcu pisanie szło mu świetnie i miał wielu czytelników. Jednak wahał się co do tej decyzji. Bał się, że taka próba zakończy się fiaskiem.

Bał się próbować nowych rzeczy, był to głównie strach przed niepowodzeniem. Ciężko znosił porażki, dlatego nie robił czegoś, kiedy nie był pewien, że zakończy się sukcesem. Maddy zawsze mu mówiła, by się nie przejmował, bo przecież każdemu czasem coś nie wychodzi, ale jej nie słuchał. Uważał, że albo coś musi się udać, albo nie należy tego robić wcale.

Do domu dotarł, gdy na dworze było już zupełnie ciemno.

Poszedł do swojego pokoju, zamknął drzwi i podszedł do biurka. Otworzył szufladę, z której wyciągnął niewielki, drewniany kuferek, stawiając go na stosie papierów, zalegających na meblu. Ostrożnie odciągnął zasuwę skrzyneczki i uniósł jej wieczko, zaglądając do środka. Przywitał go rulonik banknotów, związany gumką recepturką. Wygrzebał ze spodni pieniądze, zrolował banknoty i owinął szczelnie kolejną gumką. Wsadził zwitek do pudełeczka, zamknął je i wsadził z powrotem do szuflady.

Poszedł do kuchni zrobić herbatę.

Siedząc przy stole zastanawiał się, dlaczego Maddy nie zeszła na dół, aby go przywitać. Przecież robiła to zawsze, gdy wracał. A może nie słyszała jak wchodził do domu? Całkiem możliwe, w końcu lubiła słuchać muzyki na słuchawkach, często przy tym tańczyła, a on ją na tym przyłapywał.

Postanowił pójść na górę i zobaczyć co robi jego siostra. Wdrapał się po schodach, zapalił światło na korytarzu, podszedł do drzwi i ostrożnie nacisnął klamkę. W środku pomieszczenia panowała zupełna ciemność. Włączył światło. Madeline nie było.

Zbiegł pośpiesznie na dół, omal nie zabijając się po drodze. Wbiegł do pokoju, wygrzebał z jeansów komórkę i nerwowo zaczął wyszukiwać kontakt.


•••


Telefon zaczął jazgotać na całą kawiarnię.

Dziewczyna wyciągnęła komórkę i odebrała połączenie.

— Gdzie jesteś?!

— W kawiarni — odparła, spoglądając ukradkiem na Glena.

Zapadła cisza, jedyne co można było usłyszeć to cichutki szum i głośny oddech rozmówcy. Myślał o czymś? A może próbował pohamować gniew? W końcu się odezwał.

— Z kim jesteś?

— Z przyjacielem, wspominałam ci już o nim.

Chłopak uniósł wzrok i spojrzał pytająco na blondynkę. Gdyby w kawiarni było nieco jaśniej, mogłaby dostrzec, że się rumienił. Świadomość, że dziewczyna o nim rozmawia, nie dawała mu spokoju. Czuł się coraz bardziej zawstydzony, a rumieniec stawał się coraz obfitszy.

— Wracaj już do domu — mruknął przez słuchawkę jej starszy brat.

— Dobrze. Będę za jakieś pół godziny. Glen mnie odprowadzi, więc o nic się nie martw!

— Na pewno?

— Tak, tak! Będzie dobrze! To ja się zbieram, paaa!

Rozłączyła się.

— Kto to był? — Zapytał nieśmiało.

— Mój brat. Martwi się. Kazał mi już wracać do domu. Odprowadzisz mnie, prawda?

— Odprowadzę — uśmiechnął się.

— To ja pójdę zapłacić, a ty szykuj się do wyjścia.

Poszła do lady, zamieniła parę słów z Cassie i zapłaciła, potem sprzedawczyni coś powiedziała, zerkając na chłopaka. Zauważył to. Madeline się odwróciła, także na niego spojrzała, wróciła wzrokiem do rozmówczyni i zaśmiała się kręcąc przecząco głową.

Pożegnała się ze znajomą i ruszyła do wyjścia.

Powietrze było rześkie, idealne, by się przespacerować. Ulice zrobiły się puste, tylko od czasu do czasu mijał ich jakiś pojedynczy przechodzień czy zakochana para. Latarnie świeciły żółtym światłem, zmieniając ich cienie w olbrzymy o nienaturalnych proporcjach, z których się śmiali. Madeline podobała się ta zabawa, chociaż nie było w niej nic niezwykłego. A może nie chodziło o zabawę, a o towarzystwo? Możliwe, że to Glen był sprawcą jej dobrego humoru. W końcu spędziła z nim cudowny dzień w ulubionej kawiarni. Była szczęśliwa, tak szczęśliwa jak podczas… Przebywania z Benem…

Czy on naprawdę aż tak przypominał jej brata? Co w nim było takiego wyjątkowego? Czy możliwe, że się w nim…

Spochmurniała na samą myśl, że mogłaby darzyć miłością kogoś innego niż Bena.

Przecież Glen nie może się równać z moim braciszkiem! Nikt nie może! W końcu on jest jedyny w swoim rodzaju i nie ma takiego drugiego na świecie! Nie mogłabym kochać kogoś innego! On został dla mnie stworzony! Stworzony po to, by zawsze przy mnie być, by mnie wspierać, pocieszać i… Kochać! Dlatego właśnie jest moim braciszkiem! Żebyśmy mogli być ze sobą! Każdy inny by mnie zranił, ale on… On tego nigdy nie zrobi! Za bardzo mnie kocha!

Szli w milczeniu, jedynym słyszalnym odgłosem był stukot ich butów i cichy szum miasta.

Minęli kilka kolejnych latarni, chłopak spostrzegł, że jego towarzyszka posmutniała. Wzrok miała wbity prosto przed siebie. Nie patrzyła na boki, a tym bardziej na Glena.

Próbował wyczytać coś z jej twarzy, domyślić się przyczyny nagłej zmiany humoru, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Nie wytrzymał.

— Wszystko w porządku?

— Tak — odparła chłodno.

— Nagle posmutniałaś. Zrobiłem coś nie tak?

— Cicho, głupi psie — burknęła pod nosem.

— Czyli coś zrobiłem?

Nie odpowiedziała mu, uniosła głowę i spojrzała na srebrzysty księżyc, przemykający za chmurami. Wciągnęła głośno powietrze, a potem je wypuściła. Znów się uśmiechnęła, a na jej policzkach wystąpił ledwie zauważalny rumieniec.

Znaleźli się na moście, tym samym, przez który przechodzili każdego dnia, idąc do szkoły. Dziewczyna podeszła do barierki i spojrzała w ciemną toń. Zaczęła się zastanawiać czy to aby nie jest magiczna rzeka, spełniająca życzenia.

To byłoby cudowne. Gdyby mogła spełniać marzenia, od razu poprosiłabym o miłość Bena!

Glen dostrzegł jej rozmarzone spojrzenie, pełne niespełnionych snów. Zatrzymał się obok niej i także spojrzał w czarną wodę. Szumiała spokojnie, płynąc wolno, nigdzie się nie śpiesząc, za niczym nie goniąc.

Zerknął ukradkiem na twarz dziewczyny i uśmiechnął się pod nosem. W powietrzu unosił się słodki zapach jej perfum. Wciągał go łapczywie, pragnąc coraz więcej i więcej. Chciał ją mieć. Tylko dla siebie, nie dzielić się z nikim. Chciał trzymać ją w swoich ramionach i już nigdy jej nie wypuszczać. Nie spostrzegł nawet, kiedy jego ręka zaczęła pełznąć po poręczy w kierunku pięknej Madeline. Już prawie… Już za chwilę dotknie jej dłoni…

Co ja wyprawiam?!

Opamiętał się w porę.

Przecież jeśli jej dotknę, to się wścieknie… A jest tak miło… Nie chciałbym tego zepsuć. Nie zamierzam jej spłoszyć po raz kolejny.

— Hej, Madeline…

— Tak, Glen?

— Fajnie dziś było… No nie?

— Racja, było fajnie — spojrzała na niego z uśmiechem. — Powinniśmy to kiedyś powtórzyć.

— Tak myślisz?

— A dlaczego nie? Skoro było miło, to warto to powtórzyć. W końcu przyja… Właściciel i pies wychodzą razem.

Rumieniec na twarzy dziewczyny był na tyle duży, że nawet przy tak słabym oświetleniu, Glen był w stanie go dostrzec. Dało mu to pewnego rodzaju satysfakcję.

Dobrze jest być lubianym. Nikt do tej pory nie próbował mnie nazywać swoim przyjacielem. To naprawdę miłe uczucie.

— Powinniśmy już iść — powiedziała z bladym uśmiechem i ruszyła w dalszą drogę.

Dotarli do przejścia dla pieszych, na którym nie zatrzymali się nawet na chwilę. Jezdnia wydawała się być wymarła, w okolicy nie było widać żadnych nadjeżdżających samochodów. Dotarli do przeciwległego chodnika, rozmawiając o ulubionych filmach, zespołach muzycznych i książkach.

— Zatem dużo czytasz? — Zainteresowała się.

— Tak, lubię czasem posiedzieć i nie wyściubiać nosa z książki.

— Wiesz, mój brat ma podobnie. Czasem nie wychodzi z pokoju cały dzień, bo coś czyta.

— Jak ma na imię?

— Benjamin.

— Ładnie.

— Prawda? Bardzo mi się podoba! To chyba moje ulubione imię na całym świecie!

— To miło — uśmiechnął się blado, spoglądając na zegarek. Dwudziesta pierwsza trzydzieści trzy. — Nie wolno chodzić ci po mieście po zmroku?

— To nie tak — pokręciła głową. — Ben po prostu się o mnie martwi, a ja nie chcę mu przysparzać kłopotów.

— Rozumiem — mruknął cicho.

Mieszka tylko z bratem? Co z jej rodzicami? Chyba nie powinienem pytać, mógłbym ją urazić. Pewnie wyjechali za granicę, zostawiając ich tutaj. Wieczna pogoń za pieniądzem, co?

Mijali domy z palącymi się światłami w oknach, na parapetach stały doniczki z roślinkami lub inne ozdoby. Niejednokrotnie Glen mógł dostrzec pluszowe misie, wyglądające na ulicę, jakby przechodnie budzili ich zainteresowanie.

Madeline wesoło maszerowała, zerkając od czasu do czasu na swojego towarzysza i opowiadając mu różne zabawne historie ze swojego życia. Czuła, że chciałaby się nimi podzielić z kimś wyjątkowym. Glen wydawał się być taką osobą. Gdyby nie Ben, to mógłby być kimś naprawdę ważnym…

Szybko odrzuciła te myśli, maszerując dalej i zajmując chłopaka rozmową.

Wtem na chodniku pojawił się niewielki, smukły kształt, który powolutku i niepewnie zmierzał w ich kierunku. Żółte oczy błyskały tajemniczo kiedy obserwował dziwną parę ludzi.

Mały, czarny kotek z białymi skarpetkami podszedł do Madeline i zaczął się do niej łasić. W ogóle się nie bał. Dziewczyna przykucnęła i go pogłaskała. Ciche mruczenie spowiło ich uszy.

— Jaki on słooodki — pisnęła, pieszcząc kociaka jeszcze czulej.

— Oswojony — mruknął Glen. — Pewnie gdzieś tu mieszka.

— Och! Chciałabym się nim zaopiekować, wiesz? — Spojrzała na niego z uśmiechem.

— Koty to dość marudne stworzenia — stwierdził bez entuzjazmu.

— Tak mówisz? Według mnie ten tutaj jest całkiem uroczy — zachichotała.

Przekrzywił głowę i spojrzał na swoją wybrankę serca zajętą zwierzęciem. Była taka piękna, przepełniona słodyczą i otoczona magiczną aurą miłości. Wydawało się, że promieniuje dobrem, które przechodzi na innych.

Zawsze, gdy znajdowała się w pobliżu odczuwał dziwne ciepło w okolicach klatki piersiowej. Odkąd pojawiła się w jego życiu, świat stał się bardziej kolorowy i wyrazisty. Jedzenie smakowało lepiej, zapachy pachniały ładniej, a przedmioty były przyjemniejsze w dotyku. Nigdy wcześniej nie zwracał na to uwagi; przedtem wszystko wydawało się być szare i ponure. Anemiczny świat bez wyrazu i jakiegokolwiek sensu. Teraz sens pojawił nagle się, niczym spadająca gwiazda, spełniająca ludzkie marzenia i zaczął rozświetlać mrok jego poranionego serca.

Glen nigdy nie lubił zwierząt. Było to związane z pewnym wypadkiem, gdy był jeszcze małym chłopcem. Poszedł na urodziny kolegi z dzieciństwa. Troy, bo tak mu było na imię, miał psa. Pitbull Amerykański, duży o jasnym ubarwieniu. Kiedy dzieci się bawiły, Glen przez przypadek nadepnął na łapę psa. Zwierzę zawyło wściekle i rzuciło się na chłopca. Został wtedy poważnie pogryziony. Zostało mu nawet kilka blizn.

Pomasował nadgarstek, pokryty szramami i ponownie spojrzał na dziewczynę.

— Bardzo lubisz koty?

— Tak, są wspaniałe — zaśmiała się, nie przestając bawić się z kociakiem.

— Rozumiem — odwrócił wzrok, patrząc na blady księżyc.

Z jakiegoś powodu zrobiło mu się przykro. Może to dlatego, że Madeline przywiązywała większą uwagę do tego bezdomnego sierściucha niż do niego? Był zazdrosny o głupiego kota?

Jesteś żałosny, wściekasz się, że podoba jej się zwierzak. I co z tego? I tak nie zabierze go do domu.

— Jesteś smutny? — Zapytała nagle, spoglądając na niego.

— Co? — Mruknął zdezorientowany.

— A może zżera cię zazdrość? Koty są słodkie — wyprostowała się, zostawiając przybłędę w spokoju. Podeszła do Glena, uśmiechnęła się szeroko i pukając go palcem w czubek nosa, dodała. — I tak wolę psy.

Zarumienił się mocno, wbijając wzrok w chodnik. Dziewczyna zaśmiała się tylko i ruszyła przed siebie, zostawiając go w tyle. Otrząsnął się ze wstydu i dogonił ją po krótkiej chwili, próbując uniknąć kontaktu wzrokowego.

Wolisz psy, co? Dlaczego wysyłasz mi tyle sprzecznych sygnałów? Raz wydaje mi się, że mnie nienawidzisz, innym razem zdajesz się mnie kokietować.

Co powinienem zrobić? Przyprzeć ją do muru i zdradzić swoje uczucia czy trzymać się na uboczu i nie włazić w paradę tamtemu? Każdy wybór jest niewłaściwy.

— O czym tak rozmyślasz? — Zapytała z uśmiechem. — Obmyślasz plan jak mnie uwieść?

Poczuł jak uderza go fala gorąca; wstyd wypełnił jego ciało, odbierając możliwość artykułowania.

— Yyy… Eee…

— Żartowałam! — Zachichotała. — Przecież wiem, że nie próbowałbyś czegoś takiego!

Zaśmiał się sztucznie, czując ulgę, że problem rozwiązał się sam, a niezręczna sytuacja poszła w zapomnienie równie szybko jak się pojawiła.

Było blisko… A może się domyśla i zwyczajnie się ze mną bawi? Czy moje uczucia są dla niej tylko zabawą? Rety, dlaczego to wszystko jest takie skomplikowane? Jestem beznadziejny… Nie potrafię nawet zebrać się na odwagę i powiedzieć jej co do niej czuję. Najprostsze słowa są takie trudne… Przecież to tylko dwa wyrazy i dziewięć liter, nic skomplikowanego… A jednak jest to bardziej pogmatwane niż zadania z matematyki…

— Tak swoją drogą, Glen… Powiedz mi… Czy masz kogoś… Kogo lubisz? — Zapytała nieśmiało, uciekając wzrokiem.

Domyśliła się?! Próbuje mnie wybadać?! Co robić, co robić… Powiedzieć prawdę? Skłamać? Dać wymijającą odpowiedź? Każda z tych opcji jest beznadziejna! Jeśli powiem prawdę, to prawdopodobnie przestanie się ze mną przyjaźnić… Jeśli skłamię, to już nigdy nie zwróci na mnie uwagi… A jeśli uniknę konkretnej odpowiedzi, to… A zresztą, co mi tam!

Zebrał w sobie całą odwagę i odparł najbardziej wyluzowanym tonem na jaki było go stać.

— Sam nie wiem. Jest taka jedna… Ale chyba nie jest mną zainteresowana. Raczej nie mam u niej szans.

— Och… Przykro mi… Mogę ci jakoś pomóc? Bo wiesz… Ty mi pomagasz, więc może i ja mogłabym… Zresztą jak chcesz… Nie powinnam mieszać się w nieswoje sprawy… Może czujesz się niezręcznie… Wybacz, zapomnij o tym…

— Nie, wszystko w porządku — uśmiechnął się lekko.

Przeszli kilkanaście kolejnych metrów w całkowitym milczeniu, zawstydzeni swoimi domysłami i wnioskami.

Strach przed własnymi uczuciami jest jednym z najgorszych strachów. Człowiek tłumi w sobie to wszystko, zgniata emocje w kulkę niczym kartkę papieru i stara się wyrzucić ją do kosza, ale nie zawsze jest to łatwe.

— Słuchaj, Glen — Zerknęła na niego niepewnie.

— O co chodzi?

— Czy… Robisz coś jutro po szkole?

A co mógłbym robić po szkole? Nie mam nawet znajomych. Co mam niby robić? Grać w szachy sam ze sobą?

— Nie, raczej nie. A co?

— W sumie to… Zastanawiałam się czy… Może jutro też byśmy coś porobili razem? Dziś było dość miło… Można by to powtórzyć…

— Tak, pewnie! — Krzyknął zbyt entuzjastycznie.

— Widzę, że faktycznie się cieszysz — zaśmiała się i pokręciła głową. — Zatem pomyśl przez noc co moglibyśmy jutro robić, dobrze?

— Pewnie — uśmiechnął się i spojrzał na twarz pięknej dziewczyny. Miała roześmiane oczy, nieco zaróżowione policzki i kąciki ust uniesione lekko ku górze.

Szum miasta cichł w miarę zagłębiania się w osiedle. Jednorodzinne domki, poprzytulane do siebie, tworzyły przyjemną atmosferę. Świerszcze grały swój wieczorny koncert, a wiatr pogwizdywał wesoło. Przyjemne zwieńczenie dobrego dnia.

Glen odprowadził ją aż pod same drzwi, oceniając przy okazji miejsce, w którym mieszkała. Doniczki z kwiatami po obu stronach schodów, kilka sporych, ładnych kamieni i jeden niewielki wiatraczek, kręcący się z każdym podmuchem wiatru.

— Dzięki za miły dzień, Maddy.

— Ja też dziękuję, Glen.

— Będę się zbierać, co?

— Tak, jest już dość późno… Zatem… Trzymaj się.

— Ty też! — rzucił luźno i ruszył w swoją stronę.

Dziewczyna patrzyła jeszcze przez chwilę na plecy chłopaka, dopóki nie zniknął całkowicie w ciemnościach. Weszła do środka, rozmyślając nad wszystkim, co jej się przytrafiło tego dnia. Czuła coś dziwnego… Jakby coś ściskało jej serce i szeptało do ucha: On może być twoim najlepszym przyjacielem. Ale wciąż pozostawało pytanie czy chciała, by był TYLKO przyjacielem.

Ben czekał już w kuchni wraz z kolacją. Przywitała go radośnie, tuląc z całych sił, ale on nie podzielał jej entuzjazmu.

— Coś się stało? — Zapytała lekko wystraszona.

— Martwiłem się o ciebie… Dlaczego mi nie powiedziałaś, że idziesz gdzieś z…

— Z Glenem? Sama nie wiem… W końcu byłeś w pracy, nie chciałam ci wtedy przeszkadzać, a potem… Zapomniałam… Przepraszam, Ben… — Jej drżący głos był przesiąknięty skruchą.

Benjamin westchnął, pokręcił głową jakby był rozczarowany i zaczął jeść.

Mimo że się starał tego nie pokazywać, gniew nie trzymał się go długo. Zwyczajnie nie potrafił się na nią złościć, była zbyt słodka i za bardzo ją kochał.

— Wiesz, jutro też zamierzam spędzić z nim dzień — oświadczyła, upijając łyk ciepłego kakao.

Starszy brat spojrzał na nią z ukosa.

— Madeline, czy ty coś do niego czujesz?

Zamurowało ją. Jak ten głupek mógł coś takiego pomyśleć?! Przecież oczywiste było, że kochała tylko jego, bez względu na to ilu facetów kręciło się wokół niej. Zrobiło jej się nieco przykro, ale odpowiedziała łagodnie, z bladym uśmiechem.

— Nie, Benny. To tylko mój przyjaciel, który pomaga mi z różnymi rzeczami. Nie masz się o co martwić. Kocham tylko ciebie.

Chłopak skinął głową i dokończył posiłek. Wypił herbatę i wstając od stołu rzekł:

— Idź się umyć i zmykaj spać. Jest już późno, jutro nie wstaniesz do szkoły.

— Dobrze, braciszku! Pamiętaj, kocham cię! — Zachichotała i pobiegła na górę.

Rozdział 4
Pies i Lisica

Sny odcisnęły się na jej skórze, pozostawiając czerwone ślady, układające się w finezyjne wzory. Usiadła na łóżku i przetarła oczy, ziewając przeciągle. Wyjrzała przez okno; zapowiadał się ciepły, słoneczny dzień. Zabrała mundurek, poszła się do łazienki i wzięła szybki prysznic.

Po porannej toalecie zeszła na śniadanie. Ben stał już przy kuchence i gotował. Tym razem była to pyszna jajecznica na boczku ze szczyptą oregano, do tego chrupiący tost, posmarowany masłem czosnkowym. Pochłonęła posiłek w mniej niż trzy minuty, podziękowała bratu i wybiegła z domu, kierując się do Glena.

Obudziła go, dzwoniąc na jego komórkę. Był gotowy w dziesięć minut, ale i tak czekała go bura. Nakrzyczała na niego dla zasady, a potem śmiała się głośno, opowiadając o tym, co jej się śniło. Sny miały dla niej wielkie znaczenie, dlatego znała na pamięć wszelkie strony internetowe, na których tłumaczono ich sens.

Glen nie słuchał, był zbyt zaspany, by zrozumieć co do niego mówiła. Mruczał tylko coś pod nosem i przytakiwał, licząc, że to, co do niego mówiła nie było pytaniem.

Kiedy znaleźli się na dziedzińcu, Madeline zapytała go z uśmiechem:

— I co, Glen? Myślałeś co będziemy dziś robić?

— Co? A… Tak… W sumie tak… Jest jedno takie miejsce, które mógłbym ci pokazać — wymruczał zaspanym głosem.

— Już nie mogę się doczekać! To do zobaczenia po lekcjach!

— Do zobaczenia.

Pobiegła pod klasę, gdzie stało już kilka innych osób. Wśród nich była również Alice Glovers — jej najlepsza przyjaciółka.

Alice była śliczną, rudowłosą dziewczyną; miała sto siedemdziesiąt cztery centymetry wzrostu i była bardzo szczupła. Nosiła okulary w czarnych oprawkach, za których szkłami kryły się soczyście zielone oczy. Była naprawdę wyjątkową dziewczyną. Inteligentna, rozsądna, lojalna i pomocna — idealny materiał na przyjaciółkę. Ludzie nazywali ją czasem „Lisicą”, ponieważ farbowała końcówki włosów na biało, a gdy je związywała w kitkę, wyglądały one jak lisi ogon.

— Co u mojego kochanego liska? — Zapytała, przytulając Alice.

— Nic specjalnego — jej ton był obojętny.

— Coś się stało?

— Nie, wszystko okej — odparła tym samym tonem.

Jest obrażona. Ale za co? Zrobiłam coś nie tak?

— Więc… Jak ci minął weekend? — Niepewne pytanie wydobyło się z ust Madeline.

— Raczej samotnie — mruknęła Lisica, wyglądając przez zamknięte okno.

Czy ona… Czuje się odrzucona? Faktycznie ostatnio poświęcam dużo uwagi Glenowi, przez co spędzam z nią niewiele czasu… Ale próbuję spełnić moje marzenia… Powinnam ją za to przeprosić? Może i ją zaniedbuję, ale… Wynagrodzę jej to. Wynagrodzę, gdy tylko zdobędę Bena!

Alice wróciła spojrzeniem do blondynki. Na jej twarzy rysowało się znudzenie.

— Nie chwaliłaś się, że masz chłopaka. Spędzasz z nim sporo czasu.

— No coś ty! To tylko mój… Przyjaciel.

— Przyjaciel, powiadasz? — Uniosła brwi wysoko.

— No mówię przecież, że nic mnie z nim nie łączy! Pomaga mi tylko z… No, wiesz z czym…

— Wciągnęłaś go w TO?!

— No… Tak…

Rudowłosa przyjaciółka westchnęła głośno, wywracając oczami. Do tej pory była jedyną powierniczką tego sekretu, a teraz pojawił się ktoś inny… Zagrożenie, mogące rozerwać ich przyjaźń. Czuła jak zazdrość przeżera się przez jej żołądek, zalewając cały brzuch, a potem systematycznie dąży ku górze, by w końcu wylać się z ust. Gdy zebrała się w ustach, Alice cudem się powstrzymała przed wypluciem jej w stronę Maddy.

— Więc jak się nazywa ten cały… — Zawiesiła swój głos w oczekiwaniu na odpowiedź.

— Glen — oświadczyła z uśmiechem.

— Rozumiem…

W jej głowie pojawił się wyjątkowo paskudny plan, który zamierzała wprowadzić rychło w życie. Dzięki niemu ponownie miała się stać najlepszą i jedyną przyjaciółką Madeline. Pod jej nieco zadartym nosem pojawił się szyderczy uśmieszek, którego jednak nikt nie zauważył.

Tylko ty i ja. Nikt poza nami. Nie pozwolę, by ktokolwiek cię wydarł z moich ramion. Liczysz się tylko ty… Ty i twoje kruche uczucia, złożone w moich dłoniach. Potrzebuję twojej przyjaźni, bo mam dość tego wiecznego spaceru po linie, gdzie każdego dnia chwieję się to w lewo, to w prawo, obawiając się upadku…

— Nie było cię wczoraj na czacie.

— Och, to… — Zarumieniła się jak piękne, dojrzałe jabłuszko. — No bo… Byłam z Glenem w Słodkiej krainie…

— Rozumiem — uśmiechnęła się sztucznie. — Więc dziś może wybierzesz się tam ze mną?

— Dziś… Dziś nie mogę…

— Znowu on?

— No… Tak… Przepraszam, ale umówiliśmy się już wczoraj…

— Rozumiem — powiedziała z udawaną obojętnością.

Spotyka się z nim regularnie?! Przecież… Przecież… Tak nie wolno! Chodzą razem do Słodkiej krainy, a przecież to miejsce dla ludzi, których Madeline ma za prawdziwych przyjaciół… To, że pomaga jej z Benem, czyni go kimś wyjątkowym? Powiedziała mu, że to jej brat? Pewnie nie… Mnie też na początku tego nie powiedziała…

On będzie jedynie źródłem problemów… Zaczniemy się od siebie oddalać i Maddy zostanie z nim… Muszę odczepić ten wagon… Zanim dojdzie do katastrofy.

Dzwonek na lekcje wypełnił korytarze, przez które przepływały fale uczniów. Wszyscy zaczęli wlewać się do klas. Alice chwyciła swoją przyjaciółkę za nadgarstek i pociągnęła ją są sobą.

— Czas zdobyć trochę wiedzy — zaśmiała się.


•••


Kierował się do czytelni, by zaznać spokoju chociaż na dziesięć minut, zanim znów zetknie się z tą bandą niewyedukowanych szympansów, podających się za uczniów. Szedł wolnym krokiem, omijając innych, starał się ich nie dotykać. Nie lubił kontaktu fizycznego z ludźmi; za każdym razem, gdy ktoś go dotykał, zbierało mu się na wymioty.

Ten dzień zapowiadał się dobrze, mimo że chłopak był koszmarnie niewyspany. Motywowało go spotkanie z Madeline, którego nie mógł się doczekać.

Wszedł na pierwsze piętro, potem pokonał schody na drugie i skręcił korytarzem w prawo. Minął kilka wystaw i witryn z ogłoszeniami szkolnymi. Jego uwagę przykuła jedna z prac plastycznych, podpisanych „Clementine Yancey”. Rysunek przedstawiał niewielką wróżkę, harcującą między kielichami kwiatów, zbierając ich pyłek. Dzieło robiło wrażenie — mimo że było wykonane ołówkiem, mógł dostrzec barwy tego magicznego świata.

Nagle usłyszał za plecami dziewczęcy głos, który nie wydawał się być zbyt przyjazny:

— Hej, ty!

Obrócił się powoli, dostrzegając uczennicę, przypominającą lisa. Zielone oczy, skrząc się jadowicie zza grubych szkieł, patrzyły ironicznie na chłopca. Natrętne spojrzenie speszyło Glena, przyprawiając go o ledwo dostrzegalny rumieniec.

Czego ona chce?

Zapadła długa cisza, której tłem był szum morza słów, wylewających się z ust setek dzieciaków. Atmosfera zrobiła się na tyle gęsta, że można było ją pokroić nożem. Lisica postąpiła jeden krok na przód, robiąc groźną minę i zapytała wrogim tonem:

— Ty jesteś Glen Drew?

— Ta, a o co…

— Zamknij się! — krzyknęła, zanim zdążył zadać pytanie.

Poczuł się jakby ktoś go uderzył w twarz. Kilka sekund konsternacji, a potem strach i pojawiający się wybór: stanąć do walki czy uciekać? Postanowił stawić czoła nieznanemu agresorowi. Zebrał w sobie dość odwagi, by jakoś się odgryźć, gdy nagle zalała go potokiem słów:

— Co ty sobie wyobrażasz?! Myślisz, że jesteś w stanie zniszczyć naszą przyjaźń?! Nie masz prawa! Nic o niej nie wiesz! NIC! Jesteś dla niej jedynie maskotką niczym mały piesek, który wkrótce wyląduje w schronisku. Gardzę tobą, rozumiesz? Rzygać mi się chce, gdy na ciebie patrzę. Jesteś żałosny. I nie zniszczysz naszej przyjaźni, a wiesz dlaczego? Bo jesteś bezwartościową istotą, której nawet nie można nazwać osobą! Trzymaj się z dala od Madeline. Uwierz, jeśli mnie nie posłuchasz, to mogę jej opowiedzieć o tobie naprawdę wiele nieprzyjemnych rzeczy. A… I radziłabym odwołać wasze dzisiejsze spotkanie, tak dla pewności, że zrozumiałeś.

Słowa zapiekły go bardziej niż siarczysty policzek. Czy Madeline naprawdę tak o nim myślała? Był kimś, mającym wykonać określone zadanie, a potem stać się śmieciem? Te wszystkie miłe słówka były kłamstwem, by owinąć go sobie wokół palca? I kim była ta lisia dziewczyna?

Teraz sobie przypomniał. Przecież zawsze widywał ją w towarzystwie Maddy. Jej najlepsza przyjaciółka… Taaak, teraz to wszystko nabrało sensu.

Skinął głową i obrócił się na pięcie, by przez resztę przerwy ukryć się u czytelni. Ból istnienia dotykał każdego mięśnia. Nie miał siły, by dalej żyć. Dlaczego anioł postanowił go opuścić? Dlaczego został odrzucony w tak brutalny sposób? Przecież… Obiecywała, że nigdy…

Z trudem wygrzebał telefon z kieszeni, odblokował klawiaturę i napisał do Madeline SMS-a. „Przykro mi, nie mogę dziś po lekcjach, coś pokrzyżowało mi plany”. Nie musiał długo czekać na odpowiedź. „Szkoda, w takim razie innym razem”.

Udaje, że nic się nie stało? A może o niczym nie wie? Jeśli tak, to ta przeklęta Lisica wszystko wymyśliła… W dodatku zacznie kłamać na mój temat, jeżeli się zbliżę do Maddy. Natychmiast stracę w jej oczach. W końcu komu uwierzy? Przyjaciółce, którą zna od dawna czy psu?

Gdy zabrzmiał dzwonek, podniósł się ciężko i ruszył do klasy. Miał ochotę wrócić do domu, zabarykadować się w swoim pokoju i już nigdy z niego nie wychodzić. Jednak coś kazało mu pozostać w szkole, męczyć się z ludźmi, uczuciami i samym sobą. Strach przed konsekwencjami? Nie, zdecydowanie to nie było to. Chęć nauki? Ta myśl niemal go rozbawiła. Potrzeba pozostania w jednym budynku z Madeline?

Zszedł piętro niżej, nie dbając już o omijanie uczniów. Wpadał na nich, popychał, używał łokci, by przebić się przez tłum. Miał wrażenie, że zupełnie stracił przynależność do tego świata. Jakby był pijawką, którą brutalnie oderwano od ciała żywiciela. Otoczenie na powrót stało się szare i nieciekawe, pozbawione wyrazu, niezdatne do życia. Chciał się ulotnić, wyparować, ale wciąż tam pozostawał… Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?! Zadawał sobie to pytanie, czując jak wzbiera w nim agresja.

Przeklęta Lisica! Nienawidzę ludzi, którzy niszczą szczęście innych, dla własnych korzyści. Ale jeśli się jej postawię to… Dlaczego za każdym razem kiedy coś wyjdzie mi w życiu, to zaraz jest mi to odbierane i dostaję mentalnego kopniaka w twarz? Czym sobie na to wszystko zasłużyłem? Przecież nie jestem złym człowiekiem… Nie jestem…

Spóźnił się na lekcję, dlatego za karę został wzięty do odpowiedzi.

— Nic nie umiem. Proszę postawić mi jedynkę i pozwolić usiąść.

Biła od niego złowroga aura, a nad jego głową zawisły ciemne chmury smutku, z których lał się deszcz goryczy. Nikt nie ważył się na niego spojrzeć. Pasowało mu to. Miał przekrwione oczy, zaczerwienione powieki i rozczochrane włosy. Jego usta wykrzywione były w paskudnym grymasie, wzrok wbity w blat ławki.

Chciał wstać i wrzeszczeć, chciał zrobić komuś krzywdę… Ale niewidzialne okowy, ciężkie niczym stal, całkowicie go unieruchamiały. Mógłby przysiąc, że jeśli by się poruszył, to jego ciało zostałoby rozerwane na dwoje przez ciężar bagażu emocjonalnego. Nie rozumiał co się działo na około. Słyszał, ale nie słuchał. Patrzył, ale nie widział. Dotykał, ale nie czuł. Zimno roztaczające się po jego mięśniach zadawało mu ból.

Był to prawdopodobnie najgorszy dzień w całym jego życiu, ale mimo to chciał utrzymać się na powierzchni; za żadne skarby nie miał ochoty zanurzyć głowy w ścieku, w którym się znajdował. Pragnął pozostać przy Maddy za wszelką cenę. Bo jeśli by ją stracił to… Co by mu pozostało? Gra zwana życiem, w jego wykonaniu nie miała sensu bez figury, którą była Madeline Lane.

Mieszane uczucia zderzały się w nim niczym lodowata morska woda, uderzająca o twarde i nieugięte skały klifu. Co powinien zrobić? Miał ochotę umrzeć, jednocześnie chcąc żyć, żyć dla Madeline. Poświęcić jej wszystkie pozostałe mu lata… Tulić ją każdej nocy, zapewnić jej bezpieczeństwo, którego nikt inny nie mógłby jej dać. Ale ona wolała tamtego chłopaka, którego imienia nawet nie znał.

Musi być jakieś wyjście! Tylko gdzie? Od czego zacząć… Powinienem z nią porozmawiać ale… Jeśli spróbuję się do niej zbliżyć, to ta przeklęta Lisica… Ona mnie zniszczy… Jeśli podejdę do Madeline chociaż na dziesięć metrów, to ruda zrobi swoje. Więc zostaje mi tylko zadzwonić do niej po lekcjach.

Dzwonek rozerwał łańcuch chaotycznych myśli i zmusił go do opuszczenia klasy.


•••


Rozejrzyj się, Młody Alchemiku.

Oni są wszędzie. Są też wśród nas. Są ich tysiące, może nawet miliony. Ludzie nieszczęśliwi za sprawą miłości. Tak powstają najboleśniejsze rany, ale to powinieneś wiedzieć z wykładów.

Spójrz tam, trochę na lewo. Tak, właśnie tam. Widzisz tego ponurego chłopaka? Tego, który codziennie siedzi sam w czytelni, z każdym dniem stając się coraz bardziej nieszczęśliwym. Zastanawiałeś się kiedyś dlaczego? Nie? Racja, nie powinienem cię nawet o to podejrzewać. Oczywiście, że nie. Nie obchodzi cię nic, co jest dalej niż czubek twojego nosa, prawda? Mało który młody alchemik się nad tym zastanawia, tacy już jesteście. Błędy młodości, konsekwencje braku doświadczenia.

Czemu nie ma żadnych przyjaciół, pytasz? Widzisz, gdy twój cały świat ogranicza się do jednej osoby, jest ci strasznie ciężko zaufać komukolwiek innemu. Dlaczego unika ludzi? Nie sądzisz, że to oczywiste? Boi się odrzucenia z ich strony. Skoro zada mu to ból, to lepiej nie próbować — z takiego właśnie wychodzi założenia. Jednak pamiętaj, mój młody uczniu, że jeśli boisz się oparzyć, to nigdy się nie ogrzejesz.

Tak łatwo zrezygnować… Tak łatwo się poddać, gdy nie masz obok nikogo, kto pomoże ci iść przez tą krętą i kamienistą ścieżkę miłości. Spójrz na jego rany, te na duszy. Jego stopy są nimi pokryte, to wina ostrych kamieni, po których stąpa. Każdy następny krok to nowa fala bólu. To właśnie dlatego tak trudno iść mu dalej. Jak myślisz, ktoś mu pomoże?

Och, a może masz ochotę na mały zakład? Jaki zakład? Zakład o to, jak ta historia się skończy. Przyjmujesz go? Wyśmienicie! Jestem pewien, że ktoś w końcu wyciągnie do niego rękę, lecz on nie będzie w stanie tego wykorzystać. Cóż, dowiemy się tego, gdy opowieść zostanie napisana do końca.

Teraz odłóż księgę, zgaś świece i udaj się na spoczynek. Potrzebujesz go. Moje stare oczy także go potrzebują. Zbyt wiele niejasnych wątków miłosnych jak na jeden wieczór.


•••


— Jak jej to to powiemy? — Zapytała mama, zupełnie nieświadoma obecności swojej córki. — Przecież jest mała… Nie zrozumie tego.

— Ale nie możemy też tego przed nią ukryć.

— O czym rozmawiacie? — Piskliwy głos małej Madeline wypełnił kuchnię.

Rodzicie spojrzeli po sobie, wymieniając zakłopotane spojrzenia. Żadne z nich nie zdawało sobie sprawy, że przysłuchuje się ich rozmowie.

Mama spojrzała na nią z troską, przykucnęła przy niej i pogłaskała ją po policzku.

— Bo widzisz, kochanie… Twój chomik zdechł… Wiesz, tak czasem się zdarza — mówiła, patrząc jak łzy napływają do dużych, ładnych oczu Maddy.

— Nie płacz skarbie, kupimy ci nowego — odezwał się tata, podchodząc i gładząc jej włosy.

— Nie chcę nowego! — Wrzasnęła rozpaczliwie. — Pan Wąsik był moim przyjacielem! Nie wolno zastępować przyjaciół!

— Maddy… Maddy! — Głos mamy zaczynał zmieniać barwę i ton. Teraz do złudzenia przypominał głos Alice. Zaraz! To był głos Alice!

Przyjaciółka klęczała przed nią, przyglądając się jej z przekrzywioną głową. Poprawiła swoje okulary, nasuwając je na nasadę nosa i powtórzyła jeszcze raz:

— Maddy, wszystko w porządku? Dziwnie się zachowujesz.

— Wybacz… Nieco się zamyśliłam — uśmiechnęła się, spoglądając jej w oczy. — A właśnie! Glenowi coś wypadło i dziś się nie zobaczymy. Rano pytałaś czy gdzieś wyjdziemy, więc pomyślałam sobie, że możemy pójść po lekcjach do Słodkiej krainy.

— Chętnie z tobą pójdę! Szkoda tylko, że coś mu wypadło. No, ale zawsze masz mnie! — Zaśmiała się, puszczając jej oczko.

— Reeety, teraz mamy historię? — Zmieniła temat.

— Zrobi nam kartkówkę.

— Kartkówkęęę?

— Nie uczyłaś się? — Zdziwiła się Alice.

— Jakoś mi się zapomniało — oblała się rumieńcem.

— Prawdziwa z ciebie niezdara! — Zaśmiała się Lisiczka i pogłaskała blondynkę po głowie.

— To nie jest śmieszne! Zresztą… Każdemu może się zdarzyć…

— Nie przejmuj się tym! Na pewno dasz sobie radę, w końcu jesteś mądra!

Argument „jesteś mądra” jakoś do niej nie przemawiał. Może i była inteligentna, ale wcale się nie uczyła, a z pustego to i Salomon nie naleje. Poczuła jak na dnie jej żołądka osiadł ciężki kamień, będący oznaką stresu. Jeśli dostałaby jedynkę, jej średnia poleciałaby na łeb na szyję.

Westchnęła ciężko, podniosła się z podłogi i ruszyła w kierunku klasy, licząc, że pytania nie będą zbyt trudne.

Z kartkówki dostała czwórkę, co pogorszyło jej humor. Ocena gorsza od piątki, była dla niej dyshonorem. Niemal popłakała się na środku klasy, odbierając swoją pracę. Alice, chcąc pokazać, że jest niezastąpioną przyjaciółką, od razu zaczęła ją pocieszać. Cieszyła się na samą myśl, że mogła utrzeć Glenowi nosa. Wiedziała, że jest lepsza od tego zapłakanego frajera z grzywką. Wygrywanie na tej płaszczyźnie przyjaźni było niezwykle satysfakcjonujące.

Nie boję się niczego, poza utratą ciebie. Jestem przerażona na samą myśl, że pewnego dnia mogę zostać całkowicie sama. Jeśli mnie opuścisz ja… Ja tego nie przeżyję, dlatego proszę… Błagam… Nigdy mnie nie zostawiaj, Madeline. Jesteś jedyną osobą, która jest w stanie mnie znieść… Jedyną osobą na tym wielkim świecie, którą mogę zaakceptować jako moją przyjaciółkę.


•••


O tej porze ulice były ruchliwe, a na chodnikach roiło się od przechodniów. Dziewczyny z trudem przedzierały się przez tabuny ludzi. Maddy trzymała Alice mocno za rękę, dając jej się prowadzić. Liczyła, że jej przyjaciółka doprowadzi ją bezpiecznie do celu.

W międzyczasie myślała o Glenie. Żałowała, że nie mógł do nich dołączyć. Ta rzecz, o której wspomniał w wiadomości musiała być naprawdę ważna, inaczej by jej nie wystawił. Czy potrzebował jej pomocy? Nie chciała wyjść na wścibską, dlatego postanowiła, że zaczeka, aż chłopak sam się odezwie.

Alice pchnęła drzwi, odezwał się mały dzwoneczek nad ich głowami.

— Witamy naszych ulubionych gości!

— Dzień dobry, pani — odparły równocześnie dziewczęta.

— Usiądź przy naszym stoliku, a ja zamówię nam coś dobrego. Jesteś głodna? — Odezwała się Maddy.

— Jak wilk — zaśmiała się i poszła zająć miejsce.

— Poproszę naleśniki z czekoladą.

— A może zechciałybyście spróbować dorayaki dla odmiany?

— A… Co to takiego? — Zdziwiła się Madeline.

— Takie japońskie naleśniki ze słodką pastą z fasoli azuki. To co, skusicie się?

— Bardzo chętnie — uśmiechnęła się perspektywą, że może spróbować nowej potrawy.

Zapłaciła i wróciła do przyjaciółki, siadając naprzeciwko niej. Spojrzała w jej piękne, soczyście zielone oczy i od razu pomyślała o swoim bracie. W końcu on też miał takie oczy. Rzadkie i wyjątkowe. Cieszyła się, że jej lisek jest nieco podobny do Bena.

Nagle poczuła, że telefon zawibrował w jej kieszeni. Wyciągnęła go pośpiesznie i spojrzała na nadawcę. Glen. Oparła się pokusie, aby przeczytać wiadomość. Chciała poświęcić całą swoją uwagę Alice.

Chciałabym żeby poznał Alice. Na pewno byłby z nich zgrany duet. A może by ich tak zeswatać? Wtedy ja mogłabym być z Benem. Wilk syty i owca cała.

Uśmiechnęła się, zadowolona sama z siebie. Była dumna ze swojego planu. Alice to spostrzegła i spojrzała na nią pytająco.

— Myślałam o Glenie — wyjaśniła.

— Och, naprawdę? — Lisica uniosła brwi, udając zaciekawienie.

— Aha! To bardzo miły chłopak, wiesz?

— Co ty w nim widzisz?

— Bo wiesz… Wtedy… Po przedstawieniu zostałam zupełnie sama. Długo płakałam… Ben nie przyszedł… Wszyscy mnie wtedy zostawili… Nawet ciebie wtedy przy mnie nie było… A… A on… Podszedł i zapytał, ot tak, po prostu „Hej, wszystko w porządku? Co się stało?”. Obiecał pomóc, nie wiedząc nawet o co chodzi. Właśnie dlatego chcę, by był moim… Przyjacielem. Nie jesteś zazdrosna, prawda? Nie chcę, byś czuła się zaniedbana czy coś w tym rodzaju. Wiem, że ostatnio spędzałam z nim sporo czasu, przez co nie miałam chwili dla ciebie… Po prostu muszę się nauczyć dzielić swój czas na waszą dwójkę. — Ujęła Lisicę za dłoń. — Ale bez względu na wszystko nigdy cię nie opuszczę, pamiętaj o tym.

Alice patrzyła na Madeline z niedowierzaniem. Nie miała pojęcia co powiedzieć. W jej głowie zapanował prawdziwy chaos; myśli zderzały się, rozbijając o siebie nawzajem. Wszystko to, co powiedziała Maddy… To było zbyt wiele jak na jeden raz…

Była sama… Jak mogłam nie zauważyć… Co ze mnie za przyjaciółka… Pomógł jej ktoś obcy… Nienawidzę go…

Ale skoro jej pomógł to… Może nie jest AŻ tak zły? Może warto mu pozwolić żeby nieco się do niej zbliżył?

Zjawiła się kelnerka, podając im dorayaki i zieloną herbatę. Życzyła im smacznego i chwilę później zniknęła.

— Więc… Mówisz, że to miły chłopak?

— Mhm — odparła z pełnymi ustami. Potem, gdy przełknęła, dodała — powinnaś go poznać, mogłabyś go polubić, jest całkiem sympatyczny, chociaż na pierwszy rzut oka… Wydaje się być trochę… Inny…

— Rozumiem — wymamrotała pod nosem, czując jak zimno wypełnia jej żołądek.

Popełniłam błąd? Chyba nie powinnam na niego tak naskakiwać… A jeśli on jej coś powie? Jeśli Maddy dowie się co zrobiłam? To… To może być koniec… W obecnej sytuacji ciężko będzie go wyeliminować… Pewnie będę zmuszona go przeprosić, byleby jej nie powiedział…

Za bardzo się pośpieszyłam. Nie mogę popełniać takich błędów… Od tego może zależeć przyszłość naszej przyjaźni.

— Maddy…

— Tak, moja Lisiczko?

— Jest coś o czym powinnaś wiedzieć…

— Co takiego?

— Bo widzisz… Szczerze mówiąc… To jestem o niego zazdrosna… Bardzo się boję, że cię stracę… Dobrze o tym wiesz… Prawda? Proszę, przymknij oko, na to co czasem robię, kiedy jestem zazdrosna… Wiesz, że wtedy nie jestem sobą…

— W porządku, w końcu jesteśmy przyjaciółkami — zaśmiała się, mrużąc słodko oczy.


•••


Żal pożerał jego serce niczym żarłoczny potwór, żerujący na uczuciach. Gdy tylko wrócił do domu, trzasnął drzwiami i poczłapał do swojego pokoju. Rzucił się na łóżko, nie przejmując się nawet tym, by ściągnąć z siebie mundurek.

Gdy myślał o słowach Lisicy, łzy same napływały mu do oczu, a potem z nich uciekały, spływając po rozpalonych policzkach. Przecież nie zrobił nic złego…

Powinien wszcząć krwawą wojnę o to, kogo Madeline obdarzy uczuciem? Wiedział, że przegrałby w mgnieniu oka, ale nie mógł znieść bezczynności.

Zmęczony płakaniem i chorą bezsilnością, postanowił się zemścić. Chwycił za telefon i zaczął pisać SMS-a.

„Maddy, Twoja przyjaciółka kazała mi trzymać się od ciebie z daleka i powiedziała, że jestem dla ciebie jedynie zabawką. Kazała mi także odwołać dzisiejsze spotkanie. Zagroziła mi, że jeśli jej nie posłucham to opowie ci o mnie wiele nieprzyjemnych rzeczy, które są zwykłymi kłamstwami. Chciałbym, byś wyjaśniła mi o co chodzi z całą tą sytuacją. Proszę, odezwij się jak najszybciej.”

Uśmiechnął się pod nosem, a jego przekrwione oczy błysnęły.

Chcesz wojny? Proszę bardzo! Zniszczę cię za pomocą twoich własnych słów. Madeline zrozumie kim tak naprawdę jesteś! Zobaczmy kto zwycięży. Jesteś na lepszej pozycji, ale nie poddam się tak łatwo. Nie, jeśli stawką jest miłość Maddy.

Odłożył telefon i zamknął oczy. Musiał trochę odpocząć, oczyścić umysł z negatywnych emocji. Tego wszystkiego było dla niego zbyt wiele jak na jeden dzień.

Uspokoił oddech, otarł twarz, a potem wtulił się wygodnie w poduszkę. Nawet nie zauważył kiedy osunął się w lepką otchłań snu.

Obudziły go dopiero głośne kroki od strony schodów. Pewnie Daisy szła do swojego pokoju. Albo ojciec szedł po coś na strych. Na powrót zamknął oczy, jednak nim zdążył zasnąć, jego komórka zaczęła wibrować.

Odebrał pośpiesznie, nie zwracając nawet uwagi kto dzwoni.

— Halo?

Odpowiedziała mu długa cisza, wypełniona cichym szumem w słuchawce. Słyszał nieco roztrzęsiony oddech osoby po drugiej stronie. Zazwyczaj nikt do niego nie dzwonił, dlatego niemal od razu domyślił się, że jego rozmówczynią była Madeline.

— Maddy? — Niepewne pytanie wypłynęło z jego ust.

— G… Glen… Tak mi przykro…

— Co się stało? — Zdziwił się.

— Dopiero teraz przeczytałam wiadomość od ciebie… Tak mi przykro… Naprawdę nie wiedziałam… Najmocniej cię za nią przepraszam… Ona… Po prostu bywa bardzo zazdrosna, kiedy chodzi o mnie… Ja… Porozmawiam z nią… Przesadziła… Przecież obiecałam ci, że cię nie zostawię, pamiętasz? Musisz mi trochę zaufać, psiaku… — Na chwilę zawiesiła głos — nigdy nie byłeś moją zabawką, zapamiętaj to… Nie jestem taka.

— Rozumiem.

— Mam nadzieję… Że jej wybaczysz… Wiem, że to bardzo nieprzyjemna sytuacja, ale nie mogę jej porzucić bez względu na to jaka jest… Przyjaciele tak nie robią. Mam nadzieję, że zrozumiesz.

— W porządku — odparł sucho.

Wcale nie zamierzał wybaczać tej cholernej Lisicy. Teraz nie było już odwrotu. Rozpoczęła się wojna, z której mógł wrócić tylko z tarczą albo na tarczy. Nie było kapitulacji. Musiał napierać do przodu, licząc, że jakimś cudem wygra to starcie. Kto zwycięży, posiądzie Madeline.

— Glen? Jesteś tam?

— Jestem.

— Czujesz się potwornie, prawda? Czy jest coś, co mogę zrobić, byś… Byś poczuł się lepiej?

— Mam się dobrze — skłamał nieudolnie.

— R… Rozumiem. Jednak gdybyś zmienił zdanie, to… Po prostu daj mi znać, dobrze?

— Tak, jasne…

— To dobrze… Zatem do jutra, Glen.

— Do jutra, Madeline.

Rozłączyła się.

Trzymał telefon przy uchu jeszcze przez parę chwil, zupełnie jakby się zawiesił, potem odłożył go powoli na miejsce i ponownie złożył głowę na poduszce. Bał się. Musiał to przyznać. Jego przeciwniczką była sprytna i niebezpieczna Lisica, która nie cofnęłaby się przed niczym, by ratować swoją przyjaźń.

A co jeśli przegram? Wystarczy zaledwie chwila nieuwagi i będzie po zawodach. Muszę uważać na to co robię i mówię. I przede wszystkim nie mogę dać się podejść. Muszę wygrać… Muszę.


•••


Siedział zamyślony przy stolę, przeglądając jakieś kolorowe czasopismo, znalezione na kanapie w salonie. Nie czytał go, po prostu oglądał obrazki, przeżuwając tosta. Czekał na Madeline — wciąż nie zeszła na śniadanie.

Co ona się tak ślimaczy? Zaspała czy jak?

Spojrzał na zegarek i stwierdził, że da jej pospać jeszcze dziesięć minut. Wrócił do przeglądania czasopisma, zastanawiając dlaczego były tam same zdjęcia modnie ubranych nastolatek. Spojrzał na okładkę, wpychając do ust resztę tosta. Wielkie, złote litery głosiły „Styl i Szyk”.

Jezu, co ja czyyy… Oglądam?! Pewnie Madeline to zostawiła. Mała niezdara, zawsze zapomina swoich rzeczy. Gdybym nie pakował jej śniadań, to pewnie chodziłaby głodna.

— Beeeen! — Zawołała jego młodsza siostrzyczka, schodząc po schodach. — Widziałeś moje czasopismoooo?

— Nie — odparł machinalnie, nie zwracając nawet uwagi na treść pytania.

Dziewczyna podeszła, chwyciła za gazetę, którą trzymał w rękach i spojrzała na jej okładkę. Westchnęła i pokręciła z głową.

— Znowu siedziałeś do późna.

Spojrzał na nią, wpychając do ust kolejnego tosta i pokręcił przecząco głową.

— Mnie nie okłamiesz, braciszku.

— Szkoda — mruknął, podsuwając jej talerz ze śniadaniem.

Dopił kawę, umył po sobie kubek i powiesił go na haczyku.

Wciąż był zmęczony.

To chyba tak nie działa, co? Jednak potrzebuję snu… A zresztą… Sen jest dla słabych, muszę pisać, bo wyrzucą mnie z roboty.

— Maddy, zapakowałem ci drugie śniadanie do małej kieszonki w plecaku. Idę pracować. Powodzenia.

— Dzięki, Ben! Też życzę ci powodzenia! — Zachichotała, odprowadzając brata wzrokiem.

Sama natomiast spożyła posiłek i wyszła z domu. Miała dziś plan. Obudziła Glena telefonem i odczekała cierpliwie dziesięć minut, pozwalając mu się ubrać. Ten jak zwykle zaspany wybiegł z domu, przekroczył ulicę i zameldował się u jej boku. Tego dnia trzymał w ręku kanapkę, którą pośpiesznie próbował pochłonąć.

— Nie zdążyłeś zjeść?

Spojrzał na nią, przełknął szybko, krzywiąc się i zaczynając krztusić. Po krótkiej chwili opanował kaszel i powiedział:

— Taaa, dziś postanowiłem zjeść i zabrakło mi czasu.

— Więc… Nie jesz rano?

— Nooo tak, a co?

— Dlaczego?! Powinieneś jeść śniadania, głupi psie!

— Zazwyczaj nie mam czasu i ochoty. Dzięki za troskę.

— Może będę przychodzić nieco później, żebyś miał czas, co?

— Nie, dzięki, tak jest dobrze — uśmiechnął się.

Przeszli przez most i gawędzili przez chwilę, gdy Maddy nagle zaproponowała:

— Skręćmy tam, tak dla odmiany, co ty na to?

— Mnie to obojętne.

Ruszyli wąskimi uliczkami, między kolorowymi domami, przytulonymi do siebie. Zastanawiał się dlaczego tego dnia postanowiła iść inną drogą. Gdy o to zapytał, w odpowiedzi otrzymał jedynie krótkie „zobaczysz”.

Wkrótce jego wątpliwości się rozwiały.

Zatrzymali się przed najprawdziwszą w świecie willą. Za żelaznymi kratami bramy, rósł wysoki żywopłot, znad którego wystawał kawałek budynku. Białe ściany wyglądały modernistycznie; oszklony taras na piętrze, na którym stał wygodny fotel; duże, jasne okna; dach pokryty czarną dachówką.

— Co my tu robimy, Madeline? — Zapytał zdezorientowany.

— Czekamy — uśmiechnęła się tajemniczo i zaczęła pisać coś na telefonie.

— Na co?

— Ależ ty niecierpliwy! Zaraz zobaczysz.

Westchnął głośno, czując jak wzbiera w nim irytacja. Nie lubił niespodzianek, były one zazwyczaj niezbyt przyjemne. Kiedy ktoś mu mówił „mam dla ciebie niespodziankę”, Glen zaczynał czuć pewnego rodzaju niepokój i nabierał nieodpartej chęci ucieczki.

Tym razem także miał złe przeczucia i nie musiał długo czekać, by się potwierdziły. Po drugiej stronie płotu pojawiła się postać w dziewczęcym mundurku. Alice Glovers szła w ich kierunku z torbą przerzuconą przez ramię. Była uśmiechnięta do momentu, aż zobaczyła Glena. Uśmiech natychmiast spełzł z jej twarzy i zastąpił go grymas, wyrażający zdziwienie i jednocześnie obrzydzenie.

Co do diabła?! TO jest twój plan?! Dlaczego mi to robisz?! Będę odprowadzał Lisicę do szkoły?! Świetnie! Po prostu cudownie! A zapowiadał się miły dzień…

— Ostatnio były między wami małe spory, dlatego postanowiłam was pogodzić — oświadczyła radośnie, jakby właśnie zaprowadziła pokój na całym świecie.

— Świetnie — mruknął pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem.

— Między nami zaszło jedynie nieporozumienie. Jestem święcie przekonana, że Glen rozumie, że nie miałam nic złego na myśli, prawda? — Powiedziała Lisica z udawanym spokojem.

— Taaa, jest okej — odparł chłopak, nawet nie starając się zabrzmieć wiarygodnie.

— Czyli między wami już wszystko dobrze? — Ucieszyła się Maddy.

— Na to wygląda — uśmiechnęła się sztucznie i poprawiła torbę na ramieniu.

Na skrzyżowaniu poszli w prawo i minęli most po przeciwnej stronie. Pies i Lisica milczeli, posyłając sobie wrogie spojrzenia. Mogłoby się wydawać, że zaraz rzucą się sobie do gardeł i zaczną walkę na śmierć i życie.

— Ładny mamy dziś poranek — zagadnęła blondynka, zadzierając głowę do góry. — Prawda, Alice?

— Chyba masz rację.

— Coś ty taka pochmurna? Przecież wszystko jest okej!

Glen się skrzywił.

Maddy… Nic nie jest okej. To nie jest przedszkole, gdzie wybacza, kiedy ktoś poda ci rękę na zgodę. To jest wojna. Wojna o ciebie. Walczymy o wszystko i o nic. Żadne z nas nie przyzna tego na głos, ale oboje się boimy. Boimy się ciebie stracić. Starcie już się rozpoczęło. Nie ma ucieczki. Kto odejdzie, ten pozostanie z niczym.

Wyszli zza zakrętu, w oddali można było już dostrzec budynek szkoły. Ściany z czerwonej cegły; strzeliste wieżyczki, skąpane w słońcu. Do szkoły prowadziły szerokie schody, po obu ich stronach znajdowały się dwa kamienne lwy, pilnujące wejścia. Zupełnie jakby te kamienne stwory były strażnikami wiedzy.

Przed budynkiem znajdował się dziedziniec, przypominający park. Na samym jego środku widniała fontanna. Wodotrysk zwieńczony był nimfą, stojącą z gracją na jednej nodze, trzymając w dłoniach dzban, z którego nieprzerwanym strumieniem leciała woda. Gdzieniegdzie rosły stare, rozłożyste drzewa, pod którymi siadali uczniowie, by zjeść śniadanie, poczytać lub odpocząć w cieniu.

Znaleźli się przy szkolnej bramie. Nagle usłyszeli jakieś wołanie. Dziewczęcy głos, dobiegający z drugiego końca dziedzińca. Jakaś niewielka szatynka machała w ich kierunku.

— Madeline! Maddyyyy!

— Co to za jedna? — Spojrzał w tamtym kierunku.

— Och, to Lizzy. Obiecałam wczoraj, że pożyczę jej notatki — wyjaśniła blondynka. — Idźcie, dogonię was.

To mówiąc, dziewczyna pobiegła w kierunku szatynki.

Pies i Lisica zostali sami; lodowata atmosfera przyprawiała o ciarki.

— Wiesz psie, nie dam ci wygrać. Będę się rozkoszować, patrząc jak tracisz ją kawałek po kawałku. Może i bym ci odpuściła, ale ten wczorajszy SMS… Nierozsądnie dobrałeś sobie przeciwnika.

— Możesz spróbować wygrać, ale mogę cię zapewnić, że jestem pełen niespodzianek i łatwo możesz się naciąć. To ty zaczęłaś cały ten bajzel. Nie zdziw się, kiedy pewnego dnia obudzisz się z niczym, zupełnie sama, bez jedynej przyjaciółki.

Alice zachichotała lekceważąco i pokręciła głową z uśmiechem. Spojrzała na niego z pogardą i wyszczerzyła perłowo białe zęby. Wyglądała na bardzo pewną siebie, jakby myślała, że już wygrała.

— Jesteś zabawny. Potrafisz tylko robić z siebie błazna. Zresztą, jesteś tak żałosny, że nie mam ochoty dłużej marnować na ciebie czasu. Bywaj, piesku.

Odwróciła się na pięcie i ruszyła w swoją stronę, zostawiając go samego.

Jesteś zbyt pewna siebie. A kiedy ktoś zadziera nosa, to nie widzi małych kamieni, o które może się potknąć. Wysypię ci na drogę całą masę kamulców. Nienawidzę zarozumiałych osób, a ty Lisiczko jesteś wyjątkowo zarozumiałą dziewczynką.

Wszedł do budynku i ostrożnie wyminął liczne grupki uczniów, rozlokowane na całej długości korytarza. Patrzył z pogardą na ich twarze, powstrzymując się od wymiotów. Nienawidził tych wszystkich ludzi, którzy zrobili z niego czarną owcę. Marzył, by zniknęli z powierzchni Ziemi, nie pozostawiając po sobie nawet paprocha. Świat mógłby być taki piękny bez tych cholernych szeptaczy. Wciąż słyszał za sobą szepty. Zawsze. Za każdym razem, gdy przechodził, za jego plecami zaczynał się szum nieprzyjemnych słów.

Jego życie było puste niczym antyczna waza. Pragnął, by chociaż kilka kropel szczęścia skapnęło na jego poranione serce. Potrzebował zrozumienia, ciepła i czułości. Potrzebował panny Lane, która rozświetliłaby pustkę jaka panowała w jego duszy; która ogrzałaby każdy zakamarek jego zziębniętego wnętrza.

Po raz pierwszy w życiu był prawdziwie zakochany. Na początku tego nie rozumiał, nie wiedział co się z nim dzieje, jednak z czasem zaczął odkrywać swoje uczucia jedno po drugim. Z każdym kolejnym dniem pragnął jej coraz bardziej.

W końcu przedostał się pod klasę. Spojrzał po uczniach stojących przy parapetach i drzwiach. Rozmawiali o czymś radośnie, śmiejąc się i szturchając łokciami. Gdy Glen pojawił się w okolicy niemal natychmiast przestali. Śmiali się z niego? A może był to zwykły przypadek? Nie, raczej nie. Kiedy wyrzutek pojawiał się w towarzystwie, nawet żywa atmosfera szybko mętniała i wszyscy stawali się jacyś sztywni.

Na początku było normalnie. Potem po szkole rozeszła się plotka o tym, co stało się podczas wigilii klasowej w gimnazjum. Z każdym dniem uczniowie odcinali się od niego coraz bardziej, aż w końcu stał się klasowym popychadłem, którego nikt nie lubił. Obelgi stawały się bardziej obraźliwe; zdarzało się, że ktoś go pobił albo ukradł mu pieniądze. A on coraz bardziej nienawidził ludzi. W końcu przestał zwracać na to uwagę. Przyzwyczaił się, przystosował. Szyderstwa i wyzwiska stały się dla niego codziennością. Wszystkie te złe rzeczy zszarzały, stały się częścią jego bezbarwnego świata.

Rozdział 5
Pies na wojnie

Wyszedł pośpiesznie ze szkoły, by utopić się w ulicznym gwarze. Miał dosyć tego wszystkiego. Zerwał się wcześniej z lekcji — nie był w stanie dłużej tego wytrzymać. Całą geografię obgadywali go za jego plecami. Z trudem się powstrzymywał, by nie wstać i nie przywalić najbliżej siedzącej osobie.

Ponure myśli towarzyszyły mu od rana. Od spotkania Lisicy, aż do teraz. Gniew wypełniał jego wnętrze, a on miał coraz większą ochotę, by coś rozwalić. Wcisnął ręce w kieszenie marynarki i spuścił głowę. Idąc, zauważył słup ogłoszeniowy, na którym wisiał spory, różowy plakat, przedstawiający krzepiące zdanie: Każdy zasługuje na odrobinę szczęścia.

Pokręcił głową.

Też bym chciał dostać trochę szczęścia.

Na przejściu dla pieszych minął roześmianą grupkę nastolatków. Dyskutowali żywo o jakimś filmie, który dopiero co wszedł do kin. Wyglądali na szczęśliwych. Skąd brali tę energię? Z przyjaźni? A może po prostu z otoczenia? Otaczali się radosnymi ludźmi i przejmowali ich radość. Niczym pasożyt, wgryzający się w skórę nosiciela i wysysający z niego krew, kropla po kropli.

Ludzie są potworni. Nawet w takich sprawach żerują na innych. I jak tu ich nie nienawidzić? Dbają tylko o siebie, nie widzą niczego poza czubkiem własnego nosa.

Minął kilka kolorowych witryn sklepowych z całkowitym brakiem zainteresowania. Nie obchodziły go te bezwartościowe przedmioty, którymi ludzie uwielbiali się otaczać. Mnóstwo osób stawało się własnością tych rzeczy, a nie na odwrót, tak jak powinno być. Może w ten sposób próbowali wypełnić pustkę w swoim życiu? Rzuciła mnie dziewczyna, więc kupię sobie nowy telewizor. Chłopak mnie zostawił, więc kupię te czerwone szpilki. Kot mi zdechł, dlatego kupię kanapę i ustawię ją w salonie.

Ludzie często definiują swoje życie poprzez przedmioty gromadzone latami. Ba, czasem nawet zatrudniają innych ludzi, by ci powiedzieli jaki kolor mebli będzie pasował najlepiej do ich osobowości. Ten żyrandol o motywie kwiatowym świetnie pasowałby w salonie. To dębowe biurko z dziewiętnastego wieku, z ręcznymi zdobieniami, sprawi, że będziesz pracować o wiele efektywniej. Och, potrzebujesz tych wrzosowych zasłon w swojej sypialni!

Niewolnicy instynktu gromadzenia. Ludzie siedzący z katalogami IKEA i myślący jaki styl życia wybrać, aby pasował do ich mebli. I z każdą kolejną zakupioną rzeczą, ludzie stają się więźniami własnego domu. Bo w końcu mieć, to być.

Znalazł się w okolicy Słodkiej krainy. Przez chwilę się wahał, myśląc czy powinien wejść do środka. Miał podły humor. Namacał w kieszeni kilka drobnych. Podjął decyzję. Pociągnął oszklone drzwi i przekroczył próg. Ruszył w kierunku lady, przy której stała znajoma dziewczyna.

Cassie… Chyba tak ma na imię, prawda? Rety, mam paskudnie słabą pamięć do imion. Pewnie przez mój stosunek do ludzi.

Żółta plakietka potwierdziła jego domysły.

— Dzień dobry — uśmiechnęła się dziewczyna. — Czym mogę służyć?

Daj mi odrobinę szczęścia.

Powiedział jednak zupełnie co innego.

— Poproszę herbatę miodowo-miętową.

— Dobrze — powiedziała, wciąż pokazując swoje drobne, perłowe zęby. — Coś jeszcze?

— Nie, to wszystko.

Wygrzebał garść drobniaków z kieszeni i wręczył je kasjerce. Ta wydała mu resztę i poprosiła, żeby poczekał przy którymś ze stolików. Miejsce, przy którym siedział ostatnio z Madeline było zajęte przez jakąś zakochaną parę. Trzymali się za ręce i szeptali do siebie, uśmiechając się. Z zakłopotaniem odwrócił wzrok i poszukał innego miejsca. Znalazł je kilka metrów dalej, przy ścianie.

Poczekał cierpliwie, aż Cassie przyniesie mu zamówiony napój. Spoglądał jak sekundnik robi piąte okrążenie na jego zegarku i właśnie wtedy pojawiła się kelnerka. Na małym talerzyku niosła filiżankę, obok której spoczywały łyżeczka i torebka herbaty. Podziękował jej skinieniem głowy i zanurzył torebkę w gorącej wodzie. Ciecz zabarwiła się na miodowo złocisty kolor; do jego nosa zaczął docierać przyjemny, miętowy zapach. Wyciągnął torebkę i zawiesił ją nad filiżanką, pozwalając, by parę kropel wpadło z powrotem do napoju.

Lubił dobre herbaty, ale rzadko kiedy chodził do herbaciarni. Herbaciarnie to miejsca dla samotników, a samotność innych stawała się odbiciem jego samotności, sprawiając, że czuł się jeszcze nieszczęśliwszy niż zwykle. A takie miejsca przyciągały samotników.

Z tęsknotą wyobraził sobie Madeline. Leżała na łóżku w śnieżnobiałej pościeli, w aureoli złotych włosów, przyciskając do piersi ulubionego, pluszowego misia. Miała rozmarzony wzrok i uśmiechniętą twarz. Jej mięciutkie wargi kusiły swoim kształtem i kolorem. Kwiatowy zapach działał na zmysły. A w brązowych oczach… Można było utonąć.

Kiedy otrząsnął się z marzeń, herbata była już letnia. Ile siedział, rozmyślając o Maddy? Spojrzał na zegarek. Siedem minut. Na siedem minut zniknął z realnego świata, błądząc po bezkresie swojej wyobraźni. Gdyby mógł na stałe zamieszkać w swoich wyobrażeniach, życie byłoby o wiele łatwiejsze i przyjemniejsze. Kto wie, może nawet mógłby być szczęśliwy.

Odłożył filiżankę na talerzyk. Cichy stukot porcelany. Ukradkiem spojrzał na zakochaną parę po lewej. Siedzieli w tej samej pozycji co dwanaście minut wcześniej, jakby byli kamiennymi posągami, pomalowanymi przez jakiegoś genialnego artystę. Ich herbaty od dawna były zimne; nawet nie wyciągnęli z nich torebek. Byli w siebie zapatrzeni, a wszystko dookoła zwyczajnie przestało dla nich istnieć. Czy podobnie było z nim i Maddy? Czy była szansa, by wpuściła go do swojego serca i pozwoliła zostać mu kimś naprawdę wyjątkowym?

Przypomniał sobie, że dziewczyna ma już kogoś na oku. Spochmurniał, a jego nadzieje roztrzaskały się niczym lustro, a potem odleciały w niebyt jak stado połyskliwych ptaków. Po raz kolejny zdał sobie sprawę, że nie miał jakichkolwiek szans u swojej wybranki serca, dopóki ta była zapatrzona w innego chłopaka.

Czym jej tak zaimponował? Ile ma lat? Jest przystojny? A gdybym ją po prostu o to zapytał? Odpowiedziałaby mi? Zignorowała? Pokryła się rumieńcem i zmieniła temat? A jeśli by odpowiedziała… Zadałaby mi tym ból i całkowicie odebrała nadzieję?

Dopił herbatę i stwierdził, że ma ochotę na kolejną. Tym razem o aromacie dzikiej róży. Pogrzebał w kieszeni. Znalazł tylko kilka drobnych monet. Westchnął z rozczarowaniem. Spojrzał na zegarek i zauważył, że lekcje powoli dobiegają końca. Westchnął po raz wtóry, wstał z miejsca, pożegnał się z Cassie i wyszedł na zewnątrz.

Szurając podeszwami butów o betonowe płyty chodnika, zaczął iść powoli w kierunku swojego domu. Jego myśli wciąż zaprzątało to, kim jest chłopak, podobający się Madeline.

Kopnął najbliższy kamyk, który potoczył się kilka metrów dalej, wpadając pod buty śpieszących się ludzi. Pokręcił głową i na powrót wbił wzrok w chodnik. Nie miał ochoty wracać do domu. Bo co by w nim robił? Znów rzuciłby się na łóżko jak worek kartofli i przeleżałby na nim cały dzień?

Skręcił w jedną z bocznych uliczek, pogrążając się w ponurych myślach. Zastanawiało go jak to jest, że jedni rodzą się z ogromnym zapasem szczęścia, a inni z jego niedoborem. Czy ktoś przez pomyłkę dostał jego porcję radości? Bo jeżeli istnieje potwornie nieszczęśliwa osoba, to gdzieś na świecie musi też żyć osoba bardzo szczęśliwa, bez żadnych zmartwień.

Echo jego kroków biegło wzdłuż ciasnych, ceglanych ścian, pokrytych graffiti. Królował tam wszechobecny smród śmietników, wymieszany z odorem kociego moczu.

U wylotu uliczki stały trzy postacie. Wszystkie miały bluzy z kapturem i dresy. Paliły papierosy i głośno rozmawiały, używając przekleństw w roli przecinków. Minęło parę chwil, zanim Glen został zauważony. Kiedy go dostrzegli, zamilkli, przyglądając się przybyszowi z zaciekawieniem. Potem odezwał się jeden z nich, najniższy z całego towarzystwa.

— Ej, kolego, pożycz parę drobnych.

— Nie mam — mruknął cicho, próbując nie nawiązywać kontaktu wzrokowego.

— Sprawdź w kieszeniach. Poszukasz sam czy mam ci pomóc?

— Ja naprawdę…

Zanim zdążył dokończyć zdanie, uderzył plecami o ścianę; nawet nie zauważył kiedy bandzior złapał go za ubrania i do niej przycisnął.

— Myślisz, że się z tobą bawię?! Dawaj pieniądze albo cię rozwalę!

— Nie mam żadnych pieniędzy, ile razy mam to pow…

Znów nie zdążył dokończyć. Pięść uderzyła go w kość policzkową, ześlizgnęła się i wylądowała z boku szyi, odbierając mu dech. Potem dostał w brzuch, znowu w twarz i jeszcze raz w twarz. Poleciał na ziemię, uderzając głową o asfalt. Zęby przebiły wewnętrzną stronę policzka; w ustach poczuł mdlący smak krwi.


•••


Pierwszy sygnał.

Zaraz odbierze.

Drugi sygnał.

Pewnie wyciąga telefon z kieszeni.

Trzeci sygnał.

A może zostawił go gdzieś indziej i teraz go szuka?

Czwarty sygnał.

Może jest zajęty.

Piąty sygnał. Ktoś odebrał. Z łatwością usłyszała roztrzęsiony oddech po drugiej stronie słuchawki Wydawało się, że ten oddech różni się od tego, który należał do jej przyjaciela. Ale w takim razie… Kto był po drugiej stronie?

— Halo? Jestem Madeline Lane, przyjaciółka Glena, z kim rozmawiam?

Długa cisza i tłumiony szloch. W końcu odezwał się słaby, kobiecy głos.

— Jestem mamą Glena… Glen leży w szpitalu…


•••


Oko mu spuchło i w dodatku krwawiło do tego stopnia, że nic na nie nie widział. Gdyby podniósł się teraz z ziemi, mógłby dostrzec krwawe odbicie w kształcie jego prawego profilu. Jednak nie się dźwignął, stracił przytomność.

Ocknął się na szpitalnym łóżku. W ustach miał kwaśny posmak krwi, a wargi pokryte zaschniętą posoką. Językiem, po wewnętrznej stronie policzka, wyczuł rząd szwów. Czuł, że krew osadziła się nawet na zębach.

Drugą rzeczą jaką poczuł, był potworny ból głowy. Dotknął ostrożnie swojego czoła i stwierdził, że ma na nim gigantycznego, pulsującego guza.

Na prawe oko wciąż nie widział. Nie był w stanie rozchylić nawet powieki. Rozejrzał się po pomieszczeniu sprawnym okiem. Niewielka, czysta sala z jednym łóżkiem o zielonej pościeli. Przy łóżku siedziała jego matka, z oczami czerwonymi od kilkugodzinnego płaczu. W kącie, przy drzwiach stał ojciec, rozmawiając przez telefon.

— Co… Co się stało? — Wychrypiał z trudem zdezorientowany chłopak.

— Ktoś cię pobił — powiedziała kobieta, na nowo wybuchając płaczem.

— Już… Już dobrze — powiedział, próbując dotknąć ją ręką, ale nie dosięgnął. Jego ramię opadło bezsilnie, zwisając bezradnie z łóżka.

Próbował sobie przypomnieć jak do tego doszło, ale w tej chwili nie był w stanie. Wspomnienia przemykały mu między palcami jak ziarnka piasku. Zresztą… Jakie to miało teraz znaczenie? Leżał w szpitalu w opłakanym stanie, wszystko go bolało, w ustach miał mnóstwo krwi i w dodatku było mu niedobrze.

Znów przejechał językiem po rzędzie sztywnych, czarnych szwów. Było to naprawdę dziwne uczucie. Jakby miał w ustach żyłkę wędkarską.

— Jestem zmęczony — wyszeptał i zamknął oczy, osuwając się w ciemność.

Wśród wszechobecnego mroku pojawił się blady snop światła. W miarę jak szedł w jego kierunku, snop rósł, aż na ziemi utworzyło się duże, świetliste koło. Po środku kręgu pojawiła się postać. Znał ją. Mniej niż metr siedemdziesiąt pięć, okulary na nosie, rude włosy z białymi końcówkami. Alice Glover, Lisica.

Poczuł jak nagle wezbrała w nim złość, po raz pierwszy w życiu miał ochotę uderzyć dziewczynę. Miał ochotę do niej podejść i ją spoliczkować, ale się powstrzymał. Zawsze mu wpajano, że należy szanować dziewczynki i być dla nich miłym, bo są słabsze od chłopców. Zawsze trzymał się tej zasady. Nigdy nie uderzył żadnej przedstawicielki płci przeciwnej — nawet własnej siostry.

Spojrzał prosto w zielone oczy swojego wroga. Chciał o coś zapytać, nawet nie wiedział o co, gdy nagle niewielka, lisia pięść pomknęła w kierunku jego twarzy. Zdziwienie i ten specyficzny ból, rozchodzący się kręgami po całej skórze. Nim zdążył się zorientować przyjął kolejny cios. Upadł na plecy, bezskutecznie starając się zasłonić twarz rękoma.

— To moja przyjaciółka! Nie odbierzesz mi jej! — Wrzeszczała histerycznie Lisica.

Jej zęby połyskiwały w świetle niewiadomego pochodzenia i chłopak mógłby przysiąc, że Alice ma kły! Po policzkach dziewczyny ściekały łzy, które z każdym gwałtownym ruchem, odrywały się od jej skóry, spadając na krwawiącą twarz Glena. Dlaczego tak się wściekała? Nie miał pojęcia. Naprawdę musiała nienawidzić go z całego serca. Naprawdę musiała się bać.

Może powinienem się wycofać z tej wojny? Może to ja jestem tu intruzem…

Nie zwracał już uwagi na pięści, lądujące na jego ciele, zadające mu ból. Zupełnie jakby wyszedł z ciała i stanął obok. Przestało go to dotyczyć. Jedyne co go obchodziło, to powód, dla którego tak go nienawidziła.

Jeśli faktycznie rozrywam nić przyjaźni, która je łączy? Czy ja jestem potworem? Czy zasługuję na śmierć? Niszczenie cudzej przyjaźni, jest podobne do morderstwa… Tylko, że boli o wiele bardziej.

Patrzył jak Alice siedzi na nim okrakiem i okłada go pięściami raz za razem, wykrzykując najróżniejsze obelgi. Spojrzał w jej zapłakane oczy. Były wypełnione żalem, strachem i bólem. Cierpiała bardziej niż on? Ale czy to w ogóle możliwe?

Gdyby wtedy nie podszedł do Madeline i nie zaczął jej pocieszać… Może wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej. Ona wciąż byłaby szczęśliwa, a on… U niego nic by się nie zmieniło. Ten sam ból, ta sama nienawiść do ludzi, ta sama pogarda, te same łzy.

Westchnął, stojąc z boku i patrząc jak ścieżki krwi spływają po jego twarzy, mocząc włosy, rozlewając się po podłożu. To wszystko wydawało mu się zupełnie bez znaczenia. Ten chłopak leżący na ziemi… To nie był on. To była tylko jego powłoka. Kupa mięsa, która była mu zupełnie obojętna. Nie obchodziło go, co się z nią stanie. Mogła równie dobrze, zginąć, przynajmniej sam stałby się wolny. Wolny od świata. Wolny od ludzi. Wolny od oczekiwań. Wolny od nienawiści. Wolny od pogardy. Wolny od wszystkiego. Jednak póki trwał w tej śmiertelnej powłoce… W tym skórzanym worku… Nic nie mogło stać się lepsze.

Jedyne zmiany jakie mogły przyjść, to zmiany na gorsze. Z każdym dniem coraz więcej bólu. I jak tu żyć? Jak żyć ze świadomością, że wszystko co cię otacza, szczerze cię nienawidzi? W pewnym momencie życie zaczyna tracić sens. Człowiek trzyma się go coraz mniej kurczowo. Dotychczas mocno wczepione palce, zaczynają się rozluźniać, pozwalając, by ich właściciel opadł na samo dno.

Jednak Glen był jeszcze daleko od dna. Był tak daleko od dna, że nie mógł go sobie nawet wyobrazić. A jeśli nie dotknie się dna… To jak się od niego odbić? Nie odbijając się od tego wszystkiego, po prostu się tonie w mętnym morzu rozczarowania i bólu. Nie umierając, nie mamy szans na życie wieczne. Dopóki żyjemy tu, nie możemy żyć tam.

Tłukła jego głową o betonową posadzkę, tworząc wokół niego szkarłatną aureolę. Biła go, dopóki ten nie przestał się ruszać. Jego martwe spojrzenie utkwiło w nieprzemierzonym mroku nicości. Jego usta otwarły się, tworząc krwawe, błyszczące „O”. Potem jedyne co dało się słyszeć to żałosny szloch Lisicy, uderzającej raz po raz pięścią w jego pierś, jakby chciała go ożywić, by móc bić go dalej.

Zamknął oczy, a potem je otworzył. Znów znajdował się w jasnej, szpitalnej sali z dużym, szerokim oknem naprzeciwko niego. Słońce zaszło niemal całkowicie, zalewając wnętrze czerwonymi promieniami.

Poruszył zdrętwiałymi palcami, czując w nich nieprzyjemne mrowienie. Oblizał zeschnięte wargi, na nowo czując w ustach paskudny smak krwi. Wywrócił oczami i przeciągnął językiem po rządku czarnych szwów, nie mógł się od tego powstrzymać.

Rozejrzał się po pokoju. W kącie nie było już ojca, rozmawiającego przez telefon. Gdzie poszedł? Matki także nie było w pobliżu. Nie siedziała już przy jego łóżku na niewygodnym, za niskim krześle. Zamiast niej siedziała tam…

Zaraz… To przecież niemożliwe… Ja wciąż śpię…

Madeline. Siedziała obok niego, wpatrzona w jego słabą, zesztywniałą dłoń, która właśnie się poruszyła. Jej oczy otworzyły się szerzej i przeniosły spojrzenie na zmasakrowaną twarz chłopaka. Po policzkach dziewczyny zaczęły spływać gorące łzy. Niepewnie, cała roztrzęsiona położyła dłoń na jego nadgarstku, oplatając go mocno palcami, jakby bała się, że gdzieś zniknie.

— Glen… — Wyszeptała, pociągając głośno nosem. — Glen… Tak się o ciebie bałam… Ja… Dlaczego mi to zrobiłeś… Ja… Nie chcę cię stracić… Jesteś dla mnie zbyt ważny… Potrzebuję cię, rozumiesz?

— Maddy… Już wszystko dobrze, nie płacz…

Blondynka pokręciła przecząco głową i wydusiła:

— Jesteś głupi… Tak strasznie głupi… Nic nie jest dobrze, spójrz tylko na siebie… Twoje oko… Policzek… To wcale nie jest dobrze, Glen… Jest źle… Jest okropnie! I przestań się tak głupio uśmiechać!

Krzywy uśmiech spełzł z jego twarzy. Wargi błyszczały od krwi. Dziewczyna spojrzała na niego zapłakanym wzrokiem, naciągnęła rękaw bluzki na dłoń i skrawkiem materiału starła szkarłat z jego ust. Wróciła dłonią na nadgarstek Glena, potem jej palce popełzły niżej, splatając się z jego palcami.

Spojrzał na nią zdrowym okiem i znów się uśmiechnął, zachwycając się jej pięknem. Mimo że miała teraz zaczerwienione oczy i rozmazany makijaż, to wciąż była śliczna. Niczym anioł stróż, płaczący nad jego losem.

— Psiaku… Tak się o ciebie martwiłam… Gdy tylko się dowiedziałam, to… Przybiegłam najszybciej jak mogłam… Tak się bałam… — Łzy na nowo popłynęły strumieniami po jej policzkach.

— Maddy, nie płacz — pogładził kciukiem wierzch jej dłoni. — Póki jesteś przy mnie to… To wszystko jest dobrze. Cieszę się, że tu jesteś… Dziękuję…

— Nie masz za co dziękować, głupku… To przecież normalne, że się o ciebie martwię…

Te słowa odbiły mu się w głowie echem. Tylko tego teraz potrzebował, jej bliskości. Zamknął powoli lewe oko i rozkoszował się jej zapachem, ciepłem jej skóry, jej obecnością. Jego prywatny anioł. Czuł się przy niej jak kiełkująca roślina, która zginęłaby bez podlewania. Potrzebował jej tak jak roślina potrzebuje wody, dwutlenku węgla i światła. Pozwalała mu przeprowadzać mentalny proces fotosyntezy, dzięki któremu mógł żyć.

— Glen… Wiesz kto ci to zrobił? — Otarła łzy.

— Nie znam ich… Po prostu chcieli pieniędzy… Kto zadzwonił po karetkę?

— Twoja mama mówiła, że jakiś przypadkowy przechodzień. Tak jej powiedział ratownik.

— Rozumiem…

Może paru ludzi uchroniło się przed tą epidemią znieczulicy i zobojętnienia? Chciałbym podziękować tej osobie. Uratowała mi życie. Może ludzie nie są aż tak źli? W każdym razie nie wszyscy. Może pozostało w nich jeszcze trochę dobra?


•••


Drobna dziewczyna o mysich włosach, sięgających do ramion, w okularach o wąskich oprawkach i ciekawskich, chabrowych oczach, zaglądnęła spod długich rzęs w głąb uliczki. Jej serce stanęło, a potem gwałtowanie załopotało. Na ziemi, w kałuży krwi leżała jakaś postać.

Przez chwilę dziewczyna toczyła wewnętrzną walkę, nie wiedząc co powinna zrobić. Była rozdarta między ucieczką, a pomocą nieznajomemu. Stała tak chwilę z drżącymi nogami, ściskając mocno pasek swojej torby. W końcu podjęła decyzję.

Weszła do zaułka, echo kroków odbijało się od ceglanych ścian. Bała się, ale szła dalej — coś pchało ją do przodu. Gdy znalazła się bliżej, spostrzegła, że chłopak miał na sobie mundurek jej szkoły.

Uklękła przy nim szybko, rzucając szkolną torbę na ziemię. Potrząsnęła nim, modląc się, aby się obudził, lecz nie przyniosło to żadnego skutku. Łzy napłynęły do jej oczu. Poczuła na kolanach coś ciepłego. Spojrzała w dół i prawie zwymiotowała. Klęczała w kałuży krwi.

Cofnęła się, zabierając kolana ze szkarłatnego kręgu. Potem nachylając się nad poszkodowanym, nasłuchiwała jego oddechu. Oddychał, jednak słabo.

Złapała za torbę, wygrzebała z niej telefon. Roztrzęsionymi dłońmi wybrała numer na pogotowie. Podała ulicę i stan chłopaka, a następnie zabrała się za opatrywanie jego ran. Z twarzy sączyła mu się krew. Clementine — bo tak miała na imię — brzydziła się krwi. Mimo to wyciągnęła paczkę chusteczek higienicznych, zaczęła tamować broczące rany.

Minuty oczekiwania na karetkę dłużyły się nieznośnie. Cały czas nerwowo spoglądała w kierunku wylotu uliczki, jednak pojazdu medycznego wciąż tam nie było. Bała się, że chłopak umrze jej na rękach. Bała się, że pomoc nie przyjedzie na czas.

No co jest?! Ile można czekać?! Są korki czy co? Przecież on się zaraz wykrwawi! Nie, nie, nie! Wszystko będzie dobrze, Clem! Wyjdzie z tego… Nic się nie martw…

Aby się uspokoić, zaczęła myśleć o tym, jak chłopak ma na imię. Jego twarz była w tak paskudnym stanie, że nawet jeśli by go kojarzyła z korytarza, to teraz nie zdołałaby go rozpoznać. Zastanawiała się czy ma rodzeństwo albo jakieś zwierzę, jacy są jego rodzice, jak wygląda jego pokój, jak pachnie jego szampon do włosów, jaki ma charakter pisma. Leżał w kałuży krwi, a ona myślała o błahostkach, byleby odgonić od siebie przerażenie wymieszane z obrzydzeniem.

Mijała kolejna minuta, a karetki wciąż nie było. Serce podeszło do gardła, wątpliwości zaatakowały umysł.

Może uciskam w zły sposób? A jeśli… A jeśli on przeze mnie umrze? Boże… Nie chcę, by umarł na moich rękach… Stracił już dużo krwi, a ona nie przestaje lecieć… A jeśli on umrze i powiedzą, że to moja wina?! O Boże… W co ja się wpakowałam… Może powinnam stąd uciec? Nie… To uczeń naszej szkoły, jeśli on umrze, to wszyscy będą gadać…

Zamknęła oczy, powstrzymując łzy. Pokręciła głową, przygryzając wargi. Musiała być cierpliwa. Musiała być silna. Musiała pokonać ten przeklęty strach.

W oddali dało się słyszeć wycie karetki. Z każdą sekundą stawało się coraz głośniejsze i wyraźniejsze. Odetchnęła z ulgą.

W końcu… Oni mu pomogą…

Parę chwil później u wylotu uliczki pojawił się ambulans i dwóch ratowników. Podbiegli i zaczęli zajmować się rannym.

— Znalazłaś go w tym stanie? — Zapytał jeden z ratowników.

— T… Tak — wydusiła z trudem.

— Dobrze, że nas wezwałaś — pochwalił ją drugi i zaczęli kłaść chłopaka na nosze.

Nim się obejrzała, ratownicy zniknęli wraz z karetką, mknąc przez miasto.

Podniosła się z ziemi i skrzywiła na twarzy, czując że jej zakolanówki są przesiąknięte krwią. Pośpiesznie rozsznurowała buty, zsunęła je ze stóp, potem ściągnęła długie skarpety, wyrzucając je do śmietnika. Otarła kolana chusteczkami, zwilżonymi wcześniej wodą z butelki i na powrót ubrała czarne lakierki.

Więc… Uratowałam komuś życie? Chciałabym go poznać… Może być całkiem miłym chłopakiem.


•••


Ben wszedł do domu, zmęczony po całym dniu pracy w redakcji.

Madeline nie było — zostawiła na lodówce krótki liścik, że nie wróci na noc, bo jest w szpitalu i zajmuje się przyjacielem.

Jak to nie wróci na noc?! Przecież w szpitalach są pielęgniarki! Na cholerę tam ona?!

Zadzwonił do niej. Zanim dziewczyna odebrała, usłyszał w słuchawce cztery sygnały.

— Tak?

— Madeline, gdzie ty jesteś?!

— Przecież ci napisałam, że jestem w szpitalu. Jutro nie pójdę do szkoły. Napiszesz mi zwolnienie, dobrze?

— Jak to nie pójdziesz do szkoły?! Masz natychmiast wracać do domu!

— Przykro mi Ben, ale muszę się nim zająć. Został pobity i jest…

— Zgłupiałaś?! Przecież w szpitalu są pielęgniarki! Płacą im za to, by się zajmowały pacjentami!

— To mój PRZYJACIEL!

— Madeline, dobrze wiesz, że nie możesz opuszczać szkoły.

— Benjamin, przestań. Szkoła jest teraz nieistotna. Rozumiesz, że on mnie potrzebuje? Jestem mu to winna. Muszę przy nim zostać. Chociaż jedną noc.

Chłopak westchnął głośno, kręcąc głową. Wiedział, że dziewczyna nie odpuści. Jechanie do szpitala i wyciąganie jej stamtąd siłą nie miało najmniejszego sensu.

— Dobrze, Maddy. Jedna noc. Ale w piątek idziesz normalnie do szkoły, jasne?

— Jesteś kochany braciszku — zachichotała i się rozłączyła.


•••


Na dworze było już zupełnie ciemno. W sali panował półmrok. Jedynym źródłem światła była mała lampka przy łóżku pacjenta. Blade światło stwarzało przyjemną, senną atmosferę. Jego rodzice pojechali już do domu, mówiąc jej, by też nie siedziała za długo. Wydawało się, że mama Glena ją polubiła. Wspomniała coś o tym, że jest bardzo miłą dziewczyną i to kochane z jej strony, że tak się przejmuje ich synem.

Glen zdrzemnął się godzinkę, a gdy się obudził, nie mógł uwierzyć, że Madeline wciąż przy nim trwała. Siedziała przy jego łóżku na tym niewygodnym, składanym krześle.

— Ja… Śnię, prawda?

— Głupi z ciebie psiak — zaśmiała się, kręcąc przecząco głową.

— Powinnaś iść do domu…

— Cicho.

Pogłaskała go po ręce i wyjrzała za okno. Pochmurna noc skradła wszystkie gwiazdy.

Wróciła wzrokiem do przyjaciela.

— Jak się czujesz? — Zapytała delikatnym tonem.

— Lepiej — mruknął, oblizując przy tym wargi z resztek krwi. — Leki pomogły i już tak nie boli.

— Wiesz… Dobrze, że żyjesz… Mam na myśli to, że… Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła… Dziękuję, że jesteś.

— Ja też dziękuję… Że pozwalasz mi być.

— Rety, ale z ciebie głuptas…

Dziewczyna wstała i podeszła do okna. Obolałe plecy i zesztywniały kark szybko dały o sobie znać. Przeciągnęła się. Była zmęczona i wszystko ją bolało, ale na samą myśl, że będzie musiała spędzić noc na tym przeklętym krześle, natychmiast jej się odechciewało.

— Nie chce ci się spać? Potrzebujesz teraz dużo snu.

— Jest w porządku. Chyba, że ty chcesz spać…

— Nieee, jest dobrze — skłamała.

Wróciła na miejsce, przy łóżku i znów zaczęła gładzić jego dłoń. Miała takie ciepłe ręce… Na jego twarzy można by dostrzec rumieniec, gdyby nie była pokryta całą masą siniaków.

Rety, zachowuje się jakbyśmy byli parą…

Dziewczyna zakryła usta, ziewając przeciągle.

— Jesteś śpiąca, prawda?

— Może trochę — mruknęła niechętnie.

— Więc czas spać.

— W porządku — oparła się na krześle najwygodniej jak było to możliwe i ponownie ziewnęła.

— Będą cię bolały plecy, jeśli przesiedzisz na tym całą noc.

— Nieee, nic mi nie będzie!

— Ale z ciebie głupek — westchnął. — Wskakuj na łóżko.

— C...Co?

— No wskakuj, zrobię ci miejsce. Nie pozwolę przecież, żebyś spała na tym krześle — powiedział stanowczo, przysuwając się do ściany.

Przez chwilę się wahała. W końcu uznała, że woli spać z Glenem, niż cierpieć na tym potwornym krześle.

To mój przyjaciel… Mogę mu zaufać… Na pewno nie zrobi nic głupiego.

Zdjęła buty i bardzo powoli wdrapała się na łóżko. Najpierw prawe kolano oparło się o materac, potem ręce, a następnie druga noga. Spojrzała na niego, oblewając się rumieńcem i położyła się obok, twarzą w jego stronę. Czuła jak jej uszy płonęły, a z policzków aż parowało.

— Tylko… Nie wyobrażaj sobie za dużo… Głupi psie… — Spróbowała utrzymać go na dystans. Tak na wszelki wypadek.

— Spokojnie — mruknął urażony. — Nie jestem taki.

— W… Wiem… Wybacz… — Wyszeptała, uciekając wzrokiem. — Czy… Czy możesz zgasić światło? Ciężko mi jest spać przy zapalonym…

— W porządku — sięgnął lewą ręką w kierunku pstryczka i wyłączył lampkę.

Spowiła ich gęsta ciemność. Czuli nawzajem ciepło swoich ciał, słyszeli własne, drżące oddechy.

Na łóżku przeznaczonym dla jednej osoby, było naprawdę ciasno. Glen ostrożnie przesunął nogę — było mu niewygodnie. Przez przypadek otarł się o nogę Madeline. Wzdrygnęła się, zesztywniała, a potem rozluźniła. Nim zrozumiała co robi, objęła go delikatnie pod kołdrą, przylgnęła do niego i wtuliła twarz w jego pierś. Usłyszała jego serce. Biło szybko i mocno, jakby cieszyło się z tego, że była obok.

— Glen… Cieszę się, że cię mam…

— Ja też się cieszę…

Wtuliła się mocniej, zamknęła oczy i uśmiechnęła pod nosem. Była naprawdę szczęśliwa.

Obudziła się dopiero rano, z twarzą blisko jego ust, będąc wciąż w objęciach chłopca. Gdy zrozumiała co jest grane, zaczerwieniła się cała i chciała uciec… Ale kiedy zobaczyła uśmiech śpiącego Glena, żal jej było budzić go swoimi gwałtownymi ruchami.

Jest całkiem słodki kiedy śpi… I ma rozchylone wargi… Wydają się być miękkie i ciepłe… Dlaczego nigdy tego nie zauważyłam? Ramiona też ma całkiem silne i… Czuję się w nich bezpiecznie… Zupełnie jak przy Benie…

Uśmiechnęła się pod nosem i na powrót wtuliła w jego pierś.

Dziwnie o tym myśleć, ale… Dobrze mi przy nim…

Nagle szczęknęła klamka, drzwi się uchyliły i w środku pojawiły się trzy postacie.

— Ha! A jednak to twoja dziewczyna! — Krzyknęła Daisy.

Otworzył gwałtownie zdrowe oko i widząc swoją rodzinę, poderwał się z łóżka, odsuwając jak najdalej od blondynki. Jego uszy zapłonęły żywym ogniem, a wzrok stał się rozbiegany. Zerkał nerwowo to na rodziców, to na Madeline, licząc, że staruszkowie zrozumieją tę niezręczną sytuację. Dziewczyna także pokryła się obfitym rumieńcem. Zeskoczyła z łóżka i wbiła wzrok w podłogę, mamrocząc coś niewyraźnie, że to nie tak jak na to wygląda.

Matka patrzyła na nastolatków zszokowana, ojciec uśmiechał się do syna się pod nosem, jakby chciał mu powiedzieć „dobra robota!”, a Daisy… Daisy stukała coś w telefonie, pewnikiem pisząc do koleżanek o tym, co właśnie zobaczyła.

— T… To nie tak! — Wydusił, patrząc to na mamę, to na tatę. — Po prostu krzesło było niewygodne i nie chciałem pozwolić, by na nim spała! Nic nie robiliśmy!

Pan Drew świdrował go wzrokiem jeszcze uporczywiej i podniósł brwi, jakby chciał powiedzieć „Jaaasne, bujać to my, a nie nas.”, jednak milczał. Pani Drew wydawała się być skłonna, by uwierzyć w jego wersję zdarzeń, ale dla pewności zerkała co chwilę na Madeline, której twarz była koloru piwonii.

— Ja… My… Nic… Naprawdę… My… Glen… Jest tylko moim… Przyjacielem… Dlatego my… Naprawdę nic…

— Spokojnie, Maddy, wierzę ci — stwierdziła pani Drew.

— T… To… M.. Może ja już… P… Pójdę — powiedziała, chwytając za plecak i wyszła pośpiesznie z sali, nie żegnając się z nikim.

Po jej zniknięciu, w pomieszczeniu zapadła grobowa cisza. Czuł na sobie rozbawione spojrzenia rodziny, która najwidoczniej miała całkiem niezły ubaw.

Rozdział 6
Pies ucieka

Po kilkudniowej obserwacji, lekarze nie widzieli przeciwwskazań, by wypisać Glena do domu. Chłopak z radością wrócił do swojego pokoju. Stęsknił się za swoim łóżkiem, biurkiem i książkami. Przywiązywał się do przedmiotów bardziej niż do ludzi, wiedząc, że one nigdy go nie zdradzą.

Ostrożnie zanurzył się w pościeli. Dotyk chłodnego materiału koił wciąż opuchniętą twarz. Czując przyjemne zimno, zaczął się zastanawiać co u Madeline. Od tamtej żenującej sytuacji w szpitalu nie miał z nią żadnego kontaktu.

Przypomniał sobie mgliste zarysy snu o Lisicy. Może świat chciał dać mu do zrozumienia, że powinien odpuścić? Powoli zaczynał w to wierzyć, a wierząc w to coraz bardziej, zapadał się w gęstą czerń, otaczającą jego umysł. Nie było ucieczki, a on oddychał z coraz większym trudem. Czy można odzwyczaić się od oddychania? Z każdym kolejnym dniem, coraz mocniej wierzył, że to możliwe.

Mimo iż zbliżał się do swojej ukochanej, to nie mógł jej dotknąć. Za każdym razem, gdy był dostatecznie blisko coś mu przeszkadzało, zawadzało, odbierało nadzieję. Nie miało znaczenia jak bardzo się starał, coś zawsze wydzierało mu szczęście z dłoni, pozostawiając go jedynie z bólem.

Dlaczego wszystko idzie w złą stronę? Zawsze, gdy już jestem prawie na mecie, coś cofa mnie do linii startu. Nie mogę ukończyć wyścigu, bo znalazłem się w jakiejś cholernej pętli nieszczęść. Za każdym razem jestem coraz bliżej, ale im bliżej jestem, tym dalej mnie cofa.

Twarz znów zaczęła go boleć; podniósł głowę i przewrócił poduszkę na drugą, chłodniejszą stronę. Poczuł niewielką ulgę. Za każdym razem, gdy go bolało, przypominał sobie o tajemniczym bohaterze, który wezwał pogotowie i trwał przy nim, aż do zjawienia się karetki. Niewiele pamiętał — liczne uderzenia głową o asfalt zrobiły swoje. Ale za każdym razem, gdy próbował odtworzyć obraz wybawcy, przypominał sobie zapach. Słodka, mandarynkowa woń.

Wciąż nie mógł uwierzyć, że ktoś okazał mu trochę współczucia. Dlaczego to zrobił? Przecież ludzie w tych czasach cierpią na masową znieczulicę, odbierającą wszelkie wrodzone dobro i chęć pomagania bliźnim.

Myliłem się… Nawet jeśli to jedna na sto osób…

Spojrzał na kalendarz. Niedziela. Nie miał najmniejszej ochoty iść następnego dnia do szkoły. Zamierzał przekonać rodziców, by pozwolili mu zostać w domu. Wiedział, że będzie to trudne, mimo to postanowił spróbować.

Podniósł się z łóżka, krzywiąc z bólu. Natychmiast dostał zawrotów głowy. Oparł się o ścianę, unikając upadku i odczekał chwilę, aż mu przejdzie.

Już w połowie schodów zaczął czuć ciężki zapach jajecznicy z kiełbasą. Zszedł na sam dół, przebrnął przez przedpokój, lawirując między licznymi parami butów, porozrzucanymi gdzie popadnie. Będąc przy wejściu do salonu, zobaczył w kuchni Daisy; stała pochylona nad kuchenką, przewracając szpatułką jajecznicę na patelni.

Zdziwił się; rzadko kiedy gotowała. Patrzył na nią jeszcze przez chwilę, a potem wzruszył ramionami i wszedł do jasnego salonu, czując pod stopami chłód paneli podłogowych.

Dorośli jak zwykle siedzieli na sofie w kolorze cappuccino, oglądając coś w telewizji. Nie był to jakiś ambitny program, tylko sieczka dla ludu o „ogromnych” problemach „nieszczęśliwych” nastolatków. Chłopak zawsze czuł się nieswojo, gdy jego rodzice oglądali tego typu rzeczy. Zawsze się bał, że porównują go do tych rozpieszczonych dzieciaków z telewizji i oceniają. Nigdy jednak się nie dowiedział czy tak było naprawdę.

— Wiecie… Nie czuję się na siłach, żeby iść jutro do szkoły… Nie chcę, by mnie widzieli w takim stanie, tylko by gadali. Potem mógłbym mieć nieprzyjemności. Na przykład ktoś powiedziałby dyrektorowi, że wdaję się w bójki i jestem chuliganem…

— Opuszczasz lekcje, Glen — stwierdził ojciec. — Będziesz miał zaległości. To, że ktoś ci obił twarz, nie jest powodem, by nie iść do szkoły.

— Wyglądam jak bakłażan! Wolałbym, żeby opuchlizna chociaż trochę zeszła mi z twarzy.

— Wydaje mi się, że wszystko będzie w porządku, jeśli jednak pójdziesz do szkoły.

— Och, Haroldzie, daj mu spokój. Jeśli nie ma ochoty, to niech nie idzie. Bądź dla niego wyrozumiały. Dzisiejsze dzieciaki są nieco wrażliwsze, dobrze o tym wiesz.

— Nie chcę wychować mięczaka… — Mruknął, wzdychając i odwracając wzrok w inną stronę. — Zresztą niech robi co chce.

— Dzięki mamo, dzięki tato — powiedział Glen, maskując swój żal do ojca.

Odwrócił się na pięcie i wyszedł z salonu.

Nawet własny ojciec mną gardzi.

Przeszedł obok kuchni i skierował się ku schodom, by wrócić do swojego pokoju, gdy nagle zza pleców dobiegł go głos siostry.

— Glen, masz ochotę na jajecznicę?

— Nie, dzięki — mruknął tak, że Daisy nawet nie usłyszała.

— To spadaj! — Krzyknęła za nim, myśląc, że ją zignorował.

Westchnął głośno i zaczął się wspinać, powoli krocząc w kierunku swojego ukochanego pokoju. Policzył po kolei wszystkie schody, a gdy dotarł na samą górę, spojrzał w dół, mając ochotę się z nich rzucić. Szybko porzucił te myśli, przypominając sobie smak szpitalnego jedzenia.

Wrócił do siebie. Podszedł do okna, wsparł się ramionami na parapecie i wyjrzał na zewnątrz. Dzień był pochmurny; ciężkie, ołowiane chmury zasłaniały błękit nieba. Zanosiło się na deszcz.

Idealnie pasuje do mojego nastroju. Maj dobiega końca, a ja czuję się jakby w moim sercu trwała jesień. Zima nadchodzi wielkimi krokami.

Usiadł na łóżku, podciągając kolana pod brodę i oplatając je rękami. Wbił wzrok w przeciwległą ścianę. Westchnął, czując jak do jego oczu napływają łzy. Nie chciał płakać. Nie chciał znowu uzewnętrzniać swojej słabości.

Ojciec ma rację, jestem mięczakiem.

Zacisnął powieki z całej siły, nie chcąc by łzy uciekły po policzkach. Drżący oddech wydawał się przeraźliwie głośny. Walczył ze sobą jeszcze parę chwil; w końcu się uspokoił, stwierdzając niemal z dumą, że jego policzki pozostały suche.

Uśmiechnął się blado pod nosem, wciąż patrząc przed siebie, skupiając się na ścianie. Uśmiech usechł i spełzł z jego ust, pozostawiając jego twarz w bezbarwnym wyrazie.

Zaczęło padać.


•••


Pochmurna niedziela upływała leniwie. Maddy spędzała ten dzień na kanapie razem z Benjaminem, opierając głowę na jego kolanach i oglądając jakąś niskobudżetową komedię. Film ją nudził, ale nie zamierzała mówić o tym bratu. W końcu liczyło się wspólne spędzanie czasu, a leżenie na jego kolanach całkowicie jej odpowiadało.

W tym tygodniu mało rozmawiała z Benem. Konflikt Alice z Glenem zupełnie ją wyczerpał, a potem Glen wylądował w szpitalu…

Z Glenem też niewiele rozmawiała. Wciąż czuła palący wstyd i bała się pokazać mu na oczy. Na pewno miał przez nią wiele nieprzyjemności w domu. Czy jego rodzice naprawdę myśleli, że oni… Uszy zapiekły ją nieznośnie.

Westchnęła cichutko i uśmiechnęła się pod nosem. Mimo wszystko… Było jej dobrze, kiedy tak razem leżeli, a ona była w niego wtulona. Jego spokojny oddech podczas snu… I ciepło jego ciała… Te ramiona, które ją oplotły, nie pozwalając jej spaść z łóżka… A potem pojawiła się jego rodzina.

Zastanawiała się co u niego słychać, ale bała się napisać. Co jeśli rodzice zabrali mu telefon, by go kontrolować? Jeszcze by coś sobie pomyśleli… Już wtedy, w szpitalu, miała ochotę zapaść się głęboko pod ziemię i nigdy stamtąd nie wychodzić. Nie wiedziała czy rano powinna pójść po Glena.

Zdecydowała, że w poniedziałek odpuści sobie czekanie na chłopaka i pójdzie do szkoły sama. Stwierdziła, że tak będzie lepiej i unikną tej niezręcznej atmosfery.

Może po prostu trzeba to przeczekać? Nie będę przychodziła po niego przez parę dni i wszyscy zapomną o tamtej sytuacji.

Za oknem rozległ się cichy szum milionów kropel wody, spadających na ziemię i rozbijających się o chodniki, drzewa oraz parapety. Spojrzała za okno, znów wzdychając.

Jutro też pewnie będzie padać. Będę musiała zabrać parasolkę. Gdybym szła z Glenem, to pewnie on wziąłby parasol i trzymałby go nad nami. Wyglądalibyśmy jak para…

— Zapomniałem zapytać — odezwał się Benjamin, zerkając na nią z góry. — Jak się ma twój przyjaciel? Lepiej z nim?

— Yyy… — Zarumieniła się intensywnie. — T… Tak, już z nim lepiej.

— A tak w ogóle… Co mu się stało?

— Już ci mówiłam. Został pobity.

— To jakiś chuligan?

— Nie, nie… On po prostu… Znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie… Wiesz, wydaje mi się, że ma ogromnego pecha. Mimo to, wciąż się uśmiecha i próbuje mi pomóc, zapominając zupełnie o sobie. To wspaniały przyjaciel.

— Rozumiem — na powrót wlepił oczy w szklany ekran telewizora.

Ona również powróciła wzrokiem do nudnej komedii. Zrobiła się śpiąca. Za oknem padał deszcz, a ona leżała na najwygodniejszych kolanach na całym świecie. Przymknęła oczy i z uśmiechem na twarzy pogłaskała brata po udzie.

— Nie jesteś przypadkiem o niego zazdrosny?

— O kogo? — Zdziwił się.

— O Glena.

— Ja? O niego? Głuptas z ciebie. Nie mam powodu.

— Ani troszeczkę? Nawet grama zazdrości? — Uśmiechnęła się szerzej, otwierając oczy i spoglądając na niego z dołu.

— Ani troszeczkę — zapewnił.

— To dobrze, Ben. Tylko ty się dla mnie liczysz.

Uśmiechnął się pod nosem, nie odrywając oczu od filmu. Jego młodsza siostra uniosła głowę, wsparła się na ramionach i usiadła obok niego. Wpatrywała się uporczywie w jego kości policzkowe, jej usta rozchyliły się z zachwytu. Kusząca skóra twarzy, jakby ją namawiała do krótkiego, lecz czułego pocałunku.

Zbliżyła wargi do policzka brata. Złożyła na nim wilgotny pocałunek, a potem cofnęła się powoli, obserwując jego reakcję. Wbrew jej przewidywaniom chłopak się nie zezłościł. Spojrzał na nią, powoli obracając głowę i uśmiechnął się do niej, wyciągając rękę w kierunku jej głowy. Położył dłoń na jej złotych włosach i pogłaskał ją czule, potem zjechał palcami i podrapał ją za uchem zupełnie jak kota.

— Moja mała, kochana siostrzyczka — pogładził ją po policzku i przyciągnął do siebie, obejmując ramionami. — Nigdy cię nie opuszczę, pamiętaj.

Zdziwiła się nagłym przypływem czułości, ale nie mogła narzekać — przecież tego właśnie pragnęła. Przylgnęła do jego piersi, także go obejmując i słuchając bicia jego serca. Wciągnęła nosem zapach jego perfum i uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Zamknęła oczy, rozkoszując się chwilą.

A deszcz wciąż padał…


•••


Na szybie pozostał ślad jej dłoni, jakby szkło chciało zapamiętać jej dotyk. Między jej światem, a rzeczywistością, znajdowała się szklana ściana, na której osadziły się krople porannego deszczu.

Wstała wcześnie. Obudziło ją dudnienie o metalowy parapet. Lubiła deszcz. Zawsze siadała przy oknie, z twarzą blisko szyby i przyglądała się jak miliardy kropel spadają z nieba.

Zapach kawy rozbudzał jej zmysły i znów przypominał o rannym chłopaku, z którego ulatywało życie. Bardzo dokładnie przypominała sobie tę scenę, starając się odtworzyć ją jak najlepiej. Jego poraniona, krwawiąca twarz… Pod tą maską sińców i rozcięć wydawała się być całkiem ładna. Chciałaby go odnaleźć i z nim porozmawiać — w końcu chodzili do jednej szkoły.

Przystawiła do warg kubek z parującym napojem i pociągnęła z niego łyk. Gorzki smak wypełnił jej usta. Właściwie to nigdy nie lubiła kawy, sama nie wiedziała dlaczego piła ją każdego poranka.

Pewnie żeby pamiętać, że życie ma gorzki smak.

Znów wyjrzała za okno. Samochody przesuwały się leniwie po czerni mokrego asfaltu. Ludzie wybierali się do pracy.

Wieczna pogoń za pieniędzmi.

Zawiał mocniejszy wiatr i korony drzew ugięły się pod jego naporem jakby chyliły głowę przed potężnym królem, twardo rządzącym swoimi ziemiami. Clem uśmiechnęła się blado, dopiła kawę i odsunęła się od okna. W tym samym momencie budzik zaczął wściekle brzęczeć, rzucając się po szafce nocnej. Dziewczyna podeszła do niego powoli i wyłączyła urządzenie jednym ruchem dłoni.

— Nawet słońce jest dziś zmęczone — mruknęła sama do siebie.

Zdjęła z krzesła wcześniej przygotowane ubrania, stanęła przy łóżku i powolnymi ruchami zaczęła zrzucać z siebie piżamę. Materiał zsuwał się nieśpiesznie po jej nagim ciele, nieco ją łaskocząc. W końcu krótkie spodenki i granatowa, luźna koszulka, wylądowały u jej stóp.

Usiadła na kołdrze, naciągnęła na siebie majtki, potem ubrała stanik, skarpetki, spódniczkę, zakolanówki, koszulę, zawiązała czerwoną wstążkę wokół szyi, tworząc kokardkę. Podeszła do toaletki, na której trzymała szczotkę. Zaczęła czesać włosy, oglądając efekty swojej pracy w lustrze przyczepionym do ściany.

Gdy uznała, że stan jej fryzury jest zadowalający, wzięła torbę szkolną i wyszła z pokoju. Sypialnia dziewczyny znajdowała się naprzeciwko kuchni, dlatego żeby zjeść śniadanie, musiała przejść jedynie kilka kroków.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.