E-book
13.65
drukowana A5
67.4
Miłosna Alchemia

Bezpłatny fragment - Miłosna Alchemia


Objętość:
493 str.
ISBN:
978-83-8104-080-8
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 67.4

Ludziom, którzy przy mnie trwali
i tym, którzy odeszli — bez nich ta książka nigdy nie zostałaby napisana.

Rozdział 1
Pies i list

Receptura

— Dwoje ludzi

— Krąg symbiozy

— Czas

— Odrobina szczęścia

Po pierwsze: doprowadzić do spotkania obiektów, zwanych ludźmi.

Po drugie: dać im czas na poznanie.

Po trzecie: dodać odrobinę szczęścia i zrządzeń losu.

Wywar odstawić na parę tygodni, aż dojrzeje.

Reakcje zachodzące w ludziach wytworzą przyjaźń. Następnie należy zastosować prawo równej wymiany. Po pewnym czasie w powietrzu zacznie unosić się specyficzny zapach miłości, a wszystko za sprawą transmutacji. Owa rzecz jest znana od wieków i nie trzeba być alchemikiem, aby to rozumieć.


•••


Gwiazdy migotały cicho, a nieśmiały księżyc od czasu do czasu wyglądał zza chmur. Był wyjątkowo jasny, jakby świecił specjalnie dla nich. Otulała ich ciepła, wiosenna noc, jedna z tych, które chce się spędzić na dworze, leżąc na zielonej trawie, aż do samego rana.

Stali naprzeciw siebie, okryci bezwietrzną ciemnością. Wydawało się, że jedna z gwiazd dotknęła bladych policzków dziewczyny, przyprawiając ją o rumieńce. Chłopak uśmiechnął się ciepło. Spojrzał w górę, a potem w jej oczy. Ze zdziwieniem stwierdził, że pięknem dorównywały one gwieździstemu niebu.

Zerknął ukradkiem na swój zegarek. Było już późno, a oni zdecydowanie powinni wrócić do domu.

— Powinniśmy już wracać — niechętne mruknięcie rozerwało ciszę.

— Zostańmy jeszcze trochę! Proszę! — Mimo że miała siedemnaście lat, przypominała małe dziecko, proszące o jeszcze parę minut zabawy.

— Nie sądzę, by to był dobry…

— Proszę! Tylko piętnaście minut!

Westchnął.

— Dobrze… Ale tylko piętnaście minut i ani minuty dłużej.

Chichocząc, popędziła w kierunku huśtawek, usiadła na jednej i zawołała:

— Pohuśtasz mnie?

Podszedł powolnym krokiem niczym zmęczony życiem starzec, stanął za nią i pchnął delikatnie w przód. Znów się zaśmiała. Ten śmiech przypominał mu dziecięce lata. Zabawy w piaskownicy i wspomnienia o wspaniałych zamkach z piasku nabrały koloru.

— Mocniej! Mocniej! — Zaśmiała się głośno.

— A jeśli spadniesz? — Wyszczerzył zęby.

— To mnie złapiesz!

— A jeśli nie?

— Wtedy pocałujesz miejsce, w które się zraniłam!

— Hm… Wydaje mi się, że to uczciwy układ.

— Ben…

— Tak, Madeline?

— Kocham cię, braciszku.


•••


Uwagi dla młodego alchemika:

Wysoce nieroztropne jest wybierać ludzi dzielących jedną krew. Reakcja symbiozy i równej wymiany między nimi prowadzi tylko do jednego. Grzechu.

Adepcie, wyobraź sobie soczyste, czerwone jabłko. Trzymasz je, licząc, że dojrzeje i będzie jeszcze słodsze. Ale jabłko zaczyna gnić i pojawiają się w nim robaki. To się właśnie dzieje, gdy łączysz ludzi z tej samej krwi. Czy może być coś bardziej odrażającego niż kazirodztwo?


•••


Kolejny wiosenny poniedziałek przyniósł ekscytację, która osiadła na dnie jej brzucha i wierciła się niespokojnie. To był dla niej wielki dzień. Trema dawała się we znaki, jednak na jej twarzy gościł uśmiech.

Wstała pospiesznie z łóżka i pobiegła na boso do łazienki, porywając po drodze parę ubrań. Umyła się, ubrała, uczesała i umalowała, potem zbiegła po schodach na śniadanie.

Ben stał przy kuchence, w samych spodniach; jego blade ciało skąpane było w świetle poranka. Pod skórą rysowały się mięśnie, a brązowe, nieco kręcone włosy odstawały na wszystkie strony.

Właśnie smażył na patelni tosty, takie jakie lubiła najbardziej.

Nie zauważył jej. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, poprawiła bluzkę i powiedziała głośno:

— Dzień dobry, braciszku!

Wzdrygnął, a po jego nagich plecach przebiegł dreszcz. Spojrzał na nią przez ramię szmaragdowym wzrokiem, odpowiedział jej uśmiechem i wrócił do pichcenia.

Madeline usiadła przy stole, czekał już na nią biały talerzyk wraz z nożem i widelcem.

Cały Ben, pomyślała.

Zawsze pamięta o wszystkim.

Chwilę później podszedł do niej z tostami, położył je na talerzu, mówiąc:

— Smacznego.

Spojrzała na niego uważnie. Pod oczami miał fioletowe wory jakby nie spał od tygodni.

— Nie wyspałeś się, Ben?

— Nie mam na co narzekać — mruknął.

— Przyznaj się, znowu siedziałeś do późna i pisałeś artykuł! — Powiedziała groźnie, ale jej złość budziła w nim jedynie rozbawienie.

— Dobra, przyznaję się! Tylko mnie nie bij! — Zaśmiał się.

Pokręciła głową i zaczęła jeść tosty pachnące ziołami. Pierwszy kęs był niesamowity. Drugi, trzeci i czwarty nie ustępowały pierwszemu. Ben był świetnym kucharzem i potrafił zmienić najprostsze produkty w symfonię cudownych smaków.

W końcu wyłączył gazówkę i usiadł przy stole.

Tego dnia był jakiś… Milczący. Co prawda nigdy nie był zbyt wylewny, ale zawsze rozmawiał z nią podczas śniadania, teraz natomiast milczał. Jadł powoli, wbijając wzrok w talerz. Wyglądał jakby myślał o czymś ważnym.

Jej orzechowe oczy łapczywie go pożerały. Omiatała swym spojrzeniem wydatne obojczyki, silne ramiona, smukłą szyję. Napawała się widokiem jego policzków i lśniących włosów.

— Ben, wszystko dobrze?

Spojrzał na nią zaspanymi oczami. Milczał jeszcze przez chwilę, zerkając na siostrę.

— W porządku, jestem po prostu zmęczony.

— Może się połóż? Odrobina snu by ci nie zaszkodziła.

— Dziś twój wielki dzień, co? — Uśmiechnął się, zmieniając temat.

Westchnęła, kiwając głową. Wiedziała, że z nim nie wygra.

Wepchnął do ust resztki ciepłego tosta, przeżuł go powoli i obdarzył dziewczynę ostatnim, długim spojrzeniem, potem wstał od stołu i umył swój talerz.

— Masz dziś jakieś plany? — Założyła kosmyk włosów za ucho.

— Nie, raczej nie — wymamrotał.

— To… Może przyjdziesz do mojej szkoły? Poczułabym się pewniej, gdybyś był na sali podczas występu.

— Nie wiem… Zobaczy się.

— Proszę, przyjdź!

— Madeline… Zobaczę, dobrze?

Dziewczyna skinęła głową, skończyła posiłek i wstała od stołu. Zabrała swoją torbę i wyszła z domu, wołając:

— Do zobaczenia!

Benjamin został sam, z głową wypełnioną ponurymi myślami. Tak naprawdę, gdy skończył pisać artykuł, położył się, ale nie mógł zasnąć. Natłok myśli mu na to nie pozwalał.

Był się rozdarty. Targało nim pożądanie, zatrzymywały wyrzuty sumienia. Czy to, czego chciał było w porządku? Wiedział, że społeczeństwo nigdy tego nie zaakceptuje… Bo ludzie widzieli w nich tylko wspólną krew.


•••


Miała duże, brązowe oczy i długie blond włosy. Nosiła grzywkę, która niczym jesienny, złoty liść, opadała delikatnie na jej czoło z obu stron.

Madeline zwróciła swoją krągłą twarz w stronę wiosennego słońca. Promienie zatańczyły w jej włosach, nadając dziewczynie anielskiego wyglądu.

Złapał się na tym, że znów się na nią gapi. Z żalem odwrócił wzrok od pięknie wyeksponowanych ramion i błękitnej sukienki na ramiączkach, która była jedyną rzeczą okrywającą jej wspaniałe, drobne ciało.

Zarzucił plecak na ramię i ruszył do budynku. Powietrze było tam duszne, przesiąknięte ostrym zapachem farby.

Remontu im się zachciało!

Miał lekcję w klasie numer sto trzy. Chemia. Idąc w tamtym kierunku, minął grupkę dziewczyn, dyskutujących o czymś żywo.

— Weź się w garść, Lizzy, to tylko chłopak! Znajdziesz innego!

— Ale… Ale… Ja go kocham! — Zaszlochała druga.

Glen przeszedł obok nich obojętnie. Obchodziła go tylko jedna dziewczyna. Marzył o niej. Pragnął z nią być… Chciał, by go dostrzegła i odpowiedziała na jego uczucia, ale był zbyt nieśmiały, aby do niej podejść.

Dzwonek wypełnił korytarze, a uczniowie zaczęli schodzić się do klas. On również to zrobił, wtapiając się w morze jednakowych mundurków.

Kiedy usiadł w ławce, kontynuował swoje rozmyślała o pięknej Madeline. Podziwiał ją od pierwszej klasy. Śnił o niej prawie każdej nocy. Rozpływał się, fantazjując o jej nieskazitelnej skórze. Była dla niego zmaterializowaną formą szczęścia.

Główną przeszkodą stojącą między nim, a zdobyciem swojej wybranki serca, był jego wygląd. Nie był raczej chłopakiem w jej typie. Średniego wzrostu, z twarzy średnio przystojny, po prostu zwykły przeciętniak. Miał dość długie, ciemne włosy z grzywką zasłaniającą szare oczy. Z usposobienia był cichy. Nie lubił być w centrum uwagi, dlatego zawsze trzymał się na uboczu. Myśląc o tym wszystkim, uświadomił sobie, że nie ma u niej żadnych szans.

Westchnął z rezygnacją i skupił się na lekcji. Jego nauczyciel — pan Brown, prowadził właśnie dość ciekawy wykład na temat katalizy enzymatycznej.

— W ten sposób enzymy są kwalifikowane do jednej z sześciu klas — mówił mężczyzna. — Oksydoreduktazy, transferazy, hydrolazy, liazy, izomerazy oraz ligazy.

Chłopak nawet nie spostrzegł kiedy minęło czterdzieści pięć minut. Spakował swoje rzeczy do plecaka i wyszedł na dziedziniec szkoły, by trochę się przewietrzyć. Miał dość duszącego zapachu farby.

Będąc na zewnątrz ponownie pogrążył się w myślach o swojej wybrance. Wyobrażał sobie jak wspaniale byłoby dotknąć jej delikatnej, miękkiej skóry, powąchać jej lśniących, idealnie ułożonych włosów… Myślał jak cudowne mogłoby być bawienie się tymi złotymi kosmykami…

Nagłe zderzenie wyrwało go z rzeki myśli. Miał już krzyknąć coś nieprzyjemnego, ale gdy spojrzał na osobę, która na niego wpadła, otworzył szeroko oczy i natychmiast zrezygnował z agresywnego podejścia do sprawy.

Na początku myślał, że to tylko przewidzenie, ale po chwili zrozumiał, iż wcale mu się nie wydawało. Stał przed nim anioł! Nie była to istota pozaziemska, lecz coś bardziej realnego. Dziewczyna jego marzeń i snów. Madeline w białej sukni, ze skrzydłami z tektury pokrytej puchem, przytwierdzonymi do pleców. Nad jej głową widniała złota aureola, podtrzymywana przez drucik wystający z tyłu, zza kołnierza sukni.

— Hej… Eee… Wybacz — bąknęła, oblewając się obfitym rumieńcem.

Sparaliżowało go. Nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Patrzył na nią bezradnie, czując jak jego uszy, przybierają barwę piwonii.

Dziewczyna zaczerwieniła się jaszcze bardziej, zrobiła parę kroków w tył i uciekła. A on trwał w swojej pozie, przypominając marmurowy posąg. Jedyne co mógł zrobić, to podążać za nią wzrokiem. Dopiero gdy zniknęła za rogiem, zrozumiał co się stało.

Zmarnował szansę.

Zapach Madeline pozostał powietrzu jeszcze przez parę sekund. Delikatna, kwiatowa woń subtelnie pieściła jego nos, pobudzając zmysły.

Więc tak pachnie miłość, pomyślał.

Słodko i delikatnie.

To był naprawdę wyjątkowy dzień, mający miejsce tylko raz do roku. Tą rzadką okazją był Dzień Otwarty. Na korytarzach i w auli rozstawiono tuziny stoisk, obleganych przez ocean uczniów.

Ale Glena to nie obchodziło. Tego dnia interesowało go tylko jedno. Pewna wyjątkowa atrakcja, na którą czekał od bardzo dawna. Przedstawienie z piękną Madeline w roli głównej. Czuł jak wnętrzności skręcają mu się z ekscytacji. Radość mieszała się z narastającym podnieceniem, doprowadzając go do szaleństwa.

Występ miał odbyć się już za chwilę, a on zaczął szukać wolnego miejsca w auli. Sala wypełniona była długimi rzędami krzeseł, w większości już zajętych przez uczniów i gości. Przeciskał się między nimi, przepraszając wszystkich półszeptem.

W końcu udało mu się znaleźć wolne miejsce. Usiadł obok jakiejś grubej dziewczyny w różowym swetrze, która obdarzyła go wrogim spojrzeniem, zupełnie jakby chciała pożreć nieszczęśnika. Nie miał jednak zbyt wielkiego wyboru. Bardzo chciał zobaczyć Madeline, dlatego musiał wytrzymać. Postanowił po prostu ignorować wrogo nastawioną sąsiadkę.

Skupił wzrok na zielonej kurtynie, przecinającej scenę w pół. Zza materiału dobiegały stłumione, nerwowe szepty. Wydawało mu się, że wśród głosów słyszał słodki głosik Madeline.

Zasłonięto okna, przygaszono światła. Kurtyna rozsunęła się powoli, ukazując drobną dziewczynę w białej sukni ze skrzydłami. W niewielkiej dłoni trzymała mikrofon. Omiotła oczami całą salę, jakby kogoś szukała.

Nagle posmutniała, jej spojrzenie wypełniło się rozczarowaniem. Zadrżała lekko na całym ciele. Cofnęła się niepewnie o krok i jeszcze raz rozejrzała. Mimo iż Glen siedział daleko od sceny, mógłby przysiąc, że dostrzegł jak srebrzyste łzy napływały jej do oczu.

Co się stało? Dlaczego posmutniała?

Patrzył na wspaniałą i wyniosłą, a jednocześnie delikatną i kruchą niczym mały kryształ lodu dziewczynę. Coś ścisnęło mu serce, odbierając mu dech. Nie wiedział co było zmartwieniem pięknej Madeline, jednak dzielił jej smutek.

Wtedy się wyprostowała, starła łzy dłonią i uniosła mikrofon do ust.

— Dziękujemy wszystkim za przybycie na przedstawienie pod tytułem „Świat miłości”. Mamy nadzieję, że spodoba się państwu spektakl, który my — uczniowie, dla państwa przygotowaliśmy.

Po tych słowach dziewczyna uciekła szybciutko za kotarę i na scenie pojawiły się dwie nowe osoby.


•••


Przedstawienie dobiegło końca. Ludzie się rozeszli, pozostawiając po sobie puste krzesła oraz duszną mieszankę potu i perfum.

Tego dnia liczyła tylko na jedną rzecz… Miała jedno marzenie, które się nie spełniło… I mimo że spektakl odniósł ogromny sukces, ona czuła ból. Siedziała zapłakana na bocznych schodach sceny, wycierając łzy dłonią. Oczy ją piekły, a policzki były rozpalone do czerwoności. Nie wyglądała już tak wspaniale jak podczas występu.

Nie było przy niej żadnych przyjaciół, którzy by ją pocieszyli. Pozostawiono ją samą sobie, aby utonęła się w rzece smutku i łez. Kiedy na nią patrzył, budziło się w nim współczucie; jej cichy szloch sprawiał, że chciał do niej podejść, przytulić i wyszeptać „wszystko będzie dobrze”. Dlaczego był jedyną osobą, która to widziała? Dlaczego nie było tam nikogo innego?

Toczył wewnętrzną walkę między nieśmiałością, a chęcią pomocy dziewczynie. Nieznośne wiercenie w żołądku dawało o sobie znać, paraliżując go, nie pozwalając się do niej zbliżyć. Jednak miłość do Madeline była równie silna, co skrytość.

Przygryzł mocno wargę i drżąc na całym ciele, postawił pierwszy krok do przodu. Serce zabiło jak szalone. Chciało uciec z klatki piersiowej i pomknąć ku zapłakanej dziewczynie. Drugi krok był o wiele łatwiejszy od poprzedniego, mimo to wciąż się trząsł.

Noga za nogą, metr za metrem, kroczył powoli i bardzo niepewnie w jej stronę. Już za chwilę będzie tak blisko… Będzie mógł wyciągnąć rękę ku pięknym włosom… Dotknie ich… Już zaraz…

Serce tłukło się coraz mocniej i szybciej.

Trzy metry…

Co powinienem powiedzieć?! Boże, co ja wyprawiam?!

Dwa metry…

To był durny pomysł! Zrobię z siebie idiotę!

Metr…

Stanął przed nią, cały zesztywniały. Uszy chłopaka po raz kolejny przybrały barwę piwonii. Dłonie drżały mu tak mocno, że wyglądało to na jakiś dziwaczny atak padaczki. Nie wiedząc co z nimi zrobić, wcisnął je pospiesznie do kieszeni. Na dnie jego żołądka osiadła ciężka sztaba ołowiu. Zakręciło mu się w głowie, już myślał, że runie na ziemię, ale w ostatniej chwili odzyskał równowagę.

Zebrał się w sobie i wydukał:

— H… H… He… Hej… W… W… Wszystko w… Porządku?

Najdurniejsze pytanie jakie mogłeś zadać, idioto!

— Co… Się stało? — Zapytał nieco pewniej. W odpowiedzi dziewczyna zaszlochała jeszcze głośniej.

Wtedy wszystko zniknęło. Cały stres przepadł. Działał machinalnie, nie mając pojęcia co robi. Zbliżył się do niej i przysiadł obok. Milczał przez chwilę, patrząc przed siebie, wsłuchując się w płacz.

— Nie przyszedł, prawda? — Odezwał się w końcu, wciąż patrząc na wprost.

Łkanie ustało na chwilę. Uniosła głowę i spojrzała zapłakanymi oczami na Glena. Trafił. Wiedział, że trafił. Gdyby było inaczej, nawet by na niego nie spojrzała.

— S… Skąd wiesz?

— Po prostu wiem — mruknął ponuro. — To było dla ciebie ważne, mam rację?

— Chciałam… Chciałam dziś tylko… Żeby… Żeby przyszedł… Ale… Ale się nie zjawił…

— Rozumiem. Jest ci bardzo bliski?

— Wiesz… Jest dla mnie jak brat — uśmiechnęła się przez łzy.

Zrozumiał, że życie daje mu niepowtarzalną szansę, z której nie skorzystać byłoby grzechem. Mógł zbliżyć się do swojej wybranki serca. Stać się jej przyjacielem, a potem…

— Zrobię wszystko, żeby ci pomóc.

— Zrobisz… Wszystko?

— Tak! Tylko już nie płacz.

— Naprawdę mi pomożesz? — Otworzyła szerzej oczy, kąciki jej ust uniosły się lekko w górę.

— Oczywiście! Dam z siebie wszystko!

— Będziesz mi wierny… Jak piesek?

— Co? — To pytanie go zdezorientowało, ale nie ostudziło jego entuzjazmu. — Ach tak, dla ciebie zrobię absolutnie wszystko!

Twarz dziewczyny rozjaśniła się niczym niebo po burzy, ślady łez znikły całkowicie, ustępując miejsca szerokiemu uśmiechowi. Jej oczy zabłyszczały tajemniczo.


•••


To był prawdopodobnie najszczęśliwszy dzień w całym jego życiu. Nigdy nawet nie śmiał spodziewać się takiego obrotu spraw. Serce biło mu jakoś mocniej niż zwykle, a na twarzy pojawiło się coś naprawdę rzadkiego — uśmiech. Nie był to krzywy grymas ani fałszywy półuśmieszek. Prawdziwy, szczery uśmiech.

Podekscytowanie łaskotało go przyjemnie po brzuchu, a w środku czuł dziwne ciepło. Nigdy wcześniej nie doświadczył takiego stanu, wszystko to było nowe, świeże i pociągające. Zanurzył się w tym uczuciu po sam czubek głowy i dał ponieść miłosnemu nurtowi, nie dbając o konsekwencje.

Powodem tej nieujarzmionej radości była rzecz prozaiczna, zdająca się nie mieć jakiegokolwiek znaczenia. Rzecz tak banalna odmieniła życie nieszczęśliwego do tej pory chłopaka. Madeline poprosiła go o numer telefonu. Zapytała też gdzie mieszka, aby mogła po niego przychodzić w drodze do szkoły.

Gdy przekroczył próg swojego domu, zawołał radośnie:

— Cześć wszystkim!

Pobiegł na górę, do swojego pokoju. Entuzjazm wręcz się z niego wylewał. To było dla niego nietypowe zachowanie, biorąc pod uwagę jego usposobienie. Zazwyczaj wracał ponury, mrucząc coś pod nosem, z trudem wlokąc się po schodach.

Otuliły go szare ściany niewielkiego pokoju. Przy oknie stało biurko, a na nim monitor, obok mebla znajdował się komputer. Nad miejscem do odrabiania lekcji, wisiała szeroka półka, wypełniona po brzegi książkami.

Chłopak rzucił się na niepościelone łóżko i zaśmiał się głośno. Czuł, że jest w stanie przenosić góry. Był wypełniony niesamowitą ilością energii, którą pragnął jakoś spożytkować. Jego rechot niósł się po całym domu, budząc niemałe zainteresowanie rodziny. Rzadko kiedy był szczęśliwy. To mogła być jego szansa na odszukanie sensu w tym smutnym, szarym świecie.


•••


Zerwał się z łóżka, przestraszony faktem, że coś tłucze się na biurku. Hałas przypominający bzyczenie gigantycznej pszczoły zmusił go do spojrzenia w kierunku telefonu, rzucającego się wściekle po meblu. Pochwycił go czym prędzej i odebrał, nie zwracając uwagi kto dzwoni. Przystawił komórkę do ucha i natychmiast tego pożałował. Z drugiej strony słuchawki dobył się krzywdzący uszy wrzask.

— GŁUPI PSIE! ILE MAM NA CIEBIE CZEKAĆ?! WYŁAŹ PRZED DOM, IDIOTO!

Glen bez namysłu nacisnął czerwoną słuchawkę i rzucił komórkę na łóżko, zastanawiając się, kto jest na tyle niedojrzały, żeby robić tak głupie żarty.

Westchnął ciężko i podrapał się po głowie. Zaczął się przeciągać, gdy znów rozległ się dźwięk wibracji. Tym razem spojrzał spokojnie w tamtym kierunku. Na wyświetlaczu widniał napis „Madeline Lane dzwoni”. Serce chłopca zabiło radośnie, niemal uciekając z klatki piersiowej przez gardło. Sięgnął drżącą dłonią w kierunku telefonu, podniósł go ostrożnie i odebrał połączenie.

— Halo?

— Czy możesz już wyjść przed dom? — W słuchawce zabrzmiał przepełniony słodyczą głos. — Nie lubię czekać.

— Yyy… Tak… Już… Chwilę! — Rozłączył się i popędził do łazienki, łapiąc w biegu jakieś ubrania.

Odpuścił sobie poranny prysznic i od razu zaczął naciągać na siebie spodnie, skacząc przy tym po całym pomieszczeniu. Potem pośpiesznie wyszorował zęby, przez co lustro wyglądało jak poprószone śniegiem. Paskudne połączenie śliny i pasty do zębów, tworzyło białe plamki, osadzające się prawie na każdej powierzchni.

Gdy skończył, założył koszulę i pobiegł dalej, starając się nie marnować czasu. Skarpetki, buty, potem z powrotem na górę po plecak i krawat. Znów na dół, tłukąc się po schodach, budząc przy tym wszystkich domowników.

Wybiegł z domu bez śniadania; znalazł się na ulicy i rozejrzał.

Po drugiej stronie jezdni stała śliczna dziewczyna w mundurku szkolnym. Biała koszula; wokół szyi, pod kołnierzykiem przebiegała bordowa wstążka, zapleciona z przodu w kokardkę; czerwona spódniczka w czarną kratę oraz czarne zakolanówki. Na stopach miała czarne lakierki, wypolerowane tak, że można było się w nich przejrzeć.

Chłopak po raz tysięczny zachwycił się Madeline. Była niepospolicie piękna. Kształtna figura, lśniące, zadbane włosy, prosty, niewielki nosek, drobne, miękkie dłonie. Była tak urodziwa, że świat wokół niej stawał się bajkowy jakby jedyną porą roku, mogącą istnieć, była wiosna — pełna kwiatów, ptaków, promieni słońca i miłości.

I te oczy… Ciemne, ale czułe i radosne. Gdy na kogoś patrzyła, wydawało się, że chce przelać na tę osobę wszystkie swoje uczucia. Niesamowite spojrzenie… Zupełnie jak anioł.

Glen postawił pierwszy krok na chropowatym asfalcie, chcąc jak najszybciej dotrzeć do swojej wybranki serca. Już stawiał kolejny krok, gdy usłyszał długi, przeraźliwy pisk opon.

Zadrżał na całym ciele i natychmiast zalała go potworna fala gorąca. Spojrzał w lewo. Parę centymetrów dalej znajdował się samochód o srebrnej karoserii.

Za kierownicą siedziała kobieta o kruczoczarnych włosach; na jej twarzy zastygło przerażenie, usta miała nieco rozchylone, jakby ktoś ją uderzył. Wlepiała swoje niebieskie oczy w zdezorientowanego chłopca.

Drgnął, otrząsając się ze stagnacji. Ostrożnie, wciąż patrząc na kierowcę, odsunął się od pojazdu, kierując się w stronę dziewczyny. Jego głowę wypełniała pustka, jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że mógł przed chwilą stracić życie.

Znalazł się na chodniku. Stanął przy Maddy i spojrzał nieśmiało w jej oczy. Drobne, jasne wargi dziewczyny drżały jakby chciała się rozpłakać. Oddech miała przyśpieszony, jej klatka piersiowa falowała niespokojnie.

Trwali jeszcze przez chwilę w milczeniu, potem stało się coś naprawdę dziwnego.

— TY GŁUPI PSIE! DLACZEGO PAKUJESZ SIE WPROST POD KOŁA SAMOCHODU?! MOGŁEŚ ZGINĄĆ! W DODATKU SIĘ SPÓŹNIŁEŚ! MUSIAŁAM CZEKAĆ CAŁE DZIESIĘĆ MINUT!

Glen otworzył usta ze zdziwienia, potem powoli je zamknął. Stał w bezruchu, próbując zrozumieć, co się właśnie stało. Tak gromki głos, był ostatnią rzeczą, jakiej się po niej spodziewał. Zastanawiał się czy stojąca przed nim osoba, na pewno była Madeline Lane. Przecież… Nigdy wcześniej nie widział, aby robiła coś takiego. Zawsze była taka idealna, cicha i uśmiechnięta…

Wtedy przypominał sobie poranny telefon. Pomału zaczął zdawać sobie sprawę, że to wcale nie był czyjś głupi żart… To była ona… Ale… Jak to możliwe? Co się z nią stało? Przecież nigdy się tak nie zachowywała…

— Nieważne! Chodźmy już — westchnęła głośno i ruszyła przed siebie.

Nigdy nie widziałem, żeby na kogoś krzyczała. Może… Porwali ją kosmici? Nie… Nie bądź głupi. Może… Może… Może ma TE dni?

Jego rozmyślania zostały przerwane przez delikatny głos dziewczyny.

— I co, wymyśliłeś jak mi pomóc?

Szlag!

Zapomniał o tym całkowicie. Był zbyt przejęty zdobyciem jej numeru, by móc myśleć o innych sprawach. W myślach wyzywał się od najgorszych idiotów, jednocześnie próbując wymyślić jakikolwiek sensowny sposób, mogący pomóc w rozwiązaniu jej miłosnego kłopotu.

— Powinnaś napisać list miłosny, to pasuje do dziewczyn. Chyba… — Poczuł jak pąsowieje.

— Ja mam pisać listy miłosne do niego?! To on powinien…

— Chcesz go zdobyć czy nie? — Przerwał jej nagle, dziwiąc się własną śmiałością.

— Ale… Widzisz… — Teraz to ona się zarumieniła. — Ja nie umiem ładnie pisać, wycinać serduszek, i takich tam… Pomożesz mi?

Miał jej pomóc z pisaniem listu miłosnego? Zadanie to napawało go złością, a jednocześnie nieopisaną radością. Gniew, bo to nie on był jej wyborem, szczęście, bo poprosiła o pomoc właśnie jego.

Zaczął się zastanawiać czy tak idealna istota jak Madeline naprawdę może nie umieć napisać listu. Wydawało mu się to być tak niemożliwe, jak oddychanie pod wodą.

— Oczywiście, że ci pomogę. Kiedy chcesz to zrobić?

— Może dziś w szkole?

— Szkolna czytelnia się nada. Nikt nam tam nie będzie przeszkadzał. I nikt nie podsłucha treści. W końcu uczniowie tam nie chodzą. Tylko kompletne odludki.

Zaczerwienił się, spostrzegając, że mówi o sobie samym. Glen Drew nie mógł wpasować się w żadną grupkę uczniów z jego klasy. Nie pasował do tych przystojnych i popularnych. Nie było dla niego miejsca u sportowców. Nawet kujony go nie chciały. Został skazany na całkowite wykluczenie z życia społecznego w szkole.

Dlatego niemal każdą przerwę między lekcjami, spędzał w bibliotece, kładąc głowę na ławce i czekając do dzwonka. Tam nikt nie posyłał mu wrogich spojrzeń i nie wytykał palcami. Stawał się niewidzialny.

Przyczyna jego wyklęcia była bardzo prozaiczna. Miała związek z ostatnią wigilią klasową w gimnazjum i z dziewczyną o imieniu Eli. Natychmiast odpędził od siebie to wspomnienie. Zawsze tak robił. Tamten dzień należał do najbardziej żenujących dni w jego życiu i wolałby o nim nie pamiętać.

Szli właśnie mostem, rozciągniętym nad szeroką, rwącą rzeką. Mijali przechodniów; część z nich śpieszyła się do pracy, inni do szkoły, a jeszcze inni do domu. Byli też tacy, którzy spacerowali spokojnie, czerpiąc przyjemność ze słonecznego poranka. Ludzie ci, beztrosko i z uśmiechem przyglądali się nutowi rzeki, z lubością wsłuchiwali się w ledwo słyszalny chlupot wody, zagłuszany przez skowyt miasta. Wydawali się nie mieć żadnych zmartwień. Nawet wiatr, targający ich włosy i próbujący strącać kapelusze z głów im nie przeszkadzał.

— Zatrzymajmy się tu na chwilę!

— Co? — Wyrwał się z zamyślenia.

— Popatrzmy trochę jak płynie rzeka! — Zachichotała niewinnie i opierając się o białą barierkę, spojrzała w dół.

Glen wymruczał coś, co nie przypominało nawet słów i stanął u boku pięknej dziewczyny, zerkając w toń równie mętną co jego myśli. Ciemne odmęty umysłu, tworzyły coraz to nowe, ponure wnioski.

Wcześniejsza radość ze spotkania panny Lane, przeminęła bezgłośnie. Czyżby chodziło o to, jaka była naprawdę? Bo jaka w końcu była? Słodka, zawsze miła i uśmiechnięta? A może agresywna, wyrachowana i zimna? Tak zimna jak woda, tam na dole…

Znów zaśmiała się radośnie, wychylając niebezpiecznie poza barierkę. Jej ciało pochyliło się ku dołowi, ślizgając na metalu. Pisnęła przeraźliwie, wypadając niemal poza poręcz. Radość w ułamku sekundy przemieniła się w strach.

Chłopaka zalała lodowata fala lęku. Nim zdążył cokolwiek pomyśleć, jego ręka wystrzeliła w kierunku dziewczyny, owinęła się wokół jej tali i przyciągnęła ją tak blisko, że ich ciała się zetknęły. Poczuł jej ciepło na swoim torsie. Jej przerażony, drżący oddech smagał koszulę nastolatka. Zapach szamponu i delikatnych perfum wdarł mu się do nosa, sprawiając, że puścił wodze fantazji.

Wyobraził sobie, że tuli ją pośrodku łąki pełnej kwiatów, na której nic im nie grozi. Nikogo poza nimi tam nie było. Słodka, kusząca samotność, którą pragnął tak bardzo wykorzystać. Dalecy od wrogich spojrzeń. Dalecy od szumu miasta i warkotu silników. Dalecy od smutku. Cieszyli się wzajemną obecnością. Łaknęli się coraz bardziej i mocniej, upojeni miłosnymi oparami, unoszącymi się nad ich głowami. Ich dusze i ciała wzajemnie się wypełniały, tworząc wspaniałą jedność.

Nagle bańka pełna marzeń pękła. Poczuł mocne pchnięcie na klatce piersiowej. Wrócił do rzeczywistości, spoglądając na Madeline. Wyrwała się z jego ramion, cofając o dwa kroki. Na jej twarzy malowała się wściekłość, a brązowe oczy świdrowały go gniewnie.

Znów to samo… Ta słodka, drobna osóbka… Wypełniona po brzegi nienawiścią i oburzeniem… Jak to było możliwe?

— Jesteś psem! Znaj swoje miejsce! — Krzyknęła groźnie, budząc zainteresowanie przechodniów.

— Mogłaś spaść — wyjaśnił spokojnie, czując jak coraz więcej par oczu skupia się na nim.

— Masz mnie nie dotykać! — W jej głosie pojawiła się jakaś… Rozpacz.

— W porządku. To się już nie powtórzy — powiedział cicho, próbując opanować rosnący rumieniec.

— No ja myślę!

Resztę drogi spędzili w milczeniu, oboje zakłopotani wcześniejszą sytuacją. Gdy dotarli na miejsce, rozeszli się do swoich klas, nie zamieniając ze sobą nawet słowa.

Glen był nieobecny podczas lekcji. Nie skupiał się na słowach nauczycieli; niewiele go one obchodziły. Jego myśli zaprzątała inna sprawa. Myślał o cieple, które czuł na swoim ciele, o jej oddechu, ocierającym się delikatnie o materiał koszuli. Często wracał do marzeń o pustej polanie, tak bardzo przypominającej raj. Rozpływał się na samą wizję tego, że mógłby przytulić Madeline, a ona odpowiedziałaby tym samym, szepcząc „kocham cię”.

Po trzeciej lekcji znów udał się do czytelni, nie mając ochoty przebywać w towarzystwie klasy. Wszedł do biblioteki, powłócząc nogami. Rzucił bibliotekarce krótkie „bry” i usiadł na swoim miejscu, kładąc głowę na blat ławki.

Zza drzwi dobiegał stłumiony szmer szkolnego życia, w którym nie miał ochoty uczestniczyć. Miał dość smrodu, roztaczającego się wokół tych fałszywych ludzi; dość mentalnej zgnilizny, wypływającej z ich podłych ust, zalewającej całe korytarze. Nie chciał mieć z nimi nic wspólnego.

— Gardzę wami — wyszeptał. — Gardzę wami wszystkimi.

Wtem drzwi czytelni uchyliły się lekko i zajrzała przez nie niewielka głowa, ozdobiona pięknymi blond włosami. Jej krągła, idealna twarz rozejrzała się po wnętrzu, jakby czegoś szukała. Duże, brązowe oczy zatrzymały się na smutnym chłopaku.

Madeline weszła do środka, stukot podeszew o podłogę niósł się po całym pomieszczeniu. Drew uniósł głowęe. Ciężko opisać jego zdziwienie, gdy ujrzał pannę Lane, stojącą przed nim z kilkoma kartkami kolorowego papieru.

— Byliśmy umówieni — powiedziała pod nosem cicho jakby się wstydziła. — Mogę usiąść?

Pokiwał głową.

Dziewczyna odsunęła krzesło i usiadła, kładąc różnobarwny papier na stoliku. Wbiła spojrzenie w chłopaka jakby czegoś oczekiwała, jednak on nie wykonał żadnego ruchu.

— Więc… Pomożesz mi?

— Pewnie. Zatem list miłosny, tak?

— Czy… Mógłbyś napisać go za mnie? Ale tak, żeby pismo wyglądało na dziewczęce. Mi z ekscytacji będą drżeć ręce.

— Co ma być w tym liście? Masz jakieś gotowe pomysły, wyznania lub słowa, którymi chciałabyś się z nim podzielić?

— Sama nie wiem…

— Może zacznijmy tak: Jeśli życie byłoby snem, to byłyby to sen o Tobie.

— Całkiem nieźle jak na psa! Nie wiedziałam, że jesteś takim romantykiem! Co dalej?


•••


Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 13.65
drukowana A5
za 67.4