E-book
15.75
drukowana A5
31.46
Miłość zaa ściany

Bezpłatny fragment - Miłość zaa ściany


Objętość:
99 str.
ISBN:
978-83-8455-643-6
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 31.46

Dla tych, którzy wciąż szukają kogoś, kto usłyszy ich w tłumie.

I dla wszystkich sąsiadów, którzy zamiast drzeć koty, powinni wreszcie zacząć ze sobą rozmawiać.

Rozdział 1 — Wojna i poezja

Mówi się, że cisza ma dźwięk. Dla Leny cisza pachniała świeżo zmieloną gwatemalską arabiką, miała fakturę szorstkiego, czerpanego papieru i brzmiała jak powolne, leniwe krople deszczu uderzającego o parapet przedwojennej kamienicy. Cisza była jej walutą, jej azylem i najdroższym meblem w księgarnio-kawiarni “Między Wierszami”.

A przynajmniej była nim do godziny szóstej rano.

Dokładnie o 6:01 stary, dębowy regał z literaturą piękną zadrżał, jakby nawiedziło go lokalne trzęsienie ziemi. Chwilę później przez grubą, najwyraźniej pustą w środku ścianę przebił się dźwięk, który Lena potrafiła zidentyfikować wyłącznie jego rytualne bębnienie plemienne połączone z awarią młota pneumatycznego.

Bum. Bum. Bum.

— Tech-house — syknęła do siebie Lena, zaciskając palce na porcelanowym kubku. — To nie jest muzyka. To jest powolne morderstwo na moich neuronach.

Odłożyła kubek z taką siła, że kawa lekko rozprysła się na blacie. Wskoczyła w swoje ubrania, o trzy rozmiary za duże wełniane kapcie i pomaszerowała w stronę zaplecza. To tam ściana z sąsiadującym lokalem była najcieńsza.

Bum. Bum. Bum.

— Hej! — wrzasnęła, uderzając pięścią w wytapetowany tynk. — Ciszej tam! Ludzie próbują tu żyć! Ludzie próbują tu czytać Szymborską!

W odpowiedzi bas uderzył ze zdwojoną siłą, a z najwyższej półki z poezją zsunął się tomik i spadł z głuchym łomotem na podłogę.

To był sabotaż. To była jawna deklaracja wojny.

Lena nie wytrzymała. Wybiegła z zaplecza, otworzyła frontowe drzwi księgarni, sprawiając, że mosiężny dzwoneczek nad nią wręcz zajęczał z przerażenia, i wypadła na korytarz kamienicy. Trzy kroki w lewo. Czarne, nowoczesne drzwi ze stali, na których lśnił jaskrawopomarańczowy, neonowy napis: IRON PULSE. STUDIOS.

Nawet sama nazwa brzmiała jak obietnica tętniaka mózgu.

Nacisnęła klamkę i wkroczyła do jaskini lwa. Uderzyła ją fala gorącego powietrza pachnącego talkiem, gumą z mat treningowych i markowymi perfumami. Wszędzie były lustra. Setki luster odbijających jaskrawe, ledowe światła. I on.

Maksymilian “Maks” Wierzbicki stał tyłem do niej, opierając dłonie na potężnej, stalowej sztandze. Miał na sobie tylko czarną koszulkę bez rękawów, która bezwstydnie podkreślała każdy mięsień jego pleców, gdy brał głęboki wdech.

— Wyłącz. To. Coś. — Lena wrzasnęła, próbując przekrzyczeć dudniący głośnik.

Maks odwrócił się powoli. Na jego twarzy nie było ani grama zaskoczenia. Zamiast tego na usta wpełzł ten jego charakterystyczny, irytujący, pewny siebie uśmieszek. Sięgnął do pilota leżącego na parapecie i jednym kliknięciem ściszył muzykę do poziomu, w którym oboje nie musieli już na siebie ryczeć.

— Dzień dobry, sąsiadko — powiedział niskim, lekko zachrypniętym od porannego wstawania głosem. — Widzę, że znowu zaczynamy dzień od wspólnych uniesień. Piękny sweter. Taki… bardzo babciny.

Lena spojrzała w dół na swój ogromny, beżowy kardigan i poczuła, jak krew uderza jej do policzków.

— Mój sweter to ostatnia rzecz, która powinna cię interesować, Wierzbicki. Przez twoje basy ucierpiał dzisiaj dział poezji. Jeśli jeszcze raz od szóstej rano urządzisz tu festiwal techno, przysięgam, że naślę na ciebie nie tylko straż miejską, ale i sanepid, inspekcję budowlaną i rzecznika praw konsumenta!

Maks zaśmiał się cicho, opierając się luźno o gryf sztangi. Wyglądał, jakby ta poranna awantura była najlepszą rzeczą, jaka spotkała go w ciągu dnia.

— Po pierwsze: to tech-house, ile razy mam ci tłumaczyć? Po drugie: moi klienci potrzebują energii. Nie będą robić martwego ciągu przy harfie czy co ty tam puszczasz za ścianą. A po trzecie… — zrobił krok w jej stronę, przez co Lena musiała mocno zadrzeć głowę, by utrzymać kontakt wzrokowy. — Naprawdę tak bardzo tęskniłaś wpaść w kapciach?

Lena spojrzała na swoje stopy. Rzeczywiście, w pośpiechu zapomniała zmienić wełniane kapcie z uszami królika na normalne buty.

— Nienawidzę cię — warknęła, obracając się na pięcie. — Trzy decybele w dół, albo osobiście przetnę wam kable od prądu.

— Miłego dnia, Leno! — zawołał za nią, a w jego głosie słychać było czysta, niczym mąconą satysfakcję.

Osiem godzin później Lena siedziała na podłodze swojej księgarni, opierając się o ten sam regał, który rano drżał w posadach. Klienci już dawno wyszli. Za oknem szalała letnia ulewa, zmywając z ulic Warszawy popołudniowy zaduch.

Była wykończona. Fizycznie — pracą, psychicznie — tym facetem zza ściany. Przez cały dzień, za każdym razem gdy usłyszałam głośny śmiech z jego studia albo huk odkładanego ciężaru, miałam ochotę gryźć ściany,

Wyciągnęła z kieszeni telefon. Odpaliła aplikację Inkognito.

Zrobiła to trzy tygodnie temu pod wpływem nagłego impulsu samotności. Inkognito było inne niż wszystkie portale randkowe. Żadnych zdjęć. Żadnych filtrów z Instagrama. Tylko czysty tekst, zielona kropka statusu i algorytm, który dobierał ludzi na podstawie długich, psychologicznych kwestionariuszy.

Kliknęła w jednym aktywny czat. Zielona kropka przy nicku @ZubrWFormie świeciła przyjaźnie.

@PapieroweSerce: Jesteś tam? Potrzebuję dowodu na to, że na tym świecie istnieją jeszcze cywilizowani ludzie, którzy potrafią posługiwać się językiem polskim bez używania słów “seria”, “białko” i “tech-house”.

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast. Pasek pisania migał przez kilka sekund.

@ZubrWFormie: Jestem. Brzmisz, jakby ktoś dzisiaj porządnie zalazł ci za skórę. Co się stało, Papierowe Serce? Kolejny ciężki dzień w wielkim mieście?

Lena uśmiechnęła się do ekranu. Ciepło, które rozlało się w jej piersi, było kompletnym przeciwieństwem chłodu, jaki czuła rano. Ten facet — kimkolwiek był w rzeczywistości — od trzech tygodni był jej jedyną bezpieczną przystanią. Rozumiał wszystko. Jej miłość do literatury, jej introwersję, jej lęki.

@PapieroweSerce: Mój sąsiad zza ściany. Klasyczny przypadek jaskiniowca, który uważa, że cały świat kręci się wokół jego bicepsów. Czasami mam wrażenie, że ewolucja o nim zapomniała. A jak twój dzień?

Po drugiej stronie ściany, w ciemnym salonie mieszkania numer 4B, Maksymilian siedział na skórzanej kanapie, trzymając w ręku telefon. Przeczytał wiadomośc i parsknął śmiechem, kręcąc głową.

@ZubrWFormie: U mnie podobnie. Moja sąsiadka znowu miała podobny atak furii. Przyszła do mnie w kapciach z uszami królika i groziła mi wszystkimi możliwymi świętymi i urzędami państwowymi. Jest niesamowicie irytująca. A jednocześnie… ma w sobie coś takiego, że cały dzień nie mogłem przestać o niej myśleć.

Lena zmrużyła oczy, czytając odpowiedź.

@PapieroweSerce: Naprawdę? Współczuję. Ale z tymi kapciami to urocze. Może po prostu powinieneś być dla niej milszy?

Maks spojrzał na ściamę, za która — jak wiedział — mieściło się zaplecze kawiarni Leny. Odłożył na chwilę telefon, wziął głęboki oddech i zaczął pisać.

@ZubrWFormie: Może masz rację. Może oboje potrzebujemy rozejmu. Słuchaj… piszemy ze sobą już prawie miesiąc. Wiem o tobie więcej niż o ludziach, z którymi pracuję. Znam twoje ulubione wiersze, wiem, że płaczesz na starych filmach. Chyba czas najwyższy sprawdzić, czy w realu też tak idealnie kończymy swoje zdania.

Serce Leny zabiło mocniej. Poczuła nagłą fale paniki zmieszanej z ekscytacją.

@PapieroweSerce: Chcesz się spotkać?

@ZubrWFormie: Chcę. Jutro o 16:00. Palmiarnia w Parku Łazienkowskim. Neutralny grunt, daleko od naszych irytujących sąsiadów. Żebyśmy się nie szukali w tłumie: przynieś ze sobą jaskrawożółty notes. Ja wezmę taki sam. Co ty na to?

Lena zagryzła wargę. Spojrzała na swój regał, potem na deszcz za oknem. Miała dość ukrywania się w cieniu. Chciała poznać faceta, który potrafił jednym zdaniem uleczyć jej najgorszy humor.

@PapieroweSerce: Będę. Z żółtym notesem. Do jutra, Żubrze.

@ZubrWFormie: Do jutra. Nie mogę się doczekać.

Maks zablokował telefon i rzucił go na materac. Uśmiechnął się do siebie, patrząc w sufit. W tym samym czasie, zaledwie kilka metrów dalej, po drugiej stronie ceglanej muru, Lena schowała twarz w dłoniach, czując, jak na jej ustach błąka się nieśmiały uśmiech.

Żadne z nich nie miało pojęcia, że jutrzejsze popołudnie zniszczy ich idealny świat raz na zawsze.

Rozdział 2 — Żółty notes i monstery

Kiedy o piętnastej trzydzieści Lena zamyka drzwi “Między Wierszami”, deszcz wreszcie przestał padać, zostawiając po sobie parując, rozgrzaną słońcem Warszawę. Przekręciła klucz w zamku dwa razy, upewniając się, że wszystko jest bezpieczne, choć jej własne serce wcale bezpieczne sięnie czuło. Wykonywało właśnie serię tak chaotycznych uderzeń, że z powodzeniem mogłoby konkurować z porannym basem Wierzbickiego.

Wierzbicki. Na samą myśl o sąsiedzie rozejrzała się nerwowo po korytarzu, ale na szczęście drzwi Iron Pulse były zamknięte. Zza grubego skrzydła dobiegał jedynie stłumiony, ledwo słyszalny rytm — znak, że jaskiniowiec miał dziś na popołudniowej zmianie jakiegoś zastępcę albo po prostu chwilowo zajmował się dręczeniem ludzi bez używania głośników.

“Ignoruj go”, skarciła się w duchu. “Dzisiaj myślisz o kimś, kto ma serce”.

Wcisnęła jaskrawożółty, fabrycznie nowy notes Moleskine pod pachę, jakby był tarczą obronną, i ruszyła w stronę Łazienek Królewskich.

Palmiarnia witała gości ciężkim, tropikalnym powietrzem i zapachem wilgotnej ziemi. Lena szła żwirową alejką, czując, jak pot pnie się po jej karku — po części z powodu panującej tu wilgotności, po części z czystej, paraliżującej tremy. Wokół szumiały gigantyczne palmy, a z góry zwieszały się pnącza, tworząc zielony, gęsty labirynt.

Spojrzała na zegarek. Piętnaście pięćdziesiąt osiem.

Znalazła wolny, żeliwny stolik ukryty w cieniu potężnej monstery, której liście były większe od jej rozłożonych ramion. Usiadła sztywno, kładąc żółty notes na samym środku blatu. Jej dłonie były lodowate. Wyciągnęła telefon, chcąc sprawdzić, czy @ZubrWFormie nie napisał czegoś w ostatniej chwili, ale przypomniałam sobie o ich umowie. Żadnego sprawdzania aplikacji na miejscu. Masz zaufać notesowi.

Schowała telefon z powrotem do torebki i wbiła wzrok w wejście do sekcji tropikalnej.

Minutę później usłyszała kroki. Ktoś szedł żwirową ścieżką powoli, ale zdecydowanie. Buty chrzęściły rytmicznie. Lena wstrzymała oddech, poprawiając nerwowo okulary na nosie.

Mężczyzna wyłonił się zza kępy gigantycznych paproci.

Pierwsze, co zarejestrował jej mózg, to wzrost. Był wysoki. Drugie — ubranie. Miał na sobie dobrze skrojoną ciemnogranatową marynarkę i białą koszulę z rozpiętym guzikiem pod szyją. Wyglądał nienagannie, wręcz elegancko, co kompletnie burzyło jej wyobrażenie o “Żubrze”, którego podświadomie wizualizowała sobie jako faceta w wyciągniętym, wełnianym swetrze i z kubkiem termicznym w dłoni.

A potem jej wzrok zjechał niżej.

Mężczyzna trzymał w prawej ręce mały, jaskrawożółty notes. Jego palce zaciskały się na nim tak mocno, jakby od tego zależało jego życie.

Lena poczuła, jak kąciki jej ust same wędrują do góry. “To on”, pomyślała z nagłym wybuchem czystej, dziecięcej radości. “Naprawdę przyszedł”.

Mężczyzna szedł z lekko pochyloną głową, przyglądając się stolikom. Kiedy zbliżył się na odległość kilku metrów, podniósł wzrok. Jego oczy, dotychczas skupione i poważne, omiotły przestrzeń pod monsterą. Zauważył żółty punkt na jej stoliku.

Uśmiechnął się — szeroko, z ulgą, odsłaniając rząd równych, białych zębów. To był uśmiech faceta, który po długich poszukiwaniach wreszcie dotarł do celu.

Zrobił jeszcze dwa kroki, a światło padające z przeszklonego dachu palmiarni oświetlało jego twarz bez żadnych cieni.

Uśmiech Leny zamarł.

Powietrze w jej płucach nagle zmieniło się w płynny ołów. Mrugnęła raz, potem drugi, modląc się w duchu, by tropikalny mikroklimat palmiarni wywołał u niej halucynacje. Ale mężczyzna przed nią nie znikał.

Ostry, mocno zarysowany podbródek. Kilkudniowy, ciemny zarost. I te cholerne, jasnobrązowe oczy, które jeszcze dziś rano patrzył na nią z góry na korytarzu kamienicy.

Maksymilian Wierzbicki stał przed jej stolikiem.

W tym samym momencie Maks zrobił krok i jego wzrok wreszcie zogniskował się na jej twarzy. Jego uśmiech nie tyle zniknął, ile wręcz wyparował. Szczęka lekko mu opadła, a wyciągnięta do powitania ręka zawisła w powietrzu, jakby nagle stracił w niej władzę.

Patrzył na jej burzę ciemnych włosów, na okrągłe okulary, na wielki beżowy kardigan, który założyła mimo ciepła, i na mały, żółty notes leżący przed nią.

— Lena? — Jego głos nie był już niski i pewny siebie. Był zachrypnięty, pęknięty i przepełniony absolutnym szokiem. — Co ty tu… Co ty tu robisz? Siedzisz na… na miejscu mojej randki. Musisz wstać, ja na kogoś czekam.

Rozglądał się nerwowo wokół, jakby spodziewał się, że zza najbliższego krzaka bananowca wyskoczy ukryta kamera.

Lena poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy, pozostawiając lodowaty chłód. Podniosła swój żółty notes drżącą dłonią i pokazała mu go, jakby to był nakaz aresztowania.

— Maks… — wykrztusiła, a jej głos załamał się niebezpiecznie. — To nie jest pomyłka. To ty jesteś @ZubrWFormie?!

W palmiarni zapadła ogłuszająca, nienaturalna cisza. Szum fontanny w tle nagle wydawał się dziwnie odległy. Maks patrzył na jej notes, potem na swój, po czym przeniósł wzrok na jej twarz. W jego oczach malował się potężny, wewnętrzny paraliż. Procesor w jego głowie właśnie uległ całkowitemu spaleniu.

— Nie — wydusił po kilku sekundach, cofając się o pół kroku. — Nie, to niemożliwe. Algorytm musiał się zawiesić. Dziewczyna, z którą pisze od miesiąca… Ona jest… Ona jest wrażliwa. Słucha poezji śpiewanej. Jest ciepła. Nie nasyła na ludzi inspekcji budowlanej, bo ktoś głośniej odłoży hantel!

Te słowa uderzyły Lenę prosto w żołądek. Wstąpiłą w nią nagł, obronna wsciekłość — ta sama, która ratowała ją podczas porannych awantur.

— A facet, z którym ja pisałam, potrafił złożyć zdanie wielokrotnie złożone! — warknęła, wstając gwałtownie z krzesła, przez co żeliwne nóżki ze zgrzytem przejechały po żwirze. — Miał mózg! Rozumiał reportaże! Nie spędzał połowy życia na gapieniu się w lustro i produkowaniu hałasu, który niszczy cudzą własność! Oszukałeś mnie! Ktoś pisał te wiadomości za ciebie?!

— Nikt za mnie nie pisał! — uciął Maks, a jego twarz zrobiła się niebezpiecznie czerwona. — To wszystko byłem ja! Każde słowo!

— Kłamiesz! — syknęła, choć wokół zaczęli już oglądać się inni zwiedzający. — @ZubrWFormie napisał mi trzy dni temu, że… że wstydzi się przyznać, ale kiedy nikogo nie ma w pracy, tańczy za ladą do starych piosenek Abby!

Maks zamknął oczy, a na jego szyi wystąpiła pulsująca żyła. wyglądał, jakby w tym momencie wolał, żeby zienia pod palmiarnią się rozstąpiła i pochłonęła go razem z tym nieszczęsnym notesem.

— A ty… — zaczął cicho, otwierając oczy i patrząc na nią z mieszaniną wściekłości i bezradności — ty napisałaś mi, że facet, który udaje twardziela, płakał na filmie o psie. I że ukrywasz przed kumplami porcelanowe figurki po babci, bo przypominają ci dom.

Lena zamarła. Słowa uwięzły jej w gardle. To była prawda. Wszystko, co o sobie wiedzieli — każda najmniejsza, najbardziej skrywana tajemnica, która bali się powiedzieć komukolwiek w realnym świecie — zostało właśnie wypowiedziane na głos przez ich największych wrogów.

Maska opadła. Nie było już anonimowego ekranu. Był tylko Wierzbicki, który wiedział o niej wszystko, i ona, która znała najczulsze zakamarki jego duszy.

— To jakaś pomyłka — powtórzyła Lena, czując jak do oczu napływają jej piekące łzy wstydu. — To najgorszy żart w moim życiu. Zapomnijmy o tym.

Chwyciła torebkę, potrącając przy tym krzesło, i zanim Maks zdążył w ogóle zareagować, ruszyła biegiem w stronę wyjścia z palmiarni. Jej wełniany kardigan powiewał za nią, gdy uciekała przed zielonym labiryntem i prze facetem, który w ciągu jednej sekundy stał się jej największym koszmarem.

Maks nie ruszył za nią. Stał pod wielką monsterą, ściskając w wielkiej dłoni jaskrawożółty notes, i gapił się w przestrzeń, czując, jak jego poukładany świat właśnie rozpadał się na tysiąc drobnych kawałków.

Rozdział 3 — Przez ścianę

Trzaśnięcie drzwiami wejściowymi w mieszkaniu numer 4A było tak głośne, że w przedpokoju Leny zadrżało stare, owalne lustro. Dziewczyna przekręciła klucz w zamku trzy razy, po czym oparła się plecami o chłodne drewno i osunęła na podłogę. Wbiła wzrok w swoje nieszczęsne kapcie z uszami królika.

— Nienawidzę go — szepnęła w pustą przestrzeń przedpokoju. — Nienawidzę go, nienawidzę, nienawidzę.

To nie były zwykłe emocje. To była totalna, paniczna bezbronność. Przez ostatni miesiąc otwierała swoją duszę przed człowiekiem, który rano komentował jej “babcine swetry”. Facet, z którym dzieliła się lękiem przed porażką i wspomnieniami o zmarłym psie, był tym samym bezczelnym pakerem, na którego jeszcze wczoraj chciała nałożyć klątwę.

Nagle zza ściany dobiegł głośny, ciężki huk. Wyglądało na to, że Maks właśnie wrócił i z impetem rzucił swoją torbę treningową na podłogę.

Lena zamarła. Przez fatalną akustykę kamienicy niemal słyszała jego przyspieszony oddech. Odległość między jej plecami opartymi o drzwi a jego salonem wynosiła w linii prostej może ze cztery metry. Ta bliskość, która wcześniej była tylko uciążliwym tłem, teraz paliła żywym ogniem.

Wstała gwałtownie, podeszła do wieży stereo i drżącymi palcami włączyła pierwszy lepszy album z muzyką klasyczną. Potrzebowała bariery dźwiękowej. Potrzebowała odciąć się od faktu, że on jest tam, po drugiej stronie, i prawdopodobnie przeżywa dokładnie taki sam szok.

Jednak po trzech utworach zdała sobie sprawę, że nie potrafi skupić się na melodiach. Każda nuta przypominała jej o tym, jak @ZubrWFormie pisał, że muzyka bez tekstu pozwala mu oczyścić głowę po całym dniu spędzonym w hałasie.

— Przestań o nim myśleć! — skarciła się na głos, wyłączając odtwarzacz.

Wyciągnęła z torebki telefon. Ekran rozbłysnął, a na samym środku wisiało powiadomienie z aplikacji Incognito: Twój partner jest online”.

Lena poczuła, jak żołądek zawiązuje jej się w supeł. Kciuk zawisnął nad ikoną kosza. Powinna go zablokować. Powinna usunąć aplikację, zmienić mieszkanie, a najlepiej sprzedać księgarnie i wyjechać w Bieszczady. Palec jednak odmówił posłuszeństwa. Zamias tego rzuciła telefon na łóżko i schowała go pod wielką, puchową poduszkę, jakby to mogło uciszyć jej własne myśli.

Po drugiej stronie ściany, w surowym, nowoczesnym salonie, Maksymilian krążył od okna do drzwi jak zamknięte w klatce zwierzę. Zrzucił marynarkę, która teraz leżała zmięta na fotelu, i nerwowo przeczesywał palcami włosy.

Zrobił sobie koktajl białkowy, ale po jednym łyku odstawił szklankę do zlewu. Wszystko smakowało dzisiaj jak popiół.

Podszedł do ściany graniczące z jej mieszkaniem. Przykładał do niej dłoń, czując lekkie wibracje muzyki klasycznej, która po chwili ucichła. W kamienicy zapadła martwa, krępująca cisza.

Maks usiadł na krawędzi łóżka i wbił wzrok w swój telefon. Otworzył czat z @PapieroweSerce. Przewijał wiadomości wstecz, czytając słowa Leny na nowo, ale tym razem podstawiając pod nie jej prawdziwy głos. Jej oburzenie, jej delikatność, jej ironiczny humor.

“To nie były dwie różne osoby”, pomyślał z nagłym, bolesnym olśnieniem. “Ta dziewczyna z korytarza po prostu nosi pancerz. Tak samo jak ja”.

Spojrzał na zegarek. Była dwudziesta trzecia trzydzieści. Wiedział, że jeśli teraz nie spróbuje przebić tego muru, to jutrzejszy poranek będzie absolutnym koszmarem.

Otworzył klawiaturę. Jego palce, zazwyczaj tak pewnie stukające w ekran, teraz lekko drżały.

@ZubrWFormie: Dalej nie wierzę. Powiedz, że masz bliźniaczkę syjamską, która ukradła twój telefon. Proszę.

Pod poduszką Leny rozległ się krótki, podwójny sygnał wibracji.

Dziewczyna, która od godziny gapiła się w sufit, usiadła na łóżku tak gwałtownie, jakby poraził ją prąd. Wyciągnęła telefon. Zobaczyła jego nick. Serce podeszło jej do samego gardła, a w głowie odezwał się głos rozsądku: Nie odpisuj. Ignoruj go.

Ale duma i wściekłość okazały się silniejsze.

@PapieroweSerce: Przykro mi, jaskiniowcu. To ja. I jeśli myślisz, że po tym wszystkim pozwolę ci puszczać te twoje łupanki od szóstej rano, to się grubo mylisz.

Odpowiedź nadeszła po kilku sekundach.

@ZubrWFormie: To nie są łupanki, tylko tech-house. I podkręcę bas na maksa, jeśli nie przyznasz, że ta randka miała potencjał, dopóki nie zobaczyłaś mojej gęby.

@PapieroweSerce: Twój bas i tak roznosi mi poezję śpiewaną. A randka była świetna, dopóki nie okazało się, że mój rzekomo “wrażliwy” rozmówca spędza pół dnia na gapieniu się w lustro i napinaniu bębnów przed nastolatkami.

Maks przeczytał wiadomość i westchnął ciężko, opierając głowę o ścianę.

@ZubrWFormie: Nie gapię się w lustro. A te porcelanowe figurki… o których ci pisałem… to po mojej babci. Nie wyrzuciłem ich, bo przypominają mi dom, z którego musiałem szybko uciekać. Naprawdę uważasz mnie za takiego potwora w realu?

Lena wbiła wzrok w ekran. To uderzenie prosto w serce zabolało bardziej niż jakakolwiek złośliwość. Przypomniała sobie, jak opowiadał jej o samotności po przeprowadzce do Warszawy.

@PapieroweSerce: Nie za potwora. Po prostu… w realu jesteś taki głośny. Zajmujesz tyle przestrzeni, jakbyś chciał wszystkich zagłuszyć. A ja potrzebuję ciszy. W aplikacji byłeś inny. Bardziej… ludzki.

@ZubrWFormie: W realu muszę taki być, żeby mój biznes przetrwał. Ludzie nie przychodzą do trenera, który jest cichy i niepewny. W aplikacji… mogłem być po prostu Maksem. Bez maski.

Maks wstał z łóżka i poszedł do okna salonu. Spojrzał w bok.

@ZubrWFormie: Słyszę, jak piszesz. Twoja podłoga skrzypi, kiedy podchodzisz do okna.

Lena zamarła z telefonem w dłoni. Rzeczywiście, odruchowo wstała z łóżka i podeszła do szyby. Spojrzała w lewo. W oknie sąsiedniego mieszkania, oddalonym o zaledwie dwa metry gzymsu, odbijało się blade światło ekranu. Widziała ciemną sylwetkę Maksa.

Mężczyzna uniósł głowę. Ich spojrzenia spotkały się przez dwie warstwy szkła i nocne powietrze Warszawy. Nie było już filtrów, nicków ani barier. Byli tylko oni — dwoje poranionych ludzi trzymających w rękach telefony.

W tym samym momencie jej ekran rozbłysnął po raz ostatni tego wieczoru.

@ZubrWFormie: Nie usuwaj aplikacji, Lena Dobranoc.

Maks zgasił telefon, a jego sylwetka natychmiast utonęła w ciemności pokoju. Lena stała przy oknie jeszcze przez długie minuty, tuląc telefon do piersi. Płomień czystej nienawiści, którym karmiła się przez ostatnie tygodnie, właśnie zgasł, zostawiając po sobie coś znacznie bardziej niebezpiecznego: przerażającą, elektryzującą fascynację.

Rozdział 4 — Trzy decybele litości

Poranek nadszedł zdecydowanie za szybko, przynosząc ze sobą ból głowy i bezwzględnie, czerwone słońce, które bezlitośnie wdzierało się przez rolety w sypialni Leny. Dziewczyna wyłączyła budzik o siódmej trzydzieści i przez długie pięć minut leżała bez ruchu, wpatrując się w sufit.

W kamienicy panowała dziwna, niemal nienaturalna cisza.

Lena zmarszczyła brwi, nasłuchując. Zazwyczaj o tej porze regał z literaturą piękną zdążył już zaliczyć swoje pierwsze poranne drżenie, a podłoga wibrowała w rytm miarowego basu. Dzisiaj jednak nie słyszała nic oprócz odgłosów budzącego się życia miasta za oknem i odległego gruchania gołębi na gzymsie.

— Czyżby zaspał? — mruknęła pod nosem, zrzucając z siebie kołdrę.

Watała, wsunęła stopy w wełniane kapcie i podeszła do drzwi wejściowych. Przyłożyła ucho do framugi, czując się przy tym niesamowicie głupio. Na korytarzu panował spokój. Lena odetchnęła z ulgą, choć w głębi duszy poczuła dziwne, trudne do zdefiniowania ukłucie zawodu.

Godzinę później była już spakowana do wyjścia. Miała na sobie jeden ze swoich ulubionych, oversize’owych swetrów w kolorze zgaszonej zieleni, jeansy i torbę pęłną faktur. które musiała dzisiaj bezwzględnie rozliczyć. Trzymając klucze w ręku, odczekała jeszcze chwilę pod drzwiami. Chciała upewnić się, że korytarz jest całkowicie pusty. Po wydarzeniach wczorajszego wieczoru i tej dziwnej, nocnej wymianie wiadomości, spotkanie twarzą w twarz z Wierzbickim było ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę.

Gdy uznała, że powietrze jest czyste, delikatnie nacisnęła klamkę i uchyliła drzwi.

W tym samym ułamku sekundy… z głośnym kliknięciem otworzyły się drzwi naprzeciwko.

Lena zamarła z kluczami uniesionymi w powietrzu.

Maks wychodził ze swojego mieszkania, przerzucając przez ramię wielką, czarną torbę treningową. Miał na sobie ciemnoszare, sportowe spodenki i dopasowaną bluzę z kapturem, z pod której wystawał kołnierzyk koszulki z logo jego studia. Pachniał świeżością, proszkiem do prania i miętową pastą do zębów.

Oboje stali jak wryci. Odległość między nimi wynosiła zaledwie dwa metry wąskiego, przedwojennego korytarza.

Przez pierwsze kilka sekund żadne z nich nie wykrztusić ani słowa. Atmosfera była tak gęsta i niezręczna, że Lena miała wrażenie, iż tynk na ścianach zaraz zacznie pękać. Automatycznie oboje spróbowali przejąć swoje stare, dobrze znane pozycje obronne. Lena uniosła dumnie podbródek, odwróciła się tyłem i zaczęła demonstracyjnie, z przesadną uwagą zamykać drzwi na klucz. Maks z kolei założył ręce na piersi i oparł się ramieniem o framugę, obserwując każdy jej ruch.

Jednak oboje wiedzieli, że gra się zmieniła. Maski, choć wciąż na ich twarzach, były już nieodwracalnie pęknięte.

— Cześć — odezwał się w końcu Maks. Jego głos był rano niższy, lekko chropowaty i pozbawiony tej wczorajszej, agresywnej pewności siebie.

— Cześć — odpowiedziała Lena, celowo nie odwracając się w jego stronę i mocując się z zamkiem, który nagle postanowił się zaciąć.

— Pomóc ci? — zapytał, robiąc pół kroku w jej stronę.

— Poradzę sobie, Wierzbicki. To nie jest sztanga, nie trzeba do tego mięśni. Tylko techniki.

Maks parsknął cichym, krótkim śmiechem. Ten dźwięk sprawił, że Lena w końcu zrezygnowała z walki z drzwiami i spojrzała na niego przez ramię. Na jego ustach błąkał się ten sam lekki uśmieszek, który tak bardzo jej przeszkadzał, ale tym razem w jego brązowych oczach nie było kpinki. Było tam coś ciepłego. Coś, co pamiętała z wiadomości od @ZubrWFormie.

— Ładny sweter — zauważył, taktownie ignorując jej złośliwość. — Taki… bardzo w stylu @PapierowegoSerca. Mieści się pod nim ta poezja śpiewana, czy musisz nosić dodatkowy plecak?

Lena poczuła, jak na jej policzki natychmiast wypływa gorące rumieniec. Odwróciła się do niego przodem, krzyżując ręce na piersi.

— A ty co, Wierzbicki? Nie masz dzisiaj w planach porannego napinania bicepsów przed lustrem? Myślałam, że to wasz rytuał o szóstej rano. Poza tym… dlaczego dzisiaj jest tak cicho?

Maks poprawił pasek torby na ramieniu i spojrzał na nią z ukosa, niemal z rozbawieniem.

— Zredukowałem bas o całe trzy decybele. Specjalnie dla twoich tomików wierszy. Zauważyłaś?

Lena przełknęła ślinę. Jej serce na moment zgubiło rytm, a potem zaczęło być niebezpiecznie szybko.

— Zauważyłam — przyznała ciszej, uciekając wzrokiem w stronę schodów. — Moje regały i Szymborska dziękują za litość.

— Nie ma za co. Pomyślałem, że… skoro i tak wiem, że tam jesteś, nie muszę zagłuszać całego świata.

W tym momencie z wyższego piętra zaczęła schodzić pani Halinka, starsza sąsiadka z góry, prowadząc na smyczy swojego tłuściutkiego mopsa. Pies radosnym posypywaniem oznajmił ich obecność. Zarówno Lena, jak i Maks momentalnie zamilkli, prostując się ja uczniowie przyłapani na ściąganiu. Pani Halinka minęła ich powoli, taksując oboje podejrzliwym, bystrym wzrokiem zza grubych szkieł okularów.

Kiedy starsza pani zniknęła za zakrętem klatki schodowej, na korytarzu znów zostali sami. Napięcie między nimi stało się niemal namacalne.

— Idę otworzyć studio — powiedział Maks, głosem o ton niższym niż wcześniej. Zrobił krok w stronę schodów, ale zatrzymał się i spojrzał na nią przez ramię. — Jakby… w ciągu dnia znowu było za głośno, nie musisz od razu dzwonić po straż miejską, Leno. Możesz o prostu… napisać. Na aplikacji. Albo zastukaj w ścianę.

Lena spojrzała na swoje buty, a potem podniosła wzrok, napotykając jego wyczekujące spojrzenie.

— Zastanowię się. Zależy, jak bardzo będziesz irytujący.

— Zawsze jestem irytujący. To mój urok — rzucił z lekkim błyskiem w oku, po czym puścił do niej oko, odwróciła się na pięcie i zaczął schodzić po schodach. — Do zobaczenia za ścianą, sąsiadko.

Lena została sama na korytarzu. Wypuściła powietrze, które nieświadomie wstrzymała, czując, że jej nogi są dziwnie miękkie. Wojna przez ścianę wciąż trwała, ale jej zasady właśnie uległy całkowitej zmianie. Złośliwości przestały być bronią — stał się czymś, co niebezpiecznie przypominało flirt.

Rozdział 5 — Kawa, sernik i inne substancje wybuchowe

W kawiarni “Między Wierszami” o piętnastej trzydzieści panował absolutny, popołudniowy marazm. Deszcz, który od rano wisiał nad Warszawą, wreszcie odpuścił, zostawiając po sobie parując chodniki i zapach mokrego asfaltu. Przez wielkie, czyste witryny wpadało miękkie, czerwcowe słońce, oświetlając unoszące się w powietrzu drobiny kurzu. W tle cicho szemrał powolny, staromodny jazz, a zapach cynamonu mieszał się z aromatem świeżo zmielonej gwatemalskiej arabiki.

Dwie stałe klientki w rogu sali siedziały z nosami wciśniętymi w grube powieści, a jakiś student przy stoliku pod oknem od godziny stukał leniwe w klawiaturę laptopa.

Lena stała za konturem, polerując bawełnianą ściereczką porcelanowe filiżanki. To była jej mechaniczna medytacja. Ruch za ruchem, rondo za rondem. Czysty, przewidywalny rytm, który zazwyczaj pozwalał jej zapomnieć o całym świecie.

Zazwyczaj. Bo dzisiaj, zamiast skupić się na porcelanie, jej wzrok co chwilę uciekał w stronę grubego filaru na zapleczu, za którym kryla się ta nieszczęsna wspólna ściana z Iron Pulse. Od rana nie usłyszała stamtąd ani jednego zbyt głośnego tąpnięcia. Trzy decybele litości, o których Maks wspomniał na korytarzu, okazały się prawdą. I to właśnie ta nienaturalna, “wytłumiona” obecność sąsiad rozpraszał ją najbardziej.

Nagle nad drzwiami wejściowymi odezwał się mosiężny dzwoneczek. Jego dźwięk, zazwyczaj uroczy i czysty, tym razem wydał się Lenie głośny niczym alarm bombowy.

Podniosła wzrok i niemal upuściła trzymaną w dłoni filiżankę.

W drzwiach kawiarni stał Maksymilian Wierzbicki.

Pojawienie się tego faceta w tym wnętrzu było jak wpuszczenie niedźwiedzia grizzly do sklepu z kryształami. Był za wielki, za szeroki w ramionach i zdecydowanie zbyt dynamiczny na ten powolny, pastelowy świat literatury. Miał na sobie czarną, dopasowaną koszulkę, która bezwstydnie opinała się na jego klatce piersiowej, i krótkie spodenki. Pachniał intensywnie — męskimi, cedrowymi perfumami, które w jednej chwili zdominowały zapach cynamonu i kawy.

Dwie klientki w rogu momentalnie podniosły wzrok znad książek. Student z laptopem zamarł z palcami nad klawiaturą. Maks, zupełnie niewzruszonym faktem, że właśnie stał się główną atrakcją lokalu, rozejrzał się z lekkie, rozbawionym uśmiechem po regałach z książkami, o czym pewnym, sprężystym krokiem ruszył prosto w stronę lady.

Lena poczuła, jak jej żołądek wykonuje skomplikowane salto. Chwyciła ściereczkę tak mocno, aż bieleją jej kłykcie, i wyprostowała się, desperacko próbując przywołać na twarz maskę profesjonalnego, lodowatego chłodu.

— Dzień dobry. W czym mogę pomóc? — wykrztusiła oficjalnym, mechanicznym tonem, który miał jasno zakomunikować: jesteś tu tylko intruzem.

Maks podszedł do kontuaru i oparł się o niego ciężko przedramionami. Znalazł się tak blisko, że Lena wyraźnie widziała złote iskry w jego brązowych oczach. Ten jego bezczelny, ciepły uśmieszek z korytarza stał się jeszcze wyraźniejszy.

— Dzień dobry, sąsiadko — powiedział cicho, a jego niski głos sprawił, że na karku Leny pojawiła się gęsia skórka. — Słyszałem w dzielnicy plotki, że parzą tu najlepszą kawę na Mokotowie. I że właścicielka jest wyjątkowo urocza, choć bywa wybuchowa i ma tendencję do grożenia urzędami państwowymi.

Lena zmrużyła oczy. Zerknęła nerwowo w stronę klientek, które na szczęście z powrotem udawały, że czytają, chociaż ich uszy były teraz prawdopodobnie wielkości radarów.

— Maks, co ty tu robisz? — syknęła półgłosem, nachylając się lekko w jego stronę. — Masz swoje szejki białkowe i neony za ścianą. To jest miejsce kultury, a nie… casting do filmu akcji.

— Moje szejki nie pachną cynamonem — odparł, rozglądając się z udawanym zachwytem. — Poza tym… przyszedłem sprawdzić, czy w realu też jesteś taka niedostępna i kąśliwa, jak piszesz. @PamieroweSerce na czacie wydawało się odrobinę bardziej dyplomatyczne.

Słysząc swój internetowy nick wypowiedziany na głos w biały dzień, Lena poczuła, że oblewa się purpurą.

— Menu wisi na ścianie — ucięła ostro, wskazując palcem na czarną tablicę kredową. — Zamawiasz coś, czy przyszedłeś tylko blokować kolejkę, której zresztą nie ma?

Maks uniósł głowę, studiując wypisane kredą pozycję.Grał w tę grę z pełną premedytacją, doskonale wiedząc, jak bardzo testuje jej nerwy.

— Dobra, zobaczmy. Drip, aeropress, chemex… Brzmi jak laboratorium chemiczne, a nie kawiarnia. Co z tego jest dla normalnych ludzi? Dla kogoś, kto według twoich wczorajszych słów “marnuje życie na przerzucanie żelastwa”?

— Dla ciebie idealnie będzie klasyczne americano — odpowiedziała bez wahania, odzyskując reusz dumą pewności siebie. — Dużo gorącej wody, bardzo mało skomplikowanej treści. Szybko się pije, nie trzeba przy tym myśleć.

Maks parsknął głośnym, szczerym śmiechem, aż student pod oknem drgnął.

— Celny cios, sąsiadko. Jeden do zera dla poezji — powiedział, kręcąc z podziwem głową. — W takim razie poproszę podwójne espresso. Czarna jak moja jaskinia, bez cukru. I coś słodkiego. Co polecasz na zregenerowanie sił po porannym treningu?

Lena spojrzała na przeszkloną witrynę z wypiekami.

— Sernik nowojorski. Moja własna receptura. Ma tyle kalorii, że będziesz musiał zrobić dodatkowe sto przysiadów ze swoją ulubioną sztangą, żeby go spalić.

— Biorę. Dla twojego sernika zaryzykuję nawet przetrenowanie.

Lena odwróciła się tyłem do Maksa, co przyniosło jej natychmiastową ulgę — mogła wreszcie odetchnąć. Zaczęła przygotowywać espresso. Jej dłonie zazwyczaj tak pewne przy ekspresie ciśnieniowym, teraz lekko drżały, gdy wpinała kablę. Czuła na plecach jego wzrok. Maks nie oglądał książek: gapił się prosto na nią, obserwując każdy jej ruch z nieskrywaną, niemal hipnotyzującą uwagą.

Kiedy postawiła przed nim małą filiżankę na porcelanowym talerzyku oraz porcję puszystego ciasta, Maks nie sięgnął po widelec. Zamiast tego włożył rękę do kieszeni spodenek, wyciągnął smartfon i zaczął szybko stukać kciukiem w ekran.

Ułamek sekundy później telefon Leny, leżący tuż obok kasy fiskalnej, zawibrował.

Bum-bum. Charakterystyczny, podwójny sygnał aplikacji Inkognito.

Lena zamarła. Spojrzała na ekran. Wiadomość od @ZubrWFornie:

“W tym zielonym swetrze i z tą miną profesjonalnej zabójczyni wyglądasz o wiele groźniej niż na czacie. Ale kawa pachnie obłędnie. Dzięki, Papierowe Serce.”

Lena podniosła wzrok. Maks uniósł właśnie filiżankę do ust, patrząc na nią znad porcelany z uniesioną brwią. Wyzywał ją wzrokiem. Nie schował telefonu, trzymał go luźno na blacie.

Nie mogłam odpuścić. To była jej kawiarnia, jej zasady. Schyliła się lekko, jakby poprawiała coś pod ladą, chwyciła swój telefon i odpisała z zawrotną prędkością.

@PapieroweSerce: “Zjedz ten sernik, wypij kawę i wracaj do przerzucania ciężarów, zanim zacznę pobierać od ciebie opłatę za niszczenie nastroju i wprowadzanie chaosu. I nie patrz tak na mnie, klientki się gapią.”

Maks odłożył filiżankę, usłyszał wibrację swojego telefonu, przeczytał wiadomość i uśmiechnął się szeroko, że w jego policzkach pojawiły się ledwo widoczne dołki. Zjadł kęs sernika, zamknął na chwilę oczy z uznaniem, po czym dopił espresso jednym dużym łykiem.

Wyciągnął z kieszeni banknot stuzłotowy i położył go na ladzie, zdecydowanie przebijając wartość zamówienia.

— Reszty nie trzeba. Potraktuj to jako… fundusz reparacyjny za straty w poezji śpiewanej — powiedział głośno, mrugając do niej bezczelnie. — Sernik jest genialny, Leno. Naprawdę. Wezmę resztę na wynos, bo widzę, że moja obecność podnosi ci ciśnienie, a nie chciałbym mieć na sumieniu zawału u jednej cywilizowanej sąsiadki.

Zapakowała mu resztę ciasta do papierowego pudełka automatycznymi ruchami, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co się dzieje. Kiedy odebrał pakunek, ich palce na moment się zetknęły. To było krótkie, sekundowe muśnięcie, ale oboje drgnęli, jakby poraził ich prąd.

— Do zobaczenia… w sieci — rzucił ciszej Maks, po czym odwrócił się i ruszył do wyjścia. Mosiężny dzwoneczek nad drzwiami znów zadzwonił, a chwilę później jego wysoka sylwetka zniknęła za witryną.

W kawiarni znów zapadła cisza, ale dla Leny nie było już ten sam bezpieczny spokój co wcześniej. W powietrzu wciąż unosił się zapach cedru.

Jedna ze stałych klientek wstała od stolika, podeszła do lady z książką w ręku i uśmiechnęła się szeroko, patrząc na oszołomioną Lenę.

— Pani Leno… nie wiem, kto to był — szepnęła starsza pani z błyskiem w oku — ale napięcie między wami można było kroić nożem. Proszę mi wierzyć, z tego będą wielkie kłopoty, albo świetna literatura.

Lena spojrzała na stuzłotowy banknot na ladzie, a potem na swój telefon. Bezpieczna, gruba granica między anonimową aplikacją a rzeczywistością właśnie przestała istnieć. Rozpadła się w pył, pozostawiając po sobie smak gorącego espresso i słodkiego sernika.

Rozdział 6 — Terytorium wroga

Jeśli Lena myślała, że popołudniowa wizyta Maksa w jej kawiarni była szczytem niezręczności, to koszmar miał się dopiero zacząć. I to wcale nie z jej winy. Winna była natura przedwojennych kamienic, starych rur i bezwzględnego faktu, że czasami los bywa złośliwym scenarzystą.

Była wpół do siódmej wieczorem, kiedy w małej łazience na zapleczu, “Między Wierszami” coś głośno strzeliło.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 15.75
drukowana A5
za 31.46