Wstęp
Gdybym wiedziała, że to będzie nasza ostatnia rozmowa, nigdy bym nie wyszła, trzaskając drzwiami.
Nigdy nie zostawiłabym jej z tym spojrzeniem — z mieszaniną zawodu, troski i łagodnego uporu, którego wtedy tak nienawidziłam. Byłam zbyt dumna, zbyt młoda, zbyt przekonana, że mam rację.
Teraz wiem, że nie chodziło o rację. Chodziło o czas, którego już nie miałyśmy. Minęło kilka lat. A mnie nadal dławi ta sama myśl: co by było, gdybym wtedy została?
***
Byłam wtedy dzieckiem.
Słońce przesączało się przez liście starej jabłoni, a mama krzątała się w kuchni, śpiewając cicho pod nosem coś, czego nigdy nie potrafiłam zapamiętać. Tata z Zosią naprawiali huśtawkę w ogrodzie, a ciocia Aniela siedziała na werandzie z książką, ale co chwilę zerkała na mnie, udając, że tego nie robi. Miała taki zwyczaj — pilnować, nie przeszkadzając.
Tamte dni miały smak malin i lodów waniliowych. Czasami chodziłyśmy z Anielą nad rzekę. Rozkładała koc, a ja rzucałam kamienie do wody, uparcie celując w nurt. Potem czytała mi książki, których treści zupełnie nie rozumiałam, ale lubiłam jej głos. Kojarzył mi się z bezpieczeństwem, chociaż wtedy nie wiedziałam, że właśnie tak to się nazywa.
Pamiętam też, jak raz spytałam, czemu nie ma dzieci. Uśmiechnęła się wtedy bardzo cicho i powiedziała:
— Bo to nie każdemu pisane. Ale czasem trafiają się inne dary. Na przykład ty.
Nie wiedziałam wtedy, co to znaczy. Ale do dziś pamiętam ten moment.
To były najcichsze lata mojego życia. Nie dlatego, że nic się nie działo. Tylko dlatego, że nikt wtedy jeszcze nie odchodził. Że śmierć nie miała jeszcze twarzy, a czas płynął tylko do przodu, nie wstecz.
Gdybym wiedziała, że cisza może być czymś, za czym się tęskni — słuchałabym jej uważniej.
Teraz
Zatrzymałam się tuż przed znakiem „Liszki Małe”. Jezioro migotało w porannym słońcu, powietrze pachniało żywicą i mokrą ziemią. Tyle razy próbowałam zagłuszyć tęsknotę — ale dziś wróciła ze zdwojoną siłą.
Wreszcie byłam na miejscu. Wreszcie gotowa zrobić to, co od dawna odwlekałam.
Zostawiłam auto na poboczu i przez chwilę tylko siedziałam w ciszy, jakbym musiała zaprosić wspomnienia, zanim pozwolę im wejść. Miałam wrażenie, że ziemia, drzewa, zapach lasu — wszystko pamięta mnie lepiej, niż ja sama siebie.
Wzięłam głęboki oddech, wyłączyłam silnik i chwyciłam za klamkę.
Wracam.
Ale jeszcze nie wiem, czy naprawdę potrafię przebaczyć — i komu najbardziej.
***
Zaparkowałam przed domem otoczonym starymi brzozami. Gdy wysiadłam z samochodu, mój wzrok od razu przykuł zadbany ogród. Przez cały czas mojej nieobecności domem zajmowała się moja siostra, Zosia, za co byłam jej ogromnie wdzięczna. Wszystko wyglądało tak, jak przed moim wyjazdem.
Skierowałam się w stronę drewnianej ławki, którą zrobiłyśmy wspólnie z tatą, kiedy byłyśmy jeszcze dziećmi. Z ciężkim sercem usiadłam w cieniu ogromnego orzecha, wpatrując się w okna domu. Z jakiegoś powodu bałam się przekroczyć próg — zbyt wiele obrazów wracało nagle, zbyt dużo niewypowiedzianych słów.
Po chwili zauważyłam, że ktoś zbliża się ścieżką. To była ciocia Aniela — przyjaciółka mamy. Nie byłyśmy spokrewnione, ale od małego zwracałam się do niej „ciociu”. Jej twarz, jak zawsze, emanowała ciepłem i życzliwością. Miała około sześćdziesięciu lat, a jej długie włosy splecione były w warkocz odkąd pamiętam. Dziś przeplatały się w nim już srebrne pasma. Gdy ją zobaczyłam, poczułam, jak w sercu rozlewa się znajome, kojące ciepło.
— Gaju, wreszcie jesteś — powiedziała łagodnie, usiadła obok mnie na ławce i mnie uścisnęła.
— Zosia uprzedziła mnie, że dziś przyjedziesz. Na pewno jesteś głodna po podróży — spojrzała na koszyk, który przyniosła. W środku był świeżo upieczony domowy chleb i słoiczek konfitur. — Wiem, że to niewiele, ale…
Uśmiechnęłam się nieśmiało i uściskałam ją mocno.
— Dziękuję. Naprawdę nie trzeba było się trudzić.
— Daj spokój, dziecko. Zabieraj się za jedzenie, póki ciepłe. — Pokiwała głową z uśmiechem. — Ale dlaczego tak tu siedzisz? Zapomniałaś kluczy?
— Chyba… trochę się boję wejść do środka. Wciąż widzę mamę i tatę. Ich śmiech. I tę ostatnią kłótnię, której nie zdążyłam wyjaśnić.
Aniela poklepała mnie po ramieniu z serdecznością i ciepłem wymalowanym na twarzy.
— Och, kochanie, to normalne. Wszyscy za nimi tęsknimy. Ale pamiętaj — nie jesteś sama, Gaju. Czekaliśmy tu na ciebie. Ten dom też.
Uśmiechnęła się pocieszająco, a potem spojrzała na zegarek.
— Zosia będzie niedługo, a ja muszę już iść — Tymon czeka — ma zawieźć mnie do lekarza.
Serce zabiło mi szybciej na samo wspomnienie jego imienia. Aniela spojrzała na mnie tak, jakby doskonale wiedziała, co właśnie przeszło mi przez głowę. Przez moment zastanawiałam się, czy Tymon w ogóle jeszcze o mnie pamięta. Czy nadal ma mi za złe to, w jakich okolicznościach wyjechałam.
Kiedy Aniela ruszyła ścieżką, którą przyszła, odwróciłam się twarzą do domu.
— W końcu jestem tu, gdzie moje miejsce — wyszeptałam, biorąc głęboki oddech. Choć sama nie byłam jeszcze do końca pewna wypowiedzianych słów.
— Czas na kolejny krok — mruknęłam cicho i z determinacją ruszyłam w stronę drzwi.
***
Ku mojemu zdziwieniu, po przekroczeniu progu nie poczułam smutku. Wręcz przeciwnie — ogarnęła mnie ulga. Czułam się po prostu dobrze. Dom, mimo swojego starego uroku, był w bardzo dobrym stanie. Rodzice dbali o niego do samego końca.
Strugi porannego słońca wpadały przez okna, oświetlając przytulne, jasne, drewniane wnętrze. Spojrzałam w stronę kuchni, otwartej na salon, i uśmiech sam pojawił się na mojej twarzy. Już wiedziałam, jak spędzę dzisiejszy dzień. Przez długi czas nie robiłam tego, co kocham najbardziej. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz upiekłam jakieś ciasto.
Po wyjeździe z domu zatraciłam się w wirze nauki, pracy i dążenia do „idealnego życia”. Mój były chłopak, Julian — dla którego wtedy wyjechałam — zawsze krytykował moje wypieki. Traktował je jak fanaberię, babcine hobby. Z czasem piekłam coraz rzadziej, aż w końcu zupełnie zabrakło na to czasu… i miejsca.
Gdy się poznaliśmy, Julian był czarujący, ambitny. Czułam się przy nim ważna. Namawiał mnie do wyjazdu, mówił, że „dopiero tam zaczniemy żyć naprawdę”. Byłam zaślepiona i nie widziałam tego, co widzieli inni. Po przeprowadzce na studia zaczął powoli odcinać mnie od bliskich — wtedy tego nie dostrzegałam. Dostosowałam się do jego stylu życia, krok po kroku tracąc siebie. Kontakt z siostrą, z rodzicami, z Tymonem… zaczął się urywać.
Tymon — znaliśmy się od dziecka. Moja mama i jego ciocia Aniela były przyjaciółkami, więc praktycznie wychowaliśmy się razem. Był najlepszym przyjacielem mojej siostry, a z czasem stał się również moim. Zawsze jednak wydawało mi się, że podchodzi do mnie z pewnym dystansem.
Gdy byłam nastolatką, stał się dla mnie całym światem. Bardzo się w nim zadurzyłam, ale byłam pewna, że traktuje mnie tylko jak „młodszą siostrę Zosi”. Czasem jednak odnosiłam wrażenie, że patrzy na mnie inaczej — i wtedy łudziłam się, że może nie widzi już we mnie tylko dziecka.
Żadne z nas nigdy nie poruszyło tego tematu. Ja nie chciałam robić z siebie idiotki i ryzykować odrzucenia. A on? Pewnie nawet przez myśl mu nie przeszło, że mogłabym być dla niego kimś więcej.
Niedługo potem poznałam Juliana i wszystko się zmieniło. Tymon od początku trzymał go na dystans. Zamienili ze sobą może kilka słów na spotkaniach ze znajomymi, ale nigdy się nie polubili.
Po wyjeździe na studia, gdy zaczęłam spotykać się z Julianem na poważnie, zamieszkaliśmy razem. Wkręciłam się w ten związek i w obietnice, które mi składał — o nowym, wspaniałym życiu pełnym sukcesów.
Po obronie dyplomu wróciłam na chwilę do domu, żeby odpocząć przed rozpoczęciem pracy. Julian nie przyjechał ze mną, bo wcześniej zaczął nową posadę — jak to ujął: „nie można marnować okazji”.
Siedzieliśmy na tarasie małej kawiarni moich rodziców, którą nazwali imieniem mojej mamy — „U Róży” — ja, Zosia, Tymon i nowy chłopak Zosi, Grzesiek. Zosia z Grześkiem poznali się przez Tymona. Zaprzyjaźnili się podczas pracy nad projektem domków letniskowych. Tymon był bardzo utalentowany — ukończył architekturę i wykonywał swoją pracę z pasją. Grzesiek był stolarzem, od razu złapali wspólny język. Zosia przy nim promieniała. Widziałam, że to dobry człowiek — w końcu to Tymon zaprzyjaźnił się z nim pierwszy, a on nie ufa byle komu.
To był jeden z cieplejszych wieczorów tego lata. Jedliśmy jeszcze ciepłą szarlotkę z lodami, którą upiekła moja mama. Zawsze dbała, żeby w kawiarni były świeże wypieki. Opowiadałam, co u mnie słychać i jakie mamy z Julianem zawodowe plany. Nie byłam w najlepszym nastroju — chwilę wcześniej trochę się z Julianem posprzeczaliśmy. Uważał, że powinnam od razu zaczynać z nim pracę, a ja wolałam wrócić do domu choć na kilka dni.
Przez cały czas mój telefon wibrował — Julian pisał wiadomości jedna za drugą, pytając, kiedy w końcu wrócę, twierdząc, że marnuję czas na tej „wsi zabitej dechami”. Trudno mi było skupić się na rozmowie, oderwać od jego słów.
Czułam na sobie spojrzenie Tymona. Patrzył na mnie uważnie, niemal przenikliwie. Jakby z troską… albo współczuciem.
Było już późno. Zosia z Grześkiem poszli pomóc mamie posprzątać i przygotować kawiarnię na następny dzień. My z Tymonem zostaliśmy na tarasie, kończąc porządki. Gdy składaliśmy krzesła, westchnął i w końcu powiedział:
— Gaja, bądź ze mną szczera. Czy naprawdę jesteś tak szczęśliwa, jak mówisz? Nie tęsknisz za tym, co naprawdę kochasz?
Zamarłam. Wiedziałam, o co mu chodzi.
Jeszcze nikt nigdy nie nazwał pieczenia w ten sposób, ale on… on zawsze to rozumiał.
— O co ci chodzi? Przecież mówiłam już, że pieczenie to tylko hobby. Nie utrzymam się z samych ciast. Poza tym… chcę czegoś więcej. Kontaktu z ludźmi, wymiany doświadczeń. Nie mogę całe życie siedzieć w kuchni i czekać na cud. Julian twierdzi, że…
— Serio? — przerwał mi ostro. — Nie potrafisz nawet powiedzieć, co ty myślisz. Ciągle tylko: Julian to, Julian tamto…
W jego głosie wyczułam zawód. A może nawet żal.
— Nie widzisz, jak bardzo on cię zmienił? Gaju… ty już nie jesteś sobą. Mówię to, bo się o ciebie martwię.
Zadrżałam. A jeśli miał rację? Może naprawdę oddałam własne zdanie komuś innemu?
— Julian mnie kocha i chce dla mnie dobrze — uniosłam głowę wyżej. — Naprawdę aż tak go nie znosisz? Chcesz mnie do niego zniechęcić, czy co? On we mnie wierzy, wspiera mnie. A ty ostatnio tylko wszystko podważasz.
— Gajka… to nie tak. — Westchnął. — Zresztą, rób, co chcesz. Ale uważamy, że on tobą steruje.
„Gajka”. Nie słyszałam tego słowa z jego ust odkąd skończyłam siedemnaście lat. Zrobiło mi się gorąco. Ale zaraz potem coś mnie tknęło.
— „Uważamy”? — zmrużyłam oczy. — Kto to jest my?
— Ci, którym na tobie zależy. Gdybyś nie była tak ślepa na Juliana, zauważyłabyś, jak bardzo oddaliłaś się od mamy. Ona naprawdę za tobą tęskni…
— Mamy?! — wybuchłam. — Teraz jeszcze mieszasz w to moją mamę? Wiesz co? Dorosłam. Chcę od życia czegoś więcej niż siedzenia nad jeziorem i pieczenia ciast. Może Wam odpowiada takie życie, ale nie mnie. Chyba naprawdę nie mamy już o czym rozmawiać.
To była ta chwila. Jedno słowo za dużo, jedno zdanie za mocno. Tymon nic nie odpowiedział. Po prostu odwrócił się i odszedł.
Zostałam w miejscu, jakby ziemia osunęła mi się spod nóg. Przez chwilę czułam tylko pustkę… aż w końcu przyszła złość. Zacisnęłam usta i ruszyłam do środka kawiarni.
***
— Jak mogłaś, mamo? — zapytałam, choć w moim głosie było więcej żalu niż złości. Zauważyłam, że Zosia i Grzesiek też już wyszli, zostałyśmy same.
Spojrzała na mnie zaskoczona, z cieniem niepokoju na twarzy. Przez chwilę milczała, jakby próbowała znaleźć właściwe słowa.
— Jak mogłaś spiskować z Tymonem o mnie, za moimi plecami? — dodałam, starając się nie podnieść głosu, ale moje serce biło zbyt szybko.
— Spiskować? Kochanie… — powiedziała cicho. — To nie było nic takiego. Nikt tu nie spiskuje.
— Naprawdę? — uniosłam brwi, walcząc z narastającym gniewem. — To dlaczego Tymon mówi, że Julian mną steruje, i twierdzi, że ty się z nim zgadzasz? Czy wy wszyscy naprawdę uważacie, że nie wiem, co robię?
Mama podeszła o krok bliżej, jakby chciała mnie dotknąć, złapać za rękę. Ale ja cofnęłam się odruchowo.
— Gaju… On się martwi. Ja też. Ostatnio prawie się nie widujemy, nie rozmawiamy jak dawniej. Czasem trudno mi cię rozpoznać. — Jej głos zadrżał.
Poczułam, jak coś zaciska mi się w gardle. Niby chciałam, żeby się odezwała, żeby powiedziała, co czuje, ale teraz… każda jej troska brzmiała jak oskarżenie.
— Dość. — Moje słowa były krótkie i twarde jak kamień. — Mam dość tego, że wszyscy wokół wiedzą lepiej, co jest dla mnie dobre. Jeszcze dziś wracam do Warszawy.
— Gaju, nie musisz podejmować decyzji w emocjach… — zaczęła.
— Zadzwonię jutro — ucięłam, odwracając się do wyjścia. Nie chciałam, żeby widziała, jak bardzo drżą mi ręce. W środku wrzałam. Byłam zła, rozczarowana, zraniona. Ale najbardziej — pogubiona. I potrzebowałam się z tego wyrwać. Na chwilę.
Zamknęłam za sobą drzwi. Nie obejrzałam się.
Gdybym tylko wiedziała, że to ostatni raz, kiedy widzę mamę… nigdy bym tak nie odeszła.
***
Teraz
Nawet nie zauważyłam, kiedy po policzku spłynęła mi łza. Wydawało mi się, że minęły całe wieki, odkąd przekroczyłam próg domu, a tymczasem to była zaledwie minuta. Z zamyślenia wyrwał mnie przenikliwy dźwięk dochodzący z mojego brzucha. Tak — byłam głodna, a jeszcze ciepły chleb od cioci Anieli aż prosił się, by go spróbować.
Szybko odkroiłam sobie kromkę i posmarowałam konfiturą. Już pierwszy kęs wywołał prawdziwą eksplozję smaków. Zamknęłam oczy. W jednej chwili wróciły wszystkie wspomnienia z dzieciństwa — kuchnia, zapach drożdży, śmiech mamy, Zosi i taty.
Właśnie tak smakuje dom.. pomyślałam.
— Smak powrotu — wyszeptałam cicho.
Przypomniałam sobie, że w aucie wciąż czekają na mnie walizki. Niechętnie ruszyłam w stronę drzwi. Gdy je otworzyłam, odruchowo cofnęłam się o krok. Ku mojemu zdziwieniu nie byłam sama.
— Hej, przystojniaku — rzuciłam z uśmiechem, ale nie doczekałam się odpowiedzi.
Parsknęłam śmiechem, gdy pod moimi nogami przemknął rudy kot. Był nieco brudny i miał zmierzwioną sierść. Było w nim coś znajomego… Jego futro miało głęboki, miedziany odcień — niemal taki sam jak moje włosy, sterczące we wszystkie strony, związane w niedbały kok.
Rzuciłam okiem w stronę lustra i zobaczyłam siebie — prawdziwą siebie, jak za dawnych lat. Piegi na nosie były dziś wyjątkowo widoczne. Nie miałam siły ani ochoty, żeby się malować. Po prostu chciałam jak najszybciej wyjść z mieszkania.
Kot zamruczał cicho i zaczął łasić się do mojej nogi. Dopiero wtedy zauważyłam, jak bardzo jest chudy. Biedak wyglądał jak mały rozbitek — jakby życie wyrzuciło go na tę werandę. Może dlatego tak szybko poczułam z nim jakąś nić porozumienia.
Uświadomiłam sobie, że lodówka świeci pustkami, więc szybko wniosłam walizki do środka, rozpakowałam się pobieżnie i ruszyłam z powrotem do auta. Kot został na werandzie, wygrzewając się w słońcu, a ja pomknęłam do pobliskiego sklepu.
Rozdział 1
Chwyciłam koszyk i ruszyłam między półki. Od razu przykuły moją uwagę cytryny — dojrzałe, soczyście żółte, wyglądały naprawdę dobrze. Wtedy przyszło mi coś do głowy: Zosia zawsze uwielbiała moją tartę cytrynową. To idealny moment, żeby ją zaskoczyć. Wrzuciłam kilka do koszyka i ruszyłam dalej.
Gdy koszyk był już niemal pełny, przypomniałam sobie o jeszcze jednej rzeczy — karmie dla kota. Miałam nadzieję, że po moim powrocie wciąż będzie tam na mnie czekał… Skręciłam w stronę działu zoologicznego, a potem ruszyłam do kasy.
— Gaja? — znajomy głos za moimi plecami sprawił, że serce zabiło mi szybciej, a w uszach zrobiło mi się gorąco.
Odwróciłam się i — oczywiście — Tymon. Ostatni raz widzieliśmy się na pogrzebie moich rodziców. Niewiele z tamtego dnia pamiętam, chyba nawet nie zamieniliśmy wtedy słowa.
Teraz patrzyłam na niego i musiałam przyznać, że trochę się zmienił. Zawsze był wysoki, dobrze zbudowany, ale dziś jego ciemnobrązowe włosy były nieco dłuższe, potargane w niedbały, ale zaskakująco pasujący sposób. Na twarzy zauważyłam kilka zmarszczek — dodawały mu tylko charakteru. Uśmiechnął się do mnie, a ja odwzajemniłam ten gest.
— Tymon, hej — uśmiechnęłam się lekko. Zawsze łatwo nam się rozmawiało, ale teraz nagle zabrakło mi słów.
Na szczęście szybko sobie przypomniałam:
— Jak ciocia? Wszystko w porządku z jej zdrowiem?
W tym samym czasie on zapytał:
— Na ile przyjechałaś?
Zaśmiał się cicho, unosząc brwi.
— Z ciocią wszystko w porządku, to tylko rutynowe badania. Wiesz, jaka ona jest — woli sama leczyć się swoimi miksturami i unikać lekarzy jak ognia. A ty? Zostajesz na dłużej czy tylko wpadasz na chwilę?
Poczułam lekkie zakłopotanie. Nie wiedział, że wróciłam na stałe?
— Yyy… nie planuję żadnych wyjazdów w najbliższym czasie. Chcę się tu trochę zadomowić… znowu.
— A co z twoją pracą? I… z Julianem? — zapytał, wyraźnie zaskoczony, a jego głos przy ostatnim imieniu jakby zniżył ton.
— Rozstałam się — rzuciłam krótko. — Z jednym i z drugim.
— Och, rozumiem — odpowiedział współczującym tonem, ale zauważyłam, że kącik jego ust zadrżał w niemym uśmiechu.
Zarumieniłam się lekko, sama nie wiedząc czemu.
— Muszę lecieć — wypaliłam. — Niedługo przychodzi do mnie Zosia, a muszę jeszcze upiec jej ulubioną tartę.
Tymon uśmiechnął się lekko. W jego spojrzeniu było coś uważnego — jakby chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał.
— Mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy — dodał w końcu.
— Na pewno! — odpowiedziałam może odrobinę zbyt entuzjastycznie, aż sama się zdziwiłam.
***
Gdy wróciłam do domu z zakupami, kot spał na werandzie, jakby rzeczywiście na mnie czekał. Choć widzieliśmy się pierwszy raz, czułam, że się zaprzyjaźnimy.
— Nazwę cię Cynamon — powiedziałam cicho, obserwując, jak łapczywie pochłania porcję karmy, którą mu nasypałam.
Zaczęłam piec ciasto. Poczułam się… dziwnie. Taka lekka. Nie wiem, czy to przez endorfiny, które zawsze towarzyszyły mi przy pieczeniu, czy może przez coś innego. Spotkanie z Tymonem wciąż krążyło mi po głowie, jakby zostawiło po sobie iskierki. Na samo wspomnienie uśmiechałam się do siebie jak głupia.
— Och, ogarnij się, kobieto — warknęłam do siebie.
Włączyłam ulubioną muzykę i niemal odruchowo zaczęłam kręcić się po kuchni, tańcząc i podśpiewując pod nosem. Tartę robiłam z pamięci, bez żadnego przepisu — dorzucałam składniki „na oko”, dokładnie tak, jak kiedyś z mamą.
I wtedy to poczułam. Radość. Niespodziewaną, prawdziwą. Jakby coś we mnie zaskoczyło. Jakbym naprawdę zaczynała żyć na własnych zasadach. Bez planu, a jednak z poczuciem, że wiem, co robię.
Włożyłam blachę do piekarnika, kiedy rozbrzmiał dzwonek telefonu. Zerknęłam na ekran. Julian. Zignorowałam go. Ale nie odpuszczał. Dzwonił raz za razem, aż w końcu zirytowana odebrałam.
— Halo?
— No w końcu… księżniczka raczyła odebrać! — wrzasnął.
— Czego chcesz? — zapytałam chłodno.
— Czego chcę? Gaja, wyjechałaś bez słowa! Nie pomyślałaś, że mogę się martwić? Gdzie jesteś?
— Julian, nie będziemy znów tego wałkować. Rozstaliśmy się. Nie zmienię decyzji. Niepotrzebnie się zamartwiasz. Wróciłam do domu.
— Nie możesz tak po prostu uciec na tę swoją wieś! To żadne rozwiązanie! Nawet nie dałaś nam kolejnej szansy!
— Dawałam szanse. Miesiącami. Dobrze o tym wiesz.
— I tak w końcu zmienisz zdanie! Po co ten cyrk?! — wybuchł. — Jeszcze zatęsknisz i będziesz mnie błagać o powrót, jak znudzi ci się ta cała sielanka!
— Nie tym razem — powiedziałam cicho, bardziej do siebie niż do niego, i się rozłączyłam.
Zaraz potem odetchnęłam głęboko, jakby ktoś zdjął mi z ramion ciężar. Bez chwili wahania zablokowałam jego numer. Postanowiłam, że dziś już nic nie zepsuje mi nastroju.
W tej samej chwili rozległo się pukanie do drzwi.
— Zosia! — zawołałam, otwierając drzwi.
— Hej, siostra — wparowała do środka z rozmachem, trzymając w jednej ręce butelkę wina, a w drugiej naczynie z zapiekanką.
Uściskałyśmy się mocno, gdy tylko zwolniła ręce.
— Czy ja dobrze czuję i mój nos mnie nie myli? — zerknęła w stronę piekarnika, po czym ceremonialnie wciągnęła powietrze nosem. — Czy to specjalnie dla mnie? — uśmiechnęła się zawadiacko.
— Tak — wyszczerzyłam zęby. — Pomyślałam, że dawno nie jadłaś.
— Och, jak dobrze, że jesteś w domu — powiedziała z czułością.
Nałożyłyśmy sobie po kawałku zapiekanki i usiadłyśmy do stołu. Dobrze, że Zosia przyniosła jedzenie — ja zupełnie zapomniałam o obiedzie, rozemocjonowana całym tym powrotem. Na szczęście zjadłam rano chociaż to, co przyniosła mi ciocia Aniela.
Zjadłyśmy szybko i przeniosłyśmy się na kanapę. W międzyczasie wyjęłam tartę z piekarnika, żeby zdążyła się przestudzić.
Rozmawiałyśmy długo. Każda opowiedziała, co u niej słychać — nadrabiałyśmy czas. Potem zaczęłyśmy wspominać i śmiałyśmy się tak długo, aż rozbolały nas brzuchy i nie mogłyśmy złapać tchu.
Nalałam nam jeszcze po lampce wina, kiedy Zosia wyszła na chwilę do auta. Wróciła z małym pudełkiem z napisem „Dla Gai”.
— Znalazłam to, robiąc porządki w kawiarni — postawiła je na stole. — Nie otwierałam.
Cisza nagle zrobiła się gęstsza, jakby cięższa.
— Gaja? Otworzysz? — zapytała cicho, wyrywając mnie z zamyślenia.
— Może później. Teraz mamy ważne rzeczy do obgadania. Opowiadaj, co już udało wam się zaplanować na ślub?
Zosia uśmiechnęła się szeroko i zaczęła opowiadać z ekscytacją o wszystkich szczegółach, a ja starałam się nadążyć za jej entuzjazmem.
— A tak w ogóle… — zaczęła, trochę niepewnie — chciałam cię o coś zapytać. Zostaniesz moją świadkową?
— Zośka, oczywiście, że tak! — odpowiedziałam bez wahania. Siostra uśmiechnęła się do mnie z ulgą i radością.
— Świadkiem będzie Tymon — rzuciła znienacka, kiedy siedziała na blacie, a ja kroiłam tartę.
— Och… no tak — odparłam, starając się brzmieć obojętnie. Nie powinno mnie to zaskoczyć — w końcu był blisko z Grześkiem i Zosią — ale mimo to poczułam lekkie zakłopotanie, szczególnie gdy Zosia przyglądała się mojej reakcji.
— Wypytywał o ciebie, wiesz? — upiła łyk wina.
— Tak? — zapytałam, może trochę zbyt piskliwym tonem.
— Daj spokój, Gaja. Przede mną nie musisz udawać. Wiem, że między wami jest jakaś dziwna chemia, której żadne z was nie chce przyznać.
Nie odpowiedziałam nic. To jej nie przeszkadzało — mówiła dalej:
— Przed twoim przyjazdem spotykał się z taką Tamarą. Ale, dziwnym trafem, jak tylko dowiedział się, że wracasz — uciął kontakt. Nie uważasz, że to trochę… podejrzane? — Uniosła brwi z figlarnym błyskiem w oku.
Roześmiałyśmy się jednocześnie.
— Szkoda, że już tu nie mieszkasz — powiedziałam. — Miałybyśmy razem niezły ubaw.
— Niezła zmiana tematu, siostrzyczko — rzuciła, zanim wzięła kęs tarty. — No, no! Muszę przyznać, że wcale nie wypadłaś z wprawy. Jest przepyszna!
To było jak miód na moje serce. Zadowolona, sięgnęłam po własny kawałek i też zaczęłam się delektować.
— Rzeczywiście szkoda, że już tu nie mieszkam. Grześ mi takich pyszności nie upiecze — zażartowała Zosia.
Zjadłyśmy wszystko do ostatniego okruszka i rzuciłyśmy się na kanapę w salonie.
— Gaja? — zaczęła Zosia.
— Hm? — mruknęłam.
— Gapisz się na to pudełko, jakby była w nim bomba. Na pewno nie chcesz go otworzyć?
Zastanowiłam się chwilę nad jej słowami. Oczywiście, że chciałam wiedzieć, co jest w środku. Ale się bałam. Bałam się, że kiedy je otworzę, nie zostanie mi już nic po mamie — tylko wspomnienia. Cokolwiek było w pudełku, dopóki go nie ruszałam, miałam coś namacalnego. Coś, co chciała, żebym zatrzymała.
— Nie, nie dzisiaj. Jeszcze nie jestem gotowa…
— Rozumiem — powiedziała Zosia, zamyślona. Po chwili dodała:
— Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. Wiesz, że kawiarnia rodziców ostatnio kiepsko sobie radzi. Pomyślałam… może chciałabyś pomóc mi ją trochę ożywić? Pieniądze z ich polisy wciąż leżą nietknięte. Może mogłybyśmy zrobić z nich użytek i odświeżyć to miejsce? No i najważniejsze pytanie… zgodziłabyś się piec? Tak jak robiła to mama?
Zawahała się na moment, po czym dodała z lekkim uśmiechem:
— Teraz zamawiamy ciasta z pobliskiej cukierni, ale to nie to samo. Nie o to chodziło rodzicom, gdy zakładali kawiarnię. A poza tym… wcale nie są takie dobre — zaśmiała się i spojrzała na mnie z wyczekiwaniem.
Zaskoczyła mnie tą ilością pytań. Siedziałam cicho, może dlatego, że nie wiedziałam, co powiedzieć.
Kiedy myślałam o pieczeniu, chodziło mi raczej o bloga z przepisami, coś luźnego. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że mogłabym zająć miejsce mamy.
— To jak? Wchodzisz w to? — ponagliła mnie Zosia, gdy wciąż milczałam.
— Tak — odpowiedziałam krótko, zaskakując nawet samą siebie.
To znaczyło tylko jedno: teraz już nie było żadnych wątpliwości. Zostaję.
— W takim razie chodźmy już spać. Jutro czeka nas dzień pełen wrażeń. Teraz już nie ma odwrotu, siostrzyczko — powiedziała Zosia z uśmiechem.
Tej nocy rozłożyłyśmy kanapę w salonie, tak jak robiłyśmy to w dzieciństwie. Przyniosłyśmy poduszki, pościel i nakryłyśmy się po same uszy, leżąc obok siebie i gapiąc się w sufit.
— Tęsknię za nimi, wiesz?
— Wiem — odwróciłam głowę w stronę siostry. — Ja też.
Tymi słowami zakończyłyśmy dzień. Zosia zasnęła pierwsza, a ja długo jeszcze nie mogłam zmrużyć oka. Myślałam o tym, jak mogłam być tak samolubna, że zostawiłam ją tu samą. Przecież ona też straciła rodziców… i do tego mnie. Tylko raz na jakiś czas rozmawiałyśmy przez telefon. A ona zawsze mnie wspierała, nawet wtedy, gdy postawiłam Juliana ponad wszystko i wszystkich.
Pomyślałam, że zrobię co w mojej mocy, żeby jej to wynagrodzić.
I z tą myślą w końcu zasnęłam.
Rozdział 2
Rano obudziły mnie promienie słońca muskające moją skórę. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że jestem sama — Zosia musiała wstać wcześniej. Chwyciłam za telefon, żeby sprawdzić godzinę. Było po dziewiątej. Na ekranie wyświetliła się wiadomość od siostry:
„Widzimy się o 11 w kawiarni.”
No tak… — przypomniałam sobie wczorajszy wieczór.
— W takim razie pora wstać — westchnęłam.
Próbowałam się poruszyć, ale coś ciążyło mi na nogach. Cynamon przeciągnął się ospale i, gdy tylko się ruszyłam, wstał z niezadowoleniem.
Nakarmiłam kota i poszłam wziąć szybki prysznic. Chłodna woda przyjemnie mnie orzeźwiła. Narzuciłam na siebie szlafrok i ruszyłam do kuchni, żeby nastawić ekspres do kawy. Już po pierwszym łyku wróciłam do żywych. Zrobiłam sobie śniadanie i zjadłam je w spokoju. Spojrzałam na zegarek i stwierdziłam, że powinnam się już zbierać, żeby zdążyć na czas.
Dzień zapowiadał się upalny, jak przystało na początek lipca, więc wyciągnęłam z szafy lekką, zwiewną sukienkę przed kolano w drobne kwiatuszki. Włosy spięłam w wysoki kucyk, ale wypuściłam kilka pasm przy twarzy — tak, jak lubiłam najbardziej. Przeciągnęłam rzęsy tuszem, dodałam delikatny błyszczyk i byłam gotowa do wyjścia.
Nie wiedzieć czemu, czułam lekką ekscytację — trochę jak nastolatka przed pierwszą randką.
Droga do miasteczka trwała jakieś dziesięć minut. Jadąc przez mazurskie lasy, mijałam stragany z rękodziełem, miodem i wiankami. Otworzyłam okno, delektując się zapachem żywicy, tak charakterystycznym dla letnich poranków.
W końcu minęłam tablicę „Witamy w Jeziornie”. Zwolniłam, wjeżdżając na rynek. Choć minęło już kilka lat, widok wciąż był znajomy. Spojrzałam na starą fontannę, w której dzieci chlapały się wodą, i uśmiechnęłam się w duchu, przypominając sobie, że kiedyś robiłam dokładnie to samo.
Po lewej stronie zaczęła ustawiać się kolejka po lody. O tej porze roku byli to głównie turyści, ale nigdy nie brakowało też mieszkańców — tu wszyscy zawsze wspierali lokalne biznesy. Minęłam grupkę rowerzystów, pewnie jechali w stronę jeziora, gdzie powietrze pachniało świeżymi goframi i smażonym sandaczem.
Skręciłam w boczną uliczkę i moim oczom ukazała się nasza kawiarnia, z szyldem lekko już wyblakłym od słońca: „U Róży”. Zaparkowałam obok samochodu Zosi i ruszyłam w stronę wejścia.
***
Chwilę stałam w miejscu, wpatrzona w znajomy widok. Nagle poczułam coś pomiędzy niepokojem a ekscytacją.
Pociągnęłam za klamkę, ale drzwi ani drgnęły.
— Co jest? — mruknęłam sama do siebie.
Spróbowałam jeszcze raz, tym razem z większą siłą. Drzwi nagle ustąpiły i wpadłam gwałtownie do środka, prosto na czyjąś twardą klatkę piersiową. Odruchowo podniosłam wzrok, gotowa przeprosić — i wtedy go zobaczyłam. Tymon.
Jego oczy, rozszerzone z zaskoczenia, szybko przybrały rozbawiony wyraz.
— Rany! Przepraszam — poczułam, jak na mojej twarzy pojawia się rumieniec.
— To moja wina, widziałem, że ktoś szarpie za klamkę, więc chciałem pomóc — powiedział, jakby lekko… zakłopotany?
Na podłodze zauważyłam porozrzucane kartki. Pewnie je upuścił, kiedy na niego wpadłam. Chciałam się schylić, żeby je pozbierać, ale zanim zdążyłam to zrobić, Tymon znalazł się bliżej. Zastygłam, gdy poprawił ramiączko mojej sukienki, które musiało opaść w całym tym zamieszaniu.
Zrobiło mi się gorąco — i to zdecydowanie nie przez temperaturę.
— Może lepiej to pozbieram — stwierdził, przerywając niezręczną ciszę.
— Co to? — spytałam, pomagając mu.
— Zosia poprosiła mnie o kilka projektów wystroju wnętrza, żebyście miały w czym wybierać.
No tak… W całym tym zamieszaniu nawet nie zdążyłam się zastanowić, co on tu właściwie robi.
Z kuchni wyszli Grzesiek z Zosią, niosąc tace z kawą mrożoną.
— Gaja, jesteś w końcu! — zawołała Zosia z entuzjazmem.
— Dobrze cię widzieć — uściskał mnie Grzesiek, szczerząc się od ucha do ucha.
— Ciebie też — odpowiedziałam, odwzajemniając gest, choć w głowie wciąż miałam moment sprzed chwili.
Mam nadzieję, że nie zauważyli mojego nagłego zmieszania. Zauważyłam, że Tymon odsunął się o krok i, zupełnie jakby nic się przed chwilą nie wydarzyło, podał Zosi kartki z projektami.
— To co, oglądamy? — zagaił Grzesiek.
Wzięłam głęboki oddech i zmusiłam się, by się skupić. Rozłożyliśmy projekty i pochłonęła nas rozmowa. Moje oczy co chwilę kierowały się w stronę Tymona, oczywiście tak, żeby nikt tego nie zauważył. Grzesiek dopasowywał propozycje wykonania nowych mebli. Czułam się ożywiona i podekscytowana nowymi planami, ale gdzieś z tyłu głowy wciąż tliło się to dziwne uczucie. Wszystko niby było tu takie samo jak kiedyś, a jednak wydawało się… jakby bardziej puste.
Wspólnie zgodziliśmy się, że większość mebli zostawimy, jedynie je odnawiając, żeby nie zmieniać klimatu kawiarni. Ustaliliśmy, że zostajemy przy trochę staroświeckim wystroju z dodatkiem nowoczesności.
Tymon
Zegarek pokazał 7:54, gdy wróciłem z porannego biegania. Bez tego nie zaczynałem dnia. Świeże powietrze i cisza były idealnymi warunkami, żeby uporządkować myśli. A ostatnio sporo ich przewijało się przez moją głowę…
Zanim zdążyłem wejść do domu, rozdzwonił się mój telefon. Na ekranie pojawiła się Zosia.
— Mam nadzieję, że pamiętasz o projektach? — zapytała bez przywitania.
— Cześć, ja też się cieszę, że cię słyszę, przyjaciółko — odparłem, otwierając drzwi.
— Nie żartuj sobie ze mnie, Tymon. Mam nadzieję, że wszystko jest gotowe. Gaja też będzie i chciałabym coś dzisiaj ustalić.
— Gaja… czyli się zgodziła — uśmiechnąłem się do siebie z zadowoleniem.
— Będę przed 11 z projektami, możesz na mnie liczyć — zapewniłem, ściągając przepocony T-shirt.
— Dzięki, będziemy czekać — rozłączyła się, zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
Wcześniej przygotowałem kilka opcji, ale totalnie zapomniałem ich wydrukować. Zosia dobrze mnie znała i wiedziała, kiedy zadzwonić.
Włączyłem komputer i puściłem projekty do druku, a w międzyczasie wziąłem szybki prysznic. Miałem jeszcze trochę czasu, więc po drodze do Jeziorna wstąpiłem do cioci Anieli na śniadanie. Od kiedy wyprowadziłem się na swoje, staraliśmy się utrzymać tę tradycję i spotykać przynajmniej raz w tygodniu.
Gdy dotarłem na miejsce, Zosia z Grześkiem już tam byli — rozmawiali o czymś, śmiejąc się i przekomarzając.
Podszedłem do nich z projektami w ręce.
— Masz? — zapytała Zosia z podekscytowaniem, zerkając na teczkę.
— Tak jak prosiłaś — odpowiedziałem, jednocześnie ściskając dłoń Grześka na powitanie.
— Dobra, to teraz czas na kawę. Musimy się trochę obudzić, zanim zaczniemy tę burzę mózgów — zażartował Grzesiek.
— Możesz rozłożyć projekty na tamtym stole — wskazała Zosia — a my z Grześkiem przygotujemy kawę.
Zostałem sam na głównej sali. Już miałem rozkładać projekty, kiedy usłyszałem, że ktoś dobija się do drzwi i szarpie za klamkę. Domyśliłem się, kto to. Ruszyłem w stronę wejścia, ale zanim zdążyłem pomóc — drzwi otworzyły się z hukiem i… wpadła na mnie. Gaja.
Jej dłonie oparły się o moją klatkę piersiową, gdy próbowała złapać równowagę. Spojrzała na mnie swoimi dużymi oczami, a chwilę później jej policzki zalała urocza czerwień. Z automatu przeprosiła, a ja próbowałem zapanować nad dziwnym drżeniem w piersi.
— To moja wina — odparłem i zauważyłem, że kilka projektów wypadło z teczki.
Gaja też to zauważyła. Już chciała się pochylić, żeby je pozbierać — i wtedy zamarłem. Dopiero teraz dostrzegłem, że zsunęło się jej ramiączko sukienki. Wstrzymałem oddech, a zanim zdążyłem pomyśleć, co robię, delikatnie je poprawiłem. Odsłoniło zbyt wiele. I przez ułamek sekundy poczułem, jakby między nami przepłynął impuls.
— Może lepiej to pozbieram — powiedziałem, przerywając gęstą ciszę.
Opanuj się, chłopie — skarciłem się w myślach.
— Co to? — zapytała Gaja. Wydawało mi się, że też próbuje pozbierać się po tym, co właśnie się wydarzyło.
— Zosia poprosiła mnie o kilka projektów wystroju wnętrza, żebyście miały w czym wybierać — wyjaśniłem, starając się skupić na kartkach, a nie na niej.
W tej chwili nastąpiło moje wybawienie. Zosia i Grzesiek weszli na salę. Cofnąłem się lekko, a Gaja przywitała się z Grześkiem.
Szybko przekazałem Zosi projekty. Mam nadzieję, że niczego nie zauważyli. A jeśli nawet… to dobrze udawali.
Usiedliśmy razem przy dużym stole. Wszyscy rzucali pomysły, komentowali, rozważali różne opcje.
A ja? Chyba więcej patrzyłem na nią niż na własne rysunki. Moje oczy co chwilę mimowolnie wędrowały w jej stronę.
Gaja wydawała się skupiona, ale coś w jej spojrzeniu sprawiało, że zacząłem się zastanawiać — czy ona też to czuje? Czy coś się właśnie zmieniło między nami?
Po raz pierwszy od dawna… chciałem się przekonać.
Ale nie mogłem.
Nie mogłem sobie na to pozwolić.
Gaja nie może się dowiedzieć, co do niej czuję.
Rozdział 3
Gaja
Siedziałyśmy w kuchni w milczeniu. Aniela mieszała coś w garnku, a ja siedziałam na krześle z podkulonymi nogami, obserwując, jak para unosi się nad rondlem. Kuchnia pachniała tymiankiem i czymś pieczonym. Bezpiecznie.
— Czasami myślę, że życie powinno mieć instrukcję obsługi — powiedziałam nagle.
Aniela nie spojrzała na mnie od razu. Mieszała dalej, spokojnie, z tą swoją charakterystyczną ciszą, która nigdy nie była chłodna.
— A ja myślę, że instrukcje są dla rzeczy, które mają tylko jedno zastosowanie — odpowiedziała w końcu. — A życie? Ono się zmienia. W rękach różnych ludzi potrafi być czymś zupełnie innym.
Oparłam brodę na kolanach. Chciałam zadać to pytanie od dawna, ale bałam się odpowiedzi.
— Myślisz, że potrafię… znowu kiedyś być szczęśliwa? Bez udawania?
Tym razem spojrzała. Uważnie.
— Szczęście to nie zawsze wielkie rzeczy. Czasem to po prostu momenty, w których nie boisz się oddychać.
— Czyli teraz nie jestem szczęśliwa?
Uśmiechnęła się lekko.
— Jesteś na dobrej drodze. I nie musisz się spieszyć. Nikt cię nie goni.
Zapadła krótka cisza. Potem dodała jeszcze:
— I pamiętaj, że twoi rodzice nie chcieliby, żebyś z ich powodu nie zbudowała swojego wymarzonego życia. Masz prawo żyć dalej. Nawet jeśli się boisz.
Podeszłam do niej i przytuliłam się od tyłu. Pachniała jak zawsze — domem, latem. A ona tylko postawiła rękę na moim ramieniu. Bez słów. Ale wszystko w niej mówiło: „jestem”.
***
Od naszego spotkania w kawiarni minęło kilka dni. Gdy wszystko zostało ustalone, każdy z nas zajął się swoją częścią pracy. Ja miałam zdecydowanie najmniej do zrobienia — przypisano mi kuchnię, którą i tak zostawiliśmy na sam koniec.
Tymona nie widziałam od tamtej pory. Wymieniliśmy tylko kilka wiadomości dotyczących projektu kuchni, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że traktuje naszą relację całkowicie po przyjacielsku. Nie żeby to było jakieś zaskoczenie — po prostu… trochę szkoda.
Po kolejnym leniwym dniu, kiedy miałam już dość wylegiwania się na hamaku i słuchania podcastów, postanowiłam zrobić coś pożytecznego. Słońce grzało niemiłosiernie, a wiatr tylko przelotnie muskał skórę.
Od mojego powrotu do domu to na mnie spadły obowiązki utrzymania porządku — Zosia już dawno temu wyprowadziła się do Grześka, a przez ostatnie miesiące to oni ogarniali wszystko na miejscu.
Najpierw zabrałam się za trawnik. Nie pamiętałam już, kiedy ostatnio trzymałam w rękach kosiarkę, ale jakoś dałam radę. Zapach świeżo skoszonej trawy uderzył mnie nagle — ostry, zielony, znajomy — i poczułam się na moment jak nastolatka w wakacje. Potem zajęłam się rabatami. Nie sądziłam, że to mnie aż tak zmęczy — choć pewnie swoje dołożył też upał, lepki i ciężki jak mokry koc.
Usiadłam w cieniu, nalałam sobie zimnej lemoniady i sięgnęłam po jagodziankę, którą wcześniej upiekłam. Była jeszcze miękka i lekko ciepła w środku, a słodki zapach jagód zmieszany z wanilią roznosił się leniwie po tarasie.
W tym samym momencie przyszła wiadomość od Zosi:
— Skoro już jesteś moją świadkową, to może dorzucisz do swojej listy obowiązków przygotowanie tortu na nasz ślub? — dodała emotikon puszczającego oczka i mały torcik.
— Jesteś tego pewna? A jeśli coś zepsuję? To ogromna odpowiedzialność jak na taki dzień — odpisałam, lekko spanikowana, ale gdzieś głęboko poczułam też ciepło.
— Dasz radę, wierzę w ciebie. Kto upiekłby coś lepszego niż ty? — śliniąca się buźka.
— No dobrze. Ale tylko na twoją odpowiedzialność — dodałam uśmiech.
Zosia odpisała serduszkiem.
I wtedy przypomniałam sobie, co miałam zrobić zaraz po przyjeździe. Wzięłam telefon i założyłam Instagrama, którego planowałam poświęcić wypiekom. Potraktuję go trochę jak zeszyt z przepisami — tylko że z ładnymi zdjęciami. Jeszcze tylko musiałam wymyślić nazwę… długo nie musiałam szukać. Pomysł sam przyszedł, jakby czekał: „różanewypieki”.
Nie spodziewałam się, że ta aplikacja aż tak mnie pochłonie. Przez kolejne trzy dni piekłam, fotografowałam i wrzucałam przepisy. W mieszkaniu unosił się zapach masła, cynamonu i świeżych owoców. Rosła mi liczba obserwujących — szybciej, niż mogłam się spodziewać.
Właśnie kończyłam publikować kolejny post, gdy na ekranie pojawiła się wiadomość od Tymona:
— Hej, wprowadziłem zmiany, o których rozmawialiśmy w projekcie kuchni. Możemy spotkać się w kawiarni, żebyś je zatwierdziła?
— Jasne! Kiedy ci pasuje? — odpisałam od razu, zaskoczona, ale też lekko podekscytowana.
— Dostosuję się do ciebie, mam elastyczne godziny pracy — uśmiech.
— Jutro o 10:00?
— Pasuje. Do zobaczenia.
***
Obudziłam się jeszcze przed budzikiem. Pierwsze kroki — jak zwykle — skierowałam do ekspresu. Cynamon otrzymał swoją porcję śniadania, a ja wyszłam z kubkiem kawy na ławkę przed domem. Delektowałam się spokojnym porankiem, śpiewem ptaków i ciepłem słońca na twarzy, gdy przyszła wiadomość od Tymona:
— Będę po ciebie o 9:45.
Spojrzałam na zegarek. Kompletnie straciłam poczucie czasu.
— Przecież mogę pojechać sama, nie kłopocz się — odpisałam.
— To żaden kłopot. Bez sensu jechać na dwa auta. Do zobaczenia.
— A więc postanowione — powiedziałam cicho do siebie i pobiegłam pod prysznic.
Tym razem wybrałam bezpieczniejszy strój. Nie chciałam ryzykować żadnym opadającym ramiączkiem. Na samo wspomnienie tamtej sytuacji dostałam gęsiej skórki.
Zerknęłam w lustro z zadowoleniem. Zwykły T-shirt, dżinsowe szorty i trampki — prosty zestaw, ale dobrze się w nim czułam. Szybki błyszczyk, tusz do rzęs i gotowe. Bez szaleństw. Włosy — niestety — nie doczekały się suszarki. Trudno, wyschną po drodze.
Pobiegłam do kuchni z nadzieją, że zdążę jeszcze coś zjeść. Na szybko zrobiłam sobie grzankę z powidłami od cioci Anieli i właśnie ją pochłaniałam, kiedy kątem oka zauważyłam znajome auto.
— Cholera — mruknęłam pod nosem i wzięłam jeszcze dwa szybkie kęsy.
Wyszłam z domu, a Tymon już czekał. Oparty o samochód, spojrzał na mnie z rozbawieniem.
— Smakowało?
Zmarszczyłam brwi, zdezorientowana.
— Śniadanie. Smakowało? — powtórzył, uśmiechając się szeroko. — Bo wygląda, jakbyś planowała dokończyć je później.
Wskazał palcem na mój policzek. Momentalnie zrozumiałam. Oczywiście — powidła.
Szybko starłam resztki z twarzy.
— No tak… — zachichotałam z lekkim zażenowaniem.
Czy ja zawsze muszę robić z siebie idiotkę? — pomyślałam.
Tymon otworzył drzwi pasażera.
— Zapraszam — powiedział z uśmiechem, w którym było coś między czułością a rozbawieniem.
Całą drogę do Jeziorna rozmawialiśmy o kuchni w kawiarni. I po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam się przy nim naprawdę swobodnie. Tak jak kiedyś. Jakbyśmy znów byli po prostu dobrymi przyjaciółmi.
Remont w kawiarni trwał w najlepsze. Zosia, jak zawsze, okazała się świetną organizatorką — wszystko miało swój plan, a każdy wiedział, co robić. Na razie wnętrze przypominało raczej pobojowisko niż przyszłe przytulne miejsce spotkań, ale w mojej głowie już widziałam gotowy lokal: ciepłe światło, zapach kawy i świeżych wypieków, miękkie poduszki na krzesłach, rozmowy przy stolikach.
Było już południe, kiedy skończyliśmy ustalać szczegóły projektu. W powietrzu unosił się zapach świeżo mielonej kawy i farby z niedawno malowanych ścian — mieszanka dziwnie kojąca.
— Może pójdziemy coś zjeść? — zaproponował Tymon, przeciągając się w krześle z cichym westchnieniem. Byłam niemal pewna, że usłyszał, jak burczy mi w brzuchu.
— Chętnie — odpowiedziałam bez chwili wahania, czując, że głód naprawdę zaczyna się dopominać o uwagę. — Masz ochotę na coś konkretnego?
— Co powiesz na pierogi z jagodami?
— Jestem jak najbardziej na tak — uśmiechnęłam się, już wyobrażając sobie miękkie ciasto i słodki smak jagód z odrobiną cukru.
W tym momencie przerwał nam dźwięk telefonu Tymona. Pech chciał, że kątem oka zerknęłam na ekran — i zobaczyłam imię. Tamara.
Zosia wspominała, że spotykali się, zanim wróciłam do domu. Ale przecież mówiła też, że Tymon zerwał z nią kontakt… A może jednak nie?
Chwila, chwila… dlaczego mnie to w ogóle obchodzi? — pomyślałam i szybko odwróciłam wzrok, jakby to mogło cofnąć moje spojrzenie. Nie chciałam, by Tymon pomyślał, że jestem wścibska.
On jednak tylko spojrzał na ekran i bez słowa odrzucił połączenie.
Nie skomentowałam tego. On też nie.
***
Gdy najedliśmy się już do syta, wciąż długo siedzieliśmy nad pustymi talerzami. Czas płynął szybko, zbyt szybko, gdy rozmawialiśmy i wracaliśmy do dawnych wspomnień.
— A pamiętasz, jak ciocia Aniela przyłapała nas, kiedy próbowaliśmy „pożyczyć” jej łódkę i sami popłynąć na jezioro? — zapytałam z rozbawieniem. — Wydawało mi się wtedy, że jesteście z Zosią tacy dorośli, a mieliście ledwie po piętnaście lat.
— Jak mógłbym tego nie pamiętać? — Tymon parsknął śmiechem. — Ciocia przez miesiąc kazała mi zmywać naczynia i pucować każde szkło w domu.
Zaśmialiśmy się razem, jak za dawnych lat. Rozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, ale czułam coraz bardziej natarczywe spojrzenie właściciela restauracji, który zza baru mierzył nas wzrokiem. Najwyraźniej uznał, że za długo okupujemy stolik, nie zamawiając nic więcej.
— Chyba czas się zbierać — powiedziałam półgłosem, wskazując głową w stronę baru. Oboje zachichotaliśmy.
— Może przejdziemy się jeszcze wzdłuż jeziora? — zaproponował Tymon. — Nie wiem jak ty, ale ja czuję, że muszę spalić te pierogi. Nie mogę się ruszyć z objedzenia.
Spacerowaliśmy wolno wzdłuż brzegu, zanurzeni w ciepłym powietrzu i szumie wody muskającej kamienie. Minęliśmy wypożyczalnię rowerków wodnych.
— Rany, wieki tego nie robiłam — westchnęłam bardziej do siebie niż do niego, z nostalgią w głosie.
— To na co czekamy? — Tymon chwycił mnie za rękę i pociągnął w stronę wypożyczalni.
— Serio? — zapytałam, trochę zaskoczona.
— A czemu nie? No chyba że masz już jakieś inne plany — odparł z nieoczekiwaną powagą. Albo mi się wydawało, albo coś w jego spojrzeniu nagle zgasło?
— Nie, nie… po prostu mnie zaskoczyłeś — uśmiechnęłam się, próbując rozładować napięcie. — Chodźmy. Myślę, że Cynamon nie umrze z głodu, jeśli chwilę się spóźnię.
Tymon odpowiedział delikatnym uśmiechem, ledwie zauważalnym, jakby jeszcze nie był pewien, co czuje. W milczeniu ruszyliśmy w stronę pomostu.
— A więc… Cynamon? — zagadnął, gdy byliśmy już dość daleko od brzegu i rowerek cicho dryfował po wodzie.
— Tak nazwałam kota, którego przygarnęłam. Pamiętasz? W sklepie kupowałam dla niego karmę.
— No tak… zawsze byłaś od ratowania biednych stworzeń — mrugnął do mnie z lekkością, ale to wystarczyło, żebym poczuła, jak serce ściska mi się dziwnie w piersi. Nie wiedziałam czemu, przecież to było tylko jedno zdanie, a jednak coś we mnie drgnęło. Myślałam, że już to przerobiłam. A tu wystarczyła jedna aluzja, jeden ciepły gest, bym poczuła się tak, jak kiedyś.
Przez chwilę dryfowaliśmy w przyjemnym milczeniu, pedałując na zmianę, jakby nie trzeba było już nic mówić. Ta cisza była miękka, spokojna, niosła ukojenie. Czułam, że nie musimy wymyślać tematów na siłę — po prostu było nam dobrze ze sobą.
Oczywiście, żeby nie było zbyt idealnie, moje myśli zaczęły dryfować w odrobinę ciemniejszą stronę. Przypomniałam sobie, że Tymon nigdy nie wypomniał mi tego, w jaki sposób wyjechałam. Po prostu zniknęłam — zakochana, zaślepiona, bez słowa wyjaśnienia. Nie odezwałam się ani razu przez cały ten czas. A on tu teraz był. Obok mnie. Jakby nic się nie stało. Śmiał się ze mną, wspierał, pomagał z kawiarnią.
Poczułam, jak ściska mnie w środku. Zrobiło mi się ciężko.
— Przepraszam — wyrwało mi się, zanim zdążyłam przemyśleć co dokładnie chce powiedzieć.
— Słucham? Za co? — Tymon oderwał wzrok od jeziora, jakby dopiero teraz zdał sobie sprawę, że odpłynął myślami.
— Za to, że wyjechałam w tak okropny sposób. I że nie odezwałam się do ciebie ani słowem. Nie zasłużyłeś na to.
Spojrzał na mnie z delikatnym zdziwieniem, marszcząc brwi.
— Daj spokój, Gajka — powiedział miękko, patrząc na mnie z czułością. — Ja też nie powinienem się wtrącać w twoje życie. Sprowokowałem cię wtedy. Mogłem po prostu ugryźć się w język.
Gajka… Zrobiło mi się ciepło na sercu, a kąciki ust mimowolnie uniosły się w uśmiechu.
— Nawet teraz musisz brać winę na siebie? — szturchnęłam go lekko łokciem. — Ja tu próbuję cię przeprosić!
— No dobrze, przeprosiny przyjęte — uśmiechnął się — chociaż naprawdę nie mam ci tego za złe. Każdy popełnia błędy. Większe, mniejsze… — urwał na chwilę, jakby coś chciał dodać, ale się rozmyślił. — Najwyraźniej potrzebowałaś wtedy zmiany.
— No właśnie… błędy. Szkoda, że nie da się ich naprawić — powiedziałam cicho, spuszczając wzrok.
— Co masz na myśli? — zapytał łagodnie.
— Wiesz… tamtego wieczoru pokłóciłam się z mamą. Nawrzucałam jej i wyszłam bez słowa. A potem po prostu wyjechałam. Gdybym tylko wiedziała… Gdybym wiedziała, że to nasze ostatnie spotkanie… Nigdy bym jej tak nie zostawiła.
Tymon spojrzał na mnie ze zmartwieniem i współczuciem, po czym położył mi dłoń na ramieniu.
— Gaja, to nie twoja wina. Skąd mogłaś wiedzieć? To był wypadek. Przypadek, że to właśnie na nich trafiło. Ta sarna mogła wyskoczyć przed każdego.
Pokiwałam głową, ze smutkiem na twarzy.
— Wracali wtedy z rocznicy ślubu. Zrobili sobie piknik… — głos mi zadrżał. — Świętowali miłość, byli szczęśliwi… a chwilę później — puf. I już ich nie było. — Łza spłynęła mi po policzku.
— Oni nadal tu są, Gaja. W tobie, w Zosi. Dopóki wy jesteście, oni też — powiedział cicho, ścierając mi łzę z twarzy.
Ten gest nie poruszył mnie tak, jak wcześniejsze. Nie było w nim nic z nastoletniego rozczulenia. Poczułam się po prostu… bezpiecznie. Jakby ktoś właśnie pomógł mi unieść ten ciężar, który dźwigałam od lat.
Telefon Tymona znowu zawibrował, wyrywając nas z ciszy. Tym razem nie widziałam, kto dzwoni, ale po jego reakcji — lekko spiętej, nieco rozkojarzonej — domyśliłam się, że to znów ta Tamara. Odrzucił połączenie bez słowa, jakby chciał je zetrzeć z rzeczywistości. Ciekawość jednak wygrała.
— Nie odbierzesz? Może to coś ważnego — zapytałam mimochodem, próbując zabrzmieć obojętnie.
Tymon spojrzał na mnie spokojnie, niemal z powagą.
— Nic nie jest teraz ważniejsze od nas — powiedział cicho, bez cienia uśmiechu, bez ozdobników.
A jednak… poczułam, jakby nagle ugięła się pode mną ziemia i przez ułamek sekundy unosiłam się gdzieś ponad nią — lekka, zaskoczona, poruszona.
Gdy dobijaliśmy już do brzegu, słońce chowało się za linią drzew, zostawiając po sobie smugę złotego światła na spokojnej tafli jeziora.
Byliśmy niemal na miejscu, gdy nasz rowerek wodny nagle wydał z siebie dziwny zgrzyt i stanął w miejscu.
— Chyba trzeba będzie wyjść i popchnąć — westchnął Tymon z rozbawieniem.
— Serio? — zaśmiałam się. — Takiego zakończenia dnia się nie spodziewałam.
Tymon bez wahania zeskoczył do wody. Sięgała mu trochę powyżej kolan. Próbował pchnąć rowerek, ale ten ani drgnął.
— Nic z tego. Będziesz musiała mi pomóc — rzucił, z uśmiechem wyciągając do mnie rękę.
— Przybywam na ratunek! — zachichotałam, chwytając ją.
Wystarczył jeden niepewny krok, jedno poślizgnięcie — i z głośnym piskiem wpadłam do wody, ciągnąc Tymona za sobą.
Lekko oszołomiona wynurzyłam się, włosy przyklejone miałam do twarzy, a z rzęs kapała mi woda. Musiałam wyglądać komicznie.
— Jesteś cała? — zapytał Tymon, wciąż trzymając mnie za rękę. Pomógł mi się podnieść.
Cisza między nami zgęstniała, gdy spojrzeliśmy sobie w oczy. Fale ucichły, a wszystko wokół jakby przestało istnieć. Serce zaczęło mi łomotać, kiedy zrobił krok w moją stronę i delikatnie odgarnął mokre włosy z mojej twarzy. Znajome ciepło rozlało mi się w brzuchu, kiedy uniósł mój podbródek. Już miałam zamknąć oczy…
Ale nagle się zatrzymał i odsunął rękę.
— Powinniśmy wracać — powiedział cicho, jakby z trudem wydobywając z siebie słowa. — Zmarzniesz.
I rzeczywiście, zrobiło się jakoś chłodniej. Nie tylko na zewnątrz, ale i w środku.