E-book
18.9
drukowana A5
81.9
Miłość w czasach apokalipsy

Bezpłatny fragment - Miłość w czasach apokalipsy

Część I - Książka została utworzona przy pomocy AI


Objętość:
470 str.
ISBN:
978-83-8467-992-0
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 81.9

18+

INFORMACJA DLA CZYTELNIKÓW

Niniejsza powieść przeznaczona jest dla pełnoletnich czytelników. Zawiera szczegółowe sceny erotyczne, brutalną przemoc, wulgarny język oraz opisy sytuacji mogących wywoływać dyskomfort.


Playlista:

Hometown — Twenty One Pilots

Prisoner — Raphael Lake, Aaron Levy, Daniel Ryan Murphy

Civilian — Wye Oak

Grim Ranger — Acoustic Version — Lungs and Limbs

Girl With One Eye — Florence + The Machine

Moondust — Stripped — Jaymes Young

Apocalypse — Cigarettes After Sex

Sweet — Cigarettes After Sex

The Only Exception — Paramore

Kill Me — Phoebe Bridgers

Something in the Orange — Zach Bryan

Beating Heart — Ellie Goulding

Feels Like Coming Home — Jetta

Survivor — 2WEI, Edda Hayes

Take Us Back — Alela Diane

NOAH (1)

Rok 2030.

Nic nie wskazywało na to, że właśnie tego dnia wszystko się skończy. Gdybym mogła wrócić do tamtego poranka, pewnie najpierw porządnie bym się wyspała, a potem zadzwoniła do rodziców, zamiast marudzić, że znowu muszę iść do pracy. Pamiętam nawet, w co byłam ubrana: szare trampki, obcisły crop top, wygodne dżinsy i ten cholerny biały fartuch z logo „The Boys”, baru przy plaży, w którym pracowałam. Nazwa była idiotyczna, zwłaszcza że za ladą stały prawie same dziewczyny, ale Tom, nasz właściciel, uważał ją za genialny pomysł i nie przyjmował żadnej krytyki. Moje życie przed epidemią nie wyglądało tak, jak planowałam. Chciałam pracować ze zwierzętami, zostać behawiorystką, może kiedyś otworzyć własny gabinet, ale nie zdałam egzaminów i zamiast studiować, podawałam turystom burgery. Przez jakiś czas udawałam przed wszystkimi, a przede wszystkim przed sobą, że wcale mnie to nie obchodzi. Zresztą w Maybel Town, niewielkim nadmorskim miasteczku liczącym jakieś trzy tysiące mieszkańców, trudno było wyobrazić sobie wielką karierę. Tamtego dnia bar pękał w szwach. Turyści zamawiali piwo, zimne napoje, frytki i burgery, dzieci biegały między stolikami, a piasek znajdowałam dosłownie wszędzie, nawet w kieszeniach fartucha. Nogi bolały mnie już od południa, plecy miałam zesztywniałe, a długie, kręcone blond włosy, które rano związałam w kucyk, wysuwały się spod gumki i przyklejały do spoconego czoła. Mimo wszystko lubiłam tę robotę. Znałam stałych klientów, w tym Oliviera, chłopaka, z którym umawiałam się jeszcze w poprzedniej szkole i który zawsze zamawiał ciemne piwo, choć nigdy nie potrafił wyjaśnić, co mu w nim tak smakuje. Rilley siedziała przy swoim ulubionym oknie, pochylona nad podręcznikiem akademickim, i nawet nie podniosła głowy, kiedy przechodziłam obok z tacą. Najbardziej lubiłam jednak wieczory, kiedy goście wreszcie wychodzili, a ja mogłam oprzeć się o starą żółtą barierkę na tarasie, poczuć wiatr znad morza i patrzeć, jak słońce znika za horyzontem. Wtedy wydawało mi się, że nawet jeśli moje plany się posypały, wszystko jeszcze da się poukładać. Do końca zmiany zostało mi pięć godzin, a moim największym problemem było to, czy Tom znowu opieprzy mnie za rozbity talerz albo źle wydaną resztę. Oddałabym naprawdę wiele, żeby tamten problem pozostał największym w moim życiu.

— Noah! Stolik czwarty nadal czeka na zamówienie, a facet przy oknie już trzeci raz macha do mnie ręką, jakbym miała zaraz przynieść mu koronę — zawołała Megan z drugiego końca baru, próbując przekrzyczeć muzykę i rozmowy klientów.

— Wiem, widzę go, ale to ci nadęci idioci z wielkiego domu przy Rowstreet, którzy za każdym razem zachowują się tak, jakby kupili cały lokal razem z nami. Jeśli poczekają jeszcze dwie minuty, świat się nie zawali — odpowiedziałam ciszej, pochylając się w jej stronę, żeby tamci nie usłyszeli, co o nich myślę.

— Powiedz to Tomowi, kiedy znowu dostanie na ciebie skargę. Ja nie mam ochoty słuchać przez pół wieczoru, że odstraszamy klientów, bo jaśnie pan nie dostał piwa wystarczająco szybko — mruknęła Megan, wskazując brodą w stronę zaplecza.

— Tom mnie nie wyrzuci, bo dobrze wie, że nikt inny nie będzie tu zasuwał przez całe lato za taką stawkę. Najwyżej się wydrze, a potem każe mi zostać po zamknięciu i szorować podłogę, jakby to była jakaś straszna kara — odparłam ze śmiechem, chwytając notes i długopis. — Dobra, już idę, zanim ten buc sam przyjdzie po zamówienie i zacznie mi tłumaczyć, jak powinnam wykonywać własną pracę.

Nie miałam wtedy pojęcia, że za kilka godzin będę przepychać się przez spanikowany tłum, próbując znaleźć rodziców, a obcy żołnierz wepchnie mnie do autobusu ewakuacyjnego, nawet nie patrząc mi w oczy. Nie wiedziałam też, że tamten dzień będzie ostatnim, w którym zobaczę „The Boys” takim, jakim go zapamiętałam, i ostatnim, w którym odgłos fal będzie kojarzył mi się wyłącznie z odpoczynkiem. Pierwszy sygnał, że coś jest nie tak, pojawił się krótko po piętnastej. Telewizor nad półkami z alkoholem zazwyczaj pokazywał prognozę pogody, lokalne wiadomości albo relacje z zawodów sportów wodnych, więc prawie nikt nie zwracał na niego uwagi. Tym razem program przerwano, a u dołu ekranu pojawił się czerwony pasek z pilnym komunikatem. Muzyka nadal grała, ekspres do kawy syczał, ludzie rozmawiali o cenach noclegów i deskach surfingowych, aż wreszcie prezenter powtórzył słowa „atak” i „ewakuacja”, a kilka osób odwróciło głowy. Mówił o gwałtownych napaściach w większych miastach, o rannych i zabitych oraz o ludziach, którzy bez żadnego ostrzeżenia rzucali się na przypadkowych przechodniów. Potem pokazano nagranie z ulicy: karetkę stojącą w poprzek jezdni, policjantów próbujących odciągnąć napastnika od leżącej kobiety i krew na jej ręce. Obraz był niewyraźny, ale wystarczająco wyraźny, żebym zrozumiała, że ten człowiek naprawdę ją gryzł.

— Pewnie jakiś nowy narkotyk, teraz co chwilę wymyślają inne świństwo. Czytałem o czymś podobnym w internecie, ludzie podobno dostają po tym kompletnego pierdolca — stwierdził mężczyzna siedzący przy barze, wzruszając ramionami, jakby właśnie komentował pogodę.

Kilka osób przytaknęło, ktoś nawet się zaśmiał, ale ja nie potrafiłam oderwać wzroku od telewizora. Był rok 2030 i każdy, kto choć raz oglądał film o końcu świata, znał podobne sceny, dlatego przez moment sama próbowałam sobie wmówić, że to jakiś absurdalny zbieg okoliczności albo przesadzona relacja dziennikarzy. W Maybel Town najczęściej ekscytowaliśmy się nową restauracją albo tym, że ktoś zaparkował samochód na środku promenady, więc wiadomości o atakach w odległych miastach wydawały się nierealne. Potem spojrzałam na Megan i zobaczyłam, że stoi zupełnie nieruchomo, z ręcznikiem zaciśniętym w dłoni. Prezenter miał idealnie ułożone włosy, elegancki garnitur i krawat, ale kiedy sięgnął po kolejną kartkę, zauważyłam, że drżą mu ręce. Co chwilę zerkał też poza kamerę, jakby ktoś podawał mu nowe informacje, których nie chciał już przekazywać na antenie. Wtedy po raz pierwszy poczułam prawdziwy strach.

— Noah, może powinnyśmy zadzwonić do domu albo zapytać Toma, czy możemy wcześniej zamknąć? — odezwała się Megan, podchodząc do mnie i chwytając mnie za ramię. — Wiem, że to brzmi głupio, bo przecież jesteśmy daleko od tych miast, ale coś mi się w tym wszystkim nie podoba. Widzisz, jak ten facet w telewizji się zachowuje?

— Pewnie nic takiego, może rzeczywiście chodzi o jakieś narkotyki — odpowiedziałam, chociaż sama nie wierzyłam już w to, co mówię. — Ale jeśli za chwilę pokażą coś jeszcze gorszego, to przysięgam, że rzucę ten fartuch i pojadę sprawdzić, co u rodziców.

Rozmowy wokół nas robiły się coraz głośniejsze, aż ktoś wreszcie wyłączył muzykę, żeby lepiej słyszeć wiadomości. Wtedy telefon w kieszeni fartucha zawibrował, a na ekranie zobaczyłam napis „Mama”. Serce zabiło mi szybciej, ponieważ mama pracowała w szpitalu i od razu pomyślałam, że może wiedzieć coś więcej o tym, co właśnie oglądaliśmy. Odeszłam od baru, przecisnęłam się między stolikami i wyszłam tylnymi drzwiami na niewielkie podwórko, gdzie zwykle pracownicy robili sobie przerwy. Dopiero tam odebrałam połączenie, jednocześnie nerwowo szukając papierosów w kieszeni.

— Hej, wszystko okej? Widziałam wiadomości a ty, teraz, w tym szpitalu… — zaczęłam, odpalając papierosa jedną ręką.

— Noah, posłuchaj mnie. Na razie zostań tam, gdzie jesteś, dobrze? — powiedziała moja mama, jej głos brzmiał na zdenerwowany, choć próbowała to ukryć.

— Ale, ale co się dzieje?

— W szpitalu jest chaos, nie mogę wyjść, mam za dużo pracy, za dużo rannych, inne pielęgniarki też pomagają lekarzom jak tylko mogą. Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale pacjenci… nieważne. Gdzie tata? — zmieniła temat.

— Z tego co wiem to pojechał do warsztatu… Miał spotkać się z tym starym znajomym z wojska, naprawiają samochód czy coś takiego. — Zaciągnęłam się papierosem nerwowo.

— Dobrze, powinien być bezpieczny. Noah posłuchaj, zostań na miejscu. Jeśli tylko zauważysz coś podejrzanego, uciekaj. Spotkamy się pod domem — odparła. W tle było słychać zamieszanie w szpitalu.

— Mamo, ale… — nie dokończyłam. Połączenie zostało rozłączone.

Przez krótką chwilę próbowałam zadzwonić jeszcze raz, ale nagle na moim ekranie zaczął pokazywać się brak zasięgu. Ponownie zaciągnęłam się papierosem, nerwowo klikając w dotykowy ekran, aż poczułam dotyk na moim ramieniu.

— Noah? Może powinnaś jechać do domu — powiedziała Megan z poważną miną.

Rozejrzałam się wokół budynku. Na promenadzie zaczęło robić się tłoczno, ludzie zatrzymywali się przy swoich samochodach, rozmawiali przez telefony i pokazywali sobie coś na ekranach. W oddali rozległ się odgłos syreny, za chwilę następny. Szum morza zniknął pod narastającym hałasem otoczenia.

— Ja… muszę znaleźć rodziców — odparłam bez emocji.

Megan tylko skinęła głową. Nie próbowała mnie zatrzymywać. Rzuciłam fartuch na ziemię i próbowałam dotrzeć do domu. Droga zajęła mi dłużej niż zwykle, bo prawie godzinę. Autobusy stały w korkach, blokowały skrzyżowania, a ludzie chodzili po ulicach ignorując światła, znaki i jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Kiedy w końcu zobaczyłam drewniany dom z gankiem odetchnęłam z ulgą. Samochodu mojego taty nie było przed domem, to musiało oznaczać, że nie wrócił jeszcze z warsztatu lub został zatrzymany. Choć był na emeryturze, jego pomoc — zwłaszcza jako byłego wojskowego — mogła okazać się cenna. Główne drzwi były zamknięte. “Kurwa…” — powiedziałam sama do siebie. Zapomniałam kluczy z fartucha. Jeszcze bardziej zestresowana przeszłam na bok domu, gdzie okno w kuchni było uchylone od dołu. Nie zastanawiałam się długo, po prostu je podważyłam i weszłam do środka starając się niczego nie rozwalić na mojej drodze skacząc przez zlew kuchenny.

— Mamo?! — mój głos zabrzmiał dziwnie obco, takiego tonu jeszcze nie słyszałam.

Przechodząc przez salon, nie zauważyłam niczego niepokojącego, sprawdziłam wszystkie pokoje, sypialnie i dwie łazienki. Nic. Wszystko wyglądało tak samo jak z rana, kubek taty stał przy zlewie, na oparciu fotela w salonie leżała bluza mamy. Przerażenie zaczęło wdawać mi się we znaki, nie wiedziałam, co mam zrobić. Wtedy telefon w moich spodniach znów zawibrował. Dzięki Bogu. SMS od mamy.

“Noah, jeśli wrócisz do domu i nas nie będzie, weź rower z garażu i jedź na stadion. Będziemy cię tam szukać. Kochamy cię.”

Przeczytałam wiadomość trzy razy, aż litery zaczęły się rozmazywać. “O kurwa…” — powiedziałam na głos i nie zastanawiając się długo zrobiłam, jak kazała w międzyczasie próbując dodzwonić się do niej lub do taty. Wysłałam kilka wiadomości, ale nie otrzymałam odpowiedzi. Nagle przypomniałam sobie coś. Parę domów dalej mieszkała moja koleżanka z poprzedniej szkoły, kiedyś miałyśmy dobry kontakt. Urwał się on jednak, kiedy Sarah zmieniła szkołę i zaczęła zadawać się z dziwnym towarzystwem, wcześniej jednak śmiałyśmy się z tych samych żartów i rozkminiałyśmy poglądy polityczne, które nikogo i tak nie interesowały. Zawsze dawałam jej zniżkę, jeśli przychodziła do baru. Później obserwowałyśmy się już częściej z kont w mediach społecznościowych. Ale kogo wtedy miałam? Do kogo mogłam się zwrócić? Byłyśmy z jednego osiedla, znałyśmy się. A co, jeśli ona nadal była w domu? Całe szczęście nigdy nie usuwałam numerów w książce telefonicznej mojego telefonu. Znalazłam kontakt do Sarah i wysłałam SMS.

“Żyjesz? Tu jest chaos, jestem na osiedlu i szukam rodziców. Jak u ciebie?”

Odpowiedź nie przyszła od razu, w tym czasie zdążyłam wyjechać rowerem z garażu na ulicę. Wyglądała na pustą…

“Jestem niedaleko. Wszyscy jadą na stadion, spotkajmy się przy głównym wejściu. Nie chodź sama przez boczne ulice, widziałam gościa biegającego z nożem…”

Jak ja niby miałam na to odpowiedzieć? Wysłałam tylko jedno słowo “Ok”. Bo co innego mogłoby zmienić bieg wydarzeń? Przynajmniej miałam kogoś z kim złapałam jakikolwiek kontakt. Zanim wyjechałam wróciłam na chwilę do domu. Coś mnie tknęło, nie siedziało się jednak w internecie przez tyle czasu na darmo. Wróciłam do domu, żeby zabrać plecak, który niegdyś służył mi na pikniki ze znajomymi lub do przenoszenia wina, wrzuciłam do środka butelkę wody, bluzę, ładowarkę i rodzinne zdjęcie z komody w salonie. Wydawało mi się, że przecież na pewno niedługo tu wrócę, więc nie pakowałam nic więcej. Bardzo się myliłam. Na lokalnym stadionie w Maybel czekały już setki ludzi, może nawet tysiące. Nie zwracając uwagi na nic innego, rzuciłam rower w kąt i poszłam do przodu jakby pchnięta jakąś siłą. Chaos ogarnął wszystko i wszystkich, trudno było ocenić sytuację, kiedy wszyscy przepychali się przy barierkach próbując dostać się do wojskowych ciężarówek i autobusów ustawionych wzdłuż ulicy. Żołnierze i policja w kamizelkach kuloodpornych kierowali tłumem — nieudolnie. Przez megafony rozlegał się dźwięk syreny i ogłoszenie ewakuacji, która miała odbywać się etapami, proszono, aby słuchać zaleceń służb i zachować spokój. Na ogromnym ekranie nad wejściem wyświetlany był napis o tymczasowych ośrodkach bezpieczeństwa. Te słowa trochę mnie uspokoiły, miałam nadzieję, że ktoś wciąż miał plan, że istnieją ludzie, którzy wiedzą co robić, że wystarczy dostać się do środka, znaleźć rodziców i wszystko będzie dobrze. Na mojej twarzy pojawiła się nadzieja, wiatr wiał coraz mocniej a chmury sygnalizowały, że właśnie zbierało się na deszcz. Wtedy ją zobaczyłam — Sarah. Stała przy jednym z ogrodzeń stadionu, z plecakiem przewieszonym przez ramię, jej oliwkowa skóra wyglądała na zmęczoną, brązowe oczy wpatrywały się bystro, jakby była gotowa na wszystko. Ciemne włosy miała związane w niedbały kucyk, a na sobie miała sportowy strój i kurtkę. Na chwilę spotkałyśmy się wzrokiem, obydwie próbowałyśmy się przedrzeć przez tłum i udało nam się w końcu stanąć obok siebie. Sarah sprawiała wrażenie twardej, nieugiętej i gotowej, nie wiedziałam, dlaczego i na co. Być może to właśnie zmiana szkoły i złe towarzystwo doprowadziło ją do zachowywania dystansu i zimnej krwi, też chciałam nie wydawać się spanikowana — z marnym skutkiem. Przez kilka sekund nic nie mówiłyśmy, trzymałyśmy się za ręce, by się nie zgubić.

— Wyglądasz fatalnie — parsknęła brunetka, a moje oczy zaświeciły się odrobinę jaśniej.

— Ty też, miło widzieć, że koniec świata nie odebrał ci tego twojego ostrego języka i szczerości. — Zaśmiałam się nerwowo.

— O tak… to byłaby prawdziwa tragedia Noah — odpowiedziała i pociągnęła mnie za rękę na nieco spokojniejszy grunt. — Znalazłaś rodziców? — dodała.

— Nie… nie, jeszcze nie. — Moje oczy zgasły ponownie.

— Nie martw się, moi już dawno odjechali gdzieś do ośrodków bezpieczeństwa. Tak myślę. Twoi pewnie też, zaraz przeczeszemy ten tłum — powiedziała, rozglądając się.

Chciałam jej uwierzyć, naprawdę chciałam i marzyłam o tym by miała rację. Kiedy już miałyśmy ruszyć w stronę wejścia stadionu, tłum zaczął napierać na barierki. Ludzie zaczęli krzyczeć, gdy kolejny autobus podjechał do bram głównego wejścia, widziałam jedynie jak niebo staje się ciemniejsze, pierwsze krople deszczu spadły na moją twarz, ktoś przewrócił się tuż przed nami pod naporem tłumu. Słyszałam przekleństwa, płacz dziecka i ostry głos jednego z żołnierzy nakazujący cofnąć się wszystkim o kilka kroków. Wtedy zza naszych pleców rozległ się krzyk z końca ulicy, nie był on jednak zwyczajny. Ten odgłos zmroził mi krew w żyłach, a wszyscy ludzie odwrócili się niemal jednocześnie. Mężczyzna w zakrwawionej koszuli biegł w stronę stadionu, a za nim kilka… może nawet kilkadziesiąt kolejnych ludzi. Jeden z nich potknął się o własne nogi i upadł twarzą na asfalt, w sekundę podniósł się z gwałtownym szarpnięciem tak, jakby ból nie miał już dla niego żadnego znaczenia. Żołnierze wydali rozkaz, padł pierwszy strzał, potem kolejny. Starałam się schować głowę nisko między moje ramiona, niewiele to dało w momencie, kiedy wszystko zamieniło się w chaos. Tłum jeszcze mocniej naparł na wejście, ludzie zaczęli uciekać choć nikt nie wiedział w którą stronę powinien biec, krzyki, wrzaski, deszcz uderzający o blaszane dachy i dźwięk szarpania skóry brzmiał w moich uszach jak najgorsza symfonia w moim życiu. Nagle ktoś trącił mnie ramieniem podczas biegu, moje kolana spotkały się z twardym asfaltem, Sarah która nadal jakimś cudem utrzymała się obok podniosła mnie na równe nogi.

— Nie puszczaj mnie — krzyknęła przez tłum.

Zacisnęłam palce na jej śliskiej od kropli deszczu dłoni. Nie mogłam stracić jedynej osoby, która była ze mną w tym momencie. Razem próbowałyśmy przedostać się w stronę autobusów, ale napierający tłum nam tego nie ułatwiał, kiedy po raz kolejny zostałyśmy przewrócone na ziemię usłyszałyśmy komunikat z rozbrzmiewających megafonów.

“Natychmiast do autobusów! Wszyscy! Nie zatrzymywać się!”

Ktoś chwycił mnie za ramię, twardo trzymałam się by znów nie puścić Sarah, nie wiedziałam nawet kiedy i jak, ale zostałyśmy wciągnięte do jednego z autobusów. Tuż za nami drzwi zostały zamknięte, ludzie uderzali pięściami, płakali i prosili, aby ktoś otworzył drzwi i wpuścił ich do środka. Moje oczy nie skupiały się już na mojej koleżance a na twarzach niewinnych cywili błagających o pomoc.

— Musicie ich wpuścić! Przecież to ludzie! To…

Żołnierz, którego ciągnęłam za rękaw nawet nie drgnął a co dopiero na mnie spojrzał. Nie wiedziałam, co zrobić, autobus ruszył a ja z oddali widziałam, jak stadion w Maybel znika razem z tłumem mieszkańców mordowanych przez innych cywili z zimną krwią. Nigdy nie zapomnę tego dnia, krzyków, płaczu i tego, że zawiodłam i nie znalazłam swoich rodziców. Ostatni raz spojrzałam na Sarah, która stała obok mnie również wpatrując się w szyby autobusu, nie wiedziałyśmy, dokąd nas zabierają i czy przeżyjemy. Poprawiłam ramiączko plecaka, który niosłam, miałam jedynie parę rzeczy, zdecydowanie za mało. Kiedy odjechałyśmy dalej i minęłyśmy znak informujący o końcu miasta Maybel Town w środku transportu ludzie się nieco uspokoili, choć nadal było słychać szloch i ciche rozmowy. Usiadłyśmy na podłodze tuż obok siebie, nie zamieniłyśmy ze sobą słowa, trzymałyśmy się tylko za rękę, którą puściłam w chwili, gdy wyjmowałam fotografię rodzinną. Przesunęłam kciukiem po twarzach moich rodziców. Mama śmiała się obejmując tatę w pasie, on sam miał zamknięte oczy próbując uniknąć pocałunku w policzek a ja stałam, niższa między nimi uśmiechnięta, beztroska i dumna z tego co mieliśmy. Wtedy moim głównym celem poza przetrwaniem było odnalezienie mojej rodziny i utrzymanie nas obie przy życiu. Nie byłyśmy głupie, w końcu miałyśmy po dwadzieścia parę lat, doskonale wiedziałyśmy co może atakować niewinnych ludzi w takim szale. Zarażeni, zombie, zainfekowani, potwory… jakkolwiek można było ich nazwać. Autobus jechał dalej coraz bardziej oddalając się od miejsca, w którym się wychowałyśmy, a ja zrozumiałam, że już nikt nie ma kontroli nad tym co wydarzy się następnego dnia. Nawet jeśli przewieźliby nas w bezpieczne miejsce, nie ma pewności, że zaraza nie dotrze też tam. A wtedy będziemy zdane już tylko na siebie. Już wiedziałam, że przez kolejne lata będę wracać do tej chwili każdej nocy, zastanawiając się czy mogłam zrobić coś inaczej, nie pójść do pracy, nie napisać do Sarah, zostać z rodzicami i jakkolwiek przewidzieć to co się stało. Poczucie winy przetrwało we mnie dłużej niż nadzieja, zostawiłam swoje stare życie za drzwiami jakiegoś gównianego autobusu, który nie mógł nawet pomóc wszystkim w momencie, gdy ludzie błagali i umierali. Sarah podczas drogi powiedziała tylko jedno zdanie pochylając swoją głową o moje ramię.

— Poradzimy sobie — mruknęła, przymykając oczy.

I w to już uwierzyłam.


Trzy lata później — (2033 r.)


Minęły trzy lata od chwili, kiedy drzwi autobusu ewakuacyjnego zamknęły się za moimi plecami. Kiedyś wydawało mi się, że trzy lata to strasznie dużo czasu. Teraz miałam wrażenie, że całe moje dawne życie wydarzyło się komuś innemu. Tamtego dnia miałam dwadzieścia jeden lat, pracowałam w barze przy plaży i największym problemem był Tom, który potrafił zrobić awanturę o źle wydaną resztę. Teraz miałam dwadzieścia cztery lata, nóż przy pasku, pistolet z kilkoma nabojami i nawyk sprawdzania każdego wyjścia, zanim usiadłam choćby na chwilę. Nie znalazłam rodziców. Nie wróciłam do Maybel Town. Nie wiedziałam nawet, czy ktokolwiek z tamtego miasta jeszcze żyje.

Pierwszy obóz, do którego zawieźli nas żołnierze, miał być bezpieczny. Przez kilka tygodni wierzyłyśmy w to słowo tak bardzo, że przestałyśmy pytać, co dzieje się za ogrodzeniem. Potem zarażeni przedarli się przez barykady i zrozumiałyśmy, że żaden mundur nie zagwarantuje nam jutra. Uciekłyśmy, kiedy pozostali wciąż czekali na rozkazy. Później nauczyłyśmy się spać na zmianę, rozpoznawać kroki na schodach i nie ufać ludziom tylko dlatego, że się uśmiechali. Raz nawet zostałam ugryziona. Przez kilka dni Sarah obserwowała mnie tak uważnie, że doprowadzała mnie do szału, ale nie zamieniłam się w jedną z tych rzeczy. Nie znałyśmy odpowiedzi na pytanie, dlaczego, więc przestałyśmy je zadawać. Najwidoczniej to była loteria.

Sarah była ze mną przez cały ten czas. To ona częściej wybierała trasę, miejsce noclegu i moment, w którym trzeba było uciekać. Ja kłóciłam się z nią o większość tych decyzji, a potem i tak szłam obok. Nie dlatego, że nie miałam własnego zdania, tylko dlatego, że ufałam jej bardziej niż komukolwiek na świecie. Ostatnio zaczynało się to jednak komplikować. Sarah coraz częściej rozmawiała przez radio z buntownikami, którzy obwiniali resztki władz i wojskowych za to, co stało się ze światem. Rozumiałam ich wściekłość, ale nie potrafiłam pojąć, dlaczego chcieli walczyć z innymi ocalałymi, skoro za każdym rogiem czekały na nas potwory.

Był sierpień 2033 roku. Zatrzymałyśmy się w starym domku letniskowym na obrzeżach miasteczka. Dach przeciekał, w salonie brakowało kilku desek podłogi, a ogród zarósł tak bardzo, że z okna widziałam głównie chwasty. Mimo wszystko przez prawie dwa tygodnie mogłyśmy nazywać to miejsce domem. Na stole leżały dwie puszki fasoli, kawałek czerstwego chleba, tabletki do uzdatniania wody i kilka nabojów. Sarah nazywała je naszym funduszem emerytalnym. Właśnie siedziała przy radiu i po raz kolejny próbowała przekonać mnie, że jej nowi znajomi są godni zaufania.

— Jeśli jeszcze raz powiesz mi, że to świetny pomysł, przysięgam, że osobiście wepchnę cię do najbliższego rowu. I nawet nie będę miała wyrzutów sumienia, bo ostrzegałam cię już chyba sto razy — powiedziałam, odpalając papierosa znalezionego w opuszczonym sklepie.

Sarah nawet nie podniosła wzroku znad radia.

— W takim razie będę musiała znaleźć nową współlokatorkę. Tylko nie wiem, czy na obecnym rynku jest duży wybór — odparła Sarah, nie odrywając wzroku od radia.

— Powodzenia. Nie wiem, czy zauważyłaś, ale większość ludzi ma teraz dość wysokie wymagania. Na przykład nie chcą mieszkać z osobą, która prowadzi rozmowy z bandą uzbrojonych nieznajomych, a potem nazywa ich przyjaciółmi — odparłam, zaciągając się i wypuszczając kłębek dymu.

— To niesamowite, że po trzech latach nadal nie doceniasz moich talentów społecznych. Ben i jego ludzie naprawdę nam pomagają, Noah. Dzięki nim wiemy, których dróg unikać, gdzie są zarażeni i gdzie można znaleźć jedzenie. Nie możesz za każdym razem zachowywać się tak, jakbym zaprosiła do domu seryjnych morderców.

— Kto tym razem? — westchnęłam wskazując na radio w jej ręce.

— Ben z buntowników — odparła sucho, ponownie przyciskając przycisk nadawania. — Powtórz Ben, słabo cię słyszę.

Z głośnika dobiegł trzask, a po chwili rozległ się niski, męski głos.

— Mówiłem, że północna droga jest zablokowana, za dużo zarażonych, jeśli chcecie przejść przez most musicie znaleźć inną drogę.

— Cholera… — Sarah złapała się za głową jedną ręką.

Znałam ten głos. Ben należał do grupy buntowników, którzy byli porozrzucani po całym świecie, stanowili tak, jakby ruch oporu przeciwko rządowym działaniom. Sarah kontaktowała się z nimi od kilku miesięcy, wymieniali się wiadomościami na temat bezpiecznych przejść, zapasów albo patroli. Rzadko rozmawiali o rzeczach przyziemnych, nie tak jak ja z Sarah. Ludzkie tematy pozwalały nam zapamiętać to, że właśnie nimi jesteśmy — ludźmi. Buntownicy byli negatywnie nastawieni do każdej organizacji i zgrupowania rządowego. Lecz to dzięki nim dowiedziałyśmy się o grupie, której przewodzi mężczyzna z armii wojennej, ponoć mieli być blisko naszych terenów. Ben zawsze ostrzegał Sarah przed ich patrolami, abyśmy czasem nie wpadły na nieznajomych. Sarah uważała, że buntownicy mają całkowitą rację co do ich przekonań, ja za to uważałam, że racja nie chroni przed zombie.

— Nadal nie rozumiem, dlaczego tak bardzo im ufasz — powiedziałam, kiedy Sarah wreszcie odłożyła radio. — Wiem, że podają nam informacje, ale mam wrażenie, że dla nich każda rozmowa kończy się na tym, jak bardzo nienawidzą wojska. A ja chciałabym czasem porozmawiać o czymś innym niż o tym, komu należy rozwalić łeb.

— Bo przynajmniej próbują coś zmienić. Nie siedzą za murami i nie udają, że reszta świata przestała istnieć. Gdyby wszyscy myśleli tak jak ty, dalej żyłybyśmy w tym samym syfie i czekały, aż ktoś łaskawie rzuci nam puszkę fasoli.

— Ja nie wiem Sarah, dla mnie to walka z wiatrakami. Buntownicy walczą z organizacjami takimi jak tego gościa, o którym ciągle mówią.

— K — dodała Sarah.

— Co?

— K. Tak na niego mówią. Podobno dowodzi całym miastem, mają prąd, wodę, zapasy i ludzi do pilnowania murów. A my od tygodnia dzielimy jeden bochenek chleba na pół. Powiedz mi, że to jest sprawiedliwe.

— Nie mówię, że to sprawiedliwe. Mówię tylko, że nie chcę znaleźć się w środku jakiejś pieprzonej wojny między ludźmi, którzy mają broń i zbyt dużo wolnego czasu. Ledwo wystarcza nam jedzenia, a ty chcesz jeszcze wybierać stronę konfliktu. Sarah, to nie jest konkurs na to, kto ma większe jaja.

— Dlaczego ich bronisz? Tu nie chodzi o jaja… — Sarah zmarszczyła brwi.

— Zawsze chodzi o jaja albo o jedzenie. Czasami o jedno i drugie — mruknęłam, opierając biodro o stół. — Ja naprawdę nie zamierzam bronić tego całego K. Nawet go nie znam. Chcę tylko, żebyśmy przeżyły kolejny tydzień.

— Noah…

Znałam ten ton, to odgłos, który Sarah robiła, kiedy wydawało jej się, że powinna mi przemówić do rozsądku.

— Dobrze, okej. Nieważne. Zrobimy, jak uważasz i tak buntownicy dużo nam pomagają, rozumiem.

Podsłuchiwałam wiele rozmów Sarah z buntownikami, słyszałam o mieście należącym do rządu, słyszałam jakie warunki tam panują choć raczej w to nie wierzyłam. Jakim cudem mogli stworzyć taką technologię, o której opowiadał Ben? Przecież mieliśmy apokalipsę na skalę światową…, jeśli ktokolwiek tam żył to pewnie jakaś córka prezydenta i militarni.

— Dziękuję za ten wyjątkowo wzruszający wyraz zaufania. A teraz pakuj plecak, bo idziemy w miejsce, które może ci się nawet spodobać. Ben właśnie podał mi współrzędne — oznajmiła Sarah z miną człowieka, który wie coś, czego ja jeszcze nie wiem.

— Co? Ale… jakiego miejsca — zapytałam zdziwiona nagłą zmianą tematu.

— Na basen, Noah — brunetka uśmiechnęła się.

— Słucham?

— Na basen. Jest tu stary ośrodek sportowy, a w części technicznej podobno nadal działa instalacja z wodą. Ben i reszta mają tam być przed południem. Możemy się porządnie umyć, przeprać ubrania i zabrać trochę wody. Nie patrz tak na mnie, jakbym zaproponowała wakacje w pięciogwiazdkowym hotelu.

Nie zamierzałam się już kłócić. W dawnym świecie wystarczyło odkręcić kran, żeby wziąć prysznic, a teraz zwykła kąpiel wymagała ustalenia trasy, sprawdzenia okolicy i policzenia nabojów. Po kilku dniach marszu człowiek zaczynał śmierdzieć gorzej niż własne ubrania, a każda ranka, której nie dało się oczyścić, mogła oznaczać poważne kłopoty. Sama myśl o mydle i czystej wodzie sprawiła, że przez chwilę przestałam wyobrażać sobie wszystkie możliwe sposoby, na jakie ten pomysł mógł się nie udać.

Wyruszyłyśmy przed południem, słońce grzało jak oszalałe w najcieplejsze dni sierpnia, myśl o kąpieli w basenie nagle przestała być tak przerażająca jak wydawało się to wcześniej. Postanowiłyśmy pójść bocznymi uliczkami, mijając puste sklepy, przewrócone samochody i budynki, których okna od dawna przypominały czarne oczodoły. Miasto przed epidemią tętniło życiem, teraz wyglądało jak dekoracja po zakończeniu filmu katastroficznego, na skrzyżowaniu stał autobus z wybitymi szybami. W jednym z mieszkań wisiały na balkonie dziecięce ubrania brudne od kurzu i wyblakłe od słońca, na ścianie sklepu monopolowego ktoś namalował napis — słowo wysmarowane czerwoną farbą “WINNI” — ale nikt nie zadał sobie na tyle trudu by to w jakikolwiek sposób wyjaśnić. Sarah zawsze szła pewnym krokiem, gotowa na spotkanie wszelkiego zła, które przygotował dla niej los, trochę się tego od niej nauczyłam to fakt. Jednak nadal proste, ludzkie rzeczy potrafiły mnie mocno rozproszyć. Zatrzymałam się na chwilę przy witrynie starej apteki, to oczywiste, że już dawno została ograbiona z wszelkich leków czy bandaży. Za szybą stał przewrócony stojak z kremami do opalania, nikomu już niepotrzebnymi. Obok leżał zerwany plakat z wakacyjną promocją, od razu pomyślałam o barze “The Boys” przy plaży, o ciepłym piasku przyklejającym się do stóp, zapachu kawy z ekspresu i morskiej soli. O klientach, którzy narzekali, że frytki są za słone i o Megan, która śmiała się ze mnie, kiedy próbowałam ukryć napiwki przed właścicielem. Czasami śniłam o dawnym życiu, to były piękne sny, dopóki nie budziłam się znów w koszmarze, który niestety, ale był realiami tego co nam zostało…

— Hej, wszystko w porządku? — Sarah zawróciła kilka kroków i przyjrzała mi się uważnie. — Zatrzymałaś się tak nagle, pomyślałam, że coś zobaczyłaś.

Oderwałam wzrok od witryny, lecz nie spojrzałam na przyjaciółkę a w podłogę.

— Tak, wszystko okej. Po prostu przypomniało mi się coś z domu — skłamałam, chociaż po jej minie widziałam, że ani trochę mi nie uwierzyła.

Sarah nie naciskała. Znała mnie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, kiedy kłamię i wystarczająco dobrze, żeby czasami pozwolić mi na to małe kłamstwo. Po kolejnych dwudziestu minutach, mijając stare budynki i zniszczone ulice pełne lęku dotarłyśmy do opuszczonego ośrodka sportowego. Obiekt z zewnątrz wydawał się ogromny, można było przypomnieć sobie stare czasy, kiedy rodzice wysyłali tu swoje dzieci na basen lub kiedy dorośli zapisywali się na zajęcia pływackie. Teraz pozostały z niego w większości zgliszcza, choć w środku miał być ponoć zachowany w dobrym stanie. W sumie to kto atakowałby ośrodek sportowy podczas światowej apokalipsy? Jeszcze przed samym wejściem głównym było słychać już głosy.

— Sarah, poczekaj chwilę. Ile właściwie osób ma tam być? — zapytałam, chwytając ją lekko za ramię. — Bo jeśli znowu okaże się, że „kilku znajomych” oznacza całą uzbrojoną grupę, chciałabym wiedzieć o tym, zanim wejdziemy do środka.

— Nie wiem, pewnie sześć, może siedem. Ciężko powiedzieć — odparła, wzruszając ramionami.

— I oczywiście wszyscy będą uzbrojeni?

— Noah, błagam cię, znam ich. Nie wszyscy ludzie, którzy noszą broń, planują nas zabić. Ty też nosisz broń, a jakoś jeszcze mnie nie zastrzeliłaś.

— No dobrze, dobrze… — nie napierałam, mimo wszystko łatwo było zaufać Sarah i jej instynktom.

Przecisnęłyśmy się przez rozchyloną bramę, ogrodzenie co prawda było zniszczone, ale widoczne były także równo ustawione barierki, które najwyraźniej ktoś musiał niedawno naprawić. Na ziemi zauważyłam ślady butów i niedopałki papierosów, w głębi mojego zdrowego rozsądku nie podobało mi się to miejsce. Nie dlatego, że mogło być niebezpieczne i pełne zarażonych, lecz dlatego że ktoś uznał je za tak użyteczne, że regularnie tu wracał. Opuszczony ośrodek sportowy był niegdyś kompleksowym budynkiem relaksu, za niską ścianą znajdowała się szatnia a za nią basen. Obok można było zauważyć mniejszą nieckę do nauki pływania, dookoła były rozstawione ławki i metalowe stojaki, kafelki na ścianach i podłodze popękały od użytkowania, braku renowacji i wody. Część dachu nad trybunami była zawalona, odsłaniała belki, między którymi wyrosły chwasty i korzenie. Woda w głównym basenie miała lekko zielonkawy odcień, pływały w niej liście, gałęzie i pewnie mnóstwo innych rzeczy, których raczej nie chciałam identyfikować. Mniejszy basen był w lepszym stanie, ktoś osłonił go prowizorycznym daszkiem a obok ustawił pojemniki z wodą i kilka skrzynek. Na ławkach leżały ubrania a przy wejściu do pomieszczenia technicznego stało sześć osób rozmawiających ze sobą i śmiejących się jakby to było zwykłe wyjście studenckie. Sarah od razu ich rozpoznała.

— Ben! — zawołała, co przykuło wzrok pozostałych.

Mężczyzna odwrócił się w naszą stronę, był wysoki, dość szczupły, jego włosy były takiego samego odcienia brązu jak jego oczy, a kilkudniowy zarost dawał się we znaki. Na widok Sarah jego twarz odsłoniła jeszcze większy uśmiech.

— No proszę! Udało wam się, co? A już myślałem, że będziecie gniły w tym domku letniskowym przez kolejne dni — odparł z uśmiechem i przywitał ją szybkim uściskiem. Następnie spojrzał na mnie. — Aaa, widzę, że namówiłaś swoją przyjaciółkę na kąpiel. Wciąż trzymasz się od nas na dystans, co Noah?

— Dzięki, staram się dbać o swoje zdrowie psychiczne, a rozmowy z wami zwykle kończą się bólem głowy — odparłam, krzyżując ramiona. — Ale przyznam, że wizja kąpieli przekonała mnie bardziej niż wszystkie wasze polityczne przemowy.

— Dobry pomysł, też powinniśmy zacząć — odpowiedział śmiejąc się pod nosem.

— Nie słuchaj go, Ben uważa, że każda sytuacja nadaje się do przemowy i powiedzenia czegoś nadzwyczajnie mądrego — dodała ciemnowłosa dziewczyna stojąca z tyłu grupy buntowników.

— To dlatego, że ludzie potrzebują inspiracji do działania, nawet jeśli chodzi tylko o basen — odpowiedział swojej koleżance.

— Ludzie potrzebują przede wszystkim jedzenia i miejsca, w którym mogą się przespać bez noża pod poduszką — mruknęłam, najwyraźniej trochę głośniej, niż zamierzałam.

— A z tym się akurat zgodzę! — wskazała na mnie z uśmiechem. — Bena już znasz. Ja jestem Jade, a reszta to Marcus, Lily, Otis i Paul.

Nie odpowiedziałam nic więcej, kiwnęłam tylko głową i wzrokiem poszybowałam przez każdego z nich. Wyglądali normalnie, jak zwykli ludzie, zwykli nastolatkowie, niestety jednak ich poglądy również były mi znane i nie ufałam obcym do końca.

— Słyszałam, że mieliście problemy na drodze północnej. — Sarah zahaczyła o temat Bena.

— Mieliśmy — westchnął, opierając się o trybuny obok. — Ludzie K. nas zaskoczyli, zamknęli przejście i zabrali wszystko co znaleźli w opuszczonym magazynie po drodze. Czailiśmy się na niego od tygodni a oni tak po prostu tam weszli i zagarnęli co mogli.

— Wszystko? Banda krętaczy z rządu… myślą, że wszystko im się należy — parsknęła.

— Sarah, przecież każdy potrzebuje zapasów. My też zabieramy wszystko, co znajdziemy, jeśli mamy taką możliwość — wtrąciłam ostrożnie. — Nie mówię, że tamci są święci. Po prostu nie wiem, czy z samego faktu, że dotarli do magazynu pierwsi, wynika, że chcieli was skrzywdzić.

— Jasne, najwidoczniej jest ktoś, kogo nie obchodzi każdy inny tylko swoje własne dupsko — rzucił Otis, wykonujący obroty swoim nożem między palcami.

— Noah, przestań — nie dałam jej dokończyć.

— Może i tak, ale wy też nie ułatwiacie nikomu życia. Wszyscy próbujemy jakoś przetrwać, a wy chcecie zaczynać wojnę z ludźmi, którzy mają całe miasto i uzbrojone patrole. Naprawdę nie trzeba być wojskowym strategiem, żeby wiedzieć, jak nierówna byłaby to walka. I mówię to jako osoba, która nie ma najmniejszej ochoty stanąć po żadnej ze stron.

— Hej! Nie przyszliśmy tu po to, żeby się kłócić — warknęła Jade. — Rozbierać się i do wody.

Sytuacja co prawda była na tamten moment opanowana, jednak niesmak naszej rozmowy pozostał w mojej pamięci. Jade uśmiechnęła się krzywo, widziałam jej wzrok na sobie. Sarah również rzuciła mi spojrzenie, które oznaczało, że na razie sytuacja była spokojna, ale powinnyśmy uważać na to co mówimy. Chociaż żadnej ze stron niczego nie obiecywałam, postanowiłam zachować resztę poglądów dla siebie. To nie był czas ani miejsce na wywody polityczne, podczas kiedy każdy z nas tak naprawdę walczył o przeżycie w zniszczonym już świecie pełnym zainfekowanych i rozbitych grup szukających jedzenia. Przez jakiś czas faktycznie wszystko przebiegało spokojnie, Ben pokazał nam szatnię i pomieszczenie techniczne, w którym znajdował się zbiornik z wodą. Nie nadawała się ona do picia bez przegotowania i uzdatniania, ale wystarczała do kąpieli. W skrzyniach obok znalazłyśmy kilka opakowań mydła, butelki szamponu, a nawet jedną odżywkę do włosów, którą Sarah potraktowała z należytym szacunkiem, jak najcenniejszy skarb.

— Boże, Noah… Jeśli kiedyś zostanie napisana historia tego świata, ten dzień powinien zostać zapamiętany jako moment, w którym odzyskałam godność przez kąpiel — oznajmiła moja przyjaciółka.

— Byłam przekonana, że odzyskałaś godność w dniu, w którym przestałaś używać mojej szczoteczki do zębów. Wciąż nie rozumiem, jak mogłaś pomylić ją ze swoją, skoro wyciągnęłaś ją z mojego plecaka.

— Hej, nie wiedziałam, że to twoja.

— Była w moim plecaku. — Przewróciłam oczami.

— Myślałam, że to wspólny plecak — powiedziała poważnie, choć jej uśmiech drgał z rozbawienia.

— Ciekawe na czym oparłaś to przekonanie…

— Na naszej pięknej przyjaźni, oczywiście. Poza tym, jeśli kiedyś będziemy miały tylko jedną szczoteczkę, to chyba nie zamierzasz robić z tego tragedii? — Sarah roześmiała się i ruszyła w stronę basenu, zanim zdążyłam odpowiedzieć.

Pokiwałam głową, mimo wszelkich niedogodności i różnic potrafiłyśmy się dogadać jak siostry. Patrzyłam, jak odchodzi w stronę akwenu, samej przygotowując wszystko co potrzebne do kąpieli. Przez chwilę czułam się niemal normalnie, rozmawiałyśmy o rzeczach, które były drobiazgami i śmiałyśmy się z żartów, które nie miały żadnego znaczenia dla świata poza nami. Kiedy zrzuciłam z siebie przepocone ubrania a na moim ciele została już tylko sama bielizna powoli zamoczyłam nogi w mniejszym basenie. Zimna woda otoczyła moje uda, biodra a następnie szyję zanurzając się w tym niezwykle przyjemnym lodzie. Sarah dołączyła do mnie tuż obok, przez chwilę zachowywałyśmy się jak dzieci chlapiąc się nawzajem, może to właśnie tego w tamtej chwili potrzebowałam. Woda była zimna, płytki śliskie a nad naszymi głowami wisiał popękany dach, mimo wszystko zamknęłam oczy i pozwoliłam, żeby szum zagłuszył wszystkie moje myśli. Przez krótką chwilę przypomniałam sobie morze, zanurzyłam głowę głębiej pod wodę.

— Noah? — Sarah zaśmiała się delikatnie, a ja otworzyłam oczy. — Znowu odpłynęłaś.

— Myślałam o czymś — odparłam wracając do rzeczywistości.

— A zdradzisz chociaż o czym?

— O morzu. O tym, jak narzekałam, że piasek wszędzie się wciska, a teraz oddałabym pół naszych zapasów, żeby chociaż przez godzinę usiąść na plaży i udawać, że nic się nie stało — przyznałam, patrząc na wodę.

Zamiast tego przysunęła się bliżej i oparła głowę na moim ramieniu.

— Kiedyś tam wrócimy — powiedziała Sarah cicho. — Nie wiem, kiedy ani jak, ale chciałabym jeszcze raz zobaczyć nasze miasto. Nawet jeśli okaże się, że wszystko wygląda już zupełnie inaczej.

Nie wiedziałam, czy naprawdę w to wierzyła, czy może po prostu chciała dać mi coś, czego mogłam się trzymać. Ponownie otoczyła nas cisza, nie zwracałam uwagi na resztę grupy pluskających się w bardziej zielonym basenie, nie przeszkadzał im odcień wody, gałęzie czy liście, które pływały obok nich, po prostu cieszyli się chwilą. W takich momentach chyba wszyscy czuliśmy, że jesteśmy tylko ludźmi, tylko…, bo człowiek w tych czasach nie miał zbyt wiele do gadania, ja wierzyłam jednak w to, że to nasze uczucia odróżniają nas od zarażonych. Tak niewiele, a tak dużo.

Wtedy usłyszałam hałas, nie był głośny — i to właśnie sprawiło, że od razu zwróciłam na niego uwagę. Metaliczne uderzenie dobiegało z korytarza prowadzącego do szatni. Potem drugie. Zamarłam. Widziałam tylko jak Sarah podniosła głowę i nasłuchiwała razem ze mną. Z zewnątrz zaczęły dobiegać szybkie kroki, potem odgłosy warknięcia.

— Ben! Chyba mamy problem — krzyknęła Sarah wychodząc z wody, jej wzrok nadal skierowany był na korytarz.

— Kurwa mać… — woda wokół mnie poruszyła się, gdy gwałtownie wstałam.

Przez drzwi od szatni wbiegł mężczyzna, miał krew na rękawie, oczy szeroko otwarte choć spojrzenie jakby za mgłą, jego kończyny wyginały się w każdą możliwą stronę a ciało nie przypominało zdrowego, ludzkiego koloru. Wtedy usłyszałam strzał. Ben od razu sięgnął po pistolet a zarażony mężczyzna, teraz już z raną postrzałową na środku jego głowy padł na ziemię. Mój oddech przyspieszył, usłyszałam więcej kroków.

— Ubierajcie się i łapcie za broń — krzyknęła Jade.

Sarah pierwsza dorwała się do naszych ubrań, chwyciłam od niej spodnie i koszulkę naciągając na mokre ciało ciuchy z jej rąk, próbowałam zapiąć pasek, ale moje palce były tak zdrętwiałe, że nie mogłam trafić w klamrę. Nadchodzili. Z korytarza dobiegł kolejny odgłos przypominający krzyk, po którym nastąpił głuchy łomot. Drzwi ponownie otworzyły się z impetem, kolejny zarażony wpadł do sali głównej. Niemrawy, niegdyś mężczyzna w średnim wieku, miał na sobie strój roboczy w paski, jego lewa ręka zwisała nienaturalnie pod dziwnym kątem a twarz pokrywały smugi krwi. Jego wzrok skupił się na jednym z buntowników, który stał najbliżej zainfekowanego. Otis oberwał z siłą, której nie powinien mieć ktoś w takim stanie, uderzył w niego całym ciałem przewracając go na podłogę. Kątem oka widziałam, jak Ben próbuje strzelić w zombie przy tym nie trafiając Otisa, zawahał się zbyt wiele razy. Nikt nie zdążył zareagować, kiedy szczęka zarażonego wbiła się w ramię chłopaka, a jego krzyk przeciął halę w niebogłosy.

— Nie! — Lily zakryła usta dłonią.

Ben podniósł broń wyżej i kiedy już Otis leżał odrętwiały na ziemi — strzelił. Zarażony zachwiał się, ale nie puścił ofiary, którą trzymał zębami, dopiero kolejny strzał w głowę powalił potwora. Widziałam krew, dużo krwi, widziałam już też takie sytuacje, ale za każdym razem coś we mnie pękało, to było przypomnienie w jakim świecie żyjemy i co musimy zrobić by przetrwać.

— Odciągnijcie go — krzyknęła Jade, chwytając Otisa za ramię razem z Lily i ciągnąc go spod martwego ciała zainfekowanego.

Kolejne sylwetki pojawiły się przy wyjściu na korytarz, jeden z zarażonych przewrócił stojak z ubraniami, drugi uderzył barkiem w drzwi, a trzeci, drobniejszy i szybszy przemknął pod wyciągniętą ręką Paula, przez co ten potknął się o skrzynię.

— Paul! — wrzasnęłam, szukając własnego pistoletu w plecaku.

Nie zdążyłam, nikt nie zdążył, zarażony ruszył na niego i powalił go na kafelki wgryzając mu się w tętnicę szyjną. Sarah próbowała ruszyć w ich stronę i w jakiś sposób mu pomóc, całe szczęście chwyciłam ją za rękę i pociągnęłam do siebie.

— Nie! — wrzasnęłam.

— Puść mnie Noah! — krzyczała szarpiąc się z moim uściskiem.

— Sarah, przestań! Nie pomożesz mu, tylko sama zginiesz! — krzyknęłam, ciągnąc ją z całej siły za ramię — Spójrz na niego, do cholery!

Mimo to Sarah zdołała mnie odepchnąć i ruszyć do przodu, jednak nie na tyle szybko jakby tego chciała, ponieważ w międzyczasie Jade oddała strzał w oprawcę Otisa, który padł już po pierwszym pocisku, niestety tak samo jak jego ofiara. Kolejne krzyki zawrzały w obiekcie, drzwi które wcześniej były tylko uchylone teraz wyleciały z zawiasów uderzając o ścianę. Do hali wpadli kolejni zarażeni, a tuż za nimi wszyscy usłyszeliśmy strzały z zewnątrz. Strzały nie brzmiały chaotycznie, brzmiały jak zaplanowane z jak najbardziej staranną dokładnością. Nie brzmiały one jak desperacka próba powstrzymania napastników, były krótkie, celne, oddzielone od siebie ułamkami sekund… tuż po nich rozległy się komendy.

— Lewa strona zabezpieczona!

— Dwa cele przy ogrodzeniu!

— Sprawdzić cały obiekt i zebrać wszystko co znajdziecie!

Wtedy domyśliłam się, że ktoś przejął kontrolę nad sytuacją, zdążyłam tylko spojrzeć na dwa ciała naszych znajomych leżących na kafelkach z rozszarpaną skórą zanim przez główne wejście wpadło dwóch uzbrojonych mężczyzn, jeden z nich ostrożnie przesuwał się wzdłuż ściany, drugi pilnował, aby nic nie przedarło się przez jego plecy. Za nimi weszło kolejnych kilku ludzi, wszyscy wyglądali i zachowywali się jak najbardziej wyszkoleni żołnierze, mieli ciemne ubrania, kamizelki ochronne i broń, która wyglądała na dużo lepszą od naszej. Nie nosili wszystkiego co udało im się znaleźć jak inni ludzie, których spotykałam na szlaku, powoli przysunęłam się do Sarah podnosząc ręce do góry w geście poddania. Jeden z nich zatrzymał się przed nami, kiedy reszta ocalałych przyjęła bezpieczną pozycję przy trybunach.

— Oczyścić halę, dwóch ze mną a reszta zabezpiecza wyjścia.

— Przyjęto — odpowiedział mu jeden z nich.

Rozpoznawali się nawzajem bez potrzeby powtarzania rozkazów, wiedzieli co mają robić i na czym im zależało, czułam się jeszcze bardziej zagrożona niż przed minutą. Wtedy poczułam, jak Sarah szarpnęła mnie mocno za ramię.

— To ludzie K. Nie powinno ich tu być — szepnęła, również trzymając ręce w górze.

— Zajebiście… w takim razie nie dostali zaproszenia — mruknęłam.

Jeden z żołnierzy usłyszał naszą rozmowę i odwrócił głowę spoglądając na nas z uniesioną strzelbą.

— Wy dwie! Ręce na widoku i do ściany!

— A-ale chwileczkę! Nic nie robimy! — próbowałam załagodzić sytuację.

— Do ściany!

Nie było sensu się kłócić. Przesunęłyśmy się blisko ściany trzymając dłonie w górze z dala od kieszeni i pasków, jednocześnie stojąc blisko siebie co w pewnym sensie dodawało nieco otuchy będąc w wyraźnym zagrożeniu.

— Broń na ziemię! — kolejny z żołnierzy wrzasnął do Bena.

— Najpierw opanujcie sytuację! Potem pogadamy! — wykłócał się, stojąc po drugiej stronie hali z pistoletem na wysokości piersi.

— Powtarzam ostatni raz. Broń na ziemię!

— Nie będę rozbrajał swoich ludzi, kiedy wciąż są tu zarażeni! — ciągnął Ben.

Wtedy Jade również uniosła swój pistolet i wycelowała w stronę żołnierza, czułam, jak Sarah zaciska palce na moim nadgarstku.

— To się naprawdę źle skończy — wyszeptała Sarah, ściskając mnie za rękę. — Ben nie odpuści, a ci żołnierze wyglądają, jakby tylko czekali na pretekst.

Przez chwilę cała trójka mierzyła do siebie z broni, Lily stała z boku, nie protestowała, od razu wyciągnęła ręce ku górze. Uległa znacznie szybciej niż Ben czy Jade… Ja i Sarah również. Nagle drzwi od szatni, z której jeszcze przed chwilą wybiegali zarażeni otworzyły się a przez nie wyszedł mężczyzna, na którego widok jakimś cudem wszyscy zamarli. To musiał być K.

Wszedł do hali basenowej wolnym i spokojnym krokiem biorąc pod uwagę sytuację, która właśnie panowała. Sarah często rozmawiała na jego temat z buntownikami przez radio, parę z tych informacji udało mi się podsłuchać. Nie tak sobie go wyobrażałam. Był wyższy niż myślałam, szeroki w ramionach, ubrany w ciemną koszulkę, kamizelkę wojskową i spodnie moro. Na przedramionach widniały przeróżne tatuaże częściowo zasłonięte przez rękawy do łokci. Krótkie, ciemne włosy były potargane od walki lub wiatru, na jego policzku dało się dostrzec małą bliznę a jego zarost był co najmniej kilkutygodniowy… Nie wyglądał jak człowiek, który potrzebował imponować innym, nie miał w sobie nic z bohatera, którego wyobrażałam sobie podczas opowieści o nim i o jego mieście, ale na kompletnego rządowego złoczyńcę też nie wyglądał, ewentualnie na dupka. Wszedł do pomieszczenia pełnego uzbrojonych ludzi i zachowywał się tak, jakby miał prawo oczekiwać, że go wysłuchają. A najgorsze w tym wszystkim było to, że tak właśnie było. Jego wzrok przesunął się po hali zatrzymując się na martwych zarażonych oraz dwóch tak samo martwych buntownikach, następnie na plecakach, rannych i na żywych… Ben’nie oraz Jade, a potem poczułam jego spojrzenie na sobie. Nie trwało to długo a jednak czułam się jakby przejrzał mnie na wylot. Zauważył moje zawahanie, mokre włosy, drżące palce i wzrok, który również jakimś sposobem próbował rozszyfrować i jego. Z marnym skutkiem.

— Raport — powiedział sucho, ale spokojnie.

— Na terenie ośrodka zastaliśmy tą grupę ocalałych buntowników, doszło do konfrontacji, wpadli zarażeni. Reszta sprawdza pozostałe pomieszczenia — odparł jeden z żołnierzy.

— Ilu zarażonych? — zapytał ciemnowłosy.

— Około dziesięciu, możliwe, że jest ich więcej przy ogrodzeniu lub w pobliskim mieście.

— Zamknijcie wejścia, sprawdźcie teren za budynkiem i nie oddalajcie się od siebie — powiedział spokojnie bez podnoszenia głosu.

— A buntownicy? — zapytał inny żołnierz.

K. Spojrzał na Bena próbując pojąć sytuację, która miała miejsce, a ja osobiście miałam ochotę wykrzyczeć, że nie jesteśmy buntownikami i błagać o litość.

— Broń na ziemię — powiedział dowódca.

— Twoi ludzie weszli tutaj celując do nas zanim zdążyliśmy opanować atak — powiedział Ben zdenerwowanym głosem, nie opuszczając broni nawet na sekundę.

— Dbamy o bezpieczeństwo naszych ludzi, nie zamierzam się powtarzać. Broń na ziemię — odparł.

— Zawsze tak rozmawiasz z ludźmi? Jebie nas wasze zdanie i twoja rządowa posada, nie musimy się ciebie słuchać — Jade splunęła na ziemię z pogardą.

— Rozmawiam tak z ludźmi, którzy celują do moich ludzi — podszedł bliżej dwójki buntowników, nie zwracając uwagi na broń celującą w niego.

— A może to twoi ludzie zaczęli to wszystko? — Jade uniosła brew.

— Możliwe, dlatego przesłucham wszystkich, nie tylko tych którzy notorycznie utrudniają mi wypady po zasoby…

Nie takiej odpowiedzi się spodziewałam, co prawda znałam go tylko z opowieści i to tylko z jednej strony — od buntowników. Myślałam, że za chwilę rozpęta się strzelanina a my mogłybyśmy się już pożegnać z naszym nędznym życiem, cóż… nie było wiele warte w obecnych czasach.

K. Nie przyznał, że to jego ludzie są winni, nie próbował też udawać, że są bez skazy. Po prostu zamierzał rozstrzygnąć to na swój własny sposób. Mimo wszystko aura bijąca od tego człowieka sprawiała, że czułam lęk, może trochę ciekawość…, ale głównie lęk. Nie ufałam mu, ale nie ufałam też buntownikom i to było w tym wszystkim najgorsze, ponieważ obok mnie stała Sarah nabuzowana złością jakby miała zaraz wykrzyczeć protestanckie teksty przeciwko rządowym ludziom i ich organizacji. Koniec końców Ben opuścił broń i położył ją na podłodze, przy okazji zauważyłam, że buntownicy — może oprócz Lily i Marcusa którzy usunęli się w cień, nie przejęli się śmiercią dwóch osób z ich grupy, tak, jakby to był normalny dzień i zupełnie normalna sytuacja. Po chwili Jade również opuściła broń, choć wyglądała jakby miała ochotę rzucić pistoletem w głowę dowódcy. K. Skinął głową.

— Rozdzielić ich, sprawdzić wyposażenie, dokumenty i niczego nie wyrzucać, wpisać do rejestru i wrzucić do wozu — zarządził.

A potem spojrzał na mnie i Sarah.

— A wy? Kim jesteście?

Nie podobało mi się to, jak łatwo wszyscy przestawali mówić a nawet oddychać, kiedy zwracał się do nich bezpośrednio, nie podobało mi się również to, że sama zaczynałam ważyć każde moje słowo, zanim zdążyłam je wypowiedzieć.

— Jestem Noah, a to Sarah. Przyszłyśmy tutaj tylko po wodę i żeby się umyć. Nie należymy do żadnej grupy, naprawdę. Znamy Bena, bo czasem pomagał nam znaleźć bezpieczną drogę, ale podróżujemy same — wyjaśniłam, starając się mówić spokojnie, chociaż serce waliło mi jak oszalałe.

— Znacie tych ludzi? — wskazał głową na resztę buntowników przesłuchiwanych przez innych żołnierzy.

Zawahałam się.

— Znamy, ale… od niedawna, czasem ich spotykamy, ale my jesteśmy tylko we dwie — odpowiedziałam. Sarah milczała, chyba uznała, że dobrze mi szło.

— A jednak znajduję was w miejscu, gdzie przebywają buntownicy, którzy uprzykrzają nam życie, próbujecie wmówić mi, że działacie same? we dwie? — podszedł bliżej i spojrzał raz na mnie, raz na Sarah.

— Nie musisz nam wierzyć na słowo. Masz ludzi, broń i najwyraźniej całkiem sporo czasu, więc sprawdź sobie wszystko, detektywie — rzuciła Sarah, zanim zdążyłam ją powstrzymać.

K. uśmiechnął się lekko, jakby rozbawiony jej zaczepnością.

— Rozumiem. Tak właśnie zrobię — odparł oddalając się o krok i odpalając papierosa z kieszeni swojej kamizelki.

— Więc… możemy sobie iść? — zapytałam niepewnie.

— Nie.

— A-ale…

— Nie wiem, kim jesteście. Możecie być zwykłymi ocalałymi albo pracować dla buntowników, a ja nie zamierzam ryzykować bezpieczeństwa swoich ludzi tylko dlatego, że zapewniacie mnie o dobrych intencjach. Pojedziecie z nami. Na miejscu sprawdzimy wasze rzeczy i porozmawiamy jeszcze raz — powiedział Kieran, jakby informował nas o zmianie planu podróży.

— Chyba sobie żartujesz! Dokąd niby mamy z wami jechać? — Sarah podniosła głos. — Nie możesz po prostu decydować, że zabierzesz nas ze sobą!

— Do miasta. Zasady wytłumaczę na miejscu — powiedział, zaciągając się papierosem.

— Zaczekaj. A co z resztą? — zapytałam, patrząc na Bena i Jade. — Nie zostawicie ich tutaj, prawda? Przecież przed chwilą razem walczyliśmy z zarażonymi.

— Buntowników, którzy stawiali opór wywieźć daleko od naszej bazy. — spojrzał na jednego z żołnierzy wydając rozkaz, ponownie tym swoim spokojnym tonem.

Wtedy zrozumiałam, co tak naprawdę właśnie się wydarzyło. Jezu, zostałyśmy porwane, a może gorzej. Co z nami będzie? Nasze plecaki zostały zabrane razem z ich zawartością, jeden z żołnierzy wraz z dowódcą odprowadzili nas do opancerzonego pojazdu, który stał przy ogrodzeniu, nie widziałam, gdzie wsiadają buntownicy, kątem oka spojrzałam tylko jak zabierają nasze plecaki do innego samochodu. Ich pojazdy były godne podziwu, miały dodatkowe osłony, wzmocnione szyby i opony, które wyglądały na przystosowane do jazdy po zniszczonych drogach. Nie byli grupą, która po prostu miała szczęście, choć pewnie dostali to wszystko od rządu… jebana faworyzacja. Spojrzałam na Sarah, po jej wzroku czułam, że obydwie jesteśmy przerażone tym co się działo, ona po prostu lepiej to ukrywała. Metalowe drzwi zatrzasnęły się za nami z hukiem, usiadłyśmy z tyłu wozu, na przednich siedzeniach siedział K. Wyglądało na to, że z jakimś zaufanym żołnierzem, wymieniali między sobą spojrzenia jakby rozumieli się bez słów. Sytuacja, w której się znajdowałyśmy była katastrofą. Przez pierwsze kilka minut słyszałam jedynie warkot silnika i odgłosy kół, spojrzałam przez okno próbując zapamiętać trasę, którą jechaliśmy. Opuszczone ulice, następnie tereny przemysłowe pełne pustych magazynów i zardzewiałych kontenerów.

— Ah… przepraszam? my… — nie zdążyłam nawet o cokolwiek spytać a jego głowa już odwróciła się w naszą stronę.

— Jestem Kieran. Kieran Rannsel, zarządzam w miejscu, do którego jedziemy. Jesteśmy dość blisko więc powiem wam jak to będzie wyglądało. Macie miesiąc, żeby udowodnić, że nie jesteście powiązane z buntownikami, nie jesteście zagrożeniem i nie macie złych zamiarów. Więcej opowiem po rewizji, wasze plecaki i rzeczy osobiste wiezie inny wóz więc sprawdzimy je na miejscu — i nie radziłbym kombinować — powiedział ostatnie słowa zerkając na Sarah.

Wymieniłyśmy ze sobą spojrzenia, przerażone, ale też i zniecierpliwione, wolałabym od razu wiedzieć co się ze mną stanie, mimo jego tłumaczeń i tak czułyśmy się niepewnie. Chwilę później dogonił nas pojazd, który miał wywieźć buntowników, co tak naprawdę z nimi zrobili? Nie miałyśmy pojęcia, zbyt długo jednak nad tym nie myślałyśmy. Po kolejnych parunastu minutach zobaczyłyśmy to — konstrukcje ze stali i betonu wyglądającą jak wejście do czegoś co ewidentnie mieściło się w podziemiach, okrągłe wrota otoczone kamerami i delikatnie migającymi światłami tak aby nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi, kawałek dalej podobne wrota — drugie wejście, i kolejne. Trzy drogi ucieczki — pomyślałam. Gdy tylko podjechaliśmy bliżej wejścia ktoś z środka otworzył bramę i wpuścił dwa opancerzone od stóp do głów wozy. Wjechaliśmy przez tunel otoczony ciemnymi, metalowymi ścianami, reflektory samochodu odbijały się po ścianach i suficie, po którym biegły rury i przewody, po bokach mijaliśmy kilkanaście drzwi, które pewnie prowadziły do kolejnych pomieszczeń technicznych lub socjalnych, sam “parking” robił niewyobrażalne wrażenie, ale czego można było się spodziewać po rządowej organizacji, w końcu mogli pozwolić sobie na więcej. Miejsce wydawało się dobrze strzeżone, kilka żołnierzy minęło nas, gdy wjeżdżaliśmy do konstrukcji, gdy tylko stanęliśmy obok innych pojazdów Kieran osobiście otworzył nam drzwi samochodu i wypuścił na zewnątrz, nie odzywając się ani słowem. Zsunęłam się z siedzenia i ostrożnie postawiłam stopy na betonowej posadzce. Przez chwilę musiałam przyzwyczaić wzrok do jasnego światła. Wszystko wokół wydawało się przesadnie ostre. Lampy odbijały się od metalowych powierzchni, a światło rozlewało się po posadzce szerokimi plamami. Zamknęłam drzwi i odruchowo poprawiłam kurtkę. Dopiero wtedy rozejrzałam się naprawdę. Stawiałam niepewne kroki, błądziłam oczami dookoła nie mogąc uwierzyć w to, co widziałam, zapomniałam już nawet, że gdzieś obok mnie jest moja przyjaciółka. Ściany i barierki rzeczywiście były ze stali, ludzie ubrani na mundurowo wyglądali jakby byli gotowi na wojnę lub właśnie z niej wracali choć kroki stawiali pewnie jakby znali każdy kąt, podjechał kolejny wóz — wypakowany po brzegi plecakami, bronią i apteczkami. To pewnie ich zbiory spoza tego miejsca…

Kieran bacznie obserwował nasze reakcje, nie mówił nic, kiedy zaczęłam mimowolnie oddalać się od niego w stronę barierki i schodów przed nami, nie usłyszałam rozkazu “Stój” albo “Cofnij się” więc szłam dalej. Zaparło mi dech w piersi, z barierki rozciągał się widok na niższe piętra, praktycznie na całe to miejsce, wyglądało na to, że jesteśmy na najwyższym poziomie, z którego wychodziło się na powietrze. Na niższym poziomie zobaczyłam coś, co przypominało niewielką ulicę. Nie była to prawdziwa ulica w takim sensie, jaki pamiętałam z powierzchni. Nie było nad nią nieba, nie docierał do niej wiatr, a jej granice wyznaczały metalowe konstrukcje i ściany kolejnych budynków. Mimo to miała wszystko, co sprawiało, że droga stawała się częścią miasta: wejścia do sklepów, wystawy, znaki, oświetlenie i ludzi przemieszczających się w obu kierunkach. Na jednym z budynków widniał jasny szyld z nazwą, której nie potrafiłam odczytać z tej odległości. Pod nim stało kilka osób. Jedna trzymała w rękach kartonowe pudełko, druga rozmawiała z kobietą w ciemnym płaszczu, a trzeci mężczyzna opierał się o ścianę i pił coś z kubka. Zwykli ludzie. Nie patrol. Nie grupa uzbrojonych ocalałych czy rządowych ochroniarzy prezydentów, którzy pilnowali swojego nosa. Zwykli ludzie stojący przed jakimś lokalem, rozmawiający o czymś, co najwyraźniej nie wymagało od nich ciągłego rozglądania się przez ramię. Przesunęłam wzrok dalej. Na kolejnym poziomie znajdowały się warsztaty. Rozpoznałam je po szerokich bramach, otwartych stanowiskach i stołach zastawionych narzędziami. Przy jednym z nich kilku ludzi pracowało nad metalowym elementem, a w pobliżu stał niewielki pojazd z uniesioną maską, jak on się tam dostał? Musi być tutaj winda… Dalej dostrzegłam rząd zamykanych pomieszczeń, przed którymi ustawiono skrzynie i wózki transportowe. Wyglądały jak magazyny, ale w przeciwieństwie do opuszczonych hal, które znałam, panował tam ruch. Ludzie przenosili towary, rozmawiali ze sobą i wskazywali sobie kolejne rzeczy do zrobienia. Jeszcze niżej widziałam coś, co przypominało strefę mieszkalną. Budynki były mniejsze, mniej surowe. Niektóre miały pomalowane ściany, a przy wejściach wisiały doniczki albo niewielkie ozdoby. Na jednym z balkonów, umieszczonym wewnątrz konstrukcji, ktoś rozwiesił pranie. Kolorowe ubrania kołysały się lekko pod wpływem ruchu powietrza, tworząc tak absurdalnie domowy widok, że przez chwilę nie mogłam oderwać od niego wzroku. Pranie. Ktoś naprawdę wyprał ubrania i rozwiesił je do wyschnięcia. Nie ukrył ich w plecaku, nie suszył na gałęzi nad ogniskiem ani nie czekał, aż wilgotny materiał wyschnie na jego ciele podczas marszu — po prostu rozwiesił je przy domu. Poczułam dziwne ukłucie w klatce piersiowej. W ciągu trzech lat przyzwyczaiłam się do tego, że życie składało się z konieczności. Znajdź wodę. Znajdź jedzenie. Znajdź miejsce, w którym można przespać noc. Sprawdź drzwi. Zabezpiecz okna. Nie rozpalaj ognia, jeśli dym może przyciągnąć idiotów lub zarażonych. Nie przywiązuj się do rzeczy, których nie będziesz w stanie zabrać, kiedy trzeba będzie uciekać.

A tutaj ktoś miał wystarczająco dużo spokoju, by pomyśleć o praniu. Nie wiedziałam, dlaczego właśnie ten szczegół poruszył mnie bardziej niż wszystkie pojazdy, magazyny i uzbrojeni strażnicy razem wzięci. Może dlatego, że był tak zwyczajny, a może dlatego, że przypominał mi, że ludzie nie przestali być ludźmi tylko dlatego, że świat na powierzchni zamienił się w ruinę. Wtedy spojrzałam niżej, w stronę najniższego poziomu i zauważyłam rozmytą zieleń. Na samym dole, wśród szarych i stalowych konstrukcji, znajdowały się długie prostokątne przestrzenie oddzielone niskimi murkami. Z góry wyglądały jak plamy zieleni wciśnięte między budynki, ale kiedy przyjrzałam się dokładniej, dostrzegłam rzędy roślin, wąskie ścieżki i podwyższone grządki. Nad częścią z nich rozciągały się metalowe stelaże, na których zamontowano lampy. Ich światło miało łagodniejszy odcień niż oświetlenie parkingu, przez co liście wyglądały na jaśniejsze, niemal żywe wśród całej tej stali. Ogrody — Kurwa podziemne ogrody.

Zobaczyłam ludzi pochylających się nad grządkami, kogoś niosącego skrzynkę z roślinami i kobietę, która stała przy jednej ze ścieżek, rozmawiając z mężczyzną w roboczym ubraniu. Dalej rosły krzewy, a wzdłuż jednej z alejek ustawiono donice. Nie potrafiłam określić, jakie rośliny uprawiano w poszczególnych rzędach, ale sam ich widok wystarczył, bym poczuła, że patrzę na coś niemal niemożliwego. Ktoś tu hodował rośliny, pilnował, żeby miały wodę i światło i wkładał wysiłek w to, by za kilka tygodni, miesięcy czy nawet lat nadal mogły rosnąć. Ci wszyscy ludzie nie tylko przetrwali, oni planowali przyszłość. Oparłam dłonie na górnej krawędzi barierki. Metal był zimny pod moimi palcami. Pochyliłam się lekko, próbując dostrzec jeszcze więcej, i nagle uświadomiłam sobie, jak bardzo różniło się to miejsce od wszystkiego, co znałam. Po chwili zauważyłam dwójkę dzieci biegnących przez szerokie przejście na jednym z niższych poziomów. Jedno z nich miało na sobie jasną bluzę, drugie coś czerwonego, co migało między ludźmi, kiedy próbowały się wyprzedzić. Dziewczynka potknęła się na zakręcie, ale zamiast natychmiast wstać i rozejrzeć się w panice, zaczęła się śmiać. Chłopiec zawrócił, podał jej rękę, a potem oboje pobiegli dalej. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio słyszałam śmiech dziecka, musiałam oderwać się od tego widoku. W końcu odwróciłam głowę w stronę Sarah, K. oraz reszty żołnierzy. Nikt nic nie mówił a ja szybko uciekłam wzrokiem od mojej przyjaciółki, nie chciałam, żeby wyczytała wszystkich emocji na mojej twarzy, bo na jej własnej malowała się gorycz, na mojej? może nadzieja.

— Tam jest winda, ruszajcie się. Na początek rewizja plecaków, parę pytań a potem przydzielimy wam strefę mieszkalną.

W środku było ciasno. Ściany z matowej stali nosiły ślady zadrapań, a w narożniku zamontowano kamerę, której niewielka, czerwona dioda świeciła nieprzerwanie. Stanęłam przy jednej ze ścian, Sarah obok mnie. Kieran wszedł jako ostatni, a żołnierze zajęli miejsca przy drzwiach.

— Dokąd nas zabieracie? — zapytałam nadal lekko przerażona.

Kieran spojrzał na mnie.

— Na początek w bezpieczne miejsce — odpowiedział nie patrząc mi w oczy.

— To znaczy?

— To znaczy, że nie będziesz musiała martwić się o to, co znajduje się za drzwiami, których nie wolno ci otwierać.

— Świetnie, od razu czuję się bezpieczniej. Szczególnie po tym, jak zabraliście nam broń i wsadziliście do windy z obstawą — mruknęłam.

— Nie próbowałem cię uspokajać. Odpowiedziałem na pytanie — odparł Kieran, nawet nie zmieniając tonu.

Sarah parsknęła cicho.

— No proszę, przynajmniej jest szczery. Szkoda tylko, że uprzejmości nie rozdają tutaj razem z mundurami — rzuciła Sarah.

— Szczerość to nie to samo co uprzejmość — zauważył Kieran.

— Zaczynam dostrzegać, że w waszym mieście to dwie zupełnie różne waluty.

Tym razem Kieran nawet nie odpowiedział. Drzwi zamknęły się z głuchym stuknięciem. Żołnierz nacisnął przycisk, a winda ruszyła w dół. Nie wiedziałam, na którym poziomie znajdowałyśmy się wcześniej ani ile pięter dzieliło nas od miejsca, do którego zmierzaliśmy choć rozglądając się z górnego piętra miałam wrażenie, że było ich około czterech. Zjeżdżaliśmy w dół, odgłosy miasta stopniowo cichły. Zniknęły rozmowy, stukot butów i daleki warkot silników. Został tylko szmer windy oraz cichy oddech Sarah. Zerknęłam na nią kątem oka. Wciąż miała na twarzy wyraz zniecierpliwienia, ale jej palce zaciskały się na pasku plecaka nieco mocniej niż wcześniej w geście złości.

— Przestań się tak spinać — szepnęłam.

— Nie spinam się.

— Oczywiście.

— Po prostu nie lubię, kiedy ktoś zamyka mnie w metalowym pudełku z uzbrojonymi ludźmi.

— To akurat rozumiem. — nie mogłam powstrzymać się by nie przewrócić oczami.

— Dobrze. Przynajmniej pamiętasz jeszcze co nas łączy.

Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo winda zwolniła. Rozległ się sygnał, drzwi rozsunęły się na boki i naszym oczom ukazał się zupełnie inny korytarz niż ten, który widziałyśmy wcześniej. Tutaj nie było tłumów, sklepów ani szerokich przejść. Ściany z surowego betonu pomalowano na przygaszony, szarawy kolor. Co kilka metrów znajdowały się ciężkie drzwi z elektronicznymi zamkami, a pod sufitem biegły metalowe przewody i rury. Światło zapewniały wąskie lampy, rzucające na podłogę chłodną, niemal szpitalną poświatę. Powietrze było wyraźnie chłodniejsze. Pachniało kurzem, środkiem dezynfekującym i metalem. W pierwszej chwili pomyślałam, że trafiliśmy do jakiegoś zaplecza technicznego. Potem dostrzegłam kamerę umieszczoną wysoko w narożniku oraz niewielki panel przy jednych z drzwi. Zrozumiałam, że to miejsce nie zostało stworzone po to, by ludzie czuli się tu dobrze tylko po to, by można było ich kontrolować. Kieran ruszył przed siebie, nie sprawdzając nawet, czy za nim nadążamy. Żołnierze szli blisko nas, a ich obecność przypominała mi o tym, że nie byłyśmy tutaj z własnej woli.

— To nie wygląda na strefę mieszkalną — zauważyłam.

— Bo nią nie jest — odpowiedział Kieran.

— Mówiłeś, że przydzielicie nam miejsce do życia.

— Powiedziałem, że najpierw ponowna rewizja.

— A potem zdecydujecie, czy zasługujemy na łóżko?

Zatrzymał się i odwrócił w moją stronę.

— Każdy, kto przekracza nasze zabezpieczenia w towarzystwie ludzi powiązanych z buntownikami, zostaje sprawdzony. Nie obchodzi mnie, czy ci się to podoba.

— Nie jesteśmy częścią ich grupy — powtórzyłam, czując, że głos zaczyna mi drżeć. — Nie wiem, jak jeszcze mam ci to powiedzieć, żebyś wreszcie uwierzył.

— To ustalimy.

W jego głosie nie było złości. I chyba właśnie to denerwowało mnie najbardziej. Nie musiał podnosić głosu ani grozić nam bronią. Mówił tak, jakby wszystko zostało już postanowione, a nasze zdanie miało niewielkie znaczenie. Ruszyłam dalej, zanim zdążyłam powiedzieć coś, czego mogłabym żałować lub zanim Sarah mogła to skomentować, pakując nas w jeszcze gorszą sytuację.

Na końcu korytarza Kieran zatrzymał się przed drzwiami oznaczonymi niewielkim numerem. Przyłożył kartę do czytnika. Zamek ustąpił, a on pchnął drzwi do środka.

— Wchodźcie — powiedział krótko.

Pomieszczenie było niewielkie. Zdecydowanie za małe, by nazwać je pokojem, a jednak większe niż schowek, którego spodziewałam się po takim korytarzu. Przy jednej ze ścian stały dwa wąskie łóżka z metalowymi ramami. Na każdym leżał cienki materac, szara poduszka i złożony koc. Między łóżkami pozostawiono tyle miejsca, żeby można było przejść bokiem. Pod przeciwległą ścianą znajdowała się niewielka metalowa szafka, a obok niej dwa krzesła. W rogu stał zlew z kranem, nad którym wisiało małe lustro. Nie było tam okna a drzwi miały ciężki zamek.

— To ma być nasze miejsce — zapytała Sarah.

— Na razie — odparł Kieran.

— Przytulnie. Brakuje tylko kwiatów i widoku na ocean.

— Jeśli będziecie współpracować, możecie dostać coś lepszego.

Kieran wskazał na podłogę pośrodku pomieszczenia.

— Plecaki tutaj. Broń, narzędzia, leki, urządzenia elektroniczne i wszystko, co może zostać wykorzystane do nawiązania kontaktu z ludźmi spoza miasta, zostaje zabezpieczone. Dostaniecie je z powrotem, kiedy zakończymy weryfikację. Jeśli coś ukryłyście, lepiej powiedzieć o tym teraz.

Serce uderzyło mi mocniej. W plecaku miałam telefon. Stary, porysowany, z pęknięciem biegnącym przez dolny róg ekranu. Przez większość czasu był bezużyteczny, a bateria rozładowywała się tak szybko, że od dawna nie mogłam polegać na nim jak na normalnym telefonie. Mimo to nie potrafiłam się z nim rozstać. Był jedną z niewielu rzeczy, które wciąż należały do mnie, a nie do świata, który dawno temu postanowił odebrać mi wszystko, miałam na nim zdjęcia rodziny z czasów, kiedy jeszcze wszystko było dobrze. Nie mogłam pozwolić, żeby go zabrali. Nie wiedziałam jeszcze, dlaczego, ale myśl o oddaniu go temu człowiekowi wywoływała we mnie opór silniejszy niż rozsądek.

— Słyszałyście? — odezwał się jeden z żołnierzy. — Plecaki na ziemię.

Sarah zrzuciła swój z ramienia i postawiła go obok łóżka. Ja zrobiłam to samo, starając się, żeby moje ruchy nie zdradziły nagłego napięcia. Zsunęłam plecak ostrożnie, jakbym po prostu była zmęczona, a potem uklękłam przy nim, udając, że poprawiam pasek, który zaplątał się pod spodem. Miałam kilka sekund. Może mniej. Zamek głównej komory był częściowo otwarty. Przesunęłam dłoń do środka, odgarnęłam kawałek materiału i wymacałam chłodną krawędź telefonu. Palce od razu stały mi się niezgrabne. Słyszałam kroki żołnierza zbliżającego się do nas, a każdy szelest wydawał mi się nienaturalnie głośny. Wyjęłam telefon tylko na tyle, żeby wsunąć go pod dłoń. Przykryłam go paskiem plecaka i podniosłam wzrok. Żołnierz sprawdzał właśnie zawartość torby Sarah. Wyciągał kolejne rzeczy i układał je na łóżku: kilka puszek, bandaże, butelkę wody, zapasowe skarpety, mały nóż i garść drobiazgów, które zbierałyśmy przez ostatnie tygodnie.

— To wszystko — zapytał.

— Nie, mam jeszcze karabin maszynowy w tylnej kieszeni. Chcesz sprawdzić? — rzuciła Sarah, unosząc brwi. — A może od razu rozbierzecie nas do naga, żeby mieć pewność?

— Sarah — syknęłam cicho.

— Co? Przecież staram się współpracować. Sami mówili, że mamy odpowiadać na pytania — odparła, zupełnie nieprzejęta moim spojrzeniem.

Żołnierz nie zareagował na jej uwagę. Odłożył nóż na bok i sięgnął po kolejną rzecz. To była moja szansa. Opuściłam rękę wzdłuż nogi, trzymając telefon w dłoni. Jednym szybkim ruchem rozsznurowałam nieco górę buta i wsunęłam urządzenie między skarpetę a wewnętrzną stronę cholewki. Telefon był zimny i niewygodny, a jego krawędź natychmiast wbiła mi się w kostkę. Zacisnęłam zęby, nie pozwalając sobie nawet drgnąć.

Poprawiłam język buta, dociągnęłam sznurówki i dopiero wtedy wstałam. Wszystko trwało najwyżej kilka sekund. Nikt niczego nie zauważył. Przynajmniej taką miałam nadzieję. Nie spojrzałam na Sarah. Nie chciałam, żeby zauważyła cokolwiek w mojej twarzy, a tym bardziej nie zamierzałam wtajemniczać jej w to, co właśnie zrobiłam. Nie dlatego, że jej nie ufałam. Ufałam jej bardziej niż komukolwiek innemu. Ale Sarah potrafiła być impulsywna, szczególnie wtedy, gdy czuła się osaczona. Gdyby wiedziała o telefonie, mogłaby powiedzieć coś nieprzemyślanego albo spróbować go odzyskać w najmniej odpowiednim momencie lub co gorsza próbować użyć go do kontaktu z buntownikami — a to właśnie poniekąd przez nich się tu znalazłyśmy. Żołnierz przeszedł do mojego plecaka. Wyciągał rzeczy po kolei, dokładnie sprawdzając kieszenie i przegródki. Zapasowe ubrania, bandaże, resztki jedzenia, niewielki zestaw do opatrywania ran, latarka i kilka innych przedmiotów wylądowały na łóżku. Potem odwrócił plecak na drugą stronę, potrząsnął nim i przejechał dłonią po podszewce.

Wstrzymałam oddech.

— Masz coś jeszcze? — zapytał.

— Nie — odpowiedziałam zbyt szybko, można było zrzucić to na stres.

Jego wzrok uniósł się na moją twarz. Przez chwilę miałam wrażenie, że dostrzegł coś, czego nie powinien. Że zauważył zmianę w moim głosie albo napięcie w ramionach.

Potem odwrócił się do Kierana.

— Plecaki sprawdzone.

NOAH (2)

Nigdy nie ufałam miejscom, w których ktoś obiecywał mi bezpieczeństwo, zanim zdążyłam zapytać, jaką cenę przyjdzie mi za nie zapłacić. Przez pierwsze miesiące po wybuchu epidemii słowo bezpiecznie słyszałam tak często, że w końcu przestało cokolwiek dla mnie znaczyć. Bezpieczne miały być punkty ewakuacyjne, w których ludzie tratowali się nawzajem, próbując dostać do ciężarówek. Bezpieczne miały być schrony, do których wpuszczano tylko tych, którzy potrafili udowodnić swoją przydatność. Bezpieczne miały być ogrodzone osiedla, których mieszkańcy zamykali bramy przed rodzinami błagającymi o pomoc. Później nauczyłam się, że bezpieczeństwo nie jest miejscem. Jest chwilą, w której możesz zamknąć oczy i przez kilka sekund nie nasłuchiwać kroków za drzwiami. A nawet takie chwile bywają luksusem. Trzy lata po tym, jak świat, który znałam, przestał istnieć, siedziałam na zimnej metalowej ławce w pomieszczeniu, które przypominało mi bardziej celę przesłuchań niż schronienie. Po drugiej stronie grubych drzwi znajdował się korytarz pilnowany przez uzbrojonych ludzi. Gdzieś dalej pracowały wentylatory, wprawiając powietrze w jednostajny szum. Pod sufitem jarzyła się długa lampa, której chłodne światło wydobywało z betonu wszystkie pęknięcia i zabrudzenia. Nie było okna. Nie było zegara. Nie wiedziałam nawet, która była godzina. Miałam za to przyjaciółkę, która od niemal dziesięciu minut wyrażała swoje niezadowolenie na wszystkie znane sobie sposoby.

— Jeśli jeszcze raz ktoś powie mi, że to tylko procedura, przysięgam, że znajdę coś ciężkiego i osobiście wyjaśnię mu różnicę między procedurą a porwaniem — oznajmiła Sarah, chodząc od jednej ściany do drugiej.

— Możesz na początek przestać łazić w kółko? Wiem, że jesteś wściekła, ale od samego patrzenia na ciebie dostaję zawrotów głowy, a naprawdę nie mam ochoty zemdleć w tej pieprzonej celi.

— To zamknij oczy. Ja jakoś nie potrafię siedzieć spokojnie, kiedy nie wiem, czy za godzinę nas wypuszczą, czy przyjdą z kolejną genialną procedurą.

— Wtedy będę słyszała cię jeszcze wyraźniej, więc nie wiem, czy to dobry pomysł. Spróbuj chociaż przez chwilę nie planować zamachu na wszystkich dookoła.

Zatrzymała się i spojrzała na mnie z oburzeniem.

— Naprawdę? Po wszystkim, co przeszłyśmy, zamierzasz teraz stanąć po ich stronie? Siedzieć spokojnie i czekać na rozkazy, kiedy właśnie zamknęli nas w celi i zabrali wszystkie nasze rzeczy? — Sarah podniosła głos.

— Nie stoję po niczyjej stronie, Sarah. Jestem po naszej stronie i próbuję wymyślić, jak wyjść stąd bez dziury w głowie. To chyba całkiem rozsądny plan.

— Właśnie w tym problem, Noah. Ty zawsze stoisz pośrodku, jakbyś wierzyła, że jeśli nie opowiesz się za nikim, nikt nie uzna cię za wroga.

— A ty zawsze zakładasz, że każdy, kto nie zgadza się z tobą od razu, jest albo ślepy, albo głupi. Przecież nawet nie wiemy jeszcze, co ci ludzie zamierzają z nami zrobić.

— Nie powiedziałam, że jesteś ślepa.

— Jeszcze nie. Daję ci pięć minut, a na pewno do tego dojdziesz.

Sarah przewróciła oczami, ale na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Znałam ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że nawet kiedy była wściekła, potrafiła docenić dobrą ripostę. To jedna z rzeczy, które zawsze w niej lubiłam. Sarah mogła pokłócić się z człowiekiem o wszystko, od sposobu rozpalania ogniska po sens istnienia rządów, ale nie potrzebowała zwyciężać w każdej rozmowie. Czasami wystarczało jej, że druga osoba nie pozwoliła jej przejść nad sobą do porządku dziennego.

— Poza tym — podjęła, wracając do spacerowania — nie rozumiem, dlaczego próbujesz znaleźć dla niego usprawiedliwienie.

— Nie usprawiedliwiam go. Mówię tylko, że skoro mógł nas zostawić na tym basenie, a jednak zabrał tutaj, może warto przez chwilę go posłuchać.

— W takim razie, dlaczego zachowujesz się, jakby to wszystko było całkowicie normalne?

Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Dwa metalowe łóżka, cienkie materace, szara pościel, niewielki zlew i drzwi, które z pewnością nie otwierały się od środka bez odpowiedniego dostępu. Nasze plecaki stały przy ścianie, opróżnione z rzeczy, które uznano za potencjalnie niebezpieczne. Wszystko, co udało nam się zebrać przez ostatnie tygodnie, leżało teraz gdzieś poza zasięgiem naszych rąk.

— Nie zachowuję się, jakby to było normalne — odpowiedziałam, odkładając dłonie na kolana. — Też jestem wkurzona, że zabrali nam broń i zamknęli nas bez pytania o zgodę. Tylko co nam da awantura? Oni mają strażników, zamki i cały ten cholerny budynek, a my nawet nie mamy swoich plecaków.

— Czyli mamy siedzieć cicho, być grzeczne i liczyć na to, że wielki pan dowódca uzna nas za wystarczająco niewinne?

— To powiedz mi, co mamy zrobić. Serio, Sarah, słucham. Tylko błagam, nie mów, że zamierzasz rzucić się na pierwszego strażnika, który otworzy drzwi.

Sarah otworzyła usta, ale przez chwilę nic nie powiedziała.

— Mogłybyśmy przynajmniej dowiedzieć się, co planują. Nie zamierzam grzecznie czekać, aż jakiś facet zdecyduje, czy zasługujemy na życie pod ziemią — stwierdziła w końcu, zaciskając palce na krawędzi materaca.

— I jak zamierzasz to osiągnąć? Wyrwiesz drzwi z zawiasów?

— Gdyby były z drewna, mogłabym rozważyć taką możliwość.

— Są z metalu.

— Zauważyłam.

— A za nimi stoi uzbrojony strażnik.

— Jego też zauważyłam.

— W takim razie świetnie. Mamy już dwie informacje, które przemawiają przeciwko twojemu planowi.

Sarah westchnęła ciężko i opadła na łóżko obok mnie. Metalowa rama jęknęła pod jej ciężarem. Przez chwilę siedziałyśmy w ciszy. Nagle drzwi naszej celi ponownie się otworzyły, do środka wszedł dowódca, pewnie sprawdził nasze rzeczy pod każdym kątem i przyszedł porozmawiać.

— I jak? Zdążyłyście już urządzić sobie mieszkanie? — zapytał Kieran, przesuwając wzrokiem po pomieszczeniu, a potem po Sarah, która natychmiast poderwała się z łóżka.

— Minęło może dwadzieścia minut, więc jeszcze nie wybrałyśmy koloru ścian — zaczęłam, ale Kieran nie dał mi dokończyć.

— Tak jak mówiłem, macie miesiąc, żeby udowodnić, że nie stanowicie żadnego zagrożenia i nie macie kontaktów z buntownikami. Miasto jest monitorowane, więc będziecie pod obserwacją. Po tym czasie, jeśli wszystko przebiegnie bez problemu — dostaniecie wybór. Będziecie mogły zdecydować, czy chcecie tutaj zostać, czy wracacie na powierzchnię dalej tułać się po basenach. — powiedział szybko, miał plan. — Wasze rzeczy zostają u nas, nie będą wam tutaj potrzebne. Zanim jednak przydzielimy wam mieszkanie, musicie zostać sprawdzone pod kątem zarażenia. — dodał.

— A jeśli nie chcemy tu siedzieć przez miesiąc? — Sarah zrobiła krok w jego stronę. — Nie pytaliście nas, czy chcemy tu przyjechać, więc jakim prawem ustalasz, kiedy wolno nam odejść?

— Wtedy i tak poczekacie miesiąc, tylko w znacznie mniej wygodnych warunkach. Nie mam zamiaru wypuszczać na powierzchnię dwóch osób, o których nic nie wiem, a potem zastanawiać się, komu przekazały informacje o naszym wejściu — odparł spokojnie. — Możecie być na mnie wściekłe, ale zasad nie zmienię.

Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. Sarah najwyraźniej rozważała, czy warto odpowiedzieć, ale ostatecznie tylko skrzyżowała ręce na piersi. Ja natomiast próbowałam skupić się na tym, co Kieran mówił dalej. Nie podobało mi się, że ktoś inny decydował za mnie, ale rozumiałam jego ostrożność. W świecie, w którym jeden nieodpowiedzialny człowiek mógł sprowadzić nieszczęście na całe miasto, zaufanie nie było czymś, co rozdawało się na powitanie.

— Zanim przydzielimy wam mieszkanie, musicie przejść badanie — kontynuował Kieran. — Sprawdzimy, czy nie jesteście zarażone i czy nie macie obrażeń wymagających leczenia.

— Czyli jednak spa i odnowa biologiczna. Mam nadzieję, że w pakiecie jest masaż, bo po tej waszej gościnności strasznie bolą mnie plecy — mruknęła Sarah.

— Jeśli dalej będziesz komentować wszystko, co mówię, poproszę, żeby zaczęli od przeglądu uzębienia. To też ważne dla zdrowia — odparł bez zmiany tonu.

Uśmiechnęłam się pod nosem, zanim zdążyłam się powstrzymać. Sarah posłała mi oburzone spojrzenie, a Kieran zauważył mój uśmiech. Przez krótką chwilę miałam wrażenie, że sam również walczy z rozbawieniem, ale jego twarz szybko znów stała się nieprzenikniona. Wyszłyśmy za nim na korytarz. Dopiero teraz mogłam dokładniej przyjrzeć się miejscu, w którym się znalazłyśmy. Betonowe ściany i metalowe drzwi celi ustępowały przestrzeni znacznie bardziej przypominającej zwykły budynek użyteczności publicznej. Oświetlenie było jasne, na podłodze nie zalegał kurz, a wzdłuż ścian biegły oznaczone przewody i rury. Przy skrzyżowaniu korytarzy wisiały tablice informacyjne, wskazujące drogę do sektorów mieszkalnych, magazynów, punktów medycznych i części technicznej, zauważyłam nawet mapę rozwieszoną na ścianie. Im dalej szliśmy, tym mniej przypominało to miejsce więzienie. Korytarz rozszerzył się w szerokie przejście, a potem nagle otworzył na przestrzeń tak ogromną, że na moment zwolniłam kroku. Nie spodziewałam się tego, mimo że wcześniej widziałam to z najwyższego piętra, jakimś cudem z dołu robiło to jeszcze większe wrażenie. Nad nami wznosiło się wysokie sklepienie podtrzymywane przez masywne stalowe konstrukcje. Wzdłuż jego powierzchni rozmieszczono rzędy potężnych lamp, których ciepłe światło rozlewało się po całej przestrzeni, nadając jej niemal dzienny charakter. Z tej odległości trudno było ocenić, jak wysoko znajdował się sufit. W niektórych miejscach znikał w cieniu, a dalsze części miasta wydawały się rozciągać w nieskończoność. Przede mną rozciągała się dzielnica z szerokimi alejkami, niewielkimi placami i budynkami, które wyglądały jak połączenie zwykłych kamienic z nowoczesnymi pawilonami. Między nimi ustawiono ławki, donice z roślinami i drewniane stoliki. Po jednej stronie znajdowały się punkty usługowe, po drugiej niewielkie lokale, z których dobiegały rozmowy oraz zapach ciepłego jedzenia. Ludzie spacerowali bez pośpiechu. Niektórzy wracali z pracy, inni stali w kolejce do jednego ze stoisk. Dwójka dzieci ścigała się wokół ławki, dopóki nie zatrzymała ich kobieta z koszykiem zakupów. Starszy mężczyzna siedział pod ścianą i czytał książkę, a kilka metrów dalej grupa nastolatków grała w coś, co przypominało karty. Wszystko to działo się pod ziemią. Przez chwilę nie potrafiłam pogodzić tego widoku z obrazem świata, który nosiłam w głowie. Przez trzy lata przyzwyczaiłam się do ruin, pustych ulic i budynków, w których każdy dźwięk mógł oznaczać zagrożenie. Tutaj ludzie rozmawiali o codziennych sprawach. Niektórzy wyglądali na zmęczonych, inni na zwyczajnie zajętych własnym życiem. Sarah za to wyglądała na zadowoloną, znałam ją na tyle dobrze, że wiedziałam, jak się czuje — jak w potrzasku. Nie było tu idealnie. Przy jednej z alejek robotnik wymieniał uszkodzoną płytę podłogową, a część oświetlenia w dalszej dzielnicy świeciła słabiej. Na ścianach widziałam ślady napraw i miejsca, w których farba zaczynała odchodzić. Miasto nie powstało z niczego, a jego utrzymanie musiało pochłaniać ogromne zasoby. Mimo to funkcjonowało.

— Nie wiedziałam, że to miejsce jest aż tak ogromne — wyrwało mi się, kiedy minęła nas kobieta niosąca siatkę z warzywami. — Myślałam, że zobaczymy kilka korytarzy, magazyn i rząd łóżek, a wy macie tu normalne ulice.

Kieran odwrócił głowę.

— Większość nowych osób myśli, że całe miasto składa się z korytarzy i pomieszczeń technicznych.

— Po tym, jak nas przywitaliście, miałam podstawy tak sądzić — odpowiedziałam ostrożnie — Trudno myśleć o tym miejscu jak o mieście, kiedy pierwsze, co widzisz, to zamknięte drzwi.

— Bo na początku widziałyście część zabezpieczoną. Dalej są miejsca, w których ludzie rzeczywiście żyją. Gdybyśmy mieli tu tylko beton i strażników, nikt nie wytrzymałby dłużej niż kilka tygodni.

Powiedział to tak zwyczajnie, że przez chwilę nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Sarah natomiast zdążyła już rozejrzeć się po okolicy z miną kogoś, kto próbuje ocenić możliwości ucieczki. Zabawne, że nagle zainteresowała się architekturą.

— A tam co jest? — zapytała, wskazując szeroką alejkę prowadzącą między budynkami.

— Dzielnica mieszkalna, sklepy, wspólna kuchnia i ogród. Dalej znajdują się warsztaty i strefa rekreacyjna.

— Ilu ludzi tu mieszka? — zapytałam, przyglądając się mijającym nas rodzinom. — To wygląda na więcej niż niewielki obóz.

— Około trzystu. Liczba się zmienia, ale staramy się nie przyjmować więcej osób niż jesteśmy w stanie wyżywić i ochronić — odpowiedział.

Nie potrafiłam sobie wyobrazić, ile pracy wymagało utrzymanie trzystu osób pod ziemią. Przez ostatnie miesiące największym osiągnięciem było dla nas znalezienie dwóch puszek fasoli i miejsca, w którym dało się przespać noc. Tutaj ktoś musiał codziennie planować posiłki, pilnować wody, naprawiać instalacje i decydować, kto wyjdzie na powierzchnię po zapasy. Pomyślałam o ludziach, których zostawiłyśmy przy basenie, i poczułam ukłucie w żołądku. Dla nich to miejsce było wrogiem, dla tych rodzin — domem. Nie wiedziałam jeszcze, kto ma rację, i coraz bardziej przeszkadzało mi, że Sarah już dawno podjęła decyzję za nas obie.

Wymieniłyśmy z Sarah spojrzenia, tym razem obydwie zszokowane, to miasto musiało naprawdę mieć ogromne zasoby, ilość pokoi i jedzenia, aby utrzymać przy życiu trzysta osób.

— Około dwustu pięćdziesięciu to zwykli cywile, reszta ma nieco wyższe stanowiska, wychodzą na poszukiwania i bronią tego co tutaj mamy — dodał.

Żadna z nas nie odważyła się skomentować. Szłyśmy dalej podążając za dowódcą. Przychodnia mieściła się w osobnym budynku, niedaleko głównej alei. Nad wejściem widniał prosty znak medyczny, a pod nim tablica z godzinami przyjęć i nazwiskami personelu. Za przeszklonymi drzwiami dostrzegłam recepcję, rząd krzeseł i kilka osób oczekujących na swoją kolej. W środku unosił się charakterystyczny zapach środków dezynfekujących. Był na tyle znajomy, że przez moment poczułam się tak, jakbym znów znalazła się w miejscu, do którego trafiałam jako dziecko, kiedy mama zabierała mnie do pracy. Oczywiście ta przychodnia była znacznie mniejsza niż szpital, w którym pracowała, ale jej organizacja wywołała we mnie nieoczekiwane poczucie bezpieczeństwa. Na ścianach wisiały czytelne instrukcje dotyczące higieny, izolacji pacjentów i postępowania w razie kontaktu z zakażonym. Obok recepcji ustawiono szafkę z rękawiczkami, maseczkami i środkami do dezynfekcji. Dalej znajdowały się zamknięte drzwi do gabinetów, a na końcu korytarza niewielkie pomieszczenie laboratoryjne. Nie wszystko było nowe. Niektóre urządzenia miały porysowane obudowy, a na jednym z monitorów widniała niewielka rysa. Kable zabezpieczono opaskami, a część sprzętu wyglądała na naprawianą więcej niż raz. Mimo to panował tu porządek, którego nie widziałam od dawna. Każda rzecz miała swoje miejsce, powierzchnie były czyste, a personel poruszał się sprawnie, bez niepotrzebnego pośpiechu. W poczekalni siedziało kilka osób. Starszy mężczyzna z zabandażowaną dłonią przeglądał coś na ekranie małego urządzenia, a obok niego chłopiec w za dużej bluzie opierał głowę o ramię kobiety. Nie wyglądał na więcej niż osiem lat. Na widok Kierana wyprostował się i pomachał mu nieśmiało. Kieran odpowiedział krótkim skinieniem. Jego twarz nie zmieniła wyrazu, ale zatrzymał na chłopcu wzrok odrobinę dłużej, upewniając się, że wszystko jest w porządku. Potem ruszył dalej. Zauważyłam ten gest, choć nie wiedziałam, dlaczego zwróciłam na niego uwagę. Mężczyzna, który jeszcze chwilę wcześniej traktował nas jak potencjalne zagrożenie, najwyraźniej nie był całkowicie pozbawiony ludzkich odruchów. To wcale nie oznaczało, że mu ufałam. W gabinecie numer dwa czekał na nas lekarz. Miał około czterdziestu pięciu lat, krótko przycięte włosy z siwizną przy skroniach i zmęczone, ale życzliwe oczy. Nosił biały fartuch, pod którym widać było ciemną koszulkę, a na szyi miał stetoskop. Na jego biurku piętrzyły się dokumenty, obok stał kubek z kawą, która prawdopodobnie dawno wystygła.

— A więc to wy jesteście nowymi lokatorkami naszego wyjątkowo serdecznego gospodarza — powiedział lekarz, podnosząc się zza biurka. — Nie martwcie się, u mnie nikt nie musi stać na baczność. Chyba że Kieran właśnie wchodzi do gabinetu i próbuje wszystkim popsuć humor.

Kieran westchnął cicho.

— Reyes.

— Co? Przecież jeszcze niczego obraźliwego nie powiedziałem. Zaczynasz reagować, zanim otworzę usta, i to mnie trochę martwi.

— Właśnie dlatego uprzedzam. Znam cię wystarczająco długo, żeby wiedzieć, że najlepsze dopiero przed nami.

— Jeśli macie zamiar dalej się przekomarzać, to ja chętnie usiądę — wtrąciłam, wskazując krzesło. — Od kilku godzin słyszę tylko rozkazy i ostrzeżenia. Miło byłoby wreszcie dowiedzieć się, czy któraś z nas potrzebuje lekarza.

— Widzisz? — Reyes wskazał na mnie długopisem. — Rozsądna kobieta. Można z nią normalnie rozmawiać.

— Nie przyzwyczajaj się — mruknęła Sarah. — Ona też potrafi być upierdliwa, tylko robi to z uśmiechem.

Lekarz uśmiechnął się do niego, po czym przeniósł uwagę na nas.

— Doktor Reyes. Możecie mówić mi Reyes. Nie gryzę, nie krzyczę i nie robię zastrzyków bez uprzedzenia. Chyba że ktoś naprawdę sobie na to zasłuży.

— Brzmi podejrzanie uspokajająco, ale uprzedzam, że nie lubię, kiedy obcy ludzie mnie dotykają, a jeszcze mniej lubię, kiedy ktoś mówi mi, że mam się uspokoić — stwierdziła Sarah.

— Świetnie się składa, bo ja nie lubię, kiedy pacjenci gryzą mnie podczas badania. Jeśli oboje dotrzymamy słowa, powinniśmy się dogadać — odparł Reyes z uśmiechem.

Jego sposób bycia sprawił, że napięcie, które towarzyszyło mi od chwili opuszczenia celi, odrobinę zelżało. Nie traktował nas jak więźniarek ani jak problemu, który trzeba szybko rozwiązać. Byłyśmy po prostu dwiema osobami wymagającymi badania. Reyes znał Kierana na tyle dobrze, by nie przejmować się jego ponurą miną. Kiedy ten zaczął wyjaśniać, że zależy mu na dokładnym sprawdzeniu naszego stanu, lekarz słuchał uważnie, ale w końcu uniósł dłoń.

— Wiem, jak przeprowadzić badanie, Kieran. Robię to odrobinę dłużej, niż ty wydajesz rozkazy.

— A ja wolę mieć pewność, że niczego nie pominiesz.

— W takim razie możesz mieć pewność, że sprawdzę wszystko dwa razy. Teraz zrób coś pożytecznego i przestań stać w drzwiach. Blokujesz światło.

Kieran spojrzał na niego z wyraźną dezaprobatą, ale ustąpił. Zanim wyszedł, rzucił nam jeszcze krótkie spojrzenie.

— Będę czekał na wyniki.

Nie wiem, dlaczego odprowadziłam go wzrokiem. Może dlatego, że w jego obecności trudno było zapomnieć, kto tu podejmuje decyzje. A może po prostu chciałam sprawdzić, czy naprawdę odejdzie, nie dodając kolejnego ostrzeżenia. Odszedł.

— Nie przejmujcie się nim — powiedział Reyes, kiedy drzwi się zamknęły. — Ma dobre intencje, ale czasami zachowuje się tak, jakby cały świat rozpadł się wyłącznie po to, żeby utrudnić mu pracę.

— Może po prostu nie lubi niespodzianek — odparłam.

Lekarz przyjrzał mi się uważniej.

— To możliwe. A wy jesteście dla niego jedną wielką niespodzianką.

Sarah parsknęła gburowato, a ja nie mogłam odmówić mu racji. Badanie trwało znacznie dłużej niż się spodziewałam. Najpierw zajęła się nami pielęgniarka o ciemnych włosach spiętych w ciasny kok. Przedstawiła się jako Anika i zaprowadziła nas do dwóch stanowisk oddzielonych parawanem. Była rzeczowa, ale uprzejma. Zapytała o ostatnie kontakty z zakażonymi, ewentualne ugryzienia, zadrapania, gorączkę, zawroty głowy i inne objawy, które mogłyby świadczyć o infekcji. Odpowiadałam zgodnie z prawdą. Przez ostatnie tygodnie nie miałyśmy bezpośredniego kontaktu z zakażonymi, choć kilka razy musiałyśmy uciekać przed nimi na tyle szybko, że niewiele brakowało, by skończyło się to inaczej. Anika obejrzała dokładnie moje dłonie, przedramiona, szyję i pozostałe miejsca, w których mogły znajdować się ślady ugryzień. Zmierzyła mi temperaturę, ciśnienie i saturację, a następnie pobrała próbkę krwi. Każdą czynność odnotowywała w elektronicznej dokumentacji. Nie przypominało to chaotycznych kontroli, które pamiętałam z pierwszych miesięcy po wybuchu epidemii. Wtedy wystarczył niekiedy jeden krzyk, by ludzie zaczynali się przepychać, a badanie stawało się kolejną okazją do paniki. Tutaj nikt nie podnosił głosu. Personel znał swoje obowiązki, sprzęt działał, a wyniki trafiały do systemu, zamiast ginąć na skrawkach papieru. W sąsiednim gabinecie pracowała Lidia, młodsza pielęgniarka o piegowatej twarzy i rudawych włosach. Pomagała Reyes’owi przygotować próbki do analizy. Za szklanymi drzwiczkami szafek widziałam uporządkowane opakowania z materiałami opatrunkowymi, jałowe gaziki, bandaże, strzykawki i środki odkażające. W pomieszczeniu laboratoryjnym stał analizator krwi, mikroskop i niewielka wirówka. Obok znajdowały się lodówki na odczynniki i próbki, a na blacie ustawiono pojemniki oznaczone datami i numerami. Przy ścianie stał aparat EKG, a na wózku obok niego leżały pulsoksymetry, ciśnieniomierze, termometry i stetoskopy. W głębi znajdowało się pomieszczenie zabiegowe z regulowanym łóżkiem, lampą medyczną i szafką na narzędzia. Zauważyłam też sterylizator oraz zamykany na klucz schowek na leki. To nie był szpital i nie próbowano udawać, że nim jest. Przychodnia zajmowała się codziennymi problemami zdrowotnymi mieszkańców, podstawową diagnostyką, opatrywaniem ran i nagłymi przypadkami, które nie wymagały natychmiastowej interwencji większego zespołu. Mimo skromniejszych możliwości przychodnia robiła wrażenie miejsca, które naprawdę działało. Nie potrafiłam ukryć zainteresowania tym miejscem.

— Pracowałaś kiedyś w szpitalu? — zapytała Anika, kiedy po raz trzeci zerknęłam na stojak z opatrunkami. — Większość osób patrzy tutaj na drzwi i zastanawia się, kiedy będzie mogła wyjść. Ty oglądasz sprzęt.

— Nie, pracowałam w barze. Moja mama była pielęgniarką i kiedy byłam młodsza, czasami pozwalała mi przyglądać się temu, co robi. Nie wszystkiemu, oczywiście, ale wystarczająco dużo zapamiętałam.

— Co ci pokazywała?

— Oczyszczanie ran, zakładanie opatrunków, dezynfekowanie narzędzi. Uczyła mnie też, jak rozpoznać, że z kimś dzieje się coś złego, zanim jeszcze zacznie mówić, że źle się czuje.

Anika skinęła głową, zapisując coś w dokumentacji.

— To więcej, niż umie sporo ludzi, którzy trafiają tutaj po raz pierwszy. Jeśli będziesz chciała, możemy kiedyś sprawdzić, ile jeszcze pamiętasz.

— Przydatniejsze niż chciałabym przyznać. Wolałabym nigdy nie musieć ich używać w takich warunkach.

Przez chwilę pomyślałam o mamie. Emily Leavigne potrafiła pracować po kilkanaście godzin i wracać do domu tak zmęczona, że zasypiała przy stole, zanim zdążyła wypić herbatę. Mimo to zawsze znajdowała czas, by odpowiadać na moje pytania, nawet jeśli dotyczyły rzeczy, których większość ludzi wolałaby nigdy nie oglądać z bliska. Nie wiedziałam, czy nadal żyła. Nie wiedziałam nawet, czy ojciec zdołał wrócić do niej tamtego dnia, kiedy rozdzielono nas w punkcie ewakuacyjnym. Nie pozwoliłam sobie na dłuższe rozmyślania. W przychodni nie było miejsca na wspomnienia, a ja nie chciałam, żeby obcy ludzie zauważyli, jak wiele wciąż mnie kosztowało samo wypowiedzenie słowa „mama”. Po badaniu pobrane próbki trafiły do laboratorium. Reyes przejrzał nasze karty, a następnie zbadał węzły chłonne, obejrzał gardła i sprawdził reakcje źrenic. Zadał jeszcze kilka pytań dotyczących samopoczucia i snu. Sarah odpowiedziała, że śpi doskonale, o ile nikt nie zamyka jej w betonowym pudełku, na co lekarz tylko uniósł brwi i zanotował coś na karcie.

— Tylko nie wpisuj tego do dokumentacji, bo jeszcze uznają, że mam problemy z przystosowaniem się do życia w społeczeństwie — ostrzegła go Sarah.

— Oczywiście. Napiszę, że pacjentka ma poważne zastrzeżenia do lokalnej architektury i jeszcze poważniejsze do osób, które zamykają drzwi na klucz — odpowiedział Reyes, nie odrywając wzroku od karty.

Mimo wszystko Sarah współpracowała. Narzekała, przewracała oczami i zadawała pytania, ale nie próbowała utrudniać badania. Znałam ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że jej cierpliwość miała swoje granice, a przymusowa izolacja zdecydowanie się do nich nie zaliczała. Wyniki przyszły po kilkudziesięciu minutach. Reyes przeanalizował je na monitorze, porównał z naszymi objawami i ponownie sprawdził dokumentację. Nie spieszył się, co początkowo mnie niepokoiło, ale ostatecznie odsunął się od ekranu i uśmiechnął.

— Na tę chwilę nie widzę oznak zakażenia. Nie macie też obrażeń wymagających interwencji. Zostaniecie wpisane do rejestru medycznego, a jeśli pojawią się gorączka, nagłe osłabienie albo inne niepokojące objawy, macie natychmiast zgłosić się do przychodni. Nie próbujcie niczego przeczekać na własną rękę.

— Czyli jesteśmy zdrowe i możemy wreszcie wyjść z tego luksusowego więzienia? Bo jeśli mam jeszcze raz usłyszeć słowo „procedura”, chyba zacznę krzyczeć — zapytała Sarah.

— Na tę chwilę nie ma podstaw, żeby uznać was za zakażone. A co do więzienia, niestety nie mam uprawnień do wydawania wyroków ani ich odwoływania.

— Szkoda. Miałam nadzieję, że ma pan większe wpływy.

— Reyes roześmiał się cicho. Właśnie wtedy do gabinetu zajrzał Kieran.

— Wyniki?

— Czyste. Żadnych oznak infekcji, żadnych niepokojących obrażeń. Zalecam odpoczynek, regularne posiłki i trochę mniej stresu.

— To ostatnie może być trudne, biorąc pod uwagę okoliczności naszego przyjazdu — zauważyłam.

Reyes spojrzał na Kierana.

— Widzisz? Nawet twoi nowi goście wiedzą, że jesteś źródłem stresu.

— Zaczynam żałować, że poprosiłem cię o pomoc.

— Nieprawda. Gdybyś żałował, przyszedłbyś osobiście obejrzeć każdą próbkę.

Kieran nie odpowiedział, ale jego spojrzenie wystarczyło, żeby lekarz ponownie się uśmiechnął. Widać było, że znają się od dawna. Reyes nie bał się go ani nie próbował mu schlebiać. Traktował go jak człowieka, nie jak dowódcę, co wydawało mi się rzadkością w miejscu, gdzie wszyscy najwyraźniej liczyli się z jego zdaniem. Według jego wcześniejszych zapewnień powinnyśmy dostać coś co w tym miejscu nazywano mieszkaniem. Nie wiedziałam jednak czego mogłabym się spodziewać. Łóżka? Namiotu? Szopy lub czegoś co wyglądało podobnie do naszej celi? Mieszkanie znajdowało się w jednej z dzielnic mieszkalnych, do których prowadziła szeroka aleja odchodząca od centralnego placu. Po drodze minęliśmy niewielki sklep spożywczy, punkt naprawy odzieży i lokal, w którym kilku mieszkańców jadło kolację przy stolikach ustawionych przy otwartym wejściu. Z głośników ukrytych w ścianach sączyła się cicha muzyka. Nie rozpoznawałam utworu, ale jego spokojna melodia przypomniała mi wieczory spędzane na plaży po zamknięciu baru. Dalej aleja rozwidlała się wokół niewielkiego skweru. Na środku stała fontanna, z której woda krążyła w zamkniętym obiegu. Nie była duża ani szczególnie ozdobna, ale szum wody zagłuszał na moment odgłosy wentylacji i rozmowy przechodniów. Kilka osób siedziało na ławkach, a starsza kobieta podlewała rośliny w donicach. Wszystko wyglądało tak, jakby mieszkańcy próbowali stworzyć sobie kawałek świata, który utracili na powierzchni. Dopiero po przejściu przez skwer dotarliśmy do budynków mieszkalnych. Nie były to rzędy identycznych metalowych drzwi ustawionych w wąskim korytarzu. Mieszkania znajdowały się w kilku połączonych ze sobą blokach, z których każdy miał własne wejście i wspólną przestrzeń na parterze. Pomiędzy budynkami ustawiono ławki i niewielkie stoły. Przy jednym z wejść ktoś zostawił donicę z wysoką rośliną, a na ścianie obok wisiały kolorowe rysunki dzieci. Kieran zatrzymał się przed drzwiami oznaczonymi numerem 317 i podał mi kartę dostępu.

— To wasze mieszkanie. Dwie sypialnie, salon, niewielka kuchnia i łazienka. Woda jest dostępna przez całą dobę, ale nie oznacza to, że możecie jej marnować. Obowiązują was godziny ciszy nocnej, zasady dotyczące żywności i ograniczenia dostępu do niektórych sektorów. Dostaniecie pełną listę.

Przyjęłam kartę.

— Rozumiem. A jeśli będziemy miały problem z wodą albo czymkolwiek innym, to do kogo mamy się zgłosić? — zapytałam, obracając kartę między palcami.

Sarah odebrała od niego drugą kartę i natychmiast nacisnęła klamkę. Drzwi otworzyły się z cichym sykiem zamka. Mieszkanie było proste, ale znacznie lepsze niż się spodziewałam. W salonie stała szara kanapa, niewielki stolik i stół z czterema krzesłami. Kuchnia zajmowała jedną ze ścian, a nad blatem wisiały szafki. W rogu znajdowała się lodówka, obok kuchenka i zlew. Z salonu prowadził krótki korytarz do dwóch sypialni i łazienki. Nie było tu nic luksusowego. Ściany pomalowano na jasny kolor, meble nosiły ślady użytkowania, a na podłodze leżał prosty dywan. Mimo to wszystko było czyste i sprawne. W łazience działała woda, w szafkach znajdowały się podstawowe przybory, a na łóżkach leżała świeża pościel. Po trzech latach spędzonych w miejscach, w których trzeba było najpierw sprawdzić, czy dach nie przecieka, a drzwi da się zablokować od środka, zwykła łazienka wydawała mi się niemal luksusem. Sarah przeszła przez salon i zajrzała do obu sypialni, po czym bez wahania wybrała tę większą.

— Biorę tę. Ma większą szafę, a po trzech latach spania w jednym pokoju z tobą należy mi się odrobina luksusu — oznajmiła Sarah, chociaż w jej głosie słyszałam napięcie, którego nie chciała pokazać.

— Oczywiście, że bierzesz. Nawet podczas końca świata musisz pierwsza wybrać lepszy pokój. Niektóre rzeczy chyba nigdy się nie zmienią — mruknęłam.

Pokręciłam głową, ale nie potrafiłam powstrzymać uśmiechu. Przynajmniej nie zmieniła się aż tak bardzo. W świecie, w którym tak wiele rzeczy znikało bezpowrotnie, nasza zdolność do kłócenia się o głupoty wydawała się czymś niemal pocieszającym. Kieran poczekał, aż skończymy oglądać mieszkanie, po czym oparł dłoń o framugę.

— Musimy jeszcze ustalić, czym będziecie się zajmować.

Sarah odwróciła się od drzwi swojej sypialni.

— Zaraz, są jakieś obowiązki? — Sarah odwróciła się gwałtownie. — Dopiero co powiedziałeś, że mamy miesiąc na udowodnienie, że nie jesteśmy niebezpieczne. Teraz jeszcze mamy dla was pracować?

— W tym mieście każdy dorosły mieszkaniec zdolny do pracy, ma przydzielone obowiązki w zależności od tego w czym jest dobry. Miasto potrzebuje ludzi w kuchniach, magazynach, warsztatach, punktach medycznych i przy uprawach. W zamian mieszkańcy otrzymują racje żywnościowe na stołówce, dostęp do podstawowych usług i możliwość korzystania z przestrzeni wspólnych.

Nie brzmiało to jak wymarzony sposób na życie, ale rozumiałam jego sens. Tutaj każdy zależał od pracy innych. Jeśli ktoś nie naprawiał generatorów, prędzej czy później gasło światło. Jeśli ktoś nie dbał o zapasy, zaczynało brakować jedzenia. Jeśli nie było lekarzy i pielęgniarek, zwykła rana mogła skończyć się śmiercią.

— Więc powiedzcie, co umiecie robić. Nie potrzebuję pięknych życiorysów ani opowieści o marzeniach sprzed epidemii. Interesuje mnie to, co naprawdę może się przydać ludziom, którzy tu mieszkają.

— Ja pracowałam jako kelnerka, więc potrafię rozmawiać z ludźmi, nawet kiedy są nieznośni — zaczęłam i zerknęłam na Sarah. — Ale moja mama była pielęgniarką. Pokazywała mi, jak oczyszczać rany i zakładać opatrunki. Nie jestem specjalistką, tylko trochę się na tym znam.

— Więc od jutra będziesz pomagać Reyeso’wi w przychodni, postanowione. — powiedział zadowolony. — A ty? — skierował spojrzenie na Sarah.

— Znam się na elektronice. Naprawiałam radia, potrafię rozebrać komputer i złożyć go tak, żeby znowu działał, a przez ostatnie lata nauczyłam się radzić sobie bez połowy potrzebnych części — odpowiedziała Sarah. — I nie, nie zamierzam udawać, że robię to z wdzięczności.

— Możesz pracować w warsztacie technicznym, ale z ograniczonym dostępem. To wasza próba, nie zamierzam ryzykować niespodzianką w postaci buntowników przy wejściu do miasta. Słuchasz się innych pracowników. Poziom 3, warsztat 01, twoim szefem będzie Barry. — wytłumaczył.

— Cudownie. Jeszcze nie zaczęłam, a już dostałam szefa i zakaz dotykania połowy rzeczy. Brzmi jak praca marzeń — prychnęła.

Kieran zostawił nam listę zasad i krótkie informacje dotyczące przydziałów. Zanim wyszedł, przypomniał jeszcze, że drzwi mieszkania będą rejestrować wejścia i wyjścia, a niektóre sektory pozostają niedostępne dla nowych mieszkańców. Nie próbował nas straszyć. Przedstawiał reguły tak, jakby były czymś oczywistym, co należało zaakceptować, jeśli chciało się tu żyć. Kiedy drzwi zamknęły się za nim, Sarah rzuciła kartę na stół.

— Nie podoba mi się to.

Zaczęłam przeglądać dokumenty, które nam zostawił.

— Co konkretnie? Bo jeśli zamierzasz wymienić wszystkie rzeczy, które ci się nie podobają, to może najpierw zrobię nam coś do jedzenia.

— Wszystko. Miesięczna obserwacja, przydziały pracy, ograniczony dostęp, kontrolowane drzwi. Mówią nam, gdzie możemy chodzić, co możemy robić i z kim możemy rozmawiać. To nie jest wolność, Noah. To gorsze niż więzienie, a wiesz, dlaczego? bo to wszystko należy do zadufanego w sobie rządowego dupka.

— Nie powiedziałam, że to wolność. Po prostu nie chcę po raz kolejny spać z nożem w ręce i zastanawiać się, czy rano będziemy miały co jeść.

Sarah spojrzała na mnie, jakbym powiedziała coś znacznie gorszego niż to, że podoba mi się mieszkanie.

— Właśnie tego się boję — odpowiedziała ciszej. — Że dadzą ci łóżko, ciepłą wodę i talerz jedzenia, a ty zapomnisz, jak to jest samodzielnie decydować o swoim życiu.

— Nie zapomnę. Ale nie zamierzam też udawać, że spanie w ruinach było jakąś wielką wolnością. Kiedy ostatnio mogłyśmy pójść dokądkolwiek bez sprawdzania, czy ktoś nas śledzi?

Nie odpowiedziała. Wiedziałam, że trafiłam w czuły punkt, ale nie miałam już siły przepraszać za to, że po raz pierwszy od dawna chciałam odpocząć.

— Zachowujesz się, jakbyś zamierzała po prostu się dostosować.

Odłożyłam kartki na stół i spojrzałam na nią.

— A co proponujesz? I tak stąd nie wyjdziemy, tej bramy na zewnątrz na pewno pilnują wszyscy ci strażnicy czy… ochrona. Nie wyjdziemy stąd więc jakoś musimy się zaaklimatyzować, a przynajmniej spróbować. — tłumaczyłam zwiedzając pokoje jeszcze raz.

— To miejsce więzi ludzi pod ziemią. A teraz my tutaj trafiłyśmy, nie no kurwa przecież tu nawet nie ma słońca. — usiadła na kanapie i westchnęła.

— Ale za to jest ciepła woda — mruknęłam, odkręcając kurek pod prysznicem. — Możesz mnie osądzać, ile chcesz, ale ja naprawdę zamierzam się umyć bez pilnowania, czy ktoś nie wchodzi przez okno.

Wieczorem mieszkanie stopniowo cichło. Sarah przez jakiś czas chodziła między salonem a swoją sypialnią, sprawdzając szafki i narzekając na brak prywatności, po czym w końcu zamknęła za sobą drzwi. Nie wiedziałam, czy zamierzała spać, czy po prostu potrzebowała chwili, żeby pobyć sama. Ja również potrzebowałam samotności. Wzięłam prysznic, pozwalając ciepłej wodzie spływać po ramionach znacznie dłużej, niż było to rozsądne. Przez trzy lata nauczyłam się oszczędzać każdą kroplę, więc początkowo trudno było mi uwierzyć, że nie muszę co chwilę sprawdzać, czy woda zaraz przestanie lecieć. Kiedy wyszłam z łazienki, przez moment stałam na środku pokoju w ręczniku, czując się niemal jak przed epidemią. Prawie normalnie. To uczucie minęło, kiedy przypomniałam sobie, że nie mam pojęcia, co stało się z moimi rodzicami. Nie wiedziałam, czy przeżyli ewakuację, czy ojciec zdołał odnaleźć mamę, czy może oboje zostali gdzieś na powierzchni, wśród ruin i pustych ulic. Nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na żadne z tych pytań. Przez lata nauczyłam się nie zadawać ich zbyt często, bo nie prowadziły do niczego poza bólem. Ale nigdy nie przestałam mieć nadziei. Weszłam do swojej sypialni i zamknęłam drzwi. Pokój był niewielki. Łóżko, szafka nocna, komoda i wąska półka na ścianie. W rogu stała lampa, a obok łóżka znajdowało się gniazdko elektryczne. Usiadłam na materacu i przez chwilę wpatrywałam się w swoje dłonie. Dopiero kiedy upewniłam się, że Sarah nie wraca na korytarz, przykucnęłam i zdjęłam but wyciągając telefon, który schowałam wcześniej. Ekran rozświetlił się słabym blaskiem. Zostało niewiele energii. Kilkanaście procent, może mniej. Nie miałam ładowarki, która na pewno pasowałaby do tutejszych gniazd, i nie wiedziałam, czy w ogóle uda mi się ją zdobyć. Musiałam uważać. Najpierw otworzyłam galerię. Zdjęcie rodziców pojawiło się na ekranie po kilku sekundach. Mama stała na plaży, z włosami rozwiewanymi przez wiatr, a tata obejmował ją ramieniem. Oboje się uśmiechali. Nie pamiętałam już, kiedy dokładnie zrobiłam to zdjęcie, ale doskonale pamiętałam tamten dzień. Było ciepło, woda błyszczała w słońcu, a tata przez pół popołudnia próbował przekonać mamę, żeby weszła z nim do morza. Przesunęłam palcem po ekranie.

— Nie wiem, gdzie jesteście, ale mam nadzieję, że żyjecie — wyszeptałam, wpatrując się w ich twarze. — I że któregoś dnia będę mogła wam powiedzieć, co się ze mną działo.

W końcu zamknęłam galerię. Nie chciałam wyczerpać baterii, zanim sprawdzę, czy telefon może jeszcze do czegoś się przydać. Wśród zapisanych aplikacji znalazłam ikonę, która niegdyś służyła za media społecznościowe. Po jej otwarciu ekran wyświetlił komunikat o połączeniu z lokalną siecią. Początkowo uznałam to za błąd. Przez lata sieć była dla mnie czymś odległym, wspomnieniem świata, w którym można było wyszukać dowolną informację, zamówić jedzenie i napisać do znajomego bez zastanawiania się, czy wiadomość dotrze. Jednak komunikat nie znikał. Telefon połączył się z siecią wewnętrzną miasta. W tym jebanym podziemnym mieście mieli internet.

— Co jest, do cholery… — szepnęłam, jeszcze raz sprawdzając ikonę połączenia. — Przecież to nie ma prawa działać.

Przez chwilę wpatrywałam się w ekran, niepewna, czy powinnam cieszyć się z tego odkrycia, czy raczej uznać je za kolejny sposób kontrolowania mieszkańców. W końcu ciekawość zwyciężyła. Otworzyłam aplikację. Nie była to zwykła sieć społecznościowa, którą pamiętałam sprzed epidemii. Interfejs był prosty, pozbawiony reklam i zbędnych dodatków. Mieszkańcy mogli publikować krótkie wpisy, wymieniać wiadomości, sprawdzać ogłoszenia i informacje dotyczące miasta Ktoś ewidentnie musiał pozmieniać wszystko w tej jednej aplikacji, to było niesamowite. Niektóre profile zawierały zdjęcia, inne jedynie imiona i nazwiska. Na stronie głównej znalazłam informacje o poszukiwaniu części do generatora, ogłoszenie o wymianie książek i fotografię dzieci sadzących rośliny w jednym z podziemnych ogrodów. A wtedy zauważyłam mój profil — zachowany z czasów sprzed upadku świata. Boże… przecież to niemożliwe. — pomyślałam. A jednak stare zdjęcia ze znajomymi, rodziną, zdjęcia morza i baru, w którym pracowałam nadal tam były, a na nich ja. Uśmiechnięta. To wszystko wydawało się tak zwyczajne, że aż nierealne. Na powierzchni ludzie walczyli o jedzenie, schronienie i każdy kolejny dzień. Tutaj ktoś mógł poświęcić czas na dyskusję o pomidorze. Nie wiedziałam, czy powinnam uznać to za dobry znak, czy dowód na to, jak łatwo człowiek przyzwyczaja się do życia w zamknięciu. Przesunęłam ekran niżej, przeglądając profile. Nie zamierzałam niczego publikować. Nie chciałam zwracać na siebie uwagi, zwłaszcza po tym, jak Kieran jasno dał do zrozumienia, że przez najbliższy miesiąc będziemy obserwowane, tym bardziej że przemyciłam telefon przy rewizji. Wtedy zobaczyłam nazwisko, które natychmiast przyciągnęło moją uwagę.

Kieran R.

Nie musiałam długo się zastanawiać, czy to na pewno on. Na profilu znajdowało się kilka zdjęć, a jego nazwisko nie było ukryte. Wszystko było publiczne — wystarczyło wejść na stronę, żeby zobaczyć fotografie, krótkie wpisy i skąpe informacje, które zdecydował się udostępnić mieszkańcom. Na jednym zdjęciu stał w grupie kilku osób. Na innym widniał kubek czarnej kawy i otwarta książka. Nie było tam żadnych osobistych wyznań ani szczegółów, które pozwoliłyby zajrzeć za jego chłodną, nieprzeniknioną powierzchowność. Nawet na fotografiach sprawiał wrażenie człowieka, który nie przepadał za tym, że ktoś robi mu zdjęcia. To akurat pasowało do niego bardziej niż chciałam przyznać. Przyjrzałam się jeszcze raz jego twarzy na ekranie, po czym wróciłam do zdjęcia grupowego. Nie zamierzałam do niego pisać, bałam się cokolwiek nacisnąć, żeby tylko nikt się nie domyślił, że właśnie stalkuję profil dowódcy tego miejsca. Przynajmniej taki miałam plan, dopóki nie zaczęłam się zastanawiać, jak wiele z tego, co mówił nam w ciągu dnia, wynikało z jego osobistych przekonań, a jak wiele z obowiązków, które na siebie wziął. Nie ufałam mu. Nie miałam powodu, żeby ufać człowiekowi, który mógł zamknąć mnie w celi, a potem przydzielić mi pracę i mieszkanie, nie pytając, czy w ogóle tego chcę. Jednocześnie trudno było nie zauważyć, że miasto działało. Ludzie mieli dach nad głową, przychodnia była wyposażona, dzieci biegały po alejkach, a w ogrodach rosły prawdziwe rośliny. Ktoś dbał o zapasy, ktoś naprawiał instalacje, ktoś pilnował bezpieczeństwa. Wszystko to wymagało planowania, pracy i podejmowania decyzji, które nie zawsze musiały podobać się wszystkim. Ktoś musiał za to odpowiadać. I wyglądało na to, że tym kimś był właśnie Kieran. Zastanowiłam się chwilę wchodząc głębiej pod kołdrę. Co w takim razie z Sarah i buntownikami? Jeśli kiedykolwiek wcześniej słyszałam o tym człowieku i o tym miejscu to właśnie od nich. Miasto miało należeć do rządu, kraść cywilom na powierzchni zapasy z magazynów i opuszczonych budynków, a w zarządzie tego miejsca miały zasiadać jacyś wysoko postawieni ludzie najpewniej związani z obroną kraju. Na pierwszy rzut oka nie tak to wyglądało… Nie wiedziałam, co we mnie wstąpiło, nasza sytuacja i tak była zawieszona w powietrzu, jeśli zrobić jakiś błąd to teraz, na początku — pomyślałam. Otworzyłam okno wiadomości. Przez kilka sekund trzymałam palec nad klawiaturą, zastanawiając się, czy to rozsądne. Oczywiście, że nie było. Jeśli miałam dostać za to opieprz to trudno. Kieran wydawał się osobą wartą poznania jego opinii, a ja chciałam dowiedzieć się jak to wygląda z jego perspektywy, bo to właśnie dzięki niemu wzięłam dziś gorący prysznic.

“Co sądzisz o buntownikach? Tak naprawdę?” — wysłałam wiadomość.

Tak w zasadzie to spodziewałam się wiadomości o treści “Ochrona będzie u ciebie za 5 sekund zabrać ci telefon.” Ale tak się nie stało. Stresowałam się, rozglądałam się po pokoju, byleby tylko nie patrzeć na ekran telefonu. Wtedy urządzenie zawibrowało.

“To zależy.”

Ta odpowiedź była tak prosta i normalna, że nie wierzyłam w nią do samego końca. Tak po prostu mi odpisał? Przecież wiedział, kto wysłał do niego wiadomość, widział mój profil. Musiał widzieć.

“Od czego?” — zapytałam ponownie.

“Od tego co robią. Od tego czy są buntownikami na własne życzenie czy nie. Od tego czy moi ludzie zginą przez ich tak zwaną walkę o wolność i władzę.”

“A są tacy, którzy nie walczą o wolność?”

“Nie, raczej nie.”

“Czyli nie jesteś pewny.”

“Nie. Dlatego nie podejmuje decyzji pochopnie.”

No tak. Zupełnie jak w naszym przypadku. Pomimo tego, że znalazł nas w tym samym miejscu co buntowników — uwierzył mi. A przynajmniej spróbował uwierzyć i dał nam szansę na udowodnienie naszych zamiarów. Nie ufałam Kieranowi. Nadal nie wiedziałam, czy podziemne miasto było bezpiecznym miejscem, czy tylko lepiej zorganizowaną klatką. Nie zamierzałam też zapominać, że Sarah chciała się stąd wydostać, a ja nie mogłam pozwolić, by jej upór znów wpędził nas w niebezpieczeństwo. Mimo to ta krótka rozmowa zostawiła we mnie dziwne poczucie, że człowiek, którego widziałam jako chłodnego i bezwzględnego dowódcę, może być bardziej skomplikowany, niż początkowo sądziłam. To nie oznaczało, że mu ufałam. Oznaczało jedynie, że chciałam wiedzieć więcej.

“Jutro przed pracą oddasz telefon jednemu z moich ludzi.” — kolejna wiadomość.

Kurwa. Tylko nie to, już nawet nie chodziło o to, że chciałam sprawdzać profile innych mieszkańców i szpiegować co tak naprawdę działo się w mieście. Chodziło o coś bardziej osobistego. Musiałam jakoś odratować sytuację, a przynajmniej się postarać.

“Mam na nim zdjęcia rodziny.”

“Gdzie teraz są?” — odpisał.

Dziwna wiadomość, nie wiedziałam, czy to był jakiś jego kolejny test czy sprawdzian z mojego życia prywatnego. Mimo wszystko zależało mi na tych zdjęciach i wspomnieniach jakie zachowałam.

“Nie wiem. Szukam od trzech lat.” — wysłałam kolejną wiadomość.

Cisza. Nie odpisał. Po prostu przeczytał i zakodował ten fakt nie ciągnąc dalej rozmowy. Mogłam mieć tylko cichą nadzieję, że jutro nie nawiedzi mnie żaden strażnik czy człowiek z ochrony i nie każe oddać mi telefonu. Wyłączyłam telefon i wsunęłam go pod poduszkę. Nie powiedziałam o nim Sarah. Nie dlatego, że chciałam ją okłamywać, ale dlatego, że znałam ją zbyt dobrze. Gdyby dowiedziała się, że mam dostęp do sieci miasta, natychmiast zaczęłaby szukać sposobu na wykorzystanie tego przeciwko ludziom, którzy nas tu zatrzymali. Na razie wolałam zachować tę jedną rzecz dla siebie. Położyłam się na łóżku i zgasiłam lampkę. Za ścianą słyszałam cichy szum wentylacji, a gdzieś w oddali przesuwał się wózek albo zamykały się drzwi. Przez okno w drzwiach mieszkania wpadała smuga światła z korytarza, a odgłosy miasta stopniowo cichły. Nie zapadła jednak całkowita cisza. Gdzieś dalej ktoś się śmiał, ktoś rozmawiał, a w oddali rozległ się przytłumiony dźwięk muzyki. Nawet o tej porze miasto nie spało całkowicie. Setki ludzi miały swoje obowiązki, swoje mieszkania i swoje małe sprawy, które nie znikały tylko dlatego, że świat na powierzchni przestał istnieć w znanej nam formie. Przymknęłam oczy. Jutro miałam rozpocząć pracę w przychodni, Sarah miała trafić do warsztatu technicznego… Czekał nas miesiąc udowadniania lub też udawania jak bardzo nie jesteśmy powiązane z ludźmi, którzy chcieliby obalić to miejsce w imię wolności i walki z organizacjami, które uważali za rządowe.

KIERAN (3)

Nie powinienem był odpowiadać na jej wiadomość. Myśl wracała do mnie przez większą część nocy, uparcie przebijając się przez raporty, które próbowałem przejrzeć przed snem. Nie dlatego, że Noah napisała coś niewłaściwego. Jej pytanie o buntowników było proste, może nawet zbyt proste jak na kogoś, kto poprzedniego dnia trafił do miasta. Problem polegał na tym, że nie ograniczyłem się do jednej odpowiedzi. Pozwoliłem jej zadawać kolejne pytania, a potem sam zacząłem się zastanawiać, co właściwie chciała przez nie osiągnąć. Nie znałem jej. Nie wiedziałem, czy rzeczywiście trzymała się z dala od buntowników, czy po prostu nauczyła się mówić dokładnie tyle, ile należało, żeby uniknąć problemów. Przez trzy lata ludzie zdążyli mnie nauczyć, że ostrożność nie jest oznaką braku zaufania. Jest ceną, którą płaci się za przetrwanie, szczególnie wtedy, gdy odpowiada się nie tylko za siebie. Mimo to wróciłem do wiadomości, którą wysłała mi później.

“Mam na nim zdjęcia rodziny.”

Ekran rozświetlał fragment biurka, a reszta gabinetu tonęła w przygaszonym świetle. Za grubymi ścianami podziemnego miasta trwało nocne życie. Gdzieś na niższych poziomach pracowały pompy, w oddziale technicznym ktoś zapewne kończył naprawę jednego z uszkodzonych paneli, a na posterunkach zmieniali się strażnicy. Miasto nigdy nie zasypiało całkowicie. Nawet kiedy na głównych alejach pustoszały stoiska, a mieszkańcy zamykali drzwi swoich mieszkań, gdzieś wciąż ktoś czuwał, naprawiał, liczył zapasy albo sprawdzał, czy wszystko nadal działa. Ja również powinienem był pracować. Na biurku leżał raport dotyczący zapasów medycznych, lista usterek w północnej części instalacji wentylacyjnej i zestawienie ostatnich wypraw za mury. W ciągu minionego tygodnia dwie grupy wróciły z mniejszymi zapasami niż zakładano. Jedna straciła część wyposażenia podczas odwrotu, druga musiała porzucić pojazd, kiedy zablokowała się droga powrotna. Do tego dochodziły pogłoski o aktywności buntowników w pobliżu dawnej dzielnicy handlowej. Nie potrzebowałem kolejnych niewiadomych. A jednak patrzyłem na profil Noah. Był publiczny. Właśnie dlatego od razu rozpoznałem, kto do mnie napisał. Nazwisko skojarzyłem z dokumentami przyjęcia, a zdjęcia pozwoliły mi połączyć je z dziewczyną, którą poprzedniego dnia widziałem w celi. Na fotografiach wyglądała inaczej. Była młodsza, swobodniejsza, a jej twarz nie nosiła tego samego napięcia, które zauważyłem podczas pierwszej rozmowy. Na jednym zdjęciu stała na plaży, z włosami rozwiewanymi przez wiatr. Na innym obejmowała kobietę o łagodnym uśmiechu, obok której stał mężczyzna o poważnym spojrzeniu. Jej rodzice, założyłem. Nie przeglądałem profilu dalej. Nie miałem prawa do jej wspomnień tylko dlatego, że nie zabezpieczyła ich przed obcymi. Telefon był urządzeniem, które mogło stanowić zagrożenie. Mógł służyć do przekazywania informacji, utrzymywania kontaktu z ludźmi spoza miasta albo organizowania czegoś, o czym nie wiedzieliśmy. Właśnie dlatego przy przyjęciu nowych mieszkańców odbieraliśmy elektronikę i sprawdzaliśmy ją, zanim trafiała do magazynu. Nie była to procedura wymyślona po to, żeby utrudniać ludziom życie. W przeszłości jeden niepozorny nadajnik wystarczył, by obcy znaleźli drogę do osady, której mieszkańcy wierzyli, że są bezpieczni. Nie oznaczało to jednak, że każdy, kto próbował zachować własność, automatycznie stawał się zagrożeniem. Noah mogła kłamać. Mogła też mówić prawdę. Na razie nie miałem dowodów na żadną z tych możliwości. Zamknąłem jej profil i sięgnąłem po raport, ale zanim zdążyłem przeczytać pierwszą stronę, rozległo się pukanie do drzwi. Marus nigdy nie czekał długo na zaproszenie. Otworzył drzwi, zajrzał do środka, a kiedy zobaczył mnie przy biurku, wszedł i zamknął je za sobą.

— Nadal pracujesz?

Podniosłem wzrok.

— Nie. Siedzę tu dla dekoracji.

Marus przyjął odpowiedź bez mrugnięcia. Przez lata zdążył przywyknąć do mojej gburowatości, a nawet znaleźć w niej coś, co najwyraźniej uważał za rozrywkę. Był jednym z niewielu ludzi, którzy nie brali moich krótkich odpowiedzi do siebie i potrafili odróżnić moment, w którym rzeczywiście nie miałem ochoty rozmawiać, od chwili, gdy po prostu nie zamierzałem ułatwiać nikomu życia. Podszedł do biurka i położył na nim teczkę. Marus był ode mnie nieco niższy i odrobinę młodszy, ale miał szerokie ramiona i sylwetkę człowieka, który większość życia spędził w ruchu. Ciemne włosy zwykle nosił przycięte krótko, a na twarzy często gościł cień kilkudniowego zarostu. Nad lewą brwią miał niewielką bliznę, pamiątkę po jednym z naszych pierwszych wspólnych wypadów na powierzchnię. Wtedy nie znaliśmy się jeszcze dobrze. Został jednak, kiedy inni odchodzili, kiedy rząd zabronił nam wpuszczać więcej ludzi do miasta, kiedy zostaliśmy pozostawieni sami sobie i pomagał budować coś, co początkowo miało być tylko miejscem idealnym. Od tamtej pory dzielił ze mną większość obowiązków, których nie mogłem powierzyć nikomu innemu. Na powierzchni organizował grupy poszukiwawcze, planował trasy, sprawdzał stan sprzętu i potrafił wycofać ludzi z niebezpiecznego miejsca, zanim sytuacja wymknęła się spod kontroli. W podziemiach znał każdy istotny odcinek instalacji, każde przejście techniczne i większość osób, które odpowiadały za funkcjonowanie miasta. Jeśli coś się psuło, brakowało ludzi albo ktoś próbował ukryć problem przed dowództwem, Marus zwykle dowiadywał się o tym, zanim raport trafiał na moje biurko.

Nie był moim zastępcą wyłącznie z powodu kompetencji. Był nim dlatego, że ufałem jego ocenie. Potrafił powiedzieć mi, że popełniam błąd, nawet jeśli nie miał ochoty oglądać mojej reakcji. Ja potrafiłem wysłuchać go do końca, nawet gdy jego zdanie było ostatnią rzeczą, jaką chciałem usłyszeć. W świecie, w którym ludzie zbyt często mylili lojalność z bezwarunkowym posłuszeństwem, miało to większą wartość niż większość rzeczy, które można było znaleźć poza murami. Marus zerknął na ekran mojego telefonu.

— Coś ciekawego?

Odwróciłem urządzenie ekranem do dołu.

— Raporty.

— Oczywiście. Raporty zaczęły ostatnio wysyłać ci wiadomości?

Nie odpowiedziałem. Marus uśmiechnął się pod nosem, ale nie drążył tematu. Otworzył teczkę i przesunął w moją stronę mapę z zaznaczonymi punktami na obrzeżach miasta.

— Jutro potrzebujemy żywności, leków i baterii do czujników. Magazyn przy dawnej dzielnicy handlowej nadal nie został dokładnie sprawdzony. Apteka po drugiej stronie ulicy również. Jeśli znajdziemy coś przydatnego, możemy wrócić przed południem.

— Ile osób?

— Sześć. Ja, ty, Don, Theo, Jonas i Reed. Nie ma sensu brać większej grupy, dopóki nie wiemy, co zostało na miejscu.

Przejrzałem zaznaczenia na mapie. Trasa nie była szczególnie długa, ale prowadziła przez obszar, w którym ostatnio widziano zainfekowanych. Nie zamierzałem rezygnować z wyprawy. Zapasów nie dało się uzupełnić samym ostrożnym planowaniem, a podziemne ogrody, magazyny i warsztaty potrzebowały regularnych dostaw z powierzchni.

— Wyruszymy przed świtem — zdecydowałem. — Nie zatrzymujemy się w żadnym miejscu, które nie daje nam realnej szansy na zdobycie zapasów. Jeśli znajdziemy ślady większej grupy zainfekowanych, wycofujemy się.

— Powiem reszcie.

Marus zamknął teczkę, ale nie odszedł. Znałem go wystarczająco długo, by wiedzieć, kiedy ma coś jeszcze do powiedzenia.

— Te dwie dziewczyny — zaczął w końcu. — Elena z bezpieczeństwa wspominała, że jedna z nich może mieć kontakt z buntownikami.

— Sarah. Nie mamy pewności, jak bliski jest ten kontakt.

— A druga?

— Noah twierdzi, że nie należy do żadnej grupy.

— Wierzysz jej?

— Nie znam jej na tyle, żeby wierzyć albo nie wierzyć.

Marus oparł biodro o krawędź biurka. Nie wyglądał na szczególnie zaniepokojonego, ale też nie należał do ludzi, którzy lekceważyli potencjalne zagrożenia tylko dlatego, że nie miały jeszcze konkretnej postaci.

— Elena będzie chciała mieć je na oku.

— Elena chce mieć na oku każdego, kto przekroczy bramę.

— I dlatego nadal mamy bramę, której nikt nie wysadził od środka.

— To ma być argument za jej metodami czy przeciwko nim?

— Zależy, czy zamierzasz ją jutro zdenerwować.

Spojrzałem na niego, a on tylko wzruszył ramionami. Marus potrafił rozładowywać napięcie bez udawania, że problem nie istnieje. Nie próbował mnie przekonywać, że powinienem być łagodniejszy. Wiedział, że nie zmienię zdania pod wpływem jednego żartu. Zamiast tego przypominał mi czasem, że poza raportami, zasadami i ryzykiem istnieli jeszcze ludzie, którzy musieli z tym wszystkim żyć.

— Nie zabieramy im więcej niż wymaga bezpieczeństwo — powiedziałem. — Mają miesiąc, żeby pokazać, kim są. W tym czasie będą pracować, poznają miasto i przestrzegać zasad. Jeśli pojawi się coś niepokojącego, zajmiemy się tym.

Marus przyjrzał mi się uważniej.

— Brzmisz, jakbyś już podjął decyzję.

— Podjąłem. Nie oznacza to, że przestałem obserwować sytuację.

— Nie powiedziałem, że przestałeś.

Zabrał teczkę, zostawiając mapę na biurku. Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze na chwilę.

— Spróbuj przespać kilka godzin. Jutro będziesz potrzebował głowy.

— Moja głowa działa.

— Nie kwestionuję jej działania. Kwestionuję twoje przekonanie, że można zastąpić sen kawą.

— Można.

— Jasne. A ja jestem królem dawnego świata.

Wyszedł, zanim zdążyłem odpowiedzieć. Dopiero kiedy drzwi się zamknęły, zauważyłem, że po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechnąłem się pod nosem. Niezbyt długo. Nie na tyle, żeby uznać to za poprawę nastroju. Ale jednak. Marus prowadził pojazd przez pierwszą część trasy, a ja siedziałem obok niego, sprawdzając mapę i nasłuchując meldunków z pozostałych punktów obserwacyjnych. Pozostali członkowie grupy zajęli miejsca z tyłu. Don i Theo znali się od lat i potrafili przeprowadzić całą podróż, wymieniając zaledwie kilka słów. Jonas był małomówny z natury, a Reed próbował sprawiać wrażenie bardziej doświadczonego niż był w rzeczywistości.

Nie miałem nic przeciwko młodym ludziom w patrolach. Każdy kiedyś zaczynał. Nie zamierzałem jednak udawać, że odwaga i dobre chęci wystarczą, by wrócić z powierzchni w jednym kawałku. Za szybą przesuwały się pozostałości dawnego miasta. Popękane budynki stały wzdłuż ulic niczym puste skorupy, a roślinność coraz śmielej odzyskiwała miejsca, które wcześniej należały do betonu i asfaltu. W niektórych oknach wisiały wyblakłe zasłony. Na jednym z balkonów nadal stało krzesło, przewrócone na bok, jakby jego właściciel miał zaraz wrócić i je podnieść. Takie widoki nie robiły już na mnie większego wrażenia, a jednak czasem przyłapywałem się na tym, że patrzę na nie dłużej, niż wymagała sytuacja. Trzy lata wystarczyły, by przywyknąć do ruin. Nie wystarczyły, żeby całkowicie przestać pamiętać, czym były te miejsca wcześniej. Zatrzymaliśmy pojazd kilka przecznic od magazynu. Dalej musieliśmy iść pieszo. Marus sprawdził radio, potem przeszedł wzrokiem po twarzach pozostałych członków grupy. Nie musieliśmy omawiać wszystkiego od początku. Współpracowaliśmy na tyle długo, że większość naszych procedur stała się odruchem. Podział zadań był prosty. Don i Theo mieli sprawdzić główną część magazynu, Jonas zabezpieczyć wyjście, Reed pomagać przy pakowaniu, a ja z Marusem przejść przez zaplecze i ocenić, czy da się dostać do pomieszczeń, które według mapy pozostawały zamknięte. Ruszyliśmy między budynkami. Powietrze na zewnątrz było chłodne, wilgotne i niosło zapach mokrego betonu. Po latach spędzonych pod ziemią takie poranki wciąż wydawały mi się dziwnie ostre. Tutaj nic nie tłumiło odgłosów tak skutecznie jak grube ściany naszego schronienia. Każdy krok mógł odbić się echem od pustych fasad, a metaliczny stuk w oddali potrafił oznaczać zarówno poruszony przez wiatr przedmiot, jak i coś, czego zdecydowanie nie chcieliśmy spotkać. Magazyn miał wybite okna i częściowo zawaloną rampę dostawczą. Drzwi od zaplecza pozostawały uchylone. Ktoś próbował wcześniej zablokować je metalową szafką, ale przesunięto ją na bok. Na podłodze widniały ciemne ślady, a przy jednej ze ścian leżał przewrócony kosz. Zatrzymałem się przed wejściem, nasłuchując. Nie usłyszałem niczego poza szumem wiatru i odległym trzaskiem czegoś luźnego, uderzającego o metal. Weszliśmy do środka. Powietrze było ciężkie od kurzu i wilgoci. Większość półek świeciła pustkami, a rozrzucone opakowania świadczyły o tym, że ktoś przeszukiwał magazyn już wcześniej. Mimo to znaleźliśmy kilka zamkniętych kartonów z konserwami, paczki suchego makaronu, wodę w nienaruszonych butelkach i skrzynkę baterii. Nie była to zdobycz, która zmieniłaby sytuację w mieście, ale wystarczająca, by usprawiedliwić wyprawę. Pracowaliśmy szybko, zachowując ciszę. Marus otworzył niewielkie pomieszczenie na zapleczu, podczas gdy ja sprawdzałem oznaczenia na metalowych skrzyniach. W jednej znaleźliśmy filtry do masek, w drugiej części zamienne do niewielkich urządzeń elektrycznych. Nie wszystko dało się wykorzystać, ale technicy na pewno znajdą coś, co można odzyskać. Z głównej hali dobiegł nagle huk. Potem drugi. Odwróciłem się w stronę drzwi. Przez krótką chwilę panowała cisza, a następnie rozległ się dźwięk przewracanej półki i gwałtowny krzyk. Marus sięgnął po broń. Nie musieliśmy mówić sobie, co robić. Ruszyliśmy do głównej hali, gdzie Reed cofał się w stronę rampy, próbując utrzymać dystans od mężczyzny w rozdartej koszuli. Jego twarz była pokryta zaschniętą krwią, a ruchy gwałtowne i nieskoordynowane. Za nim, zza przewróconego regału, wyłoniły się kolejne sylwetki. Cztery zainfekowane osoby, może więcej. Trudno było ocenić, ile kryło się za półkami.

— Cofnąć się! — krzyknąłem.

Pierwszy strzał rozdarł ciszę. Następne zabrzmiały niemal natychmiast. W ciasnym pomieszczeniu huk odbijał się od ścian, utrudniając ocenę, skąd dochodzą kolejne odgłosy. Zainfekowani nie reagowali na strach ani ostrzeżenia. Pędzili przed siebie, potykając się o kartony, uderzając w półki i próbując dosięgnąć każdego, kto znalazł się w ich zasięgu. Marus zajął pozycję przy wejściu do bocznego korytarza. Jego ruchy były szybkie i pewne, bez niepotrzebnego szarpania się z bronią. Znałem go na tyle dobrze, by wiedzieć, że w walce nie będzie patrzył na mnie co kilka sekund, upewniając się, czy nadal żyję. Zrobi to dopiero wtedy, gdy sytuacja pozwoli. Tak samo postępowałem z nim. Pierwszy zainfekowany upadł po trafieniu. Drugi przeskoczył nad jego ciałem, nie zwalniając nawet na moment. Don osłaniał Reeda, który w końcu przestał cofać się na oślep i schował za betonowym filarem. Theo próbował odciągnąć uwagę kolejnego napastnika, gdy z bocznego przejścia wyłoniła się jeszcze jedna postać. Usłyszałem ostrzeżenie Marusa, ale nie zdążyłem całkowicie odskoczyć. Zderzenie z metalowym regałem było gwałtowne. Uderzyłem barkiem o konstrukcję, a potem poczułem ostry ból w boku, dokładnie w miejscu, gdzie kilka dni wcześniej lekarz założył mi szwy. Przez ułamek sekundy nie mogłem złapać pełnego oddechu. Materiał koszulki napiął się na skórze, po czym poczułem pod nim ciepło.

Szwy puściły.

Nie musiałem patrzeć, żeby wiedzieć, co się stało. Zainfekowany rzucił się w moją stronę. Odepchnąłem go, odzyskałem równowagę i oddałem strzał z bliskiej odległości. Dopiero kiedy upadł, pozwoliłem sobie na krótki oddech, po czym wróciłem do walki. Nie było czasu na zajmowanie się własną raną. Kolejni zarażeni wypełnili przestrzeń między półkami. Marus przesunął się w moją stronę, zabezpieczając przejście, a potem wskazał brodą wyjście na rampę. Rozumieliśmy się bez słów. Nie zamierzaliśmy pozwolić, by walka wciągnęła nas w głąb budynku, gdzie przewrócone regały i wąskie przejścia odebrałyby nam przewagę.

Wycofaliśmy się krok po kroku, osłaniając pozostałych. Don i Theo oczyścili lewą stronę hali, Jonas zabezpieczył drogę do wyjścia, a Reed, nadal blady, ale już bardziej skupiony, pilnował przejścia. Ostatni z zainfekowanych ruszył na Don’a, lecz zanim zdążył przeładować broń. Marus uchylił się, uderzył go w bok i odsunął na tyle, bym mógł oddać strzał. Gdy zapadła cisza, przez chwilę słychać było jedynie nasze ciężkie oddechy. W magazynie unosił się zapach prochu, kurzu i krwi. Marus spojrzał na mnie, a jego wzrok natychmiast zatrzymał się na moim boku.

— Znowu?

— Nie zaczynaj.

— Nawet jeszcze nic nie powiedziałem.

— Właśnie dlatego mówię ci, żebyś nie zaczynał.

Podszedł bliżej i odsunął krawędź mojej kurtki. Kiedy zobaczył ciemną plamę rozlewającą się na koszulce, jego mina spoważniała. Nie było w niej paniki, ale znałem go zbyt dobrze, by nie dostrzec irytacji.

— Rozdarłeś szwy — mruknął niezadowolony.

— Zauważyłem.

— Powinieneś przestać sprawdzać, jak wiele twoje ciało jest w stanie wytrzymać. — dodał przewracając oczami.

— A ty powinieneś przestać zachowywać się jak lekarz.

— Nie muszę nim być, żeby wiedzieć, że krwawisz.

Marus wyciągnął apteczkę, którą zawsze nosił przy pasie, i założył mi opatrunek uciskowy. Robił to sprawnie, bez zbędnych komentarzy. Dopiero kiedy skończył, odsunął się i spojrzał mi prosto w oczy.

— Wracamy do miasta. Nie będziesz się upierał, że dokończysz przeszukiwanie apteki.

— Nie powiedziałem, że nie dokończymy.

— A ja właśnie mówię, że nie dokończymy.

Przez moment mierzyliśmy się wzrokiem. Gdyby to był ktokolwiek inny, prawdopodobnie kazałbym mu wrócić do wykonywania poleceń. Marus wiedział jednak, że nie kwestionował mojej decyzji po to, by udowodnić swoją rację. Robił to, ponieważ znał konsekwencje, które ponosili ludzie, gdy pozwalałem własnemu uporowi przeważyć nad rozsądkiem. Nie musiał mi przypominać, ile razy widział mnie wracającego z powierzchni z ranami, które powinienem był potraktować poważniej.

— Dokończymy, jeśli droga będzie bezpieczna — zdecydowałem. — Ale nie tracimy czasu na kolejne pomieszczenia. Zabieramy to, co znaleźliśmy i wracamy.

Marus zacisnął szczękę, ale skinął głową. To była jedna z rzeczy, które ceniłem w naszej współpracy. Potrafił walczyć o swoje zdanie, lecz kiedy podejmowałem ostateczną decyzję, nie próbował sabotować jej tylko dlatego, że nie była jego. Oczekiwał tego samego ode mnie i zwykle to dostawał. Zabraliśmy znalezione zapasy i sprawdziliśmy jeszcze jedno pomieszczenie, w którym udało się znaleźć kilka zamkniętych pojemników z wodą. Na aptekę nie starczyło nam już czasu. Nie zamierzałem ryzykować, że kolejna grupa zainfekowanych odetnie nam drogę powrotną, a stan mojego boku dawał Marusowi wystarczająco dużo argumentów, by przez resztę dnia nie przestawał mi przypominać, że miał rację. Kiedy dotarliśmy do pojazdu, ból zdążył się nasilić. Każdy gwałtowniejszy ruch wywoływał krótkie, ostre ukłucie. Opatrunek powstrzymywał krwawienie, ale nie łudziłem się, że da się to załatwić kolejnym kawałkiem gazy. Marus usiadł za kierownicą i ruszył, zanim zdążyłem zapiąć pas.

— Jeśli zaczniesz mówić, że wszystko jest w porządku, zatrzymam się i sam zaniosę cię do przychodni.

— Spróbuj.

— Właśnie na to liczę. Oparłem głowę o zagłówek i zamknąłem oczy, ignorując jego rozbawienie.

Znałem ten ton. Marus żartował najczęściej wtedy, gdy był zły albo zmartwiony, a czasem wtedy, gdy obie te rzeczy występowały jednocześnie. Nie musiałem pytać, która z nich dotyczyła mnie teraz. Przez resztę drogi sprawdzał lusterka, radio i stan ulic, a ja starałem się nie poruszać bardziej, niż wymagało tego oddychanie. Nie miałem zamiaru przyznać mu racji. Przynajmniej nie na głos. Domyślałem się, że przychodnia w mieście zapewne była już pełna, W głównym korytarzu codziennie czekali pacjenci, starsza kobieta na jej zastrzyk przeciwzakrzepowy, mężczyzna w średnim wieku po jego porcję tabletek witaminowych czy płaczące dziecko rozdartym kolanem. Zapach środków dezynfekujących mieszał się z kurzem i ciepłem instalacji. Zwyczajny dzień w miejscu, w którym każdy miał świadomość, że wystarczy jeden poważny wypadek, żeby zabrakło miejsca, personelu albo potrzebnych leków. Marus pomógł mi wysiąść z pojazdu, choć obaj wiedzieliśmy, że nie potrzebowałem pomocy. Nie skomentowałem tego. On również nie zamierzał ustępować.

— Idziesz prosto do Reyes’a — powiedział. — Ja zajmę się rozładunkiem i raportem z wyprawy.

— Wiem, jak trafić do przychodni.

— Świetnie. Oszczędzi nam to czasu.

Zostawił mnie przy wejściu, ale zanim odszedł, jego spojrzenie ponownie spoczęło na opatrunku, pokręcił głową a następnie odwrócił się i ruszył w stronę magazynów, a ja wszedłem do środka. Od jednej z pielęgniarek biegających między pacjentami dowiedziałem się, że doktor Reyes wyszedł na konsultację do jednego z oddziałów mieszkalnych. Nie było wiadomo, kiedy wróci a ona sama miała najwidoczniej dużo roboty, skierowała mnie do drugiego gabinetu, zapewniając, że ktoś powinien tam być. Nie spodziewałem się, że tym kimś będzie Noah. Stała przy blacie, układając opakowania z gazą i niewielkie butelki ze środkami odkażającymi. Miała podwinięte rękawy, a włosy związała niedbale z tyłu głowy. Na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie, kiedy mnie zobaczyła, ale zniknęło niemal natychmiast, zastąpiło je przerażenie. Zapewne myślała, że przyszedłem odebrać jej telefon. Jej wzrok przesunął się na opatrunek, a potem wrócił do mojej twarzy.

— Ja… Reyes’a nie ma. A jeśli chodzi o… — nie wiedziała, co powiedzieć. — Coś ci się stało… — wydusiła wreszcie.

— Rozdarłem szwy, były dość świeże.

— To uh… niedobrze — mruknęła nie patrząc mi w oczy.

— Potrafisz to naprawić czy nie? — zapytałem stanowczo.

— A, tak. Myślę, że tak.

Przez chwilę wyglądała, jakby chciała skomentować moje zdolności do dbania o własne zdrowie, ale ostatecznie wskazała kozetkę. Zrobiła to bez wahania, choć mogła równie dobrze odesłać mnie do poczekalni i kazać poczekać na lekarza. Usiadłem i rozpiąłem kurtkę i ściągnąłem koszulkę, aby ułatwić jej dostęp do rany. Nie była lekarzem. Nie była też osobą, której można było bez zastanowienia powierzyć poważny przypadek. Mimo to nie wyglądała na zagubioną. Przygotowała czyste rękawiczki, sprawdziła zawartość tacy i obejrzała ranę z uwagą, której nie spodziewałem się po kimś, kto dopiero zaczynał pracę w tym miejscu. Jej ruchy nie były tak pewne jak ruchy Reyes’a, ale nie wykonywała ich przypadkowo. Znała podstawy i nie próbowała udawać, że potrafi więcej, niż rzeczywiście umiała. Kiedy przemywała ranę, ból przeszył mi bok ostrą falą. Mięśnie napięły się odruchowo, ale nie poruszyłem się. Noah zauważyła to i na moment przerwała, dając mi chwilę, zanim kontynuowała. Nie próbowała zagadywać mnie na siłę. Nie zadawała pytań tylko po to, żeby wypełnić ciszę choć widać było jej zakłopotanie wypisane na twarzy. Szczerze mówiąc też czułem się dziwnie, była nowa, to był jej pierwszy dzień a ja oddałem się jej pod igłę. Mimo tego po raz pierwszy od rana nie musiałem podejmować żadnej decyzji. Było w tym coś niemal niepokojącego. Przyzwyczaiłem się do tego, że kiedy ktoś znajdował się obok mnie, oczekiwał instrukcji, odpowiedzi albo zapewnienia, że sytuacja pozostaje pod kontrolą, może poza Reyes’em lub Marusem. Noah skupiała się na zadaniu. Nie patrzyła na mnie jak na dyktatora, który zamknął ją i jej przyjaciółkę w podziemnym mieście wbrew ich woli. Byłem dla niej po prostu rannym mężczyzną, który najwyraźniej nie potrafił ominąć metalowego regału. Nie wiedziałem jeszcze, czy powinienem uznać to za zaletę. Kiedy sięgnęła po czysty opatrunek, przypomniałem sobie jej wiadomość.

— Przemyciłaś telefon — powiedziałem spokojnie.

Zamarła. Uciekała wzrokiem i kiedy już otworzyła usta by się usprawiedliwić wyprzedziłem ją.

— Sarah wie? — spytałem.

To zaskoczyło ją jeszcze bardziej. Jej ręce drżały delikatnie, kiedy ze stanu zamrożenia powoli wróciła do pracy nad nowymi szwami.

— Nie wie. Nie powiedziałam.

— Dlaczego?

— Bo… to moja własność, nie musi wiedzieć. To, jakby to powiedzieć — skomplikowane. Nie, żebym chciała ją okłamywać, ale… — nie dokończyła.

— Ale wolałaś to zachować dla siebie, żeby nie wpadła na pomysł wykorzystania ciebie — dokończyłem za nią.

— Coś w tym stylu. Muszę go oddać prawda?

— Nie. Tylko dobrze go schowaj. I nie używaj niepotrzebnie.

Jej ręka omsknęła się ze stresu i najwyraźniej radości a ja napiąłem mięśnie, kiedy poczułem jak nie trafia igłą w ostatnie miejsce wymagające szycia. Nie zamierzałem odbierać jej zdjęć rodziny. Nie musiałem znać historii tych ludzi, żeby zrozumieć, że czasami jedyną rzeczą, która pozwala przetrwać kolejny dzień, jest możliwość spojrzenia na twarze, których nie chce się zapomnieć. W mieście mieliśmy zasady, ale nie każda zasada musiała oznaczać bezmyślne odbieranie ludziom wszystkiego, co jeszcze należało do nich.

— Dzięki… — mruknęła.

— Jak pierwszy dzień w pracy?

— A, dobrze, o dziwo dobrze. To znaczy pracy jest dużo, ale Reyes nauczył mnie już kilku rzeczy.

Kiwnąłem głową. Kiedy spotkałem ją z Sarah na basenie z resztą buntowników Noah wydawała się spięta, tak. Ale była też o wiele bardziej pewna siebie, trochę tak jakby po przyjeździe do miasta spokorniała? Albo po prostu sobie to wmawiałem a ona miała talent do manipulowania ludźmi.

— A jak twoja przyjaciółka?

— Sarah jest… zaniepokojona. Nie podoba jej się, że jest przetrzymywana tu wbrew swojej woli. Zresztą mnie też nie.

— A jednak zachowujesz się inaczej niż ona.

— Też jestem niespokojna. To jak więzienie. — odparła kończąc pracę nad szwami i odsuwając się o krok w tył.

— Ty tak uważasz czy ona?

Zamilkła na moment.

— Jeszcze nie wiem co uważam. — powiedziała nieco bardziej stanowczo, opierając się o blat medyczny.

— W takim razie zanim podejmiesz decyzję dobrze się rozejrzyj.

Poruszyłem klatką piersiową testując szwy po czym wstałem by sięgnąć po koszulkę i kurtkę. Czułem jej wzrok na sobie chociaż nic nie mówiła, tylko obserwowała. Starałem się nie zwracać na nią uwagi i tak za dużo już dla niej zrobiłem. Naruszyła zasady, przemyciła telefon a ja pozwoliłem jej go zatrzymać. Kiedy moje ubrania były już na swoim miejscu do głowy przyszła mi ta dziwna, niespodziewana myśl, żeby zakończyć jakoś tą rozmowę.

— Jeśli będziesz miała jeszcze jakieś pytania. Napisz.

Spojrzałem na nią przez sekundę, ale nie mogłem odczytać wyrazu jej twarzy, tak jakby sama nie wiedziała, jak ma na to zareagować. Skoro już miała telefon i tak zawzięcie wypisywała do mnie poprzedniej nocy to pewnie zrobi to ponownie. Wyszedłem przez drzwi gabinetu zostawiając ją samą. Miałem jeszcze pełno obowiązków do wykonania, raportów do sprawdzenia i rozmów do odbycia, nie zastanawiając się długo pojechałem windą piętro wyżej do biura. Moje biuro znajdowało się na jednym z wyższych poziomów miasta, niedaleko centrum dowodzenia. Nie było duże, ale wystarczająco przestronne, żeby pomieścić wszystko, czego potrzebowałem do pracy. Surowe, ciemne biurko zajmowało większą część pomieszczenia, a na jego blacie leżały raporty, kilka teczek i kubek z dawno wystygłą kawą. Pod jedną ze ścian stał metalowy regał wypełniony dokumentami, mapami oraz segregatorami, które od miesięcy czekały na uporządkowanie. Obok wisiała duża mapa podziemnego miasta, pokryta kolorowymi oznaczeniami sektorów, przejść i punktów kontrolnych. Jedynym oknem był szeroki ekran wbudowany w ścianę, podzielony na dziesiątki obrazów z kamer rozmieszczonych w całym kompleksie. Korytarze, place, wejścia do sektorów mieszkalnych, warsztaty, klinika. Każdy fragment miasta miał swoje miejsce na monitorach, a ja znałem większość tych widoków na pamięć. Wiedziałem, które kamery czasem zacinały się na kilka sekund, gdzie światło było zbyt słabe i przy których przejściach ludzie najczęściej zatrzymywali się bez wyraźnego powodu. W pomieszczeniu panował porządek, choć nie taki, który miał robić wrażenie na innych. Wszystko znajdowało się tam, gdzie powinno, bo nie znosiłem tracić czasu na szukanie potrzebnych rzeczy. Jedynym śladem prywatnego życia była niewielka fotografia mojej siostry schowana w rogu biurka, częściowo zasłonięta plikiem dokumentów. Nie trzymałem jej na widoku. Nie dlatego, że chciałem o niej zapomnieć, ale dlatego, że niektóre rzeczy wolałem zachować wyłącznie dla siebie. Marus twierdził, że mam problem z odpuszczaniem. Nie chodziło mu wyłącznie o pracę, choć pod tym względem również nie miałem sobie niczego do zarzucenia. Według niego potrafiłem spędzić pół nocy nad raportem, który równie dobrze mógł poczekać do rana, a potem narzekać, że nikt w mieście nie potrafi samodzielnie podejmować decyzji. Uważał też, że mam niezdrową skłonność do sprawdzania wszystkiego osobiście, jakby cały system miał się rozpaść, gdybym choć na kilka godzin przestał nad nim czuwać. Zwykle odpowiadałem, że gdyby ludzie wykonywali swoje obowiązki tak, jak powinni, nie musiałbym sprawdzać ich pracy. Marus nazywał to moją ulubioną wymówką. Tego wieczoru zapewne powiedziałby, że znalazłem sobie nowy powód, żeby siedzieć przed monitorami. Nie miałbym nawet jak się bronić. Nie mogliśmy widzieć wszystkiego. Kamery miały martwe pola, część urządzeń wymagała naprawy, a niektóre starsze przewody od czasu do czasu odmawiały współpracy. Mimo to system dawał nam obraz tego, co działo się w mieście, bez konieczności wysyłania patrolu na każde zgłoszenie.

Przyszedłem sprawdzić kilka zapisów z poprzedniego dnia. W jednej z alej ktoś zgłosił zagubioną skrzynkę z narzędziami, przy wejściu do sektora mieszkalnego doszło do sprzeczki między dwoma mieszkańcami, a w pobliżu magazynów technicznych zauważono osobę, która po zamknięciu zmiany próbowała wejść do pomieszczenia bez odpowiedniego upoważnienia. Rutynowe sprawy. Choć i tak musiałem uważać na najmniejsze szczegóły, ludzi w mieście było zbyt wiele by przypilnować każdego z nich, ci którzy byli z nami od początku — o nich się nie martwiłem. Ale co jakiś czas wpuszczaliśmy nowych ocalałych, a ja nigdy nie byłem pewien, czy któryś z nich nie będzie próbował sabotować tego co stworzyliśmy w imię jakiejś popieprzonej wolności, która i tak nie istniała. Powinienem był skupić się na nich, przejrzeć materiał, przekazać uwagi odpowiednim osobom i wrócić do raportów. Zamiast tego po zakończeniu sprawdzania głównych przejść otworzyłem widok z kamer obejmujących poziom, na którym znajdowała się przychodnia. Nie miałem konkretnego powodu. Przynajmniej tak sobie powiedziałem. Na ekranie pojawiła się szeroka aleja, oświetlona miękkim światłem, które miało przypominać późne popołudnie. W oddali widać było wejście do przychodni, a dalej skwer z fontanną i ławkami. Po drugiej stronie rozciągał się ciąg niewielkich lokali, stołówka oraz pub, który cieszył się większą popularnością, niż początkowo zakładaliśmy. Za nimi znajdowało się wejście do czytelni, jednego z najspokojniejszych miejsc w całym mieście. Ten poziom zaprojektowano tak, żeby ludzie mogli spędzać na nim czas bez poczucia, że znajdują się w zamkniętym schronieniu, ale to było jeszcze za czasów, kiedy nam pomagano. Nie było tu wąskich, metalowych korytarzy, które wielu osobom kojarzyły się z pierwszymi miesiącami po upadku. Przestrzeń otwierała się szeroko, a wysokie sklepienie pozwalało ukryć instalacje i elementy konstrukcyjne. Wzdłuż alei ustawiono ławki, donice z roślinami i niewielkie stoiska. Fontanna nie była szczególnie okazała, ale woda poruszała się w niej nieustannie, odbijając światło na jasnych płytach wokół. Nie wszyscy mieszkańcy lubili to miejsce. Niektórzy uważali, że poświęciliśmy zbyt wiele przestrzeni na coś, co nie produkowało żywności ani nie zapewniało dodatkowej ochrony. Ja uważałem, że ludzie potrzebują również miejsc, w których mogą usiąść, porozmawiać i przez chwilę nie myśleć o pracy. Trudno było utrzymać społeczność, jeśli każda jej część przypominała ludziom, że żyją wyłącznie po to, by przetrwać. Na ekranie przemknęła pielęgniarka, a zaraz za nią mężczyzna prowadzący dziecko za rękę. Kilka osób siedziało przy stolikach przed pubem. Przy fontannie starszy człowiek czytał gazetę, którą ktoś wydrukował w miejskiej drukarni. Nie było w tym nic nadzwyczajnego. Potem zauważyłem Noah. Wyszła z przychodni z niewielką torbą przewieszoną przez ramię. Nie wyglądała na osobę, która wiedziała, dokąd chce pójść. Zatrzymała się kilka kroków od wejścia, rozejrzała po alei i przez chwilę obserwowała przechodzących ludzi.

Później ruszyła przed siebie. Nie szła szybko. Zatrzymywała się przy kolejnych punktach, spoglądała na tablice informacyjne i czytała oznaczenia przy wejściach. Kiedy mijała grupę rozmawiających mieszkańców, zwolniła na moment, jakby próbowała wychwycić sens rozmowy, ale nie zatrzymała się na tyle długo, by ktokolwiek zwrócił na nią uwagę. Jej ostrożność nie przypominała zachowania Sarah. Sarah od początku patrzyła na miasto jak na problem, który należało rozwiązać. Zwracała uwagę na strażników, kamery, zamki i punkty kontrolne. Interesowało ją, gdzie znajdowały się przejścia, które drzwi otwierano kartą, a które wymagały kodu. Nawet kiedy rozmawiała z kimś z warsztatu, jej wzrok wędrował po otoczeniu, jakby jednocześnie prowadziła rozmowę i zapamiętywała drogę ucieczki. Noah robiła coś innego. Próbowała zrozumieć, jak żyli ludzie. Nie oznaczało to, że była mniej ostrożna. Po prostu jej uwaga skupiała się na innych rzeczach. Przeszła obok fontanny, przy której dwójka dzieci próbowała utrzymać na wodzie papierową łódkę. Jedno z nich odepchnęło ją zbyt mocno, a łódka zniknęła pod niewielkim strumieniem. Dzieci zaczęły się sprzeczać. Noah obejrzała się przez ramię, ale nie zareagowała. Poszła dalej, w stronę stołówki. Przy wejściu zatrzymała się, żeby przeczytać menu. To mnie rozbawiło. Nie sam fakt, że czytała menu, ale sposób, w jaki podeszła do całej sytuacji. Stała przed tablicą z taką powagą, jakby od jej decyzji zależało coś znacznie ważniejszego niż wybór między zupą a porcją ziemniaków z warzywami. Po chwili zmarszczyła brwi, przeczytała listę jeszcze raz i weszła do środka. Przełączyłem obraz na kamerę obejmującą stołówkę. W środku panował umiarkowany ruch. Przy dłuższych stołach siedzieli pracownicy warsztatów, kilka osób z oddziału medycznego i rodziny, które najwyraźniej postanowiły zjeść razem kolację. Noah ustawiła się w kolejce, wzięła tacę i zamieniła kilka słów z kobietą wydającą posiłki. Potem usiadła przy jednym z wolnych stolików, nieco z boku, ale nie na tyle daleko, żeby wyglądało to na celową izolację. Jadła powoli, obserwując ludzi. Zauważyłem, że od czasu do czasu zerkała na inne stoliki, kiedy ktoś się śmiał albo podnosił głos. Nie wyglądała na przestraszoną. Raczej na osobę, która próbuje oswoić się z nowym otoczeniem i zrozumieć jego zasady, zanim sama zacznie w nim uczestniczyć.

W pewnym momencie mężczyzna siedzący naprzeciwko niej wskazał na jej tacę i powiedział coś, co wywołało uśmiech na jej twarzy. Nie słyszałem rozmowy. Kamery nie rejestrowały dźwięku w większości ogólnodostępnych miejsc, a ja nie zamierzałem zmieniać tego tylko po to, żeby wiedzieć, o czym rozmawiała z obcym człowiekiem. Wystarczyło mi, że nie wyglądała, jakby chciała natychmiast wrócić do mieszkania. Kiedy skończyła jeść, odniosła tacę i wyszła na skwer. Zatrzymała się przy ławce zajmowanej przez starszą kobietę. Kobieta miała siwe włosy upięte w luźny kok, na kolanach trzymała torbę z włóczką, a obok niej leżała książka w miękkiej okładce, znałem ją dość dobrze — Linda, była z nami od początku, staruszka która rzucała mądrościami. Noah zwolniła, jakby zastanawiała się, czy powinna przejść dalej, ale starsza kobieta uniosła głowę i coś do niej powiedziała. Noah odpowiedziała. Po kilku sekundach usiadła obok niej. Przez następne kilkanaście minut nie przemieszczały się z miejsca. Kobieta mówiła więcej, Noah słuchała, od czasu do czasu wtrącając krótką odpowiedź. Raz roześmiała się, zakrywając usta dłonią, a starsza kobieta poklepała ją po ramieniu. Noah nie znała jej, a mimo to rozmowa najwyraźniej przychodziła jej łatwiej niż rozmowy z ludźmi odpowiedzialnymi za jej przyjęcie. Być może dlatego, że starsza kobieta nie miała nad nią żadnej władzy. Być może dlatego, że nie oczekiwała od niej wyjaśnień. A może po prostu obie potrzebowały kogoś, z kim można było porozmawiać bez zastanawiania się, czy każde słowo zostanie później wykorzystane przeciwko nim. Odchyliłem się na krześle i skrzyżowałem ręce na piersi. Nie powinienem był poświęcać temu tyle uwagi. Miałem do przejrzenia raport z wyprawy, listę brakujących części do systemu wentylacyjnego i kilka spraw, które Marus zostawił na moim biurku. Zamiast tego siedziałem przed monitorem i obserwowałem, jak nowa mieszkanka miasta rozmawia ze starszą kobietą na ławce. Jeśli Marus dowiedziałby się o tym, miałbym o czym słuchać przez następny tydzień. Na ekranie Noah wstała, pożegnała się z kobietą i ruszyła w stronę niewielkiego placu położonego za fontanną. Znajdowało się tam kilka ławek, stół do gry i wolna przestrzeń, którą dzieci wykorzystywały do zabaw. Chłopiec, który bawił się tam z piłką, zauważył Noah i podbiegł do niej. Powiedział coś, wskazując na piłkę, a potem na pusty fragment placu. Noah pokręciła głową. Chłopiec nie ustąpił. Złapał ją za rękaw i ponownie wskazał piłkę, tym razem z taką determinacją, że nawet przez ekran mogłem wyobrazić sobie jego argumenty. Noah rozejrzała się, jakby szukała kogoś dorosłego, kto mógłby ją uratować. Nie znalazła nikogo. W końcu odłożyła torbę na ławkę. Chłopiec natychmiast rzucił jej piłkę. Nie była to szczególnie dobra gra. Noah najwyraźniej nie zamierzała biegać po placu jak dziecko, a chłopiec miał problem z oceną siły własnych kopnięć. Piłka kilka razy potoczyła się poza wyznaczoną przestrzeń. Za pierwszym razem Noah tylko ją podniosła. Za drugim chłopiec pobiegł po nią sam, a za trzecim oboje zaczęli się śmiać, kiedy piłka odbiła się od ławki i wróciła prosto pod jej nogi. Nie wiedziałem, dlaczego zatrzymałem obraz na dłużej. Może dlatego, że od miesięcy widziałem na tych ekranach głównie ludzi spieszących się do pracy, strażników wykonujących obchody i mieszkańców, którzy próbowali zmieścić całe życie w ściśle określonych godzinach. Widok kogoś, kto po prostu bawił się z dzieckiem, był tak zwyczajny, że aż dziwnie łatwo było o nim zapomnieć. Noah nie wyglądała już na osobę, która chce jak najszybciej znaleźć drogę do wyjścia. Przynajmniej nie w tej chwili.

Sarah skończyła zmianę później. Wiedziałem, że miała rozpocząć pracę w warsztacie po południu, ponieważ Barry potrzebował czasu, by wprowadzić ją w obowiązujące procedury i sprawdzić, jakie umiejętności rzeczywiście posiadała. Nie zamierzałem pozwolić jej zbliżać się do centralnych systemów komunikacyjnych, dopóki nie ustalimy, czy jej wcześniejsze kontakty z buntownikami stanowią zagrożenie. Nie oznaczało to jednak, że miała spędzić cały miesiąc, wykonując bezwartościowe zadania. Jeśli potrafiła naprawiać urządzenia, mogliśmy wykorzystać jej umiejętności w mniej wrażliwych częściach warsztatu. Na kamerze przy wejściu do sektora technicznego pojawiła się tuż przed zamknięciem zmiany. Miała na sobie roboczą koszulę z podwiniętymi rękawami, a włosy związała w ciasny kucyk. Wyglądała na zmęczoną, ale nie na niezadowoloną. Po drodze rozmawiała z mężczyzną, który był jej szefem w dziale technicznym. Wskazywała na coś, co trzymała w dłoni, a on odpowiedział jej gestem, jakby tłumaczył, w jaki sposób należało naprawić urządzenie. Nie znałem treści rozmowy, ale Sarah wyglądała na bardziej zaangażowaną niż spodziewałem się po kimś, kto jeszcze poprzedniego dnia protestował przeciwko przydzielonej pracy. Być może warsztat rzeczywiście jej odpowiadał. A może po prostu wiedziała, że jeśli chce mieć jakąkolwiek szansę na zdobycie informacji, musi najpierw pokazać, że potrafi być użyteczna. W obu przypadkach nie zamierzałem wyciągać wniosków na podstawie jednego wieczoru. Sarah opuściła sektor techniczny i ruszyła w stronę mieszkalną. W przeciwieństwie do Noah nie zatrzymywała się przy stoiskach ani nie zaglądała do lokali. Zwracała uwagę na oznaczenia, rozmieszczenie strażników i kamery nad przejściami. Przy jednym ze skrzyżowań zwolniła, żeby przyjrzeć się zamkniętym drzwiom prowadzącym do strefy technicznej, a potem odwróciła głowę w stronę windy transportowej. Nie próbowała wejść do żadnego z tych miejsc. Po prostu zapamiętywała. Jej zachowanie było na tyle subtelne, że większość mieszkańców nie zwróciłaby na nie uwagi. Ja jednak znałem ten rodzaj obserwacji. Sam poruszałem się w ten sposób, kiedy trafiałem do nieznanego budynku albo obcego terenu. Najpierw ustalałem drogi wejścia i wyjścia, sprawdzałem przeszkody, zapamiętywałem miejsca, w których można było znaleźć osłonę. Różnica polegała na tym, że Sarah nie robiła tego po to, by wiedzieć, jak bezpiecznie przeprowadzić patrol. Ona szukała drogi ucieczki. Musiałem to przerwać, zbyt dużo czasu spędziłem na oglądaniu nowych mieszkanek. Więc wyłączyłem kamery i wróciłem do pracy. Kiedy już wszystko było gotowe, a przynajmniej większość — wróciłem do swojego pokoju. Nie posiadałem mieszkania jak inni cywile czy żołnierze. Nie chciałem odbierać im dodatkowej przestrzeni więc mój dom powstał z pokoju obok biura. Mały, skromny, z paroma pamiątkami rodzinnymi i planami dotyczącymi przyszłości miasta. Znów nie mogłem zasnąć. Nie było to nic nowego. Sen przychodził do mnie nieregularnie, a w ostatnich miesiącach coraz częściej budziłem się przed czasem, z głową pełną spraw, które wymagały rozwiązania. Zwykle pomagało mi czytanie albo przeglądanie raportów. Tej nocy nie miałem ochoty na jedno ani drugie. Usiadłem na skraju łóżka i sięgnąłem po telefon. Na ekranie pojawiło się powiadomienie. Przez chwilę patrzyłem na nazwę nadawcy, zanim otworzyłem wiadomość.

“Czy wszystkie piętra wyglądają tak samo, czy to, na którym byłam, jest po prostu najładniejsze?”

Przeczytałem pytanie raz, potem drugi. Nie wiedziałem, dlaczego wybrała akurat mnie do zadawania pytań o miasto. Mogła zapytać któregoś z mieszkańców, pielęgniarkę z przychodni albo starszą kobietę, z którą rozmawiała na skwerze. Być może właśnie to zrobiła, a teraz chciała sprawdzić, czy moja odpowiedź będzie różnić się od tego, co usłyszała od innych. A może po prostu pamiętała, że powiedziałem jej, by napisała, jeśli będzie miała pytania. Nie powinienem był zachęcać jej do tego, jeśli nie chciałem później odpowiadać.

“Nie, każde ma inne zastosowanie. Są części przeznaczone do magazynowania, części techniczne i takie, które mają siłownie na treningi. Jest tu dość dużo rzeczy.”

“Czyli te mniej zabawne piętra.”

Przez sekundę wpatrywałem się w ekran. Potem, ku własnemu zaskoczeniu, parsknąłem cichym śmiechem. Nie był to szczególnie zabawny żart. Właściwie był dość głupi. Właśnie dlatego zadziałał. Oparłem łokieć o kolano i przesunąłem dłonią po twarzy, jakbym w ten sposób mógł pozbyć się reakcji, która pojawiła się zupełnie niepotrzebnie.

“Na tych poziomach ludzie mają inne problemy.”

“No tak, pewnie nikt nie pyta, czy zagrają w piłkę tylko czy naprawią wentylację.”

“Zwykle pytają Marusa.”

“To ten, który chciał przyprowadzić cię do przychodni?”

Zatrzymałem palec nad ekranem. Nie pamiętałem, żebym wspominał jej imię Marusa podczas rozmowy. Być może usłyszała je na korytarzu. Być może ktoś powiedział jej, kto odpowiada za wyprawy i logistykę. Nie było w tym niczego szczególnie podejrzanego, ale jej uwaga zwróciła moją uwagę.

“Tak.”

Przez chwilę nie przychodziła kolejna wiadomość. Odłożyłem telefon na łóżko, przekonany, że rozmowa dobiegła końca. Wtedy ekran ponownie się rozświetlił.

“Wyglądał na kogoś, kto ma dużo cierpliwości, skoro z tobą wytrzymuje.”

“Nie pozwoliłem ci na takie komentarze.”

“To nie była prośba o pozwolenie.”

Pokręciłem głową. Nie znałem jej nawet od dwóch dni, a już zdążyła znaleźć sposób, żeby odpowiedzieć mi tak, jakbyśmy rozmawiali znacznie dłużej. Nie wiedziałem, czy wynikało to z odwagi, zadziorności czy z tego, że za ekranem łatwiej było jej zapomnieć, z kim rozmawia. Za chwilę przyszła następna wiadomość.

“Taka starsza pani ze mną dziś rozmawiała, mówiła, że jesteś dupkiem, który dba o dobro innych.”

Uśmiech zniknął mi z twarzy, choć nie dlatego, że poczułem się urażony. Linda nie była pierwszą osobą, która krytykowała moje decyzje. Nie była też ostatnią. Jeśli coś mnie niepokoiło, to fakt, że Noah zaczynała poznawać miasto przez ludzi, a nie przez oficjalne komunikaty. Mogła usłyszeć historie, które przedstawiały mnie w sposób, z jakim się nie zgadzałem. Mogła również usłyszeć rzeczy, których nie chciałem, by wiedziała. Nie zamierzałem jednak zabraniać jej rozmów. Nie byłoby to rozsądne, a poza tym dokładnie tego oczekiwałaby po kimś, kto chciałby kontrolować każdy jej krok.

“Każdy ma prawo do własnego zdania.” — odpisałem.

“Ja dopiero swoje wyrabiam.”

“Powodzenia. Nie łam zasad.”

“A ty może pójdź spać? Słyszałam, że siedzisz za długo nad raportami, a i uważaj na szwy. Dobranoc.”

Zamarłem. Przez kilka sekund patrzyłem na ekran, próbując sobie przypomnieć, kto mógł jej o tym powiedzieć. Marus. Oczywiście, że Marus. Pewnie wspomniał o tym przy okazji rozmowy o mojej ranie albo powiedział coś przy niej na korytarzu. Nie mogłem wykluczyć, że sam Reyes również uznał za stosowne wygłosić podobną uwagę. W tym mieście najwyraźniej wszyscy wiedzieli, że nie sypiam wystarczająco długo. Z wyjątkiem mnie, jak twierdził Marus. Odpisałem krótko.

“Dobranoc Noah. Pilnuj telefonu.”

Przed Sarah, przed samą sobą i przed nim.

NOAH (4)

Obudziłam się, zanim rozległ się sygnał budzika. Przez kilka sekund leżałam nieruchomo, wpatrując się w sufit naszego nowego mieszkania. Nadal nie potrafiłam przyzwyczaić się do myśli, że znajdowałam się pod ziemią, oddzielona od powierzchni grubymi warstwami betonu, stali i skał. Nie widziałam nieba, nie słyszałam wiatru ani ptaków. Zamiast tego docierał do mnie jednostajny szum wentylacji i odległy odgłos czyichś kroków na korytarzu. Trzeci dzień. Nie wiedziałam, czy powinnam uznać to za dobrą, czy złą wiadomość. Miasto było znacznie większe niż początkowo sądziłam.

Poprzedniego dnia, po pracy, udało mi się zobaczyć zaledwie niewielką część jednego z poziomów. Przeszłam przez plac z fontanną, zajrzałam do jadalni, odkryłam pub i czytelnię, a potem spędziłam trochę czasu na ławce, obserwując ludzi, którzy zachowywali się tak, jakby świat na powierzchni wciąż istniał w swojej dawnej postaci. Dzieci biegały między ławkami. Ktoś niósł papierową torbę z jedzeniem. Para starszych ludzi siedziała przy fontannie, spierając się o coś z taką swobodą, jakby ich największym problemem było to, kto spóźnił się dziś do pracy. To właśnie było w tym miejscu najbardziej niepokojące.

Nie jego rozmiar ani systemy bezpieczeństwa. Nieuzbrojeni strażnicy i zamknięte przejścia. Tylko fakt, że życie tutaj naprawdę toczyło się dalej. Sarah siedziała już na swoim łóżku, ubrana i gotowa do wyjścia. Włosy związała niedbale, a palcami wystukiwała nerwowy rytm na kolanie. Od chwili, gdy się obudziłam, nie spojrzała na mnie ani razu. Znałam ją wystarczająco długo, żeby wiedzieć, kiedy coś ją dręczy. Zwykle potrafiła zamienić nawet najgorszą sytuację w żart, ale ostatnio jej poczucie humoru ustępowało miejsca rosnącej irytacji.

Każda zamknięta brama, każdy strażnik i każde przypomnienie o obowiązujących zasadach tylko pogarszały sprawę.

— Mam dość tego czekania — rzuciła Sarah. — Nie będę siedzieć na dupie, aż łaskawie pozwolą nam wyjść.

Podniosłam się z kanapy w salonie, przecierając twarz dłońmi. Sarah powiedziała to spokojnie, lecz właśnie ten spokój zaniepokoił mnie bardziej niż kolejna gwałtowna deklaracja. Brzmiała tak, jakby od dawna układała w głowie plan i wreszcie zdecydowała się wprowadzić go w życie. Zamierzała znaleźć buntowników. Była przekonana, że skoro Kieran i jego ludzie kontrolowali miasto, musieli istnieć również tacy, którzy sprzeciwiali się ich władzy. Ludzie niezadowoleni z zasad, zamkniętych przejść i decyzji podejmowanych przez dowództwo. Sarah wierzyła, że wystarczy odnaleźć odpowiednie osoby, a wtedy zyska sprzymierzeńców, którzy pomogą nam wydostać się na powierzchnię. Słuchałam jej, siedząc na brzegu łóżka i czułam, jak narasta we mnie niepokój.

— Sarah, nawet nie wiesz, kim są ci ludzie. A jeśli cię wykorzystają? Albo Kieran się dowie?

Sarah spojrzała na mnie z irytacją. Nie uważałam, że Kieran powinien decydować za nas. Nie podobało mi się, że trafiliśmy do celi, że zabrano nam rzeczy i że ktoś inny ustalał, gdzie możemy przebywać. Ale przez ostatnie dwa dni zobaczyłam wystarczająco dużo, by wiedzieć, że to miejsce nie było jedynie wojskową bazą pełną uzbrojonych ludzi. Opowiedziałam jej o placu, o stoiskach z jedzeniem, czytelni i starszej kobiecie, którą spotkałam poprzedniego dnia. O dzieciach biegających po alejkach i ludziach, którzy najwyraźniej mieszkali tu od dawna. O tym, że miasto miało własne ogrody, warsztaty i miejsca, w których mieszkańcy mogli odpocząć po pracy. Nie próbowałam przekonywać Sarah, że Kieran miał rację. Po prostu chciałam, żeby zobaczyła coś więcej niż mury.

— Fajnie. Mają fontannę. I co z tego, skoro nie możemy stąd wyjść?

I ciężko było się z nią nie zgodzić, ale z drugiej strony? Na zewnątrz panowała apokalipsa, a tutaj można było spróbować żyć na nowo.

— Wiem, że cię to wkurwia. Mnie też. Ale możemy po prostu przeczekać ten cholerny miesiąc?

— Nie, Noah. Może zamiast gadać ze staruszkami, pomogłabyś mi znaleźć wyjście z tego pieprzonego więzienia?

— Ej, próbuję się dowiedzieć, jak to miejsce działa, dobra? To chyba nie zbrodnia.

— Nie, właśnie nie dobra! Ty bawisz się w pielęgniarkę, a ja mam udawać, że nas tu nie zamknęli? Wiesz co? Pieprzyć to. Sama czegoś poszukam w technicznym.

Nasza rozmowa zakończyła się bez porozumienia. Sarah ruszyła do drzwi, rzucając mi tylko krótkie spojrzenie, a ja zostałam jeszcze przez chwilę na łóżku. Miałam nieprzyjemne przeczucie, że to nie była ostatnia taka rozmowa. A ja musiałam zbierać się do pracy. Poranek w klinice minął spokojniej niż poprzedni. Doktor Reyes przydzielił mi kilka zadań, które nie wymagały specjalistycznej wiedzy. Pomagałam porządkować zapasy, sprawdzałam daty ważności leków i przenosiłam opatrunki do magazynku.

Praca przypominała mi trochę dawne życie, choć wtedy moim największym zmartwieniem bywał brak czystych szklanek albo klient, który uznał, że czekanie pięciu minut na zamówienie jest osobistą zniewagą. Tutaj pięć minut mogło oznaczać różnicę między spokojem a katastrofą. Mimo to praca miała w sobie coś kojącego. Pozwalała mi zająć myśli i na chwilę zapomnieć, że nie wiedziałam, co dzieje się z moimi rodzicami. Nie musiałam myśleć, czy Emily i Daniel, moi rodzice, wciąż żyją, czy gdzieś na powierzchni istniało miejsce, do którego mogłabym wrócić, ani czy Sarah naprawdę zamierzała wciągnąć nas w kolejną niebezpieczną sytuację.

Wystarczyło liczyć bandaże, układać pudełka i słuchać poleceń. W głębi serca poczułam miłe, ciepłe uczucie, kiedy pozwolono mi zrobić zastrzyk starszemu panu. Poczułam się… potrzebna. Reyes okazał się cierpliwy, choć miał wyraźną tendencję do sprawdzania wszystkiego dwa razy. Nie narzekałam. Wolałam pracować z kimś, kto traktował ostrożność poważnie, niż z osobą przekonaną, że improwizacja rozwiąże każdy problem. Kiedy skończyłam zmianę, ramiona miałam obolałe, a żołądek domagał się jedzenia. Umyłam ręce, przebrałam się i ruszyłam w stronę mieszkania, zastanawiając się, czy Sarah będzie już na miejscu.

Była.

Po raz pierwszy od naszego przybycia obie skończyłyśmy pracę o podobnej porze. Powinnam była się z tego cieszyć. W normalnych warunkach wspólny wieczór oznaczałby coś prostego: posiłek, odpoczynek, może rozmowę o głupotach, które pozwalały nam na chwilę zapomnieć o wszystkim innym.

Tym razem wystarczyło jedno spojrzenie, bym zrozumiała, że spokój nie potrwa długo.

Sarah siedziała przy stole. Na blacie leżały jakieś notatki, a obok nich kubek z wystygłą kawą. Kiedy weszłam, szybko przesunęła papiery pod rękę, ale zdążyłam zauważyć kilka zapisanych nazw i numerów sektorów.

Zatrzymałam się przy drzwiach.

Nie musiałam pytać, czym się zajmowała.

— Serio? Już zaczęłaś? — spytałam, patrząc na papiery.

Sarah odsunęła krzesło i wstała. W jej twarzy pojawiło się napięcie, które znałam aż za dobrze. Przez trzy lata przetrwałyśmy dzięki temu, że potrafiłyśmy sobie ufać, nawet kiedy nie zgadzałyśmy się w każdej sprawie. Ale zaufanie nie oznaczało, że mogłam bez końca udawać, iż jej decyzje nie będą miały wpływu na nas obie. Powiedziała, że nie zamierza czekać, aż Kieran zdecyduje, czy zasługujemy na wolność. Znalazła już kilka osób, które mogły mieć powiązania z opozycją. Nie wiedziała jeszcze, czy rzeczywiście byli buntownikami, ale zamierzała to sprawdzić. Poczułam, jak ściska mi się żołądek.

— Nie możesz chodzić od człowieka do człowieka i pytać, kto chce pomóc nam spierdalać. Przecież ktoś cię w końcu wsypie.

— A ty przestań udawać, że wszystko jest cudownie, bo mają tu fontannę i parę książek.

Zabolało. Sarah dobrze wiedziała, gdzie uderzyć. Nie uważałam tego miejsca za raj, do cholery. Po prostu nie chciałam znów pakować nas w kłopoty, zanim w ogóle zrozumiemy, z kim mamy do czynienia.

— Ty naprawdę myślisz, że każdy, kto nie lubi Kierana, od razu jest po naszej stronie? — zapytałam.

— Myślę, że przynajmniej ktoś tu ma jaja, żeby się mu postawić.

— A jeśli nas sprzedadzą? Jeśli trafimy z powrotem do celi?

— To co proponujesz? Żebym grzecznie siedziała i czekała?

— Proponuję, żebyś choć raz pomyślała, zanim coś zrobisz!

Sarah cofnęła się, jakbym ją uderzyła.

— Wiesz co? Pierdol się, Noah. Przynajmniej próbuję nas stąd wyciągnąć.

— A ja przez trzy lata próbowałam utrzymać nas przy życiu! — wyrwało mi się. — Nie po to, żebyś teraz wszystko spieprzyła!

Przez moment patrzyłyśmy na siebie bez słowa. Sarah była dla mnie rodziną. Tym bardziej bolało, że zaczynałyśmy traktować się jak wrogowie.

— Nie będę tu siedzieć wiecznie — powiedziała w końcu.

— Ja też nie chcę. Ale nie zrobię czegoś głupiego tylko po to, żeby ci to udowodnić.

Odwróciła się ode mnie. Złapałam kurtkę i wyszłam, trzaskając drzwiami tak mocno, że echo poniosło się po korytarzu. Potrzebowałam chwili bez niej. Bez rozkazów, planów i tego ciągłego strachu, że stracę ostatnią bliską mi osobę. Ruszyłam przed siebie, nie wiedząc, dokąd. Mijałam kolejne oznaczenia sektorów, aż w końcu trafiłam na plac z fontanną. Usiadłam na ławce. I dopiero tam, wśród obcych ludzi zajętych własnym życiem, zaczęłam płakać. Wkurzało mnie to. Przeżyłam trzy lata na powierzchni, a teraz rozsypałam się po kłótni z Sarah. Ale łzy leciały dalej, choć próbowałam je wycierać. Właśnie wtedy ktoś usiadł obok mnie.

— Jeśli płaczesz przez tę fontannę, to rozumiem. Też mnie czasem irytuje, ponoć generuje “duże koszty”.

Podniosłam głowę tak gwałtownie, że prawie uderzyłam się w kolano. Obok siedziała dziewczyna, której nie mogłam mieć więcej niż dziewiętnaście lat. Miała długie, czarne włosy opadające luźno na ramiona, żywe oczy i uśmiech, który sprawiał wrażenie zupełnie nieprzystającego do świata, w którym żyłyśmy. Wyglądała, jakby właśnie wyszła na spacer, a nie natknęła się na obcą osobę płaczącą na ławce. W dłoni trzymała papierową torbę, z której wystawał kawałek pieczywa.

— Nie płaczę przez fontannę — mruknęłam, wycierając policzek.

— Szkoda. Już chciałam napisać skargę. Bardzo obraźliwą.

Spojrzałam na nią nieufnie, ale jej uśmiech był tak rozbrajająco szczery, że kącik ust drgnął mi wbrew woli. Dziewczyna wyciągnęła z torby małą paczkę chusteczek i podała mi ją bez zbędnych pytań. Nie próbowała pocieszać mnie na siłę ani wypytywać, co się stało. Po prostu siedziała obok, jedząc pieczywo i od czasu do czasu rzucając krótkie spojrzenia w moją stronę. Po kilku minutach mój oddech wreszcie się uspokoił.

— Mara — przedstawiła się. — A ty jesteś Noah, prawda?

Zamarłam. Nie wiedziałam, czy powinnam być zdziwiona, że mnie znała. W końcu w mieście tej wielkości trudno było pozostać anonimowym, szczególnie jeśli przybyło się tutaj niedawno i od razu trafiło pod obserwację dowództwa.

— Jestem siostrą Kierana — dodała z uśmiechem, widząc moją minę.

Kieran. No tak. Poczułam dziwną mieszaninę zażenowania i irytacji. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałam, było to, żeby dowódca miasta dowiedział się, że jego nowa podopieczna siedziała na ławce i płakała jak dziecko. Spojrzałam na dziewczynę uważniej, była w niej lekkość, której dawno nie widziałam u nikogo w naszym wieku. Nie beztroska, bo ta zniknęła ze świata razem z dawnym porządkiem, lecz coś bardziej upartego. Jakby dziewczyna świadomie odmawiała pozwolenia, by wszystko, co się wydarzyło, odebrało jej zdolność do cieszenia się drobiazgami.

— Chodź na drinka. Mamy pub, a Max robi takie paskudztwo, że po dwóch łykach zapomnisz, czemu płakałaś. Albo stracisz smak. Jedno z dwóch.

Jak mogłam odmówić takiej propozycji. Zaśmiałam się pod nosem i poszłam za dziewczyną. Pub znajdował się kilka przejść dalej. W środku był o wiele większy niż się spodziewałam. Miał drewniany bar, kilka rzędów stołów i długie ławy ustawione pod ścianami. Nad barem wisiały stare lampy, a na jednej ze ścian ktoś powiesił wyblakłe plakaty zespołów, których nazwy niewiele mi mówiły. W środku było ciepło i głośno. Ludzie rozmawiali, śmiali się, grali w karty. Ktoś puścił muzykę tak cicho, że ledwie przebijała się przez gwar. Nie przypominało to miejsca stworzonego wyłącznie po to, żeby przetrwać. Przypominało bar, do którego mogłabym kiedyś wpaść po pracy, zanim świat się skończył. Mara znała większość z siedzących tam osób. Przywitała się z barmanem, zamieniła parę słów z kobietą siedzącą przy końcu lady, po czym zaprowadziła mnie do stolika w spokojniejszej części sali. Zamówiła dla nas dwa drinki. Nie były wyszukane, ale wystarczająco mocne, by rozluźnić napięcie w moich ramionach. Kiedy mój napój był już w połowie pusty, Mara oparła łokcie na stole.

— No dobra. To kto cię tak wkurwił?

Spojrzałam na szklankę.

— Pokłóciłam się z Sarah. Moją przyjaciółką.

— A, ta, która z tobą przyjechała? Poszło o faceta?

Podniosłam głowę.

— Co?

— Pytam tylko! Widziałam tu awantury o gorsze rzeczy. Ktoś kiedyś prawie pobił się o ostatnią czystą koszulkę.

— Nie chodzi o żadnego mężczyznę.

— A szkoda. Już miałam powiedzieć, że facet pewnie nie jest wart zachodu.

Parsknęłam śmiechem. Mara uśmiechnęła się z zadowoleniem, jakby właśnie osiągnęła cel, który postawiła sobie jeszcze przy fontannie.

— Więc o co poszło?

Przez chwilę zastanawiałam się, ile powinnam jej powiedzieć. Nie chciałam opowiadać nieznajomej o wszystkim, co działo się między mną a Sarah. Nie dlatego, że nie ufałam Marze, ale dlatego, że sama nie potrafiłam jeszcze uporządkować własnych myśli.

— Sarah, ona chce uciec. I zaczyna robić rzeczy, które mogą nas obie wpędzić w niezłe gówno.

— A ty? Nie chcesz wyjść?

— Chcę móc sama zdecydować. Ale mamy tu siedzieć miesiąc. Jeden miesiąc. Po co ryzykować teraz?

— Boisz się o nią, co?

— Jasne, że tak. Przez trzy lata miałyśmy tylko siebie.

Mara upiła łyk swojego drinka.

— Wiesz, czasem ktoś tak bardzo chce udowodnić, że się nie boi, że robi pierwszą głupotę, jaka mu przyjdzie do głowy.

Jej słowa zabrzmiały zaskakująco poważnie jak na kogoś, kto jeszcze kilka minut wcześniej żartował z moich łez i porównywał mój stan do przegranej walki z cebulą.

— A ty? — zapytałam. — Nigdy nie chciałaś stąd uciec?

Mara spojrzała w stronę baru.

Przez krótką chwilę jej uśmiech przygasł, ale nie zniknął całkowicie.

— Oczywiście, że chciałam. Byłam młodsza, kiedy wszystko zaczęło się sypać. Wydawało mi się, że jeśli tylko znajdę się gdzieś indziej, będzie lepiej. Że gdzieś na powierzchni istnieje miejsce, w którym ludzie nadal żyją tak jak dawniej.

— A teraz?

— Teraz wiem, że takie miejsce nie istnieje. Przynajmniej nie w sposób, w jaki sobie je wyobrażałam.

Odchyliła się na krześle i spojrzała na mnie uważniej.

— Nie mówię, że tutaj jest idealnie. Nie jest. Ludzie mają swoje problemy, czasem brakuje nam zapasów, czasem coś się psuje, a czasem ktoś podejmuje decyzję, z którą połowa miasta się nie zgadza. Ale mam tu pracę, wychodzę na powierzchnię z grupą po zapasy, mam własne mieszkanie, własne łóżko, ludzi, do których mogę pójść, kiedy jest mi źle. Mogę się uczyć, wychodzić do pubu, czytać książki i kłócić się z bratem, kiedy uznam, że zachowuje się jak skończony idiota.

— Coś mi mówi, że kłótnie z bratem lubisz najbardziej.

— Top trzy. Bez dwóch zdań.

Uśmiechnęłam się, ale coś w jej słowach zostało ze mną na dłużej. Własne łóżko. Praca. Ludzie. Rzeczy, które kiedyś były oczywistością, a teraz wydawały się luksusem.

— Czyli dla ciebie to nie jest więzienie?

Mara nie odpowiedziała od razu.

— Czasem czuję się tu jak w klatce — przyznała Mara. — Zwłaszcza kiedy Kieran zabrania mi kolejnego patrolu. Ale potem wracam do siebie, kładę się we własnym łóżku i myślę: kurde, przecież mam dom. To chyba zależy od dnia.

— Brzmisz trochę jak ulotka reklamowa tego miejsca.

— Może i brzmię. Ale nie musisz lubić tego miejsca. Sama bym się wkurzyła, gdyby ktoś przywiózł mnie tu bez pytania. Po prostu… rozejrzyj się, zanim zdecydujesz, że wszystko jest do dupy.

Przez chwilę milczałam. Nie wiedziałam, czy bardziej zaskakiwało mnie to, że Mara rozumiała moje wątpliwości, czy fakt, że nie próbowała ich za wszelką cenę rozwiać. W ostatnich dniach słyszałam wiele wyjaśnień. Kieran mówił o bezpieczeństwie i konieczności obserwacji. Sarah mówiła o wolności i prawie do decydowania o sobie. Każde z nich miało swoje racje, a ja znajdowałam się gdzieś pomiędzy, próbując nie stracić z oczu tego, co było dla mnie najważniejsze. Nie chciałam być czyimś narzędziem. Nie chciałam też spędzić reszty życia w strachu przed podejmowaniem decyzji. Zaczęłam się zastanawiać, do której grupy tak naprawdę należę, może do żadnej.

— To twój brat zawsze chodzi z miną, jakby chciał kogoś rozstrzelać? Czasami jest straszny.

Mara od razu się ożywiła.

— Kieran?

Skinęłam głową.

— Straszny? Nie. Uparty jak osioł? O tak. Jak przepali się żarówka, zachowuje się, jakby osobiście zawiódł całą ludzkość. Ale nie mów mu, że to powiedziałam.

Rozbawiło mnie to, zaśmiałam się biorąc kolejnego łyka.

— Kieran jest trudny. Zawsze był. Przed epidemią służył w wojsku, a potem pracował przy tym projekcie. Z ludźmi od rządu. Wiesz, rozkazy, procedury, te sprawy. Do dziś nie potrafi odpuścić nawet na pięć minut.

— Czekaj. Dla rządu?

— Tak. Budowali to jako schronienie. Zapasy, zabezpieczenia, cała ta infrastruktura. Miało nam wystarczyć, aż na górze zrobi się bezpieczniej.

Mara obracała szklankę między palcami.

— Tyle że coś poszło nie tak. Kieran pokłócił się z ludźmi, którzy tym wszystkim zarządzali. Nie zgadzał się z ich decyzjami i w pewnym momencie przestał uważać, że można im ufać. Resztę pewnie łatwo sobie wyobrazić. Teraz to miejsce jest pod jego kontrolą, a nie rządu.

— Zaraz, ale buntownicy mówili, że to rządowy obiekt. Że Kieran jest jakimś ważniakiem, który dostaje wszystko, czego chce. To co się właściwie stało?

Mara uniosła wzrok. Przez ułamek sekundy miałam wrażenie, że mogłaby odpowiedzieć. Że zna historię, której nie usłyszałam od nikogo innego, i że gdyby tylko chciała, mogłaby mi wyjaśnić, dlaczego Kieran tak bardzo nie ufa obcym. Zamiast tego pokręciła głową.

— Nie chcę opowiadać za niego. Naprawdę. Ale ci ludzie tutaj… to nie są jacyś więźniowie, Noah. To nasi bliscy.

Nie naciskałam. Nie podobało mi się, że nie znałam prawdy, ale rozumiałam, że każdy miał prawo zachować część swojego życia dla siebie. Sama nie opowiadałam wszystkim o tym, co wydarzyło się na punkcie ewakuacyjnym. Nie mówiłam o ostatnim razie, kiedy widziałam ojca ani o tym, jak próbował przedostać się przez tłum w stronę mamy. Nie mówiłam, że pamiętałam jego twarz wyraźniej niż wiele innych rzeczy z tamtego dnia.

Niektóre wspomnienia były zbyt ciężkie, by oddawać je komuś, kogo znało się od kilkunastu minut.

— Czyli twój brat jest królem podziemia?

Mara wybuchnęła śmiechem.

— Błagam, nie mów mu tego. Jeszcze każe sobie postawić tron.

— Naprawdę?

— Jasne. Skromność to jego drugie imię. Zwłaszcza kiedy ktoś mu mówi, że nie ma racji.

— Brzmi znajomo.

— Widzisz? Już się rozumiemy.

Dopiłam drinka i odstawiłam szklankę na stół. Przez resztę wieczoru rozmawiałyśmy o mniej poważnych sprawach. Mara opowiedziała mi o ogrodach pod sztucznym światłem, o niewielkim boisku, na którym mieszkańcy organizowali mecze, i o czytelni, w której podobno znajdowała się półka z książkami, których nikt nie chciał ruszać, ponieważ Linda twierdziła, że są źle napisane. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio tak swobodnie rozmawiałam z kimś nowym. Może przed apokalipsą, kiedy jeszcze wierzyłam, że ludzie pojawiający się w moim życiu mogą po prostu zostać w nim na dłużej, bez konieczności zastanawiania się, czy jutro będę musiała przed nimi uciekać. Mara nie próbowała zastąpić Sarah ani wchodzić w rolę przyjaciółki, której nagle potrzebowałam. Po prostu siedziała naprzeciwko mnie, opowiadała historie i od czasu do czasu rzucała komentarz, który sprawiał, że zapominałam o kłótni. Kiedy w końcu wstałyśmy, poczułam się lżejsza. Nie szczęśliwa. Niespokojna na tyle, by wszystkie moje wątpliwości zniknęły. Po prostu mniej samotna.

— Dzięki za drinka — powiedziałam, kiedy wyszłyśmy na aleję.

— Nie ma sprawy. Następnym razem ty stawiasz.

— A jeśli nie będzie następnego razu?

Mara spojrzała na mnie, jakbym właśnie zadała najbardziej absurdalne pytanie wieczoru.

— To znajdę cię i wystawię rachunek. Nie myśl, że ci odpuszczę.

Pokręciłam głową z uśmiechem.

— Jesteś niemożliwa.

— Wiem. Brat powtarza mi to od lat.

Zatrzymała się przy skrzyżowaniu.

— Ja idę tędy. Ty wracasz do mieszkania?

Skinęłam głową.

— Tak.

— Dobrze. I Noah?

Spojrzałam na nią.

— Nie musisz dziś wszystkiego ogarniać. Serio. Weź jutro wolne u Reyes’a albo skończ wcześniej, pośpij, zjedz coś dobrego na stołówce. Świat się nie zawali, jak przez jeden dzień odpuścisz.

Przez chwilę nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Mara uśmiechnęła się, pomachała mi na pożegnanie i ruszyła w przeciwną stronę. Patrzyłam za nią przez kilka sekund, zanim sama skręciłam w stronę mieszkania. Nie znałam jej dobrze. Nie wiedziałam, czy powinnam wierzyć we wszystko, co powiedziała o Kieranie ani czy jej spojrzenie na miasto nie było zbyt łagodne, ponieważ dorastała tutaj i nie znała innego życia. Ale kiedy szłam przez oświetloną aleję, po raz pierwszy od przyjazdu nie widziałam wyłącznie murów. Widziałam ludzi, którzy próbowali zbudować sobie życie z tego, co im zostało. Nie byłam jeszcze gotowa uznać, że to miejsce mogłoby stać się moim domem. Jednak zaczynałam rozumieć, dlaczego niektórzy chcieli tu zostać.

Zobaczyłam Kierana przypadkiem. Właściwie najpierw zobaczyłam papierosa i dym, a dopiero potem jego. Stał w niewielkim przejściu prowadzącym na boczną część alei, oparty ramieniem o ścianę. Miał na sobie ciemną koszulę z podwiniętymi rękawami, a światło padające z góry podkreślało linię jego szczęki i zmęczenie widoczne pod oczami. W jednej dłoni trzymał papierosa, a drugą wsunął do kieszeni spodni. Wyglądał na człowieka, który wyszedł na chwilę, żeby nikt nie zawracał mu głowy. Zatrzymałam się odruchowo. Mogłam zawrócić. Udawać, że go nie zauważyłam, i wybrać inną drogę. Po ostatnich dniach nie byłam pewna, czy miałam ochotę na kolejną rozmowę z człowiekiem, który trzymał mnie w mieście wbrew mojej woli. Kieran jednak podniósł głowę. Nasze spojrzenia się spotkały.

— Noah.

Nie zabrzmiało to jak pytanie.

— O. Cześć — wydukałam.

Przez moment żadne z nas się nie odezwało. Jego wzrok przesunął się po mojej twarzy, jakby próbował ustalić, czy coś się wydarzyło. Być może nadal wyglądałam na zapłakaną. Nie miałam pojęcia, czy starannie zmyłam z policzków wszystkie ślady.

— Późno wracasz — zauważył.

— A co, mamy godzinę policyjną?

— Nie — odparł, unosząc brew.

— No to chyba nie ma problemu.

Przez chwilę patrzył na mnie w milczeniu. Potem opuścił wzrok na papierosa.

— Chcesz?

Spojrzałam na niego zaskoczona.

— Ty palisz? — zdziwiłam się. — W sumie… chciałabym.

Zawahałam się, po czym przyjęłam papierosa, którego podał mi z paczki. Wyciągnął zapalniczkę i osłonił płomień dłonią, kiedy nachyliłam się, by go odpalić. Zaciągnęłam się ostrożnie. Dym podrażnił mi gardło. Kaszlnęłam, odwracając głowę, a Kieran spojrzał na mnie z czymś, co mogło być rozbawieniem.

— Nie śmiej się. Palę raz na jakiś czas.

Przez chwilę staliśmy w milczeniu. Z głównej alei dochodził gwar rozmów, odgłosy kroków i cicha muzyka z pubu. Woda w fontannie szumiała gdzieś dalej, niewidoczna z miejsca, w którym się zatrzymaliśmy. Kieran wyglądał na zmęczonego. Nie tak, jak ludzie po długiej zmianie, którzy marzyli tylko o jedzeniu i łóżku. Raczej jak ktoś, kto przez cały dzień nosił na barkach zbyt wiele spraw i nie potrafił odłożyć ich nawet na kilka minut.

— Gdzie byłaś? — zapytał.

Zawahałam się, ale wiedziałam, że powinnam odpowiedzieć spokojnie i zgodnie z prawdą, w końcu trwała moja obserwacja.

— W pubie.

Jego spojrzenie przesunęło się na mnie.

— Sama?

— Z twoją siostrą, jeśli chcesz wiedzieć.

Kieran spojrzał na mnie uważniej, jakby próbował mnie rozgryźć. Może bał się o siostrę? W końcu wciąż byłam nieznajomą.

— Znalazła cię na placu?

— Nie mogłam powstrzymać zdziwienia.

— Skąd wiesz?

— Znam Marę. A plac jest monitorowany. Zanim zapytasz: nie, nie siedziałem i nie gapiłem się na ciebie przez kamerę.

Wypowiedział to w taki sposób, jakby wyjaśniało absolutnie wszystko. I może rzeczywiście tak było. Powiedziałam mu, że Mara zabrała mnie do pubu i opowiedziała trochę o początkach miasta. Nie wspomniałam o naszej rozmowie o rządzie ani o tym, że zaczęłam zastanawiać się, co właściwie wydarzyło się między nim a ludźmi, którzy pierwotnie odpowiadali za ten projekt. Kieran nie próbował mnie wypytywać. Zapytał tylko, czy dobrze się bawiłam. Przyznałam, że tak. Przez moment wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie jedynie wypuścił dym i oparł głowę o ścianę.

— Mara potrafi znaleźć człowieka w najmniej odpowiednim momencie — mruknął.

— To dobrze, że mnie znalazła. Inaczej pewnie dalej siedziałabym przy tej cholernej fontannie.

Nie zapytał, dlaczego. Doceniłam to bardziej niż chciałam przyznać. Rozmawialiśmy jeszcze przez kilka minut o mieście, o tym, że nie zdążyłam zobaczyć nawet połowy poziomu, i o pracy w klinice. Kieran nie próbował przekonywać mnie, że powinnam tu zostać. Nie obiecywał też, że wkrótce będziemy mogły odejść. Zachowywał się tak, jakby rozumiał, że żadna z tych rzeczy nie zależała wyłącznie od niego. Zanim się rozeszliśmy, przypomniał mi, żebym nie zapuszczała się do sektorów technicznych bez pozwolenia. Nie zabrzmiało to jak groźba, raczej jak ostrzeżenie kogoś, kto nie miał ochoty wyciągać mnie z kolejnych kłopotów. Obiecałam, że będę uważać.

Nie byłam pewna, czy uwierzył. Kiedy wróciłam do mieszkania, było już późno. Sarah siedziała na swoim łóżku, z podciągniętymi kolanami i książką leżącą obok. Nie czytała. Poznałam to po sposobie, w jaki trzymała wzrok na jednej stronie, nie przewracając kartki. Zamknęłam drzwi ciszej niż poprzednim razem. Przez chwilę żadna z nas się nie odezwała. Wciąż czułam resztki złości, ale teraz mieszały się z czymś znacznie cięższym. Nie chciałam spędzić kolejnego dnia, udając, że moja najlepsza przyjaciółka jest mi obojętna tylko dlatego, że nie potrafiłyśmy dojść do porozumienia. Usiadłam na swoim łóżku i przez chwilę patrzyłam na dłonie.

Koniec końców przeprosiłam ją za to, co powiedziałam. Nie za sam sprzeciw, bo nadal uważałam, że miałyśmy powody, by zachować ostrożność, ale za to, że pozwoliłam, by zmęczenie i strach zamieniły rozmowę w kłótnię. Sarah przesunęła się bliżej, a ja oparłam głowę na jej ramieniu. Nie potrzebowałyśmy wielkich deklaracji. Przez trzy lata nauczyłyśmy się, że czasami pojednanie polega po prostu na tym, że ktoś zostaje obok, nawet kiedy obie wiemy, iż problem wcale nie zniknął. Przez kilka minut rozmawiałyśmy o mniej ważnych sprawach. Opowiedziałam jej o Marze i pubie, ale pominęłam szczegóły dotyczące rozmowy z Kieranem.

Nie chciałam, żeby Sarah uznała, że jego siostra próbowała mnie przekonać do pozostania w mieście. Nie miało to nic wspólnego z tym, co rzeczywiście się wydarzyło. Kiedy obydwie miałyśmy już dość, rozeszłyśmy się do naszych sypialni. Zanim jednak zamknęłam oczy wpełzłam pod kołdrę i wyciągnęłam telefon spod poduszki. Szlag… mało baterii. — szepnęłam do siebie. Otworzyłam czat z Kieranem, jedna nieodczytana wiadomość.

“Mara to dobra dziewczyna, jak kiedyś jeszcze będziesz płakać, pewnie też ci pomoże.”

Cholera. Skąd on… cóż pewnie miałam jeszcze zapłakane oczy, kiedy z nim rozmawiałam. Mimo wszystko dobrze się stało, temu co do mnie napisał nie dało się zaprzeczyć. Mara wydawała się dobrą dziewczyną, a skoro byli rodzeństwem to może Kieran też nie był taki zły. Myślałam jeszcze chwilę o rozmowie na temat rządu i Kierana. Wszyscy buntownicy są przekonani, że on jest swego rodzaju dowódcą rządowym, tymczasem został po prostu wybrany przez ludzi na dowodzącego tylko dlatego, że mu na nich zależy. Byłam ciekawa co wydarzyło się między nim i organizacją, nie zamierzałam jednak pytać go o to w wiadomości przez telefon. Ale chciałam coś odpisać. Z jakiegoś powodu nie miałam ochoty kończyć tej konwersacji.

“Masz może ładowarkę? Te gniazdka są jakieś dziwne.” — zmieniłam temat.

Odpowiedź przyszła od razu.

“Podejdź jutro przed pracą do mojego biura, piętro 1, najwyższe. Znajdziesz. Pożyczę ci.”

“Dzięki… dobranoc.”

“Dobranoc.”

No to czekała mnie wyprawa przed pójściem do przychodni. Warto. Warto zachować telefon przy życiu. I może warto byłoby faktycznie poprosić Reyes’a o dzień wolnego, żebym mogła skorzystać z dogodności miasta. Może warto.

NOAH (5)

Tydzień później.

Tydzień wystarczył, żebym przestała liczyć drzwi dzielące nasze mieszkanie od wyjścia na główny plac. Na początku robiłam to niemal odruchowo. Zapamiętywałam skrzyżowania korytarzy, numery sektorów, oznaczenia schodów i wszystkie miejsca, w których widziałam strażników. Wiedziałam, którędy najłatwiej wrócić do przychodni, gdzie znajdowała się najbliższa klatka schodowa i które przejścia pozostawały zamknięte dla mieszkańców. Teraz potrafiłam przejść z mieszkania do pracy, nie zastanawiając się nad drogą. Nie oznaczało to, że zapomniałam, w jaki sposób się tutaj znalazłam. Kieran przywiózł nas wbrew naszej woli. Odebrał nam możliwość odejścia i postawił warunki, na które nigdy się nie zgodziłyśmy. Miesiąc obserwacji. Miesiąc udowadniania, że nie stanowimy zagrożenia. Minął dopiero tydzień. A jednak coraz częściej łapałam się na tym, że kiedy myślałam o powrocie do mieszkania po pracy, używałam w głowie słowa dom. Nie mówiłam tego na głos. Zwłaszcza przy Sarah. Przez ostatnie dni zaczęłyśmy rozmawiać ze sobą znacznie mniej. Nie pokłóciłyśmy się ponownie, przynajmniej nie tak, żeby trzaskać drzwiami, ale między nami pojawiła się ostrożność, której wcześniej nie znałyśmy. Sarah wychodziła rano do warsztatu, wracała późnym popołudniem i coraz częściej znikała jeszcze na godzinę lub dwie. Kiedy pytałam, gdzie była, odpowiadała wymijająco. Przestałam pytać. Wiedziałam, czego szukała. Ludzi, którzy nie zgadzali się z Kieranem. Kogoś, kto znał tajne przejścia, potrafił wyłączyć zabezpieczenia albo miał kontakt z buntownikami na powierzchni. Sarah była przekonana, że prędzej czy później trafi na właściwą osobę. Nie rozumiała, dlaczego nie chcę jej pomagać. A ja nie rozumiałam, dlaczego tak trudno było jej dostrzec, co znajdowało się wokół nas. Miasto nie było idealne. Widziałam strażników kontrolujących przepustki, słyszałam kłótnie o przydziały i znałam ludzi, którzy narzekali na ograniczenia. Nie wszyscy lubili Kierana. Niektórzy uważali go za zbyt surowego, inni mieli dość jego zasad. Ale widziałam również rzeczy, o których na powierzchni mogłyśmy tylko marzyć. Dzieci wracające ze zajęć edukacyjnych z zeszytami pod pachą. Kobietę, która codziennie wystawiała przed swój lokal doniczki z ziołami. Mężczyznę naprawiającego stare radio dla sąsiadki, chociaż ta nie miała mu czym zapłacić. Rodziców siedzących wieczorami na ławkach, podczas gdy ich dzieci biegały po placu. Widziałam ludzi, którzy nie musieli zasypiać z nożem pod poduszką. I chyba właśnie to najbardziej mnie przekonywało. Nie Kieran. Nie jego obietnice ani zasady. Zwyczajne życie. Ładowarkę dostałam od niego następnego ranka po naszej rozmowie. Jego biuro rzeczywiście znajdowało się na najwyższym poziomie. Zanim tam dotarłam, dwa razy pomyliłam schody, a przy trzecim przejściu strażnik zapytał mnie, dokąd idę. Kiedy odpowiedziałam, że do Kierana, zmierzył mnie spojrzeniem, jakbym właśnie oznajmiła, że zamierzam odwiedzić prezydenta. Kieran siedział za biurkiem zawalonym dokumentami. Miał na sobie czarną koszulkę z podwiniętymi rękawami, a obok jego łokcia stał kubek kawy. Bez zbędnych pytań podał mi ładowarkę i niewielki adapter.

— Powinna pasować.

— Dzięki. Oddam, kiedy naładuję telefon.

— Nie spieszy mi się.

Wychodząc, zauważyłam na jednej ze ścian dużą mapę miasta, pełną oznaczeń i kolorowych pinezek. Chciałam zapytać o kilka rzeczy, ale spojrzałam na zegarek i zorientowałam się, że jeśli natychmiast nie wyjdę, spóźnię się do Reyes’a. Kieran zauważył moje spojrzenie.

— Pytania możesz zostawić na wieczór.

— Skąd wiesz, że miałam jakieś pytania?

— Takie przeczucie.

Nie mogłam się z nim kłócić. Od tamtej pory pisaliśmy do siebie niemal każdej nocy. Czekałam, aż Sarah zaśnie w swojej sypialni, wyciągałam telefon z ukrycia i opierałam się plecami o poduszki. Czasami zaczynałam od pytania o miasto, czasami opowiadałam mu o czymś, co wydarzyło się w przychodni. O starszym mężczyźnie, który uparcie twierdził, że jego kolano przewiduje awarie systemu wentylacji. O dziewczynce, która przyniosła Reyes’owi rysunek przedstawiający go jako człowieka z sześcioma rękami, bo „ciągle coś robi”. O Lindzie, która powiedziała mi, że jeśli jeszcze raz zobaczy mnie biegnącą przez plac bez śniadania, osobiście zaciągnie mnie do stołówki. Kieran odpisywał, choć czasem dopiero po godzinie. Zdarzało się, że jego odpowiedź składała się z jednego zdania. Innym razem cierpliwie tłumaczył mi, jak działały farmy, skąd brano wodę i dlaczego niektóre sektory miały ograniczony dostęp. Nie zdradzał wszystkiego. Gdy pytałam o kwestie bezpieczeństwa, potrafił zakończyć temat tak szybko, jak go zaczęłam. Ale coraz częściej rozmawialiśmy również o rzeczach, które nie miały nic wspólnego z miastem. Dowiedziałam się, że nie znosi słodkiej kawy, lubi stare książki i nie potrafi zrozumieć, dlaczego Mara uważa karaoke za rozrywkę. On z kolei wiedział już, że przed epidemią pracowałam w barze przy plaży, nie umiem utrzymać przy życiu nawet kaktusa i bardzo tęsknię za morzem. Nie pytał o moich rodziców. Byłam mu za to wdzięczna. Czasami miałam wrażenie, że łatwiej rozmawiało mi się z nim przez ekran niż twarzą w twarz. Wiadomości dawały nam kilka sekund na zastanowienie, zanim któreś napisało coś głupiego. Nie musiałam również znosić jego spojrzenia, które zawsze sprawiało, że zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem nie powiedziałam za dużo. W ciągu dnia widywaliśmy się rzadko. Ja miałam przychodnię. On, jak podejrzewałam, połowę miasta na głowie.

Reyes szybko przestał traktować mnie jak przypadkową dziewczynę przydzieloną do pomocy. Pierwszego dnia pilnował, żebym nie dotykała niczego bez pytania. Czwartego zostawił mnie samą z listą dostaw, kartotekami i pacjentem, który przyszedł po zmianę opatrunku. Po tygodniu zaczął wołać mnie z drugiego końca przychodni, kiedy nie mógł znaleźć własnych okularów. Najczęściej miał je na głowie. Praca zajmowała mi większą część dnia, ale coraz częściej zostawałam po godzinach albo pomagałam mieszkańcom w drodze do mieszkania. Pani Harlow z sektora mieszkalnego C miała problemy z chodzeniem, więc czasem zanosiłam jej obiad ze stołówki. Młodemu małżeństwu z trójką dzieci pomogłam przestawić meble, kiedy w ich mieszkaniu naprawiano instalację. Jednej dziewczynce pomogłam odrobić lekcję z matematyki choć szło mi to wyjątkowo kiepsko. Mara najwyraźniej uznała, że jesteśmy przyjaciółkami, zanim zdążyłam wyrazić na ten temat opinię. Wpadła do przychodni któregoś popołudnia z dwiema kawami i oznajmiła, że zabiera mnie wieczorem do pubu.

— Pracuję — przypomniałam jej.

— Wieczorem, Noah. To taka część dnia, która następuje po pracy.

— Naprawdę? Niesamowite.

— Wiedziałam, że się dogadamy.

Reyes, który akurat przechodził obok, pokręcił głową.

— Jeśli Noah przyjdzie jutro na kacu, sama będziesz segregować opatrunki.

Mara uniosła rękę w geście przysięgi.

— Zwrócę ją w stanie nadającym się do użytku.

Nie byłam pewna, czy powinnam jej wierzyć. Tego dnia wszystko zaczęło się od niewielkiej kałuży. Przynajmniej tak wyglądało to na początku. Reyes wyszedł do oddziału mieszkalnego, gdzie starszy pacjent potrzebował pilnej konsultacji. Zostawił mnie z zadaniem uporządkowania magazynku i sprawdzenia terminów przydatności kilku leków. Przychodnia była niemal pusta. Ostatni pacjent wyszedł kilkanaście minut wcześniej, a z sąsiedniego pomieszczenia dochodziło tylko ciche buczenie urządzeń chłodniczych. Zauważyłam wodę, kiedy niosłam karton rękawiczek. Cienka strużka wypływała spod drzwi pomieszczenia gospodarczego. Zatrzymałam się.

— Świetnie — mruknęłam.

Odstawiłam karton i otworzyłam drzwi. Na podłodze stała już woda. Niewielka, odsłonięta część rury przy ścianie przeciekała na łączeniu, a z każdą sekundą strumień stawał się silniejszy. Przez chwilę patrzyłam na to z niedowierzaniem. Potem rzuciłam się po wiadro. Podstawiłam je pod rurę, chwyciłam pierwszą szmatę, jaką znalazłam i spróbowałam docisnąć ją do miejsca wycieku. Nie pomogło. Woda tryskała pod takim ciśnieniem, że w kilka sekund przemoczyła mi rękawy. Rozejrzałam się za zaworem. Na ścianie znajdowały się dwa pokrętła, ale oba wyglądały, jakby nie ruszano ich od lat. Spróbowałam przekręcić pierwsze. Ani drgnęło. Drugie również. Wiadro zaczęło się przepełniać.

— Kurwa…

Wyrwałam szmatę spod strumienia, żeby opróżnić wiadro do odpływu w podłodze, i właśnie wtedy usłyszałam trzask. Łączenie puściło jeszcze bardziej. Strumień uderzył mnie prosto w klatkę piersiową. Cofnęłam się gwałtownie.

— To jakiś żart…

Woda rozpryskiwała się na wszystkie strony. W ciągu kilku sekund miałam mokre włosy, koszulkę i spodnie. Złapałam rurę obiema rękami, próbując docisnąć poluzowany fragment do ściany. Strumień osłabł odrobinę, ale teraz nie mogłam się ruszyć. Stałam więc w pomieszczeniu gospodarczym, trzymając ze wszystkich sił kawałek instalacji, której najwyraźniej postanowiło się umrzeć właśnie na mojej zmianie. Telefon służbowy znajdował się na biurku w głównej sali. Oczywiście.

— Reyes! — krzyknęłam, chociaż wiedziałam, że go nie ma.

Odpowiedziała mi tylko woda. Nie wiem, ile czasu minęło, zanim usłyszałam czyjeś kroki.

— Noah?! — Reyes krzyknął alarmująco.

— Tutaj!

Lekarz pojawił się w drzwiach i zatrzymał tak gwałtownie, że prawie wpadł na framugę. Spojrzał na mnie a potem na rurę, jeszcze później na wodę sięgającą mi już niemal do kostek.

— Co ty zrobiłaś?

— Ja?! Ona sama pękła!

— Dlaczego nie zakręciłaś zaworu?

— Bo najwyraźniej trzeba mieć do tego siłę jakiegoś zmutowanego zombie!

Reyes spróbował poruszyć pokrętłem, ale szybko przekonał się, że miałam rację. Rozejrzał się po pomieszczeniu, a potem sięgnął po radio przypięte do pasa.

— Wezwę technicznych.

— To wezwij szybko!

Przez radio zgłosił awarię. Po krótkiej wymianie zdań okazało się, że ekipa techniczna pracowała przy uszkodzonym zasilaniu w innej części miasta. Reyes zacisnął usta i zmienił kanał.

— Kieran, słyszysz mnie?

Zamarłam. Ze wszystkich osób, które Reyes mógł wezwać na pomoc, wybrał właśnie Kierana. Po prostu ze wszystkich ludzi w tym mieście Reyes postanowił zadzwonić właśnie do niego.

— Słyszę.

— Potrzebuję kogoś, kto zna instalację przychodni. Pękła rura, a zawór jest zablokowany.

Krótka cisza.

— Gdzie jest ekipa techniczna?

— Zajęta przy zasilaniu. A ja mam tutaj małą powódź.

— Odcięliście dopływ?

Reyes spojrzał na mnie.

— Próbujemy.

— Będę za kilka minut.

Radio ucichło.

— Zadzwoniłeś do Kierana? — zapytałam.

— Zna główne zawory tego poziomu.

— Nie ma nikogo innego?

— Jeśli chcesz, mogę poprosić Lindę. Z pewnością będzie miała kilka uwag na temat twojej techniki trzymania rury.

Zmrużyłam oczy. Reyes uśmiechnął się niewinnie.

— Zaraz wracam. Muszę zabezpieczyć sprzęt i sprawdzić, czy woda nie dostała się do gabinetów — wyszedł zostawiając mnie samą.

— Nie, no, Reyes… Hej! Sama tego nie utrzymam! Cholera…

Kieran zjawił się szybciej niż się spodziewałam. Usłyszałam jego kroki, a potem głos dochodzący z głównej sali.

— Reyes?

— Tutaj! — odkrzyknęłam.

Wszedł do pomieszczenia i stanął w progu. Przez kilka sekund nie mówił zupełnie nic. Jego spojrzenie przesunęło się po zalanej podłodze, przepełnionym wiadrze i moich dłoniach zaciśniętych na rurze. Na końcu zatrzymało się na mojej twarzy. Mokre włosy przykleiły mi się do policzków. Czułam, jak woda spływa mi po plecach.

— Cześć — powiedziałam z wymuszonym spokojem i zakłopotaniem.

Kącik jego ust drgnął.

— Widzę, że dobrze się bawisz.

— Fantastycznie. Polecam.

Wszedł do środka, uważając na śliską podłogę.

— Gdzie Reyes?

— Ratuje sprzęt.

Kieran obejrzał łączenie, które próbowałam utrzymać na miejscu.

— Długo tak stoisz?

— Wystarczająco, żeby rozważyć zmianę zawodu.

— Nie puszczaj jeszcze. Muszę odciąć wodę. — ruszył w stronę wyjścia.

Przykucnął obok rury. Wyjął z kieszeni niewielką latarkę, przyjrzał się mocowaniu i przeklął cicho pod nosem.

— Co? — zapytałam natychmiast.

— Nic, czego nie da się naprawić.

Minęła minuta. Potem druga. Ramiona zaczęły mnie boleć od utrzymywania rury. Woda nadal przeciskała się między moimi palcami, chociaż większość strumienia kierowałam w stronę wiadra. Nagle ciśnienie osłabło. Jeszcze trochę. I wreszcie woda przestała tryskać. Odetchnęłam tak głęboko, jakbym właśnie wynurzyła się spod powierzchni jeziora. Puściłam rurę i opuściłam ręce. Kieran odłożył torbę z narzędziami na stolik obok, jego rękawy były mokre tak samo jak nogawki spodni, jednak to nic w porównaniu co do mojego stanu. Kiedy podszedł bliżej by poprawić ostatnią uszczelkę odsunęłam się robiąc mu więcej miejsca, czułam jak dosłownie przeciekam. To zdecydowanie nie był mój najlepszy dzień w pracy. Przyglądałam mu się zza pleców, pracował sprawnie, bez pośpiechu. Odkręcił uszkodzone mocowanie, wymienił pękniętą uszczelkę i zabezpieczył łączenie nowym zaciskiem. Przyjrzałam się również jego dłoniom. Miał na nich drobne blizny, a na przedramieniu, spod rękawa, widziałam fragment tatuażu. Poruszał się pewnie, jak człowiek, który nie pierwszy raz naprawiał coś, co powinno należeć do obowiązków zupełnie innego działu. Kieran dokończył mocowanie, a potem wstał i sprawdził je jeszcze raz.

— Zaraz puszczę wodę. Jeśli będzie szczelne, Reyes może już normalnie korzystać z przychodni, przydałoby się tylko wytrzeć podłogę.

— A jeśli nie?

— Wtedy będziesz miała kolejną okazję do kąpieli.

— Bardzo zabawne.

Wyszedł na moment, żeby odkręcić dopływ. Obserwowałam rurę z podejrzliwością, gotowa rzucić się na nią ponownie. Nic się nie wydarzyło. Ani kropla. Kiedy Kieran wrócił, rozłożyłam ręce.

— Jestem pod wrażeniem. — powiedziałam, nieco sarkastycznie

— Staram się.

— Powinieneś dostać medal.

— Wystarczy, że nie zalejesz przychodni drugi raz.

— Przypominam, że to nie była moja wina. — uniosłam lekko głos, choć tak naprawdę nie byłam zła.

— Oczywiście.

Zrobiłam krok w jego stronę. I wtedy moja stopa poślizgnęła się na mokrych płytkach. Wszystko wydarzyło się błyskawicznie. Poczułam, jak tracę równowagę. Odruchowo wyciągnęłam ręce, próbując złapać się czegokolwiek, ale zanim zdążyłam upaść, Kieran chwycił mnie w pasie i przyciągnął do siebie. Jedną dłonią przytrzymał moje plecy, drugą złapał mnie za przedramię. Zamarłam. Byłam tak blisko, że widziałam drobne zmarszczki w kącikach jego oczu i ciemny zarost na szczęce. Pachniał kawą, mydłem i czymś, czego nie potrafiłam nazwać. Przez krótką chwilę żadne z nas się nie poruszyło.

— Ostrożnie — powiedział cicho.

— Przepraszam… — odsunęłam się w miarę możliwości.

Dopiero kiedy odzyskałam równowagę, dotarło do mnie, jak długo trzymał mnie w ramionach. Byłam przemoczona, z włosami przyklejonymi do policzków, a mimo to najbardziej przeszkadzało mi ciepło jego dłoni, które wciąż czułam na plecach. Uniosłam wzrok. Kieran przyglądał mi się z ledwie dostrzegalnym rozbawieniem, jakby doskonale wiedział, co właśnie wytrąciło mnie z równowagi. I nie chodziło wcale o śliską podłogę.

— Wyglądasz, jakby ktoś wrzucił cię do basenu.

Spojrzałam na niego. Potem na wiadro stojące obok mojej nogi. Było w nim jeszcze trochę wody. Bardzo powoli uniosłam wzrok.

— Naprawdę?

Kieran podążył za moim spojrzeniem.

— Noah. — ostrzegł.

— Co?

— Nawet o tym nie myśl. Mam pracę do zrobienia.

Do dziś nie wiem, co mnie podkusiło. Może miałam już dość zachowywania się rozsądnie przez cały tydzień. Może fakt, że byłam przemoczona do suchej nitki, a on stał przede mną w idealnie suchej koszulce. A może po prostu jego mina. Chwyciłam wiadro.

— Noah — powtórzył ostrzegawczo.

Za późno. Chlusnęłam wodą prosto na niego. Nie było jej dużo, ale wystarczyło, żeby przemoczyć przód jego koszulki i spodnie. Zapadła cisza. Kieran spojrzał w dół. Potem bardzo powoli podniósł głowę a ja przycisnęłam puste wiadro do piersi.

— Teraz wyglądamy podobnie.

Nie odpowiedział. Zrobił krok w moją stronę. Cofnęłam się. Chyba jednak przegięłam.

— Hej, nie, nie, nie to tak nie działa.

Nabrał dłonią wody z pojemnika i ochlapał mnie prosto w twarz. Pisnęłam z zaskoczenia.

— Kieran!

Tym razem uśmiechnął się bez ukrywania tego.

— Teraz jesteśmy kwita.

— Absolutnie nie jesteśmy!

Złapałam mokrą szmatę z blatu i wycisnęłam ją nad jego ramieniem. Woda spłynęła mu po ręce. Przez sekundę patrzyliśmy na siebie. Potem oboje ruszyliśmy jednocześnie. Nie była to żadna prawdziwa bitwa. Raczej idiotyczna wymiana kilku garści wody i prób uniknięcia kolejnego ochlapania. Kieran miał nade mną ogromną przewagę wzrostu, więc za każdym razem, gdy próbowałam sięgnąć jego ramienia, odsuwał się o krok albo łapał mnie za nadgarstek. W końcu udało mi się trafić go mokrą szmatą w bok.

— Jesteś z siebie dumna?

— Bardzo.

Chwycił pusty pojemnik, a ja natychmiast uniosłam ręce.

— Dobra! Poddaję się!

— Za późno.

— Kieran, przysięgam…

Z pojemnika spadło na mnie zaledwie kilka kropli. Popatrzyłam na mokrą plamkę na rękawie, potem na Kierana — i wybuchnęłam śmiechem. Musiałam oprzeć się o blat, żeby nie stracić równowagi po raz trzeci. Kieran stał naprzeciwko mnie z pustym pojemnikiem, najwyraźniej świadomy, jak absurdalnie wygląda cała sytuacja. W końcu i on parsknął śmiechem. Krótko, cicho, ale zupełnie szczerze. Zaskoczyło mnie to bardziej niż cała nasza wodna bitwa. Przez moment nie wyglądał jak dowódca, który pilnuje każdego słowa i gestu. Wyglądał po prostu jak mężczyzna, któremu udało się na chwilę zapomnieć o obowiązkach.

— Nie wierzę — powiedziałam.

— W co?

— Że potrafisz się śmiać. — uśmiechnęłam się.

— Nie przyzwyczajaj się Leavigne. — zaprzeczył.

Już otwierałam usta, żeby odpowiedzieć, kiedy cofnęłam się o krok i znów trafiłam na mokrą płytkę. Stopa uciekła mi spod ciężaru ciała. Zaklęłam pod nosem, lecz zanim zdążyłam runąć na podłogę, Kieran złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie.

— Może jednak przestań się ruszać — mruknął.

— To podłoga ma ze mną problem.

Jego dłoń spoczywała na mojej talii. Moja ręka, zupełnie odruchowo, zatrzymała się na jego mokrej koszulce. Tym razem nie odsunęliśmy się od razu. Widziałam, że na jego policzku została kropla wody. Przesunęła się powoli wzdłuż linii szczęki i zniknęła w ciemnym zaroście. Kieran spojrzał na moją twarz. Przez moment miałam wrażenie, że chce coś powiedzieć.

— Noah?

Odwróciłam głowę. W drzwiach stała Sarah. Jej spojrzenie przesunęło się po zalanej podłodze, mokrych ubraniach Kierana, jego dłoni na mojej talii i mojej ręce opartej na jego klatce piersiowej. Zamarłam. Kieran natychmiast mnie puścił, upewniwszy się wcześniej, że stoję stabilnie. Sarah uniosła brwi.

— Widzę, że masz bardzo wymagającą pracę.

— Sarah, to nie…

— Nie przeszkadzam.

Powiedziała to tak sucho, że poczułam, jak policzki zaczynają mi płonąć.

— Pękła rura — wyjaśniłam szybko, tylko że już sama do siebie, bo moja przyjaciółka zdążyła wyjść z przychodni.

Przez kilka sekund wpatrywałam się w puste drzwi. Sarah zobaczyła dokładnie tyle, ile wystarczyło, by wyciągnąć najgorsze możliwe wnioski. Doskonale wiedziałam, co czeka mnie wieczorem. Sarah nie należała do osób, które pozwalały takim sytuacjom przejść bez komentarza, zwłaszcza jeśli dotyczyły Kierana. Westchnęłam ciężko i mruknęłam, że chyba właśnie podpisałam na siebie wyrok. Kieran podniósł z podłogi szmatę i stwierdził, że Sarah wyglądała raczej na niezadowoloną niż gotową do morderstwa. Nie podzielałam jego optymizmu. Nie wracaliśmy już do tego, co wydarzyło się chwilę wcześniej. Zamiast tego podał mi mop i wskazał wodę rozlaną przy drzwiach, jakby sprzątanie było najrozsądniejszym sposobem zakończenia całego zamieszania. Reyes wrócił kilkanaście minut później. Zatrzymał się na widok Kierana wycierającego podłogę i mnie, która próbowałam wykręcić wodę z włosów. Zmierzył nas oboje długim spojrzeniem, po czym zerknął na naprawioną rurę. Kiedy zapytał, dlaczego oboje wyglądamy, jakbyśmy właśnie wrócili z basenu, Kieran z całkowicie poważną twarzą oznajmił, że sprawdzaliśmy odpływ. Reyes przez chwilę milczał, po czym westchnął ciężko i stwierdził, że nie chcę wiedzieć niczego więcej. Dostaliśmy suche ręczniki z zapasów przychodni. Kieran przyniósł z magazynku dodatkowy mop, a ja zaczęłam zbierać wodę, zanim dotarła do głównego korytarza. Przez następne pół godziny pracowaliśmy już zupełnie poważnie. Dopiero kiedy ostatnie wiadro zostało opróżnione, a Reyes upewnił się, że instalacja działa, Kieran mógł wrócić do swoich obowiązków.

Po pracy wróciłam do mieszkania, wzięłam prysznic i przebrałam się w suche ubrania. Sarah jeszcze nie było. Na stole leżała kartka z krótką informacją, że zostanie dłużej w warsztacie. Nie napisała, po co. Przez chwilę trzymałam ją w dłoni, zastanawiając się, czy powinnam pójść jej poszukać. Ostatecznie odłożyłam ją na blat. Nie chciałam kolejnej kłótni, zwłaszcza po tym, co zobaczyła w przychodni. Zamiast tego wyszłam spotkać się z Marą. Znalazłam ją na głównym placu, gdzie rozmawiała z dwiema dziewczynami mniej więcej w swoim wieku. Na mój widok pomachała energicznie i natychmiast przedstawiła mnie swoim znajomym. Jedna z nich pracowała w miejskiej kuchni, druga pomagała przy organizowaniu zajęć dla dzieci. Przez kilka minut rozmawiałyśmy o zwyczajnych rzeczach, a ja zorientowałam się, że coraz rzadziej czuję potrzebę przedstawiania się wszystkim od początku. Mara wspomniała, że podobno miałam interesujący dzień w przychodni, ale zanim zdążyłam zapytać, skąd o tym wiedziała, pociągnęła mnie w stronę pubu. Lokal znajdował się niedaleko głównego placu, w części miasta, w której wieczorami robiło się najgłośniej. Za dnia ludzie przychodzili tam na posiłki, ale po pracy przesuwano stoliki, przygaszano część lamp i włączano muzykę. Tego wieczoru w rogu sali stał mikrofon podłączony do starego zestawu nagłośnieniowego. Obok niego wisiała ręcznie napisana kartka:

KARAOKE — NIE ODPOWIADAMY ZA USZKODZENIA SŁUCHU.

Mara zauważyła, że czytam ostrzeżenie, i uśmiechnęła się w sposób, który od razu wzbudził moje podejrzenia. Powinnam była wtedy zawrócić. Usiadłyśmy przy stoliku niedaleko sceny, Mara zamówiła dla nas drinki, a ja przyglądałam się ludziom wypełniającym salę. Rozpoznawałam coraz więcej twarzy. Przy barze siedział mężczyzna, któremu pomagałam kilka dni wcześniej zanieść ciężkie skrzynki do magazynu. Pomachał mi. Przy sąsiednim stoliku zobaczyłam pielęgniarkę z przychodni i dwie kobiety pracujące w ogrodach. Jedna z nich zawołała, żebym koniecznie spróbowała nowych wypieków, bo podobno były lepsze niż te z poprzedniego tygodnia. Ktoś przyniósł dodatkowe krzesło, ktoś inny zapytał, czy Reyes nadal gubi okulary. Nie zauważyłam nawet, kiedy przestałam siedzieć sztywno i zaczęłam rozmawiać tak swobodnie, jakbym znała tych ludzi od miesięcy. Opowiadałam o przychodni, śmiałam się z żartów, których jeszcze tydzień temu pewnie bym nie zrozumiała, i słuchałam historii mieszkańców. Jeden z mężczyzn wspominał, jak przez pierwsze miesiące miasto miało problemy z ogrzewaniem i wszyscy chodzili spać w kilku warstwach ubrań. Kobieta z ogrodów opowiedziała mi o pierwszych udanych zbiorach pomidorów, które świętowano niemal jak narodziny dziecka. W takich chwilach łatwo było zapomnieć, że znajdowałyśmy się głęboko pod ziemią. Mara obserwowała mnie przez jakiś czas, po czym nachyliła się bliżej.

— Dobrze ci tutaj — zauważyła.

Spojrzałam na swój kubek. Nie chciałam przyznawać jej racji zbyt szybko, ale nie miałam też ochoty udawać.

— Staram się — odparłam lekko.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.
E-book
za 18.9
drukowana A5
za 81.9