E-book
10.92
Miłość i Wojna

Bezpłatny fragment - Miłość i Wojna


Objętość:
314 str.
ISBN:
978-83-65543-62-2

Szukałem Ciebie pośród kobiet roju,

Czekałem Ciebie o każdej godzinie

I pełen byłem trwóg i niepokoju,

Że zanim przyjdziesz, życie moje minie.

SZUKAŁEM CIEBIE…”

Kazimierz Przerwa — Tetmajer

Bohaterom powieści: Zosi i Alfredowi

książkę dedykuje

Autor

Słowo od autora

Mimo upływu 75 lat od września 1939 roku wciąż istnieją historie nieznane, fascynujące i budzące kontrowersje. Ten rozdział historii jeszcze dzisiaj razi wieloma mylnymi interpretacjami i niewiedzą o istotnych epizodach września.

Akcja książki toczy się w latach 1939—1947, w czasie trwania drugiej wojny światowej i tuż po niej. Opowiada o młodych ludziach, dla których przyjaźń, wierność, obowiązek i Ojczyzna były autentyczną, a nie tylko deklarowaną wartością. Bohaterami są Michał i Mela, którzy biorą udział w walce przeciw hitlerowskiej okupacji: Michał walczył w kampanii wrześniowej jako podchorąży 19. Pułku Ułanów Wołyńskich, potem w Armii Krajowej, na terenach zaanektowanych przez Sowietów. Mela — w szeregach AK na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Ci młodzi ludzie odznaczali się wyjątkowym bohaterstwem, które było odzwierciedleniem ich miłości do ojczyzny. Chwytając za broń chcieli służyć ojczyźnie, zdawali sobie sprawę, że za tę służbę mogą zapłacić życiem. Jednak dla nich najważniejsza była wolność Polski. Brali udział w niebezpiecznych akcjach, które ujawniały ich zdolności i wszechstronną inteligencję. Dzisiaj są godnymi do naśladowania bohaterami i wzorcami osobowymi.

Należeli do pokolenia, któremu wojna odebrała wszystko: prawo do nauki, bezpieczeństwo domu, marzenia o osobistym szczęściu, miłość, piosenkę, sport. A jednak żyli pełnią życia. Mieli jasno wytknięty cel i nie oszczędzali siebie.

To również opowieść o historii miłości dwojga młodych ludzi. Tuż przed wybuchem II wojny światowej między Melą, uczennicą klasy maturalnej liceum, a Michałem, kolegą z klasy rodzi się uczucie. Z nadzieją na lepszą przyszłość młodzi postanawiają, że on podejmie studia w Akademii Sztuk Pięknych, a ona na medycynie, w przyszłości połączą się węzłem małżeńskim. Jednak zaledwie w kilka tygodni później w wyniku wybuchu wojny, ich marzenia rozpadają się w proch.

Na kartach opowieści bohaterowie, Michał i Mela opowiadają o swoim życiu z różnych perspektyw. Rozdzieliła ich wojna, przypadek zadecydował o ich przyszłości, nie dane im było żyć razem, ale w sferze emocjonalnej, pozostali sobie wierni i pielęgnowali uczucie, które zrodziło się w ich młodych sercach i trwało przez całe życie.

Czy pierwsza miłość może być ostatnią? Mimo przeszkód, wojny, bólu, tragedii, rozpaczy? Mimo dzielących lat, mimo upływającego czasu? Mimo zupełnie innych dróg, które wybrało życie? Mimo niespełnienia się planów i zamiarów? To historia miłości stykającej się z brutalnością wojny, która w tamtych warunkach mogła uleczyć człowieka, pomóc mu odzyskać utracony sens życia.

Poza powieściowymi osobami wszystko jest w tej relacji autentyczne: ludzie, zwierzęta i rzeczy; nazwy miasteczek i wsi; wschód i zachód słońca.

Autentyczne są nazwiska i stopnie wojskowe kadry oficerskiej, 19. Pułku Ułanów Wołyńskich i szlak bojowy tego pułku: od 1 września aż do bitwy pod Dernakami.

Prawdziwe są również nazwiska: Finkelstein Ajzyk Józef, radomski lekarz specjalista neurolog, psychiatra, zamordowany przez Gestapo; Józef Teliga pseudonim „Habdank”, szef wywiadu Radomsko-Kieleckiego Okręgu AK; Józef Kobiałko znany szewc radomski, odznaczony krzyżem Virtuti Militari za waleczność w wojnie polsko-bolszewickiej, zamordowany w 1941 roku w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu.

Prócz dobrze znanych rzeczywistych postaci, wydarzeń i miejscowości, występujących w tej powieści wszelkie pozostałe imiona, nazwiska, bohaterowie, miejsca akcji i zdarzenia są wytworami wyobraźni autora. Jakiekolwiek podobieństwa do podobnych wypadków, miejsc czy żyjących osób są całkowicie przypadkowe.

Pozwolicie państwo, że swoje „słowo” zakończę wypowiedzią polskiego papieża, Świętego Jana Pawła II. „Każdy młody człowiek, znajduje w swoim życiu jakieś swoje Westerplatte, jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić, jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć, jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić, nie można zdezerterować. Wreszcie, jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte. Utrzymać i obronić, w sobie i wokół siebie, obronić dla siebie i dla innych”.

Książka, którą oddaję do rąk Czytelników ma na celu przypominać opisane wydarzenia starszym i młodym pokoleniom, i uchronić je od zapomnienia.

Rozdział I

Od najwcześniejszych lat mały Michał myślał o dalekim świecie. Wiedział o nim już wtedy, gdy dla rówieśników obce lądy były jeszcze mglistą bajką. W małej wiosce, oddalonej kilkadziesiąt kilometrów od miasta powiatowego, żyło się wtedy zacisznie. Michał kochał swoją wieś i jej okolice, pełne uroku lasy pachnące żywicą, zagajniki wzdłuż rzeczki, porośnięte gęsto wyniosłym drzewostanem liściastym, z wijącym się dookoła pni dzikim chmielem, stawy i rozlewiska większe i mniejsze, spotykane w rozległych lasach, do których dojście w wiadomych tylko miejscach było dostępne. Przez bór przechodziła jedna tylko wąska ścieżka, po której można było iść tylko gęsiego. A jakie w tych lasach kipiało życie! Gdy przechodziło się ścieżką, raptem z trzaskiem i chrumkaniem przebiegała obok wataha dzików. Nieco dalej można było zobaczyć stojącą klępę z małym łoszakiem. Z pobliskiego jeziorka dochodziły odgłosy tysięcy kłócących się kaczek.

Ulubionym miejscem Michała było niewielkie wzgórze, na zboczu którego tuż przy drodze samotnie rosła młodziutka brzoza. Miała jasną jak atłas delikatną korę. Po dziecinnemu, radośnie potrząsała gałązkami, jakby witając w zachwyceniu słońce. Lekki wietrzyk muskał ją figlarnie i przeliczał na niej dźwięczne, dukatowe złoto liści. Michałowi wydawało się, że od brzozy, niby od bajecznej lampy, bije łagodne światło. Było coś przekornego, nawet zuchwałego w jej samotności pośród brzydkiego, jesiennego pola.

Michał od najmłodszych lat lubił brzozy. Lubił patrzeć, jak budząc się na wiosnę zaczynają po omacku wyciągać w przestrzeń bezlistne gałązki; pełną piersią wdychać woń ich liści, które wytrysnęły bujnie o świcie; lubił patrzeć, jak gwarnym korowodem suną dookoła polan, jak wyciągają do okien gałązki, gęsto obsypane szronem, i kołyszą się na nich gile…

Kiedy Michał miał sześć lat, ojciec zachorował na gruźlicę i wkrótce zmarł. Pamiętał tylko niektóre szczegóły z jego życia. Jego wąsy, zakręcone, dwoma cienkimi szpileczkami do góry. Uśmiechniętą, wesołą twarz. Opowieści o swoim dzieciństwie na dalekiej Syberii. Jak siadywał w swoim ulubionym wiklinowym fotelu i opowiadał o dalekich krajach i swoich przeżyciach. Jak śpiewał. Do syna mówił Michałku, a on zwracał się do niego tatku. Zapomniał prawie wszystko, ale czasami słowa wracały do niego: wstawaj, wstawaj, Michałku, słońce już wysoko, czekają na ciebie pocałunek mamy i kwiaty w ogródku. Ojciec od matki był dziewięć lat starszy. Służył w carskim wojsku, a potem pojechał za pracą do Ameryki. Lubił rozbijać namiot w sadzie, wśród drzew owocowych. Jeśli musiał, potrafił rozpalić ogień za pomocą kawałka krzemienia. W sobotnie popołudnia zabierał mamę i Michała nad pobliski staw, gdzie plażowali i zażywali kąpieli.

Z tego okresu utkwiło mu w pamięci na całe życie jedno wzruszające wspomnienie:

Pewnego dnia znalazł rannego ptaka — opowiadał kiedyś. Zawinął go ostrożnie w chusteczkę i zaniósł ojcu. „Cóż to takiego?”, zapytał, kiedy położył zawiniątko przed nim na stole. „On jest chory, tatusiu” — odpowiedział. Głos jego brzmiał cichutko i błagalnie. Przyniósł ojcu coś, co w jego przekonaniu powinien umieć naprawić.

Ojciec ujął w dłonie chusteczkę z trzepoczącym się ptakiem. Maleńkie ciało stworzonka rozluźniło się pod wpływem ciepłego dotyku. Ojciec trzymał go tak przez dobre kilka minut, zanim ptak w końcu przestał się ruszać. Umarł w jego dłoniach.

Michał wciąż wracał do tamtej sytuacji. Ojciec musiał zdawać sobie sprawę, że nie zdoła ocalić tego ptaka. A jednak trzymał go w dłoniach, dopóki życie z niego nie uszło.

Po pewnym czasie Michał zrozumiał, że ojciec nie był w stanie uzdrowić każdej zranionej istoty. Że czasem nawet on ponosił klęskę. Michał starał się zawsze o tym pamiętać, kiedy miał wrażenie, że go rozczarowuje.

Matka uczyła w miejscowej szkole. Chłopiec podlegał więc zaborczej opiece matki, jego swoboda była ograniczona. Czytał co popadło, z atlasem pod ręką: budował własny świat i odbywał dalekie podróże.

Kiedy miał trzynaście lat, matce zdarzyła się wielka szansa. Przeniesiono ją do Radomia, powiatowego miasta między Warszawą a Kielcami. Chłopiec miał wkrótce iść do gimnazjum i matka martwiła się od dawna, że wypadnie jej syna wysłać na stancję do jakiegoś obcego miasta. A w Radomiu gimnazjum było na miejscu.

W tym czasie już rozumiał, jak nikłe są jego możliwości poznania dalekiego świata. Mimo to wierzył, że kiedyś zdarzy mu się wielka podróż z urozmaiconymi przygodami. Z takich marzeń chłopcy na ogół wyrastają, a życie przekształca ich w przysięgłych domatorów. I dorośli uśmiechają się pobłażliwie z tych chłopięcych rojeń, skądinąd bardzo pomocnych w nauce geografii.

Nowe miejsca zawsze fascynują, a szczególnie chłopców z wyobraźnią. W grupie rówieśników odkrywał stary park radomski. Do parku prowadziły trzy bramy z ulic Żeromskiego, Słowackiego i Sienkiewicza. Główna aleja prowadziła od gmachu starostwa powiatowego w kierunku kościoła Mariackiego. Między alejami wiły się kręte ścieżki gęsto obsadzone klonami. Złoty liść leżał pokotem na ziemi. Obcasy i odciski butów wciskały go w rozmiękłą żwirową aleję, a przecież lśnił się i żółcił nawet przy nisko płynących chmurach.

Wiosną było tu dopiero pięknie. Park tonął wśród kwiatów i drzew różnorakich, na jesieni postrzępionych, bezlistnych, pogmatwanych wzajemnie gałęziami. Było to bez wątpienia serce miasta, gdzie czas płynął znacznie leniwiej, a słońce mocniej świeciło. Mieszkańcy spacerowali powoli między klombami, przesiadując długie godziny na parkowych ławkach bądź w kawiarni „Latona”. Wokół unosi się charakterystyczny zapach świeżo parzonej kawy. Słychać było szum drzew i śpiew ptaków. Nad całym tym idyllicznym krajobrazem dominowała bryła wybudowanych ruin wieży zamkowej na usypanym niewielkim wzgórzu.

Porządku w parku pilnował stróż, który dzwonkiem obwieszczał wieczorne zamknięcie bram. Od domu Michała park dzieliła zaledwie jedna ulica. Hordy chłopców ruszały zdobywać tę puszczę, w której jak podawała legenda krążył duch Dmitrija Anuczina, w czasach carskich pomysłodawcy założenia parku.

Mijały kolejne lata nauki w gimnazjum, szybko upływały wakacje, aż przyszedł wrzesień. Ciszę w sadzie wokół domu przerywały tylko odgłosy spadających na ziemię dojrzałych owoców i brzęczenie owadów. Pogoda ustaliła się cudna. Słońce grzało jeszcze mocno i rzucało liczne złote blaski. W tych blaskach lśniły czerwone jabłka, a była ich wśród szarych liści taka obfitość, że drzewa zdawały się nimi oblepione. Gałęzie śliw gięły się pod owocem okrytym siwą mgiełką. Pierwsze nitki pajęczyny babiego lata, pouczepiane drzew, drgały wraz z leciuchnym powiewem, tak delikatnym, że nie poruszał nawet liśćmi.

Jesień ta przyniosła Michałowi licealny mundurek. Matczyna opieka stała się mniej wszechogarniająca. Nauka szła chłopcu nieźle, choć nie wkładał w nią szczególnego wysiłku. Uczył się łatwo języków, historię i geografię znał najlepiej w klasie, posiadał niezwykłe zdolności do rysunku i malarstwa, ale na przykład matematyka nudziła go i męczyła.

Bo któż mógł przewidzieć, z czym wyskoczy belfer, mawiał Michał. Byli bowiem i tacy profesorowie, co to z tajemniczym uśmiechem, trzymając notesik przed sobą, prosili uprzejmie o łaskawe przypomnienie czegoś, co już dawno wyleciało z głowy. Na nic błagalne spojrzenia, zerkanie do podręcznika i znaczące chrząkanie pod nosem. Znikąd ratunku ani pomocy. Nie można było liczyć na podszepty. Wystarczył byle szmerek za plecami, aby znaleźć się przy tablicy — bo pan profesor chciał pomóc w zebraniu myśli. Wiadomo, w ławce skrzypienia pulpitów rozpraszają uwagę, po prostu przeszkadzają, więc… I jakże nie być wdzięcznym panu profesorowi za troskę o ciebie? A cóż to za troska! Niejednemu z nich wylazła bokiem. Tablica także. Trzeba było rumienić się ze wstydu, przestępując z nogi na nogę.

— Nie! — postanowił. Trzeba się wystrzegać takiego wstydu.

— Wkuwaj, ucz się, chłopcze… — mawiała często do uczennic i uczniów klasy, wychowawczyni — na starość będzie jak znalazł. Przemawiała po matczynemu, nie tak jak profesor Kunicki.

Ten przemiły nauczyciel matematyki należał do osobistości świata naukowego, które nie nadają się na nauczycieli, gdyż wiedzą za dużo, żeby nieuświadomionym móc ze swojego nadmiaru użyczyć coś więcej ponad niezwiązane z sobą ułamki. Lecz był to bardzo miły człowiek, w równym stopniu gotów do pomocy, co i niezdolny do jej udzielenia; gdy w przeświadczeniu, że nie został w pełni zrozumiany, próbował wytłumaczyć coś jaśniej, wnet dochodził do tego punktu, w którym nawet uzdolnieni do matematyki uczniowie gubili się w tym, co już niby zdołali zrozumieć. A że w podobny sposób już od pierwszej klasy gimnazjum bezskutecznie zabiegał o ich matematyczne wykształcenie, większość z nich, przy pomocy słabo błyskających wspomnień o tym, co przerobili w gimnazjum, z trudem przedzierała się przez gąszcz jego niezgłębionych formułek; wszystko, co w ciągu czterech lat wykładał Kunicki, chyba w żadnym z nich nie pozostawiło wrażenia silniejszego niż u wędrowca wspomnienie gór, przez które przechodzić musiał nocą.

Liceum było koedukacyjne. W tym czasie niespodziewanie zaczęło zmierzchać dzieciństwo. Spostrzegł to wyraźnie któregoś z pierwszych dni w liceum, kiedy jego klasa wychodziła na przerwę i zdumiała go gromada dziewcząt przemieszana z chłopcami, którym zarost ocieniał już policzki, a męskiej powagi dodawały żołnierskiego kroju bluzy Przysposobienia Wojskowego.

Zaczął wtedy dbać o powierzchowność i odsuwać się od tych kolegów, dla których młodzieńcze wygłupy stanowiły wciąż największą radość na przerwach. Pokruszyły się w tym czasie liczne drobne przyjaźnie. Utrzymywała się właściwie tylko jedna, a jej trwałość polegała, być może, na przeciwieństwach obu chłopców. Powolny i pracowity Sławek Pierzchała był nieco wyższy od Michała, jego oczy patrzyły badawczo i jakby nieufnie, a szeroki, lekko wysunięty podbródek nasuwał myśl o uporze.

Późną jesienią pojawiła się w klasie Mela. Oddaliło to wszystkie inne sprawy. Egzotyczne zdrobnienie imienia zgadzało się z niebanalną urodą nowej koleżanki. Amelia Dębińska przyszła do pierwszej klasy liceum tuż przed Zaduszkami.

Uroda Meli nie należała do klasycznych. Może przodkowie niewiadomego pochodzenia obdarzyli ją bogactwem rozmaitości. Wysoka. Doskonały owal twarzy. Usta zmysłowe, o pełnych wargach. Siedząc przy jednym z ostatnich stolików, Michał miał wciąż przed sobą jej delikatny profil i jasny splot włosów upiętych nad karkiem. Miała leciutko skośne brwi nad wielkimi oczami — kiedy patrzyły pogodnie, były zielone — ciemniały w zażartych dyskusjach. W mroku świeciły blaskiem świętojańskich owadów. Ręce bardzo zgrabne, z długimi cienkimi palcami. W samych tych rękach można się było zakochać.

Ruchy Amelii były miękkie, żywe, jej sposób bycia znamionował temperament sangwiniczny, tonowany wysoką kulturą. Posiadała również coś, co przyciągało koleżanki i kolegów, i bynajmniej nie był to wygląd zewnętrzny, choć niezaprzeczalnie była bardzo urodziwą dziewczyną. Jak mało która uczennica w klasie potrafiła słuchać i doradzać, stąd też miała wielu przyjaciół wśród dziewcząt i chłopców.

Jej ojciec, zamożny właściciel fabryki powozów i dorożek konnych, w Radomiu kupił dom; przeniósł się tu z Grudziądza, gdyż w centralnej Polsce, jak przypuszczał, będzie w r a z i e

c z e g o spokojniej.

Mela zyskała wkrótce opinię dobrej, choć nie za bardzo pilnej uczennicy. Do nowego otoczenia odniosła się serdecznie. Nosiła się jak dorosła kobieta — miała wąską, modnego kroju spódniczkę, pielęgnowane paznokcie i nosiła zegarek na ręce.

Zakręciło się przy niej kilku licealistów. Amelia jednak nie lubiła stałości, bawiła się adoratorami, lubiła przelotne sympatie bez zobowiązań.

Michał patrzył na te zabiegi z tajoną wrogością, bowiem od pewnego czasu skrycie kochał się w Meli. Za nic nie dałby poznać po sobie, że dziewczyna bardzo go interesuje. Nie był chłopcem nieśmiałym, podobał się dziewczętom i od niedawna o tym wiedział. Lecz nie dopatrywał się zachęty w uśmiechu, którym go czasem obdarzała. Zamieniał kilka zdań i starał się wycofać.

Powoli zbliżała się wiosna. Kasztany napuchły pąkami, a gdzieniegdzie nagle, w ciągu nocy, wytryskały już kremowe kwietne stożki. Mela biegała co dzień do parku, żeby nie przegapić, kiedy wreszcie zakwitną pierwsze najwcześniejsze bzy. I co dzień wzdychała z rozczarowaniem: jeszcze nie… ale może już jutro?

Żeby już prędzej ta prawdziwa wiosna! I w ogóle, czemu to życie tak wolno się wlecze? Na wszystko trzeba czekać: może jutro, może pojutrze… A co dziś? Czy to jest właśnie młodość? Nie to wielkie oszustwo! Łykałoby się wielkimi haustami, pożerałoby się wszystko naraz, tak dręczyło pragnienie, taki niepohamowany był apetyt. A tu nic nie ma, nic się nie dzieje, ciągle tylko czekać i czekać. Straszne!

— Żeby choć burza z piorunami! Lubisz burzę? — Mela szarpała niecierpliwie Michała za mankiet wiatrówki. — Wiesz, jeżeli wlepią mi dwóję z matmy, to wsiąkłam.

— To przygotuj się! Belfer przecież zapowiedział, że jeszcze będzie cię pytać.

— Zobacz, sine chmury, może jednak burza…

— Czego nie umiesz z matmy? Może byśmy powtórzyli razem? — zaproponował Michał.

— E tam, „powtórzyli”! Co mam powtarzać? Cały rok się mnie czepia — rozżaliła się Mela.

— „Ta trójeczka to ledwo, ledwo, Dębińska! Ty się staczasz!” — przedrzeźniał Michał, tak dobrze naśladujący schrypnięty głos matematyka, że Mela roześmiała się na cały głos i z rozmachem potrąciła jakąś starszą panią objuczoną siatkami pełnymi produktów.

— Oj! — krzyknęła przepraszająco. — Bardzo przepraszam!

— Boże święty, co za rozwydrzenie! — jęknęła pani z zakupami. — Boże święty, do czego to dojdzie? Żeby młodzież…

Pani rozgniewała się na dobre, zbierał się tłumek, więc oboje z Melą dali nura.

— Chciałaś burzy, no to miałaś — roześmiał się Michał.

— E, nie, ja chcę takiej prawdziwej, z piorunami.

Burza nadeszła nazajutrz. Trochę w innej postaci co prawda, niż oczekiwała Mela.

Nauczyciele byli źli, niecierpliwi, podenerwowani. Nocami poprawiali pisemne prace maturalne, przychodzili niewyspani, z zaczerwienionymi powiekami, zmęczeni do ostatnich granic. Każdy szmer w klasie wywoływał odruchy zniecierpliwienia, a uśmiechy, żarty i szepty uczniowskie doprowadzały do nagłych wybuchów gniewu.

Tego dnia na matematyce nauczyciel zrobił z klasą ostatni „rachunek sumienia”. Kto ma się jeszcze poprawić? Czego nie umiał? Za co dostał dwóje w marcu, za co w kwietniu? Matematyk przeglądał nazwiska w dzienniku lekcyjnym. W pewnym momencie wyczytał:

— Amelia Dębińska! Proszę do tablicy — zawołał zniecierpliwiony.

Kiedy Mela tłumaczyła się przy tablicy przed „wysokim trybunałem”, reszta klasy nudziła się, rozmawiała, chichotała…

— Proszę o ciszę! Proszę o ciszę!

Klasa uciszyła się na chwilę, a potem nastąpiła zupełna cisza. Mela rozwiązywała zadanie jak w transie. W tym momencie do klasy wszedł woźny i poprosił pana profesora do dyrektora.

— Coś bardzo pilnego! Pan dyrektor prosił, żeby zaraz, to tylko na chwilę.

— Dębińska, jak chcesz to potrafisz się nauczyć. Stawiam ci czwórkę na koniec roku.

Ocenę wpisał do dziennika, zamknął go, wziął pod pachę i wyszedł do dyrektora.

Meli ze szczęścia zrobił się wielki mętlik w głowie. Jak po wielkiej burzy. Pomoc Michała dała rezultaty.

Na następnej lekcji w klasie panowała cisza, słychać było tylko skrobanie piór i przewracanie kartek zeszytów. Lecz Michał myślami był zupełnie gdzie indziej, zerkał co i rusz w kierunku Meli, która czasem odwracała się znienacka i nie zawsze udawało mu się uciec na czas oczami. Zapatrzony w jej profil, nie słyszał głosu profesora. Przymknął oczy, oparł czoło na splecionych dłoniach i na sekundę, na sekundę tylko, stracił poczucie rzeczywistości. Głos profesora monotonnie obwieszczał coś ważnego o spółgłoskach miękkich i funkcjonalnie miękkich („co mnie to obchodzi?” — pomyślał jeszcze). Dookoła skrzypiały obsadki, zza otwartego okna dolatywało usypiające „raz-dwa-trzy-cztery” („gimnastyka z młodszą klasą”). Głowa Michała ciężko oparła się o dłonie, a myśli biegły do Meli.

Kiedy otworzył oczy, w klasie panowała przejmująca cisza. Wszystkie głowy odwrócone były do tyłu, wszystkie oczy wpatrzone w niego, w Michała, jeszcze lekko nieprzytomnego, jeszcze nieobecnego.

Po rozdaniu świadectw na zakończenie pierwszej klasy liceum, wychowawca klasy, ponury matematyk, odwołał chłopca na bok.

— Po mojemu — oświadczył — na amory za wcześnie. Poczekaj aż zdasz maturę! Lecz jeśli cię już opętało, to pamiętaj: niektóre panny durniów nie lubią. Jak się nie pozbierasz, to powiem matce. To wszystko. Możesz iść do domu.

Rozdział II

Wakacje rozpoczęły się nijako. Pogoda była wciąż nienadzwyczajna. Mela z rodzicami wyjechała w Karpaty, na Huculszczyznę, do Worochty. Był to jeden z najpiękniejszych kurortów leżący w Dolinie Prutu, nazywany wówczas „perłą Karpat”, i idealnym punktem wypadowym w pobliskie Gorgany i Czarnohorę.

Natomiast Michał i Sławek — jego przyjaciel — chodzili opalać się nad Radomkę, aby nie świecić bladością, kiedy wreszcie zostanie otwarty basen RKS Broń, co zapowiadano na połowę lipca. Kładli się na kocu nad brzegiem rzeczki rozebrani do kąpielówek, nudzili się, jedli czereśnie, przeglądali „Echo Radomia”, „Strzelca” i „Przegląd Sportowy”, obserwowali spacerowiczów. Rachityczna rzeczka szumiała na kamiennym uskoku, jakby chciała udawać górski potok. Sławkowi przypominała szum Dunajca na wakacjach w Czorsztynie. Kiedy to było? Przed wiekami?

Przyjrzał się idącej ścieżką po drugiej stronie rzeki parze młodych ludzi.

— Takie ci się podobają, co? Czarnulki!

Michał nie odezwał się, myśli jego zaprzątała bowiem Mela, przebywająca teraz gdzieś w Karpatach

Po chwili podniósł głowę.

— Ja ich znam, to znaczy jego. On jest z naszej budy, w maju zdał maturę.

Sławek popatrzył na chłopca z podziwem.

— Fajny gość. Przystojniak. Nic dziwnego, że ma taką dziewczynę!

W połowie lipca Michał i Sławek zostali powołani na obóz Przysposobienia Wojskowego, stanowiący jedyną szanse na jakieś wakacje.

Wydano im: mundur, rogatywkę polową, buty, komplet bielizny osobistej i przybory do jedzenia, czyszczenia i higieny osobistej. Ponadto: plecaki, menażki, nieprzemakalne peleryny, maski przeciwgazowe i łopatki saperskie.

W dniu odjazdu wydano karabiny. Były to długie „rury” francuskie z okresu pierwszej wojny światowej. Przed wyjazdem apelowano, że jeśli ktoś ma jakiś instrument muzyczny, żeby go zabrał ze sobą. Michał wobec tego zabrał swoją bandżolę, a inni koledzy harmonię i skrzypce. Usiedli w jednym przedziale i grali razem, więc do przyjazdu na miejsce byli już dobrze zgrani.

— Pionki! Wysiadać! Usłyszeli po kilkudziesięciu minutach podróży. Był nadranny chłód. Ustawiono ich w dwuszeregu, odliczono do dwóch i po komendzie, „czwórki w prawo zwrot”, padła komenda „na wprost marsz”. Orkiestra zmontowana pośpiesznie, szła na przedzie i grała do marszu. Jakiś podporucznik z jedną gwiazdką na ramieniu prowadził kompanię. Wszyscy maszerowali bez obciążenia, bo po plecaki i sprzęt przyjechały wozy konne.

Słońce właśnie wschodziło, cała okolica rozświetliła się już narastającą od wschodu jasnością. Po obu stronach drogi ciągnęły się złociste, mokre od rosy zboża, nieporuszane najmniejszym powiewem. Przejrzysty opar wisiał nad ziemią zapowiadając bezwietrzny, upalny dzień. W górze trzepotały się skowronki. Poza tym cisza niemal absolutna i spokój panowały dookoła. Tylko buty maszerującej kompanii szurały jednostajnie, tylko konie ciągnące wozy ze sprzętem parskały słabo lub zachrzęściła uprząż. Chwilami po wyschniętej drodze dudniły obręcze kół. Zmęczeni podchorążowie szli niczym duchy okryci gęstym obłokiem suchego pyłu.

Po dwóch godzinach marszu znaleźli się na miejscu. Obóz był malowniczo położony nad Zagożdżanką, bystro płynącą płytką rzeczką.

Po śniadaniu i godzinnym odpoczynku wszyscy pracowali przy rozbijaniu namiotów, ustawianiu kuchni polowej i przy innych pracach związanych z urządzeniem obozu.

Komendant obozu, oficerowie i podoficerowie to instruktorzy, żołnierze zawodowi z jednostek wojskowych. Uczestnicy kursu mieli obowiązek oddawania honorów starszym stopniem.

Następnego dnia o piątej rano pobudka, mycie w przepływającej w pobliżu rzeczce, śniadanie z kuchni polowej, karabiny na plecy i wymarsz na ćwiczenia. Śpiewając wojskowe piosenki, maszerowali na odległe o kilka kilometrów błonia, leżące wśród lasów. Od rzeki wiał chłodny wiatr. Las był gęsty, nieprzebyty. Powalone pnie drzew, jary, porośnięte wrzosami stoki, niebo niby zamglone lustro wysoko nad koronami świerków. Pod podeszwami mlaskała bagnista gleba i szemrały małe strumyczki. W powietrzu unosił się ostry zapach nasyconych wilgocią mchów i gnijącej wody. Zmurszałe pniaki, wykroty, słoneczne polany porośnięte paprociami. Gdzieś w górze ćwierkał ptak. Wciąż powtarzał jedną i tą samą nutę. Błękitnawe światło zdawało się być na wyciągnięcie ręki.

Na miejscu instruktorzy prowadzili zajęcia: z musztry, nauki o broni, taktyki pola walki

i regulaminów wojskowych. Uczono szermierki. „Raz pchnij, dwa razy pchnij! Raz pchnij, dwa razy pchnij!” — padała komenda, a podchorążowie skakali, wystawiając przed siebie karabin.

— Przerwa! — padł rozkaz, gdy już dość długo ćwiczyli i byli porządnie zmęczeni. Wszyscy usiedli. Jedni jedli to, co udało im się zabrać ze śniadania, inni palili papierosy. Po odgwizdaniu przerwy rozpoczęły się zajęcia taktyczne — „Drużyna w natarciu i w obronie.” W otoczeniu pięknej przyrody, na słońcu i w spiekocie, w zapiętych pod szyję mundurach, ćwiczyli: „tyralierą naprzód, padnij, powstań, biegiem marsz” albo „padnij, czołganiem naprzód, powstań, raz pchnij, dwa razy pchnij” — i tak w kółko, codziennie, bez przerwy. Po ćwiczeniach wszyscy wracali do obozu na obiad, po obiedzie czyszczenie broni. Zaraz po zjedzeniu obiadu, umyciu menażki, Michał urywał się do lasu. Idąc, wyszedł nad piękne duże jezioro. Daleko od brzegu pływały po nim perkozy. Położył się w gęstej, wysokiej trawie, rozkoszował się pięknem przyrody, pisząc równocześnie długi list do Meli.

Rozpadały się deszcze. Lało z nieba przez cały tydzień, w dzień i w nocy. Radio i prasa informowały o powodziach spowodowanych deszczami. W obozie przerwano ćwiczenia w polu, przez kilka dni prowadzone były zajęcia teoretyczne z topografii, terenoznawstwa

i łączności, była też prowadzona praca sztabowa na mapach.

Na kilka dni przed zakończeniem obozu pogoda ustaliła się jako tako, słońce świeciło blado, rano od ziemi ciągnął wilgotny chłód. W dolinie przy rzece mgła długimi jęzorami wtargnęła do obozowiska. Zaspani elewi trzęśli się z zimna. Zmęczenie kładło się na oczach niczym mokra wata.

Przystąpiono do egzaminów na „Odznakę Sportową” i „Odznakę Strzelecką.” Michał i Sławek egzamin zdali na ocenę bardzo dobrą, a na strzelnicy Michał osiągnął wynik dziewięćdziesiąt pięć punktów na sto możliwych, strzelając z odległości stu metrów do tarczy z karabinu samopowtarzalnego.

Na dwa dni przed rozwiązaniem obozu czekała podchorążych wielka atrakcja: miała ich odwiedzić kompania dziewczęca Przysposobienia Wojskowego, jaka obozowała w odległości kilku kilometrów. Płonęło już ognisko, zbliżał się wieczór. Dowódca obozu pokrzykiwał na swoich chłopców z kompanii, którzy uwijali się po obozie, usiłując sprzątać i coś ugotować w kotle nad ogniem.

— Będzie wstyd, dziewczyny zaraz tu będą i co zastaną? Brud, głód i zgrzytanie zębów — mówił Michał do Sławka podchodzącego z naręczem gałęzi do ogniska.

Słychać było zbliżający się śpiew dziewcząt:

Niechaj wesoło zabrzmi nam echo,

Niechaj uderzą w tarabany,

Niech wie świat cały, z jaką uciechą,

Idziemy, gdzie Wódz nasz kochany…

Zachodzące słońce zaczęło szaleć czerwienią. W końcu powoli zgasło. Zapadła ciepła, lipcowa noc, jeszcze świstały na pobliskich łąkach czajki. Kaczki przeleciały nad głowami na jakieś nocne żerowiska. Wzdłuż brzegu rzeczki rozległo się ciche pochrapywanie — to słonki. A wszyscy jedli kolację przy ognisku i patrzyli, jak roje latających wokół komarów wykonują jakiś szaleńczy taniec. Ognisko już przygasło, dziewczęta i chłopcy siedzieli wokół, chłopcy chwycili instrumenty muzyczne i szerokim echem popłynęła klasyczna pieśń:

Upływa szybko życie,

jak potok płynie czas,

za rok, za dzień, za chwilę

razem nie będzie nas.

Ognisko już wygasło, pojawiły się przedświtowe mgły. Michał i Sławek, w pałatkach z demobilu, z karabinami zawieszonymi przez ramię, stali na warcie, trzęsąc się z zimna i walcząc z sennością. Sławek popatrzył na zegarek.

— Czwarta, jeszcze dwie godziny…

Po chwili z mgły zaczęła wyłaniać się pomarańczowa tarcza słońca. Nastąpił poranek ostatniego dnia szkolenia wojskowego. Z zadowoleniem elewi wzięli udział w likwidowaniu obozu.

Do Pionek chłopcy pomaszerowali czwórkami w kolumnie marszowej. Dalej do Radomia pociągiem.

Michał i Sławek ukończyli szkolenie PW uzyskując stopień „szeregowca podchorążego z cenzusem” i zostali przeniesieni do rezerwy. Przeżycia i przyjaźnie, zadzierzgnięte w czasie obozu, pozostały na całe życie.

Rozdział III

Jesień tamtego roku była wyjątkowo ciepła i długa; patrząc z balkonu w stronę kościoła Mariackiego, Michał widział białe obłoki, spoza ich pierzastej bieli niebieskość olśniewała oczy — wróble obsiadły drzewa po obu stronach ulicy, świergotały tak bezczelnie głośno, że zadziwieni przechodnie milkli podnosząc do góry oczy.

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.