W imię miłości
Do gwiazd się zwracam
Poeta niewierny
Jeździec mizerny
Sypialni dusz
Złóż przed oczyma
Pióropusz dzielny
Wierny zdarzeniom
Jak drętwy tchórz
Stwórz niespodziane
Niezawahane
Śmierci wahadła
W aeroplanie
Strąć złe obłoki
Ze szczytu opoki
Znajdź drżące ręce
Zaplątane w dni sukience
Wszystko mini
W imię miłości
Jak na imię tej w bikini
Córce niedoskonałości
Zwracam się do gór szczytów
Skąd widać kratery boskich księżyców
Zwracam się podle a może się modlę
W tym świecie podniet życie mieć wygodne
Zwracam po prośbie w ciżbie negliżu
W izbie aniołów liczbie i krzyżu
Wracam z niewoli duch mnie wyzwolił
Król Słowackiego w gwiazd aureoli
Krzyczę do niebios Boże dlaczego
Tak bliska sercu imię niepewność
W miłości imię w mojej godzinie
Zwracam się do gwiazd choć życie płynie
Miłość w pociągu
Śniła mi się ta podróż z Wami
O maluczcy
Z waszymi małymi problemami
Laptopikami
Z waszymi ukrytymi lekkimi zarostami
U kobiet pod słońce
Upiorne Zjawisko
wprost upiorne
Kiedyś gdy bywałem bardziej bezczelny
Wytknąłbym to nawet obcej osobie
Dziś nie jestem tak obcesowy
Z lapidarnością filigranowej blondynki przyglądam się temu
druzgocącej milczeniu Ja i 4 panie w przedziale
Wolność to sen
Milosc w pociagu do nikad
Milosc w moim pociagu do sławy
Piękna historia
Moja historia
Milosc w pociagu
Energetyk banany kawa cenularze
Ordynarnosc konduktora
Smród toalety
Milosc Gdzie się podzialas na korytarzu w PKP
Dorosłas do tej podróży
Jak imię róży
Smutna
sponiewierana niespełnionymi marzeniami milosc w pociagu
Dziękuje państwu
Za wenę
Milosc w pociagu ma swoją cenę
15.50
Kawa i 7 days
W dzień Walentynek
I dlatego że kochasz inaczej
Nic nie będzie już nigdy tak samo
Nie dlatego że nie chce już patrzeć
Śnić o oczach co zbudzą mnie rano
Nic już nie jest takie proste jak myślisz
Wymarzone sny o lepszym życiu
Tylko ten wiersz gdy piszę po cichu
Jeszcze ciszej niż w Jej pamiętniku
I czy dobrze tak żyć tego nie wiem
Nie zasmucą mnie smutne poranki
Bo ja w niebie spotkałem samotność
Zanurzoną na dnie pustej szklanki
Jak daleko że Jej przy mnie nie było
I tak blisko jeszcze bliżej niż myślisz
Jeszcze ciszej kochając Cię żyję
Choć nie mogę już na siebie patrzeć
Nie zabierzesz mnie do swego raju
Bo w twym sercu jest miejsce dla niego
Nikt już nigdy tak Cię nie pokocha
Jak ja wtedy powrócę w to niebo
Co się stało jest dla mnie koszmarem
Coś odwraca to życie straszliwie
Może kiedyś się jeszcze spotkamy
Może wtedy będziemy szczęśliwi
Kiedykolwiek razem czy realnie
We wszechświecie sprzedanych nadziei
Kiedy spojrzysz i moją fantazję
Coś zamieni w to szczęście w nadziei
I pójdziemy razem po nieznane
Nic nie będzie już stać na przeszkodzie
I obudzi przy Tobie poranek
W tej niechcianej pragnień odysei
Uciekniemy od złych niespodzianek
Jak naćpane miłością niemowlę
Już nie mogę o niej nie pamiętać
Bo wspomnienie o niej jest cudowne
Gdy otworzą nam lepsze godziny
Lepsze drogi do lepszej miłości
Odpłyniemy w orgazm bezczynności
Na tej ścieżce aniołów ciemności
Nemezis
Przygnałem dzikie przestworza prosto pod Twoje stopy
Sprytne jak tygrysice oczy nie miały dosyć
Najpierw biegły przestrzenie potem Twoje włosy
Spływały jak wodospad brzegami namiętności
Nocą zbierałem gwiazdy słonce dniem dla Ciebie
Przynosiłem kosmosu skrawki zerwane Niebu
Najdoskonalsza wizja i tamta Sawanna
Jesteś której szukalem i w końcu znalazłem
Rzezba atenskiej nocy Nemezis rozkoszy
Zabierasz mnie gdzie życie mówiło nie co nocy
Rozpływasz jak aksamit to w anielskość to w nagość
Sprawiasz ze moje oczy Tobie cześć oddają
Jak rzymskie bataliony swój rydwan rozpedzam
Dotykam nieboskonu i skrzydła poezji
Odrywam tym aniolom i odslaniam Tobie
To czego nie zrozumie nigdy żaden czlowiek
Zniekształcenie
Pod lodem Twojej skóry
W ekwipunku rozgrzanych krwinek
Zbyt długich podróży w galaktykę złudzeń
Zniekształconych ludzi
Niekształtnych pociągnięć pędzla starego mistrza
Apokaliptyczny szmer zniewolenia
Zatracenia
Omdlenia
Zniekształcenia
Zlodowacenia
Bursztynowy abażur zwycięstwa
Hymn niepodległości trójkątów Witkiewicza
Apokaliptyczny szept słabych myśli
Nienawistnych spojrzeń
A było nam tak dobrze
w Zniekształconym chaosie codzienności
Kolumbryna udziwnień
Wąż paradoksów
Canabx kompleksów
Mańkut bezsensu
Korowód dupnych dupkow
Wzwód pragnień
Wzór cnót
Rozkosz rozpusty
Odblaskowy frajerzyna
westchnieniowy
Wiersz Walentynkowy
Przyszła nagle
Dla mnie to już nie płomień
A
Wieczność płomieni
Dla mnie to już nie anioł
A milion anielic
Dla mnie to nie poezja
A kwiaty co usta
Okryją poematem
Kiedy zmysł pociesza wargi
Bądź mi liliowo niebiańska gdy księżyc
Nocą u źródeł rozświetla niepewność
Refleksy biegną po tafli pościelą
Szukają oczu których nic nie dzieli
Drogi jej ognia co rozpala co dnia
Jak filiżanka gorącej herbaty
Nie trzeba świata kiedy w swym oddechach
Nie możesz światem się tak bliskim nacieszyć
Zaśnij koło mnie rozmyta tygodniem
Byś każdą chwilą już żyć ze mną mogła
W oddechu
w oddechu nerwów
w obłoku piwa
stanęłaś żywa
delikatna inna
i już bym CIĘ chciał zabrać
ale jeszcze nie mogę
i już pragnę CIĘ dotknąć
ale czy to jest dobre
nie krzyczę już bo nie chce
nie milczę bo chce krzyczeć
rzucony jak marzenia we wszechobecną zgniliznę
w fiolecie Twoich włosów
niepowtarzalne niebo
Twego lekkiego głosu
czekaj — idę po niego
a kiedy się oderwę nie wiem czy tutaj wrócę
a kiedy przyjdziesz po mnie ja przez okno się rzucę
zakończę tamto życie nowe zacznę od nowa
i będę znowu kochać
nie będą nas krzyżować