Drogi Czytelniku!
Trzymasz w dłoniach zbiór moich — i nie tylko moich — przeżyć. Te wiersze mają jedną podstawową zaletę: nigdy nie będą lekturą szkolną, więc nie musisz zastanawiać się, co poeta miał na myśli.
Chcę podzielić się z Tobą tym, co myślę i czuję, a także tym, co odnajduję w ludziach spotykanych na mojej drodze. Tym, jak widzimy siebie, jak przeżywamy to, co nas spotyka, i na co mamy nadzieję.
Życzę Ci dobrej lektury. I spotkania z ludźmi, którzy potrafią nie tylko mówić, ale także milczeć.
Mój własny głos
Dziwny twór
Stworzyłeś mnie trochę bez miary,
bez planu, bez reguł, bez ram.
Dałeś mi serce pełne wiary,
bym odpowiedzi poszukał sam.
Nie staję równo w szeregu,
nie idę, gdy werbel da znak.
Gdy inni już dotrą do brzegu,
ja w kałuży widzę gwiazd szlak.
Raz jestem dumny, raz całkiem mały,
raz milczę w cieniu, raz krzyczę w głos.
Gdy inni płaczą — śmieję się cały,
a płaczę, gdy biedny usycha wrzos.
Znów zgubię czapkę, pomylę drogę,
rozsypię słowa jak garść złych snów,
lecz z tych okruchów zbudować mogę
wiersz, własny dom i siebie — znów.
Może ten wiersz,
może ten dom,
może ten sen,
może mój ton.
Bo jestem dziwnym Twoim tworem,
splecionym z ognia oraz dnia.
Błaznem, co prawdę mówi z humorem,
choć mądry człowiek puentę zna.
Jestem pytaniem bez odpowiedzi,
iskrą, co nie chce we mnie zgasnąć.
Daj mi, nim życie w mrok popędzi,
wciąż nową w sobie widzieć jasność.
Nie umiem modlić się jak trzeba,
lecz znasz mój krzyk i znasz mój śmiech.
Gdy tworzę — jestem bliżej nieba,
bo czuję, że Ty tworzysz mnie.
Chwyta za serce biała brzoza,
tramwaj, co dzwoni w poranny chłód,
wiśnia, co w pąkach wiosnę chowa,
i pies, co wiernie czeka u wrót.
I morze, co usypia szumem,
i głaz, co trwa od dawnych lat,
biedronka z jednym chorym skrzydłem,
co mimo bólu dźwiga świat.
Patrz!
Jeszcze raz!
Patrz!
Właśnie tak!
Patrz!
Głowę wznieś!
Świat się nie skończył — wciąż się stwarza
i rośnie w tobie jego treść!
Nic nie wiem —
więc pytam.
Nic nie mam —
więc daję.
Nie znam drogi —
więc idę.
Nie znam końca —
więc trwam.
Mówią:
„Bądź rozsądny”.
„Nie wychylaj się”.
„Nie pytaj”.
„Nie neguj”.
„Nie próbuj znowu zmieniać świata”.
Ale ktoś musi przesunąć to krzesło,
by spojrzeć dalej, niż sięga strach.
Ktoś musi nazwać zło po imieniu,
choć łatwiej milczeć, odwrócić twarz.
Ktoś musi pierwszy uwierzyć w człowieka,
zanim ten człowiek uwierzy w siebie.
Ktoś musi podnieść głowę ku światłu,
gdy inni patrzą bezpiecznie w ziemię.
Więc daj mi niepokój,
gdy inni zasypiają.
Daj mi odwagę,
gdy inni uciekają.
Daj mi czułość,
gdy świat twardnieje w głaz.
I nie zabieraj mi zdumienia.
Pozwól spróbować jeszcze raz.
Bo my jesteśmy dziwnym chórem,
z tysiąca głosów, z tysiąca prawd.
Jedni malują, drudzy śpiewają,
by posklejać pęknięty świat.
My wyciągamy przyszłość z ciszy,
stawiamy światło pośród burz.
Z naszych słabości zbudujemy
to, co zamienił czas na kurz.
Mówią: „Nie warto!” —
robimy krok!
Mówią: „Za późno!” —
rozświetlmy mrok!
Mówią: „Nie można!” —
próbujmy jeszcze raz!
Bo świat potrzebuje tych,
co wyprzedzają własny czas!
Nie proszę o spokój.
Nie proszę o prostą drogę.
Nie proszę,
by wszyscy rozumieli mnie.
Proszę tylko:
nie pozwól mi przejść obojętnie
obok piękna,
obok krzywdy,
obok człowieka.
Bo my jesteśmy dziwnym chórem,
splecionym z ognia oraz dnia!
Każdy z nas prawdę mówi swym głosem,
choć każdy inną puentę zna!
Jesteśmy pytaniem bez odpowiedzi,
iskrą, co nie chce nigdy zgasnąć!
Daj nam zachwycać się tym światem
i każdą nową nazwać jasność!
Biorę wszystko:
lęk i zachwycenie.
Śmiech i zapomnienie.
Każde pytanie,
każdy oddech,
każdy dzień.
Życie to twórczość.
I znów zaczynam
od pustej kartki.
Pod maską
Rano wkładam obcą twarz.
Znam jej uśmiech, każdy gest.
Mówię: „Dobrze”. Mówię: „Tak”.
Choć coś we mnie krzyczy: „Nie”.
Umiem śmiać się, kiedy trzeba.
Umiem ukryć każdy lęk.
Ale kiedy milknie dom,
słyszę własny, cichy głos.
Nie chcę dłużej
nosić cudzej twarzy.
Nie chcę mówić
tego, czego nie czuję.
Jeśli zdejmę maskę dziś,
czy zostaniesz obok mnie?
Czy mnie przyjmiesz taką,
jaką jestem?
Tyle razy padło: „Bądź”.
Potem: „Tylko zmień się ciut”.
Więc chowałam własny gniew.
Więc tłumiłam własny głos.
Każdy dostał to, co chciał.
Każdy mówił: „Taką znam”.
A ja stoję przed lustrem.
Nie wiem, kogo widzę tam.
Nie zawsze jestem silna.
Nie zawsze jestem sobą.
Bywa, że chcę odejść.
Bywa, że mówię: „Dość”.
To także jestem ja.
Ten gniew.
Ten lęk.
Ten głos.
Dziś odkładam maskę.
Jeszcze drżą mi ręce.
Pierwszy raz od dawna
mówię własnym głosem.
Jeśli chcesz — zostań.
Spójrz na moją twarz.
Nie wiem, co będzie dalej.
Nie chcę już udawać.
Jeszcze drżą mi ręce.
Jeszcze łamie się głos.
Ale to mój głos.
Mój własny głos.
Życie — nie będę miał innego
Kiedy życie daje w kość,
każdy dzień łamie mnie w pół,
gdy tracę grunt, gdy tracę głos,
gdy w sercu narasta ból.
Nie panuję już nad niczym,
wszystko wymyka się,
w oczach pali gorzka złość
i wiem, że mam już dość.
Wtedy staję, choć się chwieję,
łapię oddech jeszcze raz.
Podnoszę głowę, patrzę prosto,
spoglądam życiu prosto w twarz.
I mówię: życie — nie będę miał innego,
nie będę czekał na lepszy świat.
Biorę cię całe — z tym, co boli,
z tym, co niesiesz mi od lat.
Biorę cię z deszczem i z nadzieją,
z krętą drogą, z blaskiem dnia.
Nie będę miał innego życia —
więc cię biorę, bo jesteś moje.
Czasem wszystko jest pod górę,
każdy krok ciąży jak głaz.
Często nawet własne myśli
nie chcą słuchać mnie na czas.
Ale wiem, że w tej słabości
też ukryty sens gdzieś jest.
Może właśnie pośród nocy
uczę się, gdzie światło jest.
Więc przestaję walczyć z cieniem,
nie przeklinam trudnych spraw.
Biorę oddech, patrzę prosto,
choć się jeszcze boję zmian.
Nie wszystko muszę rozumieć,
nie wszystko muszę mieć.
Wystarczy, że dziś oddycham,
że jeszcze mogę chcieć.
Nie wszystko będzie lekkie,
nie wszystko skończy się jak sen,
ale póki idę dalej,
znaczy, że żyję — tego chcę.
Życie — nie będę miał innego,
nie będę czekał na lepszy czas.
Biorę cię całe — z tym, co trudne,
z tym, co jeszcze czeka nas.
Biorę cię z deszczem i z nadzieją,
z każdym świtem, z każdym zachodem.
Nie będę miał innego życia —
więc cię biorę,
bo jesteś,
bo jesteś
moje.
Nie pytaj mnie o rocznik
Nie pytaj mnie o rocznik,
nie licz zmarszczek i lat,
bo czasem młodość siwieje,
nim dobrze pozna świat.
Ktoś ma dopiero naście,
a w oczach późny zmierzch,
bo już nie wierzy w skrzydła,
w piosenkę, drogę, deszcz.
A ktoś z laską przy oknie
uśmiecha się do dnia,
bo w sercu ma jeszcze ogień
i plan na życia szlak.
Starość to nie data
w kalendarzu, nie metryka,
starość przychodzi wtedy,
gdy marzenie w nas zanika.
Młodość to nie ciało,
co biegnie bez zmęczenia,
młodość to serce, które
wciąż ma coś do spełnienia.
Nie każdy z siwą głową
ma w oczach tylko cień,
nie każdy, kto jest młody,
naprawdę budzi dzień.
Czasem pod zmarszczką śmiechu
najczystszy mieszka blask,
a ktoś, kto ma lat naście,
już mówi życiu: „pas”.
Ktoś ma siedemdziesiąt wiosen
i więcej — kto by liczył,
a jeszcze chce się uczyć,
marzyć, śmiać i zachwycać.
Bo dopóki człowiek pyta,
dopóki szuka dróg,
dopóki umie kochać,
nie zgasi go żaden chłód.
Więc nie zamykaj okien,
nie mów, że późno już,
bo nawet późną jesienią
obudzi cię zapach róż.
Nie odkładaj nadziei
na jutro, na kiedyś tam,
bo człowiek jest tak młody,
ile marzeń w sobie ma.
Starość to nie data
w kalendarzu, nie metryka,
starość przychodzi wtedy,
gdy marzenie w nas zanika.
Młodość to nie ciało,
nie twarz bez jednej zmarszczki,
młodość to serce, które
wciąż chce zapisać nowe kartki.
Nie pytaj mnie o rocznik,
zapytaj, dokąd chcę iść.
Bo póki umiem marzyć,
młody jest każdy mój świt.
Jeszcze jeden mały krok
Idę drogą pośród chmur,
dzień mi kładzie cień u stóp,
nie mam mapy, nie mam gwiazd,
tylko rytm, co we mnie trwa.
Kiedy milknie wokół świat,
kiedy braknie sił i barw,
coś jak echo, cichy znak
bije we mnie: wstań i walcz.
Chcę przekroczyć życia próg.
Idę, choć nie widzę dróg.
Jeszcze jeden mały krok
i odmienić może wszystko.
Nie ma we mnie wielkich słów,
nie umiałem spełnić snów,
lecz gdy noc przychodzi zła,
ten rytm we mnie jeszcze trwa.
Może właśnie pośród strat,
pośród pytań, win i ran,
człowiek słyszy lepiej tak,
gdy mu serce szepcze: walcz.
Niech mnie niesie przez zwątpienie,
przez milczenie, przez zmęczenie,
byle nie zgasł we mnie ton
i przypomniał, gdzie jest dom.
Niechaj bije, niech prowadzi,
niech z popiołu znów rozpali
we mnie ogień, sensu żar —
żeby jeszcze umieć trwać.
Jeszcze jeden mały krok
i odmienić może wszystko.
Kiedyś — czemu nie dziś?
Kiedyś — czemu nie dziś? —
zbuntuję się przeciw światu.
Głupim pokażę drzwi,
mądrych poproszę o światło.
Bo każdy najlepiej wie,
jak cudze układać życie,
lecz kiedy zapytam: „A ty?”,
odwraca wzrok i milczy.
Bo żyję po to, by być szczęśliwy,
nie po to, żeby spełniać cudzy plan.
A jeśli szczęściem można się dzielić,
oddam go tyle, ile tylko mam.
Nie chcę pomników, orderów, chwały,
niech moje imię porwie kiedyś wiatr.
Lecz nim odejdę, chcę żyć naprawdę
i pozostawić trochę lepszy świat.
Nie będę dłużej stał,
gdy każą mi czekać w szeregu.
Nie będę przepraszał za to,
że idę po własnym brzegu.
Nie wmówią mi, że mój czas
został już dawno policzony.
Dopóki potrafię się śmiać,
nic jeszcze nie jest skończone.
A kiedy usłyszę: „Już stój,
rozsądek nie każe ci marzyć”,
odpowiem: „To przecież mój czas
i ja chcę go przeżyć, nie ważyć”.
Niech mówią: naiwny, bez szans,
niech śmieją się z mojej odwagi.
Najbardziej stracony jest dzień,
gdy siebie odkładam na później.
Nie zmienię biegu wielkich rzek,
nie cofnę nocy ani lat.
Lecz mogę komuś podać dłoń,
kiedy pod stopami pęka świat.
I może właśnie o to chodzi:
nie wygrać wszystko, nie zdobywać gwiazd,
lecz przy kimś usiąść i pozostać,
gdy nie ma siły dalej iść przez czas.
Powiedzieć tylko:
„Jestem tutaj.
Daj mi swój lęk.
Nie jesteś sam”.
Bo żyję po to, by być szczęśliwy
i szczęściem dzielić każdy nowy dzień.
Nie będę dłużej odkładał siebie
na lepszy czas, który nie zjawi się.
Nie chcę pomników, orderów, chwały,
wystarczy ogień, dom i kilka prawd.
Kiedyś się miałem zbuntować przeciw światu —
więc czemu kiedyś?
Zaczynam dziś!
Nie zmienię świata
jednym słowem,
nie zatrzymam
biegu lat.
Lecz może komuś
będzie jaśniej,
gdy obok niego
będę trwał.
Kiedyś — czemu nie dziś?
Dziś.
Jeszcze jesteśmy
Nie mówcie nam: „Jesteście za starzy
i niepotrzebni już”,
że nasze plany i zamiary
przykrył zniechęcenia kurz.
Nie zamykajcie przed nami drzwi,
nie każcie pod ścianą stać —
mamy swój głos, przed sobą dni,
chcemy coś jeszcze z siebie dać!