drukowana A5
42.02
Miejsce nam przeznaczone

Bezpłatny fragment - Miejsce nam przeznaczone

Objętość:
341 str.
Blok tekstowy:
papier offsetowy 90 g/m2, styly
Format:
145 × 205 mm
Okładka:
miękka
Rodzaj oprawy:
blok klejony
ISBN:
978-83-8155-356-8

Za wsparcie, za odzew
Za stawianie do pionu

Sprowadzenie do parteru

Za wszystko — dziękuję

Sonata: Na wyciągnięcie ręki

***

Według teorii Einsteina czas był względny i choć wielkiemu uczonemu chyba nie do końca o to chodziło, to Katsuki Yuuri doskonale widział zastosowanie tego prawa na przykładzie samego siebie. Kiedy po Finale Grand Prix w Soczi japoński łyżwiarz przeżywał swoje największe pasmo porażek, oddałby wiele, żeby przyspieszyć mijające tygodnie, które jak na złość wlekły się niemiłosiernie, pogłębiając tylko frustrację przegrywającego raz za razem zawodnika. Potem jednak, gdy sam Viktor Nikiforov — w tamtym czasie niedościgniony wzór i niemal bóstwo — przyjechał go trenować, każdy dzień, nawet taki przepełniony wymagającymi ćwiczeniami, był spełnieniem marzeń, które przelatywały przez palce niczym ulotny sen. Tylko co z tego, że miał ochotę krzyczeć na cały głos „chwilo, trwaj!”, skoro jak na złość u jego boku nie chciał się pojawić żaden Mefistofeles, któremu mógłby sprzedać za to duszę…?

To jednak była tylko teoria. W praktyce Yuuri siedział na ławce przed zamkiem Hasetsu, wspominając ostatnie dni, a w szczególności minione Onsen on Ice, które jakimś cudem wygrał. Które cudem… Odetchnął głęboko. Pojedynek przeciwko Yurio nie był końcem znajomości z Viktorem i to oczywiście było najważniejsze, jednak na myśl o konkursie Yuuriego za każdym razem nachodziło dziwne wrażenie ulgi przemieszanej ze strachem, że to w gruncie rzeczy niczego nie zmieniało, bo pędzące godziny wcale nie zamierzały się tak łatwo poddać. Czas Viktora był z góry ograniczony, dlatego Yuuri czuł frustrację, że nie wykorzystywał tego na sto, nie, na tysiąc procent, że życie było tylko życiem, a on zwykłym łyżwiarzem — może i zawodowym, ale wciąż mocno niedoskonałym. Był tylko człowiekiem. Więc…

— Yuuri? Co ty tam robisz?

Znalazł go. Zawsze znajdywał. Japoński łyżwiarz często się nawet zastanawiał, czy nie miał gdzieś przyczepionego nadajnika GPS, ale to w ogóle nie było w stylu Viktora. Za to w jego stylu było znać Yuuriego na wylot.

— Nic takiego. — Katsuki w pierwszym odruchu wycofał telefon, ale kiedy zorientował się, że przecież nie miał nic do ukrycia, uśmiechnął się, po czym pokazał smartfon trenerowi. — Przeglądam zdjęcia.

— O, Instagram. Masz tam coś ciekawego?

Nie czekając na odpowiedź czy przyzwolenie, Viktor przysiadł się do Yuuriego, a potem przytknął palec do ekranu i przesunął panel.

— Hmm… — mruknął, mrużąc z podejrzliwością oczy. — Niby już od dawna słyszałem od Chrisa, że ma kota, ale nie wiedziałem, że takiego. Wygląda zupełnie jak on.

— Czytałem kiedyś, że właściciele łatwo upodabniają się do swoich pupili… a może to było odwrotnie? — Yuuri zaśmiał się, myśląc o ufnym i lgnącym do pieszczot Makkachinie. Normalnie przyganiał kocioł garnkowi, no.

— A to kto? — Viktor błyskawicznie zmienił temat, wskazując na kolejne zdjęcie z aktualności.

— Masz okropnie słabą pamięć. Przecież to Michele i Sara. Wiesz, to włoskie rodzeństwo, które w juniorach jeździło razem w parze, a potem przerzuciło się na kariery solowe. Piszą, że są na warsztatach we Florencji. — Japończyk westchnął i spojrzał w niebo. — Też chciałbym się tak dogadywać z Mari.

— Przecież się dogadujecie. W miarę. Chyba.

Viktor z każdym słowem przekrzywiał głowę coraz bardziej w bok, co sprawiło, że brzmiał nieszczególnie przekonująco. I nic dziwnego — zupełnie nie znał się na rodzeństwach, bo i skąd niby miałby się znać, dlatego na ostatniej konkluzji temat umarł śmiercią naturalną. Zamiast tego Viktor podciągnął jedną nogę do siebie i nieco mocniej przylgnął do ramienia Yuuriego.

— Ale widzę, że Phitchit znów zasypuje swoją ścianę zdjęciami — zauważył. — Co tym razem? Naleśniki?

— Podobno jakiś czas temu znalazł naprawdę świetne miejsce w Detroit — przytaknął Yuuri — i nawet chciał mnie tam wyciągnąć, tylko przez moje egzaminy jakoś nie było dobrego momentu i…

— Okej! W takim razie wybierzemy się tam przy najbliższej okazji — odparł beztrosko Viktor, a Yuuri poczuł niezwykle przyjemne uczucie rozlewające się po całej klatce piersiowej. Czas jakby zafalował, niezdecydowany, czy ma się pospieszyć, niszcząc w ten sposób resztę cennych, letnich dni, czy może zwolnić, aby nie pozwolić na zbyt szybkie nadejście upragnionego wypadu na naleśniki.

Tymczasem Viktor, zupełnie nieświadomy wywołanych emocji, przeskoczył do kolejnego zdjęcia, na którym widać było JJa w towarzystwie trzech zgrabnych par nóg wraz z nie mniej pięknymi, kobiecymi przyległościami. Na Nikiforovie nie zrobiło to jednak żadnego wrażenia, a powieka nawet mu nie drgnęła, kiedy bez najmniejszego choćby komentarza przełączył podgląd na następną wiadomość.

— Znam tę restaurację! — pochwalił się Rosjanin, prezentując plecy jakiegoś obróconego do widza jegomościa. Na nieszczęście Yuuriego nazwa użytkownika niczego mu nie powiedziała, więc nie mógł stwierdzić, czy był to raczej jeden z setek obserwowanych, lecz rzadziej aktualizowanych profili, czy może przypadkowa reklama. — Yakov często do niej chodził już za czasów mojego debiutu seniorskiego i, jak widzę, nigdy do końca nie wyleczył się ze swojej miłości do szampana.

„To on?!” Yuuri wlepił wzrok w telefon, ale w życiu nie uwierzyłby, że był to sędziwy trener Viktora, gdyby on sam mu tego nie powiedział. Najwyraźniej Yakov zakamuflował się peruką, żeby nie zostać rozpoznanym przez jakichś paparazzi, lecz zupełnie nie tłumaczyło to tego, czemu w takim razie wstawiał swoje zdjęcie do Internetu, jeśli…? Katsuki zamrugał niepewnie. Chyba zaczynał rozumieć, po kim rosyjscy zawodnicy mieli te straszne ciągoty do publikowania selfie z oczywistymi wskazówkami co do miejsca swojego pobytu. No, prawie oczywistymi, bo w tym przypadku do pełnego werdyktu brakowało jednej odpowiedzi — a było nią wyjaśnienie tej specyficznej kompozycji fotografii.

— Ale chwila… Kto właściwie zrobił mu zdjęcie? Yurio? — zastanowił się na głos Yuuri, na co Rosjanin wziął się pod boki.

— Jak to kto? — zapytał Viktor, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem. — Jego była żona.

— Ach, no tak, przecież… Zaraz-zaraz-zaraz. — Yuuri zbaraniał. — Była?

— Tak, była. Taki kolejny etap od „obecnej”. Była.

— Jasne — poddał się, nie próbując zrozumieć, czemu była żona Yakova nie tylko znajdowała się w jego pobliżu, ale na dodatek robiła mu zdjęcia. Może ci Rosjanie tak już mieli. Albo coś.

Starając się za wszelką cenę podtrzymać rozmowę, Yuuri szybko przeciągnął palcem po ekranie i wtedy zobaczy Seung-gila z leżącym mu na kolanach psem rasy jindo. Wciąż świeże wspomnienia związane ze stratą maleńkiego pupila, którego zdjęcie stało w domowej kapliczce, ścisnęły serce japońskiego łyżwiarza. Czy po mężczyźnie, u boku którego obecnie trenował, też pozostaną mu kiedyś tylko plakaty na ścianie oraz ból w klatce piersiowej?

— Piękny pies — powiedział z uznaniem Viktor, spoglądając na telefon.

— Często robi sobie z nim zdjęcia — wyjaśnił Yuuri, uśmiechając się na widok czworonoga i jego dumnego właściciela. — Mój Vicchan jest… byłby teraz w podobnym wieku.

Chciał rzucić tę informację od niechcenia, bez wyraźnego powodu, ale udawanie nigdy nie było jego mocną stroną. Zresztą, Phichit zawsze lubił powtarzać, że z twarzy Yuuriego dało się czytać jak z otwartego czasopisma sportowego — szczególnie gdy mimo pozornego uśmiechu brwi były ściągnięte, a kąciki ust drżały, jakby nie mogły się utrzymać na właściwym poziomie.

Dłoń, która nieoczekiwanie znalazła się na głowie Japończyka, nieznacznie pogładziła go po delikatnie powiewających włosach. Yuuri drgnął. W pierwszym odruchu zamierzał ją strącić, by nie okazać przed trenerem bezsensownej słabości, jednak szybko złapał się na tym, że ręka tego jednego mężczyzny nie przeszkadzała mu tak, jak mógłby się tego spodziewać. Yuuri pochylił się, ukrywając oczy za grzywką, a letni wiatr połaskotał go w policzki. Moment czułości trwał tylko kilka sekund, tylko kilka nic nieznaczących chwil, ale dla złaknionego troski łyżwiarza sama obecność Viktora wydawała się cenniejsza niż jakiekolwiek podniosłe słowa otuchy.

— Tak mi się właśnie wydawało, że jesteś coś nie w sosie… No? To czemu masz taką minę? — zapytał łagodnie Rosjanin, a potem uśmiechnął się nieco dwuznacznie, prawie że niepokojąco. — Chcesz, żebym cię pocieszył? Na osobności?

— Nie-nie-nie-nie! To nic takiego, naprawdę! Takie chwilowe załamanie. Już jest okej. — Yuuri ożywił się i próbował obrócić wszystko w żart, ale skupiony wzrok trenera nie pozostawił mu żadnego wyboru. — Poza tym będziesz się śmiał…

— A jeśli obiecam, że nie będę?

— Znaczy… w sumie to nie winiłbym cię, gdybyś sobie z tego żartował, bo to naprawdę jest bardzo dziecinne… ale… ja… uch, no dobrze — westchnął, kapitulując. Potem Yuuri zamilkł na dobrą chwilę, w skupieniu zbierając dostępne siły, aż wreszcie wyrzucił z siebie praktycznie wszystkie kotłujące się w środku emocje. — No bo zaczęło się od głupoty. Phitchit coraz częściej prosi mnie na czacie, żebym uaktywnił się na Instagramie, ale jakoś tak do mnie dotarło, że nawet nie miałbym o czym postować. O treningach? Wszystkie są takie same. Moda to zdecydowanie nie moja działka. A wrzucanie zdjęć jedzenia chyba wszystkim się już trochę… ten… przejadło.

— Jedzenie fotografuje każdy. — Rosjanin położył palec wskazujący na ustach i zastanowił się w typowy dla siebie sposób. — Nie, na pewno nie ma co bezsensownie kopiować innych…

Viktor jeszcze raz rzucił okiem na ekran, gdzie na kolejnych zdjęciach śmignęli im Otabek w trakcie jednej ze swoich licznych podróży, beztroski Guang-Hong na rowerze oraz wyciągnięty na ławce i wpatrujący się w swój telefon Yurio. Tylko ten ostatni wyglądał na niespecjalnie szczęśliwego trwającym stanem rzeczy, a Mila Babicheva, która prawdopodobnie była autorką najnowszego zdjęcia, uchwyciła w zaledwie jednym kadrze istotę tego, co najprawdopodobniej zżerało od środka również Yuuriego.

— To oczywiście nie tak, że chcę narzekać na życie czy coś! — Skonfundowany Japończyk wiercił się i machał rękami, nie mając pojęcia, jak właściwie miał ubrać w słowa swoje rozszalałe uczucia. Na próżno. — Wiem, że nie jestem sam, że mam rodzinę, łyżwiarstwo i w ogóle mnóstwo szczęścia, ale… tak jakby… czegoś mi brakuje…?

— Chodzi o wspomnienia, prawda? — zapytał tajemniczo Viktor.

Brwi Yuuriego uniosły się tak wysoko, że okulary aż ześlizgnęły się z nasady nosa i przekrzywiły się w artystycznym zdziwieniu.

— Czyje?

— Twoje, rzecz jasna! Jesteś taki niedomyślny, mój ty prosiaczku wyborowy… Przecież nawet najlepszy katsudon jest niczym bez właściwych dodatków — wyjaśnił obrazowo Viktor, unosząc palec wskazujący w stronę nieba. — Pragniesz szczęśliwych wspomnień, którymi mógłbyś się dzielić z innymi. Chcesz tworzyć wspaniałą historię dla siebie z przeszłości oraz tego z przyszłości. Żeby cieszyć się i żeby nie żałować.

Brzmiało to dość skomplikowanie i może trochę pompatycznie, ale wciąż… uch, bolało. Czyli rozgryzł go. Choć jako szkoleniowiec nie wszystko potrafił wytłumaczyć w przejrzysty sposób, to już jako towarzysz i rozmówca Viktor potrafił uderzać tak celnie, że Yuuri momentami tracił język w gębie. Tak jakby pół problemu rozwiązywało się tylko dlatego, bo ktoś nazwał go po imieniu.

— Dobrze. — Po milczącej odpowiedzi Rosjanin odgadł, że miał rację. — W takim razie powinniśmy zacząć od podreperowania naszej relacji na linii trener-podopieczny. I żadne kiedyś tam, na jakichś naleśnikach, ale tu, teraz.

Viktor chwycił Yuuriego za rękę, na co ten drugi momentalnie zarumienił się na czubkach uszu.

— Spodoba ci się, zobaczysz. Będziemy się bawić do białego rana, aż całkowicie nie padniemy z wycieńczenia. Jeden dzień nas nie zbawi… No, tak właściwie to dwa dni, bo twoja kondycja wciąż jest daleka od doskonałości, ale dam ci na to moją trenerską dyspensę. Jednocześnie muszę cię ostrzec, że jak się postaram, to nie ma zmiłuj. Mój rekord to czternaście.

— Cz-cz-czternaście?! — Yuuri odpełznął na dobry metr od Viktora i niemal lewitował na skraju ławki, przywołując w pamięci tekst zasłyszanej dawno temu piosenki o Rasputinie. — Nie, zaraz, chwila, stop! Viktor, to nie tak jak myślisz… ja wcale… nie… Co ja gadam! Przecież to nie o to mi chodziło! I w ogóle nie chcę robić wspomnień tego typu! Nie tak nagle!

— Nie? Myślałem, że najlepszą receptą na smutki jest alkohol. W Rosji to zawsze działało. — Viktor zrobił zafrasowaną minę. — Czyli że nie macie tu nigdzie żadnego baru ani nic?

— Co? — Nagła zmiana planów jeszcze bardziej zdezorientowała Japończyka.

— Takiego miejsca, gdzie można zjeść i się napić. Z naciskiem na napić — doprecyzował.

— A… hahaha… bar. No tak. Bar — plótł trzy po trzy Yuuri, kiedy już uzmysłowił sobie, że nic mu nie groziło. Przynajmniej nie od tej… konkretnej strony. Viktor natomiast przechylił głowę na bok, nie do końca świadomy, jaką sensację wzbudziła jego propozycja.

— Nie lubisz wychodzić na miasto? — próbował odgadnąć, po czym praktycznie nie czekając na potwierdzenie, westchnął i rzucił w zamian: — To ja może jednak wrócę do tego pierwszego pomysłu z pocieszaniem… Ogólny repertuar nawet się nie zmieni, a poza tym…

— Aaa! Nie, nie, nie! Wspólne wyjście jest w porządku! Zgadzam się, zgadzam!

Żywiołowa reakcja podopiecznego nie pozwoliła Viktorowi być zbyt długo poważnym, dlatego rozparł się wygodniej na ławce i zaśmiał się na głos. Już po chwili Yuuri również się odprężył, a nawet ostrożnie się uśmiechnął, widząc, że to były tylko żarty. Jednocześnie propozycja z wyjściem na miasto coś mu przypomniała, dlatego wyłączył Instagrama i zerknął w kalendarz, upewniając się co do swoich przypuszczeń. No tak. Przez to, że tyle czasu spędził w Detroit, zupełnie zapomniał już o pewnych rzeczach.

— Wiesz, Viktor… — zaczął i podniósł wzrok, zerkając nieśmiało na zaciekawionego Rosjanina. — W sumie tak się składa, że jutro w Fukuoce jest dobra okazja do zabawy…

***

— Wow, japoński festiwal! — zawołał Viktor, podziwiając ludzi przebranych w tradycyjne stroje oraz wskazując na rozwieszone między straganami lampiony. Wprost nie mógł się powstrzymać, żeby nie wyciągnąć z kieszeni spodni komórki i nie zacząć robić zdjęć wszystkiemu, co tylko zwróciło jego uwagę. — Japońskie atrakcje! Amazing!

Yuuri uśmiechnął się na widok szalejącego mężczyzny. Wcześniej trochę się wahał, czy od razu nie dać mu do założenia yukaty, ryzykując przy tym zepsucie części albo wręcz całości szykowanej niespodzianki, czy jednak postawić na element zaskoczenia i trzymać język za zębami. Ostatecznie postawił na to drugie i kiedy tak spoglądał na roześmianą twarz towarzysza, rozświetloną niczym u dziecka cieszącego się ze swojej pierwszej w życiu wycieczki, Yuuri czuł się niesamowicie dumny ze swojego wyboru. Zresztą, niektórzy i tak prezentowali się świetnie w absolutnie każdych ubraniach, więc czy Viktor miał na sobie yukatę, czy też nie, nie stanowiło aż takiego problemu. No i poza tym… Yuuri spojrzał najpierw na swoją granatową bluzę z napisem „Yu-topia”, a potem na szykowną, ciemną koszulę z podwiniętymi rękawami u Viktora. I bez tego różnica w klasie była tak dosadna, że Japończyk aż przymknął powieki i siłą woli próbował stać się niewidzialny.

To się jednak nie stało, więc po chwili stania jak słup soli Yuuri westchnął, otworzył oczy i rozejrzał się po okolicy. Od pięciu lat nie był w domu, a co dopiero mówić o letnich festiwalach, więc zdążył już zapomnieć, jaka atmosfera towarzyszyła nocy, kiedy starsi i młodsi bawili się jak równi sobie. Małe dzieci skakały od alejki do alejki, od straganu do straganu, od stoiska z watą cukrową i owocami w polewie do budki ze złotymi rybkami, i piszczały ile sił w małych płucach, doprowadzając tym swoich rodziców do śmiechu bądź do rozpaczy. Gdzieś obok starsi panowie rozmawiali z zaprzyjaźnionymi sprzedawcami o pogodzie albo kierowali się w stronę pawilonów z alkoholem, mając zamiar konstruktywnie spędzić czas na kieliszkowych filozofiach. Nieco dalej młodzież zbijała się w przyjacielskie stadka, choć zdarzali się i tacy, którzy pod pozorem spadającego klapka umykali gdzieś na bok, aby spędzić małe sam na sam ze swoją drugą połówką. Na to ostatnie spostrzeżenie Yuuri wyraźnie drgnął. A on z Viktorem do której grupy należał? Rozejrzał się jeszcze raz po tłumie, ale nie dostrzegł żadnego innego duetu łyżwiarzy figurowych, którzy w ramach odskoczni po ciężkiej pracy fizycznej na lodowisku przyszli się trochę wyluzować i może nieco lepiej zrozumieć siebie nawzajem. A skoro byli tu tylko we dwóch, to możliwe, że wyglądali jak…

— Yuuri, chodźmy do-

— Aaa! — wrzasnął Katsuki, unosząc ręce do góry, zupełnie jakby bronił się przed kimś, kto chciał go obrabować. Zaabsorbowany przez wieloznaczne myśli Japończyk nawet nie spostrzegł, kiedy uśmiechnięty Rosjanin zaszedł go od tyłu. — Ach, Viktor…! Matko kochana, nie strasz mnie tak!

— Ja cię straszę? Ej, zaraz… Wszystko w porządku? Nie wypiłeś już czegoś beze mnie? — Viktor zmarszczył brwi, a potem położył dłoń na czole towarzysza, kompletnie ignorując jasny rumieniec, który w jednej sekundzie rozkwitł na policzkach Yuuriego. — Faktycznie, jesteś gorący. Co u was tak kopie? Też chcę.

— Ja nic nie…! — zająknął się, lecz na widok niebieskich oczu, znajdujących się tuż przed jego twarzą, Katsuki zaczerwienił się jeszcze mocniej. — Nie… nieważne! Chodźmy!

Łyżwiarz, poganiany przez mruknięcia „Yuuri, no weź!” oraz „Yuuri, powiedz!”, czym prędzej ruszył przodem w kierunku alejki, gdzie znajdować miał się dobry znajomy rodziców, prowadzący knajpkę z ramenem. Yuuri miał bowiem cichą nadzieję, że taki amator nowych smaków jak Viktor ucieszy się, kiedy będzie mógł spróbować nowego, charakterystycznego dla Japonii dania. No i jakoś tak nie mógł ukryć, że dość mocno ekscytował się prezentacją przygotowanych dla idola niespodzianek, nawet jeśli jeszcze chwilę temu umierał ze wstydu, gdy… „Właśnie, co jest? Przecież to ja miałem się tu dobrze bawić, nie Viktor” przypomniał sobie Yuuri, dotykając wciąż ciepłych policzków. „Znaczy, wciąż bawię się dobrze, ale role zupełnie się odwróciły”.

— Mmm, coś tu ciekawie pachnie… jakby… z tej strony? — Tymczasem zmarkotniały i ignorowany przez podopiecznego Viktor nagle się ożywił, a kiedy Yuuri obejrzał się przez ramię, zdążył już tylko zauważyć, że obcokrajowiec podszedł do stoiska z napojami.

— No przecież, że sake… — powiedział bardziej do siebie niż do niego, jednocześnie przeklinając w duchu rosyjski kompas, który niezawodnie wskazywał drogę do procentów. — Viktor!

Na nic to — wąsaty sprzedawca, stojący za kontuarem pobliskiego straganu, już zdążył zauważyć wysokiego cudzoziemca i nawet uśmiechnął się do niego przyjaźnie, węsząc okazję na zysk.

— Dobry wieczór! — zagadnął jak dobry gospodarz witający się z gośćmi. — Co podać szanownym panom?

— Ja podziękuję. Jestem… jestem na diecie. — Yuuri próbował sprawiać wrażenie mniejszego idioty niż najwyraźniej był, ale sądząc po uniesionych brwiach sprzedawcy, wyszło mu to z dość marnym skutkiem.

Ostatecznie starszy Japończyk skinął polubownie głową i zwrócił się do Rosjanina.

— A dla pana?

— Specjalitość zakładu! — zawołał kulawym japońskim Viktor, dla lepszego efektu puszczając do sprzedawcy oczko.

Właściciel stoiska zaśmiał się pełną piersią, po czym podał odważnemu klientowi kubek z lekko mętnym, przypominającym rozcieńczone mleko trunkiem. Oczywiście, że trunkiem. Że też to musiał być trunek…

— Vkusno! — zawołał Viktor, kiedy za jednym zamachem opróżnił kubek, a potem wyciągnął dłoń z powrotem do sprzedawcy i wymownie potrząsnął naczyniem, pokazując tym samym, że miał ochotę na dolewkę.

Wtedy Yuuri w mig pojął, że na dwóch drinkach przygoda mogła się nie skończyć, dlatego czym prędzej zapłacił za obie zamówione przez Rosjanina porcje i dziękując sprzedawcy za obsługę, popchnął Viktora przed siebie. Nie uszli jednak daleko — zatrzymali się praktycznie kilkanaście metrów dalej, gdy tylko dotarli do bocznej, mniej uczęszczanej alejki.

— Nie powinieneś pić przed je… na pusty żołądek — skarcił go Yuuri, w ostatnim momencie gryząc się w język. Nie, akurat tego nie musiał wyjaśniać.

— Przecież mówiłem, że jestem wytrzymały — mruknął w odpowiedzi Viktor, jednak słowom tym przeczył delikatny rumieniec, który zdążył się już pojawić na jego twarzy. — A jeśli tak bardzo się o mnie martwisz, to zaraz zjemy coś w jakiejś budce i-

— Nie chcę, żeby to była jakaś budka — wszedł mu w słowo Yuuri, a kiedy zrozumiał, jak szybko złamał swoje postanowienie i że w ogóle zaczął robić Viktorowi wymówki, zawstydził się i spuścił wzrok na chodnik.

Milczał, nie wiedząc, czy w ostatecznym rozrachunku bardziej był smutny z powodu kolejnej życiowej porażki, czy może jednak zawiedziony swoim postępowaniem. Przede wszystkim Yuuri nie był już jednak pewien, czy miejsce, do którego prowadził Viktora, w ogóle mogło go interesować. Skoro najwyraźniej najlepiej bawił się w swoim własnym towarzystwie…

— Dobrze już, dobrze. Nie gniewaj się. — Viktor odstawił kubek z sake na kamienny słupek, po czym rozłożył ręce, demonstrując z otwartością godną samej Statuy Wolności, że wciąż był tym samym, trzeźwym, miłym człowiekiem co zawsze. — Widzisz? Nic mi nie jest. Jedyne, co może mi grozić, to że nagle zrobi mi się za gorąco, ale nawet jakby tak wyszło, to zdejmę parę ubrań i będzie po kłopocie.

— Jasne, rozumiem — odparł pospiesznie Yuuri, siląc się na pogodny ton. — Przepraszam. Jesteś dorosłym facetem, więc oczywiście możesz robić, co tylko zechcesz.

Viktor zmarszczył brwi. Chyba nie był do końca przekonany w kwestii nastroju kompana, dlatego opuścił ręce i zaproponował o wiele ostrożniej:

— To… może zrobimy sobie zdjęcie na zgodę?

Yuuri zamrugał. No tak, przecież taki był główny cel tej wyprawy. To było aż dziwne, że Viktor wciąż o tym pamiętał, chociaż jemu samemu kompletnie wyleciało to z głowy. Czyżby to był efekt uboczny wypitego sake? A może jednak świat stawał na głowie? Niesamowite… I to na tyle, że całkowicie wybiło to Katsukiego z dotychczasowego rytmu.

— Zupełnie o tym zapomniałem — przyznał więc na głos i już chciał sięgnąć do kieszeni spodni po komórkę, kiedy nagle zamarł z ręką w pół drogi. — Zapomniałem…

— Już to powiedziałeś — przypomniał usłużnie Viktor.

— Telefon! Jego też zapomniałem! — jęknął Yuuri, chwytając się za głowę. — Nic mi się dzisiaj nie udaje…! Jak nie sake, to komórka…! Tak się cieszyłem, że z tobą wychodzę, że nie pomyślałem nawet, żeby przełożyć go do… o… och.

Gdyby tylko Viktor potrafił, z pewnością zastrzygłby uszami jak Makkachin.

— Czy mógłbyś powtórzyć ostatnią część? — poprosił za to.

Yuuri jeszcze mocniej przycisnął ręce do skroni i uciekł wzrokiem na bok, niemal czując, jak kostka chodnikowa rozstępuje się pod jego nogami niczym ruchome piaski.

— O-och.

— Droczysz się. — Viktor przysunął się do Yuuriego, by zbliżyć ucho do jego ust. — Czy możesz powtórzyć?

Speszony Japończyk przełknął ślinę i równie cicho odpowiedział:

— Cieszyłem się, że z tobą wychodzę.

— A teraz już nie?

— ...cieszę się.

Po tych słowach Viktor odstąpił nieco od Yuuriego, westchnął ciężko przez nos, a potem powoli, powoli, ujmując zaciśnięte na włosach ręce, Rosjanin ucałował skryte między czarnymi kosmykami koniuszki palców. W kolejnym odruchu Viktor zdjął dłonie Yuuriego z jego skroni i tak samo łagodnie zbliżył usta do policzka mężczyzny, ostrożnie smakując rozpaloną rumieńcem skórę. Na koniec, ani razu nie spoglądając przez ten czas na twarz Yuuriego, Viktor wsparł się czołem o ramię Japończyka i wyznał krótko:

— Ja też.

Przytuleni łyżwiarze trwali w tej pozycji przez dłuższą chwilę, nie odzywając się do siebie ani nie decydując się na żaden kolejny gest. Dla sporadycznie pojawiających się tam przechodniów mogło to więc wyglądać tak, jakby jeden mężczyzna bezgłośnie wypłakiwał się drugiemu na ramieniu i tylko sami zainteresowani wiedzieli, jak dalekie to było od prawdy. Twarz Yuuriego piekła go niemiłosiernie, natomiast Viktor milczał, najwyraźniej napawając się szalejącym tętnem krwi tego pierwszego. I nie można się było dziwić reakcji Rosjanina — wszak kruche, niewinne serce łyżwiarza niemal doszczętnie stopniało w jego rękach.

Wreszcie Yuuri wycofał się o krok, czując, że dłużej już nie zniesie równie wymownej ciszy. Jednocześnie przez głowę przemknęła mu prawie idiotyczna myśl, że z tak zaczerwienionymi policzkami musiało to wyglądać tak, jakby to on padł ofiarą traumatycznej wiadomości, a nie „lamentujący” przy jego piersi Nikiforov. A przecież to nie był taki daleki od prawdy wniosek… I może to właśnie dlatego Katsuki przez jeszcze dobrą chwilę nie wiedział, gdzie ma podziać oczy, aż w końcu niepewnie zerknął na towarzyszącego mu mężczyznę. Raz, drugi. Trzeci. Spojrzał na Viktora nieco śmielej, a potem, w przypływie desperackiej odwagi, Japończyk uniósł podbródek — tym razem z własnej, nieprzymuszonej woli — i rozłożył ręce na boki, tak jak wcześniej zrobił to Rosjanin.

— Yuuri wrócił! — Viktor z prawdziwą radością wpadł w jego objęcia, wtulając się całym ufnym jestestwem w tors Yuuriego i trąc policzkiem o policzek Japończyka niczym ojciec witający się z dawno niewidzianym synem. Wybuch euforii trwał tak długo, a okulary z takim zapałem podskakiwały na nosie Katsukiego, że Yuuri wreszcie się rozluźnił, pozwolił sobie na lekki uśmiech i poklepał trenera po plecach.

— Przepraszam — przyznał nieśmiało, patrząc w ciemne niebo rozpościerające się ponad nimi. Ta noc faktycznie była zbyt piękna, żeby marnować ją na jakiekolwiek spory. — Powinienem mówić o wszystkim wprost.

— Nie szkodzi. Przecież w tym jest cały twój urok. Że jesteś nieporadny, a mimo to walczysz — podkreślił Viktor i zaśmiał się delikatnie. — A ja jestem tu po to, żeby ci o tym przypominać.

Po tym zapewnieniu Nikiforov wreszcie przestał podduszać swojego podopiecznego, a gdy już wypuścił go z objęć, puścił oko i zanurkował ręką w kieszeń.

— Więc skoro mógłbym ci się na coś przydać… to chciałbym to zrobić. — Viktor niespodziewanie wyłowił ze spodni swój smartfon, po czym wsunął go w ręce zaskoczonego podarunkiem Yuuriego. — Też mam iPhone’a, więc nie powinieneś mieć problemów z obsługą aparatu. I oczywiście nie chcę słyszeć żadnego ale. Ja i tak nie dam rady się nim zajmować, bo w jednej ręce będę trzymać kubek, a w drugiej…

W trakcie mówienia Viktor ujął Yuuriego za lewą dłoń, więc kończenie wypowiedzi było tak naprawdę całkowicie zbędne.

— Żebym się nie zgubił — wyjaśnił za to wesoło.

— Żebyś się nie zgubił — zgodził się Yuuri, przyciskając smartfon do serca.

— No! Więc skoro tak… to idziemy zwiedzać dalej!

Viktor pociągnął kompana za sobą, a zanim speszonemu Yuuriemu udało się uruchomić aparat, znaleźli się w głównej alejce zapełnionej stałymi knajpkami. Czerwone latarnie i żółtawe szyldy z nazwami podawanych specjałów oświetlały drogę spacerującym tędy klientom, a z wnętrz drewnianych lokali wydobywały się smakowite, nęcące nosy zapachy. Niektóre budki były już dość mocno oblegane, szczególnie te z łakociami na wynos jak takoyaki czy dango, ale wciąż dało się znaleźć również sporo wolnych miejsc. Ten wielobarwny, fascynujący widok sprawił, że uśmiechnięty Viktor odwrócił się w stronę Yuuriego i zaczął mu opowiadać starą historię z dzieciństwa związaną z ulubionymi świątecznymi przysmakami, po które biegał aż na drugi brzeg Newy przy okazji tamtejszych jarmarków. Był przy tym tak pogodny i prostodusznie szczery, że myśl, że może wypadałoby im zrobić wspólne selfie, zupełnie wyleciała Katsukiemu z pamięci. W tej chwili najważniejszy był Viktor, a jego szczęście sprawiało, że Yuuri również czuł radość. Z tego też powodu w całkowitym pośpiechu zrobił ciągnącemu go mężczyźnie zdjęcie i czym prędzej dorzucił je na tablicę, żeby nie stracić już ani sekundy z ich wspólnego spaceru.

Jak to dobrze, że przeciętni ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego, jak wielką gwiazdą był Viktor. Yuuri cieszył się tym faktem nie tylko dlatego, bo dzięki temu nie zwracali oni szczególnej uwagi na dwóch trzymających się za ręce mężczyzn (czy może raczej jednego oczarowanego wszystkim obcokrajowca, który ściskał kurczowo dłoń swojego „opiekuna”), ale też dlatego, bo mógł w pełni napawać się obecnością wieloletniego idola. Czyli nie tylko jedzenie wspólnych posiłków w Yu-topii mogło być zabawne. A skoro już o jedzeniu mowa…

Przeczytałeś bezpłatny fragment.
Kup książkę, aby przeczytać do końca.