Rozdział 1. Wiadomość
Michał siedział w kuchni przy stole, chociaż od dobrych dwudziestu minut niczego już nie robił.
Kawa wystygła.
Gazeta leżała złożona obok filiżanki, otwarta na stronie gospodarczej, do której zaglądał od rana trzy razy i za każdym razem dochodził najwyżej do połowy pierwszej kolumny. W końcu ją odsunął.
W niedzielę dom miał inny dźwięk.
Przez tydzień wszystko w nim gdzieś biegło. Drzwi, telefony, samochody, pralka, ekspres do kawy, Julia rozmawiająca przez telefon, radio grające z garażu, kroki któregoś z nich między kuchnią a tarasem. Teraz było spokojnie. Za oknami ciągnęły się rzędy winorośli, jeszcze ciemnozielone pod koniec lata, a światło wpadające przez szerokie okna kuchni miało ciepły, lekko żółty kolor.
Michał podniósł filiżankę, skrzywił się na zimną kawę, ale mimo to ją wypił.
Po drugiej stronie stołu stała filiżanka Julii. Biała, z cienką granatową linią przy brzegu. Michał zrobił jej kawę zdecydowanie za wcześnie, jeszcze zanim miała wylądować. Sam uznałby to za bezsensowne, gdyby nie robił podobnych rzeczy od prawie trzydziestu lat.
Telewizor był włączony bardziej z przyzwyczajenia niż z potrzeby. Stał na komodzie po drugiej stronie kuchni, wystarczająco daleko, żeby Julia mogła regularnie twierdzić, że Michał ma go za głośno, i wystarczająco blisko, żeby on odpowiadał, że skoro go słyszy, to znaczy, że głośność jest właściwa.
Teraz prezenter mówił coś o strajku kolejarzy. Michał spojrzał na zegarek. Była siedemnasta czterdzieści trzy; Julia miała lądować przed osiemnastą.
Tym razem miał na nią nie czekać.
Napisała rano, że nie musi po nią przyjeżdżać. Mogła wziąć taksówkę albo zamówić samochód z lotniska. Odpisał, że skoro przez dwadzieścia dziewięć lat ją odbiera, to nie będzie teraz psuł statystyk.
Odpowiedziała prawie natychmiast. Nie odbierasz mnie od 29 lat. Kłamiesz nawet w wiadomościach.
Michał odpisał:
Od 28.
Po minucie przyszło:
Czyli jednak liczysz.
Nie odpowiedział.
Wiedział, że jeżeli odpowie, Julia będzie miała ostatnie słowo, a jeżeli nie odpowie, również uzna, że miała ostatnie słowo.
Po tylu latach niektórych wojen nie należało już próbować wygrywać. Wstał od stołu, nadal trzymając filiżankę w dłoni.
Telefon zawibrował. Na ekranie pojawiła się reklama operatora.
— Świetnie — mruknął.
Julia miała zadzwonić po lądowaniu. Właściwie mówiła, że napisze.
Zamierzał jak zwykle zrobić po swojemu, ale odpuścił. Julia miała wrócić taksówką. Należała do tych ludzi, którzy najpierw mówili, żeby na nich nie czekać, a potem wychodzili z terminala i byli zdziwieni, że człowiek rzeczywiście nie czeka.
Michał znał to od lat. Gdyby jednak pojechał, zaparkowałby, kupił kawę i stanął przy wyjściu.
Ona zobaczyłaby go i powiedziała:
— Mówiłam, żebyś nie przyjeżdżał.
— Wiem.
— To po co przyjechałeś?
— Żebyś mogła powiedzieć, że mówiłaś, żebym nie przyjeżdżał.
Potem, bez pytania, oddałaby mu walizkę.
Michał otworzył lodówkę i przez chwilę stał przed nią bez większego celu.
Na górnej półce stała miseczka przykryta talerzykiem, a obok jogurty Julii. Jednego z nich, figowego, nie znosił. Twierdził, że wygląda jak produkt, który powinien zostać wycofany przez sanepid.
Julia kupowała go regularnie. Michał zamknął lodówkę.
Zmiana tonu głosu prezentera od razu przyciągnęła jego uwagę.
Nie od razu zrozumiał.
Pojawił się obraz lotniska. Straż pożarna. Karetki. Fragment pasa startowego widziany z dużej odległości.
Na dole ekranu biegł czerwony pasek. Wypadek samolotu podczas lądowania w Bordeaux.
Michał zatrzymał się przy blacie.
Prezenter mówił szybko. Jeszcze nie było wiadomo, ilu pasażerów znajdowało się na pokładzie. Maszyna miała problemy podczas podejścia do lądowania. Samolot zjechał z pasa. Doszło do pożaru. Na miejsce skierowano służby ratunkowe.
Była siedemnasta czterdzieści pięć.
Siedemnasta czterdzieści pięć.
Potem znowu na ekran.
— Nie.
Powiedział to zupełnie spokojnie. Na ekranie pojawiła się plansza.
AURELIA AIR 417
Niżej:
BARCELONA — BORDEAUX
Michał nie ruszał się przez kilka sekund. Potem sięgnął po telefon.
Otworzył wiadomości.
Julia.
Ostatnia z trzynastej dwadzieścia osiem. Jestem już na lotnisku. Konferencja przeżyła mnie, ja przeżyłam konferencję. Remis.
Niżej druga:
I kup pieczywo. To normalne. Nie to twoje z ziarnami dla papug.
Uśmiechnąłby się.
Każdego innego dnia.
Przesunął ekran wyżej.
Wczoraj.
Zdjęcie kieliszka wina i fragmentu stolika. Hiszpanie nie rozumieją, że kieliszek powinien mieć dno. Ciągle dolewają.
Jeszcze wyżej.
Numer lotu.
AA417.
Na ekranie ten sam numer.
AA417.
Wcisnął połączenie.
Przyłożył telefon do ucha.
Pierwszy sygnał.
Drugi.
Trzeci.
Czwarty.
— No odbierz.
Piąty.
Potem głos Julii. Przez ułamek sekundy Michał poczuł ulgę.
— Cześć, tu Julia. Jeżeli nie odbieram, to albo pracuję, albo nie chcę z tobą rozmawiać. W obu przypadkach spróbuj później.
Michał zamknął oczy.
Poczta głosowa.
Zawsze uważał ten komunikat za idiotyczny. Julia uważała go za zabawny.
Rozległ się sygnał.
Michał milczał.
Nie wiedział, co powiedzieć.
— Julia…
Urwał.
Na ekranie przesuwały się obrazy służb ratunkowych.
— Oddzwoń.
Znów przerwa.
— Nieważne o której. Po prostu oddzwoń.
Rozłączył się.
Natychmiast zadzwonił ponownie.
Ten sam głos.
— Cześć, tu Julia…
Wyłączył.
Stał z telefonem przy uchu, chociaż połączenia już nie było.
Prezenter mówił o „niepotwierdzonych informacjach”. O możliwości ewakuacji części pasażerów. O tym, że służby nie podały liczby poszkodowanych.
Michał zwiększył głośność. Kamera pokazywała dym w oddali.
Nie było widać samolotu. Tylko wozy strażackie, światła i ludzi biegnących gdzieś za ogrodzeniem.
Michał zadzwonił do Mai. Odebrała po drugim sygnale.
— Tato?
— Gdzie jesteś?
— W domu. Co się stało?
— Włącz telewizor.
— Dlaczego?
— Włącz telewizor.
Usłyszał ruch, jakieś kroki.
— Tato, co jest?
— Samolot.
Zapadła cisza.
— Jaki samolot?
— Z Barcelony.
Maja nie odpowiedziała.
— Maja?
— Mama?
Michał oparł dłoń o blat.
— Nie wiem.
— To jej lot?
— Nie wiem.
Wiedział.
— Tato.
— Numer się zgadza.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Dzwoniłeś do niej?
— Tak.
— I?
— Nie odbiera.
— Może jeszcze nie może.
— Wiem.
— Może wyszli z samolotu i zabrali im telefony.
— Wiem.
— Może…
— Maja.
Zamilkła.
— Nic jeszcze nie wiemy — powiedział.
Powiedział to bardziej do siebie niż do niej.
— Jadę na lotnisko.
— Jadę z tobą.
— Nie.
— Tato…
— Zadzwoń do Filipa.
— Sam do niego zadzwoń.
— Maja.
— Nie będę dzwoniła do niego i mówiła, że nie wiem, czy mama żyje. Zadzwoń do niego ty.
Michał zacisnął usta.
Miała rację.
Nie znosił, kiedy dzieci miały rację.
Julia zawsze wtedy patrzyła na niego z tym swoim niewinnym wyrazem twarzy i mówiła:
„Wychowaliśmy je. Sami jesteśmy sobie winni.”
— Dobrze — powiedział.
— Zadzwonię za chwilę.
— Tato?
— Co?
— Nie jedź jak wariat.
— Nie będę.
— Obiecaj.
— Maja…
— Obiecaj.
— Dobrze.
Rozłączył się.
Filip odebrał dopiero po kilku sygnałach.
— Cześć.
— Gdzie jesteś?
— Wracam. A co?
— Zatrzymaj samochód.
— Tato, jadę przez…
— Filip. Zatrzymaj samochód.
Ton głosu musiał wystarczyć. W słuchawce rozległ się kierunkowskaz.
Potem cisza.
— Stoję.
Reporter stał już przed terminalem. Za nim przesuwały się wozy policyjne.
— Samolot mamy miał wypadek przy lądowaniu.
Po drugiej stronie nie było żadnej reakcji.
— Filip?
— Co znaczy „miał wypadek”?
— Nie wiem.
— Ale jaki wypadek?
— Nie wiem.
— Jest cała?
Michał zamknął oczy.
„Jest cała?”
Nie od razu zrozumiał pytanie.
— Nie wiem.
— Dzwoniłeś?
— Tak.
— Nie odbiera?
— Nie.
Filip oddychał głośniej.
— Jadę na lotnisko.
— Przyjedź do mnie.
— Po co?
— Pojedziemy razem.
— Tato, jestem bliżej lotniska niż domu.
— Dobrze. Spotkamy się tam.
— Maja wie?
— Wie.
— Jedzie?
— Pewnie tak.
— Dobra.
Michał już chciał się rozłączyć, kiedy Filip powiedział:
— Tato.
— Tak?
— To nie znaczy, że…
— Wiem.
Filip nie dokończył.
Michał również.
Rozłączył się.
Nie odłożył telefonu. Potem ponownie wybrał numer Julii.
— Cześć, tu Julia. Jeżeli nie odbieram…
Rozłączył się natychmiast. Nie chciał teraz słyszeć jej żartu.
Telewizor mówił dalej.
Lotnisko w Bordeaux wstrzymało część operacji. Na miejscu pracowały służby ratunkowe. Według pierwszych informacji część pasażerów mogła zostać ewakuowana.
Część pasażerów.
Michał powtórzył te dwa słowa w myślach.
Część.
Czyli byli ludzie, którzy wyszli. Jeżeli wyszli, Julia mogła być wśród nich.
Oczywiście, że mogła.
Była sprawna. Chodziła na uczelnię. Jeździła. Latała. Kłóciła się z nim. Kilka dni wcześniej sama wniosła dwa kartony książek na piętro, chociaż zabronił jej tego robić.
„Nie jestem porcelanowa” — powiedziała.
Nie była.
Jeśli ktoś potrafił wyjść z rozbitego samolotu i jeszcze po drodze powiedzieć strażakowi, że źle ją prowadzi, to Julia.
Michał chwycił kluczyki.
Telefon znów zawibrował.
Serce uderzyło mu mocniej. Na ekranie pojawiło się imię Mai.
Nie odebrał.
Wcisnął ponownie numer Julii.
Sygnał.
Poczta.
Wysłuchał jej do końca.
— Cześć, tu Julia. Jeżeli nie odbieram, to albo pracuję, albo nie chcę z tobą rozmawiać. W obu przypadkach spróbuj później.
Sygnał.
Michał wziął oddech.
— Julia, jadę na lotnisko.
Przełknął ślinę.
— Pewnie zaraz oddzwonisz i zrobisz awanturę, że niepotrzebnie przyjechałem.
Na ekranie wciąż biegł czerwony pasek z numerem AA417.
— Możesz zrobić.
Głos lekko mu się załamał.
Odchrząknął.
— Tylko oddzwoń.
Rozłączył się.
Założył kurtkę.
Dopiero przy drzwiach zauważył, że nadal trzyma filiżankę. Stał z filiżanką w dłoni i nie rozumiał, skąd się tam wzięła.
Wrócił do kuchni.
Postawił ją na stole.
Obok filiżanki Julii. Jej stała tam od późnego popołudnia.
Biała, z cienką granatową linią przy brzegu. Michał zrobił ją przed wiadomościami, zbyt wcześnie, żeby po powrocie Julii mogła być jeszcze ciepła.
Michał dotknął palcem jej ucha.
— Znowu zostawiłaś.
Sam nie wiedział, dlaczego to powiedział.
Wyszedł.
Drzwi zamknęły się za nim. Telewizor został włączony.
Reporter nadal mówił o katastrofie lotu z Barcelony, o rannych, o działaniach służb i o tym, że na oficjalne informacje trzeba będzie jeszcze poczekać.
W pustej kuchni stały obok siebie dwie filiżanki. Jedna była pusta.
W drugiej kawa dawno wystygła.
Rozdział 2. Lotnisko
Droga do Bordeaux zwykle zajmowała Michałowi niecałe czterdzieści minut.
Tego popołudnia po dwudziestu pięciu miał wrażenie, że od domu nie oddalił się prawie wcale.
Ruch gęstniał w miarę zbliżania się do miasta. Na tablicach nad drogą pojawiły się komunikaty o utrudnieniach przy lotnisku. Kilka kilometrów dalej samochody zaczęły zwalniać bez wyraźnego powodu, potem całkiem stanęły.
Na zegarku na desce rozdzielczej była osiemnasta dwadzieścia trzy. O tej porze Julia powinna już być na ziemi.
Julia powinna już włączyć telefon. Powinna zobaczyć jego trzy połączenia i napisać coś w rodzaju:
Nie dramatyzuj. Żyję.
Albo:
Miałeś kupić pieczywo, nie urządzać akcję ratunkową.
Telefon leżał na siedzeniu pasażera, podłączony do zestawu głośnomówiącego. Michał zerkał na niego częściej niż na lusterko.
Nic.
Włączył radio.
Wiadomości przerwały program. Ten sam lot. Ten sam numer. Te same zdania powtarzane innymi słowami: wypadek podczas lądowania, pożar, działania ratowników, brak potwierdzonej liczby ofiar.
Ofiar.
Michał wyłączył radio, ale zaraz włączył je ponownie.
— ...część pasażerów została ewakuowana z maszyny…
Zwiększył głośność.
Reporter mówił o ambulansach odjeżdżających w kierunku kilku szpitali. Nie podawał nazwisk. Nie podawał liczby rannych. Nie wiadomo było, czy wszyscy zostali wydostani z samolotu.
Jeszcze raz wybrał numer Julii i rozłączył się, gdy usłyszał początek nagrania.
Samochody ruszyły kilka metrów.
Telefon zadzwonił.
Maja.
Odebrał od razu.
— Jestem przed lotniskiem — powiedziała. — Nie wpuszczają pod terminal.
— Gdzie dokładnie?
— Przy parkingu P4. Policja kieruje wszystkich rodzinami do hali konferencyjnej obok terminala B.
— Skąd wiesz, że rodzinami?
— Powiedziałam, że mama była w tym samolocie.
Michał mocniej zacisnął dłonie na kierownicy.
— Nie wiemy tego.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Tato, numer się zgadza.
— Numer lotu się zgadza.
— Zgadza się.
— To nie znaczy, że do niego wsiadła.
Maja nie odpowiedziała. Michał sam usłyszał, jak to brzmi.
— Mogła zmienić lot — dodał.
— Pisała z lotniska.
— Z lotniska, nie z samolotu.
— Dobrze.
Powiedziała to zbyt szybko.
— Co „dobrze”?
— Nic. Poczekamy na informacje.
— Filip jest?
— Dzwonił. Za dziesięć minut powinien być.
— Niech nie próbuje podjeżdżać pod terminal. Nie ma sensu.
— Powiem mu.
— I niech nie dzwoni do matki co trzy minuty, bo jak telefon…
Urwał.
— Bo jak co? — zapytała Maja.
Michał popatrzył przed siebie.
Samochody znowu stanęły.
— Nic.
— Tato.
— Będę za chwilę.
Rozłączył się.
Nie chciał kończyć tego zdania. Bo jak telefon Julii ma jeszcze trochę baterii, Filip ją wykończy.
Jakby bateria miała teraz znaczenie. Zresztą rozsądna ilość połączeń do żony, której samolot zjechał z pasa, nie istniała.
Michał zadzwonił jeszcze raz.
Poczta.
— To ja — powiedział po sygnale. — Jestem już prawie na lotnisku.
Przerwał.
— Maja też jest. Filip jedzie.
Milczał kilka sekund.
— Więc jak tylko możesz, zadzwoń do któregoś z nas.
Chciał dodać coś jeszcze.
Nie dodał.
Kiedy wreszcie zjechał na parking, zobaczył Maję, zanim znalazł miejsce. Stała przy barierce w jasnym swetrze, z telefonem przy uchu. Włosy miała spięte niedbale, jakby wyszła z domu w połowie czegoś, czego już nie pamiętała.
Michał zatrzymał samochód byle jak.
Wysiadł.
Maja zobaczyła go i ruszyła w jego stronę.
Od lat nie przytulali się na powitanie. W ich rodzinie taki gest był zarezerwowany dla lotnisk, świąt, poważnych chorób i sytuacji, w których ktoś naprawdę długo nie wracał do domu.
Maja objęła go bez słowa. Michał stał sztywno.
Potem położył jej dłoń na plecach.
— Co wiadomo?
Odsunęła się.
— Nic konkretnego. Podobno mają nas rejestrować. Nazwisko pasażera, numer telefonu, stopień pokrewieństwa.
— Kto „podobno”?
— Policjant przy wejściu.
— Rozmawiałaś z linią?
— Próbowałam. Automat.
— Ja też.
— Z Barceloną?
— Jeszcze nie.
— Dzwoniłam do organizatorów konferencji. Recepcjonistka powiedziała, że mama wymeldowała się rano.
Michał pokiwał głową.
— To nic nie znaczy.
Maja milczała sekundę dłużej, ale nie zaprzeczyła.
— Wiem.
Filip pojawił się kilka minut później. Wysiadł z samochodu i trzasnął drzwiami mocniej, niż było trzeba.
— No?
To było całe powitanie.
Maja pokręciła głową.
— Nic.
— Dzwoniłeś?
Michał uniósł telefon.
— Pięć razy.
— Ja siedem.
— Świetnie. Jak wyjdzie z tego samolotu, pierwsze co zobaczy, to dwanaście nieodebranych od dwóch idiotów.
Filip milczał, potem bardzo krótko się uśmiechnął.
— To przynajmniej będzie wiedziała, że rodzina działa.
Maja spuściła wzrok. Michał odwrócił się w stronę terminala.
Przy wejściu stało dwóch policjantów. Ludzie podchodzili pojedynczo albo parami. Jedni rozmawiali przez telefony, inni patrzyli na ekrany, jakby nazwiska mogły się na nich pojawić od samego patrzenia.
— Idziemy — powiedział.
W hali konferencyjnej ustawiono rzędy krzeseł. Na stole przy wejściu leżały formularze. Pracownicy lotniska i policjanci rozmawiali półgłosem z rodzinami.
Michał nie znosił półgłosu.
Półgłosem mówiło się przy szpitalnym łóżku, podczas pogrzebu albo wtedy, kiedy człowiek wiedział coś złego i jeszcze nie zdecydował, jak to powiedzieć.
Podszedł do stolika. Podał imię i nazwisko Julii.
Kobieta w granatowej kamizelce sprawdziła coś na ekranie komputera.
— Proszę pana, na tym etapie nie możemy potwierdzać informacji dotyczących konkretnych pasażerów.
— To po co pytacie o nazwisko?
— Żebyśmy mogli skontaktować się z rodziną, kiedy informacje zostaną potwierdzone.
— Ja jestem rodziną. Jestem tutaj. Proszę powiedzieć, czy moja żona była na pokładzie.
Kobieta zawahała się.
— Nie mam upoważnienia.
— Pani ma komputer.
— Tato — odezwała się Maja.
Michał nie odwrócił głowy.
— Pani ma komputer i nazwisko. Ja mam żonę, która nie odbiera telefonu. To jest dość prosty układ.
— Rozumiem pana.
— Nie. Pani wykonuje procedurę. To nie jest to samo.
Kobieta spuściła głos jeszcze bardziej.
— Proszę wpisać dane. Gdy tylko będziemy mogli przekazać potwierdzone informacje, ktoś do państwa podejdzie.
Filip położył dłoń na ramieniu ojca.
— Chodź.
Filip zabrał dłoń.
— Nie dotykaj mnie teraz.
— Dobra.
Maja wzięła formularz.
— Ja wypełnię.
— Umiem pisać.
— Wiem.
— To dlaczego…
— Bo trzęsą ci się ręce.
Długopis lekko drżał między jego palcami. Oddał go córce.
Usiedli w trzecim rzędzie.
Maja wypełniała rubryki.
Imię i nazwisko pasażera.
Maja wpisała dane matki.
Relacja.
Matka.
Maja zatrzymała długopis.
— Co?
— Nic.
Dopisała dalej.
Na ścianie wisiał ekran bez dźwięku. Pokazywał transmisję sprzed lotniska. Czerwony pasek przewijał informacje szybciej, niż dało się je czytać.
Filip usiadł obok.
— Dzwoniłem do szpitali.
— Po co?
— Bo podobno część rannych rozwożą do kilku miejsc.
— I?
— Nie mają list.
— Oczywiście, że nie mają.
— Tato, próbuję coś zrobić.
— To rób coś, co ma sens.
Filip zacisnął szczękę.
Maja przestała pisać.
— Możecie nie zaczynać teraz?
— Przepraszam.
Filip wzruszył ramionami.
— Spoko.
Nie było spoko. Przez następne pół godziny nic się nie wydarzyło.
Najgorsze było czekanie.
Katastrofa wydarzyła się gwałtownie, ale informacja po niej poruszała się powoli. Minuta po minucie. Formularz po formularzu. Telefon po telefonie.
Ktoś płakał kilka rzędów dalej. Ktoś inny krzyczał na pracownika lotniska.
Starszy mężczyzna chodził od ściany do ściany, trzymając telefon obiema rękami.
Michał siedział.
Co kilka minut wybierał numer Julii. Za każdym razem ten sam głos.
Po którymś połączeniu przestał zostawiać wiadomości.
Słuchał.
— Cześć, tu Julia. Jeżeli nie odbieram…
Rozłączał się przed sygnałem. Maja przyniosła trzy kawy z automatu.
Michał wziął swoją, napił się i natychmiast skrzywił.
— Co to jest?
— Kawa.
— Nie.
Filip powąchał swoją.
— Tata ma rację. To może być element śledztwa.
Maja prawie się uśmiechnęła.
— Macie wybór. To albo nic.
Michał obrócił papierowy kubek w dłoni.
— Twoja matka by tego nie wypiła.
Powiedział to zwyczajnie.
Brzmiało to tak, jakby Julia siedziała obok i zaraz miała się wtrącić, a za godzinę mieli wrócić do domu.
Maja usiadła.
— Nie.
— Powiedziałaby, że Francuzi wymyślili kuchnię, a potem ktoś zbudował automat do kawy i wszystko zaprzepaścił.
Filip spuścił głowę. Tym razem uśmiechnął się naprawdę.
— To brzmi jak mama.
Michał podniósł kubek jeszcze raz. I nagle przypomniał sobie inną kawę.
Ceramiczną filiżankę, niedzielny stół, płatki Mai i Filipa schodzącego po schodach w piżamie.
Julię siedzącą naprzeciwko, z tym spojrzeniem, które zawsze oznaczało kłopoty.
Rozdział 3. Kawa
Cztery lata wcześniej niedziela zaczęła się od sporu o kubek.
— To jest mój.
Michał nawet nie podniósł wzroku znad gazety.
— Nie ma twoich kubków.
— Ten jest mój.
— Kupiłem komplet sześciu.
— I ten wybrałam sobie ja.
Julia stała przy ekspresie z rękami skrzyżowanymi na piersi. Obok jego talerza stał kubek.
Biały. Z cienką granatową linią przy brzegu.
— Co w nim jest wyjątkowego?
— Jest mój.
— Bardzo rzeczowy argument.
— Dziękuję.
— Masz pięć innych.
— Ty też.
Michał westchnął, przelał swoją kawę do innego kubka i przesunął biały w jej stronę.
— Proszę.
Julia usiadła.
— Widzisz? Można się porozumieć bez przemocy.
— Jeszcze.
Maja siedziała po drugiej stronie stołu i jadła płatki, przeglądając coś w telefonie.
— Czy wy naprawdę od dwudziestu pięciu lat kłócicie się o naczynia?
— Nie — odpowiedziała Julia. — Czasami o ręczniki.
— I temperaturę w sypialni — dodał Michał.
— Bo śpisz jak jaszczurka. Najchętniej przy trzydziestu stopniach.
— Człowiek powinien spać w cieple.
— Człowiek powinien oddychać.
Maja pokręciła głową.
— I wy się dziwicie, że chcę się wyprowadzić.
Michał opuścił gazetę.
— Dokąd?
— Nigdzie. Jeszcze.
— To dlaczego mówisz, że chcesz się wyprowadzić?
— Bo mam dwadzieścia pięć lat.
— I?
— Tato.
— Pytam.
Julia napiła się kawy.
— Nie pytasz. Rozpoczynasz kontrolę graniczną.
— Chcę wiedzieć, gdzie będzie mieszkała moja córka.
— Jak znajdzie mieszkanie, poda ci adres.
— Chciałbym go zobaczyć wcześniej.
— Dlatego jeszcze go nie znalazłam.
— Co to znaczy?
— Nic.
— Maja.
— Michał — powiedziała Julia.
— Co?
— Zostaw ją.
— Rozmawiamy.
— Ty przesłuchujesz. Ona jeszcze nie zdążyła popełnić przestępstwa.
— Nie przesłuchuję.
Maja podniosła rękę.
— Jako osoba przesłuchiwana chciałabym zgłosić zdanie odrębne.
Julia parsknęła śmiechem, a Michał wrócił do gazety.
— Bardzo śmieszne.
Na schodach rozległy się kroki.
Filip wszedł do kuchni w spodniach od piżamy i koszulce, która wyglądała, jakby spał w niej od kilku dni.
— Dzień dobry.
— Jedenasta dwanaście.
— Jest niedziela.
— Słońce wstało kilka godzin temu.
Filip otworzył lodówkę.
— Gratuluję słońcu.
Julia wskazała krzesło.
— Najpierw się przywitaj jak człowiek.
Filip zamknął lodówkę.
— Dzień dobry, mamo. Dzień dobry, Maju. Dzień dobry, człowieku, który od rana kontroluje ruch słońca.
Maja schowała twarz nad miską.
— Kiedyś was wyrzucę z domu — powiedział Michał.
— Mnie nie możesz — odparła Maja. — Planuję wyprowadzkę.
— Ty nigdzie jeszcze nie idziesz.
— Pięć sekund temu chciałeś mnie wyrzucić.
— To była figura retoryczna.
Filip usiadł przy stole i sięgnął po winogrono.
— W tym domu wszystko jest figurą retoryczną, dopóki tata nie dostanie faktury.
— Ty też kiedyś będziesz płacił rachunki.
— Oszczędzam energię i wstaję późno.
Julia roześmiała się pierwsza. Michał próbował utrzymać powagę, ale również się uśmiechnął.
Niedziela była całkiem zwyczajna: bez urodzin, gości, zdjęć i powodów do świętowania.
Za oknami ciągnęły się winnice, a słońce przesuwało się po kuchennej podłodze.
Maja jadła płatki, Filip podkradał winogrona, Julia piła kawę z kubka, który był jej, bo tak postanowiła, a Michał czytał gazetę, której nikt poza nim nie uważał za potrzebną.
Rozdział 4. Przy świadkach
Następna niedziela zaczęła się podobnie.
Michał stał przy blacie z kanapką w jednej ręce i gazetą w drugiej. Julia siedziała przy stole. Maja jadła płatki. Filip pojawił się w kuchni później niż wszyscy, w piżamie i z włosami sterczącymi na wszystkie strony.
— Dzień dobry.
— Jedenasta siedem — powiedział Michał.
Filip zatrzymał się.
— Tydzień temu była jedenasta dwanaście. Robię postępy.
— Jestem wzruszony.
Filip usiadł i sięgnął po winogrono. Julia odstawiła filiżankę.
— Skoro już wszyscy jesteśmy, chciałabym coś powiedzieć.
Michał czytał dalej.
— Mhm.
— Właściwie dobrze, że są świadkowie.
Gazeta opadła o kilka centymetrów. Maja podniosła wzrok znad miski, Filip sięgnął po drugie winogrono, a Julia nadal wyglądała poważnie.
— Rodzina nie powinna mieć tajemnic.
Michał odłożył kanapkę.
— Co zrobiłaś?
— Dlaczego zakładasz, że coś zrobiłam?
— Bo znam cię od prawie trzydziestu lat.
— To argument przeciwko małżeństwu.
— Mów.
Julia poprawiła filiżankę na spodku.
— Minęło już trochę czasu i uznałam, że mogę wam powiedzieć.
Michał przyjrzał się jej.
Pierwsza myśl była banalna.
Felga.
Trzy lata wcześniej Julia wróciła rodzinnym vanem z rysą na prawym tylnym kole i przez następne tygodnie utrzymywała, że „tak już było”. Michał wiedział, że nie było, ale nie miał dowodów.
— Jeśli chodzi o felgę, to dawno ci wybaczyłem.
— Jaką felgę?
Michał zmrużył oczy.
— Dobrze. Wrócimy do tego później.
Julia wzięła oddech.
— Trzy lata temu cię zdradziłam.
Michał znieruchomiał.
Maja przestała przeżuwać.
Filip wziął trzecie winogrono.
— Co? — zapytał Michał.
— Zdradziłam cię.
Kanapka zatrzymała mu się w gardle.
Zakrztusił się, sięgnął po kubek i napił się zbyt szybko. Kawą zakrztusił się jeszcze bardziej.
Julia podała mu ręcznik papierowy.
— Spokojnie.
Michał otarł usta.
— Co ty powiedziałaś?
— Słyszałeś.
— Nie. Powtórz.
— Trzy lata temu miałam romans.
— Romans?
Julia zastanowiła się.
— To za duże słowo. Żadnej miłości. Motel. Impuls. Jeden raz.
Przerwała.
— No… może dwa.
Michał zrobił się czerwony. Maja schowała twarz niemal nad miską.
Filip jadł winogrono.
— Ty się dobrze czujesz? — zapytał Michał.
— Tak.
— I mówisz mi to tutaj?
— Chciałam przy świadkach.
— Przy dzieciach?!
Filip przełknął.
— W sumie wszyscy jesteśmy dorośli.
Ojciec odwrócił głowę.
— Nikt cię nie pytał.
— Tylko mówię, że jeśli to było trzy lata temu i mama się przyznała, to może nie ma sensu…
Filip dokończył ostrożniej:
— …od razu podejmować gwałtownych decyzji.
— Jakich decyzji?
— Nie wiem. To twoje małżeństwo.
— Wreszcie powiedziałeś coś rozsądnego.
Maja podniosła głowę znad miski.
— Mamo, może zadzwonić po karetkę?
— Dla kogo?
— Dla taty. Chyba zaraz umrze.
— Nie umrę! — powiedział Michał.
— Trochę źle wyglądasz.
— Zamknij się.
Julia wytrzymała jeszcze kilka sekund. Potem kącik jej ust drgnął.
Michał to zobaczył.
— Nie.
Julia odwróciła wzrok.
— Julia.
Maja już zaczynała się uśmiechać.
— Mamo…
Julia parsknęła śmiechem.
— Żartowałam.
W kuchni zapadła zupełna cisza. Maja pierwsza wybuchnęła śmiechem i omal nie zanurzyła nosa w płatkach.
Filip pokiwał głową z miną człowieka, który od początku znał rozwiązanie.
— Wiedziałem.
Michał powoli odwrócił się w jego stronę.
— Co wiedziałeś?
— Że żartuje.
— Nic nie wiedziałeś.
— Wiedziałem, że takie rzeczy wyglądają inaczej.
— A skąd ty możesz wiedzieć, jak wyglądają? Dziewczyny znaleźć nie możesz, taki jesteś brzydki.
Filip bez zastanowienia sięgnął po kolejne winogrono.
— Urodę mam po ojcu. Na szczęście inteligencję po matce.
Maja parsknęła ponownie.
Michał wskazał syna palcem.
— Jeszcze jedno słowo i przestanę finansować twoją edukację.
Julia śmiała się już otwarcie.
— A ty? Możesz mi wyjaśnić, po co to było?
Julia uspokoiła oddech.
— Na wydziale przygotowujemy badanie dotyczące reakcji na zdradę w długoletnich związkach. Potrzebujemy pytań do ankiety i scenariuszy wywiadów. Dyskutowaliśmy w piątek, jak ludzie reagują na samo ujawnienie informacji po kilku latach.
— I uznałaś, że zrobisz eksperyment na mężu?
— Chciałam sprawdzić naturalną reakcję.
— Mogłaś zapytać.
— Wtedy nie byłaby naturalna.
— Jestem królikiem doświadczalnym.
— Królik byłby spokojniejszy.
Filip zaśmiał się. Michał złożył gazetę bardzo dokładnie.
— Dobrze.
Julia przestała się uśmiechać.
— Co dobrze?
— Nic.
— Michał.
— Rodzina nie powinna mieć tajemnic.
Julia przyjrzała mu się podejrzliwie.
— Co zrobiłeś?
— Ja? Nic.
— Znam cię.
— A widzisz. Działa w obie strony.
Maja oparła łokcie o stół.
— Teraz będzie felga.
— Jaka felga?
Michał uśmiechnął się po raz pierwszy.
— Dobrze. Porozmawiajmy o feldze.
— Nie ma żadnej felgi.
— Trzy lata temu.
— Nie pamiętam.
— Prawy tył.
— Michał, samochód miał wtedy sześć lat.
— Rysa była świeża.
— Jesteś chory.
— Nie zmieniaj tematu.
Julia wzięła filiżankę.
— Badanie zakończone.
— Nie. Teraz zaczyna się część druga.
Wstała od stołu.
— Muszę przygotować materiały na jutro.
— Julia.
Ruszyła w stronę drzwi.
— Julia!
Zatrzymała się na moment.
— Co?
— Felga.
— Nie masz dowodów.
I wyszła.
Filip obserwował drzwi.
— Tato?
— Co?
— Myślę, że się przyznała.
— Też tak myślę.
Maja mieszała łyżką płatki.
— Wspaniała niedziela. Mama przyznała się do zdrady, której nie było, i do felgi, której podobno też nie było.
Michał wziął gazetę.
— Rodzina powinna mieć tajemnice.
Z korytarza dobiegł głos Julii:
— Słyszałam!
Filip uśmiechnął się.
— Będziecie kiedyś mieli własne rodziny.
— To groźba? — zapytała Maja.
— Obietnica.
Wrócił do gazety.
Przez kilka minut w kuchni słychać było tylko łyżkę uderzającą o miskę i ciche chrupanie winogron.
Potem Julia wróciła po kawę. Przechodząc za Michałem, położyła mu na sekundę dłoń na ramieniu.
Julia nie przeprosiła. Michał tylko przesunął jej cukiernicę bliżej, zanim zdążyła po nią sięgnąć.
Rozdział 5. Głosowanie
Kilka tygodni później Julia zgasiła lampkę po swojej stronie łóżka i leżała w ciemności.
Michał zdążył już odłożyć telefon na szafkę, kiedy usłyszał:
— Musimy poważnie porozmawiać.
Zapalił lampkę z powrotem.
— O czym?
Julia patrzyła w sufit.
— Nie możemy już ze sobą spać.
Michał usiadł.
— Co?
— Tak dalej być nie może.
Przez sekundę próbował ustalić, czy żartuje.
Nie wyglądała.
— Dlaczego?
Julia milczała.
— Coś się stało?
— Stało się.
— Masz kogoś?
Odwróciła głowę i wydęła usta, jakby naprawdę rozważała odpowiedź.
— No cóż…
— Co znaczy „no cóż”?
Julia nagle nabrała powietrza.
— DZIECI!
Krzyknęła tak głośno, że Michał aż się skrzywił.
— Zwariowałaś?
Na korytarzu rozległy się kroki. Pierwsza pojawiła się Maja, w szlafroku, z włosami związanymi na czubku głowy.
— Co się stało? Tata miał zawał?
Spojrzała na ojca.
— Nie. Jeszcze żyje.
Za nią przyszedł Filip.
— Oho. Coś się święci.
— Możecie mi powiedzieć, co tu się dzieje?
Julia poprawiła poduszkę za plecami.
— Poddaję pod rodzinne głosowanie wniosek, żeby od dzisiejszej nocy ojciec spał w pokoju nad garażem.
Michał otworzył usta.
Maja pierwsza zapytała:
— Dlaczego?
— Chrapie.
Filip skinął głową.
— To prawda.
— Ty się nie odzywaj — powiedział Michał.
— Zapytała wszystkich.
— Nie pytała. Ogłosiła przewrót.
Maja podniosła rękę.
— Popieram wniosek co do zasady, ale zgłaszam poprawkę.
— Słucham.
— Nie nad garażem. Ja tam jeszcze mieszkam.
— Słusznie.
— Proponuję pokój gościnny na parterze.
Filip również podniósł rękę.
— Mnie obojętne gdzie. Byle nie na piętrze.
— Co ty masz do mojego chrapania? Twój pokój jest na końcu korytarza.
— I słyszę go aż stamtąd. Problem ma zasięg regionalny.
Maja parsknęła.
Michał wskazał na drzwi.
— Halo. To jest mój dom.
Julia pokiwała głową.
— Nasz.
— I ja będę decydował, gdzie śpię.
— To brzmi jak tata.
— Zamknij się.
Julia wróciła do meritum.
— Wniosek jest prosty. Chrapiesz. Ja nie śpię. Rano mam zajęcia i muszę być przytomna.
— To ty idź do pokoju gościnnego, skoro ci przeszkadza.
— Nie mogę.
— Dlaczego?
— Bo tutaj są moje rzeczy.
Michał rozłożył ręce.
— To co jeszcze według ciebie jest moje w tej sypialni?
Julia zastanowiła się przez moment.
— Ja.
Maja odwróciła głowę, próbując nie wybuchnąć śmiechem. Filip już nie próbował.
— Czyli wyrzucasz mnie z sypialni, ale siebie zostawiasz jako mój majątek?
— Nie używaj słowa „majątek”. Brzmi źle.
— Sama powiedziałaś.
— Powiedziałam, że jestem twoja. To nie to samo.
— I mam dostęp do własnej żony z pokoju gościnnego?
— Po wcześniejszym uzgodnieniu terminu.
Maja usiadła na brzegu fotela.
— Ja głosuję za poprawką z pokojem gościnnym.
— Ja też — powiedział Filip.
— Nikt nie głosuje.
— Za późno — powiedziała Julia. — Trzy do jednego.
— Ja mam prawo weta.
— Nie mamy Rady Bezpieczeństwa ONZ.
— To jest moja sypialnia.
— Nasza.
— Moje łóżko.
Julia uniosła brwi.
— Chcesz naprawdę zacząć rozmowę o tym, kto kupił materac?
Michał zamilkł.
Filip pokiwał głową.
— Rozsądna decyzja.
— Wynocha. Oboje.
Dzieci zaczęły wychodzić.
Drzwi się zamknęły.
Julia zgasiła lampkę. Michał siedział jeszcze chwilę, po czym się położył.
— Własne dzieci.
— Wychowaliśmy je. Sami jesteśmy sobie winni.
Michał już to słyszał. Zgasił lampkę po swojej stronie. Po kilku minutach Julia przesunęła się bliżej.
— Nie idziesz do pokoju gościnnego? — zapytała.
— Uchwała nie została podpisana przez właściciela.
— Współwłaściciela.
— Śpij.
— Spróbuję.
Minęła chwila.
— Michał?
— Co?
— Jak zaczniesz chrapać, głosowanie wraca.
— Dobranoc, Julia.
— Dobranoc.
Rano Michał nadal spał w swojej sypialni, a Julia przy śniadaniu nazwała to jedynie zawieszeniem wykonania wyroku.
Rozdział 6. Pudła
Trzy miesiące później korytarz na piętrze zniknął pod kartonami. Maja napisała na nich grubym markerem: KUCHNIA, ŁAZIENKA, KSIĄŻKI, UBRANIA, NIE DOTYKAĆ.
Michał przeczytał ostatni napis dwa razy.
— Co jest w tym?
— Rzeczy, których masz nie dotykać.
— Pytam, jakie rzeczy.
— Napisałam, żebyś nie dotykał.
Stała na schodach z rolką taśmy w zębach i kolejnym pustym pudłem pod pachą.
— Nie rozumiem, po co się wyprowadzasz — powiedział.
Wyjęła taśmę z ust.
— Bo wynajęłam mieszkanie.
— To nie jest odpowiedź.
— Właściwie dokładnie nią jest.
Julia wychyliła głowę z sypialni.
— Michał, zostaw ją.
— Nie przeszkadzam.
— Od czterdziestu minut pytasz ją, czy sprawdziła instalację elektryczną, sąsiadów, parking i drzwi wejściowe.
— To są rzeczy, które należy sprawdzić.
Maja zeszła dwa stopnie niżej.
— Sprawdziłam.
— Gaz?
— Nie ma gazu.
— To dobrze.
— Tato.
— Co?
— Mieszkanie jest dwadzieścia kilometrów stąd, nie w Amazonii.
— W Amazonii przynajmniej nie ma czynszu.
Filip wyszedł ze swojego pokoju z kubkiem w dłoni.
— To prawda. Za to jest malaria.
Michał wskazał na niego.
— Ty się nie wtrącaj.
— Nie wtrącam się. Porównuję ryzyka.
Julia zeszła kilka stopni i usiadła na poręczy.
— Michał, ona ma dwadzieścia pięć lat.
— Wiem, ile ma lat.
— Nie wygląda.
— Co nie wygląda?
— Jakbyś wiedział.
Maja uśmiechnęła się pod nosem.
— To mieszkanie jest za małe.
— Dla jednej osoby wystarczy.
— Masz pół biblioteki.
— To twoja wina. Kupowałeś mi książki.
— Czyli zostaw część tutaj.
— Zostawię.
— Ile?
— Tato, ja się wyprowadzam, nie emigruję.
— Wiem.
Nie brzmiało, jakby wiedział. Julia zeszła na dół i stanęła obok niego.
— Pamiętasz, jak wyprowadziliśmy się od twoich rodziców?
— To była inna sytuacja.
— Oczywiście.
— Byliśmy małżeństwem.
— Od trzech tygodni.
— Tak.
— I mieliśmy mniej pieniędzy niż Maja teraz.
— Ale ja miałem pracę.
Maja podniosła rękę.
— Ja też mam pracę.
— Wiem.
Filip oparł się o framugę.
— Mam wrażenie, że tata uważa pracę dzieci za hobby, dopóki nie mają pięćdziesięciu lat.
— Ty najpierw skończ studia.
— Próbuję. Ale wyprowadzka Mai bardzo mnie emocjonalnie destabilizuje.
Maja pokazała mu środkowy palec.
— Maja.
— Przepraszam.
— Nie mnie.
— Dobra, przepraszam.
Filip parsknął śmiechem.
— Pięknie was wychowaliśmy.
— Wychowaliśmy — poprawiła Julia. — Sami jesteśmy sobie winni.
Powiedziała dokładnie to samo, co wiele razy wcześniej. Michał się nie uśmiechnął.
Zszedł na dół, otworzył garaż i zaczął wynosić kartony do samochodu. Nikt go o to nie prosił.
Maja zeszła po kilku minutach.
— Tato.
— Co?
— Ten z książkami zostaw. Jest ciężki.
— Widzę.
— Filip go weźmie z drugiej strony.
— Nie trzeba.
— Masz pięćdziesiąt dwa lata.
Michał wyprostował się.
— I?
— I nie musisz udowadniać pudłu, że jesteś silniejszy.
— Ono zaczęło.
Maja roześmiała się. Filip pojawił się przy drzwiach garażu.
— Gdzie wróg?
— Książki — powiedziała Maja.
— A. Najgorsze. Wiedza waży.
Chwycili pudło razem. Po godzinie samochód był pełny.
Maja obeszła dom jeszcze raz. Sprawdziła swój pokój, łazienkę, kuchnię. Wróciła po ładowarkę, którą zostawiła przy kanapie, potem po szalik, którego nie mogła znaleźć, a który Julia wyciągnęła z oparcia krzesła.
W końcu stanęła przy drzwiach.
— To jadę.
Michał pokiwał głową.
— Zadzwoń, jak dojedziesz.
— Dwadzieścia kilometrów.
— Wiem.
— Będziesz wiedział, jeśli nie dojadę. Będą korki.
— Maja.
— Zadzwonię.
Maja przytuliła Julię, potem Filipa, a Michała na końcu.
— Nie sprawdzaj, czy mam włączone światło wieczorem.
— Nie zamierzałem.
— Kłamiesz.
— Jedź już.
Pocałowała go w policzek.
— Też cię kocham.
— Nie powiedziałem, że cię kocham.
— Wiem.
Wyszła.
Michał stał w drzwiach, dopóki samochód nie zniknął za zakrętem. Julia oparła się obok niego o framugę.
— Przeżyjesz?
— Oczywiście.
— Wyglądasz, jakbyś oddał córkę Legii Cudzoziemskiej.
— Nie przesadzaj.
— Mieszka dwadzieścia kilometrów stąd.
— Wiem.
— Przyjedzie w niedzielę.
— Wiem.
Julia spojrzała na pusty podjazd.
— Teraz nikt nie będzie po tobie sprzątał kubków oprócz mnie.
— Maja po mnie nie sprzątała.
— Mówię, że jest gorzej.
Maja odjechała, a Michał został jeszcze chwilę w drzwiach, zanim je zamknął.
Wieczorem przeszedł obok pokoju Mai i odruchowo zajrzał do środka.
Łóżko było zasłane. Półki prawie puste. Na biurku został stary kubek z długopisami i fotografia z rodzinnych wakacji, której najwyraźniej nie chciała zabrać.
Michał podszedł do okna. W oddali, pomiędzy ciemnymi liniami winnic, świeciły pojedyncze światła domów.
Telefon zawibrował.
Maja.
Dojechałam. Żyję. Instalacja elektryczna nadal działa. Dobranoc, inspektorze. Michał przeczytał wiadomość dwa razy.
Odpisał tylko:
Dobrze.
Dopisał jeszcze:
Sprawdź zamek przed snem. Trzy kropki pojawiły się niemal natychmiast.
Potem zniknęły.
Nie odpisała.
Michał schował telefon do kieszeni. Z dołu usłyszał Julię:
— Zostaw ją w spokoju!
— Nic nie robię!
— Słyszę, jak nic nie robisz!
Michał uśmiechnął się i zgasił światło w pustym pokoju.
Rozdział 7. Samochód
Prawie rok po wyprowadzce Mai samochód pojawił się na podjeździe w sobotę rano.
Niski, ciemny i zbyt głośny nawet wtedy, kiedy stał.
Michał wysiadł, zamknął drzwi i patrzył na niego z miną człowieka, który dokonał rozsądnej inwestycji.
Julia obserwowała go przez kuchenne okno. Filip stał obok niej.
— Oho — powiedział.
— Co?
— Tata przekwita.
Julia upiła kawę.
— Nie mów tak. Będzie się obrażał.
Michał wszedł do kuchni z kluczykami w dłoni. Zamiast rzucić kluczyki na blat, położył je tak, żeby było widać znaczek.
— Ładny.
— Wiem.
— Ile kosztował?
— Wystarczająco.
— Czyli dużo.
— To moje pieniądze.
Julia odstawiła filiżankę.
— Nasze.
— Kupiłem go z pieniędzy firmy.
— Której jesteś właścicielem dzięki temu, że przez pierwsze pięć lat małżeństwa jadłam makaron z masłem i udawałam, że to kuchnia śródziemnomorska.
Filip usiadł.
— Czyli jednak rodzinny samochód.
Michał nalał sobie kawy.
— Naprawdę nie przekwitasz?
— Nie przekwitam.
— Bo wygląda trochę jak objaw.
— Jaki objaw?
— Kryzys wieku średniego.
Michał odłożył łyżeczkę.
— Nie mam kryzysu wieku średniego.
— Ja też mam czasami fale gorąca, hormony mi wariują i regularnie mam ochotę przegryźć ci gardło, ale jakoś nie kupiłam sobie sportowego samochodu.
Filip zakrył usta dłonią.
— To nie jest to samo.
— Oczywiście, że nie. Mój problem jest medyczny, twój kosztował sześćdziesiąt tysięcy.
— Nie kosztował sześćdziesiąt.
— Ile?
Michał napił się kawy.
— Nie zmieniaj tematu.
— Czyli więcej.
Drzwi wejściowe otworzyły się i do kuchni weszła Maja.
— Czyje to jest?
— Moje — odpowiedział Michał.
Maja spojrzała przez okno.
— O kurczę.
— Przynajmniej jedna osoba w tej rodzinie potrafi docenić samochód.
— Ładny.
— Dziękuję.
— W sumie lepsze to niż gitara elektryczna.
Uśmiech zniknął.
Filip wyprostował się na krześle.
— O nie.
Julia wzięła filiżankę obiema rękami.
— Jaka gitara?
— Ta sprzed dwóch lat.
— Ta elektryczna, ze wzmacniaczem — przypomniał Filip. — Przez dwa miesiące uczyłeś się jednego riffu.
— Sąsiedzi mieli kota — powiedział Filip.
Michał zmarszczył brwi.
— Co ma do tego kot?
— Po trzecim tygodniu przestał wracać do domu.
Julia zakryła usta filiżanką.
Filip pokiwał głową.
— Dobrze, że wzmacniacz się zepsuł. Jeszcze pół roku i wszyscy byśmy ogłuchli.
Michał westchnął.
— To była dziwna awaria.
Julia zastygła.
Nikt poza nią tego nie zauważył.
— Do dzisiaj nie rozumiem — ciągnął Michał — jak ta rura mogła puścić akurat nad wzmacniaczem.
— To nie była rura — powiedziała Julia.
Michał znieruchomiał.
— Co?
Julia spojrzała w filiżankę.
— Nic.
— Powiedziałaś, że to nie była rura.
— Mogłam się pomylić.
Filip patrzył już na matkę.
Maja również.
— To co to było? — zapytał Michał.
— To był wąż ogrodowy.
— Zalałaś mu wzmacniacz? — zapytał Filip.
— „Zalałaś” to bardzo mocne słowo.
— Ty go zalałaś.
Julia wzruszyła ramionami.
— Był bardzo głośny.
Filip już się śmiał.
Maja usiadła przy stole.
— Jak? — zapytała Maja.
— Powiedzmy, że pewnego dnia uznałam, że dwa miesiące edukacji muzycznej w zupełności wystarczą człowiekowi w twoim wieku.
— To jest przestępstwo.
— Przedawniło się.
— Skąd wiesz?
— Pracuję na uniwersytecie. Mamy prawników.
Wyszła.
Przez kilka sekund w kuchni było cicho. Filip pierwszy spojrzał na kluczyki do samochodu.
— Ładny.
Michał chwycił je i schował do kieszeni.
— Nie dotykaj.
— Boisz się, że mama znajdzie wąż?
Z korytarza dobiegł głos Julii:
— Słyszałam!
Maja parsknęła śmiechem.
— Ja z tą kobietą mieszkam ponad dwadzieścia pięć lat.
— I dopiero teraz zaczynasz ją poznawać — powiedziała Maja.
Pół godziny później Julia stanęła przy drzwiach kuchni w płaszczu.
— Chcę się przejechać.
— Daj mi kluczyki, zanim znowu znajdę wąż.
Filip zakrył twarz dłońmi.
Michał podał jej klucze.
— Jedziemy razem.
— Nie ufa mi pan?
— Po wzmacniaczu? Nie.
Dziesięć minut później samochód zniknął za zakrętem.
Prowadziła Julia.
Michał siedział obok i trzymał jedną rękę na drzwiach.
— Zwolnij.
— Jadę siedemdziesiąt.
— Tu jest sześćdziesiąt.
Julia przyspieszyła.
— Robisz to specjalnie.
— Co?
— Wszystko.
— Od ponad dwudziestu pięciu lat.
Rozdział 8. Pierścionek
Kilka miesięcy później pierścionek zauważyła Julia.
Maja od ponad roku była w stałym związku. Jej partner bywał u nich na niedzielnych obiadach wystarczająco często, żeby przestał być gościem, ale Michał nadal zachowywał wobec niego ostrożność człowieka, który wie, że ktoś negocjuje dostęp do jego córki.
Maja przyjechała w niedzielę na obiad i przez pierwsze dwadzieścia minut trzymała lewą rękę pod stołem.
Michał nie zauważył niczego; był zajęty rozmową z Filipem o samochodzie. Julia odłożyła widelec.
— Maja.
— Co?
— Pokaż rękę.
Maja znieruchomiała, ale Michał nadal patrzył na Filipa.
— Którą? — zapytała Maja.
— Lewą.
— Dlaczego?
Julia uniosła brwi. Maja westchnęła i położyła dłoń na stole.
Pierścionek był prosty. Cienka obrączka, niewielki kamień. Gwizdnięcie Filipa zwróciło uwagę Michała na pierścionek.
— O.
— Co „o”? — zapytał Michał.
Filip wskazał rękę siostry. Michał przeniósł wzrok z Mai na pierścionek i z powrotem.
— Co to jest?
Maja zaczęła się śmiać.
— Tato, naprawdę?
— Widzę, że pierścionek. Pytam, co oznacza.
— Zgadnij.
— Maja.
Julia oparła łokcie o stół.
— Michał, nie rób z zaręczyn przesłuchania.
— Jakich zaręczyn?
Filip zamknął oczy.
Maja powiedziała:
— Tych.
— Zaręczyłaś się?
— Tak.
— Kiedy?
— Wczoraj.
— I mówisz nam dopiero teraz?
— Jest niedziela. Widzimy się pierwszy raz od wczoraj.
— Mogłaś zadzwonić.
— Chciałam powiedzieć osobiście.
— To akurat dobrze — przyznał Michał.
— Proszę. Wreszcie coś sensownego.
Michał zignorował ją.
— I co teraz?
Maja zamrugała.
— Jak to co?
— Kiedy ślub?
— Nie wiem.
— Gdzie?
— Nie wiem.
— Ilu gości?
— Tato.
— Pytam orientacyjnie.
— Zaręczyłam się wczoraj.
— Trzeba zacząć planować.
Julia położyła mu dłoń na przedramieniu.
— Nie trzeba.
— Sale weselne rezerwuje się wcześniej.
— A może nie chcą sali weselnej.
— Nie chcecie?
Maja wzruszyła ramionami.
— Jeszcze nie rozmawialiśmy.
— To o czym rozmawialiście przed zaręczynami?
Filip wtrącił:
— Podejrzewam, że nie o cateringu.
Michał posłał mu spojrzenie.
— Nie pomagasz.
— Staram się.
Julia nalała sobie wody.
— Michał, córka powiedziała, że jest szczęśliwa. Może najpierw pogratuluj.
— Jestem szczęśliwa — powiedziała, zanim zdążył zapytać.
Przez moment milczał. Potem wstał, obszedł stół i ją przytulił.
Maja objęła go mocno.
— Gratuluję — powiedział.
— Dziękuję.
— Ale umowę majątkową…
Julia kopnęła go lekko w kostkę.
— Dobrze. Już nic nie mówię — powiedział Michał.
— A on wie, że będziesz chciała ślub po swojemu?
— Wie.
— I nadal chce się żenić?
— Podobno.
— Odważny — powiedział Filip.
Maja rzuciła w niego serwetką. Michał ponownie spojrzał na pierścionek.
— Ładny.
— Dziękuję.
— Sam wybierał?
— Tak.
— Dobrze.
Julia uniosła brwi.
— Co „dobrze”?
— Nic. Ma gust.
— Maja czy pierścionek?
— Oboje.
Julia uśmiechnęła się i wróciła do obiadu.
Rozmowa zeszła na zwykłe rzeczy: pracę Mai, egzamin Filipa, samochód Michała, który Julia nazywała już oficjalnie „objawem”.
Ale co kilka minut Michał zerkał na dłoń córki, po czym spojrzał na Julię. Ona już patrzyła na niego.
— Nie zaczynaj — powiedziała.
— Nic nie powiedziałem.
— Znam tę minę.
— Jaką?
— Liczysz lata.
Michał sięgnął po kieliszek.
— Nie liczę.
— Czyli liczysz.
— Wy zawsze musicie mieć ostatnie słowo?
— Nie — odpowiedzieli jednocześnie.
Filip parsknął śmiechem. Julia pierwsza opuściła wzrok, a Michał rozsądnie nie skomentował wyniku.
Rozdział 9. Plan stołów
Michał dowiedział się, że ślub córki naprawdę się zbliża, kiedy na kuchennym stole pojawiło się sto siedemdziesiąt sześć małych prostokątów wyciętych z papieru.
Każda kartka miała nazwisko, czasem dwa; kilka było już przekreślonych.
Na środku stołu stała butelka wina, trzy kieliszki i laptop Mai. Julia siedziała z ołówkiem za uchem. Adrien, narzeczony Mai, przesuwał kartoniki między narysowanymi na dużym arkuszu okręgami.
Michał wszedł do kuchni, zatrzymał się i popatrzył.
— Co to jest?
Maja nie podniosła głowy.
— Plan stołów.
— Na papierze?
— Tak.
— Przecież to się robi w arkuszu.
Maja podniosła głowę.
— Robi się tak, jak nam wygodnie.
Michał zignorował ją i podszedł do stołu.
— Ile osób?
— Sto siedemdziesiąt sześć — powiedział Adrien.
— Potwierdzonych?
— Prawie.
— Co znaczy „prawie”?
Adrien popatrzył na Maję.
— To znaczy, że część ludzi jeszcze nie potwierdziła.
Michał przyjrzał się planowi.
— A gdzie ja siedzę?
Maja wskazała jeden z prostokątów przy głównym stole.
— Tutaj.
— Obok mamy?
— Tak.
— Dobrze.
Julia uniosła brwi.
— Bałeś się, że cię rozdzielą?
— Pytam.
— Po tylu latach moglibyśmy spróbować.
— Nie ryzykuj.
— Groźby przed ślubem. Romantyczna rodzina.
Adrien przesunął kolejny kartonik.
Michał zauważył jego nazwisko.
— Twoi rodzice siedzą tutaj?
— Tak.
— Dlaczego tak daleko od nas?
— Bo przy stole głównym są świadkowie i rodzeństwo — odpowiedziała Maja.
— Można ich przesunąć.
— Nie.
— Ale…
— Tato.
Zamilkł.
Maja odłożyła ołówek.
— To będzie nasz ślub.
— Wiem.
— Naprawdę?
— Oczywiście.
— Bo od tygodnia mam wrażenie, że organizuję twoją konferencję logistyczną.
Filip otworzył lodówkę.
— Ja mam wrażenie, że tata chce przejąć wesele i sprzedać bilety.
— Ty masz tylko założyć garnitur i niczego nie zgubić.
Filip wyjął ser.
— Już dostałem zakres obowiązków.
— Chcę tylko, żeby wszystko było dobrze.
Maja odpowiedziała spokojniej:
— Będzie.
— Skąd wiesz?
— Bo nawet jeśli coś pójdzie źle, i tak będę miała męża.
Adrien uśmiechnął się.
— Mam nadzieję.
— Cel podstawowy jest zabezpieczony — powiedziała.
Michał odsunął krzesło i usiadł.
— Pokażcie.
Julia natychmiast przesunęła w jego stronę kieliszek.
— Najpierw to.
— Dlaczego?
— Bo zaraz zobaczysz listę twojej rodziny.
— Co z moją rodziną?
— Nic.
— Julia.
— Pij.
Maja wybuchnęła śmiechem.
Przez następne pół godziny wyszło na jaw, że niemal każda rodzinna gałąź miała własne konflikty, zakazy i preferencje dotyczące miejsc.
Michał przesuwał kartoniki, po czym powiedział:
— Naprawdę potrzebujemy sto siedemdziesiąt sześć osób?
— Nie.
— No właśnie.
— Potrzebujemy sto siedemdziesiąt pięć.
— Kogo skreśliłaś?
Maja wyjęła jeden kartonik i położyła przed nim. Było na nim napisane: MICHAŁ.
Julia odsunęła kieliszek od ust, ale nie zdążyła nic powiedzieć. Filip oparł się o blat i zaczął się śmiać.
— Bardzo zabawne.
— Zależy, czy będziesz dalej poprawiał plan — powiedziała Maja.
Michał wziął kartonik i wsunął go z powrotem przy miejsce Julii.
— Ja mam stałe miejsce.
— To prawda.
— I proszę go nie ruszać.
— Na weselu czy ogólnie?
— Ogólnie.
Przez sekundę patrzyli na siebie ponad stołem pełnym nazwisk. Maja udawała, że tego nie widzi.
Filip również.
Adrien jeszcze nie nauczył się udawać, więc się uśmiechnął.
Rozdział 10. Ślub
W dniu ślubu Michał obudził się o piątej trzydzieści. Nie miał żadnego powodu.
Samochód miał być podstawiony dopiero przed dziesiątą. Ceremonia w merostwie zaczynała się w południe. Przyjęcie zaplanowano w niewielkiej posiadłości wśród winnic, dwadzieścia minut od domu.
Wszystko było gotowe. Przynajmniej tak twierdzili wszyscy poza nim.
O szóstej sprawdził pogodę.
O szóstej pięć ponownie. O szóstej dwanaście wyszedł na taras i spojrzał na niebo.
Julia znalazła go tam w szlafroku.
— Co robisz?
— Patrzę.
— Na co?
— Chmury.
— I?
— Są.
— Rzeczywiście. Katastrofa.
— W prognozie było słońce.
— Jest szósta rano.
— W czerwcu.
— Chcesz zadzwonić do pogody i złożyć reklamację?
Michał nic nie odpowiedział. Julia oparła się o framugę.
— Nie pada.
— Jeszcze.
— Nie wieje.
— Jeszcze.
— Maja wychodzi za mąż nawet przy zachmurzeniu.
— Wiem.
— To wracaj do domu, bo sąsiedzi pomyślą, że pilnujesz winogron.
— Ta od zachodu mi się nie podoba.
— Michał.
— Idę.
W kuchni zrobił kawę.
Julia usiadła naprzeciwko niego i patrzyła, jak miesza cukier, chociaż od lat pił bez cukru.
— Denerwujesz się.
— Nie.
— Wsypałeś mi sól do kawy.
Michał spojrzał na cukiernicę. Potem na małą solniczkę stojącą obok.
— To nie sól.
Julia spróbowała.
— Michał.
— Daj.
Wziął jej filiżankę, wylał zawartość do zlewu i zrobił następną.
— Nie denerwuję się.
— Oczywiście.
— Dużo rzeczy trzeba dopilnować.
— Niczego już nie musisz dopilnowywać.
— Samochód.
— Jest.
— Obrączki.
— Ma je świadek Adriena.
— Dokumenty.
— Maja ma.
— Kwiaty.
— Są.
— Fotograf.
— Jest.
— A jeśli…
Julia położyła dłoń na jego ręce.
— Michał.
Zamilkł.
— Twoja córka wychodzi za mąż. Nie budujemy mostu.
— Most łatwiej sprawdzić.
— Wiem.
Maja przyjechała do domu dwie godziny później. Chciała ubierać się tutaj.
„W swoim pokoju” — powiedziała, chociaż od ponad roku pokój nie był już do końca jej. Część szafy zajęły pudła Julii, a biurko Filip traktował jako magazyn wszystkiego, czego nie chciało mu się zanosić na dół.
Tego ranka jednak znowu należał do Mai.
Dom wypełnił się kobietami, suszarkami, kosmetykami, szpilkami, sukienkami na wieszakach i zdaniami, których Michał nie rozumiał.
Po dwudziestu minutach Julia wyrzuciła go z piętra.
— Przeszkadzasz.
— Nic nie robię.
— I to przeszkadza. Stoisz.
— To mój dom.
— Dzisiaj nie.
— A czyj?
— Kobiet.
— To brzmi niezgodnie z prawem.
— Idź do Filipa.
Filip siedział w salonie w spodniach od garnituru i białej koszuli, grając na telefonie.
— Wspaniale — powiedział Michał. — Tyle przygotowań, a ty grasz.
— Jestem gotowy.
— Nie masz marynarki.
— Wisi.
— Krawat?
— Leży.
— Buty?
Filip wskazał nogą.
— Mam.
Michał nic nie powiedział.
— Co?
— Nic.
— Tato, nie można być bardziej gotowym niż gotowy.
— Można wyglądać, jakby się było gotowym.
— To założę marynarkę pięć minut przed wyjściem i dokonam przemiany.
Michał usiadł obok.
Obaj milczeli.
Filip odłożył telefon.
— Dziwnie, co?
— Co?
— Maja.
— Co Maja?
— Wychodzi za mąż.
— Tak.
— Myślałem, że będziesz bardziej marudził.
— Marudzę.
— Ale organizacyjnie. Nie emocjonalnie.
— Co mam robić emocjonalnie?
Filip wzruszył ramionami.
— Nie wiem. Płakać w łazience.
— Nie będę płakał w łazience.
— Dobrze. Mama by cię wyśmiała.
— Twoja matka wyśmiałaby mnie wszędzie.
Z góry dobiegł głos Julii:
— Słyszę!
Filip uśmiechnął się.
— Naprawdę dobra akustyka.
Michał już miał odpowiedzieć, kiedy na schodach pojawiła się Maja. Przez kilka sekund żaden z nich się nie odezwał.
Suknia była prosta. Bez wielkiego trenu, bez warstw tiulu, których Michał spodziewał się po wszystkich filmach o ślubach, jakie widział wbrew własnej woli. Włosy Maja miała upięte. W ręku trzymała mały bukiet.
Wyglądała jak ona, tylko doroślej.
Michał wstał.
— No? — zapytała Maja.
— Co „no”?
— Nic nie powiesz?
— Ładnie.
Julia pojawiła się za córką.
— „Ładnie”?
— Bardzo ładnie.
— Michał.
Spojrzał na Maję ponownie.
Nie miał odpowiedniego zdania.
Wiedział, że powinno istnieć.
Ojciec panny młodej prawdopodobnie powinien umieć powiedzieć coś, co córka będzie pamiętała do końca życia.
Michał nie miał pojęcia co. Podszedł i poprawił jej lekko fragment welonu przy ramieniu.
— Nie zgub dokumentów — powiedział.
Maja patrzyła na niego sekundę. Potem się roześmiała.
— Kocham cię, tato.
Michał odchrząknął.
— Wiem.
Julia przewróciła oczami.
Maja objęła ojca. To on przytulił ją pierwszy.
Ceremonia trwała krócej, niż Michał się spodziewał.
Maja i Adrien stali przed urzędnikiem, trzymając się za ręce. Julia siedziała obok Michała. Filip po drugiej stronie przejścia wyglądał wyjątkowo poważnie, co samo w sobie było wydarzeniem.
Kiedy Maja powiedziała „tak”, Michał spojrzał na Adriena. Chciał tylko zobaczyć jego twarz.
Adrien wyglądał tak, jak człowiek powinien wyglądać, kiedy córka Michała mówi mu „tak”.
Julia wsunęła dłoń w jego dłoń.
— Co?
— Nic.
— Płaczesz?
— Nie.
— Masz mokre oczy.
— Alergia.
— W czerwcu?
— Na śluby.
Michał ścisnął jej palce.
— Ty też masz.
— Co?
— Alergię.
— Nie mam.
— Oczywiście.
Na przyjęciu wszystko poszło niezgodnie z planem w kilku drobnych punktach.
Jedna para przyjechała bez potwierdzenia. Wujek Adriena usiadł jednak tyłem do drzwi i przeżył. Ciotka Claire pojawiła się z mężem, z którym zdążyła się pogodzić trzy dni wcześniej. Dwoje dzieci zamieniło winietki i przez połowę obiadu nikt nie zauważył.
Michał zauważył.
Julia nie pozwoliła mu nic z tym zrobić.
— Siedzą?
— Siedzą.
— Jedzą?
— Jedzą.
— To zostaw.
— Ale miejsca…
— Michał.
— Dobrze.
Później Maja zatańczyła z ojcem. Michał nie lubił tańczyć.
Nigdy nie rozumiał, dlaczego człowiek ma dobrowolnie wykonywać publicznie ruchy, których nie potrafi kontrolować.
Maja położyła mu rękę na ramieniu.
— Nie licz kroków.
— Nie liczę.
— Liczysz.
— Raz, dwa, trzy to nie liczenie. To rytm.
— Tato.
— Dobrze.
Przestał.
Poruszali się wolniej niż muzyka.
— Wszystko dobrze?
— Tak.
— Na pewno?
— Tak.
— Bo masz tę minę.
— Jaką?
— Mamy.
Michał spojrzał ponad jej ramieniem.
Przy stole Julia rozmawiała z Filipem. W pewnym momencie odwróciła głowę i odnalazła wzrokiem Michała.
Julia lekko uniosła kieliszek. Michał odpowiedział niemal niewidocznym ruchem głowy.
Maja zauważyła.
— Wy naprawdę rozmawiacie bez słów.
— To oszczędność czasu.
— Myślałam, że romantyzm.
— Nie przesadzaj.
Maja przytuliła się do niego mocniej.
— Dziękuję.
— Za co?
— Za wszystko.
Michał poczuł ucisk w gardle.
— Nie zaczynaj.
— Ty zacząłeś.
— Nic nie zrobiłem.
— Wiem.
Muzyka grała dalej. Michał odwrócił na moment głowę, zanim Maja zdążyła mu się przyjrzeć.
Rozdział 11. Ciszej
Pierwszego ranka po weselu Michał obudził się przed Julią. Leżał i słuchał domu.
Nic.
Nie było kroków na piętrze. Nie było zamykanych drzwi. Nikt nie otworzył lodówki. Nikt nie przeklinał pod nosem, szukając ładowarki.
— Umarliśmy? — zapytała Julia z zamkniętymi oczami.
— Śpisz.
— Nie odpowiedziałeś.
— Nie umarliśmy.
— To dlaczego jest tak cicho?
— Filip nocował u znajomych.
Julia otworzyła jedno oko.
— A Maja?
— Wyszła za mąż.
— Rzeczywiście.
Zamknęła oko.
— Daj mi pięć minut żałoby.
— Za córką?
— Za tym, że już nie mogę jej kazać wynosić naczyń z pokoju.
— Możesz dzwonić.
— To nie to samo.
Leżeli w ciszy. Julia przesunęła stopę i dotknęła jego łydki.
— Jak się czujesz?
— Normalnie.
— Kłamiesz.
— Dlaczego?
— Bo wczoraj trzy razy sprawdzałeś, czy zamknęli samochód Mai.
— To nowy samochód.
— Adriena.
— Tym bardziej.
Julia odwróciła się na bok.
— Ona nie wyjechała na drugi koniec świata.
— Wiem.
— A kiedy urodzi dzieci, będziesz ją widział częściej, niż chcesz.
— Jakie dzieci?
Julia roześmiała się.
— O, nie. Nie zaczynaj już teraz.
Usiadła i sięgnęła po szlafrok. Michał obserwował ją.
— Naprawdę nic nie wiesz?
Julia odwróciła się.
— Jeżeli będziesz dalej pytał, powiem Mai, żeby przez pierwszy rok małżeństwa nie przekazywała ci żadnych informacji biologicznych.
— To jest moja córka.
— I jej biologia.
— Nie o to chodzi.
— Wiem.
Zawiązała szlafrok.
— Chodź. Zrobimy kawę.
W kuchni zostały ślady poprzedniego dnia: pudełko po kwiatach, dwie butelki wina przyniesione z wesela, koperta, którą Maja zostawiła na blacie, i szpilka do włosów znaleziona przez Julię w samochodzie.
Michał zrobił kawę. Postawił przed Julią biały kubek z granatową linią.
— Widzisz — powiedziała. — Uczysz się.
— Czego?
— Który jest mój.
— Wszystkie są nasze.
— Nie psuj chwili.
Usiadł naprzeciwko niej. Przez kilka minut nic nie mówili.
Dom naprawdę był cichszy. Michał kiedyś o tym marzył.
Kiedy Maja i Filip byli mali, marzył o dziesięciu minutach bez pytania, bez płaczu, bez zabawek na schodach, bez szkolnych zebrań, bez samochodu pełnego plecaków. Kiedy byli nastolatkami, marzył, żeby nikt nie trzaskał drzwiami. Później chciał, żeby przestali wracać o drugiej w nocy i udawać, że człowiek śpi.
Cisza przyszła sama i nagle przestała przypominać nagrodę. Julia mieszała kawę.
— O czym myślisz?
— O niczym.
— To musi być przyjemne.
— A ty?
— O tym, że mamy dom dla siebie.
— Zauważyłem.
— Co?
— Że jesteś kobietą.
Julia odstawiła filiżankę.
— Romantyk.
Wstała i przeszła za jego krzesłem. Michał złapał ją za nadgarstek.
— Gdzie idziesz?
— Nie wiem. Może szukać nowego męża. Ten się zużył.
— W niedzielę?
— Internet działa.
Pociągnął ją lekko w swoją stronę. Julia oparła dłoń o jego ramię.
— Co robisz?
— Sprawdzam, czy gwarancja jeszcze obowiązuje.
— Na ciebie dawno się skończyła.
— Na ciebie nie pytałem.
Pochyliła się i pocałowała go krótko.
Michał nie puścił jej ręki. Przyciągnął ją bliżej, a drugi pocałunek trwał już dłużej.
Julia usiadła mu bokiem na kolanach. Szlafrok rozsunął się przy udzie. Michał wsunął dłoń pod materiał i przesunął ją po nagiej skórze aż do biodra.
Zamiast poprawić szlafrok, Julia poluzowała pasek. Materiał zsunął się z jednego ramienia. Michał pocałował je, potem szyję, a ona objęła go za kark i przysunęła się mocniej.
— Pięćdziesiąt parę lat — powiedziała. — A zachowujesz się jak student.
— To komplement?
— Nie. Student miał więcej włosów.
Michał przesunął dłoń jeszcze raz po jej udzie. Julia parsknęła śmiechem, ale nie odsunęła się.
Z góry dobiegł jakiś stuk.
Oboje znieruchomieli.
— Filip?
Julia zsunęła się z jego kolan.
— Miał nocować u znajomych.
Następny stuk.
Potem kroki.