Większość ludzi myśli, że intymność zaczyna się od dotyku. Mylą się. Intymność zaczyna się tam, gdzie kończy się uprzejmość, a zaczyna bezczelna szczerość. To ten krótki moment, w którym przestajesz pilnować wyrazu twarzy i pozwalasz drugiej osobie zobaczyć to, co trzymasz głęboko pod skórą: głód, zmęczenie i drapieżność, której nie da się ukryć pod garniturem od krawca czy jedwabną koszulą. Marek i Lena nie szukali miłości. Szukali przeciwnika, który byłby na tyle bystry, by ich nie znudzić, i na tyle odważny, by dotrzymać im kroku w grze, w której nie było żadnych bezpiecznych słów.
Szósta rano w lutym to godzina dla masochistów. Marek stał na dwudziestym piętrze niedokończonego wieżowca, czując, jak mroźny wiatr tnie mu twarz. Wokół unosił się zapach betonu i mokrej stali. Usłyszał jej kroki, zanim ją zobaczył. Rytmiczne uderzenia obcasów o surową posadzkę niosły się echem po pustej kondygnacji. Lena pojawiła się w przejściu, owinięta w wełniany płaszcz, z włosami, które wiatr natychmiast rozrzucił w nieładzie po jej policzkach. Wyglądała na wściekłą i jednocześnie nieludzko opanowaną.
– Jeśli myślisz, że wyciągnięcie mnie tutaj o tej porze cokolwiek zmieni w mojej ocenie tego projektu, to jesteś w błędzie – rzuciła, podchodząc do samej krawędzi budynku. Nie bała się wysokości. To była pierwsza rzecz, którą w niej polubił.
– Nie wyciągnąłem cię tu dla projektu – Marek odwrócił się w jej stronę, chowając dłonie w kieszeniach kurtki. – Chciałem sprawdzić, czy potrafisz milczeć, kiedy nie masz przed sobą ekranu komputera.
Lena zatrzymała się pół metra od niego. Czuł od niej chłód poranka, ale jej spojrzenie było palące. Patrzyła na niego z tą swoją irytującą wyższością, która sprawiała, że miał ochotę sprawdzić, jak bardzo pęknie jej fasada, gdyby skrócił dystans jeszcze bardziej.
– Cisza jest przereklamowana, Marku. Zazwyczaj ukrywa tylko brak pomysłów – odparła, mrużąc oczy.
Zrobił krok w jej stronę. Marek uniósł dłoń i powoli, niemal leniwie, odgarnął pasmo włosów z jej czoła. Poczuł, jak Lena na ułamek sekundy wstrzymuje oddech. To nie był strach. To był ten sam rodzaj napięcia, który czuje się tuż przed uderzeniem pioruna.
– Twoim problemem jest to, że za dużo analizujesz – szepnął. – Analiza zabija instynkt. A twój instynkt właśnie teraz krzyczy coś zupełnie innego niż twoje usta.
Lena nie uciekła wzrokiem. Przesunęła dłonią po jego piersi, czując miarowe, mocne bicie jego serca pod techniczną kurtką.
– Mój instynkt mówi mi, że jesteś aroganckim dupkiem, który próbuje mnie rozproszyć, bo wie, że mam rację co do tego budynku – powiedziała niskim głosem. – Ale mówi mi też, że pod tym betonowym pancerzem masz coś, co bardzo chce wyjść na zewnątrz.
Odpowiedź przyszła kilka godzin później w apartamencie Marka, gdy ulewa odcięła ich od świata. Deszcz bębnił o szyby, a Lena stała przy oknie ze szklanką whisky. Marek podszedł do niej bezszelestnie. Wiedział doskonale, że Lena potrzebuje czegoś, co pali w gardle tak samo, jak ich poranna rozmowa.
– Myślałem o tobie przez cały dzień – odezwał się, stając tuż za jej plecami. – Myślałem o tym, jak bardzo nienawidzisz przegrywać i jak bardzo chcesz, bym to ja wykonał pierwszy ruch.
Lena odwróciła się powoli. Marek rozpiął guziki koszuli, a podwinięte rękawy odsłaniały jego silne przedramiona. Wyglądał jak facet, który właśnie skończył projektować miasto i teraz zamierza je spalić.
– To, co ty myślisz, Marku, jest jedynie projekcją twojego ego – odparła, choć jej serce przyspieszyło. – Zaprosiłeś mnie tutaj, bym przejrzała twoje szkice, a nie twoje fantazje.
Marek zaśmiał się cicho. Wyjął szklankę z jej dłoni i odstawił ją na bok. Położył dłonie na jej talii, przyciągając ją blisko, aż poczuła jego oddech na ustach. Pocałował ją – gwałtownie, głęboko, jakby chciał wydrzeć z niej całą tę zawodową poprawność. Lena odpowiedziała z pasją, która ich oboje zaskoczyła, ale Marek, zamiast pójść dalej, nagle się zatrzymał. Wycofał się o milimetry, zostawiając ją w zawieszeniu.
– Widzisz? – powiedział niskim, zachrypniętym głosem. – To byłoby zbyt proste. Ty chcesz, żebym teraz zaciągnął cię do łóżka, żebyś jutro rano mogła uznać to za impuls. Ale ja nie chcę twojego błędu, Leno. Chcę, żebyś przyznała, że tego potrzebujesz równie mocno jak ja.
Lena wyprostowała się, czując, jak pieką ją wargi.
– Więc udowodnij, że potrafisz oddzielić skórę od ciszy – wyzwała go, odzyskując rezon. – Wróćmy do planów. Skoro jesteś taki profesjonalny, pokaż mi te swoje błędy w projekcie.
Usiadła przy stole kreślarskim, a Marek stanął tuż obok. Przez kolejne dwie godziny walczyli o każdą linię na kalkach. Ich dłonie mijały się w milczeniu, a każde przypadkowe muśnięcie było jak spięcie w instalacji elektrycznej. Marek obserwował ją spod przymkniętych powiek. Postanowił zmienić zasady gry. Oparł się o stół i przesunął dłonią tuż obok jej palców.
— Twoja pewność siebie jest fascynująca, ale twoja ręka drży za każdym razem, gdy zmieniam pozycję — rzucił cicho. — Może ten pancerz zaczyna pękać pod naciskiem kogoś, kto widzi cię taką, jaka jesteś naprawdę?
Lena nie dała mu tej satysfakcji. Odłożyła ołówek i odwróciła się do niego. Ich twarze dzieliło teraz kilka centymetrów. Wyciągnęła dłoń i powoli, niemal bezczelnie, przesunęła palcami po jego krawacie, prostując go z milimetrową precyzją. Marek poczuł, jak mięśnie jego brzucha napinają się w odruchowej reakcji.
– To ty masz problem z kontrolą – szepnęła. – Co się stanie, Marku, jeśli to ja wykonam ten ruch, którego tak bardzo się spodziewasz? Jeśli to ja przejmę prowadzenie w tej twojej małej zabawie?
Zanim zdążył odpowiedzieć, Lena odsunęła się gwałtownie. Nalała sobie kolejną porcję whisky i stanęła w samym środku salonu.
– Skoro twierdzisz, że samotność to luksus, pokaż mi swój luksus. Ale nie ten z katalogów. Pokaż mi to, czego nie pokazujesz nikomu na budowie. Albo przyznaj, że jesteś tak samo przewidywalny.
Marek wyprostował się powoli. Podszedł do niej, ale zamiast ją dotknąć zatrzymał się tuż przed nią naruszając jej strefę komfortu.
– Chcesz zobaczyć to, co ukrywam?
Zawahał się ledwie ułamek sekundy.
— Dobrze… Ale ostrzegam cię… Kiedy już wejdziesz za tę zasłonę, nie będzie powrotu do grzecznych uwag o architekturze.
Marek jednym ruchem wyłączył światła. Jedynym źródłem blasku stały się neony miasta odbijające się w kroplach deszczu na szybach.
– Twój ruch, Leno – mruknął, cofając się w stronę ciemnego korytarza prowadzącego do jego prywatnej pracowni.
Drzwi uchyliły się z ledwie słyszalnym skrzypnięciem. Lena weszła do środka, spodziewając się kolejnych sterylnych planów, ale to, co zobaczyła, sprawiło, że jej dłoń ze szklanką whisky znieruchomiała. Pracownia nie była nowoczesna. Ściany oblepiały szkice detali: sęki w drewnie, sploty wikliny, stare chaty. Na stole leżał model małego domu, który wyglądał, jakby wrastał w ziemię, zamiast z nią walczyć.
– To jest to, co budujesz, kiedy nikt nie patrzy? – zapytała cicho. – Żadnej stali? Żadnej dominacji nad horyzontem?
Marek stanął obok, a jego ramię prawie dotykało jej boku.
– Stal jest dla świata, Leno. To tutaj jest dla mnie. To projekt, którego nigdy nie wyślę na konkurs, bo nie zniosę myśli, że ktoś mógłby go ocenić w Excelu.
Lena poczuła, jak jej zawodowy cynizm wyparowuje. Zrozumiała, że Marek nie boi się porażki – on boi się bycia zrozumianym. Odłożyła szklankę i powoli odwróciła się w jego stronę. Tym razem to ona skróciła dystans.
– Jest piękny – szepnęła. – I bardziej odważny niż wszystkie twoje biurowce. Bo tutaj nie masz się za czym schować.
Marek nie odpowiedział. Patrzył na jej twarz oświetloną słabym blaskiem ulicznych latarni. Widział, że Lena przestała go analizować.
– Skoro już to zobaczyłaś – zaczął nisko, a jego dłoń powoli powędrowała w stronę jej szyi, kciukiem gładząc linię żuchwy – to znaczy, że przestałaś być tylko konsultantką. A to zmienia zasady naszej gry w sposób, którego nie da się już cofnąć.
W pracowni pachniało starym papierem, kawą i czymś jeszcze — obietnicą, której nie potrafiła nazwać, a która sprawiła, że krew w jej żyłach zaczęła krążyć szybciej. Lena nie cofnęła się przed jego dłonią gładzącą jej żuchwę. Przeciwnie, przechyliła lekko głowę, jakby chciała sprawdzić, czy ten gest jest równie pewny, co jego projekty ze stali. W pracowni panowała cisza tak gęsta, że słyszała bicie własnego serca, ale to wzrok Marka był teraz najbardziej inwazyjny.
– Boisz się, prawda? – zapytała cicho. Jej głos nie drżał, był precyzyjny jak skalpel.
Marek znieruchomiał. Jego palce zatrzymały się na jej skórze, a w oczach błysnęło coś, czego nie zdążył w porę zamaskować.
– Czego miałbym się bać, Leno? – odparł, próbując odzyskać swój niski, lekko kpiący ton, ale tym razem brzmiało to nienaturalnie.
– Tego, że ten dom – wskazała głową na model – to nie jest tylko projekt. To jest to, kim jesteś, kiedy zdejmujesz te wszystkie warstwy, którymi imponujesz miastu. Boisz się, że jeśli go zbudujesz, nie będziesz miał już dokąd uciec przed samym sobą. I boisz się, że ja właśnie zobaczyłam w tobie kogoś, kogo nie da się kontrolować kontraktem ani strukturą.
Zrobiła krok w jego stronę, zmuszając go, by albo się cofnął, albo pozwolił jej wejść jeszcze głębiej w swoją strefę. Nie cofnął się. Lena uniosła dłoń i powoli, opuszkami palców, dotknęła jego klatki piersiowej, tuż nad sercem. Czuła, jak pod cienkim materiałem koszuli jego mięśnie są napięte do granic możliwości.
– Budujesz wieżowce, żeby być niedostępnym, Marku. Ale ten dom... – przesunęła dłonią wyżej, w stronę jego szyi – ...ten dom jest zaproszeniem. I to cię przeraża najbardziej. Fakt, że ktoś mógłby chcieć w nim z tobą zostać, a nie tylko go podziwiać z dystansu.
Marek chwycił ją za nadgarstek. Jego uścisk był mocny, niemal bolesny, ale Lena nawet nie mrugnęła. Patrzyli na siebie w tym półmroku, a napięcie między nimi przestało być grą o dominację. Stało się czymś znacznie bardziej niebezpiecznym: uznaniem wzajemnej prawdy.
– Jesteś bezlitosna – szepnął, a jego twarz znalazła się tak blisko jej, że ich oddechy stały się jednością.
– Nie, Marku. Jestem po prostu jedyną osobą, która nie zamierza udawać, że nie widzi tego, co właśnie mi pokazałeś.
Lena uśmiechnęła się delikatnie, ale w tym uśmiechu nie było triumfu. Była w nim obietnica i wyzwanie, które wisiało w powietrzu jak burza, która zaraz miała nadejść. Nie wyrwała ręki z jego uścisku. Czekała, aż to on wykona kolejny ruch, wiedząc, że każda sekunda tej ciszy działa na jej korzyść.
W pracowni zrobiło się jakby cieplej, a zapach drewna i kawy wymieszał się z elektrycznością, która pulsowała między ich ciałami. Marek powoli rozluźnił uścisk, ale nie puścił jej dłoni. Zamiast tego splotł swoje palce z jej, przyciskając ich połączone dłonie do krawędzi stołu, na którym leżały jego najskrytsze marzenia.Marek powoli rozluźnił uścisk na jej nadgarstku, ale nie cofnął się. Przez chwilę patrzył na ich splecione dłonie, jakby analizował nową strukturę, która właśnie między nimi powstała. Wykonał ruch, którego Lena zupełnie się nie spodziewała. Odsunął się o krok, odwrócił tyłem i jednym, niemal mechanicznym ruchem zdjął zegarek, odkładając go na szklaną półkę. Dźwięk metalu uderzającego o szkło przeciął ciszę jak wystrzał.
– Masz rację, Leno. To jest zaproszenie – powiedział, wciąż nie odwracając się do niej. – Ale większość ludzi widzi w zaproszeniu tylko okazję, by wejść i coś zabrać. Ty jako pierwsza opisałaś fundamenty.
Podszedł do niskiej szafki i zapalił małą, kreślarską lampkę. Snop ciepłego światła oświetlił tylko mały fragment biurka, zostawiając resztę pracowni w głębokim mroku. Wyciągnął pojedynczy arkusz starego, pożółkłego pergaminu. Nie był to profesjonalny rysunek. To był szkic wykonany węglem – niewyraźny zarys okna, przez które wpadało światło, i jedna, niedokończona postać siedząca na parapecie.
– To był pierwszy rysunek, jaki zrobiłem po śmierci ojca – rzucił krótko, kładąc arkusz przed nią. – Nie miało być w nim stali, tylko światło. Od tamtej pory buduję wszystko inne, żeby nikt nigdy nie zapytał mnie o ten jeden, konkretny pokój.
Lena pochyliła się nad szkicem. Poczuła, jak jej dłoń znów wędruje w stronę papieru, ale tym razem to Marek był szybszy. Położył swoją dłoń na jej karku, tuż pod linią włosów. Nie był to chwyt zaborczy, raczej palący, ciężki dotyk, który wymuszał na niej skupienie. Jego kciuk powoli przesunął się za jej uchem, zostawiając za sobą ślad elektrycznego gorąca.
– Chciałaś widzieć, co jest pod pancerzem – szepnął, nachylając się nad jej ramieniem tak blisko, że czuła zapach jego skóry, teraz pozbawiony już chłodu poranka. – To boli bardziej niż jakakolwiek analiza zawodowa, prawda? Kiedy przestajesz być sędzią, a zaczynasz być wspólnikiem.
Lena poczuła, że traci grunt. To on teraz przejmował prowadzenie, używając szczerości jako najskuteczniejszej formy uwodzenia. Nie mogła już uciec w ironię ani profesjonalny dystans. Odwróciła głowę, a ich twarze znalazły się w tym samym ciepłym kręgu światła lampki.To jest ten moment, w którym powietrze w pracowni staje się zbyt gęste, by móc w nim swobodnie oddychać. Marek przestał grać, a Lena przestała oceniać. Została tylko czysta, biologiczna potrzeba domknięcia tej przestrzeni, która od rana pulsowała między nimi.
Marek nie czekał na jej zgodę, bo oboje wiedzieli, że została ona udzielona w chwili, gdy przekroczyła próg tego pokoju. Jego dłoń, wciąż spoczywająca na jej karku, zacisnęła się nieco mocniej, przyciągając ją do siebie. Tym razem pocałunek nie był testem sił. Był głęboki, powolny i desperacki, jakby próbowali nim nadrobić wszystkie godziny spędzone na udawaniu dystansu.
Lena poczuła chłód krawędzi biurka na swoich plecach, gdy Marek naparł na nią całym ciężarem ciała. Jego dłonie, dotąd tak precyzyjne przy kreśleniu linii, teraz z niemal brutalną fascynacją poznawały fakturę jej sukienki, odnajdując drogę do nagiej skóry na jej plecach. Każdy dotyk był jak przypieczętowanie paktu, którego nie dało się już zerwać.
Jego usta błądziły po jej szyi, odnajdując miejsca, o których istnieniu Lena dawno zapomniała. Czuła jego gorący oddech i drżenie własnych dłoni, gdy wplatała palce w jego włosy, przyciągając go jeszcze bliżej. To nie był już profesjonalny pojedynek; to była kapitulacja dwóch ego przed czymś, co było od nich znacznie silniejsze.
Marek uniósł głowę na ułamek sekundy, a jego wzrok, ciemny i pozbawiony jakichkolwiek barier, spotkał się z jej spojrzeniem.
– Powiedz, że tego nie zaplanowałaś – szepnął, a jego dłoń zaczęła powoli rozpinać pierwszy guzik jej sukienki.
– Nienawidzę cię za to, jak bardzo się myliłam – odparła, a jej głos był tylko cichym pomrukiem.
W chwili, gdy jego usta znów miały odnaleźć jej wargi, a dłoń Marka spoczęła na jej biodrze, ciszę pracowni rozdarł ostry, mechaniczny dźwięk. To nie był telefon. To był alarm systemowy w jego pracowni, powiązany z czujnikami na placu budowy. Czerwona dioda na panelu przy drzwiach zaczęła rytmicznie pulsować, rozcinając półmrok krwawym blaskiem.
Marek zamarł. Jego czoło oparło się o jej czoło, a oddech był ciężki i rwany. Przez kilka sekund ignorował wycie alarmu, jakby próbował siłą woli zatrzymać tę chwilę, ale dźwięk był nieubłagany. To była rzeczywistość, która upomniała się o nich w najbardziej brutalny sposób.
Powoli odsunął się od niej, zostawiając na jej skórze palący brak swojego ciepła. Lena stała oparta o biurko, z lekko rozpiętą sukienką i włosami w nieładzie, patrząc, jak Marek prostuje koszulę jednym, niemal bolesnym ruchem.
– Coś się dzieje na budowie – rzucił krótko, a jego głos odzyskał tę dawną, stalową barwę, choć ręce wciąż mu drżały, gdy sięgał po zegarek.
Lena wyprostowała się, zapinając guzik sukienki. Czuła w ustach smak whisky i jego pocałunków, a w ciele – ten nieznośny, pulsujący głód, który właśnie został brutalnie przerwany. Marek spojrzał na nią przez ramię. W jego oczach nie było już mroku, był tam gniew na świat, który nie pozwolił im dokończyć tej nocy.
– To jeszcze nie koniec, Leno – powiedział, a to brzmiało bardziej jak groźba niż obietnica. – Ale teraz muszę tam jechać.
W pracowni znów pachniało tylko kawą i ozonem z włączonych urządzeń, a temperatura wydawała się spaść o dziesięć stopni.Dźwięk zatrzaskiwanych drzwi wejściowych odbił się echem w korytarzu, a potem w apartamencie zapanowała martwa cisza, przerywana jedynie miarowym szumem deszczu. Lena stała nieruchomo przez dłuższą chwilę, czując, jak adrenalina powoli opuszcza jej ciało, zostawiając po sobie drżenie rąk i dziwną pustkę w płucach.
Podeszła do okna. Widziała, jak ciemna sylwetka jego samochodu wyjeżdża z podziemnego garażu i niknie w strugach ulewy. Dopiero gdy czerwone światła stopu ostatecznie zgasły, odważyła się odetchnąć.